E-book
5.46
Nienazwana

Bezpłatny fragment - Nienazwana


Objętość:
321 str.
ISBN:
978-83-8245-654-7

I. Zwycięstwo zrodzone z bólu

Dwie grupy setek wojowników się starły ze sobą na bitewnym polu. Dwie ściany tarcz napierały na siebie nawzajem, jak się potykające porożem samce rogacizny. Przy czym prowadzono tu bój nie o względy samicy w rui, a o serce krainy Alba. W tym oto miejscu, czyli w pobliżu wioski Denny, sześciuset Vikingar księżnej Hardfiskur walczyło z niemal trzykrotnie liczebniejszym wrogiem. Stanowiły go połączone siły klanów; Murray, Campbell oraz Livingstone.

— Nasi się zaczęli cofać — zauważyła stojąca na zapleczu walk Kira. Na niewielkim wywyższeniu się znajdowała w obstawie świty księżnej oraz koło jej samej dosiadającej karego rumaka. — Nasi się cofają! — powtórzyła ostrzej najemniczka, szarpiąc za rąbek czarnej sukni Nevari przy jej kolanie.

— Tak ma być. Mają się… cofać. — Te słowa najstarsza córka lady Bannad wypowiedziała z nutą bólu. Jednak nie był on podyktowany niekorzystnym przebiegiem bitwy, a skurczami podbrzusza będącej w dziewiątym miesiącu ciąży kobiety. Mimo narastającego dyskomfortu wskazała rapierem swych wojów i wyjaśniła: — Nasi Vikingar dają się spychać na wzniesienie. Przeciwnicy potrzebują wielu sił, by ich pchać pod górę. Zanim wróg osiągnie wierzchołek będzie… wycieńczony. — Ostatnie słowa Nevaria wypowiedziała tak słabym głosem, jakby sama doznała właśnie drastycznego spadku witalności.

Kira spojrzała na nią obojętnie, dłużej ogniskując wzrok na jej rozdętym brzuchu. Przeniosła spojrzenie na bitewne starcie. Pogmerała językiem w pustych dziąsłach i cierpko stwierdziła:

— Nasza lewa flanka się wygina. Szyk nam się łamie.

— Słuszna… uwaga. — Księżna momentami nie patrzyła na bitwę, a w ziemię koło kopyt rumaka. Czyniła to, gdy odnosiła wrażenie, że dziecko wiercące się w łonie zaraz rozerwie jej wnętrzności. — Każ posłać rezerwy na lewą… flankę — stęknęła.

Najemniczka sugestywnie machnęła toporkiem do stojących w odwodzie wojów. Potem znów popatrzyła na Nevarię. Ta się chwiała w siodle. Jej wzrok błądził. Twarz wyrażała przeżywanie piekielnych katuszy. Na chwilę jednak znów zdołała skupić uważniejsze spojrzenie na bitwie. Zmrużyła oczy, widząc coraz bardziej się cofających wojów północy, którzy zgodnie z planem ustępowali pola.

— Już… czas — uznała. Wzniosła rapier, aby wydać rozkaz. Ale gwałtowny skurcz macicy ją rozbroił niczym najwytrawniejszy szermierz. Z bólu upuściła broń i się skręciła w siodle. Niedoszłe polecenie podchwyciła Kira, zapytując:

— Już czas na te maszyny schowane w lesie, tak?

Zagryzając wściekle zęby, księżna skinęła twierdząco głową. Wobec tego najemniczka, jako zastępczyni głównodowodzącej, ponownie wydała stosowne rozkazy, wywijając nad głową toporkiem. W efekcie z zagajnika, rosnącego w sporej odległości za się cofającymi Vikingar, wyjechało kilka katapult.

— Mają już strzelać? — To pytanie Kiry pozostało bez echa, bo jego adresatka chyba już nie widziała świata poza własnym brzuchem. To z nim się teraz wydawała prowadzić walkę, bo ściskała go, to ugniatała. Co więcej, jej wykręcona boleścią twarz sugerowała, że tę walkę przegrywała. — Strzelajcie! — Wobec niedyspozycji głównodowodzącej najemniczka wcielała w życie kolejne punkty planu bitwy Nevari, z którym uprzednio została w większości zaznajomiona.

W rezultacie machiny wojenne posłały na tylne szeregi napierającego przeciwnika nacięte worki ze skór. Zawierały one mieszaninę oleju, saletry, żywicy i łoju.

W miarę kolejnych salw łatwopalne substancje się rozlewały coraz gęstszą masą po klanowych wojownikach. Kira spojrzała więc na kilkunastu łuczników, którzy stali przed katapultami. Zmierzyła wzrokiem ich odległość do będących w zwarciu walczących tarczowników i zarządziła:

— Płonące strzały!

Od przygotowanych zawczasu pochodni strzelcy podpalili osmołowane groty i czekali.

— Pani, już chyba czas rozpętać piekło, co? — Najemniczka zerknęła wymownie na księżną. Ona, mdlejąc w siodle, zamierającym głosem rzekła:

— Czekać…

Kira spojrzała na przestrzeń pod siodłem kobiety. Kary koń został tam obficie zalany cieczą. Pomyślała, że o ile w ramach dowodzenia bitwą Nevaria się nie zeszczała ze strachu, że przegra, to właśnie uszły jej z łona wody płodowe. Raczej stawiała na tę drugą opcję, bo odkąd stała u boku księżnej Hardfiskur, ta nie przegrywała bitew i to nigdy. Tym razem jednak, widząc, że głównodowodząca armią toczy już bitwę tylko z własnym brzuchem, najemniczka postanowiła wziąć przywództwo na własne barki. W związku z tym syknęła:

— Pierdolić, nie czekać. — Następnie wrzaskliwie dodała do łuczników: — Strzelać, strzelać, strzelać! I, kurwa mać, nie przestawać, a w chuj napierdalać! Walczyć i zwyciężać!

W przestrzeń się wzbiła ognista mgiełka zaostrzonych drzewców. Po łuku poszybowały nad Vikingar, którzy utrzymali szyk, a przez zmęczonego przeciwnika zostali wepchnięci prawie na szczyt wzniesienia. Nagle jednak napór pchających tarczowników wroga radykalnie zmalał. Stało się to, gdy ich tyły stanęły w ogniu.

Płonące strzały podpaliły na wojach klanowych łatwopalne substancje. Ogień szybko przeskakiwał po ludzkich ciałach, same ciała zmieniając w żywe pochodnie. Poniósł się koszmarny wrzask, w przestrzeń się wzbiły kłęby ciemnego dymu. W powietrzu zagościł swąd palonych ubrań i pieczonego mięsa.

Szyk sojuszniczych wojsk się gwałtownie załamał. O pchaniu już nie było mowy. Mężczyźni z klanów Murray, Campbell oraz Livingstone się rzucili do panicznej ucieczki. Prowadzili ją pomiędzy płonącymi i konającymi w męczarniach kompanami. Z kolei za plecami mieli ścigające ich topory Vikingar, którzy z górki gromadnie ruszyli do kontrataku. To była rzeź, to był pogrom. Masowa śmierć od gorącego ognia i ostrej stali.

— O matko… kurwo. Żebyś ty widziała, jak twoja córeczka właśnie sprowadziła na ziemię piekło. No com że ja narobiła. Ja… pierdolę. — Oszołomiona widokiem istnej hekatomby Kira wypchnęła sobie policzek językiem. Ten sterczał w jej gębie w poziomie niczym dzida. Pokręciła jeszcze z niedowierzaniem głową, po czym wskazując na zsuwającą się z konia półprzytomną Nevarię, ostro przemówiła do dworzan: — Zdejmijcie księżną na ziemię, natychmiast.

— Ale…

— A… ale — odpowiedziały jej pełne niepewności spojrzenia i jęki. Nikt bowiem się nie chciał narazić znanej już z bezwzględności Nevari. Jednak nikt też niech chciał zadrzeć z niemal równie ostrą prawą ręką księżnej, którą się mieniła najemniczka. Dlatego jej polecenie, z oporami, ale się doczekało posłuchu.

Zdjęta z wierzchowca ciężarna kobieta została ułożona pod drzewem. Wyglądała na obłożnie chorą. Lecz dla wszystkich obecnych nie stanowiło już tajemnicy, że właśnie rodziła.

— Do dzieła. Odbierzcie poród — rzuciła do dwórek Kira. One już nie zwlekały, tylko się wzięły do roboty.

Jako że trwało lato, i było ciepło, księżna została rozebrana do naga. Intuicyjnie sama przyjęła pozycję do porodu z szeroko rozchylonymi nogami i uniesioną miednicą. Jej twarz niezmiennie znaczyło cierpienie, oczy dla odmiany wyrażały wściekłość. W rozwartych ustach ukazywała ostre zęby, a język między nimi wodził wte i wewte, jak wąż w biblijnym raju na pokuszenie.

O ile jednak Kira już przywykła do demonicznej prezencji Nevari, którą ta w gniewie często okazywała, to ciągle nie mogła nawyknąć do widoku rodzących kobiet. Spoglądając pomiędzy rozłożone uda ciężarnej postaci, widziała tam jakby się samoistnie poszerzającą ranę; podłużną, czerwoną, głęboką.

Wiedziała, co się z niej niebawem wyłoni niczym z samej Otchłani Czeluści. Potomek prawdziwej diablicy oraz istnego diabła — Olafa Czerwonego Topora. Tym bardziej od odrażającego dla niej aktu narodzin z chęcią odwracała wzrok, by oglądać co innego, choć pewnie równie odrażającego.

Nevaria bowiem się znalazła w połogu w czasie trwającej ciągle bitwy, a właściwie rzezi. Co bardziej krewcy Vikingar ścigali po równinie pierzchające resztki ocalałych wrogów. Pozostali wojownicy północy z uwielbieniem szlachtowali i grabili na polu walki rannych i poparzonych, którzy z powodu obrażeń zdolni byli się co najwyżej czołgać.

Tym samym krzykom rodzącej kobiety akompaniował upiorny wrzask konających i torturowanych osób, a także diabelski rechot oprawców. W przestrzeni się snuł intensywny swąd spalenizny, w tym spalonych ludzi. Cierpienie i śmierć tego popołudnia sobie wyjątkowo upodobały równinę w pobliżu osady Denny i raczej nie zamierzały stąd szybko odchodzić. Upiorne święto makabry i koszmaru w najlepsze trwało, a jego krańca nie było widać. Tak mijał czas, wiele czasu na skraju pogorzeliska.

— Wytnijcie… to. Wytnijcie to ze mnie, kurwa! — O zachodzie słońca wycieńczona już połogiem Nevaria się zdobyła na wściekły wrzask. Ból trawił ją nieopisany, jak uprzednio ogień klanowych wojowników. Sam poród trwał długo i nie skutkował przyjściem dziecka na świat. Przy łonie rodzącej kobiety w ręku jednej z dwórek błysnął nóż. Ale ze strachem w oczach spojrzała pytająco na Kirę.

Ona popatrzyła na się chylące ku zachodowi słońce. Wiedziała już, kim jest jej pani. Widziała u niej nie raz czerwone oczy diablicy. Domyślała się więc, że jej potomek się rwał na świat, gdzie się akurat rozegrała krwawa orgia, która go wręcz wyciągała z macicy. Jednak podejrzewała też, że szatańskiego niemowlaka powstrzymywały jednocześnie jasne promienie słońca. Podczas gdy w matczynym łonie miał ciemno, jak w dupie diabła, to jest łonie diablicy. Sugerowało to, że z się przeczołganiem berbecia przez diabelską pochwę wypadało poczekać do nocy. Dlatego, niby spokojnie, rzuciła do dwórek:

— Nasza pani ma wąskie biodra. Ostrzegałam, że z pierwszym porodem jej łatwo nie pójdzie. Ale niech wyciska, to w przyszłości będzie mieć łatwiej.

— Wytnijcie to ze mnie, kurwa! Bo… ukrzyżuję. Wszystkich ukrzyżuję!

— Biedaczka majaczy w połogu. — Najemniczka machnęła niedbale ręką. — Nie zwracajcie na jej słowa uwagi. Niech… wyciska. — Zobaczyła, że słońce już prawie zaszło.

— Kurwa… wrrr… kurwa! Aaa…

— Niech dumnie śpiewa pieśń rodzących matek. Taką nawet inkwizycja pozwala nucić. — Kira puściła dwórkom oko, próbując rozładować napięcie.

Takowe jednak trwało nadal i to nie tylko spowodowane atmosferą koszmaru po bitwie i trudnym połogiem. Ponieważ księżna Hardfiskur w ostatnich miesiącach z równym zacięciem wygrywała kolejne potyczki i bitwy, co stawiała krzyże. Te znalazły swe miejsce nawet na dziedzińcu Zamku Cameron. Zaś ci, którzy podpadli starszej córce lady Bannad, zostawali do nich nie tylko przybici, ale ich też wykrwawiano.

Z powodu okrutnych rządów wiele obecnych tu dwórek, o ile nie wszystkie, skrycie życzyło księżnej śmierci. Jednak, aby do morderstwa nie doszło, pierwszym ze skutecznych straszaków byli posępni Vikingar na usługach Nevari. Ostatecznie czaru grozy dopełniała sama Kira, która z oponentami swej zwierzchniczki także się zwykła nie certolić.

Wszak z diablicą, czy nie, ale związała z nią swój los. Porzucić jej na ten czas nie mogła, nawet jakby chciała, bo służąc jej, zbyt wielu osobom już podpadła. Więc prędzej niż nowych pracodawców znalazłaby w krainie Alba raczej swych katów. Miała tego świadomość. Trwała więc przy Nevari i dbała o to, aby miała u kogo trwać, by samej przetrwać.

Oczywiście zachłannie inkasowała też złoto, na wygody w Zamku Cameron nie mogła narzekać, a posiadany posłuch również sporo znaczył. Sumowało się to na fakt, że służąc najstarszej córce lady Bannad bynajmniej nie cierpiała, a wręcz przeciwnie.

— Wraaha!

Tymczasem wraz ze śmiercią ostatniego promienia słońca, i jego zgaśnięciem, księżna Hardfiskur wydarła z gardła kolejny wrzask. Ten jednak był inny od uprzednich, przesyconych gniewem i bólem. Obecny stanowił połączenie zwierzęcego jazgotu z iście demonicznym wyciem. Znaczyła go agresja, zdecydowanie i się budząca, spuszczana z łańcucha żądza.

Na ten koszmarny dźwięk, dwórki, które jakby obrastały dotąd kobietę niczym liście gałąź, się odsunęły od niej, jak za sprawą huraganowego podmuchu wichru. Krok w tył uczynili także zastrachani dworzanie, którzy trzymali rozświetlające mrok nocy pochodnie. One ciągle rzucały światło na postać w połogu i się rozwierające coraz bardziej krocze.

— Nareszcie — skwitowała zaistniałą zmianę Kira. Stała w odległości kilku stóp dokładnie naprzeciw otwartego sromu. Tam, jak w ranie ciemny strup, zamajaczyła pokryta czarnymi włoskami główka dziecka. Pojawiła się też prawdziwa rana i czerwona krew.

Obserwującej pękające krocze najemniczce przebiegła przez głowę myśl, że rodzenie dzieci, było chyba doświadczeniem z pogranicza jebania przez słonia. Bo słyszała już o takim zwierzęciu i jego arsenale dwóch trąb, gdzie jedną dymało, a drugą trąbiło.

— Wraaaha! — Nevaria nie zatrąbiła, a się znów potwornie wydarła i raczej nie jak słoń, a zdecydowanie niczym demon. Lecz zrobiła coś jeszcze. Tak jak dotąd się wydawała być u kresu swych sił, tak teraz, nie wiadomo skąd, odnalazła ich w sobie niespożyty zapas.

Rodząc, się zwinnie przekręciła w tułowiu i kontynuowała poród na czworakach. Ponadto się zachowywała, jakby nagle doznawała nie bóli porodowych, a rozkoszy z tytułu się przeciskania przez pochwę niemowlęcia. Poruszała miarowo miednicą, jakby była kryta i wyła przy spółkowaniu z samym diabłem: — Wrhaaa… Wrhaaha!

Dwórki nie wytrzymały tej piekielnej sceny, uciekły. Przerażeni dworzanie zrobili kolejny krok w tył.

— Wypierdalać — syknęła do nich Kira. Jednemu z nich zabrała jeszcze z ręki pochodnię. Oni czym prędzej się zabrali z miejsca demonicznego porodu.

— Wrhaaa… Wrhaaha! — Nevaria nie przestawała potępieńczo zdzierać gardła.

— No chodź tu, ty mały skurwielu. — Jak fiuta w cipę, Najemniczka wbiła trzonek pochodni w ziemię. Ogień się znalazł tuż koło naprężonych i pokrytych potem lśniących pośladków księżnej, spomiędzy których się wyślizgiwało dziecko.

Kira chwyciła jego zakrwawioną i pokrytą śluzem łepetynkę. Lekko pociągnęła. Na tyle lekko, aby nie oderwać główki od tułowia, co już raz w swej karierze położnej uczyniła. Śliskie niemowlę się udanie przecisnęło przez pochwę i w całości trafiło w jej ręce. Było miękkie, ciepłe i mokre. Nie miało rogów ani ogona. Nie płakało, chociaż powinno. Ale widziała po nim, iż żyło.

— Magnar! Niech twoi ludzie stawiają tu zasłonę z tarcz! — wrzasnęła za plecy do dowódcy osobistej gwardii księżnej. — Trzymam cię, trzymam, diabelski skurwielku — dodała już cicho do dziecka, które opuściło drogi rodne matki i parując z cieczy na chłodzie nocy, się wierciło. — Teraz ci przetnę kiełbasę, to jest pępowinę. — W jednym ręku, jak w kołysce, Kira trzymała przy piersi niemowlę. W drugą chwyciła nóż. Odcięła pępowinę i z krwawym łożyskiem odrzuciła na ziemię. — Spokojnie, twej małej kiełbaski nie tknę. — Widziała, że się urodził chłopczyk. — Nawet wolę ci nic nie odcinać między nóżkami, aby nie robić z ciebie dziewczynki. Po chuj by była na tym nieszczęsnym świecie jeszcze jedna Nevaria? — Przewróciła oczyma. — Łap go, Magnar. — Oddała dziecko. — Ja się zajmę księżną.

Nauczona już doświadczeniem odpięła sobie od pasa łańcuch z obrożą, po czym zaszła córkę lady Bannad z przodu. Widziała, że ta próbowała walczyć ze swą piekielną naturą, ale, jak zwykle, kiepsko jej szło. Z rozwartych ust toczyła pianę. Jej czerwono czarne obecnie oczy coraz mocniej czerwieniały.

— No chodź, córo Szatana, dopóki nie jest za późno. — Najemniczka założyła Nevari obrożę z krótkim łańcuchem i przykuła ją do drzewa. — Odpocznij sobie — rzekła tak zmęczonym głosem, jakby sama była po połogu. Odsapnęła chwilę i poszła się przespać.

Gdy odchodziła w mrok, pień drzewa opasany łańcuchem i przykutą kobietę otoczył krąg wojowników Magnara. Szczelnie zasłonili księżną, stając do niej tyłem. Pozostali na posterunku aż do świtu, gdzie za ich plecami naga postać się rzucała, jak oszalała, wrzeszczała i wściekle zdrapywała pazurami korę z drzewa. Jednak jej uwiązanie zdało egzamin. Sobie, ani komu innemu, krzywdy nie zdołała uczynić, a wcześniej w podobnych przypadkach już różnie z tym bywało.

***

Po ciepłej nocy się rozpoczynał gorący dzień w pełni lata. Lekki wiaterek jakby się budził leniwie. Powstawał z okolicznych pól i łąk, by się snuć beztrosko między zwierzętami i ludźmi. Otulał ich, jak i drzewa okryte o tej porze roku soczystą zielenią.

Równie ożywcza zieleń wyrastała z podłoża. Czyniła to wszędzie tam, gdzie nie spalił jej ogień wczorajszej bitwy oraz nie zasuszyło słońce na wiór.

Obecnie wraz z jego pierwszymi promieniami od Nevari odstąpiły ostatnie symptomy szaleństwa krwi. Zostały z niej zmyte, jak deszcz zmywa krew z wojownika po bitwie. Słoneczne światło zdarło z niej żądzę mordu, jak kochanka zdziera z siebie ubranie, by zaznać ukojenia w ramionach ukochanego.

Leżąca pod drzewem naga kobieta na łańcuchu odetchnęła z ulgą. Jej ciało i umysł zgodnie powróciły do równowagi, a oczy odzyskały naturalną barwę.

Niebawem w polu jej widzenia się pojawiła znajoma postać. Spomiędzy ramion wojowników stojących w kręgu się wyłonił paskudny łeb Kiry.

Widząc spoczywającą spokojnie pod drzewem osobę, najemniczka pokiwała ze zrozumieniem głową. Zniknęła, ale szybko powróciła. Przecisnęła się między wojami i ułożyła koło Nevari specyficzny stos. U jego podstawy leżał kraciasty koc złożony w kostkę, wyżej czarna suknia. Na szczycie piramidki spoczywał dopiero co narodzony chłopczyk.

Następnie Kira odpięła nagą kobietę od łańcucha.

— Wszystko w porządku? — zapytała bez przekonania. Księżna tylko wzruszyła ramieniem. Jej podwładna postała jeszcze chwilę w miejscu, po czym odeszła. Tym samym matka została tylko w towarzystwie dziecka.

Bez wyrazu popatrzyła na niemowlę. Ono nie patrzyło na nią. Z zaciekawieniem oglądało świat, przewracając hebanowymi oczyma. Od narodzin trwało w ciszy. Dotąd jeszcze nie zapłakało, nawet nie zakwiliło.

Według matki malec wyglądał wyjątkowo bezradnie z wydawałoby się przykrótkimi nóżkami i rączkami, owalnym brzuszkiem. Na szyi miał nadmiar fałd skórnych, twarzyczkę, jak to w tym wieku, pozbawioną wyrazistości. Był już umyty, czysty, nie śmierdział wydzielinami z pochwy i nie roztaczał własnej woni.

Na Nevari sprawiał wrażenie nijakiego, podobnego do nieskończonej liczby narodzonych dzieci. Spróbowała spojrzeć w swe wnętrze, aby odnaleźć w sobie coś więcej, co mogłaby czuć do syna.

Nie odszukała niczego nadzwyczajnego. Przygniatało ją jedynie niemożliwe do udźwignięcia zmęczenie po porodzie, które równo dotyczyło jej ciała co ducha. Psychicznie wyżęta, fizycznie odbierała przeciążenie każdego mięśnia i ciągły ból krocza, które chyba zostało naderwane.

Czuła się, jakby właśnie stoczyła największą batalię swego życia. Wygrała, jak zwykle, ale tradycyjnie się nie cieszyła. Jako samica wydaliła młode na świat, by się w nim zapisało, tak jak generał wydaje bitwę, by ją wygrać, się w dziejach świata zapisując. Zrobiła swoje, jakby wykonywała treść matczynego listu, zwyczajnie.

Była taka zmęczona, niemal martwa. Pomyślała, że dobrze, iż dziecko nie płakało i trwało w ciszy. Zapragnęła się przespać, odpocząć od wszystkiego, także od samej siebie, a może przede wszystkim od siebie.

Wyciągnęła spod niemowlęcia koc i się nim nakryła. Do chłopczyka się odwróciła tyłem.

Wkrótce matczyny instynkt kazał jej zmienić pozycję. Przycisnęła dziecko do piersi. Odnalazło jej sutek i boleśnie zagryzło.

Podobno ona sama też się urodziła z kompletem zębów. Ale już jej to nie dziwiło. W ostatnim czasie dotarła do niej pewna oczywista już dla niektórych prawda. Otóż księżna Nevaria Hardfiskur była z urodzenia diablicą. Zatem ostatniej nocy powiła… diabła.

Popatrzyła w dal nad ramionami otaczających ją wojowników. Zobaczyła górne zarysy krzyży, na których wisiały trzy osoby, w tym jedna z koroną cierniową na głowie. Były to obrazy z dalekiej przeszłości, które w teraźniejszości ją coraz częściej prześladowały.

Zanim się ułożyła spać, przycisnęła mocniej do piersi dziecko. Zaś do centralnej postaci na krzyżu gniewnie obnażyła kły.

II. Prawdziwi przyjaciele — miecz i gniew

— Szybciej, kurwa! — Hakarl gniewnie ponaglił kompanów. Stein się ponownie ociągał, zupełnie jakby ciągnął za sobą nieustannie ciążący mu cień Bitura. Natomiast Bruno. Bruno, cóż…

— Mam skręconą kostkę, panie. Nie mogę się poruszać szybciej! — Z nutą bólu odkrzyknął najemnik.

— Skręcona kostka… kurwa jego jebana mać. — Pierworodny syn lady Bannad, który się wysforował sporo naprzód, burknął niezadowolony pod nosem.

Wspomniał, że obecny Barclay ostatnio miał bóle kolan, nadwyrężone biodro, lumbago i w chuj wie co jeszcze, co nigdy nie pozwalało mu zdążyć na bitwę o czasie. Cudownie odzyskiwał pełną sprawność jedynie, gdy to jego atakowali skądś północni Nevari. Wówczas raptem tryskał zdrowiem i każdego przeciwnika pokonywał z palcem w dupie. Niemal dosłownie w dupie, ponieważ używał jednoręcznego miecza, a podczas walki wolną rękę trzymał zwykle na lędźwiach.

Słowem; chuj, lawirant, ale też najlepszy miecznik, jakiego kiedykolwiek widział Hakarl. Przez ostatnie miesiące się poznał już na nim i tak jak nie chciałby go mieć za wroga, tak zwątpił również w sens posiadania w nim sojusznika.

Niestety z sojusznikami w ogóle nastała posucha, bo potencjalnych sprzymierzeńców Hakarla księżna Hardfiskur wybijała z morderczą regularnością. Z tego powodu na ten czas w krainie Alba zwykle wystarczyło zawołanie „walczyć i zwyciężać” oraz błękitny proporzec z rybą ze świecącym okiem, a do żadnej walki nie dochodziło.

Nikt nie chciał się stać ofiarą piekielnie skutecznej taktyki wojennej Nevari, która na każdą potyczkę, ta suka, musiała przygotować jakąś zasadzkę, niespodziankę, sztuczkę. Chuj wiedział co, co jednak zawsze przeważało szalę zwycięstwa na jej stronę. Do tego tak okazałego zwycięstwa, gdzie zwykle ponosiła znikome straty w ludziach. Natomiast jeńców, za których nie mogła wziąć sowitego okupu, albo nie chciała, z zamiłowaniem krzyżowała i wykrwawiała. Powiadano, że się kąpała w ludzkiej krwi, a także ją piła.

Hakarl pierdolił to, w czym się kąpała i co piła jego siostrunia. Po upokorzeniu, które mu zadała, odnosił wrażenie, że z gniewu sam by ją chyba wypierdolił, a najchętniej zapierdolił, używając miecza.

Gniew i miecz. Ta para kompanów ostatnimi czasy służyła mu o wiele wierniej niż Stein oraz Bruno. Wręcz zaczynał wierzyć w to, że tak właśnie było i przynajmniej z tym się już należało pogodzić, iż to w orężu i wściekłości mógł pokładać jakieś nadzieje.

Na pewno zaś się nie godził z tym, co z osiągniętego wzniesienia dostrzegł w pobliżu wioski Denny.

— O… kurwa — zazgrzytał zębami, aż zachrzęściło mu w masywnej szczęce.

Poczuł gniew. Jego ręka powędrowała na miecz, którego znowu nie dane mu będzie użyć.

***

Bruno zwolnił. Nie spieszyło się mu, a wręcz przeciwnie. Musiałby być szalony, aby się spieszyć na własną śmierć i jeszcze ją przyzywać.

W ramach podejścia pod wzniesienie, na którym posępnie sterczał Hakarl, wprowadził na swą twarz grymas bólu, mimo iż żadnego bólu nie odczuwał. Mocniej też powłóczył zdrową nogą.

Zapewne nieco przesadzał z aktorstwem. Zwyczajowo przyznałby, że niewątpliwie. Jednak chyba nie w obliczu potencjalnego starcia z braćmi z północy i przede wszystkim dowodzącą nimi tą przeklętą kobietą.

Dokładnie tą, która swą bezczelnością i byciem genialnym strategiem przekreśliła wszystkie jego dalekosiężne plany. W każdym razie jej dowódczy kunszt zepchnął owe plany nie wiadomo, jak daleko i gdzie.

Z tego powodu Bruno zamiast snuć marzenia o byciu lordem na zamku, coraz częściej jedynie próbował zadbać o własną skórę, by przeżyć. Przetrwanie byłoby zaś bardzo wątpliwe w razie się napatoczenia na bitwę, gdzie dowodziłaby księżna Hardfiskur.

Diablica, tak ją już powszechnie nazywano ze względu na grozę, jaką budziła na polu walki. Choć taki przydomek otrzymała także z powodu bezwzględnych rządów, słynnego już okrucieństwa i nieokazywania litości, którą się wydawała brzydzić. Być jej wrogiem, oznaczało najczęściej zginąć i to nie powszednią śmiercią, a się wykrwawiając na krzyżu.

Bruno nie chciał zginąć w bitwie, czy się wykrwawić na krzyżu. Dlatego, jak sama Nevaria, Diablica, tradycyjnie już ostatnio kulał, by nie zdążyć na starcie.

Gdy w końcu stanął na wzniesieniu koło Hakarla i Steina, się okazało, że jego taktyka ponownie się okazała sensowna. Czyli uratowała mu tyłek.

— Co tu się, kurwa, wydarzyło? — Z goryczą w głosie pierworodny syn lady Bannad zakreślił mieczem półokrąg w kierunku bitewnego pogorzeliska.

— Twoja siostra otworzyła tu wrota piekieł, panie. Stworzyła piekło… na ziemi. — Nawet doświadczonego w podziwianiu koszmarów wojny Bruna na dobre przytkało.

Widział przed sobą znaczący obszar wypalonej do cna gleby. Na niej przemieszane ze sobą trupy, gdzie połowa była upieczona, a reszta zasieczona.

Między ciałami, jak padlinożerne zwierzęta, krążyli wieśniacy wyszukujący czegoś dla siebie z niepotrzebnych już ofiarom rzeczy. Ucztowały tutaj także psy, które się obżerały pieczonym mięsiwem ludzi i w najlepsze spółkowały między ludzkimi zwłokami.

Wobec widoku takiego dramatu Bruno pomyślał filozoficznie, że wieki temu tańce zostały niby zakazane, lecz cierpienie i śmierć w najlepsze pląsały tu na parkiecie z popiołów oraz trupów. Nad spaloną ziemią użyźnioną krwią ofiar, jakby się snuła ich potępieńcza pieśń.

— Może rzeczywiście otwarte zostało na tym polu piekło? Może rzeczywiście wszyscy zginęli, także moja siostra? — Hakarl się rozmarzył. Wzbudziła się w nim dziecięca naiwność. Analogiczna do tej, która kazała wierzyć, że anioły ciągle istniały w niebie. Kulejący kompan szybko go wyprowadził z błędu:

— Tylko spójrz, panie. — Najemnik pokazał ręką na zachodnie obrzeża pogorzeliska. Stał tam szpaler krzyży z przybitymi do nich ludźmi. — To jak nic dzieło twej siostry, panie. Do tego nigdzie na polu walki nie widać trupów odzianych w jednolity błękit. Martwi, te setki martwych. Oni wszyscy mają na sobie klanowe tartany.

— Kurwa… — jęknął rozczarowany Hakarl. Jego wzniesiony miecz opadł mu w ręku. Zwiędnął, jak fiut wobec widoku sromu opasanego pasem cnoty i zamkniętego na klucz. Zdał sobie sprawę, że Bruno, co do swych wniosków, się nie mylił. — Chodźmy tam, do tych wisielców. Może któryś z tych biedaków jeszcze dycha.

— Chodźmy — zgodził się Bruno. Sam był ciekaw, czy ktoś przeżył masakrę pod wioską Denny. Dlatego podczas pierwszych kroków do ukrzyżowanych nieszczęśników szedł sprężyście, niefrasobliwie zapominając o tym, że powinien kuleć.

Otrzymał dyskretnego kuksańca w bok od Steina. Ten wymownie łypną oczyma na jego dotąd pozornie niesprawną kończynę. Najemnik się mu zrewanżował dziękczynnym skinięciem głową i już zamiatał nogą, zwalniając.

Obecnie rad był z tego powodu, że brat Bitura nie był ślepo posłuszny Hakarlowi. Dzięki temu mogli współpracować przy próbach poskramiania parcia na oręż pierworodnego syna lady Bannad.

Coraz częściej jednak ściszonym głosem też między sobą rozmawiali. Wówczas się ostrożnie badali nawzajem, jak zareagowałby drugi z nich, gdyby młodego lorda w ogóle opuścili.

W tej materii także się wydawali być coraz bardziej zgodni. Ponieważ oboje pozostawili w Zamku Zimnych Łez swe kobiety; Aline i Gormlate, dla których pragnęli lepszego losu niż służących. Do tego żaden z nich się nie palił, by zostać przez Nevarię Hardfiskur ukrzyżowanym.

— Rozpoznajesz któregoś? — Po dłuższej drodze wzdłuż pogorzeliska Hakarl się zatrzymał przed krzyżami.

Bruno patrzył na wisielców, zupełnie jakby się obawiał, że w miejscu któregoś dostrzeże nagle siebie samego. Ostatnio prześladowała go taka właśnie myśl, że u boku syna lady Bannad tak to się wreszcie skończy.

— Żadnego nie rozpoznajesz? — dopytał młody lord.

— To zdaje się… Tak, to jest Fraser Murray. Jak widzę, była już głowa klanu… Murray. — Najemnik jak najszybciej pragnął odwrócić wzrok od nagiego nieszczęśnika z krwawą jamą w miejscu genitaliów.

— Suka zrobiła z niego kobietę, phi. Noż kurwa, Nevia zapowiadała mu to — parsknął Hakarl.

— To z kolei bracia… Campbell. — Bruno poczuł mdłości. Kolejne dwie osoby na krzyżach, na które wskazał, miały odcięte powyżej kolan nogi. Na końcu krwawych kikutów połyskiwały w czerwieni białe kości udowe.

Najemnik pragnął stąd odejść na własnych nogach, dopóki jeszcze je posiadał i raczej z tym nie zwlekać. Lecz jego zwierzchnik najwyraźniej nie miał problemu z drastycznym widokiem, a wręcz przeciwnie, bo nawet z podziwem warknął:

— Kurwa. Nevia tych braci podobno przestrzegła, że jak jej nie oddadzą swego zamku, to przed jej gniewem nie uciekną. Przybici, martwi i bez nóg raczej już nie daliby rady spierdolić. — Uśmiechnął się.

— To… Renalph Młodszy. Ten, któremu księżna Hardfiskur zapowiedziała, że jeśli się z nią nie sprzymierzy, to ryby… wyżrą mu żywcem wnętrzności. — Aby nie słuchać już prześmiewczych komentarzy Hakarla, Bruno sam przedstawił genezę zgonu następnego trupa. Zrobił to, patrząc na jego krwawą wyrwę w brzuchu. Dostrzegł tam jakby ruch.

Nagle z trzewi trupa się wyśliznęła ryba. Upadła przed krzyż i się zaczęła rzucać. W ślad za nią z głębokiej rany, jak sznur wisielca, się zwiesiło jelito. W powietrzu się poniósł smród gówna.

— O… kurwa, co za suka, Diablica. — Podziw młodego lorda narastał proporcjonalnie do obrzydzenia najemnika. Ten stęknął:

— Odejdźmy już stąd, panie. Nic tu po nas.

— Czekaj! — Hakarl obcasem buta zmiażdżył rybie brzuch, z którego przez zębatą gardziel wypchnięte zostały rybie wnętrzności, w tym pęcherz pławny. Zrobił kilka kroków dalej i stanął przed kolejnym krzyżem.

Przybity był do niego chłopak z wyłupionymi oczyma. Z ciemnych oczodołów wyzierała pustka i się lała krew, która na policzkach wyglądała, jak czerwone łzy. Jednak w przeciwieństwie do innych wisielców ta postać przejawiała ruch, a konkretnie podrygiwała jej żuchwa.

— On jeszcze… dycha — jęknął Bruno, w stanie chłopaka życząc mu w sumie szybkiej śmierci. Nawet jeżeli go znał z widzenia, to ze względu na bestialsko okaleczoną twarz nie mógł rozpoznać.

Okazało się, że wcale nie musiał go rozpoznawać, aby poznać jego tożsamość. Ten bowiem się histerycznie przedstawił:

— Dabhglas… jestem Dabhglas Stewart. Ktoś tu jest? Na krew matki, nie zabijajcie mnie! — Przez przybite do krzyża ciało przeszedł gwałtowny skurcz.

— Już jesteś trupem — rzekł obojętnie Hakarl. Ale zaraz z zaciekawieniem zapytał: — Stewart…?

— Tak, Dabhglas Stewart! — kwiknął żałośnie.

— Czy twój klan nie leży aby na zachodzie? I czy jego głowa nie pokłoniła się przypadkiem przed — splunięcie — księżną Hardfiskur?

— Jestem z zachodu, tak! Ale… mój ojciec to czciciel diabła, Diablicy. Ja wyruszyłem, by przeciw niej walczyć!

— Chujowo… ci wyszło. — Hakarl zagryzł paznokieć, wykrzywiając usta. Nie dość bowiem, że spoglądał na ślepca, to na takiego, który krwawił na ciele z wielu ran. Doprawdy nie wiedział, skąd ten młodzian brał w sobie jeszcze tyle sił, aby wyć, zamiast, jak wypadało w jego sytuacji, po ludzku skonać. Ten nie przestawał żałośnie jazgotać:

— Gdy miałem jeszcze oczy, widziałem, widziałem!

— Co… widziałeś? — zapytał z rezerwą Bruno.

— Dostrzegłem z krzyża, jak diablica rodziła samego diabła!

— Ta pizda, moja siostra, się okociła? — Hakarl znów wyraził zainteresowanie. — Może zdechła, jak powinna, przy połogu? — W kolejności wyraził nadzieję. Z histerycznego pisku Dabhglasa się mógł domyślać, że Nevaria raczej przeżyła:

— Widziałem, jak pośród dymu, ognia i krwi diablica powiła demona! Wyszedł z jej plugawego sromu, Otchłani Czeluści! Rozpoznałem go, Samaela! Nierządnica wydaliła go z siebie pośród cierpienia i śmierci, którymi się żywi, łaknąc ino ludzkiej niedoli! Diabelska nierządnica nadal będzie rodzić pomioty ciemności ku zgubie światła i świata. Ostateczny czas nadchodzi! Diabły powracają na Ziemię, już powróciły, by… yyy…

Ostatniego skowytu Dabhglas Stewart nie dokończył. Hakarl przebił mu mieczem bok.

— Zaczął mnie męczyć i… wkurwiać. Ile, wisząc na krzyżu, można pierdolić o diabłach? — Obojętnie usprawiedliwił swój czyn przed osłupiałymi egzekucją kompanami. — Ściemnia się. Chodźmy do tej wioski Denny. Trzeba znaleźć miejsce na nocleg, coś zjeść. — Wskazał zakrwawionym sztychem na widoczne dalej na zachodzie chałupy. O zajściu z nieszczęsnym Dabhglasem się zdawał już zapomnieć.

Pogwizdując sobie, co było zakazane, poszedł w kierunku osady. Jego kompani się powlekli za nim. Przy czym czynili to z takim entuzjazmem, jakby oboje okuleli i to na obie nogi.

Na miejscu zastali przeciętnie wyglądającą wioskę wtopioną w barwy szarości kamienia, brązu drewna i zieleni listowia. Pośród pastwisk i pól wyrastała jakby z zagajnika, gdzie przeważały dęby i buki, a od ziemi odrastały liczne osty.

W skład osady wchodziło raptem kilkanaście chałup mieszkalnych i drugie tyle zabudowań gospodarskich. Po widoku podwórza widać było, że wioskę gromadnie odwiedzili niedawno wojownicy księżnej Hardfiskur.

Na centralnym placu pozostała wbita włócznia z błękitnym proporcem z wyhaftowaną na nim rybą. Mimo że ten herb do złudzenia przypominał rodowe godło Fiskurów, Hakarl rzucił materiał na ziemię, pociął mieczem i podeptał.

Skrawki płótna spoczęły na odciskach w glebie uczynionych od setek butów wojowników północy. Część śladów zasłonięta była zniszczonym sprzętem domowym, jak połamanymi stołkami, stołami czy szafkami. Jednak nigdzie się nie dało zauważyć śladów ognia czy krwi.

Nie stanowiło tajemnicy, dlaczego z wioską Nevaria się obeszła dość łagodnie. Od teraz osada Denny należała do niej, przez co jej właścicielka pragnęła, aby przynosiła dochody z podatków. Przesadne łupienie nie miałoby więc tu większego sensu.

Brak nadmiernych zniszczeń świadczył również o tym, że księżna panowała nad swymi Vikingar, u których miała posłuch. Wszak tutaj, jak i w innych miejscach, na pewnym obszarze także poluzowała im smycz.

Hakarl wszedł do pierwszej lepszej chałupy, otwierając sobie drzwi nogą. Otworzyły się na oścież tak, że z hukiem uderzyły o ścianę, wypadając z zawiasów.

Obecne w mrocznym pomieszczeniu osoby się skuliły na łóżku. Starsi kobieta i mężczyzna w łachmanach, a także nie lepiej ubrany chłopak, obejmowali i się zdawali pocieszać dziewczynę z posiniaczoną twarzą.

Nietrudno się było domyśleć, co tu niedawno spotkało tę biedaczkę oraz inne kobiety w wiosce. Zaś biorąc pod uwagę wielkość tutejszej populacji, wiejska dziewka musiała ostatnio ugościć w pochwie co najmniej tuzin fiutów jurnych Vikingar, jak nie więcej.

Ona jednak mało obchodziła syna lady Bannad, a właściwie to wcale, tak samo zresztą, jak obejmujące ją osoby. Dlatego ostro do nich warknął:

— Wypierdalać. Dzisiaj ja tu śpię. — Przygarbieni zaczęli posłusznie wypełzać. — Ty zostajesz. — Wskazał ręką na chłopaka, który również zszedł z posłania.

Na wezwanie zastygł on z grymasem niepewności na twarzy. Starszy mężczyzna, zapewne jego ojciec, skinął mu głową, aby pozostał, a sam, z resztą osób, opuścił pomieszczenie.

Hakarl zastawił wyważonymi drzwiami przejście, aby zapewnić sobie trochę prywatności. Następnie się przeszedł po nędznej izdebce.

Pod stopami ugniatał piach. Ręką spychał z wiszących półek puste naczynia, robiąc sporo hałasu. W miarę, jak nic, co by go zadowalało, nie znajdywał, hałasu i szkód czynił coraz więcej.

— Gdzie jest jedzenie, kurwa?! — zagrzmiał, daremnie poszukując strawy.

— Vikingar wszystko zabrali — usłyszał chłopięcy szept, trwożny i drżący.

— Musieliście coś schować, sobie zostawić.

— Vikingar wszystko zabrali.

— Pierdolisz. — Hakarl podszedł do chłopaka, od którego był chyba trzy razy większy.

W ostatnim czasie zupełnie się przestał przejmować dobrymi manierami, szlachetnymi uczynkami, rycerską chwałą, czy innym gównem, które sobie kiedyś uroił. Musiał przyznać, że kraina Alba nieźle dała mu w kość. Trudne doświadczenia sprawiły, że nad wyraz szybko dorósł do prawideł rządzących światem. Mrzonki o bohaterstwie miał teraz w takim samym poważaniu, jak rycerski kodeks.

Obecnie chcąc zabijać, po prostu to czynił, jak z Dabhglasem. Gdy był głodny, zwyczajnie jadł, nie bacząc, do kogo należało jadło. Kiedy coś chciał, wyciągał rękę i brał, się nie przejmując czyimś sprzeciwem i nie czekał na pozwolenie.

Przejechał potężną grabą po gładkim licu chłopaka. Stwierdził, że wyglądało, jak dziewczęce. Jego właściciel się prezentował w oczach syna lady Bannad nawet lepiej niż zgwałcona dziewczyna, którą dopiero co tu widział. Żywił nadzieję, że chłopaka nikt nie ruszył. Ale nawet jeżeli tak, nie zmieniłoby to faktu, iż zaraz go zerżnie.

Odwrócił go do siebie tyłem. Odpiął sobie pasek od spodni i przestrzegł:

— Jak będziesz darł mordę, wytnę ci język i go zjem.

W kolejności ściągnął odzienie chłopaka poniżej pasa. Wiedział, że skrywał tam dla niego przyjemność nie mniejszą niż taką, którą dawała kobieca pochwa. On natomiast zasmakował już w dominacji mężczyzny nad mężczyzną.

Pierwszy raz doświadczył tego miesiąc temu po tym, jak w innej wiosce zaskoczyli go z kompanami Vikingar Nevari. Ze Steinem i Brunem pokonał północnych, a jednego wziął w niewolę.

Skurwiel był pyskaty i wredny, ale też młody i wymuskany. Hakarl chciał, aby nabrał pokory. Nie wiedział, co za diabeł wtedy w niego wstąpił. Lecz był akurat sam na sam z wojownikiem. Krew uderzyła mu do głowy, a także do fiuta i zerżnął młodego woja w dupę. Spodobało mu się, nawet bardzo, a zacierając ślady po gwałcie, poderżnął kochankowi gardło.

Czy obecny jego kochanek będzie miał więcej szczęścia, przeżyje? Według lorda zależało to głównie od tego, czy będzie potulny i nie wzbudzi w nim agresji. Bo jeśli się zacznie rzucać, kwiczeć, to sam sobie napyta biedy. Tak czy inaczej, na jego tyłek wyrok już zapadł.

Hakarl przywarł od tyłu do chłopaka. Niczym w zapaśniczym uchwycie złapał go wpół i za twarz. Jak podczas walki, szarpnął nim kilka razy, aż nadział głęboko na fiuta. Postać w jego ramionach zadrżała, zacharczała żałośnie, ale dźwięk się wydobywający z gardła stłumiła ręka zasłaniająca usta.

Kolejne wstrząsy, tym razem głównie biodrami, sprawiały, że mężczyźnie było coraz lepiej, chłopakowi coraz gorzej. Ale nie próbował walczyć. Z powodu dysproporcji sił czuł, że nie miał na to żadnych szans. Przez to zwiotczał w potężnych ramionach i dał zrobić silniejszemu to, co zwykli robić oni ze słabszymi. Dał się wykorzystać tak, jak ten silniejszy chciał.

By wzmocnić doznania przed spełnieniem, Hakarl wspomniał jeszcze oglądany dziś obraz upiornego pobojowiska. Podziwiane w wyobraźni obrazy krwawych i spalonych trupów go mocniej pobudziły. Zamarzył sobie, że wśród zwłok rąbał w dupę Nevarię. Niegdyś mu zupełnie obojętną postać, której teraz szczerze nienawidził, ale też skrycie podziwiał.

Myśląc o niej, się spuścił w wyjątkowo ciasny, chłopięcy tyłek. Mocno, soczyście, do ostatniej kropelki. Odebrał w sobie błogą przyjemność, a potem odprężenie. Lecz mordercze instynkty, aby zabić kochanka, nie odeszły od niego od razu. Uczyniły to dopiero, gdy fantazja przestała mu się mieszać z rzeczywistością i wiedział już na pewno, że nie trzymał księżnej Hardfiskur. Uświadomiwszy to sobie, odepchnął zgwałconego chłopaka, jak już niepotrzebny, bo zużyty, przedmiot i padł ciężko plecami na łóżko.

Zaspokojenie chuci częściowo stłumiło w nim głód żołądka. Znużony pomyślał, że poszuka pożywienia już jutro. Teraz pójdzie spać.

Zamknął oczy. Nie chciało mu się ich więcej otwierać. Ale ze względu na rozwagę uniósł jedną powiekę.

Chłopaka, ani kogokolwiek innego, w izbie nie zauważył. Wyważone drzwi zasłaniające przejście były trochę bardziej odsunięte na bok.

Uspokojony poszedł spać.

Gdy rano wstał i się udał poszukać w wiosce czegoś do jedzenia, nie mógł znaleźć nie tylko strawy, ale też Steina ani Bruna. Wypytał o nich wieśniaków. Dowiedział się, że jego dotychczasowi kompani opuścili osadę wraz z bladym świtem i tyle ich widziano.

Zatem się nie pomylił. Jego prawdziwymi przyjaciółmi byli wyłącznie miecz i gniew. Nabrał przekonania, że w jego przypadku tak już zostanie i to na zawsze.

III. Języczek uwagi i szczypce

— Kurwa, królewska ją jebana mać, kurwa!

— Raczej mać księżnej i tej, no… markizy — poprawiła Peigi. Była dziwka się podszywająca pod arystokratkę, która oficjalnie występowała na salonach pod imieniem Isabella Cameron.

— Nieważne jaka, kurwa, mać, ale mać i… kurwa! — Lord Scriptor, oficjalnie David Cameron, nie przestawał złorzeczyć.

W piwnicy pałacu przerobionej na loch i zarazem salę tortur akurat zapychał od tyłu oryginalną Izabellę, jako dziwkę Peigi. Lecz myślami był zupełnie gdzie indziej:

— Prawie pół roku małżeństwa i ciągle nie pocałowałem żonie niczego więcej niż palców u dłoni, kurwa! — Naparł mocniej na stojącą na czworakach na niskiej ławie kochankę, aż ta ciężko stęknęła. — A ty, kurwa, milcz, dziwko! — skarcił ją.

Za to lady Peigi, która siedziała swobodnie na krześle inkwizytorskim służącym do zadawania wyrafinowanych tortur, rezolutnie rzuciła w powietrze:

— Co niby chciałbyś jeszcze całować Wiktorii poza palcami? Przecież jej palce są w porządku do całowania. Z pierścionkami takie i zawsze czyste albo w rękawiczkach. A na przykład taka pizda między nogami to jest oślizgła, jak rozdeptane ślimaki. Coś z niej wypływa, śmierdzi i w ogóle, że sama się tam nie tykam i nawet nie spoglądam. No chyba że byś chciał cycki całować. Cycki bywają miłe, miękkie takie. No ale to jak mają trochę więcej tłuszczu, nie jak moje. — Dziewczyna popatrzyła na swój dość płaski biust i się poprawiła na poduszce, na której zasiadała, aby najeżone kolcami krzesło inkwizytorskie nie kłuło jej w również płaski tyłek. — To chcesz pocałować księżnej markizie cycki? — zaciekawiła się.

— Nie chcę jej niczego, w chuj… całować! — Podczas forsownego stosunku Scriptor wylewał z siebie siódme poty. — Pragnę ją, wreszcie… zerżnąć, wypierdolić własną żonę! Chuja jej, gdzie należy, chcę wsadzić! — zawył i spojrzał z pretensją na Peigi.

Ona, na krześle, beztrosko majtała nogami. Jej białe trzewiki się dyndały na stopach, gdzie jedną z nich ciągle trawiła grzybica. Kremowa suknia pełna falban była od kostek podwinięta aż pod krocze, wulgarnie jak u dziwki.

— Jakbyś wydymał Wiktorię, król Henryk nie byłby zadowolony — wyartykułowała tradycyjną formułkę w sytuacji, gdy jej przyszywany brat, David, się żalił na kiepską jakość pożycia małżeńskiego. On się wówczas tradycyjnie jeszcze bardziej zapieniał, i waląc Isabellę niczym piekielny demon, jak teraz, powarkiwał:

— Nie chcę w tym lochu słyszeć ani słowa o Henryku, kurwa, nie chcę!

— No ale to on właśnie zapycha teraz cipę Wiktorii w An Fhraing. Pisała do mnie, jak do przyjaciółki, że jest im tam, w Normandy, bardzo przyjemnie. Czyli, jak nic, się z Henrykiem pierdoli.

— Kurwa! — wydarł się na całe gardło Scriptor, tłocząc nasienie w pochwę.

Przy tej czynności właściwie nie wiedział, czy odbierał przyjemność, czy nie. Ponieważ obiekt wchłaniający jego spermę nie był tym, którego pożądał. Tak w ogóle, to w zasadzie się znajdował teraz w pracy, która w sumie do lekkich nie należała.

— Gotowe… wreszcie. — Chwiejnym krokiem odstąpił od unasiennionej kobiety. Podciągnął eleganckie i ciasne spodnie. Zapiął je, po czym popatrzył podejrzliwie na kobiecy srom, by się upewnić, że zrobił swoje.

Widok kremowej papki wypływającej spomiędzy fałd sromowych utwierdził go w przekonaniu, że się spisał. Jednak przyszywana siostra na krześle inkwizytorskim, zwanym również krzesłem czarownic, jak to ona, znów zaczęła go wkurwiać:

— To się nie uda. — Popatrzyła lekceważąco na zaspermioną Isabellę. — To powinna być dziewica — stwierdziła dobitnie, przenosząc wzrok na rozrysowany na środku komnaty pentagram otoczony zapalonymi świecami. Na co doprowadzany do szewskiej pasji Script warknął:

— Aby nasieniem i krwią w dziewiczym sromie przywołać piekielnego demona, nie mam już dziewic. Skończyły się, dlatego muszę improwizować.

— Wszystkie się skończyły? — Peigi wyraziła leniwe zdziwienie. — Nie ma już żadnej dziewicy w Starej Stolicy? — nie dowierzała.

Odpoczywający po spółkowaniu jej rozmówca otarł sobie białą chusteczką pot ze zroszonego nim czoła. Wspomniał, ile wysiłku kosztowało go rozdziewiczenie dziesiątek tutejszych niewiast i ciężko sapnął:

— W treningu przywoływania demona zużyłem wszystkie dziewice z okolicy. Młodziutkie pokojówki i córki starszych pokojówek — wymienił. — Potem dałem nawet dyskretne ogłoszenie, że za dziewictwo płacę srebrem. Nikt się nie zgłosił.

— To może płać złotem?

— Kurwa nie. Dziewictwo nie jest warte złota.

— Ale… kurwa, ajć! — Siedząca na inkwizytorskim krześle postać się skaleczyła o ostre kolce na poręczach.

— Skrwawiłaś się? — Z błyskiem w oku Script popatrzył na dmuchającą na swój mały paluszek byłą dziwkę. Ona z ulgą odparła:

— Tylko kłujnęłam opuszek.

— Cóż. — Mężczyzna wzruszył ramionami.

Wyjął zza paska sztylecik, po czym jego ostrze przyłożył do opasłego pośladka Isabelli. Z góry na dół wykonał podłużne nacięcie. Ofiara, której zadał ranę, ledwie drgnęła. Z samej rany popłynęła krew. Płazem nożyka syn lady Bannad przeniósł trochę czerwonej cieczy na srom i zmieszał tam z nasieniem.

— Zrobione… — mruknął bez przekonania, podziwiając swe dzieło. W tym, że w zasadzie nie było to dzieło, a zwykła fuszerka, utwierdziła go bezczelna… Peigi:

— Co za amatorka. To się nie uda. — Znów łypnęła okiem na pentagram, a zaraz z zadrą w głosie zaznaczyła: — Jak się ponownie nie uda, to Moray nie będzie zadowolona.

— Nie wypowiadaj w tym lochu imienia mej siostry! — Script znów się podkurwił. — O królu też, przypominam, masz, kurwa, milczeć! — syknął.

— Bo co? — Bujająca się na krześle dziewczyna sięgnęła na swe kolana po gustowne pudełko z łakociami, które przyniosła ze sobą. Wyciągnęła marcepanową kulkę i włożyła sobie do ust. — O jasne… niebiosa — jęknęła od cielesnej rozkoszy w jamie ustnej.

O groźbach lorda się zdawała już nie pamiętać. I słusznie, ponieważ były bez pokrycia. W tym lochu bowiem hierarchia ważności się przedstawiała następująco: polecenia Moray, czuwająca nad ich wykonaniem Peigi, wykonawca Script, a na końcu narzędzia; unasienniona kobieta oraz więzień do torturowania.

Więzień do torturowania…

Młody lord spojrzał na tak zwane łoże sprawiedliwości. Leżał na nim rozciągnięty łańcuchami i zakneblowany mężczyzna.

Syn lady Bannad pomyślał, że wypadało już przejść do punktu drugiego przywoływania demona na zlecenie siostry. Tej jego prawdziwej siostry i równocześnie prawdziwej mendy.

Oto unasiennił już kobietę, pozorując ją na dziewicę z przebitą właśnie błonką. Zatem takie elementy jak nasienie i krew, przywabiające istotę z piekła, były już w lochu obecne. Teraz jednak potrzebował jeszcze katalizatora, który otworzy wrota piekieł, by bestia mogła je czasowo opuścić. Taki katalizator stanowiły cierpienie i ból w odpowiednich, czyli jak największych, ilościach.

Podszedł do stołu. Raz jeszcze przejrzał Księgę Demonów autorstwa Szandora Kellleya. Był to ilustrowany klasyk w tej dziedzinie sprzed przeszło tysiąca lat, który zabrał ze sobą z Eyjeldsogis, a którego wytarte stronnice znał niemal na pamięć. Jednakże perfekcjonizm zobowiązywał.

Wertował pożółkłe kartki. Gładził się po gładko ogolonej facjacie i zgodnie z zastrzeżeniami Peigi rzeczywiście coś mu tu nie pasowało. Nieważne, jak spróbowałby na to spojrzeć.

Zerknął na stojącą na ławie, jak tępa krowa, Izabellę, z której sromu skapywała kremowo czerwona wydzielina. Przeciągnął spojrzenie na zwisające łono kobiety, gdzie w fałdach tłuszczu się krył ciążowy brzuch.

W skrócie oznaczało to, że z przywoływanego do niby dziewicy demona chciał zrobić idiotę. Podważało to również tezę o jego perfekcjonizmie. Cóż mu zatem pozostawało, jak nie powetować sobie fuszerkę z dziewicą, nadrabiając to na polu wyrafinowanych tortur?

Podniósł z blatu szczypce. Do drugiej ręki wziął najostrzejszy z posiadanych noży.

— Pomożesz? — zwrócił się ze szczerą prośbą do Peigi.

— A w czym? — Nawet na niego nie spojrzała, grzebiąc paluszkami w pudełku, by znaleźć tam swe ulubione słodycze, marcepanowe.

— Potrzymasz szczypcami język więźnia. Muszę mu go wyciąć, bo się jeszcze udławi kneblem, jak poprzedni biedak. — Słyszący to więzień wytrzeszczył przekrwione oczy i zaczął się rzucać, gwałtownie mieląc w ustach knebel uniemożliwiający mu dziki wrzask. — Csiii… — Script spojrzał na niego wręcz z troską, przykładając palec do swych ust, ale też grożąc sztylecikiem.

Nie pomogło. Związany mężczyzna prawie wyskoczył z komnaty razem z łożem, do którego był przytwierdzony.

Zaś Peigi, jakby było to największym dramatem świata, po którym się otworzy sama Otchłań Czeluści, niepocieszona stęknęła:

— Skończyły się… marcepanowe. — Zerkała do trzymanego pudełka tak zdegustowana, jakby patrzyła w gniazdo obleśnych robali.

— Dam ci marcepanowe. Tylko asystuj ze szczypcami. — Młody lord kusił, jak sam diabeł, którym zresztą był i z czego od pewnego czasu już doskonale sobie zdawał sprawę. — No chodź zarobić na cukiereczki… cukiereczku — nie przestawał słodzić. Skutecznie.

Peigi dała susa z poduszki pod tyłkiem na podłogę i podeszła do więźnia. Jednak zaraz zmanierowanym głosem wyraziła wątpliwość:

— Wyrywanie języka na wstępie to jest zły pomysł, beznadziejny: — Zawinęła paluszek w złotym loku swej peruki na głowie.

— Czemu, kurwa, zły? — Script nie lubił, gdy ktoś podważał jego kompetencje, co jego niby siostrzyczka czyniła nader często. Ona, jak sama lady, w której rolę się już dobrze wczuwała, grymaśnie zawyrokowała:

— Jak chcesz przywołać demona, to wrzask torturowanego biedaka byłby najlepszy. To jak zawołanie matki przez dziecko.

To porównanie diabeł w ludzkiej skórze uznał za kretyńskie. Samo spostrzeżenie już nie. Lecz z pożądanymi wrzaskami się pojawiał pewien istotny problem, który jękliwie wyłuszczył:

— Krzyki od cierpienia i bólu mogą przywabić demona, racja. Ale też mogą ściągnąć nam na łeb… inkwizycję. Takową wolałbym jednak trzymać od tego lochu na dystans.

— Jak sobie tam chcesz, ja chcę marcepanowe. — Peigi wzięła z męskiej ręki szczypce. Gwałtownym szarpnięciem wyrwała więźniowi knebel z ust, notabene prawie z językiem, po czym wcisnęła mu do gardła obcążki.

Nieszczęśnik zacharczał, zabulgotał. Próbował gryźć metal w ustach. Słowem walczył.

Wobec tego zwykle ułagodzona, jak na lady Cameron przystało, była dziwka, jak na byłą kurwę przystało, się wydarła:

— Rozewrzyj skurwielu mordę i trzymaj sztywno, bo ci, kurwa, do niej, pojebie, nasram!

Mężczyzna na stole nagle spokorniał. Natomiast ten koło stołu podchwycił:

— To mogłoby być… ciekawe, jako tortury. Wiesz, zrobienie z gęby więźnia… nocnika.

— To mam mu trzymać ten język, czy na niego nasrać? — zapytała całkiem serio Peigi. Więzień równie serio prawie omdlał na stole. Natomiast na usta Scripta zawitał diaboliczny uśmieszek. — Dobra, to mu nasram, ale za marcepanowe. — Dziewczyna w roli lady napotkała potakujące skinięcie głową. — Tylko nie wiem, czy akurat mam czym, sprawdzę.

Postać w kremowej sukni się naprężyła. Na czoło wyszły jej nabrzmiałe żyłki, na policzkach się zrobiła czerwona.

— No i? — zagaił podekscytowany Script. Więzień się wydawał równie zainteresowany. Lecz jego wyrażającej to zainteresowanie miny lepiej było nie komentować.

— Kurwa… krecik nie chce wyjść z norki, choć jest blisko. Ale… mogę się zeszczać do gęby.

— Podtapianie! — Mężczyzna z nożem między dłońmi przyklasnął w owe dłonie. Ten na łożu sprawiedliwości się zapadł w sobie i zamknął oczy, zupełnie jakby poszedł spać. Jednak na spokojny sen raczej tu nie mógł liczyć…

— Trzymam mu już ten język, to ty tnij. Potem mu naszczam — zarządziła Peigi, traktując niby brata niczym pomocnika kata. — No już, bo biedak się dławi, jak mu ściskam tego jęzora. — Wyraziła niezbyt trafne w tym momencie współczucie.

Pierwsze cięcie u nasady weszło gładko, coś jak dziabnięcie nożem surowej wątróbki drobiowej. Nacięcie było niezbyt głębokie, ale wykonane w miejscu silnego ukrwienia. Spowodowało to wypływ prawdziwego oceanu czerwonej cieczy.

Script się krzywił na twarzy. Niczym kocur oprawca mrużył ślepia. Lecz w istnym bagnie ze śliny i krwi nie mógł dobrze wymierzyć kolejnego cięcia, a chciał być precyzyjny.

Przykładał się, przesuwał sztylet, zmieniał jego ułożenie, kąt nachylenia. Ale w chuj ciągle nie był zdecydowany, oberżnąć ten cholerny jęzor.

— Dawaj, bo się nie doczekam tych marcepanowych. — Ostrze bezczelnie wyrwała mu zniecierpliwiona Peigi. Jedną ręką ciągle trzymała szczypcami element ciała do odcięcia. Zaś z samym odcięciem poszło jej zgrabnie niczym baletnicy z zakazanym tańcem. Ciach, ciach i już zademonstrowała w cążkach swą zdobycz, machając nią lordowi przed twarzą.

Z powodu ruchu odcięty język wyglądał między szczypcami, jak w szczęce przemawiającej osoby. Jednak z takiego elementu aparatu mowy żadne słowa nie miały prawa paść. Padły one, wypowiedziane obojętnie, z ust rzeźniczki Peigi:

— To teraz szczanie, przyżeganie, a potem marcepanowe kulki. — Odrzuciła narzędzia tortur z językiem na blat i zwinnie się na niego wspięła. Kucnęła nad twarzą nieszczęśnika, po czym do jeziorka z przezroczystej śliny i czerwonej krwi dodała pod ciśnieniem żółtawy strumień.

— Pierdolę… — Script był pod autentycznym wrażeniem sprawnej procedury w wykonaniu byłej dziwki.

Patrzył na wypływającą z ust więźnia rzekę. Na blat trafiała czerwona, zaraz już różowa, a niebawem od rozcieńczenia krwi moczem się stawała różana. Zerknął na podłogę, gdzie się rozbryzgiwał płyn. Tworzyło się tam jeziorko. Przeniósł spojrzenie na rozrysowany w komnacie pentagram. Był wręcz zdziwiony, że nie zobaczył tam jeszcze demona.

Żeby go wreszcie zwabić, postanowił działać dalej. Udał się do stołu i wziął nowe szczypce, nieco mniejsze od uprzednich. Podszedł z nimi do bosych stóp więźnia. Złapał cążkami paznokieć dużego palca i się z nim siłując, zagadnął sikającą dziewczynę:

— Czemu nie nosisz bielizny? To popularne wśród dam Starej Stolicy. Mogłabyś spróbować. Tak, aby zyskać więcej klasy, jako moja siostra.

— Majtki uwierają mnie w… pizdę, och. — Ta wypowiedź zabrzmiała dziwnie namiętnie.

— Mam cię, skurwielu. — Script udanie podważył i wyrwał paznokieć. Spojrzał z uznaniem na swe trofeum, a potem na okolice twarzy katowanego więźnia. Ten kwiczał od bólu, ale w podejrzanie stłumiony sposób.

Młody lord się podrapał szczypcami z wyrwanym paznokciem po głowie. Już bowiem wiedział, czemu charkot mężczyzny na stole pobrzmiewał tak głucho.

— Och, och… och. — Po oddaniu moczu, dziewczyna, która to uczyniła, jeździła nieszczęśnikowi wargami sromowymi po jego wargach należących do ust.

Niestety ta akurat procedura niespecjalnie przypominała tortury. Przez to Script niefrasobliwie zagryzł własny paznokieć kciuka.

Nic to. Uznał, że się musiał brać dalej do roboty, dopóki nasienie zmieszane z krwią nie podeschło na sromie Isabelli.

Ukucnął i skoncentrował uwagę na krwawiącym paluchu więźnia. W miejsce po paznokciu powoli zagłębił cążki wprost w odsłoniętą tkankę; lepką, śliską i krwistą.

Od zadanego bólu stopa z maltretowanym palcem wierzgnęła gwałtownie. Ale się ledwie poruszyła, ponieważ w kostce opinała ją żelazna klamra.

Za to nowa fala cierpiętniczego bulgotu z ust zaciśniętych sromem się zmieszała z coraz bardziej namiętnymi jękami dziewczyny. Te drugie rozpraszały oprawcę ze szczypcami do tego stopnia, że apodyktycznie warknął:

— Idź się gzić, kurwa, gdzie indziej. Przeszkadzasz mi, kurwa, torturować!

— Kiedy jest mi tak, och, przyjemnie, och. Prawie jak od marcepanowej… kulki.

— Kurwa… — Scriptor spojrzał na Peigi i aż przetarł z wrażenia oczy.

Z podwiniętą kiecką dziewczyna siedziała ku niemu przodem. Kroczem nadal jeździła po twarzy mężczyzny. Za to jego odciętym językiem masowała sobie szczyt warg sromowych.

— Pierdolę, dość tego. Marsz, kurwa, do Izabelli. Niech ona się zajmie twoją pizdą. I nie jęcz, kurwa, tak głośno. Rozpraszasz mnie. Ja tu pracuję!

— Dobrze, już dobrze. — Dziewczyna niechętnie, ale odkleiła swe krocze od cudzych ust. Niepocieszona poszła z językiem w ręku do kobiety stojącej na czworakach. Wypięła się tyłkiem ku jej twarzy i się o nią oparła. — Aaa! — zawyła od nowych wrażeń.

— Do diabła z tym wszystkim… — Zrezygnowany lord zwiesił głowę. — To sala tortur czy jebany burdel?! — krzyknął, ale bez żadnego odzewu. Niestety dla niego jego autorytet był tu ograniczony. Swe krzywdy postanowił sobie powetować na torturowanym człowieku: — Masz… skurwielu.

Przystąpił do metodycznego oskubywania ostrymi cążkami dużego palucha ze skóry, a następnie z mięsa do kości. Przy wtórze namiętnych krzyków Peigi oraz cierpiętniczego bełkotu więźnia obrobił też drugi palec. Wtedy znów ktoś mu przeszkodził w pracy.

Rozbrzmiało zdecydowane kołatanie do drzwi. Zostały otwarte i w przejściu stanęło dziecko. Wykonało ono ruch przywołujący ku sobie oprawcę przy stole. Ten wyprostował kolana, stając w pionie.

— Pierdolę — jęknął. Wzywał go jeden z dzieciaków Moray. Więc, jak lokaj na zawołanie swej pani, musiał iść. Nie miał wyboru.

W pośpiechu użył trzeciego zestawu szczypiec. Tym razem przypiekł gorącymi węglami obdarte do kości palce, no i zaszczaną ranę po języku. Przy okazji nieopatrznie wdepnął pięknym obuwiem w brzydką plamę z moczu i krwi.

— Kurwa, ależ to wszystko pierdolę — przeklął pod nosem i już wychodził z komnaty. Zaś czynił to przy wtórze stękającej rozkosznie Peigi.

Na rozrysowany pentagram już nawet nie spojrzał, czy wywołał demona, czy nie. W chuj było mu to nagle obojętne, albowiem czas naglił. Pani wzywała, sługa musiał, kurwa, iść. Ciągle kołatało mu to w głowie.

Nie do końca tak wyobrażał sobie swą lordowską egzystencję w Starej Stolicy. Ale co zrobić? Podpisał cyrograf z siostrą diablicą, a ta kurwa menda nie dawała mu pizda piekielna żyć.

***

Wylizywanie sromu byłej dziwki na pewno nie było tym, o czym marzyła urodzona lady — Izabella Cameron. Na pewno też do jej marzeń się nie zaliczało noszenie w brzuchu bękarta samego diabła. Zresztą bycia dziwką i zarazem pokojówką w pałacu księżnej markizy też nie planowała, podobnie jak pobytu w Starej Stolicy.

Jednak zapewne jako jedyna ze swego rodu cudem przeżyła spotkanie z diabłami w krainie Alba. Zanim więc pomyśli o poprawie swej egzystencji oraz ewentualnej zemście, na ten czas dbała przede wszystkim o to, aby swemu podłemu istnieniu zapewnić trwanie. W tym celu w bieżącym momencie dawała z siebie wszystko, z oddaniem wylizując od tyłu dziewczęce krocze.

Nie mogła wymagać od byłej dziwki, której robiła dobrze, aby ta dbała o higienę, się podmywając. Dokonywała więc zarazem swoistej toalety. Oczyszczała językiem kiepsko pachnącą starą rybą, i jeszcze gorzej smakującą, zawartość ze złuszczonego nabłonka, odpowiednio przejrzałego. Zlizywała również zwykły brud.

Niestety tym razem zmuszona została, aby wycierać ze sromu językiem nawet krew i to bynajmniej nie miesięczną, a torturowanego więźnia. Po niej zaś chłeptała mleczny płyn wypływający z pochwy od narastającego podniecenia zaspokajanej dziewczyny.

To jednak nie był koniec gehenny. Kiedy osoba, która ukradła jej tożsamość, z premedytacją obniżyła sylwetkę, Isabella nie miała wyboru. Musiała pędzlować tyłek.

Ten coraz silniej się wciskał w jej twarz. Zatem to co miała śliskiego w ustach, wciskała tam, gdzie ledwie mogło zostać wciśnięte, ale jakoś wchodziło. Miała tylko nadzieję, że z tej norki nie wyjdzie żaden kret.

Nie wyszedł. Drąca mordę, jak obdzierana ze skóry, co chyba najlepiej mogło przywołać demona, Peigi przeżyła rozkoszne szczytowanie. Odrzuciła na podłogę odcięty język, którym się dotąd stymulowała i odstąpiła od wykorzystanej kobiety.

Ona, zmęczona, zwiesiła głowę i się mało nie porzygała. Jednak powstrzymała torsje. Oblizała usta z zawartości niezliczonego rodzaju wydzielin i posłusznie… przełknęła.

— Na dziś koniec, a marcepanowe kulki sprowadzę do domu wieczorem — rzucił naraz przez uchylone drzwi młody lord. Z powrotem zatrzasnął wrota za sobą i tyle go tu widziano.

Isabella poczuła coś na kształt ulgi, właściwie ledwie jej cień. Ociężale usiadła na ławie. Zmęczonym wzrokiem popatrzyła na Peigi. Ta brzydko marszczyła twarz, pośród łakoci w pudełku daremnie szukając marcepanowego przysmaku.

Jej obserwatorka także obecnie czegoś szukała. Szansy dla siebie, aby z wielkiego koszmaru się wyrwać przynajmniej do nieco mniejszego. By spróbować to ziścić, znalazła w sobie odwagę, a właściwie jej cień. W rezultacie zrobiła coś, czego nie robiła od miesięcy, mianowicie przemówiła:

— Mam do ciebie… sprawę. — Chyba raczej nie przemówiła, a zakwiliła. Głos, czy też głosik, który wydobyła ze ściśniętego gardła, się jej wydał nie jej, jakby należał do kogoś innego. Obcy, a przede wszystkim żałośnie… wiotki i słaby.

Te spostrzeżenia chyba podzielała Peigi. Oderwała bowiem wzrok od pudełka łakoci i popatrzyła zdziwiona na kobietę siedzącą na ławie. Co więcej, swoje zdziwienie bezczelnie uzasadniła:

— To ty umiesz… mówić?

Po chwili konsternacji Isabella się zorientowała, że ze strony dziewczyny w arystokratycznych ciuszkach to nie była próba obelgi. Miała przed sobą prostaczkę, której głupotę powinna, a raczej musiała, wykorzystać. Posiadała ku temu niepodważalny atut w postaci intelektualnej przewagi. Silniej to sobie uświadomiwszy, odezwała się już w bardziej zdecydowany sposób:

— Tak, mówię… Poza zdolnością mowy równie dobrze słyszę. Przez to zasłyszałam, że na zlecenie Moray otworzyłaś w Starym Królestwie przyzwoity… burdel.

— Ano. — Peigi głupkowato się uśmiechnęła. — Chcesz orzechową kulkę? — Wyciągnęła z pudełka krągłą słodycz. — Smakuje tak jakoś żołędziami, jak dla dzika. Ja i tak nie będę jadła, wolę marcepanowe. To chcesz? — Wysunęła przed siebie dłoń ze smakołykiem. Natomiast odzyskująca werwę kobieta niemal dumnie oświadczyła:

— To czego chcę, to pracować w twoim burdelu. Weź mnie tam na dziwkę, proszę. — Wypowiedziawszy owe słowa, się zorientowała, że okraszenie ich tonacją dumy jednak nie było na miejscu. Ale czy prostaczka przed nią udająca lady mogła wiedzieć, co się mieściło w ramach stosowności, a co nie? Raczej nie. Ta myśl jeszcze dodała jej animuszu, by z determinacją dążyć do celu. Czyli, aby Peigi wyrwała ją z tego przeklętego miejsca do… nieco mniej przeklętego. Lecz się okazywało, że sprawa wcale nie była tak oczywista…

— Mam już komplet dziwek. — Dziewczyna zabrała orzechowy słodycz, który z powrotem wylądował w pudełku. — Poza tym jesteś ciężarna, no i gruba.

Nieco przygaszona uwagą o tuszy Isabella spojrzała na siebie. Nigdy nie należała do osób szczupłych, to prawda. Ale w ostatnie miesiące rzeczywiście sporo przytyła. Obrosła proporcjonalnie tłuszczem na całym ciele. Chociaż sadło najmocniej poszło jej w tyłek, który przypominał wręcz dwudrzwiową komodę.

Ten niby mankament, jak i ciążę, wobec potencjalnej pracodawczyni postanowiła mimo wszystko przedstawić na swoją korzyść:

— Wielu klientów lubi… miękkie i pulchne kobiety, jako oznakę… bogactwa, a ciąży u mnie jeszcze dobrze nie widać. Ponadto dla niektórych lordów moja brzemienność może być nawet atutem. Ponieważ nie każdy wielki pan chce w burdelu płodzić bękarty. Wielu woli tego uniknąć. A doszły mnie słuchy, że twój dom uciech cielesnych jest nastawiony na obsługę zacniejszego… państwa.

— No niby tak. — Peigi odłożyła pudełko łakoci na poręcz krzesła inkwizytorskiego. Następnie się przyjrzała uważniej kobiecie na ławie. Patrzyła na nią, jak na… dziwkę. Oceniała ją nie inaczej tylko jako kobiecy materiał do rżnięcia. — Sama nie wiem — jęknęła. Ale minę zrobiła zupełnie nieprzekonaną. Zatem, aby ją przekonać, Isabella ruszyła do ofensywy, jako kurwa, się zachwalając:

— Mam już doświadczenie, sama wiesz. Mogę zaspokajać mężczyzn, ale również kobiety. — Od tego zachwalania znowu się miała ochotę porzygać. — No i posiadam arystokratyczny rodowód, a przez to należytą ogładę. Możesz mnie sprzedawać, jako lady kurwę. To będzie dodatkowa atrakcja. Choć to nie… koniec — kusiła.

— Co jeszcze? — Peigi połknęła haczyk, przyjmując bardziej otwartą postawę.

W normalnych okolicznościach Isabella pewnie podwinęłaby suknię, aby pokazać owe „coś jeszcze” z kurewskiego ciałka. Lecz okoliczności dalekie były od normalnych. Siedziała naga na ławie w sali tortur. Ale nie takie sale już widywała i swą rozmówczynię na nich. Dlatego sprytnie w swoim mniemaniu zauważyła:

— Jako pokojówka cię podglądałam na ucztach. Zobaczyłam, że często się zachowujesz w znamienitym towarzystwie, delikatnie mówiąc… niestosownie. Mogłabym ci pomóc unikać drobnych wpadek. Ustrzegłabym przed większymi potknięciami. Wreszcie zapobiegłabym jawnym kompromitacjom z twoim udziałem.

— Co takiego robię źle na ucztach? — zaciekawiła się Peigi. Na co Isabella popatrzyła na nią, jak na nieopierzoną gąskę i nie potrafiąc pohamować w głosie wzgardy, oschle rzekła:

— Podczas rozmów z gośćmi, gdy stoisz koło nich, przykładowo… puszczasz głośne bąki.

— No to co? — Dziewczyna wyraziła szczere zdziwienie.

— Ano to… że tak damie nie przystoi.

— Kiedy to się wszystkim podoba. Cieszą się, szczerzą, jak mi z dupy furczy, aż mi suknia koło tyłka lata. — Peigi zakwitła rozbrajającym uśmiechem. Dla odmiany twarz Isabelli spochmurniała i to srogo. Wytykając postać naprzeciw siebie palcem, oskarżycielsko wycedziła przez zęby:

— Nikt się nie cieszy, jak ci z dupy furczy, nikt, zapewniam. Oni się z ciebie… naśmiewają. Poza tym… — Kobieta na ławie spróbowała powstrzymać nagły przypływ żółci. Ale to było silniejsze od niej, ponieważ tu po części się rozchodziło właśnie o nią. Przez to się raptem wydarła: — Isabella Cameron publicznie nie pierdzi, nie ma prawa, rozumiesz? Isabella Cameron nie pierdzi przy znamienitych gościach!

— Dobrze już, dobrze… — Pod wpływem słownej agresji dotychczasowy uśmiech dziewczyny został starty z jej lica. Znów nabrała dystansu.

Widząc to wycofanie, córka zamordowanego Thomasa się skarciła w duchu za swą arogancję. By spróbować jakoś ratować sytuację, nad którą traciła kontrolę, płynnie przeszła od niemal groźby do prośby:

— Posłuchaj… Moray ci ufa… Jesteś dla niej wyjątkowa. Wiem to na pewno. — Nie wiedziała, ale się domyślała, że coś w tym było. — Jeśli szepniesz jej w mojej sprawie choć słówko, to ona mnie stąd zabierze i na życzenie odda tobie. Ja zaś ci się odwdzięczę na niezliczoną ilość sposobów. Sprawię, że będziesz najbardziej dystyngowaną damą w Starej Stolicy. Twój burdel będzie najlepszy w mieście, a ja w nim najbardziej oddaną dziwką. Mogę też zadbać o wystrój lokalu, poprowadzę księgi rachunkowe. Jeśli trzeba będzie… pójdę za tobą do piekła i skoczę za ciebie w ogień!

To już zabrzmiało z jej strony histerycznie, jako akt całkowitej desperacji. Sęk w tym, że w pełni autentycznej i dla niej osobiście uzasadnionej.

Oto dała z siebie wszystko i teraz czekała na wyrok. Otrzyma nową szansę, kurewską, ale zawsze, czy też pozostanie w lochu sromowym narzędziem do przywoływania demona. Nie chciała być, kurwa, w tym znienawidzonym przez nią domu jebanym narzędziem, już wolała jebaną nierządnicą!

— Hmm… — Peigi tymczasem ujęła dłonią swój drobny podbródek w kształcie litery V. Poddała się jakby dłuższej zadumie, co w jej wypadku stanowiło ewenement. Aż niepocieszona stęknęła: — Ależ mam ochotę na te marcepanowe… Zaraz bez nich zdechnę. Jest już może wieczór?

Słysząc taką odpowiedź, Isabella nagle całkiem oklapła. Zwiesiła ponuro głowę. Zresztą cała jej sylwetka uległa obniżeniu. Rozlała się na ławie, jak nieforemna góra tłuszczu pełna zwalistych fałd.

Zastanowiła się, czy stać by ją było na samobójstwo? Na myśl o podcięciu sobie żył i wykrwawieniu, się jednak skrzywiła. Skok z dachu pałacu i złamanie karku na przystrzyżonym trawniku? Wzdrygnęła się. Próba ucieczki z posiadłości i bełt w plecach albo zagryzienie przez psy? Nie brzmiało to dla niej przekonująco. Za to co innego, już zupełnie niespodziewanie, gdy już całkiem straciła nadzieję, zabrzmiało wyjątkowo kusząco:

— No to już. Pokaż, co tam potrafisz, muszę cię sprawdzić.

Isabella powoli podniosła głowę i powiodła wzrokiem zgodnie ze wskazaniem dziewczyny. Jej dłoń była skierowana prosto w kierunku rzężącego nieszczęśnika na łożu sprawiedliwości. Zrozumiała, że za jej sprawą owe łoże się miało stać także… miłosnym.

— Zrób mu dobrze. Ale tak, żeby to było też miłe dla oka, żeby mi się podobało, no.

Ta sugestia sprawiła, że kobieta się z wolna podźwignęła z ławy. Krocząc ku więźniowi, się zastanawiała, jak zrobić dobrze komuś, komu było w chuj źle? Tak źle, że już gorszej kurwicy nie mógł przeżywać.

Rozumiała, że przede wszystkim powinna go potraktować nie jak więźnia, a kochanka. O zdejmowaniu kajdan nie było więc nawet mowy. Za to po obrobieniu mu paluchów przez Scriptora i gęby przez Peigi, ona, jak nic, się powinna wziąć za fiuta. Lecz nie po to, aby wytoczyć z niego krew, a nasienie.

Stanęła przy łożu sprawiedliwości na wysokości pasa nagiego i zastraszonego mężczyzny. Jego przyrodzenie się wydawało równie zastraszone, bo pokurczone się całkiem chowało w napletku. Musiała je nakłonić, aby wychynęło z norki, pokazując rosnącą, czerwoną i zaciekawioną główkę.

Napluła sobie na dłoń. Bez przekonania pogładziła jakby się wciskające ze strachu w podbrzusze jąderka. Potarmosiła fiutka. Coś tam może drgnął. Ale nie bardziej niż uprzednio katowane kończyny więźnia podczas tortur.

Zerknęła z ukosa na obserwującą ją w akcji Peigi. Jej znudzona mina mówiła wszystko. Zaś brzmiało to mniej więcej tak: „zostaniesz po ciemny grób w tym jebanym lochu, żałosna szmato, bo nawet być dziwką to dla ciebie widać za dużo”.

O nie. Prawdziwa Isabella Cameron jeszcze pokaże, na co ją naprawdę stać. Pokaże, co to znaczy być, kurwa, rasową kurwą!

Pochyliła się nad fiutem i jak zmarszczonego robala błyskawicznie wciągnęła w usta. Ssała go, w jamie ustnej lizała. Masowała wargami, gładziła podniebieniem. Robiła, kurwa, wszystko, aby wreszcie w chuj stanął! I chuj, niczym na życzenie, rzeczywiście… stanął.

Nie traciła czasu. Wypluła prącie, które wyglądało już nie jak pomarszczony robal, a stercząca paróweczka. Jak na własne gabaryty rączo wskoczyła na łoże. Dosiadła mężczyzny, się nadziewając na niego pizdą i już go ujeżdżała.

— Masz małą klepsydrę i ani ziarenka piasku dłużej. — Peigi bezwzględnie wyznaczyła czas na doprowadzenie stosunku do szczęśliwego końca. A nie było na to, kurwa, wiele czasu!

Isabella zerknęła na poręcz inkwizytorskiego krzesła, gdzie postawione zostało urządzonko z się przesypującym w nim piaskiem. Szybko się przesypującym piaskiem. Zbyt szybko, kurwa!

Kobieta na mężczyźnie dawała z siebie, ile mogła, a nawet jeszcze więcej. Niczym tłusty wałek falowała na chuderlaku przypominającym nędzną kluseczkę. Rozwalcowywała go swą przytłaczającą masą, zaklinając w duchu jego fiuta, aby nie zwiotczał.

Nie wiedziała, na ile biegłą była zaklinaczką fiutów. Dlatego się posiłkowała jeszcze swym obfitym biustem, dyndając cycami nad twarzą mężczyzny, by utrzymał pobudzenie.

On w ramach spółkowania się wydawał przeżywać kolejne już katusze. Charczał i bulgotał. Rozdziawiał gębę, w której ziała paskudna rana. Przewracał oczyma ze wzrokiem godnym szaleńca. Jego pokryta krwią, szczynami i potem twarz wyrażała wyłącznie zwierzęcy strach. Raczej daleko mu było do amorów, czemu w jego sytuacji się trudno dziwić. Ale ku niewymownej uldze ujeżdżającej go kobiety jego fizjologia, której nie kontrolował, zrobiła swoje.

Spuścił się — pomyślała Isabella. Odebrała wrażenie na kroczu, jakby się zeszczała. Do tego coś większego się jej wyślizgnęło z pochwy.

Ostrożnie zeszła z uszczęśliwionego na siłę nieszczęśnika. Wszak pozostała na łożu sprawiedliwości.

W postaci plamy ze spermy pomiędzy męskimi nogami zobaczyła dowód na to, że chyba zdała kurewski egzamin. Uśmiechnęła się dumnie, zupełnie jak wtedy, gdy w wieku kilkunastu lat opanowała sztukę jazdy konnej.

Przydreptała do niej Peigi i z uznaniem pokiwała głową. Przez chwilę sierota na łożu zobaczyła w dziewczynie koło siebie niemal swego ojca udzielającego jej aprobaty. Zrobiło się jej na sercu jakoś tak ciepło i lżej. Poczuła się doceniona. Lecz zaraz się okazało, że aby ostatecznie się wkupić w łaski młodej burdel mamy, czekało ją jeszcze jedno, gówniane, wyzwanie:

— Zajmij się jego gębą. — Peigi wskazała na twarz więźnia i pokazała tak diaboliczny uśmiech, jakiego by się nie powstydził sam lord Scriptor. — Skoro ciągle nie mam marcepanowych, ktoś za to musi oberwać. Niech krecik wyjdzie z twojej norki. Wiesz, z której i… dokąd.

Isabella się wiele nie namyślała, a właściwie wcale. Przelała się przez więźnia na jego głowę, która utonęła między jej zwalistymi pośladkami. Zaparła się, nadęła i parła na jelita. Przy tej czynności się natchnęła myślą o pracy w burdelu. Kurwa, naprawdę chciała tę robotę!

IV. Powroty i nowe wyzwania

Kolejny dzień trwała słota. Bite drogi prowadzące do Zamku Cameron tylko po części utwardzone były kamieniami. Z tego powodu okoliczne trakty nieznośnie rozmiękły od nadmiernych opadów, a przez śliskie łby głazów się przelewały błotniste strugi.

Na poboczach dróg zielona szata nielicznych tu drzew pokryta została ciężką warstwą wody. Trawa na łąkach się także uginała pod naporem deszczu. Po części tonęła w obfitych kałużach, które się łączyły miejscami nieomal w jeziora.

Zasnute ponurą szarością niebo nie pozwalało określić w miarę dokładnie pory dnia, a to z powodu od dawna niewidocznego słońca. Jednak po narastającym uczuciu głodu w żołądku Kira oceniała, że się zbliżała pora zasłużonej kolacji.

Według niej na pewno zasłużonej. Ponieważ kroczyła dumnie na czele nowego zaciągu wojów północy, którego dokonała na życzenie księżnej Hardfiskur.

Wracała z Wyżyn, gdzie ostatnio witano ją prawie, jak samą księżną. Na ten czas bowiem każdy Vikingar chciał służyć pod komendą kobiety zwanej już powszechnie Diablicą.

Najemniczka się czasem zastanawiała, ilu pozostałoby chętnych do takowej służby, gdyby się dowiedzieli, że Nevaria była piekielną istotą nie tylko z nazwy. Ale ta myśl nie stanowiła jej problemu i nie zaprzątała nią sobie specjalnie głowy.

Osobiście używała sobie przednio u boku najstarszej córki lady Bannad, nie zważając na to, czy pochodziła ona z piekła czy nie. Nic też nie zapowiadało kresu tej diabelskiej sielanki.

Wręcz przeciwnie, bo po zwycięstwie księżnej Hardfiskur pod Denny ostatni znaczący opór centralnych klanów krainy Alba został złamany. Przez to na polu militarnym się pojawiło trochę oddechu, a nawet sporo, bo kolejnych wrogów na horyzoncie Kira nie widziała.

Północne Wyżyny pełne osad Vikingar stały za księżną murem. Zachodnie klany z Nizin złożyły Nevari hołd lenny. Zaś południowe lawirowały dyplomatycznie, byle zachować autonomię, a zarazem się nie narazić na atak.

Co do wschodu krainy Alba, to traktowany był, jako rdzenne terytorium najstarszej córki lady Bannad. Tutaj też, czyli w Zamku Cameron, się mieściła jej siedziba, gdzie Kira właśnie doprowadziła wojów północy.

Przekroczyła zwodzony most opuszczony specjalnie dla niej. Przeszła przez otwartą bramę i w półmroku ponurego dnia, gdzie odnosiła wrażenie, że ciężkie niebo zaraz się jej zwali na łeb, stanęła na błotnym dziedzińcu.

— Nie ma to, jak w domu — mruknęła sobie na widok trzech krzyży, na których zobaczyła wisielców; dwie kobiety i mężczyznę. Oceniła, że nagie trupy były jeszcze całkiem świeże, bo dopiero siniały, a rany na ciałach, przemywane przez deszcz, się w większości nie zdążyły zasklepić.

Nie interesowało jej, kim byli martwi nieszczęśnicy i czym sobie zasłużyli na taki wyrok ze strony Nevari. Jak ją znała, a znała już dobrze, wystarczyło, że krzywo na nią spojrzeli. Albo zwyczajnie krzyże na dziedzińcu pozostawały dłużej puste, przez co księżna uznała, że należy je ozdobić zwłokami. Była to równie prawdopodobna wersja wydarzeń.

Niemniej, o własną skórę, że ta zostanie przebita gwoźdźmi, najemniczka się nie martwiła. Przy najstarszej córce lady Bannad mogła sobie na wiele pozwalać, jak nikt inny, i nie ponosiła tego konsekwencji. Oczywiście pewnych granic nie przekraczała. Ale prawda się przedstawiała tak, że była drugą osobą na zamku i to z nią się tu miano liczyć, nie ona z innymi:

— Czy podać szlachetnej pani świeże, czyste i suche ubrania? Już służę.

— Pani, szlachetnej, kurwa mać, phi… Spierdalaj. — Kira odepchnęła od siebie młodego sługusa, który na jej widok przybiegł do niej z pomieszczeń zamkowych.

Nowych ubrań miała bowiem już tak dużo, że wręcz doceniała stare, wytarte, śmierdzące i brudne, w których chętniej chodziła. Przypominały jej o tym, kim tak naprawdę była. Nie zapominała o tym, bo władza nie uderzyła jej do głowy.

Akurat pomyślała, że jest po prostu mokrą od deszczu pizdą, do której się ostatnio uśmiechnęło szczęście. Postała jeszcze trochę na placu, spoglądając na tych, którym szczęście pokazało co najwyżej dupę, czyli popatrzyła sobie na wisielców. Potem się odwróciła do przyprowadzonych ze sobą zaciężnych Vikingar i krzyknęła do nich:

— Nie przejmujcie się ukrzyżowanymi nieborakami, ale do ich widoku tutaj się przyzwyczajajcie! Nocleg i strawę znajdziecie tam! — Wskazała ręką na baraki widoczne w dalszej części dziedzińca. — Powiedzcie, że przyprowadziła was Kira Nikt, to wystarczy! — Nie czekając na reakcję wojów, poczłapała w błocie do zamkowych wnętrz.

Po drodze wspomniała genezę swego dość mało chwalebnego przydomka, czy może tytułu. Zanim go otrzymała z początkiem wiosny od księżnej, ta twardo orzekła, iż jej zastępczyni nie mogła się zwać ino samym imieniem, jak pospolita dziewka. Najemniczka na to odparła, że się nazywa, jak się nazywa, bo jest nikim. Tak się narodziła Kira Nikt. Zaś jej dwuczłonowa nazwa się szybko upowszechniła w krainie Alba, gdzie, jako o prawej ręce księżnej Hardfiskur, mało kto o niej dotąd nie słyszał.

Tymczasem po wkroczeniu z podwórza do wejściowej sali zamku, która była wielka, jak kilka stodół, najemniczka stanęła, jak wryta.

— O matko… kurwo — stęknęła.

Niczym po rynnie reszta deszczówki ściekała jej po twarzy, jak w korycie, się gromadząc w rozdziawionej gębie. Masując sobie językiem wnęki pustych dziąseł, się podejrzliwie przyglądała dwóm znanym sobie mężczyznom. Jednego ledwo co kojarzyła. Za to drugiego znała aż za dobrze.

— Witaj, Kiro Nikt. — Bruno się lekko ukłonił.

— Pani. — Stein się skłonił wyjątkowo uniżenie. Natomiast stojące za nimi dwie dziewczyny padły na kolana i pochyliły głowy.

Skołowaną najemniczkę zaswędziały palce, które odruchowo się skierowały u niej w kierunku toporka za pasem. Zanim by go jednak dobyła, zachowawczo się oddaliła od niespodziewanych gości na zamku i ściszonym głosem się zwróciła do stojącego w pobliżu Magnara:

— Co oni tu, kurwa, robią? — Popatrzyła na kompanów Hakarla.

— Sterczą od rana. — Dowódca gwardii księżnej, człowiek o posturze niedźwiedzia, wzruszył potężnymi ramionami. Na jego torsie metalicznie zaszeleściła kolczuga. Zaś Kira syknęła:

— Toż widzę, kurwa, że nie leżą ani nie klęczą.

— Uklękną przed księżną — zadudnił ciężkim basem Magnar.

— Aaa… już rozumiem. Nasze waleczne chłopaczki poszły wreszcie po rozum do głowy, zmieniają front. — Najemniczkę olśniło. Pod mokrym kapturem się podrapała po głowie. Wyciągnęła z kasztanowych kłaków tłustą wesz i ją rozcisnęła między brudnymi paznokciami. Palce umazała sobie własną krwią wyciśniętą z opitego nią insekta.

— Księżna wspominała, że masz się w końcu odwszawić — burknął obojętnie dowódca gwardii.

— Pierdolić wszy. I niech się na mojej głowie pierdolą, bo jak mnie gryzą w łeb, to mi się lepiej myśli.

— To ty myślisz? — Magnar się wyszczerzył drwiąco.

— Pierdol się razem ze wszami. — Kira odwzajemniła szczerbaty uśmiech i udała, że zadaje wojownikowi cios pięścią w brzuch. Ten udał, że się kuli z bólu. — Ech… dobrze jest wrócić do domu. — Najemniczka z zadowoleniem się przeciągnęła, skądinąd będąc wśród swoich naprawdę zadowoloną.

Wtem gdzieś z górnych pomieszczeń się poniosło echo kobiecego wrzasku. Był gniewny, był wściekły, był nieokiełznany niczym samej diablicy.

— Znów się zaczyna. — Magnar westchnął.

— Co z księżną? Ktoś jej krzywo ukrzyżował wisielca, że tak drze mordę?

— Jest rozeźlona. — Dowódca gwardii spoważniał i ściszył głos.

— No ale o co się tak wścieka?

— Jest zła — powtórzył tylko osiłek, jakby naraz zapomniał większej ilości słów w gębie.

Kira wiedziała, że skoro się miał aż tak na baczności wobec furii Nevari, to jej powód musiał być nietuzinkowy. Skoro tak, to sama sobie westchnęła, już się domyślając, na kim owa furia zostanie po części wyładowana.

— Na spotkani z naszą Diablicą chyba wezmę sobie tarczę. — Do kompletu z kobiecym wrzaskiem usłyszała pogłos rozbijanego szkła. — Zdecydowanie wezmę tarczę i to dużą. Miej na tę dwójkę oko — rzuciła jeszcze do Magnara, wskazując na kompanów Hakarla, po czym poszła na spotkanie z księżną.

Przemaszerowała przez wielką salę, zostawiając na kamiennej posadzce brudne ślady z błota. Jej podbite drewnem buty dudniły głośno na schodach. Ten dźwięk, w miarę pokonywania kolejnych kondygnacji wzwyż i się zbliżania do komnaty Nevari, coraz mocniej był tłumiony kobiecym wrzaskiem.

Przed samą komnatą stała część orszaku księżnej — jej zaufane służki i służący. Ich miny się prezentowały, jako strapione. Wszyscy w napięciu milczeli. Jednak na widok Kiry na ich twarzach się rozlał wyraz ulgi. Wiedzieli, że najemniczka, jako jedyna, mogła szczerze porozmawiać ze wściekłą Nevarią i wyjść z tego bez szwanku. Co więcej, miała ona autentyczny wpływ na księżną i nie raz już zdołała ją udobruchać. Widać liczono, że tym razem będzie podobnie. Jeżeli zaś miałoby być inaczej, to się oberwie jej, a nie im.

— Co się właściwie wydarzyło? Skąd taki gniew Jaśnie Pani? — zapytała jeszcze służbę Kira. Odpowiedziała jej cmentarno-grobowa cisza. Machnęła więc tylko niedbale ręką. Odczekała chwilę, aby się wpasować do pomieszczenia między krzykami i ruszyła naprzód, napierając barkiem na wrota.

Znalazła się we wnętrzu nowej komnaty. Drzwi za nią się zatrzasnęły z hukiem. Jednak córka lady Bannad nie raczyła nawet na przybyłą osobę spojrzeć. Przygarbiona kroczyła chwiejnie po sali, utykając. Trzymała się za głowę, ciągnęła za włosy. Jej wzrok był rozbiegany, nieobecny. Czarna suknia na niej częściowo porwana.

Cała podłoga tonęła w różnobarwnym szkle z rozbitych figur i naczyń wartych majątek. Zasłony były zdarte z okien. Regały przewrócone. Półki oberwane. Bez szwanku ostał się ino masywny i niski stół u szczytu sali, a na nim mapa krainy Alba.

— Pani, wróciłam! — krzyknęła Kira, by zwrócić na siebie uwagę i spróbować wyrwać z obłędu demolującą komnatę kobietę. Choć do zdemolowania nie było tu już zbyt wiele. Obok stołu we względnie dobrym stanie pozostała tu bowiem już tylko… Kira Nikt.

Jakby zdawszy sobie z tego sprawę, Nevaria nagle pokuśtykała do najemniczki. Oparła na jej gardle ostre paznokcie, jak drapieżne zwierzę obnażyła gniewnie kły. Pośrodku jej czarnych źrenic majaczyły czerwone punkty, które niepokojąco pulsowały. Pociągała też głośno nosem, co przywodziło na myśl węszenie.

Znajdująca się pod presją przybyła tu osoba uznała, że całe szczęście, iż się nie przebrała. Pomyślała, że śmierdziała sobą tak, że nawet otępiała od piekielnej agresji Nevaria musiała poczuć, że ona, to ona, czyli Nikt, Kira Nikt, a zatem przyjaciel. I rzeczywiście…

— Ty… To jesteś… ty — stęknęła ciężko księżna. Lecz uczyniła to już normalnym głosem, jakby widok znajomej twarzy, czy znany odór, wyrwał ją z diabelskiego transu.

Odtoczyła się do tyłu, oparła tyłkiem o stół i odpoczywając po wybuchu furii, normowała przyspieszony oddech. Jej wzrok utkwił w podłodze.

Podobnie Kiry, która się zaczęła przechadzać. Baczyła przy tym, aby nie wdepnąć w rozbite szkło, co stanowiło prawdziwe wyzwanie. Ponadto, jakby sporządzała właśnie inwentarz strat, spokojnie recytowała:

— Asturlyjska waza warta siedem sztuk złota rozbita w drobny mak. Kryształowe kieliszki z Tuscany za złotą monetę sztuka, pobite. Srebrne tace wysadzane drogimi kamieniami pogięte. Ścienne witraże z… z chuj wie czego i chuj wie ile czego warte, potłuczone. — Najemniczka się zatrzymała na środku pomieszczenia. Popatrzyła na księżną, jak na niesfornego bachora bezmyślnie psującego zabawki i z pretensją zapytała: — Ciekawa jam bardzo, pani, co jest warte takich strat? Dowiem się może? Bo nikt pary z mordy puścić nie chce na ten temat. Zatem? — Dłuższy czas zastygła w oczekiwaniu. Aż Nevaria, jakby ostrzyła sobie tym wyrazem i tak już ostre zęby, gniewnie wycedziła:

— Dziecko…

— Co… dziecko? — Najmniczce przebiegła przez głowę niepokojąca myśl, że niedawno narodzony syn księżnej nie żyje. Lecz w takim układzie spodziewałaby się raczej ze strony Diablicy obrócenia w gruzy całego zamku, jeśli nie całej krainy Alba lub nawet świata. Wątpliwości jej więc nie opuściły i powtórzyła pytanie: — No co z tym… dzieckiem?

— Dostałam od matki list… niebieski list. — Te z kolei słowa Nevaria wypowiadała, jakby były w jej ustach trujące.

— No… i? — Najemniczka zachęcała ją gestami dłoni, aby wreszcie z siebie wszystko do końca wydusiła.

— Matka, ona…

— Tak, kurwa?

— Matka mi napisała, że mam jej oddać… syna.

Wobec zasłyszenia tej treści, Kira popatrzyła na księżną, jak na wariatkę, za którą ją po części w sumie miała. Jej puste spojrzenie się przekształciło w drwiące i w takim też tonie skwitowała:

— Jesteś potężną osobą, pani, wzbudzającą podziw i strach. Sprzeciw się. Nie oddawaj syna, to proste.

— Kiedy…

— Tak…?

— Kiedy… — Wzrok Nevari na powrót zalewały czerwień i czerń. — Już, kurwa, oddałam! — Na całe gardło wydarła z piersi iście piekielny wrzask. W furii znów natarła na Kirę. Zaczęła ją okładać pięściami, wrzeszcząc: — Te niebieskie listy, diabelskie pismo, znaki! Nie mogę, się nie potrafię, kurwa, sprzeciwić. Oddałam, kurwa, oddałam arcydiablicy własne dziecko, kurwa!

Najemniczka, która początkowo przyjęła gardę przed gradem ciosów, teraz ją opuściła. Uczyniła to, gdy kolejna fala gniewu opuściła księżną tak nagle, jak ta ją zaatakowała.

— Kurwa… — chlipnęła sobie Nevaria i z opuszczoną głową się zawlekła na drugą stronę komnaty. Usiadła na stole przodem do okna, a tyłem do gościa i tak zastygła. Zastygła w spokoju oraz ciszy, jak martwa.

Kira odczekała trochę, aby się upewnić, że cisza i spokój stanowiły stan bardziej długotrwały, a nie chwilowy. Nabrawszy ku temu nadziei, usiadła koło Nevari. Posiedziała z nią trochę, aż rezolutnie rzekła:

— Urodzisz sobie drugie dziecko, pani.

— A jak matka zabierze mi drugie? Jak zabierze mi… każde?

— Wtedy nie wychowasz żadnego dziecka, co nie znaczy, że dzieci już nie zobaczysz. Wychowa je twoja matka i one kiedyś przyjdą do swej prawdziwej matki, do ciebie. Jeszcze zobaczysz syna.

— Tak myślisz, naprawdę?

— Tak, moja pani. — Kira tak nie myślała, bo akurat w ogóle nie myślała. W tym momencie nie gryzły ją bowiem w głowę wszy. Tym swój stan bezmyślności usprawiedliwiała. Co jednak nie znaczyło, że się nie mogła wypowiadać. Zwyczajnie paplała, co jej na języku siadło.

— A jak moje dziecko ktoś… skrzywdzi? — jęknęła Nevaria.

— Kto niby?

— Nie wiem, może… Raszida?

— Ta brązowa suka? Phi… Pani, jak ona ma skrzywdzić, jak ona rąk nie ma. To czym ona skrzywdzi?

— Zdziwiłabyś się, co może zrobić kobieta bez rąk… — Córka lady Bannad popatrzyła za okno w płaczące niebo, jakby się chciała przebić wzrokiem przez szczelną okrywę z chmur w nieskończoną przestrzeń.

By sprowadzić ją znowu na błotnistą ziemię, Kira, zmieniając dziecięcy temat, który uznała za wyczerpany, swobodnie zauważyła:

— Ładnie siąpi i ładnie pada deszcz na wisielców na krzyżach. Kto tym razem zawisł na dziedzińcu? — Księżna tylko wzruszyła ramieniem, więc najemniczka spróbowała ugryźć słowem z innej strony: — Przyprowadziłam na deszczowy dziedziniec zaciężnych Vikingar. Nowych, świeżutkich, jak sobie życzyłaś, pani.

— Ilu? — Tym razem córka lady Bannad, porywaczki dzieci, jak zasłyszała Kira, wyraziła zainteresowanie. Najemniczka poszła więc za ciosem:

— Prawie stu żem przywiodła ze sobą. W większości młodzi i zdrowe byki. Mężczyźni wielcy, jak byki i zdrowi, jak… byki. — Zdobyła się na niezbyt wyszukane porównanie. Ale uznała, że lepsze takie, niż żadne, aby pociągnąć nowy wątek dyskusji. Zaś w celu jego dalszego rozwoju, i odciągania księżnej od kwestii utraty dziecka, rzuciła w powietrze: — Każdemu z nowych wojów, który ma ponad dwadzieścia wiosen i pełne wyposażenie, obiecałam trzydzieści srebrników za miesiąc służby.

— Ile?! — warknęła Nevaria. Po znów agresywniejszym tonie jej głosu Kira stwierdziła, że nowy temat też chyba za bardzo ją pobudzał w jej obecnym stanie emocjonalnego rozchwiania. Ciężko jednak było rozmawiać tylko o pogodzie. Więc sprawę zwiększenia żołdu szerzej wyjaśniła:

— Nie mamy już wrogów w krainie Alba, pani. To znaczy, tak naprawdę mamy ich w chuj, od chuja. Ale już nie takich, co chcieliby z nami skrzyżować topory, by na krzyżach nie skończyć. To z kolei oznacza, że łupy z grabienia będą żadne, bo… nie będzie grabienia. Żeby więc wojacy pozostawali w dobrym morale podczas skoszarowania, trzeba im dobrze płacić.

— Niedługo będą łupy i to po wielokroć bogatsze niż dotąd. — Te słowa Nevaria wypowiedziała pustym głosem. Kira popatrzyła na nią pytająco. Ona odwróciła wzrok od okna. Przesunęła się trochę tyłkiem na stole, aby nie zasłaniać nim mapy obrazującej południe krainy Alba. Następnie wskazała na mapie punkt oznaczony nazwą Dun Eideann.

— O matko… kurwo — stęknęła najemniczka. — To miasto na terenie krainy Alba, ale… królewskie miasto. To niebezpieczne, bardzo niebezpieczne. Czemu chcesz je zdobyć, pani?

— Nie domyślasz się? — Księżna spojrzała ostrym wzrokiem w oczy rozmówczyni. Ona się podrapała po głowie. Ale nie zachęciła tym żadnych insektów żerujących w jej kołtunach, aby gryząc ją, pobudziły jej twórcze myślenie. Dlatego prostacko odparła:

— Nie, nie rozumiem, pani, czemu chcesz zdobyć miasto króla Henryka. Szczególnie że się mu już w chuj naraziłaś, podkurwiając go podbojem jego wasali.

— Zostanę królową.

— Że co, kurwa?! — Kira zrobiła paskudną minę, rozdziawiając szczękę i powierciła sobie palcem w uchu. Miała szczerą nadzieję, że od nadmiaru woskowiny usznej usłyszała jednak zafałszowany przekaz. Niestety się nie przesłyszała…

— Po zdobyciu królewskiego miasta się koronuję na królową krainy Alba — zawyrokowała twardo Nevaria. — Nie mam nic do stracenia. Ta kraina już faktycznie nie jest pod władaniem Henryka, wydarłam mu ją prawie całą. On natomiast nie przybył tu jeszcze z wojskiem tylko dlatego, że powstrzymuje go moja siostra Moray.

— Potężną masz, kurwa… siostrę, pani, przed którą drżą sami monarchowie. Pozazdrościć. — Najemniczka przewróciła oczyma, wspominając niepozorną chłopczycę z Zamku Łez, się otaczającą grupką gówniarstwa. Następnie z narastającą frustracją jęczała: — Plan był inny… pani. Po zdobyciu dominującej pozycji w krainie Alba miałaś się ukorzyć przed królem. Zapłaciłabyś mu trybut i się wycofała z części ziem, aby, jako księżnej Hardfiskur, pozwolił ci zachować resztę włości. Podobał mi się ten zacny pomysł, bo dawał, kurwa, szansę na przeżycie. Na przeżycie w dobrobycie, kurwa. A tak? — Rozłożyła bezradnie ręce. — Ściągniesz na się pani, królewską armię. To ja się, kurwa, pytam; czemu zmieniłaś dobry plan na zły, pani?

— Nie zmieniłam.

— Nie? — Kira wybałuszyła zaropiałe oczy.

— Moje plany nigdy nie były inne.

— Ale wspominałaś, że…

— Okłamałam cię — stwierdziła lodowato Nevaria, patrząc do kompletu ogniście w oczy rozmówczyni.

Ta pogmerała językiem w ustach, zupełnie jakby między zębami szukała wyjścia z kłopotliwej sytuacji. Nie znalazła. Była bowiem drugą osobą na zamku, a nie pierwszą. Przez to niestety nie mogła kazać księżnej Hardfiskur z jej szaleństwem się pierdolić. W związku z tym parsknęła, jak klacz, na której od miesięcy się uczyła jeździć, poznając też końską mowę, i pojednawczo rzekła:

— Niech więc i tak będzie. Wojna bez końca. Bo chyba jaśnie księżna nie posłucha głosu rozsądku swej prawej ręki, hę? — Spojrzała jeszcze błagalnie na Nevarię. Ona sztywno odparła:

— Za miesiąc wyruszamy na Dun Eideann, postanowione. — Zaraz z zadrą w głosie, już na inny temat, srogo zaznaczyła: — Za dużo płacisz północnym. Przestań szastać moim skarbcem.

— A czemuż to za dużo? — Najemniczka, która akurat wyjątkowo lubiła wydawać cudze pieniądze, a mając ku temu sposobność, nie znała w tym umiaru, się wyszczerzyła. Szybko jednak jej uśmiech zgasł.

— Skarbiec jest prawie pusty. Złoto się skończyło. Zostało mi trochę srebra.

— Ale, eee… — Kira już wolałaby usłyszeć, że krainę Alba właśnie pochłonęło piekło. Nic bowiem nie brzmiało gorzej niż pusty skarbiec. Powody tego księżna skrupulatnie wyjaśniła:

— Zważ, że utrzymanie zaciężnych Vikingar kosztuje majątek. Ponadto nie każdego przeciwnika pokonaliśmy w boju. Niektórych lordów przekupiłam, podobnie wrogie garnizony, by mi się poddali. Ze ściąganiem trybutów są kłopoty. Idzie to opornie. Trzeba będzie podnieść wioskom podatki.

— Z tym podnoszeniem wioskom podatków… to się wstrzymaj, pani. — By to stwierdzić, najemniczka nie potrzebowała stymulacji w postaci gryzienia przez wszy. Za to za moment pomyślała, że księżnej na pewno nie gryzły, bo ta, dla niej głupkowato, zapytała:

— Czemu nie obłożyć wieśniaków większą daniną?

— Bo się od nich wywodzę. Oni nie mają, co więcej dać. Wiem to. — Kira popatrzyła na Nevarię z wyrzutem. Ta, rozczarowana, stęknęła:

— No to, kurwa, kiepsko…

— A… nie możemy tego królewskiego miasta zaatakować wcześniej, by je złupić? — Najemniczka nagle uznała, że szybki atak na Dun Eideann to wręcz świetlana idea, choć zarazem mrocznie diabelska.

— Zaatakujemy za miesiąc. To już ustalone. — Księżna wskazała na zbitki papieru na podłodze.

— Co to za papierzyska? — zaciekawiła się Kira.

— To listy od… Bhataira Fergusona.

— Od tego łysego dupka?

— Ten łysy dupek ma na południu krainy Alba największy klan i najwięcej wojska. Nie chcę z nim walczyć, by wybić jego ludzi do nogi. Potrzebuję jego wojowników po mojej stronie, za których nie będę musiała płacić.

— Ale… jak do tego, aby pomógł ci zdobyć miasto i królewską koronę, go przekonasz, pani? Bo już wiem, że nie złotem…

— Własną pizdą — syknęła Nevaria.

— Że co, kurwa? — Najemniczka uznała, że tym razem się po prostu musiała przesłyszeć. Lecz nic bardziej mylnego…

— Te listy. — Księżna spojrzała na podłogę. — Flirtujemy…

— Ty i… flirt, pani? No wybacz… — Obecnie Kira popatrzyła na księżną z politowaniem, bo odnośnie do ich zdolności uwodzicielskich miała podobne zdanie. Jednak pewna istotna kwestia to zmieniała:

— Liściki miłosne pisze baliw Aaron. W korespondencji nazywana jestem królową, a Bhatair królem krainy Alba…

— Kupił… to?

— Baliw Aaron potrafi być przekonujący.

— Ta… zgadza się. — Najemniczka wspomniała, jaką rzeszę wdów w Zamku Łez uwiódł słowem, pisanym lub mówionym, ten zbereźnik. — Ale chyba nie zamierzasz, pani, wyjść za tego dupka od Fergusnów za mąż? — Zrobiła pełną obrzydzenia minę, jakby wspominała o głowie klanu ropuchów.

— To zależy… — powiedziała wymijająco Nevaria, przybierając równie nieciekawy wyraz swego lica.

— Od czego zależy, co?

— Od króla Henryka, mojej siostry Moray, listów matki. Od, kurwa, wielu rzeczy, a najmniej… ode mnie.

— Brzmi w chuj… skomplikowanie. I w chuj… niedobrze.

— Brzmi, jak brzmi, bo jest, jakie jest, a się zwie polityka.

— Niezła pizdojędza z tej… polityki. — Kira chciała dodać, że chyba większa niż z samej Nevari. Lecz w myśl zasady, aby nie kopać leżącego, sobie odpuściła. Choć uczyniła to z trudem. Za to z lekkością w głosie zrobiła kolejną wzmiankę: — A może chciałabyś, pani, zobaczyć jeszcze nowych kandydatów, którzy przybyli tu, aby ci służyć, a dotąd byli kompanami twego brata? Skoro mamy ciągle walczyć, to dobrych wojów nigdy za wiele.

— Nie mam teraz do oglądania kogokolwiek głowy, odpraw ich.

— Nalegam…

— Nalegasz… A kim ty, kurwa, dla mnie jesteś, aby nalegać? — Księżna spojrzała na najemniczkę z wyższością, dając do zrozumienia, że ta przekracza pewną granicę, za którą mogło ją czekać coś, co się jej nie spodoba. Ona jednak nie położyła po sobie uszu, tylko swobodnie odparła:

— Nie jestem królem Henrykiem, twoją siostrą czy bratem też nie. Listem od twej matki również raczej nie dane mi być, pani. Za to coraz częściej jestem twym głosem rozsądku…

— Może mam ci jeszcze wylizać pizdę za dobre rady?

— Nie pogardziłabym. Robisz to pani, jak nikt.

— Robiłam, bo już nigdy więcej. I nie wspominaj przy mnie o wydarzeniach z Sole.

— Nie jesteśmy w Sole. Jesteśmy w Zamku Cameron. Tutaj zaś ciągle czeka na ciebie, pani, dwóch wojaków, jakich mało, abyś ich obejrzała.

— Wiesz, że jesteś najbardziej upierdliwą wszą łonową w całej krainie Alba? — Nevaria wprowadziła na swą zwykle zaciętą twarz wyraz uznania i złapała siedzącą z boku kobietę za krocze.

— Wiem, kurwa. — Najemniczka się wyszczerzyła, widząc, że stawiała na swoim. Zaraz, do kompletu z uśmiechem, zrobiła maślane oczy. — O matko… kurwo — jęknęła od przyjemności. Uczyniła to, gdy księżna smagnęła językiem swą dłoń, po czym wcisnęła ją za cudze spodnie, by masować tam srom.

Kira nie wiedziała, na czym to polega, ale tylko kontakt cielesny z Nevarią dawał jej prawdziwą rozkosz, z nikim innym. Obecnie oddałaby wręcz miesięczny żołd, a także to, co w ostatnim czasie ukradła, aby córka lady Bannad uklękła przed nią i aż do spełnienia wylizała jej cipę. Niestety, czego teraz wyjątkowo pożałowała, nie miała takiej władzy.

— Wystarczy jebanego głaskania. Idziemy obejrzeć kompanów mego brata. Zresztą i tak mam już dość tej pierdolonej komnaty i tego pierdolnika w niej. Każ tu posprzątać. — Księżna się zsunęła ze stołu.

Kira na nim pozostała. Ależ ją nagle swędziała niezaspokojona cipa, zupełnie jak w Sole. Na nieszczęście drapanie się samej, co właśnie uskuteczniała, nie przynosiło ulgi. Rozumiała, że tu potrzebny był wilgotny język i zgrabna dłoń diablicy, a nie Kiry Nikt, czy kogoś pośledniego.

Ciężko westchnęła sobie. Niby stanowiło to wszystko, co mogła w tej sytuacji zrobić. Ale jej swędząca cipa i niewyparzona gęba znów dały o sobie znać, przejmując kontrolę nad wolą:

— Wspominałaś, pani, że skarbiec twój ogołocon ze złota. Co, gdybym go po części… uzupełniła?

— Chcesz mi oddać swoje… złoto? — Nevaria, która już miała obejść stół, by wyjść z komnaty, nie uczyniła ani kroku. Zrobiła za to więcej niż podejrzliwą minę, patrząc na Kirę. Ona się niefrasobliwie podrapała po karku, nie cipie, i zaczęła pokrętnie wyjaśniać:

— Pani zacna… Nie stać mnie na darowizny. Ja biedna kobieta. Z pospólstwa jestem. Ale może… żem bym co kupiła od ciebie?

— Niby co, kurwa? — W podejrzliwym grymasie lica księżna coraz mocniej marszczyła brwi.

— Nie rzecz, rzeczy nie kupię, żadnej nie chcę. Jeno o usłudze myślałam…

— Jakiej usłudze?

— No… za ile byś mi, pani, zrobiła dobrze, jak w Sole? O to się chciałam spytać.

Na twarz Kiry spadła otwarta dłoń. Jej drugiego policzka dosięgła zaraz druga ręka Nevari. Następnie spoliczkowana kobieta usłyszała nie wyrok śmierci, którego się spodziewała, a konkretną propozycję:

— Dziesięć złotych monet.

— Tyle złota i… zrobisz mi, pani, dobrze, jak w Sole? — nie dowierzała najemniczka.

— Zrobię ci lepiej.

— Ale… To aż… trzysta sztuk srebra.

— Żebyś wiedziała, że, kurwa, trzysta, a nie trzy.

Podanie tej ceny powinno w zasadzie zakończyć nietypowy targ. Kira zaś dodatkowo pomyślała, że się powinna cieszyć, iż za bezczelność otrzymała jedynie mordobicie, a nie, dajmy na to, ukrzyżowanie. No ale ta swędząca cipa… Cipa kazała się jej targować dalej:

— Dam ci, pani, bezzwrotnie pięć złotych monet. Do tego jednak aż pięćdziesiąt pożyczę, co byś mogła nowy zaciąg wojów częściowo choć opłacić. Oddasz mi po zdobyciu królewskiego miasta…

— Pięćdziesiąt złotych monet — powtórzyła pustym głosem Nevaria. — Biedaczka z pospólstwa, kurwa mać — syknęła z pogardą, nutą niedowierzania, ale i podziwu.

— Cóż… Jam oszczędna jest, pani. To po matce kurwie i ojcu, którego nie znam. — Rozochocona kobieta się wyszczerzyła szczerbato. Następnie, pomimo złożenia hojnej oferty w złocie, nie wierzyła w to, co się w kolejności działo. Zaś poniżej jej pasa się działo sporo…

Dłonie księżnej spoczęły na pasku od spodni siedzącej na niskim blacie postaci. Pasek został wyciągnięty ze szlufek i odłożony na bok. Spodnie się doczekały ściągnięcia z kobiecych nóg i zostały rzucone na podłogę.

Córka lady Bannad uklękła i wcisnęła głowę między kobiece uda. Ich skóra na wewnętrznych częściach się doczekała gładzenia dłonią, a już zaraz pocałunków. Wędrowały one coraz bliżej krocza.

— O matko… kurwo — mruknęła od narastającego podniecenia Kira. Zaś widząc przed sobą klęczącą kobietę, za którą zapłaciła, opuściły ją wszystkie zahamowania. Nie zważając na status postaci przed sobą, wzięła z blatu pasek i założyła go jej na szyję. Ścisnęła mocno, lekko przyduszając osobę na klęczkach i władczo oznajmiła: — Ma być, jak w Sole.

— Będzie… lepiej — szepnęła Nevaria. Rozsunęła mocniej cudze nogi, aby mieć lepszy dostęp do sfery intymnej najemniczki.

Ona patrzyła, jak księżna wodziła ustami wokół jej spragnionego pieszczot sromu, ciągle nie dotykając jego samego. Jednak bez żenady zagłębiała twarz w niemiłosiernie przepoconym i brudnym kroczu, od którego bił ciężki odór.

Kira z satysfakcją wspomniała, że się od tygodni nie podmywała. Zaś krocząc przemoczona w deszczu, nie raz się nie zatrzymywała za potrzebą, tylko idąc, szczała sobie na uda, co też było od niej czuć. Ostatnio często ją również swędziała cipa. Ale nie od niezaspokojenia, a gryzących ją tam insektów.

Na ten czas bez trochę podobnych doznań się nie obywało. Księżna bowiem całowała jej pachwiny, lecz także lizała i gryzła kręcone włosy łonowe, zdejmując z nich językiem, wargami i zębami ciemne drobinki. Patrząc w dół, Kira widziała, że ją odwszawiała, oczyszczała ze wszy łonowych i gnid. Głośno je przełykała razem z wyrywanymi włoskami.

Niebawem zarost wokół sromu był caluteńki mokry i nieco przerzedzony, ale czysty, jak chyba nigdy. Wtedy Nevaria skierowała głowę centralnie na krocze. Wysunęła z ust długi język i samą jego końcówką lekko muskała wargi sromowe najemniczki.

Ona od przyjemności, ale też pragnienia intensywniejszej stymulacji, dostawała nieomal szału. Spoglądała między swe uda na podrygujący tam języczek, który się jednak nie chciał zgodnie z jej wolą zagłębić tam, gdzie tego pragnęła. Zaklinała go, ale on, ten chuj, ją tylko łaskotał, drażnił, podkurwiał i coraz bardziej… podniecał. Podniecał przede wszystkim…

Wreszcie nie wytrzymała serwowanego jej napięcia. Położyła kobiecie dłoń na potylicy i mocno przyciągnęła do siebie, jednocześnie ciągnąc za pas.

— O matko… kurwo. — Nagle zalała ją niewymowna przyjemność płynąca z miętoszonego ustami sromu i wślizgującego się do niego języka. Bluźnierczo pomyślała, że ta ekstaza była warta każdego złota. Jak podczas spółkowania z mężczyzną poruszała biodrami i przytrzymywała przy sobie kochankę, mocniej się tak stymulując. Coś jakby obciągała sobie cudzymi wargami cipę.

W czasie przeżywania czystej rozkoszy patrzyła za okno na mokre i jakby brudne niebo, to niżej na wisielców. Zderzenie tego, co widziała przed sobą, z tym, czego doznawała między nogami, wydało się jej nie do pogodzenia. Kontrastowały tu czysta przyjemność i zwykła odraza, błogość i wstręt.

Jakby mieszając razem brzydki i piękny aspekt świata, Kira odepchnęła od siebie twarz księżnej i się do niej wypięła tyłkiem. Stojąc na czworakach na stole, spoglądała teraz na mozaikę z rozbitego szkła na podłodze. Za to jej pośladki się doczekały namiętnych całusów.

Nie zmieniając pozycji, wyciągnęła rękę za siebie. Wczepiła palce w czarne włosy kochanki i pociągnęła za nie, wciskając sobie jej twarz dokładnie w przedziałek w tyłku. Odebrała tam zamaszyste lizanie. Wówczas zobaczyła przed oczyma nie potłuczone szkło, a gwiazdy. Jej srom się doczekał tarmoszenia dłonią. Czuła, że znów umiera od przyjemności.

Nagle Nevaria złapała ją wpół i zupełni jakby wykonywała zapaśniczy rzut, przekręciła na plecy. Zdjęła z niej całe ubranie, co do ostatniej przepoconej, przemoczonej i cuchnącej szmaty. Najemniczka spostrzegła, że księżna sama się zdążyła wcześniej rozebrać.

Obie kobiety się stały nagie. Wtedy Kira zobaczyła w ręku kochanki otwartą butelkę wina. Zanim zdążyłaby jakoś zareagować, księżna wzięła spory haust, po czym resztę trunku wylała na kobietę pod sobą. Czerwona ciecz zalała równo jej uda, łono, piersi, szyję i twarz.

Tonąca w winie postać raptem jęknęła, a Nevaria już zlizywała jej wino z ud. Wypędzolowała językiem winne krocze. W kolejności zlizywała bordowy alkohol ze wzdętego łona, niekształtnych piersi, przykrótkiej szyi, aż dotarła nad krzywe usta.

— Nie, tu… nie — pisnęła bezwładna od przyjemności Kira.

— Zamknij się. — Księżna pocałowała ją w usta. Długo, mocno, namiętnie. Najemniczka poczuła cudzy język penetrujący na jej dziąsłach puste wnęki po zębach. Potem języki się splotły ze sobą, jak dwa węże. To był obłęd, szaleństwo, lecz raczej dopiero jego początek, a nie apogeum.

Raptem się stało coś jeszcze, co Kira poczuła w kroczu. Oto szyjka butelki od wina zawitała do przedsionka jej pochwy. Szklanym naczyniem były wykonywane ruchy frakcyjne. Doprawdy się nie dało odróżnić tych doznań od darowanych przez fiuta.

Najemniczka się poddała temu, rozkraczając na stole, jak żaba. Posuwana butelką za chwilę nie miała już w ustach języka Nevari, a jej płaski cycek.

— Ssij, to biała krew, to dla ciebie dobre — usłyszała.

Ciągnąc ustami twardy sutek, poczuła w buzi smak tryskającego mleka. Zapragnęła go więcej, jakby naprawdę stanowiło doskonały afrodyzjak. Ssała więc coraz mocniej, a nawet przygryzała kobiecy gruczoł i piła mleczną ciecz.

W pochwie ciągle odbierała tak przyjemne rozpieranie, jakiego nigdy nie zaznała z mężczyzną. W uchu obłędnie podrygiwał jej wilgotny języczek. Na własnym ciele czuła ciało przygniatającej ją kobiety. Ona, ręką, którą nie trzymała butelki, ściskała pierś Kiry.

Kira z kolei obejmowała kochankę za plecy. Najpierw trzymała za kościste łopatki, potem lędźwie. Mimo prób pośladków nie zdołała sięgnąć. Nevaria za bardzo górowała nad nią wzrostem. Lecz ta, jakby czytała w jej kosmatych myślach, wkrótce zmieniła pozycję.

Stanęła na czworakach nad leżącą postacią. Ale tak, że własną twarz miała teraz nad jej kroczem, a swe pośladki nad cudzym licem. Nie zaprzestała też ręcznej stymulacji butelką. Za to przystąpiła również do intensywnego lizania szczytowego zrostu warg sromowych najemniczki.

Ona objęła płaskie pośladki księżnej i jak zahipnotyzowana się wpatrywała pomiędzy nie. Widziała tam jakby czerwone plasterki mięsiwa w ptasim gnieździe o czarnej barwie. Okazałe wargi sromowe otoczone ciemnym zarostem. Oczywiście kolejne skojarzenie siłą rzeczy przywodziło na myśl Otchłań Czeluści. Przecież spółkowała z piekielną istotą.

Idąc za tą ideą, zebrała w ustach flegmę, która jej leżała na gardle, po czym splunęła w rozwartą pizdę księżnej, plugawy srom diablicy. Żółtawa wydzielina się przykleiła do cipy Nevari i z wolna spływała, wyglądając, jak męskie nasienie zmieszane z moczem.

Mając taki widok przed oczyma, mimo że niezbyt zachęcający, oraz mimo że pragnęłaby przedłużyć pieprzenie, się nieuchronnie zbliżała do jego kulminacyjnego momentu.

Ten z nawiązką przekroczył wszystko, czego dotąd doznała. Ponieważ piekielną przyjemność odbierała także z głębi pochwy, czego jeszcze nigdy nie doświadczyła.

Przeżywając spełnienie, dygotała, jak w malignie. Darła mordę głośniej, niż uprzednio się wściekająca księżna. W jej pośladki wpiła palce ze wszystkich sił. Zaś ekstaza eksplodująca w jej kroczu ją prawie zamordowała.

W rezultacie po spełnieniu jeszcze długo spoczywała, jak martwa. Leżała nieżywa, trupia i niczym unicestwiona od rozkosznego zbliżenia z diablicą.

Obecnie przynajmniej jedna rzecz nie ulegała już dla niej wątpliwości. Ta, która się tyczyła rodzaju śmierci, jakiej ostatecznie pożądała. W przyszłości pragnęła umrzeć pierdolona do nieprzytomności przez Nevarię. Zaspokajana jej ustami oraz butelką po winie.

Z leżącej pozycji spojrzała na księżną pijanym wzrokiem. Zobaczyła, że właśnie skończyła uzupełniać na sobie garderobę i, jakby nigdy nic, czy jakby akurat skończyła czesać włosy, się skierowała do drzwi.

— Czekaj… — jęknęła za nią wielce odprężonym głosem Kira. — Córka lady Bannad się zatrzymała. Patrząc na jej plecy, których dotyk ciągle niemal czuła pod opuszkami palców, najemniczka zapytała: — Będziemy to mogły jeszcze… powtórzyć? Zapłacę…

— Cenę za nierządnicę księżną Hardfiskur już znasz — słysząc to, Kira się uśmiechnęła. — Lecz na królową Albę Hardfiskur nigdy nie będzie cię stać. — Nevaria wyszła z komnaty, trzaskając drzwiami.

Pozostała w pomieszczeniu na blacie zaspokojona postać mruknęła sobie rozkosznie. Stwierdziła, że jeszcze na stole, niczym w łożu, poleży. Czuła, jakby jej wypieszczone ciało się składało z wełny i doprawdy nie wiedziała, jak ustałaby na wełnianych nogach.

Doszła też do wniosku, że aby w niedalekiej przyszłości jednak stać ją było na wyjątkowe wdzięki królowej Alby, to wiedziała, jak to ziścić. Albo chyba wiedziała. Zwyczajnie powinna zapewne jeszcze więcej, niż dotąd… kraść

V. Audiencja u księżnej

Kazali stać, to stał. Każą uklęknąć, klęknie. Każą zabijać, będzie zabijał. Jednak te wszystkie rozkazy wykona tylko na polecenie kogoś, kto posiadł realną władzę i się mógł nią podzielić. Ostatnimi czasy doszedł do przekonania, że tym kimś na pewno nie był Hakarl. Dość miał już złudzeń, że zła karta losu się od młodego lorda wreszcie odwróci.

Obecnie Bruno nie widział w nim pana na zamku, władcy, kogoś, kto w najbliższym czasie zdołałby zostać znaczącą osobą. Najstarszego syna lady Bannad postrzegał jedynie, jako coraz bardziej okrutnego wojownika. Takiego, który gustował wyłącznie w walce, sianiu zniszczenia i przemocy, jak sam diabeł.

Czary goryczy niemal przelało to, jak go przyuważył gwałcącego więźnia, a potem podrzynającego mu gardło. Ostatecznie postanowił wziąć rozbrat z Hakarlem, podejrzawszy kolejny jego gwałt, tym razem na chłopaku w wiosce Denny.

Nagle ten młody lord kojarzył mu się już tylko ze zgnilizną tego brudnego świata. Już na pewno nie z kimś, kto zdolny byłby poprawić kondycję nawet nie świata, ale choć samego Bruna, czyniąc go panem włości.

Dlatego najemnik stał obecnie tu, gdzie stał. I gotów był klęknąć oraz zabijać, ale już nie na rozkaz Hakarla, a jego siostry.

Co prawda księżna Hardfiskur się cieszyła jeszcze mroczniejszą sławą od brata i to niewątpliwie zasłużenie. Jednak za tym, aby się jej podporządkować, stała iście piekielna skuteczność tej kobiety. Zarówno w polityce, jak i na polu bitwy, polu bitwy przede wszystkim, się zdawała ona nie mieć sobie równych w krainie Alba.

Ci, którzy sądzili, że mogą z nią konkurować, już nie żyli. Zginęli marnie w walce, pojmani i straceni na krzyżach, czy wydani przez własnych, nieraz przekupionych, ludzi, także kończąc żywot na krzyżu.

Z tym akurat aspektem, nagminnym krzyżowaniem wrogów przez księżną, się wiązał na dobrą sprawę jedyny powód, przez który Bruno dopiero teraz porzucił Hakarla. Obawa przed zawiśnięciem na polecenie Nevari powstrzymywała go dotąd przed zmianą frontu i zaproponowaniem jej własnych usług.

Lecz obecnie desperacja wzięła w nim górę i stwierdził, że wóz albo przewóz. Wszak próbował sobie dodawać otuchy, iż był po prostu najemnikiem. Więc córka lady Bannad nie powinna mieć mu specjalnie za złe tego, że dotąd stawał przeciw niej, bo robił to poniekąd nie do końca z własnej woli.

Czy na łaskę rzeczywiście zasłuży? Prawdopodobnie już za chwilę się miał o tym przekonać.

Z zaplecza do wejściowej, a zarazem reprezentacyjnej, sali zamku dumnie wkroczyła wysoka i kobieca postać w czerni. Usiadła sztywno na tronie. Za nią weszła grupa kilkunastu dworzan, którzy się ustawili za siedliskiem księżnej. Wśród nich był baliw Aaron. Zrobił on krok do przodu, po czym, jakby w samą przestrzeń, dumnie wyrecytował:

— Oto pani Zamku Cameron. Pani miast Sthruglea, Glaschu oraz Obar Dheathain. Władczyni wschodu krainy Alba. Zwierzchniczka klanów Forbes, Leslie, Keith, Innes, Grant, Gordon i Robertson. Pogromczyni klanów Livingstone, Murray, Campbell, Chattan, Erskine oraz Graham. Obrończyni Zamku Zimnych Łez. Patronka północnych Vikingar. Pokłon księżnej Nevari Hardfiskur!

Aaron osobiście się ukłonił tak nisko, jakby się kłaniał samemu sobie, jako baliwowi, a nie zastępcy baliwa, którym już nie był. Czyli się skłonił nad wyraz nisko, aż jego krzyż doznał ekstremalnego przeciążenia.

Coś tam mu chrupnęło, coś zgrzytnęło. Od kręgosłupa się odseparowały jakby zestawy sztyletów dźgających go boleśnie w starcze ciało.

Jednak w najmniejszym stopniu nie wpłynęło to na wręcz perfekcyjny ukłon. Lata doświadczenia w tej dziedzinie robiły swoje i nad tym akurat aspektem swej cielesności Aaron ciągle panował doskonale.

Z innymi aspektami ciała już różnie u niego bywało. Ponieważ o ile, jako baliw na Zamku Cameron, mógł mieć na zawołanie prawie każdą dziewkę, to ze spełnieniem miewał już kłopoty.

Tym bardziej coraz mniej zwracał uwagę na uciechy ciała, a satysfakcję czerpał ze spraw duchowych. Czyli nieustannie się napawał dumą z bycia wywyższonym do bycia baliwem. Oto się mienił pierwszym urzędnikiem na zamku i to nie u byle kogo, a najpotężniejszej kobiety w krainie Alba.

Ze szczerym zachwytem spojrzał na postać w czerni na tronie. Musiał przed sobą przyznać, że ją kochał, jak nikogo i nigdy… poza sobą. Albowiem służba u kogoś niepośledniego napawała go większą przyjemnością, niż udane obecnie spółkowanie nawet z czystą i zadbaną dziewką.

Przeto służył wiernie księżnej Nevari Hardfiskur swą wiedzą i czynem ze wszystkich sił. Tych zaś do służenia miał wciąż niespożyte pokłady.

Na początku bytności księżnej na Zamku Cameron zdusił w zarodku pałacowy przewrót niepokornych dworzan. Potem skrzętnie podpowiadał, którego z klanowych przywódców należało przekupić, którego wypadało pokonać w bitwie, a którego skrycie zamordować, ewentualnie torturując wcześniej.

Aaron dbał też o to, aby belki krzyży do wieszania osób, które podpadły księżnej, były odpowiedniej grubości i długości. Liczyła się też jakość drewna, by gwoździe się w nim dobrze zakotwiczały. Zaś same gwoździe musiały być oczywiście odpowiednio ostre do przebijania skóry, ścięgien, mięśni, a czasem nawet kości.

Z niemniejszą skrupulatnością dobierał młodych chłopców i dziewczęta do ciągle się rozrastającego haremu swej Jaśnie Pani. W tym celu gotów był wręcz odwiedzać bardziej odległe wioski, wyszukując odpowiadające preferencjom księżnej egzemplarze kochanków oraz kochanek.

Aaron na rzecz Nevari Hardfiskur na dobrą sprawę robił jeszcze o wiele więcej rzeczy. Czynił również takie, które zwyczajowo powinni wykonywać otaczający go teraz zastępcy baliwa.

Jednak z przyzwyczajenia nie mógł zaakceptować bierności typowej dla najwyższych urzędników, którzy aktywni byli niemal wyłącznie podczas uroczystych ceremonii. Zwyczajnie też się obawiał, że jego niedoświadczeni zastępcy coś spieprzą w otoczeniu Jej Miłości. Tak czarnego scenariusza nawet nie chciał rozpatrywać.

Z tegoż względu, jako baliw, biorąc też na własne barki obowiązki zastępcy baliwa, bez wytchnienia służył swej Diablicy, jak ją pieszczotliwie nazywał. I musiał przyznać, że z powodu owej służby był, jak nigdy, spełniony i w chuj… szczęśliwy.

***

Długo, naprawdę długo zajęło jej się zwleczenie ze Stołu Rozkoszy, jak nazwała stół w komnacie księżnej. Po doznanej tam przyjemności tak się jej błogo przeciągało na krainie Alba, to jest jej mapie leżącej na blacie, że prawie zasnęła.

Niestety nie mogła sobie na taki luksus pozwolić. Miała obowiązki. Musiała pamiętać o tym, że wysłała swą płatną kochankę na audiencję z kompanami Hakarla. Zaś podczas tego spotkania powinna być obecna.

Doczłapała się więc na dół do reprezentacyjnej sali. Tam znalazła sobie miejsce pod ścianą na linii z tronem Nevari.

Zobaczyła, że Bruno stał już przed księżną i był właśnie przeszukiwany przez Magnara. Tą drogą się pozbył śmiesznego dla Kiry swego dziwacznego mieczyka i kilku noży. Rozbroiwszy go, dowódca gwardii pchnął go na klęczki.

Najemniczce się podobał widok klęczącego najemnika, nawet bardzo. Chociaż niewątpliwie ów widok przegrywał z tym, co wyprawiała z nią Nevaria na blacie Stołu Rozkoszy.

Całowanie brudnego tyłka, lizanie nie mniej uwalanego sromu, wygryzanie wszy łonowych, pojenie mlekiem z cycka, chłeptanie z ciała wina, penetracja butelką. Konkurencja była ostra, bo ta diablica miała fantazję. Należało jej to sprawiedliwie oddać.

Ponadto charakter owej fantazji sprawiał, że Kira w tej chwili mniej patrzyła na kobietę na tronie, jak na księżną, a bardziej, jak na wyuzdaną nierządnicę. Dlatego się opierając o ścianę, dumała, czy przed rychłym koronowaniem tej dziwki nie wysupłać jeszcze na jej wdzięki pięciu złotych monet.

Stwierdziła, że, mimo iż było to kurewsko drogo, jak na kurwę, choć może nie księżną, to pewnie się jeszcze wykosztuje. Ale najpierw poczeka, aż się jej trochę odbuduje populacja wszy łonowych wokół sromu.

Noż kurwa, ależ się jej podobało to wygryzanie wszawicy ostrymi zębiskami. No podobało, jak chuj, a raczej własna, dopieszczona przez księżną pizda.

***

— Pani… — oznajmił klęczący Bruno. Głowy ciągle nie unosił, jedynie oczy, których gałki czuł napięte pod łukami brwiowymi.

Za sprawą zmysłu wzroku mógł podziwiać przed sobą Nevarię Hardfiskur. Poniekąd już ją oczywiście znał. Nie tak dawno, gdy zeszła ze statku na ląd krainy Alba, czyniąc to, jako zwykła lady, służył jej matce i tą drogą także jej samej. Nawet trochę porozmawiali i to wtedy nabrał przekonania, co do niepośledniej inteligencji tej młodej kobiety.

Liczył, że ta dumna postać, zasiadająca teraz na tronie w sztywnej pozie godnej samej królowej, nie wyrugowała z pamięci tego, że już współpracowali, co będzie przemawiać na jego korzyść. By takie swe życzenie czymś wesprzeć, wprowadził na twarz lekki, ale ze wszech miar przyjazny uśmiech.

— Czemu miałabym cię… — Księżna urwała wpół zdania, po czym się nachyliła nieco w kierunku stojącego koło niej baliwa Aarona. On coś jej szepnął na ucho. Wyprostowała sylwetkę i już bez zająknięcia zapytała: — Czemu mam cię, Bruno Barclay, oraz towarzyszącego ci Steina, nie ukrzyżować, jako tych, którzy stawali przeciw mnie, zabijając mych wojów?

— Pani… — Najemnik zwiesił głowę, spojrzenie wbił w trzewiki Nevari. Po jego uśmiechu nie pozostało ni śladu.

Nie na takie przywitanie liczył. Ale wiedząc, z kim miał do czynienia, nie był też zaskoczony. Zbierał więc myśli, aby przystąpić do obrony swej osoby. Lecz po części wyręczyła go w tym córka lady Bannad:

— Powiedz, co masz mi do zaoferowania poza mieczem, których to mieczy czy toporów mi nie brakuje. Spraw, abym była rada, a i ty będziesz zadowolony. Rozczaruj mnie, a zawiśniesz.

— Tak… pani. — Bruno poczuł ulgę. Poczuł ją wyraźnie, jako siły powracające w jego ciało i umysł, w tym wolę, za sprawą której wykonał gest dłonią do klęczącej za nim Aline.

Ona uniżenie podeszła do niego i również padła na klęczki. Głowę pochyliła tak nisko, jak tylko mogła. Najemnik zaś wskazał na żonę i, dlaczego księżnej Hardfiskur się mógł okazać przydatny, opanowanym głosem wyjaśnił:

— To Aline Barclay, córka Roberta Barcleya, moja małżonka. Posiada ona dokument potwierdzający jej prawo do sprawowania pieczy nad wszystkimi ziemiami klanu Barclay.

— Teraz to moje ziemie — wtrąciła ostro Nevaria.

— Tak, twoje, pani, temu nie śmiem przeczyć. Jednak spalony zamek Barcleyów pozostaje zniszczony. Okoliczne wioski nie posiadają centralnego ośrodka. Przez to są źle zarządzane. Z tamtych okolic nie masz, pani, wysokich podatków, nie masz wielu oddanych ci rekrutów. Wiele ziem nie jest uprawianych, leży odłogiem. Na drogach grasują bandyci.

Księżna na chwilę przyzwała do siebie Aarona. Ten znów coś do niej szepnął.

— Mów dalej — zwróciła się już łagodniejszym głosem do Bruna. On, coraz pewniej, kontynuował:

— Pozwól mi służyć ci, pani. Pozwól, że złożę przed tobą przysięgę wierności, jako głowa klanu Barclay. Wtedy własnymi środkami odbuduję zamek i zajmę go. Zadbam o wyższe daniny dla ciebie. Wystawię silny i sojuszniczy oddział wojów, by wspierać cię w wojnach. Wspólnie z Aline będziemy ci wiernie służyć, pani. Nasze zaś dzieci będą służyć twoim. Wszyscy na tym skorzystamy teraz i w przyszłości.

Bruno zastygł w oczekiwaniu, ale był dobrej myśli. Pomimo przypisywanego jej zasadnie okrucieństwa Nevarię miał za rozsądną osobę, inaczej by się tu nie stawił. Skoro zaś zdołał przedstawić jej swe słuszne racje, się powinna przychylić do prośby i przyjąć jego poddaństwo. Posiadał tego niemal pewność. Ona natomiast przemówiła do Aline:

— Twój mąż wspomniał o dziedzicach rodu, dzieciach. Czemu zatem nie jesteś brzemienna?

— Ona… — jęknął najemnik.

— Niech twoja żona mówi.

— Tak, pani. — Bruno w prawie niezauważalny sposób pokręcił głową. Dla Aline niezmiennie się starał być łagodny i wyrozumiały. Ale jeżeli zrazi do siebie księżną, to ją własnymi rękoma…

— Pytałam, czemu nie jesteś w ciąży? — ponowiła zapytanie Nevaria. — Czy niedawno powiłaś już może dziedzica rodu Barcleyów albo poroniłaś?

— Nie… pani — pisnęła z poczuciem winy Aline, nie podnosząc oczu. — Nie miałam jeszcze dziecka w łonie.

— Ubolewasz nad tym?

— Tak, pani.

— Czy twój nie najmłodszy już mąż nie może podołać zadaniu? Czy jego przyrodzenie cierpi już może na starczą niemoc, przez co wasz ród wygaśnie?

Niczym stado rumaków przez komnatę przebiegły rubaszne śmiechy strażników. Choć najgłośniej rechotała Kira. Najmniej do śmiechu było postaci oskarżonej publicznie o impotencję. Ta tylko zacisnęła dłonie w pięści i w osobie Bruna się próbowała bronić:

— Moja żona, ona jest…

— Kazałam ci milczeć! — wydarła się władczo Nevaria, unosząc dłoń. — A ty się tłumacz ze swego pustego łona, dziewko: — syknęła do Aline. Ona wreszcie nieco uniosła głowę, nawiązując kontakt wzrokowy z księżną. Zerknęła jeszcze na męża, który miał wyjątkowo zacięty wyraz twarzy, po czym pokornie rzekła:

— Mam już piętnaście wiosen, dobra pani. Jestem gotowa i chętna, by mąż mnie posiadł. Ale jam ciągle mała i chuda, mimo że jem za dwoje. Przeto mój zacny małżonek, na którego ni złego słowa rzec nie mogę, mi prawi, że powinnam pierwej nabrać zdrowych, kobiecych kształtów, by rodzić zdrowe dzieci.

— Wzgardził tobą?

— Tak… pani. — Aline znów opuściła głowę. Tym razem po to, aby uniknąć wzroku męża i samej nie widzieć jego coraz mocniej się zaciskającej pięści.

— Jesteś dziewicą? — drążyła temat Nevaria.

— Przepraszam… za to. — Córka Roberta prawie chlipnęła.

— Czy jako zaakceptowany przeze mnie pan klanu Barklay spłodzisz potomka już teraz, się nie oglądając na tuszę swej żony? — To pytanie księżna skierowała do Bruna.

— Tak, pani — odparł pustym głosem najemnik.

— Chcę to zobaczyć — rzuciła w powietrze córka lady Bannad. Bruno zmarszczył brwi, patrząc na nią pytająco. Obecnie jednak spoglądał też, jak na diablicę, z którą coraz mocniej się mu kojarzyła. Ona drwiąco zaznaczyła: — Stań za żoną, podwiń jej suknię i pokryj ją. Chce zobaczyć nasienie w jej sromie, jako dowód tego, że jesteś prawdziwym mężczyzną zdolnym nasienie z siebie w kobietę wydalić. — Po sali, tym razem jak spłoszone myszy, przebiegły nerwowe szmery. — No dalej, zapłodnij swą małżonkę — zachęcała Nevaria.

Bruno widział, że się pastwiła. Domyślał się, że chora żądza to jedyny cel jej perwersyjnej prośby. Podejrzewał, że czerpała podobną przyjemność z zadawania cierpienia ludziom na krzyżu, co z ich upokarzania w innych sytuacjach.

Pozostał na miejscu, mając wątpliwość, czy taką satysfakcję jej da. Jeżeli zrobi to, czego żądała, potomek jego i Aline, poczęty w takich okolicznościach, już zawsze będzie wyszydzany, a ojciec lekceważony. Lecz nader kiepską alternatywę stanowił prawdopodobny… krzyż.

— Zatem… jaka decyzja? Dasz dowód swej męskości, by dać dowód temu, że moja inwestycja w klan Barclay będzie długoterminowa?

— Pani… — szepnął baliw Aaron i się nachylił ku Nevari. Dłuższy czas coś jej ściszonym głosem perswadował. Ona czyniła coraz bardziej nieciekawą minę, aż zrezygnowana oświadczyła:

— Nie wypada… Nie… wypada — powtórzyła z nutą melancholii w glosie, po czym na całą sale gniewnie wrzasnęła: — To ja, kurwa, tu decyduję, co wypada, a co nie! Ja, kurwa! — Wskazała na siebie i nagle wzburzona wstała, dobywając rapier.

Obecnie w sali nie przebiegło stado rumaków, ani myszy. Odnosiło się raczej upiorne wrażenie, iż całe pomieszczenie, wszystkie jego powierzchnie, oblekły swymi kostropatymi cielskami same diabły. Wiły się po ścianach, posadzce, suficie. Pełzły, jak węże, spółkując ze sobą, to zadawały sobie nawzajem krwawe rany.

— Spokojnie… — W powstałej ciszy rozbrzmiał wielce odprężony głos Kiry, który kompletnie nie pasował do napiętej sytuacji.

Najemniczka swobodnie przydreptała do córki lady Bannad, się równie swobodnie drapiąc po tyłku. Zaczęła coś Nevari tłumaczyć. Przy czym nie czyniła tego do końca ściszonym głosem. Z tego powodu do zastygłego na klęczkach Bruno dochodziło więcej jej słów, niż by tego sobie życzył. Łajdak, jebaka, skurwiel, rzeźnik — nie trudno się było domyśleć, kogo dotyczyły te określenia. Coraz bardziej zrezygnowany spojrzał na Aline. Płakała.

— Niech tak… będzie. — Wydawałoby się, o dziwo, udobruchana jazgotem Kiry księżna schowała rapier i z powrotem usiadła na tronie. Wyciągnęła przed siebie prawą dłoń ozdobioną błękitnym pierścieniem rodowym, po czym obojętnie oświadczyła: — Przyjmę przysięgę wierności Barcleyów, pozwalając im na restytucję klanu i odbudowę jego siedziby. Ceną, poza lojalnością, będzie uiszczenie w mym skarbcu trzydziestu złotych monet. Pragnę też widywać regularnie na zamku Aline Barclay, aby szybko zobaczyć ją brzemienną, bo inaczej poczuję gniew. To wszystko.

— Pani… — Bruno wiele się nie namyślał. Właściwie to wcale, tylko ucałował wysunięty ku niemu pierścień.

— Walczyć i zwyciężać — odparła dumnie dewizą własnego rodu, i zarazem zawołaniem bojowym, Nevaria.

— Pani… — Aline poszła w ślady męża. Otarła z policzków łzy i musnęła ustami błękitną błyskotkę na cudzym palcu.

— Walczyć i zwyciężać — usłyszała.

— Powstańcie, jako wierni słudzy związani przysięgą z księżną Hardfiskur — wtrącił, jakby dyskretnie, Aaron.

Bruno wstał. Ale tak samo, jak Aline, coś mu nie pozwalało wyprostować do końca pleców. Poczuł niewymowną ulgę, ale też miał wrażenie, jakby się postarzał nagle o wiele lat. Przeczesał się dłonią po siwiejącej czuprynie.

— Szacowni państwo Barclay pozwolą. Trzeba sporządzić stosowny dokument. — Baliw wskazał powstałej z klęczek parze osób, aby się udała z nim na zaplecze. Tak właśnie uczynili. Choć wcześniej uczynili jeszcze ku księżnej wyjątkowo niskie ukłony. Ona pozostała niewzruszona.

— Teraz ty! — ryknął do stojącego w głębi komnaty Steina Magnar.

— Niech podejdą razem. — Nevaria zwróciła uwagę na dziewczynę towarzyszącą wojownikowi.

— Podejdźcie razem! — Dowódca gwardii zachęcił łapą, jak u niedźwiedzia, aby pozostali przybysze się stawili przed księżną wspólnie. Tak też zrobili. Magnar przeszukał oboje, odbierając mężczyźnie broń, po czym siłą cisnął przybyłą dwójkę na klęczki.

***

Gdy trafią przed oblicze księżnej, miała nie spoglądać na nią nawet przez chwilę. Tak polecił jej Stein. Ufała mu, więc się oczywiście zgodziła. Lecz obecnie, klęcząc w zamku, który był jeszcze wspanialszy niż siedziba lady Bannad, Gormlate się nie mogła powstrzymać. Tak po prostu, w końcu była prostą dziewczyną. Tym się usprawiedliwiała.

Patrzyła więc na postać w czerni na tronie, ją podziwiając. Zaś podziw ten się szybko przeradzał u niej w uwielbienie.

Widziała bowiem przed sobą kobietę dumną, odważną i hardą. Taką, która dopiero co krzyczała na mężczyznę, Bruna.

Wszyscy się jej tu słuchali. Czuła też, że wszyscy się jej bali. Ona natomiast posłuchała wyłącznie głosu innej kobiety, tej ze szpetną twarzą, jak brzydko ociosana belka drewna i z kasztanowymi kołtunami na głowie.

Stanowiło to dla Gormlate coś zupełnie nowego. Mianowicie obserwowanie posłuchu mężczyzn wobec kobiet.

Co prawda, w Zamku Łez też ponoć rządziły kobiety, lady Bannad oraz Raszida. Ale nigdy żadnej z nich nie widziała na oczy.

Tutaj zaś klęczała tuż przed władczą kobietą. Przeto znalazła w sobie siłę, zupełnie jak wtedy, gdy strzeliła z łuku w wiosce Brechin do mężczyzny, który nakazał ją gwałcić za darmo. Znalazła w sobie siłę i odwagę, patrzeć prosto w wyjątkowo ciemne oczy samej księżnej Hardfiskur, podobno najpotężniejszej postaci w całej krainie Alba. Musiała przyznać, że czuła od niej tę wyjątkową moc.

W czasie jej podziwiania księżna rozmawiała ze Steinem. Ale Gormlate nie słuchała treści dysputy. Z rosnącą fascynacją spoglądała na smukłe dłonie i wyjątkowo długie palce kobiety, którymi ta czyniła oszczędne gesty. Wysławiała w myślach pełne usta na pociągłej twarzy, skąd się dobywały z wyższością wypowiadane słowa. Śledziła mimikę i każdą powstałą w jej wyniku zmarszczkę na licu Nevari.

Aż ta lekko przekrzywiła łabędzią szyję i wbiła spojrzenie swych mrocznych oczu w samą Gormlate. Coś do niej powiedziała. Ale będąca pod wielkim wrażeniem dziewczyna dobrze nie usłyszała, nie zrozumiała wypowiadanej do niej treści.

Ktoś ją złapał za ramiona i raptownie poderwał na nogi. Wówczas uderzył ją karcący głos potężnego mężczyzny, który ją ustawił do pionu:

— Wielka pani mówi wstań, to wstajesz. Pani mówi obnaż się, to się obnażasz. Albo zaraz dyndasz na krzyżu.

Oszołomiona Gormlate spojrzała na mężczyznę, o którym słyszała, że się nazywał Magnar. Ale zastygła zesztywniała. Nagle jej wola nie korespondowała z kierowaniem ciałem. Sparaliżowana niepewnością nie mogła się ruszyć.

— Rozbierz się — powiedział spokojnie z klęczek Stein.

Dopiero słowa znajomej osoby sprawiły, że Gormlate oprzytomniała na tyle, aby się zdołała poddać przynajmniej cudzej woli. Ściągnęła przez głowę suknię i stanęła całkiem naga.

Po dłuższych jej oględzinach księżna ją zapytała:

— Rodziłaś niedawno?

— W zeszły księżyc koło nowiu, pani — odparła, odruchowo spoglądając na swe łono. Widniały tam nadmiarowe fałdy skóry po niedawnym porodzie.

— Rodziłaś niedługo… po mnie.

Gormlate zobaczyła, że postać na tronie ciężko westchnęła. Ale też nadal mocno się jej przyglądała.

Nie wprowadziło to u niej wstydu. Przyzwyczajona była do oglądania przez innych swej nagości. Przez to obecna wielość oczu na jej pozbawionym ubrania ciele nie stanowiła dla niej powodu do zażenowania.

— Nie wstydzisz się, to dobrze. — Księżna prawidłowo odczytała jej stan ducha. — Masz bujne kształty, ale nie jesteś tłusta. Podobasz się… mi. — Nevaria zrobiła z palców środkowego i wskazującego jakby procę, którą podparła sobie podbródek. Zerknęła z ukosa na baliwa. Ten skinął jej z lekka głową, zupełnie jakby pozytywnie oceniał zwierzę do zakupienia na targu. Wtedy kobieta na tronie zawyrokowała: — Skoro, jak zasłyszałam od Steina, jesteś sierotą bez rodowodu, a pochodzisz z podległych mi ziem, zostaniesz tu, na zamku, jako moja własność. Niczego ci nie zbraknie, o ile będę z ciebie zadowolona. — Córka lady Bannad wskazała ręką na swoje krocze i władczo poleciła: — Podmyj mnie. Podmyj… językiem. — Na ten czas w komnacie rozbrzmiały tak różnorodne odgłosy, jakby się pojawiły tutaj naraz konie, myszy, diabelskie pomioty, a także wszelkiej innej maści istoty. — Cisza! — krzyknęła księżna. Szmer ucichł, jak ucięty nożem. — A ty rób swoje — dodała naturalnym głosem do Gormlate.

Ona się niepewnie rozejrzała na boki. Nawet do kogoś takiego, jak do niej, docierało, że publiczne zrobienie tego, czego od niej zażądano, nie było stosowne. Nikt jednak w żaden sposób nie próbował jej powstrzymywać.

Zatem stanęła na czworakach i nawet chętnie wpełzła pod czarną suknię kobiety na tronie. W ten sposób się schroniła i schowała przed widokiem wielu wścibskich oczu, które patrzyły dotąd tylko na nią.

Tym samym się również znalazła tak blisko władczej kobiety, jak tylko mogła. Bezpośrednio w okolicy jej krocza i w obrębie bijącego od niego zapachu.

Wyczuła drażniący zmysł powonienia stary mocz, ale i młodszy oraz specyficzny odór wydzielin z pochwy, który znała od siebie. Choć od pachwin odebrała również przynależną tylko tej osobie woń potu. Był ciężki, zatykający, pozbawiający tchu.

Gormlate zdała sobie sprawę, że srom księżnej od dawna nie był podmywany i zwyczajnie cuchnął. W ogóle jej to nie zraziło. Rozumiała, że po to właśnie została wezwana — aby brudną rzecz umyto.

Z powodu mroku pod suknią w kierunku cudzego krocza się poruszała po zapachu. Gdy się stał bardzo silny, wysunęła z ust język.

— Przy okazji zrób mi dobrze, jak kobieta kobiecie — usłyszała cicho wypowiedziane, ale zachęcające słowa.

Jeszcze nigdy nie zaspokajała kobiety. Żadna nigdy nie chciała od niej takiej usługi. Jednak na podstawie znajomości własnego ciała się domyślała, co powinna czynić, aby nie tylko zapewnić postaci na tronie higienę, ale i należną przyjemność.

Natrafiła językiem jakby na mięsne plasterki; cienkie i długie o słonawo gorzkawym posmaku. Bardzo delikatnie je oblizała z góry na dół i z obu stron. Na zewnątrz nich połaskotały ją włoski. Pomiędzy mięsistymi fałdami odnalazła podłużną wnękę oraz intensywniejszy smak goryczki.

W kolejności złożyła lekkie pocałunki u szczytu sromu. Ponieważ już nabrała pewności, że to do niego dotarła. Muskała tam ustami, lizała, to trochę ssała, co raz zjeżdżając też językiem niżej. Doczekała się pogłaskania po głowie i rozkosznego mruknięcia księżnej. Ta niebawem głośno zarządziła:

— Sprowadźcie tu więźnia, Drengura.

Oprócz własnego mlaskania Gormlate usłyszała szybkie i oddalające się kroki. Dalej robiła swoje, całując, pieszcząc, śliniąc i liżąc już czysty srom.

Wkrótce wydawanym przez jej usta dźwiękom znów towarzyszyły odgłosy kroków. Ale takich, które się przybliżały, należały do dwóch osób i pobrzmiewały wespół z szelestem łańcuchów.

— Niech więzień uklęknie. Kiedy powiem, w dowód swego oddania mej osobie, poderżniesz mu gardło, Stein.

Po zasłyszeniu tych wypowiedzianych przez księżną słów, Gormlate poczuła przy swej twarzy pod suknią dłoń wkładającą jej coś do ust. Dała to sobie włożyć. Odebrała przesłodki smak miodowej kulki.

— Kończ już — poleciła jej cicho Nevaria. Położyła dziewczynie na potylicy dłoń i docisnęła dziewczęcą twarz do swego krocza.

Postać na klęczkach zrozumiała. Przełknęła niebiańską dla niej słodycz, po czym ze zdwojoną energią przystąpiła do szybkiego i zamaszystego wylizywania sromu. Był już dobrze nabrzmiały, spuchnięty od pieszczot.

Czuła również, jakby się zrobił gorący, iście piekielny, pochłaniający ją coraz bardziej i pożądający jej samej. Ona zaś sobie uświadomiła, że i ona go pragnęła. Przeto dawała z siebie wszystko, samą siebie zaskakując swym zaangażowaniem, a momentami niemal agresją, gdy mocno zasysała w usta szczyt warg sromowych.

O tym, że się spisywała więcej niż dobrze, świadczyły coraz bardziej namiętne pomruki księżnej, jej narastające drżenie ud i poszarpywanie za włosy Gormlate. Wyraźnie odbierała tę prawdę, że władcza kobieta na tronie osiągała już szczyt rozkoszy.

— Tnij! — W komnacie rozbrzmiał iście diaboliczny rozkaz.

Dziewczyna z głową wciśniętą między kobiece uda usłyszała za sobą chluśnięcie cieczy w zderzeniu z kamienną posadzką. Niebawem do jej bosych stóp dotarł ciepły płyn.

Równie ciepłą ciecz, ale w formie galaretki, która wypłynęła z pulsującego sromu, odebrała na ustach. Starała się znów wszystko oczyścić językiem. Kiedy zrobiła to względnie dokładnie, postać na tronie wstała. Uczyniła krok w bok i się skierowała na zaplecze komnaty.

Wówczas dziewczyna na klęczkach oblizała ze śluzu pochwowego usta. Od większej ilości światła boleśnie zmrużyła oczy, które nawykły do mroku pod suknią. Spojrzała na posadzkę wokół swej osoby. Tonęła we krwi. Odszukała wzrokiem źródło krwawego potoku, zasilającego czerwoną kałużę. Był nim nieznany jej mężczyzna z poderżniętym gardłem, który spoczywał martwy na podłodze. Za nim stał Stein z nożem w ręku.

Skinął głową Gormlate, że wszystko jest dobrze. Ten jeden gest wystarczył, aby się uśmiechnęła. Ufała mu bowiem bezgranicznie — kochała go przecież. Choć słyszała, że w tym świecie nie było już miłości. Ponoć wraz z Bogiem, i jego anielskimi zastępami, nikt nie wie, jak dawno temu, miłość bezpowrotnie umarła.

VI. Na zamku diablicy

Pod okiem baliwa sporządzony został odpowiedni dokument. Na białym arkuszu papieru z ozdobnym pismem w czarnym kolorze się znalazły liczne podpisy i pieczątki. Formalna procedura, którą Bruno odbierał trochę, jak podpisywanie cyrografu z diabłem, ostatecznie wiązała poddańczo ród Barcleyów z rodem księżnej Hardfiskur.

Jednakże kolejna formalność się miała przejawiać nie bezpośrednio na kartach papieru, a w łożu. Bruno się bowiem pisemnie zobowiązał w przeciągu roku spłodzić potomka. Przy czym Aaron twardo mu zasugerował, że powinien się za to wziąć niezwłocznie we wskazanej mu komnacie. Inaczej mógł urazić Nevarię, wprawiając ją w gniew.

Na pewno nie chciał znowu doświadczyć na sobie furii księżnej Hardfiskur, o tym był już przekonany. Poszedł więc z Aline do wskazanego mu pomieszczenia sypialnego, choć nie na sen. W wiadomym celu wstąpił do niego, się czując trochę, jak skazaniec. Gdzie jednak tak naprawdę skazaną na zgubę była przede wszystkim cnota jego młodziutkiej żony, na którą w dokumencie osobiście podpisał wyrok.

Znalazł się z Aline na łożu. Po zdjęciu z niej sukni ustawił ją sobie na czworakach i tyłem do siebie. Odpiął jej ciasny pas cnoty. Sam również się pozbył odzienia i niepewnie rozejrzał na boki.

Domyślał się, a właściwie był przekonany, że go obserwowano. Ponieważ w zamkowych ścianach często tworzono ukryte wnęki, przez które zaznajomione z nimi osoby podglądały wnętrza komnat.

Zatem nie mógł udawać, że posiadł żonę. Kłamstwo w tym względzie, szczególnie wobec księżnej Hardfiskur, nie wchodziło w rachubę. Musiał dać dowód wypełniania postanowień podpisanego dokumentu tu i teraz, składając w żonie nasienie. Jednakże czując presję i cudzy wzrok na sobie, miał z tym fizyczny problem.

Przyrodzenie zwykle nie sprawiało mu zawodu. Dotąd się nie mógł na taką przypadłość skarżyć. Lecz już podczas klęczenia przed Nevarią jego nerwy zostały zdrowo nadszarpnięte. Odebrana wtedy w sobie niepewność jeszcze w nim narastała. Przeto sam widok drobnych pośladków, oraz obrośniętego jasnym meszkiem sromu żony, nie pobudzał go dostatecznie. Jego zmysły były zbyt rozbiegane, czuł rozkojarzenie. Dominowało w nim zdekoncentrowanie.

Pomagał więc sobie ręką, tarmosząc wulgarnie fiuta, by stanął sztywniej. Podczas tej czynności odnosił wrażenie, że słyszy zza ścian szydercze śmiechy, w tym żabi rechot Kiry. Podejrzewał, że te dźwięki podsuwała mu jedynie jego złośliwa wyobraźnia, ale wpływ takich osłuchów był opłakany. Od dłuższego czasu nie mógł zapoczątkować zbliżenia.

Zmienił więc taktykę, a właściwie ją rozwinął. Ręką, którą nie ściskał przyrodzenia, powiódł po ciele sztywno stojącej na czworakach Aline. Dotknął jej naprężonych pośladków, przejechał palcami po udach, sromie.

Ku temu ostatniemu się pochylił i zaciągnął odorem kobiecych wydzielin z pochwy. Cuchnęły z powodu nieodpinanego od wielu dni pasa cnoty, który czasem opuszczał dziewczęce ciało jedynie celem podmycia krocza. Ale ten specyficzny odór potrafił pobudzić mężczyznę, w tym także jego.

Wciąż nie uzyskał pełnej erekcji. Jednak uznał, że już na tyle okazałą, by podjąć próbę inicjacji stosunku.

Najbardziej się obawiał tego, że dziewicza, a przez to ciasna pochwa, go do siebie nie wpuści i męskość mu znów zwiotczeje, nim zdąży ją zakotwiczyć w pochwie. Dlatego nie zwlekał. Ustawił fiuta w poziomie i zupełnie nie zwracając uwagi na reakcję żony, na siłę wciskał w nią przyrodzenie, pomagając sobie ręką.

Trochę weszło, ale napotkało silny opór. Aline się szarpnęła, co spowodowało się wyśliźnięcie w całości fiuta spomiędzy warg sromowych.

Poczuł gniew i prawie uderzył dziewczynę. Ale zdołał opanować złe emocje. Palce jednej dłoni wpił boleśnie w talię żony, aby zrozumiała, że jej ruch będzie skutkował bólem.

Ponownie przystąpił do inicjowania stosunku. Aline znów się szarpnęła, ale mocniejsze ściśnięcie jej za talię zdało egzamin. Skarcona bólem znieruchomiała. Czyli zrozumiała lekcję, prawidłowo.

Teraz nie pozostawało już nic innego, jak dopchać na wpół zesztywniałą męskość do końca w pochwę. Na szczęście jej ciasnota i wilgotność sprawiały razem, że przyrodzenie w niej, się przedzierając przez nią, pęczniało od przyjemnej stymulacji.

Wreszcie mocniejszym pchnięciem Bruno przebił błonę dziewiczą i schował całego fiuta w sromie. Aline chyba krzyknęła. Praktycznie to do niego nie dotarło. Zbyt zaabsorbowany był sobą. Tym, aby zakończył zbliżenie szybkim wytryskiem, nim ponownie dopadnie go słabość.

Nachylił się nad dziewczyną i przeniósł jej dłonie z posłania do przodu, aby się chwyciła barierki łóżka. Gdy to zrobiła, się zapierając, przystąpił do jej energicznego grzmocenia od tyłu.

Gdzieś tam na wysuwającym się co raz z pochwy fiucie mignęła mu plamka krwi potwierdzająca dziewictwo młodej żony, ale teraz nie dbał o to. Jak w ferworze walki się starał po prostu wyjść z niej zwycięsko, jak zawsze. Cel ku temu był jednoznaczny — unasiennienie samicy.

Jej ciasna pochwa na szczęście znów przyszła mu z pomocą. Dzięki temu niebawem odczuł w kroczu znajome mrowienie, a w kolejności rozdzierające swędzenie połączone z wytryskiem nasienia.

Przestał napierać na Aline. Przytrzymał ją sobie za biodra i pozwolił, aby przyjęła głęboko w drogi rodne całą jego spermę. Potem się z niej wycofał.

Poczuł się wyczerpany, było mu słabo, się kręciło w głowie. Jedyne, co w sobie odbierał, to ulgę, jak po wygranej z trudem bitwie. Żadnej satysfakcji, żadnej przyjemności. Ot, ocalał. Udało mu się, na takim czy innym polu, kolejny już raz.

— Nie ruszaj się — powiedział zmęczonym głosem do żony. Zapiął jej pas cnoty. Mocno, na ostatnią dziurkę. Choć z trudem, bo od wysiłku i wewnętrznego rozdygotania drżały mu dłonie.

Ponadto mógł tak ciasno dopiąć pas, bo mimo że Aline się zaklinała, że jadła za dwoje, ciągle nie przytyła. Na ten czas się modlił w duchu do zakazanych bogów już tylko o to, aby była płodna. Inaczej czekała go katastrofa, ją także.

Zgodnie z aneksem do dokumentu sporządzonego przez baliwa, jeżeli w ciągu roku nie spłodzi potomka, raz jeszcze klęknie przed księżną. Uczyni to, by ta rozsądziła, czy dać mu drugą szansę na poczęcie dziecka. Jeśli orzeknie, że nie, to odbierze mu zamek, który za własne oszczędności on odbuduje.

Perspektywa takiego obrotu sprawy była więcej niż zła. Jednak, aby wszystko się zakończyło dobrze, nie zależało to już tylko od niego. Szansa na sukces spoczęła teraz także na wąskich biodrach jego nastoletniej żony.

Zerkał na nią kątem oka, gdy zeszła z łóżka i przywdziewała suknię. Wydawała się przestraszona. Była przestraszona. Zapewne nie do końca tak sobie wyobrażała płodzenie dzieci i zbliżenie z mężem.

Cóż, sam się nie popisał, aby przyjęła to lżej. Lecz sytuacja zastała ich, jaka zastała. Oboje się musieli w niej odnaleźć, dostosować. Dobrze, że zadaniu podołali.

Emocje od niego trochę odeszły. Sprawiło to, że nie myślał już wyłącznie o sobie. Podszedł do Aline. Lekko ją objął i ucałował w czoło.

— Dobrze… się sprawiłam? — zapytała niepewnie. Skinął jej twierdząco głową. — Ale… więcej już nie chcę — szepnęła. Udał, że tego nie słyszał.

***

Nevaria się odsunęła od szpary w ścianie i zasłoniła prześwit przeznaczonym ku temu kamieniem. To samo uczynił baliw Aaron. Spojrzeli ku sobie ze zrozumieniem. Oboje widzieli to samo — mężczyzna udanie posiadł kobietę, a właściwie dziewczynę.

Nie było to jednak po myśli księżnej. Za podszeptem Kiry miała nadzieję otrzymać od Bruna trzydzieści sztuk złota, ale też chciała znaleźć pretekst, by nie czynić z niego pana na zamku. Nie kogoś, kto dotąd walczył przeciw niej. Pragnęła go widzieć na krzyżu, a nie w odbudowanym zamku Barcleyów. Ciężko jej było przetrawić fakt, że prawdopodobnie się stanie inaczej, przez co pod nosem będzie miała człowieka z władzą, któremu nie ufała. Niestety już się zdążyła boleśnie przekonać, że władanie to nie tylko wygrywanie bitew, ale przede wszystkim sztuka zgniłych, a zwykle wręcz przegniłych kompromisów.

Na zewnątrz się musiała podporządkować temu dyktatowi, służąc racji stanu. Ale wewnętrznie doprowadzało ją do szału to, że nie mogła ciągle stawiać na swoim. Jako księżna się czuła wywyższona ponad maluczkich, ponad wszystkich. Pragnęła z tego tytułu się cieszyć nieskrępowaną władzą, możliwością czynienia wszystkiego bez konsekwencji. Zderzenie tych pragnień z rzeczywistością przyprawiało ją coraz częściej o bolesne napięcie ciała i gorzką żółć podchodzącą aż do gardła.

To z tego powodu, odczuwanej frustracji z braku posiadania władzy absolutnej, pragnęła, by Barcleyowie spółkowali publicznie. W tym względzie znów napotkała nieznośny opór tradycji i tworzących ją ludzi, którzy ją otaczali.

Zatem kolejną klęskę chciała sobie powetować upokorzeniem Steina. Gdy jego kobieta robiła jej dobrze ustami, ona patrzyła mu drwiąco w oczy. On uciekał wzrokiem. Ale wtedy spoglądał na się unoszącą i opadającą suknię przy jej kroczu wybrzuszoną od dołu cudzą głową. Słyszał też pocałunki i mlaskanie. Karmiła się jego bólem.

Na deser zaś, by koić swe nerwy, poleciła kompanowi jej brata, by poderżnął gardło swemu kuzynowi z Eyjeldsogis. Uczynił to wyjątkowo hardo. Żałowała, że się nie wahał, nie prosił o zmianę rozkazu, którego by i tak nie zmieniła. Ale się pocieszała tym, że na pewno cierpiał, musiał, bo i ona cierpiała.

Była ponoć najpotężniejszą osobą w krainie Alba. Jednak sama nie mogła wręcz dać wiary temu, ile znosiła upokorzeń i bólu. Przy czym tej cierpiętniczej listy bynajmniej nie zamykała utrata syna, czy wylizywanie krocza Kirze.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.