E-book
17.75
drukowana A5
35.42
Niebyt

Bezpłatny fragment - Niebyt

Wprowadzenie do idei sensu istnienia


Objętość:
186 str.
ISBN:
978-83-8221-641-7
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 35.42

Wstrząsająca książka:

O zagrożeniach wynikających z życia. O sensie ludzkiej egzystencji. Horror metafizyki fundamentalnej. Dlaczego zostaliśmy rzuceni w czas? Na czym polega istota zła? O wolności woli ludzkiej. Jak rozumieć miłość? Dlaczego nigdy nie doświadczymy pokoju? Kiedy mamy do czynienia ze sprawiedliwością? O znaczeniu szaleństwa. Czym jest nicość? Jak postrzegać sztukę? Dlaczego muzyka nie uleczyła ludzkiego gatunku? O przesadnym nadawaniu znaczenia fizyce kwantowej. O grzechu innego. Raju — piekle religijnym i kwantowym. O znaczeniu dzielności etycznej. O martwej literaturze i muzyce. Mordercach, samobójcach i mistrzach egzystencji. O greckiej spuściźnie. Lęku, śmierci, pięknie, dobru i prawdzie. O upadku kultury i kalectwie duchowym. Jezusie, Kancie, Tischnerze, Jungu, Bergsonie i Schopenhauerze, lecz przede wszystkim: O znaczeniu źródłowej idei, która jest tylko milczeniem.


Jestem dziś nieco bardziej ponury niż poważny, dla nikogo niepojęty, zakochany w obawie, że być może człowiek nie zrozumie, kim jestem i jakim sprawom zamierzam nadać znaczenie. To nie jest kwestia uczuć, kto bowiem żyje pod wpływem emocji, ten do życia nie dostał jeszcze powołania. Ulegając kaprysom miernych aksjomatów, ciągnięty przez pociąg do złudzeń, pragnie dla siebie nieszczęśnik zadowolenia. Sam dla siebie jest koszmarem, gdy bowiem spogląda na swoje oblicze, musi stawić czoło wątpliwościom natury moralnej i je natychmiast zgładzić, gdyż z rozkoszą dostrzega w sobie twarz tyrana, na którą patrzy bez wstydu i zażenowania, lecz przecież wie i zdaje sobie sprawę, że jego życie na ma sensu, że jest kompletnie bezużyteczny. To ukryte stwierdzenie jednak nie znajduje w nim rozsądnego przekonania, jego maskarada marzy już tylko o tym, by otoczyć się tłumem niewolników, którzy pełzając u jego stóp będą mieli jedynie szacunek dla pozorów. Najmniejsza dawka prawdy zostanie natychmiast przegoniona, bowiem czymś najgorszym może być dla nich wyzwolenie się od siebie, za to z rozkoszą przyjmować będą niszczenie, schlebianie, czołganie się u stóp swego pana, który jest gwarancją upadku, w nieustającej potrzebie doznania porażki, która jest ich przeznaczeniem.


Metafizykę potraktowano do tej pory jako poligon bojowy myśli przeróżnej proweniencji, które nieustannie walczą, ścierają się, podejmując żałosne próby dosięgnięcia tajemnicy, a prawda — cokolwiek by teraz o niej nie powiedzieć — jest orzekana werdyktem sprawiedliwej — a jakże — wspólnoty, która ma to do siebie, że albo skaże Sokratesa na śmierć, spali Giordano Bruno na stosie lub wybierze Hitlera na kanclerza Niemiec. Zbiorowe zaprzysiężenie w ludzkiej sprawie, jak uczy historia — nie powinno zatem stanowić koncepcji wiarygodnej. Dlaczego dzieje się jednak inaczej? Czy zostaliśmy skazani na na potępienie, pogardę i mrok — w dziejowym pochodzie zwycięzców i pokonanych — czy też błędnie rozpatrywaliśmy sens naszego istnienia, nieustannie klucząc od paliatywu do paliatywu w poszukiwaniu rozwiązania problemu wolności?

Podejmę zatem tutaj próbę ukazania potęgi metafizyki, a w szczególności jej potencjału, jeśli chodzi o rozpoznawanie źródeł zła, z którymi cywilizacja ludzka zmaga się od zarania dziejów. Metafizyka, o której opowiem, zdolna będzie przeciwdziałać wszelkiej czającej się na horyzoncie naszego życia patologii, grozie, deprawacji i niesprawiedliwości, eo ipso stanowić katalizator bezpieczeństwa (alarm), bowiem zmierzy się z odpowiedzią na pytanie, o którym rozprawiał prof. Kołakowski: jak jest w ogóle do pomyślenia błędna czy złudna percepcja. Jeśli bowiem nie uda się tego zrobić, nie ma sensu metafizyką się zajmować, gdyż metafizyka dziś musi być także metafizyką jutra, co dobitnie ugruntuje jej pozycję w ludzkim doświadczeniu.

Czy można znaleźć punkt oparcia dla wszelkiej myśli i ludzkich działań? Ugruntować „metafizykę dziś”, która dobrze wykona pracę na swoim odcinku, by stworzyć pomost do rozwoju praw przyszłości i w ten sposób porozumiewać się z tymi, co nadejdą, tym samym zmienić zapatrywanie na ludzkie życie, które w gruncie rzeczy — jak pokazują nasze dzieje — niewiele jest warte, bo cokolwiek by nie powiedzieć o nieszczęsnym gatunku, to jedno wydaje się jasne: nie pragnie żyć i bardzo często nie wie, jak umrzeć…


Szanowni Czytelnicy,

będę w toku wywodu używał dwóch metafor. Jedna będzie oparta o działanie urządzenia GPS. By dojechać do celu, potrzebujemy obliczeń, których nam użycza teoria względności. Jedziemy zatem z Krakowa do Radomia. Cel zostaje osiągnięty. Podobnie rzecz ma się kulturą. Mimo najlepszych chęci i pracy wykonanej na przestrzeni tysiącleci wciąż nie udaje się wypracować modelu (płynnego) koegzystowania jednostek w organizacji, dlatego też kultura wpada nieustannie w potrzask, w pułapkę własnej pychy i niemocy, nie ma bowiem właściwych „obliczeń”, że tak to ujmę, stąd też droga do celu wiedzie przez nas przez rozpacz i ból, a ten wymyka się nam, niczym bliżej nieokreślona tęsknota.

Drugą metafora to miarowe odsłanianie obrazu, gdzie sama kompozycja ujawni swoją moc dopiero po uchwyceniu części składowych tworzących jej całość, czemu będzie towarzyszyć mój wywód. Nie należy się przejmować pozornym nieładem, bowiem droga na szczyt jest mozolna i trudna. Powoli, systematycznie, niczym wyprawa w góry. Znój i wysiłek rekompensują nam piękne krajobrazy, a gdy wreszcie osiągamy szczyt okazuje się, iż zdobyliśmy jeno cnotę, jeśli góry w swej łaskawości użyczyły nam mądrości.

Jak zatem mogłaby funkcjonować poprawnie działająca organizacja, która przywróci metafizyce należne jej miejsce na frontonie cywilizacyjnej budowli?

Polecam się uwadze Szanownych Państwa.

Medytacje metafizyczne

Prolegomena do metafizyki sensu, jako poręka do rozwoju praw przyszłości.


§1

Szczeliny obcowań złudnej rzeczywistości zamknięte zostały już dawno na rozstrzygające momenty artykulacji pojęciowej. Nie istnieje bowiem nic, co byłoby pojęciem. Pojęcie wolności, miłości, dobra, piękna, prawdy, wymyka się wszelkim formom pojęciowości formalnej. Nie ma czegoś, co byłoby w stanie udobruchać zapalczywość i ambicje filozofów, psychologów i filologów. Wszystko jest wszystkim lub jest niczym. Coś nie jest tym, za co je się uważa, jeśli odbiera doświadczeniu całościowemu uczestniczenie każdej z części mentalnej świadomości w swojej istocie. Tak też dobro musi być miłością, pięknem i prawdą…, dobro zaiste wiąże się w pięknie i w miłości…, w wolności odnajdują się spełnienie, cierpienie, niszczenie, a piękno uwielbia zawsze brzydotę. Wszystko scala się ze sobą w jednym akcie strumienia przeżyć, lecz tylko to, co wiązać się nie chce, co jest jednowymiarowe, staje się pojęciowe, dlatego pojęciowe jest zabójcą tego, co jest metafizyczne, bowiem tylko odczucie całości, wspólnej i komplementarnie oddziałującej na siebie czułości, może być poręką porozumienia metafizycznego, które ruch współtworzy poprzez dobieranie właściwych składników (dla utrzymania prawidłowej homeostazy, która zawsze jest zagrożona czającym się na horyzoncie tragizmem) w bezpośrednim spotkaniu z tajemnicami życia. Wtedy dopiero skończone wchodzić może w interakcje z nieskończonym, gdy iluminacja dokonuje się na podłożu nie umniejszającym kwestii godności odczuwania świata bez narzucania nań odgórnych form rozumienia go, jak w przypadku obiektywnej, a przez to ułomnej afiliacji.


§2

Miejsce powstaje z uczucia bezinteresownej aktywności skierowanej na potrzeby głęboko ludzkie. Nieistotne jest teraz stwierdzenie, o jakim miejscu mówimy. Miejsce to bowiem nie ma najmniejszego znaczenia. W sensie materialnym, geograficznym, czy innym. Miejscem jest pobyt „w tym” (stanie mentalnym), co odbiera miejscu jego supremację. Można zaiste zauważyć, iż ludzkie zwierzę ma potrzebę tworzenia miejsc pięknych, czy uprzywilejowanych, komfortowych, które pozostają zimne, głuche i ślepe. Puste. Miejsce puste dotyka nicości, która krzykiem zrozpaczonych obarcza przebywających w nim osobników uczuciem poddaństwa i zniewolenia. Zostało stworzone przez ofiary systemowych oprawców, które śpiąc na najznamienitszych materacach, otaczając się luksusem okaleczonego designu, pełzają u stóp boga wyzysku i przemocy.

Miejsce, a więc wnętrze, przestaje mówić i przestaje oddychać. Odbiera tlen, odbiera mowę, odbiera sens, a w końcu odbiera życie. Nie inaczej rzecz z pozoru wygląda, gdy komfort zastępuje dyskomfort, a zatem porażająca i urągająca ludzkiej godności brzydota dokonuje spustoszeń równie trwałych i głębokich, lecz zaiste więcej do mnie mówi obraz tragedii wypisanej na ścianach brudnych i ponurych, niż zbrodnia — morderstwo ujawnione w czystości i agresywnym pięknie, które gaszą strumień miłości z uporczywą nonszalancją.

Miejsce, trzeba jednak powiedzieć, jest byciem poza wszelkim komfortem i dyskomfortem bez względu na wszelkie sentymenty autora. Miejsce, które jest domem, w wymiarze metafizyki, określa zdolność człowieka do zapłodnienia przestrzeni uczuciem oddania siebie już nie miejscu, lecz człowiekowi — innemu. Inny jest bowiem kulminacyjnym i granicznym punktem rozpatrywania miejsca, gdyż nie istnieje miejsce bez tego, który je stworzył, a stworzyć może je tylko dla innego. Inny staje się przedmiotem namysłu nad potencjalnym, egzystencjalnym przyczółkiem domu. Tu rodzi się idea metafizyki, która swoją bytność zawdzięcza czasowi, a w zasadzie więzieniu, w które rzuciła nas ewolucja. Dlaczego zostaliśmy rzuceni w czas? Bez znalezienia odpowiedzi na to pytanie metafizyka dziś i jutro jest martwa, nieżywa w lekkości kultury, która spogląda na nią z kpiną i żałością, jak robił to chociażby Foucault, twierdząc, iż jest skończona.


§3

Miejsce wywiera presję walentną. Odziera nas z pychy. Zakładać należy, iż jest wspólnym centrum przeżyciowym wszystkich istot ze świadomością siebie. Oto niematerialna przestrzeń poza czasem i poza symbolem rodzi w człowieku miłość, której niespełniony sen obarcza kalectwem ludzki gatunek, czyli pozbawia domu tych, którzy marzą o miejscu. Pragną ciszy. Tak może się wydawać, lecz miejsce pełne jest niepokoju, gdyż, jak powiedzieliśmy, zawiera w sobie innego. Inny otwiera bowiem potrzebę stworzenia domu dialogicznego, który dokona przewrotu w pojmowaniu domu powszechnego. W tym domu dobrze się wygląda na zdjęciach. To dom przemocy i zguby, które przybierają postać nienawiści i pożądania, zanieczyszczają tkankę psychiczną negatywnymi emocjami. Jest dom, lecz nie ma miejsca. Powstaje formalny kryzys godzony w absurdzie życia zobojętnieniem. Tak już jest, powiedzą niektórzy, ale metafizyka wybroni się przed oskarżeniami o potencjalny gwałt.

Zarys zainicjowanego miejsca zostaje zapamiętany przez lękających się wolności, bardzo często podświadomie, nadając przez to znaczenie istnieniu dobra, które pozostaje odrzucone. Nie ma miejsca bez odrzucenia (tak jak prawdy, piękna czy miłości), gdyż konflikt jest sensem odgórnym miejsca, bowiem miejsce tworzy inny. Inny po temu jest zarzewiem potencjalnego konfliktu, lecz tylko w takim znaczeniu obciążony jest pejoratywną konotacją, w jakim nie pragnie tworzyć domu dialogicznego. Gdy utknął w swoim siebie kochaniu, nie ma mowy o wspólnym pojednaniu. Odrzucone oddycha w innym jednak swobodnie, żyje w jego nieświadomości. Odrzucone jest bowiem kamieniem węgielnym, gdy nie rościło sobie pretensji do supremacji miejsca, do swojej pozycji, choć prawem odrzuconego jest także bronić miejsca, które hańbi swą godność bezeceństwem.


§4

Ty — jesteś innym. Inny zaś ukazuje się na arenie wydarzeń, jako błazen lub szaleniec (w ujęciu powszechnym) z zamiarem tworzenia domu nieskończonego. W pewnym sensie jest tęsknotą do swego rodzaju tradycji, która w obecnej formie nie może nam do tej pory odsłonić nic, poza hegemonią. Jest po temu zwiastunem trwałej zagłady, gdy odsłania wiekowy fałsz, do którego ludzie przywykli pogrążeni w beznadziejności swego losu i zamknięci na innego.

Ludzkie zwierzę jest postacią przebrzydłą, ograniczoną, organicznie potępioną i do cna zniszczoną przez system trupich wartości, w jakich żyje. W jakich się chowa, dojrzewa i umiera, choć jego śmierć jest nic nie znaczącym końcem. Czymże może być śmierć dla kogoś, kto już za życia umarł. Każdego dnia rzuca ziarna na podglebie patologii, która się rozszerza, zanieczyszcza rzeczywistość, stosując do utylitarnych norm obyczajowych oraz ulegając złudzeniu jak wówczas, gdy z pozoru mamy wrażenie, iż nie obcujemy z demonizmem, jednak gorzka aura, jaką roznosi na przestrzeni czasu, nie może pozostawiać złudzeń co do tego, z kim mamy do czynienia.

Wszechogarniająca beznamiętność pokolorowana quasi egzaltacją, marne i pozbawione pasji życie, cuchnące i karłowate myśli, będące przyczyną schorzeń, nie tylko psychicznych. Obłąkane poszukiwanie sensu, pogoń za miłością, która jest miłością wyzysku i agresji. Pragnienie zawładnięcia swoją ofiarą, zniewolenie jej i grzebanie żywcem, to jest obraz człowieka, który do twórczej pracy w żadnym razie nie jest przygotowany, a co najwyżej są to wyjałowione i pozbawione wartości działania, wybrzmiewające na kartach historii wołaniem o pomoc, o ratunek.


§5

Piękno umiera. Jaka szkoda. Już go prawie nie widać, bowiem wymierają ci, którzy zdolni byliby je odszukać, ożywiając przestrzeń kultury. Wedrzeć się w głąb istoty rzeczy, kontemplować jego nieodłączny od egzystencji sens. Delektować się tym, czego nie można w pełni uchwycić, bowiem nie ma miary nasycenia pięknem metafizycznym. Piękno jest systematycznie odsłaniającym się krajobrazem wszechrzeczy, zagadką, której nie można rozwiązać, gdyż w żadnym razie pojęcie piękna nie może odwoływać się do reifikacji i konsekracji status quo. Inny, a zatem człowiek kochający, daje nam możliwość zanurzania się w głębinę swoich osobistych zetknięć ze światem, cały czas mając na uwadze, by burzyć teraźniejszy porządek, zastaną rzeczywistość. Ucieka przed nami. Nie pozwala się złapać ani naśladować. Otwiera wówczas przed wspólnotą nowe perspektywy myślenia, patrzenia, odczuwania. Nie pragnie jej zguby. Jeśli serce swoje oddał na służbę prerogatywie tworzenia i bezkarnie nie zrywa owoców z drzewa wawrzynowego, zdolny będzie stłumić zwierzęce pragnienie dominacji wśród pobratymców. Wejdzie z nimi w dialog iście operacyjny, lecz jego towarzystwo ma swoją cenę. Nie zniży się do poziomu infantylnych asocjacji kulturowych, społecznych i psychologicznych. Nie może. Za mało jest czasu, by marnować życie schlebiając powierzchownym afektom w celu osiągnięcia własnych korzyści. Jego krzyk obudzi do lotu pisklęta. Stymuluje je, by były gotowe do wędrówki na nowe wyżyny. Nieodkryte przestrzenie miłości. Zostawia swoim życiem świadectwo, najpełniej ludzką satysfakcję, która swój habitat odnajduje poza granicą względności.

Ludzie nie chcą sobie dawać piękna. Nie pragną go. Boją się piękna, bo piękno musi budzić lęk u tych, którzy są wychowywani w totalistycznie ohydnym porządku. Są tylko tym, czym nakazano im być lub bezwiednie naśladują martwicę kultury umarłych miast, szukając jedynie aprobaty dla swoich miernych konkluzji, doznań i chorób. Pragną zaistnieć, lecz tylko wówczas jest to możliwe, gdy się uniosą na skrzydłach brzydoty — sympatii z obiektem partykularnego wyzysku, którym gardzą, bowiem żywią pogardę do samych siebie.


§6

Sceny pięknego świata umarły w tęsknocie niepowstałych obrazów. Metafizyka, matka wszystkiego, co poruszane ruchem w przestrzeni wszelkiego sensu, nieodłączne procesy kreślące rysopis semantycznych zdarzeń, kwitną po raz ostatni, po raz ostatni oddychają dziś, gdy umiera ziemia nieczuła na jej dotyk. W miodopłynnym państwie dekadenckiej logiki głębszej żeruje jedynie robactwo pełzające po sobie. Niepokój już nie boli. Nie boli już brak wrażliwej istoty na dotyk pierwotnego piękna. Skończył się czas. Czas nie został wykorzystany, bo cóż to znaczy wykorzystać czas? Czas nie musiał być spożytkowany zgodnie z racjonalnym porządkiem. Nie trzeba rano wstawać, nie trzeba w nocy spać. Trzeba tylko jednej umiejętności, trzeba nam było uczyć się zabijać czas. Usunąć jego złowieszczą indoktrynację. Czas można zabić tylko w jeden sposób, zabijając siebie. Skoro nie potrafiliśmy zabić czasu, on zgładzi nas.


§7

Psychika jest rodzajem oprogramowania (software) opartego na prawach nieznanych przyrodzie, dlatego też wszelkie formacje światopoglądowe uzasadnione na poziomie biologicznej świadomości istnienia wywołują nieustannie konflikt na podłożu psychicznym, który następnie przekłada się (także w kontekście historycznym) na wszelkiego rodzaju tragedie egzystencjalne. Prawo psychiki, które domaga implementacji w życie człowieka, zwraca się zawsze przeciw ja, bowiem to właśnie walka o przetrwanie — owa niszczycielska siła — od tysiącleci wywołuje zjawiska gorszące i ze wszech miar patologiczne, przenoszone następnie jak zaraza na kolejne pokolenia… lecz żyć to być ślepym na swoje rzeczywiste znaczenie. Dzieje się tak z bardzo prostego powodu. Ludzkość została bowiem rzucona w czas, lecz przecież nie dlatego, że jakaś mroczna i nieznana siła chciałaby uczynić krzywdę ludzkiemu zwierzęciu. Przeciwnie, dostajemy możliwość uwolnienia się od czasu, bądź — ta perspektywa towarzyszy nam od wieków — konania w nim. We wszechświecie nie istnieje czas (ja), lecz ludzki gatunek został nim obarczony, bowiem idea miłości potrzebuje czasu, by uzasadnić wolność poza nim na mocy prawa elitarnego metafizycznego umysłu, który nie dowodzi swego istnienia poprzez jakąkolwiek korelację ze środowiskiem naturalnym. Jeśli czas nie istnieje, bowiem wszystko, co uzasadnione w czasie zostanie unicestwione, to nie istnieją także formy uzasadnione w czasie, którym przyświeca nomenklatura biologicznej świadomości istnienia. Każda heteronomiczna siła to zło samo w sobie, bowiem broni się przed upadkiem — staje nieustannie do walki, zarażając niemocą niewinnych członków organizacji, za których wówczas wspólnota nie bierze odpowiedzialności.

Nie może dziwić przeto, że optymizm, który mi towarzyszy jest par excellence uzasadniony, bowiem tylko w ten sposób można uzasadnić ideę wolności i miłości, które potrzebują czasu właśnie, by zrobić pożytek ze zła, a te musi towarzyszyć uciszaniu biologicznej świadomości istnienia, czyli otwarciu na zapłodnienie intelektualne i etyczne wobec argumentu o wyższym gradualizmie ujawnionym w funkcji dialogicznej.

Czas jest zwykłym złudzeniem, nieznaczącą iluzją, czas to ja — ego, zło w czystej postaci, bowiem zamknięte w więzieniu niemocy, bez możliwości uwolnienia się od siebie wyzwala natychmiastowo kompleksowe rozwiązania w dziedzinie zbrodni nakładane na tkankę rzeczywistości. Prawo psychiki jest zatem prawem śmierci — tylko i wyłącznie — bowiem tylko poprzez śmierć możliwa jest realizacja idei miłości, która umyka ludzkiemu gatunkowi, niczym bliżej nieokreślona tęsknota. Gdy weźmiemy pod uwagę, iż los cywilizacji ludzkiej może zostać uwiarygodniony tylko wobec obecności czasu, a przy tym, iż jest to droga do milczenia całkowitego, czyli unicestwienia w momencie, gdy — używając żargonu fizyków — wszystko zostanie policzone — nie będzie zatem możliwości wyrwania się z pułapki czasu, aby miłość (głęboka troska wyrażona w dbałości o rozwój jednostek pozostających w naszej zależności = koncentracja umysłu na przedmiocie egzystencjalnych rozważań z możliwością poszerzania ich niegraniczenie) nie została nigdy przywłaszczona, od razu pojmiemy, iż sensem ludzkiego doświadczenia nie może być harmonia, której nigdy nie udaje się uchwycić, lecz niepokój. Spokój jest przywilejem milczenia (śmierci), które nie mieści się w świadomości, gdy jednak świadomość pragnie spokoju (przetrwania) przeradza się on w aktywność totalistycznej powłoki czarta. Nie przewidziano dla nas innego losu. Żyj dla miłości albo zabijaj. Wybór nie wydaje się wcale prosty. Pójdźmy dalej. Dalsze wnioski rzucą snop światła na zaciemniony obszar egzystencji.


§8

Śmierć jest ostatecznym aktem rezygnacji z dominacji na tle grupy społecznej, bowiem ręka, która kocha nie przywłaszcza, nie znamionuje jej działania złowieszcze libido dominandi ani zdobywcze wyobrażenie. Jest zatem aktem miłości. Idea lex legum jest dlatego formalnie przeniesiona na obszar psychiki w wymiarze całej egzystencji, tworząc wspomnianą wcześniej koncepcję człowieka otwartego na zapłodnienie intelektualne i etyczne w imię argumentu o wyższym gradualizmie ujawnionego w funkcji dialogicznej. W przeciwnym razie niemożliwa jest realizacja idei szczęśliwości i powodzenia.

Śmierć jest dlatego przyczyną sprawczą lęku egzystencjalnego. Lęku, od którego nie można nigdzie uciec. Nie można się schować, choćby człowiek wynalazł najlepszą kryjówkę. Zawsze nas dopadnie. Z idei śmierci wynika zatem idea prawa moralnego, bowiem tylko owa idea jest w stanie zredukować ów lęk (w obawie przed nicością, karą i osądzeniem wg teologii) do poziomu funkcjonalności, ale wolę użyć sformułowania: umożliwiającego osiągnięcie życiowej satysfakcji. Skoro lex legum jest podstawowym prawem egzystencji, to wszystkie inne pojęcia metafizyczne, jak miłość, wolność, dobro, prawda i twórczość (!), troska, wywodzą się właśnie z pojęcia śmierci, bowiem w sposób jednoznaczny wpływa ona na strukturę psychiczną i odbija na niej jednoznaczne piętno.

To królowa życia, bez dwóch zdań!

Zrozumiałe być musi, iż szczęście psychiki leży w intelektualnej i etycznej płodności. Jest ona na drodze śmierci / miłości, którą należy rozumieć, jako dojrzewanie w dobru, pięknie i prawdzie, gdzie kierunkową tendencją jest zawsze moment uchwycenia tego, co przesłania nam czas zdobywczego wyobrażenia, jako że z natury dąży dogmatyzacji, zamykając metafizykę na szczególne istotne dla niej przeżycia, czyli poszerzanie zdolności poznawczych i postrzegawczych (uwalnianie się od czasu).

Dobro i zło zaś idą w jednej parze, lecz sensu stricto zło nie istnieje, jeśli w obliczu argumentu o wyższym gradualizmie jesteśmy w stanie zrezygnować z fałszywych przekonań i złowieszczych zapędów (otwarcie na innego). Na tej drodze ma się rozegrać przyszłość człowieka wolnego, odpowiedzialnego i pełnego troski. Człowieka, który nie przychodzi na świat, by wygrać, lecz przegrać.

Żeby wspólnota mogła zachować równowagę, powinna ustawicznie czynić walentne zło, aby redukować patologiczny czynnik doświadczenia i odzierać miłość ze złudzeń.

Wyparta bowiem śmierć wraca i domaga się akceptacji, dlatego wszystkie tragedie naszej nieszczęsnej cywilizacji są pokłosiem myśli o proweniencji zbrodniczej, bowiem dążącej do bezczelnej dominacji na tle grupy społecznej. Taką lekcję daje nam historia. Dlatego też Cioran myli się, gdy twierdzi, iż każda idea jest obojętna; idea, o której mówię wyraża bowiem zawsze przekonanie i potrzebę uwolnienia się od czasu — nie może po temu nosić znamion złowieszczej uzurpacji.

Sama w sobie każda idea jest obojętna, w każdym razie taka powinna być; a człowiek ożywia ją, przenosi na nią swój zapał i szaleństwo; skażona, przemieniona w wiarę, osadzona w czasie, przybiera kształt zdarzenia: w ten sposób dokonuje się przejście od logiki do epilepsji… Tak rodzą się ideologie, doktryny i krwawe farsy.


§9

Jedni są tego świadomi i szukają śmierci (porzucenia siebie, ucieczki od siebie i otwarcia na zapłodnienie intelektualne i etyczne), inni nie są świadomi, lecz ich praktyki przywołują i zapraszają śmierć (podświadomość), bowiem wszystko, czego się nie podejmą oznajmia im i światu, że śmierci pragną. Odkrywamy tu zjawisko zdobywczego wyobrażenia, które odsłania się w obszarze egzystencji niejednoznacznie. Oczywistym przykładem jest dziś, w kulturze materialnej, tendencja, by zaistnieć za wszelką cenę. Dlatego gonią biedacy za sukcesami, marzą o tym, by stanąć na szczycie, zdobyć wszystko, co możliwe na tym padole łez i doświadczyć śmierci właśnie, czyli gorzkiego upadku w formie bardzo różnej. Jedni popełniają samobójstwa, inni mordują (niekoniecznie zadając śmierć biologiczną), następni zapadają na depresję, etc. Zdarza się także, i to bardzo często, że latami konają w swoich upadłych światach, pełni nieszczęścia i zgryzoty, bowiem nie udało im się osiągnąć zamierzonego minimum. Myślą o tym, by oszukać śmierć, lecz pani wolności i matka miłości jest bardziej bezwzględna niż fizyka, z czego psychika doskonale zdaje sobie sprawę.

Śmierć jest sensem wszystkiego. Każdy, kto śmierci nie wpuści w swoje życie, domaga się tego, by wtargnęła weń brutalnie, dlatego obraz dzisiejszego świata, który jest pokłosiem myśli o zbrodniczej proweniencji, przyniesie tragedię żyjącym obecnie jak i następnym pokoleniom. Śmierć, mówiąc bardzo prosto, wraca, niczym bumerang, gdyż patologia widoczna niemal w każdej dziedzinie naszego doświadczenia, bowiem gwałt przybiera formy przeróżne (także te z rejestru duchowego), ma się u nas bardzo dobrze — kocha swój czas, cierpiąc na libido moriendi.

Wyzysk jest dlatego polem naszej walki. Wyzysk to nie tylko eksploatacja złóż wszelkiego rodzaju, czy paliw kopalnych. To przede wszystkim fałszywa etyka kierowana z poziomu nieświadomości, która doprowadza nieustannie do zepsucia obyczajów. Ci, którzy nie znaleźli sposobu, by uciec przed pragnieniem zdobywczego wyobrażenia, pozostając na uwięzi hierarchicznej organizacji, tłumiący w sobie absurd obrzydliwego życia, ale i odnoszący nawet sukcesy, choćby w niewoleniu jednostek na podłożu humanistycznym, wspomnieć tu należy wszelkiego rodzaju coachów, są dokładnie tymi samymi, którzy w akcie zepsucia i choroby moralnej zdolni są rozpętać epidemię, byleby zarobić na szczepionkach. Ci zaś, którzy walczą dziś o planetę nie dokonają niczego, bowiem jej los wydaje się być przesądzony. Na nic apele, naukowe argumenty, odwoływanie się do rozumu. Ludzkość, podobnie jak w poprzednich epokach, czeka na zagładę, do tego bowiem doprowadza rozpacz egzystencjalna (niemożliwość zapomnienia o sobie), o czym opowiem w dalszej części wypowiedzi, ukazując kryzys wiekowego zaciemnienia.


§10

Ludzkość w przeważającej mierze jest nieszczęśliwa, lecz słowem szafuje jak świętym orężem, gwałcąc siebie nawzajem w duchu znormalizowanej idei porządkowania kultury, gdzie walentny dotyk, wrażliwość na piękno i grozę zostają zduszone w zarodku, dlatego miłość, objawiając audytorium nieudolną atencję, jest z pokolenia na pokolenie patetycznie marnotrawiona. Zasługuje na nieznaczące politowanie, bowiem mogłaby oddać jej cześć jedynie prymitywna sentymentalność.

Metafizyka dziś powinna postulować stworzenie nowej i czystej kultury! Stworzenie przestrzeni dialektycznej, w której słowo niczym obuch będzie uczestniczyło w procesie kulturowego postępu z racji przenajświętszej, jedynej racji i prawomocności, gdyż zło zawsze idzie w parze z dobrem, dlatego wypierane, w postaci lęków utrwalonych w fałszywym procesie socjalizacji, zbrodni dokonuje poza lub w jej obrębie, jak w przypadku instytucji związanych z kulturą i szeroko pojętą humanistyką, która jest tylko prześlizgiwaniem się po naskórku jej istoty, niezdolnej uczynić z jednostki osobnika na tyle odważnego, by gotów był zaryzykować utratę swego życia dla obrony piękna, dobra i prawdy przed zakłamaniem.


§11

Słowo ma ranić, słowo ma być złowieszcze, o konturach silnie zarysowanych, bowiem szczęście psychiki leży w intelektualnej i etycznej płodności. Słowo wreszcie ma leczyć i uwalniać twórczą ekspresję mentalną wśród członków wspólnoty, którzy obawiając się dotknięcia i poruszenia, niczym ci stojący nad grobem, lamentujący i rozżaleni wyznawcy absurdu, zdolni są i zawsze będą zdolni do realizacji zbrodni, która tu przedstawiona jest nie jako narzędzie walki o przetrwanie, lecz, w duchu tego najpełniej ludzkie, walki o śmierć własną, codzienną, wreszcie o rewizję wszystkiego, co domagało się reifikacji oraz dogmatyzacji. Nie usuniemy zła z naszej egzystencji, nigdy, powiadam. Ze zła możemy zrobić jedynie pożytek wpuszczając innego w nasze serca i przestrzenie metafizycznego krajobrazu, gdy tylko podpali zaciemniony obszar naszej świadomości, aby w tonie słuszności dojrzewać w tym, co autentyczne. Zabijając siebie, stajemy się ludźmi, gdyż człowiek powstaje zawsze ponad tym, co biologiczne. Nic poza tym się nie liczy. Liczy się tylko idea, bowiem cykl życia powtórzy się ponownie, czy tego chcemy, czy nie. Możemy się dlatego mordować bez końca lub przeżyć chwile ofiarowane nam w czasie, jako pełne walentnej troski doświadczenie metafizyki sensu, która nas właśnie z niego uwalnia. Czy jest dla nas do pomyślenia, iż nikt nie wyjdzie stąd żywy? Myślę, że tak, skoro przecież, jak należałoby założyć, każdy pragnie miłości.


§12

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 35.42