E-book
15.75
drukowana A5
67.22
Nie patrz w oczy Złego

Bezpłatny fragment - Nie patrz w oczy Złego


Objętość:
337 str.
ISBN:
978-83-8467-930-2
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 67.22

Książkę dedykuję wszystkim Kobietom, a w szczególności mojej Żonie Justynie…


Nie patrz w oczy Złego…


Czy kiedykolwiek myślałeś o sposobie, w jaki złapałem tęczę

Będę tam, gdzie ogień sprawi, że zatańczysz

Zamierzam dać ci spojrzenie, które otworzy niebo

Ukryj się o północy. Zgaś światło, i tak cię zobaczę

Żegluj w nicość, będę podążać za tobą, gdziekolwiek pójdziesz

Mam złe oczy…

Ronnie James Dio, Evil Eyes


„Na kolejnych stronach starałem się pokazać czarownicę taką, jaka była naprawdę — złą wątrobą; społecznym szkodnikiem i pasożytem; wyznawcą odrażającego i obscenicznego wyznania; ekspertem w trucicielstwie, szantażu i innych podstępnych przestępstwach; członkiem potężnej tajnej organizacji wrogiej Kościołowi i Państwu; bluźniercą w słowie i czynie, wpływającym na mieszkańców wsi za pomocą terroru i przesądów; szarlatanem i czasami szarlatanem; rozpustnicą: aborcjonistką; mrocznym doradcą rozwiązłych dam dworu i cudzołożnych galantów: ministrem występku i niepojętej korupcji, żerującym na brudzie i najgorszych namiętnościach epoki”.

Augustus Montague Summers

WSTĘP


Wystarczył donos. Nie musiało być żadnego konkretnego dowodu. Podejrzaną lub podejrzanego aresztowano. Podczas przesłuchania możliwe było zastosowanie tortur. Przesłuchiwano również świadków, którzy właściwie mogli rzucić każde, nawet najbardziej absurdalne oskarżenie. Ich motywacja również pozostawiała wiele do życzenia. Umęczone ciało, strach przed bólem i złamana psychika powodowały, że ludzie przyznawali się do wszystkiego. Mówiono o kontaktach z Szatanem, zarówno cielesnych, jak i duchowych, czasami w przerażających wręcz szczegółach, aby uwiarygodnić swoją opowieść. Przesłuchiwani woleli śmierć niż dalsze cierpienie. Wyrok sądu zazwyczaj był podobny. Spalenie na stosie. Dlaczego taki? Bo ogień ma symboliczne oczyszczające znaczenie. Uważano, że płomienie spowodują oczyszczenie duszy dotkniętej znakiem Szatana. Funkcjonowało przekonanie, iż taki rodzaj wykonania wyroku śmierci to właściwie przysługa dla tych, którzy zostali na nią skazani. Szczęście mieli ci, których przed spaleniem celowo podduszano lub wręcz pozbawiano przytomności. Nie wszyscy cieszyli się takim przywilejem. Publiczne egzekucje gromadziły całe lokalne społeczności. Były formą zbiorowej psychicznej perwersji. Te wszystkie obrazy stały się punktem wyjścia do tej historii…

To opowieść o niebezpiecznych zabobonach, o przerażającym ludzkim strachu, o pełnym nienawiści fanatyzmie, o wybujałych ambicjach, o pogardzie dla drugiego człowieka, ciemnych mrokach wojny, wyniszczających zarazach i epidemiach, o ludzkiej hipokryzji, o nieodgadnionych tajemnicach i zakamarkach ludzkiego umysłu, a to wszystko w realiach Bytomia w XVII i XVIII w. Pisząc ową powieść zadecydowałem, że postacie będą ze sobą rozmawiały używając współczesnego języka. Gdybym silił się na użycie języka z XVII w., pewnie nic by z tego nie wyszło, a poza tym byłoby to mało zrozumiałe. Większość postaci to ludzie, którzy faktycznie żyli w tamtych czasach i byli związani z Bytomiem. Faktem również jest, że w XVII w. 80% mieszkańców miasta używało j. polskiego, a ich nazwiska i imiona również wskazują na polskie pochodzenie. Postacie związane ze światem hrabiowskim noszą niemieckie nazwiska i imiona. Ta różnica była doskonale widoczna.

Przy opracowaniu fabuły tej powieści nieoceniony okazał się wspaniały artykuł Marty Pater „Jalowiec, węza pul, iaszczurkę, zabę, pierze z kokota […]. Procesy o czary przed sądem wójtowskim w Bytomiu w XVII wieku” opublikowany w Szkicach Archiwalno-Historycznych nr 15 (2018). Nieocenione były również dokonania naukowe mieszkanki Bytomia, pani Urszuli Szumskiej, dotyczące bytomskich procesów czarownic. Koniecznym okazała się również lektura przerażającego dzieła „Młot na czarownice. Postępek zwierzchowny o czarach (…) przez Stanisława Ząbkowica sekretarza Xsięcia Jego Mość Ostrowskiego, Kasztelana Krakowskiego”, pierwotnie opublikowanego w 1487 r., pierwszy raz wydanego w Polsce w 1614 r., jak również bulli papieża Innocentego III z 1484 r. o czarownicach „Summis desiderantes affectibus”. Oparłem się również na opracowaniach historycznych Jana Drabiny czy Władysławy Ślęzak dotyczących historii Bytomia w okresie XVI—XVIII w. Stworzenie powieściowej fabuły wymagało dokładnej analizy każdego opisanego wydarzenia i ułożenia z nich chronologicznego ciągu, niezbędnego do stworzenia tej powieści. Koniecznym okazała się również lektura dzieła napisanego w 1936 r. przez dr-a filozofii Josefa Knossallę „Das Dekanat Beuthen O/S in einem Schlesischen Teil” oraz opracowań Bohdana Baranowskiego, Briana P. Levacka oraz Dietera Breuersa, dotyczących procesów czarownic. Nie byłbym pedagogiem, gdybym na końcu nie podał literatury, którą uważam za godną polecenia, by poszerzyć swoją wiedzę w tym temacie.

Chciałbym bardzo wyraźnie podkreślić, że „czarna legenda” rodu Henckel von Donnersmarck, z którą Czytelnik spotka się na stronach tej opowieści, powstała jedynie na jej potrzeby. Skojarzenie faktów, porównanie dat i odpowiednia ich interpretacja to moja wersja wydarzeń. W żaden sposób nie neguję, a wręcz przeciwnie, bardzo mocno doceniam wkład tego rodu w historię Górnego Śląska i samego Bytomia. Faktem jednak jest, że w XVII w. działo się wiele rzeczy, które z moralnego punktu widzenia pozostawiały wiele do życzenia. To wszystko odbywało się na tle przerażającej wojny 30-letniej, która z jednej strony była konfliktem religijnym, ale z drugiej brutalnym starciem politycznym europejskich mocarstw. Później rozgrywający się w sąsiedniej Rzeczypospolitej „potop szwedzki”, odsiecz wiedeńska czy wojna północna to kolejne elementy tego tła. To wszystko odbijało się na życiu ówczesnych mieszkańców Bytomia, jak i funkcjonowaniu samego miasta. Powieść po części opowiada o prawdziwych wydarzeniach, zawierając w sobie wątek fantastyczny i fabularny. Ma za zadanie przybliżyć tamte czasy. Mam nadzieję, że dla Ciebie, Drogi Czytelniku, ta forma wyda się interesująca. Pamiętaj jednak, że owa opowieść to swoisty wehikuł czasu, który kręci korbką raz w jedną, raz w drugą stronę. Musisz być uważny. Zapraszam…


Jaskinia Szarleja


„Tu potrzebna jest mądrość. Kto ma rozum, niech obliczy liczbę bestii; jest to bowiem liczba człowieka. A liczba jego jest sześćset sześćdziesiąt sześć”.

Księga Objawienia (Apokalipsa św. Jana), rozdział 13


W dawnych czasach wierzono, że podziemia mają swoich bogów. Szczególnie na Śląsku, gdzie od wieków trwała działalność wydobywcza. Ludzie schodzili pod ziemię w poszukiwaniu bogactw, ale bali się ciemności, dziwnych odgłosów, trzasku pękających kamieni czy drewna. Bali się wszystkiego. Pomimo tego schodzili coraz niżej, z uporem drążąc pokłady srebra czy rud żelaza. Czym głębiej, tym bardziej się bali. Poza tym, nie wszyscy wracali. Tłumaczono to zawałem, wypadkiem czy zwykłym pechem, ale czasami działalnością demonów. Nikt, komu narusza się jego domowy mir, nie jest z tego powodu zadowolony. To zrozumiałe. Nie dziwiono się więc, że demony, obudzone przez ludzi, mszczą się na tych, którzy byli za bezczelni, za głupi czy też za odważni. Podziemnego śląskiego demona określano imieniem Szarlej. W pobliżu bytomskiego grodu znajdowała się osada wydobywcza, którą nawet nazywano jego imieniem. Pewnie nie bez powodu. Tam człowiek też schodził coraz niżej, dopóki na kopalnianych chodnikach nie pojawiła się woda. Wtedy trzeba było przerwać pracę i szukać innego miejsca. Robiono to bez namysłu, bo srebro, które wydobywano, miało wielką wartość. Kto je wydobywał i sprzedawał, był bogatym człowiekiem. To wystarczyło, aby ludzie nie zastanawiali się nad resztą.

W XVII w. nikt już nie pamiętał, że dawno temu, w czasach, gdy książęta bytomscy budowali swoją potęgę, pewnej nocy bytomskim grodem niesamowicie mocno wstrząsnęło. Domostwa zatrzęsły się na swoich drewnianych fundamentach. Trwało to tylko chwilę, ale ludzie byli przerażeni. Wybiegli na ulice i rozglądali się dookoła. Nikt nie wiedział, co było przyczyną tego zjawiska. W nerwowych rozmowach snuto różne domysły. W końcu jeden z przyjezdnych kupców, który bardzo dużo podróżował po świecie, nieco uspokoił wszystkich mówiąc, że to trzęsienie ziemi, którego nie raz był świadkiem podróżując po południowej Europie. Jednak na pytanie, dlaczego ziemia się trzęsie, nie potrafił odpowiedzieć. Kilka tygodni później rozeszła się wieść, że gwarkowie prowadzący wydobycie w pobliżu bytomskiego grodu, a rejonie dzisiejszego Szarleja, drążąc pod ziemią kolejny chodnik, natrafili na podziemną grotę. Nie był to pierwszy tego typu przypadek, więc nie byli zbytnio zdziwieni. Grota była rodzajem jaskini, dość dużej i obszernej, wypełnionej fantazyjnymi stalaktytami i stalagmitami. Na pierwszy rzut oka niczym nie różniła się od tych, które już w swoim życiu widzieli. Wszystkie były zadziwiającym dziełem natury. Gwarków zdziwił jednak fakt, że nie byli tam pierwsi. Penetrując zakamarki jaskini trafili na ślady pobytu innych ludzi. Widać było pozostałości po dawnych paleniskach, których w grocie było dość sporo. Znaleźli kilka naczyń, które rozsypały się pod dotknięciem. Znaleźli też resztki innych przedmiotów, starych, zniszczonych i niewiadomego przeznaczenia. Ich zdziwienie budził jednak fakt, że jaskinia kończyła się rodzajem wąskiej skalnej gardzieli, która została starannie zasypana kamieniami. Ktoś zadał sobie wiele trudu, by nie dało się przez nią przejść. Skarb? Ukryte bogactwa? Zaciekawiło ich to, więc pomimo swojego zmęczenia próbowali odrzucić część kamieni, by przedostać się dalej. Zadanie okazało się jednak niezmiernie trudne. Nie dali rady. Poza tym mieli wrażenie, że z każdym odrzuconym głazem pojawiał się większy chłód, a także silniejszy smród. Nie dało się tego zapachu opisać. Po prostu, niemiłosiernie śmierdziało. Zmęczeni, strudzeni, a także mocno rozczarowani postanowili przerwać pracę i wydostać się na powierzchnię. Obiecali sobie, że następnego dnia powrócą do jaskini, by dokończyć pracę. Przysięgli, że nikomu nie powiedzą o swoim znalezisku. Podświadomie czuli, że podziemna grota kryje w sobie jakąś mroczną tajemnicę. Być może były tam ukryte bogactwa. Pozostawili jaskinię ciemną i głuchą. To właśnie tej nocy bytomskim grodem zatrząsło.

Następnego dnia w ciszy wrócili do podziemnej groty. Nikt z nich nie miał odwagi głośno powiedzieć, że wstrząs, który napędził im niezłego stracha, mógł mieć coś wspólnego z ich odkryciem. Tak naprawdę taka myśl zakiełkowała w głowie każdego z nich. Wbiła się jak cierń. Od razu ruszyli w stronę skalnej gardzieli. Stanęli jak wryci, bo mimo wszystko nie spodziewali się takiego widoku. Potężne głazy leżały rozrzucone po całej jaskini. Wyglądało na to, że jakaś siła miotała nimi po całej grocie, niszcząc sporą część stalaktytów i stalagmitów. Wiedzieli o tym, że człowiek nie był w stanie tego zrobić. To niemożliwe. Zawał w skalnej gardzieli już nie istniał. Po prostu zniknął. Nawet kamienie, które wczoraj odrzucili, leżały rozrzucone. Smród był nie do zniesienia. Pomimo tego zajrzeli w głąb skalnej pułapki. Okazało się, że za zawałem znajdowało się niewielkie pomieszczenie, otoczone z trzech stron pionowymi skalnymi ścianami, całkowicie puste. Nic więcej. Gdy się dokładniej przyjrzeli, choć smród mocno to utrudniał zauważyli, że na ścianach pomieszczenia widać było dziwne ślady. Każdy z nich tłumaczył to sobie na swój sposób, ale potem wspólnie doszli do tego samego wniosku. Podziemna jaskinia była więzieniem. Dawno temu ludzie coś tam uwięzili. To coś było z tego faktu bardzo niezadowolone. Z wściekłością i furią drapało ściany swojego więzienia, pozostawiając ślady, które widzieli. Tylko, że nie mogły to być ludzkie ręce. To coś musiało mieć potężne pazury, którym poddała się nawet skalna ściana. Musiało też być niesamowicie silne. Gwarkowie nie wiedzieli, że poprzedniego dnia, przystępując do próby odrzucenia skalnego zawału, naruszyli świętą linię, której już od dawna nie dało się zauważyć ludzkim okiem. Zniszczyli coś w rodzaju magicznej zasłony, która przez wieki nie pozwalała straszliwemu więźniowi wydostać się na zewnątrz. Nieświadomie uwolnili bestię. Przestraszeni dość szybko wydostali się na powierzchnię. Dopiero tam nerwowo wymieniali się swoimi uwagami i spostrzeżeniami. Doszli do wniosku, że zrobili coś złego, o czym nikt inny nie może się dowiedzieć. Przysięgli to sobie. Już nigdy nie wrócili do podziemnej groty. Pospiesznie zasypali szybik, by nikt inny nie mógł tam wejść. Rozpoczęli prace w zupełnie innym miejscu, z dala od ich przerażającego odkrycia. Każdy z nich do końca życia nie przyznał się nikomu do tego, co tego dnia widział pod ziemią. Odeszli z tego świata i zabrali tajemnicę do grobu.

W następnych tygodniach, miesiącach i latach w okolicy pojawiał się mężczyzna. Pewnie nikt by go nie zapamiętał, bo jego postura była nieznaczna, a wygląd i ubiór wskazywał na biednego wędrowca. Takich w okolicach bytomskiego grodu pojawiało się dziesiątki. Poza tym, zachowanie mężczyzny nie budziło żadnych zastrzeżeń. Niczym się nie wyróżniał poza jedną cechą. Miał niezwykłe oczy koloru jasnego błękitu. Chodził, odwiedzał targowiska, obserwował ludzi i ich codzienne czynności, ale nigdy nie żebrał. Pojawiał się zimą, gdy mróz ściskał swoim żelaznym uchwytem, w lecie, gdy pola w okolicach grodu piękniały kolorami kwiatów, a szumiące zboże rosło w górę, wiosną, gdy ludzie z trudem pracowali na polach, by te odwdzięczyły się dużym urodzajem i jesienią, gdy opadające liście przypominały o nadchodzącej zimie. Pojawiał się o każdej porze roku. Cichy, samotny, spokojny, ale zawsze uważnie obserwujący. Byli tacy, którzy próbowali z nim rozmawiać. Niektórych ciekawił samotny wędrowiec, więc próbowali dowiedzieć się, skąd pochodzi i gdzie zmierza. Mężczyzna nie unikał rozmów. Ton jego głosu zawsze był spokojny. Udzielał jednak krótkich, zdawkowych odpowiedzi, które nie zachęcały do dalszej rozmowy, ale zawsze czynił to z przyjaznym uśmiechem na twarzy. Inni próbowali zaoferować mu pracę, szczególnie w okresie letnim, gdy każda para rąk była na wagę złota, ale zawsze grzecznie odmawiał i spokojnie odchodził. Jeszcze inni oferowali mu pomoc, chcąc podzielić się posiłkiem, proponując nocleg, ale nigdy z takiej propozycji nie skorzystał. Z uśmiechem na twarzy odmawiał i dalej szedł swoją samotną drogą. Faktem jest, że sam nigdy nie zaczął rozmowy. Odpowiadał tylko wtedy, gdy ktoś go zagadnął. Nikt nie wiedział, gdzie nocuje. Nikt nie widział go w trakcie spożywania posiłku. Nigdy nie pojawił się w kościele, czy też na religijnych świętach. Był tajemnicą, ale zbytnio nie przejmowano się jego obecnością. Jednakże wszyscy, którzy mieli okazję zamienić z nim parę słów, zapamiętali to samo. Jego oczy. Ich głęboki, rzadko spotykany błękit. Tylko, że nawet nie o ich kolor chodziło. Bardziej o charakter jego spojrzenia. Wędrowiec był zawsze grzeczny i uprzejmy, ale jego wzrok przerażał. Rozmówcy mieli wrażenie, że wpatrując się w jego oczy popadali w swego rodzaju trans. Trudno to określić. Mieli wrażenie, że mężczyzna bada ich duszę, spogląda w najdalsze jej zakamarki, a przecież każdy ma swoje sekrety. Wszyscy mieli uczucie, że za chwilę ich tajemnice wyjdą na światło dzienne. Dlatego sami nie mieli ochoty przedłużać konwersacji. Byli szczęśliwi, gdy mężczyzna odchodził. Odprowadzali go wzrokiem zastanawiając się nad tym, co przed chwilą przeżyli. Nie wymieniano się takimi informacjami, więc dla innych sekret rozmów z błękitnookim mężczyzną pozostawał nieodkryty. Przyzwyczajono się do jego obecności, choć pojawiał się rzadko.

Mijały dziesięciolecia i wieki. Bytomski gród zmieniał się, poprzednie pokolenia odchodziły ustępując miejsca następnym. Zmieniały się także realia polityczne, sytuacja społeczna i gospodarcza. Bytomski gród już nigdy nie powrócił do czasów swojej połyskującej srebrem świetności. Wędrowiec pojawiał się i znikał. Zawsze samotny, cichy i spokojny. Nigdy nie zmieniał swojego zachowania. Nie postarzał się. Nie zmienił. Wyglądał tak, jakim ujrzano go jeszcze w XIII w. Gdyby był postacią bardzo znaną, pewnie zauważono by ten niezwykły, wręcz trudny do zrozumienia fakt. Mężczyzna unikał rozgłosu. Rzadko pojawiał się tam, gdzie były tłumy ludzi. Wyraźnie uciekał przed ludzkim wzrokiem. Jednak jego błękitne oczy bacznie obserwowały każdego. Jeśli już ktoś się do niego odezwał, na długo zapamiętał błękitne, hipnotyzujące spojrzenie. Wędrowiec ciągle pozostawał tajemnicą. Nieliczni mówili, że potrafi przybrać każdą postać. Trudno powiedzieć, czy było to prawdą. Gdyby zachowywał się inaczej, pewnie w bytomskim grodzie i jego okolicach powstałaby legenda o niezwykłym niebieskookim mężczyźnie wędrującym z niewielkim tobołkiem na plecach, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Nigdy taka nie powstała.


Ordalia Anno Domini 1666

„(…) Od razu go pochwycą i, ręce i nogi

Związawszy, rzucą nagle w wir spienionych fal.

Jeżeli zacznie tonąć, znak to, że niewinny,

Jeżeli zaś przeciwnie, wina pewną już”.

Fragment tzw. poematu o żubrze z XVI w.

autorstwa Mikołaja Hussowskiego


Był to kwiecień 1666 r. Wiosna zaglądała ludziom w okna, budząc nadzieję na lepsze czasy. Już dawno na świecie nie było spokoju. Jednakże ten wiosenny dzień był inny, wypełniony krzykiem i strachem. Spory tłum zebrał się w pobliżu Bramy Krakowskiej, w podziemiach której znajdowało się miejskie więzienie nazywane przewrotnie „Wesołką”. Ludzie byli wyraźnie podnieceni. Głośno rozmawiali i często spoglądali w stronę solidnych drewnianych drzwi, które za chwilę miały się otworzyć. Nastrój podniecenia udzielał się nawet zwierzętom. Pod nogami plątały się zdezorientowane psy i koty. Piękny, słoneczny dzień nie był w stanie zagościć w ludzkich umysłach, gdyż tłum skupił się na czymś innym. Na nerwowym oczekiwaniu.

— Jest! — krzyknął ktoś nagle. Wzrok wszystkich skierował się w stronę otwartych drzwi, w których pojawiło się dwóch uzbrojonych strażników. Pomiędzy nimi szła kobieta, którą strażnicy popychali zdecydowanymi ruchami. Katarzyna Niedzielina, kobieta w średnim wieku o dość ładnych rysach twarzy, z bujnymi, ciemnymi włosami, ubrana w rodzaj długiej, dość ściśle dopasowanej do ciała sukni, mocno rozkloszowanej u dołu, która czasy swojej świetności miała już dawno za sobą. Widać było jej podarte fragmenty, a także ciemne plamy, które zapewne były śladem po krwi, kale i moczu. Kobieta nie opierała się zbytnio. Przymrużyła oczy, bo promienie słońca wyraźnie ją oślepiły. Po pobycie w ciemnym lochu nie było w tym nic dziwnego. Po chwili, popychana przez strażników, ruszyła w dalszą drogę. Tłum zamilkł. W milczeniu obserwował każdy jej ruch. Katarzyna dopiero teraz zauważyła, jak wielu ludzi zebrało się w pobliżu Bramy Krakowskiej. Nie przerywając swojego marszu rozglądała się dookoła, jakby chcąc dojrzeć wśród tłumu znajome rysy. Może po prostu przyglądała się uczuciom, jakie uczestnicy tego zbiorowiska mieli wypisane na twarzach. Strażnicy nie opuszczali jej ani o krok.

— Tak, Niedzielina! — krzyknął nagle jakiś mężczyzna — Dzisiaj się wszystko okaże!

Milczący dotąd tłum obudził się.

— O tak! Okaże się! Ordalia! Próba wody! Wszystko będzie wiadomo! Niedzielina! Wiedźma! — głośne i nieprzyjazne okrzyki przeplatały się ze sobą. Tylko nieliczni stali w milczeniu i obserwowali całą scenę. Kobieta uśmiechnęła się lekko i nie odpowiedziała ani słowem. Popychana przez strażników przeszła przez most przerzucony nad miejską fosą, przez kolejną solidną kamienną bramę i znalazła się poza obrębem murów. Tłum ruszył za nią.

— Na Klukowiec! Tam się okaże! Próba wody! Wiedźma! — okrzyki robiły się coraz bardziej zjadliwe. Jakiś chłopiec podniósł z ziemi kamień i rzucił nim w stronę kobiety. Nie trafił. Oberwało się jednemu ze strażników, który z wściekłością popatrzył w stronę tłumu, siarczyście przeklinając. Matka chłopca chwyciła go za ucho i mocno pociągnęła, co skończyło się wybuchem płaczu. Skarciła również syna słowami. Niedzielina pilnowana przez strażników powolnym marszem ruszyła w stronę stawu, do którego trzeba było przejść kilkaset metrów. Za nimi ruszył rozgorączkowany tłum. Minęli kościółek św. Ducha, przytułek bożogrobców, ulokowane pod grodem sady, wśród których można było jeszcze dostrzec resztki bytomskiego zamku książęcego. Niektórzy stale wrzeszczeli, inni wygrażali pięściami, a jeszcze inni maszerowali w zupełnym milczeniu, jakby chcieli pozostać anonimowi. Krzykliwy i głośny pochód zmierzał w stronę Rossbergu. Po drodze mijali drewniane, chłopskie zabudowania, których mieszkańcy wyszli przed swoje domostwa, by obserwować ten niecodzienny widok. Zazwyczaj robili to w milczeniu. Po pewnym czasie oczom maszerujących ukazał się staw, nad którym, w pobliżu wodnego młyna, czekała już grupa ludzi. Całkiem spora. Kobieta pilnowana przez strażników też ich dojrzała. Gdzieś wewnątrz zadrżała, ale nie dała tego po sobie poznać. Idąc w stronę swojego przeznaczenia nie udawała bohaterki. Po prostu, pogodziła się ze swoim losem. Była zmęczona i pokorna. Nie próbowała uciekać, ani się bronić. Spokojnym krokiem zbliżała się w stronę stawu. Wśród oczekującej grupy ludzi widać było poruszenie. Ich stroje wskazywały na wysoki status społeczny. Niedaleko wodnego zbiornika, w gęstych zaroślach, stała grupa okazałych wierzchowców i kilka konnych powozów. Pilnowało ich czterech ludzi. Nad stawem dało się również zauważyć kolejnych uzbrojonych strażników. Niektórzy poznali burmistrza Kacpra Gutmanna, członków rady miejskiej oraz ławników, a także Jerzego Geisinga. Wśród tłumu dało się zauważyć inne twarze, nieznane mieszkańcom Bytomia. Byli też księża, w tym proboszcz bytomskiej parafii WNMP Kossubius i jego wikariusz. Wszyscy czekali, aż krzyczący pochód ze strażnikami i uwięzioną kobietą na czele dotrze do stawu Klukowiec. Wcześniej sprawdzono, że pomimo kwietniowej daty staw nie był zamarznięty, choć woda była lodowato zimna. Na brzegu stała sporych rozmiarów łódka, zapewne wypożyczona od jednego z miejscowych rybaków.

Pochód idący od Bramy Krakowskiej w końcu dotarł na miejsce. Z grupy możnych wyszedł ksiądz pleban Kossubius, mężczyzna dość słusznej postawy, a jeszcze większej wagi. Spojrzał na kobietę. Ta odpowiedziała mu pełnym nienawiści wzrokiem.

— Związać ją! — krzyknął Kossubius.

Kilku strażników podeszło do kobiety. Zmusili ją do położenia się na ziemi. Lewą rękę przywiązano do prawej stopy, a prawą do lewej stopy. Następnie za pomocą solidnego kija zablokowano związane ręce pod mocno ugiętymi kolanami. Kobieta leżała na boku gotowa na swój los.

— In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti. Amen! — mówił głośno pleban chcąc, aby słyszało go jak najwięcej osób. W tym samym czasie jeden z jego pomocników podał naczynie z wodą święconą, a ksiądz pokropił nią wody stawu. Zapadła cisza. Proboszcz podszedł do leżącej na ziemi kobiety i ręką uczynił znak krzyża na jej czole. Następnie wstał i nieco się od niej odsunął.

— Bracia i siostry! — krzyknął zwracając się do wszystkich obecnych — Mamy dzisiaj ordalia! Sąd Boży! Bóg nie dopuści do skrzywdzenia kogoś, kto jest niewinny! Nie mając pewności co do winy tej kobiety, Katarzyny Niedzieliny, podejrzanej o uprawianie zabronionej magii, poddamy ją próbie wody! Bóg ją osądzi! Za chwilę umieścimy ją w wodach stawu! Jeśli utrzyma się na powierzchni, będzie to oznaczało, że zdradziła naszą wiarę, obraziła Pana naszego i splugawiła się. Jeśli zacznie tonąć, będzie to oznaczało, że jest niewinna! Bóg nam pokaże, na co zasłużyła!

— Tak! Tak! Właśnie! — padały z tłumu głośne okrzyki.

— Panie burmistrzu… — proboszcz odwrócił się na pięcie w stronę burmistrza Gutmana i spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Ten, jakby nagle ocknął się z głębokiego letargu, zwrócił się do strażników.

— Róbcie to, co musicie — powiedział.

Tłum zamilkł. Kilku mężczyzn podniosło kobietę z ziemi, ruszając w stronę oczekującej na brzegu łodzi. Bardzo ostrożnie ułożyli ją na dnie. Nie odezwała się ani słowem. Nawet nie jęknęła, choć unieruchomienie rąk i nóg w takiej pozycji musiało być bardzo bolesne. Do łodzi wsiadło pięciu strażników. Dwóch z nich złapało do ręki wiosła. Po chwili łódź odbiła od brzegu i skierowała się na środek dużego stawu, jakim był Klukowiec. Tłum zebranych ustawił się na brzegu stawu, by dobrze widzieć to, co będzie się działo. Zamilkły wszelkie rozmowy. Było słychać tylko szum ciepłego, wiosennego wiatru. Gdy łódź znalazła się w pewnym oddaleniu od brzegu, jeden ze strażników pochylił się i wprawnym ruchem przywiązał do uda kobiety skórzany bukłak wypełniony powietrzem. Pozostali strażnicy udawali, że niczego nie widzą. Taka była umowa. Z brzegu wyglądało to tak, jakby strażnik próbował uspokoić leżącą na dnie łodzi kobietę, która przecież mogła się rzucać. Mężczyzna sprawdził jeszcze umocowanie drewnianego kija, który nie był takim zwykłym. Nasączono go specjalnym olejem, który nie pozwalał mu zatonąć. O tym wiedzieli tylko nieliczni. Wokół pasa kobiety zawiązał grubą linę. Gdy łódź znalazła się na środku stawu, odłożono wiosła, a strażnicy z wielką ostrożnością podnieśli ciało kobiety i wychylając się nieco poza burtę, umieścili je na wodzie. Koniec liny pozostał w ręku jednego ze strażników. Kobieta nie tonęła. Unosiła się na powierzchni. Jej namoczona suknia nie pozwalała dostrzec bukłaka z powietrzem, który miała między nogami. Mijała kolejna chwila, a kobieta nadal unosiła się na powierzchni.

— Nie tonie! Boże, to wiedźma! Hrabia miał rację! — okrzyki zgromadzonych robiły się coraz głośniejsze — To czarownica! Kurwa! Sługa diabła! Nie tonie!

Nikt nie zauważył, że głowa kobiety znalazła się pod wodą, a ta próbowała walczyć o życie, miotając się na powierzchni wody. Z daleka jej ruchy wyglądały na opętane, nienaturalne i nieludzkie. W oczach tłumu to tylko potwierdzało, że opętały ją siły nieczyste.

— Nie tonie! Nie tonie! Szatan jej pomaga! Ludzie, ona nie tonie! — tłum oszalał.

Kobieta walczyła, aby odwrócić głowę i zaczerpnąć haust powietrza. Nie udawało się. Po chwili jej ciało znieruchomiało.

— Wyciągaj ją! — krzyknął jeden ze strażników.

Mężczyzna mocno pociągnął za koniec liny przyciągając jej ciało w pobliże łodzi. Pozostali wychylili się, by unieść ją z wody. Była nieruchoma. Gdy znalazła się na dnie łodzi, jeden z mężczyzn wymierzył jej siarczysty policzek. Kobieta ocknęła się i zaczęła wymiotować wodą.

— Masz, czego chciałaś, kurwo… — powiedział do niej nie ukrywając swojej wrogości — Do brzegu! — krzyknął do swoich towarzyszy. W tym samym czasie szybkim ruchem noża odciął skórzany bukłak przywiązany do jej uda. Kobieta nadal dławiła się wodą, której sporo znalazło się w jej płucach. Tym razem łódka płynęła o wiele szybciej. Gdy dobiła do bagiennego brzegu, mężczyźni wyciągnęli z niej kobietę i ponieśli w stronę suchego brzegu, gdzie zgromadził się tłum. Rzucili ją skrępowaną na ziemię. Jeden z nich pochylił się z nożem w ręku. Szybkim i wprawnym ruchem rozciął jej więzy i wyciągnął krępujący kij. Wyrzucił go w krzaki, ale jego towarzysze śledzili lot, by lepiej zapamiętać miejsce. Później mieli po niego wrócić. Katarzyna Niedzielina nadal wypluwała z siebie wodę, krztusząc się niemiłosiernie.

— Wiedźma! Wiedźma! Kurwa diabła! Zabić ją! — tłum wrzeszczał jak oszalały. W stronę kobiety pluto, rzucano obelgami, kawałkami ziemi i kamieniami. Większość z nienawiścią w oczach wygrażało jej pięścią.

— Spokój! — krzyknął proboszcz Kossubius — Posłuchajcie!

Tłum niechętnie, ale posłusznie się wyciszył.

— Ordalia zakończone! Bóg wydał wyrok! Sami widzieliście! Ona jest wiedźmą! — krzyczał proboszcz wskazując ręką w stronę kobiety — Nie utonęła! Diabeł jej pomógł!

— Tak! Tak! Wiedźma! Spalić ją! — odpowiedział mu tłum dziesiątkami wypełnionych nienawiścią gardeł. Niedzielina wykonywała spazmatyczne ruchy, jakby ponownie przyszła na świat.

— Hrabia miał rację! — krzyczał pleban — Bóg ją osądził! Prawda, panie burmistrzu? — proboszcz zwrócił się w stronę burmistrza Kacpra Gutmanna. Ten w milczeniu skinął głową. Robił wszystko, by nie patrzeć na leżącą na ziemi kobietę.

— Ordalia zakończono! Teraz odprowadźcie kobietę do więzienia! — proboszcz wskazał ręką w stronę widocznych w oddali murów bytomskiego grodu i Bramy Krakowskiej. Strażnicy chwycili pod ramiona prawie omdlałą Katarzynę Niedzielinę, podnieśli ją do góry i poprowadzili we wskazanym kierunku. Prawie nieprzytomna, wlokła stopami po ziemi. Wiele osób wykorzystało moment, by na nią napluć, obrzucić przekleństwami, czy wykonać jakiś wrogi gest. Strażnicy musieli rękoma wywalczyć sobie drogę przez tłum. Cały powrotny pochód przypominał jeden wielki lincz. Rozwścieczony tłum było słychać aż w Szarleju. Rozbarscy chłopi w większości pochowali się w swoich chałupach, by zniknąć z oczu i nie kusić losu. Dość szybko wszyscy dotarli do Bramy Krakowskiej, a po chwili na wpół żywa Niedzielina znalazła się w swojej celi. Może trudno to zrozumieć, ale na swój sposób była z tego powodu szczęśliwa.

Tego dnia, wypełnionego strachem i ludzką nienawiścią, nikt nie zauważył samotnego wędrowca o błękitnych oczach, który stał w pewnym oddaleniu od stawu w miejscu, skąd doskonale było widać taflę wody i prowadzoną próbę wody. Obserwował zachowanie kobiety. Zauważył, jak strażnik przywiązuje jej skórzany bukłak do uda. Widział, jak kobieta walczyła o życie. Obserwował tłum i jego akty wrogości i nienawiści. Widział wszystko, tylko jego nikt nie zauważył.


Ciiii…

Gdy rozwścieczony tłum wracał do grodu, do Bramy Krakowskiej, nie wszyscy zachowywali się tak samo. Niektórzy trzymali się nieco z boku i nie wykazywali się żadnymi aktami wrogości wobec udręczonej, ledwo żywej Niedzieliny. Spokojnie, choć z wyraźnym niepokojem w oczach obserwowali próbę wody i wszystko to, co stało się później. Nie chcieli płynąć w strumieniu ludzkiej nienawiści. Trzymali się nieco z boku. Dwóch mężczyzn w średnim wieku szło obok siebie nie odzywając się. Obydwaj rozglądali się nerwowo, jakby spodziewając się czegoś złego. Nie chodziło tu o Niedzielinę i jej rzekomy związek ze Złym. Mężczyźni bali się rozwrzeszczanego i pełnego nienawiści tłumu. W końcu jeden z nich odważył się cokolwiek powiedzieć.

— Co o tym myślisz, Józefie? — spytał cicho, wyraźnie obawiając się niechcianych świadków rozmowy.

— Nic — odparł krótko drugi — Nic nie myślę…

— Jak to nic?

— Nic, Andrzeju. Nic nie myślę! — powiedział nieco głośniej.

— Cichaj… Nie krzycz… Bo ktoś usłyszy… — Andrzej uważnie rozglądał się wokół siebie — Powiedz mi, co myślisz — dodał bardziej stanowczo. Józef spojrzał na niego.

— Andrzej, nic nie myślę. Nie chcę mieć kłopotów. Nie chcę skończyć jak ona. Nic nie myślę. Zupełnie nic.

Andrzej spojrzał na niego.

— Józef, przecież jesteś moim bratem. Mnie się boisz? Zwariowałeś?

Józef opuścił wzrok. Szli powoli, bo tłum rozkoszował się okazywaniem swojej wrogości wobec wleczonej przez strażników Niedzieliny.

— Teraz takie czasy… Brat na brata… — powiedział cicho.

— Józek, spójrz mi w oczy! — powiedział głośno Andrzej — Powiedz mi to prosto w oczy…

Józef nie miał odwagi spojrzeć w oczy brata.

— Andrzej, ja się boję. O siebie, o dzieci… Boję się… — szeptał.

— To rozumiem. Ja też się boję, ale nie dam się zwariować. Nie będę obawiał się rodzonego brata — powiedział Andrzej. Przez chwilę szli w całkowitym milczeniu.

— Nie wierzę w to — odezwał się nagle Józef.

— Co mówisz?

— Nie wierzę w to, że ona jest wiedźmą — powiedział cicho Józek — Andrzej, ja ją znam. To porządna kobieta. Katoliczka. Twarda i pełna zasad.

— Zamknij mordę, durniu… — syknął przez zęby Andrzej rozglądając się nerwowo dookoła — Bo jeszcze ktoś usłyszy. Ona dla nich jest wiedźmą…

Przez kolejnych kilkadziesiąt kroków nie odezwali się nawet słowem.

— Skąd się bierze to szaleństwo? — spytał brata Andrzej — Kiedy to się zaczęło?

— Dawno temu, bracie. Dawno temu… — odparł Józef i głęboko westchnął.


1588 — prawie 70 lat wcześniej…


„Powiadamy tedy, iż jako piącią sposobów szatani sami przez się bez sprawy czarownic ludzi posiadać i onym szkodzić mogą. (…) Pierwszy, gdy tylko na ciele szkodzą. Drugi, gdy i na ciele, i na zmysłach wewnętrznych. Trzeci, gdy trapią tak z wierzchu, jako i wewnątrz. Czwarty, gdy rozum na czas jaki odejmują. Ostatni, gdy ludzi jako bestie nierozumne czynią. Przyczyn zaś jest pięć, dla których Pan Bóg ludzi szatanowi dopuszcza posiadać. Pierwsza jest dla większej zasługi. Druga podczas za mały cudzy występek. Trzecia podczas za własny mały i powszechny grzech. Czwarta niekiedy za cudzy ciężki występek. Ostatnia podczas za własną człowieczą i ciężką nieprawość. Z których wszystkich przyczyn wątpić nie trzeba, że Pan Bóg za sprawą czarownic szatanom podczas ludzi podaje”

„Młot na czarownice. Postępek zwierzchowny o czarach (…)”, 1487


30 grudnia. Przedostatni dzień roku pańskiego 1588. Mroźny, nieprzyjazny, raczej zachęcający do schronienia się w ciepłych wnętrzach domów niż do podróży. Do Bytomia od strony Bramy Gliwickiej wjechał okazały konny powóz, który swoim wyglądem zdradzał bogatego pasażera. Kierował nim grubo opatulony woźnica, obok którego siedział ubrany w ciężki kożuch służący. Pomimo ciepłych ubrań obydwaj byli mocno zziębnięci. Było też kilku konnych strażników. Daleka podróż dała się we znaki. Powóz wtoczył się do miasta i ulicą Gliwitzerstrasse ruszył w stronę znajdującego się na rynku ratusza. Pasażer, mocno otyły mężczyzna z siwą brodą i długim siwym wąsem, przez okno powozu przypatrywał się miastu. Nie wyglądało najlepiej. Drewniane domostwa, niezbyt solidne, sprawiały wrażenie tymczasowych. Ludzie, nielicznie przebywający na ulicy, wyglądali na głodnych i pozbawionych nadziei. Nie było widać dzieci. W oknach było ciemno, jakby nikt tam nie mieszkał. Wszystko wyglądało biednie i ponuro. Niesamowicie przygnębiająco. Powóz podjechał pod ratusz, który też nie wyglądał imponująco. Lata świetności na pewno miał już za sobą. Gdy stanął, służący zeskoczył, aby otworzyć drzwi i odpowiednio ustawić schodek, po którym pasażer miał zejść na ziemię. Drzwi ratusza uchyliły się nieznacznie. Dało się zauważyć głowę, która z zaciekawieniem spoglądała na dwór. Padający śnieg utrudniał zdolność widzenia. Głowa cofnęła się z powrotem.

— Już Jest! Już Jest! — dało się słyszeć okrzyk w hallu ratusza. Zanim pasażer powozu zszedł na ziemię, drzwi budynku otworzyły się znacznie szerzej. Kilku mężczyzn, pospiesznie nakładając na siebie ciepłe okrycia, zbiegało po krótkich schodach, by jak najszybciej znaleźć się przy powozie. Jednym z nich był burmistrz Bytomia Aleksander Długinikiel. Pozostali to członkowie rady miejskiej.

— Witam, Wasza Eminencjo — powiedział w stronę wyłaniającej się z powozu postaci.

Otyły pasażer spojrzał na niego i pobłogosławił znakiem krzyża.

— Jego Eminencja, nuncjusz papieża Sykstusa V, pełnomocnik Jego Wysokości cesarza Rudolfa II Habsburga, kardynał Hipolit Aldobrandini — przedstawił swojego pana służący.

Mężczyźni z Bytomia wykonali w jego stronę niski ukłon.

— Zapraszamy do środka — powiedział burmistrz ciągle pozostając w ukłonie — Na stołach czeka strawa i popitek.

Mężczyzna w bogatym stroju duchownym wszedł, a raczej wtoczył się do wnętrza ratusza. Zaraz za drzwiami zrzucił z siebie zimowe okrycie i ruszył w głąb budynku. Pozostali mężczyźni potulnie szli za nim. Jeden z nich wskazał ręką pomieszczenie, gdzie przygotowano poczęstunek. Duchowny pewnym krokiem wkroczył do środka. W dość dużym pokoju, zazwyczaj przeznaczonym do obrad rady miasta, sporo miejsca zajmował ogromny stół zastawiony różnego rodzaju jadłem i napojami. Kardynał ciężko usiadł na krześle, które podsunął jeden ze służących. Łakomym wzrokiem rozejrzał się po stole. Musiał być głodny. Pozostali mężczyźni zajęli miejsca wzdłuż stołu. Duchowny wyciągnął rękę w stronę misy z dymiącym mięsiwem, ale nagle przypomniał sobie o czymś. Wstał zaczepiając brzuchem o stół, o mało go nie przewracając. Pozostali uczestnicy spotkania ze strachem złapali za drewniany blat, aby stół nie przewrócił się. Kardynał złożył ręce, spojrzał ku górze i rozpoczął modlitwę. Pozostali mężczyźni zerwali się z krzeseł, aby zrobić to samo. Nikt nie rozumiał słów, które pod nosem wypowiadał Hipolit Aldobrandini. Każdy mamrotał coś innego. Po chwili duchowny usiadł, a pozostali biesiadnicy zrobili to samo.

— Ucztujmy — powiedział głośno burmistrz. To był sygnał do rozpoczęcia uczty, która początkowo upływała w całkowitym, bardzo niezręcznym milczeniu. Kardynał jedząc rozglądał się dookoła, jakby szukając innych atrakcji. Może muzykantów, może kuglarzy… Nikogo takiego nie było. Nagle powiedział coś do swojego służącego, który był również jego tłumaczem.

— Jego Eminencja zwrócił uwagę na zły stan domów w mieście. Czy dotknął was ostatnio jakiś pożar czy inny kataklizm? — odezwał się w imieniu swojego pana.

Siedzący przy stole mężczyźni spojrzeli po sobie.

— Spotkało nas wiele nieszczęść, ale po prostu żyjemy skromnie. Takie czasy… — odparł burmistrz. Tłumacz powiedział to kardynałowi, a ten spojrzał w kierunku burmistrza. Odpowiedział kilkoma zdaniami, które po chwili zostały przetłumaczone.

— Jego Eminencja przybył tu po to, aby polepszyć wasze życie. Ma prowadzić rozmowy mediacyjne pomiędzy waszym ukochanym władcą, Jego Wysokością cesarzem Rudolfem II Habsburgiem, a królem Rzeczypospolitej Zygmuntem III Wazą. Jeśli rozmowy się powiodą, zapanuje pokój, a wasze życie będzie o wiele lepsze i bezpieczniejsze.

— A psy będą szczekać dupami… — powiedział cicho jeden z siedzących przy stole mężczyzn. Burmistrz spojrzał na niego karcącym wzrokiem. Na szczęście tłumacz nie usłyszał tej kąśliwej uwagi.

— Bardzo nam miło, że odwiedził nas tak zacny gość — powiedział łagodnym głosem burmistrz — Rzadko kiedy w naszym mieście gościł sam kardynał. Mamy nadzieję, że cel wizyty zostanie osiągnięty. Jesteśmy bardzo wdzięczni za pomoc. Niech Bóg ma nas wszystkich w opiece.

Tłumacz przetłumaczył wszystkie słowa kardynałowi, a ten nie przerywając jedzenia spojrzał na burmistrza i skinął głową w geście zrozumienia.

— Gdy Wasza Eminencja skończy posiłek, przygotowaliśmy na górze pokój, w którym może się rozgościć — kontynuował burmistrz — Nasz ratusz będzie teraz jego domem.

Kardynał ponownie skinął głową w stronę burmistrza. Wkrótce uczta się skończyła, a zmęczony podróżą gość ruszył w stronę swojego pokoju.


Następnego dnia, z samego rana, kardynał wezwał do siebie służącego.

— Czemu tu jest tak zimno? — spytał — W nocy myślałem, że zamarznę.

— Nie wiem, Wasza Eminencjo. Dowiem się.

— Co za obskurne miejsce — powiedział kardynał rozglądając się z niechęcią po niezbyt dużym, prosto i skromnie wyposażonym pokoju — To najlepsze miejsce, jakie mogli mi zaoferować?

— Prawdopodobnie tak — odparł służący — Wydaje mi się, że to jedyny murowany budynek w tym mieście.

— Tam są jakieś drzwi — kardynał wskazał ręką na jedną ze ścian — Sprawdź, co tam jest.

Służący posłusznie podszedł do jednej ze ścian. Chwycił ręką za klamkę. Drewniane drzwi uchyliły się dość łatwo. Otworzył je i spojrzał do wnętrza pomieszczenia.

— Jest tam piec? — spytał kardynał — Tu go nie ma…

— Nie ma, Wasza Eminencjo.

— Jak to nie ma? To co tam jest?

— Nic. Puste i ślepe pomieszczenie.

— O mój Boże… — szepnął kardynał, który na co dzień był przyzwyczajony do dobrych, wręcz luksusowych warunków życia — Jak ja tu wytrzymam kilka tygodni? Idzie ciężka zima… Bez pieca?

Służący pomógł mu się ubrać. Razem zeszli na dół, gdzie czekało na nich śniadanie. O wiele skromniejsze, niż wczorajsza uczta. Kardynałowi to się nie spodobało.

— Bieda tu, że aż piszczy… — powiedział do służącego — Podobno to bardzo bogate miasto.

— Kiedyś może tak. Teraz tego nie widać — odparł służący — Spytam o piec… — dodał.

— O tak, tak… Druga taka noc i się rozchoruję — powiedział kardynał przełykając spory kęs pieczywa. Przez chwilę spożywał w samotności. Z niechęcią, wręcz obrzydzeniem, rozglądał się po pomieszczeniu, które najprawdopodobniej było najbardziej reprezentatywnym w ratuszu. Służący po dłuższej chwili wrócił.

— Mówią, że pieca tam nie ma — powiedział.

— To przecież widzę.

— Jednocześnie rozumieją, że pomieszczenie jest chłodne.

— Chłodne? Jest lodowato zimne!

— Zalecają wstawienie pieca — kontynuował służący.

— Tak? To niesamowite, że sam na to nie wpadłem! — odparł coraz bardziej zdenerwowany kardynał — Kiedy to zrobią? — spytał.

— Nie zrobią.

— Słucham?

— Nie zrobią, Wasza Eminencjo — odparł spokojnie służący.

— Dlaczego?

— Bo ich na to nie stać.

Kardynał Hipolit Aldobrandini z wrażenia przestał jeść. Spojrzał na swojego służącego z ogromnym zdziwieniem w oczach.

— Nie stać? — spytał.

— Tak, Wasza Eminencjo. Tak mi powiedzieli.

Kardynał odsunął nieco talerz od siebie. Chyba stracił apetyt.

— W mieście dominują protestanci, prawda? — spytał.

— Tak, Wasza Eminencjo.

— Rozumiem. W taki sposób witają katolickiego kardynała.

Służący nie odpowiedział.

— Znajdź zaraz jakiegoś zduna — powiedział duchowny — Niech mi wstawi do pokoju piec. Zapłacimy mu. Nie będę prosił się o łaskę. Wytrzymam, ku chwale bożej i pomyślności naszej sprawy.

— Tak jest, Wasza Eminencjo — powiedział służący i pospiesznie opuścił pomieszczenie. Wiedział, że decyzje jego pana muszą być natychmiast wykonane. Kardynał zagłębił się w myślach. Nie spodziewał się takiego przyjęcia. Spojrzał w okno, za którym szalała zimowa zawierucha. Długo patrzył jak silny wiatr kręci płatkami spadającego śniegu. Drewniane dachy domów pokrywała gruba, śnieżna pokrywa. Boże, wspomóż, pomyślał. Po chwili wstał od stołu i wrócił do swojego pokoju, gdzie pogrążył się w żarliwej modlitwie. Starał się nie zwracać uwagi na przenikające jego ciało zimno.


1589

Nastał Nowy Rok. Nuncjusz papieski, kardynał Hipolit Aldobrandini, miał zamiar w dniu 6 stycznia, w święto Trzech Króli, odprawić nabożeństwo w bytomskim kościele katolickim. Tego dnia wstał wcześnie rano. Dzięki pomocy służącego szybko się ubrał. Był gotowy. Zanim wyszedł z budynku bytomskiego ratusza, ciepło się ubrał. Na dworze nadal szalała zimowa zawierucha. Przed budynkiem czekała na niego grupa mężczyzn, w tym Monsignore Bianchetto i teolog kardynalski ojciec Jan Franciszek Bordino, którzy dotarli do Bytomia wczoraj w nocy, a także bytomski burmistrz. Kardynał zdawkowo przywitał się ze wszystkimi i rozejrzał po rynku. Zauważył budynek kościoła. Idąc musiał często spoglądać pod nogi, aby unikać przeszkód.

— To tam? — wskazał ręką.

— Nie, Wasza Eminencjo, to świątynia protestancka — odparł burmistrz.

Kardynał nie odezwał się słowem, ale na jego twarzy wyraźnie widać było napięcie.

— To gdzie? — spytał.

Burmistrz wskazał ręką przeciwny kierunek. Kardynał wraz ze służącym ruszyli tam, gdzie mu wskazano. Przechodząc przez rynek Aldobrandini zauważył niską wieżę kolejnego kościoła.

— To tam? — spytał.

— Nie, Wasza Eminencjo. To kościół klasztorny franciszkanów — odparł burmistrz.

— Katolicki?

— Tak.

— To dlaczego nie w tym kościele? — spytał szczerze zdziwiony kardynał.

— Bo kościół stoi pusty — odparł burmistrz — Franciszkanie opuścili nasze miasto dość dawno temu.

— Boże, co tu się dzieje? — wyraźnie zaniepokojony kardynał szepnął do Monsignore Bianchetto. Ten odpowiedział mu tylko wzruszeniem ramion.

— Wiecie, że Jego Świętobliwość papież Sykstus V był wikariuszem generalnym zakonu franciszkanów? — zapytał kardynał z wyraźną złośliwością w głosie. Burmistrz i towarzyszący mu mężczyźnie nie odpowiedzieli. Nadal w milczeniu szli w stronę Bramy Krakowskiej. Gdy się do niej zbliżyli, kardynał zauważył maleńki kościółek, położony już za bramą i murami miasta. Z nieukrywanym zdziwieniem spojrzał na Monsignore Bianchetto i o. Jana Franciszka Bordino. Ci również nie kryli wyrazu zdziwienia na twarzy.

— To tu? — wskazał ręką na niewielką świątynię.

— Tak, Wasza Eminencjo — odparł burmistrz.

— To jedyny kościół katolicki w waszym mieście?

— Nie, jest jeszcze drugi, ale ten jest dość daleko. Około kilometra od murów miasta. W taką pogodę… Zresztą, jest niewiele większy od tego. Burmistrz zauważył, że kardynał aż kipi ze złości.

— Meravigliosamente. Eccellente. Wygląda jak kaplica cmentarna. No nic, idziemy — powiedział Aldobrandini i ruszył w stronę kościółka, przy którym stała grupa ludzi wyraźnie czekająca na kardynała. Wśród nich był proboszcz tego kościoła. Po krótkim przywitaniu kardynał wszedł do niewielkiego kościółka, po brzegi wypełnionego wiernymi. Odprawił mszę świętą. Tego dnia o nic więcej nie pytał. Tylko po zakończonym nabożeństwie szepnął w stronę proboszcza — Oczekuję księdza u siebie, i to pilnie. Pleban ze zrozumieniem skinął głową.

W następnych dniach do Bytomia dotarły kolejne osoby ze świty kardynała. Oprócz Monsignore Bianchetto i o. Jana Franciszka Bordino zjawili się szambelan Michał Mercati, Monsignore Tolosano, kapitan Franciszek Aldobrandini, komorandor Pucci, siostrzeniec kardynała Cintio Basari, a każdy z nich ze swoimi służącymi. Do miasta zawitało też ośmiu komisarzy austriackich wraz ze swoimi współpracownikami, na czele których stał książę Sabbionetta. Pojawiali się również biskupi, w tym jawarzyński i ołomuniecki Stanisław z Ołomuńca. Bytom nagle stał się światowym miastem. Mieszkańcy z ciekawością spoglądali na egzotycznych przybyszy. Wszyscy wiedzieli dlaczego tak zacni goście nagle znaleźli się w granicach Bytomia. Polityka.


Już następnego dnia po odprawionym w kościele św. Ducha nabożeństwie, w ratuszu zjawił się proboszcz tejże parafii. Kardynał przyjął go w sali, gdzie codziennie jadał, ale tylko w obecności swojego służącego-tłumacza. Pleban był wyraźnie zakłopotany. Stał przed kardynałem, który wygodnie rozsiadł się na dębowym krześle.

— Niech mi ksiądz powie, co tu się dzieje? — zaczął kardynał — Miasto wygląda jak chlew, katolików garstka, kościół i klasztor franciszkanów niszczeje, katolicy spotykają się w kościele wielkości kaplicy cmentarnej, a wszędzie piszczy bieda. O co tu chodzi?

— Wasza Eminencjo… — zaczął proboszcz.

— Czy wy odpowiednio staracie się o powrót naszej wiary? — przerwał mu poirytowany kardynał — Jak to powiem papieżowi, to nie uwierzy.

Pleban spojrzał na niego przestraszonym wzrokiem.

— Oczywiście. Robimy wszystko, by katolików było coraz więcej, Wasza Eminencjo — powiedział — Nie wiem, może to stara klątwa?

— Jaka klątwa? Chyba o tym nie słyszałem — odparł kardynał — Niech mi ksiądz wszystko opowie.

Pleban spojrzał na stojące obok niego krzesło. Pewnie chciał usiąść, bo szykowała się długa opowieść, ale bez pozwolenia kardynała nie mógł tego zrobić. Aldobrandini to zauważył.

— Proszę usiąść i mówić — powiedział.

Pleban ciężko opadł na krzesło. Wziął głęboki oddech, jakby przygotowywał się do długiej przemowy.

— W 1367 roku doszło tu do tragedii — rozpoczął proboszcz — Mieszczanie utopili w pobliskim stawie proboszcza kościoła farnego na rynku, Piotra z Koźla i jego wikarego Mikołaja z Pyskowic.

— Boże Przenajświętszy… Za co?

— Różnie się o tym mówi, Wasza Eminencjo. Jedni mówią, że to efekt politycznego podziału księstwa bytomskiego, które wtedy istniało. Inni wskazują na konflikt pomiędzy ówczesnym prepozytem kościoła św. Małgorzaty Janem z Ziębic, a Piotrem z Koźla. Sprawa stanęła nawet u papieża.

— Kto był wtedy papieżem? — spytał kardynał.

— Urban V, Wasza Eminencjo.

— A tak… Jakie zajął stanowisko?

— Poparł Piotra z Koźla.

— No to w czym problem?

Pleban spojrzał na kardynała.

— Ta decyzja nie spodobała się sporej części mieszkańców Bytomia — odparł — W sumie nie wiem, dlaczego. To tak odległe czasy…

— Jak zginęli?

— Zostali skazani na śmierć przez miejski sąd.

— Jak to? — przerwał szczerze zdziwiony kardynał — Przecież duchowni nie podlegają takim sądom.

— Wiem, Wasza Eminencjo. Tak się jednak stało…

— To jawne bezprawie… No i co dalej?

— Wiadomość o mordzie dotarła do papieża. Jego Świętobliwość zobligował biskupa krakowskiego Floriana z Mokrska do działania.

— Słuszna decyzja. Co zrobił biskup?

— Wezwał przed swoje oblicze winowajców mordu i obłożył ich klątwą, a całe miasto interdyktem.

Kardynał mocniej oparł się na oparciu krzesła.

— Boże, to wiele tłumaczy… — powiedział sam do siebie.

— Jego Świętobliwość wezwał przed swoje oblicze prepozyta Jana z Ziębic — kontynuował pleban — Podobno uwięził również mieszczan bytomskich, którzy zjawili się u niego, by prosić o zdjęcie klątwy.

— Powinno się ich ściąć! Wszystkich winnych! — powiedział głośno kardynał — Za takie świętokradztwo…

Pleban nie odpowiedział.

— Jak to się skończyło? — spytał kardynał.

— Nikt nie został ścięty Wasza Eminencjo, ale z powodu klątwy miasto utraciło swoje kontakty handlowe, bo kupcy omijali miejsce obłożone klątwą.

— To zrozumiałe.

— Mam wrażenie, że właśnie wtedy utraciło również swoje znaczenie polityczne, które dotąd było bardzo duże.

— Sami sobie na to zapracowali — odparł kardynał — Co dalej z klątwą?

Pleban wziął głęboki oddech.

— W 1369 r. miejscowy książę zniósł kary kościelne pod warunkiem wybudowania w kościele farnym kaplicy św. Zygmunta — powiedział.

— Co to za kara? — wrzasnął kardynał — Świecki książę?

— Tak, Wasza Eminencjo.

— Papież też zniósł klątwę?

— Nie. Z tego, co wiem, to nie.

— Czyli ona obowiązuje do dzisiaj?

— Tak — odparł pleban.

Kardynał zamilkł. Z prawdziwym niedowierzaniem wpatrywał się w proboszcza.

— Czyli jestem w mieście obłożonym papieską klątwą? — spytał po chwili.

— Tak, Wasza Eminencjo — odparł pleban nie podnosząc wzroku.

Zapadła długa chwila krępującej ciszy.

— Jest jeszcze coś… — powiedział cicho proboszcz.

— Co takiego?

— Starzy ludzie opowiadali, że w czasie, gdy obowiązywał interdykt, Zły rozgościł się w mieście na dobre. Demon, przez miejscowych często nazywany Szarlejem, w biały dzień spacerował po ulicach.

Kardynał słuchał w milczeniu. Skupił wzrok na twarzy plebana.

— Nikt nie był w stanie go poskromić. Ludzie byli przerażeni. Nie ufali sobie nawzajem, bo Zły przybierał różne postacie. Podobno niektórzy odebrali sobie życie. Nie wiadomo, czy była to ich świadoma decyzja, czy za namową Złego.

— Nie szukali pocieszenia w wierze? W Kościele? — spytał kardynał.

— Pewnie szukali. Tylko, że główne wejście do kościoła farnego zostało zamurowane.

— Chryste Panie… — na twarzy kardynała pojawił się autentyczny strach — Klątwa dalej obowiązuje, więc demony nadal mają pole do popisu!

Pleban zamilkł nie podnosząc wzroku.

— No to teraz mam jasność sytuacji — powiedział Aldobrandini — Już wiem, czemu to miejsce opuścił Bóg… Tylko nie wiem, czemu ktoś mnie o tym nie uprzedził. Niech mi jeszcze ksiądz powie, dlaczego w mieście jest tak mało katolików? Luteranie dominują. To też wpływ Złego?

Pleban wiedział, że musi uważać na to, co powie. Nierozsądne słowo mogło obrócić się przeciwko niemu.

— Ogromne postępy poczyniła reformacja. Jeszcze w połowie XVI w. — powiedział — Nie wiązałbym tego z działalnością Złego. Nie wiem, może dawne przykre doświadczenia z Kościołem… W 1564 r. franciszkanie opuścili Bytom.

— Tak po prostu odeszli?

— Nie byli w stanie żyć według swoich zasad wśród protestantów, Wasza Eminencjo.

— No tak. Już nie wrócili?

— Podobno na krótko powrócili bernardyni.

— Dlaczego teraz ich nie ma? — spytał kardynał.

— W 1571 r. wybuchła zaraza. Niektórzy zmarli, niektórzy ze strachu wyjechali. Od tego czasu klasztor i kościół stoją puste.

Kardynał zamyślił się na chwilę.

— Czyli zło dalej panoszy się w mieście — powiedział — Trzeba temu jakoś zapobiec.

— Jak, Wasza Eminencjo? — spytał proboszcz.

Aldobrandini na chwilę zatopił się we własnych myślach.

— Trzeba odesłać Złego tam, skąd przyszedł — powiedział cicho — Nie ma innego wyjścia…


Kardynał Hipolit Aldobrandini dokończył zlecone mu polityczne zadanie. Przebywając w Bytomiu na własny koszt wyposażył ratusz w kaplicę, w której modlił się i odprawiał codzienne nabożeństwa. Obok ratusza postawił drewnianą kuchnię, gdzie gotowano posiłki dla niego i dla jego świty. Monsignore Bianchetto i o. Jan Franciszek Bordino prawie codziennie odprawiali mszę świętą w kościółku św. Ducha, próbując w ten sposób wesprzeć miejscowych katolików. Pewnie takie było zalecenie kardynała. W dniu 10 stycznia 1589 r. do Bytomia, a właściwie do przebywającego w nim kardynała zawitał wicekról Czech Rosenberg, któremu towarzyszyło 400 konnych jeźdźców i spory oddział piechoty. Później kardynał udał się do pobliskiego Będzina, który leżał na terenie Rzeczypospolitej, gdzie rozpoczął rozmowy z hetmanem Zamoyskim. Do Bytomia powrócił w dniu 21 stycznia. Tydzień później do miasta zawitał hetman Zamoyski z wielką świtą ponad 500 żołnierzy. Prowadzono kolejne rozmowy. 7 lutego 1589 r. kardynał ponownie wybrał się do Będzina, ale jeszcze tego samego dnia powrócił do Bytomia. Dwa dni później otrzymał w podarunku od wojewody wołyńskiego Janusza księcia Ostrogskiego, komisarza polskiego w Będzinie, ogromnego litewskiego łosia. To pewnie poprawiło mu humor, bo w dniu 12 lutego odprawił mszę świętą w kościółku św. Ducha. Czasami prowadził rozmowy negocjacyjne w Olkuszu. Wzbudzał sensację przechodząc przez bytomski rynek, gdyż paradował w ozdobnej sukni kardynalskiej, której ogon nieśli paziowie, a przed kardynałem niesiono wielki krzyż legacki. Reszta jego świty też pokazywała się w bogatych strojach. Pewnie doszli do wniosku, że prezentowany przez nich przepych może przyciągać mieszkańców do wiary katolickiej.


W Popielec 15 lutego 1589 r. kardynał odprawił kolejną mszę świętą w kościółku św. Ducha, gdzie osobiście posypał popiołem głowy miejscowych katolików. Podobno na odprawianych przez niego nabożeństwach pojawiali się również protestanci. Teolog kardynalski o. Jan Franciszek Bordino, pewnie na polecenia kardynała, często wygłaszał do mieszkańców Bytomia płomienne kazania o treści religijnej. Aldobrandini przebywał w Bytomiu do 7 marca 1589 r. Zapewne na długo zapamiętał swoją wizytę na Śląsku. W 1592 r. został wybrany papieżem. Przybrał imię Klemensa VIII. Gdy rozpoczął swój pontyfikat, dał się poznać jako zażarty zwolennik kontrreformacji. Trudno powiedzieć, czy był to zbieg okoliczności, ale w 1591 r. franciszkanie z Krakowa rozpoczęli usilne starania o zwrot bytomskiego klasztoru. Być może stało się to pod naciskiem kardynała. W 1596 r., już za pontyfikatu Klemensa VIII, przeprowadzono wizytację i stwierdzono znaczny stan dewastacji. W kościele franciszkańskim ocalały jedynie dwa dzwony. W 1598 r. kolejną wizytację kanoniczną zlecił biskup krakowski Jerzy Radziwiłł (wizytatorem był ksiądz Krzysztof Kazimierski), ale protestanccy mieszkańcy miasta nie wpuścili go do klasztoru i kościoła. Wiadomo jednak, że kościół franciszkański był opuszczony, a w jego wnętrzu znajdowało się siedem sprofanowanych ołtarzy oraz wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa. Po książęcych grobach dawnych władców księstwa bytomskiego nie było już śladu. W 1594 r. papież Klemens VIII rozpoczął kanonizację Jacka Odrowąża. Faktem jest, że bardzo dbał o poziom moralny duchowieństwa i kurii rzymskiej. Jako papież sam dawał dobry przykład, prowadząc skromny, niemalże ascetyczny tryb życia, czyli taki sam, jaki nieco wcześniej prowadził w Bytomiu. Dążył, podobnie jak poprzednicy, do organizacji krucjaty przeciwko Turcji. Podobno na jej czele miał stanąć hetman Jan Zamoyski, z którym kardynał prowadził rozmowy, gdy przebywał w Bytomiu. Wspierał również wysiłki króla polskiego Zygmunta III Wazy zmierzające do utrzymania tronu szwedzkiego, w nadziei na przywrócenie w Szwecji katolicyzmu. W 1600 r., za jego pontyfikatu, spalono na stosie Giordano Bruno. Zmarł w Rzymie w dniu 3 marca 1605 r. Pochowano go w kaplicy paoliańskiej w bazylice S. Maria Maggiore.

Za pontyfikatu papieża Klemensa VIII franciszkanie odzyskali swój klasztor w Bytomiu. Wkrótce władze miasta musiały wydać im kosztowności (klejnoty, ornaty i sprzęty kościelne), które zostały zdeponowane w kasie miejskiej. W ruinach klasztoru miejscowi chłopcy znaleźli skarb składający się z monet i pozłacanego pasa, który najprawdopodobniej musieli oddać minorytom.


1666 — sprawa Niedzieliny


„Choroby zaś cielesnej iż nie masz żadnej, której by czarownice za Bożym dopuszczeniem sprawić nie mogły, bądź by to trąd, bądź kaduk, bądź też insza główna choroba była, wątpić nie potrzeba”

„Młot na czarownice. Postępek zwierzchowny o czarach (…)”, 1487


W kwietniowy dzień w budynku bytomskiego ratusza spotkali się hrabia Gabriel Henckel von Donnersmarck, burmistrz Kacper Gutmann i proboszcz bytomskiej parafii WNMP Kacper Zygmunt Kossubius. Spotkanie miało poufny charakter. Nie było żadnych świadków. Hrabia siedział na jednym z ciężkich, drewnianych krzeseł i spoglądał za okno, gdzie na bytomskim rynku ludzie krzątali się wokół swoich codziennych obowiązków. Proboszcz siedział bliżej hrabiego, a burmistrz Gutmann, wyglądający na mocno zakłopotanego, zajmował miejsce w dalszej części sali. Hrabia, nadal obserwując sceny za oknem, odezwał się jako pierwszy.

— Panowie, musimy coś ustalić w sprawie Niedzieliny — powiedział. Przeniósł wzrok na proboszcza — Plebanie, próba wody jednoznacznie wykazała jej winę?

— O tak, panie hrabio. Bóg wydał swój wyrok — odparł zapytany z wielką pewnością w głosie. Burmistrz Gutmann nerwowo zakręcił się na krześle.

— Na jakiej podstawie prawnej ją sądzimy? — spytał hrabia Gabriel.

— “Constitutio Criminalis Carolina” — odparł Kossubius.

— Cóż to takiego?

— Kodeks karny wydany przez cesarza Karola V w 1532 r.

— Cesarza Rzeszy?

— Tak, ale uchwalony również przez sejm Rzeszy.

— To właściwa podstawa prawa?

— Myślę, że tak, panie hrabio — odparł ciągle bardzo pewny swoich słów proboszcz. Hrabia sięgnął po stojący na stole kielich i pociągnął z niego spory łyk. Burmistrz nie odzywał się ani słowem.

— Jest jeszcze nieco późniejsze „Praxis Rerum Criminalum” — dodał Kossubius.

— To też niemieckie?

— Nie. To dzieło flamandzkiego prawnika Jodocusa Damhoudera, specjalisty w prawie karnym.

— Rozumiem — hrabia ponownie spojrzał za okno. Dwie bytomskie przekupki toczyły pomiędzy sobą zażartą słowną utarczkę. Trudno powiedzieć, dlaczego.

— Ja bym jednak najbardziej opierał się na czeskim prawie miejskim spisanym w 1569 r. przez Pavla Kristiána z Koldína — powiedział pleban. Hrabia spojrzał na niego.

— Któż to taki?

— Kanclerz praski. To kodeks prawny dotyczący miast i najbardziej pasuje do naszej sytuacji.

Gabriel przeniósł wzrok na milczącego burmistrza. Widział zakłopotanie Gutmanna. Przez krótką chwilę przyglądał się jego nerwowym ruchom.

— Który z nich jest najbardziej rygorystyczny? — spytał ciągle obserwując Gutmanna.

— Bez wątpienia “Constitutio Criminalis Carolina”, panie hrabio. Tam za magię karze się bezwzględnie śmiercią — odparł Kossubius.

— Czyli co? Spalimy ją na stosie? — spytał.

Proboszcz zamilkł. Gutmann nie mógł opanować swoich nerwowych ruchów.

— Ja bym bardziej zalecał wyświęcenie… — odpowiedział cicho proboszcz.

— Dlaczego, plebanie? — głos hrabiego brzmiał bardzo stanowczo. Zapytany spojrzał na milczącego Gutmanna.

— Myślę, że wyświęcenie jest lepszym rozwiązaniem, panie hrabio — Kossubius nagle stracił swoją pewność — W ostatnich latach przeżyliśmy tyle nieszczęść. Nadal nie jest spokojnie. Ludzie się boją. Spalenie na stosie tylko rozbudzi niepotrzebne nastroje. Wygnamy ją, skonfiskujemy majątek na rzecz miasta i prowadzonego procesu. Sprawa będzie zakończona.

— To zgodne z prawem? — spytał hrabia.

— Tak — odparł proboszcz — Dlatego zalecałem oparcie się na prawie miejskim Pavla Kristiána z Koldína.

Zapadła cisza. Za oknem sprzeczka nie ustawała. Dołączyły się do niej kolejne osoby, więc przerodziła się w prawdziwą słowną bitwę.

— To zbyt łagodny wyrok. Przecież to wiedźma, plebanie — powiedział Gabriel.

— Wiem, panie hrabio. Zalecam jednak umiarkowanie. Znam nastroje społeczne, wiem, co mówię.

Hrabia na chwilę zatopił się we własnych myślach.

— Nie podoba mi się to. Powinniśmy być ostrzejsi. Może tego właśnie oczekują ludzie? — spytał.

Kossubius wziął głęboki oddech.

— To może zróbmy tak, panie hrabio… — powiedział — Poprowadzimy ją nad staw, gdzie odbyła się próba wody. Będzie tam ustawiony stos przygotowany do jej spalenia. Jednak w ostatnim momencie ogłoszę pańską decyzję o zamianie kary na wygnanie. Okaże pan powszechnie swoje niezwykłe miłosierdzie. To będzie bardzo dobrze postrzegane…

Gabriel spojrzał na plebana przenikliwym wzrokiem. Prawdopodobnie usiłował dociec w myślach, jakie rozwiązanie będzie korzystniejsze. Szczerze mówiąc spodobał mu się pomysł plebana.

— Dobrze. Podoba mi się ten pomysł. Niech tak będzie — odparł po dłuższej chwili — Ostatecznie zastosujemy „wyświęcenie” — powiedział hrabia — Proszę to jutro ogłosić. Nie możemy z tym zwlekać. Proszę przygotować odpowiednie dokumenty.

— Dobrze, panie hrabio — odparł proboszcz i westchnął z wyraźną ulgą — Co mamy zrobić z tymi trzema kobietami, które Niedzielina wskazała podczas przesłuchania?

Gabriel spojrzał na plebana.

— Ona wskazała je podczas tortur? — spytał.

— Tak, panie hrabio.

— Zostały przesłuchane?

— Tak, oczywiście.

— Znaleziono jakąś ich winę?

— Nie.

— No to uniewinnimy je. Przebywają w areszcie?

— Tak — odparł pleban.

— Proszę ogłosić uniewinnienie i wypuścić je do domu. To wszystko plebanie. Może ksiądz wracać do swoich obowiązków — powiedział Gabriel — Ja muszę jeszcze chwilę porozmawiać z burmistrzem.

Gutmann aż podskoczył na krześle na dźwięk tego zdania. Kossubius wstał, skinął głową na pożegnanie i pospiesznie opuścił salę.

— Panie burmistrzu… — zaczął hrabia. Gutmann spojrzał na niego — Wiem, że to dla pana trudne, ale proszę mi wierzyć, to było konieczne.

Burmistrz nagle się uspokoił. Usiadł wygodniej na krześle. Chyba zbierał się na odwagę.

— Panie hrabio, przecież ona jest niewinna — powiedział — Obydwoje to wiemy.

— Tak, ma pan rację.

— To dlaczego to robimy? Nie brakuje nam problemów?

— Bo to konieczne — odparł Gabriel.

— Konieczne?

— Tak.

Gutmann na chwilę zamilkł.

— Panie hrabio… — zaczął po chwili — Mamy wygnać niewinną kobietę z miasta, skonfiskować jej majątek, złamać życie nadając jej niesłusznie piętno wiedźmy… Złamać życie jej rodziny… Z jakich powodów to konieczne?

Hrabia głęboko westchnął. Sprawiał wrażenie człowieka, któremu przyszło tłumaczyć drugiej osobie rzeczy dla niego oczywiste.

— Panie burmistrzu… Przyznaję panu rację, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. W mieście panuje chaos, brakuje dyscypliny, szerzy się przestępczość… Trzeba utrzymać ludzi w ryzach. Nadać ich życiu kierunek. To bardzo ważne. Także z religijnego punktu widzenia.

Gutmann spojrzał na hrabiego. W jego oczach nie było już widać zakłopotania. Pojawił się autentyczny wstyd.

— Dlatego musimy poświęcić niewinną kobietę?

— Tak, właśnie tak. W ten sam sposób uratujemy życie trzem innym kobietom, które też mogły zostać spalone na stosie. Wybieramy mniejsze zło, panie burmistrzu.

Gutmann spojrzał za okno. Wszyscy ci ludzie podlegali jego władzy. Ufali mu. Widzieli w nim ostoję prawa i bezpieczeństwa. Burmistrz wiedział, że tak naprawdę mieszkańcy Bytomia darzą go większym szacunkiem, niż hrabiego Gabriela. Nie mógł tego jednak powiedzieć swojemu rozmówcy. Długo w milczeniu bił się z własnymi myślami.

— Rozumiem, panie hrabio, choć bardzo nad tym boleję — powiedział po chwili.

— Wiem, burmistrzu. Ja również. Niestety to konieczne. Proszę mi wierzyć. Nad wszechmiar konieczne…

Bo chcesz mieć święty spokój i strachem wymusić posłuszeństwo — pomyślał burmistrz. Wiedział jednak, że hrabia jest władzą zwierzchnią. Nie ma dyskusji z jego decyzjami.

— Pleban nadal nic nie wie? — zapytał Gabriel — Mówię o próbie wody…

— Oczywiście, panie hrabio — odparł burmistrz.

— To niech tak pozostanie… Dla jego dobra… Wtajemniczeni będą milczeć?

Gutmann spojrzał na hrabiego.

— Myślę, że tak. Dostali sowitą zapłatę — powiedział.

— No to zakończmy ową sprawę. Dla naszego dobra i w imię Boga — powiedział Gabriel i uniósł się z krzesła — Dziękuję za zrozumienie, panie burmistrzu.

Gutmann szybko uniósł się ze swojego krzesła. Hrabia Gabriel nie spoglądając na niego wyszedł z pomieszczenia. Burmistrz ponownie usiadł. Pozostał całkowicie sam. Miał chwilę, by próbować przemyśleć sobie wszystko. Może inaczej, musiał zastanowić się nad tym, jak żyć z myślą o skrzywdzeniu kogoś, kto na to nie zasłużył. Zapłacimy za to — pomyślał — Tak czuję…

Sprawy sądowe w XVII w., w tym o czary, były wszczynane z urzędu przez sędziego bądź oskarżyciela publicznego na podstawie prywatnego donosu bądź skargi. Zbierano wszystkie materiały, przesłuchiwano świadków i prowadzono domową rewizję. Następnie oskarżonego zamykano w areszcie oraz przesłuchiwano, często stosując przy tym tortury. Ta część procesu była całkowicie tajna. Na koniec zapadał wyrok, jednakże skazanie musiało oprzeć się na pełnym dowodzie winy, z których najważniejszym było przyznanie się samego oskarżonego. Przy analizowaniu sprawy brano pod uwagę dowody bezpośrednie, pośrednie oraz poszlaki. Dodatkowo dzielono je na pełne, niepełne, półpełne, niezupełne, poważne czy też wątpliwe. W razie braku pełnego dowodu, przy jednoczesnym podejrzeniu oskarżonego, istniała możliwość wznowienia postępowania. Proces kończył się wydaniem, a następnie wyegzekwowaniem wyroku sądowego. Zazwyczaj wykonywano go dzień po ogłoszeniu wyroku. Czasami jednak zwlekano z ogłoszeniem wyroku (od kilku dni do kilku miesięcy). Co ciekawe, tego typu sprawami właściwie powinny zajmować się sądy kościelne, ale w praktyce zajmowały się nimi sądy świeckie, głównie miejskie. To stało się powszechną praktyką po 1550 r.


1666 — banicja Niedzieliny


„(…) rzec możemy, iż choćby mocą Boską szatani nie byli hamowani, przy odprawowaniu sprawiedliwości nad czarami, wszakże przecie częstokroć ratunek i pomoc swoją dobrowolnie od czarownic odwracają albo że się boją ich nawrócenia, albo że pragną i przyspieszają ich potępienie”

„Młot na czarownice. Postępek zwierzchowny o czarach…”, 1487


Uznana za wiedźmę i skazana na spalenie na stosie Katarzyna Niedzielina została wyprowadzona ze swojego więzienia z „Wesołki” w Bramie Krakowskiej, inaczej nazywanej Sławkowską. Nadszedł dzień, kiedy przerażający wyrok na rzekomej służebnicy Szarleja miał zostać wykonany. Postanowiono, że nastąpi to przy stawie, w którym Niedzielina została poddana próbie wody. Strażnicy chwycili ją mocno pod ramiona. Kobieta, która spędziła w więziennym lochu kilkanaście dni, wyglądała już bardzo źle. Podarta suknia zasłaniała tylko część zmaltretowanego ciała. Dłonie były owinięte jakimiś szmatami. Prawdopodobnie w ten sposób starano się ukryć ślady po zastosowanych torturach. Na sukni, jak i na ciele, widać było plamy zaschniętej krwi. Zmierzwione, posklejane włosy wyglądały okropnie. Cała twarz była opuchnięta, mocno posiniaczona i miała ciemny, szary, chory kolor. Katarzyna słaniała się na nogach, a światło słoneczne sprawiało jej wyraźny ból. W pobliżu wieży stała grupa mieszkańców Bytomia, która miała zamiar wziąć udział w smutnym pochodzie Niedzieliny w stronę śmierci.

— Wiedźma! Kurwa! Wiedźma! Kurwa! — wyrywało się z ludzkich gardeł podczas pochodu w stronę stawu. Gdyby nie pomoc strażników, kobieta bez wątpienia przewróciłaby się na drodze, a potem zostałaby zlinczowana. Ci jednak nie pozwolili jej upaść. Do stawu Klukowiec, w pobliże młyna, dotarli dość szybko. Podobnie, jak w trakcie próby wody, nad stawem oczekiwała spora grupa możnych, w tym burmistrz, pleban i przedstawiciel hrabiego. Różnica polegała na tym, że obok stawu ustawiono drewniany stos, przygotowany na przyjęcie skazanej. Obok stał kat. Wokół stawu zebrało się sporo bytomskich mieszczan, którzy przyszli prosto tutaj, aby zająć lepsze miejsca do obserwowania przerażającej sceny jaka wkrótce miała nastąpić. Tylko strażnicy poczuli, jak silny dreszcz strachu wstrząsnął ciałem Katarzyny, gdy swoimi zmęczonymi oczami dojrzała przygotowany stos. Była przecież niewinna, a miała odejść z tego świata z piętnem wiedźmy, które przylgnie do niej na wieki. Siedząc w więziennej celi pogodziła się ze swoim losem i spodziewała się takiego końca. Bała się jednak o swoją rodzinę i dzieci. Co z nimi będzie? Jak będą traktowane jako dzieci rzekomej wiedźmy? Czy one też nie spłoną na stosie? Tysiące pytań, na które nikt nie potrafił teraz odpowiedzieć. Głośne obelgi nie ustawały. Ludziom bardzo łatwo przychodziło wykrzyczeć swoją nienawiść wobec niesłusznie skazanej kobiety. Nie zdawali sobie sprawy z tego, co jest prawdą. Gdy doszli nad staw, pleban Kossubius podniósł wysoko rękę. Tym gestem wszystkich uciszył.

— Słuchajcie! — krzyknął — Nadszedł dzień wykonania wyroku śmierci na tej oto kobiecie, uznanej za wiedźmę, poddanej próbie wody, Katarzynie Niedzielinie!

Odpowiedziała mu cisza.

— Wyrokiem sądu miejskiego została skazana na spalenie na stosie! — mówił dalej.

— O tak! Spalić kurwę. To wiedźma. Spalić ją! — wyrwało się z dziesiątek gardeł. Pleban ponownie podniósł rękę do góry i poczekał, aż gwar głosów umilknie.

— Posłuchajcie przedstawiciela hrabiego Gabriela — krzyknął i wskazał ręką na wysokiego, szczupłego, dobrze ubranego mężczyznę, który stał obok plebana. Ten rozwinął rulon dokumentu, który trzymał w ręku i zaczął głośno czytać:

— W imieniu pana ziemi bytomskiej hrabiego Gabriela Henckel von Donnersmarck ogłaszam: Wyrok na Katarzynie zostaje decyzją mojego pana zmieniony ze spalenia na stosie na „wyświęcenie”.

Wszyscy wokół umilkli. Tylko na chwilę.

— Jak to? Spalić kurwę! Dlaczego? O co chodzi? — spontaniczne pytania i wrzaski zaczęły przeplatać się ze sobą. Pleban po raz trzeci uciszył wszystkich gestem uniesionej wysoko ręki.

— Hrabia postanowił, że trzy kobiety wskazane przez Niedzielinę, jako jej współpracowniczki zostaną uwolnione z więzienia i uniewinnione, gdyż nie znaleziono w nich żadnej winy! Owe trzy niewiasty to Jaculia Czypionkowa z Rozbarku, Jadwiga Wikłukowa i Dorota Rumanka!

Tym razem żaden krzyk nie zakłócił jego słów.

— Decyzją hrabiego majątek wygnanej Niedzieliny przechodzi na własność miasta i pozostaje do dyspozycji burmistrza! Hrabia pragnie wyjaśnić, że darowanie życia Niedzielinie i zmiana jej wyroku na banicję to wyraz dobrotliwości pana hrabiego, jak również miłosierdzia, jakie hrabia stara się okazywać swoim poddanym! Dnia 25 kwietnia Roku Pańskiego 1666! — dokończył głośno wysoki mężczyzna i ponownie zwinął dokument w rulon. Cofnął się o krok do tyłu na znak zakończenia swojego wystąpienia.

— Słyszeliście słowa naszego dobrotliwego hrabiego! Niech Bóg go błogosławi! — krzyknął pleban — Posłuchajcie! Tu, na tym wozie — powiedział wskazując ręką — znajdują się miotły. Kto chce, niech weźmie taką do ręki. Wiecie, po co…

Ludzie doskonale wiedzieli, że ceremonia „wyświęcenia”, czyli wygnanie kobiety uznanej za wiedźmę na wieczną banicję, zazwyczaj odbywało się przy użyciu mioteł. W 1614 r. oskarżoną o cudzołóstwo kobietę wypędzono z miasta w ten sam sposób. Długo o tym mówiono i opowiadano. Kilkadziesiąt osób szybkim krokiem ruszyło w stronę wozu i uzbrajało się w to z pozoru niewinne narzędzie. Strażnicy poprowadzili Katarzynę w stronę polnej ścieżki, która prowadziła w kierunku północnym. Poczekali, aż ludzie ustawili się po obu stronach. Wielu z nich ściskało mocno w rękach miotły. W pewnym momencie strażnicy przestali podtrzymywać ramiona kobiety, co oznaczało, że może ruszyć w stronę swojego przeznaczenia. Niedzielina, ciężko stąpając, ruszyła ścieżką. Od razu posypały się razy i wyzwiska. Krzyczano, obrzucano kobietę obelgami, bito miotłami, pluto jej w twarz i szarpano za ubranie. Katarzyna starała się z dumą wszystko wytrzymać. Muszę to przeżyć — myślała — Muszę… dla swoich dzieci. Boże, dopomóż… W pewnym momencie, mocno popchnięta przez stojącą przy ścieżce młodą kobietę, upadła. Miała ogromny problem, by ponownie stanąć na nogi. Wrogość tłumu narastała. Ludzie zaczęli ją kopać. Strażnicy bezskutecznie starali się odsunąć rozwścieczony tłum. Nagle silna męska dłoń wyszarpnęła ją z tego kotła, w którym mogła stracić życie. Mężczyzna postawił ją na nogi. Nie ważyła wiele. Nie było to takie trudne. Gdy już stała, ten sam mężczyzna wcisnął jej do ręki gruby kij, który doskonale nadawał się jako oparcie jej udręczonego ciała. Niedzielina spojrzała na mężczyznę. Dobrze znała jego twarz. To był burmistrz Kacper Gutmann. Mężczyzna spojrzał na nią.

— Przepraszam… Tak mi przykro… — powiedział. Wokół nich tłum wrzeszczał przesączony nienawiścią.

Katarzyna spojrzała mu prosto w oczy.

— Znasz prawdę… Wiesz… Nie przepraszaj, to nic nie da. Nie wyczyścisz tym własnego sumienia. Jesteś jednym z winnych. Pamiętaj, zapłacicie za to wszyscy. Wszyscy! Obiecuję! — mówiła cicho, ale pomimo tego burmistrz doskonale ją rozumiał. Opuścił wzrok i pozwolił jej odejść.


Wygnana na wieczną banicję Katarzyna Niedzielina, niesłusznie uznana za wiedźmę mieszkanka Rozbarku, straciwszy swoje dobre imię, rodzinę i majątek, zmaltretowana ruszyła ścieżką ku swojemu przeznaczeniu. Po chwili ludzie, znudzeni obrażaniem jej i opluwaniem, zawrócili w stronę miasta. Przez jakąś chwilę towarzyszyła jej jeszcze grupa bytomskich dzieci, które z wrzaskiem usiłowały naśladować zachowanie dorosłych. Odpędzała je swoim kijem, ale niewiele to dawało. Po chwili dzieciom też się znudziło. Została sama. Ruszyła w stronę osady Szarlej. Szła powoli ścieżką zastanawiając się, co ma zrobić. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Jeszcze dzisiaj rano była pewna, że zostanie spalona na stosie. Banicja… Co teraz? Gdzie się udać? Jak przeżyć? W jaki sposób nabrać sił?

Idąc z trudem, zatopiona we własnych myślach, nagle zauważyła, że na środku ścieżki, dość blisko niej, stoi mężczyzna. Niedzielina przestraszona stanęła. Nie wiedziała, czego ten człowiek chce. Przez chwilę wpadło jej do głowy, że to może być podstęp. Ogłoszono jej banicję, a tak naprawdę ma zginąć. Mężczyzna ma ją zabić. Dziwne było to, że ten stał nieruchomo, z rękoma zwisającymi wzdłuż ciała. Nie widziała jego twarzy.

— Czego chcesz? — powiedziała cicho — Chcesz mnie upokorzyć? Skrzywdzić? Zabić?

Mężczyzna nie odpowiedział. Nie poruszył się.

— Proszę, pozwól mi odejść — szeptała.

Mężczyzna wolno podniósł głowę. Katarzyna od razu zwróciła uwagę na jego niesamowicie błękitne oczy. Nie mogła oderwać od nich wzroku. Niebieskooki wędrowiec uśmiechnął się do niej. Już się go nie bała.

— Chcesz się zemścić? — usłyszała w swojej głowie jego głos, choć on nawet nie poruszył ustami.

— Zemścić? — odparła zdziwiona — Jak?

— Chcesz?

Niedzielina nie odzywała się. Wietrzyła w tym jakiś podstęp. Powie, że chce zemsty i znowu zostanie aresztowana. Jednakże ten mężczyzna był inny. Trudno…

— Chcę… — powiedziała cicho.

Mężczyzna stał wyprostowany. Nagle odwrócił się i ruszył przodem, rzucając tylko przez ramię:

— Chodź za mną!

Dla Niedzieliny zabrzmiało to jak rozkaz. Posłusznie ruszyła za swoim nowym znajomym.


Hrabia Gabriel Henckel von Donnersmarck zmarł w dniu 14 października 1666 r., czyli w kilka miesięcy po wygnaniu Niedzieliny. Został pochowany w krypcie kaplicy zamkowej św. Michała Archanioła na Zamku Orawskim. Jego śmierć można było postrzegać jako karę za krzywdę wyrządzoną Niedzielinie. Pełnoprawnym panem Bytomia został dopiero w 1665 r., więc rządził miastem tylko przez rok. Kara dotknęła również bytomskiego burmistrza. W bytomskim kościele parafii WNMP na Rynku znajduje się zniszczona upływem czasu tablica epitafijna, będąca śladem dokonanego tam pochówku. Ze słów, które udało się odczytać z tablicy wynika, że jest ona poświęcona pamięci Marianny, córki burmistrza Kacpra Gutmanna. Jej mężem, a jednocześnie fundatorem tej tablicy był Adam Hauck. Córka burmistrza odeszła z tego świata mając zaledwie 18 lat. Jej śmierć w tak młodym wieku musiała być osobistą tragedią dla ojca. Na tablicy epitafijnej widać jej postać klęczącą przed krzyżem. Obydwie osoby odpowiedzialne za krzywdę Niedzieliny poniosły karę. Być może był to jedynie zbieg okoliczności…

Hrabia Gabriel miał interes w skazaniu kobiety z Rozbarku, jaką była Niedzielina. Otóż w tym samym czasie toczył się spór pomiędzy władzami Bytomia, a starszymi z Rozbarku, którzy nie chcieli podporządkować się rozkazom bytomskiego ratusza. W porozumieniu z burmistrzem hrabia kazał uwięzić starszych, co stało się w dniu 15 marca 1666 r. Gdy wybuchła sprawa Niedzieliny, postawiło to starszych z Rozbarku w jeszcze gorszym świetle. Mówiono, że na swoim terenie nie panują nad sytuacją. Dlatego, gdy Niedzielina została wygnana, rozbarscy starsi zostali zwolnieni z więzienia, ale musieli się upokorzyć i przysiąc już zawsze słuchać rozkazów bytomskiego ratusza. Hrabia Gabriel wcale nie popierał bytomskiego burmistrza. Bardziej na rękę było mu to, że jego poddani byli skłóceni, a on mógł na tej sytuacji skorzystać.

W czasie, gdy miała miejsce sprawa Niedzieliny, na Rozbarku urodził się chłopczyk. Był synem właścicieli rozbarskiego folwarku. Gdy dorósł, najpierw uczył się w rozbarskiej szkole parafialnej, a później wyjechał na studia do Pragi. W dniu 23 grudnia 1690 r. przyjął cztery niższe święcenia kapłańskie, a w 1692 r. pełne święcenia. W dniu 10 stycznia 1698 r. otrzymał stanowisko kapelmistrza Katedry Wawelskiej (łac. Magister capellae musices Ecclesiae Cathedralis Cracoviensis). Jeszcze przed powołaniem na kapelmistrza katedralnego został opiekunem więźniów osadzonych w basztach zamku na Wawelu. Zajmował się również nawracaniem Żydów i innowierców. Jego największym hobby było jednak komponowanie muzyki religijnej. Gdy urodził się na Rozbarku, nosił nazwisko Gorczyca. Później zmienił je na Gorczycki. Grzegorz Gerwazy Gorczycki zmarł w dniu 30 kwietnia 1734 r. w Krakowie. Został pochowany w kościele w Smoleńsku, gdzie przez jakiś czas był proboszczem. Wszystkie swoje dzieła podpisywał trzema literami: G.G.G. Jako dziecko był świadkiem bytomskich procesów czarownic…


1666 — majowy targ


„Czarownice powinno się zabijać, ponieważ kradną, rozbijają małżeństwa, porywają i mordują. Niektóre z nich z pogarda twierdzą, że nie mogły uczynić czegoś takiego. Jednak — na pewno mogły. Z diabelską pomocą wyrządzają ogromne szkody”

Marcin Luter


Czwartek. Tradycyjny w Bytomiu dzień targowy. Na niezbyt obszernym rynku, od niedawna wybrukowanym łamanym kamieniem wapiennym, zebrało się mnóstwo ludzi. Pojawili się bytomscy rzemieślnicy i handlarze, przybyło też wielu rolników z podbytomskich wsi. Niektórzy kupcy i handlarze przybyli z bardzo daleka. Część z nich mówiła w obcych językach. Mieszkańcy miasta pojawili się tłumnie. Rynek nie mógł pomieścić wszystkich, więc część kramów stała ustawiona w bocznych uliczkach. Pogoda tego dnia dopisała. Słońce pyszniło się na niebie całym swoim blaskiem. Drewniane domy na rynku były kryte gontem, w odróżnieniu od tych z przedmieść, krytych strzechą. Na rynku kupowano, sprzedawano, targowano się o cenę, a wszystko odbywało się bardzo głośno. Gwar ludzkich głosów, przez który przebijały się odgłosy wydawane przez zwierzęta, był niesamowity. Czwartkowa bytomska codzienność. Kolorowa i krzykliwa. Od czasu do czasu w różnych miejscach targowiska wybuchały sprzeczki — z bardzo różnych powodów. Ludzie byli podnieceni i podenerwowani. To dało się od razu zauważyć.

— Witaj, Józefie — powiedział Andrzej zbliżając się do swojego brata, który stał w pobliżu ratusza. Po drewnianym budynku, który kiedyś jako swoją podręczną kuchnię nakazał na swój koszt wznieść kardynał Hipolit Aldobrandini, już od dawna nie było śladu.

— Witaj, bracie — odpowiedział Józef obejmując i przytulając go do siebie.

— Dlaczego spotykamy się tutaj? Przecież wiesz, że w moim domu jesteś zawsze bardzo mile widziany — powiedział nieco zdziwiony niecodzienną sytuacją Andrzej.

Józef spokojnie rozejrzał się dookoła.

— Nie chcę, aby o tym słyszały nasze żony, czy dzieci — powiedział — Dla naszego i ich bezpieczeństwa.

Andrzej spojrzał na niego ze zdziwieniem. Doskonale znał swojego rodzonego brata. Wiedział, że Józef nie żartuje.

— O co chodzi? — spytał. Gwar ludzkich głosów pozwalała na anonimowość ich rozmowy.

Józef spojrzał na niego.

— Pytałeś mnie ostatnio, gdy wracaliśmy z próby wody, co się dzieje — powiedział.

— No tak. Zasmuciłeś mnie wtedy swoimi słowami, bracie — odparł z wyraźnym wyrzutem Andrzej.

— Wiem i proszę cię o przebaczenie. Nie chciałem cię urazić. Ja się po prostu boję… O ciebie, o siebie, o swoją rodzinę…

Andrzej spoglądał na niego w milczeniu. Józef wyglądał na mocno zdenerwowanego.

— Dlaczego? — spytał.

— Bracie, ja długo myślałem nad tym wszystkim — odparł Józef — Uwierz mi, bardzo długo. Pokojarzyłem wiele faktów… To, co ci powiem, mogłoby nam przysporzyć problemów. Stąd takie spotkanie…

Andrzej przysunął się bliżej swojego brata.

— Mów — powiedział krótko.

Józef w milczeniu uważnie rozejrzał się wokół. Upewnił się, że nikt ich nie podsłuchuje. Nikt nie będzie świadkiem jego słów.

— Pamiętasz, jak nasz dziadek opowiadał nam o wizycie w Bytomiu tego kardynała, który został później papieżem? — spytał Józef.

— Oczywiście, że pamiętam. Nasz dziad pięknie to opowiadał.

— Pamiętasz też, jak opowiadał o tej dawnej klątwie?

— Tak. Za zamordowanie księży. Zawsze podkreślał, że miasto wtedy strasznie podupadło.

— Moim zdaniem wtedy się zaczęło — powiedział krótko Józef.

Andrzej spojrzał na niego ze zdziwieniem.

— Co się zaczęło?

— Dobro przegrało walkę ze złem — odparł krótko Józef.

Andrzej musiał przetrawić jego słowa.

— Możesz mówić jaśniej? Bo nie rozumiem — powiedział.

— Bracie, od momentu tej klątwy w naszym mieście zaczęło się panoszyć zło.

— Józef, przecież nasz dziad opowiadał nam to jak bajkę, przekazywaną z pokolenia na pokolenie.

— Wtedy też tak na to patrzyłem. Bajdurzenie starego człowieka. Teraz rozumiem, że miał rację.

Andrzej podejrzliwie spojrzał na brata. W jego wzroku widać było troskę o zdrowie Józefa.

— Nie patrz tak na mnie. Nie zwariowałem — powiedział Józef rozglądając się dookoła — Ten kardynał, którego nasz dziadek pamiętał, próbował z tym walczyć. Nie wiem dokładnie jak, ale podobno tak było. Rozmawiałem o tym z wieloma ludźmi. Chyba coś mu się udało, bo zło nagle przycichło, choć wokół działo się źle. W całej Europie działo się źle….

Andrzej milczał. Wpatrywał się w swojego brata.

— Przycichło, ale tylko na moment — mówił dalej Józef — Dopóki nie pojawili się nowi panowie.

— O kim myślisz?

Józef ponownie uważnie rozejrzał się dookoła.

— O Hohenzollernach — powiedział cicho.

— Bracie, skąd możesz wiedzieć? Przecież nie było nas wtedy na świecie — powiedział Andrzej.

— Mam znajomego zakonnika w klasztorze minorytów, który studiuje dawne kroniki. Szuka śladów dawnego mnicha Aleksego. Pamiętasz, dziadek też nam o nim opowiadał.

— Tak, pamiętam. Kolejna bajka.

— Żadna bajka, bracie. To prawda. On naprawdę istniał. Zakonnik jest tego pewien.

Andrzej wierzył bratu. Wiedział, jak potrafi być dociekliwy.

— On spisuje również historię naszego miasta — mówił dalej Józef — Wiem od niego wiele rzeczy. Wiem, jak to się zaczęło. Dokładnie w 1603 r. ziemię bytomską przejął margrabia Joachim Fryderyk Hohenzollern. Dostał ją od cesarza w zastaw za udzieloną pożyczkę.

— Tak, pamiętam — odparł Andrzej — Nasz dziadek o nim wspominał. Podobno nigdy się tutaj nie pojawił.

— Zakonnik też tak twierdzi — odparł Józef — Pomimo tego margrabia rozpoczął starania o dziedziczne przekazanie mu tych ziem.

— Udało mu się?

— Nie — odparł krótko Józef i przerwał, bo w ich pobliżu zatrzymała się grupka osób, które prowadziły ze sobą ożywioną dyskusję. Naradzali się nad kupnem dużej ilości sukna. Andrzej rozpoznał dwóch z nich. To byli bytomscy rzemieślnicy. Po krótkiej naradzie ruszyli w kierunku środka rynku.

— Jemu się nie udało — mówił dalej Józef — Pięć lat później zmarł. Zdążył jednak przekazać swój majątek młodszemu synowi margrabiemu Janowi Jerzemu.

— Kiedy to było?

— W 1606 r. Tak twierdzi zakonnik. Przekazał majątek synowi jeszcze za swojego życia.

— Dlaczego?

— Tego nie wiem — odparł Józef — Myślę jednak, że czegoś się obawiał.

— Czego, bracie?

— Miał już swoje lata. Być może słyszał o Bytomiu, że w mieście panoszy się zło. Sam tu nie bywał, więc obciążył tym syna. Nie chciał rezygnować z tych ziem.

— To brzmi słusznie — powiedział Andrzej — Jak poradził sobie syn?

— Zaczął dobrze. Próbował podnieść rangę podupadłego miasta. W 1609 r. potwierdził statut bytomskiego cechu rzeźników, w 1611 r. przywileje dla szewców, a w 1617 r. dla krawców. Zadbał o bytomskie rzemiosło. To zaczęło przynosić efekty. W dniu 3 stycznia 1613 r. potwierdził dawne przywileje miasta. Dodatkowo przyznał radzie prawo patronatu nad kościołem parafialnym i zmienił terminy ustanowionych w 1561 r. jarmarków.

— Dziadek opowiadał, że oni byli protestantami — powiedział Andrzej.

— Tak, miał rację. Jan Jerzy dobrze znał się z samym Lutrem. Pisywali do siebie listy — odparł Józef.

— Oooo, nie wiedziałem — Andrzej był zaskoczony.

— Bytomski kościół parafialny też był wtedy w rękach protestantów — mówił Józef — Jednak w 1611 r. margrabia zmienił wyznanie. Z Lutra stał się Kalwinem.

— Dlaczego?

— Mogę tylko podejrzewać — powiedział Józef — Polityka. Religia Kalwina dawała mu szersze pole działania. Szczególnie wśród szlachty i chłopów. Dbał o wydobycie rud i srebra. Ludzie się bogacili, choć musieli na to ciężko zapracować. Poza tym, w 1609 r. cesarz Rudolf II Habsburg wydał „List majestatyczny” przyznający pełną wolność religijną i prawo do budowy własnych kościołów i szkół.

— Nie poznaję cię, bracie — powiedział nagle Andrzej — Mówisz jak uczony.

— Wiele czasu na to poświęciłem, mówiłem ci. Słuchaj dalej. Miasto zaczęło się podnosić. Margrabia stawał się coraz bardziej religijną osobą. W 1616 r. został wielkim mistrzem Baliwatu Brandenburskiego.

— Boże, co to jest? — powiedział szczerze zdziwiony Andrzej — Nie nadążam za tobą. Chyba za głupi na to jestem.

— Nie jesteś głupi, tylko nigdy o tym nie słyszałeś. Ja też. Zakonnik mi wytłumaczył. Baliwat Brandenburski to odłam zakonu joannitów, który przeszedł na protestantyzm.

Andrzej w milczeniu skinął głową na znak, że zrozumiał słowa brata.

— Pomimo tego, że margrabia był protestantem, nie prześladował katolików. Nawet im pomagał. Bytomskim starostą ziemskim był wtedy Bernard Lichnowski, protestant niechętny katolikom. Margrabia często się z nim spierał.

— Jak pomagał?

— To zakonnik akurat wie doskonale. W tym czasie bytomscy minoryci powrócili do swojego klasztoru. Kościół i klasztor były całkowicie zniszczone. Podobno w ich odzyskaniu pomógł papież Klemens VIII. To ten kardynał, który został papieżem, o którym mówił nasz dziadek. Jedyne, co ocalało, to dwa kościelne dzwony i dwie armaty w kaplicy św. Anny. Po grobie Aleksego nie było już śladu.

— Aż trudno uwierzyć…

— Tak było, bracie. W 1608 r. miasto zwróciło klasztorowi skradzione sprzęty i kosztowności. Zakonnik twierdzi, że była to srebrna monstrancja, trzy pozłacane kielichy, srebrne ampułki oraz czternaście ornatów. Nie doszłoby do tego, gdyby margrabia był temu przeciwny.

— Masz rację…

— To nie wszystko. W klasztornym kościele zamontowano nowe organy i wiszące chorągwie. Odnowiono klasztor, gdzie zakonnicy uruchomili własną piekarnię i browar. W obejściu znajdowała się stajnia i sad owocowy. Bytomski konwent minorytów odżył.

— Za zgodą margrabiego… — dodał Andrzej.

— Tak.

— Dziwne. W końcu był Lutrem.

— Tak. Myślę, że walcząc ze złem robił wszystko, co możliwe. Bez względu na wyznanie. Bronił ludzi. Pamiętasz, jak dziadek opowiadał o Kozakach?

— O tak… — odpowiedział Andrzej — Nie da się tego zapomnieć…

— A jak wspominał kobietę? Jak jej tam było… von Bucherwitz… — mówił Józef — Pamiętasz?

— Tak, tak — uśmiechnął się Andrzej — To dopiero była historyjka…

— W 1617 r. bytomscy minoryci podjęli wielką akcję na rzecz katolicyzmu. W naszym kościele farnym odbyła się publiczna dysputa z katolikami. Wszystko za zgodą margrabiego. Minoryci zaczęli tworzyć swoją bibliotekę klasztorną, z której teraz korzysta mój znajomy zakonnik. Wszystko szło w dobrym kierunku. Praca zakonników i braci zaczęła owocować licznymi powołaniami z całej okolicy. Zakonnik wspominał nawet o jednym z bytomskich minorytów, który w tym czasie był szczególnie aktywny. To był ojciec Gundisław Brześciański.

— Słyszałem o nim, bracie. Ludzie go zapamiętali — odparł Andrzej.

— Tak, ja też słyszałem. Zło znowu się cofnęło, bo w mieście działo się coraz lepiej — mówił Józef. Nagle podskoczył, bo w jego nogi uderzył sporych rozmiarów pies uciekający z podwiniętym pod siebie ogonem. Za moment pojawiła się grupa małych dzieci, która z wrzaskiem ścigała uciekającego zwierzaka.

— No i co dalej? — spytał Andrzej.

— Wybuchła wojna, bracie. Pomiędzy katolikami i protestantami, którą dobrze pamiętamy — odparł Józef.

— Aż za dobrze… — wymamrotał Andrzej — Pamiętasz, zaczęło się od komety…

— Tak. Nasze dzieciństwo, a jakby to było wczoraj…

Obydwaj na chwilę zamilkli. Wspomnienia były zbyt bolesne. Głód, strach, zaraza i śmierć.

— Margrabia Jerzy ruszył na wojnę — snuł swoją opowieść Józef — Został wybrany dowódcą wojsk protestantów śląskich, walczących z katolickim cesarzem Ferdynandem II Habsburgiem. Stany śląskie wystawiły armię licząca cztery tysiące piechoty i dwa tysiące jazdy. Podzielono ją na dwie części. Jedna została na Śląsku, by go bronić przed ewentualnym uderzeniem od strony Polski, a druga część ruszyła pod Kłodzko.

— Tak, to nasze dziecinne lata.

— W 1620 r. Czesi przegrali bitwę pod Białą Górą. Wojska margrabiego poniosły klęskę.

— To pamiętam. Wszyscy wtedy o tym mówili — powiedział Andrzej.

— Stracił wszystko. Skonfiskowano mu majątek, w tym ziemię bytomską. On sam został skazany na banicję. Skończył się dobry okres dla miasta. Margrabiowie odeszli. No i wtedy pojawili się nasi obecni panowie…

— Hencklowie… — dodał Andrzej.

— Tak. Ja myślę, bracie, że wraz z ich pojawieniem zło odżyło.

— Bluźnisz! — krzyknął Andrzej i od razu zamilkł. Jakiś mężczyzna spojrzał w ich kierunku. Józef spokojnie odczekał krótką chwilę, dopóki obserwator nie stracił zainteresowania.

— Uspokój się — powiedział.

— Bracie, przecież za takie słowa można zawisnąć — odparł cicho Andrzej — Gdyby ktoś to usłyszał…

— Słuchaj, komu mam to powiedzieć? Siedzi to we mnie jak cierń. Myślę o tym codziennie. Codziennie. Tylko tobie mogę to wyznać. Nikomu więcej.

— Ja nie chcę tego słyszeć, bracie. Nie chcę wiedzieć…

— Sam mnie pytałeś — odparł spokojnie Józef — Przecież chciałeś wiedzieć…

Andrzej spojrzał na niego z zakłopotaniem. Widać było, że miał ochotę odwrócić się na pięcie i odejść. Pewnie by tak zrobił, gdyby rozmówcą był ktoś inny, a nie jego brat. Toczył walkę sam ze sobą. W końcu przysunął się bliżej Józefa.

— Mów — powiedział cicho rozglądając się dookoła.

— Jesteś pewien?

— Mów, do cholery.

— Chodź za mną — powiedział Józef — Musimy zmienić miejsce, aby nie rzucać się w oczy. Za długo tu stoimy.

Bracia ruszyli w stronę środka placu. Przeciskali się pomiędzy osobami, które w swoim zakupowym szaleństwie nie zwracały na nic uwagi. Minęli znudzonego strażnika, który oparty o halabardę pilnował porządku. Nawet na nich nie spojrzał. W końcu doszli do przeciwległego krańca rynku, do miejsca, gdzie od czasów średniowiecza znajdowała się waga miejska. Stanęli u wylotu jednej z uliczek. Upewnili się, że miejsce jest bezpieczne. To wymagało spokojnej obserwacji otoczenia. Stali bardzo blisko siebie, by nie mówić za głośno.

— Mów — powiedział Andrzej. Józef wziął głęboki oddech.

— W 1623 r., już podczas wojny, ziemia bytomska przeszła w ręce Donnersmarcków — powiedział — Pierwszym z nich był hrabia Łazarz. Jego pojawienie nie spotkało się z zadowoleniem mieszkańców miasta.

— Pamiętam, dziadek o tym mówił — odparł Andrzej — Ale dlaczego?

— Nie był człowiekiem stąd. Był bogatym kupcem i bankierem wywodzącym się ze Spisza. Właściwie z Węgier. Posiadał tylko węgierskie szlachectwo. Nigdy nie miał ze Śląskiem nic wspólnego.

— To jeszcze nic nie znaczy…

— Masz rację — powiedział spokojnie Józef — Nic więcej bym na ten temat nie wiedział, gdyby nie zakonnik. Wiesz kto nadał tytuł szlachecki przodkom Hencklów?

— Skąd mam wiedzieć, bracie?

— Król czeski, węgierski i niemiecki Zygmunt Luksemburski, który pod koniec życia został cesarzem rzymskim. Zakonnik długo szukał tego w dokumentach. Otrzymali od niego węgierski tytuł szlachecki w 1417 r.

— Dlaczego tylko węgierski, skoro był cesarzem? — spytał Andrzej.

— Bo w momencie, kiedy to zrobił, był tylko królem węgierskim — spokojnie wyjaśnił Józef — Nic więcej nie mógł dla nich zrobić. Byli mu jednak potrzebni…

— Do czego? Nadal nie rozumiem, jakie to ma znaczenie — powiedział Andrzej.

— Ten sam Zygmunt Luksemburski był zaciekłym obrońcą chrześcijaństwa. Szczególnie wobec inwazji Turków. Był fanatykiem. Miał swój udział w schwytaniu uznanego za heretyka Jana Husa, który został osądzony i spalony na stosie.

— Chodzi o tego Czecha?

— Tak, bracie.

— Kiedyś słyszałem o nim straszne opowieści… — szepnął Andrzej.

— Powiem ci jeszcze coś — kontynuował Józef — Żoną Zygmunta Luksemburskiego była Maria Andegaweńska, wnuczka króla Węgier Karola Roberta Andegaweńskiego.

— Bracie, ja się już gubię…

— Król Karol Robert był w Bytomiu… — wtrącił nagle Józef.

— Ooooo…. Po co?

— Przyjechał po żonę. Pierwszą, bo miał ich aż trzy. Została nią księżniczka Maria, córka bytomskiego księcia. Gdy wyszła za Karola Roberta miała 12 lat. Zmarła bardzo młodo.

Andrzej głęboko westchnął. Widać było, że zrozumienie słów brata kosztuje go wiele wysiłku.

— Co ona ma z tym wspólnego? — spytał.

— Właściwie nic — odparł Józef — Będę mówił dalej o Zygmuncie Luksemburskim, któremu Hencklowie tak wiele zawdzięczają.

— Dobrze…

— Panicze, kupcie ser! — wrzasnęła kobieta, która przy nich stanęła — Dobry, kozi, świeży! — mówiąc to przełamała serowy walec na pół, by pokazać im środek swojego koziego skarbu. Józef szybko sięgnął do niewielkiej sakwy, którą miał przywiązana do skórzanego pasa. Wyciągnął monetę i podał ją kobiecie.

— Daj nam dwa — powiedział.

Kobieta schowała monetę, najpierw dokładnie się jej przypatrując. Z wiklinowego koszyka wyciągnęła dwa sery, które podała Józefowi. Ten podał jeden bratu. Kobieta odwróciła się na pięcie i odeszła, głośno zachwalając innym swój produkt. Andrzej trzymając ser w dłoniach ugryzł kawałek.

— Nie wiem, czy on jest taki świeży… — powiedział mieląc ser w ustach — Ja jej dam! Gdzie ona?

— Daj jej spokój — odparł Józef nadgryzając swój ser — Nie jest taki zły… Jedz. Mniej będziemy się rzucać w oczy.

Ugryźli jeszcze po jednym kawałku i spożywali go w milczeniu, rozglądając się dookoła. Faktycznie, nie był taki zły.

— Zygmunt Luksemburski stworzył nowy zakon rycerski — powiedział po chwili Józef — Nazwał go Zakonem Smoka.

— Nigdy o nim nie słyszałem.

— Ja też. Mnich mi to wytłumaczył. To był zakon, w skład którego weszła szlachta i arystokracja. Mieli fanatycznie walczyć z innowiercami. Podobno istnieją do dzisiaj.

— Hmmmm… nie słyszałem — odparł Andrzej.

— Jednym z członków tego zakonu został hospodar wołoski Vlad II nazywany Diabłem. Bardzo ciekawa postać. Jego syna nazywano Vladem Palownikiem.

— Boże, skąd te przydomki?

— Bo robili straszne rzeczy, bracie. Przerażające. Vlad Palownik podobno zabił 50 tysięcy ludzi…

— Hencklowie też byli członkami tego zakonu?

— Tego nie udało się zakonnikowi ustalić — powiedział Józef — Nie wiem. Nawet, jeśli nie byli, to żyli w kręgu tych wszystkich ludzi. Znali metody ich działania. Oni wszyscy zaczęli prowadzić dziwną walkę. Jakoby ze złem, w obronie katolickiej wiary, ale wroga zwalczali jeszcze większym złem. Hencklowie musieli to widzieć.

— Pewnie tak…

— Poza tym — mówił Józef — Żona Vlada Palownika Justyna Szilágyi de Horogszeg urodziła mu dwóch synów i jedną córkę. Nikt nie zna ich imion. Wiadomo jedynie, że byli katolikami…

— Bracie, ja… — mamrotał Andrzej patrząc na Józefa wzrokiem szukającym litości.

— Wiem, to mnóstwo informacji. Najważniejsze jest to, że Hencklowie zostali wyniesieni do godności w czasach Zakonu Smoka. Dwieście lat później pojawili się tutaj.

— Tak, to rozumiem — powiedział nieco uspokojony Andrzej.

— Ich przodkowie musieli się wynieść z Węgier i Spiszu, bo Turcy odnosili tam coraz większe sukcesy. Pomimo przenosin, Hencklowie rośli w siłę i zaszczyty.

— To trochę dziwne.. — skwitował Andrzej.

— Wiedzieli, jak to robić. Służyli wielu władcom. Byli wierni i lojalni. Za to ich nagradzano. Przyszedł czas, że powrócili na Węgry i pomnażali tam swoje bogactwo. Ich ród tak się rozrósł, że byli w wielu krajach Europy. Budowali własne zamki…

— Jak królowie… — dodał Andrzej.

— Tak, bracie. Byli nawet bogatsi od niejednego władcy. Na krótko przed przybyciem do Bytomia zmienili wiarę. Stali się Lutrami.

— Dlaczego?

— Widać to pasowało do ich dalszych planów. Tu nie chodzi o wiarę, Józef. To była po prostu polityka.

— Rozumiem — odparł Andrzej gryząc kolejny kawałek sera.

— Nasz pierwszy pan z Hencklów, Łazarz I, mieszkał w Wiedniu, ale nadal robił interesy na terenie Węgier i Siedmiogrodu. Duże interesy… Później zamieszkał w zamku w Świerklańcu. Od samego początku wojował z mieszkańcami Bytomia… Opierał się też akcji rekatolizacyjnej…

Andrzej w milczeniu mielił w ustach kawałek sera.

— Zaraz po objęciu przez niego władzy nad Bytomiem w 1624 r. w Gliwicach odbył się proces czterech czarownic. Wszystkie zostały spalone na stosie. Podobno sam hrabia maczał w tym palce. W tym samym czasie w Nysie odbywały się kolejne procesy posądzenia o magię. To tak, jakby Łazarz I przywlókł to ze sobą.

— Co? — spytał Andrzej z ustami wypełnionymi kozim serem.

— Zwalczanie rzekomego zła złem, bracie. Dokładnie to samo, co robił Zakon Smoka.

Andrzej nie odpowiedział.

— Ludzie go nie lubili — kontynuował Józef — Szczególnie tutaj. Bali się go. On sam pojechał do Wiednia i tam zmarł w dniu 13 lipca 1624 r. Został pochowany na wiedeńskim cmentarzu Przed Bramą Szkocką. Mówiono o nim, że zasłużył się cesarzowi poprzez „zdobycie i dostarczenie wielu milionów w złocie”. Niektórzy mówili, że jego śmierć to klątwa rzucona przez niesłusznie osądzone kobiety. Bo hrabia miał też swoją mroczną stronę.

— Jaką?

— Jako niezwykle gorliwy protestant, w niektórych miejscach, zaczął zwalczać katolików. W pewnej miejscowości w 1609 r. kazał zakuć w łańcuchy wszystkich katolików, w tym także kobiety i dzieci i wszystkich wrzucił do lochów. Nie wiadomo, ilu z nich przeżyło…

— Boże… Co dalej?

— Ludzie nie chcieli już Hencklów, ale cesarz się uparł. Jeszcze w 1624 r. Ferdynand II kazał uznać mieszkańcom ziemi bytomskiej, jego syna Łazarza II, za swojego pana. Zrobiono to, ale z wielką niechęcią.

— Sam cesarz?

— Tak, bracie. Sam cesarz.

— No to mają wsparcie — powiedział Andrzej — Godne pozazdroszczenia.

— Tak. Dzięki swojej pozycji i pieniądzom. Nadal byli potrzebni cesarzom. Łazarza II znamy doskonale.

— O tak… — odparł Andrzej — Znamy…

— Zakonnik powiedział mi o nim jeszcze więcej. To właśnie on uzyskał od cesarza dziedziczne prawo do naszych ziem. Oczywiście za pieniądze. Wielkie pieniądze, bracie… W 1632 r. Łazarz II objął całkowitą władzę nad tymi ziemiami. Stał się prawdziwym władcą. Oczywiście przy poparciu cesarza…

— Ciągle potrzebni… — dodał Andrzej.

— Pamiętasz, jak dziadek mówił nam o wielkim gradzie? — spytał Józef.

— Tak — odpowiedział Andrzej — Myślałem, że to jego bajdurzenie…

— Nie, to prawda — Józef był pewny swoich słów — Powiedział mi to zakonnik. Dokładnie w dniu 24 maja 1626 r. spadł tak potężny grad, że ziemia została pokryta warstwą o grubości prawie jednego metra…

— O Boże… — szepnął Andrzej — W życiu czegoś takiego nie widziałem…

— I obyśmy więcej nie widzieli, bracie — przerwał mu Józef.

— Jak tam nowy hrabia? — spytał Andrzej zmieniając temat.

— Zaczął dobrze — odpowiedział mu Józef — Potwierdził wszystkie wcześniejsze przywileje i prawa swych poddanych.

— Pamiętam, że nikt go tu nie chciał.

— Tak, chociaż jego tu prawie nie było. Stale przebywał w Wiedniu. Dlatego bezpośredni zarząd nad ziemią bytomską oddał w ręce swojego syna Gabriela, naszego ukochanego hrabiego — powiedział z wyraźnym przekąsem Józef.

— Ciszej, bracie…. Błagam cię, ciszej… — szeptał Andrzej nerwowo rozglądając się dookoła.

— Wiem, nie bój się. Nikt nas nie podsłuchuje — uspokoił go Józef — Trwała wojna… Pamiętasz… Już w 1624 r. nasze miasto musiało zapłacić 200 talarów dla oddziałów polskich lisowczyków wspierających cesarza. Przebywali w okolicy Bytomia od 1623 r.

— Pamiętam. Wojna wybuchła dwa lata po „śmierci Trzęsinogi”. Właściciele gospód skarżyli się wtedy na ogromne straty za wypite piwo.

— Tak. Rok później do Bytomia wkroczyły wojska hrabiego Ernsta von Mansfelda, niemieckiego dowódcy wojskowego walczącego po stronie protestanckiej.

— Pamiętam doskonale. Złupili wtedy miasto i klasztor — potwierdził Andrzej — Panoszyli się na ulicach. Część miasta spalili…

— Słyszałeś o Schramku? — spytał Józef.

Andrzej zamyślił się na chwilę.

— Chyba nie… — powiedział.

— Błażej Schramek zabił swojego szwagra Kozickiego. Fakt, podobno zrobił to nieumyślnie. To stało się podczas bójki. Jego sprawę rozpatrywał bytomski sąd. Nie dopatrzył się dużej winy, więc nie ukarał Schramka na wysoką karę pieniężną. Wtedy odezwał się hrabia. Miał pretensje do rajców, że umniejszyli jego dochody, bo ewentualna kara miała być przeznaczona dla niego i na utrzymanie szpitala — mówił Józef.

— Nieważna wina, tylko pieniądze? — spytał Andrzej.

— Właśnie tak — odparł Józef — Bytomskim starostą ziemskim był wtedy Baltazar Ohm. Dwa lata później w Bytomiu znowu pojawiły się obce wojska — kontynuował Józef –Zakonnik pokazał mi pewien dokument. W lipcu 1627 r. na prośbę bytomskiego gwardiana minorytów sporządzono wykaz, w którym przedstawiono ogrom strat. Praktycznie całe wyposażenie bytomskiego klasztoru zostało zniszczone lub rozkradzione, a reszta zdewastowana. Nawet pochówków nie szczędzili. Sprofanowali je…

— To były straszne czasy — odparł Andrzej.

— Znamy je dobrze, bracie. Pamiętasz? Po odejściu wojsk protestanckich do Bytomia weszły cesarskie wojska katolickie dowodzone przez hrabiego Karola Hannibala von Dohna, który był cesarskim egzekutorem podatków.

— Pewnie. Wielu możnych z miasta rozliczano za współpracę z wojskami protestanckimi. Oooo… działo się wtedy w mieście.

— Szukali ludzi, bracie, którzy działali bez wiedzy hrabiego. Nic więcej — przerwał mu Józef — W 1629 r. hrabia Łazarz II otrzymał od cesarza nasze ziemie jako swoją dziedziczną własność.

— Bytom był wtedy totalnie zniszczony… — dodał Andrzej — Ludzie gadali, że zginął co trzeci mieszkaniec…

— To możliwe. Zakonnik wspominał, że gwardianem minorytów był wtedy o. Franciszek Marcinkowski, który szukał funduszy na odbudowę klasztoru — powiedział Józef — Miał szczęście, bo pewna wdowa przekazała na ten cel sporą sumkę. Dzięki niej się udało. Hrabiowie nie pomogli. Zakonnicy próbowali stanąć na nogi. W jednej z bytomskich kamienic prowadzili karczmę, gdzie sprzedawali importowane piwo, a w pobliżu klasztoru zezwalali na sprzedaż wina i szampana. Zaczęli na tym nieźle zarabiać.

— Józek, ja to wszystko doskonale pamiętam… — odparł Andrzej — Tylko co to ma wspólnego z hrabią?

— Jak to co? Psuli mu interes. Część bytomskich rajców napisała wtedy skargę na zakonników do Wrocławia, skąd przyszedł dekret zakazujący im handlu winem i piwem. Wątpię, czy napisali ją sami od siebie…

— No tak…

— W okolicy szalała zaraza. Ludzie umierali jak muchy… No i dochody hrabiego spadały…

Andrzej ze zrozumieniem, ale i zdziwieniem popatrzył na Józefa.

— Powiedz mi teraz, bracie — mówił Józef — jakim cudem protestancki hrabia w czasach wojny cieszył się tak dużym poparciem katolickiego cesarza? Mnich mi mówił, że cesarz Ferdynand II Habsburg nadał im w dniu 18 grudnia 1636 r. w Ratyzbonie dziedziczną godność barona cesarstwa. Zmieniono wtedy ich herb. Bytom i okoliczne ziemie zaczął symbolizować jednorożec w herbie. Symbol Chrystusa. Na terenie miasta działał przeciwko katolickim zakonnikom…

— Faktycznie, to dziwne…

— To nie wszystko — mówił Józef — Arcyksiążę Ferdynand Karol Habsburg z Tyrolu w dniu 29 lipca 1651 r. w Innsbrucku nadał hrabiemu Łazarzowi II dziedziczną godność hrabiego cesarstwa z tytułem „wysoko i dobrze urodzony”, a cesarz Leopold I nadał mu w dniu 5 marca 1661 r. w Wiedniu dziedziczną godność czeskiego hrabiego.

Andrzej nie odpowiedział.

— Jak to możliwe, bracie? — spytał Józef.

— Bo ciągle byli potrzebni…

— Tak. Właśnie tak. Zdarzały się jednak rzeczy, które im nie pasowały. Pamiętasz Jana Markowicza?

Andrzej zamyślił się na chwilę.

— Syna kobiety, która miała na rynku sklep korzenny?

— Tak. O nim właśnie mówię…

— Pamiętam.

— On też mi rozjaśnił wiele rzeczy — powiedział Józef — Rozmawiam z nim czasami, gdy przyjeżdża odwiedzić nasze miasto. W 1625 r. biskup krakowski Marcin Szyszkowski napisał list do bytomskiej rady, w którym nakazał przywrócenie kościołów w mieście do dawnego stanu. To się hrabiom nie spodobało. W 1629 r. cesarz wydał dekret nakazujący zwrot przez protestantów mienia zagarniętego katolikom, w tym kościołów. Łazarz II był temu również niechętny.

— Dlaczego?

— Bo sięgano do jego kieszeni, bracie — odparł Józef — W 1631 r. ku jego niezadowoleniu w Bytomiu przebywała komisja rekatolizacyjna. W tym samym roku trzyosobowa Komisja Wykonawcza Wyższego Urzędu we Wrocławiu ustaliła wysokość odszkodowania należnemu bytomskiemu klasztorowi franciszkanów i kościołowi parafialnemu, a także grzywny, jakie miasto będzie musiało zapłacić do skarbu państwa.

— To się tym bardziej nie spodobało… — skwitował to Andrzej.

— Pewnie, że się nie spodobało. Nie mieli jednak innego wyjścia. Byli zależni od cesarzy…

— O kim mówisz? — spytał Andrzej — o Łazarzu Młodszym czy Gabrielu?

— O jednym i o drugim — odparł Andrzej — Daleko jabłko od jabłoni nie upada… W 1632 r. z naszego kościoła farnego został usunięty protestancki pastor, a kościół wrócił w ręce katolików. Hrabiowie nie zareagowali…

— Dlaczego?

— Bo zależało im, żeby otrzymać tytuł dziedziczny do tych ziem. Nie chcieli narażać się cesarzowi…

— No tak… Czekaj, Józek — powiedział głośno Andrzej — Janek idzie… Ten ochlaptus…

— Ooooo, braciszkowie! — usłyszeli nagle. W ich kierunku szedł otyły mężczyzna z wielkim kuflem piwa w ręku. Po jego chodzie było widać, że to nie był pierwszy — Jak tam targ? Kupiliście coś? Ser? — mówił patrząc na ich ręce, w których trzymali kawałki sera.

— Ano ser. Pyszny, kozi — odparł Józek — Stanęliśmy z boku, żeby nacieszyć się smakiem. Chcesz spróbować?

— Nieeeee… Mam swój skarb — powiedział głośno Janek podnosząc do góry rękę z kuflem — Gdzie wasze niewiasty?

Janek był znany nie tylko z miłości do piwa.

— W domu — odparł Andrzej — Już kupiły to, co trzeba.

— Nie widziałem ich — westchnął Janek — Szkoda…

— Dobrze, bracie — powiedział głośno Józef do Andrzeja — Czas do domu. Z Bogiem…

— Z Bogiem, bracie — odparł Andrzej — Janek, ty zostajesz?

— Pewnie. Gdzie mi będzie lepiej? Jest co wypić, jest na kogo popatrzeć… — oblizał się obleśnie spoglądając w stronę młodej kobiety, która trzymając pod ręką wiklinowy koszyk przechodziła obok nich. Bracia nie oglądając się za siebie rozeszli się do domów. Janek chwiejnym krokiem ruszył w ślad za młodą kobietą, popijając po drodze z kufla i snując własne, zbereźne fantazje.

Na początku XVII w. nowym właścicielem dóbr bytomskich, w tym również terenów dzisiejszych Piekar Śląskich został Łazarz I Starszy Henckel von Donnersmarck. Nowi panowie mieli jednak spory problem z objęciem w posiadanie swojej nowej własności, gdyż od 1619 r. na świecie szalała wojna 30-letnia, która pochłaniała morze ludzkich istnień i miała znamiona wojny światowej. Podczas trwania tego wielkiego konfliktu zbrojnego, w 1623 r. Hencklowie formalnie objęli władzę nad dobrami bytomskimi i tarnogórskimi, lokując się w pobliskim zamku w Świerklańcu. Jednakże faktycznie objęli je w posiadanie dopiero w 1632 r. Od tego momentu historia Bytomia, Tarnowskich Gór, a także terenów dzisiejszych Piekar Śląskich, była nierozerwalnie związana z historią tego rodu. Skutki wojny 30-letniej, a więc fala głodu i epidemii, zahamowała działalność wydobywczą. W 1634 r. Śląsk został spustoszony przerażającą epidemią. Spora część ludzi umierała z głodu, a niektórzy bezlitośnie bogacili się kosztem innych. Historia wspomina o szlacheckiej rodzinie z Kozłowej Góry, która w tym czasie z powodzeniem trudniła się rozbojem.


Do śmierci hrabiego Łazarza II całość państwa stanowego znajdowała się pod władzą jednego pana. Jednak już przed śmiercią, w trakcie długiego pobytu w Wiedniu, wyznaczył on synów do zarządzania w jego imieniu górnośląskimi włościami. Po jego śmierci synowie, dzieląc między siebie spadek, zawarli w 1665 r. odpowiednią umowę. Eliasz otrzymał Bogumin, gdzie sprawował władzę jako administrator już za życia ojca. Młodsi, Gabriel i Jerzy Fryderyk, podzielili się ziemiami bytomskiego państwa stanowego. Pierwszy otrzymał część bytomską, drugi tarnogórską. Dodatkowo Jerzy Fryderyk miał sprawować władzę i jurysdykcję nad rycerstwem i wolną ludnością nieszlachecką. Obaj bracia byli administratorami ziemi bytomskiej jeszcze za życia ojca.


1666


„Także też gdy obraz z wosku abo co podobnego dla uczarowania kogo czarownik uczyni abo gdy przez czary obraz czyjkolwiek na wodzie bądź na ołowie pokazuje się, cokolwiek złego się stanie onemu obrazowi, bądź co zakłócie, bądź rana jaka, choć się ona obraza przez czarownice rzeczą samą w obrazie dzieje, a szatan człowieka, dla którego uczarowania on obraz uczyniony jest, takimże sposobem i w toż miejsce niewidomie obrazi, słusznie wszakże ta sprawa czarownicy bywa przypisana, bo bez niej nigdy by Pan Bóg szatanowi takowej obrazy w człowieku uczynić nie dopuścił ani by się szatan sam przez się nie ważył”

„Młot na czarownice. Postępek zwierzchowny o czarach (…)”, 1487


Minęło kilka dni, podczas których życie miasta toczyło się swoim torem. Różnica polegała na tym, że częstym tematem rozmów była sprawa Niedzieliny. Ludzie zastanawiali się, gdzie dotarła, co się z nią stało i jaki będzie jej dalszy los. Nikt nie próbował jej bronić. Wiedźma to wiedźma. Nikt jej nie współczuł. Tego dnia Józef ruszył na Plac Klasztorny, gdzie umówił się ze swoim znajomym zakonnikiem. Wiedział, gdzie go szukać. W klasztornym sadzie. Tam zakonnik przebywał najchętniej. Józef nie pomylił się. Zauważył go krzątającego się wokół przepięknych jabłoni rosnących w bliskim sąsiedztwie bytomskich murów obronnych, na tyłach klasztoru minorytów.

— Szczęść Boże, mój przyjacielu — powiedział Józef. Zakonnik odwrócił się gwałtownie i uśmiechnął.

— Szczęść Boże — odparł wesoło.

— Powiedz mi, jak ty to robisz? — spytał Józef.

— Co?

— Jakim cudem twoje jabłonie tak pięknie wyglądają i rodzą tak smaczne jabłka? Robię, co mogę, ale nigdy takich nie udało mi się zebrać…

— To proste, Józefie — powiedział zakonnik — Dbam o nie, rozmawiam z nimi, spędzam z nimi wiele czasu, modlę się o nie. To wystarczy…

— No tak — odparł rozbawiony Józef — W to nie wątpię…

Zakonnik roześmiał się głośno.

— Wiesz, rozmawiałem ze swoim bratem — powiedział ciszej Józef — Powiedziałem mu o naszych rozmowach…

— Józefie… — odparł zakonnik z nutą żalu w głosie — Przecież umawialiśmy się, że treść naszych rozmów pozostanie tajemnicą. Jesteś za niego pewny?

— Całkowicie — odparł z pełnym przekonaniem Józef — Może nigdy nie zostanie uczonym, ale jest bardzo honorowym człowiekiem. No i moim bratem…

— Rozumiem — powiedział zakonnik — Nadal jednak uważam, że niepotrzebnie…

— Nie obawiaj się — uspokoił go Józef — Musiałem mu powiedzieć, choć nie jestem pewien, ile z tego wszystkiego zapamięta.

— No tak… — uśmiechnął się zakonnik.

— Niech nas bytomska Madonna ma w opiece — powiedział, właściwie samo do siebie Józef — Wiesz, ja ciągle mam w głowie obraz tej Niedzieliny — powiedział podnosząc z ziemi dość dorodne jabłko — Nie mogę się od niego uwolnić. Prześladuje mnie w snach…

Zakonnik nie odezwał się. Józef, gryząc kolejny kawałek jabłka spojrzał na owoc.

— Mnichu! Tu jest robak wielki jak ślimak! — powiedział głośno.

— Robak też stworzenie boże — odparł zakonnik zaglądając do Józefowego jabłka — Noooo, niezły…

Przez chwilę nie odzywali się do siebie.

— Jestem pewien, że hrabia Gabriel to wszystko zaaranżował… — powiedział cicho Józef — Jaki on ma w tym cel?

— Prosty — odparł krótko zakonnik — Własną korzyść.

— Jaką?

Zakonnik spojrzał na Józefa.

— Słyszałeś kiedyś o Sydonii von Borck?

— Nie — zgodnie z prawdą odparł Józef.

— Była szlachcianką — mówił zakonnik — Jej pradziadkiem był Matzko von Borck, który solidnie dał się we znaki Zakonowi Krzyżackiemu. Była jedną z najpiękniejszych kobiet swoich czasów. Jej rodzice popadli w długi. Po ich śmierci brat pozbawił ją prawa do dziedziczenia majątku. Przenosiła się z miejsca na miejsce. Miała bardzo trudny charakter.

— Dlaczego?

— Była skora do konfliktów. Potrafiła być agresywna — odparł zakonnik — W 1604 r., ku zadowoleniu rodziny, wstąpiła do klasztoru cystersek w Marianowie.

— Sama tego chciała? — spytał Józef gryząc kolejny kęs jabłka.

— Myślę, że nie. Rodzina chyba miała nadzieję, że w ten sposób pozbędzie się problemu. Pomylili się. Sydonia przebywając w klasztorze nadal wszczynała kłótnie i procesy sądowe.

— Może po prostu nie chciała być w klasztorze?

— To możliwe — powiedział zakonnik — Jako zakonnica zachowywała się dziwnie. Otaczała się zwierzętami, często kontaktowała z zielarkami, interesowała się też właściwościami ziół i udzielała wielu ludziom porad lekarskich. Potężnemu rodowi Gryfitów zapowiedziała upadek, co naprawdę nastąpiło.

— O… To pachnie czarami… — powiedział Józef.

— Tak. W 1612 r. postawiono jej taki właśnie zarzut. Przez długi czas zdołała się bronić, ale w 1619 r. trafiła do więzienia. Tam poddano ją strasznym torturom, w efekcie których przyznała się do winy.

— Do czarów?

— Tak — odparł spokojnie zakonnik — Przyznała się, że jest wiedźmą. W 1620 r. skazano ją na śmierć przez ścięcie mieczem.

— Nie chciano jej spalić na stosie?

— Była szlachcianką, Józefie. Nie wypadało… Wyrok wykonano poza murami miasta, ale po jej śmierci szczątki i tak spalono i pochowano na cmentarzu w Szczecinie wśród miejskiej biedoty.

— Dlaczego mi o niej mówisz? — spytał Józef.

— Bo jej proces o czary był zmanipulowany. Komuś bardzo zależało na jej usunięciu.

— Komu?

— Tego nie wiadomo — odparł zakonnik — Możliwe, że nawet jej rodzinie.

— Nadal nie rozumiem… — zaczął Józef.

— Pamiętasz proces Hanny Kurowej? — przerwał mu zakonnik.

Józef zamyślił się na chwilę.

— Pamiętam — odparł — Pamiętam bardzo dobrze… Pewnie dlatego, że od 1652 r. w Bytomiu i w okolicy szalała zaraza…


1653 — sprawa Kurowej


„(…) Mąż zaś święty rzekł szatanowi: rozkazujęć, szatanie, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyś zaraz stąd odszedł, a na takiem miejscu mieszkał, gdzie byś żadnemu Błogosławioną Pannę pozdrawiającemu szkodzić nie śmiał”

„Młot na czarownice. Postępek zwierzchowny o czarach (…)”, 1487


W czerwcu 1653 roku w Bytomiu została uwięziona mieszkanka miasta, Hanna Kurowa. Posądzono ją o stosowanie czarów i postawiono przed sądem.

— Kobieto, czy rozumiesz zarzuty? — spytał przewodniczący sądu wójtowskiego.

Kobieta w średnim wieku, dość mocno zniszczona trudami życia i niesamowicie wystraszona, nie odpowiedziała. Przerażonym wzrokiem rozglądała się dookoła. Jej ubranie było w strzępach. Widać było na nim plamy zaschniętej krwi.

— Sąd zarzuca ci stosowanie czarów — powiedział głośno przewodniczący.

Hanna wiedziała, że milczenie jej nie pomoże.

— Czy przyznajesz się do winy? — spytał przewodniczący.

— Nie! — krzyknęła głośno przełamując strach.

— Oskarżona nie przyznaje się do winy — powtórzył przewodniczący zwracając się do mężczyzny, który dokumentował przebieg procesu — Niech wejdzie Jadwiga Kozia.

Do sali obrad sądu weszła pulchna kobieta w wieku podobnym do Hanny. Nie miała odwagi, by spojrzeć w oczy oskarżonej. Wolnym krokiem podeszła do miejsca, które jej wskazano. Stanęła wyprostowana. Hanna widziała jej twarz tylko z profilu.

— Pamiętaj, Jadwigo, że zeznajesz przed sądem wójtowskim i przed Bogiem — powiedział głośno przewodniczący — Zeznajesz w procesie przeciwko Hannie Kurowej. Powiedz nam, co wiesz.

Jadwiga głośno przełknęła ślinę.

— Panie sędzio — zwróciła się do przewodniczącego — Nie tak dawno zmarło jedno z moich dzieci. Trudno mi było się z tym pogodzić. Bałam się, że Bóg zabierze mi kolejne. Płakałam, trzęsłam się ze strachu i modliłam, aby tak się nie stało.

Przewodniczący i ławnicy z uwagą słuchali jej słów.

— Pewnego dnia spotkałam Hannę Kurową… — mówiła dalej.

— Czy to ta kobieta, która jest na sali? — spytał przewodniczący.

Jadwiga krótkim spojrzeniem obrzuciła Hannę.

— Tak, to ona.

— Co się wtedy stało?

— Opowiedziałam jej o swoich lękach — odparła Jadwiga — Wysłuchała mnie, a potem poradziła coś dziwnego.

— Co takiego? — spytał przewodniczący.

— Mówiła, żeby w trumnie swojego dziecka ukryć trzy kawałki chleba i krzyżyk spleciony z ziela kłokociny.

— Po co?

— Żeby uchronić swoje dzieci przed podobnym losem — odparła Jadwiga.

Przewodniczący spojrzał na Hannę Kurową. Oskarżona wpatrywała się w Jadwigę.

— Co jeszcze mówiła? — spytał.

— Powiedziała, że to samo zrobiła, gdy zmarł jej syn.

Przewodniczący ponownie spojrzał na Hannę. Ta nagle opuściła wzrok, jakby dotknęło ją jakieś przykre wspomnienie.

— Co jeszcze?

— To wszystko, panie — odparła Jadwiga. Widać było po niej, że chciała już odejść.

— Dlaczego razem z mężem złożyliście donos? — spytał przewodniczący.

— Bo wydało nam to się dziwne.

— Dlaczego?

— Panie, to czary. To nie po chrześcijańsku — powiedziała Jadwiga nerwowo gładząc ręką swoje włosy.

Zapadła chwila ciszy.

— Chodzą słuchy, że wasz mąż uganiał się za Kurową. Czy to prawda? — zadając pytanie przewodniczący uważnie przypatrywał się twarzy Jadwigi.

— Ale gdzie tam, panie! — krzyknęła nerwowo kobieta — Przecież to wiedźma! Mój mąż nie zadawałby się ze złym.

— Sąd jeszcze nie orzekł, czy oskarżona jest wiedźmą — odparł spokojnie przewodniczący — Czyli zaprzeczacie, że donos miał charakter zemsty?

Jadwiga przerażonym wzrokiem spojrzała na Kurową.

— Tak, panie, zaprzeczam — powiedziała.

— Przysięgasz na Boga, kobieto?

Na twarzy Jadwigi widać było strach i mocne zakłopotanie. Przez chwilę nie odpowiadała, jakby namyślała się nad swoimi słowami.

— Zaprzeczam, panie — powiedziała.

— Dobrze, możesz odejść.

Kobieta skinęła głową i pospiesznym krokiem oddaliła się.

— Proszę zapisać, że w związku z oskarżeniem sąd już wcześniej nakazał sprawdzenie, czy w trumnie pochowanego niedawno syna Hanny Kurowej znajdują się przedmioty, o których mówiła Jadwiga Kozia — powiedział spokojnie przewodniczący — Niech wejdzie kolejny świadek.

Na salę wszedł starszy mężczyzna. Przewodniczący ręką wskazał mu miejsce, gdzie miał stanąć.

— Jak się nazywacie? — spytał.

— Piotr Gniadosz, panie — odparł mężczyzna.

— Kim jesteście?

— Opiekunem cmentarza.

— Sąd nakazał wam sprawdzenie trumny zmarłego syna oskarżonej Hanny Kurowej. Czy wykonaliście to zadanie?

— Tak, panie.

— Powiedzcie, czy coś znaleźliście.

Mężczyzna sięgnął za pazuchę, skąd wyciągnął niewielkie zawiniątko. Pokazał je przewodniczącemu.

— Cóż to takiego?

— To, co znaleźliśmy, panie — odparł mężczyzna.

— Pokażcie… — powiedział przewodniczący.

Świadek podszedł do obszernego stołu, za którym zasiadał przewodniczący i ławnicy. Położył zawiniątko na stole. Przewodniczący sięgnął po nie ręką. Rozwinął je delikatnie.

— Co to według was jest? — spytał mężczyznę.

— Kawałki chleba, panie i jakaś roślina. Nie wiem, jaka…

Przewodniczący przypatrywał się przedmiotom znajdującym się w zawiniątku. Kiedy już obejrzał, przekazał je siedzącym wzdłuż stołu ławnikom.

— Czy było tam coś jeszcze? — spytał.

— Nie, panie. Tylko to. Przeszukaliśmy dokładnie, choć ciało chłopca było już w stanie rozkładu.

Na dźwięk tych słów Hanna Kurowa wybuchła głośnym płaczem. Przewodniczący spojrzał na nią.

— Dziękujemy świadkowi. Możecie odejść — powiedział.

Mężczyzna wyszedł z sali. Hanna ciągle zanosiła się spazmatycznym szlochem. Trwało dłuższą chwilę, zanim się uspokoiła.

— Czy oskarżona poznaje to zawiniątko? — spytał przewodniczący.

Kobieta w milczeniu potakująco skinęła głową.

— Czyli oskarżona przyznaje się, że sama włożyła ten przedmiot do trumny swojego syna?

Hanna podniosła głowę. Rękawem otarła sobie twarz i nos.

— Tak, panie, przyznaję się — odparła.

— W jakim celu?

Kobietę kosztowało wiele wysiłku, by zapanować nad swoim zdenerwowaniem.

— Chciałam uchronić dzieci… — powiedziała cicho.

— Co mówisz, kobieto? — powiedział głośno przewodniczący.

— Chciałam uchronić pozostałe dzieci przed śmiercią, panie — odparła głośniej Kurowa.

— Czy oskarżona zdaje sobie sprawę, że to czary?

Hanna ponownie otarła rękawem nos.

— Nie, panie, to nie tak…

— Co mówicie?

— To nie tak — głośno powiedziała kobieta — Ta roślina przepędza zło.

— Przepędza zło? — spytał przewodniczący — Kto wam to powiedział?

— Panie, wszyscy wiedzą, że tak jest — słowa Kurowej wydawały się pewniejsze — Ludzie robią sobie z niej paciorki, żeby uchronić się przed złem. Mówią, że Zły ich się lęka. Robią z nich też różańce. To roślina, której Zły nie lubi.

Zapadła chwila ciszy.

— Skąd ją mieliście? — spytał przewodniczący.

— Kupiłam od jednego z pielgrzymów — odparła Hanna — Mówił, że pielgrzymował do Ziemi Świętej i tam nabył owoce kłokociny. Zapewniał, że mają świętą moc, a Zły będzie je omijał z daleka.

Przewodniczący obrócił się w stronę pozostałych członków sądu wójtowskiego. Zaczął z nimi energicznie dyskutować. Nikt nie słyszał o czym rozmawiali, ale widać było, że starają się określić wiarygodność słów Kurowej. Narada trwała dość długo. Hanna w milczeniu obserwowała twarze osób, które miały zadecydować o jej losie. Przestała płakać. Uspokoiła się. Widać było, że przestała się również bać. Powiedziała prawdę.

— Sąd po naradzie potwierdza, że roślina zwana kłokociną jest w naszej wierze uznana za środek do zwalczania zła — powiedział głośno przewodniczący — Tak jest od wieków. Uznaliśmy również, że roślinę używa się do odpędzania złych mocy, w tym wiedźm i czarownic. Niech oskarżona nam jeszcze powie, dlaczego włożyła do trumny chleb?

Hanna spojrzała na przewodniczącego. Wydawało się, że jest wyraźnie zdziwiona pytaniem.

— Panie, przecież to ciało boże… — odparła z przekonaniem.

Przewodniczący nie odpowiedział. W milczeniu przypatrywał się Kurowej. Po chwili ponownie pogrążył się w dyskusji z pozostałymi członkami sądu. Hannie wydawało się, że trwało to w nieskończoność.

— Po wysłuchaniu świadków i oskarżonej sąd doszedł do wniosku, że jest niewinna — powiedział głośno przewodniczący — Przedmioty, które włożyła do grobu swojego zmarłego dziecka miały na celu ochronę reszty rodziny przed złem. Takiej rady udzieliła również swojej sąsiadce i zrobiła to w dobrej wierze. Sąd nie widzi podstaw, aby uznać oskarżoną za wiedźmę. Stosowanie rośliny, która jest uznawana za środek do walki ze złem wyklucza możliwość współpracy z Szatanem. Hannę Kurową uważamy za uniewinnioną!

Na sali zapanował szum. Głosy mieszały się ze sobą.

— Koniec posiedzenia sądu! — powiedział głośno przewodniczący i wstał z krzesła. To samo zrobili ławnicy. Hanna upadła na kolana i zaczęła głośno szlochać. Tym razem ze szczęścia.


Hrabia Gabriel Henckel von Donnersmarck siedział w sali bytomskiego ratusza. Rozsiadł się wygodnie na krześle, przyjmując postawę dumnego pana i władcy. Naprzeciw niego stał wójt, przewodniczący w procesie Hanny Kurowej, który odbył się w Bytomiu dwa dni temu. Baron trzymał w jednej ręce kielich wypełniony piwem. Nie wyglądał na człowieka, który tego dnia miał dobry humor.

— Wójcie, proszę mi powiedzieć, skąd taki wyrok? — spytał.

— W trakcie procesu sąd ustalił niewinność oskarżonej — wójt próbował zachować w swoim głosie pewność siebie.

— Na jakiej podstawie? — spytał hrabia.

— Na podstawie zeznań świadków i samej oskarżonej.

— Co zeznali świadkowie?

— Potwierdzili, że Hanna Kurowa włożyła do trumny swojego syna kawałki chleba i owoce kłokociny. Ona też się do tego przyznała.

— No proszę… A wy ją uniewinniliście?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 67.22