Miotła czasu zmiata nas wszystkich do kosza przeszłości. Jest bardzo dokładna, nie zrobi wyjątku, nie zostawi najmniejszego okruszka. Ma jeszcze drugi kosz zwany niepamięcią oraz dużo cierpliwości. Miotła czasu zmiata do tego drugiego kosza wspomnienia o nas. Tutaj choć się stara, czasem coś przeoczy. W przypadku sławnych ludzi zostaje całkiem dużo okruchów wspomnień, w przypadku ogromnej większości śmiertelników nie zostaje prawie nic, choćby błagali niebiosa o swoje maleńkie piramidy Cheopsa z Egiptu albo chociaż o łuki Napoleona ze Ślesina. Na tych kartach pojawią się i ci pierwsi, choć na faraonów bym nie liczył, co najwyżej na rosyjskich carów, i ci drudzy, opisani tak blisko rzeczywistości, jak to tylko było możliwe. Fryderyk Florian Skarbek, Fryderyk Chopin, Maria z Wodzińskich Orpiszewska, Ludwik Mierosławski, Maria Konopnicka, Maria Dąbrowska, Franciszek Beciński, Wincenty Witos, Józef Piłsudski, Jerzy Waldorff, Bogdan Czyżewski pojawią się w tej książce, ale nie będą jej głównymi bohaterami. Niektórzy ludzie siali kule, niektórzy, często ci mniej znani siali ziarno, wszyscy wierzyli, że dobrze robią, mieli swoje racje i ideały. Kiedy żyjemy i działamy, to kochamy i nienawidzimy. Patrząc w przeszłość możemy spróbować zrozumieć a nawet czegoś się nauczyć. Minione czasy wymagały dramatycznych wyborów i obfitowały w tragedie. Nawet jeśli ktoś chciał siać tylko ziarno, to okoliczności zmuszały go do chwytania za karabin. Nadciągały niebezpieczeństwa tak bliskie, że ludzie zapominali o powolnym zamiataniu miotły czasu. My ludzie XXI wieku nie mamy takich bliskich zagrożeń. W każdym razie chcemy wierzyć, że nasza cywilizacja nie skończy się szybko, że dalekie grzmoty nie przyniosą niszczycielskiej burzy. Mamy czas, żeby pomyśleć o dniu dzisiejszym, ale i o przeszłości. Czy znajdzie się bohater, który połamie miotłę czasu, która traktuje ludzi jak śmieci, podepcze ją, odrzuci daleko? Ufam, że tak. Sam się czuję takim bohaterem. To jest trochę tak, jakbym przedłużył swoje życie o 100 a nawet 200 lat wstecz, nie poczuł ciężaru tych lat, jakbym wehikułem czasu przeniósł się do innej epoki.
Sławomir Podlewski, Osięciny, 20.06.2026
MARZENIA NIE ZAWSZE SIĘ SPEŁNIAJĄ
Zaczynam moją opowieść od mojej babci, ale nie ograniczę się do opowiadania tylko o życiu moich krewnych, także tych bardzo odległych w czasie, których, jak każdy, mam bez liku. Dzieje mojej rodziny są wątkiem, do którego dodam mnóstwo innych wątków, są zaczynem szerszej opowieści o tym, co działo się na prowincji po roku 1750. Ta prowincja to Kujawy, dla mnie najważniejsze miejsce na ziemi. Trochę zbyt wiele będzie się tu działo, trochę zbyt wielu ludzi będzie chodzić, a nawet biegać po drogach i ulicach między jedną stolicą Kujaw Włocławkiem a drugą stolicą Kujaw Inowrocławiem, więc rzadko kiedy wyprawimy się na drugą stronę Wisły, rzadko kiedy do Niemiec, rzadko kiedy do Stanów Zjednoczonych Ameryki, żeby tłum czasem nas nie stratował. Oprócz ludzi znanych tylko lokalnie pojawią się też tu postacie z pierwszych stron gazet. Dla mnie Wincenty Witos, Stanisław Mikołajczyk, Józef Piłsudski są odlegli, jak czasy w których żyli. Dla moich dziadków byli ich współczesnymi. Słyszało się o nich ciągle, nawet jeśli nie było radia w domu; decyzje, które podejmowali, wpływały na codzienne życie.
Nigdy nie rozmawiałem z moją babcią Józefą jako dorosły. Widzę ją oczami dziecka, jak wychodzi z obory z kilkoma jajkami w podołku fartucha i zaraz znika w mgle niepamięci, jak przystoi to duchom. Jako dziecko nie miałem pojęcia, jak silna musiała być ta drobna, mierząca ledwie 154 cm wzrostu kobieta o czarnych włosach i śniadej cerze w latach, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie, w latach napiętnowanych przez światowe wojny, choroby i niedostatek. Moja babcia nie była taka mała, jak to może się w pierwszej chwili wydawać, jej wzrost był bliski średniej krajowej dla kobiet. W XIX wieku niedożywieni ludzie nie byli wielkoludami. Do carskiego wojska w latach 70-tych brano mężczyzn, jeśli tylko mieli więcej niż 153 cm wzrostu. Nawet teraz trudno mi sobie wyobrazić babcię Józefę, którą pamiętam jako zmęczoną trudnym życiem staruszkę, jako małe dziecko, śliczną Józię.
Józefa Pogodna urodziła się 2 marca 1888 roku w Dąbiu Kujawskim w rodzinie robotników folwarcznych. Nie znała swojego ojca Michała Pogodnego. Nie miała żadnego wspomnienia związanego z jego osobą. Był dla niej tylko skąpą opowieścią, może tęsknotą w trudnych chwilach. Kiedy skończyła pięć lat, rzadko spotykała swoją matkę Katarzynę Ziarkowską i nie miała najlepszych wspomnień z tych spotkań. Na własnej skórze przekonała się, co oznacza słyszane nieraz określenie biedna sierota.
Tylko dziadkowie ze strony matki Antonina z domu Piórecka i Wojciech Ziarkowski dawali jej odczuć, że jest kochana, ale niewiele czasu z nimi spędzała. Niewiele wiedziała o ich życiu. Coś tam opowiadali, ale Józia najpierw była za mała, żeby rozumieć, a potem jako podlotek skupiała się na swoich problemach. Dziadkowie nie mieli łatwego życia. Wojciech tylko wczesne dzieciństwo zapamiętał jako szczęśliwe. Z łezką w oku często spoglądał w przeszłość. Jego ojciec Ignacy Ziarkowski był organistą, tak samo zresztą jak jego dziadek Szymon.
Szymon często opowiadał wnukowi o swoim życiu. Stary człowiek bywa młody tylko we wspomnieniach. Dziadek swoje opowieści zwykle kończył tak samo: „Wspomnij mnie czasem, kiedy mnie już nie będzie na tym świecie. Opowiedz o mnie swoim dzieciom”. Dla małego Wojtka wspomnienia dziadka zastępowały bajki. W bajkach ich bohaterowie dokonują niezwykłych rzeczy. Szymon także dokonał czegoś niezwykłego. Został organistą, nauczył się czytać i pisać. Wojtek nie wszystko pamiętał z tego, co mu Szymon opowiadał, nie wszystko rozumiał. Wieczorem słowa dziadka usypiały go. Najbardziej utkwiła mu w pamięci wyprawa do pustego kościoła, wędrówka po schodkach do góry i granie dziadka na organach. Najpierw Szymon pokazał mu, gdzie jest manuał na kontuarze, czyli ręczna klawiatura, potem pokazał mu, gdzie jest nożna klawiatura, bez której organy pozbawione byłyby niskich dźwięków, czyli basów. Pokazał mu też włączniki rejestrowe, które uruchamiały różne grupy piszczałek dla uzyskania różnych głosów. Tyle było tych przełączników, że mały Wojtek poczuł wielki podziw dla dziadka, że ten nie pogubi się w tym wszystkim. W ogóle granie rękami i nogami wydało mu się niesamowite. Szymon dłużej zatrzymał się przy miechu i łzy stanęły mu w oczach. Jako chłopiec zaczynał swoją przygodę z organami jako kalikant obsługujący miech tłoczący powietrze do piszczałek. Przykładał się bardzo do tego zajęcia, a w przerwach między mszami zasypywał organistę pytaniami dotyczącymi organów. Organista był zdumiony jego dociekliwością, a kiedy usłyszał, jak ładnie śpiewa, poczuł ukłucie zazdrości. Nagle przestał lubić swój głos. Przez kilka niedziel przestał odpowiadać na pytania chłopca, a nawet raz fuknął na niego, że znajomość organów do niczego chłopom przydać się nie może. Szymek był bardzo zaskoczony, gdy organista zaproponował, że może go uczyć. Przez chwilę zaniemówił z radości. Jednak jak szybko radość może zostać zastąpiona przez rozpacz. Rodzice Szymka nie mieli pieniędzy, żeby zapłacić za naukę. Drżącym z emocji głosem chłopiec zakomunikował organiście, że jest zbyt biedny, by zostać jego uczniem. Organista poklepał go po plecach. „Nie wolno ci zmarnować takiego talentu. Pan Bóg dał ci piękny głos, ja tylko trochę pomogę Panu Bogu” — powiedział. Koniec końców nie uczył Szymka zupełnie za darmo. Rodzice chłopca przez kilka lat nauki w miarę możliwości płacili organiście. Czasem zamiast pieniędzy dawali kurę albo kaczkę. Drób był oskubany i wypatroszony, że tylko do garnka wrzucić. Rodzice widzieli, że ich syn uczy się szybko i rozumieli, że dostał od losu wielką szansę. Doczekali czasu, kiedy zastąpił przy organach swojego nauczyciela oraz dobroczyńcę i zwrócił z nawiązką koszty nauki. Kunszt muzyczny Szymona sprawił, że jego chłopskie pochodzenie nikomu nie przeszkadzało. Grał z nut i ze słuchu, co było ważne, bo nie zawsze zapis nutowy można było dostać. Szymon wrócił do rzeczywistości, zamrugał oczami, znowu był starym człowiekiem. Pokazał wnuczkowi, jak obsługiwać miech. Wojtek aż poczerwieniał z dumy i z wysiłku, kiedy wcielił się w rolę kalikanta, żeby dziadek mógł zagrać. Więcej już dziadka grającego nie usłyszał, za to jego ojciec Ignacy siadał przy organach każdej niedzieli a i w dni powszednie. Kiedy Wojtek słuchał organów w wypełnionym po brzegi kościele, kiedy słyszał głos ojca, duma wprost rozsadzała go. Sam też próbował śpiewać, choć prawie siebie nie słyszał. Muzyka organisty zachwycała nie tylko zebranych w kościele, ale i Pana Boga. Dla Niego Ziarkowski próbował być artystą. W trakcie kazania księdza, które prawie zawsze było nudne, a w każdym razie niezrozumiałe, mały Wojtek błądził wzrokiem po głównym ołtarzu. Święty Józef, choć tylko namalowany, wyglądał jak żywy. Przypominał mu dziadka Szymona. Broda i wąsy były identyczne. Jeszcze bardziej na żywe wyglądały rzeźby dwóch młodych kobiet, ubranych w długie niebieskie suknie, jakby z szafy jego mamy wyjęte. Wojtek domyślał się, że zapewne zapomniały odmówić pacierz i teraz za karę musiały stać na jednej nodze. Jemu też raz przytrafiła się taka kara. Na górze marmurowego ołtarza dwie inne tak samo ubrane kobiety siedziały sobie wygodnie. One zapewne zawsze odmawiały pacierz. W domu Ignacy uczył swoje dzieci czytać i pisać, o rachunkach też nie zapominał. Mały Wojtek marzył, żeby pójść w jego ślady i zostać organistą. Wiele kościelnych pieśni umiał już na pamięć. Jego mama Barbara z domu Filistyn, najlepsza ze wszystkich mam na świecie, zachęcała go, przepytywała, nie zapominała, żeby pochwalić zdolnego synka. Bardziej chwalili go tylko dziadkowie Szymon i Regina, rodzice Ignacego, kiedy jeszcze żyli. Szymon był bardzo zadowolony, że jego wnuczek odziedziczył po nim smykałkę do muzyki. Szczęśliwe to były dla Wojtka lata spędzone razem z rodzeństwem, rodzicami i dziadkami w ładnym gospodarstwie w Grabienicach. Chłopiec myślał długi czas, że wszystkie dzieci maja tylko dwoje dziadków. Nawet kiedy jego mama wytłumaczyła mu, że ma jeszcze jedną babcię i jeszcze jednego dziadka, których też powinien kochać, słowa Barbary dotarły tylko do jego głowy, ale nie do serca. Nie zawsze rodzina Ziarkowskich mieszkała w Grabienicach. Zarówno Ignacy, jak i jego syn Wojtek urodzili się w Trąbczynie, Ignacy w 1789 roku, Wojtek w 1822 roku. W Trąbczynie Szymon grał na organach w miejscowym kościele, miał też własną, z prawem dziedziczenia ziemię, za którą płacił czynsz. Ziarkowscy byli okupnikami albo inaczej czynszownikami, nie musieli chodzić do pańszczyzny. Po poślubieniu swojej rówieśniczki Basi, Ignacy mieszkał przez pewien czas w jej rodzinnej miejscowości Królików, gdzie Basia pracowała jako pokojówka na plebanii. Niestety teściowie, okupnicy jak Ziarkowscy, już nie żyli. Ignacy był organistą w miejscowym kościele. Po przeniesieniu się do Grabienic, młody organista miał parę kroków do kościoła i to nie byle jakiego kościoła. Zbudowana w stylu gotyckim pod koniec XVI wieku świątynia całkiem niedawno, bo w 1793 roku, po pożarze została odbudowana i odnowiona. Freski na ścianach i suficie były wciąż w idealnym stanie i cieszyły oko. Postacie na freskach modliły się nawet wtedy, kiedy kościół był zupełnie pusty. Moja babcia Józefa tylko słyszała, że jej pradziadek Ignacy był organistą. Piękna sprawa, ale nawet gdyby był udzielnym księciem na zamku, nic to by w jej życiu nie zmieniło. Może to i lepiej, że nie wiedziała, co się wydarzyło w Grabienicach zanim jej dziadek Wojciech skończył 11 lat. W 1832 roku zmarła mu matka Barbara. Parę lat wcześniej odeszli jego dziadkowie Szymon Ziarkowski i Regina z Poznańskich. Po szczęśliwych latach przyszły lata smutne. Wiele razy jeszcze Wojtek się zapominał i wołał: „Mama”. Odpowiedzi nie było. „Czy tata też mnie zostawi?” — zastanawiał się nieraz. Ignacy nie umarł. W maju 1833 roku w wieku 44 lat ożenił się z 28-letnią wdową, Katarzyną Jasińska z domu Majewską. Ignacy kazał Wojtkowi mówić do niej mama, ale chłopiec starał się bardzo, żeby rzadko używać tego słowa. Dla niego mama miała na imię Barbara. Nawet nie chciał i nie zdążył dobrze poznać swojej macochy. Katarzyna miała swoje plany. Nie raz i nie dwa szeptała coś na ucho swojemu mężowi. Wreszcie pewnego dnia Ignacy poinformował swoje dzieci, że pójdą na służbę. Najmłodsze były przerażone, ale nie było od nagłej decyzji odwołania. Ojciec wytłumaczył im, że na służbę wszystkie dzieci chodzą i to oznacza, że powoli stają się dorosłe. Długo zapewniał, że wszystko będzie dobrze, że będzie je odwiedzał. Jego dwóch najstarszych synów, będących na progu dorosłości, już chodziło do pracy. Nie widzieli problemu. Gorzej było z Wojtkiem i jego o dwa lata młodszym bratem Ignacym juniorem. „A co z moją nauką na organistę?” — zapytał Wojtek, który myślał tylko o sobie. „Jesteś bardzo młody. Wrócimy do niej za parę lat” — odparł jego ojciec. Była to jednak czcza obietnica. Kiedy dzieci odeszły z domu, co innego zaprzątało mu głowę. Z Katarzyną nie wyjechał w podróż poślubną, nikt wtedy poza szlachtą nie wyjeżdżał, ale miał przynajmniej wolną chatę. Kiedy Ignacy i Katarzyna kochali się, nie musieli sprawdzać, czy dzieci już usnęły, czy czasem nie udają. Tylko ściany słuchały ich przyspieszonych oddechów, a łóżko aż podskakiwało z radości. Dobrze im się powodziło, o czym zaświadczały kupione meble. Tylko wspólną miskę z jedzeniem kładli po staremu na stołku. Katarzyna nie chciała stołu. Stołek przypominał jej dom rodzinny. Ignacy zaś uważał, że i bez stołu ich dom za bardzo odróżnia się od chłopskich domów. Wojtek poszedł na służbę do wioski zwanej Chrusty. Ignacy zadbał, żeby jego syn trafił do dobrych ludzi. Jak obiecał, odwiedzał go często, spotykali się nie tylko w kościele. Ignacy sprawdzał, jak się synowi powodzi, czy czegoś mu nie brakuje. Kiedy w aptece po raz pierwszy udało mu się kupić cukierki, zaraz przyniósł parę dla Wojtka i upomniał go, że trzeba je ssać powoli. Wojtek był zachwycony, stwierdził, że czegoś tak słodkiego nigdy nie miał w ustach. Z upływem lat Ignacy zaczął rzadziej odwiedzać Chrusty, rzadziej też zapraszał swoje dzieci do rodzinnego domu. Nie oznaczało to jednak, że o nich zapomniał. Po prostu miał więcej obowiązków, doczekał się z młódką Katarzyną potomstwa. W miarę jak twardniały Wojtkowi ręce od ciężkiej pracy, oddalało się marzenie o graniu na organach. Kiedy gospodarz, u którego pracował, zauważył, że jego pracownik spędza wolne chwile na czytaniu, podsuwał mu czasem urzędowe pisma do rozszyfrowania. Wojtek czuł dumę, że potrafi więcej od dorosłych i nie tylko pasieniem, karmieniem, dojeniem, strzyżeniem owiec potrafi się zajmować. Na początku praca przy owcach wydawała mu się łatwa. Wynikało to z jego ignorancji. Zwykle dzięki ignorancji ludziom wydaje się, że są mądrzy. Kiedy gospodarz go zrugał za to, że chciał zapędzić owce na podmokłe pastwisko, zrozumiał, że i od gospodarza może się wiele nauczyć. Postanowił wtedy zapisywać istotne informacje, a było ich dużo, w solidnym zeszycie, który dostał od ojca. O owcach prawie każdego dnia dowiadywał się czegoś nowego. Gospodarz był z niego zadowolony i owce też. Kaganek oświaty, który Ignacy, a jeszcze wcześniej Szymon, zapalił w domu Ziarkowskich, miał nigdy nie zgasnąć. Odtąd dla wszystkich jego potomków literki przestały być niemymi, rzuconymi na papier czarnymi robaczkami.
Czytaniem i pisaniem zaimponował Wojtek pewnej pannie, która była służącą w tej samej wsi Chrusty. Najpierw poznał jej imię Antonina. Po kilku rozmowach poznał też jej nazwisko Piórecka. Żartobliwie nazywał ją panią z miasta, bo urodziła się w Grzegorzewie. Okrutny los zabrał jej nie tylko matkę Petronellę, ale i ojca Andrzeja. Nie namieszkała się długo Antosia w Grzegorzewie. Po śmierci rodziców, okupników, Antonina nie odziedziczyła gospodarstwa. Już jako dziecko poszła na służbę i zdawało się, że praca służącej będzie jej przeznaczeniem do grobowej deski. Biedną dziewczyną o przeciętnej urodzie nie interesowali się kawalerowie. Dopiero Wojciech zauważył, że jest obdarzona nieprzeciętną inteligencją, na Chrustach nie było dziewczyny, z którą równie ciekawie by się rozmawiało. Antonina była wyjątkowa, bo w przeciwieństwie do większości kobiet, nie była przesądna. Zupełnie nie podzielała wiary Ziarkowskiego w przesądy, co do których wykazywał zdumiewającą pamięć. Wierzył na przykład, że jak kura pieje, to niechybnie wydarzy się coś złego. Potwierdzenie prawdziwości tego przesądu miał w zanadrzu. Jednej gospodyni na Chrustach piejąca kura wywróżyła złamanie nogi. Wojciech starał się nie kichać. Wierzył, że podczas kichania dusza może wylecieć z człowieka. Wierzył, że ludzie po kawałku tracą swoje dusze i stad tyle zła panoszy się na świecie. Nie rozdziawiał też gęby przy obcych. Dusza upiora, strzygonia albo strzygi mogłaby wniknąć do jego głowy, pokonać jego własną duszę osłabioną, choć tylko trochę, kichaniem. Wojciech nigdy nie był pewien, czy ma do czynienia z człowiekiem, czy z upiorem. Antonina śmiała się z jego zacofania i to na początku bardziej go przekonywało niż logiczne argumenty, które powoli do niego docierały. Nie od razu Piórecka wypełniła jego głowę swoimi mądrościami i nigdy nie była pewna, czy uwolniła go od wszystkich przesądów. Jedną radę Antoniny wziął sobie do serca: „Myśl szybko, poruszaj się wolno”. Robił się coraz mądrzejszy przy boku swojej dziewczyny, ale jeśli chodzi o zawarcie małżeństwa nie poruszał się wolno. Ślub 24-letniego Wojciecha i 29-letniej Antoniny odbył się 11 października 1846 roku w kościele w Myśliborzu, a domem weselnym był dom siostry Antoniny. Udzielający ślubu ksiądz proboszcz Józef Strzałkowski życzył młodej parze długiego i szczęśliwego życia. Jego życzenia miały się sprawdzić. W ich spełnieniu pomogła pomoc ze strony Ignacego Ziarkowskiego i ze strony krewnych Antoniny. Nie było tak, że młodzi musieli dorabiać się od rzemyczka do koniczka. Chrusty dawały pożyć, dawały pojeść, dawały odpocząć, ale był jeden problem: mieszkanie. Wojciech wciąż pracował przy owcach. Lubił śpiewać piosenki, choć już niekoniecznie kościelne, bo ze śpiewem na ustach lepiej mu się pracowało, robota się nie dłużyła, a że czasem inni zatrzymywali się, by go posłuchać i tracili czas, to już nie była jego wina. Mógł sobie pozwolić na śpiewanie, bo co trzeba było zrobić przy owcach, znał na pamięć. Wiedział o nich dużo, nie tylko to, że dla karmiących owiec trzeba mieć zboże i marchew, a także lżejszą rękę niż dla upartych baranów. Z pewnością wiedział więcej o wełnistych zwierzakach niż one same o sobie. Znał nawet i rozpoznawał, a także leczył ziołami ich groźne choroby, choć nic nie słyszał o bakteriach i wirusach. Czujności nigdy nie było za wiele, bo zdarzało się, że zaraza zabijała całe stada. Wojciech nie dopuszczał nawet do lekkich chorób takich jak kulawka biorąca się z nieprzycinania racic czy robaczyca szerząca się, gdy owczarz zapominał podawać zioła na odrobaczanie. Świniopasem mógł zostać każdy, zawód owczarza wymagał wiedzy i doświadczenia. Nie wystarczało często wyrzucać gnój i bielić wapnem ściany owczarni. Wojciech wyrobił sobie dobrą opinię. Nic przeto dziwnego, że zaczął rozpytywać, gdzie potrzebują owczarza. Jako że nie ograniczył się w poszukiwaniach do najbliższych wiosek, miał z czego wybierać. Po narodzinach dzieci można się zorientować w jakich majątkach Ziarkowscy pracowali. W miejscowości Kamień w parafii Cienin Kościelny w 1847 roku urodził się Franciszek, a w 1849 roku Katarzyna. Jako że Katarzyna była moją prababcią, pozwolę sobie podać dokładną datę jej urodzin. Przyszła na świat 1 listopada 1849 roku. W miejscowości Nieświatów w parafii Kazimierz Biskupi, parafii znanej z pięknych lasów i jezior, urodziła się w 1850 roku druga córka Anna. Praca robotnika folwarcznego nie dawała takiej stabilizacji jak praca organisty. Na folwarki w ubogiej w przemysł Polsce ludzie byli jednak często skazani. Wojciech nie mógł nic znaleźć poza folwarkiem. Jednak praca owczarza nie była szczytem jego zawodowych ambicji, choć wiedział, że organistą już nigdy nie zostanie. Miał z tego powodu głęboko skrywany żal do ojca. Został odsunięty na bok jak niepotrzebny mebel. Jego miejsce, miejsce jego braci, zajęły dzieci macochy Katarzyny. Kiedy się dowiedział, że jego przyrodni brat Michał urodzony w 1836 roku kształci się na księdza, żal odżył. Dla Michała ojciec nie żałował pieniędzy. Przestał Wojciecha nawet odwiedzać, tłumacząc się brakiem czasu. Spotykali się tylko przy grobach Barbary i dziadków.
Rozmyślania zabierały Wojciechowi sen, dobrze, że liczenie baranów przed zaśnięciem dobrze mu szło. Nie były abstrakcyjne. Postanowił, że pokaże ojcu i rodzinie, że sam potrafi coś osiągnąć. Jego dzieci zasługiwały na lepsze życie. Antonina nie wywierała na niego presji, on jednak ciągle pytał znajomych, szukał możliwości. Wiedział, że ma zdolności, żeby swoje zamiary zrealizować. Odrobina cierpliwości też była potrzebna. W końcu dostał intratną posadę borowego w ładnej, ale niedużej miejscowości Słaboludz. Dopiero po latach dowiedział się, że nową pracę załatwił mu ojciec. Folwark Słaboludz był jednym z wielu folwarków, których właścicielem był Mielżyński. Poprzedni właściciel generał Józef Lipski, miał jeszcze dużo więcej ziemi. Magnackie fortuny urosły nie tylko na Ukrainie. Który z braci Mielżyńskich był dziedzicem, to chłopi nawet nie wiedzieli. Dziedzic nie mieszkał w wiosce Słaboludz ani nawet w pięknym pałacu w Kazimierzu Biskupim. Mieszkał od zawsze po drugiej stronie granicy w poznańskim. Tylko w czasie powstania listopadowego przebywał dłużej w Królestwie Polskim i wziął udział w wyprawie na Litwę. Po klęsce powstania zajął się pracą organiczną, współpracował z Karolem Marcinkowskim, który wywarł na niego duży wpływ. Marcinkowski, choć jako wybitny lekarz nie uskarżał się na brak bogatych pacjentów, biednych mieszkańców Poznania leczył za darmo. Zorganizował też stypendia dla ubogiej młodzieży. Mielżyński nade wszystko poświęcił się unowocześnianiu rolnictwa w swoich majątkach. Jego dobra kazimierzowskie również osiągnęły wysoki poziom kultury rolnej. Słaboludz była tak małą wioską, że ani przed powstaniem listopadowym, ani w czasie powstania Mielżyński jej nie odwiedził. Była tak mała, że nikt tam nie umierał. Drzew było więcej niż ludzi, a drzewa są długowieczne. Jeśli już z garstki mieszkańców ktoś zmarł, to ludzie mieli temat do rozmów przez kilka lat, ale był to wyjątek potwierdzający regułę. O młodej kobiecie pożartej przez wilki pewnie do dzisiaj miejscowi opowiadają. W połowie XIX wieku w całej Europie oziębił się klimat. Stawy zamarzały na wiele dni przed Bożym Narodzeniem i mróz trzymał bez przerwy nie do Matki Boskiej Gromnicznej, ale do wiosny. Śnieg padał i nie topniał. Zasypywał drzwi tak, że nie można było ich otworzyć; zasypywał okna tak, że mdłe zimowe światło ledwo dostawało się do wnętrza chałup. Ludzie wykopywali w śniegu tunele i tylko dzięki nim sąsiad mógł odwiedzić sąsiada. Głodne wilki podchodziły pod ludzkie siedziby, wkradały się do obór; gdzie wiatr utworzył wysokie zaspy, zaglądały nawet do kominów. Przed Bożym Narodzeniem, żeby pójść przed świtem na roraty, wieśniacy zbierali się w większe grupki, brali kije i pochodnie. Młoda kobieta też chodziła na roraty, ale nieszczęście spotkało ją, kiedy wracała z młyna. Wyruszyła zaraz po obiedzie z torbą pełną ziarna. Jej maż był mocno przeziębiony, a dzieci bez chleba nie mogły się obyć. Niestety we młynie musiała czekać na swoją kolej i zaskoczył ją zmrok. Dzieci i mąż próżno czekali na nią. Znalezione nazajutrz skąpe szczątki ludzkie rozrzucone na śniegu przeraziły ludzi. Każdego z nich mógł spotkać los pożartej przez wilki kobiety. Okoliczni dziedzice też byli wstrząśnięci. Wilki, które posmakowały ludzkiej krwi, stawały się jeszcze bardziej niebezpieczne. W zorganizowanym szybko wielkim polowaniu wziął również udział Wojciech Ziarkowski. Wiele wilków padło od strzelb myśliwych, a te które przeżyły przeniosły się w inne okolice. Wioska Słaboludz znowu stała się wioską, w której nikt nie umierał. Jej mieszkańcom to nie przeszkadzało. Oczywiście pogrzeby w okolicy zdarzały się.
Mijały lata. Wilków już nikt się nie bał, bo ich nie było. W wiosce szczęśliwych z powrotem ludzi w Słaboludzu w parafii Kleczew przyszła na świat w 1861 roku Józefa, trzecia córka Antoniny i Wojciecha. Ziarkowscy mieli sporą gromadkę dzieci, ale szalejące choroby oszczędziły tylko najstarszą Katarzynę, Ignacego oraz dużo młodszą Józefę. Może za późno wprowadzili się do wioski, w której nikt nie umierał. Wydaje się też, że próbowali planować przychodzenie na świat swoich potomków. Stefan Wyżykowski, wnuczek Józefy, w liście do Grega Pogodnego twierdził, że jego babka miała kilku braci. Jednak dane z archiwów tego nie potwierdziły. Jakiś krewny Wojciecha Ziarkowskiego prawdopodobnie wyjechał do Ameryki, na długo przed dziadkiem Grega. W rodzinie narzekano, że nie chciał nikogo ściągnąć do swojej nowej ojczyzny. Pracę miał Wojciech Ziarkowski trudną. Nie było już po pamiętnym polowaniu w okolicy Kleczewa wilków, ale kłusownik przyłapany na gorącym uczynku, szybko mógł się zamienić w wilka. Chłopi kłusowali, dzikiej zwierzyny było dużo, a głód na przednówku szczególnie bywał wilczy. Trzeba było też pilnować, żeby chłopi nie wynosili drewna z lasu, ale jakoś godził Wojciech obowiązki wobec rządcy folwarku z przyzwoitością wobec ludzi. W określone dni chłopi mogli wjechać do lasu furmanką i pozyskać drewno na budowę czy remont domu. Borowy sprawdzał asygnatę wystawioną przez dziedzica i sprawdzał, czy ładunek na furmance zgadza się z tym, co jest napisane na asygnacie. Umiejętność czytania była w pracy Wojciecha nieodzowna. Miał dylemat: pozwalać kobietom rąbać siekierą gałęzie czy nie. Szybko zdecydował, żeby nie pozwalać. Jeśliby pozwoliłby, to ludzie wynieśliby mu pół lasu, całe drzewa siekierą pościnaliby, nie czekając na noc i burzę. Wszystko, co leżało na dnie lasu, a więc drobne gałęzie, szyszki i igliwie do palenia w piecu, zeschłe liście nadające się na ściółkę dla inwentarza pozwalał Wojciech wynosić w workach i płachtach bez ograniczeń. Jeszcze czasem doradzał, gdzie można znaleźć te cenne materiały. Z grzybami sprawa nie była taka prosta. Rodzina rządcy lubiła grzybobranie i obowiązkiem borowego było pilnowanie, żeby grzyby nie zniknęły z lasu. Podobnie miała się sprawa z malinami i jeżynami, ale w tej kwestii ze względu na wiecznie głodne chłopskie dzieci nie był borowy Ziarkowski, zwykle tak posłuszny swojemu rządcy, zbyt obowiązkowy. Wiedział, że nie zawsze opłaca się pilnie wykonywać niezbyt mądre polecenia.
Rok po narodzeniu Kasi Ziarkowskiej w roku 1862 wydarzyło się coś niesamowitego w wiosce Słaboludz. Nie, nikt nie umarł. Wręcz przeciwnie ludzi wypełniła jeszcze większa ochota do życia. W roku tym przyjechał do Kazimierza Biskupiego dziedzic Maciej Mielżyński i uwłaszczył chłopów w swoich kazimierzowskich dobrach. Zabór rosyjski nie oglądał jeszcze takiej zmiany. Mielżyński naraził się okolicznym dziedzicom, ale nie dbał o to. Miał już 63 lata, nie chciał dłużej czekać z uwłaszczeniem. Został na stałe w Kazimierzu Biskupim, to znaczy na 8 lat, które mu jeszcze pozostały. W wiosce Słaboludz nie wszyscy się cieszyli. Do nielicznych wyjątków należał borowy Wojciech Ziarkowski. Nie dostał ziemi, poczuł się pominięty. Dotychczas lepiej mu się powodziło niż kmieciom, teraz funkcja borowego źle mu się przysłużyła. Wojciech był rozżalony. Włości kazimierzowskie Macieja Mielżyńskiego były ogromne, liczyły 11 tysięcy mórg. Ziarkowski nie był nawet w stanie wyobrazić sobie takiego areału. Potrzebował tylko parę mórg, może trochę więcej niż parę. Ze swoim żalami postanowił pójść do rządcy. Antonina nie była zachwycona jego pomysłem. „O sprawiedliwość jest trudniej niż o pieniądze. Sprawiedliwość dla każdego znaczy coś innego. Nie bądź pazerny. Przez pazerność świat się podli” — powiedziała. Wojciech tym razem nie posłuchał żony. Poszedł z żalami do swojego rządcy, a kiedy to nic nie dało, poszedł z nimi do głównego rządcy w Kazimierzu Biskupim. Ten ostatni nie chciał nawet z nim rozmawiać. Uparty Wojciech postanowił udać się do samego hrabiego Macieja Mielżyńskiego. Słyszał o nim niemało. Mielżyński wstydził się używać hrabiowskiego tytułu. Przyjmowanie tytułów szlacheckich wiązało się w jego pojęciu z głupim wywyższaniem się. Poza tym tytuł hrabiowski otrzymał jego ojciec nie od króla polskiego, tylko od króla pruskiego. Polski już nie było. Wojciechowi udało się porozmawiać z dziedzicem po mszy koło kościoła. Co prawda trochę plątał się Ziarkowskiemu język, ale zdołał powiedzieć to, co zamierzał. Mielżyński przyjrzał mu się z ciekawością. Zaraz pospieszył z wyjaśnieniami: „Jest grupa ludzi, którzy z racji swoich umiejętności nie muszą mozolić się przy uprawie roli własnymi rękami. W moich folwarkach nie dostali ziemi na własność rządcy, kowale, piekarze, kucharze, kamerdynerzy, borowi. Mógłbym podać jeszcze więcej przykładów. Proszę nie mieć do mnie pretensji”. Mielżyński wyciągnął rękę, którą Ziarkowski skwapliwie uścisnął. Hrabia nie znosił całowania rąk. Żeby podać prawą rękę, Wojciech przełożył swoją czapkę do lewej. „O, widzę, że mamy takie same czapki” — zawołał Mielżynski. Dopiero w tym momencie Ziarkowski zdał sobie sprawę, dlaczego czapka z daszkiem nazywa się maciejówka. Pierwszą czapkę z daszkiem kazał sobie zrobić Maciej Mielżyński. Przez chwilę Wojciech poczuł się tak, jakby dostał na własność las, którym się opiekował. Rozmowa nie uszła uwadze ani rządcy folwarku Słaboludz, ani głównemu rządcy dóbr kazimierzowskich. Wojciech pomyślał, że zamiast sobie pomóc, naraził się tylko swoim przełożonym. Jednak rozmowa zrobiła porządek w jego głowie i wygnała z niej żale. Nadal jemu i jego rodzinie dobrze się powodziło. Na posadzie borowego po raz pierwszy w życiu poczuł Wojciech, że ma trochę pieniędzy, że może coś kupić. Oczywiście podobnie jak karbowy i włodarz był zwolniony z pańszczyźnianych obowiązków jeszcze przed uwłaszczeniem. O Mielżyńskim, który był szlachcicem, ale przede wszystkim był człowiekiem, zaczął myśleć jak najlepiej.
Jednak pewnego dnia zupełnie zawiódł swojego dziedzica. Antonina od razu zauważyła jego przygnębienie. „Stchórzyłem” — powiedział krótko. Po chwili dopiero wyjaśnił, że pozwolił dwóm nieznajomym wywieźć z lasu kilka pni sosnowych tylko dlatego, że jeden z nich miał pukawkę. „Nie przejmuj się — pocieszyła go żona. — Kto jest inteligentny, ten jest tchórzliwy. Jeśli się nie boisz, to nie myślisz”. „Nie chciałabyś martwego bohatera? — zapytał. „Przenigdy. To nie wstyd być tchórzem. Tchórze, też są potrzebne. Ktoś musi przeżyć te wszystkie wojny. Każdy się czegoś boi. Niektórzy panują nad swoim strachem i to jest już bardzo dużo” — Antonina próbowała rozproszyć wątpliwości męża. „Może się nikt nie dowie, może nikt nie zauważy” — Wojciech nie od razu zapomniał o przykrym incydencie. Znał Wojciech każdą ścieżkę w swoim lesie, potrafił odróżnić trop sarny od tropu dzika, znał zwyczaje przebiegłych lisów. Nieraz zdarzało mu się spotkać wędrownego łosia, którego majestat zawsze robi duże wrażenie, szczególnie jak pędzi przez młodnik, aż pryskają na boki gałęzie. Zwierząt i ptaków było wtedy znacznie więcej, nie było chemicznych oprysków, nie było ciężkich i hałaśliwych maszyn. Prawdopodobnie Wojciech Ziarkowski i jego rodzina mieli nieraz okazję posmakować wybornej dziczyzny. W XXI wieku łatwiej spotkać myśliwych niż zwierzynę.
Nie ma już lasu w wiosce Słaboludz, nie ma już starych wysokich drzew, między którymi przechadzał się zapewne z fuzją w ręku Wojciech Ziarkowski. Można powiedzieć, że gdy go zabrakło, las zniknął i zrobił miejsce kopalni odkrywkowej węgla brunatnego. Stało to się jednak dopiero w Polsce Ludowej. Jego resztki w XXI wieku zalała woda pokopalnianego wyrobiska. Podwodny las stał się atrakcją dla płetwonurków.
Niszczenie lasów było zjawiskiem powszechnym. Na mapie z lat 30-tych XIX wieku widać wyraźnie, że las koło Osięcin był większy, ciągnął się w stronę Borucinka, sięgał aż do drogi prowadzącej do Kościelnej Wsi, okrywał zielenią drzew słynną Ślubną Górę w Bartłomiejowicach, gdzie podobno jakiś pan młody uciekł, jadąc na własny ślub. Jeszcze teraz część Bartłomiejowic nazywają starzy ludzie Pieńkami. Miedzy Bartłomiejowicami a Krotoszynem, tam gdzie teraz szaleją burze piaskowe, rozciągał się las dwa razy większy od tego przy Osięcinach, a za Bądkowem to już szumiała rozległa puszcza. Między lasami w wielu miejscach, nie tylko w dolinie rzeczki Bachorzy, pola sąsiadowały z rozległymi łąkami i bagnami. W sąsiedniej gminie Bytoń już w 1791 roku niemieccy, a dokładniej flamandzcy koloniści, wykarczowali 436 mórg lasu i zamienili podmokły teren w żyzne pola uprawne. Tak powstała wioska Holendry Bytońskie. Bagna znikały równie szybko jak lasy. Nikt wtedy nie przypuszczał, że Kujawy zaczną stepowieć. Mieszkańcy Osięcin mogą mówić o szczęściu, że po drapieżnym wylesianiu zostało im choć trochę zieleni. Jeszcze w połowie XIX wieku lasów było tak dużo, że w gminie Bądkowo większość chłopskich domów zbudowana była z drewna. Trochę za daleko odeszliśmy od natury w stronę betonu.
Józefa Pogodna nic nie wiedziała o Wawrzyńcu, swoim pradziadku ze strony ojca, nigdy nie słyszała o wioskach Rzeszynek, gdzie się urodził, i Szarlej, gdzie mieszkał długie lata, choć nosiła jego nazwisko jako Pogodna. Zwykle ludzie nic nie wiedzą o swoich pradziadkach, a tym bardziej sieroty czy półsieroty żyjące z dala od rodziny. Ominęły ją opowieści o dawnych wypadkach, o wielkich emocjach, które ludziom w dawnych czasach nie dawały zmrużyć oka.
OBRABOWANI ZE WSZYSTKIEGO OPRÓCZ WŁASNEGO CIENIA
Wawrzyniec Pogodny urodził się jeszcze w wolnej Polsce gdzieś około roku 1785. Ta wolna szlachecka Polska była srogą macochą dla chłopów, których można było kupować jak bydło, jak niewolników, których można było przegrać w karty. Nie odrabiali pańszczyzny zupełnie za darmo, bo w zamian użytkowali kawałek pola, często całkiem spory, mieli co jeść i mieli jakiś nędzny dach nad głową. Jednak z drugiej strony to samo miało bydło w oborach, a nie musiało ciężko pracować. Chłop nawet jak zachorował, nie był zwolniony od pańszczyzny, musiał szukać zastępcy. Wawrzyniec słabo pamiętał wolną Polskę, słabo pamiętał nawet jej nędzny koniec. Za to mieszkający w tej samej wiosce, starszy od niego o parę lat Wincenty Brona, z którym przegadał niejedną niedzielę, pamiętał nie tylko koniec Szlacheckiej Polski, ale i co się wyprawiało wiele dziesiątków lat wcześniej. Wincenty umiał opowiadać i miał godną do pozazdroszczenia pamięć. Opowieści o dramatycznych wydarzeniach, o których trudno było zapomnieć, były w rodzinie Brony przekazywane z ojca na syna. Bartosz, dziadek Wincentego nie miał dobrego dziedzica. Był to pyszałek dumny nawet ze swoich wad, nielubiany nawet przez swoich szlacheckich sąsiadów, z których nieraz pokpiwał, że ulegli oświeceniowej modzie i nauczyli się czytać i pisać, jakby byli łykami. Narzekali na niego, oczywiście po cichu, wszyscy, nawet chłopiec kredensowy, nawet podkuchenna. W jego dworze wbrew pięknemu zwyczajowi nie stała beczka z kiszonym czerwonym barszczem, którym mogłaby się kurować cała wieś. Dziedzic Kurczewski inaczej niż jego sąsiedzi nie trzymał do chrztu pierworodne dzieci chłopskie, nawet jeśli skorzystał z prawa pierwszej nocy i był ojcem dziecka. Kiedy spłonęła chłopska chałupa, jej mieszkańcy nie mogli liczyć na pomoc przy pozyskaniu drewna, kiedy był nieurodzaj, chłopi nie dostawali za darmo ziarna na siew. Dziedzic Kurczewski zupełnie nie dbał o swoich poddanych, którzy mogli nim w skrytości pogardzać, ale musieli go słuchać. Czuł się olbrzymem, każde jego słowo zamieniało się w rzeczywistość. Prędzej jego ulubiony pies nie posłuchałby go niż najbardziej hardy kmieć. Robił, co mu się żywnie podobało. Z jednej strony pomniejszył gospodarstwa swoich kmieci; z drugiej strony zwiększył im liczbę dni pańszczyzny, którą musieli odrabiać na dworskich polach w zamian za posiadanie gospodarstw. Pewnie gdyby proboszcz nie dopytywał się o dziesięcinę, kmiecie mogliby żniwować na swoich polach tylko w deszczowe dni. I tak nieraz zanim dziesiętnik przeliczył snopki na polu, z których co dziesiąty należał się Kościołowi, zboże zdążyło zamoknąć. Nie na pogawędki szedł wtedy proboszcz do dziedzica. Przypominał mu, że szlachta jest zwolniona z płacenia dziesięciny i powinna ułatwiać ściąganie jej od chłopów. Do kłótni nie dochodziło. Sojusz miedzy dziedzicem i proboszczem był podstawą feudalizmu aż do jego ostatecznego końca w roku 1945. Obie strony czerpały z tego sojuszu korzyści. W Szarleju w kwestii dziesięciny nic nie zmieniło się od wieków. W niektórych parafiach proboszcze żądali wymłóconego już ziarna. Tam gdzie chłopi byli oczynszowani dostawali księża gotowy pieniądz. Kurczewski był wierny tradycji, kojarzyła mu się z władzą absolutną. Poddani musieli go słuchać nawet wtedy, gdy wzywał ich na gwałty w niedzielę, nie bacząc, że żaden deszcz żniwom nie zagrażał. Gwałty, czyli nagłe, niecierpiące zwłoki roboty, dziedzice zarządzali tylko w nadzwyczajnych okolicznościach. Zazwyczaj nie posyłali po wszystkich poddanych i na rodzinę przypadały średnio w ciągu roku dwa dni robocze. U Kurczewskiego nie było tak dobrze. Kolejnym dopustem bożym w Szarleju był szarwark, czyli utrzymywanie licznych dróg, grobli, mostów, a także rowów w należytym porządku.
Bartosz jako młody mężczyzna musiał jeździć po omłotach ze zbożem do Włocławka, gdzie był spichrz i komora celna na Wiśle. Niby dobrze, że nie jechał do samego Gdańska, że była Wisła z jej barkami, ale ponieważ drogi były wyboiste, a wóz był załadowany workami z żytem, podróż trwała kilka dni. Nikogo nie interesowało, gdzie Brona będzie spał i co będzie jadł. Dla koni zawsze było odłożone trochę żyta. Ta podróż to była mordęga, tym bardziej że nieraz trzeba było zsiadać z wozu. Po drodze mógł zaskoczyć deszcz i nie daj Boże, żeby zboże zmokło. Nikt nie lubił tych dalekich transportów zboża. Jednak wszystkie te niedogodności były dziecinnymi igraszkami w porównaniu do tego, co się wydarzyło pewnego dnia. Niedaleko Włocławka wjechał Bartosz w las ciągnący się przez wiele mil. Jedna mila to było 7146 metrów. Konie były zmęczone i trzeba było jechać powoli, także ze względu na korzenie drzew tu i ówdzie zachodzących na drogę. Rabusie nie mieli problemów, żeby go dopaść. Było ich czterech, mieli gęby rzezimieszków i tęgie kije w dłoniach. Co robić? Przecież nie puszczą go wolno, żeby potem ich śledził. Jaka szkoda, że przypadło mu jechać samemu. Zwykle jechał w konwoju kilku wozów. Trudno, raz kozie śmierć. Brona chwycił swój kij, zeskoczył z wozu i rzucił się do ucieczki w las, który akurat nie był tu gęsty. Miał zdrętwiałe nogi, szybko go dogonili. Odwrócił się, przylał jednemu napastnikowi, a potem to już nie liczył, ile dostał razów. Czuł tylko ból za każdym uderzeniem. Wreszcie uderzenie w głowę odebrało mu świadomość. Kiedy ją odzyskał już zmierzchało. Czuł się fatalnie, bolało go całe ciało, głowa jakby nie była jego, ale żył i wszystkie kości miał całe. Noc spędził w lesie, nagrabił rękami stos liści i igliwia i zagrzebał się w nim. Rankiem zabrał się z jakimś chłopem, który wracał pustym wozem. Chłop o nic nie pytał. Mało to się widziało pobitych włościan? Niektórzy z nich mieli obcięte nosy, niektórzy uszy. Brona nie mógł nie zauważyć, że wóz był nie okuty. Nie miał żelaznych obręczy na kołach, osie były drewniane, witki brzozowe łączyły elementy wozu w jedną całość. Bartosz westchnął. Jego stracony wóz miał wszystkie potrzebne żelazne części. Cały czas miał wrażenie, że wóz którym podróżował rozleci się lada moment. I nie pomylił się. Na jakimś większym wyboju odleciało przednie koło. „Dobrze, że w drodze powrotnej” — chłop przyzwyczajony do awarii prawie się ucieszył. Zaraz wziął się do naprawy, a Bartosz, choć obolały, dzielnie mu pomagał. Ściągnęli z wozu długi drąg zwany dugą, znaleźli solidny kawał drewna po to, żeby duga miała punkt oparcia, podnieśli przód wozu, założyli i umocowali koło. Z maźnicy zawieszonej na rozworze chłop zaczerpnął szmatą gęsty smar, właściwie smołę otrzymywaną z prażenia przez wiele dni sosnowego drewna i nasmarował wszystkie koła. „Nie spalą się, nie będzie skrzypiało” — rzekł zadowolony. Zmęczone konie niechętnie ruszyły. Bartosz znowu westchnął. Jego zboże, wóz i konie były stracone. Najbardziej żałował czwórki wypróbowanych koni, które oprzątał każdego dnia, czyścił i zżył się z nimi. Zastanawiał się, czy wracać do swojej wsi, czy nie. Mógł przecież uciec, nikt ze szlachty by go nie przyjął, jeszcze w XVI wieku zakazano legalizowania pobytu zbiegów, ale mógł udać się do jakiegoś miasta i spróbować tam szczęścia. Jako że w miastach nie było fabryk, najpewniej włóczyłby się po ulicach jako żebrak, narażony na złapanie w cyklicznie urządzanych łapankach. Latem mógłby najmować się do pracy przy żniwach. Dziedzice zatrudniali wtedy chętnie dodatkowych pracowników spośród tak zwanych luźnych ludzi. Płacili własnym pieniądzem mniej lub bardziej pomysłowo wyprodukowanym najczęściej z kawałka trwałej skóry. Poza folwarkiem taki pieniądz tracił już wartość. Luźni ludzie byli lepiej traktowani w robocie, niektórzy z nich mieli nawet szlacheckie pochodzenie. 26 grudnia, na Św. Szczepana, kończyły się umowy zawarte ze dworem i dorywczy pracownik, jeśli mu się dziedzic nie spodobał, mógł go bez problemu zostawić i szukać szczęścia gdzie indziej. Bartosz, tak jak inni chłopi przypisani do obrabianej ziemi i sprzedawani razem z nią, zazdrościł luźnym ludziom wolności, ale z drugiej strony nie mieli oni nawet miejsca, gdzie mogliby się położyć i porządnie wyspać. Bartosz w końcu zdecydował się wrócić do folwarku; lojalność, przyzwoitość mu tak nakazywała, choć wiedział, że dziedzic Kurczewski wpadnie w furię. W jego chałupie czekała żona i dzieciaki. Co by się z nimi stało?
Jaśnie pan postanowił urządzić pokazową chłostę, żeby jego chłopi bardziej się starali pilnować jego zboża. Dwa dni po powrocie Brony spędził na folwarczne podwórze nawet baby i dzieci. Ludzie stali bez ruchu. Ich spalone na słońcu twarze były bez wyrazu, jakby byli martwi, jakby byli rzeczami. Nie pierwszy raz musieli się przyglądać wymierzaniu kary. Tylko w oczach skierowanych ku ziemi czasami błysnęła nienawiść. Wszyscy z wyjątkiem małych dzieci nosili ślady razów na plecach. Przecież wystarczyło zachorować, żeby zostać pobitym. Przecież wystarczyło mieć pomysł na ulepszenie jakiegoś narzędzia, żeby zostać pobitym. Szlachta nie mogła dopuścić, żeby chłopi odważyli się myśleć. „Dziś chamy zaczną ulepszać narzędzia, a jutro zaczną ulepszać swój los” — myślało wielu ziemian. Ludzie znali prawo zwyczajowe rządzące przemocą na folwarkach. Za tak zwane spuszczenie z oka pana dostawało się 5 plag. Nie opłacało się jednak być zbyt pomocnym, bo za nadmierną służalczość, dostawało się 20 plag. Ludzie wiedzieli jednak, że prawo zwyczajowe było nagminnie łamane. Wysokość kary, czy była wykonana rózgą czy rzemieniem, to wszystko zależało od humoru dziedzica. Kurczewskiemu ta wisząca w powietrzu nienawiść tłumu nie przeszkadzała. „Im bardziej nienawidzą, tym bardziej mnie się boją — myślał z satysfakcją. — A jak się boją, to nawet kłamać się nie odważą i nie będę musiał oglądać, jak 100 batów robi schabowy z ich pleców”. Nim słudzy zmusili Bartosza, żeby położył się twarzą do ziemi, ten próbował się jeszcze odwołać do sumienia Kurczewskiego. „Bóg patrzy na nas z góry i sprawiedliwie wszystko widzi. Na moje dzieci nie jestem winny, nic nie ukradłem, próbowałem się bronić” — krzyknął. Dziedzica jego suplika rozsierdziła. I tak był już zły, że traci czas z powodu motłochu, od którego ciągnął smród dymu, wiecznie obecnego w kurnych chatach. „Zamilcz poganinie, Turku wszeteczny! Myślisz, że nie wiem, że wierzysz w uroki i może nawet czynisz uroki” — wrzasnął. Splunął na ziemię i przeżegnał się zaraz. Dziedzic nie zauważył, że jego zachowanie robi poganina również z niego. Niektórzy ziemianie traktowali dobrze swoich poddanych bardziej z obawy, że ci czarami sprowadzą na nich choroby, niż z przyzwoitości. Kurczewski uważał, że jest odporny na wszelkie złe moce. Skrzywdził już wielu spośród szlachty i chłopstwa, a zdrowie wciąż mu dopisywało. Poza tym był z natury śmiały. Do wykonania kary wybrał chłopa nazywanego Budzichem, o którym wiedział, że ma z Bartoszem na pieńku. „Bij tak, żeby poczuł” — rozkazał, a do tłumu krzyknął: „Wiecie, że ja zawsze daję plagi do krwi, jednak to będzie lanie dużo większe niż za opuszczenie jednego dnia pańszczyzny”. Budzich patrzył na Bartosza z zimną nienawiścią. Kiedyś byli dobrymi znajomymi. Brona nie był pewien, jakim cudem udało mu się zrobić ze znajomego wroga. Prawdopodobnie w karczmie, kiedy piwo rozmiękczyło mu mózg, powiedział coś głupiego, do czego nie przywiązywał wagi, a jakiś życzliwy chłop powtórzył jego słowa Budzichowi i zapewne jeszcze wypaczył ich sens. Co mógł on, Brona, chlapnąć przy piwie o Budzichu. Może powiedział, że ten tak często biega do dworu, żeby donosić, co chłopi gadają między sobą, albo żeby kraść owoce z dworskiego sadu. Może powiedział, że Budzich nie na darmo ma uszy jak zając i wszystko słyszy doskonale, a najbardziej słyszy, co gada jego baba, bo służy jej za popychadło. Może powiedział coś tak głupiego, że nawet tego nie zapamiętał. Kiedy zauważył, że Budzich go ignoruje, spróbował z nim porozmawiać, ale jego wyciągnięta na zgodę ręka zawisła w powietrzu. Poczuł się głupio, poczuł się odtrącony. Nie miał wyjścia, musiał zacząć traktować Budzicha jak powietrze. I jak powietrze nie widział go teraz, słyszał tylko, że tamten wziął za jego plecami głęboki oddech. Nie widział również Brona swojej żony. Jak tylko zauważył ją w tłumie, unikał jej wzroku. Wiedział, że by jeszcze bardziej przeżywała jego chłostę. „Zaczynaj” — wrzasnął dziedzic. Bartosz pierwsze uderzenia bata przyjął bez jęku. Za to jakieś dziecko rzuciło się w stronę Budzicha z krzykiem: „Dlaczego bijesz mojego tatusia?!” i zaczęło go okładać piąstkami. Dziedzic był zszokowany. „Zabrać tego szczeniaka, bo każę chłostać jego i jego matkę” — zawołał niezadowolony, że jednak w tłumie był ktoś niezastraszony. Jedynym odważnym był mały Czesiu, syn Bartosza. Dwóch chłopów podbiegło do dziecka i oderwało go od Budzicha a także od ziemi pod nogami. Bezsilne dziecko wybuchło niepohamowanym płaczem i dopiero niespokojna o nie matka zdołała je uspokoić. Swoją dłonią zacisnęła usta synka i tylko obficie płynących łez nie zdołała powstrzymać. Nieco zbity z tropu Budzich wrócił do wymierzania kary. Bartosz już nie był cicho, zaczął krzyczeć coraz głośniej. Umyślił sobie, że nie grając bohatera skróci batożenie. Nie skrócił. Jego kat spojrzał na Kurczewskiego pytająco, ale ten nie zareagował. Dopiero kiedy okrzyki bólu, pojękiwania zaczęły cichnąć, warknął: „Dosyć”. Kierując się chłodnym wyrachowaniem, nie chciał śmierci żadnego swojego poddanego. W jego folwarku nawet bardziej niż w innych brakowało rąk do pracy. Zgodnie ze zwyczajem po batożeniu sługi dziedzica przywlekli Bartosza by ten ukłonił się, pocałował sygnet, objął pana za nogi, przeprosił za złe zachowanie, podziękował za karę, a jeszcze bardziej za darowanie życia. Ceremonia nie udała się. Niby Brona objął dziedzica za nogi, ale był już nieprzytomny. Nie wykorzystał szansy, żeby ucałować pana w rękę, choć takich szans nie miał wielu w życiu. Zwykle dziedzic pokazywał chłopom gestem, żeby kłaniali się z daleka i nie przybliżali się do niego, bo często śmierdzieli gnojem. Parobkowie, którzy spali po oborach najbardziej śmierdzieli zimą, bo przytulali się do krów, żeby nie szczękać zębami, ale nawet cieplejszą porą, choć lżej ubrani, drażnili nosy wyperfumowanych, jakby codziennie rozrzucali gnój na polach. Chłopom zapachy obór, stajni i chlewów zupełnie nie przeszkadzały. „Zaraz cię ocucę nędzniku” — zawołał Kurczewski i ręką przywołał kowala. Ten z kociołka z żarzącym się ogniem wyjął żelazo i przystawił je do czoła Brony. Znak szubienicy został wypalony; nawet gdyby ukarany zdołał uciec, piętna bandyty się nie pozbędzie. Jednak ból nie przywrócił do przytomności zmaltretowanego chłopa. Kurczewski machnął na to ręką i kazał kowalowi założyć na szyję Bartosza metalową obrożę z łańcuchem. Wszyscy usłyszeli, że Brona zostanie przykuty do podstawy szubienicy znajdującej się niedaleko od zabudowań folwarcznych. Stróż nawet w nocy miał pilnować, żeby nie dostawał jedzenia. Każdy folwark, obojętnie duży czy mały, miał ustawioną przy głównej drodze szubienicę. Dopiero Wiosna Ludów w roku 1848 miała poprzewracać te symbole zniewolenia. Tu i ówdzie zmurszałe, nienaprawiane, nieużywane same się poprzewracały. Jeśli dziedzic był ludzki, rzadko decydował się na wieszanie poddanych. Kurczewski nie uważał swoich chłopów za ludzi. Ich odczłowieczenie uśmierzało jego sumienie. Idąc do dworu uważał, że wykazał się miłosierdziem. Nie powiesił winnego chłopa, tylko przykuł. Kurczewski nie uważał, że przesadza z okrucieństwem. Przecież bili wszyscy. Ziemianie dobrze wiedzieli, że nie byłoby ich bogactwa bez pańszczyzny, a pańszczyzny nie byłoby bez bicia. Szlachta nie potrzebowała policji. Chłopów dyscyplinowała sama, a w sporach między sobą urządzała zajazdy, mniej lub bardziej krwawe, mniej lub bardziej rujnujące dobytek. Zajazd w Osięcinach z roku 1657, kiedy to starosta radziejowski Wojciech Kadzidłowski zaatakował dwór Jana Boruckiego, należał do największych, jakby potop szwedzki za mało przyniósł zniszczeń. W walkach wzięło udział 100 stacjonujących w pobliżu żołnierzy. Polska szlachecka nie była państwem prawa. Tak przynajmniej twierdził Andrzej Frycz Modrzewski, arianin zresztą. Prawem było widzimisię dziedzica. Każdemu chłopu mógł odebrać ziemię, zrobić z niego wyrobnika albo przenieść go na jałowe grunty lub zgoła do innej wioski. Chłopi pańszczyźniani byli masowo przerzucani z miejsca na miejsce. Chodziło o to, żeby czuli się niepewnie, żeby byli samotni, nie zdążyli zdobyć zaufania do sąsiadów, nie oszukiwali dworu, nie knuli przeciwko niemu bezeceństw. Na wszelki wypadek ziemianie hojne wynagradzali donosicieli. Nic dziwnego, że większość chłopskich chałup była w opłakanym stanie, ich mieszkańcy wiedzieli, że długo nie będą w nich mieszkać. Kiedy dziedzic zniknął, ludzie rozeszli się. W swoich domach zrzucali maski obojętności i upodlenia. W miarę jak strach odpuszczał, ich twarze nabierały rumieńców, oddechy stawały się spokojniejsze. Mogli być sobą, mogli poużalać się nad swoim losem. Potem starali się zapomnieć o przykrym widowisku. Oni lepiej traktowali zwierzęta niż dziedzic ich. Krowy, kozy często przyprowadzali do głównej izby, traktowali jak domowników, w zamian bydlęta ogrzewały ich swoimi ciałami. Poddani Kurczewskiego mieli dziwne sny tej nocy, żona Bartosza i jej synek nie spali wcale. Po dwu dniach Bartosz wrócił do swojej chałupy. Oczywiście został przyniesiony. Kiedy tydzień później słudzy donieśli dziedzicowi, że Brona umarł, ten przestraszył się nie na żarty. Już minęły te czasy, że za niewykonanie pracy, za nieposłuszeństwo, można było chłopka powiesić i nawet nie zapłacić grzywny. W 1768 roku Sejm razem z tym pożal się Boże królem Poniatowskim zakazał karania śmiercią. Teraz był obowiązek przekazywania delikwenta sądom grodzkim. Kurczewski wezwał swoich zauszników na naradę. Ustalili oficjalną wersję, że Brona zmarł od ran zadanych przez zbójców w podwłocławskim lesie. Nikt nie śmiał jej podważyć. Jednak dziedzic folwarku Szarlej był całą sytuacją zniesmaczony. Zazdrościł swoim przodkom swobody, zaczął nienawidzić nowe zwyczaje wkradające się do Rzeczypospolitej z Zachodu. Kiedy ziemianie dyskutowali, czy wprowadzać za przykładem Andrzeja Zamojskiego oczynszowanie chłopów, pukał się w czoło. Nie chciał słuchać, że oczynszowanie zwiększyłoby wydajność pracy, a jego zasady dyktowane byłyby przez szlachtę. Można by próbować częściowego oczynszowania z nieznacznym tylko zmniejszeniem pańszczyzny. Dla niego było nie do pomyślenia, żeby chłopi mieli pieniądze na równi ze szlachcicami. Miał też bardziej konkretny argument. Inflacja ciągle zmniejszałaby wartość pieniędzy płynących z czynszów.
Czesław, syn Bartosza a ojciec Wincentego, został obywatelem wielu państw pomimo faktu, że nigdy nie opuścił swojej wioski. On nie wędrował, to granice wędrowały i zmieniały się nazwy krajów. Najpierw był obywatelem Rzeczypospolitej Obojga Narodów, potem Prus, potem Księstwa Warszawskiego, na koniec znowu Prus. Czesław jeszcze zanim dorósł, jak na syna pomagającego matce przystało, nauczył się wielu rzeczy potrzebnych na folwarku takich jak strzyżenie owiec, palenie w piecu, murowanie, wszystkich umiejętności niepodobna wymienić. Nauczył się też nienawidzić jaśnie państwo Kurczewskich, choć dostał od nich schedę po ojcu po tym, jak się okazało, że najstarszy czeladnik Bartosza słabo sobie radzi z gospodarowaniem i nawet wozu oraz narzędzi nie potrafi utrzymać w dobrym stanie. Czesław nienawidził także rodzinę Budzichów. Pewnego dnia od dziada chodzącego po kweście dowiedział się, dlaczego Budzich tak nie znosił jego ojca. Z tym mądrym starcem zawsze mu się dobrze rozmawiało, ale tego dnia wyjątkowo nie żałował, że usadził go na stołku, a sam usiadł na skrzyni z ubraniami. Najpierw dziad pochwalił się, że dziedzic z drugiej strony Inowrocławia, nie tylko nie poszczuł go psami, ale zaprosił do środka. Dużo czasu zajęło dziadowi opowiadanie, jak wyglądają krzesła, stół, szafa. Czesław nie mógł się nadziwić, po co ludziom jest potrzebny jakiś stół. Kiedy już wyczerpały mu się pytania dotyczące stołu, zaczął pytać o swojego ojca. Nawet tych samych opowieści mógł słuchać bez końca. Tym razem usłyszał coś nowego. Bartosz mówił zawsze, co myślał, był czasem dosadny, a nawet brutalny w swych wypowiedziach. Nikt nie potrafił go przegadać, pyskować umiał jak mało kto, nie tylko krzyczał, ale i mówił z sensem. Do ludzi zwracał się po przezwiskach, które często sam wymyślał. Na Budzicha z racji jego niskiego wzrostu wołał pieszczotliwie Pypeć. Budzich miał charakter milczka. Raz tylko powiedział Bronie, żeby go tak nie nazywał, co oczywiście ten zignorował. Budzich nawet nie próbował się odcinać, szło mu to z wielkim trudem nawet z ludźmi, którzy nie byli wybuchowi, wiedział, że z Bartoszem nie ma szans. Jednak to przezwisko Pypeć bolało go coraz bardziej i rosła w nim nienawiść do Brony. Koniec końców zaczął unikać Bartosza i nawet przy przypadkowych spotkaniach, nie odzywał się do niego. Wspominających starego Bronę zmierzch zupełnie zaskoczył. Matka Czesława zaproponowała dziadowi nocleg i kazała synowi przynieść trochę więcej słomy. Na klepisku izby zmieściłaby się liczna rodzina, a nie tylko trzy osoby. Jej umeblowanie uzupełniała tylko szeroka ława, na której spała gospodyni. Rano Czesław zebrał z misek wszystko, co tylko dawało się zebrać i dał dziadowi. Ten nie tylko odpłacił mu modlitwą. Wkrótce wyswatał go. Czesław dumał wiele dni nad tym, co usłyszał. Opowieść dziada pomogła mu przestać myśleć o Budzichu, pomogła mu przestać nienawidzić Budzicha. Czyż można nienawidzić narzędzie za to, co wyprawia z nim ręka? Tym mocniej jednak nienawidził całej rodziny dziedzica, nienawidził też transportowania zboża do Włocławka, a nawet jeżdżenia ze zbożem do młyna. Często dziedzic zapraszał na polowanie sąsiadów. W pogoni za zwierzyną nikt się nie przejmował, że konie i psy niszczą chłopskie uprawy. Jeśli Czesław zauważył szkody na swoim polu, nie darował. Nocą szedł na pole dziedzica odległe od drogi i gracą lub chociaż gołymi rękami siał spustoszenie wśród karmiących ludzi roślin. Dopiero po takim wymierzeniu sprawiedliwości mógł spokojnie zasnąć. Jednak po przebudzeniu złe myśli opadały go jak szerszenie z rozwalonego nieostrożnie gniazda. Chodził z miną jak zbój, rozpogadzał się dopiero w obecności najbliższych: żony i dzieci, które starał się chronić przed brutalnością chłopskiego losu. Starał się pomagać też siostrze Ludmile, choć ona miała wielu chętnych do pomocy. Była piękna. Pewnego dnia, a była to pora żniw, przybiegł niespodziewanie chłopiec kredensowy z nagłym poleceniem, aby jego siostra stawiła się do dworskiej pralni. Posłaniec miał ją zastąpić. Cóż było robić? Dziewczyna westchnęła, nawet nie dokończyła snopka, spojrzała na brata i rzuciła sierp na ziemię. Nie podała go chłopcu bezpośrednio do ręki, bo według przesądu, chłopiec zaraz by się pokaleczył. Poszła. Im bliżej była dworu, tym bardziej rósł jej niepokój. Domyślała się, o co może dziedzicowi chodzić. Kurczewski szybko zamknął drzwi pralni i przywarł ustami do jej ust. Odepchnęła go z całych sił. Kurczewski zaśmiał się i powiedział: „Masz rację, powoli. Najpierw się umyjesz. Kulosy mosz czorne”. Kiedy był w humorze, uważał posługiwanie się językiem gminu za świetną zabawę. „Wracam na pole” — odpowiedziała hardo. Dziedzic próbował być miły: „Ze mną nie zginiesz. Ubiorę cię jak szlachciankę, będę chronił od najgorszych robót. Zapytaj Kachę czy Marynę”. „Nie jestem Kacha a już na pewno nie Maryna” — parsknęła. Spojrzenie Kurczewskiego przyprawiało ludzi o dreszcze, chwytało za gardło, zatrzymywało w pół kroku, ale nie Ludmiłę. Chwycił ją więc za włosy i wykręcił jej głowę w swoją stronę. „Pytam ostatni raz. Będziesz posłuszna?”. „Nie będę”. Spoliczkował ją raz i drugi. „Nie myśl, że jestem prostakiem i że cię wezmę gwałtem. Musisz się zgodzić” — zapowiedział. Bił ją po twarzy coraz mocniej. Upadła. Nie pozwolił jej leżeć. Zasłoniła twarz rękami. „Lewe cyco, prawe cyco” — Kurczewskiemu bicie zaczęło sprawiać przyjemność. W końcu chwycił ją mocno za rękę i wykręcił do tyłu, aż syknęła. „Będziesz posłuszna” — krzyknął jej do ucha i wykręcił rękę jeszcze mocniej. Nie odpowiedziała. Otworzył drzwi. „Wynocha” — wrzasnął. Gdy wychodziła, kopnął ją w żyć. Zreflektował się, że to za mało. Dogonił ją szybko i przewrócił. Złapał za nogę i powlókł po ziemi. Krzyczała z bólu. Kurczewskiemu to nie przeszkadzało. Niech inne widzą i boją się. Wreszcie zostawił ją zmaltretowaną w spokoju. Nie martwił się o swoje małżeństwo. Żona brała jego opowiastki za prawdę. Niezbyt piękna, ale bardzo dumna, na serio biorąca sarmackie pochodzenie szlachty, była przekonana, że Pan Mąż zwyczajnie po szlachecku brzydzi się wieśniaczkami. Kiedy Ludmiła wróciła na pole, nie musiała nic mówić bratu. Wszystkiego się domyślił. Odtąd obmyślał srogą zemstę. Samo myślenie przynosiło mu ulgę. Mógłby przy wietrze wiejącym od czworaków podpalić budynki stodoły dworskie. Nawet sam dwór, choć murowany i kryty dachówką, może udało by się podpalić. Wystarczyło by usunąć parę dachówek i wrzucić ogień do środka. Trzeba by tylko namówić kogoś, żeby odciągnął na bok stróża i psy. Pomysł z podpaleniem przestał się Czesławowi podobać, kiedy pomyślał, kto by wszystko odbudowywał. Chłopi rzecz jasna. Przez jakiś czas rozważał otrucie dziedzica. Pokrzyk wilcza jagoda nie tylko pobudzał ofiarę i sprawiał, że krzyczała jak szalona. Dziesięć słodkich jagód wilczej jagody skutecznie uśmiercało nawet dorosłego człowieka. Czesław mógłby wycisnąć trochę soku i dolać niepostrzeżenie do wina, znajdującego się w piwnicy. Chłopi nierzadko wchodzili do piwnicy z kartoflami i innymi warzywami. Czesław długo obmyślał szczegóły planu, choć wiedział, że go nie zrealizuje. Nie był mordercą. Poza tym wina mogły się napić osoby postronne.
Niedługo potem spotkał w karczmie dziwnego człowieka. Zauważył go od razu. Właściwie to najpierw zwrócił uwagę na chłopów, którzy siedzieli przy stole w kącie karczmy i zamiast pić gorzałkę słuchali z zaciekawieniem. Zobaczył znajomego, który ruchem ręki zaprosił go do stołu. Dziwny przybysz, niewiele starszy od niego, mówił przyciszonym głosem. Choć ubrany był w chłopską sukmanę, sposób mówienia zdradzał, że kończył jakieś szkoły. Co jakiś czas pojawiało się w jego ustach dziwne słowo: konstytucja. Przewidywała ta konstytucja, że chłopi będą zawierać dobrowolne umowy ze swoimi dziedzicami. Faktyczną wolność nadawała jednak tylko chłopom wracającym do kraju z bliskiej lub dalekiej zagranicy. Wielu już chłopów uciekło do Rosji i Austrii tylko po to, żeby wracając do ojczyzny uzyskać wolność. Siedzący przy stole w kącie karczmy długo dyskutowali i tylko karczmarz nie był zadowolony, bo zamawiali mało. Nagle otwierała się możliwość opuszczenia folwarku Kurczewskiego, gdzie na swoim zagonie można było pracować tylko nocą. W zawarcie umowy z dziedzicem nikt nie wierzył. Trzeba by udać się najpierw do Prus, bo granica z Rosją i Austrią była daleko. Jednak ucieczka mogła się nie udać, mogła skończyć się schwytaniem i chłostą. Tego lata roku pańskiego 1791 Czesław chodził zamyślony; jakoś nie mógł podjąć decyzji. Nie był już młodzikiem, trzymały go na miejscu obowiązki wobec rodziny. Przecież nie mógł uciekać razem z żoną. Żeby chociaż Wicek był trochę starszy. Zamiast ucieczki można było wybrać walkę. Jak kraj długi i szeroki chłopi odmawiali odrabiania pańszczyzny. Pewnej niedzieli odwiedził Czesława kuzyn jego żony ze wsi Wilków koło Inowrocławia. Opowiadał rzeczy straszne. Chłopi zabili ekonoma, który próbował zmusić ich do pracy. Dziedzic wezwał wojsko, które strzelało do ludzi. Kilku buntowników zostało postrzelonych. Zastraszeni chłopi Wilkowa wrócili do odrabiania pańszczyzny, ale w swoim sercu nie zmiękli, czekali tylko na odpowiedni moment. Chłopi z innej wsi wybrali legalny sposób dochodzenia swoich praw zagwarantowanych w konstytucji. Kiedy zupełnie nie mogli się dogadać z dziedzicem, wysłali delegację ze skargą do Warszawy. Okazało się, że ani przyzwoitość, ani prawo nie obowiązują szlachty. Delegatów uwięziono i wychłostano do krwi. Poranione plecy chłopów polewano wódką nie po to, żeby zapobiec zakażeniom, tylko żeby bolało, żeby chłopi zrozumieli swój błąd. Bunty chłopskie powoli wygasały, po kilkunastu miesiącach konstytucja została obalona, a z nią także chłopskie aspiracje. Szlachta zdawała jednak sobie sprawę, że żyje na wulkanie zbudowanym z niesprawiedliwości, który w każdym stuleciu wybucha co kilkadziesiąt lat buntami chłopskimi i może w każdej chwili wybuchnąć z taką gwałtownością, że powstanie Chmielnickiego będzie wyglądało na niegroźną ruchawkę. Żeby wulkan nie wybuchł zwykle swarliwa szlachta była bliska jednomyślności: Trzeba kmiotkom przyginać karki, żeby się nigdy nie wyprostowali i trzeba pilnować, żeby żadna broń nie dostała się w ich ręce. Jakoś większość ziemian nie mogła zauważyć, że przez nieludzkie traktowanie poddanych sami przestają być ludźmi, choć roszczą sobie pretensje do znajomości etyki, literatury, filozofii, malarstwa, muzyki, a nawet matematyki i nauk przyrodniczych; jakoś większość ziemian nie mogła zauważyć, że przemoc zamiast podziękowania kierowana do poddanych zwiększa prawdopodobieństwo wybuchu wulkanu, a kosy chłopi zawsze będą mieli pod ręką. Magnateria wciąż liczyła, że jeśli nie Francja, to Rosja pomoże zdusić każdy wybuch chłopskiego gniewu. Nawet jeśli większość szlachty miałaby wyginąć, ich fortuny miały szansę urosnąć. Utrata niepodległości to był drobiazg. Utrzymanie pańszczyzny było dużo ważniejsze. Otrzeźwienie przyszło zbyt późno. Niespokojny czas sprawił, że Kurczewski jakby zapomniał o pięknej Ludmile. Nie tylko o niej zresztą. W końcu ustatkował się. Zaczęły go zajmować sprawy krajowe. Nie był rzadkim gościem na sejmikach ziemskich zwoływanych do Radziejowa. W radziejowskiej farze spotykała się szlachta z województwa inowrocławskiego i z województwa brzesko-kujawskiego, które było najmniejsze w całej Rzeczypospolitej, ale miało największą gęstość zaludnienia. Radziejów zaludniał się tylko na czas sejmików. Po licznych wojnach i epidemiach miasteczko liczyło tylko 300 stałych mieszkańców. Przekręcając słowa biskupa Ignacego Krasickiego, można by zauważyć, że oprócz dwóch dużych kościołów w Radziejowie ostały się tylko gdzie niegdzie małe domki. Nie było łatwo o kwatery dla sejmikującej szlachty. Kurczewski zgodził się nawet na małżeństwo Ludmiły. Oczywiście musiała zapłacić za jego zgodę, jak i inne panny. Wszystkie dziewczyny były w końcu jego własnością i coś tam tracił, kiedy wychodziły za mąż. Jednak brat Ludmiły pozostał nieprzejednany, choć musiał dorzucić się do opłaty dla dziedzica. Teraz jednak obok osobistych porachunków zajmowała go uparta walka chłopów z niesprawiedliwością. Kiedy wybuchło powstanie kościuszkowskie, wydawało mu się, że czas wielkich zmian jest bliski. Chciał pod wodzą Naczelnika poprawić swój los i los wszystkich chłopów. Ludzie opowiadali sobie, że Kościuszko po powrocie do kraju z amerykańskiej wojny o niepodległość w swoim majątku w Siechanowiczach zmniejszył pańszczyznę z 4 do 2 dni, a kobiety zwolnił od pańszczyzny zupełnie. Choć wieść gminna często wyolbrzymiała fakty, treści Uniwersału Połanieckiego i przeczyła sama sobie, chłopi wiedzieli, że obietnice naczelnika nie są to czcze obietnice. Czesław czekał na dogodny moment, żeby zaciągnąć się do powstańczej armii jako kosynier, ale nie doczekał się. Po klęsce powstania nadzieje na poprawę losu chłopów również rozwiały się. Czesławowi została tylko zemsta. Drobne czynione po kryjomu szkody, jakie czynił swojemu dziedzicowi musiały mu wystarczyć.
Raz powinęła mu się noga. Żniwa tego roku były trudne i mało było czasu, żeby sprzątnąć zboże ze swojego pola. Część jego zbiorów zmarnowała się. Tylko ptaki miały z niej pożytek. Czesław mniej winił pogodę, bardziej winił Kurczewskiego. Nocą udał się na pańskie pole i sierpem ściął przepiórkę, zawsze zostawianą po żniwach kępkę zboża, która według zgodnych wierzeń szlachty i chłopstwa, miała zapewnić obfite plonu w roku następnym. Jednak złość go nie minęła. Pewnego ranka obmyślił kolejną zemstę. Jak zwykle po żniwach chłopi przygotowali na dożynki piękny wieniec zrobiony z żyta i pszenicy. Zgodnie ze starą tradycją świętowanie bez wieńca było nie do pomyślenia. Brona po kryjomu wykonał swój własny wieniec z pokrzyw i ostu. W nocy, wykorzystując chwilową nieobecność stróża, podmienił wieniec. Rano w dniu dożynek zrobiła się afera. Jedni wołali, że to czary, a najbardziej stróż, inni pukali się w głowę i twierdzili, że to robota jakiegoś szaleńca. Wszyscy bali się reakcji dworu. Nikt nie chciał nieść zrobionego z chwastów wieńca. W końcu Ludmiła, siostra Czesława krzyknęła: „Ja wezmę ten wieniec. Lepszy taki niż żaden. Jest jeszcze ktoś odważny, żeby pójść ze mną?”. Nikt się nie zgłaszał, ale w końcu jeden parobek nie mógł pogodzić się z myślą, że słaba kobieta jest odważniejsza od niego i wystąpił z tłumu. „Ja się nie boję, że rączki sobie poparzę” — zawołał. Poszli gromadą, jak nigdy nic, do dworu. Dopiero kiedy przez zieleń zaczęły prześwitywać jego mury, zaczęli śpiewać: „Plon niesiemy, plon, Jaśnie Panu w dom. Daj Boże by plonowało, po sto korcy z mendla dało”. Czekały na nich jak co roku zastawione suto stoły. Nie byli jednak pewni, czy tym razem jak co roku, choć przez jeden dzień będą mogli się poczuć ludźmi równymi szlachcie. Przy wręczaniu wieńca, Ludmiła starała się ratować sytuację. Nie bała się dziedzica, choć nie tak dawno obszedł się z nią srogo, nie bała się nikogo. Niejeden zalotnik poczuł jej pięści na swoim grzbiecie. „Wieniec jest inny niż zazwyczaj, bo szkoda nam było zmarnować nawet jednego kłoska” — powiedziała. Widać było, że dziedzic zbladł, jakby usłyszał najgorszą obelgę. Potem zaczął się śmiać, ale to nie był radosny śmiech. „Kto zrobił to paskudztwo?” — wrzasnął nagle. Siostra Czesława, choć przestraszona, wytłumaczyła, co się wydarzyło: „Prawdziwy wieniec ktoś ukradł i podrzucił ten z ostami”. Że złodziejem był Czesław, nawet ona nie wiedziała. „Precz — wrzasnął dziedzic, ale po chwili dodał. — Czekać”. Skinął na lokaja i szepnął mu coś na ucho. Po dłuższej chwili słudzy przynieśli dwa duże kosze i postawili je przed tłumem. Po minach ludzi stojących z przodu, widać było, że w koszach nie znajdują się frykasy. Wszyscy wkrótce zobaczyli, że w jednym koszu są zdechłe szczury, a w drugim obierki z warzyw. Kurczewski przez chwilę upajał się rozczarowaniem swoich poddanych. Potem zarządził: „Nie chcecie częstować się. Nie lubicie mięsa. Za dobrze wam się powodzi. Obraziliście mnie, więc zejdźcie mi z oczu. Precz, bo psami poszczuję”. Chłopi i chłopki, i ich dzieci poszli jak zmyci. Gdy już oddalili się od dworu, w tłumie odezwały się głosy. „Widzieliście, ile jadła było na stołach”. „Nie martwcie się, inne wioski najedzą się do syta”. „Żeby dziedzicom brzuchy popękały z przejedzenia”. „Musimy wykryć, kto popsuł nam dożynki”. Czesław nie odzywał się. Był jednocześnie zadowolony i niezadowolony. „Co to za kłosy w spiżarni?” — zapytała parę dni później jego żona. Gdy jej powiedział, że pochodzą z prawdziwego wieńca, zaniemówiła z wrażenia. Czesław o swoim wyczynie opowiedział jeszcze tylko swojemu najbliższemu przyjacielowi. Był pewien, że ten dochowa tajemnicy. A jednak pewnego dnia został wezwany do dworu. Od razu domyślił się, że sprawa się wydała. Pewnie najbliższy przyjaciel niedokładnie trzymał język za zębami, kiedy spotkał się ze swoim najbliższym przyjacielem. Każdy ma jakiegoś przyjaciela, niektórzy nawet kilku. Co chłopi wygadują w karczmie, tego nawet sami nie pamiętają. Dzieci Czesława, choć miały przykazane milczeć, też mogły coś wypaplać swoim rówieśnikom. Do swojej żony Brona miał zaufanie. Wrócił z dworu cały pokrwawiony. Wrócił o własnych siłach. Młody Kurczewski, w końcu już nie taki młody, był bardziej opanowany i roztropniejszy od swojego ojca. Zacietrzewienie kazało Czesławowi odpłacać pięknym za nadobne, czyli jeszcze gorszym za złe. Ciało mówiło mu jednak, że nie powinien. Zrozumiał, że musi odłożyć swoje prywatne porachunki na później, potem to później zamieniło się na święte nigdy. Zrozumiał, że chłopom brakuje jedności, że wielu sprzedało się dworowi, zrozumiał, że sam nic nie zrobi, tym bardziej że jego żona ciągle go upominała, żeby był rozsądny i nie ściągał nieszczęść na swoją rodzinę. Wciąż miała nadzieję, że dziedzic pozwoli choć ich jednemu dziecku opuścić folwark i w mieście zdobyć jakiś zawód. Chociaż jedno by miało lżej, nie męczyło się jak oni. Wiedziała, że ma talent do przędzenia lnu. Wiedziała, że dziedzic jest z jej przędzy zadowolony, nie narzekała, że musi za darmo więcej ślęczeć nad lnem niż inne chłopki, liczyła na to, że Kurczewski będzie milszym okiem patrzył na jej dzieci. Cóż, dziedzic nie lubił rodziny Bronów, a tylko jedno chłopskie dziecko na rok mogło opuścić folwark. Życie Czesława mijało, a jego tłumiona nienawiść do dworu nie mijała. Rzadko zapominał o niej. Była nawet w jego snach. Miał z nią umrzeć. Po prawdzie to dwór ciągle dostarczał jakieś nowe powody do nienawiści, a nawet jeśli nie, to przypominały się stare bolesne urazy. Przed śmiercią nienawiść doprowadziła Czesława do obłędu. Brona zaczął podpalać, co tylko chciało się palić. Mógł to być kopiec kartofli, mógł to być stóg, mogła to być strzecha domu. Po kilku takich akcjach, rodzina zaczęła chować przed nim krzesiwo i hubkę, bała się, że się poparzy, że narobi szkód. Kiedy jednak zauważyła, że staruszek nie jest już wstanie skrzesać ognia, przestała go obserwować. To był błąd. Czesławowi udało się podpalić żyto na pniu od palącej się drewnianej szczapy. Wkrótce jednak zdrowie mu się pogorszyło, przestał się czymkolwiek interesować, ogień ze strzelającymi w górę płomieniami już go nie fascynował, przestał rozpoznawać bliskich. Stracili go jeszcze za jego życia. Czasem tylko uciekał z domu. Przyprowadzali go wtedy dobrzy ludzie i aż strach było patrzeć na przerażenie w jego oczach. Każdemu człowiekowi starość przynosi choroby. Starość sama jest chorobą, tyle tylko że chorują na nią najzdrowsi. Chorowici zwykle nie mają szans doczekać starości.
Kiedy nadszedł Napoleon, Czesław był jeszcze w pełni sił fizycznych i umysłowych. Nauczony doświadczeniem, w przeciwieństwie do swoich dzieci, nie robił sobie ani wielkich, ani małych nadziei. Dużo mówiło się o triumfalnym wjeździe do Poznania jakiegoś generała Dąbrowskiego i o zwycięskim powstaniu wielkopolskim, które wybuchło w listopadzie 1806 roku. Górnolotne słowa, że Wielkopolska znowu tworzy polską państwowość jak u zarania dziejów nie trafiały do Czesława, choć cieszyła go klęska Prus. Obawiał się, że powstanie Księstwa Warszawskiego kontrolowanego przez owładniętego wojenną manią Napoleona przyniesie śmierć i głód. Chłopi dyskutowali o wielkiej polityce, jakby mieli na nią jakiś wpływ. Tak naprawdę mieli tylko mgliste pojęcie o tym, co się dzieje. W lipcu 1807 roku w Dreźnie chodząc po pokoju, Napoleon, obywatel niewielki wzrostem, ale z ego, jak przystało na zarozumiałego dyktatora, wielkości Wersalu i Luwru postawionych jeden na drugim, w godzinę podyktował konstytucję Księstwu Warszawskiemu. To nie była pierwszyzna dla niego. Nie zapomniał o przyznaniu chłopom wolności. Choć zdawało mu się, że wie wszystko, nie wiedział, jak wielki wpływ będzie miała jego konstytucja na życie Bronów i Pogodnych w miejscowości Szarlej, wiedział natomiast, że szlachta będzie wzburzona. Może jednak gilotyna nie będzie musiała być użyta. Delegacji polskiej ugięły się nogi i serca przestały na moment bić, gdy usłyszeli, że ludzie są równi wobec prawa. Pogodni, Ziarkowscy, Kulpy, Przydrożni, wszyscy chłopi stanęli przed dylematem: skorzystać z otrzymanej wolności czy nie. Jeśli chłop opuszczał dziedzica i jego folwark uwalniał się od pańszczyzny, przestawał być niewolnikiem, ale tracił dach nad głową i skibę żywiącej go ziemi. Wielu porzuciło dziedziców, szczególnie tych nieumiarkowanych w wymaganiach i okrucieństwie i próbowało utrzymać się z pracy własnych rąk jako wyrobnicy. W kraju gdzie przemysł nie był rozwinięty szybko się okazało, że wolnością nie można napełnić żołądka. To wtedy powstało powiedzenie, że chłopom zdjęto dyby razem z butami. Wojna z Rosją dosypała cierni na drogach dla wszystkich mieszkańców księstwa jeszcze zanim zabrzmiały armaty. Przymusowy pobór rekruta, zapewnienie kwater i wyżywienia dla setek tysięcy francuskich żołnierzy, doprowadziło ziemie polskie z Kujawami włącznie do ruiny. Zaczęły się grabieże, a kiedy kościół parafialny w Lubrańcu Francuzi zamienili na wojskowy magazyn, nawet ufający w działania opatrzności bożej zaczęli tracić cierpliwość dla dokuczliwych i bezbożnych wyzwolicieli. Zamieszanie, ale i nadzieja szybko się skończyły po klęsce Napoleona i wkroczeniu Rosjan do Księstwa Warszawskiego w styczniu 1813 roku. Jednak kierunek zmian został wyznaczony. W sąsiednich Prusach chłopi otrzymali wolność już w 1807 roku, a uwłaszczenie i koniec pańszczyzny w dobrach państwowych wkrótce potem. Dalsze zmiany następowały jednak bardzo powoli. Szybciej następowały zmiany w świadomości chłopstwa. Ze stutysięcznej polskiej armii idącej na Moskwę w 1813 roku wróciło do kraju tylko 30 tysięcy żołnierzy. Żołnierze chłopskiego pochodzenia opowiadali dziwne rzeczy. Opowiadali, że w wojsku siedzieli przy ogniskach razem z synami szlacheckimi i że naocznie przekonali się, że ludzie są równi. Czasem chłop uratował życie szlachcica, czasem szlachcic uratował życie chłopa. W wojsku mówiło się kolego, choćby kolegą był sam hrabia.
Młody Wawrzyniec Pogodny słuchał tych opowieści z otwartymi ustami i później przekazał je swoim dzieciom. Wawrzyniec nie lubił dziedziców Kurczewskich, ale to nie była zapiekła nienawiść jego przyjaciela Brony. Czasem cieszył się, że nie jest gospodarzem jak Wincenty Brona, że jego dziadek nie był najstarszy i nie jemu przypadło gospodarstwo. Będąc parobkiem miał mniejszy kontakt z dziedzicem, formalnie nie musiał odrabiać pańszczyzny, pracował u Brony, a że był pracowity, Brona i jego żona, u których siedział na komornym, nie skąpili mu ani zapłaty, ani dobrego słowa. Rodzina Bronów była zadowolona z obecności rodziny Pogodnych pod swym dachem. Korzyści były obopólne. Pogodni często chodzili zamiast Bronów odrabiać pańszczyznę. Nie lubili tego i dobrze rozumieli, dlaczego kmiecie sami unikali pracy na pańskim polu. Dla dziedzica nie musiał jednak pracować 6 dni w tygodniu. Brona miał 4 dobre konie i pańszczyzna sprzężajem zajmowała tylko 3 dni tygodnia. Kurczewski wymagał jeszcze pieszej pańszczyzny, ale, zgodnie współpracując, dwie rodziny dawały radę. Pogodni pomagali też obrabiać ziemię swoich gospodarzy. W zamian mieli mieszkanie, a nawet kawałek swojego ogródka. Nie jest łatwo rozdzielić ludzi, którzy się lubią. Rozalia, żona Wawrzyńca, pomagała też przy małych dzieciach Bronów, którzy cieszyli się, że mają liczne potomstwo. Bez pomocy starszych dzieci nie byliby w stanie wykonać wszystkich prac na czas. Za nic by nie wysłali swoich dzieci do pracy na cudzym. Często zdarzało się, że kmiecie trzymali czeladników, a swoje podrastające dzieci wysyłali do pracy do innych kmieci. Fornal, dziewka czy pastuch nie czuli się w prawie by przejąć gospodarkę, dzieci natomiast jak najbardziej. Z chwilą oddania sterów kmieć skazywał siebie na niepewny los, na łaskawy chleb; często musiał na stare lata żebrać. Poza tym kmieć, mając obcych młodocianych pracowników obok siebie, mógł ich gonić ostro do roboty. Nie wszędzie życie płynęło tak spokojnie jak u Bronów i Pogodnych. Nie oznaczało to, że kmieć nie dbał o powierzone mu dzieci. Ich rodzice mieszkali blisko, poza tym dzieci były cenne, bo większość z nich umierała nie wiadomo nawet na co. Wawrzyńcowi trochę doskwierało, że w kościele, tak jak w życiu, liczyły się pieniądze, że stał blisko drzwi, a jego przyjaciel Wincenty siedział sobie blisko ołtarza i mógł oglądać z bliska odwróconego plecami do wiernych księdza, ale między gospodarzy on parobek nie miał wstępu. Nie było to jednak bardzo ważne, czuł się jeszcze krzepki, nie musiał siedzieć, a nie tylko Brony nie miał obok siebie, swojej żony również. Po lewej stronie kościoła tłoczyli się sami mężczyźni, po prawej same kobiety. Wszyscy nie musieli dokładnie słyszeć modlitw w języku łacińskim i tak nic nie rozumieli. Deszcz krzywd ze strony dworu też padał na rodzinę Wawrzyńca, ale Pogodni nigdy nie przemiękli do gołego ciała. Czy obecny dziedzic był odpowiedzialny za niecne czyny swojego ojca, dziadka, pradziadka? Wawrzyniec patrzył do przodu. Był tylko wyrobnikiem, ale nie zginał już tak nisko karku. Był wszak człowiekiem wolnym, nie tylko na papierze, po prostu w swojej głowie nie czuł się niewolnikiem. Nie zazdrościł gospodarzom. Był uważnym obserwatorem. Niektórzy kmiecie, a właściwie, jak się mówiło na Kujawach gospodarze, krzywdzeni przez dziedzica i jego oficjalistów wyżywali się na swoich parobkach. Czasem nawet batami smagali swoje żony i dzieci. W końcu byli tylko ludźmi i mieli ludzkie wady. Nawet jeśli mieli ich mało, okrutny świat zmuszał ich do podłych uczynków. Upodlenie nie uszlachetniało ich. Bieda nie dawała dużego wyboru. Wawrzyniec za nic by nie przehandlował zwykłej ludzkiej przyzwoitości za zagon nawet najlepszej ziemi. Jako wolny człowiek mógł wyruszyć szukać szczęścia w świecie, ale nie zrobił tego. Znał wielu, którzy wrócili z wojaży jako nędzarze.
U Brony życie było znośne z widokami na poprawę. Te widoki okazały się jednak złudnymi mirażami. Oczkiem w głowie Wincentego Brony była jego 40-morgowa gospodarka. Wkładał dużo serca w uprawianie ziemi i z przyjemnością słuchał, jak ludzie mówili, że zbiera lepsze plony niż dziedzic. Wincenty na pańskim polu pracował tak jak inni, czyli bardzo się starał, żeby nikt nie zauważył jego niedoróbek i żeby odpoczywać, jak tylko pojawi się na to szansa. Sprytni chłopi często mniej byli bici od tych pracowitych. Wincenty nawet ze zbożem nie musiał jeździć. Niedawno powstała granica zmieniła sytuację. Nie musiał nawet uczyć się niemieckiego, bo po co. Czy ktoś widział w Szarleju jakiegoś Niemca? Aż tu nagle uderzył piorun, choć nie było na niebie żadnych chmur. Dziedzic kazał mu się wynosić. Złakomił się na jego ziemię. W zamian dawał jakieś piachy pod lasem. Już wcześniej Wincenty słyszał, że szlachta ruguje chłopów z ziemi, ale nigdy nie myślał, że jego to dotknie. Edykt Fryderyka Drugiego z 1747 roku ograniczający rugi chłopskie w praktyce nie działał. Chłopi nie byli właścicielami ziemi. Nie było odwołania, rodzina Wincentego straciła swoją działkę, wkrótce się okazało, że inne rodziny też zostały wyrugowane. Na nowym polu zaczęła rosnąc roślina, której wcześniej nikt nie widział: burak cukrowy. Stare animozje do Kurczewskich odżyły. Stare opowieści nabrały nowego znaczenia. Zwykłe obowiązki rolnika zaczęły ciążyć. Wincenty i Wawrzyniec z rodzinami usiedli w izbie, która już nie była ich izbą, żeby się naradzić. Wincenty zaczął od narzekania: „Wszystko się posypało. Będziemy musieli się pobudować na nowym polu. Ile to roboty? A ciągle boli mnie prawe ramię, po tym jak tydzień temu przesiewałem ziarno na sitach
i rzucałem na wiatr, żeby oddzielić plewy i chwasty. A po niedzielnym gwałcie, my tak samo jak konie jesteśmy zmęczeni, narzędzia wymagają naprawy. A tu już będą nas ciągnąć na darmochy, że o czas na robotę na swoim trudno”. Józiu Pogodny ożywił się. „Ja lubię niektóre darmochy. Przy zrywaniu malin, poziomek połowa wędruję do mojego brzucha. Przy zbieraniu grzybów, chowam najlepsze dla nas i zabieram je nocą. Nawet po połowie ryb nie wracam do domu z pustymi rękami” — powiedział i uśmiechnął się od ucha do ucha. Jego brat Wojtek poklepał go po ramieniu i zawołał: „Ty to nawet z moczenia lnu i konopi coś byś przyniósł. Brudną wodę”. Wszyscy wybuchli śmiechem za wyjątkiem Wincentego, który ciągle obracał niewesołe myśli w głowie. „Z tej pięknej działki był jakiś dochód. Czasem nawet udawało się sprzedać coś na rynku w Inowrocławiu, choć czasem stałem i stałem jak ta wieża ratuszowa na środku rynku. Wszystko przepadło. Co na tych piachach urośnie? — mówił jakby do siebie. „A ja zaczynam tęsknić za majątkiem Cieślin, choć tyle lat minęło, choć Cieślin zawsze będzie mi się kojarzył ze śmiercią naszej 12-letniej Kasi” — odezwał się Wawrzyniec. Zapadła na chwilę cisza. Przerwała ją Rozalia: „Ciężki czas idzie, ale ksiądz obiecuje nagrodę w niebie”. Józiu i Wojtek nie chcieli czekać na śmierć. Namawiali gorąco ojca do opuszczenia wioski Szarlej. „Tatuś, wynośmy się stąd. Już dawno powinniśmy to zrobić” — wołali. „Nie wolno było” — odrzekł Wawrzyniec. Józiu nie mógł tego pojąć. „Jak to nie było wolno. Nawet wilk chodzi sobie gdzie chce. Co to były za czasy, jakieś przedpotopowe chyba” — zawołał. „Teraz też nie jest wiele lepiej — westchnął Wawrzyniec. — Nie wiadomo, co jest większe: wolność chłopów do opuszczenia folwarku, czy wolność szlachty do wyrzucania chłopów z folwarków”. „Jest lepiej- wtrącił się Wojtek.- Teraz możemy zostawić dziedzica z jego burakami. Sam jest burakiem. Możemy się spakować choćby dziś”. „Gdzie pójdziecie?” — zapytał ojciec. „Kurczewski ma tu wszędzie znajomych, ale za górami za lasami nikt o nim nie słyszał” — odpowiedział natychmiast Wojtek. Wawrzyniec popatrzył uważnie na synów. Młodym przeszkody wydawały się zawsze łatwe do przeskoczenia. „Ja się stąd nie ruszę — przerwał Pogodnym Wincenty. — Mogę się stąd wynieść dopiero, jak zobaczę, że Kurczewskiego szlag trafił”. Zaskoczył Pogodnych swoim postanowieniem, ale nie zaskoczył swojej żony. Już wcześniej ustalili, że zostają, choć nie była to łatwa decyzja. Jej bracia obiecali pomoc. „Wincenty, nie zostawię was w czas nieszczęścia — zawołał Wawrzyniec. — To nasze Wielkie Księstwo Poznańskie nie jest takie złe, a ludzi pokroju Kurczewskiego można spotkać wszędzie”. „Coś mi się wydaje, że paskudne wrony już szykują się, żeby wybrać nasiona buraków co do jednego” — zaśmiał się Józiu. „Chłopcy” — krzyknęła Rozalia i nie musiała nic więcej mówić. „Po co komu buraki? Nie ma z nich żadnej korzyści” — przyciszonym głosem odezwał się po chwili Wojtek. Brony i Pogodni wybudowali się w nowym miejscu szybko, choć pracy było co niemiara. Drewno ze starej zagrody bardzo się przydało, niewiele drewna musieli pozyskać z lasu. Kiedy za kordonem trwała zawierucha powstania listopadowego byli już dobrze zagospodarowani. Mieli mniej pieniędzy, ale pracy było jakby mniej. Ich dzieci brały się już za każdą robotę. Przez krótki czas Pogodni mieli nadzieję, że dostanie ich ojciec ziemie na własność. Likwidacja pańszczyzny nabierała tempa w całym pruskim państwie. Wielu chłopów w okolicznych folwarkach nie chodziło już pracować na pańskie pola. Co prawda wielu musiało sprzedać część otrzymanej ziemi albo zadłużyć się, żeby się wykupić od przykrych obowiązków. Wojciech, Józef nieraz zastanawiali się z ojcem, jak Kurczewskiemu udaje się ciągle trwać przy pańszczyźnie. Doszli do wniosku, że ich dziedzic jest mistrzem wyzysku i dlatego to co gdzie indziej się nie opłaca, u niego jeszcze się opłaca. W sąsiadującym z Prusami Królestwie Polskim rząd nawet nie rozważał zniesienia pańszczyzny, światła szlachta skupiona w stronnictwie Jana Szanieckiego i w Towarzystwie Przyjaciół Włościan była mniejszością. Kontynuowała piękną tradycję Braci Polskich, którzy już w XVI wieku ziemię swoich folwarków dzielili między chłopów. Zresztą wielu wybitnych teoretyków arianizmu wywodziło się z chłopstwa i mieszczaństwa. W XVI wieku zdolna młodzież z plebsu mogła jeszcze odnaleźć ścieżki prowadzące do wykształcenia. Arianizm godził w samo serce feudalizmu. Bracia Polscy czytali Nowy Testament ze zrozumieniem, nie bali się myśleć, traktowanie innych jak służących uważali za hańbę niegodną chrześcijanina, równouprawnienie kobiet traktowali jako rzecz oczywistą. W ich zborach często można było usłyszeć kobiety wygłaszające kazania. Do katolickiej, zacofanej Polski czasu kontrreformacji arianie zupełnie nie pasowali. Po szwedzkim potopie sejm zgodnie uznał, że wyrzekających się przemocy, wyrozumiałych i roztropnych braci polskich należy wieszać, gdyby nie wyrzekli się swoich strasznych herezji. Należy podziwiać ludzi ze stronnictwa Szanieckiego. Nie wiem, czy ja, gdybym posiadał, powiedzmy, 200 hektarów ziemi, to zdecydowałbym się podarować choćby połowę nawet krewnym, o obcych ludziach nie wspominając. Pewnie ograniczyłbym się do zniesienia pańszczyzny albo tylko do dobrego traktowania poddanych. Do wygodnego życia łatwo się przyzwyczaić; odzwyczaić się jest dużo trudniej. W XIX wieku nie trzeba było rozdawać ziemi, żeby narazić się braci szlacheckiej, wystarczyło dobrze traktować chłopów. Przekonał się o tym pisarz Józef Ignacy Kraszewski. Powstańcze władze zachowały się egoistycznie, wydały tylko rozporządzenie, że każda wioska musi dostarczyć chłopskiego rekruta i nie planowały żadnych zmian na wsi. Chłopi w żołnierskich mundurach wygrali dla powstania bitwę pod Stoczkiem, wyróżnili się walecznością w innych bitwach. Jednak wielu dezerterowało z wojska, a w powiecie kaliskim chłopstwo wszczęło nawet otwarty bunt. Wiadomości, które docierały do Prus, nie nastrajały optymistycznie i bracia Pogodni zapomnieli o pomyśle opuszczenia matki Rozalii i ojca Wawrzyńca. Mijały lata. Wojciech zdążył się w 1842 roku ożenić i zostać ojcem. Ślubując nie wiedział, że wkrótce przypomną mu się dawne plany opuszczenia wioski Szarlej. Kim była żona Wojciecha?
KOBIETA, KTÓRA NIE MÓWIŁA NIE
Nazywała się Barbara Kijewska; jeden z jej pradziadków był karbowym. Karbowy na folwarku to był niższy oficjalista nadzorujący pracę chłopów. Miał kij, który mógł służyć do samoobrony, bo karbowy z racji swej funkcji nie był lubiany. Przede wszystkim jednak kij zwany rabosz służył do zapisywania, ile pracy zostało wykonane. Każde nacięcie, czyli inaczej karb, miało znaczenie, mogło też mieć różny kształt. Zapisany rabosz karbowy rozłupywał w taki sposób, żeby karby były na obu połówkach. Jedną połówkę zostawiał sobie, drugą dawał chłopu, który mógł sobie sprawdzić rzetelność zapisu. Wszyscy wtedy aranżowali małżeństwa swoich dzieci. Również Wawrzyniec i Rozalia nie wzięli ślubu przez przypadek, tylko z pomocą swoich rodziców. Pogodni, rodzice Wawrzyńca, i Tarscy, rodzice Rozalii, znali się od dawna. Jednak z Wojtkiem i Basią było inaczej. Urodzili się w dwóch różnych zaborach, ich rodzice nie mieli okazji się spotykać. Basia urodziła się w zaborze rosyjskim. Jej matka zmarła przedwcześnie, ojciec w 1822 roku ożenił się ponownie. Gdy Basia dorosła, zdecydowała się jak wielu jej znajomych spróbować szczęścia w Prusach, żeby w końcu mieć trochę własnych pieniędzy. Była młoda, chciała się ładnie ubrać, lubiła robić zakupy. Los chciał, że trafiła do majątku, w którym pracował Wojtek. Przypadli sobie do gustu, Wojtek pomógł jej w nowym dla niej miejscu, nawet sami nie wiedzieli, kiedy zakochali się w sobie. Jednak Basia musiała wracać. Kiedy dotarła do domu rodzinnego by spędzić w nim zimowe miesiące, z dumą pokazała nie tylko prezenty, ale i zarobione pieniądze, które Tomasz, jej ojciec, zaraz przeliczył i schował do pudełka. „Będziesz miała na posag” — oznajmił. Gdzieś dwa miesiące później odwiedził Kijewskich ich dobry znajomy z wódką. Basia domyśliła się, że przyszedł na zmówiny, choć nie przysłuchiwała się rozmowie. Kiedy znajomy, starszy już człowiek, sobie poszedł, ojciec poinformował ją: „Wyjdziesz za Wacka”. Basia oniemiała. „Tego szczurka, który myśli, że jest sprytny, bo udało mu się oszukać kilka osób. Nie lubię takich ludzi” — wyszeptała po chwili. Tomasz jakby nie usłyszał jej słów. „Jak Wacek wróci z Prus, da się na zapowiedzi. Będzie ci z nim dobrze” — powiedział stanowczym głosem. Basia nie wyjawiła, że jej serce jest już zajęte. Nic by to nie dało. Wiedziała, że chłopska dziewczyna nie ma żadnych szans na słuchanie podszeptów swojego serca. Jak dziedzice wymagali od poddanych bezwzględnego posłuszeństwa, tak samo postępowała męska część poddanych wobec swoich żon i dzieci, a szczególnie córek. Chłopcy wyrastali na despotów. Po prostu naśladowali swoich ojców. Dziewczynki uczone były posłuszeństwa. Tylko kobiety o bardzo silnej osobowości próbowały potrząsnąć patriarchatem. Czasami się zachwiał. Basia nie była typem wojowniczki, ale była uparta. Kiedy na wiosnę znowu wyruszyła do Prus, obiecała, że jesienią wróci na stałe. Jednak ojciec Tomasz próżno czekał. Nie wróciła, choć żałowała zarobionych pieniędzy. Nie poinformowała go nawet o swoim ślubie w kościele parafii Góra, do której należał Szarlej, nie zawiadomiła o narodzinach synka Józefa w 1843 roku. O jego zgonie w roku następnym już zawiadomiła. Powoli mijała ją złość na ojca. Wiedziała, że ani on, ani jego nowa żona, nie są w gruncie rzeczy złymi ludźmi. W Szarleju miała niewielu znajomych. Zaczęła tęsknić za stronami rodzinnymi, za krewnymi, za przyjaciółkami, dawno już nie była na grobie matki. Nie minęły nawet dwa lata od ślubu, a Basia zaczęła namawiać męża do przeprowadzki. Nie musiała go długo namawiać. Wawrzyniec nie był z wyjazdu syna i jego rodziny zadowolony. Tłumaczył, że w nowym miejscu będzie im gorzej, że Rosja wprawdzie pokonała Napoleona, ale biedy nie pokonała. Granicę przekroczyli Pogodni legalnie. Prusy nie utrudniały wyjazdów swoich obywateli. Nie żałowali podjętej decyzji. Dzięki pomocy rodziny Barbary znalazł Wojciech szybko pracę w Pruchnowie, a potem w Opatowicach, bardzo blisko granicy i blisko wioski Szarlej. Wojciech nie powiedział, że urodził się w 1814 roku; żeby lepiej wypaść, ujął sobie parę lat, wszak wyglądał młodo. Choć do starości było mu jeszcze bardzo daleko, odruchowo jeszcze się odmłodził. Zbyt wiele się nasłuchał opowiadań, że ludzie posunięci w latach idą na żebry. Młodość była jego największym bogactwem. Nie można było jej kupić za żadne pieniądze. Praca na majątkach wszędzie wyglądała podobnie, nie było zaskoczenia. Jedyną rzeczą, która zdziwiła Wojciecha była trójpolówka, o której w Prusach już zapomniano. W zaborze rosyjskim zdarzało się jeszcze, że rotacyjnie na jednym polu siano zboża ozime, na drugim jare, a z trzeciego robiono ugór pełniący rolę pastwiska. Mistrzowie trójpolówki nie rezygnowali z niej, nawet jeśli uprawiali koniczynę czy łubin. Ziemniaki uprawiano wszędzie. Stały się nie mniej ważne od zboża. Wkrótce Wojciech ściągnął do nowego miejsca swojego brata Józefa. Z tym był spory kłopot, bo Józef nie chciał zostawić ojca, któremu starość zaglądała już powoli w oczy. Jednak Wawrzyniec już pogodził się ze śmiercią Rozalii, nauczył się samodzielności i nie chciał być przeszkodą. Wyruszając w drogę, Józef obiecał ojcu, że będzie często odwiedzał Szarlej i grób matki. Rozalia jak wiele innych wiejskich kobiet zaharowała się na śmierć. Jadła szybko, spała krótko. Lekką robotę nazywała wypoczynkiem.
Wojtek i Basia świata nie widzieli poza sobą, ale z upływem lat narastał poważny problem. Basia wylosowała słabe zdrowie; już jako dziecko niedomagała i z tych swoich różnych dolegliwości nigdy nie wyrosła. Bóle wędrowały w jej ciele i docierały wszędzie. Nawet włosy ją urażały. Bóle nie pozwalały jej szybko zasnąć i budziły, kiedy spała. Niewesołe myśli pojawiały się wtedy w jej głowie: „Przed mną kolejny ciężki dzień. Jak długo jeszcze wytrzymam w tym kieracie?”. Zasypiała nad ranem i zaraz musiała wstawać, choć jeszcze było ciemno. Nie chciało jej się otwierać oczu. Rzadko udawało jej się dłużej pospać. Już rano była zmęczona, a praca, którą musiała wykonać, tylko to zmęczenie potęgowała. Jednak co sobie zaplanowała przed zaśnięciem, starała się wykonać. Zasypiała na stojąco, ale rzadko kładła się nawet na chwilę za dnia, bo bała się bezsennych nocy. Jednego poranka, kiedy nie miała siły wstać, obserwowała muchę, jak chodzi po suficie. Zdziwiła się, że mucha nie spada, a potem pomyślała, że jej życie też jest wywrócone do góry nogami. Musi się jednak trzymać życia pazurami jak ta mucha sufitu. Wojciech pomagał jej. Początkowo nie był skory do pomocy, ale kiedy pewnego dnia poczuła się tak słaba, że ledwo dowlokła się do łóżka, nie miał wyjścia i podał jej wodę do popicia. Potem zastrzegł tylko, że może wykonywać babskie prace, ale tylko w domu, żeby nikt nie widział. „Jeśli pochwalisz się ludziom, przestanę ci pomagać” — zapowiedział. Rąbał drewka na pniaku w kuchni, mielił na żarnach ziarno na mąkę, brał się za stępę do kaszy jaglanej. Pracy przy żarnach nie musiał się wstydzić, bo to była ciężka praca nawet dla mężczyzny. Kamienie robiły się ciepłe, pot zraszał czoło, na zmianę jedna ręka sypała garściami ziarno w otwór w górnym kamieniu, druga ręka zaciśnięta na drewnianej rączce obracała ten kamień. Przy mieleniu ziarna na śrutę kobiety jeszcze dawały radę, ale kiedy przesunęło się kliny i przybliżyło do siebie kamienie, żeby sypała się mąka na chleb, pomoc mężczyzny była konieczna. Wojciech pomagał, ale nie tyle, ile chciałby pomagać. Często był poza domem, noc go wyganiała, noc go przyganiała. Zwyczajna rzecz na folwarku. Szlachta nie rozumiała, że człowiek może być zmęczony, że może nie mieć sił. Uważała, że jak żyje, to nie jest chory. Barbara rozumiała, że mąż też jest przepracowany, choć czasem, kiedy padała ze zmęczenia, wymknęło jej się jakieś cierpkie słowo. Troska o dzieci: Antosię, Marysię, Michałka mobilizowała Barbarę. Ktoś niezorientowany nie zauważyłby jej zmęczenia. I ludzie prosili ją o różne rzeczy a ona głupia rzadko odmawiała, choćby psuło to jej plany. Brakowało jej pewności siebie prawie tak samo jak zdrowia. Często czyniła postanowienia, że się zmieni, że nauczy się czasem odmawiać, ale potem przychodziła któraś z sąsiadek, żeby pożyczyć hubki albo zgoła prosić o pomoc przy rozpaleniu w piecu i wszystko wracało na stare tory. Czym jest dzień bez dobrego uczynku? Czym jest świat bez dobrych ludzi? Oni są cichymi bohaterami, nadzieją świata, tylko oni mogą uczynić świat lepszym. Barbara była zbyt skromna, żeby podobne myśli zagościły w jej głowie. Po prostu pomaganie ludziom było dla niej czymś tak naturalnym jak oddychanie. Raz nawet wylepiła sąsiadce ubytki w piecu gliną. Z naczyniem z urobioną gliną nie zawahała się wejść do komina. Znikały już kurne chaty, teraz w modzie były piece i kominy, symbole nowoczesności. A jeszcze niedawno przeważały domy bez komina i pieca. Ogień płonął na tak zwanej babie na tyle wysokiej, żeby dymu było mało na wysokości siedzącego człowieka. Jak się napaliło jeszcze w piecu do wypieku chleba, który przypominał piece w starożytnych słowiańskich ziemiankach, to dymnik w powale nie był w stanie odebrać dymu. Zresztą drzwi i tak zawsze były otwarte, nawet zimą. Okna były małe, nie miały zawiasów. Żeby ich nie uszkodzić, nie otwierało się ich. Wojciech nieraz mówił, że starego typu otwory w ścianach zatykane przesuwaną deską lepiej przewietrzały izby. W dachu było wiele szczelin i często chata pięknie wyglądała z zewnątrz ze swoją własną szarą albo białą chmurą niby aureolą. Tylko w środku sadza malowała wszystko na czarno i panował zaduch. Kobiety dłużej pracowały w domu niż mężczyźni i nie było to bez wpływu na ich zdrowie. Latem, kiedy nie padało, ludzie rozpalali ogniska przed chatami. Dym tak bardzo nie wchodził w oczy, płuca, jedzenie, odzież. Nowoczesny piec był ogromny. Tak jak komin miał szkielet z drewna, głównie z chrustu, oblepiony gliną. Baba przeistoczyła się w dużą nalepę, z której był dostęp do pieca chlebowego. Całość uzupełniał imponujący okap. Musiał być duży, bo na nalepie po prostu paliło się ognisko. Tylko bogaci chłopi używali jeszcze żelazne trójnogi, na których stawiali garnki. Na piecu i na zapiecku były najcieplejsze miejsca do spania. Barbara pomagała nawet największej plotkarce we wsi zwanej klekotem, tylko pilnowała się, żeby tak z nią rozmawiać, żeby nic nie powiedzieć. Plotki żyją własnym życiem, z małego ziarna prawdy może wyrosnąć kłujący do krwi oset. Raz w samo południe Wojciech wpadł do domu i już na progu zawołał: „Przed chwilą zaczepiła mnie ta nasza plotkara i wychwalała ciebie, że jesteś taka miła. Odpowiedziałem jej, że wszyscy tak mówią, więc może to i prawda.” Barbara odpowiedziała: „Jestem miła dla miłych ludzi. Bądź miły, to może też skorzystasz”. Wojciech usiadł zmęczony i powiedział: „Wiem, że mam złoty skarb w domu, na który nie zasłużyłem, i którego wszyscy mi zazdroszczą”. „Ja też nie żałuję, że za ciebie wyszłam” — podsumowała jego żona. Barbara nie miała wielkich szans na to, żeby ludzie jej nie lubili. Zapominała tylko o sobie, o swoim małym szczęściu; zapominała, że najpierw trzeba być egoistą, trzeba być zadowolonym, żeby pomagać skutecznie innym. Tylko szczęśliwy człowiek może pomóc innym być szczęśliwym. Zmęczony człowiek nie pomoże nawet sobie. Barbara, choć często cierpiała, nie szukała pomocy, nie narzekała. „Ludzie mają dosyć swoich problemów” — mówiła, a widząc żebraków pocieszała się myślą, że inni mają gorzej od niej. Parę razy tylko poszła do swojej ulubionej sąsiadki pożyczyć zaczyn do żuru. Zwykle wpadała do niej tylko na pogawędki. Pogodni radzili sobie jakoś. Nawet drewniane łyżki z twardego bukowego drewna potrafił Wojciech sam wystrugać. Starali się być samowystarczalni, bo skąd mieli brać pieniądze. Za pracę na polu czy to dziedzica, czy to gospodarza, niewiele dostawali kopiejek. Jakieś zakupy jednak czasem robili. Barbara chodziła do karczmy w Opatowicach i kupowała sól, czasem nici.
A tu jeszcze dziedzic przymuszał poddanych do zakupu alkoholu z jego gorzelni. Kiedyś to było piwo, teraz głównie wódka z kartofli. Na szczęście Wojtek pił z głową na karku, a nie pod stołem. Oczywiście szczególnie zimą karczma zamieniała się w przytułek dla towarzyskich pijaków nie tylko z wioski Opatowice. Byli to pijacy nie do końca spełnieni, bo jednak większość swojego czasu musieli poświęcać na pracę dla dziedzica i byli wtedy trzeźwi. Za to w każdą niedzielę mogli sobie pofolgować. Pili nawet kiedy ukrop lał się z nieba, choć czuli, że nie powinni. Jedni przypuszczali, że gorzej się czują, bo wódka była czymś zaprawiona; inni szukali winy w zbyt długim trwaniu w trzeźwości. Jedni i drudzy zupełnie nie zdawali sobie sprawy z faktu, że konsumpcja alkoholu rozszerza naczynia krwionośne i więcej ciepła z powietrza dostaje się do wnętrza organizmu człowieka. Za to odnośnie mięsa wieprzowego wszyscy zachowywali się przykładnie. Nie dlatego jednak, że wiedzieli, że na jego trawienie organizm zużywa dużo energii i rozgrzewa się od środka, tylko dlatego, że dla ludności chłopskiej trudno było o mięso przez cały rok, a najtrudniej w upalne lato. Pijacy czuli się akceptowani przez ogół społeczności na skutek powszechności pijaństwa. Dziedzice stawiali ich za wzór godny naśladowania. Pijacy nie gardzili produktami folwarcznych gorzelni; były dla nich ważniejsze od jedzenia i ubrania. Na unikających alkoholu patrzono z ukosa jak na nieprzystosowanych do życia dziwaków, względnie jak na ciężko chorych. Współczuto im powszechnie i szczerze, opijając sukcesy i porażki, pijąc także zupełnie bez powodu. Picie alkoholu to był podstawowy obowiązek chłopa folwarcznego. Przekonali się o tym Pogodni w roku 1846. Nie był to dla nich dobry rok, choć w tym roku bocian przyniósł im upragnionego syna, któremu nadali imię Michał. Zaraza ziemniaczana sprawiła, że zniknęły ze stołu ziemniaki, od kilkudziesięciu już lat podstawa chłopskiego wyżywienia. W Galicji głód przyczynił się do śmierci 400 tysięcy ludzi. Liście z drzew lipy i rzęsa zbierana ze stawów oszukiwały tylko żołądki. Przednówek i jesień zabijały. Nie tylko w okolicy Tarnowa ludzie opowiadali o karze bożej za zbrodnie Jakuba Szeli. Jak dojmujący to był głód świadczyły nie tylko liczne zgony, ale i przypadki wyganiania dzieci z domów. Nie znalazłszy pożywienia, często umierały albo padały ofiarą ludożerstwa. Paskudny, ciężki rok zakończył się dla Barbary i Wojciecha nieprzyjemnym wydarzeniem. Pewnej grudniowej nocy załomotali w drzwi dwaj oficjaliści dworscy. Wpadli do domu z wódką i piwem. „Dostałeś kwit — warknął do Wojciecha mniejszy z intruzów trzymający butelkę z wódką.- Dlaczego nie wypiłeś w karczmie swojego przydziału?”. „Nie miałem pieniędzy — odparł Wojciech, siląc się na spokój.- Sami wiecie, że ciężko jest bez kartofli. Musiałem kupować chleb dla dzieci”. Pogodny wskazał na Marysię i Antosię, którym zbierało się na płacz. Barbara próbowała utulić trzymanego na ręku malutkiego Michałka. Spróbowała też trafić do sumienia dworskich sługusów. „Czy wiecie, jak to jest, kiedy dzieci płaczą z głodu, a w domu nie ma nawet chleba z kłączy perzu i plew, a na polach próżno szukać komosy i pokrzywy, bo ludzie wszystko zjedli?” — powiedziała łamiącym się głosem. Niższy i bardziej rozmowny wysłannik dziedzica zaśmiał się nerwowo. „Jeszcze nie powyzdychaliście jak w niektórych biednych wsiach i w dalekiej Irlandii. Śmierć was nie dopadła, powinniście wypić za życie. Inni mają więcej dzieciaków, a wypili swój przydział”. — zawołał. „Z głodu jeszcze nikt nie pękł” — burknął wysoki dryblas. Wojciecha, który skończył przeszukiwanie półki przy oknie, ogarnęła złość. „Serca nie macie — wykrzyknął — Macie tu swój kwit. I tak nie umiem czytać. Wynoście się z mojej chałupy”. Dworscy zaczęli się śmiać. Nie wzięli kwitu. Ten mniejszy spojrzał na większego, skinął głową i obydwaj zaczęli rozlewać alkohol po ubitej ziemi izby. „Dostałeś wszystko, co jest na kwicie. Teraz płać” — wrzasnął do Wojciecha mniejszy. Kłamał. W rzeczywistości dworscy zanim weszli do Pogodnych łyknęli sobie tęgo na odwagę z przydziału Wojciecha. „Nie zapłacę, bo nie mam ani grosza, ani kopiejki” — odpowiedział wzburzony Pogodny. Większy z intruzów powiedział coś, ale tak szybko, że Wojciech nie zrozumiał. Jego kompan powiedział tylko: „Szykuj się na chłostę”. Barbara obserwowała całe zajście z niepokojem. Teraz położyła Michałka do łóżeczka i odezwała się do intruzów: „Siadajcie. Zaraz przyniosę pieniądze. Ile się należy?”. Wyszła z izby, by zaraz wrócić z pieniędzmi. Kiedy dworscy wyszli, szybko wyjaśniła mężowi: „Pożyczyłam po sąsiedzku od Macieja. Powinieneś robić jak Maciej. Sprzedaje swój zapas gorzałki po cichu i wychodzi na swoje”. Wojciechowi pomysł nie spodobał się. „Maciej jest chory — powiedział. — Jak się napije, zaraz zbiera go na wymioty. Ja mogę pić. Nikt we wsi mnie nie upije”. Nagle uderzył pięścią w stół, żeby rozładować narastający stres, i dodał: „Skąd weźmiemy pieniądze, żeby spłacić dług? Co nas podkusiło, żeby zamieszkać w czworakach dworskich? Ojciec miał rację, Kurczewscy są wszędzie, tylko inaczej się nazywają”. Rzeczywiście dziedzice bardzo dbali, żeby alkohol odsuwał na bok rozmyślania, jak ciężkie jest życie i przynosił wesołość w szare dni. Pijaństwo było plagą, zwyczajem, przymusem, któremu chłopom trudno był się oprzeć. Do grona nielicznych światłych dziedziców należał wywodzący się z gminu podpułkownik Tomasz Zieliński, który w 1847 roku odważył się założyć w Kościelnej Wsi Towarzystwo Wstrzemięźliwości. Towarzystwo z braku zainteresowania zarówno szlachty jak i włościan upadło już w po dwóch latach. Inny po takiej klapie pięknej inicjatywy upiłby się z rozpaczy, ale nie pułkownik. Uznał, że zmiany mentalności wymagają czasu, że trzeba lubić ludzi takimi jacy są i samemu dawać dobry przykład.
W Opatowicach większość kobiet zachodziła do karczmy w bezpiecznych godzinach, nie inaczej było z Basią. Wkrótce jednak przestała pojawiać się w karczmie. Wykonywanie wszystkich prac też przychodziło jej z coraz większym trudem. Szczególnie męczyła ją jesień, nie na darmo zwana babim latem ze względu na ogrom zajęć czekających na kobiece ręce. Jeszcze przy zakopywaniu w dołach warzyw, przy kiszeniu kapusty i buraków Wojciech pomagał, ale nie chciał nawet słyszeć o pracach związanych z lnem, konopiami i wełną. Nadszedł rok 1847. Powtórzył się nieurodzaj na kartofle, ale Basia postarała się zaznaczyć swoje 29 urodziny lepszym jedzeniem, kawałkiem mięsa na obiad. „Boże, za rok trzydziestka- pomyślała- robię się stara”. Parę dni później w niedzielę jakoś wyjątkowo dobrze wyspana i wypoczęta powiedziała do Wojtka: „Mam ponad 29 lat i nigdy nie będzie więcej. Za pięć lat, za dziesięć lat będę nadal mogła powiedzieć, że mam ponad 29 lat”. Wojtek roześmiał się: „Szkoda, że na ten pomysł nie wpadłaś 10 lat temu. Teraz byś miał ponad 19 lat, ty mój podlotku”. To były ich najszczęśliwsze chwile. Byli tu i teraz każdą myślą, w każdym spojrzeniu, zupełnie jak na początku znajomości, kiedy spotykali się koło kościoła w Prusach. Jak wiadomo istnieje tylko teraźniejszość, tylko w teraźniejszości możemy działać. Przeszłość nie jest najważniejsza, nawet kiedy wspominamy, przyszłość nie gra pierwszych skrzypiec nawet, gdy planujemy by ominąć przeszkody do naszych sukcesów. Co prawda czasem może zagrać pierwsze skrzypce. Leń na uwagę: Czemu siedzisz i nic nie robisz? Może z dumą odpowiedzieć: Ależ ja ciężko pracuję: myślę. Kto nie lubi czasem poleniuchować? Generalnie jednak, kto skupia się na teraźniejszości na podobieństwo dziecka widzi dużo, potrafi improwizować, dobrze sobie radzi, nawet lepiej niż dziecko. A kto dobrze sobie radzi, to jest szczęśliwy. Nawet smutna chwila bywa cenna. Trzeba ją wziąć do ręki i obejrzeć zanim się ją wyrzuci. Porażki więcej uczą niż sukcesy, pod warunkiem, że nie zabijają. Wkrótce Pogodnym nie było do śmiechu, niebo stanęło w płomieniach, zatrzęsła się ziemia. W tym feralnym 1847 roku nie było w ich domu świąt Bożego Narodzenia, nie było nawet dzielenia się opłatkiem, nie było życzeń. 25 grudnia zmarła Antosia, a Barbary „nigdy nie będzie więcej” miało się spełnić opacznie już następnego roku. Po stracie kilkuletniej córeczki Barbara załamała się i nigdy już nie wróciła nawet do tego swojego słabego zdrowia sprzed roku. Już parę lat wcześniej straciła jedno dziecko i teraz ta nowa żałoba to był cios w samo serce. Musiała szukać ratunku oczywiście nie u doktora, tylko u słynnej guślarki, która mieszkała kawałek drogi od Opatowic w Leonowie. Umówiła się ze znajomą i obydwie furmanką powożoną przez syna znajomej dotarły do Leonowa. Stugębna sława guślarki rosła im dalej ludzie mieszkali od jej domu. Wieśniacy twierdzili, że potrafi wyleczyć każdą chorobę, przepowiedzieć przyszłość lepiej od Cyganki, opisać złodzieja świniaka, jeśli poszkodowany przyniósł odrobinę sierści zostawionej przez zwierzę na ogrodzeniu w czasie czochrania się. Znajoma Barbary, choć dużo od niej starsza, wyglądała na zdrową i takową była. Jechała po poradę w sprawie swojej krowy, która nagle straciła mleko. Znajoma twierdziła, że bardzo o krowę dbała; przed wypędzeniem na pastwisko zawsze pocierała jej czoło swoją spódnicą, a pastuch miał zawsze świeżo wycięty pręt do poganiania. Kobiety uzgodniły, że zapłacą znachorce tyle samo co inni i że zapłacą z góry, żeby się lepiej starała. Dom guślarki wyróżniał się na tle innych zabudowań we wsi. Był duży i w obszernej sieni ludzie czekali na swoją kolei. Znajoma wyszła od guślarki z uśmiechem od ucha do ucha. Wchodząc, Barbara była tym uśmiechem bardzo podbudowana. Musiała jednak zapłacić więcej, niż planowała, a wszystko przez kurę. Wysłuchawszy litanii dolegliwości Pogodnej, znachorka zażądała dopłaty za kurę potrzebną do wyleczenia. Barbara ciężko westchnęła. Dawno już nie jadła drobiu. Przecież chłopka jadła kurę, kiedy była chora, albo kiedy kura była chora. Znachorka wytłumaczyła, że wypędzi choroby z jej ciała do ciała kury. Ptaka trzeba będzie potem zabić i zakopać daleko od domostw ludzkich, najlepiej w lesie. Mówiła spokojnie, ale z przekonaniem. Widać było, że wie, co robi. Barbara zapłaciła. Znachorka posadziła ją na krześle przy drzwiach, a sama naskrobała trochę wosku do garnka z wrzątkiem. Podeszła do kąta izby koło pieca, zanurzyła palec w garnku i strząsnęła parę kropel na glinianą podłogę, mówiąc: „Czarnemu kapeczkę”. Następnie zanurzyła w garnku dłoń i chlusnęła wodą z woskiem w stronę środka izby, mówiąc: „Białemu kwarteczkę”. Powtórzyła ceremonię z pozostałych trzech kątów. Kura pojawiła się w izbie. Pomocnik cały czas trzymał wystraszonego ptaka. Barbara wstała. Guślarka najpierw przyłożyła swoje dłonie do jej głowy. Następnie przesunęła je w dół przez całe ciało pacjentki. „O, już czuję, gdzie siedzą choroby, ale zaraz je wypędzimy” — oświadczyła. Kazała się Barbarze przeżegnać trzy razy, sama też uczyniła to samo. Mrucząc zaklęcia, dotykała pacjentkę, a potem przenosiła swoje dłonie na kurę. Trwało to długo. Monotonny głos znachorki działał uspokajająco, gdy powtarzała swoje zaklęcia wiele razy: „Złe, złe, złe, wyjdź i zgiń, wyjdź i odejdź w dalekie strony, złe się boi wody święcony, złe ginie od wody święcony, zgiń, przepadnij jak zły sen, amen”. Barbara czuła dziwne ciepło płynące od dłoni znachorki, straciła poczucie upływu czasu, wypełniła ją błogość i otucha. Na koniec guślarka powiedziała: „Najgorsze choroby przeszły na kurę. Popatrzcie, jaka osowiała, a teraz z pomocą świeconej wody przekażę wam swoją siłę, żeby wasz organizm nie uległ żadnej chorobie”. Trzy razy zanurzała dłonie w garnku i trzy razy chwytała Barbarę za ręce, mrucząc coś niezrozumiale. Potem, żeby złe nie miało przystępu, wzięła się za okadzanie chorej. Na glinianą misę nakładła żożywia z pieca, owczych wysuszonych bobków, które zaraz zapłonęły, i garść ziół. Trzy razy obeszła dokoła stojącą na środku izby Barbarę, to podnosząc, to obniżając misę. Zapachniało lasem, zaczarowanym lasem. „Jeśli będzie taka potrzeba, powtórzymy leczenie za jakiś czas. Dam wam teraz zioła, może druga wizyta nie będzie potrzebna” — głos znachorki wyrwał Barbarę z transu. Dopiero teraz rozejrzała się Pogodna po izbie i zdała sobie sprawę, że charakterystyczny zapach, który poczuła wchodząc, pochodzi od ziół wiszących u powały i poukładanych na półkach. Tylko parapet dużego okna był pusty. Okno miało prawdziwe szyby, a nie błony z świńskich pęcherzy, miało prawdziwe żelazne zawiasy. Na szkle szyb błąkały się jeszcze resztki słonecznego światła, ale izbę oświetlał już łojowy kaganek. Przy świętym obrazie paliła się prawdziwa świeca jak w kościele. Tłuszcze zwierzęce w Opatowcach były dokładnie zjadane, tłuszcze roślinne były trudne do zdobycia; kaganki nie płonęły w chłopskich chatach. Po wioskach niektórzy mieli ule, ale wosk musieli oddawać dziedzicom. Dziedzicom nie odmawiało się. Mogli zaszkodzić na wiele sposobów, mogli nawet zabrać pierzyny w największe mrozy. Później Barbara dowiedziała się, że znachorka leczyła też szlachtę. W izbie nie było nawet uchwytów na łuczywa, które dawały nikłe światło. Trzeba było czuwać, żeby zapalić nowe łuczywo, zanim stare zgasło. Barbara była przyzwyczajona do półmroku. Nawet w dzień w jej domu nie było tak jasno jak u guślarki wieczorem. Pomocnik chciał wręczyć kurę, ale Barbara wzdrygnęła się przed dotknięciem ptaka. Pomocnik wycofał się szybko. Wychodząc, Barbara poczuła, że nowe siły życiowe w nią wstąpiły, nogi same ją niosły. Znajoma zniecierpliwiona długim czekaniem ucieszyła się na jej widok. „Czuję, że guślarka mi pomogła” — zawołała Pogodna. „Jasne, ona wszystkim pomaga” — zgodziła się jej towarzyszka. Już siedząc wygodnie na wozie, opowiedziała, jaką poradę dostała odnośnie krowy: „Jakaś czarownica, nawet domyślam się jaka, zabrała mojej krasuli mleko. Muszę usunąć zły urok. Mam trzy palce umoczyć w święconej wodzie i zrobić trzy razy znak krzyża na czole bydlątka. Potem dobrym mlekiem od krowy dójki mam umyć wymię mojej krasuli i powtarzać w myśli specjalne zaklęcie. Dostałam też zioła do okadzania krowy: lulek, nagietek, maronkę, czosnek. Mam dodać wosk z poświęconej świecy i okadzać przed wschodem słońca, odmawiając w myśli Pozdrowienie Anielskie. Sama bym na to nie wpadła. Muszę powtarzać sobie zaklęcie, którego nie wolno mi nikomu powtórzyć, żeby nie pomylić słów, bo zaklęcie nie zadziała”. Kobiety zamilkły, każda zajęta swoimi myślami. Tylko syn znajomej zaczął cmokać na konie, bo wjechali właśnie na równiejszy kawałek drogi.
Przez kilka dni Barbara czuła się prawie dobrze. Potem jednak przyszło nagłe pogorszenie i zrozumiała, że znachorka z jej kurą już jej nie pomoże, że nawet rosół z kury już jej nie pomoże. Strach przed śmiercią zatruł jej myśli, że stłukł się garnek zupełnie przestało być ważne. Nic ją nie obchodziło, że sąsiedzi się pokłócili, a pierwsze kwiaty zapowiadały nadejście wiosny. Barbara szybko traciła siły. Ostatnie tygodnie to było właściwie powolne umieranie. Przyjazne kobiety ze wsi przestały przychodzić do Barbary, bo nawet plotkarka, która miała zawsze tyle do opowiedzenia, zauważyła, że rozmowy męczą chorą. Przychodziła do mieszkania Pogodnych tylko sprowadzona przez Wojciecha stara kobieta, by zajmować się Barbarą i jej dziećmi. Znała Pogodną dobrze. Kilka lat wcześniej odbierała jej dzieci: Mariannę i Michała. Nie sposób wyobrazić sobie ogrom rozgrywającej się wtedy tragedii. Nieszczęsna cierpiąca Barbara nie myślała o sobie, o swojej chorobie, o zaświatach, tylko o tym, co stanie się z dwojgiem jej maleńkich pociech: czteroletnią Marianną, na którą w domu wołano Marysia, i dwuletnim Michałkiem. Najbardziej bała się o wątłą Marysię. Nie miała już sił, żeby wstać, ale wciąż miała siły, żeby się modlić. Prosiła Boga o parę lat życia, żeby mogła odchować dzieci. W swoim mniemaniu nie zasługiwała na więcej, dostrzegała swoje grzechy, choć może nikt inny ich nie dostrzegał. Jej usta szeptały różaniec, wszystkie litanie jakie znała: do najsłodszego serca Pana Jezusa, do najświętszej Marii Panny Loretańskiej, modliła się też własnymi słowami. Słabła, ale jej wiara nie słabła. Kiedy gołąb zatrzepotał skrzydłami nad jej łóżkiem, uznała, że odwiedził ją sam Duch Święty. Wodziła za dorodnym ptakiem oczyma, dopóki nie odleciał przez otwarte drzwi. W XIX wieku, kto nie wierzył, że w niektóre gołębie wcielają się anioły albo nawet sam Duch Święty, uchodził za heretyka, a nawet bezbożnika. Ludzie niechętnie jedli gołębie, choć dotkliwie odczuwali brak mięsa w diecie, bo nikt nie był pewien, jak odróżnić zwykłego gołębia od anioła. Barbara zawsze szanowała święte ptaki. Teraz zaczęła się modlić jeszcze goręcej. 11 maja 1848 roku Barbara Kijewska Pogodna wydała ostatnie tchnienie. Zdruzgotany Wojciech musiał zapalić świecę dla niej. Świeca nie pali się długo, kiedy płomień jest silny, ale kiedy płomień jest słaby, byle przeciąg może go zgasić. „Oj, Basiu, Basiu — zawołał Wojciech. — Świeciłaś mocno, bo pomagałaś ludziom; tylko ja w domu widziałem, że gaśniesz”. Jeszcze w tym samym 1848 roku ożenił się Wojciech po raz drugi. Dlaczego tak szybko? W XIX wieku żałoba często trwała krócej niż miesiąc. Taki był powszechnie akceptowany obyczaj. Nikt się nie gorszył. Ktoś musiał zajmować się małymi dziećmi i tylko małżeństwo mogło podołać licznym obowiązkom narzucanym chłopstwu.
Wojciech pracował od świtu do zmroku i nie miał dla swoich dzieci czasu. Zresztą matki nie mógł im zastąpić. Rodzina jego brata Józefa nie była w stanie mu pomagać. Podobnie było z rodziną nieboszczki. Jego matka Rozalia już nie żyła, sędziwy ojciec Wawrzyniec mieszkał za kordonem. Zresztą każdy krewny nie narzekał na brak obowiązków; kiedy miał trochę czasu w dzień świąteczny, chciał odpocząć. Dnia 10 listopada 1848 roku los pod postacią proboszcza z Byczyny księdza Władysława Bujakowskiego połączył religijnym węzłem małżeńskim Wojciecha Pogodnego z Katarzyną Figmąk, która, mając 20 lat, była o całe 13 lat młodsza.
POSZLI CHŁOPCY W BÓJ BEZ BRONI
Weselisko odbyło się w Piołunowie, gdzie małżeństwo Figmąk mieszkało na komornym. Postarali się jednak i zaprosili gości do pobliskiej karczmy. Żyje się tylko raz. Na weselu muzykanci głośno grali oberki, kujawiaki i mazurki, można było potańczyć, ale można też było porozmawiać. Nie często krewniacy mieli okazję się spotkać, nie często zawierało się nowe znajomości. Nawet Wojciech, zapatrzony w swoją Kasię, brał udział w rozmowach. Opowiadano, że szlachta znowu się buntuje przeciwko carowi. Przeważnie ludzie patrzyli na te zawirowania sceptycznie. „Jak panowie chcą ginąć, niech giną- mówili- My możemy tylko na tym skorzystać”. Najważniejsze, że w Królestwie Polskim car zlikwidował darmochy zwane też daremszczyznami. Nie będzie już rąbania drewna na zawołanie czy pilnowanie w nocy gorzelni, czy reperowanie tego co dziedzic po pijaku rozwalił. Ludzie cieszyli się, choć wielu narzekało, że egzekwowanie nowych praw będzie trudne. „Żeby jeszcze car zlikwidował pańszczyznę” — wzdychano. Lepiej poinformowani tłumaczyli, dlaczego nagle zniesiono daremszczyzny.
Już dwa lata minęły od roku 1846, kiedy w zaborze austriackim wybuchło chłopskie powstanie Jakuba Szeli. Chłopi odpłacili za swoje krzywdy. Chodzili od dworu do dworu, podpalali te znienawidzone pałace, przez dwa dni zabili blisko trzy tysiące szlachetnie urodzonych, oszczędzając tylko kobiety i dzieci. Wojsko Szeli liczące około 700 buntowników atakowało nawet małe oddziały powstańców krakowskich. Nic dziwnego, że austriackie władze przez krótki czas nie interweniowały. Szlachta, jak Polska długa i szeroka, doznała wstrząsu. Zrezygnować z pańszczyzny jednak nie chciała, nie potrafiła też zrozumieć motywów, którymi kierował się krwawy Szela. Przez wiele lat przed rabacją Szela walczył z dziedzicami jako reprezentant chłopów metodami legalnymi. Nic nie wskórał, za to był upokarzany, bity, więziony, tak długo trzymany na mrozie, że nabawił się odmrożeń. Kiedy wybuchło powstanie krakowskie, postanowił wyrównać rachunki ze swoimi ciemiężcami. Żydom chłopi nie robili krzywdy, w karczmach wódką dodawali sobie animuszu. Zdarzało się, że zabijali nawet księży, przecież to byli krewni dziedziców. Podpici weselnym trunkiem weselnicy w Byczynie żartowali: „Księża zasłużyli sobie za to namawianie do trzeźwości”.
Wesele i po weselu. Nowożeńcy zamieszkali w Opatowicach. Kasia narzekała, że folwark do niczego, a czworaki jeszcze gorsze. Nie każdy folwark nazywał się Byczyna i miał 465 mórg, nie każdy dziedzic był tak dobrym gospodarzem jak Dominik Jaksa-Kwiatkowski. Dominik inwestował nie tylko w folwark, ale także w pracujących na nim chłopów. Rozwalono gliniane lepianki, pobudowano porządne czworaki z cegły i kiedy Kasia odwiedzała rodziców, a także znajomych w Piołunowie, zachodziła nie tylko do kościoła do pobliskiej Byczyny, pędziła też obejrzeć te sławne czworaki. Raz nawet dobra znajoma zaprosiła ją do środka. Co to się w tej Byczynie wyrabiało? Tylko kościół pozostał drewniany. Nic dziwnego, że chłopi z folwarku nie czuli się gorsi od miejscowych gospodarzy, którzy gdyby połączyli swoje poletka, to by powstało porządne, ale tylko jedno 16 morgowe gospodarstwo. Gdzie tam było małorolnym równać się z dostatkiem życia folwarcznych. Nic dziwnego, że było trudno dostać się w szeregi służby folwarcznej. Jednak dla Wojciecha nawet majątek Byczyna nie był dosyć dobry. Marzył o tym, żeby zostać zagrodnikiem i mieć choć pół łanu ziemi z chałupą. Nie było to marzenie bez szans na realizację. Na rosyjskich Kujawach można było z wyrobnika awansować nawet na kmiecia. Kmiecie, którzy stanowili około 80 procent mieszkańców wsi, mieli zwykle cztery razy więcej ziemi od zagrodników, mieli całe dwa łany, czyli około 35 hektarów. Gospodarstwa nie ulegały rozdrobnieniu, bo więcej dzieci umierało niż dożywało do dorosłości. Były też małżeństwa bezdzietne i po nich można było dostać gospodarkę. Dziedzic, jak mu się spodobało, mógł nawet zabrać ziemię jednej chłopskiej rodzinie i osadzić na niej inną. Kmiecie i zagrodnicy mieli trochę stabilizacji. Komornicy żyli z dnia na dzień. Rodzina komornika Wojciecha Pogodnego często zmieniała miejsce zamieszkania. Raczej sami nie porzucali pracy, z łatką nierobów trudno by im było znaleźć nowe zatrudnienie. Wojtek nie musiał słabo machać sierpem i kosą, nie musiał pyskować, żeby znaleźć się na wylocie. Wydaje się, że wyrzucanie z pracy i zabieranie dachu nad głową było masowe. To była przemyślana polityka dziedziców, żeby trzymać poddanych w ryzach, żeby bardziej się przykładali do pracy, żeby mniej kradli. Przeprowadzki nie służyły dobrze rodzinie Pogodnych. Kasia narzekała, że każdy folwark jest gorszy, od tego z Byczyny. Wojtek upierał się, że jego połowica w życiu nie widziała porządnego folwarku. Według niego porządne folwarki były tylko w Prusach. W ogóle ciągle chwalił niemiecką gospodarność, niemiecki porządek. „Ty i porządek — fuknęła raz Kasia. — Przecież ty jesteś bałaganiarz. Nie sprzątasz po sobie”. „W moim wieku mnie nie zmienisz” — zadeklarował Wojtek. „Coś ci powiem — zawołała jego żona. — Powtórzę ci, co powiedział dziedzic Dominik. Dopóki mamy głowy na karkach, dopóki myślimy, możemy zmieniać nasze przyzwyczajenia i poglądy. Nie wolno tracić nadziei”. Rychło porządki w domach, ładne urządzanie domów, a nawet pieniądze przestały być ważne. Bogaty był ten, kto przeżył epidemię cholery w 1852 roku i nie wylądował na cholerycznym cmentarzu. Cholera była chorobą, której nie życzyło się największemu wrogowi, była dopustem bożym. Kto tam rozumiał, czym są bakterie? Kto widział bakterie? Ksiądz nic nie wspominał, że mogą mnożyć się w kropielnicy. Kto wiedział, co może kryć na pozór czysta woda? Kto mył ręce? Chory słabł błyskawicznie na skutek biegunki i wymiotów, tracił wodę tak szybko, że skóra marszczyła się jak na wyschniętej śliwce, a głos skrzypiał jak nienaoliwione drzwi. Słaby czekał na pomoc od innych, którzy dotykając jego wydzielin sami się zarażali. Mógł się tylko pocieszać, że ktoś tam wcześniej pokonał chorobę, choć się nie leczył. Mniej niż połowa chorych ludzi przeżywała. Nagle Byczyna straciła swój urok. Tutejszy choleryczny cmentarz był jednym z większych, a nieoznaczone groby zarosły wkrótce lasem. Na cholerę zmarło pierwsze dziecko Katarzyny Figmąk Pogodnej. Antek oglądał ten piękny świat tylko przez jeden rok. Wojciech i Katarzyna stracili jeszcze córkę Agnieszkę. W tych strasznych czasach Pan Bóg miał pełne ręce roboty, żeby przyjmować do Nieba aniołki. Z przepracowania, a może nie tylko, nie spełniał często także innych ludzkich próśb niedotyczących zdrowia. Jednak wiara w dobrego Boga zainteresowanego każdym ludzkim istnieniem pomagała wiernym przeżyć osobiste tragedie i nie oszaleć z rozpaczy. Wierzyli, że Bóg bardziej im pomaga niż robakom zjadanym przez inne robaki, wierzyli, że są dziećmi Boga, a nie robakami.
Co do mnie, to też nie czuję się robakiem. Czasami nawet myślę, że będę jeszcze istniał po śmierci. Targają mną wątpliwości. Świadomość człowieka zależy od jego zdrowia. Kiedy krew nie dociera do mózgu wskutek udaru albo dostarcza za mało tlenu czy nieodpowiednią ilość glukozy, albo dostarcza za dużo toksyn, świadomość się kurczy. Jeśli człowiek jest bardzo chory, jeśli umiera, świadomość znika. Fakt ten nie jest dobrym prognostykiem na istnienie świadomości bez istnienia ciała. Świadomość ludzi jako zbiorowości jest trwalsza. Wyobrażam sobie, że świadomość Boga nigdy nie przestanie wypełniać Wszechświata. Warto wierzyć, że istnieje coś, czego nie ogarniamy ani zmysłami, ani rozumem i niekoniecznie chodzi mi tu o ciemną materię i ciemną energię, wielkie zagadki fizyki. Pascal miał rację, jeśli Bóg nie istnieje, nigdy się o tym nie dowiemy, a już na pewno nie po śmierci. Gdyby Bóg nie istniał, należało by go wymyśleć. Samoloty nie istniały, a ludzie je wymyślili. Życie czasem doskwiera, czasem bardzo boli, ale czego można się spodziewać po płaskim Wszechświecie, którego całkowita energia według naukowców wynosi zero, który przypomina rozdętą w czasie fluktuacją kwantową. Nasz świat to prawdziwy cud dokonany przez Pana Boga, któremu udało się stworzyć z niczego niewiarygodnie dużo. Stwórca dał ludziom wolną wolę, nie są jego niewolnikami, warto za bycie wolnym zapłacić wysoką cenę. Tą ceną są krzywdy wyrządzane innym. Jak Jastrzębski ukradnie mi ostatnią kromkę chleba, to nie mogę mieć pretensji do Wiśniewskiego czy Boga, tylko do Jastrzębskiego. Podobnie jest z największymi zbrodniami, których dopuścili się hitlerowcy w czasie drugiej wojny. Niektórzy ludzie mają za złe Bogu, że pozwala na katastrofy naturalne. Nawet niedowiarek Voltaire miał żal do Boga, że w Portugalii wskutek trzęsienia ziemi zginęły tysiące. Bóg pozostał obojętny. Na skutek suszy w czasach przed Kolumbem zginęły w Ameryce Środkowej miliony Majów. Czyżby ci konający z pragnienia i głodu nie wzbudziły zainteresowania Boga? Stwórca pozwala na katastrofy naturalne, bo dał ludziom coś bezcennego: prawa przyrody. Ta sama siła grawitacji, która każe kroplom deszczu spadać na ziemię i płynąć rzekom, każe też w czasie trzęsienia ziemi zawalać się domom, a w górach może zrzucić nieostrożnego turystę w przepaść. Bóg nie może w takim przypadku zmienić myśli turysty chwilę wcześniej, aby ten poszedł inną ścieżką, bo pozbawiłby go wolnej woli. Gdyby zaś Bóg spowolnił spadanie nieszczęśnika, naruszyłby logiczne prawo fizyki. Powtarzalność zjawisk też by została naruszona i w takich warunkach rozum by nigdy nie powstał ani u zwierząt, ani u ludzi. Znając prawa przyrody istota myśląca może próbować wygrać nawet z trzęsieniem ziemi. Rozum by też nie powstał, gdyby nie śmierć jednostki. Jesteśmy, bo miliardy istnień zginęło przed nami. To byli nasi przodkowie. Ewolucja niezmiernie powoli, niedostrzegalnie dla żyjących, zmieniała kolejne generacje istot, tworzyła nowe gatunki. W końcu stworzyła świadomość i rozum. Wzajemne zjadanie się wydaje się być makabrycznym pomysłem, ale ten pomysł przyspieszył zmiany ewolucyjne. Trzeba było być inteligentnym, żeby dogonić jedzenie, a także żeby nie zostać jedzeniem. Nawet doprowadzająca do skrajnej rozpaczy śmierć dziecka może być jakoś wytłumaczona. Bez mutacji genów ewolucja nie tylko nie zbudowałaby człowieka, nie zbudowałaby nawet muszki owocówki. Niestety mutacjami genów rządzi przypadek i większość mutacji nie jest korzystna, często prowadzą one do śmierci, ale śmierć jest ważnym narzędziem ewolucji. Ludzie często mają okazję zauważyć, że świat nie jest doskonały, ale jego złożoność ciągle rośnie. Już nawet ludzkość przyczynia się do zwiększania stopnia jego złożoności, a co dopiero Bóg, który ciągle sposobami mozolnie odkrywanymi przez naukę, udoskonala swoje dzieło. Świat jak ogromna piękna rzeźba, jest w procesie tworzenia. Pryskają niebezpieczne odłamki na boki, a dłuto rzeźbiarza ciągle pracuje, żeby wygładzić niewyprofilowane, chropowate fragmenty. Mam nadzieję, że autorzy Biblii, twierdzący, że Bóg stworzył świat w 6 dni, nie obrażą się na mnie za optymistyczne twierdzenie, że proces tworzenia ciągle trwa. Przecież te sześć dni to może być sześć geologicznych epok. Raczej trudno się obrazić, kiedy się już nie żyje od paru tysięcy lat. Biblia głosi, że Bóg stworzył człowieka szóstego dnia. Być może jest odwrotnie. Człowiek stworzył Boga w swojej wyobraźni pierwszego dnia, kiedy tylko zaczął myśleć. W jakiejś mniej lub bardziej ezoterycznej formie Stwórca Wszechświata istnieje i na szczęście nie jest to niedołężny staruszek czy niedołężna staruszka. Naprawdę Stwórca dobrze obmyślił ten świat, nie ma za bardzo do czego się przyczepić. Może tylko do faktu, że Bóg choć stworzył dosyć rozumu, to nie stworzył dosyć pieniędzy. Nikt nie narzeka na brak rozumu, wszyscy narzekają na brak pieniędzy. Tak przynajmniej twierdzi Robert, a on rzadko się myli. Kto to jest Robert? Będzie okazja jeszcze nie raz o nim napisać. W tym miejscu tylko nadmienię, że mój dobry znajomy nie jest zarozumiały. Choć jest skromny, wcale nie chce, żeby wszyscy o tym wiedzieli.
Inteligentni ludzie nie uważają siebie za inteligentnych. Nie są ślepcami. Widzą z jak złożonej materii świat jest zbudowany. Zdają sobie sprawę z wątłości ludzkiego rozumowania. Widzą, że życie potrafi targać nawet najbardziej przewidującym przyszłość człowiekiem niby źdźbłem trawy. Nie można przewidzieć zdarzeń przypadkowych, nie wszyscy ludzie są życzliwi, nie z każdym da się współpracować, mechanizmy regulujące życie społeczne nie zawsze sprzyjają. Im kto bardziej potrafi działać w grupie, tym mniej przypomina źdźbło trawy. Życie polega nie tylko na konkurowaniu, ale i na współpracy. Generalnie można być sprytniejszym od jednego Wesołowskiego, ale trudno przechytrzyć stu Wesołowskich. Współpraca się opłaca. Każdy przedstawiciel rodzaju ludzkiego jest taki sam, jak pozostali, bo każdy ma silne i słabe strony. Jednocześnie, jakby to dziwnie nie zabrzmiało, każdy przedstawiciel gatunku ludzkiego jest inny niż pozostali, bo każdy ma inne silne i słabe strony. Jeśli ludzie sobie pomagają, współpracuję, są wstanie uzupełniać się wzajemnie, są w stanie tworzyć nowe, lepsze rzeczywistości. Niejeden docent doktor habilitowany nie potrafi zespawać dwóch kawałków blachy; niejeden spawacz nie potrafi rozwiązać równań ruchu dla dwóch obiektów związanych grawitacją. Kiedy współpracują, potrafią wysyłać sondy kosmiczne do krańców Układu Słonecznego, czego sonda Nowe Horyzonty badająca Plutona, jest dobrym przykładem. Z drugiej strony nawet kiedy nie spieszymy się, nawet kiedy nie chcemy konkurować, nawet kiedy nie jesteśmy świadomi istnienia konkurencji, to konkurencja i tak istnieje. Ludzkość nie potrafi zachować równowagi między współpracowaniem i konkurowaniem. Krańcowym przykładem tej nierównowagi jest wojna. Zdrowa konkurencja mobilizuje, jest matką nowych pomysłów, ale sprawia, że nie jest łatwo o sukces. Czasami potrafi podłamać, czasami zniszczyć. Nie tylko ludzie bankrutują, ale i firmy, i to jest cena szybkiego rozwoju ludzkości.
Dla naukowca, który oczywiście też współpracuje i konkuruje, bogactwo Wszechświata jest oszałamiające. Jeśli chodzi o badanie natury rzeczy, to stateczek ludzkości z jej najwybitniejszymi umysłami na pokładzie wciąż pływa tylko po wodach powierzchniowych zatoczki ogromnego morza. Może kiedyś uda mu się spenetrować zatoczkę do samego dna, ale wątpliwe, czy kiedykolwiek zapuści się na otwarte morze z jego niepojętą głębią. Ja nawet jestem Stwórcy wdzięczny za to, że świat jest bardzo skomplikowany, prawdopodobnie ludzie nigdy nie zrozumieją wszystkich szczegółów, a może nawet najważniejszych faktów. Dzięki temu nigdy nie spoczną na laurach i będą mieli okazję używać największy podarunek od Boga: myślenie. Naprawdę Stwórca wykonał dobrą robotę, ale nawet twórców światów ograniczają prawa fizyki i podpinającej ją matematyki. Matematyk Roger Penrose uważa, że matematyka jest pierwotna. Może mieć rację. Wszak różne wszechświaty mogą mieć różne stałe fizyczne i fizyczne rzeczywistości, a ciągle tę samą, niezmieniającą się matematykę. Nie można obrazić Boga myślą. Jak dżdżownica nie może mnie obrazić, tak ja nie mogę obrazić Boga. Mimowolnie krzywdę, przykrość mogę uczynić tylko ludziom. Świat wciąż będzie tajemniczy, co dla jednostek o metafizycznych skłonnościach jak ja jest bardzo pocieszające. W podobny sposób wiara w Boga, Jezusa Chrystusa i Ducha Świętego niosła pociechę Wojciechowi Pogodnemu i Katarzynie Figmąk.
Siedmioro dzieci Katarzyny i Wojciecha Pogodnych przeżyło do pełnej dorosłości. Niestety Marianna, córka Barbary i Wojciecha zmarła mając ledwie 9 lat. Marysia odeszła, kiedy jej oczy zaczęły patrzeć już ze zrozumieniem, kiedy już zaczęła się bawić z innymi dziećmi, kiedy już zaczęła rozumieć, co to jest choroba i śmierć, także jej własna śmierć. Dzieci, z którymi się bawiła, ledwo zauważyły jej odejście, opłakiwali ją tylko rodzice. Mały Michałek był smutny, bo widział smutnych rodziców. Zostało mu tylko przyrodnie rodzeństwo. Nie był jedynakiem, ale był dużo starszy od przyrodnich braci i sióstr. Pewnie czasem rodzice kazali mu opiekować się rodzeństwem. Przybrana matka musiała dobrze dbać o Michała, bo udało mu się przeżyć szczęśliwie dzieciństwo. Józefa miała wujów i ciotki ze strony ojca, ale pewnie ich nie znała. Życie w połowie XIX wieku było ciężkie, mało kto z nas chodzących teraz po ulicach zdołałby przeżyć dłużej niż parę miesięcy w XIX wieku, tak bardzo zrobiliśmy się delikatni. A i w XIX wieku dorośli i dzieci umierali z powodu epidemii. W samych Osięcinach w 1852 roku, roku suszy, nieurodzaju i głodu, roku, w którym nawet wiatr był za słaby, żeby poruszyć skrzydła wiatraków, z około 900 mieszkańców na cholerę zmarło 180 osób. Dlaczego tak niewielu? Władze przysyłały lekarzy, którzy informowali ludzi, jak unikać choroby i jak obchodzić się już z chorymi. Lekarze świadomi ryzyka nie zajmowali się jednak indywidualnymi pacjentami, skutecznych lekarstw zresztą nie znali, po odczytach wracali do swoich miast. Zmarłych na cholerę byłoby więcej, gdyby nie pułkownik Tomasz Zieliński, który zetknął się z tą straszną chorobą już wcześniej. W 1831 roku sprawował nadzór wojskowo-sanitarny w dotkniętym epidemią Kiszyniowie. Wielu ludzi biednych i bogatych uratował pułkownik w Osięcinach i okolicy, własne życie kładąc na szalę. Wielu jego pacjentów zmarło. Wśród wyleczonych znalazł się burmistrz Osięcin Karol Pawłowski i dziedzic z Płowiec Włodzimierz Biesiekierski.
W XIX wieku nie było łatwo, a tu, jakby za mało było trudności i nieszczęść, wybuchło powstanie styczniowe. Lepiej już chyba było walczyć w powstaniu o wolność niż szerzyć w rosyjskim wojsku przez 25 lat niewolę. Co nawet ważniejsze, sprawa była gardłowa. Zwykle wracało z wojska do domu kilkanaście procent rekrutów. Nawet nie musiały szaleć wojny; ciężkie warunki życia, choroby zabijały niezgorzej od kul i szabel. Branka zarządzona przez Aleksandra Wielopolskiego, aby wyłapać organizatorów powstania okazała się jego dużym błędem, przyspieszyła powstanie. Polska szlachta, przewodnia siła narodu, podzieliła się na kilka sposobów. Zasadnicza linia podziału oddzielała zwolenników powstania od przeciwników wszelkiej walki. Głównie z tych ostatnich pochodzili donosiciele, którzy informowali wojsko carskie o planach powstańców, jakby ogromna przewaga sił rosyjskich w ludziach i uzbrojeniu była za mała. Powstańcy podzielili się na Czerwonych i Białych. Ci ostatni nie chcieli na początku powstania. W końcu byli arystokracją i kajdany, które nosili, były lekkie. Poza tym liczyli, że to co uzyskał Aleksander Wielopolski w rozmowach z władzami carskimi uda się zrealizować. Bez jednego wystrzału uzyskał margrabia dla Królestwa Polskiego rozszerzenie autonomii. Polacy obsadzali sądy, administrację, szkolnictwo, które po latach zastoju zaczęło się rozwijać. Powstał uniwersytet Szkoła Główna Warszawska. Nawet Żydzi, w oczach chłopstwa pasożyty, pijawki, spekulanci, pozbawieni duszy, nawet Żydzi otrzymali prawa obywatelskie. Potrzebny był tylko spokój społeczny, nic nie robienie ze strony powstańców. Nic dziwnego, że po latach rozczarowany Wielopolski miał stwierdzić: „Dla Polaków można czasem coś dobrego zrobić, ale z Polakami nigdy”. Swoich błędów margrabia nie dostrzegał. Jego największym błędem było to, że w swoich staraniach pominął całkowicie chłopów. Zbyt wielu miał krewnych i znajomych, którzy żyli wygodnie z wyzysku rolniczego ludu. Zamiast wprowadzić reformy na wsi, zdecydował wysłać do carskiego wojska zwolenników reform. Wielopolski popierający z całego serca stronnictwo białych nie chciał powstania, ale swymi działaniami powstanie wywołał. Tylko rozwój wypadków wciągnął białych do walki. Tylko czerwoni myśleli o uwłaszczeniu chłopów, którzy zresztą nie popierali szlacheckiej ruchawki.
Wojciech Pogodny i Wojciech Ziarkowski mieli szczęście. Ich dziedzice nie kazali swoim chłopom walczyć, chociaż walki toczyły się tuż za progiem dworów dziedziców. Wojciech Pogodny z pewnością obejrzał pole walki we wsi Krzywosądz, Wojciech Ziarkowski w miejscowości Kleczew. Przyrodni brat Wojciecha, ksiądz Michał Ziarkowski, też nie musiał brać udziału w polskim powstaniu, a jednak zaangażował się i to bardzo z entuzjazmem, o który w wieku 27 lat łatwo. Został powstańczym naczelnikiem położonego w powiecie częstochowskim miasta Kłobuck, gdzie zaczął posługę kapłańską jako wikariusz. Ksiądz Michał potrzebował entuzjazmu jak powietrza, bo powstanie przynosiło coraz więcej rozczarowań. Najtrudniejszy był dla niego moment, kiedy przyczynił się do skazania na śmierć człowieka, Polaka, swojego bliźniego. Partia Wojciechowskiego złapała szpiega, włościanina o nazwisku Parsetny, i skazała go na karę śmierci przez powieszenie. Ziarkowski jeszcze przed wydaniem wyroku domagał się kary śmierci. Wiedział, że donosicielska robota zdrajcy spowodowała śmierć wielu powstańców. Kiedy wysłuchał spowiedzi skazańca, poznał jego motywy. Parsetny nie brał od Rosjan żadnych pieniędzy. Po prostu wierzył, że rosyjski car ulży doli chłopów bardziej niż opanowany przez szlachtę powstańczy rząd. Od swojego dziedzica wiele wycierpiał i wyliczanie doznanych krzywd bardziej go poruszyło niż zbliżająca się kaźń. Swoją długą spowiedź zakończył w sposób następujący: „Na majątku włodarze biją, rządca bije, a jak ktoś pójdzie na skargę do dziedzica, to dziedzic też bije. Gdzie indziej też biją, ale nie tak mocno i nie za byle co. Mogę pokazać swoje blizny na całym ciele. Kiedy dziedzic kazał mi iść do powstania, uciekłem. Wiedziałem, że dorosły syn zaopiekuje się moją rodziną. Nie mogę walczyć za sprawę, której nie popieram. Pan Bóg dał mi wolną wolę i prawo do obrony. Dziedzic doniósł na mnie do żandarmerii powstańczej. Robiłem to samo co on. Donosiłem, tyle że Rosjanom. Na koniec szczęście mnie opuściło, ale niczego nie żałuję”. Ksiądz Michał udzielił Parsetnemu rozgrzeszenia, od sznura strasznej pokuty jednak nie uchronił. Wkrótce sam znalazł się w roli sądzonego i to nie jeden raz. Jednak rosyjskie sądy były wyrozumiałe. Ksiądz Michał 9 razy był aresztowany i za każdym razem szybko wychodził z więzienia. Trafiał za kraty w Częstochowie, Wieluniu, Piotrkowie i innych miejscach. Ktoś inny zrezygnowałby z walki z caratem, ale on był uparty, gotowy za sprawę oddać życie jak ksiądz Brzózka, jak ksiądz Ściegienny. Powstanie już dawno wygasło, a ksiądz Michał ciągle konspirował. Aresztowany po raz ostatni w 1866 roku, został osadzony w warszawskiej cytadeli i czekał na zesłanie na Syberię. Nie tylko ksiądz Michał był prześladowany przez długie lata. Czasami wystarczyło wygłosić nieprawomyślne kazanie. Kościół polski wyszedł z powstania poobijany. Nie stracił jednak rządu dusz w narodzie, a wielu jego dostojników nie straciło nawet pychy, o którą może przyprawić władza i uwielbienie okazywane przez tłumy. Zorganizowany przez Polaków nieudany zamach na cara Aleksandra II w Lasku Bulońskim na szczęście nie spowodował odwołania amnestii w Kraju Przywiślańskim. Ksiądz Michał Ziarkowski wyszedł na wolność i mógł wrócić do głoszenia słowa bożego jako proboszcz. W latach 1881—1901 dzięki jego staraniom został wybudowany w Drużbicach koło Bełchatowa piękny neogotycki kościół. Zawsze zwracał uwagę, czy jego kościół w tej czy innej parafii ma dobre organy. Jak trzeba było, kupował nowe. Miłość do organów wszczepił mu jego ojciec Ignacy. Kiedy czasem siadał przy nich i grał, myślał właśnie o nim.
Na Kujawach powstańcze walki nie trwały tak długo jak na południu Polski. We Włocławku był duży garnizon, nawet w małych Osięcinach stacjonowali rosyjscy żołnierze i nie tylko gorzałką się interesowali w oberży Żyda Konińskiego. Większość ziemian była niechętna dyktatorowi Ludwikowi Mierosławskiemu. Jan Mittelstaedt wywodzący się z niemieckiej rodziny osiadłej w Polsce od czasów potopu szwedzkiego ubolewał nad bezsensem powstania, co nie przeszkadzało mu chronić polskich partyzantów przed rosyjskimi represjami w swoich dobrach w Dąbiu Kujawskim. Powstanie styczniowe nie zaczęło się na Kujawach w styczniu. Do pierwszej potyczki doszło 7 lutego w Kowalu. Po walce na ulicach miasta Kowal został wyzwolony. Uradowani mieszkańcy patrzyli, jak Rosjanie rejterują do Włocławka. W lutym Kujawy stały się centrum działań wojennych. Graniczyły z Prusami, a właśnie z Poznańskiego dzięki wysiłkom Komitetu Działyńskiego docierała broń, amunicja i ochotnicy. Ta pomoc była na wagę złota, bo powstanie zaskoczyło wszystkich i nie było w ogóle przygotowane. Jadwiga z Drojeckich i jej mąż Stanisław Różański często wyjeżdżali z ich majątku w Padniewie koło Mogilna. Swoim chłopom nie ufali. Nie walczyli, więc nie uważali się za bohaterów. Jadwiga w drodze powrotnej przywoziła rannych powstańców. Rosyjska służba graniczna wycofała się. Dziedzic Broniewa Fortunat Zieliński i dziedzic Czołówka Antoni Gruetzmacher bez przeszkód odbierali pomoc dla powstańców, za co później trafili na krótko do więzienia w Warszawie. Więzienny chleb, tyle że w Prusach, jedli także przez kilka miesięcy Różańscy. Przybyły z Wielkopolski dyktator powstania generał Ludwik Mierosławski zdawał sobie sprawę, że bardziej niż więzienie grozi mu śmierć z wyroku caratu albo śmierć na polu walki. Zdawał sobie sprawę z szczupłości sił powstańczych. Próbował sięgnąć po chłopskiego rekruta. Ze swojej powstańczej kwatery w pałacu w Krzywosądzu rozwinął akcję propagandową. Obiecywał poprawę losu chłopów, zyskał popularność, przekonywał dziedziców. Wielu patriotycznie nastawionych ziemian zmuszało swoich poddanych, aby poszli do Mierosławskiego, wiec ci nie mieli wyjścia i poszli na przykład z Głuszyna, Niegibalic, Bytonia, Morzyc. Gdyby to od nich zależało, nie wyruszyliby na wojnę, choć wcale nie dlatego, że byli pozbawieni świadomości narodowej. Po wsiach i miasteczkach mieszkali Niemcy, Żydzi, Rosjanie. Chłopi stykali się z innymi narodami i słyszeli inne języki. Byli zahukani, stłamszeni, upokorzeni, ale nie byli idiotami. Byli bierni, bo nie zamierzali walczyć o utrwalenie istniejącej sytuacji; w obietnice nie wierzyli. Świadomość narodową mieli, mieli też świadomość tego, że pomiata się nimi, że są wyzyskiwani. Mało kto na wsi czuł się powstańcem. Wyjątkiem był Bartek Nowak, chłopski aktywista, który w czasie Wiosny Ludów jako żołnierz armii pruskiej walczył w kampanii badeńskiej przeciwko Mierosławskiemu dowodzącemu wtedy wojskiem niemieckich rewolucjonistów. Z głębokim przekonaniem o słuszności sprawy namawiał Nowak chłopów, by gromadnie szli do powstania. Trudno było jednak nawet jemu zamienić ich niechęć w poparcie, a od poparcia do wyruszenia do boju była jeszcze droga daleka. Nowak ciągnął wóz, który nie chciał ruszyć z miejsca. O swoich dalekosiężnych planach mówił półgębkiem; nie chciał, aby niesnaski poróżniły powstańców pochodzących z różnych warstw społecznych. Do Krzywosądza Nowak dotarł, żeby ostrzec Mierosławskiego, ale żadnego oddziału nie przyprowadził. Generał i jego sztab już wiedzieli o nadchodzących Rosjanach. Po długiej kolacji przy suto zastawionym stole, na śniadanie 19 lutego nie mieli zupełnie czasu. Nowak w bitwie nie wziął udziału. Wiedział, że gdyby został i walczył jako szeregowy powstaniec, nie zapobiegłby klęsce. Donos wójta z Zakrzewa pozwoliła Rosjanom osiągnąć zaskoczenie. Jeszcze zanim dotarli na miejsce bitwy, przyłapali w kuźni kowala, który dla kilku chłopów szykował kosy na sztorc. Przesłuchanie utwierdziło ich, że są na dobrym tropie. Generał Ludwik Mierosławski nie zdążył należycie wyćwiczyć swojego wojska w rzemiośle wojennym. Dwa desperackie kontrataki kosynierów załamały się. Cóż z tego, że chłopi byli sprawni fizycznie; uzbrojeni tylko w kosy mieli ciężką przeprawę w starciu z uzbrojonym po zęby przeciwnikiem. Rosjanie bali się ich bohaterskich szarż, ale kosynierzy ginęli częściej niż ich szlacheccy towarzysze broni. Zginęło 40 powstańców, Rosjanie przyznali się do 3 rannych żołnierzy. Od czasów niedawnej wojny krymskiej rosyjskie oddziały były zaprawione w boju, miały też przewagę liczebną i lepsze uzbrojenie. Mimo wszystko sromotnej klęski można było być może uniknąć, gdyby blisko 400 osobowy oddział Kazimierza Mielęckiego nie zatrzymał się w Byczynie, tylko dotarł do wioski Krzywosądz. Mielęcki miał mir pośród swoich żołnierzy. Kilka dni wcześniej 10 lutego w bitwie pod Cieplinami, pierwszej bitwie na Kujawach, jeśli nie liczyć walk w Kowalu, szarżą swojej kawalerii uratował będących już w rozsypce powstańców. Wielu powstańców w partii Mielęckiego życzyło jak najgorzej czerwonemu Mierosławskiemu. Wygrane bitwy z udziałem kosynierów mogły przyciągnąć do powstania masy chłopskie i zagrozić odwiecznemu porządkowi społecznemu. „Dawanie broni chłopom to szaleństwo. Jak ich potem biciem przymuszać do pracy, kiedy są uzbrojeni i wprawieni w walce” — myślało wielu ziemian. Trochę szlachta wyolbrzymiała niebezpieczeństwo; całkiem zapominała, że ofiarom przemocy jest trudno rozerwać niewidzialne powrozy w ich psychice, które krępują swobodę ich działań. Wyolbrzymiała tylko trochę, bo Jakub Szela w roku 1846 też działał w czasie powstania przeciwko zaborcy.
Byłem wiele razy w Krzywosądzu, teraz znanym z powodu jarmarków. Pomodliłem się przy mogile powstańców. Pałac rodziny Modlińskich, w którym kwaterował Mierosławski przed bitwą w 1863 roku w niczym nie przypomina pałacu zdewastowanego i obrabowanego przez Kozaków po bitwie. Odrestaurowany za unijne pieniądze pałac pełni teraz rolę plebanii. Myślę, że jest nawet w lepszym stanie niż w pierwszej połowie XIX wieku.
Dyktator powstania Mierosławski był wściekły na podwładnego Mielęckiego. W Płowcach doszło do gwałtownej pyskówki miedzy obydwoma dowódcami. Generał uważał, że Mielęcki rozmyślnie nie chciał przyjść z pomocą. Skoro dotarł mały podjazd, dotrzeć mogła również przynajmniej kawaleria. Generał nie wierzył, że nie było słychać wystrzałów w Byczynie. Przecież zwykłe stukanie kół pociągu słychać było zimą z odległości 6 wiorst, podobnie jak wiosną buczenie bardzo trudnego do wypatrzenia w trzcinie bąka. W końcu wyszło na jaw, że Mielęcki ruszył na pomoc, ale w połowie drogi zawrócił z powrotem do Byczyny. Kłótnia byłaby jeszcze ostrzejsza, gdyby nie obecność dziedzica Biesiekierskiego, prywatnie męża siostry generała. 20 lutego po przegranej bitwie Mierosławski założył obóz blisko wsi Trojaczek. Tego samego dnia pojawił się w Witowie oddział pułkownika Jerzego Schilder-Schuldnera ścigający powstańców. Rosjanie skonfiskowali furmanki i następnego dnia kazali się wieźć na Trojaczek. Byli aż za dobrze poinformowani. Bitwa rozpętała się około godziny 10. W powstańczych sprawozdaniach nie była krwawa, bo mało kto spośród szlachty został zabity. Jednak wielu chłopów, którzy unieśli życie spod Krzywosądzu, tutaj to życie straciło. Pradziadek Ozimińskiego ze Stróżewa został wysłany przez dziedzica z Morzyc, aby walczył o wolną Polskę. Jak Ozimiński zginął, dziedzic nie nagrodził żony bohatera dożywotnią rentą; zamiast tego wyrzucił ją z trójką małych dzieci z czworaków. Na chłopskich powstańców nie czekały w folwarkach nagrody, a później nie uwieczniono ich na pomnikach. W Trojaczku jest, a właściwie był, pagórek kemowy. Po drugiej wojnie światowej przy grobli z drogą kopano doły do 5 metrów głębokie, aby wydobyć torf i droga zaczęła osiadać. Żeby wzmocnić drogę piaskiem robotnicy rozkopali pagórek. Znaleźli 72 powstańców styczniowych pogrzebanych razem z kosami. Kości i kosy rzucali do dołów torfowych. Kiedy było tyle świeżych wojennych grobów nikt się nie przejmował starymi.
Dyktatora powstania Mierosławskiego goniła jedna klęska za drugą. 21 lutego 1863 roku przegrał bitwę pod Nową Wsią nad Gopłem, do czego walnie przyczynił się bunt oficerów Mielęckiego. Wielu kosynierów uratowało życie, płynąc wpław przez jezioro do pruskiego brzegu. Bitwa miała miejsce na terenie folwarku Jana Wilhelma Maske, spolonizowanego Niemca. Jego ośmioletni syn zobaczył okropności wojny, które pod koniec swojego życia opisał. Rodzina przechowała zapisane kaligraficznym pismem wspomnienia. „Mierosławski nie orientował się dokładnie co do pozycji sił rosyjskich. W obszernym podwórzu Nowej Wsi rozłożono obóz powstańców. Mierosławski z oficerami jedli akurat obiad we dworze, gdy zameldowano, że oddział rosyjski znajduje się już nowowiejskim lesie w odległości ledwo wiorsty od podwórza. Mierosławski, przerwawszy obiad w wielkim pośpiechu, nie zdołał jeszcze swój oddział odpowiednio w polu rozlokować, gdy z lasu karabinowy huk rosyjskiego wojska dał się słyszeć. Zaskoczeni powstańcy, przeważnie źle uzbrojeni, nie zdążyli zająć dobrej pozycji obronnej. Po dwugodzinnej strzelaninie zostali rozbici i rozpędzeni. Na polu bitwy pozostało 27 poległych powstańców. Ranni chowali się, gdzie mogli, gdyż rozjuszona soldateska rosyjska nawet rannym nie dawała pardonu. Tak na przykład kilkunastu podchmielonych wódką Kozaków szukało ukrytych powstańców w budynkach gospodarczych. Zmusili pastucha od krów do zdradzenia kryjówki jednego rannego powstańca. Wyciągnęli brutalnie tegoż spod mierzwy obory i pod pompą w podwórzu rozstrzelali. Całą haniebną manipulację widzieliśmy przez okno. Razem starsi i dzieci się rozpłakali. Chłopstwo przez jedną noc po bitwie ograbiło większą część poległych i to nie tylko z zegarków i gotówki, ale po części z ubrania i bielizny. Przy takim usposobieniu ludu wiejskiego łatwo było rządowi rosyjskiemu przez późniejszych komisarzy włościańskich wywoływać coraz większe naprężenie między chłopem, a właścicielem ziemskim. Na drugi dzień poległych powstańców przeniesiono i pochowano w asystancji przybyłych księży na wyznaczonym przez ojca miejscu na polu Nowej Wsi. Ten niby cmentarz kazał ojciec później murem otoczyć, a my, dzieci z nauczycielką, zasadziliśmy drzewka i kwiaty i często wodą z pobliskiego stawu podlewaliśmy”.
Niefortunnemu dyktatorowi powstania generałowi Ludwikowi Mierosławskiemu udało się ujść do Prus, a potem do Francji. Nie tylko Moskale strzelali do generała, jeden narwany oficer Mielęckiego także. Zniechęcony, nie mogący się dogadać ze swoimi oficerami Ludwik Mierosławski opuścił ziemie polskie z przekonaniem, że szlachta na Kujawach dorównuje w zacofaniu szlachcie na Litwie. Przeżył, żeby rozpamiętywać swoje liczne niepowodzenia. Nawet zaprojektowana przez niego w Krzywosądzem machina, która miała być skuteczniejsza od chłopskich kos, raziła Moskali tylko w jego snach. Mielęcki, bardziej odważny niż przewidujący, zginął wkrótce śmiercią bohatera. Pomimo klęsk walki na Kujawach ciągle trwały. 20 kwietnia 60 konnych strzelców Kazimierza Oborskiego napadło na komendę straży granicznej w Piotrkowie Kujawskim. Rosjanie uciekli za kordon. Powstańcy zrzucili carskiego orła na ziemie, znaleźli w strażnicy trochę pieniędzy.
26 kwietnia pod Nową Wsią, miejscu niedawnej klęski Mierosławskiego, rozegrała się duża bitwa, w której Oborski znowu dobrze się spisał. Dowództwo nad tysiącem powstańców objął Young de Blankenheim, co nie spodobało się starszym dowódcom ze względu na jego młody wiek. Sarkali, że Francuz nimi dowodzi, potem narzekali na zbyt wielkie ich zdaniem straty w ludziach. W kierunku powstańców ciągnęło kilka rosyjskich oddziałów. Young zdecydował rozprawić się z nimi po kolei, zanim go otoczą. Rankiem zaczaił się w lesie pod Nową Wsią na liczący 500 żołnierzy oddział majora Nelidowa, który wyruszył z Włocławka i po krótkim pobycie w Piotrkowie Kujawskim zbliżał się do Jeziora Gopło. Zażarta bitwa w strugach ulewnego deszczu trwała 5 godzin. Rosjanie zostali zmuszeni do odwrotu w kierunku Piotrkowa. Stacjonujący akurat we dworze w Nowej Wsi kapitan Denikin nie pomógł dużo Nelidowowi. Kapitanowi najlepiej wychodziło pacyfikowanie polskich dworów i przywłaszczanie sobie znalezionych w nich precjozów. Teraz sam znalazł się w nie lada opałach. Maske napisał: „Oddział rosyjski składający się przeważnie ze straży przygranicznej pod dowództwem kapitana Denikina (ojca późniejszego generała Denikina we wojnie światowej), około 300 żołnierzy, rozłożył się w podwórzu. Żołnierze ze składów gorzelni wytoczyli beczki ze spirytusem i pili, co się zmieściło. Tymczasem w lesie Nowowiejskim skoncentrował się nieźle sformowany oddział powstańców pod dowództwem francuskiego oficera Younga Blankenheim. Denikin się za późno o tym dowiedział. Utkwiła mi w pamięci scena, gdy oficerowie Denikina odpędzali nahajkami półpijanych żołnierzy od naczyń do prania napełnionych wódką, spreparowaną przez tychże. Wprawdzie udało się Denikinowi wyprowadzić swój oddział za budynki w pole, lecz wojsko powstańców było już umiejętnie rozstawione i przyjęło nieprzyjaciela rzęsistym ogniem karabinowym. Powstańców było tysiąc. Tego oddział rosyjski nie wytrzymał, cofnął się na powrót w podwórze, a przed naszymi oknami dworu rozegrała się oryginalna scena. Żołnierze rosyjscy uciekali w rozsypce, a powstańcy w tyralierze ciągle strzelali za nimi. Denikin jednakże znając dobrze miejscowość, gdyż służył jako kapitan straży przygranicznej Piotrkowie, zdołał z niewielką stratą poległych oddział swój doprowadzić do bliskiego Gopła, gdzie był duży prom, a już na drugiej stronie Gopła była blisko granica pruska, którą też oddział rosyjski przekroczył. Został on przez wojsko pruskie rozbrojony, jednakże ponieważ rządy pruskie i rosyjskie były w porozumieniu, żołnierze rosyjscy zostali koleją na powrót odesłani do Kongresówki. Powstańcy nie mogąc dalej ścigać nieprzyjaciela wrócili na powrót do Nowej Wsi i rozłożyli obóz. Pamiętam chwilę, gdy adiutant dowódcy Young de Blankenheim wyjął książkę od nabożeństwa, którą miał w kieszeni munduru na piersiach i pokazywał obecnym ślad kuli rosyjskiej, która przebiła książkę i zatrzymała się na drugiej okładce. Przy tym wyrzekł ten oficer słowa: „No, jeżeli mnie tym razem tak cudownie Bóg strzegł od śmierci, to i dalej pozwoli mi żyć”. Lecz niestety ta nadzieja nie dopisała. Już niedługo po bitwie Nowowiejskiej poległ ów oficer razem z Youngiem pod Brdowem”. Dla zwycięskich Polaków bitwa zakończyła się pod Piotrkowem Kujawskim, dla Rosjan dopiero, gdy uciekli za kordon. Też mogli uważać swój odwrót za zwycięski. Mieli 12 zabitych przy stratach strony polskiej wynoszących 24 poległych. Nie wszyscy ranni przeżyli. Young, pomimo młodego wieku tytułowany pułkownikiem, miał szczęście podobnie jak jego adiutant. Tym razem kula utkwiła nie w książeczce do nabożeństwa, tylko w słowniku francusko-polskim. Young nie z każdym mógł się porozumieć po francusku. Nie nauczył się dobrze polskiego. Kilka dni po zwycięstwie nad Gopłem poległ pod Brdowem razem z ponad 70-oma swoimi podkomendnymi.
W zwycięskiej bitwie pod Nową Wsią nie zginęło wielu rosyjskich żołnierzy. Jeden śmiałek noszący nazwisko Franciszek Hybner zdawał się być bardziej niebezpieczny od całych powstańczych zgrupowań. Miał likwidować gońców przenoszących meldunki między rosyjskimi oddziałami, ale nie ograniczał się do otrzymywanych rozkazów. Zazwyczaj działał sam. Zatrzymywał się na plebaniach, żeby zjeść porządny posiłek i wywiedzieć się, gdzie znajdują się Rosjanie. Jego koń był przyuczony do cichych podchodów. Nim Rosjanie się zorientowali, już przynajmniej jeden z nich nie żył, a sprawca napadu znikał. Szabla w ręku Hybnera groźniejsza była od pistoletu. Hybner czuł się mścicielem. W bitwie pod Nową Wsią zobaczył na własne oczy do czego zdolni są Rosjanie. Kiedy ulewa zmywała ślady, Moskalom trudno było się rozeznać, co do liczebności napastników. Nie lubił Hybner podporządkowywać się dyscyplinie dużego oddziału. Czasami tylko do swoich akcji dobierał sobie dwóch, góra trzech ochotników. Właśnie w czwórkę napadli na rodzaj lazaretu w Nieszawie, gdzie dochodzili do siebie kontuzjowani rosyjscy żołnierze. 22 Rosjan z dzielnym kapitanem włącznie bezskutecznie próbowało stawić opór. W Szalonkach Hybner z jednym tylko kompanem rzucił się na pięciu Kozaków pijących w karczmie. Poddających się Rosjan nie zabijał, wiązał ich tylko starannie i spokojnie odjeżdżał.
Pierwsza bitwa pod Nową Wsią zakończyła się klęską, druga zwycięstwem. Podobnie było w bitwach koło Izbicy Kujawskiej. 10 lutego powstańcy poszli w rozsypkę, ale 29 czerwca lepiej wyszkoleni walczyli już z powodzeniem. Jednak zwycięstwa sprawiły, że Rosja rzuciła do walki ogromną siłę wojskową. Jednocześnie wzmogła terror wobec ludności cywilnej. Polska była osamotniona i wewnętrznie skłócona. Dawid nie miał szans zwyciężyć Goliata. Walka zbrojna zakończyła się na zachodnich Kujawach w połowie roku. 1 czerwca miał miejsce atak na posterunek straży granicznej w Płowkach koło Radziejowa. Atak umożliwił wydobycie broni zakopanej w pobliżu i przejście ochotników przez granicę. Do przemytu ludzi, broni, ekwipunku powstańcy wykorzystywali nie tylko Wisłę, ale nawet niedawno zbudowaną kolej łączącą Bydgoszcz z Warszawą. Wielu kolejarzy zapłaciło głową za organizowanie tego przemytu. 1 lipca w niespodziewanym ataku w Nieszawie Polacy ogołocili kasę komory celnej. W okolicach Izbicy Kujawskiej było niespokojnie i w drugiej połowie roku. Tutaj było centrum oporu przeciwko zaborcy od początku lutego do końca listopada. Rannym niósł pomoc dobrze zakonspirowany szpital. Ostatnim zagończykiem był Józef Okoniewski. Rosjanie traktowali go z respektem. Nie raz przekonali się, jak bardzo jest niebezpieczny. Mówili o nim: czort na wronim koniu. Nawet w końcowej fazie walki z nim w październiku i listopadzie, kiedy lasy miały za mało drzew, żeby ukryć coraz szczuplejszy oddział, a ich było tak wielu, że mogli otoczyć każdy las, zdawał się być w zmowie z diabłem. Był trudny do doścignięcia jak wiatr. Był trudny do pochwycenia jak woda gołą ręką. Rosjanie byli ostrożni. W tym długim polowaniu ginęła nie tylko zwierzyna. Pod koniec listopada odetchnęli z ulgą. Józef Okoniewski z garstką swoich ułanów przekroczył granicę i znalazł schronienie w Prusach, jeśli schronieniem można nazwać wiezienie w Szubinie. Współpraca rosyjsko-pruska w gnębieniu Polaków rozwijała się bardzo pomyślnie. Prusy, które w przeciwieństwie do Austrii zachowały neutralność w wojnie krymskiej, Rosja ciągle traktowała jako swojego sprzymierzeńca. W walce tym razem legalnej w pruskim sądzie Okoniewski znowu wykazał się sprytem i szybko odzyskał wolność. Wrócił do rodzinnego majątku w Danaborzu. Jego matka po wysłuchaniu relacji z długiej wojaczki nie nakłaniała już go po raz trzeci, żeby walczył o wolną Polskę. Okoniewski zajął się gospodarowaniem na wsi, ożenił się. Jego żona uważała, że na miano bohatera już dawno zasłużył, że już zbyt wielu Wielkopolan zginęło w powstaniu. Walki w okolicach Izbicy ostatecznie wygasły, kiedy Rosjanie odkryli w mieście duży magazyn broni z armatami włącznie. W magazynie było 150 mundurów prosto spod igły, których nikt już nie zdążył założyć.
Na Kujawach nie było już bitew z zaborcą ze wschodu. Odważny, jak tylko młodość może być odważna, szlachcic z Zagajewic koło Osięcin Feliks Brochocki, który walczył w bitwach pod Nową Wsią, Ignacewem, Kleczewem, żeby kontynuować walkę musiał udać się daleko na południe. Bił Moskali w różnych oddziałach. Jeśli oddział ulegał rozsypce, szukał następnego. Jednym z jego dowódców był dyktator powstania Marian Langiewicz. Choć na Kujawach latem 1863 roku zanikała aktywność powstańców, to jednak robiło się coraz goręcej nie tylko w pogodzie. Polacy bardziej walczyli ze sobą niż z Rosjanami. Szlachta kłóciła się między sobą, chłopi walczyli ze szlachtą. Już wiosną włościanie przestali stawiać się do pracy na pańskim polu. W czerwcu 1863 roku chłopskie kupy zaatakowały wiele dworów w okolicach Lubrańca. Dziedzice w Sułkowie, Piaskach, Kłobi, by wymienić kilka wiosek, byli w szoku. Przecież zapewniali poddanym wszystko, chleb, przyodziewek, dach nad głową, a jeśli ojcowską ręką karali, to dla dobra krnąbrnych chłopów. Teraz bali się o życie swoich dzieci. Kupy zbrojne narobiły dużo hałasu, ale do rzezi nie doszło. Chłopi bali się jednak zemsty dziedziców i znaleźli sobie opiekunów. Kogo? Rosjan. W ten sposób we Włocławku powstała kolonia tak zwanych pasierbów. Żeby zrozumieć nienawiść włościan do szlachty, trzeba cofnąć się trochę w czasie do momentu, kiedy pojawiły się pierwsze pasierby we wsi Sokołowo. Rosjanie sprytnie rozpuścili plotki o przygotowywanej przez szlachtę przymusowej brance do powstania i wieszaniu opornych. Plotki wkrótce potwierdziły się. Jednemu wojakowi z żandarmerii powstańczej spodobała się pewna chłopka i nie ograniczył się tylko do komplementów. Nie spodobało się to mężowi kobiety. Nie spodobało się to bratu męża, który niedawno wrócił z carskiego wojska, gdzie odsłużył całe 20 lat. Teraz był na tak zwanym 5-letnim urlopie, czyli był żołnierzem rezerwy. Żołnierz stanął w obronie bratowej i doszło do gwałtownej scysji. Żandarmów powstańczych było kilku i niewiele myśląc rzucili się na chłopa żołnierza, założyli mu pętlę na szyję i zaczęli wieszać. Czego się nie robi dla pięknej kobiety? Nie wiadomo czy popełniliby morderstwo, bo przybiegli chłopi z sąsiedztwa i przepędzili łobuzów. Ci schronili się we dworze dziedzica Sokolnickiego, który jeszcze wystąpi w tej opowieści. Opowiedzieli swoją wersję wydarzeń. Po prostu chcieli nakłonić doświadczonego żołnierza, który nieraz wąchał proch, do przystąpienia do powstania. Chłopi wiedzieli, że dziedzic Sokolnicki im nie uwierzy. Zabrali konie ze stajni dworskiej i niepewni swego losu pogalopowali do Włocławka pod opiekę rosyjskiego garnizonu, stali się pierwszymi pasierbami. W innej wiosce przy granicy z Prusami patriotyczni chłopi pomagali w przemycie broni do Królestwa. Miejscowy borowy w podziękowaniu pozwolił im pozbierać w lesie stare pieńki na opał. Oburzony dziedzic wyskoczył z domu i pobił chłopów krzątających się w jego w lesie. Jeden chłop nie tylko pyskował, ale zaczął się odgrażać. Cały w nerwach, krzyczał, że podpali dwór. Dziedzic wezwał żandarmerię powstańczą, żeby powiesiła buntownika. Nie był to czczy zamiar. Żandarmeria powstańcza w okolicach Włocławka powiesiła około 50 chłopów. Dziwnym trafem lepiej jej się udawało skazywać na śmierć chłopów niż ziemian. Z tymi ostatnimi przeprowadzała zwykle tylko ostrzegawcze rozmowy. Władze carskie wypłaciły rodzinom ofiar zasiłki. Odważnemu wieśniakowi udało się uciec. Oczywiście pieńki zostały w lesie. Każdy pasierb przynosił swoją unikalną opowieść do Włocławka. Zapewne szlachta przeciwna powstaniu nie zachowywała się lepiej, żeby trzymać chłopów w ryzach szlachta potrafiła się dogadać między sobą. Oczywiście konflikt dworu ze wsią bywał dramatyczny jeszcze przed powstaniem, gnębieni chłopi buntowali się, dziedzice wzywali wojsko okupanta, aby zaprowadziło porządek. Nawet gospodarze, którzy użytkowali góra 30 procent ziemi na Kujawach zaboru rosyjskiego, kłócili się ze szlachtą nie tylko o serwituty. W latach pięćdziesiątych ziemianie zwietrzyli dobry interes w uprawie buraka cukrowego. Aby mieć więcej ziemi pod uprawę dochodowej rośliny, rugowali gospodarzy z ich działek. Przecież chłopi nie byli właścicielami według prawa. Czary goryczy dopełnili koloniści ściągani przez dziedziców z Niemiec, którzy gospodarowali na lepszych warunkach niż polscy chłopi. A tu jeszcze pojawiły się maszyny i nie zawsze można było dorobić, żeby zapłacić czynsz. Większość ziemian oczynszowało już swoich chłopów. Wciąż jednak były folwarki, gdzie trzeba było odrabiać pańszczyznę, zwykle większą niż oficjalne ustalenia. Problem pańszczyzny miały wkrótce sprytnie wykorzystać władze carskie, aby przygasić płomień powstania. Dekretom Rządu Narodowego o zniesieniu pańszczyzny mało kto dawał wiarę. Pasierby, których wkrótce było około 200, tęsknili za rodzinami, ale cieszyli się, że żyją. Dziedzice nie wyrzucali rodzin buntowników z czworaków, obie strony szachowały się wzajemnie. Pułkownik Jerzy Schilder-Schuldner miał pomysł, jak wykorzystać pasierbów. Ubrał ich w kujawskie stroje i zatrudnił jako zwiadowców rosyjskiej armii. W zamian obiecał szlachecką ziemię.
Chłopski przywódca powstańczy Bartek Nowak w randze pułkownika nie wątpił w patriotyzm pasierbów. Kiedy pojawił się we Włocławku, ci rozpoznali go natychmiast, słuchali z zainteresowaniem, kiedy im opowiadał o swojej wizji powstania; nie wydali go Rosjanom, jak to zwykle czynili z powstańcami, ale udzielili ważnych informacji. Nowak dostał zadanie od Rządu Narodowego na organizowanie chłopskich powstańczych oddziałów, ale miał własny pomysł na wolną Polskę. Najpierw chciał z pomocą pasierbów opanować Włocławek i zdobyć broń zmagazynowaną w mieście przez liczący 1300 żołnierzy rosyjski garnizon. Chciał wykorzystać swoje 10-letnie doświadczenie podoficera w armii pruskiej i stanąć tym razem po właściwej stronie konfliktu. W czasie Wiosny Ludów w kampanii badeńskiej gasił w pruskim mundurze płomień wolności. W lesie pod Włocławkiem chciał przeszkolić wojskowo tysiące chłopów. Zdawał sobie sprawę, że zdobycie magazynu broni we Włocławku będzie trudniejsze niż w Kowalu i Izbicy Kujawskiej. Nocny podstępny atak był ryzykowny, ale mógł się powieść. Następnie planował Nowak wygnać Rosjan z całego kraju. Stojąc na czele zwycięskich i licznych chłopskich oddziałów, chciał przejąć władzę i zlikwidować feudalizm w Polsce. Każdy chętny do pracy na roli otrzymałby ziemię. Tłumaczył, że chłopi powinni sami się organizować, a nie tylko wstępować w szeregi Mierosławskiego czy Calliera i wysługiwać się szlachcie. Nowak dwoił się i troił, już nie tylko w lasku pod Łowiczkiem przeprowadzał narady z chłopami, werbował ludzi, przemycał broń i lekarstwa przez granicę. Część ziemiaństwa widziała w nim drugiego Szelę. Nieczyste sumienia były źródłem szlacheckich obaw bardziej niż zamiary Nowaka. Gdy Rząd Narodowy objęli biali i odwołali jego misję, Nowak musiał zrezygnować z ambitnych planów. Wkrótce dotarł do Traugutta i zrobił na nim silne wrażenie. Nie poddawał się. Znowu powstańczy rząd powierzył mu organizowanie chłopskich oddziałów. Nie tylko w karczmach ludziska opowiadali sobie, jak Bartek w porę ostrzegany wymyka się ciągle rosyjskim obławom. Pewnie jednak po nocach nieraz śnił, jak Kozacy zakładają mu pętlę na szyję. Jego działalność niepokoiła władze carskie. Obawa przed chłopskim powstaniem zapewne przyspieszyła prace nad likwidacją pańszczyzny i uwłaszczeniem polskich chłopów. Nie tylko atak na Włocławek nie udał się Nowakowi. Jesienią 1863 roku w Markowicach przeprowadził nieudany zamach na majora Schwartza. Schwartz, bardzo aktywny w zwalczaniu powstańców, miał się na baczności. Żaden zamach na niego nie powiódł się. 17 sierpnia 1864 roku utonął w Wiśle, próżno próbując uratować swoją żonę, która wypadła z łódki. Prąd rzeki porywał ludzi kiedyś, porywa i teraz. Nieprzypadkowo tablice zakazują kąpieli. Nowak przekradł się przez granicę do Prus, ale nie wypoczywał długo w swojej wiosce Jaksice koło Inowrocławia, gdzie przyszedł na świat w 1823 roku. Zorganizował ochotników i z dużym transportem broni chciał wkroczyć do Królestwa. Donosiciele nie próżnowali i Nowaka aresztowano. Zamknięty w pruskim więzieniu miał czas, żeby pogodzić się z klęską swoich planów, z klęską powstania. Wtedy postanowił, że w przyszłości, jeśli go kiedyś wypuszczą, zajmie się szerzeniem oświaty wśród ludu. Trzeba siać ziarno, żeby potem zbierać plony. Bartek cały czas martwił się o swoją rodzinę w Słupach. Od 1851 roku związał się z wdową Grzankową. Razem z nią wychowywał jej syna Antoniego i dwóch już swoich własnych synów. Najpierw mieszkał w Ujmie Małej, potem w Słupach. Już przed wybuchem powstania pochłonięty przygotowaniami do walki, zaniedbywał swoją rodzinę. W czasie powstania musiała ona znosić ciągłe rewizje, przesłuchania; Rosjanie spodziewali się dopaść chłopskiego przywódcę właśnie w jego domu. Kiedy Nowak w swojej celi dowiedział się, że kozacy pobili jego żonę i nahajkami tak stłukli jego pasierba Antka, że ten ledwo przeżył, zmartwienie przerodziło się w złość, w poczucie winy. Sporo wiadomo o Bartku Nowaku. Wprawdzie jego pamiętniki jakiś mało szlachetny szlachetnie urodzony zniszczył, ale jego towarzysz walki Marceli Kujawa-Połczyński napisał książkę, którą zatytułował: Bartek Nowak — Ze wspomnień powstańca z roku 1863—1864.
Na Kujawach nie było dobrych warunków do prowadzenia partyzanckiej walki, wokół Włocławka był wprawdzie duży las, ale w mieście stacjonował garnizon rosyjski. Więcej powstańców kryło się w lasach koło Kazimierza Biskupiego i wsi Słaboludz, gdzie Wojciech Ziarkowski był w swoim czasie borowym. Pułkownicy Edmund Callier i Wincenty Raczkowski starli się tam z przeważającymi siłami rosyjskimi. Znowu wyróżnili się w walce kosynierzy. 9 czerwca 1863roku pod Ignacewem powstańcy zadali Moskalom duże straty. Następnego dnia pod Kleczewem Polacy sami ponieśli spore straty, choć bronili się dzielnie na zalesionym wzgórzu i wycofali zachowując porządek. Zginęło 45 powstańców, a kilkunastu zostało rannych. Wielu ukrywających się Rosjanie bestialsko zamordowali. Callier rozpuścił swoje wojsko do domów. Powstańcy przynieśli do swoich wiosek opowieści, które nie napawały optymizmem. Optymizmem też nie napawały wiernopoddańcze listy wysyłane do cara już w grudniu 1863 roku przez ziemian z Kujaw i innych regionów Polski.
Cywilnym naczelnikiem powstania na powiat włocławski został w listopadzie 1863 roku Józef hrabia Skarbek, dziedzic z Osięcin. Hrabia przyjął tę nominację z ciężkim sercem. Wiedział, że teraz śmierć będzie mu groziła o każdej porze dnia i nocy. Miał jednak coś do udowodnienia samemu sobie. Miał sobie trochę za złe, że nie od razu wrócił do ogarniętego wojną kraju, nawet jeśli nie po to, żeby walczyć, to po to, żeby po prostu być z rodakami w chwili dziejowej próby. Będąc za granicą, nie ociągał się z powrotem z powodu tchórzostwa. Nie chciał psuć wypoczynku Karolinie, której dawno nie widział tak zadowolonej. W Osięcinach czekało na niego wiele dramatycznych opowieści o stoczonych w pobliżu bitwach, o tragediach, które spotkały wielu jego znajomych. Najbardziej poruszyła go relacja z bitwy pod Cieplinami. Izbica jego ojca Floriana i dziadków Kacpra i Ludwiki była mu bliska nie tylko w wiorstach. Choć tamtejsze majątki przeszły już dawno w obce ręce, to sentyment do ziemi izbickiej pozostał. Skarbek zrozumiał, że był potrzebny w Osięcinach w zimowe miesiące 1863 roku. W połowie lutego, nad ranem, przed jego pałacem w Osięcinach zaszczekał pies. Przy bramie zatrzymała się furmanka. Leopold Wendołowski, bardziej przyjaciel Skarbka niż jego sługa, sprawdził, o co chodzi. Po chwili w pokoju, który służył za biuro, spotkał się z dwoma mężczyznami. Jeden był zakonnikiem w wieku trudnym do odgadnięcia, karmelitą, drugi młodym człowiekiem z poranioną twarzą. Wendołowski domyślił się od razu, że ranny powstaniec brał udział w bitwie pod Cieplinami. Więcej mówił karmelita. Młodzieniec mówił niewyraźnie, z trudnością. Jak się później okazało, trudność sprawiało mu też spożywanie posiłków. Nazywał się Bolesław Anc, był nauczycielem matematyki z Włocławka, pochodził z Kielc. Nie był szlachcicem, co od razu zaznaczył. Widać było, że bardzo jest z tego powodu zadowolony. Był dostatecznie zamożny, żeby studiować matematykę w Petersburgu. Otrzymał tam tytuł kandydata nauk matematycznych, przepustkę do kariery naukowej. Nie został jednak profesorem w Rosji. We Włocławku mógł spokojnie uczyć matematyki, królowej nauk, której powstanie w żaden sposób nie mogło zmienić; za to pisało krwią historię Polski. Nagle matematyka przestała być ważna. Anc już w styczniu nie miał czasu chodzić do pracy, z której został szybko zwolniony; jako kurier kursował z tajną korespondencją między Włocławkiem a powstańcami w terenie. W końcu dotarł do leśnego obozu naczelnika Kazimierza Mielęckiego w Cieplinach, żeby walczyć. Był już zahartowany. Zimno nie było mu straszne nawet nocami, kiedy mógł tylko pomarzyć o noclegu w stodole. Powstańcy spali pod gołym niebem na przyprószonej śniegiem ziemi. Tylko dowódcy mieli sklecony z gałęzi szałas. Anc, zdając sobie sprawę ze swojego nikłego wojennego doświadczenia, nie przyjął nominacji oficerskiej od Kazimierza Mielęckiego, oddał nawet swoją dubeltówkę. Do obozowego kowala, prostującego kosy i mocującego je na wyciętych w lesie długich kijach, zgłosił się po swoją broń. Zapłacił, bo kos też brakowało. Obóz tętnił życiem, przyjeżdżały wozy z żywnością, w kociołkach gotowało się jedzenie, odbywały się ćwiczenia walki wręcz. Spokojnie zrobiło się tylko w czasie mszy odprawionej przez zakonnika bernardyna. Kręciło się między powstańcami sporo gapiów. Anc zastanawiał się, czy są wśród nich szpiedzy. Jednak o zbrojnym obozie w Cieplinach donieśli Rosjanom Rosjanie, a dokładniej dziesięciu rosyjskich jeńców przywiezionych na wozach z Przedcza razem ze zdobytą tam bronią i innymi łupami. W obozie nastąpiła wielka radość, a potem konsternacja, kiedy rozeszła się wieść, że jeńcy mają być wypuszczeni. Tłum był już zdecydowany, żeby ich powiesić. Wtedy komendant Mielęcki pokazał, że jednak on rządzi. Wrzasnął: „Milczeć, bo łeb rozwalę”. Noc minęła spokojnie, ale o sen było trudno. Mielęcki i jego sztab zastanawiali się, co zrobić. Wiedzieli, że Rosjanie zaatakują ich, ruszyli więc im na spotkanie. Pośród 500 powstańców znajdowały się nawet dzieci poniżej 15 lat. Każdy chciał walczyć. Każdy kto przeżył zapamiętał dzień 10 lutego do końca życia. Taktyka polskich dowódców była prosta: sprowokować przeciwnika do pierwszej salwy i rzucić kosynierów do ataku, zanim Rosjanie załadują swoje karabiny i oddadzą drugą salwę. Moskale dobrze znali polski sposób walki i mieli karabinów nawet więcej niż strzelców. Anc od początku bitwy ledwo nadążał za księdzem bernardynem, który wiódł chłopów z krzyżem w ręku. Będąc krótkowidzem, uważał, żeby nie spadły mu okulary, ale i tak wrogów nie zobaczył. Zobaczył za to, jak upadł biegnący obok niego serdeczny przyjaciel, z którym pojawił się w obozie w Cieplinach. Biegł dalej, by walczyć, by go pomścić. Kosynierów, wciągniętych w pułapkę na polanie, przywitał silny ogień. Natarcie załamało się. Kto przeżył, rzucił się do ucieczki. Szarża kawalerii Mielęckiego zatrzymała na chwilę pogoń Rosjan i uratowała powstańców od pogromu. Wśród poległych niedawni rosyjscy jeńcy rozpoznali Polaków, którzy chcieli ich powiesić. Po rosyjskiej stronie zginął oficer, z pochodzenia Polak. Nazajutrz Rosjanie pozwolili pochować 18 Polaków, odartych nocą z odzieży przez miejscowych. Nie było wśród pochowanych Bolesława Anca. W bitwie przypadło mu w udziale wziąć udział w bezładnej ucieczce kosynierów, w czasie której stracił z nimi kontakt. Znowu biegli za szybko. Gdyby nie był krótkowidzem, gdyby dorównywał tężyzną fizyczną chłopom, gdyby nie zagubił się w pobitewnym chaosie, nie zostałby złapany przez trzech chłopów z pałkami i postronkami. Miejscowi chcieli go związać i dostarczyć Rosjanom. Liczyli na sowitą nagrodę. Powstańcy nie cieszyli się dobrą sławą wśród mieszkańców okolicznych wsi. Trzeba było dzielić się z nimi żywnością i narażać na represje carskiej władzy. Anc, kiedy jego prośby zawiodły, wyciągnął krócicę i strzelił sobie w usta, ale w zdenerwowaniu drgnęła mu ręka. Kiedy się ocknął, rabusie zdzierali z niego ubranie. Poprosił o dobicie. Znowu nie posłuchali. Jeden z nich kopnął go i warknął: „Zdechniesz sam, cierachu”. Chłopi między sobą nazywali szlachciców cierachami. Anc znowu zemdlał, ale wkrótce dokuczliwe zimno przywróciło mu przytomność. W samej bieliźnie dowlókł się do jakiejś wioski. Znowu trafił na chłopów, którzy chcieli go wydać Rosjanom we Włocławku. Tym razem już nie prosił o litość. Wiedział, że wieśniacy są zabobonni. Powiedział im, że jeśli on zginie, umrą też ich dzieci. Puścili go wolno. Chłopskie zagrody omijał. Zapukał do drzwi dworu we wsi Katarzyna. Dzierżawca Zieliński tak się przestraszył, że od razu oświadczył, że nie ma czasu, bo musi natychmiast wyjechać do Warszawy. Dobrze wiedział, że nie trzeba strzelać, że wystarczy nie powiadomić władz w ciągu 24 godzin o obecności powstańca, żeby być surowo ukaranym. W rachubę wchodziła konfiskata mienia ruchomego, kara finansowa, ciężkie więzienie. Jedna kara nie wykluczała drugiej, a gorącokrwiści Kozacy często wykazywali się jeszcze własną inicjatywą, bili nahajkami i palili dwory, po uprzednim ich splądrowaniu. Żona dzierżawcy zachowała zimną krew. Przyniosła ciepłe ubranie, skrwawioną bieliznę wrzuciła do jeziora, pozorując utonięcie powstańca. Wysłała pokojówkę po lekarza do pobliskiego Przedcza. Lekarz orzekł, że mróz zapobiegł wykrwawieniu się rannego, ale i tak zostało mu tylko kilka godzin życia. Zielińska doszła do wniosku, że nieboszczyk też może sprawić problemy. Posłała po znajomego karmelitę, który furmanką wywiózł nocą rannego z Katarzyny. Rosjanie uwolnili karmelitę od surowej reguły zakonnej, zlikwidowali jego klasztor. Nie było już w nim spokoju zakonnika, była nienawiść do prześladowców Polaków i ich świętej wiary. Karmelita miał przy sobie trzy rewolwery na wypadek, gdyby wrodzy powstaniu chłopi dopadli go. Anc pojękiwał w czasie jazdy, ale nie umierał. Karmelita dużo później powiedział mu, że miał umrzeć po kilku godzinach. Może by tak się stało, ale opatrunek lekarza z Przedcza zapobiegł zakażeniu. Zakonnik przewoził powstańca od dworu do dworu, gdzie za każdym razem ze strachem go witano, nie żałowano jedzenia i z ulgą żegnano, czasem jeszcze przed północą. Piękny i świecący pustkami pałac w Osięcinach nie był jego pierwszym ani nawet drugim schronieniem.
Skarbkiem losy powstańca wstrząsnęły do głębi. Człowiek z gminu był większym patriotą od niego, był godnym podziwu bohaterem. Hrabia prawie zrugał Wendołowskiego, kiedy dowiedział się, że Anc znalazł schronienie w Osięcinach tylko na jedną dobę i został odprawiony do dworu w Kamieńcu koło Bądkowa. Wendołowski wyjaśnił, że bał się, że Rosjanie dowiedzą się, że spalą pałac. Ktoś coś widział, ktoś coś powiedział. Tym kimś pewnie był stróż. Miasto Osięciny za dużo o tajemniczych gościach w pałacu hrabiego Skarbka zaczęło gadać. Wprawdzie hrabia raczej nie miał wrogów, ale ewentualnym donosicielem, Polakiem, Żydem albo Niemcem, mogła kierować zwykła zawiść czy chęć szkodzenia w myśl zasady: mnie jest źle, niech innym też będzie źle. Powstanie odsłoniło tlącą się dotychczas w ukryciu nienawiść chłopów do szlachty. Hrabiego przeraziło, jak ludzie mogą tak nienawidzić innych ludzi. Swojemu dziedzicowi wieśniacy nie mogli przeciwstawić się, ale anonimowo dobijać i odzierać z odzieży nieznanych im dziedziców już mogli. Nie lubili szlachciców wszyscy chłopi, nawet lizusi. Wprawdzie mordów dokonywali tylko nieliczni, dla których zabicie świni i człowieka było za jedno, ale wydanie powstańca w ręce Rosjan przecież też często oznaczało śmierć. Skarbek zaczął się zastanawiać, jak bardzo on jest znienawidzony przez ludzi, których zatrudnia. Może całują go po rękach wedle starego zwyczaju, a w domach obsadzają kosy na sztorc tylko pozornie na Moskali. Skarbkowi całowanie po rękach nie przeszkadzało. Dzieci w taki sposób okazywały cześć rodzicom, a on starał się być jak ojciec. Poza tym czuł się dowartościowany. Wiedział, że niektórzy, nawet wieśniacy, za jego plecami śmieją się z tej jego misji naprawiania świata i pomagania ludziom. Zaraz przypomniała się hrabiemu historia ze starym Włoskiem. Młody Włosek, majątkowy kowal, radził ojcu, który z racji zbytniego pobłażania szukającym w lesie opału ludziom, został zwolniony z funkcji borowego, żeby ten tak długo całował hrabiego po rękach, aż uzyska przebaczenie. „Jak on mnie pocałuje w dupę, to ja go pocałuję w rękę” — zaśmiał się były borowy. Kowal, po tym jak dostał ostrą reprymendę, nie chciał być kojarzony z hardym ojcem i zmienił nazwisko na Kłosek. Musiał się przestraszyć, że też zostanie zwolniony, choć Skarbek wcale takiego zamiaru nie miał. Hrabia odsunął krzesło od biurka i podszedł do lustra. Przyglądał się sobie, jakby chciał dowiedzieć się, czy jest dobrym człowiekiem. Dbał o swoich pracowników, dbał też o las. Czasem emocje i u niego dochodziły do głosu. Nagle poczuł żal do chłopów. Pomyślał, że nie warto im pomagać, bo zamiast wdzięczności okazują nienawiść. Z zadumy wyrwał go Wendołowski, który uznał, że powinien wyjść z pokoju. Hrabia poklepał go po plecach, prawie objął. Minęło trochę czasu zanim stał się na powrót Józefem Skarbkiem, zdającym sobie sprawę ze swojej uprzywilejowanej pozycji w społeczeństwie i starającym się pomóc każdemu przyzwoitemu człowiekowi. Nie należało, podobnie jak w przypadku szlachty, wrzucać wszystkich włościan do jednego worka. W Cieplicach byli chłopi kosynierzy i chłopi wyłapujący tych kosynierów po bitwie. Hrabia odetchnął z ulgą, kiedy dowiedział się, że Bolesław Anc przeżył, że wrócił nawet na krótko do oddziału Mielęckiego, że potem ciągle niezupełnie zdrowy wyjechał do domu na Kielecczyźnie i nie wziął udziału w bitwie pod Olszową, w której zginął Mielęcki. Wkrótce Józef hrabia Skarbek, zrozumiał, że zbyt surowo ocenił Wendołowskiego. Łatwo jest skoczyć w ogień, kiedy ogień płonie daleko. Miał odczucie niesmaku po spotkaniu z Rosjanami 8 czerwca. Oddział rosyjski zrobił sobie wtedy dłuższy odpoczynek w Osięcinach przed wielką bitwą z powstańcami Callier’a w Ruszkowie i Ignacewie. Skarbek może za bardzo starał się być miłym do okupantów, ale udało mu się zapobiec jakimkolwiek incydentom w miasteczku.
Musiał teraz przyjąć nominację na naczelnika powiatu. Gdyby uchylił się od obowiązku służenia ojczyźnie, nie mógłby spojrzeć bez wstydu w oczy swoim znajomym w gminie Osięciny, we Włocławku i w Warszawie. Wszak po stronie powstańców walczyło dobrze ponad 100 obcokrajowców, w tym 80 Francuzów, 20 Włochów i paru Rosjan. Również wielu Węgrów, pamiętających o roli generała Józefa Bema w ich wolnościowych zrywach, zasiliło szeregi powstańców. Cudzoziemcy nie wahali się oddać życie za wolność nie swojego kraju. Młody i dzielny Francuz niemieckiego pochodzenia Leon Young de Blankenheim, zwycięski dowódca spod Nowej Wsi, zginął 29 kwietnia. W powiecie włocławskim nie toczyły się już walki, hrabiemu pozostała praca organizacyjna, militarnie sprawa była przegrana, ale hrabia wykonywał swoje obowiązki sumiennie. W pomieszczeniach lodowni dworskiej gromadził broń, śledził sytuacje międzynarodową, próbował zjednoczyć podzieloną szlachtę. Wielu Polaków miało nadzieję, że Francja Napoleona III, Anglia a nawet zaborca Austria pomogą Polsce, tak jak niedawno skutecznie pomogły Turcji w wojnie z Rosją. Kiedy ochotnik z Włoch Stanisław Bechi, we włoskiej armii major a w powstańczej pułkownik, którego rodzice przyjaźnili się z Polakami i dali nawet synowi polskie imię, został 8 grudnia we wsi Bielno aresztowany, hrabia poinformował wszystkich powstańców, że dziedziczka z majątku Bielno współpracuje z wrogiem. Polecił im też ukryć się na wypadek wsypy. Bechi nie wydał nikogo. 17 grudnia przy drodze z Włocławka do Kowala został rozstrzelany. Do końca zachowywał się z godnością, nie pozwolił sobie zawiązać oczu, a umierając krzyknął: „Niech żyje Polska”. Krzyknął po włosku. Dla umierających język ojczysty jest najbliższy. Wiadomo, jak umierał Bechi, bo Rosjanie pozwolili Polkom, opiekującym się nim w więzieniu z nauczycielkom Izabelą Zbiegniewską na czele, być obecnym podczas egzekucji. Nie udało się uratować Włocha, choć Zbiegniewska zabiegała usilnie o jego uwolnienie u wpływowych osobistości w całej Europie. Kobiety z Włocławka pomagały aresztowanym powstańcom i ich rodzinom. Jeśli jakaś córka powstańca uczyła się na pensji Zbiegniewskiej, mogła liczyć na jej specjalną opiekę. Śmierć włoskiego pułkownika przeraziła hrabiego Skarbka. Zamknął się w pałacu i tylko ponure myśli mu towarzyszyły. Przypomniał sobie rodzinne opowieści o pradziadku Janie Skarbku. Konfederacja barska wpędziła cały kraj w nędzę, ale na Kujawach największe zniszczenia, a nawet głód spowodowały wojska pruskie. Zimą 1772 roku Jan Skarbek nie przeżył rabunku swojego pałacu w Izbicy Kujawskiej. Hrabia Józef wiedział, że i on w swoim pałacu w Osięcinach nie jest bezpieczny, że rosyjscy żołnierze w każdej chwili mogą załomotać w drzwi. Miesiącami żył pełen niepokoju i doczekał się. Po upadku powstania carscy siepacze otrzymali rozkaz, aby ukarać Skarbka. Wierny sługa Leopold Wendołowski podał się za hrabiego i zamiast niego dostał tęgie lanie. Pobicie było tylko wstępem. Jak Bechi stanął hrabia wkrótce przed plutonem egzekucyjnym. Uratował go pułkownik Tomasz Zieliński, który ubrany w paradny mundur w ostatniej chwili dotarł konno na miejsce planowanej kaźni przyjaciela. Józef Skarbek i jego przyrodni brat zostali zamknięci na Pawiaku w solidnym więzieniu, które wybudował ich ojciec Fryderyk Florian Skarbek. Ucieczka z Pawiaku była niemożliwa. Nie na darmo podczas swoich podróży zapoznał się Florian z urządzeniami systemu penitencjarnego na Zachodzie. Nagle Józef Skarbek zalazł się w warunkach bytowych, których nie doświadczali nawet najbiedniejsi chłopi w Osięcinach. Jako ważny więzień nie był zamknięty co prawda w zbiorowej, przepełnionej celi, tylko w izolatce, ale była ona ciasna, ciemna, cuchnąca i wilgotna. Gdyby nie paczki od żony Karoliny i więzienny sklepik, musiałby mu wystarczyć czarny, gliniasty chleb i zupa z kaszą. Nie jedzenie było jednak jego największym problemem. Skarbek miotał się między rozpaczą a słabą nadzieją, która słabła z każdym dniem. Jako naczelnik powiatu nie mógł liczyć na pobłażanie, z drugiej strony w czasie jego rządów nie toczyły się żadne walki. Śledczy próbowali go zastraszyć, jakby nie był już przestraszony. Byli brutalni, choć formalnie bicie szlachty było zakazane. Domagali się nazwisk. Po przesłuchaniach Skarbek czuł się jak oczekujący śmierci chory człowiek. Dojmujący smutek sprawił, że podupadł również fizycznie. Gdyby usłyszał, że zostanie zesłany na Syberię, poczułby ulgę. Nie spotkał jednak jego i jego brata los Romualda Traugutta. W dużej mierze bracia zawdzięczali ocalenie staraniom Fryderyka Floriana Skarbka pełniącego różne ważne funkcje w Warszawie, lojalnego do caratu, który niedawno przyznał mu nowy tytuł hrabiowski, gdy ten stary okazał się zbyt trudny do udowodnienia. Pozostała jeszcze dziedzicowi z Osięcin do zapłacenia kontrybucja w wysokości 504 rubli. Przyjaciel hrabiego Skarbka podpułkownik Tomasz Zieliński musiał tylko zapłacić wysoką kontrybucję w wysokości 792 rubli za ukrywanie powstańców w swoich dobrach, uniemożliwienie rozstrzelania naczelnika hrabiego Skarbka. Mało brakowało, żeby kara była większa. Po cichu pułkownik planował dołączenie do nigdy nie powstałych chłopskich oddziałów Bartka Nowaka. Trochę doskwierał mu fakt, że nie walczył ani w powstaniu listopadowym, ani w obecnym, styczniowym. W listopadowym nie mógł walczyć, a teraz był już stary, miał 73 lata. Nabijał swoją fajkę tytoniem zamiast karabin prochem jeszcze z jednego powodu. Mogło by się zdarzyć, że strzelałby do swoich kolegów i podkomendnych z armii carskiej. Niektórzy z nich jako rosyjscy oficerowie wciąż mogli pełnić w tej armii dowódcze funkcje.
Niesamowita była kariera, jaką zrobił Tomasz Zieliński w wojsku carskim. Nie byłoby tej kariery, gdyby nie nowoczesna na tamte czasy Szkoła Ojców Reformatorów w Pakości, do której uczęszczał w latach 1802—1810. Uczono tam nie tylko polskiego, łaciny, francuskiego, niemieckiego, ale i matematyki i fizyki. Po aplikacji w Trybunale Cywilnym w Bydgoszczy dostał Zieliński stopień kancelisty i posadę sekretarza w Biurze Prokuratora Królewskiego. Jego kariera w wojsku trwała tylko 16 lat. Zaczęła się w kwietniu 1815 roku, wkrótce po klęsce Napoleona, miała swoje apogeum w czasie wojny Rosji z Turcją w latach 1828—1829, skończyła się w grudniu 1931 roku, wkrótce po klęsce powstania listopadowego. Zaczynał jako podoficer, kończył jako major. Miał szczęście, że podczas powstania listopadowego nie musiał walczyć przeciwko Polakom, ale walczył z kim innym i został ciężko ranny. Został zwolniony z wojska, na koniec dostał stopień podpułkownika z prawem do noszenia munduru i nieuszczuplone wynagrodzenie, jakby nadal był czynnym żołnierzem. Mundury rosyjskich żołnierzy splamiły się polską krwią, więc swój uniform schował Zieliński głęboko w szafie. Nie wiedział wtedy, że jeszcze mu się przyda. Ostatnie 38 lat życia poświęcił Zieliński na gospodarowanie na wsi, odrzucając intratne stanowiska nawet z dalekiej Warszawy. Postanowił pracować dla swojej małej ojczyzny na Kujawach. Jemu też dobrzy ludzie pomogli, kiedy był młody. W 1834 roku kupił kolonię wsi Zblęg, w której się urodził w 1790 roku i nazwał ją Zielińsk. Potem jeszcze kupił majątki w Konarach, Ozdobie, Rzgowie, Kościelnej Wsi, Sęczkowie, Korytowie i Wróblowie. 16 grudnia 1839 roku dostał podarek na gwiazdkę: dziedziczny tytuł szlachecki od Rady Stanu Królestwa Polskiego. Ponieważ Tomasz Zieliński nie miał własnych dzieci, usynowił w 1859 roku Antoniego Kocenta, który później wystawił mu piękny pomnik na cmentarzu w Osięcinach. Pułkownik pamiętał, że pochodził z ludu i dbał o służbę folwarczną w swoich dobrach. Oprócz zwykłych zarobków i ordynarii przyznał chłopom 4 % czystego dochodu ze swoich majątków. Zakład Dobroczynności Opatrzności Bożej przy kościele w Osięcinach dla starców, kalek i sierot założony w 1843 roku to była także jego inicjatywa.
Okolice Osięcin miały szczęście do wybitnych światłych ludzi. Z pewnością do takich należał dziedzic z Dąbia Kujawskiego Jan Mittelstaedt. Urodził się w 1819 roku w Kałudze w Prusach, a miedzy nami Polakami, w Kałudze położonej między Janikowem a Inowrocławiem. Studiował w Niemczech i Francji. W tych krajach a także w Anglii poznał funkcjonowanie dużych gospodarstw rolnych. Kiedy Wiosna Ludów wstrząsnęła starym porządkiem Europy, 30 kwietnia 1848 roku walczył razem z 2 tysiącami ochotników przeciwko Prusakom w bitwie pod Miłosławem. Generał Ludwik Mierosławski odniósł wtedy zwycięstwo nad generałem Blumenem. Gdyby Mittelstaedt zginął pod Miłosławem, zdobytej wiedzy nie zdążyłby wykorzystać ani w Dąbiu, ani gdzieindziej. Z punktu widzenia rodziny każda śmierć osoby bliskiej niesie podobny ból. Z punktu widzenia społeczeństwa ludzie uzdolnieni z rzadkimi kwalifikacjami są największą stratą. Żeby ich wykształcić, trzeba zainwestować czas i pieniądze. Nauczyć fachu kelnera czy murarza jest daleko łatwiej. Z wojny wrócił Mittelstaedt do swoich majątków Dąbrówka i Sielec o rzut kamieniem oddalonych od Kaługi. Z powodzeniem zastosował w praktyce zdobytą wiedzę. Władze nie obraziły się na niego za udział w powstaniu. W latach 50-tych kierował wprowadzeniem płodozmianu w całych Prusach. Stanowiska w ministerstwie rolnictwa jednak nie przyjął. Nie tylko uprawa roli go interesowała. Kiedy Heyne, niemiecki obszarnik spod Kruszwicy, zabrał się za rozbiórkę Mysiej Wieży, Mittelstaedt interweniował u samego cesarza. Nakłamał wtedy, że wieżę i zamek zbudowali Krzyżacy. Kłamstwa zdają się dobrze służyć Kruszwicy, jak to legenda o księciu Popiele udowadnia. Heyne musiał zwrócić pozyskaną dobrą średniowieczną cegłę i naprawić uszkodzenie wieży. W 1854 roku Jan Mittelstaedt przeprowadził się do Królestwa Polskiego, gdzie mógł bardziej czuć się Polakiem i gdzie miał większe pole do popisu w unowocześnianiu rolnictwa. Osiadł w zakupionym folwarku w Dąbiu Kujawskim. Jak to często bywa, z biegiem lat robił się coraz bardziej konserwatywny, porzucił idee, z którymi zetknął się w młodości w Paryżu, także te, do których przekonywał go osobiście Adam Mickiewicz. Tylko postęp technologiczny akceptował z dawnym entuzjazmem. Kierunek, w którym podążał zachód Europy, rozwój kapitalizmu i zmiany zachodzące w społeczeństwie nie podobały mu się. Polska była według niego folwarkiem szlacheckim z jego pracowitym ludem. Religia katolicka i przyjaźń z potężną Rosją miały zagwarantować stabilność ojczyzny.
Kiedy zaczęło się powstanie styczniowe, Mittelstaedt musiał odnaleźć się w nowej sytuacji. U niego we dworze w Dąbiu Kujawskim odbyła się słynna narada na początku powstania styczniowego, na którą zjechali między innymi komisarz Rządu Narodowego i major Stefan Zieliński, który 2 marca 1863 roku dowodził piechotą Mielęckiego pod Dobrosłowem. Pod Dobrosołowem ginęli gimnazjaliści, młodzi ochotnicy z poznańskiego, a wielu ziemian w ciepłych kapciach bezczynnie siedziało w swoich dworkach, wielu zdradziło sprawę powstania i współpracowało z Rosjanami. Zieliński nie miał litości dla szlachty sabotującej walkę narodu, także tej szlachty z obozu Białych. Uważał, że zasługuje na szubienice. Jan Mittelstaedt był bardziej wstrzemięźliwy w słowach, nawet krył się trochę ze swoimi konserwatywnymi poglądami. Stwierdził, że szlachta już od czasów konfederacji barskiej i powstania kościuszkowskiego zdegenerowała się. Był czas, że feudalizm dobrze przysłużył się ludzkości. Bez niego nie byłoby rozwoju. Kochanowski tak namachałby się sierpem, że po obiedzie zaraz zasnąłby pod swoją lipą i nic nie napisał, a zmęczony Kopernik nie byłby w stanie obserwować nieba. Jednak feudalizm wyczerpał już swoje możliwości. Mittelstaedt stwierdził, że obecnie szlachta, ma dużo czasu, ale jest umysłowo leniwa. Zapytał, ilu ziemian zajmuje się matematyką w sposób twórczy, ilu rozwija przemysł, jak zmarły w 1861 roku Konstanty Leon Wolicki, budowniczy ciechocińskiej fabryki soli, ilu wymyśla maszyny, które uczyniłyby pracę na roli lżejszą, ilu wprowadza nowinki wprowadzane w Niemczech w swoich majątkach. Wobec słabości liczebnej mieszczaństwa, którego znaczną część stanowili Żydzi, jedyną częścią społeczeństwa zdolną do walki, zdaniem dziedzica z Dąbia, byli chłopi. Można tylko żałować, że w Warszawie decydenci nie mieli tyle rozsądku, co Jan Mittelstaedt. Wielkimi nieobecnymi na naradzie w Dąbiu Kujawskim byli Józef hrabia Skarbek i jego przyjaciel podpułkownik Tomasz Zieliński. Pierwszy odbywał jedną ze swoich rzadkich podróży zagranicznych i dopiero szykował się do powrotu do pogrążonego w wojnie kraju, drugi nie został zaproszony. Jako chłopski syn ze wsi Zblęg nie był w zażyłych stosunkach z większością okolicznego ziemiaństwa; na dodatek na starość uchodził za dziwaka, którego trudno było zrozumieć.
Przegrali powstańcy, przegrał Mierosławski, przegrał Callier, przegrał Traugutt. Nigdy niepoliczone dokładnie tysiące powstańców zginęło w walkach i następujących po nich represjach, 700 patriotów zostało skazanych na karę śmierci przez rosyjskie sądy, 38 tysięcy zostało zesłanych na Sybir, 10 tysięcy uciekło na Zachód. Polacy pożegnali się z resztką autonomii, z językiem polskim w urzędach i szkołach, ze złotówkami i groszami na rzecz rubli i kopiejek. Mogło by być jeszcze gorzej. Carat mógłby zakazać drukowania polskiej prasy i książek. Prawdopodobnie nie powstałyby wtedy arcydzieła polskiej literatury autorstwa Prusa, Orzeszkowej, Sienkiewicza. Powstańcy przegrali; jednak chłopi coś wygrali, również ci, którzy nie potrafili czytać. Pokolenie Wojciecha Pogodnego doczekało dzięki ukazowi caratu z 2 marca 1864 roku zniesienia pańszczyzny w Królestwie Polskim i uwłaszczenia chłopów na korzystnych warunkach. Rugowanie z ziemi włościan przez chciwych szlachciców miało odejść do niechlubnej przeszłości. Chłopi za otrzymaną ziemię nie musieli zapłacić nawet symbolicznego rubla, nawet jeśli dostali 20 mórg dobrej ziemi. Jednak dwie trzecie nadań miało mniej niż 16 mórg i wkrótce na skutek dzielenia ziemi miedzy dzieci gospodarstwa chłopskie miały szybko karłowacieć. Włościanie otrzymali zabudowania oraz inwentarz, czynsz za mieszkanie też został zniesiony. Trzeba było za to płacić podatek gruntowy, z którego finansowano odszkodowania dla ziemian. Zlikwidowana też została dziesięcina na rzecz kościoła. Kościół stracił też dużo ziemi, którą dostali pracujący na niej chłopi. W taki sposób powstała wioska Dąbie Poduchowne. Nadwyżki ziemi władza sprzedawała chętnym, którzy nie byli zaangażowani w powstańcze walki. Włościanie uzyskali dostęp do lasów i pastwisk. Autor ustawy uwłaszczeniowej Nikołaj Milutin utworzył niezależne od dziedziców gminy wiejskie, które były zarządzane przez demokratycznie wybrane samorządy z szerokimi kompetencjami. Chłopi mogli się poczuć, że są równi szlachetnie urodzonym i niektórzy rzeczywiście tak się poczuli. Mieli swoją ziemię, a tylko czwarta część szlachty posiadała folwarki. Wielu wychwalało cara Aleksandra Drugiego Romanowa, niby króla chłopów, choć kiedy kazał opracować uwłaszczenie hrabiemu Milutinowi, kierowało nim przecież chłodne wyrachowanie. Powstaniu zadał ostateczny cios, chłopski żołnierz już miał nie zasilać szeregów przyszłych buntowników, szlachta została ukarana. Car uważał, że słowiańskie serca bija tylko w piersiach chłopów. Niejeden szlachciura żalił się do drugiego: „Imperator oszalał, zamiast biciem przymuszać naszych chłopków do roboty, mamy im płacić. Powstanie trzeba robić Mospanie”. Jednak wielu ziemian nie odczuło dotkliwie pogorszenia swojej sytuacji, już wcześniej oczynszowało swoich chłopów. W rejonie włocławskim odsetek ten wynosił 80 %. Ponieważ na Kujawach w dobrach prywatnych bezrolni stanowili 70 % ogółu chłopstwa, tylko niewielu dostało ziemię na własność. W sumie w rękach chłopskich było tylko niecałe 30 % kujawskiej ziemi. Wbrew pozorom nawet szlachta wysadzona z siodła, której majątki skonfiskowano, skorzystała trochę na powstaniu, choć nie były to korzyści materialne i nie nastąpiły od razu. Z konieczności ziemianie ci wzięli się do roboty i często zaczęli tworzyć zręby klasy średniej, zręby polskiej inteligencji.
Właściciele nie chcieli rozdrabniania swoich włości i już w czasach przedpowstaniowych wielu ludzi legitymujących się herbowym pochodzeniem nie posiadało ziemi. Wielu z nich wiązało swoje szanse na godne życie ze zdobyciem wykształcenia. Takie wykształcenie zdobył Feliks Gałczyński, dziadek pisarki Marii Dąbrowskiej. Pracując przez 7 lat jako kontroler komory celnej, zarabiał nieźle, ale bycie celnikiem sprzykrzyło mu się. Nie był lubiany przez ludzi przekraczających granicę. W 1851 roku kupił majątek Branno. Sądził, że gospodarowanie na wsi przyniesie mu finansową stabilizację i prestiż społeczny wśród szlacheckiej braci. Niestety decyzja nie była dobra. Już 4 lata później sprzedał majątek. Razem ze swoim teściem Bogumiłem Majewskim zaczął chodzić po dzierżawach. Zaczęli od dużego majątku Gawrony pod Łęczycą. W Gawronach urodziła się matka Dąbrowskiej. Następne folwarki były coraz mniejsze. Trudne ekonomiczne realia zmuszały ich ciągle do zmieniania dzierżawionych folwarków. Nie wszyscy dzierżawcy i dziedzice bankrutowali. Wielu dorabiało się, powiększało swoje folwarki. Być może wrażliwość społeczna nie pomogła przodkom Marii Dąbrowskiej. Być może zabrakło im rolniczej wiedzy i żyłki do prowadzenia interesów. Bez mała wszędzie Gałczyński i Majewski zamiast zarabiać wkładali w dzierżawione majątki własne pieniądze. Kiedy się one skończyły, Feliks zdecydował się znowu wykonywać pracę inteligenta. Jesienią 1860 roku przeniósł się do Radziejowa Kujawskiego, gdzie objął posadę burmistrza. Zamieszkał z rodziną na piętrze ratusza. Na dole mieściły się kancelarie. Blisko miał do pracy. Nie musiał nawet wychodzić na ulicę. Niestety 31 maja 1861 roku wyszedł pechowo na balkon. Jego gosposia krzątała się akurat na balkonie. Kiedy pioruny zaczęły bić tak mocno, że cały budynek ratusza zdawał się drżeć w posadach, zaniepokojony Gałczyński wyskoczył na balkon, żeby ściągnąć gosposię do mieszkania. Ledwo otworzył drzwi balkonowe, padł rażony piorunem. Troska o innych, cecha tak cenna w wykonywaniu pracy burmistrza, tym razem go zabiła. Jego żona nie zdołała go docucić. Na zewnątrz burza rozszalała się na dobre. W mieszkaniu Gałczyńskich nie tylko półprzytomna gosposia nie zwracała na nią uwagi. Śmierć Gałczyńskiego od pioruna miała w sobie coś z symbolu. Kilka lat później władze carskie uderzyły w ratusz radziejowski przepisami prawnymi i zabrały perspektywy rozwoju razem z prawami miejskimi. Żona Feliksa Józefa już nie miała czego szukać w Radziejowie. Pochowała męża na miejscowym cmentarzu i przeniosła się do Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie dzielnie walczyła o byt i wykształcenie dzieci. Pomógł jej finansowo krewny zmarłego radca Antoni Gałczyński. W 1868 roku przeniosła się do Kalisza, gdzie miała rodzinę. Co się dalej działo, można przeczytać w „Nocach i dniach” Marii Dąbrowskiej. Genialna pisarka dopiero w czasach PRL-u odwiedziła Radziejów. Zawsze zainteresowana przeszłością rodziny, nie mogła tego nie zrobić. Zdecydowała się na sentymentalną podróż późno, bo jej matka opuściła Radziejów w wieku 5 lat i niewiele pamiętała z pobytu na Kujawach, choć gdyby nie ta wiosenna burza, gdyby nie to fatalne uderzenie pioruna, rodzina Gałczyńskich być może nigdy nie przeniosłaby się do Piotrkowa i Kalisza. Dąbrowska zobaczyła miejsce, gdzie jej dziadek mieszkał, gdzie urzędował i była wzruszona. Pamiątek po nim nie znalazła. Jeszcze nie powstała wtedy Izba Regionalna. Ze zdjęcia na ścianie tej Izby patrzy na zwiedzających Feliks Gałczyński. Nic nie mówi rzecz jasna, ale można przeczytać, umieszczony pod zdjęciem, krótki biogram krótko urzędującego burmistrza Radziejowa, nigdy w życiu nie spodziewającego się, że będzie miał sławną wnuczkę, która uczyni również jego nieśmiertelnym. Maria jak rasowa turystka wspięła się nawet na ratuszową wieżę i zobaczyła panoramę Radziejowa, a nawet coś więcej. W oddali majaczyły wśród pól zarysy Kruszwicy, gdzie ongiś rewolta kmieci przyniosła Piastowi władzę. Matka Dąbrowskiej miała na imię Ludomira. Rzadkie imię zdaje się świadczyć o tym, że rodzina Dąbrowskiej przez wiele głodnych i chłodnych lat sama borykająca się z niedostatkami już na długo przed powstaniem styczniowym bratała się z ludem. Nieprzypadkowo młoda Maria, będąc na zagranicznych studiach, sympatyzowała z ruchem spółdzielczym i socjalistycznym.
Powstanie styczniowe przyniosło chłopom ziemię na własność i miejsca pracy w miastach rozwijających się razem z nabierającym rozpędu kapitalizmem. Wojciech Pogodny podobnie jak jego imiennik Wojciech Ziarkowski nie dostał ziemi na własność; był chłopem bezrolnym z dóbr prywatnych, nie był zagrodnikiem ani nawet chałupnikiem, jego dziedzicowi nie skonfiskowano ziemi za udział w powstaniu, aby rozdzielić ją między rodziny chłopskie. Jednak miał powody, żeby się cieszyć. Skończyła się pańszczyzna, daniny, darmochy. Bat, którym niektórzy ziemianie lepiej władali niż szablą, przestał spadać na chłopskie karki. Można było budować nowe życie, nawet jeśli nie było się ani kmieciem, ani zagrodnikiem. Za każdy dzień pracy, za każdą usługę, dziedzice byli zobowiązani płacić prawdziwymi pieniędzmi. Wojciech Pogodny już dawno pogodził się z myślą, że nie osiądzie na własnej ziemi. Przemyśliwał, co należy zrobić, aby jego dzieci miały lepiej od niego. Istniała jeszcze jedna droga awansu społecznego w hierarchii wsi. Tą drogą było rzemiosło, ponieważ zawód młynarza czy organisty był poza zasięgiem. Kowale, kołodzieje, bednarze, garncarze, tkacze, rymarze, plecionkarze pełnili ważną rolę w każdym folwarku. Wojciech nie miał nic przeciwko plecionkarzom. Podziwiał ich kosze z wikliny; w dni powszednie nieraz mijały go wozy z wyplecionymi półkoszkami, a w niedziele paradne wasągi. Często się spotykało ogrodzenia z wikliny, a nawet całe ściany domostw. Plecionkarzom nie groziło bezrobocie, ale zdaniem Wojciecha, nie był to wystarczająco męski zawód. Zadbał, aby Michał wyuczył się na kowala. Jego żona nie narzekała, że nauka pasierba za dużo kosztuje i za to był jej wdzięczny. Tylko Michał narzekał, że kowal go wykorzystuje nie tylko do kowalskich robót. Kiedy 9 listopada 1869 roku ślubował w Dąbiu z Katarzyną Ziarkowską, jego rodzice mieszkający wtedy w Piołunowie mieli poczucie, że wybrali dla niego dobry zawód. Oczywiście nie mogli nie wziąć udziału w weselu.
Wyobrażam sobie często Wojciecha Pogodnego, jak pracuje na polu zieleniejącym albo złocącym się dokoła. Ubrany jest w jasne lniane portki i taką samą bluzę. Być może jego żona sama uprawiała i przędła len, który jednak wymagał dużo pracy zanim skręciło się z niego nici. Kobiety rwały pożyteczną i odziewającą ludzi roślinę, rosiły, międliły, tarły na cierlicy, wyczesywały z paździerzy. Wrzeciono do przędzenia lnu to było proste narzędzie, każdy mógł je mieć w domu, kądziel była pod ręką, a zimowe wieczory były długie. Warsztat tkacki to już maszyna sporych rozmiarów. Rozłożony zajmował dużo miejsca nawet w dużej izbie. Ewentualnie można było tkać latem przed domem, ale latem kobiety nie miały na to czasu. Możliwe, że Pogodni tkali płótno i szyli sobie przynajmniej bieliznę, fartuchy, chustki. Możliwe, że na folwarku był rzemieślnik, który zajmował się czasochłonnym tkaniem. Samodziałem nie gardziły nawet rodziny bogatych gospodarzy. Za pozwolenie na tkanie i blichowanie dziedzice pobierali stosowne opłaty. Zwykle można było majątkowemu tkaczowi przynieść własne nici i zamówić płótno zgrzebne na płachty z najgorszych nici tkane co trzecią nić albo płótno pacześne na worki tkane co drugą nić, albo płótno gęste na odzież tkane z najlepszych nici tak gęsto, że nie przepuszczało wody. Jeśli sakiewka nie była pusta, można też było przyodziać się, robiąc zakupy na jarmarkach. W 1850 roku na jarmarku w Osięcinach można było kupić konie, bydło rogate, wyroby żelazne, sukno, płótno, towary łokciowe. Opinią najlepszych krawców cieszyli się Żydzi. Żeby wykonać robocze ubranie dla Wojciech Pogodnego, krawiec nie musiał długo się trudzić. Wyobrażam sobie, że na głowie ma Wojciech słomkowy kapelusz, żeby nie czuć żaru słońca, za to ziemi czuje każdą grudkę bosymi stopami. Chodziło się boso nawet w listopadzie. Chłopi nie mogli wiedzieć, że w XXI wieku chodzenie boso po trawie będzie modne i uważane za bardzo zdrowe. Oczywiście Wojciech na wesele Michała i Kasi nie wybrał się ani boso ani w roboczym ubraniu. Katarzyna Figmąk zlustrowała go dokładnie, czy buty ma czyste, czy niebieska kapota i takież spodnie dobrze na nim leżą Jak ten czas pędził, jak pies, który urwał się z łańcucha. 20 lat z okładem minęło odkąd Wojciech i Katarzyna tańczyli na swoim weselu. Teraz tańczyli na weselu Michała w karczmie w Dąbiu Kujawskim. Okazały zbudowany z gliny budynek karczmy znajdował się niecałe 100 metrów na zachód od kościoła. Ludzie nazywali to miejsce karczmą księży. Może nie było tu taniej niż w karczmie dziedzica, ale jak ktoś wypił za dużo, miał szansę się szybko wyspowiadać i dostać mniejszą pokutę. Często jako pokutę, musieli chłopi orać pole księdza spowiednika. Jeśli ktoś miał tylko drewniany pług przypominający sochę, musiał pożyczać porządny, żelazny. Po prawdzie skoczna muzyka już tak nie porywała do tańca małżeństwo Pogodnych, więcej biesiadowali przy stole, niż tańczyli. Razem z Ziarkowskimi przysiedli się do starszych gości. Katarzyna zostawiła dzieci pod dobrą opieką i nie musiała się martwić nawet o dwuletnią Anię. Gdy zgadało się o dzieciach, Wojciech Ziarkowski zawołał: „A gdzie jest Ignaś? Spróbował wszystkiego, za każdym razem piał z zachwytu: Ale to dobre, jadł się do syta. Był zachwycony, że na weselu nie jada się z jednej miski. Teraz pewnie biega gdzieś po polach. Kto by a nim zdążył?”. Antonina zaoponowała: „Po nocy nawet on nie biega. Aż tak szalony to on nie jest. Kazałam mu zajrzeć do domu, żeby sprawdził, co jego siostra porabia, czy już śpi. Szybko jej się znudziło to wesele. Nie tylko ty troszczysz się o nasze dzieciaki. Pamiętasz, jak chowałeś nożyczki, żebym Kasi nie obcinała włosów, bo straci pamięć. Pamiętasz, jak chowałeś lusterko, żeby się w nim nie przeglądała i miała łatwą mowę. A już przeszedłeś samego siebie, kiedy kazałeś mi obgryzać zębami jej paznokietki, żeby miała zwinne paluszki”. „Może to zabobony, ale Kasia wyrosła na piękną dziewczynę i pannę młodą” — odpowiedział Wojciech. Antonina posmutniała nagle i powiedziała: „Musimy dmuchać i chuchać na naszą najmłodszą. Gdybyśmy ją stracili jak Anię, chyba bym nie przeżyła tego. Ania już mi dużo pomagała i 14 lat to taki piękny wiek”. Ziarkowscy mieli troje dzieci, których szczęśliwie choróbska im nie odebrały. Oprócz wychodzącej za mąż 20-letniej Kasi był jeszcze 15-letni Ignaś i 8-letnia Józia. „Czemu nasze dzieci muszą mieć inne charaktery niż my mamy” — zadumała się Antonina. „Zależy na kogo zapatrzyła się matka” — stwierdził Wojciech. „Ty i te twoje teorie. — Z powątpiewaniem głośno myślała Antonina. — Niestety nie mam lepszego wyjaśnienia. Dzieci są każde od innej gwiazdy. Są niepodobne do rodziców i do siebie wzajemnie. Tylko w rysach twarzy można zauważyć podobieństwo. Coś jakby w podobnych garnkach gotowały się różne zupy”. Muzyka nie była ogłuszająca, muzykanci robili sobie przerwy i można było w izbie zastawionej stołami rozmawiać.
Niedawne lata zawieruchy powstania styczniowego jeszcze były żywo w pamięci. Miało o czym rozmawiać przy stole dwóch Wojciechów i reszta weselników. Wszyscy znali wielu włościan, którzy poszli do powstania. „Ciekawe co się dzieje z Bartkiem Nowakiem?” — padło pytanie. Jakiś chłop, widać, dobrze poinformowany, odpowiedział: „Posłowie do pruskiego parlamentu wstawili się za nim i za kratkami spędził tylko jeden rok. Siedzi w Prusach i dobrze mu tam. Był rządcą na jakimś majątku, a teraz słyszę został urzędnikiem. Zna, jucha, niemiecki”. Wszyscy przy stole popatrzyli z zaciekawieniem na mówiącego, który do tej pory wyróżniał się tylko tym, że ciągle wycierał bujne wąsy. Był raczej drobny, chudy. Twarz miał pomarszczoną, ale oczy jak u młodego patrzyły przenikliwie. „Kto to jest? — zapytał siebie w duchu Wojciech Pogodny.- Pewnie jakiś znajomy Ziarkowskich z Dąbia albo z dalekich stron. Nawet dobrze naszą gwarą nie mówi”. Nieznajomego zachęciły spojrzenia ludzi i mówił dalej: „W dawnych czasach nie było pańszczyzny. Wszyscy chłopi mieli ziemię, tak jak Nowak chciał, żeby było teraz. Jak jakiś rycerz chciał coś od chłopa, to musiał zapłacić. Niestety biskupi rozleniwili się, nie chcieli brudzić sobie rąk ziemią, bo jak brudnymi rękami dawać wiernym na mszy opłatek komunii świętej. Rozleniwili się, nie chcieli w świątek piątek tyrać w słońcu i w słocie”. „Dajcie mu wódki, bo coś za mądrze gada” — zaproponował jakiś mądrala. Ktoś inny się sprzeciwił: „Dobrze mówi, należy mu się największy kołacz”. Nieznajomy kontynuował: „Najsampierw wprowadzono pańszczyznę w dobrach kościelnych, na początku to był jeden dzień w tygodniu. Biskupi wykorzystali pobożność ludu, żeby wymusić posłuszeństwo. Obiecali hojną zapłatę, ale dopiero w niebie. Wkrótce szlachta poszła w ślady księży, wkrótce z jednego dnia zrobiło się pięć dni w tygodniu. Chciwość panów zrobiła z nas niewolników. Walczyliśmy już przed powstaniem o poprawę naszego losu. Pamiętacie, jak wiosną 1861 roku połowa wsi nie wyszła odrabiać pańszczyzny. Co ja mówię, dużo więcej niż połowa. Byłem wtedy w Ustroniu, wsi, od której wielka akcje nieposłuszeństwa szlachcie zaczęła się. To były dni pełne nadziei. Ludzie pomagali sobie wzajemnie. Pamiętacie, bo to był rok nieurodzaju i to było wtedy, kiedy rozeszła się wieść, że car uwłaszczył chłopów w Rosji. Mieliśmy być gorsi? Wysłano przeciwko nam wojsko, ale w końcu w maju 1861 roku car ogłosił zmniejszenie pańszczyzny, które miało zachęcać dziedziców do oczynszowania chłopów w Królestwie Polskim. Kto miał przynajmniej 3 morgi, płacił regularnie czynsz i miał wypchany portfel, mógł wykupić się od pańszczyzny zupełnie. Jednak wielu gospodarzy wolało pracować na pańskim polu niż wyzbywać się cennej gotówki. Wsi nie zadowolił nawet następny ukaz carski z 1862 roku. Ciągle chłopi, nawet ci najbogatsi, nie mieli praw własności. Od paru lat wielu z nas ma teraz swoją ziemię po uwłaszczeniu z 1864 roku, nasze dzieci mogą tę ziemię dziedziczyć. Powodzi nam się lepiej niż chłopom w Rosji. Tam chłopi w praktyce dostali tylko wolność osobistą i to w ograniczonej formie, bo na dłuższy wyjazd muszą starać się o zezwolenie gminy. My wygraliśmy dużo, możemy wybierać własnego wójta, ale będziemy dalej walczyć o poprawę naszego losu z Bartkiem Nowakiem lub bez Bartka Nowaka”. „Pewnie czeka na amnestię cara, żeby wrócić do Bądkowa, do tych swoich Słupów Wielkich” — ktoś się odezwał.
Wąsaty znajomy Ziarkowskich podniósł się nad stołem i zapytał: „Kto z was nie był pobity przez rządcę, ekonoma, włodarza?” Trzy kobiety podniosły ręce. „Czy mogę przeczytać ciekawy list?” Ktoś sprzeciwił się: „Listy to czytają w kościele, a nie na weselu, szczególnie listy świętego Pawła”. „Niech czyta” — chór głosów zagłuszył malkontenta. Wąsacz wyjął z kieszeni ładnie złożoną, choć już nieco wypłowiałą kartkę i rozkładając ją wyjaśnił: „Trzymam w ręku list pewnego księdza proboszcza z Małopolski, który ma w Świeszu krewnych, z którymi jestem w dobrej komitywie. Zacznę czytać od tego miejsca. Ksiądz pisze. Wiecie, że rodzina jest dla mnie najważniejsza i zawsze będę pomagał, żebyście mogli wyjechać do słonecznej Italii, choć raz w roku. Modlę się codziennie, żeby dobry Bóg użyczył wam specjalnych łask w tych trudnych czasach. Chłopstwo buntuje się nawet tutaj w poczciwych Wierzchosławicach. Piszę poczciwych, bo jak niedawno pijana zgraja Szeli chciała nas wymordować, nasi chłopi zatrzymali tych bandytów. Jednak jakiś miesiąc temu i nasi chłopi nie przyszli odrabiać pańszczyzny, jak Pan Bóg przykazał. Ten stary wywrotowiec Grzegorz rozpuścił nikczemną plotkę, że najjaśniejszy cesarz Ferdynand Pierwszy Dobrotliwy zniósł pańszczyznę i tylko szlachta nie chce wykonać jego ukazów. Imaginujecie sobie, że moi chłopi też nie przyszli pracować na moje pole. Nie zazdroszczę pokoleniom, które przyjdą po nas. Za 100 lat może być tak, że nie będzie miał kto pracować na naszych polach. Dziedzic na szczęście opanował sytuację. Zaraz kazał rządcy Gołębiewskiemu poprosić o pomoc władzę i kompania piechoty węgierskiej załatwiła sprawę. Żołnierze spędzili naszych wszystkich chłopów, co do jednego, na podwórze folwarku. Umyśliliśmy, że ja przemówię do buntowników. Powiedziałem im, że Pan Bóg dał każdemu człowiekowi jakieś zadanie do wykonania tu na ziemi i musimy go słuchać wszyscy: księża, szlachta, mieszczanie, żołnierze i chłopi. Powiedziałem, że lenistwo to ciężki grzech. Przypomniałem, że Pan Bóg ukarał srogo nawet zbuntowanych aniołów. Wezwałem zebranych, żeby przyjęli sprawiedliwą karę, a ich grzechy będą odpuszczone. Nie do wszystkich moje spokojne słowa dotarły, niektórzy nie okazali skruchy, kiedy pachołek tłukł ich kijem po gołym grzbiecie i gdzie popadło. Stary Grzegorz przyjął 50 kijów, a nie odezwał się ani słowem, taki był zawzięty w swojej nienawiści. Pachołki zmieniali się, bo aż się pocili z wysiłku. Jeśli ktoś okazał skruchę, obiecał poprawę, rządca Gołębiewski skracał bicie. Kobiety też dostały mniej kijów. Niektóre chłopki zachowywały się jak zwierzęta, wyły i nawet bździły, nie zważając na powagę chwili. Wspaniałomyślny dziedzic nie kazał chłostać dzieci. Zmęczyło mnie to zgromadzenie, ale musiałem wytrwać do końca, choć zamiast fotela miałem niewygodne krzesło. Kiedy przyszło do chłosty moich chłopów, parę dewotek upadło przede mną na kolana i błagało o litość. Głupie baby nic nie zrozumiały z mojego wcześniejszego przemówienia o sprawiedliwej karze. Wrzasnąłem na nie, że nic nie mogę zrobić. Kochana rodzino, trzymajcie swoich chłopów krótko, a nie będziecie musieli często bić”. Wąsacz skończył. Zapadła cisza i tylko od oddalonych stołów dochodził gwar rozmów. Jakiś zapalczywy chłop wykrzyknął: „Jak by mnie mój dziedzic uderzył, to tak bym się odmachnął, że by się osrał, jak te bite kobiety”. Wąsacz odezwał się znowu tym razem głośniej, bo ludziom zaczęły się rozplątywać języki: „Pogłoski o zniesieniu pańszczyzny pojawiły się w Małopolsce, kiedy trwały prace nad tym projektem po wielkich demonstracjach, które wstrząsnęły monarchią Habsburgów. Cesarz Ferdynand podpisał zniesienie pańszczyzny 15 maja 1848 roku. Jednak chłopi dostali ziemię na dużo gorszych warunkach niż u nas. Nie myślcie ludzie, że wszyscy księża są jak ten z Wierzchosławic. Ksiądz Stanisław Staszic do swojej śmierci w 1826 roku walczył o polepszenie doli chłopów. Założył nawet Hrubieszowskie Towarzystwo Rolnicze, gdzie chłopi nie mieli dziedzica tylko wszyscy byli dziedzicami, pracowali i decydowali o wszystkim”. Wąsacz ledwo zdołał dokończyć swoją wypowiedź. Biesiadnicy jeden przez drugiego zaczęli wyliczać krzywdy doznane od dziedziców. Kiedy głosy przycichły, kobieta w średnim wieku ubrana jak większość kobiet w strój kujawski powiedziała: „Ale pod Krzywosądzem chłopy nie powinny dobijać rannych szlachciców i wrzucać trupy do jeziora. To byli młodzi chłopcy. Rozumiem zabrać buty czy palto, ale zabijać? Kara Boska”. Nieznajomy chłop, który zdawał się znać Bartka Nowaka oburzył się: „Dziwisz się ludziom? A ten dziedzic, co to mieszka niedaleko, wszyscy wiemy kto to, to nie napuszczał swoich chłopów na powstańców?”. Weselnicy popatrzyli po sobie zmieszani, jakby sprawdzali, czy który nie jest wystrojony w eleganckie ubranie zdarte z trupa. Nieznajomy chłop, który zdawał się zawsze mieć coś do powiedzenia, znowu się odezwał: „Teraz rozumiem, dlaczego szlachcianka Konopnicka, kiedy szukała w Krzywosądzu mogiły swojego brata Jana Wasiłowskiego, studenta politechniki, niewiele się dowiedziała. Ludzie nie byli rozmowni. Jeden zbroi, wszyscy się wstydzą. A podchodziła ludzi, jak mogła. Mówiła, że brat zginął w pierwszej potyczce jego oddziału, że bardzo go kochała, że brat bardzo troszczył się o nią, że musi się czegoś dowiedzieć, choćby miała zamarznąć na śniegu, że opuściła po kryjomu męża ledwo parę miesięcy po ślubie i nakłamała mu, że jedzie odwiedzić rodzinę. Konopnicka miała wtedy 21 lat, teraz słychać, że pisze jakieś wiersze, kiedy jej dzieci, a ma ich gromadkę, nie płaczą. Jeszcze jej wiersze nie ukazały się drukiem, ale miałem okazję przeczytać jeden. Całkiem zgrabny. Jeszcze o niej usłyszymy”. Nikt z weselników nie znał Konopnickiej. Nawet Wojciech Ziarkowski nie podjął tematu. „Co taka smarkula może wiedzieć o życiu?” — pomyślał. Rozmowa z braku zainteresowania Konopnicką zeszła na inne tematy. Wojciech Pogodny postanowił pochwalić siedzącego obok niego Wojciecha Ziarkowskiego. „Dawno się tak nie najadłem. Jak wszystko smaczne, to łatwo o grzech obżarstwa. Smakowity był ten barszcz i kapusta, i groch” — powiedział. Ziarkowski uśmiechnął się i odpowiedział: „Ciesz się, że wesele nie potrwa trzy dni, jak to często bywa, gdy wychodzą za mąż gospodarskie córki”. Przy pełnych żołądkach i Pogodny, i Ziarkowski widzieli przyszłość Michała i Katarzyny w jasnych barwach. Patrząc na młodych, jacy są szczęśliwi, utwierdzili się w przekonaniu, że pasują do siebie. Naradzali się razem ze swoimi żonami, jak pomóc dzieciom, żeby nie startowali od zera.
„Katarzyna Pogodna pomoże Katarzynie Pogodnej” — śmiał się Ziarkowski i Katarzyna Figmąk Pogodna też się uśmiała. Znalazła wspólny język z Antoniną Ziarkowską, choć Antonina była dużo starsza. Nawet przysiadła się do niej. Zaraz na początku rozmowy Antonina wytłumaczyła, dlaczego karczma księży jest lepsza od karczmy dziedzica: „Izba do biesiadowania jest prawie tak duża jak izba do tańców. Są tu stoły z ławami. W innych karczmach trzeba jeść na stojąco, a i tak jest ciasno. Spóźnialscy muszą stać przed karczmą”. Kobiety rozgadały się, unikały tylko rozmów o dzieciach, które im obumarły. Miały lepsze tematy. Figmąk zawołała: „Muszę się pochwalić. Moje dzieci nauczyły się czytać i pisać. Nasz dobrodziej ksiądz Władysław Bujakowski założył darmową szkołę elementarną w Byczynie. Moje dzieci potrafią nawet opowiadać o tym, co przeczytały. To prawie tak, jakbym ja umiała czytać. Ksiądz nie zapomina też o pacierzu i katechizmie. Czasem nawet za ucho pociągnie”. Ziarkowska była zaskoczona. Wieś trzymała się uparcie analfabetyzmu i nawet co poniektórzy chłopi byli dumni z tego. „My uczymy nasze dzieci w jesienne i zimowe wieczory. Nawet są chętne. Szkoda, że Michał się nie załapał na szkołę w Byczynie. Dobrze, że moja Kasia jest gramotna” — odparła. Rozmowa zeszła na tematy takie jak potrawy, stroje, nowinki. Od ich ostatniego spotkania wiele się wydarzyło. Ale co tam fakty, plotki są znacznie bardziej ciekawe. Kobiety milkły tylko, gdy rozmowa schodziła na życie prywatne księży. „Jak tu plotkować o następcach Jezusa? Czy to nie świętokradztwo?” — myślały. Kiedy już obgadały nawet dziedziców w okolicy, na koniec Katarzyna stwierdziła: „Cudownie jest poplotkować, bo normalnie nie mam na to czasu. No, nie wyrabiam się. Chyba kiedyś umrę na stojąco albo w biegu. Nie będę miała czasu, żeby się położyć”. Antonina westchnęła. „Też tak miałam. Czas to wielki złośliwiec. Kiedy go prosimy, żeby płynął wolno, przyspiesza. Trzeba spojrzeć na życie z innej strony. Chodzi głównie o dwie rzeczy. Nie chodzi o to, żeby pracować ponad siły. Chodzi o to, żeby się nie nudzić. W tym celu musisz mieć wiele prac do wykonania, od przybytku głowa nie boli. Wybierasz jedną i nie przejmujesz się innymi. Jeśli mają znaczenie, to poczekają. Każdą czynność wykonuj uważnie, jakby była najważniejszą ze wszystkich czynności, które do tej pory wykonywałaś. Nie warto się zbytnio spieszyć. Pośpiech niszczy smak i radość życia, lubi fuszerkę i przeklina jak szewc, który się właśnie walnął w palec. Staraj się nie spieszyć do następnej chwili, obserwuj bogactwo tej obecnej. Po drugie chodzi o to, żeby zawsze odpoczywać. Jak pracują ręce, niech odpoczywają nogi. Jak pracuje głowa, niech odpoczywa reszta ciała”. Katarzyna popatrzyła na Antoninę, jakby nie rozumiała o czym ta mówi, nie była przekonana: „Żeby tak żyć, trzeba mieć dobre zdrowie, dobrą służącą albo i dwie, bo mąż to za mało i nie mieć ogonów, czyli dzieci. Z bolącą głową nie wypoczniesz nawet, jeśli się położysz. Wszystko wydaje się męczące, trudne. A jak masz małe dzieci, to one planują zajęcia za ciebie. Na nudę nie ma jednak wielkich szans”. „My chłopki nie mamy szans na nudę, to prawda, nie mamy czasu nawet na odpoczynek — westchnęła Antonina. — Zawsze za czymś gonimy. Powiem ci jednak, że pośpiech nie zawsze jest zły. Odrobina pośpiechu jest konieczna. W przeciwnym wypadku wkrada się właśnie nuda”. Katarzyna zaśmiała się: „Chciałabym się trochę ponudzić, ale nie narzekajmy. Jest lepiej niż za pańszczyzny. Nikt nas o świtaniu nie wygania z chałupy, żeby tyrać na polu dziedzica. Prawdę mówiąc czasem stróż wali laską w drzwi i budzi krzykiem, choć nie zamawiamy budzenia; wtedy mój Wojtek mu pyskuje, żeby się puknął w czoło i to mocno”. Jak się Katarzyna i Antonina zagadały, to zapomniały nawet szturchać swoich mężów, żeby nie sięgali za często po kieliszki, przestały im przypominać, że ten ma mocniejszą głowę, kto pije mniej gorzałki. Katarzyna Figmąk od czasu do czasu spoglądała z niepokojem na pana młodego. „Czy nie za dużo pijesz Michałku? — pytała siebie w duchu, kiedy nie spotykała spojrzenia syna. Byli już w izbie tacy, którym oczy stępiały zupełnie. Byli też tacy, którzy ciągle pili, choć trzeba przyznać nie dużo, bo połowa wódki leciała z trzęsących się rąk na stół. Niektórym robiło się wesoło, niektórym smutno. Wojciech Ziarkowski z posępną miną zwierzył się swojemu imiennikowi, że nic nie zyskał na powstaniu. Stracił intratną posadę borowego, ponieważ zawód borowego przestał mieć znaczenie. Car pozwolił ludziom wchodzić do lasu, więc dziedzice przestali pilnować lasów. Jednak nie wszędzie borowi byli zwalniani. Ziarkowski podejrzewał, że rządcy naopowiadali bzdur na jego temat dziedzicowi Maciejowi Mielżyńskiemu. Nie było łatwo znaleźć byłemu borowemu nową pracę. Dziedzice nie chcieli go zatrudnić. Na co im chłop, który potrafi czytać i pisać? Jeszcze by uświadamiał innych? Znalazł dopiero Wojciech zatrudnienie w dalekim Dąbiu, oddalonym o 60 km od Kleczewa. Światły dziedzic Jan Mittelstaedt docenił jego umiejętności i zatrudnił, co prawda tylko jako robotnika. Jako robotnik często pracował w dąbskim lesie i przypominała mu się praca borowego. Lubił las. Nie miał tylko kiedyś pojęcia, że na sąg drewna trzeba się tyle narobić. Nawet pracujący z nim młodzi narzekali. „Żeby nie powstanie, nie stalibyśmy się rodziną i nie pilibyśmy wódki tutaj. Ale co tam, byłem za młodu wyrobnikiem i owczarzem, mogę być teraz robotnikiem. Nawet mój ojciec Ignacy pogodził się z moją utratą posady borowego, choć na początku był załamany i myślałem, że wpadnie nagle do kościoła i zacznie grać pijackie kawałki, żeby odreagować. Trochę jestem smutny. Moja mama Barbara, gdyby mogła, wstałaby z grobu i żeby mnie pocieszyć, tak jak zwykle zrobiła by mi gorące mleko z żółtkiem i miodem. Palce lizać — mówiąc ostatnie słowa Wojciech Ziarkowski wyraźnie się wzruszył, zaraz jednak odsunął od siebie łzawe wspomnienia i dodał. — Nie będę narzekał. Dziedzice i dziedziczki mają gorzej. Są jak te psy na łańcuchach. Wszystko mają podane. Jak ma się wszystko, to nic nie cieszy. Jak ma się mało, to wszystko cieszy. Jedzą, nie ruszają się, tyją i chorują. Nie ma okazji, żeby im to powiedzieć, choć niektórzy są całkiem inteligentni i nie trzeba przy nich udawać głupka. Powiedziałbym tej dziedziczce, która ciągle płacze: Łaskawa pani za wolno się rusza, dlatego dogania panią melancholia. Żeby była radość, potrzebny jest wysiłek. Wystarczy dobrze się zmęczyć, aby cieszyła sama myśl obiecująca chwilę odpoczynku”. Wojciech Pogodny nie mógł się nie zgodzić. „Ja już w poniedziałek cieszę się, że w niedzielę sobie odpocznę — stwierdził, a po chwili dodał — Świat schodzi na psy. Wyobraź sobie, że słychać, że powiat władze przenoszą z Radziejowa do Nieszawy. Radziejów był blisko, a Nieszawa to jak zagranica. Jak masz sprawę do załatwienia, to cały dzień masz z głowy”. Ziarkowskiego zebrało na wyjaśnienia: „Po powstaniu Osięciny, Piotrków, Radziejów straciły prawa miejskie. Podobno już przed powstaniem były takie plany. Jedynym miastem w powiecie została Nieszawa. Wioska Radziejów nie nadawała się już na siedzibę powiatu. Nieszawa już zresztą wcześniej kopała dołki. Zarzucała, że Radziejów nie ma wody na tych górkach, że nawet jarmarki ma bez porównania gorsze od tych w Osięcinach, choć przestał pobierać opłaty od handlujących. Samą sławną przeszłością sejmików ziemskich daleko się nie zajedzie”. Pogodny zdawał się nie zauważać ostatnich słów rozmówcy, podniósł kieliszek i zawołał sentencjonalnie: „Pij bracie, pij, na starość torba i kij”. Dwóch Wojciechów stuknęło się kieliszkami. Ziarkowski umoczył tylko usta. Swoim zwyczajem markował tylko picie. Wojciechowi Pogodnemu łza zakręciła się w oku, gdy przypomniał sobie, że nie ma przy stole jego pierwszej żony Barbary i jego brata Józefa, z którym los też się obszedł okrutnie. Kiedy jego brat był najbardziej szczęśliwy w swoim krótkim życiu? Chyba kiedy razem piekli kartofle w dymiących pod same niebo ogniskach z łęcin i chwastów. Czuli się wtedy wolni jak ten wiatr, jak ten dym, którego żadna siła nie była w stanie okiełznać. Dym wirował, otaczał zewsząd, niósł się do góry by zmieszać się z chmurami, a jemu i bratu było lekko na sercu. Kijem trzeba było łaskotać ogień, żeby nie przygasł, żeby grzał kartofle i dwójkę chłopców. Kartofle w brudnych mundurkach smakowały lepiej niż to weselne jedzenie. Dym z ogniska był przyprawą, którą się czuło jeszcze następnego dnia. Kiedy jeszcze Józef był szczęśliwy? Wojciech przypomniał sobie wesele brata z Justyną Cybulską, które odbyło się w 1844 roku w Radziejowie, przypomniał sobie uśmiechniętego Józefa nie przeczuwającego, jakie nieszczęścia na niego i jego rodzinę czekały. Przez dwa lata jakoś się układało. Józef pracował ciężko jako wyrobnik, nie miał czasu, żeby narzekać. Niestety w 1846 roku Justyna zmarła. Ludzie umierali i żyli szybko. Mało było krytycznych komentarzy, kiedy Józef dwa miesiące po śmierci Justyny ożenił się z Anną Wiśniewską, by mieć z nią w 1848 roku syna Michałka, którego ojcem chrzestnym został Wojciech Pogodny. Wtedy też widział Wojciech uśmiech na twarzy brata. Zbyt wiele nieszczęść spotkało Józefa, zbyt rzadko miał powody, żeby się uśmiechać. Rok 1852 był rokiem szalejącej na Kujawach cholery. Józef zachorował właśnie na cholerę i miał ciężką śmierć we wrześniu tego roku. W dniu śmierci Józefa nikt nie wiedział, gdzie przebywa jego żona. Można domniemywać, że uciekła z dzieckiem przed cholerą gdzieś na wieś. Jej rodzina przestraszyła się jednak pewnie epidemii, więc zaraz musiała wrócić do domu w Radziejowie, gdzie cholera ją uśmierciła w 8 dni po Józefie. Jaką szansę na przeżycie miał mały Michał? Wydaje się, że małe, chociaż nie natrafiono na jego akt zgonu. Być może Anna zostawiła go u rodziny na wsi. Józef Pogodny, który przeprowadził się z Pruchnowa do Radziejowa i spędził w nim wiele lat ze swego 34 letniego życia, jako pierwszy z rodziny zamieszkał w mieście.
Wojciech Pogodny otrząsnął się ze wspomnień jak pies z wody. Nie było już obok niego Wojciecha Ziarkowskiego. Pewnie były borowy pomyślał, że ojciec pana młodego stracił kontakt z rzeczywistością. Pogodny rozejrzał się po karczmie. Trochę żałował, że na ślubie jego syna nie pojawił się nikt z rodziny dziedzica. Trudno jednaj było sobie wyobrazić większy rozdźwięk między ludem, a szlachtą. Już zaraz po powstaniu, kiedy szlachta wciąż rozpamiętywała tragedie powstania, chłopi urządzali pogrzeby pańszczyzny i nie było przy symbolicznych trumnach smutku, ale była wielka radość. Chłopi stawiali dziękczynne krzyże ku czci Aleksandra Drugiego, a na Jasnej Górze stanął z ich składek sfinansowany monumentalny pomnik cara, który był dla nich równie ważny jak Matka Boska. Tylko niektórym pomnik wydawał się brzydki, tylko niektórym zakłócał wyjątkowość świętego miejsca. Tak czy inaczej stał przed wejściem do klasztoru i nie można było go ominąć. Wielu zatrzymywało się i skłaniało głowę w podziękowaniu za otrzymaną ziemię i zniesienie dziesięciny. Jakimś cudem Kościół mocno nie zbiedniał, czego Częstochowa była dobrym przykładem. Szlachta uparcie urządzała na cara zamachy i w 1881 roku dopięła swego. Polski zamachowiec, rzucając puszkę dynamitu, zabił Aleksandra II. Szlachta pałała nienawiścią do caratu nie tylko z patriotycznych pobudek. Po powstaniu styczniowym nie tylko traciła folwarki, ale i urzędnicze posady w rusyfikowanej administracji. Nie tylko stanowiska naczelników powiatów były zarezerwowane dla Rosjan. Nawet w Osięcinach pojawiło się 3 rosyjskich urzędników. Przynajmniej tylu ich było w roku 1890. Rosjanie czuli się najważniejsi w osadzie, ale jednocześnie odnosili wrażenie, że znajdują się na bezludnej wyspie. Byli skazani na rozmowy ze sobą. Sytuacja była tragikomiczna. Gminę Osięciny zamieszkiwało w 1890 roku 8817 osób. Oprócz Polaków żyło tutaj 529 Żydów i 44 Niemców. Urzędnicy porozumiewali się z ludnością w języku rosyjskim. Prawie z równym powodzeniem mogliby używać języka chińskiego. Okoliczne ziemiaństwo z hrabią Skarbkiem przedkładało francuski nad rosyjski. Pospólstwo kaleczyło niemiłosiernie mowę Puszkina. Kiedy urzędniczy pytali chłopów, czy mają owoszczi, ci odpowiadali, że mają jabłka. Chłopi nie mogli się nadziwić, że rosyjskie owoszczi to polskie warzywa. Urzędnicy mogli wezwać nauczycieli Polaków, żeby uzyskać jakieś sensowne odpowiedzi, ale były to rozmowy formalne. Jeden z Rosjan nie miał żony, więc musiały mu wystarczyć rosyjskie książki, kiedy wracał do swojej kwatery. W skali całego kraju tysiące rosyjskich urzędników objęło swoje posady, a tym samym tysiące Polaków je straciło. Dla wielu ludzi dumnych ze swoich herbów czy sławnych przodków ciężka praca robotnika i rzemieślnika była jedyną szansą na przeżycie. Miejsca pracy czekały na chętnych, bo kapitalizm, choć z dużym opóźnieniem, dotarł po powstaniu styczniowym, po uwłaszczeniu chłopów do ziem Kraju Przywiślańskiego. Nie był to kapitalizm z ludzką twarzą. Praca była ciężka, często słońce udawało się wcześniej od ludzi na spoczynek. Wypadki zdarzały się regularnie. W ogóle zamknięci w fabrycznych halach robotnicy nie cieszyli się dobrym zdrowiem. Nawet od hojnego słońca nie dostawali darmowej witaminy D, o której zresztą nikt wtedy nie słyszał. Nie wszyscy robotnicy dawali radę. Wśród przegranych znalazło się wielu przedstawicieli szlachty. Niektórzy szli na dno i los biedoty stał się ich udziałem.