E-book
13.65
drukowana A5
34.41
(nie)typowi przestępcy

Bezpłatny fragment - (nie)typowi przestępcy


5
Objętość:
204 str.
ISBN:
978-83-8104-982-5
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 34.41

Gorąco dziękuję wszystkim, którzy wspierali mnie podczas pisania tej książki — rodzinie i przyjaciołom, jak również kilku psychiatrom, od których w dużym stopniu uzyskałam wiadomości niezbędne mi do napisania niniejszej powieści.

Książka nie miałaby szansy zaistnieć, gdyby nie ludzie dobrej woli, którzy postanowili finansowo wesprzeć projekt i doprowadzić do jego sfinalizowania. Dziękuję Wam wszystkim z całego serca!

Elżbieta



WSTĘP

...bez którego wszak ciężko się obyć. Jak przystało na powieść sensacyjną/kryminał, uroczyście oświadczam, że poniższy tekst jest wyssany z palca, a jeśli nawet przewijają się w nim elementy, które zostały zaczerpnięte z życia, to stanowią jeden wielki melanż chronologiczny. Występujące w utworze postacie są wytworem wyłącznie mojej wyobraźni, a jakiekolwiek podobieństwa do prawdziwych osób, żyjących własnym życiem, błogo niemających pojęcia o niniejszym dziele, są kompletnie przypadkowe.

Aby już całkowicie rozwiać wszelkie wątpliwości, nadmieniam, że nazwy większości medykamentów gęsto występujących w niniejszym utworze (na których wszak osadza się cała akcja), również zostały zmienione. Uprzejmie więc proszę koncerny farmaceutyczne o niedobijanie się do moich drzwi o rozmaitych porach doby z jakimikolwiek pretensjami (co szczęśliwie jest raczej mało prawdopodobne, zważywszy, że wspomniane powyżej koncerny raczej tej książki nie przeczytają).


Wszystko zaczęło się niezwykle niewinnie. Pewnego pochmurnego, grudniowego dnia, nie przeczuwając niczego złego, podążałam do kardiologa na standardową kontrolę mojej rozszalałej arytmii, która, szczęśliwie, opanowana odpowiednimi specyfikami, dała się jakoś temperować. Kontrole były jednak niezbędne i chodziłam na nie w miarę regularnie. Tym razem jednak szłam z uszami położonymi po sobie, dobre trzy miesiące później niż zażądał tego ode mnie mój lekarz. Wciąż jednak wizytę tę uważałam za rzecz normalną — ot wejdę, dostanę recepty na leki mające trzymać w ryzach rozszalałe serducho i zostanę zaproszona za jakieś cztery miesiące. Tymczasem nastąpiło coś, czego przewidzieć nie byłam w stanie.

Doktor Nimczak, kardiolog z powołania, jak zwykle przeprowadził mi badanie full service — osłuchał płuca, ścisnął końcówki moich palców (co ponoć pozwalało mu na sprawdzenie prawidłowego krążenia — być może dzięki zorientowaniu się, w jakim tempie pod moimi paznokciami pojawia się róż; o szczegóły nigdy nie dopytywałam i zawsze przyglądałam się tym machinacjom z życzliwym zainteresowaniem), aż w końcu posadził mnie na kozetce i zmierzył mi ciśnienie. Przez długą chwilę milczał, wyraźnie zaskoczony.

— 170 na 110…

— O? — odparłam mu na to kompletnie bezmyślnie, bo doznałam czegoś na kształt szoku. Ciśnienie zawsze miałam książkowe, 120 na 80, ki diabeł?!

Doktor Nimczak pomedytował chwilę i w końcu ruszył z wywiadem.

— Nie boli czasem panią głowa?

Uśmiechnęłam się od ucha do ucha, co z pewnością jak najgorzej świadczyło o mojej inteligencji.

— Ależ od miesięcy! — zawołałam radośnie. — To od nadciśnienia? No proszę, a już byłam skłonna podejrzewać u siebie raka mózgu!

Doktor Nimczak przyjrzał mi się ze skrywanym obrzydzeniem.

— A mdłości? Wymioty?

Wysiliłam pamięć.

— Wie pan, faktycznie od czasu do czasu mnie mdliło, ale zważywszy na mój sposób odżywiania sądziłam, że w grę wchodzi rodzaj przyjmowanego pożywienia. Przyznam, że średnio zdrowego…

Kardiolog westchnął.

— No dobrze, proszę za mną, zrobimy jeszcze EKG…

Po kilku minutach wróciłam z tajemniczymi dla mnie wykresami i podsunęłam je doktorowi pod nos.

— No tak… — mówił trochę do siebie, a trochę do mnie doktor Nimczak. — Zapis raczej w porządku… Jest co prawda tachykardia, ale to już chyba taka pani uroda… Natomiast z takim ciśnieniem nie może pani chodzić. Przepiszę coś pani. Proszę monitorować ciśnienie i zgłosić się do mnie za trzy tygodnie.

Zapewne spełniłabym jego prośbę i owe trzy tygodnie spokojnie odczekała, gdyby nie fakt, że w pierwszy dzień świąt spotkałam się z moim ojcem, też lekarzem, widywanym w zasadzie wyłącznie „od święta”. Bezmyślnie zwierzyłam mu się z owego nadciśnienia, które mnie samą wprawiało w zdumienie.

— Wiesz — powiedział ojciec — to pewnie guz nadnercza. Typowe objawy.

Włosy zjeżyły mi się na głowie i zaraz po Bożym Narodzeniu rzuciłam się do mojej internistki.

— Nie zawracałabym pani głowy — wyznałam szczerze — ale mój ojciec, też lekarz, zastrzelił mnie kompletnie guzem nadnercza i spać mi to po nocach nie daje.

Doktor Brzezińska, cud-kobieta (lecząca moje rozmaite przypadłości zdrowotne od dłuższego już czasu), uśmiechnęła się wyraźnie rozbawiona.

— No to śmiałą teorię wysnuł pani tata. Zrobimy badania, wykluczymy tego guza i spróbujemy sprawdzić, co tak naprawdę jest przyczyną.

Po wszystkich badaniach zrobionych w tempie ekspresowym, w wyniku których wykryto jedynie „ostry” piasek w nerkach, na nowo zgłosiłam się do doktor Brzezińskiej.

— Pani powinna wziąć urlop — stwierdziła zdegustowana internistka, przeglądając moje wyniki badań. — Przyczyn tego nadciśnienia prawdopodobnie nigdy nie odkryjemy. Na razie odstawimy leki obniżające ciśnienie, ale tylko na czas pani wolnego, i zobaczymy, jaka będzie różnica. Na moje oko pani organizm się wreszcie zbuntował z przemęczenia i objawiło się to właśnie nadciśnieniem tętniczym.

Spojrzałam na nią ze skruchą.

— Urlop… pani doktor, kiedy? — spytałam bezradnie. — Ja na urlopie nie byłam z sześć lat, a i to był wyjazd raptem czterodniowy. Na tydzień udało mi się wyskoczyć jakieś dziesięć lat temu, zaraz po ślubie. Nie mogę ot tak zostawić firmy i klientów, ja jestem jednoosobowa działalność gospodarcza. Billowi Gatesowi do pięt nie sięgam, nie zatrudniam tabunu pracowników i ogólnie wszystko jest na mojej głowie!

Doktor Brzezińska westchnęła i raz jeszcze zajrzała w stos leżących przed nią wyników badań, czyniąc to z wyraźną niechęcią.

— Pani Elżbieto — rzekła w końcu, a na jej twarzy niesmak wyraźnie mieszał się z zaciętą determinacją. — Jest pani młoda, a mimo tego wieku, czynników ryzyka mogących spowodować pani przedwczesne zejście z tego świata, ma pani wystarczająco dużo. A teraz… — rzuciła okiem na mój dzienniczek pomiaru ciśnienia tętniczego, orbitującego w granicach bliskich kosmosu. — Cóż, dołożyła sobie pani kolejny. Badania zostały zrobione i podkreślam, że przyczyn tego nadciśnienia raczej nie odkryjemy. Jeśli nie zrobi sobie pani chociaż kilku dni wolnego, to przysięgam, że osobiście spalę pani komputer i wtedy wreszcie zmuszona będzie pani odpuścić pracę zawodową! Rozumiem konieczność prowadzenia firmy, spoczywające na pani obowiązki, ale na Boga! Robi pani wszystko, żeby się możliwie szybko wykończyć, psychicznie i fizycznie. Proszę chociaż na trzy dni wynieść się z domu, wyłączyć telefony i zająć się sobą! Regularnie mierzyć w tym czasie ciśnienie. I dopiero potem przyjść do mnie na kontrolę.

Nie próbowałam się już nawet bronić, zrezygnowałam z podawania kolejnych kontrargumentów i ze skruchą przysięgłam wziąć kilka dni wolnego. Słowo daję, że gdybym wiedziała, co z tego wyniknie, zaprotestowałabym z większą energią!


Sytuacja jednak wciąż nie była sprzyjająca. Klienci wszystkiego potrzebowali „na już” i, ostatecznie, pozostawiając na gospodarstwie domowym niezbyt zadowolonego z sytuacji męża i jeszcze mniej zadowolonego kota, z tygodniowym opóźnieniem spakowałam manatki i zarezerwowałam sobie trzy noclegi w łódzkim hostelu „Wypoczynek”, zlokalizowanym na obrzeżach miasta. Nie przewidywałam wówczas, że będzie to najbardziej intensywny urlop, na jaki się kiedykolwiek wybrałam.

***

We wtorek po południu weszłam do niewielkiego pokoju i z ulgą rzuciłam na podłogę swoje klamoty. Miałam tu spędzić raptem cztery dni, w dodatku niecałe, ale spakowana byłam bez mała jak na dwutygodniowy wyjazd. Laptop (mający mi służyć wyłącznie celom rozrywkowym), ładowarki, jasiek (bez którego nie jestem w stanie usnąć, pomijając już i tak męczącą mnie od lat bezsenność), ciśnieniomierz (pozycja obowiązkowa, w końcu pani doktor Brzezińska zażądała ode mnie regularnych pomiarów o różnych porach doby, w celu sprawdzenia, jak relaks wpływa na moje ciśnienie), leki na serce, soczewki kontaktowe, woda mineralna, suszarka do włosów, odzież i mnóstwo innych niezbędnych rzeczy. Rozpakowałam plecak oraz dwie wypchane do skraju możliwości reklamówki i nieco przytomniej rozejrzałam się po swoim nowym lokum.

W pokoju stały dwa małe łóżka (przy czym z jednego z nich od razu uprzątnięto pościel, być może w obawie, że zdecyduję się przyjąć kogoś „na waleta”), stolik z dwoma stołkami, dwie szafki — na jednej telewizor, na drugiej z trudem mieszcząca się nocna lampka — wieszaki na odzież wierzchnią i kosz na śmieci. Z zainteresowaniem spojrzałam na przybitą na ścianie kartę informacyjną z hasłem do WiFi i mnóstwem próśb, nakazów i zakazów, z których najbardziej zabolało mnie: „Prosimy o niepalenie tytoniu na terenie obiektu”. Zważywszy na to, że był środek zimy, wyobraźnia natychmiast podsunęła mi cogodzinne spacery na dół, rzecz jasna w pełnej odzieży, i palenie papierosów przed drzwiami hostelu na tym trzaskającym mrozie, przy radosnym akompaniamencie szczękania zębami. Z niechęcią pomyślałam, że trzeba będzie trochę to moje palenie ograniczyć. Przy okazji powinno ucieszyć się ciśnienie…

Jednocześnie zaczęłam zastanawiać się nad możliwością dokonania subtelnego przemeblowania na tej ograniczonej przestrzeni, którą zostałam obdarzona. Stół, przy którym najwygodniej byłoby mi czytać zabraną ze sobą książkę, ustawiony był przy ścianie obok drzwi wejściowych, i siedząc przy nim, okno miałam za plecami. Słaba żarówka wkręcona w żyrandol u sufitu uniemożliwiała swobodną lekturę i groziła mi pogłębieniem i tak solidnej wady wzroku. Lampka z kolei stała na małej szafeczce pod oknem, ale żeby czytać przy niej książkę, musiałabym chyba usiąść po turecku na dywanie i podtykać ją pod światło. Do kitu.

Z rozpaczą zaczęłam rozglądać się za gniazdkami elektrycznymi w pobliżu większego stolika i jedyne, jakie udało mi się dostrzec, było idealnie zastawione większą szafką z telewizorem.

Zirytowana narastającymi komplikacjami, postanowiłam wyjść na miasto, zapalić papierosa i rozejrzeć się za jakąś knajpą, w której mogłabym zjeść coś na kształt obiadokolacji.

Ostatecznie zwiedziłam parę okolicznych sklepów, kryjąc się przed mrozem, wypaliłam „na zapas” cztery papierosy i przed 21:00 zaczęłam wędrówkę na swoje pierwsze piętro w hostelu, przy okazji odkrywając, że na klatce schodowej panują ciemności bez mała egipskie, a światło włącza się automatycznie dopiero na półpiętrze. Zdziwiona, że wspinając się na górę (i zgadując, gdzie też może znajdować się kolejny stopień) nie zleciałam z tych uroczych schodów na zbity pysk, w blasku towarzyszącego mi już światła dotarłam na piętro. Zwizytowałam łazienkę (przynależną do mojego lokum, ale z przyczyn technicznych oddaloną od niego o dodatkowy pokój) i wreszcie zamknęłam za sobą drzwi tej komórki na króliki.

Chyba pierwszy raz w życiu pożałowałam, że nie jestem milionerką i nie spędzam tych kilku dni, pożal się Boże, urlopu, w ciepłych krajach lub choć w jakimkolwiek apartamencie, gdzie światło pali się porządne (również na schodach) i gdzie uwzględniane są potrzeby palaczy.

Z braku sensownych zajęć, których wykonywanie wykluczało nędzne oświetlenie, postanowiłam wcześniej „walnąć się” spać i spróbować nadrobić liczne nieprzespane noce. Przy okazji złożyłam sobie w duchu wyrazy uznania za zabranie stoperów do uszu, albowiem na tym samym piętrze zameldowała się jakaś grupa z uporem uprawiająca marsze zimowe po korytarzu i z częstotliwością kilku minut trzaskająca drzwiami. Zmęczona emocjami całego dnia, przykryłam się kołdrą po sam czubek głowy i, z uczuciem ulgi, zasnęłam.

***

W środku nocy obudził mnie przeciąg. W pierwszej chwili nie zrozumiałam, skąd ten przeraźliwy chłód, i dopiero po kilkunastu sekundach uświadomiłam sobie, że okno nad moją głową mocniej się uchyliło.

Zdziwiłam się nieco i usiadłam na łóżku, wyjmując z uszu stopery, i w tej chwili usłyszałam, że ktoś wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi. Przez myśl mi przeszło, że osobliwe ów ktoś ma upodobania, spać w pokoju o temperaturze bliskiej tej, jaka z pewnością panuje w kostnicy — ostatecznie okno musiała mieć ta osoba solidnie otwarte, żeby po otwarciu również drzwi, najprawdopodobniej na wprost mojego pokoju, wywołać taki efekt. Szpara przy podłodze nie miała wysokości więcej niż dwa centymetry, a jednak wystarczyła do szarpnięcia mojego okna na tyle, żeby do pokoju wdarł mi się wicher, przy okazji sypiąc na łóżko śniegiem.

Niezadowolona postanowiłam pozbyć się tej zamieci, niechętnie myśląc, że zaniechanie jakichkolwiek działań doprowadzi do wwalenia mi się do wnętrza pokoju ilości śniegu pozwalającej na ulepienie bałwana. Tego typu rozrywek nie miałam w planach. Chciałam pozbyć się tego idiotycznego chłodu i wilgoci, podniosłam się więc z łóżka z zamiarem zamknięcia tego cholernego okna i wtedy w ucho wpadły mi dziwne słowa.

— Czysto. Nikt się nie zorientował.

I cisza. Ton głosu mówiącej osoby sprawił, że po krzyżu przebiegły mi ciarki, choć komunikat sam w sobie nie był przesadnie krew w żyłach mrożący. Coś jednak było w tym tonie takiego, że rezygnując z pierwotnych zamiarów, i przeklinając tylko w duchu ten siarczysty mróz, który poczułam teraz całą sobą, zbliżyłam się cicho do drzwi.

— Przecież mówię, kurde no! — usłyszałam głos dobiegający z korytarza, niewątpliwie damski i jakby nieco zniecierpliwiony. — Wszystko zgodnie z planem, jak zawsze. Nikt się nie połapał.

Stałam w bezruchu i próbowałam zgadnąć, dlaczego u licha ten głos wydaje mi się skądś znajomy.

Rozważania przerwało mi kolejne zdanie wygłoszone przez znajdującą się na korytarzu damę.

— Co ty, przepraszam, do mnie mówisz? Jak to nie zdążysz dojechać? Ile się spóźnisz?

Po chwili ciszy dama wydała z siebie coś na kształt syku wściekłej żmii.

— Kurde no, śmiechy no! — poirytowany głos zabrzmiał głośniej i wyraźniej, i w tym momencie poczułam się ogłuszona. Oczyma duszy ujrzałam scenę sprzed lat.

Staliśmy przed Pałacem Kultury. Ja, mój ówczesny chłopak/narzeczony i dziewczyna imieniem Patrycja, do której ów chłopak mocno grawitował i co, z oczywistych przyczyn, sprawiało, że odczuwałam do tej jędzy absolutną niechęć. Mieliśmy iść do jakiegoś nowego klubu techno czy innego tworu. W każdym razie w planach było słuchanie muzyki dla drwali (rąbiącej po uszach) i gibanie się w rytm „umc, umc, umc”. Na uczestniczenie w tej imprezie nie miałam najmniejszej ochoty, nocne życie nigdy mnie jakoś nie porywało, ale na myśl, że mam zrezygnować i Alek pójdzie beze mnie, na dodatek w towarzystwie tej czarownicy na miotle, wyraziłam gotowość uczestniczenia w rozrywkach. Rychło okazało się, że poza nami na miejscu nie zjawił się nikt umówiony i poirytowana Patunia, ze słuchawką przy uchu, rzucała co pięć sekund owe na wieki zapadające w pamięć słowa „kurde no, śmiechy no!” i wywijała torebką trzymaną w drugiej ręce.

Z trudem usunęłam sprzed oczu obrzydliwy obraz z przeszłości i przestawiłam się na chwilę obecną. Zebrałam w sobie wszystkie siły i spróbowałam się skupić. Byłam już całkowicie rozbudzona i nieziemsko zaintrygowana. Nie chciałam, żeby umknęło mi bodaj jedno słowo wypowiedziane przez tę zmorę poznaną przed laty. Nad tym co właściwie była flama mojego eksnarzeczonego, bądź co bądź przebywająca na stałe w zupełnie innym mieście, robiła w Łodzi, w dodatku w tym samym hostelu co ja, na razie jeszcze się nie zastanawiałam. Przysunęłam się jeszcze bliżej drzwi i bez mała przestałam oddychać.

Żmija na korytarzu wydała z siebie przeciągły syk.

— Jutro, kurde no. Ostatni termin! Ja zgodnie z planem zmieniam lokal, o 11:00 już mnie tu nie będzie, wymeldowuję się o 10:00. Załatwiłam swoją część, a jutro odpracuję resztę. Zostawię dla ciebie wiadomość w recepcji…

Przez chwilę miałam wrażenie, że jej rozmówca zgłasza jakieś protesty, na tyle głośne, że udało mi się z nich wywnioskować konieczność zachowania tajemnicy.

— Przecież nie napiszę tego wyraźnie, kurde no! — wysyczała antypatyczna jędza. — Jeśli masz choć odrobinę oleju w głowie, zrozumiesz. Nie wymagam od ciebie wspinania się na szczyty intelektu! Przyjedź niecałą godzinę po moim wyjeździe i zamelduj się w pokoju po mnie, zaklepię go dla ciebie. Pakunek zabezpieczę. Zawieziesz go tam… Przecież mówię, że od razu zostawię klucze i powiem, że zajmiesz moje miejsce w tym samym pokoju. Nikt tam nie wlezie, a paczka będzie w standardowym miejscu, jasne? Kończę.

Stałam w absolutnym bezruchu jeszcze dość długą chwilę, wciąż starając się nie oddychać, aż do momentu, gdy przeciwległe drzwi otworzyły się — na nowo wmiatając mi do pokoju kolejną porcję śniegu — i w końcu cicho się zamknęły.

Teraz i ja oderwałam się od utrzymywanej przez ładnych kilka minut pozycji, cicho zbliżyłam się do okna i, uważając na skrzypiącą podłogę, niemal bezszelestnie zamknęłam okiennice. Zimno mi było jak piorun. Zapaliłam nocną lampkę, usiadłam na łóżku, z którego zmiotłam resztki śniegu, okryłam się nieco namokniętą kołdrą i spróbowałam jakoś poukładać sobie w głowie zdobyte informacje. To wszystko, co się wydarzyło w ciągu ostatnich paru minut, wydawało mi się dość surrealistyczne. Patunia, która powinna być w zupełnie innym mieście, a może i poza granicami kraju, te konfidencjonalne szepty, jakieś szyfry? Pakunki? Nie no, idiotyzm.

Szczękając z zimna zębami i nie doszedłszy do żadnych sensownych wniosków, zgasiłam światło i na nowo zapadłam w sen.

***

Obudziłam się chwilę po 6:00 rano i pomyślałam, że niech to czort bierze, urlop urlopem, ale mam jednak do załatwienia parę spraw w robocie. Ziewając przeraźliwie, ubrałam się i poszłam do łazienki, umyłam zęby i twarz, spakowałam niezbędne rzeczy i zeszłam na dół, planując podjechać do biura i załatwić tych kilka naglących spraw, których tak całkowicie odłogiem zostawić nie mogłam. Mijając opustoszałą recepcję, kątem oka zauważyłam jakąś kartkę. Spojrzałam na nią bezmyślnie i po chwili wróciła mi pamięć wydarzeń z ubiegłej nocy. Znacznie bardziej przytomna zbliżyłam się do kartki i przyjrzałam się jej z uwagą, choć nic mi z tego w pierwszej chwili nie przyszło. Komunikat na kartce brzmiał:

Jędrku, za zgodą przemiłych pań z recepcji pozostawiam ci wiadomość. Poproś o klucz do pokoju 10, będzie na ciebie czekał. Podaję też te dane, o których mówiłam ci przez telefon, zapisz dokładnie, a najlepiej po prostu zabierz tę kartkę ze sobą i ślicznie cię proszę, nie spóźnij się!

6–28–20–23–30–7–4 4–7–18–26–23–1–15–18–29 24–14–23–29–26–14–1 127 GODZINA: 12:00. Pośpiech wskazany!!!

Patrycja

Po zapoznaniu się z tą twórczością, całą odzyskaną przed chwilą przytomność umysłu diabli mi wzięli i tępo wpatrywałam się w bazgroły widniejące tuż przed moim nosem. Co to ma być, u licha? Kilka numerów telefonów podanych w wyjątkowo idiotyczny sposób? Zakamuflowany numer rachunku bankowego? Jakiś idiotyczny szyfr? Jedyne, czego mogłam być pewna, to że cała nocna scena nie była wytworem mojej wyobraźni ani też wyjątkowo idiotycznym snem, ale że rozegrała się naprawdę. Mogłam oczywiście wzruszyć ramionami i podjąć pierwotne zamierzenia, czyli ruszyć tyłek w celu wypełniania obowiązków służbowych, ale tknięta przeczuciem i umiłowaniem do tajemnic, na wszelki wypadek wyciągnęłam z torebki telefon komórkowy i, rozglądając się uważnie w poszukiwaniu ewentualnych świadków, potrzebnych mi w tej chwili jak dziura w moście, zrobiłam zdjęcie idiotycznej informacji. Postanowiłam, że będę się nad nią zastanawiać później. Opuściłam hostel, wsiadłam do samochodu i ruszyłam przez miasto.

Po drodze odtworzyłam sobie raz jeszcze całą nocną scenę. Co to mówiła ta zmora z przeszłości? Że dzisiaj o 10:00 wyjeżdża, a na jej miejsce ma przybyć ten jakiś spóźniony patałach, który z kolei ma przewieźć w jakieś miejsce tajemniczą… przesyłkę? Pakunek? Takie słowa chyba padły… Diabli wiedzą, co to mogło być. Intensywny chłód, który musiał panować w pokoju tej wstrętnej baby i temperaturą przypominał kostnicę, nasunął mi skojarzenie ze świeżymi zwłokami. Włosy stanęły mi dęba na głowie.

Nad tym, po jaką cholerę Patunia miałaby trzymać w swoim pokoju trupa, ganc pomada świeżego czy lekko już „przechodzonego”, nie zastanawiałam się ani chwili. Cała ta atmosfera, te szepty i idiotyczny szyfr sprawiły, że przed moimi oczami ukazał się mało czarowny obraz upchniętego gdzieś w pokoju Patrycji nieboszczyka, którego z kolei tajemnicze, spóźnialskie indywiduum miało odebrać o godzinie 11:00 i w ciągu godziny gdzieś przetransportować. Była to jedyna sensowna informacja, jaką udało mi się wyczytać z kartki. Co prawda transportowanie zwłok w biały dzień, zwlekanie ich po schodach zaludnionego hostelu i ładowanie do samochodu wydawało mi się mocno wątpliwe, ale nie byłam w stanie tak od razu pozbyć się sprzed oczu upiornego obrazu, nawet jeśli nie miał on najmniejszego sensu.

Docisnęłam gaz i chwilę po 7:00 znalazłam się w swoim miejscu pracy, zdecydowana jak najszybciej odwalić wiszącą nade mną robotę, a następnie nawet stanąć na głowie, byle tylko odczytać tę tajemniczą wiadomość.

Kwadrans po 8:00 pozbyłam się wreszcie upiornych papierów i na spokojnie, choć z lekka bijącym z ciekawości sercem, przepisałam szyfr z telefonu na kartkę. Dobre pięć minut gapiłam się w niego jak sroka w gnat, nie dochodząc do żadnych twórczych wniosków.

Pierwsze co wyeliminowałam, to numer rachunku bankowego. Cyfr i liczb było za dużo jak na jeden, za mało jak na dwa. Następnie sięgnęłam po telefon i kolejno wydzwaniałam pod numery, które mogły być czyimiś numerami telefonów komórkowych. Po każdej próbie słyszałam w słuchawce wdzięczny komunikat: „Przepraszamy, wybrany numer nie istnieje. Prosimy sprawdzić go i spróbować ponownie”.

Numery telefonów również miałam z głowy.

Odpaliłam więc Google i jak leci przepisałam w niego szyfr. Uzyskałam tylko cztery wyniki, które zdumiały mnie potężnie, odnosiły się bowiem do Biblii. Na wszelki wypadek przejrzałam wyświetlone strony, ale nic mi to nie dało.

Popadłam w zadumę. Przyniosłam sobie kawy, kompletnie zapominając, że ulubiony napój powinien pójść w odstawkę przy moim rozkosznym nadciśnieniu i na nowo pochyliłam się nad kartką. Najprostsze rozwiązanie, które było tak banalne, że aż niemożliwe, to podstawienie pod te cyfry liter z alfabetu. Wyciągnęłam kartkę i długopis i przy liczbie 28 zabrakło mi liter. Zirytowało mnie to i nagle doznałam czegoś na kształt olśnienia.

— Rany boskie — wyszeptałam do siebie. — Przecież pominęłam wszystkie „ą”, „ę” i tym podobne. I ja, tępa kretynka, dziwię się, że liter mi zabrakło! A jeśli tam jest zapisana wskazówka w stylu „iść”, to nie ma siły, Patunia musiała te litery diakrytyczne uwzględnić!

Z rumieńcem na twarzy powtórzyłam manipulację i, niemal dławiąc się wzruszeniem, spojrzałam na nowe bazgroły. Komunikat brzmiał:

DWORZEC CENTRALNY SKRYTKA 127

Liczbie 127 dałam spokój, uznając, że to istotnie numer skrytki, a nie dalsza część szyfru, bo hasło „DWORZEC CENTRALNY SKRYTKA ABE” nie miało już kompletnie żadnego sensu.

Poderwałam się znad papierów, spojrzałam na zegarek wskazujący 8:35 i miotnęła mną rozterka. Wracać do hostelu i śledzić Patunię czy pchać się na dworzec, wyczekując owego tajemniczego, spóźnialskiego typa? Gdybym tak mogła się teraz rozdwoić!

Myśl o sklonowaniu odpadała w przedbiegach, ale przecież miałam znajomych z samochodami, którzy, zważywszy środek tygodnia, powinni co prawda siedzieć w pracy, ale kto wie, warto spróbować…

Z bijącym sercem wybrałam interesujący mnie numer z książki telefonicznej w komórce.

— Cześć Grzesiu! — zawołałam radośnie, gdy tylko odebrał telefon. Po drugiej stronie przez chwilę panowała cisza.

— No wiesz! — obruszył się mój przyjaciel i swoim zwyczajem zaprezentował urok rozkapryszonej primadonny. — Już myślałem, że nigdy się nie odezwiesz. Kiedy to miałaś do mnie wpaść? Pół roku temu?

— Trochę więcej — wyznałam ze skruchą. — Wynagrodzę ci to, tylko powiedz mi, czy jakimś cudem masz może urlop, wolne, chorobowe? Cokolwiek, co pozwoliłoby ci wyskoczyć na miasto?

— Zwłaszcza chorobowe pozwoliłoby mi wyskoczyć na miasto — odparł Grzesiek sarkastycznie. — Na przykład grypa albo angina, idealne choroby do wywlekania się z łóżka i ruszania w jakieś niesprecyzowane wojaże…

— Nie wyskakuj mi tu od razu z grypą i anginą — zirytowałam się. — Mróz ubił wszystkie bakterie i wirusy, możesz mieć co najwyżej katar…

— Albo zatrucie pokarmowe — przerwał mi zgryźliwie.

— Chromolę zatrucie — odparłam niemniej zgryźliwie i do akompaniamentu zazgrzytałam zębami. — Odpowiesz mi wreszcie jak normalny człowiek czy nie?! Jesteś w domu czy w robocie?

Po drugiej stronie słuchawki dała się wyraźnie odczuć konsternacja.

— No dobrze, jestem w domu. Musiałem odebrać urlop z zeszłego roku, bo księgowa zaczynała mi czynić jakieś dziwne uwagi. A co? Naszła cię ochota na spotkanie przy kawie?

— Wręcz przeciwnie — odparłam tajemniczo i szybko się zreflektowałam. — To znaczy kawa chętnie, nadrobimy zaległości, ale jest pilniejsza rzecz. Czy mógłbyś przed 12:00, bo ja wiem, o 11:30, pojawić się na Dworcu Fabrycznym, tfu obecnie bodaj Centralnym, w okolicach skrytek?

— Rany boskie, po co?!

— Żeby dyskretnie podejrzeć, co będzie chowane przez jakieś podejrzane indywiduum do skrytki numer 127.

Grzesiek wyraźnie się zatchnął.

— Coś ty znowu wymyśliła?!

— Nic, jak Boga kocham, po prostu strasznie mi zależy, żeby zobaczyć, co tam będzie upychane.

— Słuchaj, pomijając już fakt, że chyba ci odbiło, zwracam ci uwagę na jedną drobnostkę… Wciąż mi nawalają nogi.

— W jakim sensie? W stawach cię łamie?

— Nie, ale zdaje się, że mam wodę w kolanie…

— I cukier w kostkach — przerwałam mu złośliwie. — Nie stwarzaj idiotycznych trudności, na kawę to mógłbyś wyskoczyć, a na dworzec nie łaska?

— Jak ci tak zależy, to niech twój mąż jedzie!

W środku poczułam niemiłe piknięcie. Nie, angażowanie do tej hecy mojego małżonka mijało się z celem. Ruszyłby się z pracy, gdybym poinformowała go, że złamałam nogę na środku pustej ulicy, ale w pierwszym odruchu zapewne kazałby mi, całkiem słusznie zresztą, wezwać pogotowie i niezadowolony ze złośliwości, jaką uczyniłam, odrywając go od zajęć, objawił się w szpitalu celem wygłoszenia kazania na temat mojej niezdarności. Całą aferę, którą widziałam oczyma duszy, wziąłby za wytwór mojej zwyrodniałej imaginacji i doczekałabym się jedynie kąśliwych uwag na temat mojej wyobraźni, a także komentarzy odnośnie trudnego charakteru. W dodatku padłoby odwieczne hasło, że on nie umie ze mną normalnie rozmawiać…

Tego jednak Grześkowi nie zamierzałam przekazywać.

— Mój mąż siedzi w pracy — powiedziałam stanowczo. — Poza tym nie ma prawa jazdy i żywi wstręt do jazdy samochodem. Komunikacją miejską może i dotarłby na czas, ale jest uwiązany do roboty.

— A nie możesz pojechać sama? — spytał Grzesiek po chwili wahania. — Jakoś nie mam ochoty na spotkania z podejrzanymi, jak sama ich określiłaś, typami.

Doprawdy, rozkapryszona primadonna! Szlag mnie w końcu przez niego trafi, pomimo całej sympatii, jaką darzę tego człowieka…

— Nie typami — poprawiłam, siląc się na uprzejmość. — Typ będzie raczej jeden. I owszem, mogłabym, ale ja muszę pilnować jednej takiej…

— Kompletnie nic nie rozumiem…

— Nie pierwszy raz — wypomniałam trochę mściwie, a trochę z żalem. — Po prostu powiedz, czy możesz poświęcić mi półtorej godziny swojego czasu. No, góra dwie.

— I po co ci to?

Tu mnie zastopował. Jakoś ciężko było mi wyjaśnić, że typem interesuję się wyłącznie przez tę antypatyczną jędzę, która w nocy konferowała przez telefon syczącymi szeptami. Komunikat o potencjalnym trupie tym bardziej nie chciał mi przejść przez usta, zresztą trup wpychany do skrytki na dworcu? Idiotyzm. No, chyba że poćwiartowany… Znając jednak Grześka, wiedziałam, że na tego typu wyznanie zareaguje ognistą odmową, postawi pod znakiem zapytania stan mojej psychiki, ewentualnie każe zwrócić się do policji. Do policji nie miałam zamiaru dzwonić, obawiając się, że w rzeczywistości cała ta tajemnicza afera to wyłącznie wytwór mojej wyobraźni karmionej od dzieciństwa kryminałami i tylko bym się naraziła na nieprzyjemności i marnowanie czasu władzy. Pomijając już fakt, że co, miałam wejść na komisariat i od progu krzyknąć: „Panowie, jest chyba jakaś afera, ale nie wiem na czym polega, kto dokładnie w niej siedzi i w zasadzie są to moje podejrzenia, nabrane podczas podsłuchiwania dwuminutowej rozmowy prowadzonej przez flamę mojego byłego. Ale niech panowie uprzejmie skoczą na dworzec, bo może coś w tym jest”? Głupota! Z kolejnej zaś strony dusza czepiała się i czepiała. Koniecznie chciałam wiedzieć, w co się wplątała Patrycja!

Spojrzałam na zegarek i zorientowałam się, że właśnie wybiła 9:00, a antypatyczna jędza wspominała coś o wyjeździe o 10:00. Czas uciekał. Zacisnęłam zęby i pomyślałam sobie, że raz kozie śmierć. Może jednak da się wciągnąć w temat?

— Być może ten typ i jedna taka są wplątani w jakąś nieprzyjemną aferę… — powiedziałam powoli. — I chciałabym…

— Aferę?! Oszalałaś? Od kiedy to używanie skrytki na jakimkolwiek dworcu świadczy od razu o aferze?

— Bo od tej jednej takiej usłyszałam coś, co sugerowałoby…

— Jak coś usłyszałaś, to mi tego nie powtarzaj — przerwał mi Grzesiek bardzo stanowczo i, kontynuując wypowiedź, udowadniał mi twardo, jak doskonale przewidziałam jego reakcję. — Nie życzę sobie mieć nic wspólnego z żadnymi typami, aferami i czymkolwiek, co podchodzi pod kodeks karny. Idiotyczny pomysł, żeby robić ze mnie szpiega! Dzwoń do glin, jak masz jakieś dowody, a nie do mnie! Kompletnie ci odbiło?!

Westchnęłam ciężko, myśląc, że jednak nie wszyscy ludzie z wiekiem się zmieniają, i zastanawiając się przy okazji, czemu wciąż traktuję go jak przyjaciela. No dobra, jego zalety ostatecznie przebijają tę część irytujących wad. Grzesiu był sympatyczny, znaliśmy się ponad połowę życia i pomimo prezentowanej, często na wyrost, ostrożności, która od wieków wyłaziła z niego nawet przy znacznie trywialniejszych sprawach, szalenie go lubiłam. W dodatku w innych kwestiach potrafił być bardzo przyjazny i uczynny. Do plotek przy kawie czy radzenia się w sprawach życiowych był jak do rany przyłóż, lepszy od dowolnej mojej kumpeli. I co tu ukrywać — w przeciwieństwie do mnie myślał racjonalnie…

Odsunęłam od siebie rozważania cech charakteru mojego rozmówcy i wróciłam do tematu.

— Dobrze, masz rację — powiedziałam ugodowo. — Przepraszam, nie przyszło mi do głowy porozumienie z władzami. Zaraz do nich zadzwonię, dzięki za sugestię. Miłego urlopu!

— Też powinnaś zrobić sobie wolne — odparł na to Grzesiek mało uprzejmym tonem. — I odwiedzić przy tej okazji specjalistę, bo wyraźnie coś ci padło na umysł. Takie rzeczy trzeba leczyć.

I rozłączył się. Znów zazgrzytałam zębami, mgliście czując, że jeśli wejdzie mi to w nawyk, to w miejsce psychiatry będę zmuszona odwiedzić dentystę. Na policję naturalnie nie miałam zamiaru dzwonić, bo przecież żadnych dowodów nie miałam i jedyne, co podpowiadało mi, że Patunia odwala jakiś szwindel, to moja dusza. A jak już zdążyłam ustalić wcześniej, moją duszę i jej poglądy policja będzie miała w nosie.

Znów spojrzałam na zegarek, zapaliłam papierosa i zawahałam się. Doskonale wiedziałam, kto może mi pomóc, ale odzywać się tak nagle, w dodatku z taką idiotyczną prośbą? Dawno już usunięty z mojej książki kontaktów, ale wciąż niepojętym sposobem tkwiący mi w głowie numer telefonu, aż się prosił do wybrania. Numer do człowieka, któremu dwa lata temu zrobiłam najgorsze świństwo, jakie można sobie wyobrazić, i który, co mnie niepomiernie zdumiało, owo świństwo równoznaczne właściwie ze zmarnowaniem mu życia, wybaczył mi właściwie z marszu. On z pewnością spełniłby moją prośbę i to bez zadawania idiotycznych pytań, ale rozum podpowiadał mi, że nie mogę kolejny raz ładować się z buciorami w jego życie.

Na szybko dokonałam w głowie przeglądu znajomych i w końcu wytypowałam człowieka, który również miał do mnie anielską cierpliwość i mógłby spełnić moją dziwaczną i raczej nietypową prośbę. Ostatecznie ten dziwny rodzaj znajomości, który nas łączył, bazował chyba głównie na wzajemnym zaufaniu i potężnej sympatii, jaką czuliśmy do siebie od pierwszego spotkania. Znaliśmy się dobre 20 lat i swego czasu stanowił dla mnie ogromną podporę życiową. To, że los stykał nas raz na kilka lat, najczęściej przez zwykły przypadek, nie miał tu znaczenia. Przy każdym spotkaniu mieliśmy wrażenie, że widzieliśmy się może z tydzień temu. Tak, to właściwa osoba, do której powinnam zadzwonić i która może mi pomóc. Pod warunkiem, że jest w Łodzi…

— Słucham? — zabrzmiało mi w słuchawce i poczułam ogromną ulgę, słysząc jego głos.

Zebrałam w sobie całą siłę ducha.

— Cześć Michał — powiedziałam przyjacielsko. — Elżbieta z tej strony.

— No cześć — powiedział Michał takim tonem, jakbyśmy rozmawiali przed paroma dniami, a nie kilkanaście miesięcy temu. — Co u ciebie słychać?

Nie miałam czasu na streszczanie mu swojego życiorysu. Zastanawiałam się tylko, czy cierpliwość tego człowieka do mnie ulegnie ostatecznemu wyczerpaniu po tym telefonie.

— Niewiele — odparłam i z ciężkim westchnieniem dodałam: — W zasadzie po staremu. Z jedną różnicą… Słuchaj, jesteś może w Łodzi i dysponujesz odrobiną czasu?

— No jestem — powiedział trochę rozweselony. — W sumie od tygodnia. Chcesz się zobaczyć?

— Chętnie, ale może jakoś później — powiedziałam z rosnącym napięciem. — Mam taki dosyć głupi problem i potrzebuję pomocy, ale musiałabym cię wyciągnąć na miasto na jakieś dwie godziny. Nie wiem, czy to realne.

Michał milczał przez chwilę i czułam, że ze zdenerwowania i niecierpliwości rośnie mi w gardle jakaś wielka gula.

— Da się zrobić — usłyszałam po chwili. — Akurat nie mam nic konkretnego do roboty. Dobrze trafiłaś. Czego potrzebujesz, kurduplu?

Ulga, jakiej doznałam, sprawiła, że nawet z sympatią odniosłam się do owego „kurdupla”, którym to mianem określał mnie od niepamiętnych czasów. Niechże nazywa mnie tym „kurduplem”, „kurczaczkiem” czy jak tam jeszcze na mnie mówił, byle tylko nie rozłączył się po wyjawieniu mu mojej prośby. Bo jeśli i on zareaguje tak jak Grzesiek…

No dobrze, ale Michał to nie Grzesiek. Przyzwyczajony jest do wydarzeń niezwykłych, a w dodatku dysponuje odwagą, chwilami może wręcz zbyt daleko posuniętą. Pod tym względem stanowił absolutne przeciwieństwo Grzegorza.

Znów ciężko westchnęłam, przy okazji wydmuchując popiół ze stojącej przede mną popielniczki, i w krótkich słowach wyjaśniłam w czym rzecz. Michał nie zadawał mi żadnych głupich pytań, nie odłożył telefonu i nie wyraził oburzenia.

— Daleko nie mam, więc to nie kłopot. Nie będę pytać, dlaczego tak cię to interesuje, ale chciałbym się upewnić, że to oglądanie mam przeprowadzić jakoś nieznacznie?

— Nieznacznie — przyznałam w pośpiechu. — Tak, żeby nikt na ciebie nie zwrócił uwagi. Zdaje się, że masz w tych sprawach doświadczenie…

— Mieć mam, ale to musiałbym patrzeć chyba z pewnego oddalenia, a nie będę tam przecież sterczał z lornetką… Ciężko mi będzie w związku z tym cokolwiek zobaczyć. Zwracam ci uwagę, że te skrytki nie mają wielkości gdańskiej szafy i jeśli facet włoży do niej, powiedzmy, zaklejoną kopertę, to chyba niewiele ci z tego mojego oglądania przyjdzie.

— W kopertę wątpię — odparłam stanowczo. — Taki drobiazg mogliby sobie przekazać osobiście.

— On i ta… jedna taka? — upewnił się Michał, do którego operowałam tymi samymi określeniami, co wcześniej do Grześka.

— On i ktokolwiek inny, kto będzie, jak sądzę, później z tej skrytki korzystał. A z tego co się orientuję, to będzie jednak coś większego od koperty. Może jakieś charakterystyczne cechy przedmiotu nasuną ci skojarzenia? Nie wiem zresztą, to i tak tylko na wszelki wypadek…

Michał nie dopytywał już o nic więcej.

— Dobrze, w sumie to nawet mam pewną myśl… — urwał na moment i nad czymś się zastanawiał. — I może nawet uda się ją wcielić w życie. O której mam do ciebie oddzwonić z informacjami o rezultatach?

Przez chwilę się zastanawiałam, ile czasu przyjdzie mi z kolei spędzić w samochodzie na śledzeniu Patuni. Zawahałam się.

— Wiesz co, ja do ciebie oddzwonię, jak skończę z tą jędz… no z tą, jedną taką — poprawiłam się z wysiłkiem. — I w zasadzie to muszę się już z tobą pożegnać, bo jeśli chcę się wyrobić, to powinnam zaraz jechać na drugi koniec miasta.

— Uważaj na siebie kurczaczku — powiedział Michał rozweselonym głosem.

— Będę uważać — zapewniłam go. — Ty też uważaj. Niech tam nikt na ciebie nie zwróci przesadnej uwagi. Jeśli nie uda ci się za dużo zobaczyć, to tragedii nie będzie, ale jeśli to jest to, co myślę, to z dwojga złego wolę nie wiedzieć nic o zawartości skrytki niż jutro przeczytać twoje nazwisko w gazecie w dziale z nekrologami.

Michał się roześmiał.

— Nie dość, że przesadzasz, to jeszcze mnie nie doceniasz — powiedział trochę zły, a trochę jeszcze rozbawiony. — Sama mówiłaś, że mam doświadczenie w tego typu sprawach. Zaraz jadę na dworzec, a potem czekam na telefon. I ty też się już zbieraj, skoro masz mało czasu. Nie chciałbym, żebyś jechała w to tajemnicze miejsce w zdenerwowaniu i z gazem wciśniętym do dechy. Jeszcze nie miałem okazji przekonać się, jak jeździsz… I wiesz, twojego nazwiska w dziale nekrologów też bym wolał nie oglądać…

***

Na kilka minut przed 10:00 zaparkowałam na rogu ulicy, przy której mieścił się hostel, i w pośpiechu wysiadłam z samochodu, modląc się w duszy, żeby antypatyczna jędza była jeszcze na miejscu. Nie zdążyłam nawet zamknąć drzwiczek, kiedy ujrzałam ją wychodzącą z bramy naprzeciwko i wsiadającą do srebrnej Toyoty Yaris. Niemal wyżynając głową o dach własnego Renault, władowałam się z powrotem do środka i zapaliłam silnik, przelotnie myśląc, że z wiekiem niewiele się zmieniła. Wciąż szczupła, z charakterystyczną twarzą kompletnie niezdradzającą jej wieku… Jedyne, co się w niej zmieniło, to włosy. Przed laty była blondynką z długimi splotami, a teraz krótko ostrzyżoną szatynką. Z niesmakiem pomyślałam, że i w tej fryzurze wygląda wyjątkowo nieźle i całkiem atrakcyjnie…

Patrycja ruszyła ku śródmieściu, a ja wystartowałam w ślad za nią, starając się jednocześnie nie trzymać zbyt blisko, żeby nie zwróciła na mnie przesadnej uwagi. Nigdy wcześniej nie śledziłam nikogo samochodem i po głowie plątały mi się tylko sceny z filmów, w myśl których powinnam przepuścić przed siebie jakiś inny pojazd, żeby już kompletnie zapewnić sobie komfort psychiczny. Nie miałam jednak głowy do tych manipulacji, dodatkowo bojąc się, że jeśli istotnie ktoś się między nas właduje, to mogę stracić Patunię z oczu, względnie nie zdążę wykonać jakiegoś manewru w stylu zmiany pasa w ostatniej chwili albo skrętu w byle którą, boczną uliczkę. Na szczęście nic nie wskazywało na to, żeby antypatyczna jędza zwracała na mój samochód jakąkolwiek uwagę i w myślach pocieszyłam się tym, że niebieskich Renault Twingo jest w Łodzi istotnie całkiem sporo. Przed samym moim blokiem parkowały trzy niemal identyczne, zaś te w innych kolorach plątały się po mieście nadzwyczaj gęsto.

Patrycja jak dotąd nie wyczyniała żadnych dziwnych sztuk za kierownicą, trzymała się prostej trasy i trochę się uspokoiłam, bo do centrum miał prawo jechać za nią każdy samochód, niemal dowolnie długo, bez zmiany kierunku. W pobliżu ulicy Legionów antypatyczna jędza zaczęła prezentować jakieś dziwne wahanie. Zwolniła do 20 km/h, włączyła lewy kierunkowskaz wskazujący na chęć zmiany pasa, ale zanim zrobiłam to samo, włączyła prawy, wyłączyła go i przez chwilę jechała niemal środkiem dwupasmowej, pokrytej jeszcze śniegiem, jezdni, z uporem zwalniając.

— Idiotka — warknęłam w przestrzeń. — Na co ty czekasz do cholery, na wiosnę?!

Patunia po chwili podjęła widać jakąś decyzję, bo ponownie wrzuciła prawy kierunkowskaz i zaparkowała na chodniku, niemal wbijając się przodem swojej Toyoty w imponujących rozmiarów zaspę. Chcąc nie chcąc musiałam ją minąć i zaczęłam w popłochu rozglądać się za jakimś miejscem postojowym. Na szczęście już po kilkunastu metrach zauważyłam lukę między samochodami. Wykorzystałam ją z ulgą i z prędkością światła wyprysnęłam z auta, lecąc w kierunku Toyoty antypatycznej jędzy, która właśnie stała przy parkomacie, wnosząc opłatę. Nasunęłam czapkę niemal na oczy i myśląc, że sama tej operacji z opłatą w żadnym razie nie zdołam wykonać, nastawiłam się w duchu na otrzymanie mandatu. W aktualnej sytuacji miałam jednak w nosie mandat. Z całej siły chciałam zorientować się wreszcie w poczynaniach Patuni.

„No, jeśli teraz się okaże, że ona po prostu postanowiła sobie pójść na jakieś zakupy do Manufaktury, to będzie bardzo śmiesznie” — pomyślałam. „Chociaż do Manufaktury to by się raczej wbiła na parking przy centrum handlowym, a nie pchała w tę zaspę na chodniku…”.

Antypatyczna jędza niedbale wrzuciła kwit parkingowy przed szybę, zamknęła samochód i ruszyła przed siebie, jak na złość podążając dokładnie w kierunku, w którym wznosiła się Manufaktura. Zanim jednak zdążyłam przekląć się w duchu za idiotyczne pomysły, które najwyraźniej w świecie stają się faktem, Patunia skręciła w jedną z bram. Nie pchałam się od razu za nią, zajrzałam tylko i, wytrzeszczając oczy, sprawdziłam, co zrobi dalej. Wejdzie do jakiejś klatki? Sklepu…?

Okazało się, że ani jedno, ani drugie. Antypatyczna jędza weszła po kilku schodkach prowadzących do jakiegoś pomieszczenia w kamienicy i zniknęła za drzwiami. Ruszyłam sprintem, usiłując nie wywalić się na śliskim śniegu, i jak wryta zahamowałam przed wypatrzonymi z bramy schodkami. Na przeszklonych drzwiach, do których prowadziły, widniał napis wypisany wołami:

GABINET PSYCHIATRYCZNY

Stałam nieruchomo w śniegu przed wejściem do owego gabinetu i czułam w głowie rosnący zamęt. Wcześniej już zwróciłam uwagę na numer rejestracyjny jej samochodu, który niezbicie wskazywał, że Patunia nie wyemigrowała z Warszawy i że jeśli nie zdecydowała się w ostatnim czasie na przeprowadzkę do Łodzi, to specjalistów powinna odwiedzać raczej w stolicy. Potem pomyślałam, że coś mi się tu jednak za bardzo nie zgadza, ale nie byłam w stanie sprecyzować, co gryzie mi się z czym i, nie myśląc już nic kompletnie, weszłam na schodki i cicho otworzyłam przeszklone drzwi.

Niewielka poczekalnia była całkowicie pusta. Wbrew sobie i odebranemu w dzieciństwie dobremu wychowaniu, przysunęłam się do jedynych drzwi prowadzących do kolejnego pomieszczenia i usłyszałam głos Patuni.

— Ach, panie doktorze, jak to dobrze, że pan się zgodził umówić wizytę w takim krótkim czasie — szczebiotała. — To dla mnie naprawdę bezcenne! Tak ważne!

Przez chwilę się zastanawiałam, czy dalsze podsłuchiwanie nie będzie jednak potwornym nietaktem. Może Patrycja faktycznie potrzebuje pomocy specjalisty i nocna rozmowa nie miała z tym nic wspólnego, a do lekarza zgłosiła się w obcym mieście tylko z uwagi na fakt, że akurat coś tu załatwiała, już ganc pomada, legalnie czy nie? Już miałam odsunąć się od futryny drzwiowej, kiedy usłyszałam głos lekarza.

— Pani Magdo, to żaden kłopot. Przez telefon wyraźnie dała mi pani do zrozumienia, że to pilna sprawa, nie mogłem odmówić. Prosiłbym tylko o dowód osobisty, w celu założenia karty…

To „pani Magdo” wrzasnęło mi w duszy, a ucho niemal przyrosło do futryny, od której jeszcze przed chwilą planowałam się oderwać.

— Ależ oczywiście, panie doktorze, proszę — wyszczebiotała Patunia i, sądząc z odgłosów, zaczęła szukać czegoś w torebce.

Po chwili znów usłyszałam głos lekarza.

— Magdalena Kępińska — wymamrotał lekarz, prawdopodobnie przepisując sobie dane do karty. — PESEL…

W głowie szalał mi istny tajfun. Nie zwariowałam chyba? Jej głos rozpoznałam bezbłędnie, a jej widok, gdy wychodziła z hostelu, upewnił mnie, że nie miałam w nocy żadnych halucynacji. Z całą pewnością była to poznana przed wieloma laty, wstrętna flama mojego byłego! Nazwisko, ostatecznie, mogła przecież zmienić po wyjściu za mąż, nie miałam pojęcia o jej obecnym stanie cywilnym, ale imię? To imię, które będzie się wlokło za mną do końca życia, razem z nieśmiertelnym „kurde no, śmiechy no!” i dla mnie osobiście nieodłącznie z nim związane?!

Po wysłuchaniu numeru PESEL zbaraniałam dodatkowo. Można było ostatecznie przyjąć, że Patrycja przestała własne imię lubić i postanowiła całkowicie zmienić swoje dane personalne, ale przecież nie rok urodzenia! Była w wieku mojego eksnarzeczonego, poznali się na studiach, w tym roku powinna mieć na karku 35 lat, a nie 31!

Zrobiło mi się gorąco i możliwie bezszelestnie poluzowałam szalik i zdjęłam parzącą mnie w głowę czapkę, próbując oswoić się z przedziwną, ale najwyraźniej w świecie prawdziwą myślą. Patrycja posługuje się fałszywym dowodem osobistym!

— Bardzo pani dziękuję — usłyszałam znowu głos lekarza. — Prosiłbym jeszcze o adres zamieszkania.

— Ależ oczywiście. Łódź, Żeligowskiego…

Na krótką chwilę zamknęłam oczy. Co tu się dzieje do licha ciężkiego?!

— No dobrze, to kartę mamy założoną — powiedział lekarz, odrywając mnie od tornada szalejącego w moim wnętrzu. — W czym mogę pomóc, pani Magdo?

Sama byłam równie ciekawa.

— Ach, panie doktorze — zakwiliła antypatyczna jędza z tak szczerym smutkiem, że niemal jej w tę rozpacz uwierzyłam. — Przytrafiła mi się straszna rzecz. Straszna! Pani doktor, u której się zwykle leczę, złamała nogę i leży w szpitalu, a ja za tydzień wyjeżdżam do pracy za granicę, na roczny kontrakt. Nie mogę przecież jechać bez leków! Tu mam zaświadczenie…

Usłyszałam głośniejszy szelest papierów, prawdopodobnie Patrycja znów grzebała w torebce.

— O, proszę… O lekach, jakie przyjmuję na stałe. Bardzo bym prosiła o powtórzenie na nie recept!

W gabinecie przez chwilę panowała cisza.

— Na rok, mówi pani? — spytał lekarz z pewnym wahaniem. — Przeciwdepresyjne mogę pani przepisać na kilka miesięcy, ale takiej ilości Polzicu nie dam rady…

Jęknęło mi w duszy. Polzic! Środek nasenny, którego stosowanie przez dłuższy czas powoduje silne uzależnienie! Lek, który wart jest na czarnym rynku całkiem niezłą forsę!

— Ja wszystko rozumiem, ale proszę i mnie zrozumieć — mówiła Patunia łzawym głosem. — To jedyny lek, po którym śpię. Nic innego nie działa. Byłam już u wielu lekarzy, przeprowadzałam w klinice badania związane z bezsennością i dopiero Polzic pozwolił mi normalnie przespać noc. Ja nie mogę wyjechać na rok, nie mając go przy sobie!

Po chwili konsternacji dodała zniżonym, lecz wciąż dramatycznym głosem.

— Więcej zapłacę, tak jakby to były trzy wizyty, bo rozumiem, że pan doktor może mieć kłopoty… Po powrocie oczywiście natychmiast do pana przyjdę, może jednak uda się znaleźć inny lek, ale na razie błagam! Nie mogę jechać do Bułgarii, mając w perspektywie tyle miesięcy bez snu!

— No rozumiem… Rozumiem — powiedział po chwili lekarz i odchrząknął. — Dobrze, pani zapłaci za te trzy wizyty, ja je wpiszę w kartę z różnymi datami. Ale recepty muszę też wypisać z datami pokrywającymi się z terminami tych wizyt. Ktoś będzie mógł pani przesłać te leki?

— Oczywiście panie doktorze, serdeczne dzięki!

Pokiwałam głową sama do siebie. Interesujące łgarstwo, kontrakt na rok w Bułgarii… Ciekawe kto jej będzie te leki posyłał, w żadną Bułgarię nie wierzę! I ciekawe ile tych tabletek od niego wyciągnie? 360 dni, Polzic jest pakowany po 20 tabletek… Matko święta, 18 opakowań?!

— Proszę — powiedział lekarz po dłuższej chwili, spędzonej zapewne na wypisywaniu recept. — Rozbiłem to pani na sześć recept, na każdej ma pani 60 tabletek. Dwie z dzisiejszą datą realizacji, dwie z terminem za dwa miesiące i kolejne dwie za cztery. Tylko proszę to załatwić w różnych aptekach, bo taka ilość… — odchrząknął. — Rozumie pani… Proszę na to uczulić tę osobę, która będzie dla pani te późniejsze recepty realizowała, niech nie wykupuje leków w tej samej aptece, do której pójdzie pani dzisiaj…

— Naturalnie! — zawołała Patrycja, niemal dławiąc się wzruszeniem. — Życie mi pan doktor ratuje, dziękuję! I już płacę. Trzy wizyty to będzie 360 złotych?

— Zgadza się, pani Magdo… Dziękuję. I proszę mi się pokazać po powrocie, spróbujemy jednak zmienić ten lek, bo on ma silne właściwości… wie pani… uzależniające.

Z pewnym wysiłkiem odsunęłam się od drzwi, na nowo opatuliłam szalikiem i włożyłam na głowę czapkę. Wizyta ewidentnie zmierzała ku końcowi i wolałam zniknąć z poczekalni, zanim w drzwiach ukaże się Patunia vel Magda. Tego, że mnie rozpozna, nie obawiałam się wcale. Przez ostatnie kilkanaście lat ona nie zmieniła się wcale, ja zaś owszem, o dobre kilkanaście kilogramów w dół. Poza tym prawdopodobnie w czasie naszych spotkań w Warszawie nie zwracała na mnie większej uwagi, byłam po prostu dziewczyną faceta, którego wybrała sobie na powiernika sercowych dramatów i któremu w upojeniu wypłakiwała się w rękaw po zerwaniu z własnym narzeczonym. Na mnie patrzyła jak na powietrze i kompletnie nieliczącą się jednostkę, no i chyba miała rację, bo istotnie Alek wkrótce po tych zajściach rozstał się ze mną bez większych wahań czy sentymentów. O końcu trzyletniego związku zawiadomił mnie telefonicznie…

Stałam przed bramą, paliłam papierosa i usiłowałam poukładać sobie w głowie uzyskane wiadomości. Po co Patuni był ten fałszywy dowód osobisty? I na cholerę jej to łgarstwo o Bułgarii? Nawet jeśli jest uzależniona, mogła zwyczajnie wyłgać się czymś innym, nie mówiąc już o tym, że mogła pokazać własny dowód. Iluż to lekomanów opowiadało bajki o zagubionych receptach, o chęci zmiany psychiatry, o tym, że „koleżanka przyjmuje taki lek na bezsenność, więc może warto wypróbować, a nuż zadziała…”. Z niechęcią przypomniałam sobie własne łgarstwa na ten temat, bo jeszcze dwa lata temu sama byłam w szponach Polzicu i do różnych lekarzy wygłaszałam tego typu brednie. Ale roczny kontrakt za granicą? To było jakieś novum…

Nie zdążyłam sprecyzować kolejnej myśli, bo tuż przed moim nosem pojawiła się nagle antypatyczna jędza i, nie poświęcając mi nawet jednego spojrzenia, rozradowana jak prosię w deszcz, ruszyła w kierunku swojego samochodu. Ze wstrętem do samej siebie pomyślałam, że swego czasu wychodziłam od lekarzy z takim samym rozradowanym pyskiem i jeszcze przepełniona dumą, jak to pięknie udało mi się zełgać i zdobyć recepty na upragniony specyfik.

Otrząsnęłam się na to wspomnienie ze zgrozą, rozejrzałam za koszem na śmieci i, nie widząc żadnego, rzuciłam trzymanego w ręku papierosa w śnieg, przydeptałam go i ruszyłam za Patunią. Minęłam jej Toyotę, rozsądnie myśląc, że i tak nie ma wyjścia, musi na tym odcinku pojechać prosto, więc spokojnie zdążę za nią wystartować. O ile w czasie jej wizyty moje Renault nie wzbogaciło się o blokady na kołach… Ale z tego, co wielokrotnie słyszałam od znajomych, brak opłaty za parkowanie kończyło się raczej otrzymaniem po iluś tam miesiącach mandatu z odsetkami, a nie blokowaniem kół…

Do samochodu rzeczywiście wsiadłam bez przeszkód, zapaliłam silnik i przygotowałam się do włączenia do ruchu. Wyjechałam na jezdnię, gdy tylko minęła mnie znajoma już Toyota. Szczęśliwie nie władowałam się nikomu pod maskę i, zaintrygowana coraz bardziej, wznowiłam działalność śledczą.

Zastanawiałam się, jak też Patrycja planuje zrealizować te wszystkie recepty, zwłaszcza z datą kwietniową i lipcową, ale nie zdążyłam dojść do żadnych wniosków, bo w okolicy Stajni Jednorożców (czyli po prostu przystanku tramwajowego, na którym zatrzymywały się niemal wszystkie łódzkie tramwaje jadące w różne dzielnice Łodzi i który istotnie wyglądał jak stajnia stworzona raczej z myślą o bajkowych stworzeniach niż centrum przesiadkowe) Patunia znów zwolniła i zaparkowała Toyotę. Z ust wydobył mi się warkot, bo zaczęłam liczyć się z kolejnym mandatem za brak opłaty za parkowanie, ale postanowiłam zaryzykować. Zajęłam miejsce niemal tuż obok Toyoty i ustawiłam się za Patrycją przy kasie parkingowej.

Antypatyczna jędza dokonała transakcji, nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi i zawróciła do samochodu. Pospiesznie opłaciłam parkowanie, na wszelki wypadek na godzinę, wetknęłam świstek za szybę i ostrożnie ruszyłam za Patunią udającą się tym razem w kierunku ulicy Wólczańskiej. Trzeźwo pomyślałam, że w końcu zwróci na mnie uwagę, więc lepiej będzie od tej pory nie włazić jej w oczy, nawet jeśli przy parkomacie nawet na mnie nie spojrzała. Zachowując między nami kilkunastometrowy dystans, skierowałam się w tę samą stronę, przy okazji próbując sobie przypomnieć, czy na tym odcinku Wólczańskiej istnieje jakaś apteka. Na pewno była przy Centralu, czemu nie polazła do niej?!

Jędza skręciła w ulicę, minęła kilka bram i znów weszła na jakieś podwórze. Wyciągnęłam papierosa, mgliście myśląc, że za to palenie doktor Brzezińska z pewnością mnie przy moim nadciśnieniu radośnie pobłogosławi i sprawdziłam, gdzie tym razem wlezie ta maszkara. Patunia nie utrudniała mi specjalnie zadania i zadzwoniła do pierwszych drzwi po lewej.

— Gabinet psychiatryczny „Pod Wierzbą”, słucham? — odezwał się w domofonie miły, damski głos, który dało się usłyszeć nawet z pewnej odległości.

— Karolina Wiśniewska — powiedziała ze słodyczą Patunia. — Jestem umówiona z panią doktor Kochanówicz.

Papieros wypadł mi z ręki. Kolejne fałszywe nazwisko?! Co ona wyrabia, jak rany?!

— Zapraszam — zadźwięczało w domofonie i po chwili Patrycja była już w środku.

Potykając się w śniegu, dopadłam tych samych drzwi, znalazłam na domofonie właściwy gabinet i z determinacją zadzwoniłam.

— Gabinet psychiatryczny „Pod Wierzbą”, słucham?

— Dzień dobry, chciałabym się umówić na wizytę…

— Zapraszam, drugie piętro — poinformował mnie damski głos.

Po chwili usłyszałam brzęczyk i pchnęłam przed siebie ciężkie, drewniane drzwi.

Weszłam na drugie piętro i zastanawiałam się, czy warunki panujące w gabinecie będą sprzyjać podsłuchiwaniu konwersacji antypatycznej jędzy z lekarzem, czy też mocno bruździć będzie obecna na miejscu recepcjonistka, względnie inni pacjenci. Weszłam wreszcie do odpowiedniego pomieszczenia i przywołałam na twarz wyraz głębokiej zadumy i zatroskania.

— Słucham panią — powitała mnie młoda dziewczyna siedząca za biurkiem w recepcji. — Chciałaby się pani umówić na wizytę, tak?

Przytaknęłam, możliwie dyskretnie rozglądając się po wnętrzu, które, na szczęście, sprawiało wrażenie pustego.

— Pani doktor może panią przyjąć nawet dzisiaj, jeden z pacjentów zrezygnował i za kwadrans będzie wolna. Wizyta kosztuje 120 złotych.

Oderwałam wzrok od korytarzyka, który prowadził gdzieś dalej i na mojej twarzy pojawiła się wyraźna konsternacja.

— Dzisiaj pani mówi? — Matko, wykluczone! Śledzenie Patuni miało ograniczyć się do łażenia za nią, a nie składania wizyt jej lekarzom! — To chyba nie będzie dobrze, chciałam się tylko zorientować w terminach…

— To może za tydzień o 10:00? — spytała recepcjonistka. — Ewentualnie…

— Dobrze, za tydzień — zgodziłam się szybko i podałam swoje dane personalne, upewniając się, że w razie czego, wizytę będę mogła odwołać lub przesunąć na inny termin. — Czy jest tu może toaleta?

Pani w recepcji okazała pewne zdziwienie, zapewne związane z tak drastyczną zmianą tematów, ale czarujący uśmiech nie zniknął z jej twarzy.

— Tak proszę pani, na wprost gabinetu lekarskiego. Korytarzem prosto i w prawo.

— Bardzo pani dziękuję — powiedziałam i, starając się nie przyspieszać kroku, choć najchętniej puściłabym się dzikim sprintem, ruszyłam we wskazanym kierunku.

Toaleta potrzebna mi była jak dziura w moście, miałam jednakże nadzieję na uchwycenie choć fragmentów rozmowy Patuni, tym razem przemianowanej na Karolinę, z kolejnym specjalistą. Choć w korytarzu było pusto, obawiałam się, że ta do obrzydliwości sympatyczna recepcjonistka ruszy za mną w celu upewnienia się, czy znalazłam upragniony przybytek. Wolałam więc przesadnie nie ryzykować. Z góry położyłam krzyżyk na wysłuchaniu całego dialogu, decydując się na choć dwie minuty konwersacji. Na palcach zbliżyłam się do drzwi, które na szczęście sprawiały wrażenie cienkich, i dobiegł mnie fragment rozmowy.

— …moją trudną sytuację — mówiła Patunia z żalem chwytającym za serce. — Tyle miesięcy bez snu, w obcym kraju, to jest jakaś potworność, której nie mogę sobie nawet wyobrazić!

— Mogłabym zaproponować jakiś inny lek o podobnym działaniu… — niepewnie wtrąciła pani doktor. — Stosowanie zbyt długo tego konkretnego preparatu może spowodować…

— Uzależnienie, ja wiem! — przerwała Patunia z rozpaczą w głosie tak autentyczną, że poczułam dla niej coś w rodzaju podziwu. Powinna studiować aktorstwo na filmówce, a nie informatykę! — Ale ja już nie mogę, nie mogę! Tyle różnych rzeczy brałam i ta jedna na mnie wreszcie zadziałała. Tym bardziej tam, w obcym kraju, wśród obcych ludzi… Obiecuję, że jak wrócę, spróbujemy zmienić Polzic na coś innego, ale na razie… Na wszystko panią proszę!

— Dobrze, pani Karolino, rozumiem… Ale to nie na jednej recepcie…

To mi wystarczyło. Wycofałam się spod drzwi, spokojnym krokiem przemierzyłam korytarz, uprzejmie pożegnałam recepcjonistkę, dziękując za pomoc, i zeszłam na dół, od razu kierując się w stronę samochodu. Zapowiadało mi się intensywne popołudnie i zaczęłam się zastanawiać, czy wystarczy mi benzyny. Jeśli Patunia ma w planach jeszcze kilka takich wizyt, to w końcu utknę gdzieś na środku jezdni w charakterze ofiary losu… A trzeba było przed tym, pożal się Boże, urlopem, zatankować do pełna! Tylko skąd mogłam wiedzieć, że większą część wolnego przeznaczę na ściganie tej zmory z przeszłości? Czegoś takiego doprawdy nie sposób było przewidzieć!

***

Późnym popołudniem miałam już za sobą kolejne cztery wizyty Patuni w gabinetach psychiatrycznych rozsianych po centrum. Możliwość podsłuchania konwersacji miałam jeszcze tylko w jednym, ale i to wystarczyło, żeby wprawić mnie w dodatkowe osłupienie. Nie dość, że Patunia wycyganiła recepty na siebie, to odwaliła kolejny, potężny numer, w który w pierwszej, a nawet w drugiej chwili, ciężko było mi uwierzyć. Stałam pod drzwiami prywatnego gabinetu mieszczącego się ewidentnie w mieszkaniu prywatnym i czułam, jak zamieniam się w słup soli. Wyczyniane przez jędzę cyrki przekroczyły wszystko, łącznie z fałszywymi dowodami osobistymi. Zastanawiałam się, czy lekarz jest do tego stopnia naiwny lub bezmyślny, bo sądząc po kombinacji opracowanej przez Patunię, popełniał ewidentne wykroczenie. Nie mając co prawda pojęcia o kodeksie karnym, całą sobą czułam, że jego postępowanie daleko odbiega od przyjętych zasad.

Przeczekałam już łgarstwo o Bułgarii, które jędza wyjątkowo wygłosiła na swój własny rachunek, podając prawdziwe dane. Właśnie wówczas Patunia wytoczyła nowe działa, od których zrobiło mi się słabo.

— Panie doktorze, miałabym jeszcze jedną prośbę — zakwiliła żałośnie jędza. — Jak już pan doktor wie, nie będzie mnie w kraju przez rok… A mam dość trudną sytuację rodzinną, chodzi o mojego tatę.

— Czym się objawia ta trudna sytuacja? — zainteresował się lekarz.

Patrycja westchnęła tak ciężko i żałośnie, że dało się to usłyszeć nawet przez zamknięte drzwi.

— Jest w ciężkiej depresji — wyznała z rozpaczą w głosie. — W ogóle nie wychodzi z domu, do tego dokładają się różne komplikacje zdrowotne, niemal nie wstaje z łóżka. W tej sytuacji nie ma możliwości, żeby osobiście pojawił się u lekarza. Co drugi dzień przychodzi do niego pielęgniarka, ale rozumie pan, to nie to samo co opieka specjalisty.

— Istnieją jeszcze wizyty domowe — zauważył niepewnie lekarz.

Patunia najwyraźniej miała przygotowaną odpowiedź na każde pytanie.

— Oczywiście zgadza się, ale tata cierpi na silne stany lękowe, boi się ludzi. Zaakceptował dopiero piątą ze sprowadzonych do domu pielęgniarek. Do tego cierpi na bezsenność, widać to u nas rodzinne. I wstyd, ale przyznam się panu doktorowi… Dałam mu własne tabletki i po przespanych nocach jego stan nieco się poprawił. Co prawda nadal jest bardzo nieufny w stosunku do obcych, ale jego samopoczucie wyraźnie się poprawiło. Czy mogłabym prosić o wypisanie recept również na tatę? Tylko Polzic, żeby w czasie mojej nieobecności tak bardzo nie cierpiał… Bezsenność to naprawdę straszna rzecz! Oczywiście za tatę zapłacę jak za dodatkową wizytę.

Lekarz okazał wyraźne wahanie, sądząc po zapadłej ciszy.

— Wie pani… no… Może w drodze wyjątku… Dobrze, przepiszę dla pani taty kilka opakowań. Ma pani jego dane, adres, PESEL?

— Wszystko mam przygotowane panie doktorze, wierzyłam, że mnie pan nie zawiedzie!

Nogi się pode mną ugięły. Takiej sytuacji kompletnie nie byłam w stanie sobie wyobrazić. Zakładanie karty na człowieka, którego się w życiu nie widziało na oczy? Gdyby lekarz poprosił chociaż o numer telefonu do owego tatusia, który z pewnością był okazem zdrowia i prawdopodobnie o poczynaniach własnej córki nie miał bladego pojęcia! Wystarczył w końcu jeden telefon, żeby upewnić się w sytuacji, ale skąd!

Odsunęłam się od drzwi i uznałam, że chyba już mnie nic nie zdziwi. Rany boskie…

Wyszłam na ulicę i czekałam na Patunię, właściwie tylko z obowiązku. Gdy opuściła gabinet, ruszyłam za nią już wyłącznie dla sprawdzenia, ilu psychiatrów zdoła jeszcze odwiedzić. Podsłuchiwanie kolejnych rozmów nie było mi potrzebne, bo po tych paru odpracowanych przez nią wizytach zorientowałam się w jej celach i metodach działania.

Późnym popołudniem obliczyłam sobie pi razy drzwi ile też wydała na zdobycie recept i suma około 900 złotych nieco mną wstrząsnęła. Przyjmując, że od każdego specjalisty wydębiła recepty na choćby 10 opakowań upragnionego specyfiku, w tym kilka sztuk ekstra dla „ciężko chorego tatusia”, no i te 18 u pierwszego lekarza… Łącznie zgromadziła, pod różnymi nazwiskami, możliwość wykupienia minimum 70 opakowań Polzicu, co dawało równe 1400 tabletek. Od tej ilości prawie zakręciło mi się w głowie.

Rozważania toczyłam, siedząc w samochodzie zaparkowanym przed innym hostelem, do którego Patunia wkroczyła przed kilkunastoma minutami, obarczona sporą ilością bagaży. Nie miałam wątpliwości, że zanocuje właśnie w tym miejscu. Zastanawiałam się, jak dyplomatycznie dopytać o czas, jaki planuje w nim spędzić oraz o jej numer pokoju. Poinformowanie recepcji, że jestem jej przyjaciółką i chciałabym ulokować się na tym samym piętrze, odpadało w przedbiegach. Kto wie, czy przy jakiejś okazji recepcjonistka nie złapałaby Patuni, pytając, czy już się spotkała ze swoją przyjaciółką… Poza tym nie miałam pewności, na jakie nazwisko ta wstrętna małpa wynajęła pokój…

Należało zatem wykombinować coś innego, jednocześnie wymeldowując się z dotychczas okupowanego hostelu i przenieść tutaj… Co gorsza, antypatyczna jędza mogła sobie nie zwracać na mnie uwagi, zaabsorbowana wizytami i wyłudzaniem recept, ale ślepa nie była i jeśli teraz zobaczy mnie w hostelu, to zapewne zacznie sobie coś kojarzyć. Musiałabym zatem, primo — wymeldować się z poprzedniego lokum, secundo — podjechać do domu i zabrać z niego rudą perukę, którą nosiłam od czasu do czasu i która nieco mnie jednak zmieniała, tertio — zmienić odzież wierzchnią, zabrać inną kurtkę, inną czapkę…

Poczułam, że od tego co muszę, zaczynam kołowacieć, w dodatku czas uciekał. Postanowiłam poczekać jeszcze pół godziny i jeśli Patunia nie postanowi znowu gdzieś się ruszyć, tylko utknie w nowym miejscu na dłużej, wykonać te wszystkie czynności w możliwie szybkim tempie.

W międzyczasie postanowiłam zadzwonić do Michała. Zbliżała się 18:00, na pewno miał już jakieś wiadomości i pewnie ciekawiło go, co z kolei mnie udało się osiągnąć.

Z oczami wciąż utkwionymi w drzwi wejściowe do hostelu wyciągnęłam komórkę i wybrałam numer.

— Już myślałem, że coś ci się stało i miałem sam do ciebie dzwonić — powiedział Michał natychmiast po odebraniu telefonu. — Dlaczego odzywasz się dopiero teraz?

Westchnęłam i zaraz potem zazgrzytałam zębami, przypominając sobie sztuki wyczyniane przez Patunię, a wnętrze oblał mi war.

— Ta zaraza jest cholernie ruchliwa — odpowiedziałam mu na to. — Od rana plączę się za nią po mieście i zdaje się, że będę musiała zmienić hostel.

W słuchawce zapanowała konsternacja.

— Nie rozumiem, co ma ruchliwość tej kobiety do zmiany hostelu… Chyba że zatrzymała się w innym, a ty nadal chcesz ją mieć na oku?

— Zgadłeś bezbłędnie — odparłam. — Czeka mnie wyjątkowo intensywne popołudnie i wieczór, i w ogóle muszę z tobą porozmawiać, bo dzieje się tu coś bardzo dziwnego…

— Zwracam ci uwagę, że właśnie rozmawiamy — powiedział rozbawiony Michał. — Ale jak chcesz, to możemy sprawę omówić osobiście. Wpadłbym do ciebie do tego hostelu, zdaje się, że mam jeszcze trochę absyntu w lodówce…

— Daruj sobie proszę — powiedziałam znękanym głosem. — Uodporniłam się już na twoje wdzięki i uroki i wyjątkowo chciałabym porozmawiać o konkretach. Mów proszę, co z tą skrytką…

Michał przez chwilę się jeszcze ze mną przekomarzał, czerpiąc z tego wyraźną frajdę, ale po chwili zmienił ton.

— Dobrze, niech ci będzie. Przejdę do rzeczy. Byłem na tym dworcu i coś mi się wyjątkowo nie spodobało…

Poczułam dreszcz emocji.

— Widziałeś tego typa? — spytałam z przejęciem.

— Nawet dość dokładnie. Nie koniec na tym, widziałem też, co chowa w tej skrytce i właśnie to mi się nie spodobało… — zawahał się na chwilę. — Ale to naprawdę nie jest rozmowa na telefon. Moglibyśmy się spotkać? Słowo ci daję, nie będę próbował cię urżnąć…

Natychmiast przypomniałam sobie, jak wyglądam po całym dniu miotania się po mieście i w duszy zalągł mi się protest.

— Mowy nie ma — odparłam z determinacją. — Pomijam już ten absynt, bo od jakiegoś czasu jestem niepijąca. Ale wolałabym uniknąć dzisiaj spotkania z tobą w cztery oczy. Wyglądam jak pomietło!

— A ja jak królewicz. Co ty na to, Kopciuszku?

Poczułam, że wbrew wszelkim moim staraniom na twarzy pojawia mi się uśmiech i w końcu machnęłam ręką. Ostatecznie nie czułam potrzeby prezentowania się Michałowi w postaci cudu urody, bo nie podryw miałam w głowie, tylko spokojne omówienie skomplikowanej sytuacji.

— Dobrze, niech ci będzie — powiedziałam w końcu. — Możemy się spotkać na herbacie albo czymś w ten deseń… Ale nie za prędko, bo muszę załatwić mnóstwo rzeczy. Może koło 21:00 w tej chińskiej restauracji niedaleko Silvera? Będziesz miał w miarę blisko…

— Wiem, o którą ci chodzi. Niech ci będzie kurduplu, widzimy się o dziewiątej wieczorem.

— Już wolę tego kurczaczka — odparłam z przekąsem. — Ale nie mam siły się z tobą spierać. I tak jestem ci zobowiązana i masz u mnie dług. Do zobaczenia.

— Do zobaczenia — powiedział wyraźnie rozweselony i nagle znów spoważniał. — I wiesz co… Uważaj na siebie. Proszę na wszystko, nie rób nic głupiego, bo to wszystko mi potwornie śmierdzi.

— Mnie śmierdzi chyba jeszcze bardziej, a dlaczego, to powiem ci na miejscu. Na razie!

— No cześć.

Zakończyłam rozmowę, po czym ostatni raz obrzuciłam wzrokiem wejście do hostelu, upewniając się, że Patunia wciąż siedzi w środku, i zapaliłam silnik.

***

Po wyjątkowo pracowitym dniu spędziłam upiornie pracowity wieczór. Wymeldowałam się z poprzedniego hostelu, podjechałam do domu i oświadczyłam zdębiałemu małżonkowi, że zmiana lokum wynika z faktu, że nie jestem w stanie wytrzymać bez papierosów, a schodzenie na mróz średnio co godzinę jest dość irytujące. Nawet nie mijałam się w tym temacie tak bardzo z prawdą.

Mąż okazał niezadowolenie.

— Miałem nadzieję, że to ci przynajmniej ograniczy pociąg do palenia tego świństwa — powiedział z niesmakiem. — Zwrócili ci chociaż pieniądze za te niewykorzystane noclegi?

— Oczywiście — zełgałam i natychmiast wygłosiłam kolejne kłamstwo. — Zresztą ten nowy hostel jest jeszcze tańszy, więc w efekcie i tak wyjdę na plus.

— Przynajmniej tyle…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 34.41