E-book
7.35
drukowana A5
14.25
Niedzielny obiad

Bezpłatny fragment - Niedzielny obiad


Objętość:
14 str.
ISBN:
978-83-8155-938-6
E-book
za 7.35
drukowana A5
za 14.25

W ten niedzielny, letni poranek Jacek Molęda był w wyjątkowo dobrym humorze. Z szerokim uśmiechem na twarzy wyszedł z domu i bez zamykania drzwi na klucz wsiadł do swojego zaparkowanego na podjeździe czerwonego kabrioletu. Odpalił silnik, włączył ulubioną stację radiową i głośno śpiewając wakacyjną piosenkę, ruszył w kierunku najbliższego supermarketu. Słońce oświetlało przyjemnie spokojną uliczkę na osiedlu domków jednorodzinnych w Solarii — nadmorskiej dzielnicy Geradii. Mogli na nim mieszkać tylko naprawdę zamożni obywatele Republiki Słowiańskiej. Do takich zaliczał się Jacek. Lecz to nie ilość pieniędzy na rachunku bankowym powodowała jego radość w niedzielę. Cieszył się, bo po prostu był w swoim życiu szczęśliwy. Miał trzydzieści trzy lata, nie narzekał na zdrowie, posiadał sporo pieniędzy i nie musiał pracować. Wysoki, cieszący się nienaganną sylwetką i kruczoczarnymi, gęstymi, lekko kręconymi włosami oraz cerą w barwie kości słoniowej, był niczym model. Realizował swoją pasję, którą było płatnerstwo, a na co dzień jeździł przepięknym samochodem, za którym oglądał się prawie każdy przechodzień. Niedzielne uczucie szczęścia potęgował fakt, że może dziś przygotować dla siebie obiad i zjeść go wraz ze swoją żoną oraz synem. Tak bardzo kochał swoją rodzinę. Byli dla niego wszystkim, dosłownie całym światem. Pragnął ich chronić i całym sobą zapewnić na zawsze bezpieczeństwo. Lubił także sprawiać im drobne przyjemności. Dlatego też jak najprędzej chciał dokonać niedzielnych sprawunków. Brakowało mu bowiem wielu produktów potrzebnych do przygotowania posiłku — przepysznego niedzielnego obiadu.

Jacek ze swojego domu do delikatesów miał niedaleko. To, że do najważniejszych dla codziennego życia miejsc, takich jak sklep, apteka czy kościół, jest blisko, stanowiło największą zaletę mieszkania w ekskluzywnej dzielnicy. Mężczyzna bardzo to doceniał. Molęda zbliżał się do delikatesów, jadąc z prędkością nie większą niż dwadzieścia kilometrów na godzinę. W trakcie podróży rozglądał się dookoła i obserwował swoich sąsiadów, którzy tak samo jak on zdecydowali się wyjść z domów w ten śliczny poranek. Po chodniku w sportowym ubraniu biegł Janek z niewielkiego bungalowa na samym końcu ulicy. Niemłody już facet z lekkim brzuszkiem ocierał frotką perlisty pot z czoła, lecz tempa nie zwalniał. Jacek pozdrowił go z samochodu gestem ręki, na który Jan odpowiedział. Molęda podziwiał sąsiada. Sam od dziecka nie przepadał za aktywnością fizyczną. Właściwie to nie od dziecka, a od czasów nastoletnich. Od momentu, w którym musiał uciekać przed swoim ojcem, mierzącym do niego z pistoletu i strzelającym na oślep. Wtedy umiejętność szybkiego biegania bardzo mu się przydała. Pierwszy i ostatni raz w życiu. Naprzeciwko biegacza szła Aneta — bizneswoman, mieszkająca w jednym z najładniejszych domów na osiedlu. W dzień powszedni byłaby o tej porze już w pracy. W niedzielę mogła pozwolić sobie na spacer z pieskiem. Malutki, ale zadziorny york zaszczekał głośno, gdy biegnący i sapiący Jan ich wyminął.

— Cicho Spencer, nie wygłupiaj się — zrugała go Aneta i skróciła smycz. Kobieta ubrana w eleganckie białe spodnie, chabrową bluzkę oraz czarny żakiet nawet w wolne wyglądała jakby za chwilę miała udać się na konferencję lub biznesowe spotkanie. Jej ubiór oraz sam sposób bycia stanowiły wręcz symbol luksusowego stylu, którym szczyciła się Solaria. Jacek pomachał zza kierownicy swojego kabrioleta również i Anecie, aczkolwiek ta odwróciła swoją piękną twarz i nawet nie raczyła obdarzyć mężczyzny spojrzeniem zza ciemnych okularów. Molędzie nie zepsuło to jednak doskonałego humoru. Doskonale wiedział, że piękne kobiety mają swoje humorki. Jego żona Ilona była tego idealnym przykładem. Pomimo tej wady kochał ją nad życie. Tak bardzo bał się jej straty. Przez chwilę wyobraził sobie zakrwawione ciało Ilony i aż się wzdrygnął. Szybko odgonił przerażającą myśl i spojrzał w lewo. Zobaczył, że jeden z jego sąsiadów — Bogdan już rozpala grilla za domem.

— Nie za wcześnie na grillowanie Bogdan? — krzyknął Jacek. Bogdan obrócił się, przekrzywił swoją wielką, łysiejącą głowę i odpowiedział.

— Że co? Nie słyszę.

Łysiejący, gruby oraz obrzydliwie bogaty lekarz dobiegał już sześćdziesiątki i stopniowo tracił słuch. O ironio — był laryngologiem. Jak to mówią — szewc bez butów chodzi. Choć nie usłyszał pytania Jacka, rozpoznał go i pomachał mu ręką. Molęda odwzajemnił gest i jechał powoli dalej. Lubił Bogdana i często przychodził do niego w odwiedziny. Oczywiście wraz ze swoją rodziną. Jego syn lubił bawić się z dziećmi Bogdana, a żony mężczyzn również posiadały wspólny język. Jacek jadąc dalej ciągle obserwował sylwetki znajomych oraz tych, których widział dopiero po raz pierwszy. Obok chodnika biegła bowiem ścieżka rowerowa, którą często podążali cykliści z całej Geradii. Niektórzy ubrani w profesjonalne sportowe stroje na drogich jednośladach, inni na zwykłych modelach, którzy zamiast na dużą wyprawę, wybierali się na niewielką przejażdżkę. Jacek nie przepadał za jazdą na rowerze, ale widząc kolarzy postanowił sobie, że wkrótce zabierze na taki wypad swojego dziesięcioletniego syna Norberta. Musi zacieśnić z nim ojcowsko-synowską więź, która ucierpiała ostatnimi czasy przez chorobę Jacka.

Gdy Molęda przejeżdżał koło placu zabaw zwolnił jeszcze bardziej i było to z jego strony bardzo słuszne zachowanie. Na ulicę wtoczyła się bowiem piłka, a za nią wbiegł na jezdnię rudy pięciolatek. Mężczyzna zdążył się zatrzymać i krzyknąć z samochodu.

— Hej mały! Życie ci niemiłe? Uważaj, jak się bawisz!

Chłopczyk wyglądał, jakby miał się za chwilę rozpłakać. Jacek chciał wysiąść z auta, żeby go pocieszyć, gdy zobaczył nadbiegającą matkę, która z daleka zaczęła strofować dziecko.

— Wojtuś, ile razy ci powtarzałam, żebyś pod żadnym pozorem nie wchodził na ulicę.

Następnie zwróciła się do Jacka.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.35
drukowana A5
za 14.25