E-book
20.48
drukowana A5
48.96
Niedaleko pada jabłko

Bezpłatny fragment - Niedaleko pada jabłko


5
Objętość:
336 str.
ISBN:
978-83-8155-221-9
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 48.96

.

Kobieta na łóżku pogrążona była w głębokim śnie.

A przynajmniej na pierwszy rzut oka tak to wyglądało.

Nie była młoda, a jej surowych rysów nie łagodził nawet jasnoróżowy kolor poszewki. Nigdy nie była pięknością i chyba nawet nie miała aspiracji, by być zaledwie ładną. Bez makijażu prezentowała się blado, wręcz mdło. W kasztanowych niegdyś włosach siwe pasma dominowały już od dawna, a brak jej było tej elementarnej próżności, która każe kobiecie ukrywać nieubłagane symptomy przemijania. Nie… Ona się nimi wręcz szczyciła.

Leżała na plecach z lewą dłonią zaciśniętą na cienkim prześcieradle w kwiatki. Lekko przechylona głowa dopełniała tego spokojnego obrazu. Oczy przykryte powiekami i pozbawione konturu okularów — nie miały w sobie tej mściwej satysfakcji, która z uśmiechem kazała wbijać innym szpile i z uprzejmym zdziwieniem, maskującym złośliwość, pytać o przyczynę złego humoru.

Klatka piersiowa pozostawała nieruchoma, żaden świst oddechu nie wydobywał się z półotwartych ust.

Sen wieczny.

Dziwne… Należałoby raczej spodziewać się grymasu bólu na twarzy i nienaturalnie poskręcanego ciała, a tu wręcz emanował nieziemski spokój.

Majaczący na ścianie cień w końcu się poruszył. Dwa kroki do przodu, ostrożne i ciche, na lekko ugiętych kolanach, by jakoś zminimalizować skrzypienie podłogi.

Ubrana w szarą bluzę postać zatrzymała się przy łóżku. Patrząc z góry na zwłoki nie wykonywała najmniejszego ruchu, jakby chcąc się upewnić, że kobieta na pewno nie żyje. Ciche tykanie budzika odliczyło pełną minutę.

Jasne zasłony były szczelnie zaciągnięte. Półmrok w pokoju dawał względne poczucie bezpieczeństwa. Do wschodu słońca pozostawało jeszcze z pół godziny. Wystarczająco, by załatwić swoje sprawy i zniknąć niezauważenie w porannej mgle.

W końcu skinienie głowy. Wszystko szło zgodnie z planem. Najważniejsza była ostrożność. Nie należało się spieszyć. Nie było zresztą po co. Trzeba teraz usunąć z mieszkania wszystko, co może policję naprowadzić na ślad mordercy. I podrzucić im kilka zbędnych tropów, żeby biedaki mieli za czym biegać.

Każde z pomieszczeń musi być dokładnie przeszukane. Może uda się znaleźć te nieszczęsne listy, choć… Raczej należało się spodziewać, że spaliła je lata temu, w końcu nie należała do sentymentalnych osób. Niemniej jednak — konieczna była pewność. Gdyby policja znalazła te epistoły, no cóż… Nietrudno byłoby im dodać dwa do dwóch.

Na pierwszy ogień poszła sypialnia. Lepiej było mieć to już za sobą. Odór był obrzydliwy, nie dało się oddychać, ale o otwarciu okna i przewietrzeniu pokoju nie mogło być mowy. Śmierć cuchnęła. I nawet zasłonięcie nosa chusteczką niewiele pomogło. Im szybciej zabierze się do roboty, tym szybciej będzie można stąd wyjść i przymknąć drzwi, choć najprawdopodobniej niewiele to da.

Na szafce przy łóżku stała do połowy opróżniona butelka rumu. Obok nie było szklanki, czyli przed snem musiała zdrowo pociągnąć z gwinta. To ułatwiało sprawę. Mniejsza ilość koniecznych ruchów do wykonania to mniejsza możliwość popełnienia błędu. A tu liczył się każdy detal. Bo właśnie dobrze przygotowany plan i dbałość o szczegóły to podstawa sukcesu.

Zakapturzona postać ściągnęła z ramion szelki małego, brezentowego worka i sięgnęła do wnętrza. Pojawiła się identyczna, też częściowo opróżniona butelka. Wypadałoby jeszcze nanieść odciski palców. Z grymasem lekkiego obrzydzenia intruz ujął martwą dłoń i zacisnął ją na szkle, po czym ostrożnie odłożył butelkę na nakastlik. Zabrana owinięta została starannie w ręcznik. Trzeba będzie się jej jakoś pozbyć, ale to zadanie na popołudnie.

Teraz wypada się rozejrzeć, a może się poszczęści…

Najpierw wnętrze nocnej szafki. Zgodnie z oczekiwaniami stała tam opróżniona butelka wódki. Plus komplet lekarstw w koszyku i porcelanowe puzderko z kilkoma złotymi pierścionkami. Nic specjalnego, ale może warto je zabrać? Tak, aby policja miała jakiś zgryz.

Złoto zniknęło w kieszeni spodni.

W wysokiej szafie stojącej przy łóżku panował idealny ład. Wszystko poukładane w kostkę, odprasowane i jeszcze te woreczki z lawendą. No tak… W mieście takim jak to najważniejsza była umiejętność sprawiania odpowiednich pozorów. A wredne babsko umiało się zaprezentować doskonale, bez skazy i zmazy, oszustka jedna…

Metodyczny przegląd ubrań nic nie dał. Nie było niczego w kieszeniach, nic nie zostało schowane za równymi stosikami swetrów.

Pudełka w pawlaczu nie zawierały niczego niezwykłego. Zimowe kurtki i swetry, jakieś szale, kilka niemodnych torebek. Również szuflady komody nie ujawniły żadnych sekretów. No… Może poza zamiłowaniem do grubych frotowych skarpet.

Rzut oka na sypialnię. Nie było tu zbyt wiele. Sterylny wygląd świetnie maskował nałóg. Nikt by się nawet nie domyślił… Nikt się nie domyślał, przez te wszystkie lata najmniejsza rysa nie skaziła tego posągowego wizerunku.

No… To teraz się przekonamy, czy zza grobu też będzie umiała go obronić.

Nie, z pewnością nie…

Teraz to misterne kłamstwo runie jak domino. Klocek za klockiem. Aż wszyscy przekonają się, jaką była osobą. Nieczułą, dwulicową, egoistyczną.

Ale to nie czas na rozpamiętywanie.

Jeszcze tylko przestrzeń pod łóżkiem. Ostrożny przyklęk, ręce w lateksowych rękawiczkach oparte o lekko wytarty chodniczek. Tu też pusto. Nawet kłębków kurzu. Pedanteria na pokaz.

Przeszukanie łazienki poszło dość szybko. Więcej czasu wymagało natomiast sprawdzenie saloniku. O przejrzeniu wszystkich książek stojących na regale nie było nawet co marzyć. Oględziny kredensu nie przyniosły rezultatów: stosy wykrochmalonych obrusów i szydełkowanych serwetek na każdą możliwą okazję. I po co to wszystko? Przecież nie przyjmowała gości. No, może poza dniem swoich imienin, gdy zapraszała trzy wieloletnie przyjaciółki na kawę i tradycyjnego makowca. Nie należała do towarzyskich osób, nie była też zbyt lubiana. Wyrazy sympatii do niej kierowane były zazwyczaj ukłonem w stronę konwenansów i niczym więcej. Ale to zdawało się jej nie przeszkadzać. Wręcz przeciwnie, zadowalała ją ta fasadowa uprzejmość.

Kolejne drzwiczki były otwierane i zamykane. Dopiero narożna serwantka ujawniła ciekawe znalezisko. Kilka metalowych pudełek po ciastkach zawierało stare fotografie. Czy jest czas, by je przeglądać. A co ważniejsze, czy jest sens?

Chwila wahania była krótka. Ciężar wypełnionego pudełka kusił. Wypada zerknąć. Upewnić się, że to tylko przewidywalne, jakże powtarzalne sceny z rodzinnych zbiorów. Plik starych zdjęć… Szybko przerzucane kadry. Większość biało-czarnych. Jakieś spotkania, oficjalne i te bardziej swojskie, uśmiechnięte twarze, obcy ludzie pozujący na bardziej dostojnych, nobliwych niż byli w rzeczywistości. Ludzka natura, która łaknie poklasku i szacunku… Tu się nic nie zmieniło. Większość twarzy zupełnie anonimowa, niektóre powtarzały się w różnorakich sytuacjach.

Jednak kilka osób, mimo upływu lat, można było rozpoznać. No tak, Grodów miał to do siebie, że zasiedziałe rody mocno dzierżyły w swych szponach co bardziej eksponowane stanowiska. Nic dziwnego więc, że burmistrzowie, naczelnicy, komendanci i powinowaci przewijali się we wszelakich konfiguracjach stołków. Zdjęcia te były potwierdzeniem grodowskiego przykazania: bliższa koszula ciału. Obcych, jeśli w ogóle odważyli się pojawić w tych regionach, dyskretnie marginalizowano. Zawsze z uprzejmym uśmiechem. Cóż… Ta stara małpa też taka była. A ten jeden raz, gdy wyłamała się z utartych i pobłogosławionych szlaków, spowodował, że tym radykalniej wróciła później do swej roli.

Pozory ponad wszystko…

Wśród zdjęć nie było niczego niepokojącego. Niczego, co mogłoby powiązać zabójcę z ofiarą. Jeśli dobrze pójdzie, sprawa pozostanie nierozwiązana, a nie ma chyba nikogo, kto tęskniłby za tą wariatką i szukał po jej śmierci sprawiedliwości.

Sprawiedliwość… Takie górnolotne słowo. Zresztą, patrząc na sytuację obiektywnie, to właśnie dokonane morderstwo jest aktem wyrównania rachunków. To nie starotestamentowe oko za oko. Nie. To prosty rachunek zysków i strat przeprowadzony na przestrzeni ponad dwudziestu lat. I z tego równania niezbicie wynika, że jedno życie w zamian za uczynione zło to i tak niewielka cena.

Pudełka ze zdjęciami zostały odłożone na miejsce, drzwiczki szafki ostrożnie zamknięte. Czas mijał, nie było już sensu igrać z losem. Listów nie było, a jeśli nawet jakimś cudem przetrwały, to są dobrze ukryte. Ona by się nigdy nikomu nie przyznała… Wstydziła się tego. Sama tak przecież tydzień wcześniej powiedziała. Wstydziła się!

Jeszcze tylko jedna sprawa.

Z plecaka wyjęta została foliowa torebka, a z niej lekko pobrudzona szklanka. Ostrożnie odstawiona do zlewu miała być kolejną zagwozdką dla policji. Niech Brender ma jakąś przyjemność z tego śledztwa. Całkiem przyzwoity z niego człowiek i że też na własne życzenie marnuje się na tym zadupiu… Trudno to było pojąć. No ale — co kto lubi.

Zakapturzona postać wymknęła się tylnymi drzwiami. Zamki zostały starannie zamknięte, klucze schowane do kieszeni. Ich też trzeba się będzie jakoś pozbyć. Ale na razie, w rześkim powietrzu budzącego się poranka, nie należy zaprzątać sobie głowy takimi błahostkami.

Na wszystko jest odpowiedni czas.

.

Coś wyrwało ją ze snu. Mrużąc oczy spojrzała w kierunku wschodniego okna. Promienie słońca padały ukośnie przez żaluzje i kładły się jasnymi smugami na przydymionych szklanych taflach oddzielających sypialnię na antresoli od położonego poniżej salonu. Słoneczne pasy drgały lekko, a Zuza przyglądała im się zaspana próbując określić, która może być godzina.

Słońce już wzeszło, ale nie oświetliło jeszcze ustawionego na drewnianej skrzyni fikusa. Czyli grubo przed szóstą.

Głowa jej dudniła. Nooo… Wczoraj z Ulą nieźle popłynęły. Wernisaż fotografii krakowskiego aktora, który po długich namowach i odpowiednich naciskach znajomych dał się w końcu przekonać do wystawy w Grodowie — okazał się niezaprzeczalnym sukcesem. Tym bardziej, że na imprezie nie zjawiła się ani Growadzka, ani Jurczyński. Brak tej dwójki odnotowany został przez zebranych i odpowiednio skomentowany. To, że nie zjawiła się dyrektorka biblioteki można było jeszcze jakoś wytłumaczyć, nie chadzała wszak na wszystkie miejskie imprezy, jednak brak Jurczyńskiego to było wydarzenie samo w sobie. Grono jego wiernych wielbicielek przez większą część wernisażu niepocieszone siedziało w kącie i szeptem udzielało sobie wsparcia. Ulka Kodoba, właścicielka galerii, rzutem oka oceniła sytuację na wejściu i mrugnęła do Zuzy. Brak starego ględziarza to jak prezent na gwiazdkę. No i tę gwiazdkę postanowiły jeszcze z dwójką koleżanek uczcić. Otwarte butelki z winem nie mogły się przecież zmarnować.

Zuza pamiętała, jak Klaudia próbowała parodiować Growadzką. I to, że do domu rozwoził je mąż Uli, któremu próbowały wcisnąć napiwek za podwózkę. Facet miał niezły zapas cierpliwości.

Boziu! To dopiero był udany wieczór! W końcu mogła się wyszaleć i pośmiać. I w końcu pozwoliła, by napięcie ostatnich dwóch miesięcy poszło sobie precz…

Powiadomienie o przyjściu esemesa, głośne niczym dudnienie w wojenne kotły, rozwiązało zagadkę przedwczesnej pobudki.

Zuza skrzywiła się i nie patrząc sięgnęła ponad głową, by zlokalizować komórkę. Odruchowo przewróciła się na brzuch i syknęła. Bardziej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistego bólu. Zerknęła na ramię, jakby spodziewając się zobaczyć rozerwane szwy. Ale nie, szwy przecież już zdjęto, rana się dobrze goiła i nawet blizna nie zapowiadała się na paskudną szramę. Jednak wrażenie pozostało. Poirytowana własnym przewrażliwieniem fuknęła. Niezbyt to pomogło.

Kolejny esemes zmusił ją do zogniskowania wzroku na wyświetlaczu.

Gabi. Gabunia. Gabiątko.

„Jakbyś dała znać, czy w niedzielę ta kolacja u rodziców aktualna.”

„Bo nie wiem czy przyjdę, a mama mnie udusi. Znowu.”

„Masz dziś coś w planach?”

Zuza sprawdziła godzinę. Ledwie dwadzieścia po piątej. Zabije smarkulę.

Dzień, gdy może się wyspać, bo w końcu organizm przestawił się na weekendowe wstawanie o szóstej trzydzieści, a ta wysyła jej wiadomości o nieludzkich porach. Normalnie wyręczy matkę i sama udusi smarkatą. I żadne koneksje czy siostrzane uczucia jej w tym nie przeszkodzą.

Poza tym: co ta znów wymyśliła? Już wymigała się od grilla u Piotrka dwa tygodnie temu tłumacząc, że wciąż pisze pracę magisterską. Ile można ją pisać? I tak Gabi przeciągała termin w nieskończoność najpierw robiąc sobie urlop dziekański a teraz wydłużając seminarkę. Powinna się już bronić, a jeszcze nie oddała pracy do recenzji. Jak ugadała promotora? Zuza nie miała pojęcia i nie mieściło się jej w głowie, jakim sposobem młodsza siostra tak lekko podchodzi do kwestii własnej przyszłości. Zwłaszcza, że swego czasu przebąkiwała coś o doktoracie i pozostaniu na uczelni; a tu robi taki numer. Nie chciała jej źle życzyć, ale ciekawa była, kiedy Gabi przejedzie się na tych swoich słodkich oczętach. Jakoś do tej pory zawsze z wszelkich opresji wychodziła obronną ręką. Wystarczyło, że strzeliła skrzywdzoną niewinnością i wszyscy rzucali się ją pocieszać. Zuza nieraz była świadkiem tych akcji. Pochlipywanie i drżące usteczka wygięte w podkówki — Gabunia zawsze postawiła na swoim. Jedni z litości, inni dla świętego spokoju — ustępowali smarkuli. A ta śmiała im się później w nos. I przy następnej nadarzającej się okazji odstawiała całe przedstawienie od początku. Matka najczęściej dawała się złapać, od wielkiego dzwona próbowała młodą jakoś pionizować, choć nie miała do tego cierpliwości, a jej napomnienia i zrzędzenia, które Zuzę nieodmiennie doprowadzały do szewskiej pasji, po siostrze spływały. Ojciec nauczył się nie reagować i to była jego taktyka. Natomiast dziadkowie, wujostwo i inne pociotki załamywali ręce nad biednym, słodkim, nieszczęśliwy aniołkiem i wciskali w pazerne rączki kilka złotych na czekoladę. Gabi jednak główkę miała nie od parady i czekoladek nie jadła. Za to tuczyła swoją skarbonkę, a gdy już nie dało się dopchnąć kolejnej złotówki — w wielkiej tajemnicy rozpruła swój bank. Zuza pamiętała tę scenę jak dziś.

Zaciekawiona przedłużającą się ciszą w pokoju zajrzała do środka i nakryła smarkulę z poukładanymi równiutko stosikami bilonu, kartką i ołówkiem w ręku. Gabi była tak mocno skoncentrowana na rachunkach, że nawet nie zauważyła wejścia siostry. Dopiero gdy Zuza stanęła nad nią przestraszyła się, zagarnęła wszystkie stosiki pod siebie krzycząc, że to jej i nie odda. To wydarzenie na zawsze ugruntowało jej osąd o młodszej siostrze. I choć z wiekiem znalazły jakąś nić porozumienia, to jednak zawsze pozostawał ten żal, który brał swe źródło w dziecięcym poczuciu niesprawiedliwości.

A teraz smarkata, po kilku tygodniach milczenia, próbuje się wykręcić od rodzinnej kolacji. Ciekawe, jaką tym razem ma wymówkę. Bo to, że rodzinę ma głęboko w odwłoku było jasne dla Zuzy, ale jakoś dla nikogo poza nią. Czasem zastanawiała się, czy oni naprawdę nie widzą, jak młoda nimi manipuluje i sypiąc pięknymi zdaniami o rodzinnej więzi i miłości — jednocześnie unika tej rodziny jak zadżumionych.

Zuzę wciąż ciskało na wspomnienie zdawkowego esemesa, jakiego dostała od Gabrysi, gdy leżała przed dwoma miesiącami w szpitalu. Siostra nie raczyła nawet jej odwiedzić tylko wysłała ogólnikowe życzenia powrotu do zdrowia. A później, gdy widziały się u rodziców w czerwcu, nie spytała nawet o jej samopoczucie. Tak, jakby rana postrzałowa była tej samej rangi co przejściowy katar. Nawet na imieniny, które miała na początku lipca, kochana siostrzyczka nie wysiliła się, by zadzwonić.

Teraz Zuza, mrucząc inwektywy pod adresem młodej, postanowiła jednak wstać i rozpocząć poranne odprawianie kawowego rytuału.

Na esemesa nie zamierzała odpisywać. A przynajmniej nie w pierwszym temacie. Bo czym ona jest? Buforem między Gabi a rodzicami? Stacją przekaźnikową? Niedoczekanie.

Promyczek mściwej satysfakcji wcale nie zawstydził Zuzy. Przynajmniej tyle osiągnęła, że już nie wypierała się zupełnie naturalnego odruchu. Gabi jaka była, taka była, a ona nie zamierza jej wszystkiego ułatwiać. Bo w imię czego?, perorowała w myślach schodząc na dół.

Co do drugiej kwestii…

Automatycznie sięgnęła po puszkę z kawą i srebrną kawiarkę stojącą na kuchennym blacie. Wlała wodę, odmierzyła porcję zmielonych ziaren, dosypała cynamon, dokręciła dzbanuszek i postawiła na kuchence. Czekając, aż poranek wypełni się niezastąpionym aromatem, sięgnęła po apteczkę. Zwykłe tabletki od bólu głowy, czy podwójna aspiryna? Na szczęście nie trzeba dziś stawić się w pracy, a artykuł o wczorajszym wernisażu może spokojnie poczekać do poniedziałku. Zuza łyknęła tabletki i przysiadła na barowym stołku.

Kuchnia znów wyglądała tak, jak należało. Po majowym włamaniu nie było śladu. Fronty szafek na nowo lśniły pastelowym turkusem i nic nie przypominało katastrofy sprzed dwóch miesięcy. Stolarz, gdy się zjawił, załamał ręce i potwierdził werdykt pana Miecia. Nie było co marzyć o usunięciu smug z czerwonej farby. Trzeba było fronty zdemontować, zeszlifować na zero i malować od początku. Zuza, wściekła bo wściekła, ale nie miała innego wyjścia. Klnąc na Rajskiego i życząc mu gorącego kotła w piekle, gdzie z pewnością się smażył, jakoś nie próbowała nawet ćwiczyć się w chrześcijańskim miłosierdziu. Na to było jeszcze zdecydowanie za wcześnie.

W efekcie remont kuchni pociągnął za sobą kolejne inspiracje w zakresie wyposażenia mieszkania. Zuza zdecydowała się w końcu na znalezienie współlokatorki. Korzyść z podnajęcia dolnego pokoju miała być dwojaka. Z jednej strony czynsz pomógłby jej choć częściowo spłacać kredyt, z drugiej — co rodzina uznała za ważniejsze — posiadanie współlokatorki oznaczało wyższy standard bezpieczeństwa. A po jej majowej konfrontacji z zabójcą rodzina dostała normalnie regularnego kręćka w tym temacie i nawet uspokajające zapewnienia kuzyna Michała, że Rajski z pewnością działał sam i o żadnym żądnym zemsty wspólniku mowy być nie może, nie skutkowały. Dopiero zaproszenie panny Krystyny na popołudniową herbatkę i jej racjonalne podejście do tematu jakoś zdołały uspokoić skołatane matczyne nerwy.

Ostatecznie więc Zuza nadszarpnęła swój kredytowy budżet i urządziła salon. Dolny pokój przeznaczony na wynajem pozostawiła pusty wychodząc z założenia, że ktokolwiek w nim zamieszka z pewnością będzie chciał poczuć się swojsko i wniesie własne sprzęty. A osoba do zamieszkania znalazła się nadzwyczaj prędko.

Zuza podniosła się ze stołka i przelała parującą kawę do dużego kubka w groszki. Dolała po brzegi mleka i przeniosła się na kanapę. Jej nowy nabytek był jak na razie źródłem nieustannej radości. Co prawda do zimy i ulubionego sportu na 4k było jeszcze daleko, ale już zaczynała trenować. Nie ma bowiem jak kanapa, kocyk, kawa i książka. Zestaw idealny…

Na bieganie nie miała dziś w ogóle nastroju, pisanie, nawet to tylko rekreacyjne dla zaprzyjaźnionego portalu, odpadało, bo nie mogła się skupić, pieczenie załatwiła już wczoraj nawet w podwójnej ilości, bo zaplanowane na popołudnie atrakcje wymagają odpowiedniej cukierniczej oprawy…

Kurcze. Siedziała na kanapie i w lekki popłoch wprawiła ją myśl, że w zasadzie w tym momencie nie ma co robić. Nie, stop. Bez przesady. Żeby tak niespodziewany prezent w postaci kilku wolnych godzin wprawiał ją w dezorientację? Mowy nie ma! Trzeba celebrować takie chwile, jak radził któryś z mądrych blogowych poradników. A więc dolce far niente!

Rozmarzona podparła się poduszką i ogarnęła wzrokiem swoje mieszkanie. W tydzień po powrocie ze szpitala zdecydowała się na działanie. I poszło jej to ekspresowo. Wykorzystała zwolnienie lekarskie na rajd po salonach meblowych. Wujek Rysiek, nieświadom codziennych wizyt Zuzy na czerwonej redakcyjnej kanapie, marudził, że skoro ma siłę na oglądanie bzdetnych poduszek, to z pewnością ma na tyle siły, by zjawić się w pracy i coś popisać. Zuza jednak nie zamierzała ulegać presji i postanowiła skorzystać ze sposobu, który jeszcze miesiąc wcześniej w ogóle nie przyszedłby jej do głowy. Wystarczył telefon do cioci Basi i temat przedterminowego powrotu rozwiał się jak kamfora, a ona miała czas na cieszenie się urządzaniem salonu.

Efekt może nie był powalający, na to zdecydowanie brakowało środków, ale i tak wyglądało o niebo lepiej niż wcześniejsze stosy częściowo pootwieranych kartonowych pudeł upchane po kątach.

Południową ścianę kazała bratu pomalować na turkusowo. Dwa tony ciemniejszy kolor niż na blatach kuchennych spowodował, że przestrzeń ładnie się domknęła. Miała co prawda ochotę na tapetowanie, jednak poprzestała tylko na jednym wąskim pasie, a ścinki, które jej zostały, oprawiła w trzy białe ramki z szerokim passe-partout i powiesiła nad podwójną komodą. Wyszło zadowalająco. Prócz dużej grafitowej sofy zdecydowała się na zakup jednego przepastnego fotela z podnóżkiem i niskiego stolika. Przy wschodnim oknie postawiła kwadratowy, rozkładany stół. Co prawda od kuchni dzieliła go cała przestrzeń salonu, a wszelkie poradniki wnętrzarskie podkreślały, że miejsce gotowania i spożywania posiłku powinny być blisko siebie. A chrzanić takie porady. Gości miała niewielu, jak już wpadali to z przyzwyczajenia siadali na wysokich stołkach przy kuchennej ladzie. A stół był na wszelki wypadek, ot, gdyby miała organizować obiad w drugi dzień świąt, czy coś w tym guście i tyle.

Czas z poranną kawą płynął niespiesznie. Wciąż nie było jeszcze szóstej… Mogłaby poczytać którąś z książek dostarczonych jej przez pannę Krystynę.

Z kolejnym kubkiem wróciła na górę. Wchodząc po schodach zdecydowała, że w zasadzie w drugim temacie może siostrze odpisać, a zupełne zignorowanie pierwszego zrzucić na wczesną porę, dezorientację wywołaną przedwczesną pobudką i ogólny ból istnienia spowodowany kacem. Sięgnęła po telefon.

„Dziś wprowadza się do mnie współlokatorka. Mam noszenie mebli. Może się przyłączysz?”

Zawahała się chwilę, czy nie usunąć ostatniego zdania. Ale nie, zdecydowała. Niech zostanie. Ironia może nie była zbyt subtelna, jednak nie sądziła, żeby Gabi ją wyłapała. A już w ogóle nie zakładała, że siostra zechce pomóc. Raczej po takim haśle tym bardziej spędzi weekend z daleka od Grodowa.

Opadła na materac i zerknęła na stos kryminałów leżących obok. Większość autorstwa świętej pamięci Gustawa Nowaka, brata panny Krystyny. Starsza dama uważała, że po chrzcie bojowym, jakim było wykrycie zabójcy Julki i Rzewuskiego, należy Zuzę podszkolić w aspekcie teoretycznym. Po czym podarowała jej całą kolekcję z uwagą, że książki są do czytania, a nie po to, by kurzyć się na półkach. A fakt, że to pierwsze wydania sygnowane przez autora, nie powinien znacząco wpływać na ich funkcję użytkową. Panna Krystyna posiadała zresztą kilka takich kompletów dzieł brata, wszystkie podpisane, a jeden przekazała nawet miejskiej bibliotece. Tak więc prezent dla Zuzy miał ją zmotywować do zagłębienia się w tajniki kryminologii.

Upiła kilka łyków kawy, odłożyła kubek na nakastlik i sięgnęła po nowy tytuł. „Gdy milczeć musisz.” Hmmm… Trochę to patetyczne, ale zobaczmy, jak pójdzie jej tropienie kolejnego papierowego złoczyńcy.

Jedno wszak musiała przyznać.

Zupełnie inaczej czyta się kryminały, gdy już się stanie twarzą w twarz z mordercą.

.

W końcu chwila spokoju, westchnęła Zuza wchodząc do kuchni, by pozmywać naczynia. Popołudnie zleciało nie wiadomo gdzie wśród ogólnego zamieszania. Wszyscy pomocnicy dnia dzisiejszego już zniknęli pozostawiając za sobą względny porządek w małym pokoju i pewien chaos w salonie, który teraz należało szybko ogarnąć.

Majka wyskoczyła jeszcze do sklepu, by zrobić jakieś zakupy, gdyż zapowiedziała, że po takiej wyczerpującej przeprowadzce nie zamierza się jutro w ogóle gdziekolwiek ruszać. Co najwyżej do lodówki, dodała ze śmiechem.

— O oponkę muszę dbać!

Ta jej współlokatorka… Nastawienie od początku miała Zuza pozytywne. Może przez pryzmat pokrewieństwa z Łukaszem Górką — w końcu to jego siostra. Poza tym rekomendacja kolegi z redakcji, że z pewnością spasują sobie i powinno im się dobrze razem mieszkać, wydała się wystarczająca. Niemniej jednak, zanim podjęła ostateczną decyzję, postanowiła zdać się również na własną ocenę.

Zbierając ze stolika w salonie kubki po herbacie przypominała sobie pierwsze spotkanie. Umówiły się na neutralnym gruncie, w krakowskiej kawiarni, gdzieś na początku lipca. Zuza, korzystając z okazji, zrobiła sobie sentymentalny spacer po okolicy i na miejsce dotarła w niezbyt pogodnym nastroju. Chodzenie po śladach dawnych przechadzek z wiarołomnym Mirkiem dało jej się we znaki. No, jednak trudno nie chodzić po tych śladach, skoro wspólnie przemierzyli przez te kilka lat cały Kraków. Myślała, że przeszło jej już rozpamiętywanie przeszłości, ale jak widać… Zrzuciła winę na niestabilną gospodarkę hormonalną organizmu i próbowała ratować makijaż, gdyż zaszklony wzrok zapowiadał zbliżającą się katastrofę.

— Mam nadzieję, że to nie z mojego powodu — stwierdziła młoda, korpulentna kobietka przysiadając się do jej stolika. — Majka jestem. Łukasz pokazał mi twoje zdjęcie, więc wiedziałam kogo nagabywać — rzuciła tonem wyjaśnienia.

— Aa… Nie, to nic — Zuza próbowała osuszyć kąciki oczu. — Po prostu przypomniało mi się coś i, no wiesz…

— Trochę cię wzięło.

— Jak widać. Ale sytuacja opanowana — stwierdziła spoglądając na przybyłą.

Potrzebowała jeszcze chwil, by dojść do ładu zarówno z makijażem, jak i z własnym zdziwieniem. Kelnerka, która podeszła, dała jej moment na ochłonięcie. Zajęły się przeglądaniem karty i składaniem zamówienia, więc Zuza miała sposobność, by przyjrzeć się dokładnie swej ewentualnej współlokatorce.

Nie tego się spodziewała.

Znając Łukasza oczekiwała kogoś… Trudno określić… Kogoś nie rzucającego się w oczy, wtapiającego się w tłum. Bo kolega, poza brodą, która stanowiła coś w rodzaju jego znaku firmowego, niczym się nie wyróżniał. Zazwyczaj ubrany w dżinsy i bawełniany podkoszulek z nazwami znanych i nieznanych zespołów rokowych — stanowił wręcz podręcznikowy przykład faceta względnie zainteresowanego swoją powierzchownością. I, nie wiedzieć czemu, Zuza spodziewała się w jego siostrze znaleźć podobne cechy. Zwłaszcza że kolega wyrażał się o Majce z jawną braterską miłością i dumą, wskazującymi na łączącą ich silną więź.

Tymczasem siedzącą naprzeciw dziewczynę trudno byłoby przeoczyć w tłumie.

Zuza wiedziała, że była rok od niej młodsza, do tego ciut niższa, korpulentna, z krótko przystrzyżonymi, kruczoczarnymi włosami i kolekcją kolczyków w uchu. Plus dwa w brwi i ciągnący się przez całą długość lewej ręki tatuaż.

— Pradawne drzewo Yggdrasil — wyjaśniła widząc wzrok Zuzy. — Z mitologii skandynawskiej.

— Duży…

Majka była wyraźnie rozbawiona jej oszołomieniem.

— Założę się, że oczekiwałaś sekutnicy w szarym mundurku.

— Może nie aż sekutnicy — mruknęła lekko zawstydzona, że siostra kolegi tak szybko ją przejrzała. Jednak widząc, że siedząca naprzeciwko dziewczyna w ogóle nie czuje się dotknięta, odwzajemniła uśmiech. — No dobra… Po opisie Łukasza to oczekiwałam jakiejś… Czy ja wiem… Szarej myszki.

— Kochany braciszek! On zdaje się jakby w ogóle nie dostrzegać, że dawno już przestałam nosić kokardki na warkoczykach…

— A nosiłaś?

— No zlituj się! W Grodowie wszystkie dziewczątka w niedzielę zawsze miały zaplatane warkoczyki z wielkimi kokardami.

— I dalej mają — mruknęła Zuza.

Zerknęły na siebie znad pucharków z lodami i zaczęły się obie chichrać niczym nastolatki dzielące się sekretami.

— Boże! Widzę, że ty też cierpisz na syndrom ucieczki — Majka teatralnie położyła dłoń na sercu.

— Z Grodowa? No tak. Ale musiałam tam wrócić… Pewnie wiesz.

— No. Łukasz nakreślił mi sytuację. Ale ja cię podziwiam. Po tym, jak tuż przed ślubem rzucił cię facet, wracać do rodzinnego miasta i wysłuchiwać nieszczerych wyrazów współczucia… Masakra jakaś. I jeszcze pracować w „Kurierze”… Przecież wiem z relacji braciszka, jak to tam wygląda. No, masakra jakaś — powtórzyła.

I w tym momencie Zuza podjęła decyzję. Ryzyk — fizyk. Może i nie znały się dobrze, ale ta krótka wymiana zdań pozwoliła stwierdzić, że przynajmniej względem Grodowa mają podobne odczucia. A to już było coś.

Poza tym potrzebowała współlokatorki. Natychmiast. Jak się szybko przekonała: jej obliczenia możliwości spłat kolejnych rat kredytu były kalkulacjami wielce optymistycznymi. A jeśli chciała uniknąć sprzedaży mieszkania i powrotu do rodziców… No cóż. Musiała kogoś znaleźć. A Łukasz ją zapewniał, że siostra jest osobą bardzo elastyczną, nie narzeka na warunki, nie absorbuje swymi sprawami, jeśli chcesz — chętnie pogada, jeśli nie — zajmie się sama sobą, nie ma skłonności do tragizowania i ogólnie — świetna z niej dziewczyna.

— To kiedy możesz się wprowadzić?

Majka wyprostował się i odłożyła łyżeczkę.

— No, no… Szybka piłka. W zasadzie to mieszkanie w Krakowie mam jeszcze do końca miesiąca, ale będę musiała wcześniej usunąć wszystkie graty. Umówiłam się z Łukaszem, że pomoże. Zajmie to jakieś dwa, trzy dni. Więc mogę od pierwszego sierpnia się wprowadzać.

— Jeśli ci zależy, to możesz od razu po dwudziestym lipca. Odpalisz coś za media, a czynsz zapłacisz od sierpnia. Widzisz… — dodała uprzedzając pytanie. — Moja matka dostaje normalnie fiksacji, że mieszkam sama. Łukasz pewnie ci wspominał o akcji z maja…

— Nie musiał. Mieszkam tu, ale przecież pracuję w Grodowie. Chyba wszyscy słyszeli o akcji z Rajskim…

— No. To możesz sobie wyobrazić, jaki miałam młyn po powrocie za szpitala. Rodzina przez tydzień próbowała stale mieć mnie na oku.

Majka pokiwała głową ze zrozumieniem.

— Łukasz mówił, że zabukowałaś sobie kanapę w redakcji…

— A przy okazji odkryłam, że da się rozkładać! W końcu mogłam się wyspać bez biadolenia nad głową.

— I nikt cię tam nie znalazł. Świetny pomysł, tak na marginesie. Będąc na zwolnieniu lekarskim schować się w pracy… Szkoda, że u nas niewykonalny. Bo co? Utnę komarka na fotelu dentystycznym? Jeszcze mi Radliński powyrywa trzonowce. Nie… Dziękuję uprzejmie.

Przez pół godziny gawędziły o wszystkim i o niczym, i szło im to nadzwyczaj przyjemnie. Szybko zapomniały, że dopiero co się poznały. Wspólne odniesienia do Grodowa były punktem wyjścia, a reszta potoczyła się sama.

— No dobra… — Majka jakoś tak spięła się w sobie i zerknęła na Zuzę. — Jest jeszcze jedna kwestia, powinnam ci powiedzieć od razu na początku, ale jakoś nie miałam odwagi…

Takie obwieszczenie w ustach wykolczykowanej, wytatuowanej Majki zdało się nieco dziwne.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 48.96