E-book
13.65
drukowana A5
34.41
(nie)typowi przestępcy

Bezpłatny fragment - (nie)typowi przestępcy


5
Objętość:
204 str.
ISBN:
978-83-8104-982-5
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 34.41

Gorąco dziękuję wszystkim, którzy wspierali mnie podczas pisania tej książki — rodzinie i przyjaciołom, jak również kilku psychiatrom, od których w dużym stopniu uzyskałam wiadomości niezbędne mi do napisania niniejszej powieści.

Książka nie miałaby szansy zaistnieć, gdyby nie ludzie dobrej woli, którzy postanowili finansowo wesprzeć projekt i doprowadzić do jego sfinalizowania. Dziękuję Wam wszystkim z całego serca!

Elżbieta



WSTĘP

...bez którego wszak ciężko się obyć. Jak przystało na powieść sensacyjną/kryminał, uroczyście oświadczam, że poniższy tekst jest wyssany z palca, a jeśli nawet przewijają się w nim elementy, które zostały zaczerpnięte z życia, to stanowią jeden wielki melanż chronologiczny. Występujące w utworze postacie są wytworem wyłącznie mojej wyobraźni, a jakiekolwiek podobieństwa do prawdziwych osób, żyjących własnym życiem, błogo niemających pojęcia o niniejszym dziele, są kompletnie przypadkowe.

Aby już całkowicie rozwiać wszelkie wątpliwości, nadmieniam, że nazwy większości medykamentów gęsto występujących w niniejszym utworze (na których wszak osadza się cała akcja), również zostały zmienione. Uprzejmie więc proszę koncerny farmaceutyczne o niedobijanie się do moich drzwi o rozmaitych porach doby z jakimikolwiek pretensjami (co szczęśliwie jest raczej mało prawdopodobne, zważywszy, że wspomniane powyżej koncerny raczej tej książki nie przeczytają).


Wszystko zaczęło się niezwykle niewinnie. Pewnego pochmurnego, grudniowego dnia, nie przeczuwając niczego złego, podążałam do kardiologa na standardową kontrolę mojej rozszalałej arytmii, która, szczęśliwie, opanowana odpowiednimi specyfikami, dała się jakoś temperować. Kontrole były jednak niezbędne i chodziłam na nie w miarę regularnie. Tym razem jednak szłam z uszami położonymi po sobie, dobre trzy miesiące później niż zażądał tego ode mnie mój lekarz. Wciąż jednak wizytę tę uważałam za rzecz normalną — ot wejdę, dostanę recepty na leki mające trzymać w ryzach rozszalałe serducho i zostanę zaproszona za jakieś cztery miesiące. Tymczasem nastąpiło coś, czego przewidzieć nie byłam w stanie.

Doktor Nimczak, kardiolog z powołania, jak zwykle przeprowadził mi badanie full service — osłuchał płuca, ścisnął końcówki moich palców (co ponoć pozwalało mu na sprawdzenie prawidłowego krążenia — być może dzięki zorientowaniu się, w jakim tempie pod moimi paznokciami pojawia się róż; o szczegóły nigdy nie dopytywałam i zawsze przyglądałam się tym machinacjom z życzliwym zainteresowaniem), aż w końcu posadził mnie na kozetce i zmierzył mi ciśnienie. Przez długą chwilę milczał, wyraźnie zaskoczony.

— 170 na 110…

— O? — odparłam mu na to kompletnie bezmyślnie, bo doznałam czegoś na kształt szoku. Ciśnienie zawsze miałam książkowe, 120 na 80, ki diabeł?!

Doktor Nimczak pomedytował chwilę i w końcu ruszył z wywiadem.

— Nie boli czasem panią głowa?

Uśmiechnęłam się od ucha do ucha, co z pewnością jak najgorzej świadczyło o mojej inteligencji.

— Ależ od miesięcy! — zawołałam radośnie. — To od nadciśnienia? No proszę, a już byłam skłonna podejrzewać u siebie raka mózgu!

Doktor Nimczak przyjrzał mi się ze skrywanym obrzydzeniem.

— A mdłości? Wymioty?

Wysiliłam pamięć.

— Wie pan, faktycznie od czasu do czasu mnie mdliło, ale zważywszy na mój sposób odżywiania sądziłam, że w grę wchodzi rodzaj przyjmowanego pożywienia. Przyznam, że średnio zdrowego…

Kardiolog westchnął.

— No dobrze, proszę za mną, zrobimy jeszcze EKG…

Po kilku minutach wróciłam z tajemniczymi dla mnie wykresami i podsunęłam je doktorowi pod nos.

— No tak… — mówił trochę do siebie, a trochę do mnie doktor Nimczak. — Zapis raczej w porządku… Jest co prawda tachykardia, ale to już chyba taka pani uroda… Natomiast z takim ciśnieniem nie może pani chodzić. Przepiszę coś pani. Proszę monitorować ciśnienie i zgłosić się do mnie za trzy tygodnie.

Zapewne spełniłabym jego prośbę i owe trzy tygodnie spokojnie odczekała, gdyby nie fakt, że w pierwszy dzień świąt spotkałam się z moim ojcem, też lekarzem, widywanym w zasadzie wyłącznie „od święta”. Bezmyślnie zwierzyłam mu się z owego nadciśnienia, które mnie samą wprawiało w zdumienie.

— Wiesz — powiedział ojciec — to pewnie guz nadnercza. Typowe objawy.

Włosy zjeżyły mi się na głowie i zaraz po Bożym Narodzeniu rzuciłam się do mojej internistki.

— Nie zawracałabym pani głowy — wyznałam szczerze — ale mój ojciec, też lekarz, zastrzelił mnie kompletnie guzem nadnercza i spać mi to po nocach nie daje.

Doktor Brzezińska, cud-kobieta (lecząca moje rozmaite przypadłości zdrowotne od dłuższego już czasu), uśmiechnęła się wyraźnie rozbawiona.

— No to śmiałą teorię wysnuł pani tata. Zrobimy badania, wykluczymy tego guza i spróbujemy sprawdzić, co tak naprawdę jest przyczyną.

Po wszystkich badaniach zrobionych w tempie ekspresowym, w wyniku których wykryto jedynie „ostry” piasek w nerkach, na nowo zgłosiłam się do doktor Brzezińskiej.

— Pani powinna wziąć urlop — stwierdziła zdegustowana internistka, przeglądając moje wyniki badań. — Przyczyn tego nadciśnienia prawdopodobnie nigdy nie odkryjemy. Na razie odstawimy leki obniżające ciśnienie, ale tylko na czas pani wolnego, i zobaczymy, jaka będzie różnica. Na moje oko pani organizm się wreszcie zbuntował z przemęczenia i objawiło się to właśnie nadciśnieniem tętniczym.

Spojrzałam na nią ze skruchą.

— Urlop… pani doktor, kiedy? — spytałam bezradnie. — Ja na urlopie nie byłam z sześć lat, a i to był wyjazd raptem czterodniowy. Na tydzień udało mi się wyskoczyć jakieś dziesięć lat temu, zaraz po ślubie. Nie mogę ot tak zostawić firmy i klientów, ja jestem jednoosobowa działalność gospodarcza. Billowi Gatesowi do pięt nie sięgam, nie zatrudniam tabunu pracowników i ogólnie wszystko jest na mojej głowie!

Doktor Brzezińska westchnęła i raz jeszcze zajrzała w stos leżących przed nią wyników badań, czyniąc to z wyraźną niechęcią.

— Pani Elżbieto — rzekła w końcu, a na jej twarzy niesmak wyraźnie mieszał się z zaciętą determinacją. — Jest pani młoda, a mimo tego wieku, czynników ryzyka mogących spowodować pani przedwczesne zejście z tego świata, ma pani wystarczająco dużo. A teraz… — rzuciła okiem na mój dzienniczek pomiaru ciśnienia tętniczego, orbitującego w granicach bliskich kosmosu. — Cóż, dołożyła sobie pani kolejny. Badania zostały zrobione i podkreślam, że przyczyn tego nadciśnienia raczej nie odkryjemy. Jeśli nie zrobi sobie pani chociaż kilku dni wolnego, to przysięgam, że osobiście spalę pani komputer i wtedy wreszcie zmuszona będzie pani odpuścić pracę zawodową! Rozumiem konieczność prowadzenia firmy, spoczywające na pani obowiązki, ale na Boga! Robi pani wszystko, żeby się możliwie szybko wykończyć, psychicznie i fizycznie. Proszę chociaż na trzy dni wynieść się z domu, wyłączyć telefony i zająć się sobą! Regularnie mierzyć w tym czasie ciśnienie. I dopiero potem przyjść do mnie na kontrolę.

Nie próbowałam się już nawet bronić, zrezygnowałam z podawania kolejnych kontrargumentów i ze skruchą przysięgłam wziąć kilka dni wolnego. Słowo daję, że gdybym wiedziała, co z tego wyniknie, zaprotestowałabym z większą energią!


Sytuacja jednak wciąż nie była sprzyjająca. Klienci wszystkiego potrzebowali „na już” i, ostatecznie, pozostawiając na gospodarstwie domowym niezbyt zadowolonego z sytuacji męża i jeszcze mniej zadowolonego kota, z tygodniowym opóźnieniem spakowałam manatki i zarezerwowałam sobie trzy noclegi w łódzkim hostelu „Wypoczynek”, zlokalizowanym na obrzeżach miasta. Nie przewidywałam wówczas, że będzie to najbardziej intensywny urlop, na jaki się kiedykolwiek wybrałam.

***

We wtorek po południu weszłam do niewielkiego pokoju i z ulgą rzuciłam na podłogę swoje klamoty. Miałam tu spędzić raptem cztery dni, w dodatku niecałe, ale spakowana byłam bez mała jak na dwutygodniowy wyjazd. Laptop (mający mi służyć wyłącznie celom rozrywkowym), ładowarki, jasiek (bez którego nie jestem w stanie usnąć, pomijając już i tak męczącą mnie od lat bezsenność), ciśnieniomierz (pozycja obowiązkowa, w końcu pani doktor Brzezińska zażądała ode mnie regularnych pomiarów o różnych porach doby, w celu sprawdzenia, jak relaks wpływa na moje ciśnienie), leki na serce, soczewki kontaktowe, woda mineralna, suszarka do włosów, odzież i mnóstwo innych niezbędnych rzeczy. Rozpakowałam plecak oraz dwie wypchane do skraju możliwości reklamówki i nieco przytomniej rozejrzałam się po swoim nowym lokum.

W pokoju stały dwa małe łóżka (przy czym z jednego z nich od razu uprzątnięto pościel, być może w obawie, że zdecyduję się przyjąć kogoś „na waleta”), stolik z dwoma stołkami, dwie szafki — na jednej telewizor, na drugiej z trudem mieszcząca się nocna lampka — wieszaki na odzież wierzchnią i kosz na śmieci. Z zainteresowaniem spojrzałam na przybitą na ścianie kartę informacyjną z hasłem do WiFi i mnóstwem próśb, nakazów i zakazów, z których najbardziej zabolało mnie: „Prosimy o niepalenie tytoniu na terenie obiektu”. Zważywszy na to, że był środek zimy, wyobraźnia natychmiast podsunęła mi cogodzinne spacery na dół, rzecz jasna w pełnej odzieży, i palenie papierosów przed drzwiami hostelu na tym trzaskającym mrozie, przy radosnym akompaniamencie szczękania zębami. Z niechęcią pomyślałam, że trzeba będzie trochę to moje palenie ograniczyć. Przy okazji powinno ucieszyć się ciśnienie…

Jednocześnie zaczęłam zastanawiać się nad możliwością dokonania subtelnego przemeblowania na tej ograniczonej przestrzeni, którą zostałam obdarzona. Stół, przy którym najwygodniej byłoby mi czytać zabraną ze sobą książkę, ustawiony był przy ścianie obok drzwi wejściowych, i siedząc przy nim, okno miałam za plecami. Słaba żarówka wkręcona w żyrandol u sufitu uniemożliwiała swobodną lekturę i groziła mi pogłębieniem i tak solidnej wady wzroku. Lampka z kolei stała na małej szafeczce pod oknem, ale żeby czytać przy niej książkę, musiałabym chyba usiąść po turecku na dywanie i podtykać ją pod światło. Do kitu.

Z rozpaczą zaczęłam rozglądać się za gniazdkami elektrycznymi w pobliżu większego stolika i jedyne, jakie udało mi się dostrzec, było idealnie zastawione większą szafką z telewizorem.

Zirytowana narastającymi komplikacjami, postanowiłam wyjść na miasto, zapalić papierosa i rozejrzeć się za jakąś knajpą, w której mogłabym zjeść coś na kształt obiadokolacji.

Ostatecznie zwiedziłam parę okolicznych sklepów, kryjąc się przed mrozem, wypaliłam „na zapas” cztery papierosy i przed 21:00 zaczęłam wędrówkę na swoje pierwsze piętro w hostelu, przy okazji odkrywając, że na klatce schodowej panują ciemności bez mała egipskie, a światło włącza się automatycznie dopiero na półpiętrze. Zdziwiona, że wspinając się na górę (i zgadując, gdzie też może znajdować się kolejny stopień) nie zleciałam z tych uroczych schodów na zbity pysk, w blasku towarzyszącego mi już światła dotarłam na piętro. Zwizytowałam łazienkę (przynależną do mojego lokum, ale z przyczyn technicznych oddaloną od niego o dodatkowy pokój) i wreszcie zamknęłam za sobą drzwi tej komórki na króliki.

Chyba pierwszy raz w życiu pożałowałam, że nie jestem milionerką i nie spędzam tych kilku dni, pożal się Boże, urlopu, w ciepłych krajach lub choć w jakimkolwiek apartamencie, gdzie światło pali się porządne (również na schodach) i gdzie uwzględniane są potrzeby palaczy.

Z braku sensownych zajęć, których wykonywanie wykluczało nędzne oświetlenie, postanowiłam wcześniej „walnąć się” spać i spróbować nadrobić liczne nieprzespane noce. Przy okazji złożyłam sobie w duchu wyrazy uznania za zabranie stoperów do uszu, albowiem na tym samym piętrze zameldowała się jakaś grupa z uporem uprawiająca marsze zimowe po korytarzu i z częstotliwością kilku minut trzaskająca drzwiami. Zmęczona emocjami całego dnia, przykryłam się kołdrą po sam czubek głowy i, z uczuciem ulgi, zasnęłam.

***

W środku nocy obudził mnie przeciąg. W pierwszej chwili nie zrozumiałam, skąd ten przeraźliwy chłód, i dopiero po kilkunastu sekundach uświadomiłam sobie, że okno nad moją głową mocniej się uchyliło.

Zdziwiłam się nieco i usiadłam na łóżku, wyjmując z uszu stopery, i w tej chwili usłyszałam, że ktoś wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi. Przez myśl mi przeszło, że osobliwe ów ktoś ma upodobania, spać w pokoju o temperaturze bliskiej tej, jaka z pewnością panuje w kostnicy — ostatecznie okno musiała mieć ta osoba solidnie otwarte, żeby po otwarciu również drzwi, najprawdopodobniej na wprost mojego pokoju, wywołać taki efekt. Szpara przy podłodze nie miała wysokości więcej niż dwa centymetry, a jednak wystarczyła do szarpnięcia mojego okna na tyle, żeby do pokoju wdarł mi się wicher, przy okazji sypiąc na łóżko śniegiem.

Niezadowolona postanowiłam pozbyć się tej zamieci, niechętnie myśląc, że zaniechanie jakichkolwiek działań doprowadzi do wwalenia mi się do wnętrza pokoju ilości śniegu pozwalającej na ulepienie bałwana. Tego typu rozrywek nie miałam w planach. Chciałam pozbyć się tego idiotycznego chłodu i wilgoci, podniosłam się więc z łóżka z zamiarem zamknięcia tego cholernego okna i wtedy w ucho wpadły mi dziwne słowa.

— Czysto. Nikt się nie zorientował.

I cisza. Ton głosu mówiącej osoby sprawił, że po krzyżu przebiegły mi ciarki, choć komunikat sam w sobie nie był przesadnie krew w żyłach mrożący. Coś jednak było w tym tonie takiego, że rezygnując z pierwotnych zamiarów, i przeklinając tylko w duchu ten siarczysty mróz, który poczułam teraz całą sobą, zbliżyłam się cicho do drzwi.

— Przecież mówię, kurde no! — usłyszałam głos dobiegający z korytarza, niewątpliwie damski i jakby nieco zniecierpliwiony. — Wszystko zgodnie z planem, jak zawsze. Nikt się nie połapał.

Stałam w bezruchu i próbowałam zgadnąć, dlaczego u licha ten głos wydaje mi się skądś znajomy.

Rozważania przerwało mi kolejne zdanie wygłoszone przez znajdującą się na korytarzu damę.

— Co ty, przepraszam, do mnie mówisz? Jak to nie zdążysz dojechać? Ile się spóźnisz?

Po chwili ciszy dama wydała z siebie coś na kształt syku wściekłej żmii.

— Kurde no, śmiechy no! — poirytowany głos zabrzmiał głośniej i wyraźniej, i w tym momencie poczułam się ogłuszona. Oczyma duszy ujrzałam scenę sprzed lat.

Staliśmy przed Pałacem Kultury. Ja, mój ówczesny chłopak/narzeczony i dziewczyna imieniem Patrycja, do której ów chłopak mocno grawitował i co, z oczywistych przyczyn, sprawiało, że odczuwałam do tej jędzy absolutną niechęć. Mieliśmy iść do jakiegoś nowego klubu techno czy innego tworu. W każdym razie w planach było słuchanie muzyki dla drwali (rąbiącej po uszach) i gibanie się w rytm „umc, umc, umc”. Na uczestniczenie w tej imprezie nie miałam najmniejszej ochoty, nocne życie nigdy mnie jakoś nie porywało, ale na myśl, że mam zrezygnować i Alek pójdzie beze mnie, na dodatek w towarzystwie tej czarownicy na miotle, wyraziłam gotowość uczestniczenia w rozrywkach. Rychło okazało się, że poza nami na miejscu nie zjawił się nikt umówiony i poirytowana Patunia, ze słuchawką przy uchu, rzucała co pięć sekund owe na wieki zapadające w pamięć słowa „kurde no, śmiechy no!” i wywijała torebką trzymaną w drugiej ręce.

Z trudem usunęłam sprzed oczu obrzydliwy obraz z przeszłości i przestawiłam się na chwilę obecną. Zebrałam w sobie wszystkie siły i spróbowałam się skupić. Byłam już całkowicie rozbudzona i nieziemsko zaintrygowana. Nie chciałam, żeby umknęło mi bodaj jedno słowo wypowiedziane przez tę zmorę poznaną przed laty. Nad tym co właściwie była flama mojego eksnarzeczonego, bądź co bądź przebywająca na stałe w zupełnie innym mieście, robiła w Łodzi, w dodatku w tym samym hostelu co ja, na razie jeszcze się nie zastanawiałam. Przysunęłam się jeszcze bliżej drzwi i bez mała przestałam oddychać.

Żmija na korytarzu wydała z siebie przeciągły syk.

— Jutro, kurde no. Ostatni termin! Ja zgodnie z planem zmieniam lokal, o 11:00 już mnie tu nie będzie, wymeldowuję się o 10:00. Załatwiłam swoją część, a jutro odpracuję resztę. Zostawię dla ciebie wiadomość w recepcji…

Przez chwilę miałam wrażenie, że jej rozmówca zgłasza jakieś protesty, na tyle głośne, że udało mi się z nich wywnioskować konieczność zachowania tajemnicy.

— Przecież nie napiszę tego wyraźnie, kurde no! — wysyczała antypatyczna jędza. — Jeśli masz choć odrobinę oleju w głowie, zrozumiesz. Nie wymagam od ciebie wspinania się na szczyty intelektu! Przyjedź niecałą godzinę po moim wyjeździe i zamelduj się w pokoju po mnie, zaklepię go dla ciebie. Pakunek zabezpieczę. Zawieziesz go tam… Przecież mówię, że od razu zostawię klucze i powiem, że zajmiesz moje miejsce w tym samym pokoju. Nikt tam nie wlezie, a paczka będzie w standardowym miejscu, jasne? Kończę.

Stałam w absolutnym bezruchu jeszcze dość długą chwilę, wciąż starając się nie oddychać, aż do momentu, gdy przeciwległe drzwi otworzyły się — na nowo wmiatając mi do pokoju kolejną porcję śniegu — i w końcu cicho się zamknęły.

Teraz i ja oderwałam się od utrzymywanej przez ładnych kilka minut pozycji, cicho zbliżyłam się do okna i, uważając na skrzypiącą podłogę, niemal bezszelestnie zamknęłam okiennice. Zimno mi było jak piorun. Zapaliłam nocną lampkę, usiadłam na łóżku, z którego zmiotłam resztki śniegu, okryłam się nieco namokniętą kołdrą i spróbowałam jakoś poukładać sobie w głowie zdobyte informacje. To wszystko, co się wydarzyło w ciągu ostatnich paru minut, wydawało mi się dość surrealistyczne. Patunia, która powinna być w zupełnie innym mieście, a może i poza granicami kraju, te konfidencjonalne szepty, jakieś szyfry? Pakunki? Nie no, idiotyzm.

Szczękając z zimna zębami i nie doszedłszy do żadnych sensownych wniosków, zgasiłam światło i na nowo zapadłam w sen.

***

Obudziłam się chwilę po 6:00 rano i pomyślałam, że niech to czort bierze, urlop urlopem, ale mam jednak do załatwienia parę spraw w robocie. Ziewając przeraźliwie, ubrałam się i poszłam do łazienki, umyłam zęby i twarz, spakowałam niezbędne rzeczy i zeszłam na dół, planując podjechać do biura i załatwić tych kilka naglących spraw, których tak całkowicie odłogiem zostawić nie mogłam. Mijając opustoszałą recepcję, kątem oka zauważyłam jakąś kartkę. Spojrzałam na nią bezmyślnie i po chwili wróciła mi pamięć wydarzeń z ubiegłej nocy. Znacznie bardziej przytomna zbliżyłam się do kartki i przyjrzałam się jej z uwagą, choć nic mi z tego w pierwszej chwili nie przyszło. Komunikat na kartce brzmiał:

Jędrku, za zgodą przemiłych pań z recepcji pozostawiam ci wiadomość. Poproś o klucz do pokoju 10, będzie na ciebie czekał. Podaję też te dane, o których mówiłam ci przez telefon, zapisz dokładnie, a najlepiej po prostu zabierz tę kartkę ze sobą i ślicznie cię proszę, nie spóźnij się!

6–28–20–23–30–7–4 4–7–18–26–23–1–15–18–29 24–14–23–29–26–14–1 127 GODZINA: 12:00. Pośpiech wskazany!!!

Patrycja

Po zapoznaniu się z tą twórczością, całą odzyskaną przed chwilą przytomność umysłu diabli mi wzięli i tępo wpatrywałam się w bazgroły widniejące tuż przed moim nosem. Co to ma być, u licha? Kilka numerów telefonów podanych w wyjątkowo idiotyczny sposób? Zakamuflowany numer rachunku bankowego? Jakiś idiotyczny szyfr? Jedyne, czego mogłam być pewna, to że cała nocna scena nie była wytworem mojej wyobraźni ani też wyjątkowo idiotycznym snem, ale że rozegrała się naprawdę. Mogłam oczywiście wzruszyć ramionami i podjąć pierwotne zamierzenia, czyli ruszyć tyłek w celu wypełniania obowiązków służbowych, ale tknięta przeczuciem i umiłowaniem do tajemnic, na wszelki wypadek wyciągnęłam z torebki telefon komórkowy i, rozglądając się uważnie w poszukiwaniu ewentualnych świadków, potrzebnych mi w tej chwili jak dziura w moście, zrobiłam zdjęcie idiotycznej informacji. Postanowiłam, że będę się nad nią zastanawiać później. Opuściłam hostel, wsiadłam do samochodu i ruszyłam przez miasto.

Po drodze odtworzyłam sobie raz jeszcze całą nocną scenę. Co to mówiła ta zmora z przeszłości? Że dzisiaj o 10:00 wyjeżdża, a na jej miejsce ma przybyć ten jakiś spóźniony patałach, który z kolei ma przewieźć w jakieś miejsce tajemniczą… przesyłkę? Pakunek? Takie słowa chyba padły… Diabli wiedzą, co to mogło być. Intensywny chłód, który musiał panować w pokoju tej wstrętnej baby i temperaturą przypominał kostnicę, nasunął mi skojarzenie ze świeżymi zwłokami. Włosy stanęły mi dęba na głowie.

Nad tym, po jaką cholerę Patunia miałaby trzymać w swoim pokoju trupa, ganc pomada świeżego czy lekko już „przechodzonego”, nie zastanawiałam się ani chwili. Cała ta atmosfera, te szepty i idiotyczny szyfr sprawiły, że przed moimi oczami ukazał się mało czarowny obraz upchniętego gdzieś w pokoju Patrycji nieboszczyka, którego z kolei tajemnicze, spóźnialskie indywiduum miało odebrać o godzinie 11:00 i w ciągu godziny gdzieś przetransportować. Była to jedyna sensowna informacja, jaką udało mi się wyczytać z kartki. Co prawda transportowanie zwłok w biały dzień, zwlekanie ich po schodach zaludnionego hostelu i ładowanie do samochodu wydawało mi się mocno wątpliwe, ale nie byłam w stanie tak od razu pozbyć się sprzed oczu upiornego obrazu, nawet jeśli nie miał on najmniejszego sensu.

Docisnęłam gaz i chwilę po 7:00 znalazłam się w swoim miejscu pracy, zdecydowana jak najszybciej odwalić wiszącą nade mną robotę, a następnie nawet stanąć na głowie, byle tylko odczytać tę tajemniczą wiadomość.

Kwadrans po 8:00 pozbyłam się wreszcie upiornych papierów i na spokojnie, choć z lekka bijącym z ciekawości sercem, przepisałam szyfr z telefonu na kartkę. Dobre pięć minut gapiłam się w niego jak sroka w gnat, nie dochodząc do żadnych twórczych wniosków.

Pierwsze co wyeliminowałam, to numer rachunku bankowego. Cyfr i liczb było za dużo jak na jeden, za mało jak na dwa. Następnie sięgnęłam po telefon i kolejno wydzwaniałam pod numery, które mogły być czyimiś numerami telefonów komórkowych. Po każdej próbie słyszałam w słuchawce wdzięczny komunikat: „Przepraszamy, wybrany numer nie istnieje. Prosimy sprawdzić go i spróbować ponownie”.

Numery telefonów również miałam z głowy.

Odpaliłam więc Google i jak leci przepisałam w niego szyfr. Uzyskałam tylko cztery wyniki, które zdumiały mnie potężnie, odnosiły się bowiem do Biblii. Na wszelki wypadek przejrzałam wyświetlone strony, ale nic mi to nie dało.

Popadłam w zadumę. Przyniosłam sobie kawy, kompletnie zapominając, że ulubiony napój powinien pójść w odstawkę przy moim rozkosznym nadciśnieniu i na nowo pochyliłam się nad kartką. Najprostsze rozwiązanie, które było tak banalne, że aż niemożliwe, to podstawienie pod te cyfry liter z alfabetu. Wyciągnęłam kartkę i długopis i przy liczbie 28 zabrakło mi liter. Zirytowało mnie to i nagle doznałam czegoś na kształt olśnienia.

— Rany boskie — wyszeptałam do siebie. — Przecież pominęłam wszystkie „ą”, „ę” i tym podobne. I ja, tępa kretynka, dziwię się, że liter mi zabrakło! A jeśli tam jest zapisana wskazówka w stylu „iść”, to nie ma siły, Patunia musiała te litery diakrytyczne uwzględnić!

Z rumieńcem na twarzy powtórzyłam manipulację i, niemal dławiąc się wzruszeniem, spojrzałam na nowe bazgroły. Komunikat brzmiał:

DWORZEC CENTRALNY SKRYTKA 127

Liczbie 127 dałam spokój, uznając, że to istotnie numer skrytki, a nie dalsza część szyfru, bo hasło „DWORZEC CENTRALNY SKRYTKA ABE” nie miało już kompletnie żadnego sensu.

Poderwałam się znad papierów, spojrzałam na zegarek wskazujący 8:35 i miotnęła mną rozterka. Wracać do hostelu i śledzić Patunię czy pchać się na dworzec, wyczekując owego tajemniczego, spóźnialskiego typa? Gdybym tak mogła się teraz rozdwoić!

Myśl o sklonowaniu odpadała w przedbiegach, ale przecież miałam znajomych z samochodami, którzy, zważywszy środek tygodnia, powinni co prawda siedzieć w pracy, ale kto wie, warto spróbować…

Z bijącym sercem wybrałam interesujący mnie numer z książki telefonicznej w komórce.

— Cześć Grzesiu! — zawołałam radośnie, gdy tylko odebrał telefon. Po drugiej stronie przez chwilę panowała cisza.

— No wiesz! — obruszył się mój przyjaciel i swoim zwyczajem zaprezentował urok rozkapryszonej primadonny. — Już myślałem, że nigdy się nie odezwiesz. Kiedy to miałaś do mnie wpaść? Pół roku temu?

— Trochę więcej — wyznałam ze skruchą. — Wynagrodzę ci to, tylko powiedz mi, czy jakimś cudem masz może urlop, wolne, chorobowe? Cokolwiek, co pozwoliłoby ci wyskoczyć na miasto?

— Zwłaszcza chorobowe pozwoliłoby mi wyskoczyć na miasto — odparł Grzesiek sarkastycznie. — Na przykład grypa albo angina, idealne choroby do wywlekania się z łóżka i ruszania w jakieś niesprecyzowane wojaże…

— Nie wyskakuj mi tu od razu z grypą i anginą — zirytowałam się. — Mróz ubił wszystkie bakterie i wirusy, możesz mieć co najwyżej katar…

— Albo zatrucie pokarmowe — przerwał mi zgryźliwie.

— Chromolę zatrucie — odparłam niemniej zgryźliwie i do akompaniamentu zazgrzytałam zębami. — Odpowiesz mi wreszcie jak normalny człowiek czy nie?! Jesteś w domu czy w robocie?

Po drugiej stronie słuchawki dała się wyraźnie odczuć konsternacja.

— No dobrze, jestem w domu. Musiałem odebrać urlop z zeszłego roku, bo księgowa zaczynała mi czynić jakieś dziwne uwagi. A co? Naszła cię ochota na spotkanie przy kawie?

— Wręcz przeciwnie — odparłam tajemniczo i szybko się zreflektowałam. — To znaczy kawa chętnie, nadrobimy zaległości, ale jest pilniejsza rzecz. Czy mógłbyś przed 12:00, bo ja wiem, o 11:30, pojawić się na Dworcu Fabrycznym, tfu obecnie bodaj Centralnym, w okolicach skrytek?

— Rany boskie, po co?!

— Żeby dyskretnie podejrzeć, co będzie chowane przez jakieś podejrzane indywiduum do skrytki numer 127.

Grzesiek wyraźnie się zatchnął.

— Coś ty znowu wymyśliła?!

— Nic, jak Boga kocham, po prostu strasznie mi zależy, żeby zobaczyć, co tam będzie upychane.

— Słuchaj, pomijając już fakt, że chyba ci odbiło, zwracam ci uwagę na jedną drobnostkę… Wciąż mi nawalają nogi.

— W jakim sensie? W stawach cię łamie?

— Nie, ale zdaje się, że mam wodę w kolanie…

— I cukier w kostkach — przerwałam mu złośliwie. — Nie stwarzaj idiotycznych trudności, na kawę to mógłbyś wyskoczyć, a na dworzec nie łaska?

— Jak ci tak zależy, to niech twój mąż jedzie!

W środku poczułam niemiłe piknięcie. Nie, angażowanie do tej hecy mojego małżonka mijało się z celem. Ruszyłby się z pracy, gdybym poinformowała go, że złamałam nogę na środku pustej ulicy, ale w pierwszym odruchu zapewne kazałby mi, całkiem słusznie zresztą, wezwać pogotowie i niezadowolony ze złośliwości, jaką uczyniłam, odrywając go od zajęć, objawił się w szpitalu celem wygłoszenia kazania na temat mojej niezdarności. Całą aferę, którą widziałam oczyma duszy, wziąłby za wytwór mojej zwyrodniałej imaginacji i doczekałabym się jedynie kąśliwych uwag na temat mojej wyobraźni, a także komentarzy odnośnie trudnego charakteru. W dodatku padłoby odwieczne hasło, że on nie umie ze mną normalnie rozmawiać…

Tego jednak Grześkowi nie zamierzałam przekazywać.

— Mój mąż siedzi w pracy — powiedziałam stanowczo. — Poza tym nie ma prawa jazdy i żywi wstręt do jazdy samochodem. Komunikacją miejską może i dotarłby na czas, ale jest uwiązany do roboty.

— A nie możesz pojechać sama? — spytał Grzesiek po chwili wahania. — Jakoś nie mam ochoty na spotkania z podejrzanymi, jak sama ich określiłaś, typami.

Doprawdy, rozkapryszona primadonna! Szlag mnie w końcu przez niego trafi, pomimo całej sympatii, jaką darzę tego człowieka…

— Nie typami — poprawiłam, siląc się na uprzejmość. — Typ będzie raczej jeden. I owszem, mogłabym, ale ja muszę pilnować jednej takiej…

— Kompletnie nic nie rozumiem…

— Nie pierwszy raz — wypomniałam trochę mściwie, a trochę z żalem. — Po prostu powiedz, czy możesz poświęcić mi półtorej godziny swojego czasu. No, góra dwie.

— I po co ci to?

Tu mnie zastopował. Jakoś ciężko było mi wyjaśnić, że typem interesuję się wyłącznie przez tę antypatyczną jędzę, która w nocy konferowała przez telefon syczącymi szeptami. Komunikat o potencjalnym trupie tym bardziej nie chciał mi przejść przez usta, zresztą trup wpychany do skrytki na dworcu? Idiotyzm. No, chyba że poćwiartowany… Znając jednak Grześka, wiedziałam, że na tego typu wyznanie zareaguje ognistą odmową, postawi pod znakiem zapytania stan mojej psychiki, ewentualnie każe zwrócić się do policji. Do policji nie miałam zamiaru dzwonić, obawiając się, że w rzeczywistości cała ta tajemnicza afera to wyłącznie wytwór mojej wyobraźni karmionej od dzieciństwa kryminałami i tylko bym się naraziła na nieprzyjemności i marnowanie czasu władzy. Pomijając już fakt, że co, miałam wejść na komisariat i od progu krzyknąć: „Panowie, jest chyba jakaś afera, ale nie wiem na czym polega, kto dokładnie w niej siedzi i w zasadzie są to moje podejrzenia, nabrane podczas podsłuchiwania dwuminutowej rozmowy prowadzonej przez flamę mojego byłego. Ale niech panowie uprzejmie skoczą na dworzec, bo może coś w tym jest”? Głupota! Z kolejnej zaś strony dusza czepiała się i czepiała. Koniecznie chciałam wiedzieć, w co się wplątała Patrycja!

Spojrzałam na zegarek i zorientowałam się, że właśnie wybiła 9:00, a antypatyczna jędza wspominała coś o wyjeździe o 10:00. Czas uciekał. Zacisnęłam zęby i pomyślałam sobie, że raz kozie śmierć. Może jednak da się wciągnąć w temat?

— Być może ten typ i jedna taka są wplątani w jakąś nieprzyjemną aferę… — powiedziałam powoli. — I chciałabym…

— Aferę?! Oszalałaś? Od kiedy to używanie skrytki na jakimkolwiek dworcu świadczy od razu o aferze?

— Bo od tej jednej takiej usłyszałam coś, co sugerowałoby…

— Jak coś usłyszałaś, to mi tego nie powtarzaj — przerwał mi Grzesiek bardzo stanowczo i, kontynuując wypowiedź, udowadniał mi twardo, jak doskonale przewidziałam jego reakcję. — Nie życzę sobie mieć nic wspólnego z żadnymi typami, aferami i czymkolwiek, co podchodzi pod kodeks karny. Idiotyczny pomysł, żeby robić ze mnie szpiega! Dzwoń do glin, jak masz jakieś dowody, a nie do mnie! Kompletnie ci odbiło?!

Westchnęłam ciężko, myśląc, że jednak nie wszyscy ludzie z wiekiem się zmieniają, i zastanawiając się przy okazji, czemu wciąż traktuję go jak przyjaciela. No dobra, jego zalety ostatecznie przebijają tę część irytujących wad. Grzesiu był sympatyczny, znaliśmy się ponad połowę życia i pomimo prezentowanej, często na wyrost, ostrożności, która od wieków wyłaziła z niego nawet przy znacznie trywialniejszych sprawach, szalenie go lubiłam. W dodatku w innych kwestiach potrafił być bardzo przyjazny i uczynny. Do plotek przy kawie czy radzenia się w sprawach życiowych był jak do rany przyłóż, lepszy od dowolnej mojej kumpeli. I co tu ukrywać — w przeciwieństwie do mnie myślał racjonalnie…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 34.41