E-book
13.65
drukowana A5
27.45
Niekończąca się historia

Bezpłatny fragment - Niekończąca się historia

Objętość:
73 str.
ISBN:
978-83-8245-992-0
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 27.45

„To lubię — rzekłem — to lubię!”

Adam Mickiewicz

Rozdział I  Szklane domy

Wertował kolejne strony książki. Światło nocnej lampki grzało go po policzku. Zmęczony ledwo już siedział na rozklekotanym krześle. Rozmarzonym wzrokiem spojrzał przez szybę. Małe grupki ludzi przemierzały ulicę, z trudem brnąc przez zaspy. Śnieg prószył drobnymi płatkami, wirując w powietrzu. Wziął głęboki oddech. — Okno uchylone, a mi jak w ukropie. — pomyślał i przetarł dłonią spocone czoło. Pisanie magisterki szło mu jak krew z nosa. Dlatego też postanowił zawiesić na czas nieokreślony: imprezowanie, szalone eskapady po mieście, spotkania z dziewczyną i postawił na naukę. Jedyną odskocznią od żmudnej pracy były cykliczne wyjścia ze znajomymi — Alvaro i Em, na które zwykł się spóźniać. Opisywanie dzieł wybitnych grafików oraz ich dokonań zabierało mu większość czasu.


Po kilku godzinach miał już dosyć ślęczenia przed komputerem i stukania w klawiaturę. Był to jego pierwszy tak poważny projekt i miał obawy, czy po nim napisze jeszcze jakiś inny. Sama myśl o takiej możliwości przyprawiała go o gęsią skórkę. Potrząsnął głową, tak jakby wybudził się z koszmaru nocnego i wstał od biurka. Spojrzał pogardliwie na stos książek leżących na blacie. Większość z nich okazała się zupełnie nieprzydatna przy pisaniu pracy. Poza jedną. Reszta posiadała tylko strzępki potrzebnych informacji. Już żałował, że taszczył te opasłe tomiska przez całe Aleje Racławickie aż do domu. Z chęcią rozpaliłby nimi w kominku, ale go nie miał. Tak więc scena pokazowa, która pozwoliłaby mu, wyżyć się na nich odpadała. Nie ma palenia na stosie. Jedyna rzecz, która, choć w symbolicznym stopniu przypominała ognisko, była małą świeczką na nocnym stoliku.


Wyciągnął saszetkę herbaty z opakowania. Był to ziołowy napar, lubelskiej wytwórni. Torebka naparu kręciła się jak tancerka na parkiecie w rytm za łyżeczką. Niespodziewanie ktoś wpadł do mieszkania. Zdziwiony Żak powoli wyjrzał na korytarz. Nim zdążył odejść od blatu, wysoka i smukła jak tyczka postać już złapała go w mocnym uścisku. Wyzuty z energii Żak, popatrzył nieprzytomnym wzrokiem na gościa. Ten, machając rękami jak spasły gołąb, który ratuje się spod nóg przechodniów, powiedział coś naprędce i szybkim ruchem zarzucił na Żaka kurtkę. Pchnął Studentowi pod nogi buty i prawie zaczął go ubierać, byle by ten szybko z nim wyszedł na miasto. Gdy zbiegali po schodach, ten pokrótce opowiedział mu o nowych znajomych, których poznał na karaoke przy Saskim.


Wsiedli do trajtka, jadącego przez aleję Kraśnicką. Szybko dotarli na miejsce. Przed wejściem do lokalu, Alvaro na pomknął Studentowi o dość osobliwym sposobie bycia jego nowej kompanii. Student zaciekawiony przytaknął, że rozumie i weszli do środka.


Dym papierosowy, unosił się w powietrzu. Ci wytrwalsi w nałogu, pokaszliwali tak mocno, jak gdyby sam Lucyfer przyzywał demony piekieł. Powoli przedzierali się przez gęsto rozstawione stoliki. Wymalowane dziewczyny uśmiechały się nieśmiało do nich. Krążyli tak w kółko, aż Alvaro zaczepiła niska blondynka i pokierowała ich w odpowiednim kierunku. Sprawiała dosyć niepozorne wrażenie jak na osobę o ekscentrycznych poglądach.


Zza smug dymu wyłonił się stolik i siedzący przy nim ludzie. Ubrani w czarne eleganckie ubrania, wyglądali jak całkiem niezła podróbka mafiosów. Tyle że tutaj trudniej było, domyślić się kto tutaj jest szefem. Takim Al Capone. W końcu, w każdej grupie jest przecież jakiś przywódca. Po krótkim zapoznaniu się pierwsza seria kamikadze wjechała na stół. Już nie tak młody Żak z zaciekawieniem przysłuchiwał się rozmowie na zupełnie nowe dla niego tematy. Spojrzał na długowłosego jegomościa z koszulką w czaszki, zapychającego się solonymi orzeszkami jak chomik. W końcu postanowił dołączyć do dyskusji i zadał pytanie.

— Czyli uważasz, że przy odpowiednim pokierowaniu moją drogą życiową jest sposób, aby przy małym nakładzie własnej energii, czasu i zaangażowania uschłych komórek mózgowych, do końca grudnia napisał swoją pracę magisterską? — Żak roześmiał się.

— Tak. Jest to kwestia zmiany stylu życia i wsparcia osób o wyższym poziomie metafizycznym. Ma to na celu osiągnięcie czegoś na wzór,,destylacji życiowej” Jak chcesz, to mogę ci dać namiary na mojego mentora.

— A kto to ten twój opiekun, chyba niańka Ci już nie jest raczej potrzebna? — zażartował Żak.

— To tak jakby nauczyciel, mędrzec, psycholog i psychiatra w jednym i to do tego na NFZ — cie. Nawet gabinecik ma w kamienicy. Takiej nie byle jakiej, ładnie odnowionej. Widok zapiera tak dech w piersi, że wynurzenia same się z człowieka wylewają na wizycie.

— Jeśli dzięki niemu napiszę, choć pół magisterki, będę bił przed nim pokłony! — skwitował Żak.


Kamikadze atakowali z coraz większą siłą. Na koniec, aby dopełnić zniszczenia, na stół wjechała Bloody Mary. Gdy godzina pokazała wpół do dwudziestej Alvaro i Student uznali, że pora już wracać. Dawno się nie widzieli i mieli wiele tematów do obgadania. Postanowili więc przewietrzyć głowy i wybrać się skrótem na osiedle. Za galerią handlową susłem skręcili za bramę cmentarza. Nocą to miejsce wyglądało jak labirynt. Wspólnie uzgadniając najszybszą trasę, weszli w ciemność. Szli powoli, zaciekle dyskutując na różne tematy. W pewnym momencie Żak dostrzegł coś kątem oka. W oddali pomiędzy nagrobkami siedział jakiś mężczyzna. Przygarbiony, otoczony mrokiem, wyglądał jak umęczona dusza z filmów grozy, która tuła się po świecie i szuka zemsty na żywych. Przerażony Student szarpnął za ramię kolegę i pokazał palcem na tę przedziwną postać, tak jakby zobaczył tam ducha lub psychopatę. Ten tylko wzruszył ramionami, mówiąc, że nie dostrzega tam nic poza kilkoma sypiącymi się nagrobkami. Przecież ON tam jest. — powiedział przerażony.

— Pewnie siedzi tam i czeka, aż ktoś podejdzie, by jednym ruchem zaciągnąć go w głąb grobu. Długo by tak stał i popadał w paranoję, gdyby nie wspaniałomyślny pomysł Alvaro. Uznał, że Żak powinien wreszcie zmierzyć się ze swoim strachem. Złapał go za ramię i pociągnął za sobą. Z każdym krokiem z otchłani wyłoniły się kolejne rzeźby płaczących aniołów, dawno zmarli ludzie ze znudzeniem spoglądali na nich kątem oka, a zza szyb starego grobowca, słychać było ciche stukanie.

— Pewnie jakiś duch kotlety klepie. — Alvaro zażartował i poklepał go po ramieniu. Może i rzeczywiście trząsł się jak galaretka. Kolega nie mogąc sobie odpuścić okazji, zaczął opowiadać historię nawiedzonych domów. Student na początku udawał, że go to nie rusza. W końcu emocje wzięły górę i zwolnił kroku. Jego oddech stał się cięższy, a plus podskoczył mu do granic możliwości. Nie mógł pojąć, po co zgodził się na pójście tym skrótem. Jeśli jeszcze raz zobaczy ducho podobne stworzenie, sam wyzionie ducha.


Długo nie musiał czekać. Z daleka usłyszał czyjś bieg. Dźwięk był coraz głośniejszy i przypominał galopujące stado koni. Spojrzał w mrok za sobą i czekał aż czterej jeźdźcy apokalipsy, na swych przerażających rumakach wyjadą mu na przywitanie i skapitulują. Miał wrażenie, że za mogiłami we mgle spostrzegł jakby widmo kobiety. Bał się. Coś zaszeleściło mu koło nogi. Na grobie obok pękł znicz.

— To musi być znak. — stwierdził i się przeżegnał. Tętent stawał się coraz głośniejszy, a do orszaku czterech trupów dołączyły głosy potępionych dusz, krążących za nimi po świecie. Lament stawał się coraz głośniejszy, aż w końcu jak chmara owadów, wypadła na nich grupka przerażonych licealistów. Jeden z nich się zatrzymał. Szarpnął Studenta za ramię i pociągnął w kierunku ucieczki. Ten zaś się potknął. Świat zawirował mu przed oczami. Kątem oka zobaczył, jak głowa jego przyjaciela odbija się głucho od betonowego grobu. Martwe oczy Alvaro spojrzały na niego. Jeszcze kilka minut wcześniej śmiał się nieświadom tego, co go zaraz spotka. Żak spojrzał w górę. Czarne korony drzew przecinały niebo. Powoli oparł się na niskim kamiennym nagrobku. Kobieta, którą wcześniej zauważył znikła. Zacisnął usta. Szum miasta powoli zastępował ciszę. Podniósł się, otrzepując spodnie. Chciał zadzwonić na policję, ale gdzieś po drodze zgubił swój telefon. Chciał się stamtąd oddalić, bo wiedział, że sam tutaj nic nie zdziała. Uznał, że nie ma wyboru i musi wrócić się do klubu. Pluł sobie w brodę, że zostawia ciało przyjaciela. Mijając kolejne mogiły, przyśpieszył kroku. Rozgoryczenie zalewało jego serce. Życie kolegi to nie była jedyna rzecz, którą zabrała tamta poczwara. Na świecie jest pełno skurczybyków. Zastanawiał się, jaki ma sens wybierać sobie na ofiary takich ludzi jak oni? Żaden z nich nie miał okazji popełnić żadnych dużych błędów w swoim życiu, którego tak naprawdę wcale jeszcze nie poznali. To tak jakby jeść cały czas tylko kawałek ciasta, który nam akurat smakuje, a nigdy nie mieć okazji spróbować innego deseru.


Już był blisko bramy, gdy usłyszał krzyk. Ktoś był za nim. To jego martwy kolega stał na drugim końcu alei. Żak cofnął się o krok. Nie był w stanie uwierzyć w to, co widzi. Druh uśmiechnął się i machał ręką, wołając go do siebie. Żak splunął w bok i powoli podążył w jego kierunku. Dzieliła ich tylko sypiąca się mogiła. Lustrowali się wzrokiem. Student, zauważył dziwne zmiany w jego wyglądzie. Nie dał po sobie poznać, ale strach paraliżował go od środka. Zastanawiał się, czy tam w głębi nadal jest jego dozgonny przyjaciel, czy już tylko potwór. Jaką głupotą wydała im się nienawiść względem siebie, a jednak czuli jak świat narzuca im ją. Gdy Alvaro miał już odejść, zrobił zwrot i rzucił Żakowi kluczyk. Ten przez chwilę przekręcał go w dłoni dłuższą chwilę. Piekące płatki lodowatego deszczu opadały na twarz Studenta. Żak podniósł wzrok do góry. Sylwetka przyjaciela powoli zlewała się z szarugą.


Niejednokrotnie później próbował znaleźć zamek pasujący do tego przeklętego klucza. Był nawet w domu Alvaro, ale tam też nic nie znalazł. Poruszony filmem, z którego wracał, niesiony odwagą wrócił w to miejsce, gdzie spotkali się po raz ostatni. Usiadł na ławeczce i przypomniał sobie, jak kiedyś rozmawiali o wędrówce duszy w zaświaty w antycznych religiach i licznych symbolach, które jego nowi znajomi znaleźli na tym cmentarzu. Szedł od drzwi do drzwi, od szybki do szybki, zerkając czy wewnątrz nie ma miejsca na klucz. Zafrasowany zagadką przyjaciela, nawet nie zauważył, gdy przeszedł przez dwa spacerujące duchy. Oburzone zaczęły mu się wygrażać, pokazując mu wała. Już prawie się poddał, ale przypomniał sobie o okrągłej budowli, która jak uroboros drewnianą paszczą łapała zamek w drzwiach. Kluczyk oczywiście nie pasował, ale widniały na nim te same wzory co na klamce. Pchnął mocno drzwi, naciskając na klamkę. Otworzyły się.

— Ot co przypadek. — skwitował i wszedł do środka. Chmura kurzu uniosła się w górę, a wirujące w powietrzu drobinki opalizowały. Czarne trumny zapełniały grobowiec. Pomiędzy nimi dostrzegł zamkniętą na kłódkę klapę w podłodze. Złapał ją w ręce, włożył kluczyk i otworzył właz. Ostrożnie zszedł po cementowych schodkach, świecąc sobie telefonem. Gdy stał już obiema nogami na dole, złapał się pod boki i przywitał z pustką. Poza kurzem niczego tam nie było. Jad popłynął z jego ust.

— No bo jak to, dał kluczyk i nic? To mi żarcik wywinął trup jeden! — powiedział Żak i gdyby tak rozeźlony nie wymachiwał telefonem, jak szalona nastolatka na koncercie, pewnie zauważyłby osobliwie szybko poruszające się promienie światła na ścianach. Jedno pasmo z niebywałą prędkością zastępowało następne. Znużony staniem w opustoszałym miejscu, wrócił na górę, otworzył drzwi i… zastał zupełnie inny świat, cały ze szkła. Osobliwie ubrana kobieta podeszła do niego, obrzucając go pogardliwym spojrzeniem.

— No tak — pomyślał, patrząc na swoje ubrania. Czasy inne, ale ludzie ci sami.

Rozdział II Doktor i jego zabawki

Gdyby nie dziwnie niepasujący wygląd Studenta długo tułałby się po obcym dla niego mieście. Na szczęście lokalna policja przyzwyczajona do tak dziwnych przypadków teleportacji szybko oddelegowała zagubionego Żaka do odpowiedniego Urzędu Teleportacji Wydziału Czasów Przeszłych.


— Podróż portalem transferycznym nie trwała długo, za to była mało przyjemna — poskarżył się na niedogodności, zagryzając przezroczystą bułkę wypełnioną dziwnie mieniącą się barwą. Teoretycznie Doktor A. po całonocnej dyspucie z kolegami po fachu uznał, że najlepiej będzie odesłać Żaka dokładnie w to samo miejsce, z którego teleportował się do przyszłości. Wyposażony w odpowiednio skonstruowany skafander, dopychał ostatnie bio bułeczki. Zdaniem Żony Doktora A. w swoich czasach tak mało zmodyfikowanej żywności nie znajdzie. Spojrzał za szybę. Transportowce 238e5 szybowały w powietrzu, omijając dolną linię świetlną, na której poruszały się niskopodłogowe Starbusy 274. Kształtem przypominały one podobne trajtki. W oddali zielone kaskady ogrodu botanicznego wzbijały się wysoko w górę. Gdy odwrócił się od okna, drzwi do pomieszczenia się rozsunęły. W progu stanął wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna. Spod pachy wystawał mu taki sam skafander jak jego oraz butelkę lokalnego napoju alkoholowego o nazwie METAN — ETAM.


— Zapasy zrobione, możemy wracać! — skwitował nieznajomy.

Żak zaskoczony lustrował obcego. Nie spodziewał się, że jego kompanem okaże się hippisowski gość o typie urody goryla z pubu. Nie to, żeby poczuł się gorszy, ale jego „mały brzuszek”, zanikłe mięśnie i przygarbiona postawa nie robiły na laskach za dobrego wrażenia.

— Z nim lecę… się znaczy, teleportuję z powrotem? — zapytał, pokazując palcem na Studenta.

— Oczywiście. To na wypadek nieprzewidzianej awarii teleportu. Zdarza się, że teleportacja ulega zakłóceniu i zmienia lokalizację na podstawie innych danych czasoprzestrzennych. Na szczęście nie jest to zbyt często pojawiająca się sytuacja, ale zasady bezpieczeństwa zostały jasno określone przez Układ Galaktyczny. A dokładnie przez rozporządzenie nr 51194 z roku 2623 — dodał Doktor A.

— Żak nie? Eee, głupie pytanie w sumie od razu widać piwny brzuszek i mało mięśni — zaśmiał się, Towarzysz, po czym kontynuował — e, ja jestem Tarzan, te mnie znajomi tak nazywają, bo mam długie włosy, no i patrz, jakie mam mięśnie — powiedział, napinając muskuły.

— Mamy rozum i mózg. Dobrze, że nie leci z nami jeszcze serce, bo z jego emocjami zrobiłoby się trochę za ciasno w kabinie — zgryźliwie odrzekł Student, wciskając się w skafander.

Doktor spojrzał na teleport i coś mu tu nie pasowało.

— Do grubej świni! I po co wydałem tyle elektro złotych na dobór genów kota, jak ten wraz bawi się, czym popadnie — złapał się za boki, trzymając przerwany kabel — no to teraz szybko do domu nie wrócicie chłopaki — powiedział skonfundowany.

— Ale jak to? Nie ma tu jakiś podobnych kabli? Zresztą to przyszłość… w sensie, taka nasza, ale niedoszła, bo i tak jej raczej nie dożyjemy — powiedział Żak, sięgając po leżący obok niego hełm.

— To renomowana marka. Coś takiego jak wasze telefony z jabłkiem. Mają swój typ kabla, który przetwarza pozostawiony przez was plastik w energię. Bo jak bym chciał użyć innego, to końcówka by mi nie pasowała.

— A nie macie tu jakichś zamienników albo używanego? — zapytał Tarzan, wsuwając algi o smaku bekonu. Gdy ten kończył mówić, Doktor A podbiegł do niego, zasłonił mu usta i powiedział.

— Milcz, nie chcę, żeby ktoś nas usłyszał. Nie wiem jak w przeszłości, ale obecnie użycie nielicencjonowanych zamienników do transformatorów lub używanych części jest srogo zabronione! — mrużąc oczy, popatrzył na nich czy aby na pewno zrozumieli.

— No doktorku najdroższy — Tarzan złożył dłonie w błagalnym geście.

— Sposób jest, ale trzeba mieć nierówno ho ho pod sufitem, żeby zapuścić się do speluny Kosiarzerów.

— Nie wiem kto to, ale nie z takimi sobie w robocie radziłem — zapewnił Tarzan i poprosił naukowca o współrzędne. Jedynym problemem okazała się jego przykrótka pamięć. Zażenowany problemem Współtowarzysza Żak, zabrał mu bransoletę z hologramem mapy i jeszcze raz poprosił Doktora A o wytłumaczenie.

— To chyba tu… cholera, rzeczywiście bardzo klimatyczne miejsce — grymasząc się, podsumował Student, co chwila, patrząc to na hologram to na budynek. Podeszli do ochroniarza. Tarzan zmierzył go wzrokiem, lustrując z góry na dół, napinając muskuły. Znał się na tej branży i klienteli. Ochroniarz przyszłości widząc przewagę masy konkurenta, potulne odsunął zasuwę i wpuścił ich do środka. Gdy Student dławił się gęstym dymem papierosowym, Tarzan czuł się jak u siebie i głęboko wciągał wiszącą w powietrzu zawiesinę. Podejrzane typy łypały na nich zza kufli z piwem.

— Hmm, pokaż mi jeszcze raz zdjęcie tego gościa — szepnął Tarzan, pokazując na bransoletę. Student, wpisując na wirtualnej klawiaturze odpowiednią numerację, wyświetlił obiekt. Nieprzyjemnej fizjonomii gangster spoglądał prosto na nich z hologramu.

— To musi być tamten gościu — Tarzan skinął głową w kierunku stojącej pod ścianą ławy.

— I co chcesz tam tak po prostu podejść? Ziomek widziałeś spluwę tego gościa. Może ja się tam na tym nie znam, ale nie wygląda mi to jak pukawka na wodę, że już nie wspomnę o zgrai zbirów, która siedzi dookoła nas.

— A co ty, nigdy na gimnastyce nie ćwiczyłeś, że się boisz? — Tarzan spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Nie no czasami ćwiczyłem… — wymamrotał.

— Sam czy z tobą — idę, nic mi nie stanie na przeszkodzie powrotu na stare śmieci. Zwłaszcza że urlop kończy mi się za kilka dni. Szef się wkurzy, jak nie przyjadę do roboty. Pewnym siebie krokiem podeszli do stolika oprychów.

— Czego chcecie od naszego szefa? — wyrzęził siedzący koło Bosa gangster. Położył rękę na spuście ukrytego pod kurtką broni.

— ej, ej spokojnie. Przyszliśmy w interesach — odrzekł Tarzan.

— Czego chcecie? — zapytał zbir, dalej trzymając rękę na spluwie.

— Potrzebny nam kabel od portalu. Powiedziano nam, że tylko Wy macie na stanie taki asortyment.

— Tarzan spojrzał na niego, marszcząc czoło. Szef gangu podniósł wzrok znad oglądanego hologramu.

— 3000 elektro złotych — barczysty głos Szefa rozbrzmiał po spelunie. Student nachylił się do Współtowarzysza — Dużo to? — Żak spojrzał na niego pytająco.

— Bardzo dużo, ale może uda nam się zbić trochę stawkę. — na twarzy Tarzana pojawił się uśmiech zawadiackiego rewolwerowca.

— Coś ty zgłupiał, nie dyskutuj z nimi, bo nas wystrzelają jak puszki na płocie — Student szepnął, rozglądając się dookoła. Pomniejsze grupy rzezimieszków mniej lub bardziej plugawych przysłuchiwała się ich rozmowie.

— Za dużo, zbijcie trochę cenę — Tarzan zrobił krok do przodu.

— Zbić to ja Ci mogę mordę na kwaśne jabłko — krzyknął Gangster, wstał, już miał wymierzyć w Tarzana, gdy nagle ręka Szefa znalazła się na kolbie.

— To ja tu decyduję, kto dostanie kulkę w łeb nie ty buraku — złapał go za ramię i szarpnął, ściągając go z powrotem na siedzenie.

— No, no niezłe mieć jaja, żeby się ze mną targować w otoczeniu z pięćdziesięciu spluw mierzących Ci w głowę.


W pomieszczeniu zapadła cisza. Tarzan już miał wyciągnąć ukrytą pod kurtką broń, gdy zza pleców usłyszał stukanie obcasów. Ktoś zmierzał w ich kierunku. Towarzysz obrócił się powoli. Zdziwiony rozdziawił usta, gdy jego oczom ukazała się Żona Doktora A.

— Karol, kopę lat! — powiedziała Gospodyni i śmiało ruszyła do stolika, przy którym siedział Capo. Tarzan i Żak popatrzyli po sobie zaskoczeni jej obecnością.

— Karolku, pamiętasz jeszcze te stare dobre czasy i to jak uratowałam Ci tyłek przed magotami drobnoplamistymi na planecie X6? — zapytała.

— Oczywiście, że pamiętam! Gdybyś nie zastrzeliła tego pokurcza, to wielkie bydle usmażyłoby mnie na skwarka. Chłopaki podajcie nam piwo, nie będziemy tutaj przecież siedzieć o suchych gardłach. — zakomenderował Szef i na stół wjechały sławne Metamfetaminy.

Wspominanie wojskowych przygód ciągnęło się i ciągnęło. Coraz bardziej wstawiony Student popadł w melancholijny nastrój i zaczął opowiadać historię jego czasów. O dziwo jego pijane gadanie zbierało coraz większe grono słuchaczy ciekawych historii. Gdy gawiedź już miała wycierać ukradkiem łzy z oczu, Capo wstał od stołu i zawołał dwóch oprychów siedzących koło Tarzana i Studenta. Chwilę później te same zbiry wróciły, wlokąc za sobą długi i ciężki kabel do portalu.

— To, co chłopaki, pozostaje nam życzyć Wam udanej podróży — Capo spojrzał na nich i uśmiechnął się, przygryzając kolejne cygaro. Kapsuła otworzyła się z turkotem.

— Przepraszam bardzo, ale co TO ma być?! — powiedział skołowany Żak.

Na tle szarego pomieszczenia ciężko było przeoczyć, wściekło różowe obicie kapsuły.

— A to sugestia pana Tarzana. Poprosił, żebym dodał jakiś pozytywny akcent, z racji na pana jak on to określił? Czarnowidztwo? — odparł Doktor A.


Wściekły Student odwrócił się w kierunku Tarzana i już wyciągnął w jego kierunku pięść gniewu, ale nie zdążył zadać ostatecznego ciosu. Krzepkie ramiona Współtowarzysza dziarsko złapały go w objęcia.

— Żaczku, no bo ty wiecznie taki zafrasowany życiem chodzisz. No jak wyrżnięta szmatka po deszczu jesteś! Pora odżyć chłopie, masz dopiero dwadzieścia cztery lata! — tuląc go jak lalkę, Tarzan przyciskał go mocno do spoconego torsu.

— Dobra, dobra mięśniaku starczy już tego tulenia — wycedził przyduszony Student, usiłując uwolnić się z potężnych ramion Tarzana.

Ubrali się z kombinezony. Zaopatrzeni w sprzęt i inne mniej przydatne przedmioty jak kanapeczki z galowego chleba z dodatkiem szpinakowa, wsiedli do pojazdu. Zapieli pasy. Kapsuła zamknęła się. Nastąpiło włączenie systemu. Światła w pomieszczeniu zamigotały i nastąpił rozbłysk.


Zza mgły czerwonego kłębu kurzu wyłoniła się znajoma sylwetka. Świat wirował mu przed oczami. Nie mógł wstać. Chwiejnie poruszająca się postać, migała mu przed oczami. Coraz bardziej zbliżała się do niego. Drobny pył unoszący się w powietrzu ranił jego twarz. Nagle ktoś podciągnął go do góry za ramię i przyciągnął do siebie. Upadli. Ciągnięty w nieznanym kierunku stracił przytomność. Powoli otworzył oczy i spojrzał w kierunku źródła światła.

— Tarzan to ty? — wykrztusił z siebie Student, usiłując podnieść się na równe nogi.

— No a komu innemu chciałoby się ciebie tutaj zataszczyć? — śmiejąc się, Tarzan miotał w ogień kolejne gałęzie.

— W sumie racja, nie ma tu za wielu ludzi, z tego, co widzę — Żak parsknął śmiechem, otrzepując wymemłany kombinezon.


Pogoda powoli uspokajała się, ale widoczność nadal była zbyt słaba, żeby bezpiecznie ruszyć w drogę. Z półmroku jaskini, tam, gdzie docierało słabe światło ogniska, wyłoniły się ogromnych wielkości ostre jak szpic stalaktyty, gdzieniegdzie tworząc ze stalagmitami stalagnaty. Nie mając nic ciekawego do roboty, Żak usiadł przy ognisku i w zadumie gapił się ogień. W pewnym momencie dumanie też mu się znudziło. Chciał porozmawiać z Tarzanem, gdy… nagle okazało się, że ten znikł. Przerażony Żak wstał, rozejrzał się. Nigdzie go nie widział. Pobiegł w głąb jaskini. Gdy przebył dwa metry, na ścianie spostrzegł ogromny, zgarbiony cień. Student zląkł się. Nie wiedział, czy to jego kompan, czy może właściciel jaskini, który przebudził się ze snu i pożarł Tarzana. Student schylił się i idąc jak najbliżej ściany, przysłuchiwał buczeniu dobiegającego go z naprzeciwka. Dźwięk stawał się coraz głośniejszy. Znalazł się wystarczająco blisko by mieć dobry widok na wnętrze jamy. U jej stropu zauważył dziurę, przez którą wpadało światło.

— To coś pewnie się tędy dostało. Mimo wszystko mam nadzieję, że Tarzan leży tam gdzieś. Pewnie nieprzytomny i poturbowany, ale może nadal żywy — pomyślał Żak.


Zaryzykował, wychylił głowę zza kamienną kolumnę. Nie mógł uwierzyć własnym oczom.

— Żaka trzeba poprawić, jakiś taki za bardzo napakowany mi wyszedł. — skomentował patyczkowego ludzika, po czym wrócił do malowania.

— Co ty, w jaskiniowego malarza się bawisz? — zażartował Student i zaczął się śmiać z jego malowideł.

— Śmiej się, śmiej, a dorobię Ci czarcie różki i ogonek Kaczuś — grożąc mu palcem, skwitował Tarzan.

— Dobra, dobra, nie obrażaj się. A co ty tam dokładnie rysujesz? — zapytał, wyciągając szyję nad ramieniem Tarzana.

— Ja nie rysuję, ja maluję — poprawił go Tarzan — chcę zostawić tutaj ślad naszej obecności na tej obcej planecie. Niech wiedzą, że dla Polaka nie ma niemożliwego, he he — odpowiedział, po czym sięgnął patykiem do brunatnej papki.


Z każdym nowym rysunkiem Tarzan coraz bardziej wciągał się w wir pracy nad swoim wiekopomnym dziełem. Nawet Żak wielokrotnie zachęcany przez towarzysza w końcu postanowił się do niego przyłączyć. Po kilku godzinach prawie cała jaskinia została ozdobiona licznymi wizerunkami patyczkowatych ludzików. Zmęczeni usiedli na wielkim głazie.

— No to mamy co świętować. Pora na małą bibę — stwierdził Tarzan, po czym sięgnął za plecy po METAN — TEAM.


Tym razem zamiast budzika obudził ich przeogromny ból głowy. Elektroniczny zegarek Tarzana pokazywał za pięć jedenastą czasu ziemskiego. Powoli zebrał się z prowizorycznego posłania, otrzepał z pyłu i ruszył w kierunku wyjścia z jaskini.

— Najwidoczniej w nocy siła wiatru spadła, bo widoczność jest już przyzwoita. — skwitował i wrócił do środka obudzić Studenta.

Rozdział III Tyle słońca… we wszechświecie

Wiedzieli, że nie ma na co czekać. Nie mając przy sobie zbyt wielu rzeczy, szybko zebrali się i ruszyli w drogę przeczesać okolice. Gorąca temperatura dawała im się we znaki. Krople potu opalizowały promieniami słońca na ich ciałach. Brunatny piach owiewał ich ciała. Jak drobne fale wokół małych łódek na jeziorze. Usta zaciskały im się obolałe od spiekoty, a dłonie smagane piaszczystym wiatrem zginały w pięści z bólu. Wydma za wydmą. Noga za nogą. Człowiek za człowiekiem. Szli przed siebie. Nie mieli już sił, ale szli dalej. To była ich jedyna szansa na przeżycie. Student zwolnił. Zaczął słaniać się na nogach. Tarzan złapał go pod ramię.

— Spowalniam Cię stary. Idź dalej sam, beze mnie. — powiedział Student wsparty o towarzysza. Kapsułki wodne, które mieli schowane po kieszeniach kombinezonów, już dawno zużyli. Gdy prawie opuściła ich nadzieja, pomiędzy unoszącymi się drobinkami piasku, zobaczyli na niebie dwa wirujące zwierzęta o czarnych długich ogonach.

— Albo to kolejny zagubiony kosmita jak my na tej gorącej planecie, który właśnie się smaży na słoneczku ku uciesze ptaków albo jesteśmy uratowani — stwierdził Tarzan.

— Nie uwierzę, będziemy żyli! — wykrzyczał Student i jak porażony piorunem zerwał się naprzód.

— Żaczuś, co ty pierwszy raz w życiu na oczy strumyk widzisz? — zaśmiał się Tarzan i przyśpieszył kroku.

Strumień wody chlupotał delikatnie pomiędzy połyskującymi kamieniami. Bujna roślinność mieniła się wieloma barwami kwiatów. Nie wierzyli własnym oczom. Spragnieni szybko pochylili się nad strumieniem wody, łapczywie nabierając ją dłońmi.

— No to teraz pora coś upichcić — stwierdził Tarzan i rzucił się w kierunku najbliższego ptaka. Już był pewien, że go dorwie, gdy zamiast skrzydełek na grilla uściskał w ramionach niebieskiego kosmitę.

— Tarzan coś tu jest nie tak, o kurczę niebieskie! — wykrzyknął. Nim zerwał się na nogi. Hologram znikł. Nie otaczał ich jeden kosmita, ale cała grupa niebieskich stworków o skośnych oczach i trzech palcach u każdej ręki. — Cholera, Tarzan i co teraz? — zapytał przerażony Student.

— Nie wiem, może spróbujmy się dogadać. To pewnie jakaś pomyłka — nie zdążył. Jeden z Obcych wystrzelił w jego kierunku strzał ostrzegawczy.

— Chyba jednak nie mają ochoty z nami rozmawiać. — odrzekł Tarzan, wyciągając ręce do góry.


Niebieskie światło neonowych pasów oświetleniowych umieszczonych na suficie pomieszczenia układało się na skulonych sylwetkach. Ciężkie buty kosmitów dudniły o podłogę, odbijając się echem po korytarzu. Czasami tylko jakiś wartownik, przechodząc koło ich celi, przystawał, podnosił klapę i z zainteresowaniem przyglądał się obcym. Żak wziął głęboki oddech. Obolały powoli zaczął się rozglądać po ciemnym pomieszczeniu. Pół mrok spowijał każdy centymetr. Nie znalazł tam nic, co by go zaciekawiło lub pomogło im w ucieczce. Gdy zły na siebie za swoją naiwność złorzecząc, podniósł głowę do góry, na górnej pryczy przeciwnego łóżka zobaczył człekopodobny kształt. Wstał i wspiął się na górę. Podniósł koc i zobaczył tam starca kurczowo trzymającego się za brzuch. Ciekawy tego, czy postać jeszcze żyje, sprawdził mu tętno — szlag by to! — Zaklął i splunął na podłogę. Spojrzał w dół na Tarzana. Ten jeszcze spał. Nie chcąc martwić przyjaciela, cicho nachylił się nad zwłokami. Zatykając nos przed smrodem, który zaczął wydobywać się z ciała, drżącymi dłońmi zlustrował posłanie. — Ten mężczyzna musiał umrzeć niedługo przed naszym przybyciem, skoro ufoki tego nie zauważyły. — Powiedział cicho, gdy jego wzrok spoczął na ciele zmarłego.

— Ciekawe, jak długo siedział tu sam zamknięty w tej ciupie. W sumie to nawet nie chcę tego wiedzieć. Żebyśmy my tylko jak najszybciej się stąd wynieśli, bo nie chciałbym skończyć jak ten staruszek — pomyślał i niechętnie, ale zmuszony sytuacją zaczął przeglądać kieszenie nieboszczka. Sięgnął do lewej kieszeni, nic tam nie znalazł poza opakowaniem po cukierku, zaopatrzonego w dziwne powykrzywiane znaczki, nawet trochę podobne do alfabetu. — To pewnie ruski był.

— Stwierdził i wyrzucił papierek za siebie. Chwilę potem zauważył małą kieszonkę w koszuli i wyciągnął z niej zdjęcie legitymacyjne. Ze względu na słabe światło, nic na nim nie widział. Wyciągnął się do listwy oświetleniowej, żeby przyjrzeć się fotografii. Obejrzał ją z obu stron. Na jednej z nich ujrzał małą dziewczynkę z długimi włosami, o okrągłej dziecięcej buzi i śmiejących się oczach. Odwrócił fotografię i znalazł tam podpis. Nie znał zbytnio rosyjskiego, ale co nieco pamiętał z zajęć na uczelni „dla lubimowo dziadzia — wnućka”.

— I właśnie tego nie chciałem się o tobie dowiedzieć. Cholera. Teraz jeszcze bardziej mi cię szkoda starcze, a wcale mi to nie pomaga podnieść się na duchu. Jesteś dowodem na to, że… możemy się stąd już nigdy nie wydostać żywi. Cholera nie chcę umrzeć jak jakaś małpa w zoo. Zamknięta przez to bydło na górze — Student spojrzał z politowaniem na zmarłego. Przykucnął i sięgnął do prawej kieszeni spodni nieboszczyka.

— Auć! — coś ukłuło go w palec. Sięgnął do kieszeni jeszcze raz i wyciągnął z niej długopis,

a z nim zmiętą kartkę. Już miał cisnąć ją ze złością na podłogę jak opakowanie o cukierku, gdy światło neonu padło na napisany na niej tekst.

— A to, co to… List? Ciekawe do kogo go napisał — zainteresowany Żak wstał na posłaniu, znowu kuląc się pod neonową rurą. Powoli, rozczytując tekst napisany cyrylicą, sylaby po sylabie, składając słowa i przypominając sobie ich znaczenie, Żak próbował odczytać tekst zapisany długopisem przez zmarłego mężczyznę.

— „Jeśli… ktokolwiek to czyta, to… wiedz, że musisz… dokończyć to, co zacząłem… od długich miesięcy usiłowałem się stąd wydostać… i już byłem blisko, gdy jedna z tych obślizgłych pokrak… wstrzyknęła i coś. Nie wiem co to… poza tym, że ból staje się coraz większy, a rana po zastrzyku rozjątrza się, puchnie i zaczyna śmierdzieć coraz bardziej… nie zostało mi zbyt wiele czasu… tobie pewnie też… ale przejdźmy do sedna… na rosyjskiej stacji badawczej, coś w stylu strefy 61, byłem naukowcem… przywieziono do nas znalezionego na Syberii wrak statku z załogą, którą znaleziono w zamkniętych kapsułach… gdy po kilku miesiącach udało nam się przypadkiem uruchomić system pokładowy statku… nocą obcy wyszli z kapsuł, porywając przy tym stacjonujących na bazie naukowców, w tym i mnie… jeśli macie w sobie choć trochę nadziei, której mi już zabrakło na wydostanie się z tego gówna… pod dolną pryczą… schowałem plany statku i ogólną specyfikację Obcych, którą udało mi się sobie przypomnieć… nie jest to wiele, ale zawsze to coś… nie wiem, kim jesteś… ale życzę ci powodzenia… nie liczę na prawosławny pochówek i wiem, że to nierealne, ale wiem, że Bóg mi wybaczy i liczę na to, że przyjmie mnie do siebie… Dmitrij Pietrowic”.


Żak zamknął oczy zmarłego, do kieszeni koszuli z powrotem włożył zdjęcie. Nakrył zwłoki szczelnie kocem. Potem zeskoczył z góry i zaczął przeszukiwać podłogę pod pryczą. Na początku niczego nie wyczuwał pod dłonią, lecz gdy sięgnął głębiej, poczuł jak koniuszki palców, zderzyły się z czymś. Złapał mocno za schowany przedmiot i przyciągnął go do siebie. Gdy zorientował się co to, od razu zerwał się na równe nogi, by wybudzić ze snu Tarzana.

— Słyszysz mnie, no wstawaj wreszcie! — powiedział, szarpiąc Tarzanem coraz mocniej.

— Co? — Tarzan nagle ocknął się, wyrwany ostro ze snu.

— Patrz, możemy uciec. Już wiem jak! — pochwalił się Żak, machając mu przed oczyma kartką.

— Co to jest i skąd to wytrzasnąłeś? — zapytał zdziwiony Tarzan.

— Nie wiem, jak Ci to powiedzieć, ale po drugiej stronie, na górnej pryczy nie leży sterta koców, zostawiona przez zmartwionych ufoludków… tylko zwłoki. Naukowca. — Tarzan otworzył szeroko oczy. Spojrzał w górę, a potem znowu na towarzysza.

— Pokaż te plany — Powiedział, siadając na posłaniu.


Długo zastanawiali się nad planem ucieczki. Po długiej naradzie ustalili w miarę szczegółowy plan. Wiedzieli, że za niedługo strażnik mający wartę pod ich celą znowu do nich zajrzy. Wtedy Tarzan, sprowokuje go do otwarcia drzwi, a potem wystarczy tylko włamać się do głównej sali i zwolnić jedną z mniejszych kapsuł ratunkowych.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 27.45