E-book
4.41
drukowana A5
23.89
Nie zna snu blask

Bezpłatny fragment - Nie zna snu blask

2023


Objętość:
125 str.
ISBN:
978-83-8351-550-2
E-book
za 4.41
drukowana A5
za 23.89

Echem słońca tęsknota

Idę, tęskniąc, tęskniąc, idę,

słucham metalowych pełzających mgieł,

które wsuwają się w mózgu fałdy,

jak igła w winylową płytę,

serce, tęskniąc, drga melodią słońc,

spływających blasków w bruzdy warg,

namiętnych rozbłysków w ustach nie przełknę sam,

zanim zajdzie za cel tej wędrówki dzień,

a droga zamieni się w czekanie na śmierć

wewnątrz ciszy muzycznych pauz,

światów wyczutych, przegniłych z prochu w proch,

smutków dziurawych dzieciństwa,

wierzb zapłakanych w kolebce silikonowych mgieł

twoich natchnień, co pieśniami się zwą,

echem słońca będzie mój cień.


Prorok znużony

Znużony po unicestwieniach wizji

prorok zasnął w swoim eremie z kart,

prorok był wróżbitą w przeszłości,

utrzymują znów, że takim pozostał,

błędne ognie w jego chacie zwiodły

niejednolitego króla,

który jeńcom tam uczty wyprawić chciał,

skonsolidowany opór jego jutra usiłowań

w dociekaniu publicznym wziął

króla poddanych wiernych góry,

góry władz upadły na próg jego chaty,

nazywanej tylko przez uczniów eremem,

gwiazda zaświeciła nad jego karierą,

przekonał się do króla i poszedł na wojnę

z pokojem,

z samym sobą dobrym,

z królestwem niepokoju roju,

w ustach wciąż trzymając oszczep prawdy ameby,

stanął w pierwszym szeregu

hoplitów, najmitów stanów wojennych — etycznych,

przepowiedział, że

historia sądzić będzie,

on nie

— prorok znużony jest…


Maszyny słów polskich srebrnopióre

Maszyny słów polskich srebrnopióre

startują w Opiniogórze,

zerwały się jak z jezior gęsi stada,

to będzie jak szarża Bezpryma — nieobliczalna

obliczalnego Chrobrego syna,

moje myśli łabędzie gonią historię kluczem wiolinowym,

napędzane jak drony mini silnikami

nokturnów, mazurków, polonezów muzyk,

z baterii czerpiąc ust energię, religię,

maszyny — srebrnołuskie ryby — startują w Ostródzie,

zerwały się jak konie przy saniach w czwórki sprzężone,

jakby na widok watahy polityków swobody

łypiących, czkających, warczących na Mieszka kościoły,

moje myśli, takie święte, wyrwały się, by biec im naprzeciw,

trzaskając jednorożców kopytami,

salwując się wzlotów rybitwami, podskoków batalionami,

zastygającym w kamień polującym żurawiem śmierci

— cny zamęt w zawieruchę dziejów ptasich się zmienił,

ze zwierząt pozostały wacht watah ślady,

a ja, poturbowany,

stoję na drogach plag wczesnych jak pomnik

kamienny, grobowy,

dzisiejszy pierwszej drukarskiej pamięci maszyny.


Kosa — symbol — dla jednego

Na norymberskiej ławie oskarżonych

poeta nie zasiadł żaden,

nie było ich też wśród pilnujących zbrodniarzy,

choć wszyscy wyglądali pięknie,

lub raczej przerażająco schludnie,

poetyckość umknęła z natchnionych niegdyś twarzy

i nostalgii przy tym nie było zbyt wiele — ale była w ogóle

— weny ani muz, tylko złowieszczy wyrok na przedstawicieli,

a poeci w pasiakach, w ciałach dziewczynek z Podlasia,

pobitych, zgładzonych, z abstrakcji odartych,

wyprawili się na sąd, nie norymberski, a ostateczny,

w poprzek narodów na skróty,

poeci zasłużyli na litość stagirycką chociażby,

a naziści na sprawiedliwość logiki,

ale sędziowie półśrodka zawiedli,

ze łzami w oczach zaciętych kamiennie jak wargi sfinksów

poeci umierali w rozgrzeszenia wszystkich fenolu,

żołnierze wolności niknęli w cierpieniu, czyści jak łza,

pilnowali w posągach symbolicznego wieszania nazistów,

a śmierci forma stanęła pomiędzy nimi równie piękna.

Piękna jak?

Piękna tak,

jak Malczewskiego kosa,

jak Malczewskiego

kosa tylko dla jednego,

ponoć oślepionego.

Kataklizm onirycznie sensualistyczny

Kałuża nektaru kwiatowego

na płatkach korony złotej kielicha tegoż,

oto zasupłany niebieskości system łąk a priori

w przydomowych klombach rozwija rozpaczliwie

swoje integralne w senności elementy obrony

przed skazą uwikłanych w wojny odpowiedzi robotów nocy

nektar rozlany z pucharu szczęścia owada

po wielokroć dobrego jak onaż matka natura sama

zemsta robotów już opłakujących ziemię

wynajętych przez bożyszcza dni systemu kosmicznych mąk

aligatorów inżynierów, w elementach cieplarnianych

gazów destabilizacji ostatecznej rozwinięta

się ziszcza

oto ginie ostatni motyl popołudnia logicznej ludzkości,

oto czołgi wieczoru wjeżdżają na podjazd plagiatów

kataklizm onirycznie sensoryczny/sensualistyczny

letniego rozwijania dywanów pierwotnego strachu

na trawnikach i liściach smołą nieustannie zlewanych galopuje

jak ludzik z gry (wymyślonej w delcie myśli oderwanej)

tak właśnie galopując, marmurowiejący

tylko dla zabicia zielonego czasu


Malwy w słoiku dziegciu

Zadośćuczynienie malwy w słoiku dziegciu

zebranego z konkretności brzóz światów wielu

przetworzonego w pożądliwości odwiecznym maglu

bezosobowego grzechu-machiny

brutalnej skończoności przekazów sielskich które

nie okazały się do końca o zgrozo

nieskończoności symbolami malw na owocach sadów

jak stoickich kubistów na placach euforystów jak skansenowych florystów

malwy okiełznania smaków nie barw zaistniały w pamięci artystów robotów

gotowa reprymenda makat cesarzy upiornych

rozognionych imperiów kuchennych skurczonych ponownie

do naparstka na palec tych

haftujących ogródki przydomowe kwietnie pojęciowe

na osnowach nieżyciowych nieb po burzy przedprożnych

sfrustrowana haftująca męczy się w głębi osobowej tęczy

i tonie w depresji własnego snu o potędze ludzi kwiatów ideałów

budzących ją lekarstwem na epok bóle

co jest jak dziegieć niesmaczne


Kubistyczny deszcz

W swej kumulatywności nagiej spektakularne zbyt

zakończenie pojedynczo padającego deszczu,

skupionego wyłącznie na parasolkach mężczyzn

w smutnych oknach jakichś galerii odwrotnych,

ale nawet takie mocne krople zakończyły byt

jak kule ołowiane w czaszkach kolorowych żołnierzyków muzycznej ascezy,

przechadzających się świątecznie w bramie poszarzałej renesansowej zimy

(tak, w bramie gotyckiej galerii… pojawiła się renesansowa zima!),

kołnierz w pelerynach męskich postawiony

tylko po to, by nie rozpoznano i tak nie do rozpoznania twarzy

tych, którzy patrzą w okna niewiernych kochanek, zazdrośni,

błąkając się w nie swoim czasie kubistycznym

dystansów społecznych afektem skumulowanych,

w pojedynczym życiu paryskim rozpraszanym

ukochanego dzieckiem czytelniczym jak deszcz awangardy.


W jaskini rozświetlonej

Skorzystaj, człowieku niemy, niewierny,

na niegdysiejszych ułudach szczęścia delty,

bądź jak łowca turów i jeleni w brązach cały

i wezwij imienia sztuki,

pozostaw oblicze słońca po sobie, w jaskini

a twoje żebra niech staną się łukami napiętymi

dla pokoleń niemych kolejnych

zjedzonych lodowych braci,

przy twym ognisku światłych na Syberii

kredą zaznacz niecność swoją od Kaukazu po Aniuj

i wzdychaj do duchów z kolei żelaznych zesłańców,

potrząsając bębenkiem i głową w warkoczach zamieci cierni

w kręgu zaklętym umarłych epok,

zardzewiałe żurawie nad tobą, nad górami stoją sputniki,

zorze nad mamuciątka mumią,

a w śniegu udeptanym plama krwi anioła.

Płaczesz? W ułudzie szczęścia płaczesz! Kamiennie?

Porwawszy się na sumienie w jaskini rozświetlonej

sztuką zardzewiałych kamieni, zmurszałych piór mitu,

spatynowanych niecności pistoletów i pepesz, płaczesz żelaźnie?

W katedrze góry zakolnej zmienionej

w galerię smolnych dołów honoru…


Mówcy pych

Sążniste przekazy w omnibusach nieograniczeń treści

nie maleją z krwistym upływem sensu, nawet

zmierzch już ideologiczny, a oni mówią, że

są jedynymi przedstawicielami zwierząt

zręcznych, mówiących władz,

mówią więc, mówią, że chcą powiedzieć, że

będą mówić stale, bo

wolna mowa ich wyróżnia, panów

(fakt mowa wyróżnia mówców),

aczkolwiek rośliny sensowniej się komunikują niż pych filozofowie

(biochemicznie naturystycznie, nie ksenofobicznie mizognistycznie)

— i co, i ich prawda sążniście wynagradza sądy… (sagi krwawe),

tak, sądy osądzą sądnie…

Sens maleje?… Bardziej?…

Bardziej niż sukcesy sukcesorów na płaskowyżu myśli nieograniczanej

sensem,

turbo bezsens śmiga,

gdy na pych prawda łże.


Muskularna przekupna śmierć

Muszelki i sznurki zamiast pieniędzy gdyby

zgromadzić w bankach, te wykluczające akuratności mowy, gdyby

ziścić w feminizmie nepotyzmy i sitwy niemowląt, a gdyby

we flakonach wciąż umieszczać bukiety namiętności

zamiast zimnych kwiatów wołaczy — precz do mamusi, gdyby

imperia falujących prosperit się w sklepy Bebiko konieczności zmieniły

i cywilizacje, doroślejąc, uskrzydliły nie tylko estymacje wojen krwawych,

to dobro i zło nie zniknęłoby z powszedniości witraży,

chociażby we wspomnieniach robotów sumiennych, i nawet gdyby

roboty same się zaprogramowały na urok doliny i piękno góry,

a owe stały się kreacjami ludzi oderwanych od powietrza,

które zastąpiłoby pustkę tchnień nirwany,

tej, co to lasy szumią o niej jakąś odą odwieczną,

jakoby próżnią w świadomości subarktycznych cieplarnianych pingwinów,

to niegdysiejsze racje nacji idących w wyzwoleniu,

ku wolności bez pieniędzy, a nie muskularnej przekupnej śmierci,

ot tak, szczerze przemówiłyby jak dzieci.

Twist z Dzikich Pól

Skoczny twist trochę zbyt gorący i zakręcony

jak na melodie wciąż skutego Pokucia,

gdy nawet u nas na Ponidziu wiosny nie ma,

tańczymy z braćmi twista imperialnego,

powoli przechodzi on w sprośnego kankana wschodniego…

Skończymy w przykucu? Przysiadzie?

A może hołubce wycinać będziemy śmierci

i poszalejemy jak dońscy Kozacy

— z harmoszkami w zębach, z koniem na plecach,

z szablą i piką w plecach albo głową na nich,

jak mordercze róże Boscha w ogrodach wojennych rozkoszy,

twist to zmienny, dziwny, nienaturalny,

schodzimy do parteru, łapiemy się za bary

(chwyt, mostek, suples, przerzut i tego…),

a niektórzy za łby nietęgie,

skaczcie śmiało mniejszościowi bracia,

w krąg taneczny susa dajcie,

w bagnach Polesia już rozbrzmiewa muzyka dzika,

z Bukowiny się stacza, by za porohami w trawach

aż po horyzont osaczać,

na fujarce gra wciąż ten sam pastuszek, kolejny Baćka…

fajerka pyka jak fajka (prymka to zmyłka),

fajerka w ziemiance rozgrzewa jak twist

i zegar w okopie bije, bim, bam, bum, bum,

przelicza się Patruszew, Prigożyn i Putin

(potem wylicza, rozlicza i milionom więźniów nalicza trybut)

— mówi w cerkwi wnet: jest nas tylu a tylu,

mamy rakiet i czołgów tyle, milion stuł

(nawet tancerzy, którym gramy, wielu)

— a twist z Dzikich Pól kręci ludami Tymczasowego Pobytu,

kreśląc na piaskach lotnych odwieczne kręgi ludyczne,

zmusza i nas do wygibasów jak zima, pogańska kołomyja,

rozbadana… rozbawiona… rozogniona propagandą sukcesu

jakichś niepoprawnie zadufanych, nie pora dnych sowietów.


Mniemania ego

Mniemania ego

mieniące się w słońcu przemówień przywódcy,

nieobliczalnego, acz ukrytego snów ludzkich skrytobójcy,

w szarych strefach demokratycznej ery pokutującego

za grzechy skromności człowieka, skarabeusza ciszy bezwolnej piramidy,

lochów umysłowych nieokrzesany i-luminarz, zachwycony spazmem jego

ze szczytu zigguratu kłamstw odpowiada okrzykiem wabiącym wolne światło

dla idei zmieniających się szybko

w antyidee — własne.


Mniemania ego

mieniące się iskrami z popiołów zapatrywań na rolę przywódcy,

testu mnogości poddaństw w myślach rozróżnianych,

są jak szczepionki z konglomeratami niewoli błędnie aplikowane,

gorączką kłamstwa leczące prawdy,

niewoli bezświetlnej nieprzezwyciężalnej

w słońcu odbijającym światło — własne,

odbite już raz od księżyca: ja najbardziej pierwotne.

Bezbronni w stali (CZEKAmaj lub The End)

Skalarny czołg ochronny rewolucji — bojownika rannego, na wpół

złożonego z czystej emocji bezmyślnej i skóry…

smoczej na pierwszy rzut oka, inteligenckiej ciut,

zemdlał oto, koń jego zemdlał pod wodą, koń morski,

atomowy na wierzchołku, niestety,

ichniej rozbitków realnej, choć jednowymiarowej rafy,

podeszliśmy pod front światów chemicznie automatycznych,

sflaczałych w połączeniach wiernościowo i humanitarnie duchowych,

potem przez lunety księżycowe grzesznych zobaczyliśmy pysznościowe pobojowiska

i skaleczone grube ryby świata głębin, wciąż bardzo wojownicze,

obronne emocje niepołkniętych jeszcze przekonanych na amen,

potem skorzystaliśmy z wiwisekcyjnego peryskopu nieosiągalnych dali

i internacjonalnowo ustrojstwa pozostawionego dla Antypodów raf pierestrojki

przez ostatniego komunistę, zielonego jak żółw w skalarnym czołgu reformowanym wiecznie..

w kuluarach frontu decydowano o czołgistach wodnych, ich losie w Laosie,

najpierw w Sorbonie, w Bolonii, Kazaniu, potem w Kampuczy i Buczy,

The Doors śpiewali The End na brzegu pojałtańskim, indochińsko bronionym tsunami,

koniki wierzgały, tanki sypały rymami z luf, fale rżały sloganami, a tajfuny wirowały na deskach,

wojna nie miała dojść do skutku nigdy, jednak doszła i przemówiła

od rafy do bieguna — władz arktycznie wyczerpanych wszędzie,

prze myśleni, prze powiedni, prze prowadzalni, prze widywalni już,

ot kuda… wy cywilizacjonariusze tak bezbronni w stali, w skorupie tej:

kałmucko-rosyjsko-żydowsko-niemiecko-szwedzcy — przecie, nie?


Zaufanie Polaka

Skroplone, a potem zdigitalizowane bierwiona z ogniska dyfamacji

w ampułce niby piekła wciąż płoną po jego publicznej aklamacji,

ten smog, ta mgła wszechogarniająca, obezwładniająca,

oblepiająca, w wyziewach smocza,

zawieszona teleologlanie, choć nihilistycznie na szyi narodu,

w pendrivie na smyczy Kremla zaklęta, jak amulet na rzemyku,

nawet nie wiesz, ile energii negatywnych ze stosu

może wywołać w człowieku posługującym się nim,

który nie darzy drugiego Polaka jakimś zaufaniem piastowskim…


Paradise

Zmurszałe poniekąd są już te nieokiełznane wypowiedzi,

jakby sprzed lat burz buntu i powiewu dusz bezkresowości

deszcz zrobił swoje,

nie wnikniesz w sens i składnię tego,

nie do sedna obrazkowego, roślinnego, figuratywnego,

co było jądrem ludzkości, jest ciemnością cywilizacji,

deszcz ciągle pada symboli pustyni,

a rozchwiane beznadzieje w oceanie są tych przemów

i gestykulacji wściekle nieorganicznych,

nie schronisz się w kopule palców

złożonych kiedyś w półkule serca,

kopuła ma dzisiaj znaczenie inne, na ulicach,

na placach, na wiecach przeklętych

rzucono wiele słów na wiatr, wiatr wwiał je do wojen komody,

wiatr przemian, wiatr, co przemija, przemielił,

sproszkował nas po kres cnoty,

choć w ideach stwardniałe księżycowo-atomowych,

przekaz zmurszał generacji rustykalnie festiwalowych luminarzy,

krzyknij do idących aleją z pieśnią na ustach:

wolność woli, wieczność ciał, myśl, Ave Satanas Paradise —

zatrzymajcie się…

— teraz to już nie jest, ha, ha, hi, happening hippie,

to złocony głaz, to piramid zawartość, echo okrzyków mumii

— Oo-oo-oo, oo-oo-oo, oo-oo-oo…

Apokalipsy

Skutecznością apokalipsy Judasza jest warunek agonii

rdzenia Ziemi scalonej ogniem

serca jej demonów rozpędziły wojnę jak światło

serca skamielin urodziły zarazę błędu

serca wód rozkołysanych w gotujących się oceanach zrodziły głód

serca ludzi nienasyconych wywołały śmierć z pragnienia

apokalipsa Judasza poza czasem jak pożądanie trwa

dzięki snom o potędze nawet jednego człowieka

w nim w nas w pytajniku który wciąż jest w jądrze Ziemi

niezastygłej nienawiści do zmian ognia siebie

podczas gdy skuteczność apokalipsy rezygnacji

to nie brak samowiedzy

ale brak miłości

ale przecież jak wiesz

serca aniołów oddanych otoczyły już płonącą Ziemię


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.41
drukowana A5
za 23.89