E-book
15.75
drukowana A5
29.65
drukowana A5
Kolorowa
53.72
Nie wierzę w Boga ja wiem, że On jest

Bezpłatny fragment - Nie wierzę w Boga ja wiem, że On jest

Siedemnaście świadectw


Objętość:
92 str.
ISBN:
978-83-8440-844-5
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 29.65
drukowana A5
Kolorowa
za 53.72

Moim ukochanym dzieciom:

Alusi, Natalce, Jasiowi, Martynce i Małgosi.

Mówisz, że nie ma Boga?

W Ewangelii jest napisane o tym, że ludzie chodzili za Jezusem, aby Go słuchać, aby chociaż Go dotknąć dlatego, że Jezus nauczał, uzdrawiał, czynił cuda, a nawet wskrzeszał… byłam w kościele i pomyślałam, że codziennie dotykam Jezusa będąc na Mszy świętej, przyjmując Eucharystię. Dziękuję Bogu za to. Jak to powiedział mały Carlo Acutis:

„Gdyby ludzie zdali sobie sprawę z tego, czym jest Eucharystia, kościoły byłyby tak wypełnione, że trudno byłoby do nich wejść.”

Idąc na Mszę świętą zabieram w sercu moich bliskich, a szczególnie moją rodzinę: męża, dzieci i wnuki. Gdy przyjmuję Eucharystię, proszę aby Jezus będąc w moim sercu te wszystkie osoby przytulił i nie pozwolił im nigdy zginąć w materialnym świecie.

Nie jestem teologiem, ani filozofem, ani nie mam wiedzy specjalistycznej na ten temat. Nie jestem nikim ważnym, aby się wymądrzać i mówić innym co mają robić i jak mają żyć. Jedyne co pragnę, to opowiedzieć o mojej osobistej relacji z Bogiem, która rozwijała się od szczerego dziecięcego oddania, poprzez zwątpienie, odsunięcie się, aż po całkowite przylgnięcie do Boga. Boga żywego, prawdziwego, wręcz materialnie obecnego w moim życiu.

To, że czegoś nie można zobaczyć, to nie znaczy że tego nie ma. Moje dzieci (oprócz najstarszej córki) nigdy nie poznały mojego taty, ani taty mojego męża. Nigdy nie widziały swoich dziadków, nie rozmawiały z nimi. Jednak z wielu opowiadań i relacji rodzinnych mogły dowiedzieć się o tym, jacy byli ich dziadkowie. Moje dzieci nie wierzą, że kiedyś żyli na świecie ich dziadkowie: Edmund i Paweł, ale wiedzą o tym i mają pewność tego, że miałam oboje rodziców. I ta ich pewność jest poparta także na tym, że moje dzieci są na świecie, bo gdyby nie było moich rodziców, to nie byłoby mnie, a tym samym moich dzieci. Myślę, że dokładnie tak samo należałoby rozumieć istnienie Boga poprzez świadectwo życia Jezusa Chrystusa.

Dowiadujemy się z historii, że kiedyś żył Sokrates, Kopernik, Vasco da Gama, Mickiewicz, Chopin i wielu, wielu innych ludzi, którzy zrobili coś, dla ludzkości zostawiając po sobie dorobek ich życia. I tutaj też nie wierzymy w to, ale wiemy o tym, że ci słynni ludzie na pewno żyli. Co więcej nie mamy nawet co do tego cienia wątpliwości.

Św. Mateusz, św. Łukasz, św. Marek oraz św. Jan pozostawili po sobie Ewangelie, w których opowiedzieli historię Jezusa Chrystusa. Co ciekawe, pisali swoje Ewangelie osobno, a są one w pełni ze sobą zbieżne i spójne. Gdyby zmyślali swoje historie, to każda byłaby inna. A tak nie jest. Wszystkie cztery Ewangelie opowiadają o tym samym: o życiu Syna Człowieczego — Jezusa. Wielu badaczy zwracało na to uwagę. Mamy więc pewność tego, że Jezus Chrystus urodził się, żył 33 lata, został zabity i zmartwychwstał. Świadczył swym życiem o swoim Ojcu — Bogu.

Jeśli ktoś mówi, że nie ma Boga, to go pytam: a czy szukałeś Boga? Bo jeśli ten ktoś nie szukał, to skąd wie, że nie ma Boga.

I tak to właśnie w życiu bywa, że najgłośniej krzyczą „Boga nie ma” ci, co Go nigdy nie szukali. Kiedyś obejrzałam film pt. „Sprawa Chrystusa”. Ten film najlepiej pokazuje postawę wielu współczesnych ludzi, ale także pokazuje to, jak można szukać Boga. Film opowiada o tym, jak niewierzący mąż koniecznie chce udowodnić swojej żonie, że Boga nie ma, a jej wiara to tylko wymysł tych, co — wg niego — zarabiają na wierze. Postanowił więc, że zbada sprawę Jezusa i wykaże żonie czarno na białym, że ta cała wiara w Boga, to wymysł ludzi. Był pewien, że bez trudu uda mu się przeprowadzić śledztwo i wykazać żonie, że ona się myli, by sprawę wiary w Boga zamknąć i powrócić do — jego zdaniem — normalnego życia. Ale tak się nie stało. Im więcej drążył temat Jezusa, tym popadał w coraz większe wątpliwości co do swojej tezy, że Boga nie ma. Na końcu upadł na kolana z pokorną modlitwą o wybaczenie, jak bardzo się mylił. Film jest oparty na faktach i polecam gorąco każdemu obejrzenie go.

Ale Boga szukać można dużo prościej, niekoniecznie tak jak to robił bohater wspomnianego filmu. Jak można (i trzeba) szukać Boga? Bardzo łatwo: czytając Pismo święte, czytając teologiczną literaturę faktu i poznając świadectwa oraz twórczość ludzi świętych. To właśnie tam można znaleźć Boga, a wręcz dowody na Jego istnienie. Jezus powiedział: „Proście, a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje, kto szuka, znajduje’ a kołaczącemu otworzą”.

Dobrze by było, aby każdy przeczytał chociaż raz Pismo św. w ciągu swego życia. Nawet jeśli ciężko nam idzie to czytanie, to miejmy świadomość, że nasza dusza karmi się słowem Bożym. Jeśli zdrowe odżywianie naszego ciała pozwala nam dłużej i lepiej żyć, to co nam daje karmienie naszej duszy Słowem Bożym? Każdy powinien mieć swoją własną Biblię, która powinna być podpisana jego własnym imieniem. W Piśmie św. jest wszystko. Tam można znaleźć odpowiedzi na każde pytanie, jakie człowiek zadaje sobie w ciągu swego życia. Zapewniam, że warto czytać Biblię, by przekonać się, że tam znajdują się odpowiedzi na wszystkie pytania. Do mnie głęboko docierają listy św. Pawła. Duchowo jestem zakochana w jego nieprawdopodobnym talencie trafiania w sedno duchowych spraw. Jednak widzę też wiele wspaniałych myśli w Księdze Mądrości, czy Mądrości Syracha.

Jeśli zaś chodzi o teologiczną literaturę faktu, to opisuje ona FAKTY, dowody na to, że Bóg jest żywy, że naprawdę istnieje. Każdy, kto zacznie szukać, zapewne zdziwi się, jak dużo jest tego typu opracowań. Żywoty świętych również są dowodem na istnienie Boga. Ale aby się o tym przekonać, trzeba zapoznać się chociaż z kilkoma życiorysami świętych.

Kiedyś w dyskusji o wierze w Boga powiedziałam, że ja nie wierzę w Boga, ja wiem, że On na pewno jest. Mam tego absolutną pewność. Osoba, z którą rozmawiałam, powiedziała mi, że nie mogę wiedzieć, bo nie ma dowodów na istnienie Boga i nam pozostaje tylko wiara w Niego. Zaprzeczyłam. Powiedziałam, że Bóg znając ludzkie słabości i niedowiarstwo, jak kochający Ojciec dał nam i wciąż daje dowody na swoje istnienie. Dla mnie tymi dowodami jest przede wszystkim Jezus Chrystus, świadectwo Jego życia, dokładnie i niezależnie opisane w Nowym Testamencie przez czterech ewangelistów. Nie ma żadnych konfliktów pomiędzy tymi czterema opisami życia Jezusa. Było to badane przez wielu naukowców i łatwo można do tych badań dotrzeć.

Ściśle związany z życiem Jezusa jest całun turyński, który również jest nieodgadnionym i nie wytłumaczonym przez naukę przedmiotem, którego istnienia nie da się zaprzeczyć, ale także nie da się wyjaśnić tego, w jaki sposób powstał. Podobnie jak chusta z Manoppello, czy wizerunek Matki Boskiej z Guadelupe. Wierzącym w Boga zarzuca się, że są ciemnogrodem, ale pomija się milczeniem to, że przedmioty związane z Bogiem powstały w sposób, którego dzisiejsza nauka nie potrafi do dzisiaj w żaden sposób wyjaśnić.

Innymi dowodami na istnienie Boga są Cuda Eucharystyczne. Błogosławiony i wspomniany już wcześniej Carlo Acutis zebrał wszystkie przypadki zaistnienia Cudów Eucharystycznych na świecie i opisał je na swojej stronie w internecie. Cuda, które nauka potwierdza, ale których nauka nie potrafi wyjaśnić. Zachęcam do zapoznania się z tymi wszystkimi FAKTAMI, które są dokładnie badane, dokładnie opisywane przez naukę i bez problemu można znaleźć źródła.

Dodatkowo, na przestrzeni lat pojawiło się w historii świata wiele osób, które miały głęboką i żywą relację z Bogiem. Można wymienić ich setki, ich piękne życie, a także wiele przedziwnych zdarzeń, jakie miały miejsce przy udziale tych osób. Ja osobiście polecam św. Ojca Pio, ponieważ żył on niemalże w czasach nam współczesnych, a życie Jego było pełne cudów. Można tu wymienić spowiedzi ludzi z całego świata, w różnych językach, pomimo, że Ojciec Pio nigdy nie uczył się żadnych języków obcych, tysiące cudownie uzdrowionych przez Ojca Pio ludzi, bilokacje, nawrócenia za sprawą modlitwy św. Ojca Pio. Ale można także zapoznać się z życiorysami innych świętych, których życie było świadectwami głębokiej relacji z Bogiem. Przykładem może być życie już wcześniej wspomnianego św. Pawła, czy św. Augustyna, św. Teresę z Avila, św. Teresę od Dzieciątka Jezus, św. siostrę Faustynę, św. Tomasza Morusa, proboszcza z Ars, św. Charbela i wielu, wielu innych. Sięgając po książki opisujące życiorysy świętych, można z nich wiele czerpać i wciąż się nimi zachwycać.

Ale są też cuda, które może nie mają wiele wspólnego z duchowością jako taką, ale dają owoce, niewytłumaczalne przez naukę. Dla tych osób, które zdecydują się zacząć szukać Boga, zachęcam też, aby poszukali historii o schodach św. Józefa z Santa Fe.

Albert Einstain powiedział: „Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cudem, a druga, to żyć tak, jakby cudem było wszystko”.

Gdy byłam dzieckiem wszystko mnie zachwycało. Wszystko wydawało mi się proste i oczywiste. Dobro było dobrem, dorosły był mądry, a Bóg wszystko widział, więc trzeba było być grzecznym nawet jak nikt z ludzi nie patrzył. Kochałam wszystkich i nawet nie znałam uczucia nienawiści. Z zapartym tchem słuchałam babci opowieści o Bogu, aniołach, diabłach. Nawet pamiętam, że jak kładłam się spać, to tak się układałam, żeby zostawić na łóżku miejsce dla mojego Anioła Stróża, aby mógł też odpocząć. Z wiekiem rewidowałam swoją dziecięcą naiwność, która może i była piękna, ale zupełnie nieprzydatna w ziemskim życiu.

Nie ukrywam, że początek mojego dorosłego życia, był właśnie tą pierwszą drogą o której mówił Einstain: cudów nie ma. Na szczęście miałam babcię, która szła tą drugą drogą i zasiała w moim sercu ziarno relacji z Bogiem, która to relacja pozwoliła mi w dorosłym życiu obudzić się i w pewnym momencie zacząć dostrzegać te wszystkie Boże cuda, jakie dzieją się wokół nas. Jeśli we mnie jest cokolwiek dobrego, to na pewno w dużej mierze jest to zasługa mojej babci, za którą z całego serca dziękuję Bogu. To, że w życiu wszystko jest cudem, odkryłam później, a zaczęło się to w momencie gdy trzymałam w ramionach moje pierwsze dziecko. Jeszcze rok wcześniej nie było go ze mną, żyłam swoim życiem i nagle gdy pojawiło się to maleństwo w moim życiu, nie wyobrażałam już sobie bez niego życia.

Nowe życie jest cudownym darem i wielką tajemnicą, do której należy podchodzić z szacunkiem i pokorą. Nowe życie, jest też wielką odpowiedzialnością za nie. Gdy myślę o osobach walczących o prawo do zabijania poczętych dzieci, to myślę, że tym ludziom właśnie jest brak odpowiedzialności za własne decyzje, ale też strach przed tą odpowiedzialnością za nowe życie. Jezus poczynając się w Łonie Najświętszej Marii Panny, uświęcił całe człowieczeństwo od samego początku, jakim jest poczęcie. Pokazał w ten sposób, że życie człowieka jest święte od poczęcia. Opisane w Piśmie św. spotkanie Jezusa i św. Jana Chrzciciela, gdy obaj byli jeszcze pod sercami swych mam, z całą siłą podkreśla człowieczeństwo od poczęcia. Warto mieć też świadomość tego, że każdy człowiek jest ogniwem rodziny ludzkiej, gdy zabraknie jednego ogniwa, znika cała gałąź, która mogła powstać z poczętego, a nie urodzonego dziecka. Także aborcja to nie jest zabicie jednego dziecka, to jest ucięcie całej gałęzi z drzewa danej rodziny. Dodając do tego przykłady wielkich osobowości, które mogły się nie urodzić, a jednak urodziły się, można zadać sobie pytanie: ilu wspaniałym ludziom nie pozwolono żyć?

Jestem szczęśliwa, że mogę powiedzieć, że przyjęłam wszystkie dzieci, które ofiarował mi Pan Bóg. Na początku wydawało mi się, że póki trzymam moje maleństwo blisko siebie, to nic złego nie może mu się stać, jednak bardzo szybko dotarło do mnie, że sama, jako człowiek, nie uchronię mojego dziecka przed niebezpieczeństwami i całym złem świata. Uznałam, że najlepszym sposobem na pomoc w opiece nad moim małym dzieciątkiem, będzie modlitwa do jego Anioła Stróża, modlitwa o opiekę Bożą. Było to dla mnie wręcz nieprawdopodobne, jak jeszcze niedawno Bóg w moim życiu był prawie nieobecny, a teraz gdy poczułam swoją bezradność w zapewnieniu bezpieczeństwa mojemu ukochanemu dziecku, tylko zwrócenie się do Boga dawało mi spokój i pewność tego, że wszystko będzie dobrze, że moje maleństwo jest otoczone najlepszą opieką jaką może mieć.

Wcześniej, ważne było wszystko, ale nie Bóg, nie Msza św., nie modlitwa, a teraz gdy dostałam od Boga ten cudny prezent, od razu przypomniałam sobie to wszystko, czego nauczyła mnie babcia. Zawierzenie Bogu w tym momencie, było tak naturalne, jak oddychanie. Niestety na początku nie potrafiłam jeszcze ufać Bogu bezgranicznie tak, aby mieć w sercu pełen pokój. Wciąż martwiłam się o moje dzieci. Dopiero z biegiem lat zrozumiałam, że gdy to Bóg jest Opiekunem, to nie ma potrzeby już się o cokolwiek martwić. Na pewno będzie dobrze. A nawet jak będzie po ludzku źle, to i tak będzie po Bożemu dobrze.

Chcę w tym miejscu napisać, że „dobre życie” po Bożemu ma niewiele wspólnego z „dobrym życiem” po ludzku. Ludziom wydaje się, że jak wszyscy będą zdrowi, bogaci i piękni, to właśnie będzie to „dobre życie”. Ale nie zastanawiają się nad tym, że ludzie żyjący w takim „doskonałym” świecie, szybko staliby się bezduszni i obojętni na innych. Skąd moja pewność tego, że w takim „dobrym” po ziemsku życiu brak byłoby miłości? Wystarczy odpowiedzieć na proste pytanie: po cóż się troszczyć o innych, skoro wiemy, że wszyscy mają się dobrze, że wszyscy są zdrowi i nikomu nic nie brakuje?

Świat, jaki stworzył Bóg pobudza ludzi do troski o bliźnich, do kochania ich. Nie mamy po równo, ale po to, aby uczyć się dzielić. Nie jesteśmy wszyscy jednakowo silni, ale po to, aby móc pomagać słabszym. Boża sprawiedliwość jest zupełnie inna od ludzkiej sprawiedliwości… Boża sprawiedliwość wydobywa z ludzi wszystko to, co jest w nich najpiękniejsze i pobudza do czystej miłości.

Moja prawdziwa droga do Boga zaczęła się w momencie gdy stałam się matką. Stanięcie w obliczu cudu nowego życia, pozwoliło mi dostrzec cud, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam i nie doznałam. Macierzyństwo było dla mnie początkiem nowego, innego życia pełnego cudów.

Ta książka jest właśnie o cudach, jakie zdarzyły się w moim życiu i sprawiły, że Bóg stawał się każdego dnia coraz bardziej żywy, prawdziwy i obecny. W jakimś momencie moja wiara w Boga zamieniła się w pewność, że Bóg jest, że gdy zaprosimy Go do swego życia, przyjdzie na pewno i będzie towarzyszył nam każdego dnia. Wszystkie przedstawione w tej książce świadectwa są prawdziwe. Żadne nie jest fikcją literacką. To, o czym tutaj opowiadam zdarzyło się naprawdę. Przedstawione historie pochodzą z różnych momentów mojego życia, które wydarzyły się na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Bóg, Przyjaciel, Nauczyciel, Lekarz, a nawet Pracodawca, zawsze mnie wspierał i pomagał. Pomagał tak, jak uważał, że będzie najlepiej dla mnie, a nie tak jak ja bym tego chciała. Pomoc Boża jest układanką takich wielkich puzzli, które Bóg układa razem z nami. Na początku nie widzimy obrazu, jaki ma powstać z tej układanki, momentami wydaje się, że dana część nie pasuje do całości, ale z czasem ostateczny obraz nabiera kształtu i wszystko staje się oczywiste i piękne.

Czułam zawsze tak, że Boża pomoc to nie jest wyręczanie nas w jakichś działaniach. Bóg jest jak dobry tata, do którego można przyjść i poprosić Go, aby pomógł rozwiązać trudne zadanie. Pomoże, na pewno pomoże, ale nigdy nie zrobi go za nas. My musimy dać z siebie wszystko. Życie z Bogiem nie polega na tym, że obejmę rozumem co mam robić, jak postępować, jak żyć, że pewnego dnia powiem: a, już wiem jak to wszystko działa. Relacja z Bogiem, wzrastanie w duchowości, to jest ciężka praca i współpraca z Łaską Boga. Inaczej się nie da. W tym miejscu chciałabym przywołać krótki fragment Pierwszego listu św. Pawła do Koryntian (2):

A jednak głosimy mądrość między doskonałymi, ale nie mądrość tego świata, ani władców tego świata, zresztą przemijających. Lecz głosimy tajemnicę mądrości Bożej, mądrość ukrytą tę, którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej, tej której nie pojął żaden z władców tego świata: gdyby ją bowiem pojęli, nie ukrzyżowaliby Pana chwały (…).

Bóg pomaga tutaj, na ziemi, przygotowując każdego kto o to poprosi, do przejścia do wieczności, bo przecież przede wszystkim Bóg jest Zbawieniem, które powinno być celem naszego życia. Przychodząc na ziemię otrzymaliśmy duszę, którą ja sobie wyobrażam jak kroplę Bożej Miłości i Doskonałości. Naszym zadaniem jest dbać o tę duszę, aby na końcu naszego życia była równie piękna i czysta jak w momencie jej otrzymania, ale dojrzalsza, aby mogła wrócić do Boga ubogacona Łaskami Boga otrzymanymi w ciągu całego naszego życia na ziemi i połączyć się z Bogiem w miłości na wieki.

I jeszcze jeden mały fragment z Pierwszego listu do Koryntian: Z Łaski Boga jestem tym, kim jestem. Św. Paweł.

A dla niedowiarków, którym nie chce się myśleć o Bogu i szukać Boga, proponuję zastanowić się nad zakładem Pascala, który można opisać tak: racjonalnym podejściem będzie rozważenie tego, że jeśli Bóg jest, to po śmierci wszystko zyskamy, jeśli Boga nie ma — to po śmierci nic nie tracimy. I to mógłby być punkt wyjścia do dobrego życia dla każdego.

Świadectwo pierwsze — śmierć babci

Moja babcia urodziła się 6.02.1902 roku. Gdy wyszła za mąż za mojego dziadka, miała zaledwie 19 lat. Dziadek był jej nauczycielem muzyki i był dziesięć lat starszy od babci. Przychodził do domu babci, która była jego uczennicą i uczył ją grać na pianinie. Zakochali się w sobie i pobrali. Ślub wzięli 6.02.1921 roku. Była to niedziela. W dzień babci urodzin Bóg pobłogosławił ich małżeństwo i zaczęli żyć razem tworząc piękną rodzinę. Rok później urodził im się syn Stanisław, po kolejnych dwóch latach, następny syn — Jerzy, a sześć lat później w kwietniu 1930 roku, córka Wanda — moja mama.

Z opowiadań wiem, że byli bardzo kochającą się rodziną. Nigdy nie poznałam dziadka, ponieważ zmarł na długo przed moimi urodzinami w 1950 roku. Podobno pięknie grał na pianinie. Niewiele wiem o nim. Przed wojną, pomiędzy licznymi obowiązkami zawodowymi był taperem, czyli pianistą grającym podczas seansów w kinie niemym. Po wojnie był dyrektorem w fabryce prochu w Pionkach, co stało się przyczyną jego śmierci. Nie znam szczegółów, ale z opowiadań wiem, że były w fabryce jakieś konflikty, donosy i dziadek został zamordowany w więzieniu przez UB. Babcia została więc szybko wdową i resztę swego życia spędziła z rodziną swojej córki, a mojej mamy.

Moja mama była piękną kobietą. Nie piszę tak, bo to moja mama, ale dlatego, że zawsze słyszałam od wielu osób, że moją mama jest piękna. Mama najpierw wyszła za mąż za przystojnego studenta, sama jeszcze będąc studentką. Niestety, jej pierwsze małżeństwo rozpadło się w dramatycznych okolicznościach. Moja mama będąc w zaawansowanej ciąży miała wypadek. Spadła ze schodów. W wyniku wypadku nastąpił przedwczesny poród, w następstwie którego urodziła się moja siostra z dużą niepełnosprawnością.

Przystojny student, pierwszy mąż mojej mamy, zostawił swoją rodzinę i pozostawił mojej mamie opiekę nad niepełnosprawnym dzieckiem. Nigdy nie zatroszczył się o swoją niepełnosprawną córkę, zakładając kolejne rodziny. Moja babcia pomagała mamie w tych trudnych chwilach. Praktycznie przejęła opiekę nad moją starszą siostrą Jolą. Kilka lat później moja mama poznała naszego tatę, pobrali się i pojawiliśmy się na świecie my: moi dwaj bracia i ja. Babcia była z nami od zawsze, wspierając mamę w trudnych obowiązkach wynikających z opieki nad czwórką dzieci, w tym jednym niepełnosprawnym.

Od zawsze pamiętam babcię będącą dla nas tak samo ważną osobą jak mama. Tata był gdzieś z dala pochłonięty pracą i swoimi sprawami. Babcię pamiętam zawsze w akcji, pracowitą, energiczną wymagającą i dostojną, a przede wszystkim, modlącą się. Uczyła nas jak się zachowywać w różnych sytuacjach, jak się wysławiać, jak schludnie wyglądać, jak siedzieć przy stole. Taka przedwojenna kinder sztuba. Uczyła nas modlitw, wieczorem przed zaśnięciem czytała nam książki. Zawsze potrafiła zdobyć wspaniałą literaturę, czy to z różnych bibliotek, czy spod lady od zaprzyjaźnionej pani księgarki. Nasz dom był pełen książek, w części wydawnictw przedwojennych, które jakoś udało się uchronić przed zawieruchą wojenną. W naszym domu stało też stare rozstrojone pianino, na którym czasami babcia grała z przedwojennych nut, których także było w naszym domu bardzo dużo.

Zanim przejdę do zadziwiającej historii związanej z babci śmiercią, chciałabym napisać o jeszcze jednej ważnej rzeczy, chcąc oddać niejako hołd mojej babci, który w moim odczuciu jej się należy. Lata 60 i 70 zeszłego stulecia to były lata nie tylko PRL, ale też lata zupełnie inne niż obecne. Nie było internetu, nie było żadnych portali społecznościowych, a gazety publikowały treści jedynie słuszne. Dzieci niepełnosprawne nie miały praktycznie żadnego zainteresowania ze strony państwa i społeczeństwa. Rodziny, w których były takie dzieci musiały radzić sobie same. Często te dzieci były po prostu ukrywane w domach. I w tych właśnie czasach, moja babcia wraz z innymi rodzicami i opiekunami dzieci niepełnosprawnych stworzyli wspólnie duże środowisko rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi, organizując tym dzieciom nie tylko szkołę (tzw. szkołę życia), ale też rozrywki, wyjazdy na kolonie, czy nawet Pierwszą Komunię św. w kościele Dominikanów w Gdańsku. Jeśli dobrze pamiętam, to kierownikiem tej szkoły była Pani Zimna, która także miała niepełnosprawnego syna. Jeśli dobrze pamiętam, nazywał się Wojtek. Był ładnym chłopcem, po którym w ogóle nie było widać umysłowej niepełnosprawności. Urodził się zupełnie zdrowy, jednak po zapaleniu opon mózgowych nigdy nie powrócił już do zdrowia.

Do dziś, gdy to wspominam, zastanawiam się nad tym, jak moja babcia znalazła tych ludzi, jak ci ludzie odnaleźli się i zebrali czyniąc tak dużo dobra i dając wiele szczęścia dzieciom, dla których w ogóle nie było miejsca w ówczesnym społeczeństwie. Moja niepełnosprawna siostra nie mogła nawet wyjść na podwórko bawić się z nami, ponieważ gdy tylko pojawiła się na placu zabaw, natychmiast była wyśmiewana przez inne dzieci. Dzięki swojej szkole mogła mieć własne życie, wraz z takimi dziećmi jak ona, gdzie nikt jej nie dokuczał.

W tym miejscu chciałabym jeszcze wspomnieć o innej ważnej sprawie. Babcia mówiła nam, że ukazał jej się Pan Jezus. Gdy byłam dzieckiem nie miałam problemu z tym, aby babci wierzyć. Z latami ta informacja wydawała mi się coraz bardziej nierealne. Jednak, nie twierdzę, że babci się coś przewidziało. Zakładam, że faktycznie tak było. W 1950 roku zmarł babci ukochany mąż. Jego śmierć poprzedziło uwięzienie go przez UB. Mogę się tylko domyślić, jak trudny to był czas dla mojej babci. Ona sama nigdy się nie skarżyła. Poniżej zdjęcie z babci notatnika, w którym wspomina to niebywałe zdarzenie z 5 czerwca 1950 roku.

Babcia spisywała ważne swoje przemyślenia, a między nimi znalazłam jej notatkę na temat tego, że w dwudziestopięciolecie ukazania się jej Pana Jezusa, zamówiła Msze św. w kilku kościołach.

Moja babcia zmarła w 1986 roku, mając 84 lata. Zmarła cichutko, we śnie. Jeszcze wieczorem, dzień przed jej śmiercią, rozmawiałam z nią, niczego nie przeczuwając, a w nocy odeszła.

Babci śmierć przyjęłam ze spokojem. Od kilku już lat powtarzała, że chciałaby już iść do swoich, że jest zmęczona. „Swoimi” nazywała swojego zmarłego męża i rodziców, będąc pewną, że są oni już wszyscy z Bogiem. Poszła więc do „swoich” i miałam nadzieję, że jest już szczęśliwa. Ale w tym wszystkim najciekawsza była data śmierci mojej babci i o tym chciałabym tutaj opowiedzieć. Moja babcia całe życie powtarzała, że związała się ślubem z ukochanym mężem (moim dziadkiem) w dzień swoich urodzin i na pewno dołączy do dziadka także w dniu swoich urodzin, czyli 6 lutego. Była tak przywiązana do tej myśli i tak o tym przekonana, że sądziliśmy wszyscy w rodzinie, iż psychicznie spowoduje sama, że faktycznie tego 6 lutego odejdzie.

Gdy babcia była już w sędziwym wieku, przeszła zawał serca w 1978 roku, po którym bardzo podupadła na zdrowiu. Od tamtego czasu, gdy zbliżał się dzień jej urodzin, to dzień wcześniej (5 lutego), przyjeżdżali jej synowie i starali się babcię przekonać, że 6 luty już minął, czyli, że babcia przegapiła datę swojej śmierci. To było bardzo zabawne. Babcia była zbyt inteligentna, aby na takie sztuczki się nabrać, ale cieszyła się, że widzi wszystkie swoje dzieci. Gdy ten 6 luty mijał, wszyscy oddychali z ulgą, rozjeżdżali się do domów i czekali do następnych urodzin w kolejnym roku, by znów powtórzyć sztuczkę z przegapioną datą urodzin i śmierci. Ciekawe, że nikt jakoś nie brał pod uwagę tego, że babcia może równie dobrze umrzeć w każdym innym dniu roku. I tak się właśnie stało.

Dzień, w którym zmarła moja babcia, to był 24 kwietnia 1986 roku, a więc nie 6 lutego. Zaskoczyła nas wszystkich odchodząc cichutko w ten właśnie dzień, a właściwie noc, podczas snu. Cudu nie było, nie było żadnej psychicznej wkrętki babci co do daty jej śmierci i życie potoczyło się dalej. Ale cud jednak się zdarzył, tylko nie od razu o tym wiedziałam. Jakiś czas po pogrzebie babci, zabrałam się za porządkowanie jej rzeczy. Ze szkatułek, pudełek, teczek wyciągałam różne dokumenty, książki, które w większości widziałam pierwszy raz na oczy. Wiele dokumentów dotyczyło mojego dziadka. Dopiero wówczas uświadomiłam sobie, że ja zupełnie nic o nim nie wiedziałam. Nie znałam nawet jego daty urodzin. Na różnych dokumentach dziadka była ta data i gdy ją ujrzałam, to nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Mój dziadek urodził się 24 kwietnia 1892 roku. Moja babcia, zmarła dokładnie w jego urodziny, w urodziny swojego ukochanego męża. Byłam pewna, że nie zadziałały tutaj żadne ziemskie mechanizmy, psychiczne presje, czy wkrętki. Powiązanie daty urodzin dziadka z datą śmierci babci, to było coś innego. Babcia zawsze z czułością mówiła o tym, jak w jej urodziny związała swe ziemskie życie z ukochanym mężem. Prawie jako pewnik uznała, że zobaczy ponownie mojego dziadka również w dniu jej urodzin. Nigdy nie wspominała daty urodzin dziadka. Nigdy. A jednak dziadek przyszedł po swoją ukochaną żonę w dniu swoich urodzin. Było sprawiedliwie: na ziemi połączyli się w dniu urodzin babci, a w niebie — w dniu urodzin dziadka. Są teraz razem.

Od dnia wydarzenia się tej całej historii z datami urodzin moich dziadków, zaczęłam uświadamiać sobie, że jest coś więcej, niż tylko to ziemskie życie. Ktoś może powiedzieć, że to czysty przypadek, ale ja tak nie uważam. Jest tyle dni w roku, a babcia zmarła dokładnie w dniu urodzin swego ukochanego męża. Ponadto, była przekonana, że połączy się z dziadkiem w swoje urodziny, żyła tą myślą i było to dla niej w jakimś sensie ważne.

Moja babcia została pochowana 29 kwietnia 1986 roku, w dniu urodzin swojej jedynej córki, a mojej mamy. Nie wiem, czy to był jakiś znak, ale dwa lata później pochowałam moją mamę. Od czterech lat nie żył też już mój tata. W ciągu czterech lat odeszli wszyscy nasi dorośli: tata, babcia i mama. To był bardzo trudny czas dla mnie i mojego rodzeństwa. Dopiero wchodziliśmy w dorosłe życie i od razu trzeba było być bardzo dorosłym.

Porządkując babci rzeczy po jej śmierci, znalazłam także książkę o Ojcu Pio. Książkę przepisaną na maszynie i oprawioną u introligatora. Nie pamiętam, jaki był rok jej wydania. 1986 rok, to były czasy, gdy jeszcze nie można było kupić każdej książki tak jak dzisiaj. Nic nie wiedziałam wówczas o Ojcu Pio, nie znałam go. Nie był jeszcze świętym, ani beatyfikowanym. Żył w czasach zupełnie mi bliskich, nie był jakimś średniowiecznym mnichem, a zupełnie realną osobą, którą spotkało i widziało dziesiątki tysięcy współczesnych osób, które będąc pod ogromnym wrażeniem relacjonowały te spotkania. Książkę przeczytałam z wypiekami na twarzy jednym tchem i od tamtego czasu rozpoczęła się moja przyjaźń z Ojcem Pio. Gdy tylko nachodziły mnie jakieś wątpliwości co do wiary, czy Boga, zaraz przychodziła mi myśl, że przecież życie Ojca Pio jest jednym wielkim dowodem na istnienie Boga i wątpliwości natychmiast znikały.

Świadectwo drugie — kto złapał moją córeczkę?

Do dziś mam przed oczami dziwną i trudną do wytłumaczenia i uwierzenia sceną sprzed lat i wiem, że to co wydarzyło się pewnej nocy wiele lat temu, nie miało nic wspólnego z prawami ziemskimi. Miałam wówczas już dwie córeczki. Starsza miała cztery latka, a młodsza była niemowlakiem, miała jakieś cztery miesiące.

Gdy moje dzieci były małe i budziły się w nocy, brałam je do siebie, do łóżka. Zasypiały przytulone. Później, gdy były już starsze same przychodziły do nas, do łóżka. Wspominam to z rozczuleniem. Wieczorem kładłam dzieci w ich łóżeczkach, a rano spaliśmy wszyscy razem w jednym łóżku, bo w nocy dzieci przenosiły się do nas. Najzabawniejsza była najmłodsza córka, która przenosząc się w nocy do naszego łóżka, najpierw przenosiła wszystkie swoje pluszowe zabawki, z którymi uwielbiała spać i na końcu sama kładła się z nami i zasypiała szczęśliwa. A muszę powiedzieć, że nie były to dwa misie, a była to cała góra pluszowych misiów, które nasz maluch pracowicie w nocy przenosił do naszego łóżka, biegając między pokojami. Słychać było tupot bosych małych stópek i kolejne partie pluszaków lądowały w naszym łóżku, a na końcu nasza mała córeczka wtulała się szczęśliwie między nami z górą jej przytulanek i natychmiast zasypiała.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 29.65
drukowana A5
Kolorowa
za 53.72