E-book
31.47
drukowana A5
66.65
drukowana A5
Kolorowa
92.22
Nie lękaj III. Znak Bestii

Bezpłatny fragment - Nie lękaj III. Znak Bestii


Objętość:
247 str.
ISBN:
978-83-8440-255-9
E-book
za 31.47
drukowana A5
za 66.65
drukowana A5
Kolorowa
za 92.22

Nie lękaj się. Znak Bestii

(powieść teologiczno-mistyczna)

🕯️ SŁOWO OD AUTORA

Książka, którą trzymasz w rękach, jest fikcją literacką.

Powstała z potrzeby opowiedzenia o tym, co w człowieku niewidzialne — o walce, która nie toczy się przeciw ciału i krwi, lecz przeciw duchom ciemności, o których mówi Pismo.

Nie jest to kronika prawdziwych wydarzeń ani komentarz do współczesnego Kościoła, lecz duchowa przypowieść o człowieku, który szuka prawdy w świecie, gdzie zło nauczyło się mówić językiem dobra.

Wszystkie postacie, miejsca i dialogi są wytworem wyobraźni autora lub artystycznym przetworzeniem motywów historycznych.

Żadna z opisanych scen nie ma na celu obrażenia wiary, duchowieństwa ani żadnej wspólnoty religijnej.

„Nie lękaj się” to nie książka o strachu, lecz o odwadze.

O tym, że nawet w świecie pełnym ciszy można jeszcze usłyszeć Imię.

— Autor


Uwaga treściowa

Książka zawiera sceny dotyczące choroby, śmierci, prób samobójczych, manipulacji psychologicznej i przemocy. Jeśli te tematy są dla Ciebie trudne — czytaj w swoim tempie.

PROLOG

„A bramy piekieł go nie przemogą.” — Mt 16,18

„Miłość bez prawdy staje się kłamstwem.

Prawda bez miłości — mieczem.”

Bytom, maj 2034.

Śnieg sypał tak cicho, jakby ktoś przesiewał mąkę prosto z nieba. Nie grudzień ani styczeń — na parapecie topniały bratki. W telewizorze uśmiechnięty prezenter przesuwał palcem po Atlantyku i tłumaczył „osłabienie Golfsztromu” oraz „anomalię wiru polarnego”. Potem materiał o nowym programie: „Bezpłatny, niewidoczny mikroczip do płatności i identyfikacji — na dłoń lub pod skórą nad łukiem brwiowym. Bez kolejek, bez portfela, bezpiecznie.”

W kuchni pachniało rosołem i pieczenią. Stół jak na niedzielę: biały obrus, ziemniaki, buraczki, ćwikła. Ze ślepego korytarza — stuk laseczki. Babcia Helena weszła w futrzanej czapce, strzepała śnieg z rękawów, rzuciła okiem na ekran.

— Wyłączcie to. Zanim zjemy… pomódlmy się.

Ewa skinęła. Piotr ściszył pilot. Szymon, siedemnaście lat, jeszcze jednym ruchem przewinął filmik i odłożył telefon ekranem do dołu. Blady blask śniegu wszedł po ścianie jak zimny oddech.

— Ojcze nasz… — zaczęła babcia, głosem wyuczonym od lat.

Pierwsza fraza zbierała dom do kupy. Lodówka brzęczała, reszta milczała. Ewa złożyła dłonie aż zbyt mocno. Piotr mówił odrobinę głośniej, jakby podkreślał, że tu jeszcze pamięta się o porządku.

— …któryś jest w niebie — powtórzył Szymon, uśmiechając się pod nosem.

— Szymon — ostrzegła Ewa.

— Święć się imię Twoje… — ciągnęła babcia.

— …Twoje — przeciągnął chłopak: z „Two-je” zrobiło się „T-wooje”.

— Wystarczy — uciął Piotr. — Bez żartów przy stole.

Szymon spojrzał na ojca. Uśmiech zgasł, w oczach błysnęła zwykła u nastolatków niecierpliwość.

— Przyjdź królestwo Twoje… — babcia zwolniła, jakby wygładzała falę.

Usta chłopaka poruszyły się. Głos mu zadrżał — nie ze wzruszenia, tylko jakby drugi, obcy głos chwycił gardło. Głębszy. Mówiony przez zaciśnięte zęby, bez oddechu.

— …Twoje — powiedział tamten. — Nie moje.

Babcia urwała. Piotr się wyprostował. Ewa położyła synowi dłoń na przedramieniu — skóra była lodowata, jak po śniegu, choć siedział tu od kwadransa.

— Szymon, dosyć. — Zacięła brwi. — Nie rób z siebie klauna.

— Bądź wola Twoja — podjęła babcia, głos jej zadrżał.

Chłopak milczał. Potem uśmiechnął się nie swoim uśmiechem: górna warga uniosła się za wysoko, kąciki ust wykrzywiły policzki, jakby ktoś pociągnął za sznurki.

— Nie bądź — wyszeptał.

— Co?! — Piotr poderwał się; krzesło zaskrzypiało.

— Przestań — syknęła Ewa. — Nie będzie kpin z modlitwy. Rozumiesz?

— Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj… — babcia prawie błagała, przykrywając scenę modlitwą.

Szymon podniósł głowę. Źrenice miał zbyt szerokie jak na lampę. W oczach odbił się płomień świecy, choć nikt jej nie zapalał. Ewa cofnęła rękę. Piotr obszedł stół.

— Dość teatrzyków — powiedział twardo, a pod twardością było coś jeszcze: strach, którego nie chciał nazwać. — Koniec.

— Koniec — powtórzył obcy głos i uśmiech zgasł. — Już raz go odwróciliście. A teraz… nie ma komu.

Cisza zgęstniała. Na ściszonym telewizorze ekspert przesuwał dłonią po mapie prądów. Bez dźwięku wyglądał jak ktoś, kto palcem próbuje zatrzymać rzekę.

— Co ty…? — Piotr potknął się o nogę krzesła. — Kto ci takich bzdur nagadał? Z kim się zadajesz?

— Szymon, patrz na mnie. — Ewa. — Patrz mi w oczy.

Patrzył, ale twarz nie była jego. Przez sekundę skóra na policzkach zadrżała, jakby pod spodem było za mało miejsca. Ewa przełknęła ślinę.

— I odpuść nam nasze winy… — babcia przez łzy, uparcie. — Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.

— Nie odpuszczę — wyszeptał ton, który nie pasował do siedemnastu lat. — Nie oni. Nigdy oni.

— Szymon! — Piotr chwycił go za barki. Chłopak był twardy i zimny jak worek lodu. — Przestań, bo zaraz…

— Bo co? — spokojny szept, jak lód. Mięsień na policzku drgnął, jakby coś obejrzało się w środku i wróciło na miejsce. — Zawołasz Tego, którego nie słychać?

Babcia wstała, oparła się chwiejną ręką o oparcie. Łyżeczka wypadła jej z palców i stuknęła o blat jak mały dzwon.

— I nie wódź nas na pokuszenie — wyszeptała. — Ale nas zbaw ode złego.

Szymon zachichotał — nagle, dziecinnie — i dźwięk złamał się w gardle. Przeszedł przez kuchnię chłód, jakby otwarto niewidzialne okno. Zapach pieczeni stęchł jak po zgaszonej świecy. Śnieg za oknem sypał gęściej. Po pasku telewizji mignęło: „Program mikroczipów — nowa fala zgłoszeń. Rząd: dobrowolne, bezpieczne, darmowe.”

— Synu… — Ewa uklękła odruchowo. — Popatrz na mnie. To ja. Mamo.

Wzrok Szymona zadrżał. Na moment — naprawdę on — wysunął się zza szkła. Grymas jak po zbyt gorącej zupie, wydech, rozchylone wargi: „ma —”.

— Mamo — wyszło. Jego. Na pewno jego.

I zaraz coś go skreśliło.

— Nie mów do mnie — wycharczał obcy głos. — Nie ty. Nie teraz. Modlisz się, a nie wierzysz. On nie słucha tych, co nie wierzą.

Ewa cofnęła dłoń jak oparzona. Wstyd i gniew uderzyły naraz.

— Ty jesteś moim dzieckiem — wycedziła. — I będziesz mnie słuchał. Nie będziesz pluł na modlitwę w moim domu!

— To nie jest twój dom — padło, bez poruszenia ust. — Dom jest tam, gdzie słyszą.

Piotr puścił barki, jakby bał się, że pękną mu palce. Oparł się o stół, żeby nie usiąść. Słychać było tylko śnieg — czyli nic — ciszę aż do bólu w uszach.

— Wystarczy — powiedział w końcu. Głos nie drżał, ręce tak. — Jemy. Potem… a jak trzeba, pojedziemy do…

— Do kogo? — przerwał tamten przez Szymona. — Do lekarza? Do księdza? Powiedz, Piotrze. Głośno. Do kogo wierzysz.

To nie było pytanie. To była igła. Piotr poczuł, jak coś, co trzymał pod żebrami, napina się na kamień: wstyd, że przestał się modlić; gniew, że świat z telewizora wchodzi do domu przez każde gniazdko; strach, że syn jest chory; strach, że syn nie jest chory.

— Do jednego i drugiego — powiedział wreszcie, cicho, do ziemi. — Najpierw zbadamy. Potem… porozmawiam z księdzem Markiem.

Na to imię szept w gardle przestał się uśmiechać. Cień przesunął się po oczach, jak folia.

— Marek — powtórzył. — On wie o dzienniku.

— Jakim dzienniku? — Babcia podniosła głowę. Łzy jeszcze na rzęsach, ale głos twardy. — Nie bluźnij, dziecko.

— Nie twoje to dziecko — odburknęło coś znużone. — Zatrzymaliście zegar. Drugi raz się nie uda.

Żarówka przygasła i wróciła, nikt nie dotykał włącznika. Telewizor sam przełączył kanał: sekunda ciemnego korytarza gdzieś w gmachu telewizji, głuchy pojedynczy ton. Piotr wyciągnął rękę i wyłączył na dobre.

— Amen — powiedziała babcia. Sama. Twardo.

Szymon zamrugał. Skóra zmiękła. Oczy znów młode, przestraszone. Rozejrzał się jak budzony z ciężkiego snu.

— O co chodzi? — aż zbyt zwyczajnie. — Czemu tak na mnie patrzycie?

Ewie poszły łzy — ciche, z ulgą i nowym lękiem. Piotr odsunął krzesło.

— Jemy. Potem jadę do księdza. Dziś.

Śnieg za szybą zgęstniał na mleko. Kiedy usiedli, łyżki stukały za głośno. Szymon jadł powoli, jakby próbował, czy gryzienie jest jeszcze takie samo.

W nocy, gdy mieszkanie zastygło, Piotr wyszedł na klatkę i zadzwonił. Po trzecim sygnale ktoś odebrał. Po tamtej stronie powietrze brzmiało jak kościół o świcie.

— Ojcze Marku… przyjedzie ksiądz? Mamy problem z synem.

Zegar w kuchni wskoczył na 3:00. Płatek śniegu przykleił się do szyby od środka i nie stopniał. W czarnym ekranie, którego nikt już nie włączał, mignęła blada, rozmazana twarz — jakby patrzyli na siebie z drugiej strony szkła. Znikła.

Maj w Bytomiu sypał śnieg, jakby świat pomylił rozdziały. A coś, co nie miało imienia, czekało cierpliwie, aż zostanie wezwane po imieniu.

Tego samego wieczoru.

Śnieg padał też tutaj — ciężki, cichy, majowy jak błąd w kalendarzu. W kuchni było ciepło od pieca i herbaty. Joanna siedziała na blacie, boso, z kubkiem przy policzku. Daniel oparty łokciami o stół patrzył w ciemne okno; ich kuchnia odbijała się w drugiej kuchni po drugiej stronie szkła.

Z radia spokój:

— …osłabienie Golfsztromu, zanik cyrkulacji termohalinowej… na Antarktydzie gwałtowne „kopnięcie” frontu lodowego, niezwykłe wyładowania… Specjaliści uspokajają: to nie koniec świata.

Joanna wyłączyła radio jednym dotknięciem.

— „Nie koniec świata” — powtórzyła półuśmiechem. — To już słyszeliśmy, zanim zaczęło się… tamto.

— Zło lubi głosy, które uspokajają — Daniel skinął. — Najłatwiej wchodzi, gdy człowiek przestaje czuwać.

Słuchali, jak dom oddycha: trzask drewna w piecu, zsypujący się śnieg w rynnie. W powietrzu wisiała cisza „przed burzą”, tylko bez grzmotów — sama biel.

— Myślisz… — zaczęła Joanna.

— Że to „to”? — dokończył łagodnie. — Proroctwa to nie scenariusz. To znaki. A znaki bywają podobne.

Przysunęła kubek do ust, ale nie napiła się.

— W moim świecie „znak” to wynik i różnicowanie. Najpierw medycyna. Zawsze. — Zerknęła kątem oka. — Najgorsze, że gdy patrzę w tę biel, mam ochotę powiedzieć „to tylko pogoda”. A potem słyszę w głowie dzwon, którego tu nie ma.

— Dzwon dzwoni nawet, kiedy milczy — mruknął Daniel. — Bóg też.

Na klatce — kroki. Ciężkie, znajome. Trzy równe puknięcia. Daniel był już w przedpokoju. Otworzył.

W progu stał ojciec Marek. Płaszcz przyprószony, brwi z igłami lodu, oczy ciemne jak kościelny korytarz o świcie. Wszedł bez słów; Joanna odruchowo postawiła trzeci kubek. Marek zdjął rękawice powoli — jak ktoś, kto nie chce zgubić ani jednego słowa, które zaraz padnie.

— Pada — powiedział, jakby to tłumaczyło wszystko. Usiadł. Ogrzał dłonie nad kubkiem, ale nie pił. — Widzieliście wiadomości.

— Widzieliśmy — Joanna. — Uspokajają.

— I to jest najgłośniejszy alarm — skinął.

Dom słuchał razem z nimi. Za oknem ktoś przeciął śnieg; skrzypnięcie rozrosło się w echo.

— Bez owijania — Marek przeniósł wzrok z Joanny na Daniela. — Sprawa jak dawniej. Jak wtedy, kiedy… — urwał; obraz przyszedł sam. — Ale proszę was nie tylko jako kapłan z Ordo. To… — pierwszy raz wahał się z głosem — osobiste.

Joanna odstawiła kubek tak, by porcelana nie zadźwięczała.

— Co się stało?

Patrzył w parę znad herbaty, jakby próbował czytać z dymu.

— Rodzina, którą znam. Zwykły dom. Dziś przy stole chłopak zaczął… — szukał słowa gestem dłoni — …mówić nie swoim głosem.

Daniel przesunął krzesło, wrócił z notesem — nie musiał go otwierać.

— Wiek?

— Siedemnaście. — Marek nie odrywał oczu. — Mówię to jako człowiek, który najpierw wzywa lekarza. Oni też wzywają. Joanno — zobacz po swojemu. Danielu — posłuchaj po naszemu. Rozeznanie. Tylko tyle. A może aż.

— Gdzie? — Daniel.

Marek położył dłoń na stole. Na palcu cienka blizna, której kiedyś nie było.

— Bytom.

To słowo zawisło w kuchni jak płatek, który nie chce opaść. Joanna spojrzała na Daniela; wiedziała, co znaczy to miasto, i co może znaczyć ta sprawa. Za oknem śnieg sypał gęściej, jakby ktoś zmienił sito na drobniejsze.

— Zanim powiecie „tak” — dodał Marek ciszej — jedno jeszcze. — Szukał tonu. — Padło imię. Nie wiem, skąd. Chłopak powiedział: „Marek wie o dzienniku”.

W kuchni zrobiło się chłodniej. Piec nie zgasł — a jednak. Joanna poczuła na karku ten przeciąg, który nie jest ruchem powietrza, tylko obecności.

— Jakim dzienniku? — niby mimochodem.

Marek uniósł wzrok. W źrenicach odbiły się dwie lampki z okapu — jak dwa małe ogarki.

— Nie wiem. Może żadnym. Może każdym. — Wygładził niewidzialny obrus. — Pojedźmy. Zobaczycie po swojemu. A potem zdecydujemy, czy to „koniec”, czy kolejny początek.

Herbata stygnęła nietknięta. Zegar przeskoczył o minutę za szybko, jakby chciał dogonić coś przed sobą. Z daleka — jeden, głuchy dzwon. Może tylko przyśnił się domowi. Joanna odetchnęła i skinęła. Daniel zamknął notes.

— Jedziemy — powiedział spokojnie.

— Dziękuję — Marek pochylił głowę. Obrócił kubek w palcach, jakby sprawdzał, czy porcelana nie pęknie od środka. — To moi znajomi. I… — zostawił słowo między nimi — …to jest jak dawniej.

Śnieg pisał po szybie litery, których jeszcze nikt nie umiał przeczytać.


Droga na Bytom była jak źle wspomniany sen: zakręty znajome, asfalt obcy. Wyjechali szybko. Śnieg nie ubity, tylko lepki, kleił się do szyb jak tłusta mąka. Większość aut na letnich oponach — nerwowe korekty kierownicą, wczesne hamowania, ABS-y mrugały jak małe wyrzuty sumienia. Dobrze, że Daniel jechał na całorocznych — czuć było, jak bieżnik chwyta majowy lód: niepewnie, ale jednak. Marek z tyłu trzymał różaniec w kieszeni płaszcza jak cudzą dłoń.

Wycieraczki zgrzytały sucho. Na poboczach ciężarówki stały jak widły w śniegu, kierowcy gapili się w biel bez wiary, że się cofnie. Pługów nie było — przecież maj. Raz mignęła solarka, spóźniona o porę roku.

Na pierwszej stacji — tylko oddech. Zapach kawy mieszał się z mokrymi kurtkami. Na ekranie nad kasą te same grafiki: Golfsztrom, Antarktyda, strzałki i kolory. Joanna wyszła do przedsionka zadzwonić.

— Tomasz? — cicho. — Pilna sprawa służbowa, nie pytaj. Wrócę późno. Nie wyłączaj telefonu, dobrze?… Tak, wszystko w porządku. Śnieg tylko… — urwała i uśmiechnęła się do słowa, które nic nie tłumaczy. — Kocham.

Jeszcze chwilę patrzyła, jak płatki tańczą w świetle lampy nad dystrybutorem i topnieją na czarnym metalu.

— Gotowa? — Daniel otworzył drzwi. Skinęła. Pojechali dalej.

Droga ciągnęła się ciemnym sznurkiem. Minęli kolizję: zderzak na zaspie, mężczyzna w cienkiej kurtce machał do kogoś, kogo nie było. Daniel zwolnił, ocenił kąt i ślady — pomoc już była; niebieskie światło policji barwiło śnieg na brudny fiolet.

— To wróciło? — Joanna pierwsza. — Szczerze.

— Znak wrócił — powiedział po chwili Daniel. — Koniec? Nie wiem. Proroctwa są jak skrzynki z bezpiecznikami: ktoś próbuje je załączać. My mamy wyciągać wtyczki, zanim się zagotuje.

— Najpierw medycyna — odruch Joanny. — Zawsze. Kiła, toksy, drgawki, guz, encefalit, kortyzol, psychoza reaktywna, mania. Lista pierwsza, modlitwa druga. — Uśmiechnęła się lekko. — Wiem, że to wiesz.

— Wiem — przytaknął. — Dlatego proszę cię o pierwszą.

Marek poruszył się z tyłu, jakby wrócił z daleka. — Dziękuję, Joanno. — Przeczesał brodę jak człowiek liczący myśli. — Zawsze najpierw lekarz, potem egzorcysta. Ale dziś… poprosiłem was, bo to moi bliscy. Nie chcę im zrobić krzywdy ani modlitwą nie w porę, ani brakiem modlitwy.

Minęli tablicę wsi, której nazwy nie zapamiętasz, kiedy myślisz o czymś innym. Na rondzie auto przed nimi stanęło na pustym pierwszeństwie; kierowca złapał się za głowę. Daniel ominął go miękko.

— Parafia? — Joanna spytała, żeby rozproszyć obrazy, które same wchodzą pod powieki.

— I tak, i nie — Daniel nie odrywał oczu od drogi. — Na roraty całe rodziny. Na katechezę coraz mniej. Dzieci mają palce jak ekrany: szybkie, puste. — Krótki uśmiech bez wesołości. — Czasem ktoś przychodzi pogadać. Chłopak znika z lekcji, bo „grafik” nie pozwala. Jaki grafik? Gry. Scroll. Zmęczenie, którego nie masz po czym poznać. — Westchnął. — Anioły i demony przychodzą w ciszy. Tylnymi drzwiami.

— W gabinecie to samo — Joanna patrzyła na daleką linię świateł. — Czuwanie spada do zera. Wszystko jest „normalne”. Dopóki nie przestaje. Potem pytasz, kiedy się zaczęło, i nikt nie wie, bo początek był tak cichy, że nikt go nie usłyszał.

Na wiadukcie śnieg był szkłem. Daniel zrzucił bieg i pozwolił samochodowi sunąć własnym tempem. Ktoś z tyłu zatrąbił z bezsilności, jakby klakson mógł zmienić fizykę. Marek modlił się półgłosem — słów nie było trzeba, rytm je zdradzał.

— Nie chcę myśleć, że to wróciło — Joanna półgłosem. — Ale to wróciło.

— Nie wróciło — Daniel łagodnie. — Nigdy nie odeszło. Po prostu miało mniej okazji mówić głośno.

Znak „Bytom” wyrósł ciemny, zaśnieżony, jak zdjęcie z archiwum. Miasto, gdzie cegła ma inny odcień czerwieni niż wszędzie. Familoki przyklęknięte pod śniegiem, balkony parują, żółte latarnie rozlewają plamy, w których widać każdy płatek. W głębi buczała huta — dźwięk, który nie umiera, tylko czasem milknie.

— Tutaj — Marek wskazał. — Centrum, potem w prawo, mała ulica, blok z lat dziewięćdziesiątych. Trzecie piętro. Piotr, Ewa, babcia Helena, chłopak — Szymon. — Zawahał się. — Wierzą. Po swojemu. Jak każdy.

Węższa ulica była ciemniejsza od mazutu i kurzu. Ktoś odgarniał chodnik z przyzwyczajenia, nie z nadziei. Na parkingu dwa ślady, reszta aut równo przykryta jak na zdjęciu w podręczniku. Daniel zatrzymał auto przy krawężniku delikatnie, jakby odkładał szkło. Wyłączył dmuchawę — cisza wlała się do środka.

— Zasada — Joanna jeszcze w aucie. — Najpierw badam: temperatura, tętno, źrenice, odruchy, wywiad, sen, substancje. Jeśli nic — słuchamy dalej.

— Amen — Daniel. — A ja słucham od progu. I nie robię nic, co złamie mu duszę.

— Dlatego was wezwałem — Marek uśmiechnął się w ciemności.

Wyszli. Śnieg syknął jak sól pod butami. Z góry ktoś ściszył muzykę; miasto przypomniało sobie, że jest noc. Joanna zapięła płaszcz, poprawiła rękawiczki. Daniel zerknął na trzecie piętro: zasłona w drobne listki, światło jeszcze się tliło.

Na schodach: telewizor za ścianą, daleki płacz dziecka, pojedyncze szczeknięcie — potem cisza. Na drugim piętrze drzwi uchyliły się i zamknęły bez pytania „do kogo”.

Przed właściwymi drzwiami Marek dotknął futryny, jak dotyka się ramienia i mówi „jestem”. Joanna poczuła to znajome szarpnięcie w brzuchu, które przychodzi przed.

Daniel zapukał raz, drugi, trzeci — rytm, który pamięta się dłużej niż słowa. Zamek zazgrzytał. Po drugiej stronie ktoś wciągnął powietrze jak człowiek tuż przed prośbą.

Drzwi otworzyły się po drugim pukaniu. Piotr blady jak po nocy przy oknie. Ewa — suche, czerwone oczy. Babcia Helena trzymała różaniec jak uchwyt w zatłoczonym autobusie.

— Proszę — Piotr cofnął się. — On… teraz jest normalny.

W salonie Szymon na kanapie, kaptur zsunięty, włosy wilgotne jak po deszczu. Na stoliku szklanka wody — półpełna albo w połowie pusta. Telewizor wyłączony, ale w czarnym ekranie czuć było jeszcze światło.

— Cześć, Szymon — Joanna usiadła naprzeciw, ton gabinetowy, zwyczajny. — Jestem lekarzem. Zmierzę ci ciśnienie. Jesz, śpisz?

— Jem. Śpię. — Wzruszył ramionami. — Pewnie stres.

Tętno lekko przyspieszone. Źrenice nieco rozszerzone, równe, reagują. 36,4. Oddech rytmiczny. Aceton — nie. Alkohol — nie. Dłonie chłodne, ale kaloryfer ciepły.

— Zawroty? Drżenie? Migotanie obrazu? — Joanna. — Coś brałeś? Energetyki, „ziołowe”, tabletki na pamięć?

— Nic — krótki, zbyt lekki uśmiech. — Może… głupi żart, co?

— Dość — Ewa spojrzała ostro.

— Popatrz na palec — Joanna przesunęła kciukiem w prawo, w lewo. — Dobrze. Mrugnij. — Westchnęła po cichu: ulga i nuta nieufności. — Neurologicznie czysto.

Daniel postawił torbę przy ścianie, usiadł obok Marka. — A w środku?

— Jak echo — Szymon. — Myślę coś, a wraca to samo, tylko… inne. — Uśmiech krzywy. — Brzmi głupio.

— Nie brzmi — Daniel. — Brzmi jak zmęczenie. Albo jak to, że nie jesteś sam.

Cisza nienaturalna — słychać tylko napowietrznik w kaloryferze. Za oknem śnieg tłuścił się pod latarnią jak rozlane mleko. Winda na klatce utknęła w połowie tonu i ruszyła dalej.

— Zrobimy tak — Joanna zamknęła długopis. — Dziś nikogo więcej. Rano: morfologia, jonogram, glukoza, CRP, TSH, toksykologia, EEG. — Uśmiech do Ewy. — Najpierw medycyna.

— Dobrze — Piotr.

— Zanim wyjdziemy — Marek cicho — pomódlmy się. Krótko. Bez presji. „Ojcze nasz”. — Do Szymona: — Tylko jak potrafisz. Albo wcale.

Stanęli przy stole. Babcia uklękła, jakby ciało pamiętało. Joanna i Daniel po dwóch stronach chłopaka; Marek z tyłu, jak strażnik. Piotr ściszył oddech.

— Ojcze nasz, któryś jest w niebie… — zaczęli.

— Święć się imię Twoje — Ewa ścisnęła chłodną dłoń syna.

— Przyjdź królestwo Twoje — głosy płynęły zwyczajnie. Zwyczajność była im teraz najbardziej potrzebna.

— Bądź wola Twoja… — Marek.

— …jako w niebie, tak i na ziemi — dopowiadał Daniel, jakby ustawiał rytm serca.

— Chleba naszego… — babcia położyła różaniec na blacie.

— I odpuść nam nasze winy — Joanna.

— Jako i my odpuszczamy… — weszło jak klucz w zamek.

— Non dimittitis — rozległo się tuż obok ich własnych słów. Usta Szymona ledwie drgnęły, ciało nieruchome. Głos głuchy, jakby z wnętrza szafy. — Non dimittitur vobis.

(Nie przebaczacie. Więc i wam nie będzie przebaczone.)

Ewie zadrżały palce. Piotr cofnął rękę jak po oparzeniu. Babcia otworzyła oczy, stare i czujne.

— Ale nas zbaw ode złego — wyszeptała.

— Tempus non erit amplius — wysyczało przez gardło chłopaka. (Czasu już nie będzie.)

Światło w lampie przygasło o ton.

— Et nemo poterit emere aut vendere, nisi qui habet characterem… — sucha łacina, recytowana z pamięci.

(I nikt nie będzie mógł kupować ani sprzedawać, jeśli nie ma znamienia…)

— Stop — Joanna uniosła rękę bardziej dla siebie. — Szymon. Patrz na mnie.

— …nomen bestiae aut numerum nominis eius — dokończył szept.

(…imienia Bestii albo liczby jej imienia.)

Uśmiech, którego nikt go nie uczył, przeciął twarz.

Zimno weszło Danielowi pod kręgosłup.

— Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, osłoń tego chłopca swoją Krwią — powiedział miękko po polsku.

— Święty Michale Archaniele, wspomagaj nas w walce… — dołączył Marek półgłosem.

Szymon drgnął, jakby ktoś złapał go od środka za barki. Zęby zazgrzytały cicho. Ewa zakryła usta dłonią.

— Tacete. — Głos znudzony. — Non habetis mandatum.

(Milczcie. Nie macie upoważnienia.)

Marek cofnął słowa jak rękę znad płomienia. Zgody biskupa nie było — modlił się, nie egzorcyzmował. I tak miało zostać — dziś.

Wyłączony telewizor „pyknął” jak stary kamień. Na czarnym szkle zamigotała siatka, antenowy śnieg. Szymon wziął przejechany oddech, język uderzył o podniebienie, smuga śliny pękła i znikła.

— Wynoś się. Teraz — Piotr jak ojciec, który ma dość; głos pociemniał.

— Non rogas, minaris — odpowiedział ktoś przez syna. — (Nie prosisz, grozisz.)

— Et cor tuum durum est. (Masz twarde serce.)

Słowa stanęły Piotrowi w gardle. Wszyscy wiedzieli, o co chodzi: dawne urazy, niespowiadane słowa, brat, do którego nie dzwonił trzy lata. Nikt tu nie był święty. Ziemia przed końcem pachnie tak samo: żalem, który nie znalazł wyjścia.

— Szymon — Joanna nisko, klinicznie i czule naraz. — Zostajesz z nami. To nie twoje. Oddychaj. Raz. Dwa. — Pokazała gest. Chłopak patrzył — na moment — i powtórzył dwa oddechy, trzeci już wziął ktoś za niego.

Daniel przeżegnał się krótko, jak ktoś zamykający bramę.

— Panie, nie pozwól nam kłamać modlitwą. Pokaż, czego chcesz.

Odpowiedzi nie było. Zegar przeskoczył na 3:00, szklanka na stoliku drgnęła i uspokoiła się. Za oknem śnieg na moment przestał padać — jakby ktoś zdjął igłę z płyty.

— Wystarczy — Joanna twardo. — Rano szpital. Ja zorganizuję. — Do Marka: — Potem robimy, co trzeba. Po kolei.

— Zgoda — Marek, twarz ściągnięta, ale nie pęknięta. Ujął Szymona za nadgarstek jak lekarz. — Zostaniemy chwilę. Pomodlimy się w ciszy. Bez formuł.

— On… wyjdzie? — Ewa spojrzała błagalnie.

— Nie dziś — Daniel spokojnie. — Ale nie zostanie sam.

Światło wróciło do normalnej barwy. Telewizor zgasł „naprawdę”. Babcia usiadła; różaniec poluzował się w palcach. Piotr oparł czoło o dłoń, tak, by nikt nie widział oczu.

Za oknem śnieg ruszył znowu. Bytom brzmiał jak bardzo stary zegar: jeszcze chodzi, ale ktoś go czasem cofa o sekundę, żeby sprawdzić, czy wciąż ma siłę. Oddech Szymona wyrównał się, wróciła zwyczajność. Zostało tylko echo — niskie, dalekie, jak przed końcem czasów. Nie przegonili go. I dobrze. Początek musi boleć.

Poranek był krótki.

Śnieg tłumił miasto jak gruby koc, para z kubków unosiła się leniwie, jakby też zmarzła. Szymon w dresie, oczy jeszcze nocne.

— Dwie rzeczy — Joanna miękko. — Co widzisz?

— Krzesło… zegar.

— Jesteś?

— Jestem.

— Jeszcze raz.

— Filiżanka… ręka mamy.

— Jesteś?

— Jestem.

Rytm wsunął się między nich jak ciepło. Ekspres zaburczał i zamilkł, talerzyk z kanapkami stał nietknięty. Marek wyszedł na klatkę, telefon; wrócił poważniejszy niż zmarznięty.

— Mamy zgodę — spokojnie. — Upoważnienie po rozeznaniu medycznym. Bez pośpiechu, bez bohaterstwa. Rano krew i EEG. Nocą… jeśli trzeba.

Blady dzień nie miał odwagi wejść do mieszkania. W południe badania — wyniki przyszły zbyt szybko: czysto. Za czysto. Joanna patrzyła na tabele cyfr jak na mapę bez dróg.

Wieczorem przygotowali pokój: żadnych ostrych krawędzi, żadnych krzyczących kolorów. Krucyfiks, woda, olej, koc, krzesła. Ciśnieniomierz, pulsoksymetr, stary domowy EKG. Krótkie „Panie, prowadź” — nie rytuał. Nikt nie udawał, że panuje nad tym miejscem.

3:00.

Zegar kliknął i na sekundę odmówił dalszego marszu. Szymon przytomny jak po zimnej wodzie. Joanna w takt: wdech–wydech; złapał rytm, dłonie puściły dopiero przy czwartym. Daniel naprzeciw, Marek z boku — świadek, nie dowódca.

— Zaczynamy wolno — Marek. — Jeśli nie ma zgody, przerywamy. Razem.

Modlili się imię po imieniu. Skromnie, bez formuł. Najpierw cisza. Potem chłód spłynął po ścianach jak kondensacja. Światło nie mrugnęło, tylko zsiniało — szpitalny świt.

— Tak już było — powiedział Szymon bez charczenia, jak ktoś, kto po prostu informuje. — Wtedy myśleliście, że wygraliście. Ten raz — nie.

Joanna uniosła dłoń. — Dwie rzeczy. Teraz.

— Ściana… twoje oczy.

— Jesteś?

— Jestem.

— Tempus non erit amplius — rozlał się znużony szept. — Et dabitur spiritui bestiae, ut loquatur.

Puls: 104, 112, 118. Joanna liczyła: wdech, wydech, dwa, trzy. Marek pochylił głowę, nie zbliżał się — lód cienki.

— Non dimittitis — padło jak kamień. Piotr drgnął, Ewa zacisnęła dłonie, babcia poruszała ustami bez dźwięku.

— Dwie rzeczy — Joanna jak nożyk.

— Krzyż… zegar.

— Jesteś?

— Jestem.

— Mentimini. (Kłamiecie.)

— Sanguinem eius non times? — Daniel cierpko, do chłopca, nie do wroga.

Szymon zadrżał. Tętno 130. Skroń mokra, zimna jak szkło. Błysk w oczach, jak od przejeżdżającego auta — choć ulica pusta.

— Non venistis cum mandato.

Marek uniósł dłoń jak kartkę kładzioną na biurku: — Przyszliśmy. Zgoda biskupa jest.

Coś zamilkło na pół wdechu, jakby szukało numeru, którego już nie ma. Lampka EKG zapiszczała, ząbek na wykresie — artefakt, albo odpowiedź.

— Zaczniemy tyle, ile wolno — Marek cicho. Słowa jak bandaż, nie jak nóż.

Szymon skrzywił się, jakby ktoś wypchnął mu policzki od środka. Krótki porcelanowy stuk zębów.

— Nie pierwsi przyszliście. Tamci przegrali. Wy też. — Suchy uśmiech przykleił się do ust. — Non recedam.

Cień w rogu wydłużył się o centymetr bez zmiany kąta światła. Joanna poczuła pustkę w żołądku — tę tuż przed omdleniem. Złapała poręcz krzesła.

— Dwie rzeczy.

— Dłonie… śnieg.

— Jesteś?

— Jestem… — słowo załamało się.

Tętno 142. Saturacja spadła do 91, wróciła 95. Oddech zbyt szybki — metronom paniki.

— Stop. — Joanna twardo. — Przerywamy. Nie pcham go dalej. Jeszcze nie.

Marek skinął z ulgą ukrytą w karku. Daniel wypuścił powietrze. Światło ociepliło się o jeden ton; za oknem śnieg na moment poszedł poziomo.

— To wróci — powiedziało przez chłopca, prawie normalnie, z rezygnacją, która była groźbą. — Przed końcem.

— Tempus… — urwało, jakby ktoś zakrył usta.

Szymon opadł, oczy zwilgotniały ludzko. Joanna jeszcze raz przypięła klips, bardziej dla siebie niż dla wykresu.

— Pierwsza próba — cicho. — Nieudana.

— I dobrze — dodała. — Bo pierwsza.

Marek przeżegnał się krótko. — Wrócimy. Nie dziś.

Daniel spojrzał na krucyfiks; światło położyło na drewnie sine żyły.

— Dwie rzeczy na jutro — szepnął. — Zapamiętaj.

— Okno… głos mamy.

— Jesteś?

— Jestem — z miejsca, w którym da się spać.

Za ścianą ktoś odchrząknął, piecyk kliknął, zegar przesunął się o trzy minuty bez fanfar. Śnieg na parapecie dalej nie topniał. Noc nie wygrała, ale i nie przegrała.

Kolejna noc przyszła jak przeciąg w kościele.

Ten sam pokój: krzyż, miska, olej, koc, krzesła. Na komodzie kartka z pieczęcią — mandat. Krok w światło, krok w cień.

2:59. Dom wciągnął powietrze i zatrzymał je. Lodówka umilkła, rura przestała brzęczeć, jarzeniówka na korytarzu zgasła i nie wróciła. Śnieg osiadł na ramie okna jak kurz.

3:00. Cyfry zamigotały, na chwilę stały się czarne jak pusty ekran. Szymon nieruchomy, nerw drgnął pod skórą policzka. Joanna przypięła klips. Daniel naprzeciw. Marek przy krzyżu.

— Bez pośpiechu — Marek nisko. — Panie, miej nas w opiece.

Modlitwa weszła w ciszę jak nitka w igłę. Na trzeciej frazie odpowiedziała podłoga, nie niebo. Podbródek Szymona uniósł się o milimetr. Usta prawie się nie poruszyły.

— Tak już było. Wtedy przegraliście. Ten raz — nie.

Powietrze pachniało ozonem jak po burzy, której nie było. Szron położył się od środka na szybie.

— Joanno… — przeciągnęło jej imię przez szkło gardła. — Widzę twojego byłego.

Urwany kadr z mediów: uśmiech po wywiadzie.

— Teraz płonie jak ten uśmiech. Wszyscy tam będziecie.

Ewa zadrżała. Piotr nie odwrócił głowy. Nitka różańca zapiszczała w dłoniach babci.

— Nisi breviati fuissent dies illi… — przez usta Szymona. — Et nemo poterit emere aut vendere, nisi qui habet characterem…

Na „characterem” wyłączony telewizor mrugnął wąskim pasem śniegu i znów udawał pustkę.

— Nie musimy wybijać okien — dodało miękko. — Aperuistis nobis ianuas.

Otworzyliście nam drzwi.

— Areny są passé. Wystarczą darmowe rzeczy. Raty zero procent. Znak za darmo.

— Klik. Amen.

— Kłamiesz — Joanna bez podnoszenia głosu. Puls pod palcami — płytki, ale jego. — To nie proroctwo. Reklama.

Uśmiech nie jego, zęby niepasujące do twarzy.

— Non dimittitis. I wam nie będzie przebaczone.

— Brat twojego męża — szepnęło Joannie do ucha — stoi w ogniu po kolana i trzyma telefon.

— To nie piekło. To aktualności.

Z kąta zapukała pustka — trzy razy, równo. Krzyż zaparował cienką mgiełką.

Marek wyjął kartę z pieczęcią jak bilet do pociągu. — Mamy mandat.

— Nisi cum mandato — powtórzył spokojnie. — Nie rozkazujemy. Prosimy w Imię.

— Imion macie dużo. Haseł też. — Głowa Szymona przechyliła się jak do podsłuchu z sufitu. — Znam wasze: PIN-y, gesty, wzorce, twarze. Wystarczy, że nie patrzycie na Krzyż. Sami odwracacie wzrok.

Przez kaloryfer przeszedł szum jak tunel metra. Woda w misce zafalowała bez dotyku. Piotr zrobił półkrok; wzrok Daniela zatrzymał go w miejscu.

— Panie Jezu Chryste — Marek krócej, głębiej — nie my, tylko Ty.

— Nie ma tu miejsca dla kłamcy — Daniel nie spuszczał oczu z chłopca.

Szymon wygiął się nagle, jakby ktoś przestawiał w nim ciężki mebel. Zęby stuknęły. Na szybie od środka ułożyło się słowo: R E D I B O — i rozmazało.

— Me taedet. Vado. Nudzę się. Idę.

— Multa habeo agenda. Wrócę, gdy modlitwą znów będziecie przysypiać.

Światło ociepliło się o pół tonu. Puls spadł 128→98. Saturacja 96. Szymon opadł ciężko, oczy zaszkliły się — jego łzy, nie cudze.

— Już? — Ewa z nadzieją, która natychmiast zawstydza.

— Nie. Demonstracja, nie wyjście — Daniel rozdzielił słowa.

— Siedzi nisko — Joanna. — Brzuch. Granica oddechu i głosu. Wróci, jeśli będziemy gadać. Zniknie, jeśli będziemy trwać.

Kartka z upoważnieniem przesunęła się sama o centymetr. Pieczęć odbiła czerwony cień. Kropla spłynęła po ramieniu Ukrzyżowanego i znikła przed drewnem.

— Dni się skracają — Marek do prawdy, nie do strachu. — Nie dlatego, że Bóg je skraca.

— Dlatego, że my je sprzedajemy — rzucił Daniel.

Z korytarza przyszedł śmiech — pusty, bez człowieka — i zgasł jak radio po burzy. 3:11. Śnieg na parapecie wciąż nie topniał.

Pierwsza pełna próba nie uwolniła. Ujawniła twarz przeciwnika: grzeczną, rzeczową, zainteresowaną. Nie wrzask — uprzejme milczenie, które cytuje Pismo tonem regulaminu.

Przed wyjściem telewizor odbił ich sylwetki i kogoś jeszcze — cienką figurę bez twarzy, głowa odwrócona do okna. Mrugnięcie — nie było jej. Na szybie, pod oddechem zimna: REDIBO — i starło się jak wszystko, co wraca.

— On kłamie — Piotr zbyt szybko, by nie zdradzić lęku. — O tym… byłym…

— Igła — Joanna ucięła. — Szuka blizn, żeby je rozpruć. — Do Ewy: — Wpuścisz — zszyje nas od środka.

— Powiedział, że wszyscy… tam… — Ewie zgasł głos jak świecy brakło tlenu.

— Słowa są kluczami — Marek miękko, bez litości. — To, co odkryłaś w proroctwach, teraz próbuje zamykać. — Spojrzał przez szron, który oddychał. — „Skrócone dni”. „Znak i handel”. „Zgoda na wygodę”. To się składa.

— Mówi Pismem jak reklamą — Daniel. — Cytuje prawdę, żeby kłamać sensem.

— Wkłada palec w rany — Joanna. — Przyspiesza nienawiść, wstrzymuje przebaczenie.

— Non dimittitis — powtórzyła chłodno. — Jeśli teraz nie przebaczymy, damy mu paliwo.

— Komu? — Piotr szeptem, który parzy. — Jemu? Sobie? Bratu? Światu?

— Tym, których masz — Daniel bez wahania. — Teraz. Nie dlatego, że zasługują — dlatego, że inaczej nie można. Bez przebaczenia proroctwo rusza od zdania: „to nic nie da”.

— Tato… nie kłóć się — Szymon cienko, jak przez grubą szybę.

Zapadło. To nie był czas na dyskusje.

— La Salette — Marek rysował niewidzialną linię. — „Rzym utraci wiarę i stanie się siedzibą Antychrysta.” Dlatego dziś tak łatwo uspokajać. Uspokajanie jest nowym kazaniem.

— Malachiasz — końcówka listy. Nie wiemy kiedy, wiemy jak: pokój bez Boga, znak wygody, sumienie sprzedane za handel, dni uciekające, bo my je sprzedajemy. On tego używa jak rzemieślnik młotka.

— Czyli to może być… — Ewa nie dokończyła.

— Może — Marek bez teatru. — I dlatego nie damy mu sceny. Ani tu, ani w nas.

Telewizor puknął raz. Joanna nie odwróciła wzroku.

— „Klik — amen” — wysyczała. — Widzimy się jak użytkownicy: regulamin, zgoda, zapisz, kup. Liturgia świata: transakcja zamiast ofiary.

— Zaczniemy negocjować z lękiem — przegramy przed pierwszym słowem modlitwy.

— A znak? — Piotr zadrżał dłońmi. — Ten chip… w pracy mówią: taniej, szybciej, bezpieczniej…

— Znak nie zaczyna się od metalu — Daniel. — Zaczyna się od zgody serca.

— Możesz mieć „chip” i nie nosić znamienia — jeśli nie oddałeś czci.

— I możesz nie mieć nic, a nosić — jeśli sprzedałeś prawdę za wygodę. O to walczy.

— Ut loquatur — Marek powtórzył łacinę jak wyrok na wroga. — Żeby mówiła. I mówi — media, telefony, miękkie zdania. Nie smok ryczy. Doradca uspokaja.

W kuchni pękła kropla lodu w zlewie; babcia aż podskoczyła, po czym wyprostowała się młodziej.

— To nie pierwszy wróg — twardo. — Ale pierwszy, który szepcze jak przyjaciel.

Cisza zacieśniła się jak obręcz. Zegar przegryzł minutę. Balkon ugiął się o włos.

— Co teraz? — Ewa bez teorii.

— Ołtarz, nie sklep — Marek prosto. — Mniej gadania, więcej postu. Nie kalkulować — spowiadać.

— Przebaczyć przed modlitwą, nie po.

— I wrócić o trzeciej. Znowu. I znowu.

— A jeśli trzeba — Rzym. To się nie skończy w jednym mieszkaniu.

— Mówi, że się nudzi. Wróci, gdy będziemy zmęczeni — Szymon. — Mamy mało czasu.

— Dni skraca Miłosierdzie, nie on — Daniel zamknął zdanie. — Żeby nas zastać czuwających, nie zajętych.

— Wczoraj mówił o aktualnościach — Joanna zmrużyła oczy. — Dziś będą komentarze.

— Jutro promocje — Daniel.

— Nie damy mu języka. Mało i prawdziwie.

Telewizor ściemniał o jeden ton; po szybie zeszła rysa szronu jak pazur. Szymon skrzywił się jak struna przecięta w środku.

— Zacznie szantażem: „Nie przebaczacie” — Marek do Piotra. — Potem obietnica: „Będzie łatwiej.” Na końcu pokój bez ceny. Schemat z Edenu.

— A my… — Ewa ujęła dłoń Szymona pewnie. — Nie sprzedamy dziecka za spokój.

— Ani za raty zero procent — Daniel.

Żarówka zaszumiała jak wymówka.

— Jutro przyjdę z olejami — Marek jak ktoś, kto umie czekać i wie, że nie ma czasu. — I z tym, co trzeba.

— A ty, Joanno — ze stetoskopem i ciszą.

— Przyjdę. I zadam jedno pytanie.

— Jakie? — Ewa.

— „Czy jesteś?” — Joanna spojrzała Szymonowi w oczy. — I będziemy trzymać odpowiedź, aż pęknie to, co nie jest jego.

Z daleka odezwał się jeden dzwon. W tym mieście o tej porze żaden nie dzwoni. A jednak.

Wzrok poszedł w krzyż. Kropla spłynęła po ramieniu Chrystusa i znikła przed drewnem.

— Proroctwa nie są po to, by straszyć — Marek domknął szept. — Tylko po to, by nie zaspać.

— On mówi: „ten raz — nie”.

— My mówimy: „Ten raz — tak. Ale z Bogiem.

3:33. W numerach była drwina i obietnica. Śnieg przykrył świat równo, aż znikły krawędzie. Zostało napięcie, które nie pozwala oddychać i równocześnie trzyma przy życiu — jak dłoń na sercu przy reanimacji.

Po modlitwach, rozmowie i milczeniu cięższym niż słowa dom wreszcie ucichł.

Noc 2:48

Zegar wskoczył na 2:48, gdy Joanna zwinęła się na kanapie, koc po szyję. Daniel siedział obok na krześle, czoło w dłoniach, oczy przymknięte — nie spał, czuwał, jak ktoś, kto nie wierzy, że sen bywa bezpieczny.

Ojciec Marek został w kuchni z Ewą. Na stole para z herbaty, której nikt już nie pił. Za oknem śnieg wciąż padał — powoli, gęsto, zawieszając świat między dniem a nocą.

W ciszy przeszedł dźwięk, ledwie słyszalny: jak przesuwany łańcuch w piwnicy. Marek spojrzał na drzwi, nie wstał.

— Nie bój się — szepnął. — To tylko noc.

Różaniec zsunął się Danielowi z dłoni na podłogę. Usnął wreszcie.


Sen Daniela

Śnieg — nie ten teraz, tylko 1906: ostry, tnący policzki. Las gęsty jak mrok, który oddycha.

Między drzewami szła postać w czarnym płaszczu. Kaptur opadł — Michał. Młodsza twarz niż w zapiskach, te same oczy. W dłoni dziennik: skóra, metal, błoto, krew.

— Danielu… — głos cichy, niósł się jak echo w korytarzu bez końca. — Nie szukaj mnie w książkach. Szukaj tam, gdzie ziemia oddycha.

Wyrósł zamek na urwisku, okna zasypane śniegiem, w wieży bladły ogarek. Michał wskazał w dół, ku czarnej linii drzew.

— Tam.

Za zamkiem — las, a za lasem szczelina w zboczu, rana w ziemi. Bił z niej zimny, szary blask — ani światło, ani cień.

— Wejście od strony lasu — słowa wypalały się w powietrzu. — Zamknąłem to, co miało wrócić. Ale czas nie zna granic.

Ziemia zadrżała, w śniegu odcisnęły się ślady prowadzące w dół. Na końcu ścieżki: złamany krzyż, otwarta księga na śniegu. Strony drżały, jakby czytane od spodu.

Daniel ruszył — grunt pękł. Zapach dymu, kadzidła, żelaza. Z głębi dochodził dźwięk: bicze zmieszane z modlitwą, coś między krzykiem a pieśnią.

Michał spojrzał po raz ostatni:

— Nie pozwól, by historia się powtórzyła. Ja już raz odwróciłem koniec. Cena była krwią. Twoja będzie wiarą.

Ziemia zapadła się. Śnieg spłynął w czarną wodę. Michał zniknął, dziennik został — otwarty. Strony pisały się same.

Ostatni werset, jaki zdążył przeczytać:

„…periit pro fide. In tenebris regis. Anno Domini MCMVI.”

(Zginął dla wiary. W ciemności króla. Roku Pańskiego 1906.)

Wiatr zdmuchnął litery, zamek, Michała, śnieg. Została cisza i oddech, który nie był jego.


3:45

Daniel zerwał się z bólem karku i drżeniem dłoni. Światło w pokoju żółte, chore. Joanna wierciła się niespokojnie, oddech zbyt szybki. Na stoliku: stetoskop i otwarta Biblia.

Ojciec Marek w drzwiach, blady.

— Widziałeś go — nie pytał. — Michała.

— Zamek. Las. Dziennik. Wejście od północy — Daniel przełknął. — Zamknął coś, co wraca. Czas — nie zna granic.

Marek spojrzał w okno; w śniegu poruszał się cień, nie człowieczy.

— To, co on zamknął — wyszeptał — my musimy otworzyć, żeby zrozumieć.

— A jeśli otworzymy za dużo?

— Wtedy dowiemy się, dlaczego nie wrócił.

W pokoju Szymona zapukało od środka ściany — trzy razy, w rytmie serca. Zegar wskoczył na 3:59 i… stanął.


Dzień trzeci, ta sama godzina

Świt przyszedł zbyt szybko, jakby ktoś przesunął zegar świata ręką. Niebo stalowe, bez koloru. Śnieg wciąż padał, drobny, gęsty, dławiący dźwięki.

Trzeciego dnia dom znów zamknął się w sobie. Zasunięte drzwi, koce na oknach. Woda świeżo poświęcona, krzyż chłodny jak żywa skóra.

Joanna: tętno 92, mocne, nieregularne. Kropla potu na skroni mimo zimna. Daniel naprzeciwko z krucyfiksem. Marek przy drzwiach — strażnik między światami. Ewa i Piotr z tyłu — widzowie, którym serce chce uciec, ale ciało nie potrafi.

Zegar: 3:00. Ta godzina czekała na nich.


Egzorcyzm

Zaczęli ciszą.

Łacina padła dopiero, gdy Marek otworzył księgę:

— Exorcizo te, immundissime spiritus, in nomine Iesu Christi Nazareni…

Szymon nie mówił. Zgasły mu oczy — nie zamknęły się, tylko jakby ktoś zdusił iskrę za źrenicą.

Światło się skrzywiło: jakby lampy świeciły przez wodę. Skóra na szyi drżała, jakby coś pełzło pod.

Daniel szeptał: — Krew Chrystusa, ochroń nas.

Marek coraz pewniej: — Abrenuntia Satanae! (Wyrzeknij się szatana!)

— Nie mogę — wychrypiał obcy głos przez chłopca. — On jest w was. W dłoniach, w telefonach, w spojrzeniach. W każdej rzeczy, którą kochacie bardziej niż Boga.

Ewa krzyknęła. Piotr zacisnął pięści, jakby chciał uderzyć sam wiatr.

— W imię Boga Żywego, który wydobył światło z ciemności, milcz! — Marek stuknął krzyżem w podłogę. Dźwięk rozedarł powietrze.

Chłopak szarpnął się, głowa w tył, z ust buchnęła para — dym bez zapachu.

Głos zmienił się na łagodny, dziecinny:

— Piotrze.

Ojciec drgnął.

— Pamiętasz, jak powiedziałeś, że syn się ciebie wstydzi?

— Że wolałbyś, by umarł, niż był jak ty?

Cisza przecięła ich jak ostrze.

— Milcz! — Piotr ruszył naprzód, w oczach żar.

Uśmiech — krótki, brzydki, zwycięski.

— „Ojciec przeciw synowi, syn przeciw ojcu…” — rechot. — Tym się karmię.

Dłoń spadła. Plask pękł w powietrzu.

Szymon zachwiał się, odchylił głowę, a śmiech nie pasował do ludzkiego gardła.

— Piotr! — Joanna krzyknęła. — Cofnij się! To nie on!

Za późno. Oczy Szymona zrobiły się całe czarne.

— Ojcze, nie wytrzymasz. Ja też bym nie wytrzymał — dwa głosy naraz: chłopięcy i stary. — Łamiecie się od jednego uderzenia.

Daniel podniósł krzyż, krzyknął tak, że ściany oddały echo:

— W imię Jezusa Chrystusa, Syna Boga Żywego, który przyszedł w ciele — idź precz!

Pokój zadrżał. Lampa zgasła. Z gardła Szymona wyszła fala — nie dźwięk, ciśnienie.

Książki spadły, miska się wylała, krople zawisły w powietrzu, jakby grawitacja się rozmyśliła.

— Nie wy! — ryknął głos. — Ten, którego imię nosicie, dawno was zostawił!

— Nie zostawił! — Marek. — Był, jest i przyjdzie!

Ciało chłopca wygięło się w łuk, plecy jakby miały pęknąć.

Z ust wyrwał się oddech jak czarny dym — rozpadł się w powietrzu jak popiół.

Cisza. Głęboka jak po wybuchu.

Szymon opadł. Oczy się zamknęły.

Joanna w EKG: tętno wolne, ludzkie. Saturacja wraca.

Daniel przeżegnał go. Marek ukląkł:

— Gratia Domini nostri Iesu Christi sit tecum.

(Łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa niech będzie z tobą.)

Powieki drgnęły. Oczy znów niebieskie.

— Jestem… — wyszeptał.

Joanna pochyliła się i zapłakała.

Piotr stał pod ścianą, blady, dłoń przy ustach. Patrzył na syna jak na cud, którego się wstydzi.

Marek:

— Zło wyszło, ale echo zostanie. Przebacz mu zanim wróci do ciebie.

Za oknem pierwszy raz od trzech dni przestało sypać.

Marek przetarł czoło, sięgnął po notatnik.

— Dziennik Michała… Wszystko wskazuje na Ogrodzieniec.

— Zamek? — Daniel.

— Zamek. Tam zaczęło się to, co się nie skończyło.

W powietrzu wisiał zapach spalonej świecy. Nad krzyżem na ścianie został ślad — ciemniejszy niż cień. Podpis po wyjściu.


Droga

Noc gęsta jak dym po spalonym ołtarzu. Dom zostawili cichy; okno Szymona odbijało księżyc jak martwe oko.

Wyjechali po północy. Daniel za kierownicą, Joanna obok, Marek z tyłu z różańcem. Milczenie.

Silnik mruczał równo, a w każdej dolinie tracił głos. Śnieg nie padał w dół, tylko poziomo, kreślił spirale i znaki, których godzinę temu nie było.

Joanna zerknęła: 00:47. Zadzwoniła.

— Tomasz? Zatrzymam się dłużej. To sprawa z pracy. Nie wrócę dziś. Módl się.

Rozłączyła. Telefon zgasł sam, choć bateria była w połowie.

Droga szła ku Jurze: wzgórza, czarne lasy jak zastygła fala. Światła nie rozjaśniały drogi — odcinały ją od świata.

— Znasz to? — Joanna.

— Nie, ale auto jedzie samo — Daniel bez ironii.

— Jak we śnie? — Marek.

— Jak we śnie.

Za Podzamczem las wszedł prawie na asfalt. Gałęzie musnęły maskę jak palce, które chcą zatrzymać.

Światła mignęły, raz, drugi. Zapadł półmrok.

— Nie hamuj — Marek spokojnie. — Jedź, dopóki droga sama nie zniknie.

Asfalt urwał się nożem. Zostali oni, śnieg, czarne pnie.

Silnik zamilkł — nie z braku paliwa; jakby go nie było.

Wyszli. Mróz wdarł się pod ubrania jak zimna dłoń. Las milczał. Nawet wiatr milczał.

W świetle latarki — ta ścieżka ze snu. Wąska, w dół, między skały, ziemia czarna jak popiół.

— Tu — Daniel. — Tu jest wejście.

Na skale, gdzie ścieżka się kończyła — szczelina. Wąska, zasypana, ale gdy Daniel pochylił się, poczuł ciepło.

— Wieje od środka — wyszeptał.

Schodzili kolejno: Marek z krzyżem i latarką, Daniel, na końcu Joanna z apteczką, której wolałaby nigdy nie otwierać.

Zapach: kamień, kurz i stare wino. Albo krew. Kroki odbijały się od ścian jak od czaszki.

Korytarz rozszerzył się w komnatę. Gładkie ściany, lecz poorane pazurami — stare bruzdy wtopione w kamień.

Na środku — drewniana skrzynia, zardzewiała, wilgotna. Daniel uklęknął.

Na wieku wypalony znak. Nie krzyż. Nie święty symbol. Spirala trzech linii, krzyżujących się w środku: między liczbą a bestią, jak pętla 6 i 9, bez końca.

Joanna cofnęła się o krok.

— Widziałam to w Krakowie, na szyi pacjentki. Mówiła: „kto go nosi, jest bezpieczny”.

— Od czego? — Marek.

— Od światła — odpowiedział głos jaskini. Nie echo. Myśl.

Odwrócili się równocześnie — za nimi tylko ciemność.

Zawiasy pękły pod dotykiem, jakby czekały sto lat.

W środku — skórzany dziennik, okuty metalem, wilgotny od czasu. Pierwsza strona:

„Liber Michaelis. Anno Domini MCMVI.”

Druga — rysunek znaku jak na wieku.

Pod nim wypalone krwią:

„Kto raz odwrócił koniec, zapłaci, gdy czas się cofnie.”

Joanna zbladła. Marek przeżegnał się wolno — nie ze strachu, z czci.

Daniel zamknął księgę; coś w niej drgnęło.

Z daleka, z lasu, jeden dzwon. Kościoła tu nie było.

— Wracamy? — Joanna.

— Nie — Daniel podniósł dziennik. — To dopiero początek.

Ziemia zadrżała. Z ciemności popłynął szept:

— Tak już było. Ale tym razem — dokończę.

Latarka zgasła.

I zrozumieli: Ogrodzieniec nie jest ruiną.

To brama.

Rozdział I

Wyjechali z Ogrodzieńca o tej porze, gdy noc nie jest już pewna siebie, a świt jeszcze nie ma odwagi. Śnieg leżał cienko, jak zasypany popiół. W bagażniku, owinięty w koc i płaszcz ojca Marka, spoczywał dziennik. Samochód toczył się wolno, jakby nie chciał robić hałasu w miejscu, które pamięta modlitwy.

Nikt nie włączał radia. Była tylko praca silnika i oddechy — równe, zmęczone. Joanna opierała głowę o szybę; szkło miało tę temperaturę, która tłumi myśli. Daniel trzymał kierownicę lżej niż zwykle. Patrzył na drogę, ale widział pod skórą nocy jeszcze tamtą komnatę, skrzynię, znak wypalony w drewnie.

— To się nie skończyło — powiedział ojciec Marek cicho, jakby rozmawiał z mrozem. — Zaczęło się inaczej.

— Wiem — odparł Daniel. — Tylko nie wiem, ile mamy czasu: dni, tygodnie… czy po prostu tę noc.

Joanna skinęła, nie odrywając czoła od szyby. — W szpitalu uczą, że po akcji trzeba zjeść, wyspać się i napisać raport. — Uśmiechnęła się krótko, bez humoru. — A tu… żadna z tych rzeczy nie działa.

Las stał po bokach czarnymi płetwami. Co jakiś czas między pniami migało coś jasnego — nie śnieg, raczej światło odbite od oczu. Daniel nie przyspieszał. W takich nocach szybkość jest kłamstwem.

— Dziennik — powiedział Marek — otworzymy dopiero we Wrocławiu. Tu… tu wszystko jeszcze brzmi.

— We Wrocławiu też będzie brzmiało — mruknęła Joanna. — Tylko w innych tonach.

Milczeli dalej. Jezdnia spadała w doliny i wracała na garby, jakby ktoś położył ją na starych kościach. Na jednym z odcinków mgła wspięła się na maskę; na sekundę świat został tylko w promieniu reflektorów. Wtedy Daniel naprawdę poczuł ciężar w bagażniku — nie książki, tylko czegoś, co pamięta czyjąś śmierć.

— Myślisz o nim? — spytał Marek, choć wiedział, że tak.

— Tak. — Daniel przyznał bez wstydu. — O Michale. I o tym, że słowo „odwrócić” brzmi pięknie, a wygląda jak rana.

Droga w końcu wypluła ich na autostradę. Rzadkie ciężarówki jechały jak ciemne zwierzęta, ostrożnie, niechętnie. W oddali nad horyzontem pulsowało miasto — zimne, żółtawe światło, jak oddech wielkiego stworzenia. — Zawieziemy cię najpierw — powiedział Daniel. — Tomasz czeka.

— Czeka — powtórzyła Joanna, bez kropki. — Powiem mu, że to praca. I że wrócę jutro. — Przerwała. — A sama nie wiem, kiedy wrócę do czegokolwiek.

Wjechali do Wrocławia, gdzie śnieg leżał już brudniejszy, zmielony kółkami jak stara mąka. Miasto było przyciszone, jakby ktoś ściszył je jednym pokrętłem. Minęli most, na którym wiatr zawsze gra ostrzej, i skręcili w osiedle, które znało ich rejestracje i pory powrotów.

Podjechali pod parafię — najpierw, żeby zobaczyć, gdzie zapadnie noc. Kościół miał ciemne okna i jedną lampkę przy tabernakulum: czerwony punkt, który mówił „tu ktoś jest”. Nie wysiedli. Tylko spojrzeli, jak człowiek, który dotyka drzwi rękawem, zanim naciśnie klamkę.

Potem pojechali pod blok Joanny. Śnieg na parkingu zmętniał, jakby ktoś go wymieszał łyżką. W oknie ich mieszkania paliła się lampka — niepełne światło, zostawione dla kogoś, kto spóźnia się z powodów, których nie da się wytłumaczyć. Tomasz czekał już w drzwiach. Miał na sobie ten sam sweter co zwykle, ale twarz inną: zrobioną z nocy, niewyspania i troski. Przywitali się półszeptem. Joanna przycisnęła czoło do jego ramienia, krócej niż chciała; serce jej nie mogło zdecydować, czy ma przyspieszyć, czy zwolnić.

— Masz coś zjeść — powiedział Tomasz. — Choćby mało. — Spojrzał ponad jej barkiem na Daniela i ojca Marka. — Dziękuję, że… że jesteście.

— Będziemy jutro — odpowiedział Marek. — Dziś niech cię po prostu przytuli świat, który nie udaje, że rozumie.

Joanna cofnęła się jeszcze na próg, spojrzała Danielowi w oczy. Nie trzeba było słów. Wspólna noc zostawiła w nich znak — nie wypalony, ale wycięty ostrym milczeniem.

— Uważaj na siebie — powiedziała. — Na nas.

— Ty też — odparł. — I na niego.

Drzwi zamknęły się miękko. Z korytarza zawiało zwykłym, czystym zimnem. Daniel i Marek zeszli po schodach w dół, krok po kroku, jakby się bali, że budynek usłyszy, co niosą.

Parafia spała, ale kościół nie. Zawsze coś w nim czuwa: lampka, drewno, kamień, kurz modlitw. W zakrystii było chłodniej niż na zewnątrz. Daniel zapalił lampę nad biurkiem — żółtą, niską, z chropowatym kloszem. Położyli dziennik na blacie tak, jak kładzie się kogoś, kogo nie powinno się budzić.

— Zostanę tu do rana — powiedział. — Ty pojedź. Ludzie będą cię szukać jutro za wcześnie.

— Przyjadę przed świtem — odparł Marek. Zatrzymał się przy drzwiach, spojrzał na książkę. — Nie otwieraj, jeśli coś ci powie, że „teraz”.

— Już mi mówi — Daniel uśmiechnął się krótko. — Ale umiem nie słuchać, kiedy trzeba.

— On był posłuszny do końca — przypomniał Marek. — Nie mylmy ciekawości z posłuszeństwem.

Został sam. Krąg światła na drewnie wydzielał z ciemności małą wyspę. Dziennik pachniał skórą i starym kurzem. Okucia były zimne, ale od środka sączyło się coś jak żar pamięci — nie ciepło ognia, tylko wspomnienia. Daniel usiadł i przez dłuższą chwilę tylko oddychał, aż ciało dogoniło duszę. W kościele coś lekko trzepnęło: może ptak w wieżyczce, może sznur od dzwonu poruszony przeciągiem, którego tu nie powinno być.

Przesunął kciukiem po krawędzi. Skóra ustąpiła z cichym westchnieniem. Na wewnętrznej stronie okładki, drobną ręką: „Kto czyta, niech rozumie. Kto rozumie, niech kocha.” Poniżej zatarte cyfry, a jednak wyraźny zamiar — 1900.

Nie przerzucił dalej. Zdmuchnął lampkę i zostawił tylko czerwoną kropkę wiecznej obecności. Położył dłoń na okładce — jak na ramieniu zmarłego: nie żeby zatrzymać, tylko podziękować. Za oknem przejechała pojedyncza karetka; dźwięk rozwinął się i zgubił w ulicach. Wrocław oddychał równomiernie jak miasto, które śni o rosole i listach zakupów, i jeszcze nie wie, że ktoś wrócił do niego z otchłani.

— Jutro — powiedział na głos do nikogo i do Kogoś. — Jutro zaczniemy.

Cisza odpowiedziała obecnością — tą samą, która w lesie odsunęła śnieg od szczeliny. Noc weszła mu do płuc. Nie bał się jej. Noc jest zasłoną. Zasłony są po to, żeby je odsunąć.

Lampka drgnęła, dziennik milczał. A jednak, zanim zasnął, usłyszał bardzo wyraźnie, jakby słowa wyszły z papieru i położyły się na jego dłoni:

„Rok Pański tysiąc dziewięćsetny. Pięć lat minęło od Rzymu, a ja wciąż słyszę kroki na korytarzu, który nie ma końca… Marysia urosła jak trawa po deszczu. Biega, śmieje się, uczy liter i udaje, że nie boi się burzy. Jakub liczy w kancelarii — mówi, że liczby są jak paciorki: jeśli policzysz źle, modlitwa się rwie. Antoni prowadzi szkołę w Pilicy, ale władza ją zamyka — dla porządku i rejestrów. Przenoszą nas do Rzymu: ‘bliżej serca’ — piszą. Nie wiem, czy to serce usłyszy nasze uderzenia.

W parafiach powtarza się nowość — numer poświadczenia osoby. Kartki z pieczęcią i cyframi dają ludziom spokój większy niż imię. Ten nawyk będzie nas kosztował.

Chcę zobaczyć Andrzeja. Jeśli dalej pracuje w Watykanie, nazwie to, co wisi w powietrzu jak burza bez błysku.

Jadę pociągiem warszawsko–wiedeńskim. Stacje oddychają węglem. Weselny śmiech brudzi się sadzą. W tym śmiechu słyszę czas, który skraca kroki.”

Rzym zaczął się od zapachu. Nie od kamienia, nie od hałasu — od mokrej cegły i rzeki, która pamięta inny porządek. Termini przyjęło pociąg metalicznym jękiem, jak brama, którą otwiera się po raz kolejny, choć nigdy z ulgą. Hala była wysoka, chłodna, a lampy robiły nad głowami aureole z pary.

Wysiadłem z torbą i przez moment stałem bez ruchu. W tym mieście łacina leży nawet w szczelinach bruku. Po chwili przebiłem się przez krzyk tragarzy i trzepot gołębi.

— Borgo Santo Spirito. — powiedziałem vetturino.

Konie szarpnęły. Minęliśmy Santa Maria Maggiore, gdzie mozaiki, choć zasypane, umiały świecić przez śnieg. Elektryczny tramwaj zadzwonił cienko — nowy dźwięk, który drażnił stare mury. Monument dla króla sterczał w rusztowaniach. Nad Tybrem muraglioni wyglądały jak ramiona, które próbują zatrzymać pamięć. Na moście anioły patrzyły w dół. Zamek siedział ciężko, jak strażnik, który zna cudze sekrety i nie mówi.

Borgo było wąskie jak gardło. Pranie wisiało między oknami jak chorągwie pokoju. Piekarz otwierał żaluzję. Wilgoć wchodziła pod sutannę.

Portier uniósł głowę znad „L’Osservatore”.

— Padre Michał? Don Andrzej czeka.

Schody były kamienne, wydeptane półokręgami. Obok obrazu Matki Bożej zaschły łzy z wosku, jakby ktoś płakał od środka. Zapukałem. Drzwi otworzyły się od razu.

— Pax Christi.

— Na wieki.

Andrzej nie był starszy — był spokojniejszy. Światło w jego oczach miało twardość lodu i ciepło świecy. Uśmiech bez triumfu.

— Już go nie ma — powiedział, zanim zapytałem. — Zostało echo. Czasem próbuje mówić moim głosem w pustych korytarzach. Nie słucham.

Usiedliśmy. Kawa była czarna, sucharki suche jak kartka. Za oknem dzwon z Santo Spirito uderzył raz.

— Słyszałeś o Pax Humanum? — zaczął Andrzej. — Lyon. Ruch, który obiecuje wszystko: zgodę, koniec sporów, religię serca bez dogmatu.

— Armand de Vorel. — Nie musiałem sięgać po gazetę.

— Demony mówią o nim, jak o miejscu zbiórki — odparł Andrzej. — Nie jak o człowieku.

Nie odpowiedziałem. W takich zdaniach nie wolno śmiać się z przesady.

— O. Salvatore chce cię widzieć. — Andrzej nalał kawy. — Mamy te same przypadki: Prusy, Dalmacja, Francja. I nowy język. Cytują Pismo bez drżenia. Mówią jak urzędnicy: porządek, numer, pokój.

— Numer już robi swoje — mruknąłem. — Jeśli ktoś woli cyfrę od imienia, szybciej zgodzi się na wszystko, co da mu spokój.

— Pójdziesz teraz — skinął. — Pieszo. Tramwaje za głośne, dorożki za szybkie. Rzymu słucha się nogami.

Korytarz do gabinetu Salvatore miał własny przeciąg. Nie od okien — od lat. Na ścianie wisiał krucyfiks o cienkich ramionach. Kiedy przechodziłem, zapach oleju krzyżma na sekundę przeciął chłód jak igła.

— Figlio mio — ojciec Salvatore wstał i objął mnie po włosku, krótko, mocno. — Benvenuto a Roma.

Miał twarz człowieka, który zasypia na krześle i budzi się na modlitwie. Na biurku leżały trzy teczki, sznurki zawiązane równo.

— To samo, a jednak inne — zaczął bez wstępów. — Wszędzie ta sama nuta: czas się ślizga. Zegary nie mogą trafić w pełną godzinę. I to słowo w ustach opętanych: character. — Dotknął papieru palcem. — Nie krzyczą. Przekonują.

Położył przede mną raport z Dalmacji: opis dziewczynki, która zaczynała każde zdanie od „nie bój się, to dla twojego dobra”. Drugi — robotnik z Prus, który modlił się, a potem mówił: „pokój bez ofiary”. Trzeci — list z Lyonu. „Pax Humanum” wpisane ozdobnym pismem. W środku nauka o „znaku zgody” — drobiazg, amulet noszony pod mankietem. „Bez niego — żadnych zniżek.” Podkreślone na czerwono.

— Lyon — powiedział Salvatore cicho. — Pojedziesz. Nie dyskutuj. Najpierw archiwum, potem błogosławieństwo. — Przysunął mi kopertę z pieczęcią. — Mandat. Na wypadek, gdyby ktoś zapytał, czy masz prawo mówić w Imię. Dzisiaj pytają częściej.

Skinąłem. Nie lubię pieczęci. Ale wiem, że są potrzebne, kiedy ktoś czci tylko pieczęć.

Archiwum miało zapach map i skóry. Brat archiwista podał mi księgę z notą sprzed lat: „o numerach personalnych i paszportach dusz” — zapis sprzed dwóch stuleci, pół szyderczy, pół przerażony. Za oknem przeszła chmura i pokój na moment zrobił się zielonkawy, jak sala chorych przed świtem.

Wychodząc na dziedziniec, usłyszałem kroki w korytarzu, który był pusty. Trzy. Jak zawsze. Stanąłem. Zadrżała mi tylko ręka. Pomyślałem o Marysi, Jakubie, Antonim. Pomyślałem o wszystkich numerach, które ktoś już wypisał nad głowami.

— Non timebo mala. — powiedziałem na głos, bardziej dla ścian niż dla siebie.

Wieczorem wróciłem do Borgo. Andrzej siedział przy oknie. Na parapecie leżał list z Lyonu, nowy. Pieczęć Pax Humanum, w środku zaproszenie na „spotkanie jedności”. Darmowe przejazdy dla duchownych. Zniżki na kwatery. Wszystko przygotowane, żebyś się pojawił bez oporu.

— Pojadę — powiedziałem. — Ale nie sam.

Andrzej skinął. — Idziemy razem. — I dodał już po polsku: — Lepiej iść razem w noc, niż samemu w południe.

Kiedy zgasiliśmy lampę, w korytarzu znów przeszły trzy kroki. Tym razem nie uciekały. Czekały.

Zasnąłem z modlitwą, która znała drogę na pamięć. Śnił mi się wagon do Lyonu i twarz człowieka z gazety. Nie patrzył na mnie. Patrzył przez.

Dalej szli milczeniem, które nie było niezręczne — było robocze. Ulica zwęziła się jak gardło; w bramie ktoś ostrzył noże, a pisk stali na moment przeciął rozmowę miasta. Za winklem otworzył się dziedziniec Santo Spirito. Chłód z krużganków miał zapach mydła i wosku.

Ojciec Salvatore czekał w gabinecie z oknem na wewnętrzny ogród. Wstał, uśmiechnął się krótko i wskazał krzesła. Na biurku leżały trzy teczki przewiązane sznurkiem, a obok koperta z czerwoną pieczęcią.

— To samo, ale inaczej — zaczął bez ceremonii. — Prusy, Dalmacja, Lyon. Te same objawy: noc o 3:00 robi się gęsta. Zegary się mylą. Głosy mówią spokojnie, bez krzyku. Zawsze pada słowo character. — Dotknął teczki palcem. — Zawsze pada też obietnica: pokój bez ceny.

Podał kopertę. Pieczęć była świeża, gruba jak kropla krwi.

— Mandat. — spojrzał twardo. — Nie po to, żebyś robił teatr, tylko żeby zamknąć usta temu, co lubi paragrafy. I jeszcze to.

Rozsunął drugą teczkę. Na pierwszej stronie wypis: Pax Humanum, Lyon. “Znak zgody”. Zniżki, darmowe przejazdy, „przywileje uczestnika”. Fotografia mężczyzny o zbyt równym spojrzeniu.

— De Vorel — powiedział Andrzej półgłosem.

— Nazywa się jak człowiek — mruknął Salvatore. — Działa jak wydział. — Westchnął płytko. — Pojedziecie. Najpierw archiwum. Potem błogosławieństwo. I pamiętaj: nie wchodzisz sam.

Prowadził ich wąskim korytarzem. W archiwum pachniało skórą i kurzem, który zna łacinę. Brat archiwista podał czarną księgę. Na marginesie notatka sprzed dwóch stuleci: “O numerach personalnych i paszportach dusz; demon radzi, aby znaki były proste i powszednie, bo człowiek kocha to, co zwykłe.” Dalej: szkic znaku — pętle, spirale, linie jak 6 i 9 w jednym, znajome aż do chłodu w palcach.

— Widziałem to — szepnął Michał.

Andrzej nie zapytał „gdzie”. Nie trzeba było.

Gdy wrócili do gabinetu, Salvatore trzymał już w dłoni mały flakonik olejów i metalowy krzyż o kruchych ramionach.

— Błogosławieństwo na drogę — powiedział cicho, czyniąc znak nad ich czołami. — I rada: nie rozmawiaj z reklamą. Będzie łagodna, położy ci dłoń na ramieniu, powie: “nie bój się”. Milcz i módl się. Bóg słyszy ciszę.


We Wrocławiu lampka w tabernakulum zamigotała. Daniel siedział nad dziennikiem i czuł, jak słowa robią się cięższe, jakby atrament wsiąkał w skórę. Na chórze coś stuknęło — nie drewno, nie wiatr. Trzy kroki, jak w tekście. Dokładnie trzy.

— Dobrze. — powiedział półgłosem, bardziej do Niego niż do siebie. — Czytamy dalej.

Przewrócił stronę.


Rzym, noc. Borgo zeszło do szeptu. W korytarzu domu dla księży płonęła tylko jedna świeca, a płomień miał drżenie, które znaczy, że ktoś stoi poza kadrem. Michał i Andrzej siedzieli przy stole. Pomiędzy nimi list: zaproszenie na zebranie Pax Humanum w Lyonie, ozdobne litery, godzina, sala, wszystko jak w planie nabożeństwa — poza Treścią.

— Jedziemy jutro — powiedział Andrzej. — Pociąg o 6:10. Bez sutann, z brewiarzem w torbie. Nie dajemy się poznać, zanim nie usłyszymy.

— I zanim nas nie usłyszą — dodał Michał. — Bo najpierw będą chcieli, żebyśmy przytaknęli.

Zgasił świecę. Zanim pokój zgasł do końca, usłyszeli trzy uderzenia dzwonu. W tej godzinie żaden kościół nie bił. A jednak.


Wrocław. Zegar w zakrystii przeskoczył o minutę sam. Daniel aż uniósł głowę. Od strony nawy przyszedł przeciąg, choć drzwi były zamknięte. Delikatny, ale niósł ze sobą zapach starej skóry — jak z dziennika. Pod palcem czuł chropowatość papieru, który jeszcze przed chwilą był gdzie indziej.

— Jeszcze kawałek — szepnął. — Pokaż, Michale, co dalej.


Pociąg do Lyonu. W środku tłoczno od ludzi dobrze ubranych „na rozmowę”: ciemne płaszcze, kołnierze, rękawiczki — i ten jeden rodzaj pewności, którą daje cel bez sprzeciwu. Andrzej patrzył przez szybę na śnieg, który tu był już tylko deszczem. Michał trzymał brewiarz pod płaszczem. Konduktor sprawdził bilety, a potem — dodatkowe karneciki z pieczęcią ruchu. Kto je miał, dostawał uśmiech. Kto nie — spojrzenie, które mówiło „nadrób”.

— Trattamento preferenziale per i membri. — powtórzył konduktor jak zdanie z mszału.

Na sąsiednim fotelu mężczyzna czytał broszurę Pax Humanum. Tytuł: „Pokój bez przeszkód”. W środku schemat „znaku zgody” — mały dysk noszony pod mankietem, „dla tożsamości i wygody”. Pod spodem hasło: „Im mniej słów, tym mniej bólu.”

— To nowy katechizm — mruknął Andrzej. — Krótszy, ale nie Boży.

Pociąg wjechał w tunel. Ciemność trwała o sekundę za długo. W tej sekundzie ktoś usiadł na wolnym miejscu obok i nie poruszył powietrza. Kiedy światło wróciło, krzesło było puste, ale na jego obiciu został cień wilgoci — kształt dłoni.

Lyon przyjął ich plakatami. Na murach białe arkusze z okrągłym znakiem — trzema pętlami, które zawijały się w środek. Strzałki do sali. Uśmiechnięci wolontariusze. Stolik z kartonikami: nazwisko, numer, „Bienvenue”.

Michał podał imię. Wolontariuszka zamrugała.

— Numéro, s’il vous plaît?

— Imię — powtórzył spokojnie. — Wystarczy.

Uśmiech zbladł. Kartonik położono bokiem. Dało się przejść — ale bez przypinki.

Sala była duża, jasna, pachniała świeżo malowaną farbą i nowymi krzesłami — te dwa zapachy zawsze niosą regulamin. Na podwyższeniu mężczyzna z gazety. Nie mówił jak mówca. Mówił jak ktoś, kto prowadzi spotkanie działu.

— Bracia i siostry w człowieczeństwie. — Głos miękki, niskonapięciowy. — Wszyscy pragniemy jednego: zgody. Zgody ponad granicami, ponad dogmatami, ponad starymi słowami. Znak zgody to narzędzie dobra. Ułatwi zakup i sprzedaż, podróż i pomoc. Znak nie zniewala. Znak wyzwala od podejrzeń.

Na te słowa z tyłu wybrzmiało westchnienie ulgi. Jak po rozgrzeszeniu. Michał poczuł, jak przez salę przechodzi fala — bardzo łagodna, bardzo grzeczna. Nie wymuszała. Przekonywała. W „amen” tej fali nie było Boga, tylko święty spokój.

— Ci, którzy nie chcą — mówca uśmiechnął się szerzej — nie będą zmuszani. Ale odkryją, że poza zgodą jest trudniej. Po co wam trud? — nachylił się lekko. — Po co cierpienie?

Michał ścisnął krzyż w kieszeni. Metal był zimny jak prawda.

— Nie rozmawiaj z reklamą. — słowa Salvatore zabrzmiały mu w pamięci jak dzwon. Zamiast odpowiedzi szeptał w sercu: „Nie wódź nas na pokuszenie.”

Na przerwie wolontariuszka podeszła z dyskiem w satynowej torebce.

— Un petit essai, padre. — prawie szeptem. — To nic. Ułatwia ruch. Niewidoczny.

W świetle korytarza dysk mignął jak łuska. Pętla, spirala, znamię. Michał tylko spojrzał. Nie dotknął.

— Nie — powiedział uprzejmie. — Nie potrzebuję, żeby było mi łatwiej.

Z tyłu przeszło drżenie powietrza, takie jak przed burzą, gdy chmura jeszcze daleko. Andrzej spojrzał na niego i skinął ledwo widocznie: dobrze.

Wrócili na salę. Mówca uniósł ręce jak dyrygent, który już nie musi dyrygować. Gdy zaczął mówić o „dniu bez cierpienia”, światło nad sceną przygasło i znów wróciło, jak wtedy w Bytomiu. Ktoś w ostatnim rzędzie odwrócił głowę. Na sekundę oczy miał zbyt ciemne.

— Tempus non erit amplius — wyszeptał ktoś gdzieś obok nich, po łacinie, dokładnie tym głosem, który znali. (Czasu już nie będzie.)

Michał i Andrzej jednocześnie przeżegnali się bardzo wolno, jakby kładli kratę na studnię. Mówca uśmiechnął się, jakby słyszał — choć nie mógł słyszeć.

— Nie bójcie się — powiedział. — Znak jest za darmo.

To słowo uderzyło w salę jak cukier. Wszyscy się rozluźnili. Wtedy w bocznych drzwiach inaczej zamigotały cienie — nie jak ludzi, ale jak zgody zbierające podpisy.

Michał pochylił się do Andrzeja.

— Teraz albo nigdy. — wyszeptał. — Krótko, bez sceny.

Podnieśli się. Nie na podium. Do wyjścia. W korytarzu, między plakatami, zatrzymała ich ta sama wolontariuszka. Uśmiechała się z przyzwyczajenia. Gdy spojrzała im w oczy, uśmiech pękł. Cofnęła rękę z dyskiem tak, jak cofa się palce od płomienia.

— To nie jest na was — powiedziała prawie dziecinnie. I zbladła, jakby zrozumiała, co powiedziała.

Na zewnątrz deszcz kładł się cienkimi żyłkami na kamieniu. Od rzeki przyszedł jeden dzwon — nie z kościoła. Zegar na placu przeskoczył o minutę wstecz.

— Widzisz? — Andrzej mówił bardzo spokojnie. — Regulamin uczy się języków.

— A my — odparł Michał — musimy nauczyć się milczeć w odpowiedzi i mówić tam, gdzie trzeba.

Odwrócił się, jakby ktoś zawołał jego imię. Nikt nie stał. Tylko na mokrej ścianie plakat z okrągłym znakiem rozmazał się tak, że pętle ułożyły się w słowo: REDIBO. Znikło po sekundzie.


Wrocław. Daniel zamknął na chwilę oczy. Na biurku, tuż obok dziennika, leżał telefon Joanny — zostawiony przy poprzedniej wizycie, martwy, bo rozładowany. Ekran mrugnął raz sam z siebie i zgasł. Z wieży — jeden dzwon. Zegarek Daniela przeskoczył o minutę do tyłu.

— Dobrze… — wyszeptał. — Już cię znamy. — Położył dłoń mocniej na okładce. — I idziemy dalej.

W kościele zapach wosku zgęstniał. Za drzwiami zakrystii, po stronie ciemnej nawy, trzy kroki przeszły od konfesjonału do krzyża i stanęły. Daniel nie podniósł głowy.

— Non dimittitis — padło bardzo daleko i bardzo blisko. (Nie przebaczacie.)

— Przebaczamy — odpowiedział zwyczajnym głosem. — I dlatego czytamy do końca.

Przewrócił następną stronę. Lampka drgnęła. A noc, która nie była już taka pewna siebie, pochyliła się nad literami.

— Mandatum? Sigillum? — powtórzył głos przez usta chłopca, suchy, bez złośliwości. — Numer?

— Wystarczy imię — odparł Michał spokojnie. — Numerów dziś nie sprawdzamy.

Odwrócił się do matki.

— Pani Roso, poproszę świecę chrzcielną. I metrykę, jeśli jest w domu.

Kobieta skinęła. Ze skrzynki w kredensie wyjęła rulon papieru i świecę z wytartą wstążką. Ręce jej drżały tylko raz — gdy podała dokument.

— Tu jest, ojcze. Z Santa Maria in Trastevere. — Głos zgasł jej w gardle.

Michał rozwinął metrykę. Litery były proste, atrament wciąż ciemny.

— „W roku Pańskim 1893, dnia… ochrzczony Luca Giovanni…” — przeczytał wyraźnie, nie patrząc na chłopca, tylko na linie, które kiedyś wypowiedziano nad wodą.

Położył metrykę na stole, obok ułożył krucyfiks do siebie. Nie robił gestów „na pokaz”.

— Pani Roso, proszę usiąść obok i położyć dłoń na plecach syna. Delikatnie. — Spojrzał Andrzejowi w oczy. — Ty — przy świecy.

Andrzej wyjął krzesiwo z kieszeni, zapalił knotek. Płomień był niski, ale równy. W powietrzu zrobiło się odrobinę cieplej.

— Luca — powiedział Michał miękko. — Zrobimy coś prostego. Dwie rzeczy, które widzisz.

Chłopiec mrugnął. Spojrzenie przesunęło się wolno po pokoju.

— Świeca… stół.

— Dobrze. Jesteś?

Krótka pauza. Bardzo krótka.

— …Sum ordo.

Słowo spadło jak stempel. Matce zadrżały palce.

— Spróbujemy jeszcze raz — bez pośpiechu. — Dwie rzeczy.

— Okno… ręka mamy.

— Jesteś?

Wargi drgnęły. Dźwięk wyszedł z gardła niepewnie, jak pierwszy krok po chorobie.

— Jestem…

Płomień świecy drgnął do przodu, jakby chciał podejść bliżej. Wtedy znów tamten ton:

— Mandatum? Sigillum? — chłopiec delikatnie uniósł dłoń, jak do salutowania. — Poświadczenie osoby?

— Mam — odpowiedział Michał i wziął metrykę między palce. — To jest twoje poświadczenie. — Dotknął daty. — Tu stało się twoje imię.

Głos w chłopcu spróbował wjechać w to zdanie jak w szynę:

— Numerus sufficit. (Wystarczy numer.)

— Nie — łagodnie, ale twardo. — Imię wystarczy. Numer jest sługą.

Michał skinął Andrzejowi. Ten podał mu szkatułkę z olejami. Michał wetknął kciuk w wąski, czysty wacik, dotknął włosów chłopca — nie czoła jeszcze.

— Luca Giovanni — powiedział cicho, jak się woła kogoś śpiącego. — Audi. (Słuchaj.)

Chłopiec poruszył oczami, jakby coś przesunęło się pod skórą.

— Non dimittitis — syknęło przez zęby, tym razem zimniej. — (Nie przebaczacie.) — Mater fratri, pater sibi. (Matka bratu, ojciec sobie.)

Rosa spiąła ramiona. Michał nie odwrócił wzroku.

— Przebaczamy — powiedział po włosku, nie do zjawiska, tylko do ludzi. — Dziś, tutaj. — Spojrzał na Rosę. — Pani Roso, proszę: „Przebaczam temu, komu trzeba”. Nic więcej.

Zerknęła króciutko na krzyż, wzięła powietrze, które kłuje.

— Perdono. (Przebaczam.)

W tej samej chwili coś w pokoju straciło oparcie, jak krzesło odsunięte o centymetr. Płomień świecy obniżył się i wrócił.

— Dobrze — rzekł Michał. — Teraz ty, Luca. Jeżeli możesz, powiedz: „Nazywam się…”. Nic więcej. Nie spiesz się.

Chłopiec otworzył usta. Język poruszył się jak u kogoś, kto zapomniał sylaby.

— Sum… — zatrzymał się, źrenice odwędrowały do narożnika. — Or—

Michał położył metrykę na jego dłoni. Ciepło papieru było prawie takie jak ciepło skóry.

— Spójrz tutaj. — Dotknął atramentu przy Luca Giovanni. — To jest napisane od ciebie. To jest twoje.

Chłopiec wciągnął powietrze, krótko, jak ktoś po zimnej wodzie.

— Lu… — głos mu się złamał. — Luca…

Matka wydała dźwięk, który nie był słowem, tylko oddechem złamanym na pół.

— Jeszcze raz — powiedział Michał, już ciszej, jakby kładł koc.

— Nazywam się… Luca… Giovanni.

Słowo przeskoczyło przez gardło i spadło na stół jak kamyk, który trafia dokładnie tam, gdzie trzeba. W tej sekundzie świeca plunęła kroplą wosku na blat — kropla rozlała się w spiralę, trzy pętle… i zanim zdążyła się domknąć, Andrzej końcem krzyża przeciął ją w poprzek. Wosk zastygł w kształcie małego krzyżyka pośrodku pętli.

— Non valet — rzekł Michał spokojnie. — (Nie działa.)

Chłopiec zamrugał szybko. Źrenice wróciły do normalnego rozmiaru. Na policzku pojawił się nagły rumieniec, taki całkiem zwykły, dziecięcy.

— Luca — zwrócił się do niego Michał. — Dwie rzeczy.

— Mama… świeca.

— Jesteś?

Uśmiech, krótki, jeszcze nieśmiały.

— Jestem.

Przez moment wszystko było proste: wilgoć na kamieniu pod butami, zapach gliny, ciepło małej dłoni pod metryką. A potem, bardzo cicho, jakby z sąsiedniego pomieszczenia, odezwało się to, co nie lubi być ignorowane:

— Tempus… — urwany szept. — …non erit… (Czasu już nie będzie…)

W tej samej chwili zegar w warsztacie przeskoczył o minutę wstecz.

Michał nie podjął rozmowy. Nie dyskutował z cieniem. Zielonym flamastrem (na stole, przy zeszytach) narysował krótką kreskę na metryce — nad Luca Giovanni zrobił maleńki krzyżyk, dotknął go kciukiem.

— Roso — powiedział wyraźnie. — Wieczorem idzie pani z nim do kościoła. Zapalicie świecę na chrzcielnicy i tylko to powiecie: „Nazywam się Luca Giovanni. Jestem ochrzczony.” Nic więcej. Zero pytań, zero negocjacji.

— Tak — skinęła, głos wrócił jej w dwóch porcjach.

— Przez trzy dni nie wolno mówić przy nim o „numerach”, „poświadczeniach”, „zgodach”. — Michał spojrzał na zeszyt z szeregiem cyfr. — Ten zeszyt chowamy wysoko. Liczyć możecie dopiero przy pieczeniu chleba. Na razie imiępraca.

Zamknął szkatułkę. Krucyfiks wziął do ręki dopiero teraz, gdy wszystko zostało powiedziane.

— Benedicat te Deus… — pobłogosławił chłopca krótko, bez fraz, które lubią teatr. — I tyle.

W drzwiach odwrócił się jeszcze raz.

— Luca — zawołał delikatnie. — Jak masz na imię?

Chłopiec spojrzał prosto.

— Luca Giovanni.

Płomień przytaknął.

Na ulicy deszcz zaczynał smużyć światło na bruku. Andrzej milczał przez kilkadziesiąt kroków. Dopiero przy moście powiedział:

— Szybko odpuścił.

— Nie odpuścił — odparł Michał. — Zszedł niżej. Pod imię. Będzie wracał, kiedy zmęczenie wróci.

— Wróci — przyznał Andrzej. — Ale teraz ma mniej drzwi.

Szli dalej. Rzym oddychał równo. Z Borgo doleciał jeden dzwon. Michał przystanął na sekundę — nie z pobożności, z nawyku, który trzyma ludzi przy życiu.

— Następne — powiedział. — Archiwum. Lyon. — Zatrzymał wzrok na cieniu, który skurczył się w bramie, jak myśl, która nie lubi światła. — I znak, który trzeba będzie nazwać przy wszystkich.

Andrzej skinął.

— Salvatore uprzedzi wikariusza generalnego. Dostaniemy papiery. Mandatum dla tych, co kochają paragrafy.

— A dla reszty — dodał Michał — świadectwo.

Odwrócili się jednocześnie. Z okna warsztatu, wysoko, widać było mały płomień świecy. Drgnął, ale nie zgasł.


Tego samego wieczoru Michał usiadł nad stołem w maleńkim pokoju na Borgo. Na kartce zapisał krótko, roboczo, bez literatury:

„Trastevere, Luca G. — przywrócenie imienia. Słowa obce: mandatum, sigillum, numerus, sum ordo. Próba pętli (wosk) przerwana Krzyżem. Zalecenia: trzy dni bez ‘numerów’, świadectwo chrztu, praca, cisza.”

Na końcu dopisał:

Testis, non bellator. — działa.”

Odłożył pióro. Wziął fotografię domu pod Ustroniem. Krótko na nią spojrzał — tylko tyle, żeby pamiętać, że świat poza numerami istnieje.

Płomień lampy zachował się spokojnie. Za oknem ktoś zawołał po imieniu kogoś ukochanego. Odpowiedź przyszła natychmiast, bez numeru.

Jutro — Lyon. I mężczyzna, który mówi o pokoju bez ceny. Teraz — noc, która daje oddech.

Michał zgasił światło. Zanim zrobiło się zupełnie ciemno, w ciszy zahuczał pojedynczy dzwon. Wystarczyło.

Świt nie zdążył się rozgościć, gdy zapadła decyzja.

— Lyon — powiedział Michał po przeczytaniu kartki. — Jedziemy dziś.

Nie pakowali dużo: brewiarz, stuła, szkatułka z olejami, mały krucyfiks, notatnik. Andrzej dorzucił kopię „Vademecum pro testibus”. Salvatore dał im list polecający do miejscowego biskupa i cienką przepustkę z suchym stemplem. Na odwrocie ołówkiem: „Testes, non bellatores.

Droga

Pociąg zachodni kołysał jak wdech i wydech. W przedziale z nimi siedział mężczyzna w granatowym płaszczu z przypinką — drobny krążek z trzema cienkimi liniami. Nie spiralą. Prawie. Gdy przymykał oczy, przypinka wydawała się obracać.

— Do Lyonu? — zagadnął uprzejmie po francusku.

— Do Lyonu — odparł Andrzej.

— Na kongres? To piękna sprawa. Zjednoczenie pokoju. — Uśmiechnął się bez zębów, jak ktoś, kto nie chce przestraszyć. — Armand mówi: „Zgoda kończy wojny, zanim powstaną”.

Michał skinął jak człowiek, który wie, że nie rozmawia się w pociągach zbyt długo. Mężczyzna zasnął płytko, z ręką na przypince — palec kreślił na niej okrągły, jednostajny ruch.

Za oknem śnieg przerzedzał się i znów gęstniał. Tunel. Most. Stacja bez ludzi. Czas przyklejał się do szyb. O czwartej po południu zobaczyli pierwsze hale — szkło i żelazo — i dym nad Saôną.

Lyon

Miasto pachniało metalem i słodkim pieczywem. Banery gładko zwisały nad ulicami: PAX HUMANUM. Litery nie krzyczały. Uspokajały.

Biskup przyjął ich krótko. Blady, zmęczony, ale nie uciekał wzrokiem.

— Mówicie: świadkowie — powiedział po łacinie. — Dobrze. W tej sprawie wojownicy robią więcej hałasu niż pożytku. Macie wejściówki. Na jutrzejsze plenum i dziś na… — zawahał się — „Wieczór Zgody”. To ich słowo.

Podał im dwie karty z tłoczeniem. W rogu drobny znak: trzy cienkie łuki schodzące się w jeden punkt. Bez krzyża.

— Nie zakładajcie nic na rękę — dodał cicho. — Tutaj to gest. Na razie — dobrowolny.

„Wieczór Zgody”

Sala była okrągła, światło miękkie, muzyka jak ciepła woda. Ludzie stali w półkolach. Wolontariuszki rozdawały paski z jasnej tkaniny — opaski na nadgarstek. Nic groźnego. Uśmiech i „proszę”.

Na scenie wyszedł mężczyzna z gazetowej ryciny. Twarz spokojna, głos nienaganny. Armand de Vorel nie podnosił ręki zbyt wysoko, nie patrzył w górę. Patrzył ludziom prosto w oczy.

— Bracia i siostry — zaczął po francusku, powoli, żeby każdy zrozumiał. — Wojny biorą się z różnicy imion. — Uśmiechnął się lekko. — Z imion, które stają przeciwko sobie jak sztandary. Proponuję coś prostego: wspólny porządek, który nie zabiera nikomu imienia, tylko je ucisza, kiedy trzeba.

Na ekranie za nim pojawił się wykres — linie spadające łagodnie. „Konflikty”, „koszty”, „napięcia”. Wszystko w dół.

— Symbol zgody — ciągnął czule — to opaska. Nie numer, znak gotowości. Kto chce, niech założy. Kto nie — nic się nie dzieje. Pax sine pretio. — Uśmiechnął się szerzej. — Pokój bez ceny.

Tłum poruszył się jak trawa w bezwietrzny dzień. Opaski zapinały się miękko. Klik. Klik. Klik.

Michał poczuł to „klik” w kościach.

— Nie — powiedział półgłosem. — Świadkuj, nie walcz.

Wolontariuszka podeszła do nich.

— Dla ojców też? — uprzejmie, bez nacisku.

— Dziękujemy — odparł Andrzej. — Dziś świadczymy inaczej.

Kobieta nie obraziła się. Odeszła jak woda.

Na środku sali zaproszono dziecko. Chłopiec, może dziesięć lat. Mikrofon był niższy niż zwykle. Prowadzący ukucnął.

— Jak masz na imię?

Chłopiec uśmiechnął się grzecznie.

— Je suis ordre. — (Jestem porządek.)

Michał poczuł, jak całe pomieszczenie przytakuje jednym mięśniem. Brawa — miękkie, krótkie, „żeby nie przeszkadzać”.

— A w domu? — zapytał prowadzący.

— W domu… — Chłopiec zawahał się. Oczy na sekundę zaiskrzyły życiem. — W domu mama mówi… — urwał, jakby ktoś zdjął mu słowo z ust — …że tak będzie łatwiej.

W tej samej chwili na ekranie pojawiła się grafika: trzy cienkie łuki zbiegające się w punkt. W rogu — „Zgoda dobrowolna”. Maleńkie dopisane: „rekomendowana”.

Michał spojrzał na salę: opaski na nadgarstkach rozbłysły jedną myślą. Nie świeciły. Po prostu były zgodne.

— Teraz — szepnął do Andrzeja. — Teraz nie kazanie. Imię.

Ruszyli nie na scenę, tylko na krawędź. Do matki chłopca, która stała pod filarem z zaciśniętymi dłońmi.

— Pani — zaczął Michał po francusku tak prostym, jak potrafił. — Ma pani przy sobie świadectwo chrztu?

Kobieta drgnęła. Z torebki wyjęła małą kartę w okładce. Taką samą, jak w Trastevere. Te same rubryki. Imię. Data. Kościół. Atrament, który już wysycha, ale jeszcze mówi.

— Proszę powiedzieć je raz, głośno. Tylko imię.

— Louis — wyszeptała. — Nazywa się Louis.

Chłopiec odwrócił głowę w pół zdania Armanda, jakby ktoś go zawołał z drugiego pokoju.

— Louis — powtórzył Michał, nie patrząc na scenę. — Jesteś?

— Je… — Głos dziecka zachrobotał jak zardzewiałe kółko. — …suis… Louis.

Opaska na jego ręce zadrżała o milimetr. Tylko on to poczuł. Na ekranie „krzywa napięć” zafalowała jednym pikselem — nikt nie zwrócił uwagi.

Armand przerwał na ułamek sekundy. Uśmiech nie zgasł.

— Czasami dzieci… — powiedział miękko — …szukają słów. Dajmy im porządek, a słowa same wrócą na swoje miejsce.

Tłum skinął jak jeden człowiek.

Wolontariusz podszedł do matki Louisa z drugą opaską.

— Dla pani. Będzie bezpieczniej.

Michał nie wyrwał, nie krzyczał. Tylko przesunął kartę chrzcielną między opaskę a dłoń kobiety.

— Najpierw imię — powiedział cicho. — Potem wszystko.

Kobieta zawahała się. Opuściła rękę. Chłopiec oddychał szerzej, jak po biegu.

— Wystarczy — syknęło coś z klimatyzacji. Nie głos. Procedura.

Armand zakończył przemówienie bez jednej zgłoski mniej. Brawa. Uśmiechy. „Do zobaczenia jutro na plenum”.

Kuluary

Korytarz pachniał kawą. Ludzie rozmawiali półgłosem. Michał i Andrzej stali przy filarze. Podeszła do nich ta sama wolontariuszka.

— Dobrze ojcowie zareagowali — powiedziała z uznaniem, jak nauczycielka. — Dzieciom trzeba pomagać. — Spojrzała na krzyż pod płaszczem Michała i na cienkie pudełko z olejami. — To też pomoc. Nasza jest bezpieczniejsza.

— Bo nie boli? — zapytał Michał łagodnie.

— Bo działa — odparła bez cienia pychy.

— Na jak długo? — spytał.

Uśmiechnęła się z taką dobrocią, że aż zrobiło się zimno.

— Na zawsze, jeśli wszyscy się zgodzimy.

Odeszła, zostawiając zapach mydła i papieru.

— Jutro cię zaprosi — powiedział Andrzej. — Na spotkanie „okrągłe”. Z tłumaczami, kamerami. Zadbają o język.

— Pójdę — skinął Michał. — I powiem: imię.

Plenum

Sala większa, światła więcej, słów mniej. Na stołach leżały formularze „Deklaracji Zgody”. W trzeciej linijce drobny dopisek: „ułatwia dostęp do żywności, lekarstw, transportu”.

— Nie walczyć z papierem — przypomniał sobie Michał słowa z Rzymu. — Nie oddać serca.

Głos prowadzącego był jak ręka na ramieniu.

— Kto podpisze, otrzyma dziś znak gościnny na nadgarstek. Nie numer. Tylko zgodę.

Ruch piór. Szelest. Stemple. Klik.

Kamera obróciła się w ich stronę; czerwone światełko jak oko. Prowadzący zszedł ze sceny, podszedł prosto do Michała.

— Ojciec przyjechał z Rzymu. To dobrze. Czy Kościół popiera zgodę?

— Kościół uczy miłości, która ma imię — odpowiedział spokojnie Michał. — Zgoda bez imienia nie jest miłością. Jest ciszą.

— Piękne — uśmiechnął się prowadzący. — A praktycznie? Czy ojciec odmówi znaku gościnnego?

Michał spojrzał w kamerę jak w człowieka.

— Odmówię, jeśli znak zastępuje Krzyż. Przyjmę, jeśli służy człowiekowi, nie jego sercu. — Zawiesił głos. — Dziś odmówię.

Przez salę przeszła lekka fala — nie gniewu, zawodu. Jakby ktoś zrezygnował z deseru, który już nalano.

— A ojciec? — odwrócił się do Andrzeja.

— To samo — powiedział Andrzej i pierwszy raz się uśmiechnął. — Nie jesteśmy przeciw porządkowi. Jesteśmy za imieniem.

Ktoś klasnął z końca, pojedynczo. Echo nie podjęło.

Armand podszedł dopiero po wszystkim. Z bliska jego spokój miał fakturę szkła.

— Ojcowie są szczerzy — powiedział jak komplement. — To rzadkie. — Spojrzał na ich dłonie. — Zgoda nie boli. Krzyż boli. — Przechylił głowę. — Proponuję świat, w którym nie trzeba bolało.

— Proponuje pan sen — odparł Michał łagodnie. — A my budzimy.

Przez ułamek sekundy w oczach Armanda pojawiła się głębia, której nie było w kamerach. Nie gniew. Znużenie.

— Redibo — szepnął jak ktoś, kto zna zegar. — Wrócę, gdy będziecie zmęczeni.

Odwrócił się i poszedł. Tłum rozstąpił się jak woda.

Noc w Lyonie

W tanim pensjonacie przy Rue de la Barre łóżka skrzypiały, a woda w rurach liczyła po swojemu. Michał otworzył notatnik.

— „Lyon. Pax Humanum. Znak ‘gościnny’ — opaska. Język: pokój bez ceny, zgoda dobrowolna (rekomendowana). Przypadek publiczny: Louis — odzysk imienia przy matce; opaska drży.”

Zastanowił się i dopisał:

— „Bestia nie ryczy. Organizuje. Procedura zamiast pokusy. Numer nie żąda krwi — żąda serca.”

Zgasił lampę. Zanim zasnął, usłyszał, jak ktoś na korytarzu zapina opaskę. Klik. Drugi klik. Trzeci.

Poranek: próba ostatnia

O świcie przyszedł posłaniec z kurii.

— Proszą ojców do szpitala dziecięcego. Nagle dużo przypadków „bezimienności”. Matki mówią to samo zdanie: „Będzie łatwiej”.

Przy łóżeczkach leżały taśmy opasek. Pielęgniarki mówiły szeptem. „Tylko na czas leczenia.” „Żeby nie płakało.” „Żeby zgadzało się z zabiegami.”

Michał poprosił o dziennik chrztów. Kapelan przyniósł księgę. Atrament wciąż mówił.

— Zaczniemy od pierwszego — powiedział. — I od ostatniego. Imię. Imię. Imię.

Szli łóżko po łóżku. Krótkie pytania. Krótkie odpowiedzi. Płacz, który wraca jak deszcz po upale. Nad jednym z łóżek opaska pękła sama — cicho, jak nitka. Nad drugim — nie. Została. Dziecko spało spokojnie. Za spokojnie.

— Ten zostaje na noc — powiedział Michał. — Nie obudzimy go na siłę. Będziemy czuwać.

Wieczorem, gdy miasto znów rozwiesiło banery, w sali dziecięcej zgasło światło na sekundę. W tej sekundzie wszystkie opaski zamigotały jak ławica.

— Teraz — szepnął. — Exorcizo te…

Formuła poszła równo, bez heroizmu. Przy „nomine” ktoś w korytarzu kliknął wyłącznikiem. Prąd wrócił. Jedna opaska sama się rozpięła i zsunęła na podłogę jak pusta skóra.

Dziecko westchnęło. Powiedziało cichutko:

— Marie.

Nie „porządek”. Nie „zgoda”. Imię.

Michał odłożył krucyfiks, jak odkłada się młotek, gdy gwoździe weszły.

— Wystarczy na dziś — rzekł. — Jutro będziemy świadczyć ciszej.

Wyjazd

Przed odjazdem stanęli jeszcze raz na placu. Baner kołysał się jak zasłona. Pod nim młody kapłan rozdawał opaski „dla bezpieczeństwa wspólnoty”.

— Nie rób krucjaty — powiedział Andrzej półżartem.

— Nie zrobię — odparł Michał. — Zostawię mu słowo.

Podeszli.

— Bracie — zaczął spokojnie. — Pamiętaj, że znak bez Krzyża staje się kultem. A kult bez Boga — numerem. — Uśmiechnął się. — Ucz imienia w konfesjonale. Opaski same spadną.

Młody skinął niepewnie. Może zrozumiał. Może nie. Wrócą, jeśli trzeba.

Pociąg ruszył. Lyon został jak miękkie światło w tylnej szybie. Przed nimi — północ, śnieg, i nazwiska, które czekały na wezwane.

Michał zamknął oczy. Słyszał jeszcze raz głos z Rzymu: „Testis, non bellator.” Skinął temu, który mówił. I zasnął krótko, jak śpi człowiek, który jutro znów będzie przywracał imię.

Rozdział II

Rano Lyon przyszedł w dwóch barwach: szaroniebieskiej rzeki i żółci elektrycznych lamp. Sala była wielka, ściany wyłożone drewnem tak gładkim, że dłonie myliły je z powietrzem. Na scenie — pulpit i nic więcej. Bez znaków, bez sztandarów. Na tylnej ścianie wisiał zegar, który chodził bez pośpiechu.

Ludzie napływali cicho. Urzędnicy, nauczycielki, księża, robotnicy w czystych koszulach. Nikt nie niósł haseł. Tylko twarze: ulga wymieszana z czujnością.

Delatour znalazł ich w tłumie i skinął. — Miejsca dla gości. — Uśmiech miał miękki, jak obrus.

Orkiestry nie było. Tylko jeden ton z kamertonu, a potem cisza tak równa, że słychać było podwójny oddech sali.

Wszedł mężczyzna w czarnym fraku. Nie wyglądał jak mówca. Wyglądał jak ktoś, kto umie słuchać.

— Armand de Vorel — szepnął ktoś za nimi, z szacunkiem, który nie potrzebuje nazwisk.

Armand stanął przy pulpicie i nie dotknął go. Patrzył przez salę jak przez szybę.

— Przyszliście w imię miłości — zaczął po francusku, a jego głos miał ten spokojny ciężar, który nie wymaga próśb. — Nie po to, by spierać się o drobne. Po to, by przestać się bać.

Nie cytował Pisma. Cytował ludzi.

— Matka pragnie, by dziecko nie stało w kolejce. Ojciec pragnie, by praca miała sens. Ksiądz — by nikt nie bluźnił. Lekarz — by papier nie był ważniejszy niż krew. — Uśmiechnął się nie do sali, tylko do pojedynczych twarzy. — To wszystko można ułatwić.

Na ekranie za nim rozbłysły słowa, proste, jak rubryki:

JEDNOŚĆ.

ZGODA.

BEZPIECZEŃSTWO.

Nikt nie klaskał. Ludzie oddychali równiej.

— Mówili, że przyjdę wam zabrać Boga — ciągnął, łagodnie. — Nie umiem. Nie chcę. Prosilibyśmy tylko o zgodę… na format. By nazwy zgadzały się z nazwiskami, a imiona z numerami — w sprawach, gdzie liczy się sprawność.

— „Zgoda” — powtórzył — to najłagodniejsze z wielkich słów. Kto się zgadza, ten już nie musi walczyć.

Słowa nie miały ostrza. Miały kształt.

Michał czuł w klatce piersiowej ten sam chłód, co w Bibliotece. Nie lęk. Rozpoznanie.

— Dziś pokażemy — dodał Armand — jak działa porządek bez przemocy. — Skinął komuś poza kulisami. — Mała przyjaciółka zgodziła się pomóc.

Na scenę weszła dziewczynka w granatowej sukience. Ośmioletnia. Włosy związane wstążką. Uśmiech bez tremy. Za rękę prowadziła ją urzędniczka — tak dyskretna, że prawie niewidzialna.

— Jak masz na imię? — zapytał Armand łagodnie.

— Claire — odpowiedziała natychmiast.

— Claire, czy chcesz, żeby droga do piekarni była krótsza? Żeby twój tata nie musiał stać w kolejce? Żeby lekarz nie mylił kart?

— Chcę — odparła, jak dziecko w katechizmie.

— Pięknie. To powiedz jeszcze jedno zdanie. — Pochylił się bliżej. — „Zgadzam się na numer.”

Dziewczynka spojrzała na nieruchomy zegar nad sceną. Wskazówka sekundowa nie drgnęła, choć Michał słyszał jej tykanie.

— Zgadzam się… — zaczęła Claire, a jej głos stał się nagle równy jak linijka. — …na numer. Dla porządku. Dla miłości.

Sala wydała z siebie oddech, jakby ktoś zdjął ciężar. Ktoś westchnął: „no tak.”

W tym samym momencie w górnym rogu ekranu pojawiły się drobne cyfry. Nie wielkie, nie triumfalne. Wysoka czcionka, schludna: 0312–C.

Michał wstał. Nie zrobił kroku. Świadek, nie wojownik.

— Claire — powiedział głośno, ale miękko. — Jak masz na imię?

Dziewczynka mrugnęła. — 0312–C — wypowiedziała z wdziękiem. Potem, po chwili: — Dla porządku.

— Jak masz na imię? — powtórzył Michał, jak przy łóżku.

Coś drgnęło w jej twarzy. Jak cień ptaka na ścianie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.47
drukowana A5
za 66.65
drukowana A5
Kolorowa
za 92.22