Rozdział 1. Dzień śmierci
Ludzie pośpiesznie usuwali się katu z drogi. Pan śmierci, jak go określano, miał na sobie czarne ubranie oraz spiczasty kaptur zasłaniający całą twarz, z wyjątkiem oczu. W dłoni trzymał miecz z przyciętym ostrzem, którym zwykle ścinał głowy. Akurat dziś wziął go ze sobą dla dekoracji. Tym razem nie będzie mu potrzebny. Wszedł na scenę i spokojnie przygotował pętlę.
Z podwyższenia dobrze widział cały rynek. Na placu zgromadziło się sporo ludzi, niektórzy przyszli tu nawet kilka godzin przed czasem. Mieszczanie krzyczeli i przepychali się, aby zająć miejsca, z których mieliby najlepszy widok na szafot. W ciągu ostatnich dziesięciu lat widzieli masę egzekucji, a od rana lało jak z cebra, jednak nie zniechęciło ich to do udziału w wydarzeniu. Kat spojrzał na zegar pobliskiego kościoła w momencie, w którym wybił on pełną godzinę. Wtedy też dostrzegł strażników prowadzących skazańca.
Mężczyzna szarpał się, krzyczał i błagał. Jednocześnie twarz miał tak bladą, jakby już umarł. Obserwatorzy spluwali w jego stronę lub wykrzykiwali, że w końcu sprawiedliwości stanie się zadość. Inni próbowali go uderzyć.
— Przejście! — ryknął strażnik. Gwardziści musieli odpychać tłum, mimo ich interwencji nieszczęśnik nie uniknął ciosów.
W końcu dotarli na podwyższenie, gdzie sędzia odczytał wyrok. W wyniku śledztwa zarzut morderstwa okazał się słuszny. Mężczyzna miał zakończyć swój żywot na szubienicy.
— Karą za grzechy jest śmierć — rzekł doniosłym głosem mistrz sprawiedliwości. — Nie ja cię zabijam, lecz twoje winy.
Strażnicy chwycili rzucającego się skazańca, a kat założył pętlę. Uczynił to szybko, a następnie kopnął podnóżek, na którym stał winny.
Tłum wstrzymał oddech. Morderca zawisł. Przez chwilę kołysał się jeszcze, nim zastygł w bezruchu. Jakieś dziecko zaśmiało się, że trup się posikał, lecz zaraz rodzice udzielili mu nagany.
— Zdejmujemy? — zapytał Antek, osobisty asystent kata.
— Poczekaj — mruknął ten w odpowiedzi. Schował się pod dachem i przyłożył do ust buteleczkę. Ludzie jeszcze patrzyli na wisielca, nie chciał im zabierać rozrywki. Niektórzy odwracali wzrok, inni tracili entuzjazm i powoli kierowali się do swoich domów.
Mistrz sprawiedliwości sprawdził tętno oraz puls, po czym wraz z Antkiem ściągnęli ciało na podest. Wszystkie te czynności wykonywali mechanicznie.
Urzędnik działający w imieniu burmistrza podszedł do mistrza i podał worek z zapłatą.
Kiedy kat wracał do powozu, matki ciągnęły swoje dzieci w przeciwną stronę, a mężczyźni schodzili mu z drogi, czasem czynili znak krzyża albo wbiegali do kościołów.
Kat nie rozglądał się dookoła. Wsiadł do swojego powozu, gdzie przeliczył pieniądze. Tysiąc dukatów to spora suma. Bez trudu wyżywiłby za to przez miesiąc czteroosobową rodzinę. Nie miał jej, więc zamierzał sfinansować utrzymanie służby.
To było ostatnie zadanie, jakie Pan śmierci miał do wykonania w tej miejscowości. Spodziewał się jednak, że nie uda im się wrócić do domu przed zmrokiem, dlatego polecił woźnicom zatrzymać się w pobliskiej gospodzie.
— Panie, czy mógłbym z tobą pomówić? — zapytał jego pomocnik, uchylając drzwi.
— Przepraszam, nie dziś. Mam dość. Biorę pierwszy wolny pokój i idę spać — rzekł kat. Przed i po egzekucji wypił tak dużo alkoholu, że teraz kręciło mu się w głowie. — Pewnie też jesteś zmęczony.
— Pójdę na piwo. Nie chce mi się żyć.
Kat spojrzał na współpracownika, który powoli się oddalał. Po egzekucjach zazwyczaj byli w kiepskim humorze. Pan miał nadzieję, że kiedy katowczyk się napije, to wróci mu dobry nastrój.
Właściwie niewiele o sobie wiedzieli. Tym bardziej, że podczas wykonywania obowiązków zawsze mieli na sobie katowskie kaptury. Spędzali ze sobą dużo czasu, kilka razy poszli na piwo, ale ich znajomość nie wykraczała poza zwykłą relację między pracownikiem a pracodawcą.
Kat od razu poszedł spać. Rankiem jego woźnica Maciej poinformował go, że asystenta nie ma.
— Jak, do cholery, nie ma? — fuknął Pan śmierci. — Musimy już jechać i on dobrze o tym wie!
Kat chodził dookoła wozu, zastanawiając się, gdzie się podział jego pomocnik. Nigdy nie musiał go upominać ani poganiać. Czyżby przesadził z alkoholem? Uznał, że spytają o niego w pobliskich gospodach, w końcu było późno i nie mógł odejść daleko. Poszli z Maciejem.
Już po wejściu do pierwszego lokalu dowiedzieli się, że Antek przyszedł tylko na chwilę, apotem udał się w stronę obrzeży miasta.
— Nie podoba mi się to. Nie podoba — mruczał mistrz sprawiedliwości, kierując się w stronę pobliskiego lasu.
Przeszli dosłownie kilka kroków.
— Nie!
Rozdział 2. Wizyta u władcy
Katowczyk miał na szyi pętlę, a jego bezwładne ciało zwisało z gałęzi. Kat przełknął ślinę. Przez chwilę milczał, nim ostrożnie odciął sznur. Spacerujące po ciele muchy odleciały i odsłoniły sine plamy na skórze.
— Przynieś łopatę — polecił słudze. Woźnica wielokrotnie widział trupy, mimo to na widok martwego Antka zwymiotował.
— No, kurwa, rusz się — fuknął kat.
Maciej przeprosił, po czym chwiejnym krokiem wrócił do miasta.
Kat uklęknął przy ciele i nakreślił nad nim znak krzyża.
— Wybacz mi — rzekł.
Kiedy już otrzymał łopatę, niezwłocznie przystąpił do pracy. Nie miał dużo czasu, więc nie kopał głęboko. Następnie wraz z woźnicą odmówili modlitwę nad grobem i pośpiesznie udali się do karocy. Tego samego dnia kat miał stawić się na audiencji u króla, a na spotkanie z takim człowiekiem nie wypada się spóźnić. Zwykle była to comiesięczna formalność, połączona z wypłatą gotówki i koniecznością wysłuchania przechwałek władcy. Tę pierwszą część mistrz nawet lubił.
Po trzech godzinach dotarli do bram miasta. W centrum stały kamienne domy mieszczan — tej części społeczeństwa, którą stać było na opłacenie wysokiego czynszu, służby oraz nauczycieli dla swoich dzieci. Człowieka z określonej warstwy społecznej zimą najłatwiej było rozpoznać po ubiorze. Jeśli strój sprawiał wrażenie ciepłego, to najpewniej nosił go ktoś bogaty.
Nieco dalej kat dostrzegł zakłady pracy, dzieci idące na popołudniową zmianę oraz te, które dziś pracowały rano i teraz udawały się na skromny obiad do gospody. Wielu rodziców nie było stać, by posłać swoje pociechy do szkoły, dlatego małoletni zaczynali aktywność zawodową w zakładach rzemieślniczych. Ich praca była żmudna i wyczerpująca, a często także słabo płatna.
W końcu dotarli do zamku. Uwagę przykuwały grube mury otaczające budynek, a także tłum strażników. Kat szybciej określiłby liczbę mrówek w mrowisku niż podał, ilu żołnierzy widział tego dnia, tym bardziej że mieli oni coś wspólnego z tymi owadami — kroczyli pewnie, a ich twarze były jednakowe, pozbawione jakichkolwiek emocji.
Z kolei ogród był odwzorowaniem biblijnego Edenu. Panowała w nim idealna harmonia i rosło wiele pięknych drzew i krzewów. Słudzy codziennie troszczyli się, by wyglądał on doskonale, przez co robił wrażenie nawet jesienią.
Kat wszedł do zamku tylnym wejściem, od strony lochów. Gdy znalazł się przed komnatą króla, zaczekał, aż otrzyma pozwolenie na wejście. Władca uśmiechnął się na jego widok.
Pan śmierci pokłonił się nisko. Od dawna zastanawiał się, jakim cudem władcy udaje się jeszcze przecisnąć przez drzwi. Monarcha nie szczędził sobie jedzenia, dziwek i używek. Jedna zdam dworu właśnie siedziała mu na kolanach. Odprawił ją, po czym zjawił się królewski skarbnik i podał płatnemu zabójcy worek z pieniędzmi. Ten przeliczył zawartość i skinął głową.
— Doprawdy, dziwi mnie, że zawsze to sprawdzasz — rzekł król. — Mam nadzieję, że wczorajsza egzekucja się udała.
— Tak, panie. Umarł szybko.
— Jak zwykle pełen profesjonalizm.
— A jak miewa się Antek? — zapytał skarbnik. — Nie widziałem, by szedł za tobą.
— Właściwie to dobrze. Nic go już nie boli — westchnął kat.
Zapadła cisza. Król i skarbnik popatrzyli na siebie, dopiero po kilku minutach skarbnik pojął sens tych słów i złożył kondolencje. Przeżegnał się, gdy usłyszał, że Antek sam odebrał sobie życie.
— Zostałeś bez pomocnika? Przecież masz dużo pracy. Przydzielę ci kogoś — zaoferował król.
— Sam o tym zadecyduję, Wasza Wysokość.
— Kpisz ze mnie? — fuknął monarcha.
— Skądże, najjaśniejszy panie. Stwierdziłeś, że jestem profesjonalistą, dlatego samodzielnie podejmę decyzję, kogo chcę zatrudnić.
— Ale…
— Żadnego „ale”, Wasza Wysokość. To trudna praca, do której przygotowywałem się przez lata. Nie mogę jej zlecić byle komu. Z całym szacunkiem, twój uniżony sługa — rzekł kat, kłaniając się. — Czy mogę pomóc w czymś jeszcze?
Władca pozwolił mu odejść, rozmyślając nad jego zachowaniem, choć wiedział, że ten człowiek czasem odmawia. Gdyby był to ktoś inny, król już wtrąciłby go do lochu i oddał w ręce kata. Co jednak mógł zrobić z najlepszym katem, który od czterech lat pilnował porządku w stolicy i zabił wielu jego przeciwników?
Król nawet nie wiedział, jak ma na imię. Polecił go sprowadzić, kiedy usłyszał o jego mistrzostwie. Słynny specjalista miał wtedy na koncie kilkanaście potwierdzonych egzekucji i określano go mianem Pana śmierci. Ekspert zgodził się przyjąć ofertę tylko pod warunkiem, że król nie każe mu zdejmować kaptura w swojej obecności. Władca początkowo był oburzony, że ten w ogóle stawia warunki, ale zgodził się i nie dociekał, jak wygląda oblicze Pana śmierci. Zresztą może to lepiej, myślał czasem, w końcu jak straszną musi mieć twarz ten, który na co dzień zabija.
Rozdział 3. Dom kata
Domostwo kata znajdowało się na obrzeżach miasta, godzinę drogi od centrum. W tej części mieszkali ludzie odrzuceni przez społeczeństwo, osoby starsze i schorowane, bezrobotni, prostytutki, wdowy oraz sieroty.
Żebracy prosili o pieniądze, choć raczej rzadko kto wrzucał coś do puszek. Z kolei prostytutki oferowały swoje usługi każdemu, niezależnie od pory dnia, o ile z góry zapłacił. Chętny do przeżycia przygody mógł spotkać się zarówno z nastolatką, jak i kobietą, która pod względem wieku mogłaby być jego babcią.
W tej części miasta stały drewniane domy, których trwałość załamałaby niejednego budowniczego, a często mieszkały w nich całe rodziny. Zdarzało się, że się waliły, a lokatorzy ginęli.
Dom kata, w przeciwieństwie do okolicznych budynków mieszkalnych, był solidny i stosunkowo duży. Miał dwa piętra. Górne zajmował pan, natomiast na dole mieściły się pokoje gospodarcze oraz pomieszczenia dla służby. Kat zatrudniał kucharkę, sprzątaczkę, dwóch woźniców, a także czterech strażników, którzy na zmianę czuwali nad bezpieczeństwem domostwa. Z tyłu znajdowały się stajnia i kurnik, a także pole, o które dbali wszyscy służący, gdyż dzięki jego plonom mogli przetrwać.
Gdy gospodarz wszedł do domu, wszyscy słudzy się pokłonili. Ariana i Lidia, siostry, wcześniej pracowały w burdelu. Kat odwiedził to miejsce, kiedy szukał pracownic. Początkowo kobiety obawiały się, że wykupił je wyłącznie po to, by umilały mu noce, szybko jednak przekonały się, że żadna ze zleconych prac nie urągała ich godności. Z kolei woźnice, Błażej i Maciej, żyli w okropnej nędzy i sami się zgłosili, kiedy usłyszeli, że w domu kata znajdzie się dla nich zatrudnienie.
— Obiad — rzekł właściciel domu. — A potem wanna.
Trzeba zaznaczyć, że kat mył się codziennie. Nie miało to nic wspólnego z osobistymi przekonaniami. Po całym dniu spędzonym w cuchnących lochach, sali tortur i po częstym kontakcie ze zwłokami zrobiłby wszystko, by choć przez chwilę nie czuć tego smrodu.
Po wydaniu dyspozycji udał się do swojego pokoju. Miał wprawdzie kilka pomieszczeń, jednak najczęściej przebywał w jednym, które było jednocześnie jadalnią i sypialnią.
Służąca zapukała przed wejściem. W swoim pokoju kat zdejmował kaptur. Założył go ponownie, nim pozwolił kobiecie wejść. Podziękował za posiłek.
Kiedy wróciła po jakimś czasie, zabrała pusty talerz i wyszła. Nigdy nie widziała twarzy swego pracodawcy. Wszyscy, którzy mieszkali w domu kata, musieli uszanować jego prawo do prywatności i nie zadawać osobistych pytań. Zdarzało się, że spekulowali, kim jest, jednak niewiele mogli wywnioskować na podstawie krótkich poleceń.
Po kąpieli zamierzał zawołać Antka, lecz przypomniał sobie, że przecież jego pomocnik nie żyje. Chłopak mieszkał na tym samym piętrze i miał własny pokój. Żaden inny sługa nie cieszył się takim luksusem, choć ogólne warunki mieszkania służby były dobre.
Kat westchnął ciężko, nalał piwa do kufla i zamierzał pić na umór.
Rozdział 4. Idź precz, szatanie!
Niedzielny poranek kat spędził z księgami rachunkowymi. Analizował wydatki i upewniał się, że wszystko opłacił, gdyż utrzymanie służby dużo kosztowało.
Jednocześnie na torturach i egzekucjach zarabiał całkiem sporo, a z racji swojej profesji był zwolniony z obowiązku podatkowego, dzięki czemu mógł regularnie odkładać pieniądze w kilku bankach.
— Cholera, boję się — usłyszał nagle kobiecy szept. — A jeśli się nie zgodzi?
— Uderzył cię kiedyś?
— Co ty. Nigdy nawet na mnie nie krzyczał.
— Widzisz.
— Ale teraz sytuacja jest inna.
— Tak, ale nic ci nie grozi.
Zapukała. Kat nałożył kaptur i poprosił, by służąca weszła. Dostrzegł wahanie na jej twarzy, dlatego zachęcił, by przemówiła.
— Pewien mężczyzna mnie miłuje.
— Oświadczył się?
— Tak.
— Przyjęłaś?
— Jeszcze nie. Chciałam wpierw pana zapytać.
Pan domu mógł nie udzielić zgody, bo służąca niejako była jego własnością. W pierwszej kolejności zamierzał pogratulować. Mało kto chciałby poślubić byłą prostytutkę i w dodatku służącą kata. Podejrzewał, że narzeczony po prostu nie chciał, by pracowała u Pana śmierci. Mimo to milczał. Gdy w końcu się odezwał, zauważył:
— Potrzebujesz ładnej sukni na ślub.
Zaraz po tym zapytał, czy jej siostra również zamierza opuścić miejsce pracy.
— Sylwek ma znajomości. Arianie pewnie też znajdzie niedługo męża. Proszę nie być na mnie złym, panie.
— Nie jestem — rzekł spokojnie. — Potrzebuję jednak służącej i kucharki.
— Rozumiem.
— Zanim odejdziesz, znajdź, proszę, kogoś na zastępstwo.
— Czyli pozwalasz, panie?
— Tak. Cieszę się twoim szczęściem. Jesteś dobrym człowiekiem i życzę ci wszystkiego dobrego. Możesz nas czasem odwiedzić.
Służąca odetchnęła z ulgą. Zapewniła, że znajdzie najlepszą gospodynię dla swojego dobrego pana. Pokłoniła się nisko, nim opuściła pokój.
Niedługo później kat również wyszedł. Oczy łzawiły mu od przeglądania rachunków. Zarzucił płaszcz. Dopiero zaczęła się jesień, lecz w powietrzu czuć już było oddech zimy.
Przechodząc koło żebraków, kat zatrzymał się i zaczął szukać w kieszeni pieniędzy.
Siedząca w kącie dziewczynka przypomniała matce, że od trzech dni nic nie jadły. Napełnił dłoń monetami i skierował ją w stronę kobiety.
— Idź precz, szatanie! Od kata nie chcę! To krwawe pieniądze!
Jeden z żebraków uczynił znak krzyża i usunął się z drogi. Pan śmierci wzruszył ramionami, wyprostował się i przyśpieszył kroku. Mógł odmienić los tych ludzi, ale skoro oni nie chcieli jego pomocy, nie będzie ich zmuszać.
Nieco dalej znajdował się dom publiczny, którego był właścicielem. Pobierał jedynie czynsz od głównego zarządcy i nie interesował się tym miejscem. Od czasu do czasu upewniał się tylko, że budynek jeszcze stoi. Prostytutki zachęcały, by je odwiedzał. Kat zazwyczaj grzecznie dziękował i rzucał parę monet. Im nie przeszkadzała jego pozycja społeczna. Niech mają. One nie grymasiły, że dostały pieniądze za darmo.
Poszedł dalej. Parę osób krzyknęło za nim przypominając, kogo z ich rodziny torturował lub zabił.
— Zgnijesz w piekle! — fuknęła jedna staruszka, wymachując laską w jego stronę. Pan śmierci nie pamiętał, czy zabił jej męża, wnuka czy sąsiadkę.
Na koniec swojej wycieczki udał się w okolice centrum, gdzie stał kościół. Jako dziecko bywał na pobliskiej plebanii, toteż od razu rozpoznał znajomego księdza i małego ministranta. Przywitał się uprzejmie.
— Proszę księdza, przynieść wodę święconą? — spytał chłopiec.
— Jeśli go pokropię, to jeszcze się woda zagotuje — odparł kapłan.
Nie mógł wiedzieć, że kilkanaście lat temu w przyjemnej atmosferze jedli razem posiłek. Kat prychnął. Gdzie się podziała ta słynna dobroć dla bliźnich, o której głosił tak przekonujące kazania? Oczywiście było to w czasach dzieciństwa, kiedy chodził do kościoła. Jako zwykły człowiek mógł bywać w dowolnych miejscach, obecnie nawet do świątyni nikt nie chciał go wpuścić.
Kat spuścił głowę. Od sześciu lat wykonywał wyroki śmierci i tortur, od czterech lat wymierzał sprawiedliwość w stolicy. Kaptur sprawiał, że ludzie nie widzieli w nim człowieka. Wrócił zatem do domu i jak zwykle spędził wieczór sam.
Rozdział 5. Marionetka
Kat wielokrotnie budził się w nocy, lecz nie opuszczał posłania. We śnie widział martwego pomocnika, który na zmianę wstawał i kładł się do grobu. Co gorsza, widok ten wracał do Pana śmierci za każdym razem, gdy tylko zamknął oczy.
Rano nie był w stanie niczego przełknąć, dlatego poprosił służącą, aby zapakowała mu śniadanie do torby. W dodatku, kiedy udał się do pracy, zauważył, że jego narzędzia znajdują się nie tam, gdzie powinny, a Antek dezynfekował je kilka dni temu, jeszcze przed wyjazdem. Kaci dbali o to, by używać czystych przyrządów, choćby dlatego, aby nie zarazić się jakimś świństwem przez kontakt z płynami więźniów. Rękawice to jedno, ale ostrożności nigdy za wiele.
Zwykle to asystent zajmował się przygotowywaniem sprzętu, teraz jednak mistrz sam zaczął czyścić narzędzia i układać je na miejsce. Podczas sprzątania zauważył w kącie maleńką kukiełkę. Pamiętał ten przedmiot, należał do jego pomocnika.
Podniósł zabawkę i stanął bliżej światła. Miała ona kilka centymetrów i została starannie wyrzeźbiona w drewnie, a przez delikatne rysy na twarzy nawet przypominała człowieka. Wykonawca namalował nawet guziki na czerwonej koszuli zabawki.
Antek kupił ją podczas potańcówki pięć lat temu, jeszcze zanim wziął udział w spisku przeciw królowi. Do żadnego zamachu nie doszło, ponieważ ktoś na nich doniósł i wszyscy uczestnicy mieli zostać straceni. Kat do dziś nie wiedział, jakim cudem Antkowi udało się przekonać króla, by darował mu życie i pozwolił pracować jako asystent kata. Władca zwykle nie miał litości dla zdrajców.
Mężczyzna był pojętnym uczniem i przez ostatnie dwa lata bez słowa spełniał każdy rozkaz mistrza. Niewiele opowiadał o sobie, jednak miał pewien sentyment do tej pamiątki. Kiedy trzymał zabawkę w dłoni zdarzało mu się mówić, że są jedynie nędznymi lalkami w teatrze życia.
— A nawet nie życia — powiedział kiedyś–tylko króla i jego chorego systemu.
— Waż na słowa — ostrzegł go wtedy kat. — Musimy być wierni władcy.
Lalki, pomyślał, chowając zabawkę do kieszeni, to przedmioty, z którymi można robić wszystko, co się chce. Nie myślą, nie wniosą skargi, nawet jeśli zostaną zdeptane i wrzucone do kosza. Są całkowicie zależne od właściciela.
Przez cały dzień kat miał masę roboty ze sprzątaniem, papierami i torturami, dlatego do domu udał się dopiero późnym wieczorem. Przez całą drogę powrotną pił i odłożył butelkę, dopiero gdy wóz zatrzymał się przed domem.
— Kiedy znajdzie pan nowego? — spytał Błażej, otwierając drzwi wozu.
— Nie potrzebuję go — prychnął. Poprosił jednak sługę, by pomógł mu dotrzeć do pokoju.
Świat wirował mu przed oczami, dlatego co pewien czas się zatrzymywali.
— Przynieś mi jeszcze wino z piwnicy — powiedział mistrz.
— Jest pan pewien?
— Kurwa, chyba jasno się wyrażam. Albo nie, po prostu odczep się ode mnie.
Zaraz jednak przeprosił, że krzyczy. W końcu woźnica mu pomógł. Spytał też, czy czegoś nie potrzebuje.
— Nową koszulę?
— Faktycznie, ta woła o pomstę do nieba. Przypomnij mi jutro, to dam ci na materiał.
Błażej bez słowa się oddalił, a kat opadł na łóżko.
— Kurwa, kurwa, kurwa.
Rozdział 6. Ze zmarłymi nie ma problemu
W kolejnych dniach kat dostał zlecenie na wykopanie grobów. Zwykle to Antek zajmował się sprawami związanymi z cmentarzem, ale kiedy go zabrakło, cała robota spadła na mistrza. Zaklął. Pomocnik wykonywał całkiem sporo pracy.
Kiedy dotarł na cmentarz i okazało się, że do zakopania czekają ciała nie dwóch, a dwudziestu nieboszczyków, przywołał do siebie nocnego, który dowoził ciała i zapytał, z czego wynika ta rozbieżność.
Kat miał pomocników, którzy zajmowali się wyłącznie pracami porządkowymi w mieście, w tym transportem zwłok na miejsce pochówku. Zwykle pracowali w nocy, czasem niektórzy wpadali do lochów po trupy, ale ich specjalizacja była na tyle wąska, że nie potrafiliby zastąpić mistrza w katowni.
— No, rano były dwa. A potem jakaś baba mnie zaczepia, żebym zajrzał na ulicę. W jakimś domu też były trupy — wyjaśnił.
— W domu, powiadasz?
— Mnie to nie dziwi. Ci akurat od dawna głodowali.
— Nie kupili jedzenia? — Kat wnioskował, że skoro było ich stać na dach nad głową, to raczej na żywność też by wystarczało.
Nocny pokręcił głową.
— Sam się martwię, czy do nich nie dołączę. Nieraz idę po chleb, a go nie ma — wyznał.
Kat zamyślił się, po czym zaczął kopać. Jeśli średnio zamożni obywatele nie mogli kupić chleba, to biedota tym bardziej będzie umierać z głodu, a to oznaczało masę roboty w najbliższym czasie.
Zaklął. Kopanie nie było złe, jedynie męczące, ale i tak lepsze niż torturowanie. Skupił się na ruchu łopatą. W pewnym sensie to zajęcie go uspokajało. Przyszło mu też na myśl, że kiedy będzie potrzebował grobu dla siebie, przynajmniej sprawnie mu pójdzie. A może już go kopał?
Dopiero po paru godzinach oparł się o łopatę, zastanawiając się, czy jest bardziej zmęczony, czy głodny. Plecy i ręce okrutnie go bolały.
Opuścił cmentarz, gdy już było ciemno, ale zauważył, że ludzie dobijali się do piekarni. Właściciel krzyczał, żeby sobie poszli, bo i tak nie ma towaru.
— Jak nie przestaniecie, to naślę na was kata! — fuknął jeszcze.
— Ktoś mnie wołał? — spytał Pan śmierci.
Słysząc to, ludzie rozbiegli się we wszystkie strony. Płatny dręczyciel poprosił piekarza, aby wyjaśnił mu, jak wygląda sytuacja. Ten, zanim zaczął tłumaczyć, upomniał gościa, żeby nie dotykał towaru swoimi nieczystymi, jak mówiono o dotyku kata, rękami.
— W tym roku pole obrodziło wyjątkowo słabo, mąka podrożała, dlatego muszę sprzedawać po wysokich cenach, by pokryć koszty produkcji. Nie mogę wydać wszystkiego, bo sam przecież też muszę jeść.
Kat pokręcił głową, jednocześnie ciesząc się, że w jego domu tego problemu nie ma, mimo że słudzy zwracali uwagę, że pogoda w tym roku nie sprzyjała zbiorom.
Przez kolejne dni Pan śmierci kopał groby, a nocni cały czas dowozili kolejne ciała. Któregoś ranka, kiedy przygotowywał zbiorową mogiłę, zapytał ich, kiedy się w końcu nad nim zlitują, ale jeden z nocnych zasugerował, by kopał głębiej, bo w przeciwnym razie nie pomieszczą wszystkich trupów.
Więźniowie na przesłuchania mogli poczekać, ale rozkładające się zwłoki należało umieścić we właściwym miejscu. Ze zmarłymi nie było problemu, żaden nie narzekał, że dotyka go nieczysta ręka. Po prostu ładowało się go do grobu i zakopywało z innymi nieboszczykami.
Za chwilę i ja tam trafię, myślał kat, kończąc pracę. Po całym tygodniu kopania od świtu do zmierzchu ledwie trzymał się na nogach. Podejrzewał, że kiedy wróci do katowni, będzie na niego czekać nie mniej pracy, w dodatku mógł liczyć wyłącznie na strażników, którzy mieli też swoje obowiązki. Gdyby dostali dodatkowe zadania, na których nie znali się aż tak dobrze jak kat, mogliby się zdenerwować.
Wmieście spekulowano, kiedy Pan śmierci przyjmie kolejnego pomocnika. Czasem pytali go oto jego służący, lecz odpowiadał, że dobrze sobie radzi i w stosownym czasie podejmie decyzję o zatrudnieniu. Przez cały tydzień nie wypił ani łyka alkoholu, wracał tak zmęczony, że po kolacji i kąpieli niemal natychmiast zasypiał, choć mimo to często budził się w nocy i krzyczał.
Rozdział 7. Nie potrzebujemy pomocy
Po tygodniu pracy na cmentarzu Pan śmierci udał się do lochów. Jeszcze nie zdążył zapoznać się z dokumentacją, a strażnicy już dopytywali, kiedy zajmie się torturami, bo w ostatnim czasie przybyło więźniów. Uspokoił ich, że dla wszystkich znajdzie czas, po czym wziął bat i udał się do pierwszej celi, którą miał na liście.
Więźniarka siedziała na podłodze, mimo to od razu zauważył jej ciążowy brzuch, a także zniszczone dłonie praczki.
— Panie, litości! — krzyknęła, przysuwając się bliżej ściany. –To był zaledwie kawałek chleba. Dla dzieci, nie dla mnie. Nie zjadłam nawet kęsa. Beze mnie zginą. Błagam!
Z lewej strony celi znajdowała się barierka, o którą zwykle więźniowie opierali się podczas chłosty. Kat chwycił kobietę, przywiązał jej ręce i wyciągnął bat.
— I tak muszę cię wychłostać. Takie są przepisy.
— Proszę–wysapała. — Lada dzień będę rodzić. Dziecko to przecież dar od Boga. Nie rób tego, nie możesz. Zginiesz w piekle, jeśli mnie uderzysz.
Oczy zaszły jej łzami tak bardzo, że nawet nie widziała dręczyciela. Mimo to mistrz sprawiedliwości bez wahania postąpił zgodnie z regulaminem i pobił nieszczęsną więźniarkę.
Kilka dni po jej wypuszczeniu dowiedział się, że straciła dziecko. Nawet je pochował, bo dostał takie zlecenie. Kopiąc, nie zmęczył się zanadto. Ręce matki drżały, gdy dała mu pieniądze, a ojciec przeklinał pod nosem. Kat zapłatę przyjął, następnie udał się do lochów, gdzie przejrzał statystyki drobnych kradzieży oraz zgonów. Dane nie napawały optymizmem, w porównaniu z poprzednim rokiem były wielokrotnie wyższe.
Tydzień później odwiedził króla na zamku i zapytał, ile w kraju jest zboża. Dowiedział się, że wprawdzie są niedobory, ale monarcha nie zamierza kupować go za granicami. Musiałby sprowadzać towar z Kandel, zapewne po bardzo wysokich cenach.
— Nie wiem, czy wiesz, panie, ale w ostatnim czasie wykopałem bardzo dużo grobów. — Kat zaczął ostrożnie.
— I co z tego? Dlaczego mi o tym mówisz? — spytał władca, nie podnosząc wzroku.
— Ludzie głodują, Najjaśniejszy Panie. Dopuszczają się kradzieży, ponieważ nie mają co jeść.
— Nie sprowadzę jedzenia z Kandel, jeśli o to pytasz. Poradzimy sobie bez tego. Nie potrzebujemy pomocy.
Kat wiedział, że stosunki między Tenebrą a Kandel nie były najlepsze, ledwie trzy lata temu zakończyli wojnę, ale nie spodziewał się, że duma nie pozwoli królowi zamówić żywności, która mogłaby ocalić setki ludzi. Wiedział, że w skarbcu jest wystarczająco pieniędzy, by pokryć taki wydatek.
— Skoro masz dużo pracy, to może potrzebujesz pomocnika? — zapytał król.
— Jaśnie Pan zmienia temat. Po raz kolejny odmawiam, Wasza Wysokość. Proszę mnie już więcej o to nie pytać.
— Twierdziłeś, że masz dużo pracy.
— Ale nie mówiłem, że kogokolwiek potrzebuję — rzekł uprzejmie, jednocześnie zaciskając pięści, myśląc, jak tę rozmowę sprowadzić do tematu niedoborów zboża. Król coś mówił, ale mistrz sprawiedliwości już go nie słuchał. Kiedy zamilkł, Pan śmierci pokłonił się, a po uzyskaniu zgody, wrócił do powozu. Był wykończony, a nadmiar pracy dobijał go równie mocno, jak decyzja podjęta przez króla, który bez emocji pozwalał ludziom umierać, kiedy mógł ich ocalić. I kto tu był katem?
Po obiedzie Pan śmierci wypił resztę wina z kielicha. Otworzył szafkę w poszukiwaniu kolejnej butelki, jednak nie znalazł jej. Zaklął. O tej porze nie pośle już nikogo do centrum. Służąca powinna była przypilnować, by nie brakło trunków.
— Lidio! — zawołał kat, po czym ponownie nałożył kaptur. — Dlaczego karafka jest pusta?
Dziewczyna zajrzała do szafki, lecz rzeczywiście niczego nie znalazła.
— Faktycznie. Dziwne. Błażej przedwczoraj włożył tu dwie butelki. Powiem mu, żeby udał się do miasta, jeśli pan chce.
— Takie jak ta? — upewnił się kat.
Służąca potwierdziła, a pan domu zaczął się zastanawiać, kiedy zdążył wypić aż tyle. Przypomniał sobie jednak, że niedawno prowadził wyjątkowo okrutne przesłuchanie. Człowiekowi zarzucano, że źle wypowiadał się o królu, zatem tortury musiały być ciężkie. Oskarżony nie chciał się przyznać, dlatego kat rozciągał jego ciało, wyrywał paznokcie i przypalał stopy, ale tamten nadal odmawiał współpracy. Dopiero gdy usłyszał, że zamkną go w żelaznej dziewicy, wyraził skruchę i uznał, że będzie prosić króla o wybaczenie.
Po powrocie do domu kat zwymiotował, mimo że przez cały dzień nic nie jadł, potem napił się wody. A może też i wina.
— Wcześniej pan tyle nie pił — zauważyła nieśmiało służąca. — Choć oczywiście to nie moja sprawa.
— Możliwe — westchnął kat. — Rano poślę po wino.
Dziewka zakaszlała. Pan spytał, czy dobrze się czuje i czy nie potrzebuje odpocząć. Przyznała, że od kilku dni czuje się fatalnie.
— Czemu nie mówiłaś? Masz zmiany na skórze?
Odsłoniła plecy. Odetchnął z ulgą, gdy okazało się, że ciało ma gładkie. Zauważył jednak, że jest jej zimno. Zawołał zatem Arianę i polecił zadbać o siostrę. Poszukał także w swojej apteczce lekarstwa. Kat dobrze znał się na medycynie, a swoją wiedzę wykorzystywał nie tylko do torturowania.
— Żadnej pracy, dopóki nie wyzdrowieje. Jasne?
Kiedy wyszły, gdzie przypomniał sobie o pustym barku. Nic się nie stanie, jeśli dziś nie wypiję, pomyślał. Najwyżej przyśni mi się jakiś koszmar. Tylko to mogło się stać. Trunek jednak pozwoliłby odsunąć na chwilę wspomnienie jęków czy sine twarze nieboszczyków, w tym także byłego asystenta, podwładnego, a także człowieka, za którego jako pracodawca odpowiadał.
Wskoczył do wanny i szorował skórę niemalże do krwi.
Rozdział 8. Nietypowa wizyta
Niedzielny wieczór kat spędzał na fotelu przy kominku, otulony kocem czytał podręcznik anatomii. Służący zwykle grali wtedy w karty albo w kości, bądź po prostu odpoczywali. W każdym razie panowała cisza.
Wtem ktoś zaczął krzyczeć przed bramą. Robił to na tyle głośno, że gospodarzowi trudno było go ignorować, odłożył zatem lekturę i zaczął się zastanawiać, kto mógł chcieć odwiedzić go o tej porze. Rzadko przyjmował gości. Nawet posłańca nie widywał, choć ten prawie codziennie przynosił korespondencję, w tym łapówki za spełnianie specjalnych życzeń dotyczących przebiegu egzekucji, a nie kojarzył, by planowano jakąś w najbliższym czasie.
Przybysz nadal hałasował, dlatego właściciel domu nałożył kaptur, zszedł na dół i nakazał strażnikom go wpuścić.
— A jeśli to złodziej? — spytała Lidia.
— Ciąłem takich jak warzywa na zupę. — Kat wzruszył ramionami. Stwierdził, że ten człowiek musiał być naprawdę zdesperowany, dlatego rozkazał go nakarmić i przygotować posłanie na jedną noc.
— Panie, chcę z tobą mówić! — krzyknął gość, gdy tylko wpuszczono go do środka.
— Dobrze się czujesz? — prychnął kat. — W niedzielę?
— Wyjątkowa sprawa. Nie chodzi o pieniądze ani o egzekucje.
— To o co? Przychodzisz z własnej woli?
— Tak, panie — rzekł.
Padł na kolana. Miał ciemne kręcone włosy i dobrze zbudowaną sylwetkę. Patrzył przed siebie szeroko otwartymi oczami. Przedstawił się jako Dawid. Wyznał, że grozi mu śmierć, ponieważ wyraził się niepochlebnie o królu. Na trzeźwo nigdy by tego nie zrobił, ale akurat sporo wypili z kolegami i go poniosło. Nie była to bynajmniej okoliczność łagodząca. Według prawa za słowną obrazę Dawid mógł trafić za kraty. Jego rodzina była biedna, dlatego obawiał się, że krewnych nie będzie stać na wykup, przez co samo aresztowanie będzie równoznaczne ze śmiercią w więzieniu. Spytał kata, czy nie potrzebuje sługi w swoim domu, gdyż pozwalałoby mu to uniknąć kary.
— Obawiam się, że nie. Przydałby mi się za to pomocnik w sali tortur — powiedział.
— Może być, panie. I tak jestem już martwy — rzekł Dawid i zapłakał.
Kat szczerze wątpił, by nadawał się na jego asystenta, skoro tak łatwo wybuchał płaczem. W tym zawodzie należało być twardym albo przynajmniej sprawiać takie pozory. Spytał, czym zajmował się zawodowo, a odpowiedź wprawiła go w osłupienie, gdyż Dawid od rana do wieczora czytał, a także pilnował zaopatrzenia w artykuły piśmiennicze profesorów, którzy w zamian za wsparcie pomagali mu zdobywać wykształcenie z filozofii.
— Filozofia? I co chciałeś po tym robić? — zapytał gospodarz.
— Nie wiem.
Kat zaśmiał się i oznajmił, że nie może go zatrudnić. Gdyby był robotnikiem, można by podejrzewać, że ma sprawne ręce, a siła fizyczna była w tym zawodzie bardzo potrzebna. Odwrócił się iskierował w stronę schodów.
— Panie, wszystkiego się nauczę. Tylko daj mi żyć — łkał.
Kat się zatrzymał. Przybyszowi groziła śmierć. I, o ironio, tylko on mógł go ocalić. Jeśli go wypuści, spotkają się w izbie tortur. Zaklął. Co innego torturować człowieka, którego widziało się pierwszy raz, a co innego, jeśli cierpi ten, którego zaprosiło się do stołu.
A może do czegoś się przyda? W końcu rzemiosło kata obejmowało wiele zadań, zresztą po śmierci Antka znacznie przybyło mu pracy.
— Zgoda. Wiedz, że dużo wymagam. Będziesz ciężko pracować i robić wszystko, co każę. Każdy rozkaz, bez głupiej gadki– rzekł. — Dach nad głową i jedzenie, nic więcej ode mnie nie dostaniesz.
— Panie! — wykrzyknął młodzieniec. Upadł na twarz przed swoim wybawcą. — Dzięki ci stokrotne! Zrobię wszystko, byś był ze mnie zadowolony.
— Pobudka o świcie. –Kat odwrócił się na pięcie i udał się do swojego pokoju.
Od śmierci Antka król naciskał, by znalazł pomocnika. W końcu przestanie marudzić, ucieszył się mistrz. Poprzedniemu nie można było nic zarzucić, gdyż pracował solidnie, nawet pętlę na swoją szyję zawiązał wzorowo.
A teraz zjawił się Dawid, młodzieniec, który bez wątpienia był wrażliwy. Biedny chłopak, pomyślał kat, otwierając wino. Zamiast szybkiej śmierci wybrał powolną.
Rozdział 9. Poranna rutyna
Maciej zbudził Dawida, kiedy jeszcze było ciemno. Młodzieniec udał się do kuchni, gdzie usiadł do stołu z resztą służby. Zauważył, że ich ubrania były schludne, a na talerzach znajdowało się pożywne jedzenie. Zaskoczyło go to. Spodziewał się raczej skromnych warunków, w końcu nie słyszał nigdy dobrego słowa o płatnym dręczycielu.
— Co jest? Zwykle śpisz do południa? — zagadnął Maciej, widząc, że nowy kolega patrzy przed siebie tępym wzrokiem.
— Skądże. Za dużo myśli w głowie, nie mogłem zasnąć.
— Czyli filozofujesz też w nocy?
— A ty byłbyś w stanie zasnąć? Kurczę, zgodził się. Mam nadzieję, że nie zmieni zdania. Opowiedz mi o kacie.
— Dotrzymuje słowa. Mamy godziwe warunki i jasne polecenia. Nie mam się czego czepiać.
Reszta skinęła głowami. Ariana wspomniała, że w domu kat nie używa narzędzi tortur.
— Nie brzmi jak piekło.
— A tego się spodziewałeś?
— Wiesz, to jednak kat. Jest trochę oschły, nie uważasz? — spytał Dawid, po czym ugryzł kawałek chleba.
— Nie objadaj się. — Usłyszał głos szefa. Nawet nie zauważył, kiedy się zjawił.
— Dopiero zacząłem jeść.
— Wystarczy. Pośpiesz się.
Nim wyszli, kat spytał Lidię o zdrowie. Podziękowała i przyznała, że czuje się znacznie lepiej, choć wolałaby zostać jeszcze dzień w łóżku, na co dostała zgodę. Dawid wstał i zauważył, że woźnica już odszedł od stołu. Służący pokłonili się, a potem zaczęli sprzątać po posiłku. Wszystkich czekało sporo pracy.
Młodzieniec usiadł w powozie. Dzień ledwie się zaczął, a już miał go dość. W nocy źle spał, a śniadanie mu przerwano. Dopadły go wątpliwości, czy postąpił słusznie, przychodząc do Pana śmierci, jednak jedynie jako pracownik kata mógł uniknąć kary. Prawdę mówiąc, liczył na spokojniejszą posadę. Mógłby nawet sprzątać stajnię. Co za okropny pech, że kat potrzebował pomocnika akurat w sali tortur.
Mistrz zajął miejsce naprzeciwko niego. Dawid zapytał, jak minęła mu noc, ale ten tylko prychnął, by darował sobie bezsensowne rozmowy.
— Chciałem być uprzejmy — bąknął.
— Będziesz miły, jeśli zajmiesz się lekturą. — Podał mu księgę. Był to podręcznik podstawowych tortur oraz narzędzi do nich. Polecił mu zapoznać się zwłaszcza z batem, a także założyć na głowę kaptur zakrywający twarz, gdy już dojadą do zamku.
— Do zamku? — zapytał młodzieniec, blednąc.
— Przecież tam pracuję, deklu. Ponadto muszę przedstawić twoją sprawę królowi. To formalność. Mało kto chce wykonywać moją profesję, więc na pewno się zgodzi.
Młodzieniec zamierzał zadać jeszcze kilka pytań, ale kat przypomniał mu o umowie, że bez szemrania będzie spełniał polecenia. Zaznaczył również, że ceni sobie ciszę. Dawid chciał coś powiedzieć, lecz Pan mu przerwał.
— Nie gadaj już. Mogłem dostać pięćset dukatów za ścięcie ci głowy. Na razie jesteś dla mnie wyłącznie kosztem, więc się, kurwa, uspokój.
Młodzieniec przeprosił i spuścił wzrok. Właściwie czego się spodziewał po swoim pracodawcy? Że będzie ujmującym człowiekiem i miłym towarzyszem rozmowy? Skarcił się w duchu za tę naiwność. Odniósł wrażenie, że słudzy kata go oszukali, gdy mówili dobrze o swoim pracodawcy.
Mistrz uważnie obserwował ucznia, gdy ten czytał. Dawid miał trochę tłuszczu na brzuchu, ale kat sądził, że szybko się go pozbędzie. Kiedy sam zaczynał karierę zawodową, bardzo często wymiotował i mało jadł. Właśnie dlatego kazał Dawidowi odejść od stołu tak szybko. Lepiej, by żołądek skręcał go z głodu niż z obrzydzenia.
Kat sięgnął za siedzenie, gdzie spodziewał się znaleźć butelkę, lecz zaraz uświadomił sobie, że wczoraj wyczerpał zapasy. Niech to diabli! Cały dzień dręczenia na trzeźwo. Zapowiadał się ciężki poniedziałek. Kiedy zatrzymali się na dziedzińcu zamku, przypomniał woźnicy, by kupił „eliksir”, jak mówił o swoim trunku.
Dawid patrzył szeroko otwartym oczami na piękne ogrody. Kat nie zwracał tak wielkiej uwagi na widoki. Zauważył za to doradcę króla i poprosił go o chwilę rozmowy.
Człowiek ten nosił zielony frak, co było jego znakiem rozpoznawczym. Kat poinformował go, że młodzieniec, który zawinił królowi, ukorzył się i chce zostać pomocnikiem przy egzekucjach. Doradca uśmiechnął się i oznajmił, że poinformuje o tym władcę, więc nie muszą go osobiście odwiedzać.
Kaci udali się na tyły zamku, bo tam też znajdowały się lochy. Za pielęgnację tej części ogrodnik nie otrzymywał wynagrodzenia, dlatego też się nie przemęczał, ale za namową strażników zgadzał się wykosić trawę. Za bramą znajdowało się właściwe wejście. Jeden ze strażników żołnierzy otworzył im drzwi. Kat przedstawił swojego nowego pomocnika, zaznaczając, że dopiero się uczy. Gdy weszli do środka, Dawid wstrzymał oddech.
Rozdział 10. Zejście do otchłani
Większość cel znajdowała się pod ziemią. Te wyżej jako jedyne miały niewielkie okna z kratą, wpadało tu stosunkowo mało światła przez co człowiek, który wchodził do celi, czuł się, jakby już umarł. W powietrzu unosił się zapach krwi, odchodów i potu.
Więźniowie siedzieli skuleni, ubrani w szare tuniki, które ledwo zakrywały ich ciała. Wielu z nich było wychudzonych, zdarzali się też tacy, którzy bredzili bądź wydawali z siebie inne nieokreślone dźwięki.
Drogę oświetlały im jedynie pochodnie, przez co kat tracił czasem zdolność rozróżniania dnia od nocy. Zwykle zmiany strażników na warcie dawały mu sygnał, że kończy pracę, ale zdarzało się, że wychodził nieco później, jeśli przesłuchanie się przedłużyło. Udali się prosto do katowni.
Dawid przełknął ślinę, gdy zobaczył, ile różnych rzeczy znajdowało się na półkach. Kije, topory, łańcuchy, miecze, sznury, igły, wszystko to służyło wyłącznie do zadawania bólu.
— Nowy? — spytał sędzia, wskazując na Dawida.
— Kurwa, tylko nie partacza! — jęknął oskarżony. Początkującym katom zdarzało się przypadkowo zabić torturowanego, więc obawy mężczyzny były w pełni uzasadnione.
Mężczyzna siedział na krześle, miał skute ręce, mimo że po trzydniowej głodówce czuł się tak fatalnie, że nie był w stanie ich podnieść. Kat przekazał swojemu uczniowi, że właściwe przesłuchanie poprzedza krótka prezentacja wybranych narzędzi tortur, tak aby przesłuchiwany zyskał motywację do współpracy.
Kat opowiedział zatem o paru technikach zadawania cierpienia. Słysząc to, oskarżony już dyszał.
— Mamy czas. Obserwuj uważnie. Będę cię instruował. Pozwalam pytać — rzekł kat do Dawida. Sędzia wyraził swoje zadowolenie z faktu, że Pan śmierci znalazł pomocnika, po czym odczytał akt oskarżenia. Człowiekowi zarzucano kradzież kromki chleba.
— Czy to prawda? — spytał sędzia.
— Przecież to mnie okradziono! — krzyknął więzień. Kat pochylił się nad dokumentacją.
— Zawiadomienie złożył pana sąsiad.
— Podła szuja! — wrzasnął. — Niech go cholera weźmie. Pewnie doradca zapłacił mu, żeby się mnie pozbyć.
Sędzia zignorował to zdanie. Zwrócił jednak uwagę na dokumenty, z których wynikało, że oskarżony nie cierpi głodu.
— Właśnie. Nic mi nie zrobicie, bo jestem niewinny — rzekł triumfalnie. Kat jednak miał na ten temat inne zdanie. Poprosił Dawida na bok i przedstawił mu jeszcze jeden załącznik do akt.
— Ma rację.
— Czyli go uniewinnimy?
— Tego nie powiedziałem.
Dawid przeczytał załącznik z notatką od króla, w której informował, że szuka legalnego sposobu, by pozbyć się siedzącego przed nimi mężczyzny. Treść nie pozostawiała wątpliwości: władca prosił, by udowodnić jakąkolwiek winę, która pozwoli skazać nieszczęśnika na śmierć.
— To tak można? Bez uczciwego procesu?
— Teoretycznie nie. Zwykle doradca zbiera podobne informacje od króla — wyjaśnił mistrz, wskazując na podpis. — Jest tu wprawdzie pieczęć, ale dla nas to jedynie wskazówka, a nie element akt. Mamy je potem spalić, więc bierz szczapki i roznieć ogień.
Pomocnik rozpalił ognisko, kat wrzucił do niego świstek, następnie poinstruował asystenta, w jaki sposób przywiązać nogi przesłuchiwanego, jak opuszczać i jak długo je przypiekać.
— Nie, błagam! — krzyknął oskarżony. Choć nie słyszał, o czym mówili, domyślił się, że ognisko nie posłuży im do wędzenia kiełbas.
Dawid przełknął ślinę, kiedy pan pierwszy raz opuścił stopy nieszczęśnika. Polecił mu przyjrzeć się dokładnie, na jakiej wysokości je zatrzymać, a potem kazał uczynić to samo.
Uczeń wykonał zadanie, ale podniósł nogi nieszczęśnika na tyle szybko, że płomienie nawet nie musnęły skóry. Oskarżony jęczał i sapał, ciałem stawiając opór na tyle mocno, na ile mu pozwalała mobilność ruchów.
— Niżej i dłużej — upomniał kat. — Usłyszysz, kiedy podnieść.
Posłuchał. Oskarżony wrzasnął tak głośno, że Dawid, przerażony tym jękiem, omal nie opuścił ponownie jego stóp.
— Teraz możemy spytać, czy rzeczywiście coś ukradł — rzekł kat, po czym zadał nieszczęśnikowi pytanie.
Ten na przemian klął i błagał Boga o litość. Kat polecił ponownie opuścić stopy. Wtedy już oskarżony przyznał się, że ukradł tę kromkę, licząc, że go wychłostają i wypuszczą.
— To wystarczy, by skazać na śmierć? — spytał cicho asystent. — Wydaje mi się, że nie.
— Oczywiście, że to za mało. Wymyśl coś i spytaj. Dasz radę.
Z paleniska wydobywało się coraz więcej dymu. Dawid zakaszlał. Po kilkukrotnym przypaleniu stóp oskarżony przyznał się, że kradł pieniądze z kościelnej tacy, a także sypiał z własną matką. Sędzia spisał zeznania i oznajmił, że zaniesie królowi wyrok do podpisu. Jeszcze tego samego dnia kaci zaprowadzili więźnia na szubienicę w centrum miasta. Mistrz pokazał, jak wiązać supeł, po czym z pomocą strażników zawiesił pętlę na szyi skazańca.
Dawid ledwie trzymał się na nogach. Odwrócił wzrok, lecz pan szturchnął go w ramię, mówiąc, że muszą uważnie obserwować, czy nie popełnili błędu, czy sznur się dobrze trzyma i jak zachowuje się ciało.
— Mnie się pomyłki nie zdarzają, ale ty się dopiero uczysz. I mówię ci to z dobrego serca, ludzie potrafią się wkurzyć na kata, jeśli skazaniec będzie zbyt długo umierał.
Dawid przytaknął. Kiedy wracali, wszystko go bolało, także myśl, że po raz pierwszy kogoś torturował. Na domiar złego pan dał mu kolejną lekturę. Jęknął, że nie ma na to siły.
— Rano sprawdzę, co zapamiętałeś.
Dawid zbladł. Księga traktowała o używaniu bata. Rozumiał, że ktoś mógł pisać o kwiatkach czy biżuterii, ale tak szeroki opis tortur? To w ogóle nie mieściło mu się w głowie. Tymczasem ktoś napisał całą książkę otym, jak i w którym miejscu uderzyć, żeby tylko ukarać skazanego, a w jaki sposób skatować na śmierć.
Gdy Dawid wrócił, opadł ciężko na łóżko i dyszał, apotem zapłakał nad swoim losem. Dziś poznał, czym jest piekło.
Rozdział 11.Posłuszeństwo przede wszystkim
Kat dotrzymał słowa i jeszcze w karocy zaczął z Dawidem dyskusję na temat używania bata. Młodzieniec przez dłuższy czas udzielał poprawnych odpowiedzi. Pan śmierci zadał jednak znienacka pytanie, jak traktować więźniów w zależności od popełnionego przestępstwa. Dawid nie pamiętał, by o tym czytał, ale odpowiedział, że mordercy mają lepsze warunki niż ci, którzy narazili się królowi.
— I tu cię mam, nie przeczytałeś książki do końca. Mordercy mają lepsze warunki niż zdrajcy.
— Przepraszam, starałem się przyswoić wszystko, co tam było, ale proszę mi wyjaśnić, dlaczego mordercy mają lepiej.
— Przepisy. Nie mnie o tym decydować. Chodź.
W powietrzu unosił się odór jeszcze gorszy niż ten, z którym zetknął się wczoraj. Dawid przełknął ślinę.
— Trup — rzekł kat, zatrzymując się przed pierwszą celą. Miał rację. Nieszczęśnik przywiązał linę do krat i założył pętlę na szyję. Przez kilka dni był torturowany i głodzony, zatem wcale się nie zdziwił, że chciał to zakończyć.
Pan śmierci obejrzał ciało.
— Straszna desperacja — westchnął.– Przy tej długości sznura miał dużo czasu, by się rozmyślić.
— Ma pan na myśli to, że długo umierał?
— Podejdź i zobacz — powiedział kat. — Zwykle, gdy kogoś wieszam, dochodzi do przerwania rdzenia kręgowego i śmierć następuje w ciągu kilku sekund. Tutaj do tego nie doszło i dusił się przez kilka godzin.
Po tym wyjaśnieniu Dawid zwymiotował. Kat nie pozwolił mu na odpoczynek. Musieli wynieść nieboszczyka z lochów, a przede wszystkim dokładnie wyczyścić pomieszczenie. Położyli zmarłego na noszach i polecili grabarzowi zakopać ciało. Pomocnik obawiał się, że niedługo sam opuści ten świat. Po wyjściu na świeże powietrze wcale nie czuł się lepiej.
Zaczęli od wymycia ścian wodą, a później użyli w tym celu spirytusu. Pan od razu go uczulił, by mył dokładnie, miejsce po miejscu.
— To się zdarza — rzekł kat, wdychając zapach alkoholu.
— Samobójstwa?
— Tak. Ludzie zwykle nie mają dość pieniędzy, by wykupić kogoś, a bez wsparcia więzień ma marne szanse, by stąd wyjść.
— I pan tak po prostu na to patrzy?
— To moja praca. — Kat wzruszył ramionami. — Mówiłem ci już, żebyś nie zadawał głupich pytań.
— Okropne.
— Kurwa, skoro tak uważasz, to wracaj do domu i czekaj na aresztowanie.
Młodzieniec skinął głową i obiecał powstrzymać się od marudzenia, choć okropnie dokuczały mu mdłości. Tymczasem dzień się jeszcze nie skończył.
W kolejnej celi siedział wysoki mężczyzna. Kat polecił mu zdjąć ubranie.
— Nie! Błagam! — wykrzyknął i upadł na kolana. — Proszę.
Niezależnie od przewinienia każdy uwięziony przynajmniej raz w tygodniu miał styczność z batem. Nieszczęśnik nie zamierzał stanąć w wyznaczonym miejscu, chociaż Pan śmierci kilka razy go upomniał.
— Nie będziemy się tak bawić. — Kat pokręcił głową. Do celi weszło dwóch strażników, którzy przykuli mężczyznę łańcuchem do bariery. Nie było to łatwe zadanie, gdyż więzień miotał się jak zwierzę i wrzeszczał wniebogłosy. Próbował nawet ugryźć jednego z nich w rękę, ale zrezygnował z tego pomysłu, kiedy kat uderzył go belką w głowę. Dawid odwrócił wzrok. Obawiał się, że ta praca ewidentnie nie jest dla niego, lecz przecież nie miał wyboru. Kat uderzył dwa razy batem, po czym dał swojemu pomocnikowi narzędzie tortur.
— Ucz się — rzekł.
— Teraz?
— A kiedy? Już otym czytałeś. To stosunkowo proste, jak na początek.
— Koniecznie dziś?
— Jeszcze jedno głupie pytanie i to ciebie skuję łańcuchem!
Dawid przełknął ślinę, gdy wziął bat do ręki. Kat pokazał, jak ma uderzać, jednak po pierwszym strzale więzień nawet nie drgnął.
— Mocniej — krzyknął Pan śmierci.
Dawid posłuchał. Tym razem więzień wezwał wszystkich świętych na pomoc. Uczeń wymierzył jeszcze kilka ciosów i zmęczył się równie mocno jak ofiara. Kiedy opuścili celę, kat oznajmił, że Dawid musi jeszcze dużo poćwiczyć.
— Ten człowiek dziś odpoczywał podczas tortur. Musisz mocniej uderzać. Jakby cię ktoś naprawdę mocno zdenerwował.
— Przepraszam, panie. Postaram się bardziej — rzekł Dawid. Mistrz przyznał, że jeszcze będzie miał dużo okazji potrenować.
Spuścił głowę. Już sam fakt, że się nad kimś znęca, budził w nim obrzydzenie. Jego mistrz wszystkie czynności wykonywał jak maszyna. Chryste, westchnął w duchu. Czy sam kiedyś stanę się potworem?
Odwiedzili jeszcze kilka cel. Ludzie przeważnie próbowali przekonać kata, by ich oszczędził, inni chowali się w kącie albo pod pryczą. Zmuszenie ich do posłuszeństwa było czasem wyczerpujące, jednak kat przeważnie dawał sobie radę. Jedno mocniejsze uderzenie w głowę załatwiało sprawę.
Dawid co chwilę sapał i narzekał, jak okropne jest to, co robią. Mistrz nie komentował jego zachowania, skupiał się jedynie na pracy. Potwór, nie człowiek, myślał Dawid, wlokąc się za swoim szefem. Nie wiedział nawet, w którym momencie jego nogi stały się miękkie jak z waty.
Na koniec została im cela dawnego kowala, który niegdyś wyrabiał miecze dla samego króla. Nim jednak weszli do pomieszczenia, minęli doradcę, który wręczył katu wyrok skazujący więźnia na śmierć. Maurycy, bo tak miał na imię rzemieślnik, miał za tydzień umrzeć haniebnie za zdradę. Ten występek karano szczególnie okrutnie poprzez duszenie, a następnie poćwiartowanie. Taki rodzaj egzekucji miał trwać możliwie długo.
Kat zapytał, ile kosztuje ewentualny wykup. Dawid zbladł, gdy poznał kwotę. Jednocześnie wcale go to nie zdziwiło, w końcu chodziło o człowieka, który sprzeciwił się królowi. To przewinienie zdarzało się często, gdyż władca nie lubił, gdy ktoś miał własne zdanie. Aby trafić do więzienia, nie trzeba było występować zbrojnie, wystarczyło podważenie autorytetu władcy czy parę słów powiedzianych po pijaku, a czasem tylko kaprys króla.
Weszli do celi. W pomieszczeniu siedział rosły mężczyzna z ciemną brodą. Mocne ramiona zdradzały, że wiele lat ciężko pracował i jeszcze miał siłę w rękach. Mimo to bez słowa zdjął koszulę i oparł się o barierę.
Pomocnik uderzył kilka razy. Kat upomniał go, by włożył więcej siły w cios. Przy ostatnim uderzeniu przyznał, że jak chce, to potrafi.
— A weź mnie nie denerwuj — fuknął Dawid.
Kat zignorował jego słowa. Oznajmił więźniowi, że jego żywot niebawem się zakończy, poinformował też o prawie do wizyty spowiednika. Kowal schował twarz wdłoniach.
— Masz prawo również przeprosić króla i błagać o łaskę — dodał.
— Chyba on mnie. Miał najlepszego kowala w mieście. Nie mogłem się zgodzić na tańsze materiały! Miałbym całą partię do wywalenia! Nie zna się na robocie, wielki ważniak — prychnął. — Mam nadzieję, że dopadnie go dżuma i umrze w męczarniach.
Dawid powstrzymał się od przyznania mu racji. Więzień poprosił, by odwiedził go kapłan. Kat przytaknął. Kowal chciał jeszcze wiedzieć, dlaczego spotyka go tak ciężka kara, skoro nie podniósł ręki na króla.
Pan śmierci westchnął ciężko, bo dobrze znał dokumentację tego człowieka–widniały w niej wpłaty od ludzi, nawet mu bliskich, którzy dążyli do tego, by go haniebnie pogrążyć. Zresztą król był tak wściekły na kowala, który miał inne zdanie niż on, że sam ustalił wysoką kwotę za wykup. Takie sytuacje się zdarzały. Maurycy, słysząc to, wyznał, że żadne tortury nie zabolały go tak, jak to wyznanie.
Mistrz i Dawid udali się jeszcze do sali tortur. Pomocnik notował uważnie, do czego służą poszczególne przyrządy, a było ich sporo. Jednak wpewnym momencie wybuchnął płaczem.
— A ty co znowu?
— Ja chyba nie dam rady.
Widział dziś tyle cierpienia i rozpaczy. Tak miały wyglądać kolejne dni jego życia? Obawiał się, że woli spróbować ucieczki lub oddać się w ręce królewskich strażników.
— Tak czy siak się spotkamy. — Kat wzruszył ramionami.
— Naprawdę nie masz dla mnie innej pracy?
— Czy ty znowu marudzisz? Mówiłem ci już, że tego nie znoszę. Ratuję ci życie — rzekł, pijąc wódkę.
— To, co robimy, jest okrutne. Nie wiem, jak w ogóle może pan na to patrzeć.
Kat schował butelkę. Wziął do ręki kij i bez ostrzeżenia uderzył w brzuch swego asystenta. Dawid upadł, gdy otrzymał kolejny cios, tym razem w plecy. Turlał się po podłodze, by uniknąć następnego. Nieskutecznie. Dostał w twarz.
— Przestań!
Po kilku prośbach mistrz posłuchał i polecił mu wstać.
— Bardzo chętnie.
— Kurwa, masz być posłuszny. Niczego więcej od ciebie nie chcę — syknął.
Dawid zdjął delikatnie kaptur. Bolało go całe ciało. Otarł krew z wargi.
— A wieczorem wrócisz tu i zapłacisz okup za tamtego kowala — dodał kat.
Rozdział 12. Witaj w domu Pana śmierci!
Osoba, która przed chwilą sprała go na kwaśne jabłko, decyduje się zapłacić niebotyczną kwotę za wolność rzemieślnika? Dawid, choć znał się na filozofii i logice, nie mógł zrozumieć postępowania swego pana. Miał wielką ochotę udusić go podczas snu.
Opowiedział o tym Maciejowi. Woźnica był szczerze zdziwiony, że kat uderzył kogoś, kto mu służył. Podkreślił, że zwykle traktował dobrze swoich ludzi, nawet głos podnosił rzadko. Maciek wiedział, że jego znajomi niejednokrotnie mają gorsze warunki pracy. Zastanawiało go jednak, dlaczego Pan śmierci zdecydował się wykupić kowala, bo jego zdaniem miał wystarczająco pieniędzy, by kupować podkowy, a nie rzemieślników, którzy je wykonują. Po chwili milczenia dodał, że w sumie to sprawa kata i nic im do tego. Dawid fuknął, że służący go oszukali, mówiąc o dobroci gospodarza.
— Nikt z nas nie kłamał. Nie wiem, co takiego zrobiłeś, że mu podpadłeś — mruknął Maciej.
Dawid machnął ręką. Nie miał czasu rozmawiać na ten temat. Nie dość, że czekały go kolejne lektury o torturowaniu, to jeszcze musiał nocą wykupić rzemieślnika, jakby nie dało się tego zrobić w ciągu dnia, kiedy jeszcze byli w lochach, a potem sprowadzić go tutaj. Jego szef miał naprawdę niesamowite pomysły, jak zapełnić mu czas.
Kat po pracy od razu napił się wina i opadł ciężko na łóżko. Miał nadzieję, że Dawid należycie wykona polecenie. Szkoda byłoby, gdyby osoba dobra w swoim fachu skończyła w tak haniebny sposób.
Rzemieślnik odmówił wykonania pracy, ponieważ dostał wadliwe materiały. Polecenie króla należało bezwzględnie wykonać, dlatego kowal, który się sprzeciwił, trafił do więzienia. Kat odwiedzał go codziennie i torturował okrutnie. Mimo to więzień nadal powtarzał, że król jest tyranem.
Kat zgodziłby się z tym stwierdzeniem, gdyby nie groziła za to śmierć. Szanował zarówno niezachwiane poglądy, jak i kunszt rzemieślniczy Maurycego. Były to powody, dla których zdecydował się go ocalić.
Kat wypił jeszcze jeden łyk, jak się okazało, ostatni z tej flaszki. Sięgnął po kolejną.
— Przy tej robocie nie da się wytrzymać bez picia — powiedział do siebie. Niebawem zmorzył go sen.
O poranku kat zszedł do stajni, bo na razie jedynie tam mógł ugościć Maurycego. Na szczęście Dawid przyniósł mu poduszkę i koc. Zresztą każde miejsce było lepsze niż pałacowe lochy.
— Panie, chyba jeszcze nie pora wyruszać? — spytał Maciej.
Mistrz pokręcił głową i spojrzał na wykupionego więźnia. Spał. Jak mu przekazał sługa, pojechali z Dawidem po niego późnym wieczorem. Maurycy nie wiedział, gdzie go zabierają, nawet nie zapytał, jak się nazywa jego wybawca. Nie było mu to potrzebne. Dowiedział się, że będzie żyć. Myśl o uniknięciu egzekucji wystarczyła, by spokojnie zasnął. Kiedy jednak otworzył oczy, ujrzał przed sobą kata. Zerwał się z miejsca.
— Nie! — krzyknął Maurycy. Przecież miał tego uniknąć. Podniósł ręce w obronnym geście.
— Zapłaciłem za twoją wolność — wyjaśnił spokojnie Pan śmierci.
Mężczyzna zbladł.
— Od śmierci uratował mnie kat? Czego, do licha, chcesz?
— Owszem, jest to trochę niestandardowe. Na początku pragnę przeprosić za tortury, które ci zadałem.
Maurycy prychnął na te słowa. Jednak spuścił wzrok, gdy pan ponownie popatrzył w jego stronę. Pan śmierci kontynuował:
— To prawda, wybaczyć się nie da. Nie oczekuję tego. Mogę jedynie wyrazić żal, że przyczyniłem się do twojego cierpienia. — Znów przerwał.– Mam dla ciebie pewną propozycję: zatrzymaj się u mnie. Wybuduję ci warsztat.
— Warsztat? — Kowal opuścił ręce.
Kat wyjaśnił, że przyda mu się człowiek do ostrzenia narzędzi, kucia podków i nowych mieczy. Narzędzia tortur od czasu do czasu także potrzebowały konserwacji. Mężczyzna złapał się za głowę, nadal nie dowierzał. Właśnie dostał propozycję legalnej pracy oraz zapewnienie godnego bytu. Kiedy król skazał go na śmierć, kat, człowiek, o którego brutalności krążyły legendy, pociągnął go w stronę życia. O czymś takim nigdy nie słyszał.
Mistrz chciał jeszcze wiedzieć, czy ma rodzinę. Żona oraz dwójka dzieci po jego aresztowaniu i konfiskacie majątku wylądowała na ulicy.
— Żona umie gotować?
— Przyzwoicie.
— Idealnie, bo potrzebuję kucharki. Sprowadzisz ich do mnie. Po drodze znajdziecie ekipę budowlaną. Muszę trochę powiększyć dom, żeby was pomieścić.
Maurycy upadł na kolana, dziękując za okazaną łaskę i obiecując wierną służbę. Kat zaprosił go do domu, aby zjadł śniadanie i poznał jego personel. Po raz pierwszy od wielu dni mężczyzna zjadł do syta, lecz nadal nie dowierzał swemu szczęściu.
— Zobaczę ich. Zobaczę! — łkał na myśl o najbliższych.
Siedzący przy tym samym stole Dawid przykładał do twarzy wilgotną szmatkę i nie odezwał się ani słowem. Czekał go kolejny dzień znęcania się nad ludźmi i znoszenia humorów kata. Jak zauważył, woźnica miał rację. Wszystkich obecnych pan traktował dobrze, ale wymagał posłuszeństwa, dlatego stwierdził, że być może pomylił się w jego ocenie.
Uznał, że dla własnego bezpieczeństwa będzie trzymać język za zębami i może wtedy uniknie powtórki tortur. Bądź co bądź kat uratował mu życie. Na początku próbował przyjaźnie zagadać, ale uznał, że to nie ma sensu. Nie musieli się lubić czy rozmawiać po godzinach pracy.
Usiadł w karocy i zagłębił się w lekturze. Podczas jazdy czytał i nawet na moment nie spojrzał na swojego pracodawcę. Ten zresztą też coś czytał i również nie zwracał na niego uwagi.
Rozdział 13. Plan podboju
Król udał się na spotkanie rady. Wczoraj doradca przedstawił mu raport z poboru podatków. Głowę zaprzątał mu jednak pewien pomysł, który zamierzał przedłożyć urzędnikom.
— Wyruszymy w stronę granicy z Kandel — rzekł, nim jeszcze zajął swoje miejsce. — Podbijemy Region Perłowy.
— Czy przeglądał król notatki, które wczoraj dostarczyłem? — spytał główny doradca. Król nie odpowiedział na pytanie, co już dostarczyło mu odpowiedzi. Zamiast tego zaczął opowiadać o bogactwach, jakie zdobędą.
— Przecież my nawet nie mamy porządnej armii — mruknął jeden z urzędników. Jego głos został jednak usłyszany przez doradcę.
— Czy ty właśnie sprzeciwiłeś się królowi? Jesteś w radzie od dwóch dni, jeśli dobrze pamiętam.
— Zgadza się. Poproszę o głos, Wasza Wysokość. Jestem tu krótko, lecz przeanalizowałem dokładnie naszą sytuację gospodarczą — rzekł.
Król westchnął, po czym pozwolił mu mówić.
Poseł przypomniał zebranym swoje imię — Jakub Govette. Na początek podał fakty. Stosunkowo niedawno zakończyli wojnę z Kandel, która miała im przynieść bogactwo, zamiast tego pochłonęła masę ofiar i jeszcze więcej pieniędzy. Zawarli pokój na czas panowania dynastii Jocheńskiej, co było sporym sukcesem, jak na to, że dwukrotnie liczniejsza armia mogła ich zrównać z ziemią.
W czasie przemowy oparł się na danych finansowych i oszacował koszty, jakie niosłoby najechanie na Region Perłowy. Przekonywał, że skarbiec tego nie wytrzyma. Ludzie też nie, gdyż już teraz głodowali, a śmiertelność w ciągu ostatniego roku wzrosła o kilka procent.
Mówił pewnie i każdy argument umiał logicznie uzasadnić. W parlamencie rzadko słyszało się równie mądrą mowę. Parę osób pokiwało głowami, nawet król słuchał, jak oniemiały, zastanawiając się, dlaczego jeszcze mu nie przerwał. Dopiero kiedy urzędnik zaproponował, by skupić się na bieżących problemach kraju i ograniczyć królewskie wydatki, władca uderzył pięścią w stół.
— Ireonie — zwrócił się do doradcy. — Pomów z naszym nowym towarzyszem na osobności.
Jakubowi nie podobała się ta propozycja, jednak przytaknął. Wyjaśnienie, jakie otrzymał od Ireona, że z królem należy się zawsze zgadzać, również nie przypadło mu do gustu.
— Musisz zrozumieć, że król słucha tylko mnie, choć nie zawsze. Na szczęście jestem dla niego zbyt cenny, by za słowo „nie” zapłacić głową.
— Żeby sam kiedyś głową nie zapłacił — mruknął Jakub. — Po co mu parlament, skoro i tak robi, co chce?
— Nie nasza to rzecz, dopóki kasa się zgadza, a serduszko puka.
Wrócili na salę, gdzie zebrani zaczęli omawiać szczegóły planowanego ataku. Jakub zbladł.
— Przecież ty też mnie popierałeś — szepnął do kolegi siedzącego obok, który teraz przytakiwał pomysłom króla. Jednak ten nawet nie zareagował. Jakub jedną ręką notował, drugą trzymał na kolanie. Pięść była zaciśnięta.
Gdy skończyli naradę, Jakub podjął kolejną próbę spytania swoich towarzyszy o opinię.
— Może wpadniesz do mnie na obiad? — zaproponował jeden z nich. Głośniej jednak dodał, że ma nadzieję przedstawić mu córkę, choć tak naprawdę miał trzech synów. Jakub chętnie się zgodził.
Po zebraniu w sali zostali tylko król i jego doradca.
— Kim jest ten cały Jakub? — spytał władca.
— Prawnikiem. — Na pewno obrotnym, takim do ludzi, typ lidera. Pomyślał chwilę nim dodał, że jest również uparty i nie wierzy w każde usłyszane słowo.
— Czy on mi zagraża?
— Na pewno nie. — Mówiąc to, doradca pokręcił głową.
Rozdział 14. Rodzina Maurycego
Kat polecił Dawidowi poprowadzić regulaminowe tortury.
— Sprawdzę, ile pamiętasz — rzekł. — Nie śpiesz się. Dręczyć, ale nie zabić, pamiętaj. W razie czego będę interweniować.
Młodzieniec przełknął ślinę, przeklinając w myśli swój los.
Odwiedzili kilka cel, w których znajdowały się osoby o stosunkowo błahych przewinieniach, trafiły tu za drobne kradzieże czy awantury. Za każdym razem asystent polecał więźniowi ustawić się przy barierce, po czym wymierzał ciosy.
Pewien mężczyzna stawiał opór i nawet szarpnął Dawidem, lecz ten uderzył go belką, a kiedy upadł, kopał jeszcze przez pewien czas w dzikim szale. Odsapnął i napił się wódki. Więzień porzucił myśl o sprzeciwie i stanął na chwiejnych nogach przy belce. Dawid dyszał, chwycił bat i robił, co należało, starając się nie myśleć zbyt wiele.
Po jakimś czasie zatrzymali się przed celą i spostrzegli, jak strażnicy gwałcili jakąś kobietę oraz jej towarzysza. Dawid zbladł. Gdyby nie kraty, już przemówiłby im do rozsądku i pouczył, że pannę należy spytać o zgodę. O ile mógł zrozumieć popęd w stosunku do kobiety, to znęcanie się w ten sposób nad mężczyzną wydało mu się obrzydliwe.
— Tamtym nie przeszkadzamy — rzekł kat. — Chyba że masz ochotę na tę kobietę.
— W życiu! — wykrzyknął mężczyzna. — A ty to robisz, panie?
— Nie. Mój kodeks etyczny mi na to nie pozwala.
Dawid z trudem powstrzymał się od prychnięcia. Mistrz nie miał problemu z katowaniem na śmierć, ale gwałt mu się nie podobał. Doprawdy nie wiedział, czego się spodziewać po tym człowieku. Szedł posłusznie za nim, nie mając pojęcia, dokąd go prowadzi.
W drodze powrotnej zatrzymali się pod sklepem, gdzie czekali na nich Maurycy, jego żona oraz dwójka dzieci.
Żona Maurycego była niską kobietą o nijakim wyglądzie. Czas spędzony bez męża z pewnością jej nie posłużył. Miała podkrążone oczy, gdyż przez kilka tygodni ciężko pracowała. Matki są zdolne do niewiarygodnych poświęceń, by zapewnić jedzenie dzieciom, dlatego rzadko pozwalała sobie na sen. Spodziewała się, że przez kolejne lata tak będzie wyglądać jej życie, kiedy to nastąpiła niezwykła odmiana losu.
Dzieci stanowiły odrobinę mniejszy obraz nędzy i rozpaczy, ale i tak były okrutnie wychudzone.
— To Krystyna, a to moje dzieci, Maria i Krzysztof — rzekł Maurycy. — Straciłem dużo czasu, próbując ich znaleźć. Nie miałem kiedy kupić narzędzi, a teraz większość dostawców zwija interesy.
Kat skinął głową. Maurycy odetchnął z ulgą, widząc, że się na niego nie gniewa. Krystyna nie podniosła głowy i upomniała dzieci, by także zachowywały się godnie.
Pan śmierci zapytał Krysię o umiejętność gotowania. Przeciętna rodzina rzemieślnika zwykle nie mogła pozwolić sobie na kulinarne eksperymenty. Już sam fakt, że znalazło się cokolwiek do jedzenia, często był sytuacją nadzwyczaj radosną. Tymczasem słuchała o różnych sposobach przyrządzania mięsa, które zwykle lądowało na jej stole raz w roku. Spochmurniała, gdy zrozumiała, z ilu składników potrawy sporządza służąca kata, zastanawiając się, czy sobie poradzi.
— Wszystkiego się nauczę, panie — rzekła trzęsącym się głosem. Dzieci przytuliły się do matki. Kat oznajmił, że obecna kucharka jeszcze nie opuściła domu i pomoże Krysi wdrożyć się w pracę.
— Ja również postaram się być pomocna — rzekła Maria, przytulając się do matki. Ona jedna sprawiała wrażenie spokojnej, choć tak naprawdę jej serce także stukało nierówno.
Krystyna z kolei nie potrafiła ukryć przerażenia. Właśnie jechali do domu najlepszego płatnego zabójcy w kraju. Gdy wysiedli, nadal drżała. Podczas rozmowy kat patrzył na nią i obawiała się, że zechce ją wykorzystać. Nie zniosłaby takiej hańby. Nawet fakt, że dzięki niemu mąż odzyskał wolność, jej nie uspokajał.
Rozdział 15. Buntownik
Kat i jego pomocnik jak zwykle jechali rano do pracy. W pewnym momencie powóz gwałtownie zahamował. Mistrz spojrzał przez szybę i zobaczył biegnącego mężczyznę, za którym mknęli żołnierze.
— Co się, do diabła, dzieje w tym mieście? — zastanawiał się głośno. Nim jednak zdążył wysnuć jakieś wnioski, usłyszał, że ścigany próbował zabić króla. Nie udało mu się, bo władca natychmiast zaalarmował straże.
W przypadku słownej obrazy winny mógł uniknąć kary, jeśli ktoś zapłacił dużo pieniędzy — przynajmniej teoretycznie. Sprawca jawnego ataku nie mógł liczyć na żadną łaskę.
Kat zapragnął dowiedzieć się więcej, dlatego udał się do gospody. Więźniowie się nie obrażą, jeśli spóźni się kilka minut, a przynajmniej jeszcze się nie zdarzyło, by ktoś miał o to pretensje.
Według relacji świadków mężczyzna wkradł się do powozu dostarczającego żywność. Król akurat znalazł się w pobliżu. Zamachowiec nie spodziewał się go, ale ze względu na bliską odległość podjął spontaniczną próbę strzału. Chybił, ponieważ wóz, w którym siedział, znienacka ruszył. Człowiek zerwał się i wymknął główną bramą, kiedy ta się zamykała, dzięki temu nie został złapany na terenie zamku.
Zamachowiec mknął jak wicher, mimo to miał niewielkie szanse, by uciec licznej straży. Kat sądził, że zapewne niedługo zostanie schwytany i przyprowadzony pod pręgierz, więc udał się do centrum miasta.
Od ostatniego buntu minęło dziesięć lat. Mieszkańcy protestowali wtedy przeciwko wypowiedzeniu wojny Kandel. Władca nie chciał słuchać posłów, którzy radzili mu, by skupił się na własnej gospodarce zamiast na podbojach. Bunt, który wtedy wybuchł, został brutalnie stłumiony, natomiast wojna, którą wypowiedzieli Kandel, zakończyła się zaledwie trzy lata temu i nie przyniosła obiecanych bogactw.
Od tamtego czasu sytuacja ludzi nie uległa poprawie. Wprawdzie po wielkiej klęsce król wycofał się z działań wojennych, jednak ludzkie potrzeby nie były zaspokajane. Podatki były wysokie, natomiast król nie szczędził sobie rozrywek, za które nie zawsze płacił. Nawet właściciele zakładów, którzy wcześniej mieli sporo pieniędzy, znacznie zubożeli, przez co płacili pracownikom o wiele mniej, bo tylko w ten sposób sami mogli zapewnić sobie byt.
Jedynie aparat terroru zawsze mógł liczyć na solidną wypłatę: strażnicy, donosiciele oraz kaci. Pan śmierci sądził, choć nie powiedział tego głośno, że ludzie i tak długo okazywali cierpliwość.
Kat musiał chwilę poczekać, nim strażnikom udało się pojmać i przytargać buntownika pod pręgierz. Dawid spytał, czy ma uderzać.
— To publiczna kara — rzekł mistrz. — Czyli robota dla profesjonalisty. Patrz uważnie.
Żołnierze przykuli zamachowca do słupa. Tłum krzyczał, by kat nie oszczędzał sił, choć tak naprawdę sporo osób w duchu życzyło buntownikowi zabicia króla. Kat napił się wódki, nim uderzył batem. Narzędzie rozerwało skórę nieszczęśnika, który zawył z bólu. Po tym otrzymał jeszcze kilka strzałów, po których ledwie trzymał się na nogach.
Po wykonaniu kary kat wrócił do swoich zajęć. Buntownik miał zostać dwa dni przy pręgierzu, a potem trafić do więzienia na tortury i otrzymać właściwy wyrok. Teraz bezkarnie mogli znęcać się nad nim wszyscy, którzy mieli na to ochotę. Władca wymierzył mu siarczysty policzek i splunął. Ktoś kopnął nieszczęśnika, inny pociągnął za ucho.
— Biedny — westchnął Dawid. — Zmarznie. Rany, jak oni się nad nim znęcają. Co on im zrobił?
— Ciszej! — syknął kat. — Kurwa, jaki ty masz niewyparzony język. Publiczna kara to jeszcze drobiazg. Za dwa dni go przesłuchamy.
Tego dnia znowu znaleźli trupa w celi, dlatego kat skorzystał z okazji, by na zwłokach przeprowadzić wykład z anatomii. Dawid przyznał, że było niezwykle ciekawie obserwować, jak działają ścięgna i mięśnie, mimo to po zakończeniu prezentacji z trudem powstrzymywał mdłości.
— Robisz postępy — zauważył kat. — Jeszcze parę dni temu już byś rzygał.
— Bądź pewny, panie, że jeszcze dziś to zrobię.
Kat prawie się zaśmiał. Kiedy już wracali do domu, Dawid czytał sporządzone przez siebie notatki, z kolei jego pan zajęty był lekturą rozprawy filozoficznej „O moralności”.
— Phi! — prychnął Dawid. — I co, piszą tam, że tortury są moralnie dobre?
Rozmówca nie odpowiedział. Nic dziwnego, że młodzieniec omal nie zginął, skoro tyle gadał i co gorsza zawsze to, co rzeczywiście myślał.
Gdy dotarli do domostwa, zastali tam ekipę pracującą nad nowym pomieszczeniem. Pomagał im Maurycy. Z kolei ze stajni wybiegły jego dzieci. Przytuliły się do kata, dziękując mu.
— Puśćcie pana — powiedział kowal.
Dzieci patrzyły to na kata, to na ojca.
— Niech zostaną — poprosił drżącym głosem. Stał tak przez chwilę, ściskany przez nich.
Dzieci opowiadały o ciepłej stajni, pysznym śniadaniu, a także wspomniały, że cieszą się, widząc z powrotem swojego ojca. Obiecały, że pomogą rodzicom w pracy, a po południu nie będą hałasować i chętnie zrobią wszystko, o co je poprosi.
Kat musiał przyznać przed sobą, że cieszy się z ich radości. Zaproponowały, by zjadł z nimi obiad, lecz odmówił. Poprosił jedynie, by nie bawiły się na jego piętrze i nie próbowały dowiedzieć się, jak wygląda.
Gdy znalazł się w swoim pokoju, zdjął kaptur i otarł łzy. Zwykle ludzie bali się go, unikali i gardzili, a dzieci Maurycego wybiegły mu na spotkanie, mimo oporu ojca, ponieważ dla nich nie był katem, ale przede wszystkim człowiekiem, i to w dodatku dobrym.
Rozdział 16. Królowa marionetka
— Skończył się puder! — wykrzyknęła królowa, widząc, że dama dworu skrobie po dnie puderniczki.
— Zamówię.
— Tylko szybko.
Do komnaty ktoś zapukał, lecz władczyni zabroniła kogokolwiek wpuszczać. Służka uchyliła delikatnie drzwi i odebrała przyniesione kwiaty.
— Podarunek od króla — oznajmiła.
— Odłóż do wazonu — mruknęła pani, nie odwracając się nawet w jej stronę. Dziewczyna wyjęła zwiędłe rośliny, wsadziła nowe, a stare wrzuciła do kosza. Druga dama wróciła do pudrowania królowej.
— Nie żałuj — ofuknęła dziewczynę usiłującą mozolnie upudrować oblicze monarchini resztką kosmetyku.
Na pierwszy rzut oka reakcja królowej mogła wydawać się przesadna, jednak kobieta chciała przykryć sińce na twarzy, które widziała wyraźnie, patrząc w lustro. Wczoraj w nocy wytknęła królowi, że jest niedelikatny, co mu się nie spodobało i kilkakrotnie uderzył małżonkę. Nie był to pierwszy raz. Co jakiś czas docierały do niej podarunki od króla w ramach przeprosin. Nie zapraszał jej na posiedzenia Rady, za dnia była przede wszystkim jego ozdobą, a w nocy towarzyszką w łóżku, jeśli miał takie życzenie.
Od pół roku nie krwawiła, nie mogła zatem dać mu kolejnego potomka. Spełniła swój obowiązek i dała mężowi szóstkę dzieci, z czego przeżyli tylko dwaj synowie i córka. Była bezpieczna. Musiała jedynie robić to, co kazał, a także znosić fakt, że albo jej nie odwiedza, albo ją gwałci.
Udała się na śniadanie. Wczoraj dama dworu doniosła, że ktoś targnął się na życie jej małżonka. W jadalni czekał posiłek. Na szczęście król jeszcze nie przyszedł. Była pewna, że byłby zdenerwowany, gdyby się spóźniła. Poczekała, aż przyjdzie, pokłoniła się i usiadła dopiero wtedy, gdy jej na to pozwolił. Podziękowała za kwiaty.
— A gdzie nasi synowie? — spytał władca.
— Jan od świtu jest na nogach. Był na mszy, potem udał się do biblioteki. Uczy się, nie chciałam mu przeszkadzać. Natomiast Fryderykowi wypadły pewne sprawy w mieście — rzekła ze spuszczoną głową.
— Chciałaś powiedzieć, że jak zwykle nie był w stanie wrócić o własnych siłach z imprezy — bardziej stwierdził, niż zapytał. Skinęła głową. O księżniczkę Monikę nie zapytał. Od czasu do czasu zapewniano go, że jest cnotliwa i posłuszna. To mu wystarczało.
— Dobrze, że Jan podchodzi poważnie do obowiązków — rzekł król.
Jan był jego najstarszym synem, zatem nic dziwnego, że władcę cieszyło jego zamiłowanie do wiedzy. Ostatnio nawet dyskutowali z ożywieniem o polityce. Książę nie był zwolennikiem terroru, ale król ciągle miał nadzieję, że przekona się, jak wiele można osiągnąć, kiedy poddani się boją.
— Słyszałam, panie, o zamachu na twoją osobę — rzekła królowa. — Pozwolę sobie zapytać, panie, czy nie doznałeś uszczerbku na zdrowiu.
— Nic takiego — rzekł, patrząc jej w oczy. — Nie masz się czym martwić.
Poinformował ją także, że trwa śledztwo, dlatego w najbliższych dniach nie powinna opuszczać komnat. Przytaknęła. Król przerwał posiłek i zacisnął zęby, polecił słudze wezwać do swojego gabinetu medyka.
— Nie martw się, najdroższa — rzekł, po czym opuścił jadalnię.
Królowa odniosła wrażenie, że coś przed nią ukrywa, jednak nie śmiała wprost pytać. Najważniejsze, że przeżył. Niezależnie od tego, jak ją traktował, jego upadek ją też pociągnąłby do grobu.
Rozdział 17. Przesłuchanie zamachowca
Kaci udali się do sali tortur, gdzie mieli uczestniczyć w przesłuchaniu buntownika. Czas spędzony na pręgierzu dał mu się we znaki. Jego skóra była mocno czerwona, ponadto miał sporo siniaków na ciele. Oddychał z trudem, a na widok przybyszów nawet nie podniósł głowy.
Strażnicy wskazali mu krzesło, na którym usiadł, a następnie przykuli jego ręce, miejsce naprzeciwko zajęli sędzia z notatnikiem, a także kaci.
— Możemy rozmawiać po dobroci. Jeśli stwierdzę, że kręcisz, ten pan się tobą zajmie. — Sędzia wskazał na kata. Zapytał mężczyznę o imię.
— Gustaw, syn Elżbiety — odpowiedział. Po twarzy spłynęła mu strużka potu.
— Ojciec?
— Nie znam. Matka pracowała w burdelu.
— Na pewno? — dopytywał kat. — Wydawało mi się, że gdzieś cię już spotkałem.
— Też cię pamiętam. Pobiłeś mnie na rynku.
— Bardzo, kurwa, śmieszne. Opowiadaj o buncie.
Gustaw wyprostował się.
— Wpakowałem się do wozu.
— Sam? — spytał sędzia.
— Tak — rzekł.
— Na pewno?
Po raz kolejny przytaknął. Mimo to sędzia mu nie dowierzał, dlatego kaci przerzucili go na stół do rozciągania. Pan śmierci pociągnął delikatnie wajchę, informując przy okazji swojego pomocnika, jak ważna jest precyzja przy wykonywaniu tej czynności. W końcu prowadzili przesłuchanie, nie mogli doprowadzić do śmierci podejrzanego.
Nieszczęśnik zawył, a sędzia powtórzył pytanie.
— Pomógł mi taki jeden — wysapał oskarżony.
— Nazwisko.
— Nie znam — rzekł. Kat ponownie użył dźwigni, ciało przesłuchiwanego nadal było całe.
Więzień zawył. Sędzia spojrzał na dręczyciela.
— Lepiej powiedz. Inaczej będę musiał złamać ci stopę — syknął kat, po czym włożył ją do żelaznej formy.
— Jeszcze możesz chodzić! — fuknął. — Nazwisko!
Mężczyzna był gotów zabić, ale wizji kalectwa nie mógł zaakceptować. Krzyknął, jak okropnie go boli, a potem wyjawił dane swego pomocnika.
— Kto jeszcze brał w tym udział? — spytał kat.
— Przestań, a powiem resztę. Błagam! — wysapał.
Pan śmierci rozpiął maszynę do miażdżenia stóp. Całe szczęście, że się przyznał. On również nie lubił używać tego sprzętu. Kazał asystentowi go odłożyć, a sam sięgnął po wódkę.
Mężczyzna podał kilka nazwisk, ale w pewnym momencie mistrz przerwał tę wyliczankę. Sędzia popatrzył na kata ze zdumioną miną, kiedy ten zapytał, od ilu dni wymienione osoby nie żyją. Oskarżony powiedział, że nie wie, o czym mówi. Pan śmierci pociągnął wajchę, tym razem machina prawie rozerwała ścięgna przesłuchiwanego.
— Dwa lata! — krzyknął. Teraz już cały zlany był potem.
— Może jednak chcesz współpracować? — zapytał oskarżonego sędzia. Przesłuchiwany pokręcił głową.
— Obcęgi — rzekł kat. — Ale, kurwa, nie te. Mniejsze.
Pan śmierci chwycił narzędzie. Syknął na pomocnika, gdy zauważył, że ten odwrócił wzrok. Oskarżony zacisnął pięści i trzymał mocno, gdy kat próbował rozsunąć jego palce.
— Młotek. I teczkę. Otwórz ją — rzekł. W środku miał podręczną apteczkę.
Dotknął spoconej ręki nieszczęśnika. Uderzył w nią młotkiem. Oskarżony wrzasnął, widząc wystającą kość.
— Chcesz jeszcze mieć tę rękę? — fuknął kat. Mężczyzna z zaciśniętymi zębami przytaknął, kiedy Pan śmierci bandażował i unieruchamiał kończynę. Mimo to nie odpowiadał na pytania dotyczące śledztwa, dlatego Pan śmierci ponownie poprosił o obcęgi. Tym razem udało mu się chwycić pojedynczy palec i wsunąć ostrze pod paznokieć. Wyrwał go. Po rękawicach spływała mu krew, mimo to nie wycierał jej, tylko od razu chwytał kolejny palec. Kiedy już urwał ostatni paznokieć, zauważył, że przesłuchiwany zbladł.
— Powietrza — rzekł kat. Dawid otworzył maleńką okiennicę.
— W porządku, panie?
— Nie chciałem, żeby padł — wyjaśnił. Dawid zrozumiał. Kaci dali oskarżonemu kilka minut na złapanie oddechu.
— To jak, będziesz mówić? — zapytał ponownie sędzia. — Hm, twój wybór.
Uczeń podawał kolejne narzędzia tortur, obserwując, jak mistrz miażdży i nacina poszczególne części, jednocześnie nie zabijając przesłuchiwanego. Co jakiś czas podawał najważniejsze informacje dotyczące stosowanej tortury, w tym, kiedy należy przestać i na co uważać. Poza tymi przerwami Dawid nie dostrzegł zawahania w jego ruchach — wydawało się, że płatny dręczyciel w ogóle się nie męczy, niezależnie od tego, jakiego narzędzia używa. Czyli jednak był maszyną do zabijania i Dawid na próżno szukał w nim przejawów człowieczeństwa.
Co pewien czas dowiadywali się czegoś nowego. W przerwach na zmianę narzędzia tortur kat pytał, dlaczego zdecydowali się na spisek. Oskarżony przyznał, że większość osób, które zna, pochowało bliskich, a sami cierpią nędzę. Gustaw miał zabić króla, jeśli będzie dobra okazja. Planowali też kradzież pieniędzy ze skarbca. Wtedy zapewniliby sobie byt i uzbroili swoją armię, przez co powstanie byłoby zorganizowanym przedsięwzięciem, a nie jedynie spontanicznym zrywem.
— Kurwa, Govette! — wrzasnął przesłuchiwany.
— Jakub? — spytał sędzia. — Ten nowy w radzie?
Zapisał wszystkie podane informacje i zapytał, czy oskarżony ma coś do dodania. Mężczyzna nawet nie próbował powstrzymywać łez.
— Chciałeś zabić króla. Codziennie będziesz torturowany, aż przesłuchamy wszystkich spiskowców. Następnie czeka cię haniebna śmierć. Możesz prosić o dożywotnie więzienie albo skrócenie egzekucji, a także wizytę kapłana — rzekł sędzia.
— A rodziny?
— Jesteś w tyle z przepisami. Za rządów Eryka dopuszczano wizyty bliskich, jednak król Grzegorz zniósł to prawo zaraz po koronacji.
— Niech go piekło pochłonie — jęknął. Sędzia podziękował katom za wsparcie w czasie przesłuchania.
Gdy opuszczali pomieszczenie, mistrz stwierdził, że oskarżony sprytnie kombinował. Poprosił sędziego, by zostawił mu protokół. Obiecał sprawdzić, które z wymienionych osób już nie żyją. Sędzia ucieszył się, że wykona za niego część roboty. Poprosił jedynie, by oddał mu spis następnego dnia. Dawid spytał swego pana, czy będzie sprawdzać wszystkie te nazwiska.
— Nie ja. Podszkolisz się w archiwum. Sprawdzisz, czy są w naszych rejestrach.
Pan śmierci wypisał dane, a sam przeglądał raport. Dawid zastanawiał się, dlaczego jego szef analizuje przeprowadzony bez wystarczającego przygotowania bunt, ale nie zadawał pytań. Po pierwsze dlatego, że nie chciał się narazić na chłostę, a po drugie nie sądził, by dzięki tej wiedzy mógł lepiej zrozumieć swego pracodawcę.
Dawidowi udało się ustalić, że trzech więźniów umarło tu dwa lata temu, natomiast pozostałych piętnastu należało szukać gdzie indziej, być może na cmentarzach.
Spisek zawiązano tydzień temu, czyli stosunkowo niedawno, myślał kat. Plan był prosty, jednak mało szczegółowy. Spotykali się w porze nocnej, kiedy przemieszczanie się było zabronione. Kolejny błąd. Gdyby spotykali się w normalnych godzinach, nie wyglądałoby to aż tak podejrzanie. Popełnili dużo błędów. Zapewne powstał zarys planu ataku, ale Gustaw zadziałał zbyt impulsywnie. Dawid uświadomił sobie, że przez kilka godzin nic nie pił, dlatego spytał pana, czy może skosztować z jego butelki.
Wypił łyk, po czym odstawił flaszkę.
— Przecież to wódka — szepnął.
— Czy nie mówiłem ci już, że za dużo gadasz? — Kat wziął butelkę. — A, jeszcze zrobisz mi dwie kopie tego raportu.
— Trzydzieści kartek! — zaklął pod nosem, natychmiast jednak przeprosił i wziął się za pisanie. Pracodawca zostawił go samego, Dawid nawet nie wiedział, czym się zajmował w tym czasie. Kiedy wychodzili z podziemi, na zewnątrz również było ciemno. Dawida bolały już ręce od pisania i skręcało w żołądku. A kiedy poczuł świeże powietrze, zwymiotował.
Rozdział 18. Zakaz wstępu
Krysia przyniosła swojemu pracodawcy jedzenie do pokoju, po czym jeszcze raz podziękowała za to, że przyjął jej rodzinę pod swój dach. Gospodarz skinął głową.
— Zawsze siedzi pan sam przy stole? Może kiedyś zjemy razem? — zapytała.
— Sam. I tak zostanie.
Pan śmierci wiedział, że kobieta zadała to pytanie wyłącznie z grzeczności. Społeczeństwo skazywało katów na samotność, a oni nie próbowali z tym walczyć. Widział też, że służąca jeszcze się trzęsła, gdy tu przychodziła. Pochwalił ją, że coraz lepiej gotuje, ale ona mimo to nie była pewna, czy mieszkanie u płatnego zabójcy jestlepsze od życia na ulicy. Kiedy jednak podzieliła się swymi rozterkami z mężem, on tylko ją przytulił i zapewnił, że wychowają godnie swoje potomstwo. Przypomniał jej, że odkąd tu przyjechali, pan nie zrobił im krzywdy.
Gdy zostali z żoną sami, Maurycy zwierzył się, jak wyglądały jego dni za kratami. Wtedy oddałby wszystko, by jego męka już się skończyła. Opowiedział jej też o ostatniej rozmowie w więzieniu, kiedy to z rozkazu kata Dawid przyjechał go uwolnić.
Krystyna kładła opatrunki na plecach męża, którego ciało oszpecały okropne rany.
— Bardzo źle to wygląda? — zapytał.
— Nadal cię kocham — szepnęła, lecz po chwili wybuchła płaczem.
— Jak myślisz, czemu wykupił akurat mnie?
— Czy to ważne? To płatny morderca. Brzydzę się nim.
— Nie gniewam się na niego. Płacą mu za to — rzekł kowal, przytulając swoją żonę. — Ty też dasz radę mu wybaczyć.
***
Następnego dnia kat udał się do warsztatu kowala. Stwierdził, że bardzo dobrze urządził sobie miejsce pracy, a także zakupił wszystko, czego potrzebował. Wielu rzemieślników nie mogło sobie pozwolić na równie bogaty zasób sprzętu.
— Panie, wymieniłem parę narzędzi, które kupiłeś. Przepraszam cię — rzekł Maurycy.
— Masz teraz lepsze?
— Tak. Tylko były dwa razy droższe. Odpracuję to.
— Nie ma nic gorszego niż tępe narzędzia. Jeśli są dobre, to nie mam zastrzeżeń.
Kowal uśmiechnął się lekko.
— Właściwie nie miałem jeszcze okazji zapytać, dlaczego mnie zatrudniłeś, mój panie. Cieszę się, choć nie rozumiem twojego postępowania — przyznał.
Kat zawahał się. Wbrew pozorom jego działanie nie było pozbawione sensu, ale wstrzymał się od udzielenia odpowiedzi. Zamierzał mu to wyjaśnić, ale jeszcze nie teraz.
Chwilę później do pomieszczenia przybiegły dzieci, Marysia i Krzysiu. Chłopiec koniecznie chciał pokazać panu obrazek, który namalowała jego siostra.
— Nie jest aż tak piękny, jak mówi Krzyś — rzekła skromnie dziewczynka.
— Czy musicie zawracać panu głowę? — westchnął ojciec.
Kat poprosił o podanie dzieła. Przez dłuższą chwilę w milczeniu wpatrywał się w rysunek. Od razu rozpoznał, co przedstawia. Dwunastolatka z niezwykłą dokładnością odmalowała ulicę miasta, na której występ dawał przyjezdny cyrk, umieściła nawet zepsutą rynnę i delikatny zarys odbicia w kałuży.
— Ktoś uczył cię rysować? — zapytał Pan śmierci.
— Nie, panie kacie.
— Ładnie. Bardzo szczegółowo.
— Ma bardzo dobrą pamięć — dodał Maurycy.
Kat pokiwał głową, po czym oddał dziewczynce rysunek. Bez wątpienia miała talent, a on już miał w głowie pomysł, w jaki sposób go wykorzystać.
Wrócił na swoje piętro, gdzie sprawdził zawartość barku. Zorientował się, że alkohol szybko się kończy.
— Nic na to nie poradzę — pokręcił głową. Nie było szans, by zasnął, jeśli nie wypije. Śledztwo w sprawie zamachu na króla szło dobrze, a to oznaczało, że niedługo miała się odbyć wyjątkowo brutalna i długa egzekucja. Spodziewał się, że przyjdzie sporo ludzi, bo tłum lubił takie widowiskowe sceny. Nie mógł zawieść ich oczekiwań. Przełknął ślinę, gdyż na samą myśl zrobiło mu się niedobrze.
Przypadkiem upuścił pustą butelkę, która z hukiem upadła na podłogę. Wtem ktoś uchylił drzwi do pokoju.
— Panie? — spytał Dawid. Kat narzucił koc na głowę i zasłonił twarz.
— Czemu nie zapukałeś? — warknął, szukając kaptura.
— Przepraszam.
— Mówię poważnie! — krzyknął. — Nie ma wchodzenia bez pukania! Wynoś się!
— Usłyszałem hałas — jęknął. Miał wrażenie, że głos jego pana brzmi jakoś inaczej. Wydawał się nieco wyższy i chwiejny.
— Szkło się rozbiło, wielkie halo — fuknął kat. Założył kaptur, nie odsłaniając nawet na chwilę swojej twarzy, przy czym stwierdził, że Dawid działa mu na nerwy.
— Vice versa — odpowiedział mu.
— Coś ty powiedział?
— Vice versa. Ty też mnie wkurzasz.
— Znam ten zwrot — mruknął. — Nic mnie to nie interesuje. Zlekceważyłeś moje polecenie.
— Zmartwiłem się, czy nic ci się nie stało, panie.
Nowy pomocnik wiedział, że służący zawsze pukali, nim weszli do pokoju, zatem czekała go kara. Kazał Dawidowi klęknąć. Ten bez słowa spełnił polecenie, chociaż drżał. Pan wyciągnął bat i uderzył go w plecy. Młodzieniec zapłakał.
— Ty potworze — szepnął.
Trzask.
— Obyś zgnił w piekle.
Trzask.
— Zdaje się, że sadyzm sprawia ci przyjemność
Trzask.
— Chciałem tylko sprawdzić, czy nic ci się nie stało. Odsuwasz nawet tych, którzy się o ciebie troszczą. Dla wszystkich jesteś jednakowo okrutny — rzekł młodzieniec, ocierając łzy.
— Nic o mnie nie wiesz, Dawidzie. Idź stąd i oddaj się w ręce sprawiedliwości. Nie chcę cię tutaj.
— Chętnie — prychnął. Wyszedł z pomieszczenia i zapłakał.
Kat zaklął. Właśnie przepędził swojego pomocnika. Spodziewał się, że do tego dojdzie. Dawid od początku był wrażliwy, odwracał wzrok od tortur, wstydził się, że dręczy ludzi i nie potrafił tego ukryć.
W dodatku złamał zakaz, ponieważ martwił się o swego pana. Ukarałem go za dobroć, pomyślał kat. Wypił haustem połowę zawartości butelki, lecz gardło nadal go paliło. Tego wieczoru nie skończyło się na jednej flaszce.
Rozdział 19. Przygotowania do egzekucji
Pan śmierci i Dawid co prawda się pokłócili, ale tylko służba u kata pozwalała uniknąć więzienia, więc rankiem pomocnik zacisnął zęby, na kolanach przeprosił i błagał o drugą szansę. Mistrz, choć tego nie zdradził, wcale nie zamierzał odsyłać pomocnika, więc wysłuchał sługi, wyrażając nadzieję, że dalsza współpraca będzie układać się lepiej.
W lochach mieli co robić, gdyż szybko odnaleziono resztę spiskowców, w tym Jakuba Govette. Świadkowie jednomyślnie uznali uczestników spisku za winnych, a sędzia zaznaczył, by ich kaźń dostarczyła ludowi jednoznacznej informacji, co spotyka zdrajców, pozwolił na korzystanie z wszystkich narzędzi tortur.
Kilka dni przed planowaną egzekucją kaci zajęli się obmywaniem ran i karmieniem winnych, ponieważ przed śmiercią skazani musieli być silni. W tym czasie kat ani razu ich nie uderzył, dostali nawet nowe ubrania i czyste koce, o czym przeciętni więźniowie nie mogli marzyć. Wszystko to jednak służyło wyłącznie jednemu — aby jak najdłużej wytrzymali wymyślne tortury, jakich doświadczą, nim egzekutorzy miłościwie zakończą ich żywot.
Ponadto kaci czyścili narzędzia, oprócz tego mieli co nieco papierów do uzupełnienia, więc dni mijały im tak szybko, że kiedy kładli się do łóżek, nie pamiętali już, jak się nazywają.
Król natomiast przy śniadaniu opowiadał swoim dzieciom, jak ważne jest, by prezentowali się pięknie podczas egzekucji zdrajców. Jan zapytał, czy musi uczestniczyć w tym wydarzeniu, ponieważ ma lepsze plany.
— Jakie, kurwa, lepsze plany? — fuknął król.
— Będzie ciekawie — stwierdził Fryderyk.
Jan spytał, czy pamięta jeszcze wielki bunt sprzed dziesięciu lat. Przyznał, że w całym życiu nie widział aż tyle krwi, zresztą tamto wydarzenie było w pewien sposób szczególne, rzadko bowiem protestowali ci, którzy mieli najwięcej do stracenia, a więc posłowie, kupcy czy właściciele zakładów rzemieślniczych. Chcieli tylko, by król nie wypowiadał wojny Kandel, która była potężnym mocarstwem i wcale nie planowała podbojów na szeroką skalę.
Protest był całkowicie pokojowy, dopóki król nie wysłał przeciwko nim armii, która zaczęła ich ścigać i mordować. Władca szukał też innych sposobów, by ich zrównać z ziemią, stąd też posłowie pod byle pretekstem trafiali na przesłuchania, gdzie przyznawali się do wszelkich czynów, jakie im zarzucano, a następnie trafiali na szafot.
— No, było trochę krwi — przytaknął Fryderyk.
— Nawet doradca był przeciwny. Dlaczego wtedy zacząłeś tę wojnę, ojcze?
— Nie będziemy do tego wracać. Był bunt, to należało go stłumić i wybrać nowego doradcę.
— Wydaje mi się jednak, że chyba słusznie, skoro sprzeciwili się decyzji króla — przyznał Fryderyk.
— Mądrze mówisz. — Władca nawet się uśmiechnął.
— Szczyt geniuszu. Taniej było posłuchać posłów. Wojna, na której wszyscy stracili, a dziesiątki ludzi zginęło, zanim wyruszyło na front. Ile wtedy wydałeś na katów?
Król fuknął na najstarszego syna, by się uspokoił. Dodał, że był to niezbędny wydatek dla zachowania pokoju w państwie. Książę Jan spytał, czy mimo wszystko nie da się załatwiać pewnych spraw pokojowo. Zaproponował, by wsłuchać się w potrzeby ludu.
— Z buntownikami inaczej się nie da. Jeśli raz zobaczą twoją słabość, nie zawahają się uderzyć — przekonywał król Grzegorz.
Jan zamierzał oponować, jednak władca nakazał mu milczeć. Zaznaczył, że wyraźnie życzy sobie ich obecności na całej egzekucji. Zlecił też uszycie nowych ubrań dla członków swojej rodziny, jako że mieli przybyć również posłowie z okolicznych krajów.
— Przede wszystkim zapowiada się przepiękne przedstawienie i opowieść o sprawiedliwości. Ludzie muszą wiedzieć, co spotyka tych, którzy podnoszą rękę na władcę.
Gdy wyszedł, książęta mówili o wcześniejszym buncie. Dziwili się, dlaczego król uparł się akurat na państwo, które dysponuje najliczniejszą armią na kontynencie, skoro w pobliżu miał sporo mniejszych krajów.
Kat natomiast wiedział, że władca pokłócił się z tamtejszym posłem, a konflikt można było załatwić drobnym podarunkiem na zgodę. Pan śmierci nie wątpił w tę wersję wydarzeń, choć jeszcze wtedy nie pracował dla króla, a o sprawach w stolicy dowiadywał się z opowieści. Westchnął ciężko, wspominając dni przed tym wydarzeniem, kiedy jeszcze wierzył w ludzi, sprawiedliwość i gdy nie podejrzewał, że przyjdzie mu zostać katem.
Ostatnim elementem jego przygotowań było sprawdzenie zapasów alkoholu i mydła, które miały się przydać po straceniu spiskowców.
Rozdział 20. Nie ma litości dla zdrajców
W dniu wymierzenia kar kat ostrzegł Dawida, że jeśli choć na chwilę odwróci wzrok podczas egzekucji, dostanie takie lanie, że się nie pozbiera. Młodzieniec przełknął ślinę, zastanawiając się, czy pójście na czczo do pracy wystarczy, by nie skręcało go w żołądku.