Rozdział 1
Zapach perfum i alkoholu unosił się nad parkietem, który pulsował w rytm basów. Światła migały jak szalone, rozlewając po ścianach cienie tańczących ciał. Lily przymknęła powieki, pozwalając się porwać muzyce. Była naturalną brunetką, jednak rozjaśniała włosy na odcienie jasnego blondu, które pięknie łapały światło i podkreślały rysy jej twarzy. Jasne pasma układały się w efektywne fale i kontrastowały z jej wyrazistym, głębokim spojrzeniem brązowych oczu, tylko dodając uroku. Miała pełne, zmysłowe usta, które przyciągały uwagę nie tylko mężczyzn. Już w szkole koleżanki pytały, czy te usta są naturalne. Jedne bardziej z podziwem, inne z nutką zazdrości, rzucając złośliwe komentarze. Lily nie musiała być krzykliwa ani przesadnie wystrojona, żeby zwracać uwagę. W jej sylwetce było coś magnetycznego — kobiece kształty, harmonijne proporcje i ta pewność w ruchach, która sprawiała, że trudno było oderwać od niej wzrok. Jej styl był prosty, ale przemyślany — wiedziała, co pasuje do jej sylwetki i umiała to nosić z klasą, bez ostentacji, bez prób zwracania na siebie uwagi. A jednak, gdziekolwiek się nie pojawiała, ludzie i tak ją zauważali. Wyglądała jak kobieta, która dokładnie wie, kim jest, nawet jeśli sama czasem o tym zapominała. Lily miała 28 lat, ukończyła studia pedagogiczne, a teraz pracowała w fundacji wspierającej młodzież z trudnych środowisk. Kochała swoją pracę. Czuła, że ma sens. A mimo to, coś w niej było puste. Dlaczego? Zakochiwała się szybko i intensywnie. Wierzyła w związki, ślub, wspólne mieszkanie, niedzielne śniadania i dzielenie się kołdrą. I właśnie ta wiara często pchała ją w ramiona niewłaściwych mężczyzn. Za każdym razem miała nadzieję, że tym razem się uda. Że będzie kochana. A potem zostawała tylko z cichym: „dlaczego znowu…?”
Gorące światła klubu pulsowały w rytm muzyki, a tłum wirujących ludzi zdawał się poruszać jednym ciałem. Lily czuła, jak adrenalina miesza się z dźwiękami. Uwielbiała to uczucie — głośna muzyka, blask reflektorów i przestrzeń, gdzie mogła tańczyć, zapominając o wszystkim. Na parkiecie czuła się wolna. Jej pełne biodra falowały w rytm muzyki, a dopasowana sukienka tylko podkreślała kobiece kształty. Była świadoma swojego ciała i tego, jaki efekt wywołuje — mężczyźni spoglądali na nią z wyraźnym zainteresowaniem, ale ona nie zwracała na nich większej uwagi. Kilku nawet próbowało podejść, zatańczyć z nią, uśmiechnąć się znacząco, ale Lily tylko odsuwała ich dłonie, odwracała się z subtelnym, ale jasnym sygnałem: „nie dzisiaj”. Nie była tu po to, by szukać. Chciała się po prostu zatracić w tańcu, dać ciału przestrzeń, a myślom ciszę. I wtedy go dostrzegła.
Stał przy barze. Ciało jak wyrzeźbione — szerokie, muskularne ramiona pod czarnym T-shirtem, lewa ręka zakryta tatuażami w całości. Idealnie zarysowany tors i szyja, która zdawała się stworzona do tego, by kobieta mogła się do niej przytulić. Twarz surowa, z krótkim zarostem. Głębokie, ciemne oczy. I coś jeszcze — nieuchwytna aura dominacji, pewności siebie, czegoś… niebezpiecznego. Jakby emanował kontrolowaną siłą. I obietnicą, że z nim nic nie będzie zwyczajne.
Tymczasem nieznajomy obserwował ją z wyraźnym zainteresowaniem. Widząc, jak odrzuca jednego adoratora po drugim, jego usta uniosły się w ledwie dostrzegalnym, pewnym siebie uśmiechu. To go nie zniechęcało — wręcz przeciwnie. Mnie nie odmówi. Nie była jak inne, i właśnie dlatego musiała być jego.
Lily, czując pragnienie, podeszła do baru, gdzie stała już jej przyjaciółka Katherine Whitters. Starsza o pięć lat, zjawiskowa brunetka o ciemnych, burzliwych oczach i wiecznym niedosycie. Przeszła przez piekło nieudanego małżeństwa i jeszcze bardziej bolesnego rozwodu. Teraz, jak sama mówiła, „szuka nowego rozdania”. Niestety, nie potrafiła być sama — a przy tym była wyjątkowo wybredna. Wiecznie oceniała, zawieszona między desperacją a krytyką.
— Widziałaś tego przy barze? — mruknęła Kat, poprawiając dekolt w swojej czerwonej sukience. — Tego z wydziaranym rękawem? Typowy dupek, ale przynajmniej ładny.
Lily uniosła brew.
— Nie wiem, czy „ładny” to dobre słowo. Raczej… groźnie pociągający?
Właśnie wtedy ich spojrzenia się spotkały. Mężczyzna patrzył prosto na Lily spojrzeniem jak stal. Poczuła dreszcz. Jakby dotknął jej myślami i dokładnie wiedział, że jest gotowa się zgubić. Miał coś w spojrzeniu — coś groźnego, a jednocześnie magnetycznego. Nie uśmiechnął się, nie musiał. Był typem, który nie prosi. On wybiera. Podszedł do niej pewnym krokiem. Lily poczuła jego obecność jeszcze zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Zawsze zwracała uwagę na to, jak mężczyzna pachnie — dla niej był to najbardziej niedoceniany afrodyzjak. On pachniał głęboko, intensywnie, jakby jego perfumy były mieszaniną ciężkich, drzewnych nut z czymś ciemniejszym, trudnym do nazwania — czymś niepokojącym, a jednocześnie cholernie pociągającym. Jego zapach owinął ją jak ciepły szal. Albo raczej jak dym, gęsty i lepki, który wciągał ją głębiej z każdym oddechem. Poczuła, jak całe jej ciało reaguje — drobnym dreszczem wzdłuż kręgosłupa, napięciem pod skórą. Coś w niej natychmiast zarejestrowało: to nie jest zapach dobrego chłopca. Ale nie potrafiła się odsunąć. Wręcz przeciwnie — chciała w nim utonąć.
— Sama? — zapytał, nachylając się, a jego głęboki, hipnotyzujący głos przeszył ją na wskroś.
— Niezupełnie — wskazała na Kat. — Ale tylko częściowo zajęta.
— Matthew.
— Lily.
— A to mój znajomy, Ryan.
Ryan, wysoki blondyn z szelmowskim uśmiechem i artystycznym nieładem we włosach, podał Kat dłoń. Odwzajemniła uścisk, oceniając go wzrokiem jak produkt na sklepowej półce. Ryan zdawał się rozbawiony.
— Katherine — rzuciła sucho. — Miło.
Matthew zajął się Lily. Nie był nachalny w sposób oczywisty, ale jego obecność dominowała. Jego głos, sposób mówienia, spojrzenia — wszystko mówiło: słuchaj mnie, patrz na mnie. Zamówił Lily drinka, wybrała swój ulubiony „Sex on the beach” a dla siebie kolejną whiskey z lodem, po czym udali się w bardziej ustronne miejsce, bez huczących basów w uszach, by porozmawiać.
— Dobrze tańczysz — rzucił Matthew. — Prawie jakbyś robiła to zawodowo.
Lily uśmiechnęła się lekko, odgarniając pasmo włosów znad twarzy.
— A Ty dobrze obserwujesz. Długo tak stałeś?
— Wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że odrzuciłaś już trzech typów — odpowiedział, upijając łyk whiskey. — Czwarty miałby u Ciebie jakąś szansę?
Zmierzyła go wzrokiem. W jego spojrzeniu było coś intensywnego. Pociągającego. Przerażającego?
— Zależy, czy potrafi rozmawiać o czymś więcej niż o drinkach i pracy — powiedziała, kokieteryjnie unosząc brwi.
— Ambitnie — uśmiechnął się półgębkiem. — Może więc o muzyce? Lubię dobrą muzykę. Bez plastiku i autotune’u. A Ty?
— Wszystkiego po trochu. Zależy od nastroju. Dziś taniec, jutro może jazz. Przełączam się jak radio.
— Hm — pokiwał głową. — Radio… Ciekawe porównanie.
Zamilkli na chwilę. Lily czuła się dziwnie — ani swobodnie, ani niepewnie. W powietrzu wisiała napięta, ale dziwna energia. Matthew przesunął po niej wzrokiem, od stóp do głów.
— Wiesz, masz zaskakująco krótkie rzęsy jak na dziewczynę, która tak dobrze wygląda w ruchu — rzucił niespodziewanie. — I niepomalowane paznokcie u stóp. Trochę szkoda. Detale robią różnicę.
Lily poczuła, jak żar wstydu wpełza jej pod skórę. Zmarszczyła brwi, nie wiedząc, czy to żart, czy próba sprowadzenia jej na ziemię. Nie odpowiedziała. Matthew jednak od razu kontynuował, jakby nic się nie stało, jakby jego uwaga była zupełnie neutralna.
— Ale masz ładny uśmiech. Bez sztuczności. I te piękne, pełne usta. Naturalne, a to takie rzadkie.
Zbił ją z tropu. Z jednej strony była zakłopotana, urażona. Z drugiej — coś w jego głosie, coś w tym, jak na nią patrzył… wciąż ją przyciągało. Nie potrafiła tego wyjaśnić. Ale czuła, że chce go lepiej poznać. Albo raczej — że chce, by to on poznał ją.
— Chodź — powiedział nagle Matthew i bez pytania złapał ją za dłoń. — Taniec to Twoja scena, nie? Pokaż mi, jak się poruszasz.
Zaskoczona, ale nie protestując, pozwoliła się poprowadzić w stronę parkietu. Kat i Ryan, z drinkami w dłoniach, podążyli za nimi z uśmiechami. W głośnikach właśnie zaczynał się utwór z ciężkim, wyraźnym rytmem — pulsujący bas przypominał uderzenia serca. W mroku i błyskach świateł ich ciała stopniowo zsynchronizowały się z muzyką. Lily poruszała się pewnie, zmysłowo, dokładnie tak, jak wcześniej — ale tym razem nie była sama. Czuła za plecami obecność Matthew, jego rozgrzane ciało. Ich rytmy niemal natychmiast się zgrały. Kiedy objął ją w tańcu, jego dłonie zatrzymały się na jej biodrach, jakby dokładnie tam pasowały. Czuł pod palcami miękkość jej ciała, napięcie skóry, rozgrzanej ruchem i atmosferą klubu. Ona czuła ciepło jego torsu za sobą, szerokie dłonie, które nie były ani nieśmiałe ani niepewne, i jego oddech na szyi. On wiedział, czego chciał. I jak to dostać. Obróciła się przodem do niego — ich oczy spotkały się, a napięcie między nimi stawało się niemal namacalne. Jego dłoń objęła jej talię, a drugą uniósł do jej karku. Pochylił się lekko. Ich usta spotkały się w namiętnym, zachłannym pocałunku, który nie zostawiał miejsca na domysły. Jego wargi były gorące, spragnione, a język śmiały i stanowczy. Złączyli się jakby byli stworzeni dla tej chwili — niesieni muzyką, alkoholem i czymś znacznie silniejszym, czego oboje jeszcze nie potrafili nazwać. Lily przylgnęła do niego, czując pod palcami napięte mięśnie jego pleców. Taniec zamienił się w grę ciał — ciasną, pełną pożądania choreografię. Otoczenie zniknęło, byli tylko oni i rytm. Z boku Kat i Ryan poruszali się w rytm muzyki, ale nie dorównywali napięciu, które narastało między Lily a Matthew. Zerkali na nich, Kat z nutką niepewności i troski o przyjaciółkę, a Ryan — zazdrości. Między nimi zdecydowanie nie było nawet połowy tej chemii.
Dopiero gdy muzyka zmieniła tempo, Lily lekko odsunęła się od Matthew. Uśmiechnęła się, próbując złapać oddech, ale jego spojrzenie wciąż płonęło. Już wiedziała, że tej nocy nie zapomni. Nie tylko dlatego, jak ją całował. Ale dlatego, jak sprawił, że poczuła się jednocześnie silna i całkowicie bezbronna. Kiedy zaproponował, żeby poszli do niego, Lily przez moment zawahała się. Ale coś w niej — może rozsądek, może echo przeszłych błędów — powiedziało nie teraz.
— A może po prostu pójdziemy się przejść? Noc jest piękna — rzuciła ku zaskoczeniu wszystkich.
I tak zrobili. Czwórka nieznajomych błąkających się po pustym mieście. Ryan opowiadał zmyślone historie próbując rozbawić Katherine, a jej śmiech odbijał się od ścian budynków. Lily i Matthew szli kilka kroków z tyłu. Rozmawiali półsłówkami. A potem wszyscy usiedli w parku, na ławce, z piwem z nocnego sklepu, jakby znali się od lat. Dopiero nad ranem Lily i Kat pożegnały się. Matthew pocałował Lily w usta, powoli, znacząco.
— Odezwę się — powiedział.
— Wiem.
***
Małe mieszkanie Kat na siódmym piętrze bez windy było jej bezpieczną przystanią. Zawsze pachniało tu cynamonem i winem. Kwiaty w wazonach, książki w nieładzie, ciepłe światła. Lily często nocowała u niej po imprezach. Uwielbiała to miejsce — i czułość, którą Kat mimo wszystko potrafiła dać. Siedziały w kuchni, bosymi stopami dotykając zimnych kafelek, pijąc herbatę z cytryną. Była czwarta nad ranem.
— Co myślisz o Matthew? — Kat uniosła kubek i spojrzała na Lily znad jego krawędzi.
— Nie wiem. Jest… inny. Taki… jakby patrzył w ciebie, nie na ciebie.
— Znam ten typ — Kat prychnęła. — Niebezpieczny, kontrolujący, świetny w łóżku i tragiczny poza nim.
— Może. Ale nie był nachalny. I nie zniknął, jak inni.
— A może właśnie to powinno Cię martwić. Mężczyzna, który się nie spieszy, zwykle planuje dłuższą grę.
Lily milczała chwilę.
— A Ty i Ryan? — zapytała, żeby zmienić temat.
— Boże, nie — Kat przewróciła oczami. — Miły, zabawny, nawet przystojny… ale jakby go zamrozić, mógłby służyć jako kostka lodu. Zero chemii.
— Może warto dać mu szansę?
— Lily, ja mam 33 lata, rozwód na koncie i alergię na nudę. Nie zamierzam inwestować w nikogo, kto nie przyspiesza mi pulsu.
— Chyba mamy odwrotny problem — westchnęła Lily. — Mój puls za bardzo szaleje.
Zamilkły. W kuchni zrobiło się cicho. Świt zaglądał przez zasłony, miękki i spokojny. Ale gdzieś w środku Lily czuła, że ta noc coś uruchomiła. Że Matthew Hale nie był tylko jednym z wielu. Był początkiem czegoś większego. Czegoś, co miało zniszczyć lub zbudować ją na nowo.
***
Nie minęło wiele dni, a dostała krótką wiadomość, bez wielkich słów.
MATTHEW: Kawa? Jutro o 11.
Prosty komunikat, żadnej emotki. Ale serce Lily i tak zabiło szybciej. Jej praca była na tyle elastyczna, że mogła ustalać sobie sama godziny pracy w ośrodku. I przerwy na lunch. Spotkali się w małej, industrialnej kawiarni z widokiem na rzekę. Matthew był ubrany prosto — ciemna bluza, jeansy, sportowe buty — ale jego obecność wypełniała przestrzeń. Przez pół godziny rozmawiał z nią łagodnym tonem, opowiadał trochę o swoim dzieciństwie, o starym motocyklu, który sam remontuje, i o tym, jak nienawidzi małych kłamstw. Dotykał jej dłoni, śmiał się cicho z jej żartów, spojrzeniem gasił resztę świata. A potem, jakby nagle coś się w nim przełączyło, spoważniał. Wstał.
— Muszę lecieć. Praca.
Krótko i chłodno — już nie jej Matthew. Zostawił banknot pod filiżanką i wyszedł, nawet nie całując jej na pożegnanie. Lily siedziała jeszcze chwilę z herbatą, która zdążyła już wystygnąć.
***
Kolejne spotkanie — park miejski, późnym popołudniem. Przyniósł jej gorącą czekoladę, a potem długo milczeli, patrząc na ludzi i dzieci biegające po alejkach.
— Nie lubię chaosu — powiedział nagle. — Ludzie przeważnie nie mają żadnego planu. Tylko idą z prądem. Żałosne.
Nie zapytał jej o zdanie. Nie próbował tłumaczyć, co miał na myśli. Po prostu rzucał myśli jak kamienie do jeziora. A potem, tego samego dnia, przytrzymał jej dłoń przez dłuższą chwilę, patrząc na nią tak intensywnie, że aż zadrżała. Usta miał miękkie i gorące, kiedy splotły się z jej podczas pocałunku, a spojrzenie ciężkie od niewypowiedzianych rzeczy.
***
Było też nowoczesne kino w centrum — z wygodnymi fotelami, klimatyczną kawiarnią i salą, w której można było zamówić prosecco do seansu. Wybrali film psychologiczny, który właśnie był hitem w serwisach streamingowych, ale miał też ograniczoną dystrybucję w kinach — duszny thriller o manipulacji i uzależnieniu emocjonalnym. Lily lubiła tego typu filmy, a Matthew… cóż, wydawał się bardziej zaintrygowany jej reakcjami niż samym obrazem. Czasem zerkał na nią ukradkiem, jakby próbował zrozumieć, co myśli. W ciemności jego ramię dotykało jej ramienia. Czuła jego ciepło, zapach, siłę. Kiedy wyszli z seansu, rzucił krótko:
— Taki typowy film o kobietach, które nie potrafią odejść, nawet kiedy powinny uciekać.
Nie była pewna, czy to sarkazm, czy test. Odpowiedziała śmiechem, choć wewnętrznie poczuła ukłucie niepokoju.
— Spędzimy resztę wieczoru u mnie? — zapytał niespodziewanie.
— Przykro mi, ale jest już późno a rano muszę wcześnie wstać do pracy. Poniedziałki zawsze są ciężkie.
— Ok, jak uważasz — odpowiedział tylko Matthew.
***
Po skończonej pracy i obowiązkach dnia dziennego, Lily zatrzymała samochód na znajomym miejscu przed jej budynkiem i na chwilę zamknęła oczy. Przez uchylone okno do samochodu wpadł zapach wieczornego powietrza — pachniało mokrą trawą i latem. Czuła ulgę. Była zmęczona emocjami ostatnich dni i tego wieczoru. Pragnęła tylko jednego: wrócić do swojego azylu.
Jej osiedle miało w sobie coś z małego miasteczka — położone tuż przy odnowionym, malowniczym parku i stawach, otoczone zielenią, sprawiało wrażenie spokojnej przystani w samym sercu miasta. Latem dzieci biegały tu boso po trawie, zimą starsze panie karmiły ptaki nad zamarzniętym stawem. Mieszkała na parterze — w niewielkiej kawalerce, ale dla niej była wystarczająca. Urządziła ją w nowoczesnym, minimalistycznym stylu, ale nie brakowało tu ciepła. Białe meble, miękkie koce rzucone na kanapę, świece, subtelne światło lamp — wszystko sprawiało, że mieszkanie żyło. Jeden duży pokój pełnił kilka ról naraz — część dzienna z wygodną sofą, półkami na książki i dużym, płaskim telewizorem oddzielona była ażurowym, lnianym parawanem od wnęki, gdzie stało łóżko. To była jej prywatna przestrzeń — intymna, spokojna, oswojona. Zdjęła buty, weszła do salonu i rzuciła torebkę na fotel. Zapaliła tylko małą lampkę na parapecie — wystarczyło. Czasem myślała, że to mieszkanie zna ją lepiej niż niektórzy ludzie. Tu mogła być sobą. Tu mogła oddychać. Wieczór był dla Lily spokojny. Zmyła makijaż, wzięła szybki prysznic, a potem, owinięta miękkim kocem, ułożyła się w łóżku. Zegar wskazywał prawie północ, a rano musiała wcześnie wstać do pracy. Przeciągnęła się z cichym westchnieniem, zerkając jeszcze ostatni raz na telefon.
KAT: Nie zgadniesz, kto do mnie właśnie napisał na IG.
LILY: Kto??
KAT: Twój Matthew.
Zanim Lily zdążyła odpisać, Kat przesłała zrzut ekranu. Matthew pytał, czy z nim popisze, ta odesłała go do Lily na co on, że Lily śpi a jemu się nudzi. Kontynuował, że niewinny flirt to nic takiego, przecież ona chyba lubi flirtować. Kat odpisała, że nie z facetami przyjaciółek. Matthew odpalił, że to jej strata. Lily przełknęła ślinę. Poczuła, jak żołądek się jej zaciska.
LILY: Może po prostu chciał pogadać… Nie wydaje mi się, żeby coś w tym było.
KAT: Lily, serio? Przecież on się z Tobą spotyka. I już pisze do Twojej przyjaciółki? Przypadek?
Przez chwilę nastała cisza. Lily wpatrywała się w ekran z kamienną twarzą. Próbowała się nie przejmować, wmówić sobie, że to naprawdę nic takiego. Może był po prostu znudzony, samotny, może nie miał złych intencji? Ale jej serce miało inne zdanie. To uczucie… to znajome ukłucie rozczarowania. Czuła się jakby ktoś uderzył ją w środek klatki piersiowej. Czy za każdym razem, gdy zniknie mu z oczu, on będzie szukał rozrywki u innych kobiet? Nie odpisała już Kat. Nastawiła budzik, po czym położyła telefon obok siebie, odwróciła się na bok i wpatrywała w ciemność. Miała ochotę się rozpłakać, ale łzy jakby zamarły jej w oczach. Lily nigdy nie wróciła do tej sytuacji. Nie napisała do Matthew, nie zapytała, nie skonfrontowała go. Nawet na kolejnym spotkaniu.
***
Raz, późnym wieczorem, Lily i Matthew spotkali się nad jeziorem za miastem. On prowadził, cichy, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Potem, na pomoście, wyjął papierosy i zapalił.
— Myślisz, że ludzie mogą się naprawdę znać? — zapytał.
— Z czasem, tak.
— „Czas” to strata czasu — rzucił z pogardą.
A jednak, gdy wracali do samochodu, wziął ją za rękę. Mocno. Jakby nie chciał puścić. Lily nie potrafiła go rozgryźć. Bywał czuły, spokojny, obecny. A potem nagle stawał się zamknięty, odległy, chłodny — znikał na jej oczach. Każde ich spotkanie było jak ruletka, nie wiedziała, którego Matthew dziś dostanie. Ale mimo wszystko nie mogła przestać o nim myśleć. Miał w sobie coś, co przyciągało ją jak magnes. Może to była jego siła. Może niedostępność. A może po prostu fakt, że nie był jak inni? Że był trudny? A trudne rzeczy wydawały się Lily warte zachodu. W głębi serca miała nadzieję, że jego dystans to tylko maska. Że to ona go przełamie, że jeśli tylko zostanie wystarczająco długo, nauczy go kochać. Nie wiedziała jeszcze, że nadzieja to najniebezpieczniejszy narkotyk.
Rozdział 2
Spotkanie nad jeziorem zostawiło w Lily więcej pytań niż odpowiedzi. Ale to właśnie po nim znów napisał. Tym razem prosto, bez żadnego tonu rozkazu.
MATTHEW: Wpadniesz dziś wieczorem? Chciałbym Cię zobaczyć.
Nie dopytywała. Nie analizowała. Wsiadła do swojego Juke’a w kolorze białej perły i po prostu pojechała. Mieszkanie Matthew znajdowało się w nowoczesnym apartamentowcu — beton, stal, czarne szkło. Otworzył drzwi w czarnym, prostym T-shircie, z lekko zmrużonymi oczami. Z bliska wyglądał jeszcze bardziej imponująco — rzeźbione ciało, silne dłonie, szczęka napięta jakby coś tłumił. Ale w jego spojrzeniu była miękkość. Coś, czego wcześniej nie widziała.
— Wejdź — powiedział cicho.
Lily weszła ostrożnie, niemal na palcach. W powietrzu unosił się lekko gorzki zapach męskich perfum i świeżo zmielonej kawy. Przesunęła dłonią po chłodnym blacie wyspy kuchennej. Wszystko było tu perfekcyjne. Gładkie powierzchnie, ciemne kolory, chłodne światło lamp zawieszonych równo nad stołem. Ani jednej niepotrzebnej rzeczy. Ani jednego śladu, że ktoś tu naprawdę żyje. Zrobiła kilka kroków w głąb mieszkania, podchodząc do półki z książkami. Psychologia, filozofia, historia konfliktów zbrojnych. Zero zdjęć. Zero drobiazgów. Żadnych miękkich poduszek, ramek, magnesów na lodówce. Tylko chłód i powściągliwość. Jakby ktoś zbudował dom, ale zapomniał w nim zamieszkać. Za to jej własne mieszkanie, choć o połowę mniejsze, miało duszę. Każdy kąt mówił coś o niej — o tym, kim była, co lubiła, jak się śmiała. Tu natomiast… miała wrażenie, że goście powinni zdejmować buty nie po to, by nie pobrudzić podłogi, ale żeby nie zakłócić jakiegoś niewidzialnego porządku.
Na stole stała otwarta butelka czerwonego wina. Matthew nalał jej do kieliszka — bez słów. Jego kieliszek już był pełny. Przez pierwsze pół godziny rozmawiali o wszystkim i o niczym — muzyka, filmy, jego praca, o której mówił enigmatycznie „projektowanie systemów bezpieczeństwa”. Nigdy konkretnie. Nigdy do końca szczerze. A potem po prostu… dotknął jej dłoni. Lily poczuła, jak mocno ściska jej nadgarstek. Nie tak, jak dotyka się kogoś z czułością — lecz tak, jakby próbował z niej coś wydobyć. Przysunął się nagle. W jego oczach nie było pytania, tylko podjęta już decyzja.
— Jesteś moja — wyszeptał jej do ucha, wstał i uniósł ją jakby ważyła tyle co nic.
Nie miała czasu zaprotestować. Z resztą wcale nie chciała. Nim zdążyła coś powiedzieć, rzucił ją na łóżko. Jej ciało odbiło się delikatnie od miękkiego materaca, a w powietrzu unosiła się napięta cisza. Stanął nad nią i zdjął koszulkę, jego tors unosił się szybko w rytmie oddechu a w spojrzeniu tliła się pożądliwa dzikość, której jeszcze u niego nie widziała. Jego ręce zsunęły materiał sukienki z jej ciała z takim zdecydowaniem, jakby zdejmował zbroję. Żadnych słów. Żadnych pytań. Jego usta na jej szyi, jego palce przesuwające się po jej skórze jakby badał każdy centymetr. Był intensywny i kontrolujący. Nie zostawiał miejsca na przypadek. Każdy jego ruch był przemyślany — dokładny i celowy a pocałunki mocne i zachłanne. Całował bez granic, bez żadnego wahania. Błądził dłońmi po jej ciele, ściskał uda, biodra, piersi, jakby chciał zaznaczyć swój teren i przekazać jeden komunikat, bez słów: należysz do mnie. Z każdą sekundą jego dotyk stawał się bardziej dziki. Nie było w tym nic romantycznego ani delikatnego, ale też nic sztucznego.
Nagle odwrócił ją na brzuch i wszedł w nią gwałtownie, a Lily aż krzyknęła. To było surowe, autentyczne, pierwotne — na granicy bólu i przyjemności. Poruszał się szybko, wydając przy tym niskie, gardłowe dźwięki, przypominające warczenie. Jedną ręką chwycił ją w pasie i przyciągał do siebie, chcąc czuć ją lepiej i głębiej, a drugą wplótł w jej włosy i pociągnął. Kiedy puścił jej włosy, uderzył ją w pośladek. Lily syknęła z bólu, a na uderzonym miejscu pojawił się czerwony ślad po jego dłoni. Jednak dziewczyna nie miała czasu zareagować, bo zaraz odwrócił ją, złapał za biodra i posadził na sobie. Wciąż mocno ją trzymał, ale pozwolił jej nadać rytm, poruszając się razem z nią. Czuła, jak jej ciało reaguje szybciej niż umysł. Każdy mięsień drżał. Każdy zmysł był wyostrzony do granic. Nie trwało to długo, a Lily poczuła zbliżającą się falę ciepła i przyjemności, która zaraz miała całkowicie wstrząsnąć jej ciałem. Zamknęła oczy, odchyliła głowę do tyłu i pozwoliła jej się ponieść. Wciąż oddychała ciężko, kiedy to on znów przejął stery, nadając ich zbliżeniu jeszcze szybsze tempo. Jego siła przytłaczała, a w tym przytłoczeniu było coś upajającego. Był jak burza — brutalna, nieunikniona, fascynująca. Nie kochali się — to było przejęcie. Zawłaszczenie. Przesiąknięte pożądaniem i dominacją.
Lily straciła poczucie czasu. Pamiętała tylko fragmenty — jej ręce oplatające jego szyję, szeptany rozkaz w uchu, gdy odwracał ją plecami, jego ciężar na jej ciele. I ten moment, gdy cały świat zniknął, a została tylko ona i on — w bezwstydnej, nieposkromionej bliskości. Kiedy chwycił jej nogi i splótł za swoimi plecami widziała, że on też jest blisko. Splotła je więc mocniej, przyciągając go, aby był jeszcze głębiej i mocno wbiła paznokcie w jego plecy. Matthew syknął głośno, ale po jego twarzy przemknął cień zadowolenia. A więc to jest to — kręci go ból? Nim zdążyła jeszcze cokolwiek pomyśleć, chwycił ją za gardło i sapiąc głośno, wykonał ostatnie gwałtowne ruchy, po czym opadł ciężko na łóżko obok niej.
Przygaszone światło sączyło się przez żaluzje. Matthew leżał na plecach, z ramionami za głową. Nie mówił nic. Oddychał spokojnie, jakby już był daleko. Lily chciała się do niego przytulić, ale coś w jego ciele mówiło „nie teraz”. Więc tylko patrzyła na sufit, czując, jak jej serce bije zbyt szybko.
— Śpisz? — szepnęła.
— Nie.
— O czym myślisz?
— O niczym ważnym.
Zamilkła. Miała ochotę zapytać: Czy to coś znaczyło? Czy będziemy teraz razem? Czy jestem dla ciebie kimś, czy tylko chwilą? Ale nie zadała żadnego z tych pytań. Nie chciała usłyszeć odpowiedzi, która mogłaby ją zranić. To nie był wymarzony „pierwszy raz”. Nie było romantycznie, delikatnie ani czule. Za to było… obłędnie. Czuła, że żyje. Pośladek do teraz szczypał, przypominając bezczelnie o tym, co właśnie się tu wydarzyło. Zasnęła z uczuciem, że właśnie przekroczyła próg. Że coś się zaczęło. Coś, czego już nie da się cofnąć. Nie wiedziała, że to dopiero początek. Początek gry, w której zasady znał tylko on.
***
Rano w mieszkaniu Matthew panowała cisza, którą przerywał stuk porcelany o blat. Promienie słońca nieśmiało wpadały przez ogromne, bezfirankowe okna. Matthew stał w kuchni, nalewając kawę do dwóch czarnych kubków. Jego tors był nagi, ramiona napięte, a na twarzy ten sam wyraz skupienia, który Lily zdążyła już dobrze poznać. I choć poprzedniego wieczoru był surowy, wręcz dziki, teraz wydawał się… łagodniejszy. Choć to wciąż nie była czułość, raczej jej cień. Jakby pozwalał jej podejść o krok bliżej, ale tylko o jeden.
— Lubisz jajka na miękko? — zapytał bez odwracania się.
Lily usiadła przy blacie wyspy, owinięta w białą koszulę, którą znalazła w szafie. Zegarek na jego nadgarstku przyciągał wzrok bardziej niż powinien. Jego codzienność. Jego świat. Taki, do którego chciała należeć.
— Uwielbiam. Za to nie znoszę kawy — uśmiechnęła się przepraszająco.
Matthew spojrzał na nią przez ramię. Jego uśmiech był krótki, ale szczery. Bez słowa wylał kawę z jednego kubka, odstawił do zlewu i przygotował Lily herbatę. Zjedli śniadanie rozmawiając swobodnie, prawie jakby znali się od dawna. Śmiali się, żartowali, przekomarzali. Matthew opowiedział jej o jednym z klientów w pracy — o jego absurdalnych wymaganiach i o tym, jak udawał, że zna się na wszystkim. Lily z kolei zdradziła mu, że ostatnio zaspała do pracy, bo zamiast przestawić budzik, to go wyłączyła. Śmiał się z nią — nie z niej. Przez chwilę, przez tę krótką chwilę, miała złudzenie, że mogłoby tak być zawsze. Ale kiedy wstała, żeby się ubrać, nie zapytał, czy zostanie na dłużej, tylko pocałował ją przelotnie
— Miło było.
I chociaż uśmiechnął się rozbrajająco, zabolało ją to bardziej, niż chciała przyznać.
***
Lily i Matthew widywali się regularnie, jednak nie mogła nazwać tego związkiem. To była relacja, która w znacznym stopniu opierała się na fizyczności i milczeniu między spotkaniami. To Matthew wyznaczał zasady — kiedy, gdzie i na jak długo. Zazwyczaj spotykali się u niego. Lily nigdy nie była pewna, czy tym razem zostanie do rana. Zdarzyło się kilka razy, że to on przyjechał do niej, zawsze późno, zawsze po załatwieniu „swoich spraw”, nie zostawiając zbyt wiele czasu na nic innego jak… seks. Czasem tuż po wstawał, ubierał się i mówił, że musi jeszcze coś zrobić. Innym razem, zostawał — cichy, zamyślony, jakby jego obecność była przypadkowa lub odwrotnie, rozmawiali jak starzy przyjaciele. Totalny roller coaster.
Jednego wieczoru Matthew napisał, że chce się z nią zobaczyć. Lily miała jednak wyjątkowo wcześniej pojawić się w pracy, w związku z nowym projektem, nad którym miała pracować, i odmówiła. W odpowiedzi zaproponował, że zarezerwuje pokój w hotelu niedaleko biura jej ośrodka — spotkają się tam, żeby nie tracić czasu a rano zdąży bez problemu do pracy. Ujęło ją to. Tak jakby naprawdę chciał ją zobaczyć, a nie tylko „zaliczyć”. Przyjechali osobno. Spotkali się przed wejściem, a Lily szła do niego z uśmiechem, czując w brzuchu znajome motyle. Czuła się jak nastolatka, która wymyka się z domu na zakazane spotkanie z chłopakiem. Jakby robiła coś zakazanego, ekscytującego, trochę niegrzecznego. Dreszczyk emocji podsycał wszystko — spojrzenie Matthew, jego ciche „chodź” przy recepcji, krótki kontakt wzrokowy z pracownikiem, który wydawał kartę do pokoju. Udało jej się nie spuścić wzroku, ale serce biło szybciej niż powinno.
W pokoju nie marnowali czasu. Od razu zaczęli się rozbierać, rzucając na siebie głodne spojrzenia, jakby ostatnie spotkanie miało miejsce lata temu. Ciała odnalazły się błyskawicznie. Ogień — jak zwykle. Namiętność i pożądanie na najwyższych obrotach. Matthew szeptał jej coś do ucha, ściskał nadgarstki, prowadził ją przez każdą chwilę, aż do całkowitego zatracenia. Seks z nim był jak narkotyk. I Lily chętnie go brała. Po wszystkim leżeli przez chwilę obok siebie. Matthew sięgnął po pilota i włączył telewizor, leciał jakiś film — nawet nie patrzył, tylko słuchał, a potem zasnął. Ona jeszcze długo patrzyła w sufit, z jednej strony zadowolona, spełniona a z drugiej — jakaś pusta. Nie analizowała tego zbyt długo. Pozwoliła sobie odpłynąć czując obok ciepłe ciało swojego kochanka.
Nad ranem, kiedy światło przeciskało się przez ciężkie zasłony, Lily obudziła się pierwsza. Pokój był chłodny i cichy, pachniał drogimi perfumami, pościelą hotelową i seksem. Usiadła na brzegu łóżka, obejmując ramiona. Nagle wszystko straciło swój urok. Zeszło z niej całe nocne podekscytowanie, każda iskra i dreszcz. Został półmrok pokoju i uczucie wstydu, którego nie potrafiła nazwać. Już nie była zakochaną dziewczyną, która biegnie do chłopaka w środku nocy. Teraz czuła się jak… jak ktoś, kto został wynajęty na jedną noc. Co sobie pomyślał ten recepcjonista? Że przyszli tu tylko w jednym celu. Po prostu przyszła, zrobiła swoje i wyjdzie. Matthew poruszył się, ziewnął, podniósł głowę.
— Zjemy razem śniadanie? Za chwilę zaczynają serwować.
— Nie… muszę już iść — odpowiedziała szybko, uśmiechając się sztucznie. — I tak ledwo zdążę.
Tak na prawdę miała jeszcze godzinę. Ale nie mogła z nim tam zejść, nie w tej sytuacji. Nie po tym, jak się czuła. Nie potrafiła aż tak udawać.
— Jasne — mruknął, z powrotem opadając na poduszkę.
Wyszła z hotelu z opuszczoną głową. To był jej „walk of shame”. W pracy była przygaszona, nieobecna. Wydawało jej się, że wszyscy wiedzą. Że czytają z jej twarzy i ją oceniają. Około południa przyszedł SMS.
MATTHEW: Wróciłem właśnie do domu. Śniadanie było pyszne, a strefa spa jeszcze lepsza. Zdecydowanie trzeba to powtórzyć.
LILY: To super :)
Odpisała krótko, niezgodnie z prawdą i odłożyła telefon.
***
Nigdy nie poznała żadnego z jego znajomych. On nie pytał o jej życie, nie interesował się jej przyjaciółmi, rodziną. Czasem zapytał jak tam w pracy, ale nie czekał na odpowiedź. Z biegiem czasu Lily zaczęła tęsknić. Nie za nim — bo teoretycznie był. Ale za tym, co mogliby mieć. Za wyjściem do kina, za wspólną kolacją w restauracji, za śniadaniem w jej kuchni. Za tym wszystkim, co było normalne. Zdrowe. Realne. Ale wierzyła, że jeśli będzie cierpliwa, to z czasem Matthew się otworzy. Że być może trzeba sobie… zasłużyć na jego zaufanie. Na miejsce w jego świecie. Przecież ich seks był wspaniały. Dziki, pełen napięcia, nieprzewidywalny. Za każdym razem odkrywali się na nowo — czasem brutalni, czasem zmysłowi, czasem cisi, jakby dotyk był ich jedynym językiem. Lily nie miała wątpliwości — Matthew był najlepszym kochankiem, jakiego do tej pory miała. A dla niej seks był ważny. Zawsze był. Dobry seks był podstawą i bez niego związek nie miał prawa istnieć. Namiętność, która ich łączyła, była elektryzująca, niemal uzależniająca. To przecież solidny fundament na zbudowanie solidnego związku. Prawda? Więc tłumaczyła sobie, że to wystarczy. Że reszta przyjdzie z czasem. Że kiedyś, któregoś wieczoru, on spojrzy na nią inaczej. I wszystko się zacznie, tak na prawdę. Czyżby się myliła?
Rozdział 3
Lily nieustannie miała w głowie natłok myśli związanych z relacją z Matthew. Wracały do niej falami — czasem cichymi, niemal niezauważalnymi, innym razem nachalnymi, uporczywymi, jak nieproszeni goście, których nie dało się wyrzucić za drzwi. Uparcie starała się je ignorować, odcinać się od nich, zajmować czymś innym. A jednak bywały dni, kiedy w żaden sposób nie potrafiła sobie z nimi poradzić. Jednego z takich wieczorów wyszła z domu, żeby przewietrzyć głowę. Przechodziła akurat obok niewielkiego, klimatycznego pubu, z którego dobiegały dźwięki muzyki i śmiechu. Nad wejściem migotał neon z napisem KARAOKE. Lily przystanęła, i nie myśląc wiele, pchnęła drzwi i weszła do środka. Zapach alkoholu mieszał się z perfumami, dymem i czymś jeszcze — energią ludzi, którzy przyszli tu zostawić na chwilę swoje codzienne życie. Muzyka zawsze była dla niej formą ujścia, sposobem na nazwanie emocji, których nie potrafiła ubrać w słowa. Uwielbiała tańczyć, ale lubiła też śpiewać. Publicznie robiła to bardzo rzadko, ale sama myśl o tym, że mogłaby się dziś schować w dźwiękach, wydawała jej się kusząca. Zamówiła drinka i usiadła przy barze, obserwując występujących. Jednym szło zaskakująco dobrze, inni mylili słowa, fałszowali, śmiali się z samych siebie. Atmosfera była luźna, niemal terapeutyczna — nikt nikogo nie oceniał, liczyła się odwaga, nie perfekcja.
— A teraz przypominam! — odezwał się prowadzący przez mikrofon. — Trwa konkurs karaoke. Zwycięzca zgarnia symboliczną nagrodę pieniężną, butelkę naszego najdroższego szampana… i zaproszenie na cykliczne występy!
W sali rozległy się brawa i okrzyki aprobaty. Lily czuła tylko, jak w środku coś się w niej porusza, pełza tuż pod skórą. Ten sam niepokój, który towarzyszył jej od tygodni, coraz bardziej doskwierał i domagał się ujścia. Stwierdziła, że skoro nie może w żaden sposób uspokoić ani uciszyć nękających ją myśli i emocji, to spróbuje… je z siebie wyśpiewać. Dopiła drinka, zamknęła na chwilę oczy — dokładnie wiedziała, co zaśpiewa. Piosenkę, która bolała. Piosenkę, która mówiła to, czego ona sama jeszcze nie umiała przyznać przed innymi na głos. Podniosła się z miejsca i ruszyła w stronę sceny. W tym samym czasie, przy stoliku w rogu sali, siedziało dwóch mężczyzn. Przed nimi stały kufle z piwem, a światło neonów odbijało się w bursztynowej cieczy.
— Nadal nie wiem, po co mnie tu wyciągnąłeś, Caleb. Przecież wiesz, że nie przepadam za karaoke.
— Daj spokój, Jake. Gdziekolwiek byśmy poszli, i tak by Ci się nie podobało! — odpowiedział mu kolega unosząc brew i uśmiechając się pod nosem. –Wyciągnąć Cię ostatnio z domu, gdziekolwiek, to już w ogóle cud. Wychodzisz chyba tylko do pracy.
Jake nie odpowiedział, przewrócił tylko oczami i westchnął.
— A poza tym — kontynuował Caleb, kompletnie niewzruszony marudzeniem kolegi — to miejsce ma swój klimat, nie ma tłumów ludzi, tak jak w klubie. „Za głośno. Za dużo ludzi. Za ciasno!” — dodał przedrzeźniającym tonem.
— Och, przymknij się już — odpowiedział mu przyjaciel i pociągnął łyk piwa.
Prowadzący karaoke pojawił się na środku sceny.
— A teraz… chwilowa zmiana klimatu. Będzie trochę mroczniej — powiedział, przeciągając ostatnie słowo. — Ale cóż, tak bywa w życiu. Raz świeci słońce, a raz pada deszcz: „Stranger”, Hilary Duff.
Rozbrzmiały pierwsze dźwięki muzyki. Jake wpatrywał się uparcie w swój kufel, jakby był w nim zapisany sens tego wieczoru. Caleb z kolei rozglądał się wesoło po pubie, wiwatował występującym i wyglądał, jakby świetnie się bawił. Zupełne przeciwieństwo swojego towarzysza, który nie zwracał większej uwagi na scenę. Słuchał jednym uchem, od niechcenia. Do momentu, aż usłyszał pierwszy wers.
Uniósł wzrok, spojrzał w stronę sceny i już nie odwrócił głowy. Stała w świetle reflektorów zupełnie naturalnie, bez przesady, bez teatralnych gestów. A jednak było w niej coś, co przyciągnęło jego uwagę w sposób niemal fizyczny, nie mógł odwrócić wzroku — jak zahipnotyzowany. I nie chodziło tylko o wdzięk i urodę występującej, której nie można było jej odmówić, czuł dosłowne przyciągnie. Głos płynął miękko, czysto, bez wysiłku. Był po prostu piękny — melodyjny, przyjemny, ale pod tą warstwą kryło się coś więcej. Emanował od niej smutek i… coś jeszcze, co próbował nazwać. Rozgoryczenie? Rozczarowanie? Może zmęczenie? To sprawiało, że dźwięki wbijały się pod skórę. Zwrotka, refren, kolejna zwrotka. Miał wrażenie, że to było coś więcej niż tylko śpiewane słowa. To brzmiało jak… spowiedź. Jakby każda nuta była wyznaniem, którego nie da się już cofnąć. Ścisnął mocniej kufel, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. I słuchał. A może to tylko przypadkowo wybrana piosenka? Może po prostu dobrze się wczuła, bo chce wygrać konkurs? Może to on sam dopisuje znaczenia, których tam nie ma… Przez chwilę próbował sobie to racjonalnie wytłumaczyć, ale kiedy śpiewała o relacji, która na zewnątrz wygląda idealnie, a od środka zupełnie inaczej — poczuł, że coś się w nim zaciska. Jakby każde wyśpiewane słowo było przeżyte, nie wyuczone. Jakby nie śpiewała o kimś, tylko o sobie. Bez żalu na pokaz, raczej surowo, prawdziwie i przejmująco. Znał ten ton. Tę ledwo wyczuwalną różnicę między kimś, kto opowiada historię, a kimś, kto po prostu ją wydobywa z siebie, bo nie ma już gdzie jej trzymać. W swojej pracy wielokrotnie miał do czynienia z ludźmi cierpiącymi, potrzebującymi pomocy, przerażonymi, którzy próbują się trzymać, kiedy wszystko się sypie. I nauczył się jednego: instynkt rzadko go zawodził, a teraz odzywał się wyraźnie. Z zamyślenia wyrwał go głos Caleba.
— Ej — odezwał się zerkając na niego z rozbawieniem. — Tak ją rozbierasz wzrokiem, że zaraz ochrona Cię wyprosi! Niezła jest, co nie?
— Taa, niezła — odpowiedział wymijająco.
Nie spuszczał z niej wzroku. Miał wrażenie, że to, co widzi na scenie, jest tylko wierzchołkiem czegoś znacznie większego. Jakby przypadkiem zajrzał komuś w sam środek duszy — i nie był pewien, czy powinien odwrócić wzrok. Ta dziewczyna nie przyszła tu po nagrodę. Przyszła się oczyścić.
Lily zeszła ze sceny wśród oklasków i wiwatów, ale nie to było dla niej najważniejsze. Poczuła ulgę. Jakby przez kilka minut świat przestał od niej czegokolwiek wymagać, a wszystkie myśli — te ciężkie, natrętne — ucichły. Mogła wreszcie odetchnąć. Być tu i teraz. Gdyby Matthew wiedział, że przyszła na karaoke, pewnie skwitowałby to pogardliwym uśmiechem. Uznałby za żenadę i robienie z siebie błazna. Myśl o tym wywołała w niej nagły niesmak, więc potrząsnęła głową, chcąc ją przegonić. Tym bardziej doceniła reakcję ludzi w pubie — to, że jej występ został zauważony, że ktoś podziwiał jej głos, może nawet stwierdził, że ma talent. Nie miała pojęcia, że przynajmniej jedna osoba tutaj wychwyciła to, co naprawdę chciała powiedzieć tą piosenką.
— To samo poproszę — powiedziała, zamawiając drinka.
Dla biorących udział w konkursie dwa dowolne drinki były darmowe. Lily ochoczo zabrała się do drugiego, a tym samym ostatniego, darmowego drinka. Mogłabym znaleźć gorszy sposób na spędzenie tego wieczoru. A tak jest nawet całkiem miło, jak po szybkiej terapii, muzyczno–alkoholowej. Dopiero po chwili z rozmyślań wyrwała ją zapowiedź prowadzącego. Trzy najlepsze występy wieczoru. Dogrywka. Jeszcze jedna piosenka. Jej imię padło jako jedno z nich. Lily aż drgnęła z ekscytacji i odrobiny niepokoju. Duch rywalizacji obudził się natychmiast. Dopijała drinka słuchając dwóch poprzedniczek i uśmiechnęła się do siebie szeroko. Wiedziała, że ma realną szansę. I wiedziała dokładnie, co zaśpiewa.
Przy swoim stoliku Jake i Caleb dopili piwo i zamówili po jeszcze jednym. Przy stoliku obok siedziała grupka dziewczyn — od jakiegoś czasu zerkały na nich ukradkiem, nachylając się do siebie i coś szepcząc.
— Może trochę podkręcimy wieczór — odezwał się w końcu Caleb, uśmiechając się półgębkiem. — Te dziewczyny obok aż się proszą, żeby do nich podejść. Tobie, marudo, też by się przydało trochę miłego towarzystwa.
Jake nie zdążył odpowiedzieć, bo jak na zawołanie dwie dziewczyny ze stolika obok podeszły do nich z pytaniem, czy nie chcieli by się do nich przysiąść.
— Dzięki, ale nie — rzucił Jake krótko, zerkając na nie ledwie przelotnie i czekając na kolejny występ tajemniczej blondynki.
Dziewczyny wyraźnie się speszyły i szybko wróciły na swoje miejsca. Caleb posłał mu piorunujące, pytające spojrzenie w stylu „stary, dlaczego?!”
— Chcesz, to idź — odpowiedział spokojnie.
Więc Caleb wstał i podszedł do dziewczyn.
— Hej — zaczął z uśmiechem, nonszalancko opierając dłoń na ich stoliku. — Chciałem serdecznie przeprosić za mojego kolegę. Jest dziś wyjątkowo nie w sosie — dodał, kręcąc głową z udawaną bezradnością. — Przechodzi ciężki czas, żeby go pocieszyć mamy taki… męski wieczór, wiecie.
Dziewczyny zachichotały, wyraźnie rozbrojone. Jake z kolei uniósł brew i pokręcił głową ze zrezygnowaniem. Oho, znowu włączył mu się Magic Mike.
— Ale — kontynuował Caleb płynnie — później z przyjemnością dotrzymam towarzystwa tak pięknym damom.
Dziewczyny śmiały się już otwarcie. Jedna z nich sięgnęła do torebki, wyciągnęła długopis i pochyliła się nad serwetką. Napisała coś szybko, podała mu ją, muskając przy tym jego dłoń. Wracając do stolika, wsunął serwetkę do kieszeni spodni z zadowolonym uśmiechem.
— Tak to się robi!
— Moje gratulacje. Znowu dzisiaj zaliczysz — rzucił ironicznie Jake.
— Przyganiał kocioł garnkowi! Jeszcze jakiś czas temu sam byłbyś już w drodze do domu z jedną z nich.
— Było, minęło…
W tym momencie usłyszeli zapowiedź ostatniego występu.
— Ostatni występ tego wieczoru i wyłonimy zwycięzcę. Powiem tylko, że może zrobić się gorąco w porównaniu z poprzednim utworem. Zapraszamy na scenę… Lily!
Lily… A więc tak ma na imię. Lily. Pierwsze takty wybrzmiały i od razu rozpoznał utwór. „River” Bishop Briggs.
— Faktycznie, zupełna zmiana klimatu — powiedział zaskoczony na głos.
— Niezły kawałek — odpowiedział Caleb. — Ciekawe, czy da sobie radę.
Patrzył na nią i słuchał. Gdzieś zniknął ten smutek i rozgoryczenie, a na ich miejscu pojawiła się swoboda i pewność siebie — aż chciało się na nią patrzeć. Pierwszą zwrotkę zaczęła melodyjnie, delikatnie, wręcz niewinnie. Można by pomyśleć, że nie ma odpowiedniego głosu, żeby wyśpiewać dalszą część. Jednak kiedy ostro i z pełną mocą weszła w refren, śpiewając w tłum aby się przymknąć i… sponiewierać ją jak rzeka, Jake aż zakrztusił się piwem, a publiczność wybuchła wiwatami.
— Cholera! Ma głos… Daje radę! — rzucił Caleb i zagwizdał.
Nie usłyszał odpowiedzi. Jake znów patrzył jak zahipnotyzowany. Co za kobieta!
Lily zeszła ze sceny wśród burzy oklasków. Ktoś zagwizdał głośno, ktoś inny krzyknął coś entuzjastycznie, a reszta sali odpowiedziała wiwatami. Czuła, jak adrenalina wciąż krąży jej we krwi, jakby jeszcze przez chwilę była częścią tej muzyki. Uśmiechała się szeroko, bo była z siebie zadowolona. Z tego, jak zaśpiewała. Że w ogóle odważyła się wyjść na scenę. Reakcja ludzi tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że to był dobry występ. Naprawdę dobry. Prowadzący wrócił na scenę, unosząc ręce, żeby uspokoić tłum.
— No dobrze, dobrze — roześmiał się do mikrofonu. — Mam wrażenie, że właśnie byliśmy świadkami zwycięskiego występu.
Sala znów zawrzała.
— Ale — dodał szybko — żeby formalności stało się za dość, zapraszam na scenę wszystkich dzisiejszych wykonawców. Dajmy im jeszcze raz solidny aplauz!
Kolejno wyczytywał imiona. Przy każdym z występujących publiczność biła brawo, czasem głośniej, czasem ciszej. Lily stała w szeregu, czując, jak napięcie wraca — tym razem inne, przyjemniejsze. Kiedy prowadzący wymówił jej imię, sala eksplodowała. Aplauz był najgłośniejszy ze wszystkich. Ktoś wstał. Za nim kolejni. Ludzie klaskali nad głowami, krzyczeli, wyli z entuzjazmu. Lily poczuła, jak ściska ją w gardle. Skłoniła się, dziękując, lekko onieśmielona, ale szczęśliwa. Prowadzący wręczył jej butelkę szampana, a ona, pod wpływem impulsu i tej fali energii, uniosła ją w górę.
— Zapraszam do baru wszystkich wykonawców i chętnych… dopóki starczy szampana! — rzuciła ze śmiechem.
Tłum odpowiedział okrzykami aprobaty. Lily zeszła ze sceny, podała barmanowi butelkę wygranego szampana a sama skręciła od razu w stronę zaplecza i szatni. Chciała uniknąć tłoku, zanim sala wypełni się ludźmi z kieliszkami w dłoniach. W tym samym momencie Jake poderwał się z krzesła.
— Ej, a Ty gdzie…? — Caleb zawołał za nim z rozbawieniem — Co, piwo już Ci nie smakuje? Szampana się zachciało?
Jake nie odpowiedział. Już przeciskał się przez tłum, który zaczął gromadzić się przy barze. Widział jeszcze jak dziewczyna znika za drzwiami zaplecza — a potem stracił ją z oczu. Lily tymczasem zarzuciła na siebie w biegu kurtkę, wyszła na chłodne, nocne powietrze i ruszyła w stronę domu. Szła lekko, niemal sprężyście. Była naładowana pozytywną energią tego wieczoru, lżejsza, spokojniejsza. Jakby coś, co od dawna ją uwierało, na chwilę puściło. Była zupełnie nieświadoma, że ktoś jeszcze długo patrzył w stronę, gdzie zniknęła — z myślą, że właśnie przegapił coś ważnego.
Wracał do tego baru raz po raz, za każdym razem z tą samą nadzieją, że może dziś, może właśnie tego wieczoru znów ją zobaczy. W końcu jako zwyciężczyni konkursu dostała otwarte zaproszenie do występów. I rzeczywiście — Lily jeszcze kilka razy stawała na tej samej scenie. Za każdym razem jednak się mijali. Ale Boska ręka przeznaczenia miała w planach raz jeszcze przeciąć ze sobą ich drogi, jednak nie przy dźwiękach muzyki, a w zupełnie innych okolicznościach, znacznie bardziej dramatycznych.
Rozdział 4
Wieczór z Seline był dokładnie tym, czego Lily potrzebowała. W tle sączyła się cicho muzyka a przyjaciółka siedziała po turecku na kanapie, w ręce trzymając szklankę z colą i wódką. Seline Carroweck miała krótko obcięte, ciemne włosy, które często żyły własnym życiem, a szeroki uśmiech nie schodził jej z twarzy. Nie była zbyt wysoka, a jej figura — krągła i kobieca — zawsze była tematem ich wspólnych żartów. Seline nigdy nie przejmowała się tym, co wypada — i to Lily w niej kochała. Znały się jeszcze z czasów szkolnych. Przeżyły razem niejedno — złamane serca, dramaty, niekończące się rozmowy w środku nocy i te wieczory, kiedy cały świat się walił, a one zupki chińskie na zmianę płacząc i śmiejąc się przez łzy. Uwielbiały robić sobie maratony horrorów, potem bać się iść do łazienki, gadać godzinami o chłopakach, których nie było i tych, co byli, ale tylko po to, by zostawić po sobie chaos. Teraz widywały się rzadziej, dzieliła je odległość i obowiązki dorosłości, ale nadal były dla siebie jak dom. Regularnie pisały do siebie, dzwoniły, a czasem — tak jak dziś — udawało się spotkać twarzą w twarz.
— Zaczynam się zastanawiać, czy nie zamieszkać z tym typem… — westchnęła Seline, popijając drinka — To byłaby moja trzecia przeprowadzka w dwa lata. I każda z powodu faceta. Brzmi jak ja, prawda?
— Jak bardzo Ty — Lily uniosła brew z rozbawieniem. — On jakkolwiek rokuje?
— Ma plusy. Ma kuchnię większą niż moja łazienka i nie używa „lol” w wiadomościach. Ale z drugiej strony… nie wiem. Może powinnam po prostu skupić się na pracy. Organizacja eventów to nie jest szczyt marzeń, ale przynajmniej wiem, na czym stoję. Nie jak z facetami.
— Ty w pracy jesteś jak kontrola bezpieczeństwa — wszystko prześwietlisz i od razu wiesz, co jest nie tak.
— Szkoda tylko, że własne związki przemycam jak alkohol wlany do butelki z colą, schowaną głęboko w torebce, żeby tylko ochrona nie znalazła — parsknęła Seline. — A potem się dziwię, że i tak jest afera.
Dziewczyny się roześmiały. Było jak dawniej — przez chwilę nie istniały obowiązki, niespełnione oczekiwania ani niepewne relacje. Tylko one i wieczór, który pachniał nostalgią. Rozmawiały długo — o pracy Seline, o uczestnikach imprez wiecznie sprawiających problemy, o tym, jak wygląda randkowanie za granicą i jak różnią się faceci z różnych krajów. Potem temat naturalnie przesunął się na Matthew.
— No i jak z tym Twoim tajemniczym adoratorem? — zapytała Seline, mieszając kostki lodu w drinku.
— Nie wiem… niby jesteśmy razem, ale tak nie do końca. To znaczy… spotykamy się. Często. Ale on… nie chce o tym rozmawiać. I wszystko dzieje się na jego warunkach — Lily wzruszyła ramionami. — Seks jest niesamowity, ale reszta… jakoś nie istnieje.
— Mhm. Znam ten typ. Dużo ciała, mało głowy — Seline uniosła brew. — No dobra, ale zakochałaś się, nie?
— Jeszcze nie wiem. Może trochę się zauroczyłam…
Lily zerknęła na telefon, który właśnie zawibrował.
MATTHEW: Spotkamy się dzisiaj?
LILY: Dziś spędzam wieczór z przyjaciółką.
MATTHEW: Możecie być we dwie. Mi to nie przeszkadza. Wyślij jej zdjęcie.
Ekran zamigotał jeszcze raz i pojawiła się kolejna wiadomość. Zdjęcie. Serce zamarło jej w piersi. Matthew. Na łóżku. W samej bieliźnie, a raczej w jej braku. Prawie nagi i w pełnej gotowości.
MATTHEW: Gotowy na wieczór.
Lily zamarła, wpatrując się w ekran jak zahipnotyzowana.
— Co jest? — zapytała Seline, nachylając się przez oparcie kanapy.
Gdy tylko zerknęła na ekran, aż cofnęła się z odrazą.
— Żartujesz sobie… Co to jest, do cholery?! — wykrzyknęła z obrzydzeniem. — Przecież… co za typ! Kto tak w ogóle robi?! On ma dwanaście lat?
— Nie wiem… On czasem tak ma — Lily powiedziała cicho, chowając telefon.
— I Ty się z nim spotykasz? Ty?! Ty, która marzyłaś o stabilnym związku, winie po pracy i rozmowach, które mają sens, a nie o zdjęciach gołych fiutów na dobranoc?! — Seline nie mogła ukryć rozczarowania. — Lil… to jest dno. On Cię nie szanuje.
— Może to tylko głupi żart…
— Nie. To nie jest żart. To jest zlekceważenie. I to takie z najniższej półki. Jeszcze chciał moje zdjęcie? Serio?!
Lily przygryzła wargę, próbując się nie rozpłakać. Wiedziała, że Seline ma rację. Wiedziała to już wcześniej, ale teraz… czuła to do kości.
— Czasem sama nie wiem, czemu się z nim spotykam… Może dlatego, że wciąż wierzę, że to się jakoś zmieni.
Przyjaciółka westchnęła i objęła ją ramieniem.
— Nie jesteś dziewczyną, która powinna się cieszyć z tego, że facet w ogóle pisze. Jesteś dziewczyną, której inni faceci powinni zazdrościć JEMU.
Lily spuściła głowę. Jakoś z każdym dniem czuła się coraz mniej jak ta dziewczyna. Wpatrywała się w ekran, choć wiadomości już dawno przestały się wyświetlać. Palcami przesuwała po szkle telefonu w bezmyślnym, nerwowym geście, jakby chciała zetrzeć to, co właśnie przeczytała. Co to w ogóle było? Propozycja… trójkąta? Z jej przyjaciółką? W dodatku wysłana z taką lekkością, bez cienia taktu, wyczucia, jakby chodziło o wspólne zamawianie jedzenia, a nie o coś, co mogło w jednej sekundzie zranić, upokorzyć i zdeptać to, co Lily jeszcze naiwnie nazywała “relacją”. W głowie wciąż miała obraz tego zdjęcia — nagiego, pewnego siebie Matthew, który najwyraźniej uważał, że to wystarczy. Że jest tak cholernie pożądany, że może wszystko. Nawet wtrącić jej przyjaciółkę do ich… czego właściwie? Układu? Intymności? Czy to w ogóle miało jakąkolwiek granicę? Lily czuła w gardle nieprzyjemny ciężar. Rozczarowanie piekło jak zadrapanie, które z początku jest ledwie draśnięciem, ale z czasem zamienia się w głęboką ranę. A on dosypywał na nie soli. Najgorsze było to, że wcale nie była zaskoczona. Coś w niej już od dawna czuło, że może nie jest tą jedyną. Ale teraz miała dowód — nie tylko nie była wyjątkowa, ale najwyraźniej była opcją. Jedną z możliwych wersji wieczoru. Zrobiło jej się przykro. Tak zwyczajnie, po ludzku. Chciała być czyjaś. Chciała być chciana jako całość, nie jako ciało do podziału. Nie rozumiała, jak można pisać takie rzeczy, kiedy ktoś mówi, że spędza wieczór z przyjaciółką. Jakby każda informacja musiała od razu prowadzić do seksu. Jakby jego wyobraźnia nie znała innej drogi niż ta, która kończy się w łóżku — w tym przypadku z dwiema kobietami. Mógł po prostu odpisać: “Baw się dobrze. Miłego wieczoru.” Jak zwykły, dojrzały mężczyzna.
Wtedy przypomniała sobie jeszcze pewną sytuację, która tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że u Matthew istotnie wszystko sprowadza się do jednego. Jeden z wcześniejszych wieczorów, spędzali czas u niej w mieszkaniu. Pili wtedy piwo, siedząc na podłodze przy stoliku kawowym. Światło było przygaszone, a przez otwarte okno wpadało letnie powietrze z parku. Rozmowa toczyła się leniwie, aż Matthew zaczął opowiadać o jednej ze swoich dorywczych prac.
— Był czas, że z kumplem dorabialiśmy jako kierowcy nocą. Wiesz, taki transport po imprezach — panieńskie, kawalerskie, kluby, domówki… Dużo tego było. Raz trafiliśmy na grupę dziewczyn z wieczoru panieńskiego. Ja miałem wieźć pannę młodą, świadkową i jeszcze kilka koleżanek, mój kumpel — resztę. Zawieźliśmy je do klubu, potem czekaliśmy — chwilę w samochodzie, pod wejściem, w klubie przy barze. Zaczepiały nas, kokietowały, zapraszały na drinka, ale wiadomo, jedziemy to nie pijemy. Trochę za to z nimi potańczyliśmy. Po kilku godzinach mieliśmy je odstawić pod podany adres — do domu jednej z nich, chyba właśnie tej, która miała się hajtać.
Zawiesił głos, jakby czekał, aż Lily dopyta.
— Były już mocno wstawione. Chciały, żebyśmy weszli z nimi. Ta panna młoda i jej świadkowa były wyjątkowo… towarzyskie. Śmiały się, łapały za ręce, proponowały drinki, mówiły, że nie chcą jeszcze kończyć wieczoru. No to weszliśmy z kumplem a one zaciągnęły nas na górę, do sypialni. Reszta dziewczyn nawet nie zauważyła, że zniknęły, chyba nawet nie zarejestrowały naszej obecności. W każdym razie, na górze uprawialiśmy z nimi seks, na pieska. A potem.. się wymieniliśmy.
Lily milczała, zszokowana. Nie była pewna, czy to miało ją rozbawić, czy może zaimponować. W tonie Matthew nie było wstydu, ani refleksji. Ot, kolejna przygoda. Historia opowiedziana z obojętnym uśmiechem, bez kontekstu, bez pytania, czy to wypada. Jakby to, co się wydarzyło — wchodzenie w przestrzeń pijanych, zaręczonych dziewczyn po imprezie — było czymś zupełnie zwyczajnym.
— Nie wiem, jak tam dalej impreza, my zrobiliśmy swoją robotę, więc pojechaliśmy do domu. Byłem cholernie zmęczony — dodał i spojrzał na Lily z lekkim rozbawieniem, czekając, aż ona też się uśmiechnie.
Ale Lily się nie uśmiechnęła. Wtedy jeszcze nie wiedziała, co dokładnie ją zaniepokoiło — słowa, ton, brak granic. Może wszystko naraz. Coś w niej się wtedy poruszyło, choć szybko zepchnęła to uczucie głębiej. Bo przecież był przystojny. Tajemniczy. Seksowny. Bo przecież tylko opowiadał historię z przeszłości… prawda? Właściwie to Lily nie do końca dowierzała w to, co usłyszała. A może raczej nie chciała w to wierzyć. Przez chwilę miała wrażenie, że to jakiś dziwny żart, test na reakcję, może nawet prowokacja. Ale Matthew mówił to zupełnie serio, bez cienia zażenowania, jakby opowiadał o tym, że w drodze do pracy utknął w korku. Spokojnie, rzeczowo, z detalami. Zbyt wieloma, jak na coś, co miało być tylko głupią anegdotą z przeszłości. A przecież… ludzie tak się nie zachowują. Kobieta, która planuje ślub, nie zaprasza obcych typów do swojego domu, nie flirtuje z nimi tak otwarcie, nie prowadzi ich do sypialni. Nie może być aż tak wyzwolona, rozbita, oderwana od rzeczywistości!
Gdzie są granice? Gdzie się podziały zasady? Czy naprawdę świat tak zszedł na psy, a ona tego nie zauważyła? Lily poczuła niepokój. Społeczeństwo nie może być aż tak skrzywione. A jeśli nawet… to czy on właśnie chciał jej dać do zrozumienia, że też taki jest? Że granice są dla słabych, a on nie zamierza się do nich stosować? Albo po prostu część zmyślił. Mężczyźni uwielbiają dodawać do swoich opowieści, szczególnie tych o podbojach. Tak. To brzmiało jak coś wyolbrzymionego, przerysowanego, może tylko w połowie prawdziwego. Ale i tak… dlaczego jej to opowiedział? Myślał, że co osiągnie? Że zrobi na niej wrażenie? Że wywoła zazdrość, podniecenie? Że pomyśli sobie: „jeśli one go tak pragnęły, to ja mam szczęście, że teraz jest ze mną”? Jeśli tak, to osiągnął coś zupełnie przeciwnego. Lily nie odezwała się ani słowem podczas jego opowieści. Ani też po niej. Siedziała z nieodgadnionym wyrazem twarzy, wpatrzona gdzieś w punkt na ścianie. Miała ochotę wstać, podziękować za wspólny wieczór i po prostu go wyrzucić za drzwi. Ale… nie zrobiła tego. Nie umiała. Dopiła piwo, czując w ustach gorycz, która nie miała nic wspólnego z alkoholem. Potem siedzieli chwilę w milczeniu, oglądając jakiś program, którego nawet nie rejestrowała.
W końcu Matthew wstał i poszedł pod prysznic. Wrócił tylko w ręczniku, ciało jeszcze wilgotne, pachniał jak zwykle — intensywnie, głęboko, znajomo. Podszedł do niej, nie mówiąc nic, objął ją zdecydowanym ruchem i pocałował. Pocałunek był zachłanny, pewny siebie, w końcu on nie potrzebował pozwolenia. Lily odwzajemniła go. Świadomie. Jakby ten jeden dotyk miał wymazać to, co przed chwilą usłyszała. Chciała odsunąć to wszystko na bok — tę historię, jego obojętność, swoje wątpliwości. Zrobiła to wtedy, pozwoliła sobie zapomnieć. Aż do teraz. Aż do tej bezczelnej wiadomości o jej przyjaciółce. To jedno zdanie — pozornie lekkomyślne — otworzyło w niej to, co wcześniej zakopała. I wszystko wróciło. Tamta historia. Tamto milczenie. Tamto niewypowiedziane: co, jeśli to właśnie jego prawdziwa twarz?
***
Lily spojrzała na Seline, która wciąż z dezaprobatą zerkała w jej stronę, popijając drinka i kręcąc głową. Nie potrafiła spojrzeć jej w oczy, bo gdzieś głęboko… czuła wstyd. Że pozwoliła sobie znów uwierzyć. Że miała nadzieję na coś, co od początku było przekrzywione. Że ktoś, kto był tak pociągający fizycznie, mógłby być równie piękny w środku. Ale Matthew taki nie był. I ta noc powoli, boleśnie jej to uświadamiała. Na szczęście Seline, wyczuwając ciężar ciszy, postanowiła nie ciągnąć tematu. Zerknęła na Lily i zupełnie niespodziewanie rzuciła:
— Pamiętasz tego chłopaka z naszej klasy, co kiedyś przyniósł Ci bukiet dzikich kwiatów i Ty myślałaś, że to od nauczyciela w–f? Podkochiwałaś się w nim wtedy!
Lily parsknęła śmiechem mimowolnie, a Seline podłapała ten moment i zaczęła opowiadać kolejne anegdoty ze szkolnych czasów, prześcigając się z Lily w tym, która przypomni coś bardziej absurdalnego. Z każdą minutą czuła, jak napięcie w jej ciele powoli topnieje. Matthew schodził na dalszy plan, przynajmniej na chwilę. Wypiły jeszcze po drinku, może dwóch — straciły rachubę — i rozsiadły się pod kocem na kanapie. Włączyły lekką komedię, która rozbawiła je do łez, niekoniecznie ze względu na poziom humoru, ale przez komentarze, którymi nieustannie się wymieniały. Późnym wieczorem, już po zgaszeniu świateł, leżały obok siebie na rozłożonej sofie. Szeptały jeszcze przez chwilę o życiu, o mężczyznach, o pracy, aż w końcu słowa zaczęły się urywać, a sen rozlał się między nimi spokojnie i cicho. Jak kiedyś. Jak wtedy, gdy były nastolatkami, a cały świat zamykał się w jednej nocy pełnej śmiechu i zrozumienia. Lily zasnęła z poczuciem, że nie wszystko jeszcze stracone. Że są ludzie, przy których nie musi się bronić.
Rozdział 5
Domek, do którego pojechali Lily i Matthew, znajdował się daleko od miasta. Otoczony lasem, z jednej strony przylegał do urwiska, z którego roztaczał się przepiękny widok na dolinę. Stary, drewniany, z kominkiem, który dymił przy pierwszym rozpaleniu, i skrzypiącymi schodami. Urokliwy — ale milczący. Tak jak oni w ostatnim czasie. Ten dom miał być ucieczką. Lily zorganizowała weekendowy wyjazd z cichą nadzieją, że wszystko się naprawi. Że w ciszy, z dala od zgiełku miasta i codziennych spraw, odnajdą siebie na nowo. Uwierzyła, że może go jeszcze dotknąć tam, gdzie nie sięga jego mur. Ich związek dawno przestał przypominać coś zdrowego, ale mieszkanie razem z Matthew dawało jej iluzję stabilności. W głębi duszy wierzyła, że wciąż można cofnąć czas. Naprawić. Odbudować.
Wspólne mieszkanie nie było decyzją podjętą wspólnie. Nie było żadnego „przeprowadzisz się do mnie?” ani „może spróbujmy razem?”. To po prostu… stało się. Niezauważalnie. Najpierw Lily zostawała na noc raz w tygodniu, potem dwa, potem całe tygodnie. Kilka rzeczy w łazience, zapasowa szczoteczka, kosmetyki, piżama rzucona na skraju łóżka. Kiedy zaproponował, żeby zostawiła u niego kilka ubrań — „będzie wygodniej” — poczuła ciepło w piersi. Uznała to za sygnał, że to krok do przodu. Do czegoś prawdziwego. Z czasem zaczęła być tam częściej niż we własnym mieszkaniu. Któregoś dnia po prostu zapytał, a raczej stwierdził:
— Po co masz codziennie jeździć tam i z powrotem? Skoro i tak jesteś tutaj.
— Racja — uśmiechnęła się.
Nie było romantycznego momentu z kartonami, nie było wspólnego urządzania przestrzeni. Wszystko, co należało do Lily, wtapiało się w jego świat jak cienie w ciemnym wnętrzu. Nie pasowało. Ani jej kwiaty w doniczkach, ani zdjęcia z rodziną i przyjaciółmi. Starała się nie naruszać jego uporządkowanej surowości. Nie chciała „przestawiać go”. Chciała… zasłużyć. Żeby poczuł, że to ma sens. Z czasem jego obecność zaczęła ją przytłaczać. Czuła się jak gość, który wszedł za daleko. Matthew był nieprzewidywalny — raz czuły i spokojny, a innym razem lodowaty, wręcz nieobecny. Czasem mówił, że nie potrzebuje przestrzeni, że dobrze mu z nią. A potem znikał w swoim milczeniu i przez dwa dni potrafił nie spojrzeć jej w oczy. Miał swoje rytuały. Swój świat. I nie zawsze było w nim miejsce dla niej.
Ale mimo wszystko została. Bo kiedy milczał, Lily szukała winy w sobie. A kiedy się otwierał, choćby na chwilę, czuła się wyjątkowa. Jakby zdobyła coś, co dla innych było niedostępne. Jakby to wszystko miało sens. I właśnie dlatego zorganizowała ten wyjazd. Ten dom na odludziu. Weekend, który miał coś zmienić. Nie miała to być ucieczka od Matthew — lecz ucieczka z nim. W nadziei, że mimo tego, co ich dzieliło… znajdą jeszcze jakiś wspólny język. Zgodził się na niego bez specjalnego entuzjazmu. Przyjechali osobno. On — szybkim, czarnym Audi z przyciemnianymi szybami, niczym z filmu gangsterskiego. Ona — swoim wysłużonym Nissanem. W drodze wymienili tylko suche wiadomości. Nie przytulił jej na powitanie, nie pocałował. Kiedy się rozpakowali, Lily siedziała przy kuchennym stole z kubkiem herbaty, patrząc przez okno na urokliwą polanę. Matthew był na zewnątrz, rąbał drewno, jakby musiał coś rozłupać nie tylko w pniach, ale i w sobie. Ostatnie tygodnie były pełne napięcia. Widywali się rzadziej, mijali się w mieszkaniu. On znikał bez wyjaśnienia, by potem wracać z nagłym entuzjazmem. Potrafił być namiętny i obecny — tylko po to, by chwilę później zniknąć za lodowatą maską.
Matthew wrócił z drewnem do kominka i rozpalił ogień. Usiedli razem na kanapie, by napawać się ciepłem ognia i swoją bliskością. Wieczór upływał im w ciepłej, sennej atmosferze. Przez chwilę, może dłuższą, świat na zewnątrz przestawał istnieć. Kominek trzaskał cicho, rzucając ciepłe światło na drewniane ściany i ich splecione sylwetki. Lily siedziała wtulona w Matthew, a on głaskał ją powoli po ramieniu, jakby tylko to istniało — jej ciało, jego dotyk, cisza między nimi. Po kolacji — prostej, ciepłej, jak z innego świata: makaron z czosnkiem, oliwą i ziołami — bez słowa ruszyli do sypialni. Światła zgasły, ale nie było w nich senności. Matthew rozebrał się i położył pierwszy, patrząc na Lily w milczeniu, jakby czekał, aż ona podejmie decyzję. Ale ona już ją podjęła. Podeszła powoli, zsunęła z siebie ubranie i kiedy weszła pod kołdrę poczuła, jak jego ręce od razu odnajdują jej ciało. Ich pocałunki były głębokie, niespieszne, namiętne. Był w tym wieczorze głód — ale nie ten gwałtowny i zachłanny jak zwykle. Tym razem Matthew był czuły, niemal miękki, a każde jego dotknięcie miało w sobie coś intymnego, prawie tkliwego. Ich ciała znalazły wspólny rytm, jakby nie było między nimi żadnych zranień, żadnego chłodnego milczenia. Jakby znów wszystko było możliwe. Kochał się z nią powoli, a jego dotyk tym razem nie sprawiał bólu tylko prawdziwą przyjemność. Nie przejął całkowitej kontroli, pozwolił jej narzucić tempo. Takiego oblicza Matthew jej brakowało. Lily zasnęła wtulona w jego ramię, marząc, żeby ta jego strona została z nimi na dłużej lub chociaż ukazywała się częściej. I pierwszy raz od dawna spała spokojnie.
Rano obudziła się w pustym łóżku, ale nie była to ta dobrze znana pustka. W kuchni słyszała dźwięk przesuwanego krzesła i ciche stukanie talerzy. Matthew zrobił śniadanie — jajecznicę z pomidorami, grzanki, nawet jej ulubioną, zieloną herbatę. Bez zbędnych słów usiedli przy stole. Lily uśmiechnęła się lekko, z wdzięcznością. W oczach Matthew coś się tliło. Może to była resztka wczorajszej bliskości. Może nowy początek? Po śniadaniu ubrali się cieplej i wyszli z domku. Drzwi skrzypnęły cicho, a powietrze przywitało ich rześkim chłodem i zapachem mokrej ziemi. Słońce stało już wysoko, ale wciąż nie rozgrzało jeszcze dnia całkowicie. Promienie prześwitywały przez korony drzew, tańcząc na wilgotnej trawie jak złote refleksy wody. Szli w milczeniu przez ścieżkę wijącą się wzdłuż porannej mgiełki unoszącej się tuż nad ziemią. W powietrzu unosił się zapach wilgotnego drewna i świeżych liści. Każdy krok zostawiał ślad na miękkiej ściółce, a oddechy mieszały się z odgłosami ptaków budzących się do życia. Lily podniosła wzrok na jasne, szeroko rozlane niebo, które wyglądało, jakby zostało rozwinięte jak aksamitna wstęga nad ich głowami. Pojedyncze obłoki sunęły leniwie po błękicie, jakby nic nie miało prawa się spieszyć. W tej chwili świat wydawał się odległy, a wszystko inne — nieważne. Matthew szedł obok niej, spokojny, cichy. Bez tego charakterystycznego spięcia w ramionach. Czasem spoglądał na nią ukradkiem, a kiedy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechali się do siebie lekko — bez słów, bez planu. Po prostu byli. W pewnym momencie chwycił ją za rękę. Jego dłoń była ciepła, silna, znajoma. Lily zacisnęła na niej palce i na krótką chwilę pozwoliła sobie uwierzyć, że to ma znaczenie. Że może właśnie tu, w tym miejscu — z dala od wszystkiego, co dzieliło ich na co dzień — potrafią do siebie wrócić. Nie rozmawiali wiele. Spacerowali jeszcze długo, idąc przez łąkę i wzdłuż skraju lasu, gdzie drzewa rosły gęsto, a promienie słońca tworzyły na ziemi świetliste mozaiki. Lily co jakiś czas zamykała oczy i chłonęła to wszystko — spokój, zapach, lekkość chwili. Było cicho. Było pięknie. I przez chwilę — było dobrze. Znowu czuła się bezpiecznie, a w tym momencie, wszystkie złe chwile poszły w niepamięć. Zniknęły jak za dotknięciem magicznej różdżki. Nic nie zapowiadało zbliżającej się tragedii…
Jednak magia chwili odeszła tak szybko, jak się pojawiła. Wieczorem, przy kolacji, wszystko pękło… Lily niosła na stół danie, do którego starannie dobrała czerwone wino. Chciała, żeby było wyjątkowo. Romantycznie. Dobrze. Niechcący ręką trąciła kieliszki. Przewróciły się i roztrzaskały o drewnianą podłogę. Wino rozlało się szeroką plamą krwi.
— Na litość boską, Lily! — warknął. — Czy Ty cokolwiek potrafisz zrobić dobrze?!
Zamilkła, wciąż trzymając jeden z talerzy w dłoni. Znowu się zaczyna… Znowu będzie krzyczał i się na niej wyżywał. A już myślała, że ten wyjazd popchnie wszystko w dobrym kierunku.
— To tylko kieliszki, Matthew… Zaraz to posprzątam.
Bardzo chciała załagodzić sytuację, zanim jego gniew eskaluje całkowicie. Doskonale wiedziała, jak to zawsze u niego wygląda, i chciała sobie tego zaoszczędzić. Czasem się jej udawało, niestety nie tym razem. Jego wściekłość była już poza kontrolą.
— To nie tylko kieliszki. To o Ciebie chodzi! O to, że nie potrafisz nawet nakryć stołu jak człowiek. Wszystko, czego się tkniesz, spieprzysz! Zawsze musisz wszystko zepsuć, nawet ten wyjazd!
— Przestań! Mówisz rzeczy, które…
— Prawdę mówię! — wszedł jej w słowo z pogardą. — Beze mnie jesteś nikim. Nikim, Lily. Beznadziejna, rozchwiana idiotka. Zawsze wszystko musisz robić po swojemu, i zawsze to jest źle!
Wściekle przesunął ręką po stole i całą reszta spadła z hukiem, tłukąc się na drewnianym parkiecie. Lily poczuła się tak, jakby właśnie dostała w twarz. Żołądek się zacisnął, miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Napięcie w domku dało się niemal ciąć nożem a na zewnątrz nagle pociemniało. Jakby natura wyczuła ciężar ich emocji i postanowiła dopasować do nich scenografię. Gdzieś w oddali rozległ się niski grzmot, a po chwili niebo przecięła błyskawica. Deszcz lunął gwałtownie, uderzając w dach domku z taką siłą, jakby chciał przytłumić ich słowa. Odwróciła wzrok w stronę okna, za którym świat zgasł — zasnuty mrokiem i wodą. Przez ułamek sekundy poczuła się jak uwięziona w scenie z koszmaru. Wszystko w niej podpowiadało, żeby uciekać. Nie wytrzymała.
— Jeżeli jestem taka beznadzieja, to dlaczego mnie po prostu nie zostawisz?! Powiedz mi wprost, że to już koniec. Rozejdziemy się, każdy w swoją stronę.
Wstał nagle, zbyt gwałtownie. Podszedł do niej i złapał mocno za ramię, podnosząc ją z krzesła. Zaczął szarpać a potem uderzył ją w twarz tak, że straciła równowagę i upadła. Lily uniosła na niego wzrok, w którym kryło się prawdziwe przerażenie. Jego głos przestał być głosem — był sykiem.
— Jeśli mnie zostawisz… jeśli spróbujesz odejść… przysięgam, że Cię znajdę. Że Cię zniszczę. Jeśli nie będziesz moja, nie będziesz niczyja.
Lily podniosła się szybko z ziemi i cofnęła się. Chwyciła za piekący policzek, żeby ukoić trochę pulsujący ból a serce waliło jej jak młot. Czy to była.. groźba?
— Co Ty mówisz?!
— Nie testuj mnie! Wiesz, do czego jestem zdolny.
Coś w niej pękło. Pierwszy raz poczuła, że NA PRAWDĘ musi uciekać, zanim stanie się coś nieodwracalnego. Albo teraz albo nigdy. Bez słowa wybiegła do przedpokoju. Drżącymi dłońmi wsunęła buty, złapała kluczyki, telefon. Gdy wychodziła na ganek, usłyszała jego kroki za sobą.
— Zamknij te cholerne drzwi i wracaj. — powiedział z przerażającym spokojem. — Nigdzie nie pojedziesz!
Nie obejrzała się. Biegła do samochodu, jakby od tego zależało jej życie. Bo zależało. Wsiadła, ale drżała tak bardzo, że ledwo trafiła kluczykiem do stacyjki. Silnik zapalił od razu. Ruszyła z piskiem opon a głowa dudniła jej od adrenaliny. Nie miała planu. Nie wiedziała, dokąd zmierza. Chciała tylko uciec. Las zlewał się w jeden długi tunel ciemności. Padający deszcz nie pomagał. W lusterku wstecznym widziała, jak Matthew wsiada do swojego auta. Nawet się nie zawahał. Szybko ją dogonił i jechał za nią, zderzak w zderzak, z furią w oczach. Trąbił zajadle. To nie była rozpacz. To była zemsta.
Nie, żeby to była pierwsza taka sytuacja. Awantura, wzięta z niczego, rozrastająca się w zatrważającym tempie, bo nie zrobiła tego, co chciał. Albo nie wykonała czegoś dokładnie tak, jak on powiedział. Czasem wystarczało, że zrobiła coś „za późno” albo nie w tej kolejności. Nie daj Boże, żeby o czymś zapomniała — szczególnie jeśli dotyczyło to jego interesów.
Jednego razu zapomniała zrobić przelew, o który ją prosił. Nie ze złośliwości, po prostu miała też inne swoje sprawy do załatwienia. A on przecież mógł zrobić to sam, ale nie. Lubił „zlecać” Lily różne rzeczy do zrobienia. Jakby sprawdzał, czy nadal jest gotowa reagować na każde polecenie. Chyba czerpał z tego jakąś dziwną przyjemność, a może chodziło o poczucie wyższości? Furia, w którą wtedy wpadł, była nie do wyobrażenia… i co gorsza — nieprzewidywalna.
Innym razem, miała odebrać mu przesyłkę. Nie zrobiła tego natychmiast, tak jak on to sobie wyobrażał, pojechała wtedy, kiedy miała na to wolną chwilę. Pech chciał, że punkt odbioru akurat w ten dzień był krócej czynny i kiedy dotarła, było już zamknięte. Momentalnie zrobiło się jej słabo, bo wiedziała, co ją czeka w domu… To uczucie — ciężar w żołądku, przyspieszony oddech — znała aż za dobrze. Jego wrzaski i przekleństwa, odbijały się echem w jej głowie zanim jeszcze wybrzmiały w jej stronę. Zdarzało się że ją szarpał, popychał i — co gorsza – podnosił na nią rękę… Jak zwykł powtarzać: „jak mówię, tak ma być”. Dlatego Lily żyła ciągle w trybie gotowości, bo pewnie trzeba będzie gdzieś pojechać, coś zrobić, po coś iść. Jej dzień rzadko kiedy należał wyłącznie do niej. Zawsze kiedy odmawiała, bo miała zbyt dużo swoich spraw na głowie, był, lekko mówiąc, niepocieszony. I znowu zaczynały się obraza, fochy, pretensje, przemoc. A później karanie ciszą, które potrafiło ciągnąć się godzinami.
Zdarzyło się też, że Lily była chora. Leżała z wysoką gorączką, cała obolała, i to ją wypadałoby wyręczyć w pewnych sprawach. Po prostu się zatroszczyć, tak jak robią bliscy sobie ludzie. Ale Matthew był wtedy wściekły. Mimo, że nic nie mówił, chodził wyraźnie nabuzowany. Jak prosiła, żeby zrobił jej herbatę z cytryną i imbirem, podał leki lub zrobił zakupy, robił to, bez słowa, ale z wielką łaską. Jak przykry obowiązek. Lily wolała wtedy, żeby nie było go w domu, a ona sama sobie jakoś poradzi. Bo nie dość, że fatalnie się czuła z powodu choroby, to jeszcze była nerwowa przez jego zachowanie. Bała się go prosić o cokolwiek, żeby nie dawać mu powodów do gniewu i wybuchów. Niejednokrotnie wolała przemilczeć własne potrzeby, byle zachować wewnętrzny spokój. A tych zakupy i tak nie zrobił, zjadł coś na mieście po pracy, a Lily została sama w domu, chora i głodna. W końcu, kiedy długo nie wracał, zrozumiała, że się go nie doczeka, i resztką sił zamówiła sobie coś do zjedzenia.
Mogłaby takich sytuacji przytaczać mnóstwo. Wracały teraz wszystkie naraz, nachodząc jedna na drugą, aż trudno było złapać oddech. Czuła, jak zaczęło jej się mieszać w głowie — tamte sytuacje i ta chwila, jego głos sprzed miesięcy i ten sprzed kilku minut. Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk przychodzących wiadomości i ukradkiem zerknęła na swój telefon. Przychodziły jedna za drugą.
MATTHEW: Zatrzymaj się, Lily!
MATTHEW: I tak mi nie uciekniesz!
MATTHEW: Nie dramatyzuj
MATTHEW: Nic takiego się nie stało
Droga była wąska i kręta, śliska od deszczu. Jechała za szybko, za nerwowo. W jej głowie pulsowały tylko jego słowa. Beznadziejna. Nikim. Beznadziejna. Zakręt pojawił się znikąd. Wcisnęła hamulec. Zbyt późno, zbyt gwałtownie. Koła straciły przyczepność. Samochód zarzuciło.
— Nie, nie, nie… — wyszeptała.
Nie zdążyła nic zrobić. Auto wypadło z drogi i poleciało w dół. Dachowała. Raz, drugi, trzeci. I wtedy czas się rozciągnął. Nie czuła już własnego ciała. Widziała tylko obrazy. Urywki wspomnień, które przebijały się przez szum, jakby rozbijały się razem z szybą samochodu.
***
— Z kim pisałaś? — jego głos był jak uderzenie.
To był kolega z pracy. Zwykłe pytanie o projekt. Ale Matthew nie chciał słuchać.
— Jeśli kiedykolwiek jeszcze napisze, pokażesz mi wiadomość. Rozumiesz?
Szarpnął ją wtedy za nadgarstek tak mocno, że została jej czerwona pręga. Wytrącił telefon z ręki. Przepraszał później, mówiąc, że to przez napięcie w pracy.
***
Kolejne uderzenie metalu o ziemię. Głowa Lily uderza o boczną szybę. Obraz się rwie.
***
Siedzieli razem przy stole. Chciała spróbować nowego przepisu.
— Mięso jest niedogotowane. I ryż się klei. Czy Ty kiedykolwiek zrobiłaś coś dobrze?
Zacisnęła dłonie pod stołem. Nic nie odpowiedziała.
— Bez mnie nie miałabyś gdzie mieszkać. Nikt Cię nie chciał wcześniej, więc może doceń, że ja Cię wybrałem.
Wstając od stołu, z pogardą zrzucił ze stołu talerz z posiłkiem, który przygotowała dla niego Lily. Sprzątała w ciszy, klęcząc na podłodze i przełykając łzy.
***
Zgrzyt metalu. Samochód przetacza się po kamieniach.
***
Wieczór. Kłótnia. Nie pamiętała już, o co. Może o to, że poszła z Kat na kawę bez pytania? Krzyczał. Podniósł rękę. Najpierw tylko na wysokość barków. A potem… uderzył ją. W policzek, otwartą dłonią. Następnie chwycił za ręce i szarpiąc w złości, popchnął ją na ziemię. Upadając, uderzyła głową o ścianę. To był pierwszy raz, kiedy ją uderzył, i tym jednym razem zapoczątkował serię powtarzającej się przemocy fizycznej… Lily poczuła wtedy przenikający strach, a ból rozszedł się po kościach. Zamknęła się w łazience i spędziła tam całą noc. Następnego dnia kupił jej piękny naszyjnik i przepraszał. Powiedział, że „też jest tylko człowiekiem”. W innych okolicznościach byłaby w siódmym niebie otrzymując taki prezent. Przecież chyba każda kobieta uwielbia biżuterię? Jak to śpiewała Marilyn Monroe — „diamonds are a girl’s best friend”.
***
Kolejne uderzenie. Szyba pęka. Chłód wdziera się przez szczeliny. W ustach czuć krew.
***
Spacer po parku. Mężczyzna idący z naprzeciwka ze swoim psem uśmiechnął się i skinął głową, a właściwie to wykonał po prostu zwykły, ludzki gest pozdrowienia dla przechodzącej pary. Lily odwzajemniła uśmiech myśląc, że są jeszcze pozytywni ludzie na świecie. Natomiast Matthew nie odwzajemnił gestu, jego szczęka zacisnęła się mocno a w nim się zagotowało. Ubzdurał sobie, mężczyzna ten gest wykonał do Lily, a jej się spodobało. Jednak w tym momencie nie powiedział ani słowa, nigdy nie robił tego publicznie.
— Lubisz, jak inni Cię oglądają? — krzyknął, kiedy byli już w domu. — Zawsze tak prowokujesz!? A może chciałabyś go poznać bliżej, co?!
Przycisnął ją wtedy do ściany mieszkania. Złapał za gardło, nie, żeby przydusić, ale wystarczająco, by ją przestraszyć. Potem pocałował ją równie mocno. I wziął to, co jego, tam, przy tej ścianie. Tamten gość z parku może tylko pomarzyć o Lily. Jego Lily.
***
Samochód dachował ostatni raz, lądując na kołach, poobijany, ze zgniecionym przodem. Nastaje cisza. Nienaturalna. Paraliżująca. Światła oświetlały chaotycznie krwawiącą korę pni i połamane gałęzie. Lily siedziała nieruchomo na fotelu kierowcy, z głową opartą o kierownicę. Jej oddech był płytki, a krew z rozcięcia na czole spływała powoli po twarzy. Ciało drży. Nie wiedziała, gdzie jest. Nie wiedziała… czy jest. Ale w tej ciszy, w tym niemym krzyku metalu i wspomnień, zaczynała rozumieć coś jeszcze: to wszystko nie było jej winą. Nigdy nie było.
Rozdział 6
Deszcz dudnił jednostajnie o przednią szybę, rozciągając się na szkle jak płynne pajęczyny. Auto sunęło spokojnie po mokrym asfalcie, wypełniając ciszę rozmową dwóch mężczyzn — zmęczoną, ale lekką, przetykaną śmiechem.
— I co Ty robisz z tą swoją wolną niedzielą, jak już ją masz? — zapytał Caleb, opierając głowę o zagłówek.
— Śpię. Oddycham. Udaję, że nie istnieje „pożarowy” świat. Albo robię naleśniki.
— Ty i te twoje naleśniki…
Jake Turner uniósł kącik ust, ale nie odpowiedział. Miał trzydzieści jeden lat. Był wysoki — metr osiemdziesiąt siedem wzrostu — i nosił w sobie opanowanie i siłę kogoś, kto niejedno już widział. Jasne oczy, w chłodnym odcieniu balansującym gdzieś pomiędzy szarością a błękitem kontrastowały z ciemnymi, brązowymi włosami. Nosił je krótko przycięte po bokach, na górze nieco dłuższe. Układały się niedbale, jakby nie poświęcał im zbyt wiele uwagi — i właśnie to sprawiało, że wyglądały tak dobrze. Twarz z lekko zarysowanym zarostem była spokojna i czujna, ale gdy się uśmiechał, pojawiały się rozbrajające dołeczki. Jego sylwetka zdradzała lata ciężkiej pracy — szerokie ramiona, umięśnione przedramiona, wyprostowana postawa. To wyrzeźbione ciało i prosty sposób bycia zdradzały człowieka, który nie szukał poklasku. Strażakiem był z wyboru, nie z przypadku. Kochał swoją pracę — w niej odnajdywał cel, adrenalinę i poczucie, że robi coś naprawdę wartościowego. Dawała mu ona poczucie celu. Satysfakcję. Spokój. I sens. Obok niego za kierownicą siedział Caleb Ryder — zupełne jego przeciwieństwo. Niezbyt wysoki, krępy, z krótkimi włosami ściętymi na jeżyka i łobuzerskim uśmiechem, który zdawał się nigdy nie znikać z jego twarzy. Jednak kiedy przychodziło co do czego, jako pierwszy stawiał się w pracy i był gotów do akcji. Był niczym wulkan energii. Uwielbiał się śmiać, żartować i komentować wszystko dookoła. Wszędzie go było pełno. Gdyby ktoś nie znał ich obu, mógłby pomyśleć, że Jake jest introwertykiem, a Caleb jego zbyt głośnym cieniem.
Na fotelu pasażera Jake nagle poruszył się niespokojnie i zmarszczył brwi. Na karku poczuł znajome mrowienie — jakby jego ciało wiedziało coś, czego umysł jeszcze nie uchwycił. Nie potrafił tego nazwać. Jakaś niewidzialna dłoń osunęła się po kręgosłupie, zostawiając po sobie lodowaty ślad. Zjeżyły mu się włoski na przedramionach.
— Co jest? — Caleb spojrzał na niego z ukosa. — Nie mów, że przez ten deszczyk robisz się teraz sentymentalny.
— Nie wiem, stary… Mam dziwne przeczucie. Zwolnij trochę.
— Przeczucie? Serio, Jake? To tylko deszcz. Nie jesteśmy z cukru. — rzucił z rozbawieniem
Jake nie odpowiedział. Jego szczęka była napięta, spojrzenie utkwione w mokrej nawierzchni, która odbijała światła samochodu. Dreszcze, które przeszły mu po plecach, nie były spowodowane chłodem ani strachem. To była ta sama intuicja, która nieraz ostrzegała go przed dramatem, zanim jęk syreny wypełnił powietrze, zanim jeszcze płomienie objęły dom. Strażacy tego nie tłumaczą. Po prostu uczą się ufać takim sygnałom. Caleb westchnął, ale lekko zdjął nogę z gazu. W ciszy słychać było jedynie miarowe bębnienie deszczu o dach auta i szum wycieraczek. Kilka metrów dalej, tuż przy zakręcie, uwagę Jake’a zwróciły ślady hamowania. Świeże. I zbyt ostre, nieregularne, jakby ktoś stracił panowanie nad kierownicą.
— Zwalniaj! — powiedział ostro.
Caleb już to zrobił. Jake patrzył w dół, w stronę skarpy porośniętej mokrą trawą i krzewami. I wtedy zamrugał, raz jeszcze.
— Patrz na dół. Widzisz to?
Caleb zahamował gwałtownie i zjechał na pobocze. Spojrzał w kierunku, gdzie tamten patrzył — i nagle zobaczył to samo. W dole, na wpół zakopany w krzakach, roztrzaskany samochód. Biała plama, ledwo widoczna w deszczu. Dach zgnieciony, maska wbita w pień sosny. Nie było widać, czy ktoś siedzi w środku.
— O cholera… Widzę to.
Jake już otwierał drzwi.
— Dzwoń po pomoc — rzucił przez ramię, zbliżając się do skraju. — I niech się pośpieszą.
— Zaczekaj! Nie schodź tam sam!
— Nie możemy tego tak zostawić! Może ktoś tam jest. Może wciąż żyje!
Przepaść nie była głęboka, ale wystarczająco stroma i niebezpieczna — zbocze pokrywały mokre kamienie i błoto. Jake zbiegał już w dół zbocza, zjeżdżając miejscami na błocie. Caleb zaklął cicho, wybrał numer i ruszył za nim. Deszcz uderzał o ich kurtki, a błoto pod stopami chlupało. Było ślisko. Niebezpiecznie. Gałęzie biły ich po twarzach, a buty co chwilę traciły przyczepność. Jego ciało zdawało się stworzone do tej pracy — silne, szybkie, pewne. Kochał to, co robił. Kochał ratować, działać, być tam, gdzie inni się cofną. A teraz każda komórka jego ciała mówiła mu, że ktoś tam na dole potrzebuje pomocy. Caleb, choć niższy i bardziej krępy, teraz, gdy ślizgał się na stromiźnie, klnąc pod nosem, nie tracił rezonu.
— Kiedy to się skończy, kupujemy Ci kryształową kulę — rzucił do Jake’a, dysząc z wysiłku.
Jake nie odpowiedział. Zbliżali się do auta i wtedy ją zobaczył. Nie miał jeszcze pojęcia, że ta chwila na zawsze wpisze się w jego historię. Że jego twarz, którą przed chwilą oświetlały jedynie uliczne latarnie i kontrolki na desce rozdzielczej, za moment zobaczy ktoś, dla kogo stanie się synonimem bezpieczeństwa. Wewnątrz, na miejscu kierowcy, znajdowała się kobieta. Jej głowa opadała bezwładnie, twarz była częściowo zakryta zakrwawionymi włosami. Serce Jake’a zabiło mocniej. I to nie tylko z powodu gwałtownego wyrzutu adrenaliny, widoku ciała uwięzionego w rozbitym samochodzie czy tego znajomego ciężaru odpowiedzialności, który zawsze brał na siebie, gdy ratował ludzi. Było w tym coś innego, coś, co uderzyło w niego znienacka, zupełnie nie pasując do sytuacji. Jakby w tej jednej sekundzie, w tej mieszaninie zapachu spalonej gumy, benzyny i wilgotnej ziemi, wyczuł coś… osobistego. Nie znał jej. Widział tylko fragmenty jej twarzy, zasłonięte jasnymi włosami i poplamione krwią. A jednak w tej niewyraźnej, chaotycznej mozaice obrazu i dźwięków poczuł nagły ciężar, który spadł mu na barki — ciężar, którego nie chciał zrzucać. Coś w środku podpowiadało mu, że nie może jej stracić. Że musi zrobić wszystko, absolutnie wszystko, by miała szansę otworzyć oczy i wziąć oddech. To było irracjonalne. Nie rozumiał tego. Ratował już setki ludzi, a jednak teraz… teraz czuł, jakby to miało inne znaczenie. I co dziwniejsze, poczuł, że jest na to gotowy — choć przez długi czas sądził, że już nigdy nie będzie. To uczucie było dziwne, niewytłumaczalne, ale silne. I właśnie dlatego zacisnął szczęki i przysiągł w myślach, że dopóki on tam jest, ta kobieta nie zostanie sama. Wiedział też jedno: musieli się pospieszyć.
***
Ciemność. Potem krótkie, ostre błyski światła za powiekami. Świat wokół niej falował, jakby ktoś pociął rzeczywistość na kawałki i wrzucił je do wirującej wody. Lily nie wiedziała, gdzie jest. Czuła zimno, które wdzierało się pod ubranie, przeszywało aż do kości. Ból pulsował w jej skroniach, przesuwał się wzdłuż kręgosłupa, paraliżując każdy oddech. W ustach miała metaliczny smak krwi, a powietrze, którego próbowała zaczerpnąć, zdawało się gęste i ciężkie. Nie rozumiała, co się stało. Otworzyła oczy na moment, ale świat przed nią był rozmazaną plamą kolorów i cieni. Coś było nie tak. Coś strasznie nie tak. Chciała poruszyć ręką, nogą — cokolwiek — ale mięśnie odmawiały posłuszeństwa. W głowie huczało, jakby ktoś uderzał w stalowy bęben.
Nagle usłyszała odgłosy — ciężkie kroki, szarpnięcia za drzwi, głuchy stuk metalu. Jej serce zabiło w panice, w głowie eksplodowała myśl, tak jasna i przerażająca, że na moment zapomniała o bólu. Matthew. Przyszedł spełnić swoją groźbę. Nie będziesz moja, to nie będziesz niczyja. Strach zalał ją jak wrzątek. Chciała krzyczeć, ale z gardła wydobył się jedynie chrapliwy, ledwo słyszalny dźwięk. Szarpała się w myślach, próbując zmusić ciało do ucieczki, lecz była jak sparaliżowana. Kolejne szarpnięcie drzwi. Metal jęknął. Potem kolejne, mocniejsze uderzenie. Nagle światło zalało wnętrze samochodu. Ktoś pochylił się nad nią, mówił coś… słowa były urywane, ton jednak stanowczy i spokojny.
— Kark nie jest złamany… Dobrze… Słyszysz mnie? Wszystko będzie dobrze. Pomoc w drodze, zaraz przyjedzie karetka. Spróbuję odpiąć pas, a potem Cię wyciągnę.
Jej umysł, oszołomiony bólem, przefiltrował to przez mgłę paniki. Ciepły, głęboki głos, zupełnie inny niż ten, którego się spodziewała. A jednak, instynktownie, wciąż walczyła.
— Zostaw… mnie… — wyszeptała resztkami sił. — Nie dotykaj. Wolę tu umrzeć…
Tymczasem Jake szarpał pas bezpieczeństwa, nie mogąc go odpiąć.
— Caleb, pas się zaciął! Nie mogę jej wyciągnąć!
Caleb podbiegł i spróbował swoich sił. Próbowali odpinać pas na przemian, niestety bezskutecznie.
— Musimy go przeciąć! Daj mi chwilę — powiedział Caleb, przeszukując kieszenie swojej kurtki.
Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni mały scyzoryk. Chwycił pas i zaczął go rozcinać. Kiedy w końcu się udało, instynktownie odsunął się i ustąpił miejsca Jake’owi, jakby wyczuwał jego potrzebę wyciągnięcia tej dziewczyny z samochodu osobiście. W końcu znał jego przeszłość, nie trudno było mu się domyślać pewnych rzeczy.
Lily poczuła, jak mocne, pewne ręce unoszą jej ciało. Były silne, ciepłe i nie sprawiały bólu, tylko dawały… ukojenie. To na pewno nie był Matthew.
— Już jesteś bezpieczna. Wszystko będzie dobrze — powtórzył głos tuż przy jej uchu.
Z wysiłkiem uniosła powieki. Twarz, którą zobaczyła, nie należała do Matthew. To był ktoś inny. Ktoś obcy, a jednak w tej jednej sekundzie poczuła coś, czego nie czuła od dawna — bezpieczeństwo. Nie wiedząc czemu, oplotła jego szyję rękami, jakby kurczowo trzymała się kotwicy w morzu chaosu. Bała się, że jeśli puści, to koszmar wróci. Nagle jej ramiona opadły, palce rozluźniły uścisk a cały strach, ból i stres odpłynęły wraz z resztkami świadomości. Napięcie opuściło jej ciało, jakby w jednej chwili zgasł ogień paniki. I zemdlała, wtulona w jego ramiona.
***
Zostaw mnie… Nie dotykaj… Wolę umrzeć…
Te słowa wbiły się w Jake’a głębiej niż powinny. Nie wiedział, co ta dziewczyna przeżyła, ale wiedział, że nikt, absolutnie nikt, nie powinien mówić tego w takiej chwili. Co kryło się w jej głosie — był to strach, rezygnacja a może coś więcej? A potem, kiedy na ułamek sekundy jej ręce zacisnęły się wokół jego szyi, poczuł to aż w piersi. Trzymał ją mocno, czując dziwną, niewytłumaczalną pewność, że od tej chwili jej los nie będzie mu obojętny.
***
W górze rozbłysły czerwone i niebieskie światła. Syrena karetki zagłuszała wszystko, a zaraz obok niej zatrzymał się wóz straży pożarnej i radiowóz policji. Echo odbijało się od ścian lasu, mieszając się z odgłosem trzaskających wciąż fragmentów karoserii, które osuwały się w dół zbocza. Zapach spalonej gumy i benzyny był przytłaczający.
Jake obejrzał się przez ramię, gdy usłyszał wołania. Dwóch strażaków już schodziło stromym zboczem, oświetlając sobie drogę latarkami czołowymi. W rękach nieśli deskę ortopedyczną i pasy stabilizujące.
— Tutaj! — krzyknął Jake, unosząc lekko dziewczynę, żeby ich naprowadzić.
— Jakie obrażenia? — rzucił jeden z nich, klękając obok.
— Nie wiem, jest nieprzytomna. Oddycha. Ocknęła się na moment, ale szybko znów odpłynęła — odpowiedział Jake, czując, jak jego głos drży, choć nie chciał tego po sobie pokazać.
Strażacy wymienili krótkie spojrzenia i zaczęli działać. Jeden przytrzymywał jej głowę, drugi przygotowywał deskę.
— Na trzy kładziemy. Raz… dwa… trzy.
Jake wciąż trzymał ją przy sobie, dopóki pasy nie zostały zapięte. Caleb, który stał nieco z boku, od razu podszedł, gdy zobaczył, że trzeba będzie iść w górę stromego zbocza. Droga była trudna. Śliska ziemia pod nogami, korzenie wystające jak pułapki, a po bokach sterczały ostre fragmenty blachy i szkło rozsypane wśród liści. Każdy krok był powolny, wyważony. Jake czuł, jak napina mu się każdy mięsień pleców, starając się utrzymać równowagę. Strażak idący z przodu co chwilę rzucał krótkie komendy.
— Uwaga na kamień. Stop. Teraz w lewo.
Na górze czekał kolejny zespół ratowników, już z przygotowaną karetką. Drzwi były szeroko otwarte, wnętrze oświetlone białym, zimnym światłem. Od razu przejęli ranną, ostrożnie przenosząc ją do środka.
— Ile czasu była nieprzytomna? — zapytał jeden z ratowników, gdy zamykali drzwi.
— Minutę, może dwie, ale wcześniej była w szoku, kontakt był utrudniony — odpowiedział Jake, czując, że jego serce bije szybciej, niż powinno.
W środku karetki błysnęły latarki. Jeden z ratowników zakładał maskę tlenową, drugi sprawdzał tętno i źrenice. Ktoś przecierał jej twarz, usuwając krew i brud, inny podłączał przewody do monitora. Tymczasem dwóch funkcjonariuszy z radiowozu podeszło do Jake’a i Caleba.
— Jake, Caleb — policjantka skinęła im głową w geście przywitania. — Widzieliście moment wypadku? — zapytała, wyjmując notatnik.
— Nie. Zauważyliśmy na drodze świeże ślady hamowania, a chwilę później dostrzegliśmy samochód na dole zbocza.
— Potrzebuję krótkiego opisu sytuacji — dodała tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu.
— Jasne, Claire.
Jake odpowiadał, ale myślami był cały czas przy tej kobiecie, którą właśnie pomógł ratować. Co kilka sekund zerkał na karetkę, jakby samym spojrzeniem mógł upewnić się, że oddycha. Caleb też wyglądał na poruszonego, choć próbował zachować spokój. Strażacy zaczęli zabezpieczać samochód, a policja oznaczyła teren taśmą. W powietrzu unosił się zapach benzyny, a gdzieś w oddali było słychać szum pobliskiego potoku. Drzwi karetki zatrzasnęły się, a silnik zawył. Pojazd ruszył w stronę szpitala, zostawiając za sobą migoczące w ciemności czerwone i niebieskie refleksy.
Jake patrzył, aż zniknęli za zakrętem, czując dziwną, niepokojącą pustkę, jakby z każdą sekundą oddalało się coś, co przed chwilą zaczął trzymać w ramionach nie tylko fizycznie, ale i w sposób, którego jeszcze sam nie rozumiał.
Rozdział 7
Świadomość wracała do Lily powoli, jakby przebijała się przez gęstą mgłę. Najpierw dźwięki — ciche piknięcia aparatury, szum klimatyzacji, gdzieś w oddali głosy. Potem zapach — sterylny, chłodny, z nutą czegoś metalicznego. Otworzyła oczy i przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest. Białe ściany. Metalowe łóżko. Plątanina rurek i kabli. Na piersi przyklejone elektrody, do ręki podłączona kroplówka, a z boku cienka rurka prowadząca do plastikowego worka. Serce zabiło jej szybciej — ciało obce w obcym świecie.
Powoli zaczynało do niej docierać, co tak naprawdę się wydarzyło. To już nie były zwykłe docinki, słowa raniące jak ostrze, ani nawet te momenty, gdy pozwalał sobie na szarpnięcie, pchnięcie czy uderzenie. Tym razem stawką było jej życie. Czy Matthew naprawdę chciał ją zabić? Czy z takim zamiarem przyjechał na ten weekendowy wypad? Ona chciała naprawić to, co się między nimi popsuło, a on… on postanowił zakończyć wszystko w najbardziej ostateczny sposób. Czy ta awantura o rozlane wino była akurat wygodnym pretekstem? W końcu nie pozwolił jej odjechać. Pojechał za nią… a właściwie to rzucił się w pościg. Widział, co się stało. Widział, jak traci kontrolę, jak dachuje w przepaść. A potem… po prostu ją zostawił. Samą. Porzuconą, jakby była nikim. Nie udzielił pomocy, nie zadzwonił po pogotowie. Zapewne po prostu odjechał, nie oglądając się za siebie. Jakim trzeba być człowiekiem, by tak postąpić? A jeśli… jeśli on ją znajdzie? Przyjdzie tutaj, do szpitala? Co zrobi, jeśli znów stanie w jej drzwiach, jak gdyby nic się nie stało? Co ona wtedy zrobi?! Jak ma się zachować? Jej myśli biegły w chaosie, serce biło coraz szybciej, a w gardle pojawiła się paląca suchość. Czuła, że grunt usuwa jej się spod nóg — i że po raz pierwszy w życiu naprawdę nie wie, co będzie dalej.
Podniosła się lekko, czując kłujący ból w żebrach, i zerknęła w stronę małego lustra wiszącego na ścianie. Zamarła. Twarz, którą zobaczyła, wyglądała jak po brutalnym spotkaniu z rzeczywistością. Lewy policzek przecięty długą, czerwoną raną, wokół oka fioletowo-żółty siniak. Skroń zdobiła cienka opaska z gazą, pod którą czuła pulsujący ból. Wargi spękane, dolna lekko opuchnięta. Włosy, kiedyś miękkie i jasne, teraz posklejane zaschniętą krwią.
Drzwi otworzyły się cicho i do sali wszedł mężczyzna w białym kitlu.
— Dzień dobry, Panno Harper. Jest Pani w szpitalu. Miała Pani poważny wypadek samochodowy.
Zaczął spokojnym głosem wymieniać obrażenia: wstrząśnienie mózgu, pęknięte żebro, kilka powierzchownych ran ciętych na twarzy i ciele, siniaki na biodrze i udzie, lekka kontuzja barku.
— Na szczęście nie ma złamań otwartych ani poważniejszych uszkodzeń narządów. Miała Pani dużo szczęścia.
— Jak długo już tu jestem? — spytała cicho Lily, czując suchość w gardle.
— Trafiła Pani do nas wczoraj późnym wieczorem. Od tamtej pory jest Pani pod naszą stałą obserwacją. Na korytarzu czeka policjantka — dodał po chwili. — Chciałaby z Panią porozmawiać.
Lily skinęła głową. Do sali weszła wysoka kobieta w ciemnym mundurze, z krótko ściętymi włosami i surowym spojrzeniem. Było w niej coś twardego, ale i dziwnie kojącego.
— Panna Harper, tak?
— Tak.
Kobieta poprawiła mundur i wyciągnęła legitymację.
— Starsza aspirant Claire Donovan. Prowadzę czynności w sprawie wypadku. Chciałabym zadać kilka pytań dotyczących wczorajszego zdarzenia. Czy jest Pani w stanie mówić?
— Tak, chyba tak — odpowiedziała, splatając nerwowo dłonie.
— O której godzinie mniej więcej Pani wyjechała?
— Nie pamiętam dokładnie… późny wieczór. Może… po dwudziestej pierwszej?
Policjantka zanotowała coś i zmrużyła oczy. Lily poczuła, jak robi jej się gorąco.
— Jaki był cel podróży?
— Wracałam do domu — powiedziała szybko, zbyt szybko.
— Czy przed wypadkiem spożywała Pani alkohol lub inne środki odurzające?
— Nie. Absolutnie nie.
Jej głos zabrzmiał twardo, choć wewnątrz trzęsła się jak liść. Policjantka oparła się wygodniej na krześle, nie spuszczając z niej wzroku.
— Rozumiem. Proszę opowiedzieć, co Pani zapamiętała z momentu poprzedzającego wypadek.
Lily przełknęła ślinę. Zaczęła bębnić palcami o metalową poręcz szpitalnego łóżka.
— Padał deszcz… droga była mokra… jechałam chyba trochę za szybko. Widziałam zakręt, próbowałam zwolnić, ale… nie zdążyłam wyhamować.
Zapadła chwila ciszy. Policjantka przesunęła długopisem po notesie, po czym uniosła wzrok.
— Pani twierdzi, że straciła kontrolę nad pojazdem na zakręcie, ponieważ droga była morka z powodu deszczu?
— Tak… tak mi się wydaje.
Ani słowa o Matthew.
— Czy na drodze były inne samochody?
— Nie widziałam żadnego.
Policjantka zapisała coś jeszcze, a Lily poczuła, że każde kolejne milczenie ciąży bardziej niż pytania.
— Pamięta Pani, czy w samochodzie były jeszcze jakieś przedmioty, które mogły się przemieścić podczas uderzenia?
— Telefon… portfel… nic szczególnego.
— Skoro mowa o telefonie — znaleźliśmy go na miejscu. Ma pękniętą szybkę, ale działa.
Wyciągnęła dowód w foliowym woreczku i położyła na stoliku. Lily wzięła go do ręki i poczuła lekki ucisk w żołądku. Czy widzieli wiadomości od Matthew?
— Dziękuję — wyszeptała, czując, jak żołądek ściska się w twardy węzeł.
— Zabezpieczyliśmy go jako dowód do czasu ustalenia wszystkich okoliczności.
— Rozumiem…
— Chce Pani coś jeszcze dodać? Coś, co może mieć znaczenie? — policjantka pochyliła się lekko do przodu.
— Nie… to wszystko — odwróciła wzrok, jej czy zaszkliły się nagle, jakby miała się rozpłakać.
Claire Donovan zamknęła notes, ale nie ruszyła się z miejsca. Jej spojrzenie było czujne, zbyt długie jak na zwykłą formalność. Jeszcze chwilę przyglądała się jej twarzy, jakby próbowała zajrzeć głębiej, w głąb myśli, które Lily tak rozpaczliwie chciała ukryć.
— Na miejscu wypadku pierwsi znaleźli się strażacy, którzy wracali po służbie i akurat tamtędy przejeżdżali. To oni wyciągnęli Panią z samochodu. Z relacji jednego z nich wynika, że gdy próbował Panią wydostać z samochodu, powiedziała Pani coś w rodzaju: „Zostaw mnie tu, nie dotykaj”. Może mi Pani wyjaśnić, co miała na myśli?
Lily poczuła, jak serce zaczyna walić jej w piersi tak głośno, że miała wrażenie, iż słychać to w całym pokoju. W jednej chwili wrócił obraz Matthew — jego samochód tuż za nią, światła oślepiające w lusterku, to uczucie, że nie może uciec. Słowa, które wtedy wyszeptała, nie były skierowane do strażaków, ale do niego, choć nikt nie mógł tego wiedzieć.
— To… to był szok — wydusiła, spuszczając wzrok. — Nie wiedziałam, co się dzieje. Byłam obolała i… przestraszona. To musiało zabrzmieć dziwnie, ale nie miało żadnego znaczenia.
Claire nie odpowiedziała od razu. Mierzyła ją wzrokiem, jakby próbowała rozpoznać ukrytą prawdę. Lily czuła, że każde kłamliwe słowo unosi się w powietrzu niczym ciężar, który lada moment opadnie i zmiażdży ją na miejscu. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że nazwisko HALE wypisane jest jej na czole i policjantka tylko czeka, aż przyzna, co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy. Aspirant Donovan w końcu skinęła głową, powoli, bez przekonania.
— Rozumiem — rzuciła cicho, zapisując coś w notesie, ale Lily miała świadomość, że ta rozmowa jeszcze wróci. — Jeden ze strażaków jest teraz na korytarzu, osobiście wyniósł Panią z wraku. Jeśli Pani sobie życzy, chciałby wejść na chwilę.
Lily zamrugała, zaskoczona. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Zawahała się, ale tylko na moment.
— Tak. Chciałabym go zobaczyć.
Nagle, mimo bólu w całym ciele i ciężaru ostatnich godzin, poczuła dziwne ukłucie ekscytacji. Przypomniała sobie jego twarz — przystojną, męską, z tym spojrzeniem, które zdawało się przeszywać ciemność tamtej nocy, w którym kryła się determinacja i… coś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać. I jego ramiona — silne, pewne, które bez trudu wyciągnęły ją z wraku i przez moment miała wrażenie, że była bezpieczna, naprawdę bezpieczna, pierwszy raz od dawna. Serce przyspieszyło, jakby wbrew wszystkiemu, co ją teraz otaczało. Ekscytacja mieszała się jednak ze wstydem. Świadomość bandaży na twarzy, rozciętej skóry, siniaków — wszystkiego, co odbierało jej dawną pewność siebie — sprawiła, że zaczęło bić jeszcze mocniej. Martwiła się, czy w ogóle ją rozpozna, kiedy zobaczy ją teraz, kruchą i obolałą. Zadrżała na myśl, że ujrzy ją taką, daleką od kobiety, którą była jeszcze wczoraj…
Policjantka uśmiechnęła się krótko i wyszła. Kiedy drzwi się zamknęły, Lily poczuła, jak serce znów przyspiesza. Wiedziała, kto stoi po drugiej stronie, i choć ciało bolało ją przy każdym ruchu, czuła się gotowa na spotkanie. Drzwi uchyliły się cicho. Do środka wszedł wysoki mężczyzna w cywilnym ubraniu, z włosami w nieładzie i zmęczonym, ale łagodnym spojrzeniem. Zatrzymał się na chwilę, jakby niepewny, po czym podszedł bliżej.
— Cześć — odezwał się ciepłym, niskim głosem. — Nazywam się Jake Turner. Jestem jednym ze strażaków, którzy wyciągnęli Cię z samochodu.
Wyciągnął do niej rękę. Lily zawahała się, bo doskonale zdawała sobie sprawę, że jest blada, posiniaczona i nie wygląda tak, jak zwykle chciała wyglądać przy obcych. Szczególnie tak przystojnych. Ale potem zobaczyła w jego oczach coś, co sprawiło, że wstyd zniknął — szczerość i spokój. Ujęła jego dłoń.
— Lily… Lily Harper — Jej głos zabrzmiał ciszej, niż zamierzała. — Więc to Ty mnie uratowałeś?
Na chwilę zapadło milczenie. Ich dłonie rozłączyły się, ale żadne z nich nie odwróciło wzroku. Lily poczuła dziwne ciepło rozchodzące się po ciele — coś więcej niż wdzięczność, coś, co nie miało nic wspólnego z bólem żeber czy siniakami. Jake również wyglądał tak, jakby nie mógł oderwać od niej spojrzenia.
— Tak. Ale nie byłem sam — odpowiedział spokojnie, kojącym głosem. — Wracałem ze służby razem z kolegą, Calebem. Jechaliśmy tą drogą, kiedy zauważyliśmy świeże ślady opon i uszkodzoną barierkę. Od razu zrozumieliśmy, że ktoś mógł spaść w dół. Zatrzymaliśmy się, zeszliśmy niżej i wtedy zobaczyliśmy Twój samochód.
Lily przełknęła ślinę, znów mając przed oczami ciemność, huk i nagłe zatrzymanie.
— To musiało wyglądać… okropnie.
— Wyglądało… Ale ważne, że zdążyliśmy. Caleb wezwał karetkę, a ja od razu pobiegłem do samochodu. Kiedy zajrzałem do środka, zobaczyłem, że próbujesz się poruszyć, ale byłaś przyciśnięta pasem i uwięziona. Byłaś przytomna, ale bardzo słaba.
Między nimi zapadła cisza. Lily poczuła, jak policzki jej płoną.
— Nie wiem, jak mam Ci dziękować — odezwała się w końcu.
— Nie musisz — odpowiedział od razu. — Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo.
— Nie każdy.. — potrząsnęła głową i posmutniała, przypominając sobie tego, który ją zepchnął w przepaść i zostawił na pastwę losu.
Ta zmiana w jej twarzy nie umknęła Jake’owi. Zastanawiał się, co musiało się wydarzyć wcześniej, i przypomniał sobie co szeptała wtedy, uwięziona w samochodzie. Czy była w to zamieszana jakaś inna osoba, może mężczyzna? Czy jest w jej życiu jakiś mężczyzna? Jake zamrugał oczami, chcąc rozproszyć ten nagły natłok myśli.
— Jak się czujesz? — zapytał w końcu.
— Obolała, ale… żyję — uśmiechnęła się słabo. — To Twoja zasługa.
— Powiedziałbym, że trochę też Twoja. Mimo wszystkiego nie straciłaś przytomności, walczyłaś. To zrobiło różnicę. Na chwilę słabości pozwoliłaś sobie dopiero wyciągnięta z wraku, w moich ramionach — dodał cicho.
Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Zamiast tego spojrzała na jego dłonie — duże, mocne, wciąż lekko zadrapane. To nimi chwytał ją w tamtej chwili, to one wydobyły ją z rozbitego samochodu. Poczuła dziwną falę wdzięczności i fascynacji jednocześnie.
— Mogę jutro też wpaść, zobaczyć, jak się trzymasz — powiedział niepewnie, jakby nie chciał jej przytłoczyć.
— Chciałabym — odpowiedziała bez namysłu, zaskoczona własną szczerością.
Jake uśmiechnął się, skinął głową i położył swoją dłoń na jej dłoni. Spojrzał na nią ostatni raz.
— Odpocznij. To najważniejsze.
Kiedy wyszedł, Lily odchyliła się na poduszkach, ale nie zamknęła oczu. Wciąż widziała jego twarz i czuła przyjemny ciężar jego dłoni na swojej. Próbowała uspokoić kołaczące serce. Tłumaczyła sobie, że to tylko wdzięczność. Że to normalne, po czymś takim poczuć więź z osobą, która ocaliła Ci życie. Że to adrenalina, echo strachu i ulgi. A jednak gdzieś pod tym wszystkim wiedziała, że to nie tylko wdzięczność. Było w nim coś, co poruszało ją głębiej, niż chciała przed sobą przyznać. Ból w ciele jakby przycichł, przykryty przez coś nowego — ciche, ale silne poczucie, że to spotkanie nie było przypadkowe.
***
Jake wyszedł z sali i drzwi cicho zamknęły się za jego plecami, ale on wcale nie poczuł ulgi. Zatrzymał się kilka kroków dalej, jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Serce biło mu szybciej, wciąż czuł na skórze ciepło jej dłoni — tej kruchej, obolałej, a jednak zaskakująco silnej.
Od momentu, kiedy tylko przekroczył próg jej sali i ujrzał jej twarz, coś w nim drgnęło. Nie był to szok ani nagłe olśnienie — raczej ciche, uporczywe uczucie, jakby mózg próbował dopasować brakujący element układanki. Miał nieodparte wrażenie, że już ją gdzieś widział. Że ten widok nie był mu obcy i należał do wspomnienia, które wymykało się tuż poza zasięgiem myśli. Przez ułamek sekundy próbował się skupić, przeszukać pamięć — bar, ulica, czyjaś impreza, przypadkowe spotkanie? Nic. Obraz rozpływał się, zanim zdążył przybrać wyraźny kształt. Emocje buzujące pod skórą skutecznie odbierały mu zdolność logicznego myślenia. Złość, ulga, strach i coś jeszcze — coś niepokojąco osobistego — mieszały się w nim, nie pozwalając złapać oddechu. Przecież nigdy nie miał problemu, by oddzielić pracę od prywatnych uczuć. Widział ludzi rannych, przestraszonych, wdzięcznych. Ale z Lily było inaczej. Od pierwszej sekundy, gdy spojrzała na niego tymi wielkimi, nieco zagubionymi oczami, miał ochotę usiąść obok niej i po prostu obiecać, że już nikt jej nie skrzywdzi. Że od tej chwili on się nią zajmie. Że nie będzie musiała się o nic martwić. Przycisnął dłonie do twarzy, wciągając głęboko powietrze. Przecież to absurd. Ledwie się znali, a on miał wrażenie, jakby znał ją od lat. Jakby coś w niej wołało do tej części jego samego, którą dawno temu zamknął przed światem. A jednak teraz — obudziło się na nowo.
Myśl o tym, co mogło się wydarzyć tuż przed wypadkiem, nie dawała mu spokoju. To nie była zwykła ofiara wypadku. Coś w tym wszystkim nie pasowało. A jednak najbardziej dręczyło go to, że zamiast skupić się na odpowiedziach, on chciał tylko jednego — wrócić do tej sali, usiąść przy niej i wziąć ją w ramiona. Zabrać ją stamtąd, z dala od bólu, od strachu, od wszystkiego, co ją dręczyło. Chciał być jej bezpiecznym miejscem. Ale wiedział, że nie może. Nie teraz. Więc zamiast tego ruszył w korytarzem dalej, a w jego głowie brzmiało jedno pytanie: Kim naprawdę była Lily i dlaczego czuł, że jej los nagle stał się ważniejszy niż jego własny?
Rozdział 8
Lily poprawiła poduszkę pod plecami i sięgnęła po telefon, który oddała jej wcześniej policjantka. Ekran miał pękniętą szybkę, ale działał. Połączenie wideo zadziałało od razu — najpierw na ekranie pojawiła się Kat, chwilę później dołączyła Seline.
— Lily! — Kat aż przysunęła się do kamery, jakby chciała wyciągnąć do niej ręce. — Co się stało?! Pisałaś, że jesteś w szpitalu, a potem zamilkłaś!
— Wyglądasz blado — dodała Seline, mrużąc oczy. — Ale i tak pięknie, jak zawsze.
Lily spróbowała się uśmiechnąć, choć czuła, że jej policzki są sztywne, a oczy podkrążone.
— Jestem cała. Obolała, ale cała. Miałam… wypadek samochodowy.
— O mój Boże… — Kat zasłoniła usta dłonią. — Kiedy? Jak to się stało?!
— Wczoraj. Wracałam wieczorem do domu i straciłam panowanie nad autem. Wypadłam z drogi. Mam kilka siniaków, jestem poobijana, ale mogło być o wiele gorzej.
— Mogło się skończyć tragicznie — rzuciła Seline, wpatrując się w nią poważnie.
— Wiem — przytaknęła cicho Lily, a obraz Jake’a nachylającego się nad nią na moment przemknął jej przed oczami. — Miałam naprawdę dużo szczęścia, że ktoś akurat tam był i mi pomógł.
Kat i Seline wymieniły zaniepokojone spojrzenia.
— To najważniejsze, że żyjesz i jesteś bezpieczna — odezwała się Kat. — Powinnaś teraz tylko odpoczywać.
— Tak, żadnych stresów — dodała Seline. — A jeśli lekarze powiedzą, że masz leżeć, to leż. Nie udawaj bohaterki.
— Obiecuję, że tym razem nie będę się buntować — Lily parsknęła śmiechem.
— Ale… — Kat zmarszczyła brwi. — Mówiłaś, że ktoś Ci pomógł. Kto to był?
Na policzkach Lily pojawił się lekki rumieniec.
— Miałam szczęście, bo przejeżdżało tamtędy dwóch strażaków. Wracali po służbie i… próbowali mnie wydostać, pasy się zakleszczyły. Jeden z nich, Jake, osobiście wyniósł mnie z auta.
— Brzmi jak bohater — Kat uniosła brew z uśmiechem. — I już jesteście po imieniu widzę? Przystojny, co?
— Kat! — Seline „szturchnęła” ją łokciem, mimo że obie siedziały po różnych stronach ekranu. — To nie czas na takie pytania.
— Nie zaprzeczyła! — zaśmiała się Kat.
Lily pokręciła głową, udając, że przewraca oczami, ale w środku serce przyspieszyło jej rytm.
— Nieważne… najważniejsze, że zawdzięczam mu życie.
Zapadła chwila ciszy, aż Seline odchrząknęła i spojrzała na nią ostrożnie.
— A… Matthew? On wie, co się stało?
Lily zastygła, patrząc na ekran. Poczuła, jak w gardle rośnie jej gula.
— Nie… nie kontaktował się ze mną. I ja też nie mam z nim kontaktu.
— Nie odwiedził Cię? — Kat zabrzmiała na szczerze zaskoczoną. — Serio?
— Nie. I tak jest lepiej. Naprawdę.
Kat patrzyła na nią jeszcze przez chwilę z troską, ale nie drążyła tematu.
— Dobrze, skoro tak czujesz. Teraz najważniejsza jesteś Ty.
Lily odetchnęła głębiej, wdzięczna, że przyjaciółki nie ciągnęły tego tematu dalej.
— Zrobimy Ci potem wielką kolację powitalną — Seline spróbowała rozluźnić atmosferę — Ty nic nie gotujesz, tylko siedzisz jak księżniczka.
— I pijemy tequilę — dorzuciła Kat. — Dużo tequili.
Lily uśmiechnęła się szerzej, pierwszy raz od dawna czując, że choć jest w szpitalnym łóżku, to jednak nie jest sama.
— Trzymam Was za słowo.
Po rozmowie ekran zgasł, a w pokoju zapadła kojąca cisza, przerywana jedynie jednostajnym pikaniem aparatury. Lily oparła głowę o poduszkę i przez chwilę wpatrywała się w sufit. Ciepło, które czuła po rozmowie z dziewczynami, zaczęło powoli ustępować — zostało coś innego, cięższego, nieproszone wspomnienie. Myśl o domu, o tym, co zostawiła za sobą, o tym, jak dawno nie rozmawiała z matką. Nie tęskniła… a może po prostu nauczyła się nie tęsknić. Nie zadzwoniła do niej. Nawet przez chwilę o tym nie pomyślała. Ich rozmowy i tak zawsze kończyły się tym samym — troską, która przeradzała się w kontrolę, w pytania, na które Lily nie miała już siły odpowiadać. „Gdzie jesteś? Z kim? O której wrócisz? Czemu nie odbierasz telefonu?” Z pozoru niewinne, a w praktyce duszące. Każdy wieczór z przyjaciółmi kończył się stresem — zamiast cieszyć się chwilą, Lily nerwowo zerkała na ekran, bo wiedziała, że lada moment zadzwoni matka, a po kilku nieodebranych połączeniach zacznie się histeria.
Pamiętała, jak któregoś lata po raz pierwszy odważyła się zostać dłużej na ognisku nad jeziorem. Chłodny wiatr mieszał się z zapachem dymu i śmiechem znajomych, a ona w końcu czuła się częścią czegoś beztroskiego, normalnego. Do momentu, aż ktoś podał jej telefon — dzwoniła mama. Z trudem wcisnęła wtedy „odrzuć”, ale już po chwili znów wibrował. Potem przyszły wiadomości: „Lily, co się dzieje?! Czemu nie odbierasz? Czy coś się stało?!”
Zamiast zostać do końca, spakowała się i pojechała do domu. Czekała na nią matka, roztrzęsiona, z wyrzutem w oczach, jakby właśnie wróciła z pola bitwy, nie z ogniska. Przez lata próbowała rozmawiać i tłumaczyć matce, że to nie troska, tylko osaczenie. Że inne dziewczyny mogły cieszyć się młodością, śmiać, poznawać ludzi — a ona musiała stale tłumaczyć się z każdej minuty, jakby była pod czujnym okiem strażnika. Ale nie dało się z nią tak rozmawiać.
Zanim Lily wyprowadziła się z domu, zebrała w sobie odwagę, by wreszcie to wszystko powiedzieć. Pamiętała ten dzień do dziś — zapach kawy, zamknięte okno, słońce wpadające do kuchni. Mama siedziała naprzeciwko, z kubkiem w dłoniach, i słuchała w milczeniu. A Lily mówiła — a właściwie wyrzucała z siebie słowa, jakby chciała się ich wreszcie pozbyć, zrzucić z barków cały ciężar, który niosła przez całą młodość. Głos drżał jej od emocji, momentami podnosiła ton, czasem zacinała się, przełykała łzy i rozkazywała sobie w myślach, żeby się nie rozpłakać. To wszystko kosztowało ją więcej nerwów, niż kiedykolwiek przypuszczała. Mówiła o tym, że czuła się jak w klatce, że każde wyjście z domu kończyło się awanturą, że miała dość życia w ciągłym lęku, że matka nigdy jej nie słuchała, tylko zawsze wiedziała lepiej. Przez chwilę w kuchni panowała cisza. Lily miała nadzieję, że może tym razem coś dotarło, że może choć jedno słowo znajdzie drogę do jej matki. Ale ta gwałtownie odstawiła kubek, aż kawa rozlała się na stół.
— Jak Ty możesz tak mówić?! — wykrzyczała, jej głos załamał się od emocji. — Ja całe życie się o was martwiłam! O Ciebie, o ojca! Wszystko robiłam sama, a wy oboje… wy oboje pięknie mi się odwdzięczyliście!
Po tych słowach wstała gwałtownie, jakby coś ją paliło, i wybiegła z kuchni, zakrywając twarz dłonią. To był moment, w którym coś w Lily pękło. Dotarło do niej wtedy, że matka nie chce zrozumieć — że każda rozmowa skończy się tym samym poczuciem winy, które Lily miała nosić do końca życia. Pamięta, że stała później sama w kuchni, wciąż drżąca, z sercem walącym jak młot. W powietrzu unosił się zapach rozlanej kawy, ciężki i gorzki — dokładnie taki jak to, co czuła w środku.
Z ojcem było inaczej, ale wcale nie lepiej. Po rozwodzie i wyprowadzce czasem pisał, próbował utrzymywać kontakt. Przesyłał zdjęcia z wakacji, opowiadał o nowym psie, o pracy, o tym, że „muszą się koniecznie zobaczyć”. Był w tym jakiś rodzaj czułości, ale też ogromna powierzchowność — jakby oboje grali w rolę, która miała ich usprawiedliwić przed samymi sobą. Jednak nigdy nie zadzwonił, kiedy naprawdę tego potrzebowała. Ich rozmowy toczyły się po powierzchni — pogoda, praca, weekendowe plany. Nic, co by naprawdę znaczyło. On chyba naprawdę wierzył, że wszystko jest w porządku. Że ten ich kontakt, sporadyczne wiadomości i uprzejme uśmiechy, wystarczają. A przecież nie wystarczały. Gdyby teraz się dowiedzieli, mama zamieniłaby jej szpitalny pokój w scenę histerii, a ojciec pewnie przyjechałby z tą swoją nową rodziną, udając, że są zjednoczeni w trosce, że wszystko da się naprawić jednym uściskiem. Nie potrzebowała tego. Potrzebowała spokoju. I ludzi, którzy naprawdę byli z nią — nie tylko wtedy, gdy wypadało.
***
Następny dzień w szpitalu przyniósł Lily odrobinę ulgi. Ból wciąż dawał o sobie znać, każdy ruch przypominał o obrażeniach, ale jej ciało powoli zaczynało się poddawać procesowi leczenia. Kroplówka kapała rytmicznie, aparatura czuwała nad jej oddechem i sercem, a ona miała wreszcie czas, by choć na moment odłożyć na bok wszystkie lęki. Po raz pierwszy od dawna mogła pozwolić sobie na odpoczynek bez wyrzutów sumienia. W tej sterylnej, cichej przestrzeni czuła się odizolowana od problemów, które jeszcze wczoraj zdawały się przytłaczać ją bez reszty. Wiedziała, że to tylko chwilowa ucieczka, lecz była jej potrzebna — jak haust powietrza po zbyt długim zanurzeniu. Kiedy słońce zaczęło przesączać się przez zasłonięte żaluzje, Lily poczuła w sobie nieśmiały przebłysk nadziei. Może tym razem uda jej się wyjść na prostą. Może naprawdę będzie miała szansę na nowe życie. Nie wiedziała jednak, że tego dnia drzwi do jej sali otworzą się dwukrotnie — i że każde z tych wejść będzie miało zupełnie inne znaczenie.
Kiedy po raz pierwszy otworzyły się cicho, do środka weszła starsza aspirant Claire Donovan. Miała w ręku teczkę i kubek kawy z dyżurki.
— Przepraszam, że znów przeszkadzam, Lily. Potrzebuję jeszcze kilku szczegółów do raportu. Nic wielkiego, kilka minut.
Lily skinęła słabo głową. Serce miała obolałe od tego wszystkiego, ale obecność policjantki nieco ją uspokajała. Claire przysunęła sobie krzesło bliżej łóżka i zaczęła zadawać pytania, notując coś w teczce. I wtedy drzwi otworzyły się ponownie. Do sali wszedł… Matthew! Elegancki, spokojny, z tą maską troski, którą znała aż za dobrze. Lily zesztywniała. Aparatura przy łóżku natychmiast zasygnalizowała gwałtowny skok tętna. Policjantka odruchowo spojrzała na monitor, a potem na twarz Lily. Zauważyła, jak kolor odpłynął jej z policzków, jak dłonie kurczowo ściskają prześcieradło. Wycofała się pod okno, skąd miała dobry widok na całą salę.
— Lily — odezwał się łagodnym tonem, jakby nigdy wcześniej nie podniósł na nią głosu. — Jak się czujesz, kochanie?
Jej gardło ścisnęło się boleśnie.
— Dobrze…
Claire uniosła brew, ale milczała, obserwując dalej. Matthew podszedł bliżej. Spojrzał w jej stronę.
— Och, masz gościa?
— Pani aspirant przyszła zadać mi kilka dodatkowych pytań odnośnie… zdarzenia.
— Ach tak? — popatrzył na Lily spod przymrużonych oczu. — W każdym razie tak się martwiłem! Nie mogłem przestać myśleć o tym, co się stało.
— Mhm — Lily skinęła głową, uciekając wzrokiem w bok.
Każde jego słowo wbijało się w nią jak szpilka.
— Wyglądasz krucho — mówił dalej, pochylając się nad nią. — Ale ja się Tobą zajmę. Zawsze będę przy Tobie.
— Nie… — wyrwało jej się, szybciej, niż zdążyła to przemyśleć — Znaczy… mam tu dobrą opiekę.
Claire zauważyła, jak dłonie Lily drżą pod cienką kołdrą. Na jej twarzy nie było śladu ulgi, tylko strach i napięcie. Matthew wyprostował się, a jego uśmiech stał się bardziej sztuczny.
— Nie będę przeszkadzał, odpoczywaj — powiedział tonem, w którym delikatnie wybrzmiewało rozdrażnienie. — Wkrótce znów się zobaczymy.
Odwrócił się i wyszedł, zamykając drzwi zbyt energicznie jak na kogoś, kto deklarował troskę. W sali zapadła cisza. Lily spuściła głowę, próbując uspokoić oddech. Aparatura powoli rejestrowała spadek tętna, ale jej dłonie nadal drżały. Policjantka odłożyła teczkę na bok i pochyliła się w jej stronę.
— Lily… Wszystko w porządku?
— Tak — wydusiła z siebie, nie patrząc jej w oczy. — Wszystko dobrze.
Ale Claire wiedziała, że to kłamstwo. Widziała jej reakcje — przerażenie w oczach, napięcie mięśni, uciekanie wzrokiem, krótko urywane odpowiedzi. Każdy gest krzyczał coś zupełnie innego, niż słowa. Aspirant nie była specjalistką od psychologii, ale lata pracy nauczyły ją rozpoznawać takie reakcje. Jednak nie naciskała. Wiedziała, że czasem trzeba dać przestrzeń. Kilka godzin później, już po wyjściu Matthew, zadzwoniła do zaprzyjaźnionej psycholog. Dr Evelyn Carter była jej zaufaną osobą — nie tylko profesjonalistką, ale też kobietą, która prywatnie przeszła przez piekło związku z tłem przemocy fizycznej i psychicznej. Claire wierzyła, że Evelyn może otworzyć przed Lily drzwi, których sama nie zdołałaby uchylić.
***
Drzwi do sali uchyliły się cicho. W progu stanęła kobieta po czterdziestce — szczupła, o spokojnym spojrzeniu, ubrana w prostą marynarkę i dżinsy, wyraźnie bardziej prywatnie niż zawodowo.
— Lily Harper? — zapytała łagodnym głosem. — Nazywam się Evelyn Carter. Jestem psycholożką kliniczną. Claire wspominała mi o Tobie. Nie musisz się martwić — nie jestem tu w imieniu policji ani sądu. Chcę tylko z Tobą porozmawiać, jeśli masz na to siłę i ochotę.
Lily odwróciła wzrok na chwilę w stronę okna. Nie wiedziała, co odpowiedzieć, ale w końcu skinęła lekko głową. Evelyn podeszła bliżej, nie siadając od razu.
— Nie przyszłam tu jako ktoś z papierami do podpisania czy z procedurą do odhaczenia. Chcę po prostu posłuchać. Wiem, że wiele osób w takich chwilach mówi: „to tylko formalność”, ale ja nie chcę, żebyś czuła się jak kolejny raport w cudzej teczce.
— Nie wiem, co powinnam powiedzieć.
— W porządku — odpowiada Evelyn, siadając na krześle, ale zostawiając między nimi przestrzeń. — Nie musisz mówić nic, jeśli nie chcesz. Czasem milczenie też jest częścią rozmowy.
Przez chwilę w sali panowała cisza, przerywana tylko miarowym pikaniem aparatury.
— Powiedziano mi, że ostatnio odwiedził Cię ktoś bliski — podjęła psycholożka. — Chcę Ci tylko przypomnieć, że nie musisz zgadzać się na obecność kogokolwiek, kto sprawia, że czujesz się nieswojo.
— Nie — urywa Lily szybko. — Nie jest tak.
— Claire powiedziała, że… Twoje ciało mówi za Ciebie. I że przy nim się boisz.
— Nie… nie chcę o tym mówić.
Evelyn kiwa głową, bez cienia zaskoczenia.
— Wiesz co ja mówiłam? Latami? Mówiłam, że to ja przesadzam, że to nie było nic wielkiego, że w sumie on mnie kocha i że ja po prostu czasem zasłużyłam.
— Nie… mnie nikt nie krzywdzi. To był wypadek.
— Być może. Ale pozwól, że opowiem Ci coś. Kiedy miałam dwadzieścia sześć lat, mój partner miał zwyczaj chować kluczyki do samochodu, kiedy chciałam wyjść. Mówił, że to dla mojego bezpieczeństwa. Potem zaczął wyłączać mi telefon, żeby nikt do mnie nie dzwonił. A ja powtarzałam przyjaciółkom: „On po prostu się o mnie troszczy”.
— Nie jestem pewna, po co Pani mi to mówi — Lily drgnęła, ale odwróciła wzrok.
— Rozumiem — Evelyn zawiesiła głos, jakby dając Lily przestrzeń — Pamiętam też, jak kiedyś wpadł w szał, bo wróciłam pół godziny później z pracy. Rzucił talerzem o ścianę. Tłumaczyłam potem wszystkim, że miał zły dzień. Nawet sobie to tłumaczyłam.
— To brzmi strasznie.
— Wiesz, zanim podniósł na mnie rękę, też myślałam, że przemoc to tylko ciosy. A on najpierw sprawił, że czułam się winna za wszystko. Że nie potrafię wystarczająco kochać, że zawodzę. Później zaczęłam bać się zadawać pytania, bać się mówić, co myślę. I w końcu… zaczęłam bać się jego spojrzenia.
— To nie moja historia — powiedziała Lily, chcąc przerwać ten ciąg wspomnień. — Matthew… on mnie kocha.
Psycholożka nachyliła się lekko do przodu, ale nie naruszyła dystansu.
— Lily, nie próbuję Ci wmówić, że jest inaczej, niż mówisz. Chcę tylko, żebyś wiedziała: jeśli kiedykolwiek poczujesz, że coś jest nie tak, że się boisz — to nie jest normalne. To nie jest miłość.
Lily przygryzła wargę. Jej dłonie drżały na kołdrze, ale uparcie trzymała materiał.
— Nie rozumiesz. On… on jest wszystkim, co mam.
— Doskonale rozumiem. Też tak myślałam. Że bez niego nie dam sobie rady, że nie będę miała nikogo. I że to moja wina, że krzyczał, że mnie ograniczał. Ale prawda była taka, że dopóki go nie zostawiłam, nie mogłam dostrzec, ile naprawdę jestem warta.
Lily odwróciła głowę, w jej oczach zebrały się łzy, ale nie chciała pozwolić im spłynąć. Nastała chwila ciszy. Evelyn wpatrywała się w pacjentkę ciepłym, rozumiejącym wzrokiem.
— W porządku — odezwała się w końcu psycholożka. — Nie musisz nic teraz mówić. To Ty decydujesz, kiedy i czy w ogóle chcesz. Chcę tylko, żebyś pamiętała: nie jesteś sama. Jeśli kiedykolwiek będziesz gotowa, ja i Claire będziemy tu.
Evelyn powoli wstała i skierowała się w stronę korytarza, zostawiając Lily z jej myślami. W drzwiach zatrzymała się jednak na chwilę.
— I jeszcze jedno. To, że dziś zaprzeczasz, nie znaczy, że Twoje serce nie wie prawdy. Ono zawsze wie. Daj mu czas.
Pani doktor wyszła a Lily poczuła, jakby coś w niej pękło. Poczuła jak bombardują ją różne emocje, których już nie potrafiła w sobie trzymać. Spojrzała w okno, szukając jakiegoś punktu zaczepienia, żeby tylko się nie rozpłakać — na próżno. Łzy popłynęły a ona zaczęła szlochać, coraz głośniej, coraz szybciej, aż szloch przerodził się w zawodzenie. Nie potrafiła tego zatrzymać, więc wcisnęła twarz w poduszkę, starając się zagłuszyć ten lament, zanim zaalarmuje lekarzy. Nie miała teraz ochoty nikogo widzieć.
***
Kolejny dzień rozpoczął się odchodem lekarskim. Standardowe omówienie badań, stanu zdrowia i pytania o samopoczucie. Pielęgniarka zmierzyła Lily ciśnienie i podała leki przeciwbólowe, a następnie personel skierował się w stronę drzwi, by udać się do następnego pacjenta.
— Przepraszam! — zawołała za nimi Lily.
Odwróciła się pielęgniarka. Starsza kobieta o bardzo sympatycznej twarzy.
— Tak? Czegoś jeszcze potrzebujesz, moja droga?
— Wczoraj była u mnie pani psycholog, doktor Carter. Czy… mogłabym prosić o jeszcze jedną wizytę?
— Oczywiście, powiadomimy panią doktor o takiej potrzebie. Na pewno zajrzy w wolnej chwili — pielęgniarka uśmiechnęła się życzliwie i opuściła salę.