E-book
7.88
drukowana A5
19.95
Nie wypowiedział żadnego życzenia

Bezpłatny fragment - Nie wypowiedział żadnego życzenia


Objętość:
48 str.
ISBN:
978-83-8431-805-8
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 19.95

Rozdział 1 — Ten dzień, który miał być inny

Matthew Johns obudził się z uczuciem, że to będzie ten dzień.

Taki, w którym wszystko wreszcie pójdzie dobrze.

Taki, w którym nie wyleje na siebie kawy, nie zgubi kluczy i może, tylko może, powie „cześć” dziewczynie, o której myślał od miesięcy.

Spojrzał na zegarek.

07:46.

Autobus odjeżdżał o 07:50.

— No dobra, świat, zaczynamy taniec — mruknął do siebie, zakładając koszulę z jednej strony w spodnie, z drugiej nie.

Zrobił trzy kroki do kuchni, poślizgnął się na książce od matematyki, którą zostawił poprzedniego wieczoru, i wylądował na ziemi razem z płatkami kukurydzianymi.

— Znak od losu, że mam zostać w łóżku — jęknął, podnosząc się.

Ale nie został. Bo dzisiaj miało się coś zmienić.

Dzisiaj zamierzał z nią porozmawiać.

Kiedy dobiegł na przystanek, autobus właśnie zatrzaskiwał drzwi.

— Hej! Poczekaj! — krzyknął, wymachując ręką jak człowiek, który desperacko próbuje złapać ostatnią szansę w życiu.

Kierowca, starszy facet z miną człowieka, który widział wszystko, westchnął i zatrzymał się.

Matthew wpadł do środka, dysząc jak po maratonie.

I wtedy ją zobaczył.

Emma Phil siedziała przy oknie, z włosami spiętymi w niedbały koczek i słuchawkami w uszach. Uśmiechała się lekko, patrząc przez szybę na poranne słońce.

Na siedzeniu obok leżała książka — „Little Women”.

Matthew przełknął ślinę.

To był moment. Tylko kilka kroków. Wystarczyło podejść i powiedzieć:

„Hej, widziałem, że czytasz Alcott. Też ją lubię”.

Albo po prostu: „Cześć”.

Zrobił krok. Potem drugi.

Autobus ruszył.

Matthew potknął się o własny plecak i zamiast „cześć”, wypalił:

— Czy mogę… to znaczy… siedzieć tu… znaczy, tam… obok…

Emma zdjęła słuchawki.

— Słucham?

— …obok. Czy mogę usiąść obok?

Uśmiechnęła się lekko.

— Jasne.

Usiadł. Czuł, jak serce wali mu w klatce piersiowej jak alarm samochodowy.

W głowie miał tylko jeden dźwięk: powiedz coś normalnego, cokolwiek, cokolwiek.

— Fajna książka — rzucił w końcu.

— Dzięki. Czytałeś?

— Tak. To znaczy… nie. Ale moja mama oglądała film. To się chyba liczy, prawda?

Emma roześmiała się cicho.

To było to. Jej śmiech. Ciepły, prawdziwy, dźwięk, który zostaje w głowie na dłużej niż jakakolwiek piosenka.

Matthew pomyślał, że jeśli dziś umrze, to przynajmniej w chwili największego szczęścia.

Kiedy autobus zatrzymał się pod szkołą, deszcz zaczął padać — nagle i głośno, jakby ktoś otworzył niebo i wylał cały listopad naraz.

Emma wysiadła pierwsza. Miała parasol.

Matthew nie.

— Chcesz się schować? — zapytała, podnosząc go lekko.

— Nie, ja… lubię deszcz — skłamał, drżąc jak szczeniak w wannie.

— Jasne, że lubisz — zaśmiała się, i poszła w stronę wejścia.

Matthew patrzył za nią, czując, że jego serce zostaje kilka kroków za nią, dokładnie tam, gdzie właśnie była.

Tego dnia nic już nie poszło zgodnie z planem.

Zawalił sprawdzian z historii, zgubił długopis, a kiedy wrócił do domu, jego pies zjadł jedną z jego butelek z wodą.

Ale mimo tego wszystkiego uśmiechał się. Bo w jego głowie wciąż brzmiał ten śmiech.

Wieczorem, kiedy zasypiał, zapisał w notesie:

„Dziś z nią rozmawiałem. To trwało dwie minuty, ale pamiętam każdą sekundę.”

Zanim zamknął oczy, pomyślał:

„Może jutro pójdzie lepiej. A jeśli nie — to przynajmniej znowu ją zobaczę.”

I to wystarczyło, żeby zasnąć z uśmiechem.

Rozdział 2 — Dzień po deszczu

Poranek po deszczu zawsze pachniał inaczej.

Trochę jak nowy początek, trochę jak wczorajsze błędy, które nie zdążyły wyschnąć.

Matthew patrzył przez okno, obserwując krople ściekające po szybie. Zastanawiał się, czy Emma też już wstała, czy może jeszcze spała z książką przy policzku — tak, jak wyobrażał ją sobie co wieczór, z głową pełną marzeń.

Telefon zawibrował.

Powiadomienie z Instagrama: Emma Phil dodała nowe zdjęcie.

Kliknął od razu.

Zdjęcie przedstawiało kubek kawy, parasol i podpis:

„Nie ma złej pogody, są tylko złe buty”

Matthew westchnął.

— No tak, ona filozoficzna, ja mokry — mruknął pod nosem.

W szkole pachniało detergentem i stresem przed sprawdzianem z biologii.

Na korytarzu panował ten rodzaj chaosu, w którym człowiek może się zgubić we własnych myślach.

Matthew szedł, trzymając w ręku książki, udając, że szuka czegoś w plecaku, tylko po to, żeby nie wyglądać, jakby szukał jej wzrokiem.

Oczywiście i tak ją znalazł.

Emma stała przy swojej szafce, ubrana w sweter w kolorze lawendy, z włosami rozpuszczonymi jak mgła o poranku.

Rozmawiała z przyjaciółką — Lydią, tą z idealnym makijażem i głośnym śmiechem.

Matthew poczuł, jak serce znowu przyspiesza, a nogi zaczynają zachowywać się jakby były z waty.

— Dobra, spokojnie. Nie myśl za dużo. Po prostu idź — powiedział sobie.

Ruszył.

Z każdym krokiem jego mózg podsuwał mu coraz gorsze możliwe scenariusze: potknie się, powie coś głupiego, przypadkiem nazwie ją „mamo”.

Ale było za późno na odwrotu.

— Hej, Emma! — zawołał.

Obróciła się.

I wtedy wpadł na kogoś, kto akurat przechodził z tacą pełną kubków z kawą.

Trzy sekundy później Matthew wyglądał jak dzieło sztuki współczesnej zrobione z latte.

Cały korytarz wybuchł śmiechem.

Emma zakryła usta dłonią, próbując się nie śmiać, ale jej oczy błyszczały.

Podbiegła do niego.

— O nie, wszystko dobrze?

— Tak, tak, super. Zawsze marzyłem o kąpieli w kofeinie — odpowiedział z udawaną powagą.

— Chodź, pomogę ci to zetrzeć — powiedziała i podała mu chusteczkę.

Ich dłonie na moment się dotknęły.

Krótki, ciepły kontakt.

Świat na sekundę przestał istnieć.

— Dzięki — wyszeptał.

— Zawsze do usług — odpowiedziała z uśmiechem.

Po południu Matthew siedział na trybunach szkolnego boiska.

Wyschnięta koszula, mokre włosy, a w głowie wciąż ta scena.

Wciąż jej śmiech, jej spojrzenie, dotyk palców.

Zeszyt leżał na kolanach.

Napisał w nim:

„Nie wiem, czy to przypadek, czy wszechświat robi sobie ze mnie żarty. Ale jeśli każde moje potknięcie kończy się jej uśmiechem… to niech mnie życie potyka codziennie.”

Wiatr poruszył kartką.

Za boiskiem, w oddali, zobaczył ją — Emmę, która biegła przez trawę z plecakiem przewieszonym przez ramię.

Pomachała mu z daleka.

On też pomachał, zbyt energicznie, przez co zeszyt wypadł mu z rąk i poleciał prosto w błoto.

— Serio? — westchnął, zrezygnowany.

Ale kiedy podniósł głowę, zobaczył, że Emma się śmieje.

I wtedy pomyślał, że może właśnie tak wygląda szczęście:

nie idealne, nie zaplanowane — tylko trochę mokre i całkowicie prawdziwe.

Rozdział 3 — Zgubiony list

Było coś dziwnie kojącego w tym, że Emma potrafiła się śmiać z jego wpadek.

Matthew myślał o tym przez cały wieczór — między jednym łykiem gorącej czekolady a drugim.

Z każdym wspomnieniem jej uśmiechu czuł, jakby w jego wnętrzu zapalało się ciepłe światło, które rozpraszało wszystkie cienie nieśmiałości.

Ale mimo to… wciąż nie potrafił powiedzieć jej tego, co naprawdę czuł.

„Jesteś dla mnie wszystkim” — zbyt dramatyczne.

„Chciałbym cię lepiej poznać” — zbyt banalne.

„Hej, Emma, przypadkiem się w tobie zakochałem” — zbyt prawdziwe.

W końcu pomyślał:

„Może łatwiej będzie to napisać.”

Wieczorem usiadł przy biurku, w blasku lampki, i zaczął pisać.

Nie maila. Nie wiadomość na Instagramie.

List — prawdziwy, papierowy, taki jak z dawnych czasów.

Na papierze z zeszytu, który miał pogniecione rogi i plamkę po soku pomarańczowym.

Napisał:

„Emma,

Wiem, że może to zabrzmieć dziwnie, ale czasem jedna rozmowa potrafi zmienić wszystko.

Kiedy się śmiejesz, świat robi się trochę prostszy.

Nie wiem, czy wiesz, jak bardzo potrafisz rozświetlić dzień.

Chciałem ci to powiedzieć wprost, ale za każdym razem życie znajduje sposób, żeby się ze mnie pośmiać.

Więc piszę. Bo może papierowi łatwiej się zwierzyć niż własnemu głosowi.

— Ktoś, kto lubi twój śmiech bardziej niż poranną kawę.”

Matthew przeczytał to kilka razy.

Było szczere. Może zbyt.

Ale w końcu złożył kartkę i włożył ją do koperty.

Na przodzie napisał:

„Dla Emmy Phil”

i nic więcej.

Następnego dnia

Plan był prosty.

Włożyć list do jej szafki, zanim ktokolwiek zauważy.

Żadnych świadków, żadnych pytań, żadnego wstydu.

Wszystko poszło dobrze… przez pierwsze trzydzieści sekund.

Kiedy Matthew zbliżał się do jej szafki, zobaczył nauczyciela od fizyki, pana Higginsa, który rozmawiał z Emmą.

Postanowił poczekać. Udał, że czegoś szuka w plecaku.

Wtedy, oczywiście, dzwonek zadzwonił.

W jednej chwili korytarz wypełnił się uczniami, a Matthew został wepchnięty w tłum.

Kiedy w końcu zdołał wsunąć kopertę do szafki, nie był pewien, czy to na pewno ta.

Ale nie mógł się już wycofać.

Z uśmiechem ulgi odszedł, czując, że zrobił coś odważnego.

Popołudnie

Na stołówce usiadł przy stole, jak zwykle sam.

Emma siedziała kilka stolików dalej.

Nagle podeszła do niej Lydia z kopertą w ręku.

Tą kopertą.

— Ktoś ci to zostawił w szafce — powiedziała z szerokim uśmiechem.

Emma otworzyła kopertę, zaczęła czytać.

Matthew obserwował ją z daleka, czując, jak serce bije mu do gardła.

Jej brwi uniosły się lekko.

Potem spojrzała na Lydię i obie zaczęły się śmiać.

Nie złośliwie. Bardziej z zakłopotania.

Ale dla Matthew to brzmiało jak koniec świata.

Wstał, wyrzucił niedojedzoną kanapkę do kosza i wyszedł.

Wieczór

Siedział na dachu swojego domu, z kubkiem herbaty w dłoniach.

Niebo było pełne chmur, które powoli przesuwały się nad miastem.

— Może nie powinnaś wiedzieć — powiedział cicho, patrząc w dal.

— Może najlepiej, że to tylko słowa na kartce.

Telefon zawibrował.

Nowe powiadomienie: Emma Phil dodała nowy post.

Zdjęcie przedstawiało karteczkę z napisem:

„Nie wiem, kto to napisał, ale… dziękuję.”


Matthew uśmiechnął się do siebie.

Może jednak los nie był aż tak okrutny.

Bo czasem, nawet gdy wszystko idzie nie tak,

coś w tym wszystkim idzie dokładnie tak, jak powinno.

Rozdział 4 — Deszczowe kino

Wszystko zaczęło się od planu, który miał być prosty:

nie myśleć o liście, nie patrzeć na Emmę w szkole, nie analizować każdego słowa, które napisał.

Prosty plan.

Niestety, Matthew i „prostota” nigdy nie szły w parze.

Minął tydzień.

Emma nadal nie wiedziała, że to on był autorem listu.

Rozmawiali czasem w autobusie — krótko, zwyczajnie.

On robił wszystko, żeby nie spojrzeć na jej dłonie, które wciąż pamiętał z tego momentu, gdy podała mu chusteczkę.

Ona czasem uśmiechała się do niego jakby chciała coś powiedzieć, ale nigdy nie mówiła.

Piątkowy wieczór

W małym kinie „Starline” na rogu Maple Street puszczano stary film — Casablanca.

Matthew uwielbiał to kino: czerwone fotele, zapach popcornu i ten stary projektor, który brzmiał jak sen o przeszłości.

Poszedł sam, jak zwykle.

Tylko po to, by się oderwać.

Kupił bilet, duży popcorn (bo „może dziś świat będzie łaskawszy”) i wszedł na salę.

Było ciemno, tylko kilka osób siedziało rozrzuconych po sali.

Usiadł w ostatnim rzędzie.

Film już się zaczynał, gdy ktoś przeszedł obok niego.

Delikatny zapach perfum.

Głos, który znał aż za dobrze.

— Czy to miejsce jest wolne? — zapytała.

Spojrzał w górę.

Emma Phil w kurtce przeciwdeszczowej, z mokrymi włosami, które wyglądały, jakby właśnie wróciła z ulewy.

W dłoniach trzymała kubek kakao z automatu.

— Yyy… tak, jasne.

— Super. Nie znoszę siedzieć sama — powiedziała z uśmiechem i usiadła obok niego.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 19.95