E-book
7.88
drukowana A5
23.58
drukowana A5
Kolorowa
45.65
Nie każdy dom ma adres

Bezpłatny fragment - Nie każdy dom ma adres

Dla Marouane Aouichaoui


Objętość:
49 str.
ISBN:
978-83-8467-746-9
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 23.58
drukowana A5
Kolorowa
za 45.65

Dedykacja

Dla Marouane.

Za wszystkie poranki, które pamiętam nie dlatego, że wydarzyło się w nich coś wielkiego, lecz dlatego, że byłeś w nich Ty.

Za śmiech.

Za codzienność.

Za dłonie.

Za ramiona.

Za Twój głos mówiący moje imię.

Za zwyczajne chwile, o których wtedy nie wiedziałam, że kiedyś staną się jednymi z najcenniejszych.

Za to, że przy Tobie po raz pierwszy naprawdę zrozumiałam, że bezpieczeństwo nie zawsze jest miejscem.

Czasami jest człowiekiem.

Za to, że nauczyłam się przy Tobie zasypiać bez czuwania.

Za nasze rozmowy.


Za nasze milczenie.

Za dobre dni.

I za te trudniejsze również — bo dzięki nim wiem, że nie pokochałam wyobrażenia.

Pokochałam człowieka.

Ciebie.

Ta książka nie powstała po to, żeby opowiedzieć całe cztery lata.

Nie zmieściłyby się w niej.

Powstała po to, żeby zachować kilka chwil, których najbardziej nie chcę zgubić.

I kilka prawd, których nie chcę pozwolić przykryć żadnej późniejszej ciszy.

Jedna z nich jest najprostsza.

Kocham Cię, Marouane.

I dziękuję Ci za tę część mojego życia, w której moje serce, pamięć i ciało nauczyły się Twojego imienia.


„Bezpieczeństwo nie zawsze jest miejscem.

Czasami jest człowiekiem.”

Zanim zaczniesz czytać

Marouane…

ta książka nie powstała dlatego, że zabrakło mi słów.

Powstała dlatego, że było ich za dużo.

Za dużo wspomnień, żeby zamknąć je w jednej wiadomości.

Za dużo drobnych chwil, żeby powiedzieć o nich tylko:

„pamiętam”.

Za dużo tego, co wydarzyło się pomiędzy zwyczajnym porankiem a zwyczajnym wieczorem i co dopiero po czasie okazało się niezwyczajne.

Nie próbuję tutaj opowiedzieć całej naszej historii.

Nie umiałabym.

Cztery lata nie mieszczą się w kilkudziesięciu stronach.

Nie mieszczą się nawet w setkach fotografii.

Bo jak zapisać wszystkie spojrzenia?


Jak policzyć dotknięcia dłoni?

Jak zapamiętać każdy raz, kiedy jedno z nas weszło do pokoju, a drugie po prostu wiedziało, że już jest?

Jak zapisać ton głosu?

Zapach?

Oddech obok?

Śmiech, który zdarzył się raz i nigdy więcej dokładnie tak samo?

Nie da się.

Dlatego wybrałam tylko kilka rzeczy.

Kilka chwil.

Kilka obrazów.

Kilka słów.

To, co zostało we mnie najmocniej.

Pierwszy świt, który pamiętam razem z Tobą.

Twoje:


„Nie jestem taki jak Emir. Nie zrobię ci krzywdy.”


Twoje ramiona.

To dziwne uczucie, którego wtedy nie potrafiłam Ci wytłumaczyć.

Spokój.

Sen.

Dom, który przestał oznaczać dla mnie tylko budynek.

I miłość, o której kiedyś myślałam, że istnieje przede wszystkim w historiach ludzi takich jak moja babcia i dziadek.

Dzisiaj wiem, że można jej doświadczyć naprawdę.

Bo ja doświadczyłam jej przy Tobie.

Ta książka nie jest sądem nad nami.

Nie jest próbą ustalenia, kto miał rację.

Nie jest również prośbą, żebyś pamiętał wszystko dokładnie tak jak ja.


Każdy człowiek nosi własną pamięć.

Ja mogę opowiedzieć tylko swoją.

A w mojej pamięci jesteś również tym człowiekiem, przy którym moje ciało nauczyło się, że może przestać czuwać.

Tym, którego głos potrafił znaczyć więcej niż same słowa.

Tym, którego ramiona nazwałam w sobie domem, zanim jeszcze wiedziałam, że kiedyś napiszę o tym wiersz.

Dlatego zostawiam Ci te strony.

Nie jako obowiązek.

Nie jako argument.

Nie jako ciężar.

Jako kawałek mnie.

I kawałek nas.

Jeśli kiedyś będziesz je czytał, chciałabym tylko jednego.

Nie szukaj tutaj idealnej Magdy.


Nie szukaj też idealnego Marouane.

Nie było takich ludzi.

Byliśmy my.

Dwoje prawdziwych ludzi.

Czasami bardzo dobrych dla siebie.

Czasami pogubionych.

Czasami śmiejących się tak, że nic innego nie miało znaczenia.

Czasami złych.

Czasami zmęczonych.

Ale prawdziwych.

I właśnie tę prawdę chcę zachować.

Bo kiedy wszystko inne cichnie, nadal zostaje pamięć o tym, że istniało miejsce, w którym jedno ludzkie ciało potrafiło uspokoić się przy drugim.

Dla mnie tym miejscem byłeś Ty.

Marouane.

Najpierw wzeszło moje słońce

Marouane…

było jeszcze przed świtem.

Nie przed porankiem — przed świtem.

W tej krótkiej godzinie, kiedy noc już wie, że musi odejść, ale dzień jeszcze nie ma odwagi wejść do środka.

Bar spał.

Krzesła stały tam, gdzie zostawiono je poprzedniego wieczoru.

Świat za szybami był jeszcze pozbawiony kolorów, jak fotografia, której ktoś dopiero miał przywrócić światło.

Nie było gwaru.

Rozmów.

Muzyki.

Ani dźwięku otwieranych drzwi.


Była cisza właściwa miejscom, które za chwilę zaczną należeć do wszystkich, ale przez kilka minut należą jeszcze tylko do nocy.

I do nas.

Staliśmy w łazience.

To szczegół niemal niewygodny dla literatury.

Łazienka nie jest miejscem, które wybiera się dla wielkich deklaracji.

Nie ma w niej horyzontu.

Miękkiego światła.

Pejzażu, który później można dopisać do wspomnienia.

Są kafelki.

Lustro.

Zwyczajność.

Może dlatego pamiętam ją tak dobrze.


Bo życie rzadko pyta, czy miejsce jest wystarczająco piękne na coś, co zostanie z nami na lata.

Obejmowałeś mnie ramionami.

Stałam blisko Ciebie i patrzyłam prosto w Twoją twarz.

Nie odwracałam wzroku.

Byliśmy jeszcze na początku naszej historii, w czasie, kiedy człowiek zna drugiego bardziej z przeczucia niż z doświadczenia.

Wiedziałam już, jak wyglądasz.

Znałam Twój głos.

Wiedziałam, jak patrzysz.

Nie znałam jeszcze całego alfabetu Twojej obecności.

Nie wiedziałam, jak brzmi Twój śmiech, kiedy zapominasz, że ktoś Cię słucha.

Nie wiedziałam, ile odmian będzie miało moje imię w Twoich ustach.


Nie wiedziałam, że kiedyś będę potrafiła rozpoznać Twój nastrój po samym sposobie, w jaki zamkniesz drzwi.

Że Twoja dłoń pojawi się na mojej dokładnie wtedy, kiedy zabraknie mi siły, choć nie zdążę o nic poprosić.

Że czasem pomożesz bez pytania.

Że czasem staniesz obok mnie tak zwyczajnie, jakby właśnie ta zwyczajność była czymś najważniejszym na świecie.

Nie wiedziałam jeszcze, że bezpieczeństwo może mieć temperaturę Twojego ciała.

Zapach Twojej koszuli.

Ciężar Twojego ramienia.

Sposób, w jaki przy Tobie przestawałam nasłuchiwać świata.

Ciało dowiaduje się takich rzeczy wcześniej niż rozum.

Najpierw rozluźnia ramiona.


Potem oddech.

Dopiero na końcu znajduje słowo.

Ja znalazłam je dużo później.

Bezpieczeństwo.

Ale tamtego poranka wiedziałam coś innego.

Wiedziałam, kim był Emir.

Ty też wiedziałeś.

Nie trzeba było tłumaczyć wszystkiego od początku.

Niektóre historie stoją pomiędzy dwojgiem ludzi nawet wtedy, kiedy nikt ich właśnie nie opowiada.

I wtedy, trzymając mnie w ramionach, powiedziałeś:


„Nie jestem taki jak Emir. Nie zrobię ci krzywdy.”


To było tylko kilka słów.

Żadnej przysięgi wypowiedzianej przy świadkach.

Żadnego wielkiego gestu.

Żadnej muzyki w tle.

Kilka Twoich słów w łazience baru przed wschodem słońca.

A jednak pamięć ma własną hierarchię.

Potrafi zgubić całe dni, rozmowy, daty i szczegóły, a zostawić jedno zdanie nietknięte.

Jakby od początku wiedziała, że będzie potrzebne.

Nie odpowiedziałam Ci wtedy jak bohaterka książki.

Nie mogłam.

Nie wiedziałam jeszcze, że kiedyś będę pisać książki.

Nie układałam tamtej chwili w akapity.

Nie zapamiętywałam światła.


Nie szukałam metafory.

Nie pomyślałam nawet:

zapamiętaj dokładnie jego twarz.

Nie trzeba było.

Pamięć zrobiła to za mnie.

Zapisała Twoje ramiona.

Odległość pomiędzy naszymi twarzami.

Twój głos.

Moje milczenie.

I ten moment tuż przed świtem, kiedy świat był jeszcze ciemny, ale ja już nie czułam się w ciemności.

Dzisiaj mogłabym Ci powiedzieć, że właśnie wtedy zaczęła się jedna z tych historii, które później człowiek próbuje opowiedzieć za pomocą fotografii, drogi, światła i poranków.

Ale wtedy niczego nie próbowałam opowiadać.


Po prostu byłam.

Przy Tobie.

I może właśnie dlatego ten kadr nie wyblakł.

Bo prawdziwe wspomnienia nie zawsze mają piękną scenografię.

Czasem mają kafelki.

Zimne lustro.

Światło, którego jeszcze nie ma.

I Twoje ramiona, w których po raz pierwszy moje ciało przestało pytać, czy jest bezpieczne.

Tamtego ranka nie zobaczyłam najpierw słońca za oknem.

Najpierw zobaczyłam Ciebie.

Marouane.

Moje własne światło jeszcze przed świtem.

A dopiero potem, gdzieś za szybami baru, nad horyzontem pojawiło się to drugie słońce.

Jakby świat spóźnił się o kilka minut.


PRZY TOBIE MOJE CIAŁO PRZESTAŁO CZUWAĆ


Marouane…

przez bardzo długi czas nie umiałam nazwać tego, co działo się ze mną przy Tobie.

Próbowałam.

Naprawdę próbowałam Ci to tłumaczyć.

Mówiłam, że przy Tobie czuję coś dziwnego.

Innego.

Nieprawdopodobnie pięknego.

Że wystarczy mi czasem tylko być blisko.

Oprzeć się o Ciebie.

Delikatnie dotknąć Twojego ciała swoim.

Poczuć Twoje ciepło.

Wiedzieć, że jesteś obok.

Ty patrzyłeś na mnie i chyba naprawdę nie rozumiałeś.

— Ale co Ty czujesz?

A ja nie umiałam odpowiedzieć.

Bo jak wytłumaczyć drugiemu człowiekowi uczucie, którego samemu wcześniej się nie znało?

Jak znaleźć nazwę dla czegoś, czego przez całe życie nie miało się z czym porównać?

Dzisiaj już ją znam.

Bezpieczeństwo.

Takie prawdziwe.

Nie to wypowiadane bezmyślnie w zdaniu:


„czuję się przy Tobie bezpiecznie”.


Nie bezpieczeństwo zamka w drzwiach.

Pieniędzy na koncie.

Ani pewności, że nic złego się nie wydarzy.

To było coś znacznie głębszego.

Przy Tobie moje ciało przestawało czuwać.

Dopiero niedawno pewien profesor psychologii, którego znam, po wysłuchaniu tego, co opowiadałam mu o nas, zaczął mi tłumaczyć, co mogło się wtedy we mnie dziać.

Słuchałam go i miałam przedziwne wrażenie, jakby ktoś po latach podał mi słownik języka, którym moje ciało mówiło od dawna, tylko ja nie znałam jeszcze znaczenia jego słów.

Powiedział mi właściwie coś bardzo prostego.

Człowiek nie tworzy takiej więzi samą decyzją.

Nie siada pewnego dnia i nie postanawia:

od dzisiaj mój organizm będzie czuł się bezpiecznie właśnie przy tym człowieku.

To dzieje się głębiej.

Uczestniczy w tym mózg.

Układ nerwowy.

Pamięć.

Ciało.

Emocje.

Setki i tysiące powtarzających się doświadczeń obecności tej samej osoby.


Jej twarz.

Głos.

Zapach.

Dotyk.

Sposób, w jaki obejmuje.

Temperatura skóry.

Oddech słyszany tuż obok.

Sposób wypowiadania naszego imienia.

Wieczory.

Poranki.

Łóżko.

Śmiech.

Kłótnie.

Godzenie się.

Zwyczajna codzienność, której prawie się nie zauważa, dopóki trwa.

Mózg zbiera te wszystkie drobiazgi.

Łączy je.

I z czasem bliski człowiek może stać się dla naszego układu nerwowego bardzo silnym sygnałem bezpieczeństwa.

Kiedy to usłyszałam, pomyślałam tylko:

Boże.

Przecież ja dokładnie to czułam.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 23.58
drukowana A5
Kolorowa
za 45.65