E-book
9.92
drukowana A5
37.8
Nie odwracaj kota ogonem

Bezpłatny fragment - Nie odwracaj kota ogonem


Objętość:
211 str.
ISBN:
978-83-8126-203-3
E-book
za 9.92
drukowana A5
za 37.8

Dla wszystkich wrednych kotów,

które przebiegły mi przez drogę.

Rozdział 1
Biedny kotek

Zofia pędziła po chodniku, jakby goniła ją horda rozwścieczonych orków. Choć w tej sytuacji chyba nawet wolałaby spotkać kilku takich. Czuła, że bez problemu powaliłaby co najmniej trzech. Wszystko przez to, że — delikatnie mówiąc — duch jej na rozżarzone węgle dupą usiadł. Żeby nie powiedzieć, że była po prostu nieziemsko wkurwiona. W ręce ściskała obcas, który odpadł od jej ulubionych butów. Utykała odrobinę, ponieważ różnica pomiędzy szpilką, a butem jej pozbawionym, pozwalała poruszać się wyłącznie z gracją baletnicy po ekstazy.

Westchnęła ciężko, kiedy czerwone światło zmusiło ją do zatrzymania się przed ulicą. Podmuch wiatru zrzucił z jej czarnego płaszcza płatek róży, który przyczepił się i zwiedzał Wrocław na gapę. Rozwścieczona kobieta przydepnęła go i warknęła, naciskając całym ciężarem swojego ciała. Dość drobnego, trzeba przyznać, ale jednak wystarczająco masywnego, by zmasakrować doszczętnie biedny płatek. Płatek, który tak nawiasem mówiąc, nikomu nic złego nie zrobił. Znalazł się po prostu na nieodpowiednim kwiatku.

Mówi się, że za otrzymaną zieleninę należy podziękować. Mamusia dobrze wychowała Zosię. Wielokrotnie powtarzała, że od pewnego wieku wiele rzeczy już nie wypada. Na przykład nie wypada nie podziękować, kiedy otrzyma się różę. A guzik prawda! Im dłużej jej córka żyła, tym więcej jej wypadało. Dla przykładu, jakieś dwa tygodnie temu wypadł jej dysk i chodziła pochylona przez ponad godzinę. Albo klucze z torebki jej wypadały. Co chwilę coś wypadało. Talerz, albo taca z rąk. Także nawet nie warto zaczynać tematu tego, co odpadało, bo teraz np. odpadł obcas od buta. I ten fakt wcale nie sprawił, że miała ochotę komukolwiek dziękować. Przeklinać całe grupy społeczne — owszem. Ale nie dziękować.

A wszystko przez to, że faceci to szatańskie pomioty i stworzeni zostali po to, żeby męczyć bogu ducha winne kobiety. Tak, to zdecydowanie była wina tego gościa, który siedzi na górze i śmieje się pod nosem obserwując swoje dzieło. Adama — jak wiadomo — stworzył na swoje podobieństwo, ale dlaczego stworzył Ewę? Otóż dlatego, że miał już dosyć jęczenia Adama! Dlatego właśnie postawił u jego boku kobietę, która w przyszłości miała jego jęków wysłuchiwać. Z tym, że Zosia jakoś się w tej roli nie odnajdowała. Nie pociągali ją faceci, którzy spędzali w łazience więcej czasu od niej i byli bardziej marudni. Okazywali się nie lepsi od okazów niemal żywcem wyjętych z prehistorii. Tych, które od zarania dziejów drapały się po jajkach i dłubały w nosie, a potem zbierały się w grupę, żeby wspólnie zapolować na mamuta. Takich, dla których bekanie i puszczanie bąków to wyśmienita zabawa. Owszem, zdawała sobie sprawę, że mężczyźni to łowcy i kiedy widzą pociągającą kobietę, to pragną ją jak najszybciej mieć. Wystarczy jedno zalotne spojrzenie, a ich ciała produkują takie ilości nasienia, że aż uderza im do głowy. Potrafią wtedy zrobić i powiedzieć wszystko, byle skrócić czas zdobywania do absolutnego minimum. Zostało im to z czasów, kiedy latali z maczugą i polowali na swoje wybranki. Szarpnął taki pierwszą z brzegu, ostatecznie znieczulił delikatnie kijem i zaciągnął do swojej jaskini. Kiedy połowica się ocknęła, fundował jej grę wstępną w postaci czułego rozsunięcia pośladków, a potem wbijał się w nią od tyłu. Jako wyrafinowaną pieszczotę stosował ciągnięcie za włosy. Około trzech minut później było już po zawodach. Mógł spokojnie iść spać, aby następnie w pełni sił wrócić na polowanie. I choć czasy się zmieniły, to w samcach wciąż można było wyczuć tęsknotę za tą prostotą. To z kolei niezmiernie Zosię denerwowało, choć było niczym przy gagatku, którego spotkała tego wieczora. Dała się namówić na randkę w ciemno, kiedy Basia opisała jej przystojnego pracownika telewizji polskiej. Niestety okazało się, że mężczyzna był wizualnie dyskusyjny, a w telewizji polskiej, owszem, pracował — z tym, że w kotłowni.

Była spokojna, kiedy kazał jej czekać pół godziny, bo spóźnił się na autobus. Trzymała nerwy na wodzy, kiedy musiała za niego wybrać miejsce, do jakiego się udadzą, bo okazało się, że on nie ma żadnego pomysłu. Słuchała cierpliwie, kiedy zaczął opowiadać o tym, jak jego była okazała się złą kobietą. Trochę ją zszokowało, kiedy podsunął rachunek w jej kierunku i oczekiwał, że zapłaci również za niego, ale tłumaczyła to sobie równouprawnieniem. Tęskno spoglądała za starą babuleńką, która roznosiła róże i zignorowała jego tyradę na temat braku sensu w kupowaniu ciętych kwiatów. Mierziło ją, że pod parasolem wolał trzymać swoją skórzaną torbę, zamiast zaproponować, żeby to jej starannie ułożona fryzura przetrwała atak mżawki. Olała głupie teksty typu tego, który rzucił, jak zmokła.

— Przez ten deszcz jestem cała mokra — powiedziała w nadziei na to, że gentelman przytuli ją do siebie i da się schronić pod parasolem. Niestety się przeliczyła.

— Mm… no to powinniśmy ten stan wykorzystać — rzucił z obleśnym mruknięciem i zaśmiał się z własnego żartu.

Nerwy straciła, kiedy po tym wszystkim miał odwagę powiedzieć, że idą do niej, a po wszystkim liczy na jakąś dobrą kolację. Bezczelność niektórych typów po prostu szokowała naszą przemiłą bohaterkę. Jako osoba z natury spokojna, wytłumaczyła mu grzecznie, że chyba sobie kurwa kpi i już miała zamiar odwrócić się na pięcie, kiedy złapał ją za rękaw i zaczął sugerować podniesionym tonem, że jeśli chodzi jej o tego głupiego badyla, to ostatecznie może się poświęcić i jej go kupić. Babcia z koszem róż jakby tylko na to czekała i zmaterializowała się obok.

Zosia spojrzała na kwiatki, na mężczyznę, na kwiatki, na babcię, po czym znowu na mężczyznę… i nie wytrzymała. Złapała jedną z róż i wylała wszystkie swoje żale, okładając faceta kwiatkiem po łbie. Pech chciał, że na gentlemana nie trafiła — koleś pchnął ją delikatnie, a zważywszy na to, że obcas zablokował jej się pomiędzy nierównymi kostkami brukowymi, runęła do tyłu, lądując z tyłkiem w fontannie. Przy okazji złamała wcześniej wspomniany obcas, co sprowadza nas z powrotem do chwili, kiedy mokra i wściekła wracała do mieszkania.

To była najgorsza randka w jej życiu. Marzyła o tym, żeby nagle przy niej zmaterializował się Zorro z tą swoją czarną mordą i walecznym przysposobieniem. On by ją obronił przed dupkami pokroju tego, na którego trafiła. To wyobrażenie z kolei sprawiło, że obiecała sobie już nigdy więcej nie umawiać się z mężczyznami, którzy zaczepili ją w barze. Zarzekała się w duchu, że już w życiu nie da się swatać Baśce — choć była to obietnica z kategorii tych, o których szybko się zapomina. Coś jak wielokrotnie powtarzane na kacu: „Więcej nie piję!”. Głównie dlatego, że Baśka potrafiła być bardzo przekonująca i namówić ją na wszystko. W dodatku tak się składa, że Zosia powoli traciła nadzieję na to, że ułoży jej się w życiu. Chodziła na randki bez entuzjazmu, pracowała bez entuzjazmu… właściwie wszystko robiła bez entuzjazmu. Z wyjątkiem śpiewania pod prysznicem, do czego i tak nigdy nie chciała się przyznać. Rozczarowana studiami i tak zwanym dorosłym życiem, szukała spełnienia w różnych zawodach, ale nic nie przyciągało ją na dłuższą chwilę. W końcu zacumowała w barze, gdzie robiła za barmankę, kelnerkę, pomoc kuchenną i księgową w jednym. Jednocześnie marzyła o tym, żeby w jej życiu pojawił się w końcu książę z bajki, który zawojuje jej serce (a nie tylko majtki) i będzie mogła założyć względnie normalną rodzinę. Z ukłuciem zazdrości patrzyła na to, jak młodsze koleżanki wychodzą za mąż i im bliżej trzydziestki była, tym bardziej chciała, żeby i jej ktoś wcisnął na palec złoty krążek. Niestety chętny jakoś nie pojawiał się na horyzoncie. Mężczyźni co prawda interesowali się Zosią i jej seksownym tyłkiem, ale żaden nie spieszył się do związku i zobowiązań. W rozleniwionym społeczeństwie goniącym za sukcesem, coraz ciężej było o chętnych do ograniczania się, a relacja z jedną osobą ewidentnie tym właśnie dla nich była.

Staropanieństwo pukało jej do drzwi. Ledwo zdążyła przekroczyć próg mieszkania, kiedy Zorro wystrzelił z pokoju i zaczął ją witać z entuzjazmem, nie szczędząc przy tym śliny. Kochane było z niego psisko. Potrafił odgonić nawet największy smutek, albo ostatecznie udostępniał swoją czarną sierść jak chusteczki, w które można się wypłakać i wysmarkać. Była tylko jedna sytuacja, w której Zorro tracił głowę — kiedy ktoś rzucił mu patyka. Wtedy potrafił potknąć się o własną łapę, albo zaryć łbem w drzewo, byle tylko złapać swój bezcenny skarb. Świat przestawał mieć znaczenie. Poza tym Zorro był wilczurem o króliczym sercu — bał się własnego cienia, ale samym wyglądem budził grozę. To w zupełności wystarczyło, żeby właścicielka nie bała się wychodzić z nim na nocne spacery.

W mieszkaniu rozległ się irytujący łomot. Okazało się, że to jednak nie staropanieństwo pukało do drzwi, bo kiedy Zosia otworzyła, w progu stała jej sąsiadka. Pani w sile wieku, zwykle elegancka, starannie pomalowana i z fryzurą, której przez ilość użytego lakieru nie naruszyłaby nawet zamieć. Tym razem przybiegła w delikatnie wilgotnym płaszczu, jakby również przed chwilą wróciła z miasta. Wymachiwała przed nosem czymś włochatym i śmierdzącym, zalewając się przy tym łzami. Jak na pracownicę dziekanatu przystało, już w pierwszej chwili okazała swoje przyjazne przysposobienie.

— Nie wytrzymałaś, prawda? Nie mogłaś znieść naszego szczęścia, suko! Co on ci zrobił?! Kocio zawsze był taki grzeczny! — krzyczała. Dopiero dwie sekundy później Zosia zrozumiała, że sąsiadka potrząsa swoim kotem. Tłusty szary brytan dziwnie spokojnie znosił perturbacje. Jak na kota wyglądał całkiem normalnie. Nie miał przynajmniej pyszczka, jakby ktoś wsadził mu łeb w imadło i walił w niego młotkiem aż do uzyskania w miarę płaskiej powierzchni. Był za to posiadaczem prawdziwie kociego — wrednego do granic możliwości charakteru.

— Po pierwsze: wciąż uważam, że Kocio to głupie imię. Po drugie: serio, musi pani pytać, co mi zrobił? Ta cholera średnio raz w tygodniu sika mi na balkon — odpowiedziała Zosia.

— Nie masz serca, gówniaro! Będziesz się za to smażyła w piekle! Zabiłaś go za to, że sikał, pieprzona idiotko?!

— W myślach? Wielokrotnie!

— Jak ci nie wstyd? Biedny Kocio już nigdy nie zamruczy! — Kobieta wybuchła histerycznym płaczem, a do Zosi powoli zaczęło docierać, że to nie żarty. Brytan naprawdę się nie poruszał. Zwisał z dłoni pani Szczepińskiej jak kukiełka.

— Ej, ja żartowałam. Nic sierściuchowi nie zrobiłam.

— Kłamiesz! Jak śmiesz tak perfidnie kłamać?!

— Serio, nie tknęłam go. Zorro by się obraził, że zdradzam go z innymi zwierzakami. Bardzo mi przykro, jeśli coś się kotkowi stało — powiedziała. Kłamała. Tak naprawdę wcale nie było jej przykro. Nienawidziła tego kocura.

— Zamordowałaś Kocia z zimną krwią!

— Pani Szczepińska, jest pani pod wpływem silnych emocji. Ja też dzisiaj wiele przeszłam, więc ułatwmy sobie sprawę. Ja będę mówiła bardzo wolno, a pani posłucha uważnie: n i e t k n ę ł a m p a n i k o t a — powiedziała, akcentując każde słowo.

— Kłamiesz!

— A jak niby miałam to zrobić, pani zdaniem? Usiadłam na balkonie z łukiem i upolowałam go?!

— Otrułaś Kocia! — Sąsiadka spojrzała na Zosię morderczym wzrokiem. Takim, jakim zwykle obdarzała studentów, którzy pytali ją, czy może im w czymś pomóc. Wreszcie przestała machać truchłem we wszystkie strony. Przytuliła zwierzaka do piersi, jakby był jej dzieckiem. Mogłoby to wyglądać jak gest pełen troski i matczynej niemal miłości, ale tak naprawdę chodziło pewnie o to, że ręce zaczęły ją boleć. Kocio był… puszysty. Poza tym miał też sporo nadprogramowego sadła, a jakoś nigdy nie spieszyło mu się do ćwiczenia z Chodakowską. W tym jednym akurat dogadałby się z Zosią bez problemu. Z tym, że ona patrzyła na panią Ewę z odrobiną zazdrości. Raz nawet próbowała wykonać zestaw zaleconych przez nią ćwiczeń, żeby pozbyć się wyimaginowanej oponki i już po czterech minutach doszła do wniosku, że babka jest genialnym trenerem. W ciągu tak krótkiego czasu udało jej się dokonać tego, czego matka Zosi próbowała, odkąd jej córka ukończyła podstawówkę — dziewczyna bez większego zastanowienia uznała, że w pełni akceptuje swoje ciało. Wszystko, byle tylko nie słuchać dłużej tych motywacyjnych gadek w stylu: „Dobrze! Dalej! Jeszcze jeden! Jeszcze jeden!”. Może nie miała figury modelki, ale bez problemu wpisywała się w standardy szczupłości. Odrobinę sadełka i grube uda była w stanie przełknąć. Lubiła za to swoje kruczoczarne proste włosy, które po deszczu zakręcały się w delikatne fale. Choć z rana miała wrażenie, że lustra będą pękały, gdy w nie spojrzy, to wieczorem potrafiła obdarzyć swoje odbicie uśmiechem. Przede wszystkim była jednak w miarę inteligentna. A przynajmniej na tyle bystra, żeby wiedzieć, że dalsza dyskusja z sąsiadką nie miała większego sensu.

— Ta rozmowa zmierza donikąd. — Westchnęła, przewróciła oczami i zamknęła drzwi przed nosem sąsiadki.

— Nie daruję ci tego! Spotkamy się w sądzie! — słyszała zza nich. Później poleciała cała wiązanka na temat tego, że zginie z czeluściach piekła, a biesy będą ją łamały kołem. Przestała jednak słuchać. Zamknęła się w łazience, żeby odreagować wszystkie bolączki minionego dnia i pośpiewać pod prysznicem „Pieski małe dwa”.

Rozdział 2
Niefortunny incydent z papugą

Komisariat Policji na ulicy Jaworowej poza stylowo odrapaną kamienicą koloru wypłowiałego jajka, cechowała przede wszystkim zwarta i zawsze gotowa do akcji ekipa. Zaraz po wejściu każdy delikwent mógł przywitać się z uroczym aspirantem Mareczkiem, który praktycznie nigdy nie wstawał ze swojego fotela. Wyjątek stanowiła pora obiadowa. Ruszał wtedy swe krągłości do kuchni i żadna siła nie była w stanie go stamtąd wyciągnąć przez pół godziny, choćby się waliło, paliło, albo budynek postanowili opanować islamscy imigranci. Te trzydzieści minut stanowiło dla niego nienaruszalne sacrum, a dla wszystkich innych ludzi na świecie, bramkę możliwości wejścia lub wyjścia z komisariatu bez pozostawienia po sobie najmniejszego śladu. Oczywiście poza nagraniem z monitoringu, którego i tak nikt nigdy nie przeglądał. Woźny, zajmujący się tego typu sprawami znany był z zamiłowania do gier hazardowych, więc w pracy zwykle odsypiał nocne wojaże w kasynie.

Kiedy delikwent już przemknął się przez tę barierę (zwykle) nie do przejścia, trafiał na człowieka ze stali — komendanta Pokrzywę. Na jego ustach nigdy nie pojawiał się uśmiech. Był chyba jedynym człowiekiem, który potrafił powiedzieć: „bąbelki” z kamiennym wyrazem twarzy. Po posterunku kręciła się również jego żona — ostra laska. Platynowa blondynka nosiła wyłącznie białe koszule i krótkie spódniczki, a przy tym uznawała się za detektywa. Codziennie można tam było spotkać także kilku pomniejszych posterunkowych, którzy byli wiecznie zajęci udawaniem, że są zajęci, co niezmiernie ich męczyło. Jedyne, na co zawsze mieli siłę, to wymyślanie coraz to nowszych żartów na temat swojego kolegi. Co prawda Zatyka miał stopień starszego posterunkowego, ale nawet nowicjusze nie mieli oporów przed wywijaniem mu najgłupszych psikusów. Tak też Bernard niejednokrotnie znalazł oklejone taśmą klejącą stanowisko pracy, kolorową papugę misternie wyklejoną z karteczek samoprzylepnych na monitorze, albo biurko obłożone kartonami, z których formował się kształt klatki. Praca w tak sielankowej atmosferze niejednokrotnie kojarzyła mu się z wakacjami w Mordorze.

Wszystko zaczęło się dwa miesiące wcześniej. Zatyka był uczestnikiem grupy wezwanej do włamania. Z dwoma kolegami stawił się na miejscu i kiedy oni przesłuchiwali mieszkańców, Bernard sam wbiegł na piętro i zaczął tropić rabusiów. Miał na tyle szczęścia, że nawet ich zauważył. Problem w tym, że oni dostrzegli jego i zaczęli uciekać, nim zdążył krzyknąć: „Stać! Policja!”. Rozpoczął pościg, jednocześnie przez krótkofalówkę wzywając wsparcie kolegów. Sprzęt nie był pierwszej nowości i trochę się zacinał, więc kiedy próbował go naprawić, niepostrzeżenie wpadł na klatkę z papugą. Zwierzę okazało się mocno niepocieszone tym faktem i dziobnęło go prosto w nos. Bernard pisnął odrobinę za głośno. Pech chciał, że właśnie wtedy krótkofalówka przestała się zacinać i koledzy usłyszeli go na tyle dobrze, że przybiegli na miejsce akcji, zanim zdążył wstać z podłogi. O całym zajściu już następnego dnia wiedział cały komisariat. Nie dali mu zapomnieć o incydencie z papugą. Od tego czasu nie powierzono mu żadnej poważnej sprawy i tylko swojej anielskiej cierpliwości zawdzięczał to, że jeszcze nie stał się seryjnym mordercą. Ilekroć któryś z nich używał zwrotu „papuzi chłopiec”, Bernard wyobrażał sobie krwawą rzeź przeprowadzoną na kolegach z pracy.

— Ej, patrzcie, będzie się działo! — zwróciła uwagę posterunkowa Gosia. Niski rudzielec z uroczymi loczkami jako jedyny starał się okazać Bernardowi trochę empatii i nie drwił z niego. Przynajmniej nie wtedy, kiedy był w pobliżu. Tym razem dziewczyna również starała się odwrócić uwagę kolegów wchodzącą na komisariat kobietą. Panowie od razu zbliżyli się do okna i zlustrowali przybyłą od stóp do głów. Na oko trzydziestoparoletnia brunetka z trwałą ondulacją i mocnym makijażem. W kremowej garsonce osłoniętej beżowym płaszczem prezentowała się nad wyraz kusząco.

— Ach, nogi do samej dupy. Kocham kobiety w szpilkach — westchnął Karol. Policjant uchodził za miejscowego lowelasa, który kobiety traktował bardzo protekcjonalnie. W dodatku nie potrafił powstrzymać się przed rzucaniem szowinistycznych tekstów. Jeśli na komendę przychodziła śliczna dziewczyna, skierowanie jej do Karola kończyło się zwykle pisemną skargą.

— Dla mnie mocne dwa na dziesięć — dodał Fifi. Najmłodszy członek załogi był świeżo po akademii i wyglądem przypominał typowego informatyka. Okulary z grubymi ramkami, kilka pryszczy i koszula w kratę stanowiły nieodłączny element jego ubioru. Znany był również z tego, że godzinami przeglądał fora dla nerdów i jak większość użytkowników, nigdy nie miał dziewczyny. Wszelkie kontakty z płcią przeciwną sprawiały mu wielki problem. Kiedy na horyzoncie pojawiała się żona Pokrzywy, paraliżował go strach.

— Nie lubię okularnic. Zresztą dla mnie jest za stara — rzucił oschle komendant Pokrzywa i odjechał na krześle obrotowym do swojego biurka. — Obstawiamy?

— Dycha na to, że kogoś ją zgwałcił! — rzucił Karol.

— Dwie na to, że ktoś jej coś ukradł — odpowiedział Fifi.

— Ja stawiam, że to będzie coś typu tej ostatniej babeczki, która do nas przyszła — wtrąciła Gosia. — Coś w stylu, że gówniaki malują kredą po chodniku, albo że rozrzucają pinezki na ulicy.

— A może… — odezwał się Bernard.

— Jeśli to włamanie i winna jest papuga, to skierujemy ją do ciebie — wtrącił się Karol.

Przez szklane drzwi widzieli, jak kobieta wchodzi i tłumaczy swoją sprawę, po czym wypełnia formularz. Trzy minuty później zaczęła się jednak wydzierać, jakby ktoś zablokował jej konto na Instagramie. Biedny Mareczek starał się ją wysłuchać, jednak nawet dla kogoś o anielskiej cierpliwości nie było to łatwe zadanie. Mężczyzna odsunął się na swoim fotelu, jakby bał się, że zostanie opluty. To odrobinę zaniepokoiło resztę załogi.

— Idę zobaczyć, o co chodzi. — Pokrzywa westchnął głośno i z miną Terminatora ruszył do wyjścia z przytulnego gabinetu. Kiedy tylko pokazał się na horyzoncie, nowoprzybyła kobieta zaatakowała go obelgami.

— Banda niekompetentnych kretynów! Czy ktoś w końcu spisze moje zeznania? Chodzi o morderstwo, do jasnej cholery! — krzyczała tak, że słychać ją było na drugim końcu budynku.

— Droga pani, proszę o spokój. Nie rozmawia pani z kolegą, tylko z funkcjonariuszem na służbie. Oczekuję szacunku dla munduru — uciął Pokrzywa. Ludzie, którzy mieli z nim do czynienia, zwykle miękli jak masło na rozgrzanej patelni, ale ta kobieta nie wyglądała, jakby miała się uspokoić. Wręcz przeciwnie, dopiero się rozkręcała.

— Szacunek do munduru mam, ale do bandy debili już nie. Ten człowiek. — Wskazała na aspiranta Mareczka, który wzruszył bezradnie ramionami. — Odmówił mi aresztowania kobiety odpowiadającej za śmierć mojego kota!

— Kota? Śmierć kota? — zapytał Pokrzywa, jakby nie uwierzył w to, co usłyszał. — Przyszła pani zgłosić śmierć kota?

— Tak, głuchy pan jest? Moja sąsiadka, Zofia Małecka, otruła mojego kota!

— Ma pani na to dowody?

— Od tego chyba wy jesteście, żeby je znaleźć?!

— Czego pani od nas oczekuje w tej sprawie?

— Reakcji! Zamknijcie tę wariatkę! Żądam aresztowania jej!

— Droga pani, czy są jakieś dowody na popełnienie zbrodni przez pani sąsiadkę?

— Ciało Kocia! Możecie go przebadać. Jestem pewna, że po badaniach prawda wyjdzie na jaw!

— Nie wątpię, że pani kot został otruty, ale mógł chociażby zjeść trutkę w piwnicy. Mają państwo szczury w budynku?

— Pan oszalał! Nie mamy żadnych szczurów, a Kocio nie wychodził z mojego mieszkania.

— Czy więc sąsiadka miała dostęp do mieszkania? Miała do niego klucze lub składała w ostatnim czasie wizyty?

— Nie, ale wiem, że to ona. Nienawidziła Kocia!

— Jeśli nie ma pani dowodów…

— To było morderstwo! I to na pewno ona! Nie wyjdę stąd, dopóki ktoś jej nie aresztuje!

Pokrzywa po raz pierwszy od dawna uśmiechnął się pod wąsem.

— Spokojnie, pani…

— Szczepińska. Roksana Szczepińska — powiedziała spokojniej.

— Pani Roksano. — komendant objął kobietę ramieniem i skierował w kierunku wyjścia. — Obiecuję zbadać sprawę dogłębnie. Przydzielę do tego najlepszego specjalistę od zwierząt.

— Kocio był dla mnie bardzo ważny. Bez niego zginę. Pan nie rozumie powagi sytuacji. Ona musi ponieść karę. Jestem pewna, że to ona. Średnio raz w tygodniu wypominała mi, że Kocio nasikał jej na balkon. — Roksana chwilowo się uspokoiła, choć cała ta historia wywoływała w niej wiele emocji. Zapewnienia komendanta Pokrzywy napawały ją nadzieją na rozwiązanie sprawy. Raz w życiu uwierzyła, że policja może się do czegoś przydać, choć zwykle unikała mundurowych jak ognia. Wyszła z komisariatu z iskierką nadziei na to, że istnieje jeszcze sprawiedliwość na świecie. Miała tylko nadzieję, że ramię sprawiedliwości nie dosięgnie jej głowy.

Tymczasem kiedy pierwszy atak furii został zażegnany, komendant Pokrzywa wrócił do swojej załogi. Nie dając po sobie poznać, że zdarzyło mu się uśmiechnąć, wszedł do swojego gabinetu i wezwał Bernarda Zatykę. Mężczyzna był zaskoczony, że to właśnie na niego padło. Pełen entuzjazmu wszedł do przełożonego i czekał na wyzwanie, które mogło odmienić jego sytuację. Za wszelką cenę chciał naprawić swoją reputację po incydencie z papugą.

— Berni, słuchaj. Ta babeczka to Roksana Szczepińska. Przyszła do nas ze sprawą morderstwa — zaczął.

— I komendant jej nie zatrzymał do przesłuchania? — wtrącił się Bernard. Energia go rozpierała. Morderstwo! Lepszej sprawy nie mógł dostać!

— Nie. Sprawa jest delikatna. To jest formularz, który wypełniła. Dotyczy zapewne ofiary i osoby podejrzanej o dokonanie morderstwa. — Pokrzywa przesunął w stronę posterunkowego kartkę wypełnioną koślawymi pismem, które przywiodło mu na myśl typowo lekarski styl. Coś takiego mógł odczytać tylko inny lekarz, albo farmaceuta. Takich ludzi z pewnością uczą grafologii i kryptografii. Prosty policjant mógł mieć niemały problem z rozszyfrowaniem tego typu krzaczków.

Bernard chwycił kartkę i przyglądał jej się z bliska przez dłuższą chwilę. Z opisu sytuacji niewiele zrozumiał, ale starał się wyłapywać co ważniejsze słowa.

— Kot? — zapytał na głos, kiedy jego myśli nie potrafiły dłużej usiedzieć cicho. — Chodzi o kota?

— Tak. Ofiarą był kot pani Szczepińskiej.

— Za przeproszeniem, czy komendant sobie ze mnie jaja robi?

— Nie, to poważna sprawa. Uznałem, że jesteś do tego idealnym człowiekiem. Masz w końcu doświadczenie ze zwierzętami — wspomniał, a zza drzwi dało się usłyszeć tłumione śmiechy. Wskazywały na to, że współpracownicy bezczelnie podsłuchiwali rozmowę.

Cały entuzjazm Bernarda opadł w jednej chwili.

— Czy te żarty nigdy się nie skończą? — zapytał zniesmaczony, ale nawet nie liczył na odpowiedź.

— To sprawa jak każda. Przyłóż się. To może być seryjny koci morderca — dodał Pokrzywa, a loża szyderców nie potrafiła dłużej zachować swoich śmiechów dla siebie. Bernard nie miał wyboru. Wolał zagłębić się w byle jaką sprawę, aby nie słuchać dalszych docinek.

Już po wstępnym researchu okazało się, że pani Roksana Szczepińska była wzorową obywatelką. Chodziła na wybory, a nawet płaciła podatek za radio i telewizję. Na co dzień pomagała studentom zza dziekańskiego okienka, a w wolnym czasie opiekowała się kotem. Jej mąż był sławnym podróżnikiem. Takim, który potrafi na boso zwiedzać świat. Niestety wycieczki bez butów musiały jej się znudzić, bo po czterech latach rozwiodła się i wróciła do panieńskiego nazwiska. W towarzystwie zawsze błyszczała elokwencją i kulturą osobistą. Wszyscy wokół wiedzieli, że ta kobieta jest ideałem. A raczej byłaby. Gdyby była. Niestety pech sprawił, że zniknęła. Bernard z kolei był trochę mniej idealny, ale przynajmniej był. Stał pod jej drzwiami przez dłuższą chwilę, żeby spisać rutynowe oświadczenie i uzupełnić brakujące dane. Pech chciał, że nie doczekał się obecności właścicielki mieszkania. Kiedy zajrzał w notatki, doszukał się adresu podejrzanej o popełnienie przestępstwa, ale tam również nie doczekał się odzewu. Mało tego, przegoniło go szczekanie jakiegoś rozwścieczonego psa. Bernard nigdy za zwierzętami nie przepadał, więc czym prędzej ulotnił się z miejsca przestępstwa.

Jako doświadczony policjant wykorzystał poznane na kursie techniki śledcze i szybko odpalił telefon, gdzie po wpisaniu w przeglądarkę odpowiedniego nazwiska, odnalazł podejrzaną w mediach społecznościowych i namierzył jej miejsce pracy. Był dumny ze swojego osiągnięcia. Lata nauki nie poszły na marne i choć zajmował się mało istotną dla świata sprawą, usiłował budować motywację do dalszych starań, choćby tak błahymi sukcesami. Wszystko było lepsze niż myśl, że miałby wrócić na komisariat i po raz kolejny wysłuchiwać, jakim jest nieudacznikiem.

Rozdział 3
Teściowe i inne nieszczęścia

— Wszystkie żarty, które słyszałam na temat małżeństwa… zgadnij co. To wcale nie są żarty! To przykra prawda! — westchnęła Ania. Dwudziestotrzylatka o wyglądzie blond aniołka siedziała w bistro Manufaktura i żaliła się swojej ulubionej barmance. Dziewczę w młodym wieku wyszło za mąż, a sielanka skończyła się dokładnie dwa tygodnie po powrocie z miesiąca miodowego. Po dwóch miesiącach związek zamienił się w koszmar i choć obrączkę na palcu miała od niespełna pół roku, to już miała dość swego ślubnego.

— Nie może być aż tak źle — próbowała pocieszać Zosia. — Pamiętaj, że mężczyźni to tylko duże dzieci.

— Raczej głupie, wyrośnięte bachory.

— Mężczyźni po prostu wolniej dojrzewają. Zwykle zaczynają się zachowywać w miarę poważnie dopiero koło czterdziestki. Co w sumie potwierdza fakt, że facet starzeje się jak wino. Z wiekiem jest coraz lepszy.

— Tak się mówi. Mówi się też, że kobieta starzeje się jak odkurzacz. Z wiekiem coraz bardziej hałasuje i coraz mniej ssie — wtrąciła starsza pani siedząca w kącie. Była to klientka dość specyficzna. Pojawiała się zaraz po otwarciu i znikała dopiero, kiedy właściciel zamykał lokal. Dodatkowo zasłynęła swoimi dość liberalnymi poglądami i lotnym umysłem, jak na osiemdziesięciolatkę. Nie wspominając już o bluzie, którą zafundowały jej wnuki. Emerytka z podobizną Boba Marleya na piersi robiła wrażenie na każdym, kto pojawiał się w bistro i szybko dorobiła się ksywy „rasta-babcia”. Całymi dniami kobieta sączyła herbatę z rumem i szyła szalik w czarno-czerwono-zielono-żółtych barwach.

— Pani Jadziu… — upomniała Zosia.

— Może to prawda. Może coraz więcej hałasuję. Ale jak Paweł przed ślubem mówił, że marzy o dużej rodzinie, to nie wspominał, że po prostu ma zamiar przytyć, a tymczasem już przybyło mu prawie dziesięć kilo! Na nic nie można go namówić. Wiecznie albo jest w pracy, albo jest zmęczony po pracy, a ja wiecznie siedzę w domu. Nagle śmieszy mnie to, że ludzie potrafią dyskutować na temat tego, czy lepsze były małżeństwa aranżowane przez rodzinę, czy te z własnego wyboru. Jak tego słucham, to mam wrażenie, jakby ludzie omawiali wyższość samobójstwa nad byciem zamordowanym. Tak, czy siak życie się kończy. — Dziewczyna jęknęła niemal płaczliwym głosem i pociągnęła spory łyk wina.

— Przesadzasz. Masz dopiero 23 lata i już masz ułożone życie. Są ludzie, którzy łakną stabilizacji ponad wszystko. Mi niedługo stuknie trzydziestka, w nie mam nawet narzeczonego — powiedziała Zosia.

— No i dobrze. Przynajmniej nikt ci regularnie nie szarpie nerwów.

— Ha! Zdziwiłabyś się. Mam sąsiadów. Wczoraj jedna wariatka oskarżyła mnie o to, że zabiłam jej kota!

— A ja zawsze powtarzałam, że kot jest lepszy od faceta. — wtrąciła pani Jadzia. Miała odrobinę problemów ze słuchem, ale czasami wyłapywała niektóre słowa i lubiła dzielić się swoimi mądrościami. — Po pierwsze, kota dużo łatwiej czegoś nauczyć niż męża. Po drugie, kot zawsze trafia do kuwety, kiedy się załatwia. Po trzecie, i chyba najważniejsze, nie musisz spędzać czasu z matką swojego kota. Wierzcie mi, bo wiem z doświadczenia.

— Och, nawet nie zaczynajmy tematu teściowej! — podłapała Ania. — Ona wszystko wie najlepiej. Ostatnio przyjechała w odwiedziny i jej się ubzdurało, że ugotuje obiad, bo przecież ja jej synusia zagłodzę. I tylko słyszę, jak mi patelnie niszczy. Podchodzę do niej i grzecznie mówię: „Nie skrob widelcem po teflonie”, a ona do mnie: „Sama jesteś poteflon” i mnie wygoniła. Wyobrażacie sobie? Jeszcze nigdy nie smakowało jej nic, co przygotowałam. Zawsze musi mieć zrobione po swojemu.

— Teściowa to taka trochę prywatna Magda Gessler — podsumowała Zosia.

— Wiecie, kiedy człowiek ma mieszane uczucia? — zapytała rasta-babcia, odrobinę odrywając kobiety od rozmowy. — Kiedy teściowa wpadnie w przepaść twoim samochodem. Niby szkoda samochodu, a jednak…

— Czasami mam ochotę dać jej jakiś wielki prezent. Najlepiej taki, który zwali ją z nóg. Dosłownie — westchnęła Ania.

— To nie przejdzie. Złego diabli nie biorą — odpowiedziała smętnie Zosia.

— Ta cholera wypełzła z piekła i przyciągnęła za sobą całe zło. Jeszcze tylko szarańczy brakuje, chociaż i tę klęskę nieźle zastępuje, jak dorwie się do mojej szafki z ciastkami — warknęła Ania.

— Słodziutkie moje — wcięła się pani Jadzia. — Zasadniczo wszystkie nieszczęścia i klęski żywiołowe są sprawką diabła. W szczególności teściowe, poniedziałki i Zenek Martyniuk.

— I kontrole z urzędu skarbowego! — dało się słyszeć z zaplecza, gdzie przysypiał właściciel lokalu.

— I koty! — dodała ochoczo Zosia.

Panie najprawdopodobniej kontynuowałyby rozmowę, gdyby spokoju nie naruszyła męska sylwetka wkraczająca w próg bistra. Normalnie nikt nie zwróciłby na tego pana większej uwagi, bo blondyn nie wyglądał jak model z okładek Men’s Healtha. Tyle tylko, że ubrany był w niebieski mundur, a na głowie miał czapkę z orzełkiem — wizyta takiego gościa potrafiła budzić niepokój. Zwłaszcza w właścicielu, który całymi dniami popijał piwo, albo podrywał dziewczyny. Był to człowiek o wyglądzie Barta Simpsona, najbardziej znany z tego, że w procesie ewolucji zgubił podbródek, przez co wyglądał, jakby twarz łączyła mu się prostą linią z szyją. Inną charakterystyczną cechą było gumowe ucho, które nawet kiedy nie było w centrum wydarzeń, potrafiło usłyszeć najciszej wypowiedzianą plotkę. Szaleńcza pogoń przez cały lokal sprawiła, że wyglądał na lekko spoconego i spracowanego, kiedy doskoczył do nowego gościa.

— Witam! Witam uprzejmie, szanownego pana! Mogę zaproponować stolik? — zapytał usłużnie i niemal ukłonił się przed policjantem.

— Dziękuję, ale nie skorzystam. Jestem tu służbowo.

— Drogi panie policjancie, ja zapewniam! Zapewniam całym sobą, że to wszystko, co gadają o porządku w kuchni, to plotki. Konkurencja robi mi czarny PR, bo mamy więcej klientów od nich — zaczął się tłumaczyć.

— Nie jestem z sanepidu.

— W takim razie nie było sprawy! — Właściciel odsunął się o krok i rozłożył ręce w zapraszającym geście. — Czym mogę panu służyć? — zapytał z szerokim uśmiechem, lecz mina bardzo szybko mu zrzedła, bo w ciągu sekundy przypomniał sobie jeszcze co najmniej dziesięć przewinień, za które mógłby wylądować w więzieniu. W tym liczne oszustwa podatkowe.

— Gdzie znajdę panią Zofię Małecką?

— Zośkę? — Właściciel zapytał z widoczną ulgą i wskazał w odpowiednim kierunku. — Brunetka za barem. Co złego, to nie ja.

Zosia zdziwiła się i przestraszyła jednocześnie. Otworzyła szerzej oczy, kiedy policjant podszedł właśnie do niej.

— Pani Zofia Małecka?

— Ale z tą teściową, to my tylko żartowałyśmy — odpowiedziała główna zainteresowana.

— Co? Jaką teściową? — Policjant na początku nie zrozumiał, co kobieta do niego powiedziała. — Pani Zofio, nazywam się Bernard Zatyka. Pracuję w komendzie miejskiej dla Wrocławia — Krzyków i zostałem skierowany do sprawy, w której jest pani podejrzana.

— Zośka, coś ty zrobiła? — Ania spojrzała na koleżankę z niedowierzaniem, a ta w odpowiedzi jedynie wzruszyła ramionami i otworzyła oczy jeszcze szerzej. O ile to w ogóle możliwe.

— Czy zna pani obywatelkę Roksanę Szczepińską?

— O nie, znowu ta wariatka… — Zosia przewróciła oczami. — Tak, znam.

— Zapewne jest pani więc również zaznajomiona ze sprawą śmierci kota pani Szczepińskiej.

— Ja nie mam z tym nic wspólnego! — zapewniła.

— Pani Szczepińska twierdzi, że otruła pani jej kota.

— To wariatka! Ja nigdy nikogo nie otrułam! Przynajmniej nie świadomie i nic mi o ofiarach nie wiadomo. Może czasem zupę trzymam odrobinę za długo w lodówce, ale jeśli miałyby być jakieś ofiary mojej kuchni, to najprawdopodobniej byłabym pierwsza.

— Spokojnie, pani Małecka. Ja panią o nic nie oskarżam. Ta sprawa jest jednym wielkim żartem z wymiaru prawa. Proszę tylko o odrobinę zrozumienia. Taka praca. Muszę pewne pytania zadać i nic na to nie poradzimy — wytłumaczył spokojnie Zatyka. — Skąd zna pani Roksanę Szczepińską?

— To moja sąsiadka. Sąsiadka, którą zamorduję w najbliższym czasie za oskarżanie mnie o takie głupoty i wywlekanie swoich wariactw do instytucji publicznych — Zosia warknęła pod nosem.

— Pani Małecka, proszę się liczyć ze słowami. Czy miała pani styczność z kotem sąsiadki?

— Niebezpośrednią. Ten potwór regularnie sikał mi na balkon.

— Rozumiem, że nie pałała pani do niego szczególną sympatią.

— A pan by pałał sympatią do czegoś, co sprawiało, że w pana mieszkaniu wiecznie śmierdziało kocim moczem?

— No nie. Czy ma pani alibi na dzień morderstwa? — kontynuował profesjonalnym tonem Zatyka.

— Oczywiście. Byłam w pracy, a później na spotkaniu.

— Czyli rozumiem, że ktoś może potwierdzić pani wersję wydarzeń?

— Każdy, kto tu jest. Właściciel na pewno chętnie udostępni panu mój grafik. Przynajmniej tę część, w której nie dopisuje mi bezpłatnych nadgodzin.

— A t o późniejsze spotkanie? Czy może pani podać dane osób, które w nim uczestniczyły?

Zosia przypomniała sobie kretyna, którego pobiła różą i mocno się naburmuszyła.

— A mogę nie?

— Nalegam, aby jednak podała pani dane chociaż jednej osoby. Chodzi tylko o rutynowe czynności śledcze. Potwierdzę pani alibi i oboje będziemy mieli tę sprawę z głowy.

— Niestety nie mogę. Mój towarzysz… zaginął w akcji — wytłumaczyła i uśmiechnęła się sztucznie.

— A więc otwieramy sprawę zaginięcia?

— Nie! Nie. Nie. Nie! Po prostu nie. No dobra, to była randka. Pierwsza. Nie znam jego nazwiska. Nazywał się Patryk, nie dogadaliśmy się, więc nawet nie wymieniliśmy numerów, a poza tym najprawdopodobniej wyjechał z kraju. I nie wiem gdzie pojechał. Maila też nie mam. Żadnego namiaru na niego nie mam.

— Czyli nikt nie może potwierdzić pani alibi? — zapytał Zatyka.

I nastała taka niezręczna cisza. Zosia usilnie próbowała ją przerwać, ale żadne słowa nie przychodziły jej do głowy.

— Proszę nie brać przykładu z kolegi i nie wyjeżdżać w najbliższym czasie z kraju. Najlepiej po kraju również nie migrować. Nie chciałbym być zmuszony do wysyłania za panią listów gończych — dodał Zatyka. Sytuacja jeszcze bardziej zgęstniała.

— No i zrobiło się poważnie — podsumowała Ania.

— Ale ja nic nie zrobiłam! — Zosia prawie wpadła w panikę.

— Wyluzuj, Zosieńka — wtrąciła się rasta-babcia. — Nie ma dowodów, nie ma zbrodni. Tylko się stresu najesz.

— Łatwo pani mówić…

— Łatwo, bo mam dobry sposób. Sprawdzony i w Holandii bardzo często stosowany. Nawet zaproponowałabym coś zielonego, gdyby ten kolor nie gryzł się z niebieskim kubraczkiem kolegi. — Babcia wykrzywiła zmarszczki w szczerym uśmiechu i skinęła głową na Zatykę, który nie mógł uwierzyć własnym uszom.

— Udam, że tego nie słyszałem. — Bernard potrząsnął głową, aby jak najszybciej odsunąć od siebie myśl o sędziwej wielbicielce zieleni. — Pani Zofio, czy ma pani coś jeszcze do dodania w sprawie?

— Wnoszę o wykonanie badań psychiatrycznych pani Szczepińskiej, bo jej się coś poprzestawiało pod kopułą. Jest chora — odpowiedziała z uśmiechem Zosia.

— Zosieńka, nie ma już zdrowych ludzi na świecie. Są tylko niezdiagnozowani — wtrąciła pani Jadzia i pociągnęła łyka wzmocnionej rumem herbatki. — Każdemu można coś znaleźć. Wystarczy odpowiednio długo szukać. A pan władza się Zosieńki nie czepia. To dobra dziewczyna. Nikomu źle nie robi.

— Zresztą dobrze też dawno nikomu nie robiła — dodała Ania i zaśmiała się półgębkiem, zatykając usta dłonią. Zosia tymczasem spłonęła rumieńcem i czym prędzej pożegnała się z równie zażenowanym funkcjonariuszem.

Tego dnia Zosia szybciej urwała się z pracy, żeby wybrać się na kolejną randkę w ciemno, którą zorganizowała dla niej Baśka. To miała być nagroda pocieszenia i niby wszystko było w porządku. Facet przyzwoity. Może nie przesadnie przystojny, ale też nie przypominający Quasimoda. Raczej stabilny emocjonalnie. Przynajmniej do momentu, kiedy przy drugiej butelce wina nie zaczął opowiadać o swojej byłej, która przespała się z jego kumplem, a potem okazało się, że sypia z połową miasta i tylko w jego sypialni zachowuje się jak deska. Od tej pory randka zmieniła się w sesję terapeutyczną. I to w dodatku taką darmową.

— Myślisz, że ty masz problemy? — westchnęła w pewnym momencie.

— Jest mi naprawdę ciężko. Nie wiesz, co przeżywam. Nie zrozumiesz — stwierdził. Zosia zacisnęła tylko pięści i usiłowała nie uderzyć gościa w krocze, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście brak mu jaj.

— Tobie jest ciężko, tak? A ja jestem oskarżona o morderstwo. Przebij to — rzuciła.

Randka skończyła się niecałe dziesięć minut później, kiedy mężczyzna wyszedł do toalety i… już nie wrócił. W ostatecznym rozrachunku Zosia wróciła do domu z silnym postanowieniem, że się powiesi. Chciała raz na zawsze zakończyć swój marny żywot.

Weszła do mieszkania i na głos oznajmiła swój genialny plan. Krata wyjrzał na nią z kuchni i uśmiechnął się, jakby nie powiedziała nic dziwnego.

— Może najpierw zjedz trochę ravioli — zasugerował. — Przed śmiercią warto zjeść coś sycącego.

No i Zosia zjadła. I te cieplutkie, mięciutkie pierożki polane wyśmienitym sosem sprawiły, że przestała myśleć o samobójstwie. Jak to się mawiają: nic tak nie dodaje chęci do życia, jak dobre pierogi!

Rozdział 4
Najlepsze sposoby na poprawę humoru

Wizyta policjanta w Manufakturze wywołała nie lada poruszenie, lecz wkrótce sytuacja wróciła do normy. Zbliżał się wieczór, klientów nie było zbyt wielu, więc Zosia dla rozluźnienia osuszyła z koleżanką butelkę wina. Od razu obie zaczęły widzieć świat bardziej kolorowo. Pani Jadzia towarzyszyła im dzielnie w tym czasie wypijając kilka filiżanek herbaty z rumem.

— Zosiu, jeszcze lampkę? — zapytał chytro właściciel. Podsunął dziewczynom kolejną butelkę, bo liczył na to, że jeśli jego pracownica osiągnie odpowiedni stopień oprocentowania, to w końcu uda mu się namówić ją na zacieśnienie stosunków… ekhm… nie do końca zawodowych.

— Jasne, panie Jurku. Szefowi się nie odmawia. — Zosia wesoło zakołysała kieliszkiem.

— Jak ja tęsknię za czasami, kiedy byłam jeszcze wolna i mogłam pić wino z kim chciałam — westchnęła Ania.

— Zaczęłaś się spotykać z Pawłem, jak oboje byliście jeszcze w gimnazjum. Z kim ty wtedy chciałaś pić wino? — przypomniała Zosia.

— Jeśli postrzegać miłość, jako światło życia, to małżeństwo jest takim swoistym rachunkiem za prąd — wtrąciła pani Jadzia. — Zresztą z trzech głównych powodów, dla których ludzie się żenią, miłość jest dopiero na drugim miejscu.

— Na drugim? — dopytywał pan Jurek.

— Tak, na drugim. Tuż po głupocie, a zaraz przed alkoholem.

— Zmarnowałam sobie życie, wiesz? Zmarnowałam. Tak szybko zakładać rodzinę, to jak wyjść z imprezy przed dwudziestą drugą. Zmarnowałam sobie życie. — Ania wciąż użalała się nad swoim losem.

— Nauczka na przyszłe życie — podsumowała rasta-babcia. Po trzeciej herbatce uznała, że to odpowiednia pora na to, żeby zapalić, więc usiadła przy drzwiach i puszczała w świat małe chmurki dymu. W takich chwilach najbardziej zbierało jej się na mądrości życiowe.

— Ja tam nie wierzę w życie po życiu — powiedziała Zosia.

— A ja zaczynam wierzyć — sprzeciwiła się Ania. — Właściwie nie w życie po życiu jako takie, ale… mam wrażenie, że dopiero jakby mój małżonek umarł… to po jego życiu mogłoby się na nowo zacząć moje.

— Biorąc pod uwagę to, że mężczyźni żyją średnio około 73 lata, pozostało ci jeszcze jakieś 48, żeby zacząć znowu żyć — obliczyła szybko barmanka.

— A co za problem pomóc draniowi zejść szybciej? — zapytała babcia.

Obie dziewczyny spojrzały na staruszkę z niedowierzaniem. Zosia była skołowana, a jej koleżanka zachwycona.

— Pani Jadziu, pani to jest mądra jak babcia Wierzba! — wykrzyknęła.

— Tylko ja nie pieprzę dyrdymałów typu: „Wszędzie wokół ciebie są dobre duchy”. Wszędzie mogą być najwyżej dobre buchy. Mówię jak jest. Chociaż niektóre bity miała dobre. „Niech cię to ogarnie, jak ogarnia fala brzeg”. Z wnuczką oglądałam.

— Właśnie mnie to ogarnęło. Muszę tego swojego dziada ubić. I wtedy będę miała spokój. Genialny pomysł!

— Anka, czy ty…? Czy ciebie…? Wiesz co, tobie już wystarczy. — Zosia stanowczym ruchem odsunęła od koleżanki kieliszek z winem. Ania zareagowała na to desperacką próbą wyszarpnięcia ostatnich łyków alkoholu.

— Przestań. Zastanów się nad tym.

— Tam to dopiero musieli mieć jaranie, skoro potrafili gadać z drzewami — westchnęła z rozmarzenia pani Jadzia.

— Zastanów się — ciągnęła Ania. — Mój mąż to zakała. Od ślubu ciągle się kłócimy. Ucieka ode mnie do pracy, wiecznie jest zmęczony. Najchętniej tylko siedziałby na kanapie i chlał piwo. Kiedyś topiliśmy się w namiętności, a teraz topi się w chmielu. W ogóle nie ciągnie go do zbliżeń, więc pewnie ma kogoś na boku. W sumie nareszcie dogadaliśmy się w sprawach łóżkowych. Głowa zaczyna nas boleć w tym samym momencie. I nie skłamię, jeśli powiem, że nasze uczucie nie wygląda już tak, jak kiedyś.

— Małżeństwo to nie jest koniec świata. Istnieją rozwody — podpowiedziała koleżanka.

— To nie wchodzi w grę. Nasze rodziny są bardzo restrykcyjne w tych kwestiach. Ślub kościelny to dla nich świętość. W grę wchodzi tylko: „Dopóki śmierć was nie rozłączy”. I to jest moja szansa.

— Aneczka, wytrzeźwiej, to o tym porozmawiamy.

— Nie! Jestem w pełni świadoma swoich słów. Chcę zabić męża!

— A wymyśliłaś może, w jaki sposób to zrobisz? Jesteś od niego słabsza — przypomniała koleżanka zza baru.

— Raz próbowałam go udusić szalikiem. Zaciskałam mu go na szyi, a w myślach już widziałam, jak pada przede mną i błaga o litość. Niestety w rzeczywistości Paweł nawet nic nie zauważył.

— Zrzuć go ze schodów — zasugerowała babcia.

— Świetne! — wykrzyknęła. — Do tego nie trzeba wielkiej siły.

— Tylko zastanów się, z jakiej wysokości musisz go zrzucić, żeby się zabił, a nie połamał, bo inaczej wylądujesz z kaleką, którym będziesz musiała się zajmować do końca życia. — Zosia przejęła rolę logiki.

— Słusznie. Jak wysokie muszą być schody, żeby podczas upadku się zabił?

— To wie każdy Polak — wtrącił się pan Jurek. — To muszą być takie schody, że jak staniesz na krawędzi, to powiesz: „O kurwa”.

— To chyba musiałabyś go zabrać do Chin…

— Znam prostszy sposób! — wtrącił ponownie Jurek. — Viagra! Podaj mu i uprawiaj z nim seks przez kilkanaście godzin. Padnie na serce, a ty będziesz miała spokojne sumienie, bo śmierć w czasie seksu jest piękna i chwalebna.

— Panie Jurku… — Zosia spojrzała wymownie na kierownika.

— No co? Albo mam jeszcze lepsze! Obciągaj mu tak długo, aż wyssiesz kiszki. Jezuniu, zabiłbym za taką śmierć…

— Może po prostu się wyprowadź — rzuciła Zosia. — Serce mu pęknie.

— Ha! Chyba z radości — skwitowała Ania.

— Cześć, misiaczki! — Do bistro wpadła niespodziewanie Baśka.

Baśka, jak wszyscy bardzo szybko dostrzegali, miała duży biust, który dodatkowo eksponowała. Miała też duże oczy oraz usta. I tylko jedna z tych rzeczy była duża z natury. Pozostałe były wynikiem pracy zespołu specjalistów. Co jednak nie zmieniało faktu, że Baśka wzbudzała podziw wszędzie, gdzie tylko się pojawiała. Do szałowego wyglądu miała w komplecie charyzmatyczną, ekspresyjną osobowość. Nawet ślepego potrafiła oczarować, oddziałując na wszystkie pozostałe zmysły. Jej zapach na długo unosił się w pomieszczeniu, które odwiedziła.

— Basia! Idealnie! Pomożesz mi wymyślić, w jaki sposób mogę zabić męża?

— Kochana, to żaden problem. Bierzesz pod włos pierwszego z brzegu frajera, żalisz mu się, że stary cię bije i musisz się od niego uwolnić, a on już zrobi robotę za ciebie — odpowiedziała bez chwili zastanowienia i popukała się w wysadzany brylantami zegarek. — Zośka, pakuj piórnik. Twoja zmiana się skończyła. Zabieram cię do kosmetyczki. Mój luby płaci.

— Prawda, prawda. — Zosia podniosła czoło z blatu i ruszyła na zaplecze po swoje rzeczy.

— Jak ty to robisz, że facet daje ci na wszystko? — Ania spojrzała na koleżankę z podziwem. — Mój tylko krzyczy, że kupiłam sobie nowe buty.

— Kochana, klucz w tym, żeby się nie ograniczać. Ja mam trzech facetów. Jeden siedzi w Holandii, drugi w Norwegii, trzeci w Szkocji, a ja mogę tutaj robić, co mi się podoba. Dają mi na utrzymanie, dają mi wszystko, czego chcę. Wystarczy, że zadzwonię i powiem: „Misiaczku, idę właśnie do kosmetyczki. Ty płacisz, oczywiście” i oni to kupują. Wystarczy im myśl, że mają taką dziewczynę jak ja, która na nich czeka. Raz w tygodniu siadam z każdym po kolei na skypie i zapewniam, że go kocham, że jest jedyny i nie mogę się doczekać, kiedy wróci.

— Monogamia to przeżytek — podsumowała pani Jadzia.

— A jak chcesz się pozbyć swojego, tak na serio, to zaaranżuj mały wypadek. Wyciek płynu hamulcowego, czy coś. Przetnij kilka kabelków, a samochód zrobi resztę za ciebie — poradziła Baśka.

Zosia w tym czasie zdążyła się zebrać, więc kiedy wyszła z zaplecza, Baśka wzięła ją pod ramię i nie przyjmując słowa sprzeciwu, wyciągnęła z Manufaktury.

Trzeba przyznać, że wizyta u kosmetyczki odrobinę poprawiła Zosi humor. Może poza złośliwymi wtrąceniami pani, która ją obsługiwała, że przez alkohol jej pory wołają o pomstę do nieba. Jednakże z czasem wypite wino wywietrzało, a Zosia wróciła do mieszkania w pełni sił. Tam z kolei przywitał ją jak zwykle szalony Zorro, który piszczał i prawie posikał się z radości, kiedy przeszła obok smyczy. Oboje wiedzieli, że spacer tego wieczora ich nie ominie. Zanim jednak mieli wyjść, Zorro uciekł do kuchni, a Zosia poszła za nim. Domyślała się, że za chwilę zobaczy swojego ulubionego współlokatora.

Krata gotował, czego można było się domyślić po tłustych bitach unoszących się w całym mieszkaniu. Rytmy typowe dla mordowni nad ranem, które górnolotnie ktoś nazwał muzyką techno, napawały uszy każdego wielbiciela spawania. Zbyszek z kolei, jak na człowieka otwartego przystało, nie dyskryminował żadnego gatunku. Potrafił jednego dnia słuchać Szopena, drugiego Popka, a trzeciego The Prodigy.

Kiedy Zosia przeszła przez wąski korytarz, została natychmiast uderzona zapachem kaszy z warzywami, która była specjalnością jej współlokatora. Zagwizdała, ale wyjątkowo nie doczekała się reakcji swojego ukochanego wilczura. Wiedziała, że znajdzie go przy patelni, gdzie czekał z nadzieją, aż kawałek kurczaka przypadkiem wskoczy prosto do jego paszczy. Obok psa znalazła również osobę odpowiedzialną za unoszące się w powietrzu aromaty. Prawie dwumetrowy wygolony na zero kafar, który jedną rękę miał grubszą niż Zosi udo, stał przy garach w czerwonym fartuszku i radośnie nucił to swoje „buc, buc, buc”. Ten strój idealnie komponował się z tatuażami, które pokrywały większą część jego ciała.

— Zdrajco. Dla żarcia zrobił byś wszystko, nie? — rzuciła z udawaną pogardą.

— Zosieńka! — Krata oderwał się od patelni i podszedł przywitać dziewczynę. — Jaka ty dzisiaj kwitnąca. Masz ślicznie rumiane policzki. Zupełnie, jakbyś przełamała wszystkie swoje opory i poszła pobiegać. Tylko zadyszki nie widzę.

— Baśka zabrała mnie do kosmetyczki. Trafiłyśmy na taką babę, że co chwilę o coś się mnie czepiała. Jak nie o to, że mam podrażnioną skórę, to o to, że piłam przed przyjściem.

— Zosiu, picie alkoholu prowadzi do odwodnienia organizmu, a co za tym idzie, wysusza i podrażnia skórę. W dodatku ty, biedactwo, masz cerę naczynkową, a alkohol sprawia, że naczynia krwionośne się rozszerzają. Sztachnij się rozmarynem. Widzę, że jesteś podenerwowana. Zaparzyć ci meliski? — zaproponował. Wypada w tym miejscu podkreślić, że Krata, poza tym, że był fanatykiem siłowni, a nocą dorabiał na bramce w klubie nocnym, uwielbiał czytać różne artykuły, które w lot zapamiętywał. Był więc specjalistą od pielęgnacji skóry, aromaterapii, feng shui i innych tego typu pierdół. Poza tym był w trakcie pisania doktoratu z czegoś, co nie interesowało nikogo, poza nim. Mimo to święcie wierzył, że jego praca może zmienić świat. Wieczorami, jeśli nie stał na bramce w klubie Banana, lubił założyć na nos okulary i poczytać dobrą książkę.

— Nieee, idę się przejść. Zorro potrzebuje spaceru.

— Późno jest, nie powinnaś wychodzić sama. Poczekaj chwilę. Już kończę gotować. Zjemy i pójdziemy razem — obiecał. Zosia chętnie przystała na propozycję. Nawet nie dlatego, że przy takim mężczyźnie czuła się w pełni bezpiecznie. Po prostu zdążyła zgłodnieć.

W trójkę spożyli sycący posiłek, po czym żadnemu już nie chciało się ruszać. Nawet Zorro położył się tyłkiem na stopach właścicielki i tylko kontrolnie spoglądał w kierunku drzwi. Po chwili mobilizacji jednak zebrali się w sobie na tyle, żeby ruszyć swoje cztery litery (w tym wypadku dwanaście liter).

— To co cię tak rozstroiło psychicznie, Zosiu? — zagadnął Krata, kiedy rześka kwietniowa noc swym chłodem pobudziła ich do życia.

— Szczepińska.

— Ta wariatka? — dopytywał, a Zosia przytaknęła kiwnięciem głowy. — Jeśli o nią chodzi, to przyszło mi do głowy jedno rozwiązanie. Wyobraź sobie, że jesteś gdzieś z dala od miasta. W środku lasu, nad cichym strumieniem, pośród skalistych zboczy. Ptaszki wesoło śpiewają nad twoją głową. Nikt nie wie nic o tym miejscu, jesteś całkowicie bezpieczna. Jesteś totalnie chroniona przed całym tym pędzącym i gnającym do przodu światem. Kojące dźwięki szemrzącego strumyka i wodospadu wypełniają cię poczuciem błogości, woda jest krystalicznie przeźroczysta i orzeźwiająca… a ty wyraźnie widzisz twarz Szczepińskiej, którą przytrzymujesz pod wodą. Ach… — Krata westchnął rozmarzony, a Zosia zaśmiała się cicho.

— Rzeczywiście. Odprężająca myśl — przytaknęła.

— Szczepińska to ta od sikającego kota? — Mężczyzna starał się upewnić.

— Tak. Z tą tylko różnicą, że problem sikania raz na zawsze rozwiązany.

— Co, wycięła mu pęcherz?

— Nie. Kotkowi się zdechło.

— Zdechł? Naprawdę?

— Tak. I wyobraź sobie, że o jego śmierć obwiniła mnie.

— Prawidłowo. Tyle razy, ile ty mu życzyłaś śmierci… widocznie masz chody u Niebieskiego i w końcu cię wysłuchał.

— To nie jest śmieszne. — Dziewczyna szturchnęła współlokatora. W ten niezauważalny dla niego sposób chciała wymusić zakończenie tematu żartów z nieboszczyka, ale jak na młodego mężczyznę przystało, Krata przyjął to jak zachętę.

— W sumie nieźle musiałaś go przekląć, żeby zabrać mu za jednym zamachem wszystkie dziewięć żyć.

— To wciąż nie jest śmieszne! — Dziewczyna siłowała się z jedną ręką Kraty, w czasie kiedy ten drugą bez najmniejszego problemu trzymał psa na smyczy. Zorro radośnie szczeknął i dołączył do zabawy, skacząc na swoją właścicielkę.

— W sumie mam rozwiązanie tego problemu. Wsadźmy Kocia do pudełka! Dopóki ktoś go nie otworzy, to kot będzie żywy i martwy jednocześnie!

— Daj już spokój martwemu kotu.

— Zawsze można też położyć go na polu marchewki. Może zMarchwiWstanie. — Krata śmiał się nie szczędząc przepony. Zważywszy na to, że śmiech miał jak hamujący pociąg, szybka reakcja była pożądana. Zosia dopiero po dłuższej chwili uświadomiła sobie, że mężczyzn w każdym wieku trzeba czasem traktować jak dzieci. Ignorowanie zaczepek w końcu dało efekt, Zbyszek się uspokoił.

— Zosia, ale w razie czego… wiesz, że jestem z tobą, prawda? Jak trzeba, to mogę iść na policję i powiedzieć, że Szczepińska miała problemy natury psychologicznej. Ostatecznie, jak się uprą na jej wersję, to mogę im wszystkim upierdolić głowy przy samej dupie. To rozwiązanie na większość problemów — zaproponował i wyszczerzył rządek równiutkich białych zębów, pośród których świecił jeden srebrny kieł.

— Dzięki, Krata. Dobrze jest mieć po swojej stronie kogoś takiego jak ty. Co nie zmienia faktu, że nic mi ostatnio nie wychodzi. Same problemy. Wszystko jest do dupy.

— Noo… tylko pasta jest do zębów. Ale nie bój się, wujek Krata ma dla ciebie pociechę. Wczoraj przyszedł do nas na siłkę nowy koleś. Pogadaliśmy chwilę po ćwiczeniach i powiem ci, że całkiem ogarnięty. Dobrze zarabia, dziewczyny nie ma. Zagadałem, że mam śliczną współlokatorkę i zainteresował się. Jak chcesz, to was umówię.

— Chyba nic gorszego mnie już dzisiaj nie spotka, więc czemu nie? — Zosia przytaknęła bez większego entuzjazmu. Jednakże jak na kobietę przystało, zaraz po powrocie do mieszkania, przekopała pół szafy, żeby znaleźć odpowiednią kreację.

Programista, owszem, okazał się całkiem ogarnięty życiowo. Był nawet w miarę przystojny. Tylko z kobietami mu nie szło. Na miejsce spotkania wybrał najgorsze możliwe miejsce — kino. Pierwsza randka powinna opierać się na rozmowie, możliwości poznania się w jakikolwiek sposób. Jednocześnie Zosia nigdy nie lubiła, jak ludzie gadają na filmie. Nie mogła się więc doczekać, aż seans się skończy i dowie się czegoś o niebieskookim mężczyźnie. Trochę ją zaskoczyło, kiedy zaproponował, że ją odwiezie. Nie mieli nawet okazji do zamienienia kilku słów, więc nasza dzielna bohaterka postanowiła grać ostro. Jak tylko znaleźli się pod jej blokiem, zaprosiła mężczyznę na kawę. O dziwo się zgodził, więc z góry założyła, że wygrała. Niestety wszelkie próby zbliżenia się do niego dawały marne rezultaty. Programista zestresował się samym faktem tego, że jest w jej pokoju. Rozmowa się nie kleiła, bo wyglądał, jakby pięć razy zastanawiał się, czy to, co chce powiedzieć, ma sens. W końcu jego obawy zaczęły udzielać się Zosi i oboje mieli nienajlepsze humory. Wymyślili genialnie, że obejrzą jeszcze jakiś film. Sprytna Zosia widziała w tym ucieczkę od niezręcznej konwersacji przerywanej jeszcze bardziej niezręczną ciszą. W dodatku mogła usiąść bliżej niego, poczuć jego zapach, napawać się bliskością. Programista również wydawał się zadowolony z obrotu sytuacji. Objął ją nawet ramieniem. Z tym, że jak tylko położyła głowę na jego ramieniu, tak się zestresował, że niemal cały zaczął się trząść. Gdy w końcu przyzwyczaił się do nowej sytuacji, postanowiła pójść krok dalej — dotknęła jego dłoni. To z kolei spowodowało, że serce zaczęło mu walić jak oszalałe. Zerwał się z kanapy, spojrzał na zegarek i pod pretekstem niezałatwionej sprawy, o której na śmierć zapomniał, uciekł z mieszkania.

Jego niepewność mogłaby zostać uznana za słodką, ale… nie byli już w podstawówce. Zosia miała prawie trzydzieści lat. Jeśli facet bał się objąć ją ramieniem, to na pocałunek zdecydowałby się pewnie dopiero po roku, na związek po trzech latach, a na ślub po dwudziestu. Zegar biologiczny tykał, a kiedy pomyślał o tym, ile musiałby jeszcze tykać przy tym typie, to aż mu sprężyny zapiszczały.

Rozdział 5
No to może wszyscy napijmy się meliski?

Atmosfera na ulicy Jaworowej gęstniała z każdą upływającą minutą. Bernard Zatyka głowił się nad wszystkimi zebranymi materiałami. Zrobił wywiad wśród mieszkańców bloku na Sowiej, a nawet sprawdził akta w poszukiwaniu danych na temat oskarżonej i powódki. O pierwszej nie doszukał się niczego. Odnośnie drugiej trafił jedynie na kilka niezapłaconych mandatów i zdjęć z fotoradarów, na których kobieta w ciemnych okularach z perfidnym uśmiechem pokazywała do kamery środkowy palec. Z akt wynikało, że w wieku 24 lat wyszła za mąż za znanego podróżnika. 4 lata później się rozwiedli. Jeszcze przez 2 lata dużo podróżowała po świecie, a później osiadła we Wrocławiu i rozpoczęła pracę w dziekanacie, gdzie można było ją spotkać od 5 lat. Pozostawało jednak wiele niewiadomych. Choćby to, czy w jakiś sposób oskarżona mogła się dostać do mieszkania. Czy sąsiadka zostawiała gdzieś klucz? Może pod wycieraczką, albo w paprotce, która stała koło wejścia? Niestety nie mógł zadać tych pytań, ponieważ pani Szczepińska była wielką nieobecną. Telefon nie odpowiadał, a w mieszkaniu nikogo nie zastał, choć zaglądał tam kilkakrotnie w różnych porach. Zaszedł nawet do dziekanatu, w którym pracowała, ale żadna ze współpracownic nie widziała jej od ponad miesiąca, kiedy Roksana poszła na urlop, z którego już nie wróciła. Po upływie 48 godzin Zatyka doznał olśnienia — kobieta zaginęła! To nadawało śledztwu nowy kurs i dużo wyższą rangę. To była sprawa, która w końcu mogła pomóc mu odbić się od dna i uwolnić od papuziej klątwy. Musiał rozwiązać tę zagadkę. Najlepiej na własną rękę, bo współpraca z policją z jakiegoś tajemniczego powodu nie bardzo mu odpowiadała.

Brakowało jednak punktu zaczepienia, bo poza zniknięciem sąsiadki, nie wydarzyło się nic, co mogłoby w jakikolwiek sposób wskazać sprawcę. Nie mogło być również tak, że ktoś zamordował Roksanie kota, a później ona sama postanowiła zniknąć. Zatyka był pewien, że ktoś jej w tym zaginięciu pomógł. Tylko kto?

W poszukiwaniu śladów po raz kolejny przejrzał akta i odsłuchał materiał nagrany podczas rozmów z sąsiadami. O Szczepińskiej wyrażali się raczej krótkimi zdaniami. Zwykle zawierając w nich słowa typu: „wredna”, „jędza”, albo „żmija”. Z kolei o podejrzanej dziewczynie mało kto był w stanie coś powiedzieć. Sąsiedzi używali sformułować typu: „ta dziewczyna”, albo „jakaś pannica z psem”. Nieliczni byli w stanie podać jej imię. Tylko jeden z lokatorów okazał się nad wyraz gadatliwy. Studencik z ulizanymi włoskami nazwał Zofię Małecką złem wcielonym i pomiotem szatana. Z opowieści wynikało również, że najprawdopodobniej uraziła jego ego, kiedy po raz siódmy odmówiła mu spotkania, chociaż „cały czas machała mu tyłkiem przed nosem” i chłopak był pewien, że „w myślach przeleciała go wielokrotnie”. Kiedy Bernard przystanął nad tą wypowiedzią odrobinę dłużej, doszedł do wniosku, że Zofia jest jego jedyną podejrzaną. Zwłaszcza, że nawet przy nim groziła sąsiadce śmiercią. I nie miała alibi!

Bernard podniósł się gwałtownie z krzesła i niechcący trącił kubek z kawą, który roztrzaskał się o podłogę, po drodze tworząc wielką plamę na jego spodniach. Wykrzyknął głośno pewne niecenzuralne słowo na „k”.

— No z ust mi pan to wyjąłeś — skomentował zniesmaczony woźny. Nie dość, że po dwudziestej ktoś jeszcze siedział na komisariacie, to w dodatku narobił mu dodatkowej roboty.

Zawstydzony posterunkowy uciekł do łazienki, po czym z mokrym kroczem ruszył drogą wstydu wprost do swojego mieszkania, by następnego dnia złożyć wizytę głównej podejrzanej. Tym razem postanowił jednak załatwić sprawę odrobinę dyskretniej, więc zamiast iść do baru, w którym pracowała, poczekał do zakończenia zmiany i planował zastać ją w mieszkaniu. Po cichu liczył na to, że odkryje tam jakieś dowody zbrodni.

— Pani Małecka — zaczął oficjalnie, jak tylko dziewczyna otworzyła mu drzwi.

Zosia stała jak wryta. W kapciach i szlafroku. Gotowa już tylko na to, żeby się wykąpać, puścić jakiś film i zasnąć w połowie. W żadnym wypadku nie spodziewała się gości.

— Jest pani aresztowana pod zarzutem porwania Roksany Szczepińskiej — kontynuował Zatyka.

Zosia miała wrażenie, że jej szczęka właśnie zderzyła się z podłożem. W dodatku już sekundę później zrozumiała, że ma na twarzy mało inteligentną minę. Starała się zewrzeć dolną wargę z górną, a później prychnęła i wybełkotała kilka nieskładnych sylab.

— Ale ja…? Co? Jakiego porwania? I właściwie to… na jakiej podstawie? — zapytała, kiedy w końcu była w stanie złożyć w miarę sensowne zdanie.

— Wygłaszała pani pogróżki pod adresem Szczepińskiej. W dodatku nie ma pani alibi na noc zabójstwa kota wcześniej wspomnianej.

— To jakiś żart?

— Z policją nie ma żartów, pani Małecka.

— Chcecie mnie zamknąć za to, że jakaś wariatka zniknęła?

— Na razie zabiorę panią na przesłuchanie — poinformował Zatyka.

— Ale dlaczego akurat mnie? I w ogóle ma pan jakiś nakaz, czy coś? Nie jest pan nawet w mundurze.

— Pani Małecka, przyjeżdżam tu specjalnie po służbie, żeby pani pomóc. Może pani się stawiać, albo możemy załatwić sprawę polubownie. Pójdzie pani ze mną i odpowie na moje pytania, albo zamknę panią rutynowo na dwadzieścia cztery godziny za utrudnianie śledztwa. — Zatyka zachowywał pełen profesjonalizm. Nie pierwszy raz spotykał się z oporem. Wiedział, jak sobie radzić z takimi przypadkami. Kilka gróźb zwykle zapewniało pełne posłuszeństwo.

— A mogę chociaż się… ubrać?

— Byłoby to stosowne w obecnej sytuacji. Zezwalam.

— To… eee… proszę wejść… ja się zaraz… eee… przygotuję? — Zosia starała się nie wpaść w panikę, jednak miała wrażenie, że zamiast mózgu zrobiła jej się w głowie papka. Fakty jeszcze do niej nie docierały i starała się to wszystko ogarnąć, jak ogarnia fala brzeg. Czy jak to tam mówiła babcia Wierzba.

Dziewczyna zrobiła z pięć kółek w tą i z powrotem, nie wiedząc do końca, czego właściwie szuka, po czym w końcu chwyciła pierwszą lepszą bluzkę i jeansy, z którymi zamknęła się w łazience.

Bernard tymczasem zaczął się ostrożnie rozglądać. To zrobił kroczek w kierunku kuchni, to dwa kroczki w kierunku zosinego pokoju. Przyjrzał się śladom szminki na obrzeżach lustra w przedpokoju, dotknął szczotki pełnej czarnych włosów i delikatnie uchylił drzwi do pomieszczenia, po którym wcześniej kręciła się podejrzana. Zajrzał, ale nim zdążył cokolwiek zobaczyć, usłyszał za plecami ciche przekleństwo, po czym padł na podłogę.

Kiedy Zatyka odzyskał zmysły, przez głowę przebiegły mu wszystkie możliwe scenariusze wydarzeń. Łącznie z nagłym atakiem kosmitów. Przeanalizował je i doszedł do wniosku, że najprawdopodobniej oberwał od kogoś w głowę. Podejrzana była raczej drobną kobietą i nie podejrzewał jej o taką siłę. Mogła jednak użyć jakiegoś ciężkiego przedmiotu. Zwykle w takiej sytuacji najlepiej zbyt szybko nie dawać znać napastnikowi, że już się człowiek ocknął. Czasami lepiej poleżeć nieruchomo i posłuchać. Można się wtedy zorientować chociażby w motywie napaści.

— Przywaliłeś mu patelnią?!

— Akurat miałem ją pod ręką. Nie wiedziałem, że to glina — usłyszał delikatnie zachrypnięty męski głos.

Czyli jednak napaść. I to nie będąca sprawką pozwanej.

— A jak go zabiłeś? Teraz to na bank pójdę siedzieć. — To na pewno był głos Zofii Małeckiej.

Czyli miała wspólnika.

— Sama mówiłaś, że był wkurzający i namolny. Jednego chwasta mniej.

Tego było już za wiele. Zniesławienie? Takie teksty nie mogły ujść im płazem!

— Pobicie policjanta na służbie. Pięknie. Grzywna, ograniczenie wolności lub całkowite jej pozbawienie do trzech lat. — Bernard podniósł się powoli i spiorunował spojrzeniem Zofię i jej towarzysza. Właściwie jedno spojrzenie w jego kierunku sprawiło, że policjantowi zatrzęsły się nogi. Z takim kafarem nie chciałby się spotkać w ciemnej uliczce, ale próbował zachować zimną krew i nie okazać strachu.

— Po służbie. Sam pan tak mówił — poprawiła Zosia.

— To wciąż pobicie!

— A po co żeś pan myszkował po mieszkaniu? Wziąłem pana za włamywacza! Broniłem swojego terytorium. Mam do tego prawo — odpowiedział Krata. Zrobił krok w kierunku policjanta, z którego wydobył się cichy pisk.

— Właśnie. Zbyszek się bronił. To było w obronie własnej i własnego mienia. I mojego trochę też — dodała Zosia.

— Przyszedłem po panią Małecką. Zabieram ją na przesłuchanie. Jeszcze chwila, a zabiorę was oboje. — Zatyka przeczesał dłonią włosy, żeby przy okazji sprawdzić, jak wielkiego guza nabił sobie podczas upadku.

— Jakie „was”? Jakie „was”? Od kiedy jesteśmy na „ty”, glino? — Krata wśród znajomych był znany z tego, że ze wszystkich złych rzeczy na świecie, najbardziej denerwował go brak kultury.

— Od kiedy pana łapa zderzyła się z moją czaszką, panie Kratowski — uciął Zatyka. Dla bardziej dramatycznego efektu przeciągnął odrobinę „s” w nazwisku kafara. Przestudiował dokładnie akta i wiedział, z kim ma do czynienia. Nie miał zamiaru dać się po raz kolejny zaskoczyć.

— Nie łapa, tylko patelnia. Niech pan się lepiej wylegitymuje, bo nie ręczę za siebie. Po nazwisku, to po pysku, nie wiesz pan?

— Jeszcze jedna groźba, a podzieli pan celę z morderczynią kotów! — krzyknął w nerwach Zatyka.

— Ja nie zamordowałam żadnego kota! — przypomniała Zosia.

— To się okaże!

— Jest pan najgorszym, najwredniejszym policjantem, jakiego znam!

— Widzisz, jaki on jest? Założę się, że chciałabyś mieć teraz patelnię, żeby mu przywalić — wtrącił Krata.

— Panie Kratowski! — Zatyka nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.

— Oj, bo się naprawdę zdenerwuję — uprzedził Krata. — Niech pan się lepiej wylegitymuje.

Zatyka w końcu uległ i wyciągnął legitymację służbową. Podsunął dokument pod nos Kraty, który przestudiował go milimetr po milimetrze. To zajęcie wydawało się działać na niego odprężająco, bo kiedy oddał świstek policjantowi, na ustach zakwitł mu szeroki uśmiech.

— To ja mam pomysł — powiedział wesoło. — Może zamiast bawić się w jakieś przesłuchania, to usiądziemy sobie wszyscy razem i pogadamy jak normalni ludzie? Sernik już się piecze, a w międzyczasie może wszyscy napijemy się meliski? Trochę nerwowo się zrobiło.

Zatyka spojrzał na kafara z niedowierzaniem. Nie był pewien, co właściwie się wydarzyło, ale miał już dosyć tego miejsca. Mieszkanie śmierdziało psem, a jego lokatorzy wydawali mu się nie do końca zrównoważeni psychicznie.

— Pani Zofio, proszę przygotować się do wyjścia — powiedział i ruszył w kierunku drzwi.

— Nie! Nigdzie nie idę! — Zosia nabrała odwagi do walki, kiedy miała przy swoim boku Kratę.

— Zosia, pozwól na chwilę. — Zbyszek przeprosił policjanta i zabrał koleżankę do kuchni. Ściszył głos, żeby przypadkiem nieproszony gość nie podłapał pomysłów, o których miał zamiar powiedzieć. — Może jednak lepiej postawić na współpracę?

— Zwariowałeś? Przed chwilą walnąłeś typa patelnią — przypomniała zdezorientowana Zosia.

— Bo nie wiedziałem, że to glina. Zresztą przypomniało mi się, co ostatnio na siłce mówił mi kumpel. Tydzień temu o szóstej rano antyterroryści wpadli mu do mieszkania. Bez tłumaczenia niczego wywlekli go i zabrali do siebie. Przesłuchiwali go pod kątem nielegalnych substancji i zakłócania ciszy. Potem rutynowo zamknęli go na dwadzieścia cztery. Bez żadnych podstaw. Dopiero później okazało się, że sąsiadka nakłamała na jego temat i przedstawiła go jako psychopatę niebezpiecznego dla otoczenia. Tylko dlatego, że kiedyś nie powiedział jej: „Dzień dobry”.

— Coooo? — Zosia nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. — Ale jak tak można?

— To policja, Zosiu. Oni mogą. Także może lepiej będzie współpracować.

Biedna Zosia nie miała wyboru. Zwiesiła głowę i wpatrzona we własne buty wróciła do policjanta. Bąknęła coś o tym, że zgadza się na przesłuchanie i przytuliła psa na pożegnanie.

Zatyka tymczasem starał się uruchomić wszystkie nieobite szare komórki, aby wymyślić plan działania. Nie bardzo mógł zabrać podejrzaną na komisariat. Tam zawsze ktoś podsłuchiwał, a miał przecież zamiar zachować sprawę w tajemnicy. Nie bardzo też mógł przesłuchiwać ją na środku ulicy.

— No to po mojej reputacji. — Zosia westchnęła i spojrzała na okna sąsiadów. Najstarsze lokatorki tylko czekały na taką sensację.

— Nie rozumiem.

— Jak ludzie zobaczą, że wsiadam do radiowozu, to już zawsze będą na mnie patrzyli, jak na kryminalistkę — wytłumaczyła z niesmakiem patrząc na poloneza.

— Jest pani podejrzana o morderstwo i porwanie. Naprawdę opinia sąsiadów jest teraz dla pani najważniejsza? — Zatyka spojrzał wymownie na dziewczynę. Zosia westchnęła i spojrzała na swoja ulicę, jakby patrzyła na nią po raz ostatni.

Coś jednak sprawiło, że nagle otworzyła szerzej oczy i uniosła brwi.

— Ty! — Wskazała na mężczyznę, który akurat przechodził drugą stroną ulicy. On również spojrzał w jej kierunku i niemal odskoczył, kiedy zauważył, że dziewczyna wskazuje palcem na niego.

To była kwestia sekund. Przez pierwsze dwie wpatrywali się sobie w oczy, a już w trzeciej niemal jednocześnie zerwali się do biegu. Zosia zaczęła gonić mężczyznę wykrzykując w jego kierunku różne wymyślne obelgi. Tymczasem mężczyzna zaczął uciekać w obawie o własne życie. Żeby było zabawniej, zaraz za nimi pobiegł Zatyka, który oficjalnie rozpoczął pogoń za uciekinierką.

Jak się bardzo szybko okazało, z całej trójki, Zosia miała najmniejszą wprawę w bieganiu. Zatyka dopadł ją zanim zdążyła skręcić w pierwszą uliczkę.

— Debilu, to był on! — warknęła, jak tylko złapała oddech.

— Pani Małecka, proszę uważać na słowa! To po pierwsze. A po drugie, ucieczka była najgłupszym, co mogła pani zrobić. Tylko potwierdziła pani swoją winę.

— Ale to on był! Ten koleś, z którym się widziałam w dniu zabicia Kocia! Mógł potwierdzić moje alibi! Gdyby tylko udało mi się go złapać!

— Teraz próbuje się pani wyłgać. — Zatyka nie wierzył w tłumaczenia podejrzanej.

— Ruchy! Może jeszcze go złapiemy! — Zosia nagle zrobiła się bardzo chętna, żeby wsiąść do radiowozu. Zaczęła poganiać Zatykę i namawiać go do jazdy na sygnale, na co oczywiście się nie zgodził. Przewrócił oczami i przejechał kilka uliczek, które wskazała mu Zosia. Ona z kolei w tym czasie wtajemniczyła go w specyfikę randki, którą przeżyła. To jednak nie wzbudziło na tyle współczucia, żeby policjant dał jej spokój.

Kiedy oboje doszli do wniosku, że już raczej nie znajdą tego mężczyzny, Zatyka wrócił na wcześniej obraną trasę. W akompaniamencie kantaty o skończonym życiu, którą zaserwowała mu podejrzana. Jak na kobietę przystało, kiedy już zaczęła się żalić, to nie mogła przestać. Z rytmu wytrąciło ją dopiero to, że samochód skręcił w ulicę Orlą. Zosia znała swoje rodzinne miasto na tyle, żeby zorientować się, w którym kierunku należy zmierzać, aby dostać się na komisariat. Otóż… to nie był ten kierunek.

— Gdzie my właściwie jedziemy? — zapytała. Zaczęła się odrobinkę obawiać, że została uprowadzona. Jednocześnie była ździebko zawiedziona formą. Myślała, że jak już ktoś ją porwie, to przynajmniej założy jej worek na głowę i wpakuje do ciężarówki, albo chociaż bagażnika. Tymczasem jechała samochodem jak normalny człowiek. Ludzie wokół nie mieli prawa podejrzewać, że to mogło być porwanie. Życie bywa takie złudne.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.92
drukowana A5
za 37.8