E-book
24.98
drukowana A5
63.4
(nie)WINNA

Bezpłatny fragment - (nie)WINNA


Objętość:
315 str.
ISBN:
978-83-8455-115-8
E-book
za 24.98
drukowana A5
za 63.4

Rozdział 1

Zapach perfum i alkoholu unosił się nad parkietem, który pulsował w rytm basów. Światła migały jak szalone, rozlewając po ścianach cienie tańczących ciał. Lily przymknęła powieki, pozwalając się porwać muzyce. Była naturalną brunetką, jednak rozjaśniała włosy na odcienie jasnego blondu, które pięknie łapały światło i podkreślały rysy jej twarzy. Jasne pasma układały się w efektywne fale i kontrastowały z jej wyrazistym, głębokim spojrzeniem brązowych oczu, tylko dodając uroku. Miała pełne, zmysłowe usta, które przyciągały uwagę nie tylko mężczyzn. Już w szkole koleżanki pytały, czy te usta są naturalne. Jedne bardziej z podziwem, inne z nutką zazdrości, rzucając złośliwe komentarze. Lily nie musiała być krzykliwa ani przesadnie wystrojona, żeby zwracać uwagę. W jej sylwetce było coś magnetycznego — kobiece kształty, harmonijne proporcje i ta pewność w ruchach, która sprawiała, że trudno było oderwać od niej wzrok. Jej styl był prosty, ale przemyślany — wiedziała, co pasuje do jej sylwetki i umiała to nosić z klasą, bez ostentacji, bez prób zwracania na siebie uwagi. A jednak, gdziekolwiek się nie pojawiała, ludzie i tak ją zauważali. Wyglądała jak kobieta, która dokładnie wie, kim jest, nawet jeśli sama czasem o tym zapominała. Lily miała 28 lat, ukończyła studia pedagogiczne, a teraz pracowała w fundacji wspierającej młodzież z trudnych środowisk. Kochała swoją pracę. Czuła, że ma sens. A mimo to, coś w niej było puste. Dlaczego? Zakochiwała się szybko i intensywnie. Wierzyła w związki, ślub, wspólne mieszkanie, niedzielne śniadania i dzielenie się kołdrą. I właśnie ta wiara często pchała ją w ramiona niewłaściwych mężczyzn. Za każdym razem miała nadzieję, że tym razem się uda. Że będzie kochana. A potem zostawała tylko z cichym: „dlaczego znowu…?”

Gorące światła klubu pulsowały w rytm muzyki, a tłum wirujących ludzi zdawał się poruszać jednym ciałem. Lily czuła, jak adrenalina miesza się z dźwiękami. Uwielbiała to uczucie — głośna muzyka, blask reflektorów i przestrzeń, gdzie mogła tańczyć, zapominając o wszystkim. Na parkiecie czuła się wolna. Jej pełne biodra falowały w rytm muzyki, a dopasowana sukienka tylko podkreślała kobiece kształty. Była świadoma swojego ciała i tego, jaki efekt wywołuje — mężczyźni spoglądali na nią z wyraźnym zainteresowaniem, ale ona nie zwracała na nich większej uwagi. Kilku nawet próbowało podejść, zatańczyć z nią, uśmiechnąć się znacząco, ale Lily tylko odsuwała ich dłonie, odwracała się z subtelnym, ale jasnym sygnałem: „nie dzisiaj”. Nie była tu po to, by szukać. Chciała się po prostu zatracić w tańcu, dać ciału przestrzeń, a myślom ciszę. I wtedy go dostrzegła.

Stał przy barze. Ciało jak wyrzeźbione — szerokie, muskularne ramiona pod czarnym T-shirtem, lewa ręka zakryta tatuażami w całości. Idealnie zarysowany tors i szyja, która zdawała się stworzona do tego, by kobieta mogła się do niej przytulić. Twarz surowa, z krótkim zarostem. Głębokie, ciemne oczy. I coś jeszcze — nieuchwytna aura dominacji, pewności siebie, czegoś… niebezpiecznego. Jakby emanował kontrolowaną siłą. I obietnicą, że z nim nic nie będzie zwyczajne.

Nie widziała, że znalazła się już na jego celowniku. Nieznajomy obserwował ją z wyraźnym zainteresowaniem. Widząc, jak odrzuca jednego adoratora po drugim, jego usta uniosły się w ledwie dostrzegalnym, pewnym siebie uśmiechu. To go nie zniechęcało — wręcz przeciwnie. Mnie nie odmówi. Nie była jak inne, i właśnie dlatego musiała być jego. Tymczasem niczego nieświadoma Lily, czując pragnienie, podeszła do baru, gdzie stała już jej przyjaciółka Katherine Whitters. Starsza o pięć lat, zjawiskowa brunetka o ciemnych, burzliwych oczach i wiecznym niedosycie. Przeszła przez piekło nieudanego małżeństwa i jeszcze bardziej bolesnego rozwodu. Teraz, jak sama mówiła, „szuka nowego rozdania”. Niestety, nie potrafiła być sama — a przy tym była wyjątkowo wybredna. Wiecznie oceniała, zawieszona między desperacją a krytyką.

— Widziałaś tego przy barze? — mruknęła Kat, poprawiając dekolt w swojej czerwonej sukience. — Tego z wydziaranym rękawem? Typowy dupek, ale przynajmniej ładny.

Lily uniosła brew.

— Nie wiem, czy „ładny” to dobre słowo. Raczej… groźnie pociągający?

Właśnie wtedy ich spojrzenia się spotkały. Mężczyzna patrzył prosto na Lily spojrzeniem jak stal. Poczuła dreszcz. Jakby dotknął jej myślami i dokładnie wiedział, że jest gotowa się zgubić. Miał coś w spojrzeniu — coś groźnego, a jednocześnie magnetycznego. Nie uśmiechnął się, nie musiał. Był typem, który nie prosi. On wybiera. Podszedł do niej pewnym krokiem. Lily poczuła jego obecność jeszcze zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Zawsze zwracała uwagę na to, jak mężczyzna pachnie — dla niej był to najbardziej niedoceniany afrodyzjak. On pachniał głęboko i intensywnie, jego perfumy były mieszaniną ciężkich, drzewnych nut z czymś ciemniejszym, trudnym do nazwania — czymś niepokojącym, a jednocześnie cholernie pociągającym. Ten zapach owinął ją jak ciepły szal. Albo raczej jak dym, gęsty i lepki, który wciągał ją głębiej z każdym oddechem. Poczuła, jak całe jej ciało reaguje — drobnym dreszczem wzdłuż kręgosłupa, napięciem pod skórą. Coś w niej natychmiast zarejestrowało: to nie jest zapach dobrego chłopca. Ale nie potrafiła się odsunąć. Wręcz przeciwnie — chciała w nim utonąć.

— Sama? — zapytał, nachylając się, a jego głęboki, hipnotyzujący głos przeszył ją na wskroś.

— Niezupełnie — wskazała na Kat. — Z przyjaciółką.

— Matthew.

— Lily.

— A to mój znajomy, Ryan.

Ryan, wysoki blondyn z szelmowskim uśmiechem i artystycznym nieładem we włosach, podał Kat dłoń. Odwzajemniła uścisk, oceniając go wzrokiem jak produkt na sklepowej półce. Ryan zdawał się rozbawiony.

— Katherine — rzuciła sucho. — Miło.

Matthew zajął się Lily. Nie był nachalny w sposób oczywisty, ale jego obecność dominowała. Jego głos, sposób mówienia, spojrzenia — wszystko mówiło: słuchaj mnie, patrz na mnie. Zamówił Lily drinka, wybrała swój ulubiony „Sex on the beach” a dla siebie kolejną whiskey z lodem, po czym udali się w bardziej ustronne miejsce, bez huczących basów w uszach, by porozmawiać.

— Dobrze tańczysz — rzucił Matthew. — Prawie jakbyś robiła to zawodowo.

Lily uśmiechnęła się lekko, odgarniając pasmo włosów z twarzy.

— A Ty dobrze obserwujesz. Długo tak stałeś?

— Wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że odrzuciłaś już trzech typów — odpowiedział, upijając łyk whiskey. — Czwarty miałby u Ciebie jakąś szansę?

Zmierzyła go wzrokiem. W jego spojrzeniu było coś intensywnego. Pociągającego. Przerażającego?

— Zależy, czy potrafi rozmawiać o czymś więcej niż o drinkach i pracy — powiedziała, kokieteryjnie unosząc brwi.

— Ambitnie — uśmiechnął się półgębkiem. — Może więc o muzyce? Lubię dobrą muzykę, raczej mocne brzmienia. A Ty?

— Wszystkiego po trochu. Zależy od nastroju. Dziś taniec, jutro może jazz. Przełączam się jak radio.

— Hm — pokiwał głową. — Radio… Ciekawe porównanie.

Zamilkli na chwilę. Lily czuła się dziwnie — ani swobodnie, ani niepewnie. W powietrzu wisiała napięta, ale dziwna energia. Matthew przesunął po niej wzrokiem, od stóp do głów.

— Wiesz, masz zaskakująco krótkie rzęsy jak na dziewczynę, która tak dobrze wygląda w ruchu — rzucił niespodziewanie. — I niepomalowane paznokcie u stóp. Trochę szkoda. Detale robią różnicę.

Lily poczuła, jak żar wstydu wpełza jej pod skórę. Zmarszczyła brwi, nie wiedząc, czy to żart, czy próba sprowadzenia jej na ziemię. Nie odpowiedziała, bo nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Matthew jednak od razu kontynuował, jakby nic się nie stało a jego uwaga była zupełnie neutralna.

— Ale masz ładny uśmiech. Bez sztuczności. I te piękne, pełne usta. Naturalne, a to takie rzadkie.

Zbił ją z tropu. Z jednej strony była zakłopotana, urażona. Z drugiej — coś w jego głosie, coś w tym, jak na nią patrzył… wciąż ją przyciągało. Nie potrafiła tego wyjaśnić. Ale czuła, że chce go lepiej poznać. Albo raczej — że chce, by to on poznał ją.

— Chodź — powiedział nagle Matthew i bez pytania złapał ją za dłoń. — Taniec to Twoja scena, nie? Pokaż mi, jak się poruszasz.

Zaskoczona, ale nie protestując, pozwoliła się poprowadzić w stronę parkietu. Kat i Ryan, z drinkami w dłoniach, podążyli za nimi z uśmiechami. W głośnikach właśnie zaczynał się utwór z ciężkim, wyraźnym rytmem — pulsujący bas przypominał uderzenia serca. W mroku i błyskach świateł ich ciała stopniowo zsynchronizowały się z muzyką. Lily poruszała się pewnie, zmysłowo, dokładnie tak, jak wcześniej — ale tym razem nie była sama. Czuła za plecami obecność Matthew, jego rozgrzane ciało. Ich rytmy niemal natychmiast się zgrały. Kiedy objął ją w tańcu, jego dłonie zatrzymały się na jej biodrach, jakby dokładnie tam pasowały. Czuł pod palcami miękkość jej ciała, napięcie skóry, rozgrzanej ruchem i atmosferą klubu. Ona czuła ciepło jego torsu za sobą, szerokie dłonie, które nie były ani nieśmiałe ani niepewne, i jego oddech na szyi. On wiedział, czego chciał. I jak to dostać. Obróciła się przodem do niego — ich oczy spotkały się, a napięcie między nimi stawało się niemal namacalne. Jego dłoń objęła jej talię, a drugą uniósł do jej karku. Pochylił się lekko. Ich usta spotkały się w namiętnym, zachłannym pocałunku, który nie zostawiał miejsca na domysły. Jego wargi były gorące, spragnione, a język śmiały i stanowczy. Złączyli się jakby byli stworzeni dla tej chwili — niesieni muzyką, alkoholem i czymś znacznie silniejszym, czego oboje jeszcze nie potrafili nazwać. Lily przylgnęła do niego, czując pod palcami napięte mięśnie jego pleców. Taniec zamienił się w grę ciał — ciasną, pełną pożądania choreografię. Otoczenie zniknęło, byli tylko oni i rytm. Z boku Kat i Ryan poruszali się w rytm muzyki, ale nie dorównywali napięciu, które narastało między Lily a Matthew. Zerkali na nich, Kat z nutką niepewności i troski o przyjaciółkę, a Ryan — zazdrości. Między nimi nie było nawet połowy tej chemii.

Dopiero gdy muzyka zmieniła tempo, Lily lekko odsunęła się od Matthew. Uśmiechnęła się, próbując złapać oddech, ale jego spojrzenie wciąż płonęło. Już wiedziała, że tej nocy nie zapomni. Nie tylko dlatego, jak ją całował. Ale dlatego, jak sprawił, że poczuła się jednocześnie silna i całkowicie bezbronna. Kiedy zaproponował, żeby poszli do niego, Lily przez moment zawahała się. Ale coś w niej — może rozsądek, może echo przeszłych błędów — powiedziało nie teraz.

— A może po prostu się przejdziemy? Noc jest piękna — rzuciła ku zaskoczeniu wszystkich.

I tak zrobili. Czwórka nieznajomych błąkających się po pustym mieście. Ryan opowiadał zmyślone historie próbując rozbawić Katherine, a jej śmiech odbijał się od ścian budynków. Lily i Matthew szli kilka kroków z tyłu. Rozmawiali półsłówkami. A potem wszyscy usiedli w parku, na ławce, z piwem z nocnego sklepu, jakby znali się od lat. Dopiero nad ranem Lily i Kat pożegnały się. Matthew pocałował Lily w usta, powoli, znacząco.

— Odezwę się — powiedział.

— Wiem.

***

Małe mieszkanie Kat na siódmym piętrze bez windy było jej bezpieczną przystanią. Zawsze pachniało tu cynamonem i winem. Kwiaty w wazonach, książki w nieładzie, ciepłe światła. Lily często nocowała u niej po imprezach. Uwielbiała to miejsce — i czułość, którą Kat mimo wszystko potrafiła dać. Siedziały w kuchni, bosymi stopami dotykając zimnych kafelek, pijąc herbatę z cytryną. Była czwarta nad ranem.

— Co myślisz o Matthew? — Kat uniosła kubek i spojrzała na Lily znad jego krawędzi.

— Nie wiem. Jest… inny. Taki… jakby patrzył w ciebie, nie na ciebie.

— Znam ten typ — Kat prychnęła. — Niebezpieczny, kontrolujący, świetny w łóżku i tragiczny poza nim.

— Może. Ale nie był nachalny. I nie zniknął, jak inni.

— A może właśnie to powinno Cię martwić. Mężczyzna, który się nie spieszy, zwykle planuje dłuższą grę.

Lily milczała chwilę.

— A Ty i Ryan? — zapytała, żeby zmienić temat.

— Boże, nie — Kat przewróciła oczami. — Miły, zabawny, nawet przystojny… ale jakby go zamrozić, mógłby służyć jako kostka lodu. Zero chemii.

— Może warto dać mu szansę?

— Lily, ja mam 33 lata, rozwód na koncie i alergię na nudę. Nie zamierzam inwestować w nikogo, kto nie przyspiesza mi pulsu.

— Chyba mamy odwrotny problem — westchnęła Lily. — Mój puls za bardzo szaleje.

Zamilkły. W kuchni zrobiło się cicho. Świt zaglądał przez zasłony, miękki i spokojny. Ale gdzieś w środku Lily czuła, że ta noc coś uruchomiła. Że Matthew Hale nie był tylko jednym z wielu. Był początkiem czegoś większego. Czegoś, co mogło zbudować ją na nowo lub zniszczyć.

***

Nie minęło wiele dni, a dostała krótką wiadomość, bez wielkich słów.

MATTHEW: Kawa? Jutro o 11.

Prosty komunikat, żadnej emotki. Ale serce Lily i tak zabiło szybciej. Jej praca była na tyle elastyczna, że mogła ustalać sobie sama godziny pracy w ośrodku. I przerwy na lunch. Spotkali się w małej, industrialnej kawiarni z widokiem na rzekę. Matthew był ubrany prosto — ciemna bluza, jeansy, sportowe buty — ale jego obecność wypełniała przestrzeń. Przez pół godziny rozmawiał z nią łagodnym tonem, opowiadał trochę o swoim dzieciństwie, o starym motocyklu, który sam remontuje, i o tym, jak nienawidzi małych kłamstw. Dotykał jej dłoni, śmiał się cicho z jej żartów, spojrzeniem gasił resztę świata. A potem, jakby nagle coś się w nim przełączyło, spoważniał. Wstał.

— Muszę lecieć. Praca.

Krótko i chłodno — już nie ten Matthew. Zostawił banknot pod filiżanką i wyszedł, nawet nie całując jej na pożegnanie. Lily siedziała jeszcze chwilę z herbatą, która zdążyła już wystygnąć.

***

Kolejne spotkanie — park miejski, późnym popołudniem. Przyniósł jej gorącą czekoladę, a potem długo milczeli, patrząc na ludzi i dzieci biegające po alejkach.

— Nie lubię chaosu — powiedział nagle. — Ludzie przeważnie nie mają żadnego planu. Tylko idą z prądem. Żałosne.

Nie zapytał jej o zdanie. Nie próbował tłumaczyć, co miał na myśli. Po prostu rzucał myśli jak kamienie do jeziora. A potem, tego samego dnia, przytrzymał jej dłoń przez dłuższą chwilę, patrząc na nią tak intensywnie, że aż zadrżała. Usta miał miękkie i gorące, kiedy splotły się z jej podczas pocałunku, a spojrzenie ciężkie od niewypowiedzianych rzeczy.

***

Było też nowoczesne kino w centrum — z wygodnymi fotelami, klimatyczną kawiarnią i salą, w której można było zamówić prosecco do seansu. Wybrali film psychologiczny, który właśnie miał premierę — duszny thriller o manipulacji i uzależnieniu emocjonalnym. Lily lubiła tego typu filmy, a Matthew… cóż, wydawał się bardziej zaintrygowany jej reakcjami niż samym obrazem. Czasem zerkał na nią ukradkiem, jakby próbował zrozumieć, co myśli. W ciemności jego ramię dotykało jej ramienia. Czuła jego ciepło, zapach, siłę. Kiedy wyszli z seansu, rzucił krótko:

— Taki typowy film o kobietach, które nie potrafią odejść, nawet kiedy powinny uciekać.

Nie była pewna, czy to sarkazm, czy test. Odpowiedziała śmiechem, choć wewnętrznie poczuła ukłucie niepokoju.

— Spędzimy resztę wieczoru u mnie? — zapytał niespodziewanie.

— Przykro mi, ale jest już późno a rano muszę wcześnie wstać do pracy. Poniedziałki zawsze są ciężkie.

— Ok, jak uważasz — odpowiedział tylko Matthew.

***

Po skończonej pracy i obowiązkach dnia codziennego, Lily zatrzymała samochód na znajomym miejscu przed jej budynkiem i na chwilę zamknęła oczy. Przez uchylone okno do samochodu wpadł zapach wieczornego powietrza — pachniało mokrą trawą i latem. Czuła ulgę. Była zmęczona emocjami ostatnich dni. Matthew pisał do niej, ale za bardzo nie miała czasu ani ochoty na rozmowy. Pragnęła tylko jednego: wrócić do swojego azylu i położyć się we własnym łóżku, w ciszy.

Jej osiedle miało w sobie coś z małego miasteczka — położone tuż przy malowniczym parku, otoczone zielenią, sprawiało wrażenie spokojnej przystani w samym sercu miasta. Latem dzieci biegały tu boso po trawie, zimą starsze panie karmiły ptaki nad zamarzniętym stawem. Mieszkała w niewielkiej kawalerce, ale dla niej była wystarczająca. Urządziła ją w nowoczesnym, minimalistycznym stylu, ale nie brakowało tu ciepła. Białe meble, miękkie koce rzucone na kanapę, świece, subtelne światło lamp — wszystko sprawiało, że mieszkanie żyło. Jeden duży pokój pełnił kilka ról naraz — część dzienna z wygodną sofą, półkami na książki i dużym, płaskim telewizorem oddzielona była ażurowym, lnianym parawanem od wnęki, gdzie stało łóżko. To była jej prywatna przestrzeń — intymna, spokojna, oswojona. Zdjęła buty, weszła do salonu i rzuciła torebkę na fotel. Zapaliła tylko małą lampkę na parapecie — wystarczyło. Czasem myślała, że to mieszkanie zna ją lepiej niż niektórzy ludzie. Tu mogła być sobą. Tu mogła oddychać. Wieczór był dla Lily spokojny. Napisała tylko krótką wiadomość do Matthew, że idzie pod prysznic i kładzie się spać. Zmyła makijaż, wzięła szybki prysznic, a potem, owinięta miękkim kocem, ułożyła się w łóżku. Zegar wskazywał prawie północ, a rano musiała wcześnie wstać do pracy. Przeciągnęła się z cichym westchnieniem, zerkając jeszcze ostatni raz na telefon.

KAT: Nie zgadniesz, kto do mnie właśnie napisał na IG.

LILY: Kto??

KAT: Twój Matthew.

Zanim Lily zdążyła odpisać, Kat przesłała zrzut ekranu. Matthew pytał, czy z nim popisze, ta odesłała go do Lily na co on, że Lily śpi a jemu się nudzi. Kontynuował, że niewinny flirt to nic takiego, przecież ona chyba lubi flirtować. Kat odpisała, że nie z facetami przyjaciółek. Matthew odpalił, że to jej strata. Lily przełknęła ślinę. Poczuła, jak żołądek się jej zaciska.

LILY: Może po prostu chciał pogadać… Nie wydaje mi się, żeby coś w tym było.

KAT: Lily, serio? Przecież on się z Tobą spotyka. I już pisze do Twojej przyjaciółki? Przypadek?

Przez chwilę nastała cisza. Lily wpatrywała się w ekran z kamienną twarzą. Próbowała się nie przejmować, wmówić sobie, że to naprawdę nic takiego. Może był po prostu znudzony, samotny, może nie miał złych intencji? Ale jej serce miało inne zdanie. To uczucie… to znajome ukłucie rozczarowania. Czuła się jakby ktoś uderzył ją w środek klatki piersiowej. Czy za każdym razem, gdy zniknie mu z oczu, on będzie szukał rozrywki u innych kobiet? Nie odpisała już Kat. Nastawiła budzik, po czym położyła telefon obok siebie, odwróciła się na bok i wpatrywała w ciemność. Miała ochotę się rozpłakać, ale łzy jakby zamarły jej w oczach. Lily nigdy nie wróciła do tej sytuacji. Nie napisała do Matthew, nie zapytała, nie skonfrontowała go. Ani na kolejnym spotkaniu ani na żadnym innym.

***

Raz, późnym wieczorem, Lily i Matthew spotkali się nad jeziorem za miastem. On prowadził, cichy, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Potem, na pomoście, wyjął papierosy i zapalił.

— Myślisz, że ludzie mogą się naprawdę znać? — zapytał.

— Z czasem, tak.

— „Czas” to strata czasu — rzucił z pogardą.

A jednak, gdy wracali do samochodu, wziął ją za rękę. Mocno. Jakby nie chciał puścić. Lily nie potrafiła go rozgryźć. Bywał czuły, spokojny, obecny. A potem nagle stawał się zamknięty, odległy, chłodny — znikał na jej oczach. Każde ich spotkanie było jak ruletka, nie wiedziała, którego Matthew dziś dostanie. Ale mimo wszystko nie mogła przestać o nim myśleć. Miał w sobie coś, co przyciągało ją jak magnes. Może to była jego siła. Może niedostępność. A może po prostu fakt, że nie był jak inni? Że był trudny? A trudne rzeczy wydawały się Lily warte zachodu. W głębi serca miała nadzieję, że jego dystans to tylko maska. Że to ona go przełamie, że jeśli tylko zostanie wystarczająco długo, nauczy go kochać. Nie wiedziała jeszcze, że nadzieja to najniebezpieczniejszy narkotyk.

Rozdział 2

Spotkanie nad jeziorem zostawiło w Lily więcej pytań niż odpowiedzi. Ale to właśnie po nim znów napisał. Tym razem prosto, bez żadnego tonu rozkazu.

MATTHEW: Wpadniesz dziś wieczorem? Chciałbym Cię zobaczyć.

Nie dopytywała. Nie analizowała. Wsiadła do swojego Juke’a w kolorze białej perły i po prostu pojechała. Mieszkanie Matthew znajdowało się w nowoczesnym apartamentowcu — beton, stal, czarne szkło. Otworzył drzwi w czarnym, prostym T-shircie, z lekko zmrużonymi oczami. Z bliska wyglądał jeszcze bardziej imponująco — rzeźbione ciało, silne dłonie, szczęka napięta jakby coś tłumił. Ale w jego spojrzeniu była miękkość. Coś, czego wcześniej nie widziała.

— Wejdź.

Lily weszła ostrożnie, niemal na palcach. W powietrzu unosił się lekko gorzki zapach świeżo zmielonej kawy i męskich perfum. Przesunęła dłonią po chłodnym blacie wyspy kuchennej. Wszystko było tu perfekcyjne. Gładkie powierzchnie, ciemne kolory, chłodne światło lamp zawieszonych równo nad stołem. Ani jednej niepotrzebnej rzeczy. Ani jednego śladu, że ktoś tu naprawdę żyje. Zrobiła kilka kroków w głąb mieszkania, podchodząc do półki z książkami. Psychologia, filozofia, historia konfliktów zbrojnych. Zero zdjęć. Zero drobiazgów. Żadnych miękkich poduszek, ramek, magnesów na lodówce. Tylko chłód i powściągliwość. Jakby ktoś zbudował dom, ale zapomniał w nim zamieszkać. Za to jej własne mieszkanie, choć o połowę mniejsze, miało duszę. Każdy kąt mówił coś o niej — o tym, kim była, co lubiła, jak się śmiała. Tu natomiast… miała wrażenie, że goście powinni zdejmować buty nie po to, by nie pobrudzić podłogi, ale żeby nie zakłócić jakiegoś niewidzialnego porządku.

Na stole stała otwarta butelka czerwonego wina. Matthew bez słów nalał jej do kieliszka. Jego kieliszek już był pełny. Przez pierwsze pół godziny rozmawiali o wszystkim i o niczym — muzyka, filmy, jego praca, o której mówił enigmatycznie „projektowanie systemów bezpieczeństwa”. Nigdy konkretnie. Nigdy do końca szczerze. A potem po prostu… dotknął jej dłoni. Lily poczuła, jak mocno ściska jej nadgarstek. Nie tak, jak dotyka się kogoś z czułością — lecz tak, jakby próbował z niej coś wydobyć. Przysunął się nagle. W jego oczach nie było pytania, tylko podjęta już decyzja.

— Jesteś moja — wyszeptał jej do ucha, wstał i uniósł ją jakby ważyła tyle co nic.

Nie miała czasu zaprotestować. Z resztą wcale nie chciała. Nim zdążyła coś powiedzieć, rzucił ją na łóżko. Jej ciało odbiło się delikatnie od miękkiego materaca, a w powietrzu unosiła się napięta cisza. Stanął nad nią i zdjął koszulkę, jego tors unosił się szybko w rytmie oddechu a w spojrzeniu tliła się pożądliwa dzikość, której jeszcze u niego nie widziała. Jego ręce zsunęły materiał sukienki z jej ciała z takim zdecydowaniem, jakby zdejmował zbroję. Żadnych słów. Żadnych pytań. Jego usta na jej szyi, jego palce przesuwające się po jej skórze, badając każdy centymetr. Był intensywny i kontrolujący. Nie zostawiał miejsca na przypadek. Każdy jego ruch był przemyślany — dokładny i celowy a pocałunki mocne i zachłanne. Całował bez granic, bez żadnego wahania. Błądził dłońmi po jej ciele, ściskał uda, biodra, piersi, jakby chciał zaznaczyć swój teren i tym samym przekazać jeden komunikat: należysz do mnie. Z każdą sekundą jego dotyk stawał się bardziej dziki. Nie było w tym nic romantycznego ani delikatnego, ale też nic sztucznego.

Nagle odwrócił ją na brzuch i wszedł w nią gwałtownie, Lily aż krzyknęła. To było surowe i pierwotne — na granicy bólu i przyjemności. Poruszał się szybko, wydając przy tym niskie, gardłowe dźwięki, przypominające warczenie. Jedną ręką chwycił ją w pasie i przyciągał do siebie, chcąc czuć ją lepiej i głębiej, a drugą wplótł w jej włosy i pociągnął. Kiedy puścił jej włosy, uderzył ją w pośladek. Lily syknęła z bólu, a na uderzonym miejscu pojawił się czerwony ślad po jego dłoni. Jednak dziewczyna nie miała czasu zareagować, bo zaraz odwrócił ją, złapał za biodra i posadził na sobie. Wciąż mocno ją trzymał, ale pozwolił jej nadać rytm, poruszając się razem z nią. Czuła, jak jej ciało reaguje szybciej niż umysł. Każdy mięsień drżał. Każdy zmysł był wyostrzony do granic. Nie trwało to długo, a Lily poczuła zbliżającą się falę ciepła i przyjemności, która zaraz miała całkowicie wstrząsnąć jej ciałem. Zamknęła oczy, odchyliła głowę do tyłu i pozwoliła jej się ponieść. Wciąż oddychała ciężko, kiedy to on znów przejął stery, nadając ich zbliżeniu jeszcze szybsze tempo. Jego siła przytłaczała, a w tym przytłoczeniu było coś upajającego. Był jak burza — brutalna, nieunikniona, fascynująca. Nie kochali się — to było przejęcie. Zawłaszczenie. Przesiąknięte pożądaniem i dominacją.

Lily straciła poczucie czasu. Pamiętała tylko fragmenty — jej ręce oplatające jego szyję, szeptany rozkaz w uchu, gdy odwracał ją plecami, jego ciężar na jej ciele. I ten moment, gdy cały świat zniknął, a została tylko ona i on — w bezwstydnej, nieposkromionej bliskości. Kiedy chwycił jej nogi i splótł za swoimi plecami widziała, że on też jest blisko. Splotła je więc mocniej, przyciągając go, aby był jeszcze głębiej i mocno wbiła paznokcie w jego plecy. Matthew syknął głośno, ale po jego twarzy przemknął cień zadowolenia. A więc to jest to — kręci go ból? Nim zdążyła jeszcze cokolwiek pomyśleć, chwycił ją za gardło i sapiąc głośno, wykonał ostatnie gwałtowne ruchy, po czym opadł ciężko obok niej.

Przygaszone światło sączyło się przez żaluzje. Matthew leżał na plecach, z ramionami za głową. Nie mówił nic. Oddychał spokojnie, jakby już był daleko. Lily chciała się do niego przytulić, ale coś w jego ciele mówiło „nie teraz”. Więc tylko patrzyła na sufit, czując, jak jej serce bije zbyt szybko.

— Śpisz? — szepnęła.

— Nie.

— O czym myślisz?

— O niczym ważnym.

Zamilkła. Miała ochotę zapytać: Czy to coś znaczyło? Czy będziemy teraz razem? Czy jestem dla ciebie kimś, czy tylko chwilą? Ale nie zadała żadnego z tych pytań. Nie chciała usłyszeć odpowiedzi, która mogłaby ją zranić. To nie był wymarzony „pierwszy raz”. Nie było romantycznie, delikatnie ani czule. Za to było… obłędnie. Czuła, że żyje. Pośladek do teraz szczypał, przypominając bezczelnie o tym, co właśnie się tu wydarzyło. Zasnęła z uczuciem, że właśnie przekroczyła próg. Że coś się zaczęło. Coś, czego już nie da się cofnąć. Nie wiedziała, że to dopiero początek. Początek gry, w której zasady znał tylko on.

***

Rano w mieszkaniu Matthew panowała cisza, którą przerywał stuk porcelany o blat. Promienie słońca nieśmiało wpadały przez ogromne, bezfirankowe okna. Matthew stał w kuchni, nalewając kawę do dwóch czarnych kubków. Jego tors był nagi, ramiona napięte, a na twarzy ten sam wyraz skupienia, który Lily zdążyła już dobrze poznać. I choć poprzedniego wieczoru był surowy, wręcz dziki, teraz wydawał się… łagodniejszy. Choć to wciąż nie była czułość, raczej jej cień. Jakby pozwalał jej podejść o krok bliżej, ale tylko o jeden.

— Lubisz jajka na miękko? — zapytał bez odwracania się.

Lily usiadła przy blacie wyspy, owinięta w białą koszulę, którą znalazła w szafie. Zegarek na jego nadgarstku przyciągał wzrok bardziej niż powinien. Jego codzienność. Jego świat. Taki, do którego chciała należeć.

— Uwielbiam. Za to nie znoszę kawy — uśmiechnęła się przepraszająco.

Matthew spojrzał na nią przez ramię. Jego uśmiech był krótki, ale szczery. Bez słowa wylał kawę z jednego kubka, odstawił do zlewu i przygotował Lily herbatę. Zjedli śniadanie rozmawiając swobodnie, prawie jakby znali się od dawna. Śmiali się, żartowali, przekomarzali. Matthew opowiedział jej o jednym z klientów w pracy — o jego absurdalnych wymaganiach i o tym, jak udawał, że zna się na wszystkim. Lily z kolei zdradziła mu, że ostatnio zaspała do pracy, bo zamiast przestawić budzik, to go wyłączyła. Śmiał się razem z nią — nie z niej. Przez chwilę, przez tę krótką chwilę, miała złudzenie, że mogłoby tak być zawsze. Ale kiedy wstała, żeby się ubrać, nie zapytał, czy zostanie na dłużej, tylko pocałował ją przelotnie

— Miło było.

I chociaż uśmiechnął się rozbrajająco, zabolało ją to bardziej, niż chciała przyznać.

***

Lily i Matthew widywali się regularnie, jednak nie mogła nazwać tego związkiem. To była relacja, która w znacznym stopniu opierała się na fizyczności i milczeniu między spotkaniami. To Matthew wyznaczał zasady — kiedy, gdzie i na jak długo. Zazwyczaj spotykali się u niego. Lily nigdy nie była pewna, czy tym razem zostanie do rana. Zdarzyło się kilka razy, że to on przyjechał do niej, zawsze późno, zawsze po załatwieniu „swoich spraw”, nie zostawiając zbyt wiele czasu na nic innego jak… seks. Czasem tuż po wstawał, ubierał się i mówił, że musi jeszcze coś zrobić. Innym razem, zostawał — cichy, zamyślony, jakby jego obecność była przypadkowa lub odwrotnie, rozmawiali jak starzy przyjaciele. Totalny roller coaster.

Jednego wieczoru Matthew napisał, że chce się z nią zobaczyć. Lily miała jednak wyjątkowo wcześniej pojawić się w pracy, w związku z nowym projektem, nad którym miała pracować, i odmówiła. W odpowiedzi zaproponował, że zarezerwuje pokój w hotelu niedaleko jej ośrodka — spotkają się tam, żeby nie tracić czasu a rano zdąży bez problemu do pracy. Ujęło ją to. Tak jakby naprawdę chciał ją zobaczyć, a nie tylko „zaliczyć”. Przyjechali osobno. Spotkali się przed wejściem, a Lily szła do niego z uśmiechem, czując w brzuchu znajome motyle. Czuła się jak nastolatka, która wymyka się z domu na zakazane spotkanie z chłopakiem. Jakby robiła coś ekscytującego, trochę niegrzecznego. Dreszczyk emocji podsycał wszystko — spojrzenie Matthew, jego ciche „chodź” przy recepcji, krótki kontakt wzrokowy z pracownikiem, który wydawał kartę do pokoju. Udało jej się nie spuścić wzroku, ale serce biło szybciej niż powinno.

W pokoju nie marnowali czasu. Od razu zaczęli się rozbierać, rzucając na siebie głodne spojrzenia, jakby ostatnie spotkanie miało miejsce lata temu. Ciała odnalazły się błyskawicznie. Ogień — jak zwykle. Namiętność i pożądanie na najwyższych obrotach. Matthew szeptał jej coś do ucha, ściskał nadgarstki, prowadził ją przez każdą chwilę, aż do całkowitego zatracenia. Seks z nim był jak narkotyk. I Lily chętnie go brała. Po wszystkim leżeli przez chwilę obok siebie. Matthew sięgnął po pilota i włączył telewizor, leciał jakiś film — nawet nie patrzył, tylko słuchał, a potem zasnął. Ona jeszcze długo patrzyła w sufit, z jednej strony zadowolona, spełniona a z drugiej — jakaś pusta. Nie analizowała tego zbyt długo. Pozwoliła sobie odpłynąć czując obok ciepłe ciało swojego kochanka.

Nad ranem, kiedy światło przeciskało się przez ciężkie zasłony, Lily obudziła się pierwsza. Pokój był chłodny i cichy, pachniał drogimi perfumami, pościelą hotelową i seksem. Usiadła na brzegu łóżka, obejmując ramiona. Nagle wszystko straciło swój urok. Zeszło z niej całe nocne podekscytowanie, każda iskra i dreszcz. Został półmrok pokoju i uczucie wstydu, którego nie potrafiła nazwać. Już nie była zakochaną dziewczyną, która biegnie do chłopaka w środku nocy. Teraz czuła się jak… jak ktoś, kto został wynajęty na jedną noc. Co sobie pomyślał ten recepcjonista? Że przyszli tu tylko w jednym celu. Po prostu przyszła, zrobiła swoje i wyjdzie. Matthew poruszył się, ziewnął, podniósł głowę.

— Zjemy razem śniadanie? Za chwilę zaczynają serwować.

— Nie… muszę już iść — odpowiedziała szybko, uśmiechając się sztucznie. — I tak ledwo zdążę.

Tak na prawdę miała jeszcze godzinę. Ale nie mogła z nim tam zejść, nie w tej sytuacji. Nie po tym, jak się czuła. Nie potrafiła aż tak udawać.

— Jasne — mruknął, z powrotem opadając na poduszkę.

Wyszła z hotelu z opuszczoną głową. To był jej „walk of shame”. W pracy była przygaszona, nieobecna. Wydawało jej się, że wszyscy wiedzą. Że czytają z jej twarzy i ją oceniają. Około południa przyszedł SMS.

MATTHEW: Wróciłem właśnie do domu. Śniadanie było pyszne, a strefa spa jeszcze lepsza. Zdecydowanie trzeba to powtórzyć.

LILY: To super :)

Odpisała krótko, niezgodnie z prawdą i odłożyła telefon.

***

Nigdy nie poznała żadnego z jego znajomych. On nie pytał o jej życie, nie interesował się jej przyjaciółmi, rodziną. Czasem zapytał jak tam w pracy, ale nie czekał na odpowiedź. Z biegiem czasu Lily zaczęła tęsknić. Nie za nim — bo teoretycznie był. Ale za tym, co mogliby mieć. Za wyjściem do kina, za wspólną kolacją w restauracji, za śniadaniem w jej kuchni. Za tym wszystkim, co było normalne. Zdrowe. Realne. Ale wierzyła, że jeśli będzie cierpliwa, to z czasem Matthew się otworzy. Że być może trzeba sobie… zasłużyć na jego zaufanie. Na miejsce w jego świecie. Przecież ich seks był wspaniały. Dziki, pełen napięcia, nieprzewidywalny. Za każdym razem odkrywali się na nowo — czasem brutalni, czasem zmysłowi, czasem cisi, bo dotyk był ich jedynym językiem. Lily nie miała wątpliwości — Matthew był najlepszym kochankiem, jakiego do tej pory miała. A dla niej seks był ważny. Zawsze był. Dobry seks był podstawą i bez niego związek nie miał prawa istnieć. Namiętność, która ich łączyła, była elektryzująca, niemal uzależniająca. To przecież solidny fundament na zbudowanie solidnego związku. Prawda? Więc tłumaczyła sobie, że to wystarczy. Że reszta przyjdzie z czasem. Że kiedyś, któregoś wieczoru, on spojrzy na nią inaczej. I wszystko się zacznie, tak na prawdę. Czyżby się myliła?

Rozdział 3

Lily nieustannie miała w głowie natłok myśli związanych z relacją z Matthew. Wracały do niej falami — czasem cichymi, niemal niezauważalnymi, innym razem nachalnymi, uporczywymi, jak nieproszeni goście, których nie dało się wyrzucić za drzwi. Uparcie starała się je ignorować, odcinać się od nich, zajmować czymś innym. A jednak bywały dni, kiedy w żaden sposób nie potrafiła sobie z nimi poradzić. Jednego z takich wieczorów wyszła z domu, żeby przewietrzyć głowę. Przechodziła akurat obok niewielkiego, klimatycznego pubu, z którego dobiegały dźwięki muzyki i śmiechu. Nad wejściem migotał neon z napisem KARAOKE. Lily przystanęła, i nie myśląc wiele, pchnęła drzwi i weszła do środka. Zapach alkoholu mieszał się z perfumami, dymem i czymś jeszcze — energią ludzi, którzy przyszli tu zostawić na chwilę swoje codzienne życie. Muzyka zawsze była dla niej formą ujścia, sposobem na nazwanie emocji, których nie potrafiła ubrać w słowa. Uwielbiała tańczyć, ale lubiła też śpiewać. Publicznie robiła to bardzo rzadko, ale sama myśl o tym, że mogłaby się dziś schować w dźwiękach, wydawała jej się kusząca. Zamówiła drinka i usiadła przy barze, obserwując występujących. Jednym szło zaskakująco dobrze, inni mylili słowa, fałszowali, śmiali się z samych siebie. Atmosfera była luźna, niemal terapeutyczna — nikt nikogo nie oceniał, liczyła się odwaga, nie perfekcja.

— A teraz przypominam! — odezwał się prowadzący przez mikrofon. — Trwa konkurs karaoke. Zwycięzca zgarnia symboliczną nagrodę pieniężną, butelkę naszego najdroższego szampana… i zaproszenie na cykliczne występy!

W sali rozległy się brawa i okrzyki aprobaty. Lily czuła tylko, jak w środku coś się w niej porusza, pełza tuż pod skórą. Ten sam niepokój, który towarzyszył jej od tygodni, coraz bardziej doskwierał i domagał się ujścia. Stwierdziła, że skoro nie może w żaden sposób uspokoić ani uciszyć nękających ją myśli i emocji, to spróbuje… je z siebie wyśpiewać. Dopiła drinka, zamknęła na chwilę oczy — dokładnie wiedziała, co zaśpiewa. Piosenkę, która bolała. Piosenkę, która mówiła to, czego ona sama jeszcze nie umiała przyznać przed innymi na głos. Podniosła się z miejsca i ruszyła w stronę sceny.

W tym samym czasie, przy stoliku w rogu sali, siedziało dwóch mężczyzn. Przed nimi stały kufle z piwem, a światło neonów odbijało się w bursztynowej cieczy.

— Nadal nie wiem, po co mnie tu wyciągnąłeś, Caleb. Przecież wiesz, że nie przepadam za karaoke.

— Daj spokój, Jake. Gdziekolwiek byśmy poszli, i tak by Ci się nie podobało! — odpowiedział mu kolega unosząc brew i uśmiechając się pod nosem. –Wyciągnąć Cię ostatnio z domu, gdziekolwiek, to już w ogóle cud. Wychodzisz chyba tylko do pracy.

Jake nie odpowiedział, przewrócił tylko oczami i westchnął.

— A poza tym — kontynuował Caleb, kompletnie niewzruszony marudzeniem kolegi — to miejsce ma swój klimat, nie ma tłumów ludzi, tak jak w klubie. „Za głośno. Za dużo ludzi. Za ciasno!” — dodał przedrzeźniającym tonem.

— Och, przymknij się już — odpowiedział mu przyjaciel i pociągnął łyk piwa.

Prowadzący karaoke pojawił się na środku sceny.

— A teraz… chwilowa zmiana klimatu. Będzie trochę mroczniej — powiedział, przeciągając ostatnie słowo. — Ale cóż, tak bywa w życiu. Raz świeci słońce, a raz pada deszcz: „Stranger”, Hilary Duff.

Rozbrzmiały pierwsze dźwięki muzyki. Jake wpatrywał się uparcie w swój kufel, jakby był w nim zapisany sens tego wieczoru. Caleb z kolei rozglądał się wesoło po pubie, wiwatował występującym i wyglądał, jakby świetnie się bawił. Zupełne przeciwieństwo swojego towarzysza, który nie zwracał większej uwagi na scenę. Słuchał jednym uchem, od niechcenia. Do momentu, aż usłyszał pierwszy wers.

Uniósł wzrok, spojrzał w stronę sceny i już nie odwrócił głowy. Stała w świetle reflektorów zupełnie naturalnie, bez przesady, bez teatralnych gestów. A jednak było w niej coś, co przyciągnęło jego uwagę w sposób niemal fizyczny, nie mógł odwrócić wzroku — jak zahipnotyzowany. I nie chodziło tylko o wdzięk i urodę występującej, której nie można było jej odmówić, czuł dosłowne przyciągnie. Głos płynął miękko, czysto, bez wysiłku. Był po prostu piękny — melodyjny, przyjemny, ale pod tą warstwą kryło się coś więcej. Emanował od niej smutek i… coś jeszcze, co próbował nazwać. Rozgoryczenie? Rozczarowanie? Może zmęczenie? To sprawiało, że dźwięki wbijały się pod skórę. Zwrotka, refren, kolejna zwrotka. Miał wrażenie, że to było coś więcej niż tylko śpiewane słowa. To brzmiało jak… spowiedź. Jakby każda nuta była wyznaniem, którego nie da się już cofnąć. Ścisnął mocniej kufel, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. I słuchał. A może to tylko przypadkowo wybrana piosenka? Może po prostu dobrze się wczuła, bo chce wygrać konkurs? Może to on sam dopisuje znaczenia, których tam nie ma… Przez chwilę próbował sobie to racjonalnie wytłumaczyć, ale kiedy śpiewała o relacji, która na zewnątrz wygląda idealnie, a od środka zupełnie inaczej — poczuł, że coś się w nim zaciska. Miał wrażenie, że każde wyśpiewane słowo było „przeżyte”, a nie wyuczone. Jakby nie śpiewała o kimś, tylko o sobie. Bez żalu na pokaz, raczej surowo, prawdziwie i przejmująco. Znał ten ton. Tę ledwo wyczuwalną różnicę między kimś, kto opowiada historię, a kimś, kto ją wydobywa z siebie, bo nie ma już gdzie jej trzymać. W swojej pracy wielokrotnie miał do czynienia z ludźmi cierpiącymi, potrzebującymi pomocy, przerażonymi, którzy próbują się trzymać, kiedy wszystko się sypie. I nauczył się jednego: instynkt rzadko go zawodził, a teraz odzywał się wyraźnie. Z zamyślenia wyrwał go głos Caleba.

— Ej — odezwał się zerkając na niego z rozbawieniem. — Tak ją rozbierasz wzrokiem, że zaraz ochrona Cię wyprosi! Niezła jest, co nie?

— Taa, niezła — odpowiedział wymijająco.

Nie spuszczał z niej wzroku. Czy to, co widzi na scenie, jest wierzchołkiem czegoś znacznie większego? Jakby przypadkiem zajrzał komuś w sam środek duszy — i nie był pewien, czy powinien odwrócić wzrok. Ta dziewczyna nie przyszła tu po nagrodę. Przyszła się oczyścić.

Lily zeszła ze sceny wśród oklasków i wiwatów, ale nie to było dla niej najważniejsze. Poczuła ulgę. Jakby przez kilka minut świat przestał od niej czegokolwiek wymagać, a wszystkie myśli — te ciężkie, natrętne — ucichły. Mogła wreszcie odetchnąć. Być tu i teraz. Gdyby Matthew wiedział, że przyszła na karaoke, pewnie skwitowałby to pogardliwym uśmiechem. Uznałby za żenadę i robienie z siebie błazna. Myśl o tym wywołała w niej nagły niesmak, więc potrząsnęła głową, chcąc ją przegonić. Tym bardziej doceniła reakcję ludzi w pubie — to, że jej występ został zauważony, że ktoś podziwiał jej głos, może nawet stwierdził, że ma talent. Nie miała pojęcia, że przynajmniej jedna osoba tutaj wychwyciła to, co naprawdę chciała powiedzieć tą piosenką.

— To samo poproszę — powiedziała, zamawiając drinka.

Dla biorących udział w konkursie dwa dowolne drinki były darmowe. Lily ochoczo zabrała się do drugiego, a tym samym ostatniego, darmowego drinka. Mogłabym znaleźć gorszy sposób na spędzenie tego wieczoru. A tak jest nawet całkiem miło, jak po szybkiej terapii, muzyczno–alkoholowej. Dopiero po chwili z rozmyślań wyrwała ją zapowiedź prowadzącego. Trzy najlepsze występy wieczoru. Dogrywka. Jeszcze jedna piosenka. Jej imię padło jako jedno z nich. Lily aż drgnęła z ekscytacji i odrobiny niepokoju. Duch rywalizacji obudził się natychmiast. Dopijała drinka słuchając dwóch poprzedniczek i uśmiechnęła się do siebie szeroko. Wiedziała, że ma realną szansę. I wiedziała dokładnie, co zaśpiewa.

Przy swoim stoliku Jake i Caleb dopili piwo i zamówili po jeszcze jednym. Przy stoliku obok siedziała grupka dziewczyn — od dłuższego czasu zerkały na nich ukradkiem, nachylając się do siebie i coś szepcząc.

— Może trochę podkręcimy wieczór — odezwał się w końcu Caleb, uśmiechając się pod nosem. — Te dziewczyny obok aż się proszą, żeby do nich podejść. Tobie, marudo, też by się przydało trochę miłego towarzystwa.

Jake nie zdążył odpowiedzieć, bo jak na zawołanie dwie dziewczyny ze stolika obok podeszły do nich z pytaniem, czy nie chcieli by się do nich przysiąść.

— Dzięki, ale nie — rzucił Jake krótko, zerkając na nie ledwie przelotnie i czekając na kolejny występ tajemniczej blondynki.

Dziewczyny wyraźnie się speszyły i szybko wróciły na swoje miejsca. Caleb posłał mu piorunujące spojrzenie w stylu „stary, dlaczego?!”

— Chcesz, to idź — odpowiedział spokojnie.

Więc Caleb wstał i podszedł do dziewczyn.

— Hej — zaczął z uśmiechem, nonszalancko opierając dłoń na ich stoliku. — Chciałem serdecznie przeprosić za mojego kolegę. Jest dziś wyjątkowo nie w sosie — dodał, kręcąc głową z udawaną bezradnością. — Przechodzi ciężki czas, żeby go pocieszyć mamy taki… męski wieczór, wiecie.

Dziewczyny zachichotały, wyraźnie rozbrojone. Jake z kolei uniósł brew i pokręcił głową ze zrezygnowaniem. Oho, znowu włączył mu się Magic Mike.

— Ale — kontynuował Caleb płynnie — później z przyjemnością dotrzymam towarzystwa tak pięknym damom.

Dziewczyny śmiały się już otwarcie. Jedna z nich sięgnęła do torebki, wyciągnęła długopis i pochyliła się nad serwetką. Napisała coś szybko, podała mu ją, muskając przy tym jego dłoń. Wracając do stolika, wsunął serwetkę do kieszeni spodni z zadowolonym uśmiechem.

— Tak to się robi!

— Moje gratulacje. Znowu dzisiaj zaliczysz — rzucił ironicznie Jake.

— Przyganiał kocioł garnkowi! Jeszcze jakiś czas temu sam byłbyś już w drodze do domu z jedną z nich.

— Było, minęło… — odpowiedział po chwili wahania.

W tym momencie usłyszeli zapowiedź ostatniego występu.

— Ostatni występ tego wieczoru i wyłonimy zwycięzcę. Powiem tylko, że może zrobić się gorąco w porównaniu z poprzednim utworem. Zapraszamy na scenę… Lily!

Lily… A więc tak ma na imię. Lily. Pierwsze takty wybrzmiały i od razu rozpoznał utwór. „River” Bishop Briggs.

— Faktycznie, zupełna zmiana klimatu — powiedział na głos, zaskoczony.

— Niezły kawałek — odpowiedział Caleb. — Ciekawe, czy da radę.

Patrzył na nią i słuchał. Gdzieś zniknął ten smutek i rozgoryczenie, a na ich miejscu pojawiła się swoboda i pewność siebie — aż chciało się na nią patrzeć. Pierwszą zwrotkę zaczęła melodyjnie, delikatnie, wręcz niewinnie. Można by pomyśleć, że nie ma odpowiedniego głosu, żeby wyśpiewać dalszą część. Jednak kiedy ostro i z pełną mocą weszła w refren, śpiewając gdzieś w tłum, żeby się przymknął i… sponiewierał ją jak rzeka, Jake aż zakrztusił się piwem, a publiczność wybuchła wiwatami.

— Cholera! Ma głos… Daje radę! — rzucił Caleb i zagwizdał.

Nie usłyszał odpowiedzi. Jake znów patrzył jak zahipnotyzowany. Co za kobieta!

Lily zeszła ze sceny wśród burzy oklasków. Ktoś zagwizdał głośno, ktoś inny krzyknął coś entuzjastycznie, a reszta sali odpowiedziała wiwatami. Czuła, jak adrenalina wciąż krąży jej we krwi, jakby jeszcze przez chwilę była częścią tej muzyki. Uśmiechała się szeroko, bo była z siebie zadowolona. Z tego, jak zaśpiewała. Że w ogóle odważyła się wyjść na scenę. Reakcja ludzi tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że to był dobry występ. Naprawdę dobry. Prowadzący wrócił na scenę, unosząc ręce, żeby uspokoić tłum.

— No dobrze, dobrze — roześmiał się do mikrofonu. — Mam wrażenie, że właśnie byliśmy świadkami zwycięskiego występu.

Sala znów zawrzała.

— Ale — dodał szybko — żeby formalności stało się za dość, zapraszam na scenę wszystkich dzisiejszych wykonawców. Dajmy im jeszcze raz solidny aplauz!

Kolejno wyczytywał imiona. Przy każdym z występujących publiczność biła brawo, czasem głośniej, czasem ciszej. Lily stała w szeregu, czując, jak napięcie wraca — tym razem inne, przyjemniejsze. Kiedy prowadzący wymówił jej imię, sala eksplodowała. Aplauz był najgłośniejszy ze wszystkich. Ktoś wstał. Za nim kolejni. Ludzie klaskali nad głowami, krzyczeli, wyli z entuzjazmu. Lily poczuła, jak ściska ją w gardle. Skłoniła się, dziękując, lekko onieśmielona, ale szczęśliwa. Prowadzący wręczył jej butelkę szampana, a ona, pod wpływem impulsu i tej fali energii, uniosła ją w górę.

— Zapraszam do baru wszystkich wykonawców! I chętnych… dopóki starczy szampana! — rzuciła ze śmiechem.

Tłum odpowiedział okrzykami aprobaty. Lily zeszła ze sceny, podała barmanowi butelkę wygranego szampana a sama skręciła od razu w stronę zaplecza i szatni. Chciała uniknąć tłoku, zanim sala wypełni się ludźmi z kieliszkami w dłoniach. W tym samym momencie Jake poderwał się z krzesła.

— Ej, a Ty gdzie…? — Caleb zawołał za nim z rozbawieniem. — Co, piwo już Ci nie smakuje? Szampana się zachciało?

Jake nie odpowiedział. Już przeciskał się przez tłum, który zaczął gromadzić się przy barze. Widział jeszcze jak dziewczyna znika za drzwiami zaplecza — a potem stracił ją z oczu. Lily tymczasem zarzuciła na siebie w biegu kurtkę, wyszła na chłodne, nocne powietrze i ruszyła w stronę domu. Szła lekko, niemal sprężyście. Była naładowana pozytywną energią tego wieczoru, lżejsza, spokojniejsza. Jakby coś, co od dawna ją uwierało, na chwilę puściło. Była zupełnie nieświadoma, że ktoś jeszcze długo patrzył w stronę, gdzie zniknęła — z myślą, że właśnie przegapił coś ważnego.

Jake wracał do tego baru raz po raz, za każdym razem z tą samą nadzieją, że może dziś, może właśnie tego wieczoru znów ją zobaczy. W końcu jako zwyciężczyni konkursu dostała otwarte zaproszenie do występów. I rzeczywiście — Lily jeszcze kilka razy stawała na tej samej scenie. Za każdym razem jednak się mijali. Ale Boska ręka przeznaczenia miała w planach raz jeszcze przeciąć ze sobą ich drogi, jednak nie przy dźwiękach muzyki, a w zupełnie innych okolicznościach, znacznie bardziej dramatycznych.

Rozdział 4

Wieczór z Seline był dokładnie tym, czego Lily potrzebowała. W tle sączyła się cicho muzyka a przyjaciółka siedziała po turecku na kanapie, w ręce trzymając szklankę z colą i wódką. Seline Carroweck miała krótko obcięte, ciemne włosy, które często żyły własnym życiem, a szeroki uśmiech nie schodził jej z twarzy. Nie była zbyt wysoka, a jej figura — krągła i kobieca — zawsze była tematem ich wspólnych żartów. Seline nigdy nie przejmowała się tym, co wypada — i to Lily w niej kochała. Znały się jeszcze z czasów szkolnych. Przeżyły razem niejedno — złamane serca, dramaty, niekończące się rozmowy w środku nocy i te wieczory, kiedy cały świat się walił, a one jadły zupki chińskie na zmianę płacząc i śmiejąc się przez łzy. Uwielbiały robić sobie maratony horrorów, potem bać się iść do łazienki, gadać godzinami o chłopakach, których nie było i tych, co byli, ale tylko po to, by zostawić po sobie chaos. Teraz widywały się rzadziej, dzieliła je odległość i obowiązki dorosłości, ale nadal były dla siebie jak dom. Regularnie pisały do siebie, dzwoniły, a czasem — tak jak dziś — udawało się spotkać twarzą w twarz.

— Zaczynam się zastanawiać, czy nie zamieszkać z tym typem… — westchnęła Seline, popijając drinka. — To byłaby moja trzecia przeprowadzka w dwa lata. I każda z powodu faceta. Brzmi jak ja, prawda?

— Jak bardzo Ty — Lily uniosła brew z rozbawieniem. — On jakkolwiek rokuje?

— Ma plusy. Ma kuchnię większą niż moja łazienka i nie robi błędów ortograficznych w wiadomościach. Ale z drugiej strony… nie wiem. Może powinnam po prostu skupić się na pracy. Organizacja eventów to nie jest szczyt marzeń, ale przynajmniej wiem, na czym stoję. Nie jak z facetami.

— Ty w pracy jesteś jak kontrola bezpieczeństwa — wszystko prześwietlisz i od razu wiesz, co jest nie tak.

— Szkoda tylko, że własne związki przemycam jak alkohol wlany do butelki z colą, schowaną głęboko w torebce, żeby tylko ochrona nie znalazła — parsknęła Seline. — A potem się dziwię, że i tak jest afera.

Dziewczyny się roześmiały. Było jak dawniej — przez chwilę nie istniały obowiązki, niespełnione oczekiwania ani niepewne relacje. Tylko one i wieczór, który pachniał nostalgią. Rozmawiały długo — o pracy Seline, o uczestnikach imprez wiecznie sprawiających problemy, o tym, jak wygląda randkowanie za granicą i jak różnią się faceci z różnych krajów. Potem temat naturalnie przesunął się na Matthew.

— No i jak z tym Twoim tajemniczym adoratorem? — zapytała Seline, mieszając kostki lodu w drinku.

— Nie wiem… niby jesteśmy razem, ale tak nie do końca. To znaczy… spotykamy się. Często. Ale on… nie chce o tym rozmawiać. I wszystko dzieje się raczej na jego warunkach — Lily wzruszyła ramionami. — Seks jest niesamowity, ale reszta… jakoś nie istnieje.

— Mhm. Znam ten typ. Dużo ciała, mało głowy — Seline uniosła brew. — No dobra, ale zakochałaś się, nie?

— Jeszcze nie wiem. Może trochę się zauroczyłam…

Lily zerknęła na telefon, który właśnie zawibrował.

MATTHEW: Spotkamy się dzisiaj?

LILY: Dziś spędzam wieczór z przyjaciółką.

MATTHEW: Możecie być we dwie. Mi to nie przeszkadza. Wyślij jej zdjęcie.

Ekran zamigotał jeszcze raz i pojawiła się kolejna wiadomość. Zdjęcie. Serce zamarło jej w piersi. Matthew. Na łóżku. W samej bieliźnie, a raczej w jej braku, za to w pełnej gotowości.

MATTHEW: Już w łóżku, gotowy na wieczór ;)

Lily zamarła, wpatrując się w ekran jak zahipnotyzowana.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 24.98
drukowana A5
za 63.4