E-book
6.83
drukowana A5
60.64
Nie jesteś z mojego świata

Bezpłatny fragment - Nie jesteś z mojego świata

Objętość:
487 str.
ISBN:
978-83-8155-556-2
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 60.64

­ CZĘŚĆ I

Burza

1

Andrzej podjechał powoli pod jedną z willi, która łącznie z innymi tworzyły zwartą enklawę w ekskluzywnej dzielnicy miasta. Wyszedł z samochodu i skierował się w stronę furtki znajdującej się kilka kroków od zaparkowanego przed chwilą samochodu. Spojrzał na wizytówkę z nazwiskiem swojego przyjaciela i nacisnął dzwonek. Po chwili na progu stanął wytworny mężczyzna wyglądający na około pięćdziesiąt lat, chociaż w rzeczywistości miał znacznie więcej. Szpakowate włosy nadawały mu szlachetnego wyglądu i dystynkcji, a nienaganny ubiór i wykwintne maniery powodowały jakiś dziwny dysonans w stosunku do przyjętego dzisiaj zachowania.

— Dzień dobry. Wybacz, że przyszedłem bez uprzedzenia…

— Daj spokój. Cieszę się, że jesteś. Tyle czasu nie widzieliśmy się. Proszę, wejdź.

Sławek zaprowadził przyjaciela do wielkiego salonu. Od razu dało się zauważyć, że właściciel ma wyjątkowe wyczucie piękna i szczególne upodobanie do porządku. Luksusowe meble wypełniające salon zostały zaprojektowane specjalnie do tego wnętrza. Przeciwległa ściana była cała ze szkła. Osadzone w niej dwuskrzydłowe drzwi prowadziły do ogrodu. Widok drzew i kwiatów, rosnących na zewnątrz, dodawał salonowi głębi i znacznie go optycznie powiększał.

— Dawniej, jak pamiętasz, nie było komórek, nikt się nie anonsował i dzięki temu ludzie odwiedzali się, kiedy tylko mieli na to ochotę i było dobrze. Powiem ci, że wolałem, jak było tak jak dawniej. To całe dzwonienie, umawianie się, powoduje tylko, że coraz rzadziej wszyscy się widujemy.

Sławek wskazał gościowi fotel stojący w środkowej części ekskluzywnego pomieszczenia.

— Usiądź. Czego się napijesz: whisky, koniak, gin, czysta, kawa, herbata, sok, woda…?

— Zapomniałeś już, że jestem po zawale? Woda wystarczy — odpowiedział z żalem w głosie, Andrzej.

Sławek podał przyjacielowi wodę mineralną z grubym plastrem cytryny. Sobie nalał whisky z kryształowej karafki stojącej na barku, uprzednio wrzuciwszy do szklanki parę kostek lodu, następnie rozparł się wygodnie w fotelu i czekał na to, co ma mu do powiedzenia jego gość. Ale ten milczał. Wyraźnie nie wiedział jak zacząć. Wypił łyk wody, jednak to nie pomogło. Milczał nadal. Kilka razy poprawił się, jakby szukając odpowiedniej pozycji do wypowiedzenia słów, które nosił w sobie i chciał przekazać, ale nie potrafił.

Gospodarz willi obserwował uważnie swojego przyjaciela. W salonie panowała coraz bardziej denerwująca cisza.

— No to mów, co cię sprowadza.

Te zachęcające słowa nie pomogły, widać było, że przyjaciel wciąż nie wie jak zacząć. Jeszcze raz poprawił się w fotelu, otworzył usta, ale zamiast słowa z gardła wydobył się tylko nieartykułowany dźwięk. Wypił jeszcze jeden łyk wody, zebrał się w sobie i wreszcie zaczął.

— Spotkałem wczoraj Annę. Była wyjątkowo przygnębiona. Trudno mi się z nią rozmawiało, nie chciała nic powiedzieć, ale w końcu wyznała, że rozstaliście się. To prawda?

— Właściwie nic takiego nie powiedziałem, chyba mnie źle zrozumiała — odpowiedział wymijająco Sławek.

— Oczywiście, że to nie moja sprawa i jak nie chcesz, to nie mów, ale to już nie wiadomo, która kobieta… Dlaczego nie chcesz zostać z żadną na stałe? Przecież nie musisz się od razu żenić…

— Jakby ci to powiedzieć… — Sławek zawahał się przez chwilę, zaczął szukać odpowiednich słów. Wyraźnie było widać, że z ich doborem ma problem. — Powiem najprościej. Nie ma takiej kobiety, której umiałbym uwierzyć i zaufać. Miłość, to pojęcie, które dawno uległo deprecjacji, więc kiedy widzę, że rodzi się to, co one nazywają miłością…

— …odchodzisz?

— Tak.

— I uważasz, że to jest uczciwe?

— Co ty możesz o tym wiedzieć…

2

Minęło już tyle lat, tak wiele zmieniło się w jego życiu, a mimo to wciąż nie może zapomnieć o tamtej chwili, gdy po raz pierwszy ją zobaczył. Był w tym wieku, kiedy cały świat, stoi otworem, kiedy kłębią się marzenia, w które wierzy się z całą siłą i jest się pewnym, że można osiągnąć każdą poprzeczkę, że jest się panem, jeśli nie świata, to na pewno swoich dążeń, które z czasem okazują się marzeniami; dziwną siłą, która nas inspiruje i sprawia, że potrafimy przeistaczać się w Herosów. Kto nie umie marzyć, nigdy nie dozna smaku życia, jego piołunu i jego ambrozji, nie ma też nadziei, która tak rzadko się spełnia…

Gdy się ma dziewiętnaście lat, to nie tylko wierzy się we wspaniałe jutro, ale przede wszystkim w najżarliwszą miłość, potrafiącą zagrzewać do wielkich czynów, taką która przesłania cały świat.


W wieku dziewiętnastu lat mało kto w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku mieszkał sam, bez rodziców, zresztą dzisiaj też nie jest to nagminne. On również mieszkał z rodzicami. Żeby zorganizować jakieś spotkanie w gronie przyjaciół, czekał na chwilę, kiedy gdzieś wyjadą, a to ze względu na ich pracę zdarzało się bardzo często i do tego były to wyjazdy dłuższe, czyli tak zwana wolna chata stawała otworem. Sławek nigdy nie sprawiał problemów swoim rodzicom. W ich oczach był układny, dobrze wychowany, spokojny, opanowany, zaradny. Rodzice nie musieli martwić się, kiedy zostawał sam w domu, bo mieli pewność, że żadnego numeru nie wywinie. Ostatnio na ich wyjeździe zależało mu szczególnie, ponieważ miał dużo wolnego czasu, bo nie mając dodatkowych punktów za pochodzenie nie został przyjęty na studia, mimo zdanych egzaminów. Takie to były czasy.

Socjalizm nie rozpieszczał inteligentów. Szczególnie po niedawnych rozruchach w marcu 1968 roku, w których studenci dobitnie zaznaczyli swą niechęć do władzy. W kilkugodzinnym przemówieniu towarzysz Władysław Gomułka ostro napiętnował warcholstwo, imperialistyczną reakcję, nieodpowiedzialność i tak dalej. Potępił antyradzieckie aluzje zawarte w spektaklu „Dziadów” oraz antysocjalistyczne działania grup studenckich, które nazwał „wrogami Polski Ludowej”. Przy okazji zaakcentował żydowskie pochodzenie inspiratorów zajść na Uniwersytecie Warszawskim. Pokazał się wówczas jako zagorzały antysemita. O tyle to zaskakujące, że jego żona była pochodzenia żydowskiego. Był to początek silnego ruchu antysemickiego, wspieranego przez sporą część znaczących polityków w naszym kraju. W efekcie tej nagonki wielu Żydów wyemigrowało z Polski. Trudno to zrozumieć. Podczas wojny Polacy pomagali Żydom, mimo że groziła za to kara śmierci, a teraz członkowie władz występują przeciw nim. Nie jest moim zamiarem omawiać tu sprawy, które doprowadziły do wydarzeń marcowych, ale warto tę kartę naszej powojennej historii przeanalizować uważnie i gruntownie.

Punkty za pochodzenie, które miały wyrównać start młodzieży wywodzącej się z rodzin chłopskich i robotniczych z młodzieżą inteligencką, były swego rodzaju zemstą i przypomnieniem, że panuje ustrój robotniczo-chłopski, a skoro tak, trudno się dziwić preferencjom dla robotników i chłopów. Z drugiej strony, jak się tak zastanowić na spokojnie, to może był w tym jakiś element sprawiedliwości? W końcu zawsze było i do dzisiaj jest trudniej dzieciom wiejskim w uzyskiwaniu wiedzy.


No i właśnie nastąpił wyczekiwany moment — starzy udali się na urlop, zostawiając synowi mieszkanie. Oczywiście natychmiast przekazał tę wiadomość komu trzeba i, chyba była to sobota, chociaż nie ma to żadnego znaczenia, od razu był umówiony z paru osobami. Między innymi miał przyjść jego przyjaciel Andrzej, który zapowiedział, że razem z nim będzie jego kuzynka, o której już kilka razy mu opowiadał, a że mówił o niej zawsze z wielkim entuzjazmem i określał jako bardzo ładną dziewczynę, Sławek był mocno zaintrygowany tą wizytą.

Do mającej się odbyć imprezy przygotował się, jako jej gospodarz, dość starannie, to znaczy, przede wszystkim kupił dwie butelki wina, owszem tylko dwie, bo było sprawą zupełnie oczywistą, że uczestnicy imprezy też przyniosą alkohol, który był swego rodzaju kartą wstępu. Krótko mówiąc, w praktyce, każdy wypijał tyle, ile przyniósł, a jego wino było na ukojenie łez z powodu ostatecznego braku czarodziejskiego napoju. Gdyby okazało się, że te butelki na pocieszenie nie wystarczą, miał jeszcze, tylko dla wtajemniczonych, zamelinowane w kuchni pół litra. Wiedział, że to już na pewno będzie ilość wystarczająca. Na tym nie skończyło się jego przygotowanie do mającej się odbyć imprezy. Pomyślał także o wystroju miejsca, w którym miała mieć swój główny przebieg, czyli, dzisiaj powiedzielibyśmy w salonie, a wówczas mówiło się w dużym pokoju.

W dużym pokoju stał fortepian, który sprowadził do mieszkania jego dziadek, chcąc by wnuk został muzykiem, a konkretnie dyrygentem. Obiecał, że będzie łożył na jego muzyczne wykształcenie, ale jakoś ta obietnica została tylko obietnicą, a ów instrument po prostu stał sobie w pokoju, dodając mu urody i szlachetnej nobliwości. W końcu fortepian, nie pianino, to nie byle co.

Postanowił, że przyjęcie będzie wspaniałe, niezapomniane dla jego uczestników. Trzeba więc było wytworzyć jakiś wyjątkowy nastrój. Taki nastrój tworzą świece, a jeżeli te świece będą stały na fortepianie, będzie ich dużo, będą odbijały się w politurze blatu instrumentu, to będzie to! I tak zrobił. Świece były wszędzie, a najwięcej na fortepianie. Wrażenie musiało być i było piorunujące.

O umówionej godzinie zabrzmiał dzwonek u drzwi. Poszedł otworzyć. Przyszedł Jacek, kolega z podstawówki, ze swoją nową dziewczyną, bardzo ładną. Znowu dzwonek, kolejna zaproszona para…

Zabawa powoli zaczynała się rozkręcać. Mieli już za sobą pierwsze toasty, więc było coraz weselej. Dzwonek. Znowu ktoś spóźniony.

I wreszcie Andrzej ze swoją kuzynką.

— Wybacz spóźnienie, ale Danka miała problem w co się ubrać — powiedział na powitanie Andrzej. — No właśnie to jest Danka, moja kuzynka — przedstawił gospodarzowi dziewczynę, z którą przyszedł.

— Witam i zapraszam — powiedział z kurtuazją Sławek, głęboko się przy tym kłaniając.

Wszyscy troje weszli do pokoju, w którym było już dość wesoło. Dookoła wszędzie płonęły świece. Najpiękniej odbijały się w politurze fortepianu.

Andrzej od razu znalazł swoje miejsce wśród uczestników zabawy, natomiast Danka, widać było, że czuła się nieswojo. Gospodarz imprezy szybko podszedł do niej i zaproponował karniaka. Dość ochoczo wypiła sporą dawkę alkoholu, która nie zrobiła na niej większego wrażenia. Sławek od pierwszej chwili był Danką zauroczony, nie dlatego, że tak łatwo przełykała wódkę, ale dlatego, że była piękna i niezwykle pociągająca. Długie, proste, kruczoczarne włosy spływały swobodnie na ramiona. Równo przycięta grzywka sięgała brwi zasłaniając czoło. Biała bluzka z falbanami i długa czarna spódnica wyglądały niezwykle uroczyście. Dziewczyna była wysoka i wyjątkowo zgrabna. Jej ruchy powodowały, że mężczyźni na chwilę tracili orientację w rzeczywistości. Było w niej coś niezwykle intrygującego, co nie pozwalało być wobec niej obojętnym; była otoczona zupełnie niezwykłą aurą, aurą jakiejś trudnej do odgadnięcia tajemnicy. Tej intrygującej tajemniczości dopełniała jej małomówność. W rozmowach uczestniczyła jako ich niemy świadek. Chwilami trochę go to drażniło, bo nigdy nie mógł odgadnąć, co myśli, ponieważ do dyskusji się nie włączała, nie wypowiadała swojego zdania, jakby go nie miała. Starał się przyjrzeć jej dokładniej, wpatrywał się w jej oczy, które zazwyczaj ujawniają to, o czym się myśli, jaki ma się stosunek do danej kwestii. Jej oczy nie wyrażały niczego, może jedynie pewne znużenie. Przez chwilę poczuł się nieswojo, czyżby stare powiedzenie o tym, że u kobiety uroda nie idzie w parze z intelektem, miało tu zastosowanie? Poczuł się jakoś dziwnie, bo zawsze był estetą i kochał piękno, a ona piękna była, ale równocześnie to samo pierwsze miejsce, w jego hierarchii ważności, zajmowały wiedza i inteligencja. Przez chwilę pomyślał, że frapujące milczenie jest właśnie wynikiem braku wiedzy i to nie pozwala Dance uczestniczyć w ich rozmowach, chociaż rozmawiali o sprawach ogólnych, czasami trochę o sztuce, o ostatnim wernisażu w BWA, o nowej płycie Jimi Hendrix’a, o tym, że Charlie Parker jest genialnym muzykiem, o niepowtarzalnym brzmieniu głosu i trąbki Louisa Armstronga, o jego piosenkach, na przykład o „Sammertime” śpiewanej razem z równie genialną Ellą Fitzgerald, o „What a wonderful world”, albo o „Moon River” czy też o książce „Gra w klasy” Julio Cortazara, zastanawiając się czy jest najdoskonalszą książką wszech czasów i tak dalej, ale nie były to dysputy zarezerwowane dla erudytów. Każdy wypowiadał się szczerze, bez naukowych dywagacji. Tego rodzaju rozmowę, czy nawet dyskusję, uważał za ogólnie przystępną, ot właśnie taką na dzisiejsze spotkanie towarzyskie. To, że Danuta nie brała w tych rozmowach udziału, było dla Sławka wielkim zaskoczeniem. Postanowił jednak, że nie będzie się nad tym zastanawiał, przecież po to zorganizował to przyjęcie, by się zabawić…

Trzeba przyznać, że zabawa była przednia. Towarzystwo znakomite, wszyscy znali się od szczenięcych lat i dzięki temu doskonale się rozumieli. Pokój wyglądał wspaniale.

— Gratuluję — powiedział Jacek — ten pomysł ze świecami, to naprawdę genialne.

— Nigdzie jeszcze czegoś takiego nie widziałam — pochwaliła Sławka za pomysł wystroju mieszkania — Agnieszka.

Na ogół każde przyjęcie zaczyna się trochę sztywno, ponieważ uczestnicy tej imprezy, a było ich w sumie czternaścioro, z przewagą facetów, znali się od dawna, więc już po trzecim kieliszku wszyscy czuli się swobodnie. Jedni tańczyli, inni dyskutowali, ktoś akurat przypiął się do przygotowanej sterty kanapek. Sławek, jako gospodarz, powinien być wszędzie, wszystkich zabawiać, dolewać wina, czy wódki, w każdym bądź razie czegoś mocniejszego i tak zawsze było, podczas wszystkich przyjęć, które bardzo lubił organizować. W roli wszędobylskiego czół się zawsze znakomicie. To zadanie odpowiadało mu. Tym razem było inaczej. Zależało mu tylko na tym, by być jak najbliżej Danki i żeby ona czuła się tu jak najlepiej. Do tego, aby być w jej pobliżu najbardziej prowokowało go zachowanie Jacka, któremu Danka wyraźnie się spodobała, bo był przy niej niemal bez przerwy, zagadywał, rozśmieszał prostymi dykteryjkami. Chyba zapomniał, że przyszedł ze swoją dziewczyną. Raczej nie tyle zapomniał, co po prostu nie byli parą, bo Sabina, jego rzekoma dziewczyna, też bardziej wśród gości była, niż koło Jacka. To zresztą żadna nowość. Jacek zmieniał dziewczyny z oszałamiającą szybkością i nic w tym dziwnego, a i jego dziewczynom trudno się dziwić, bo był to wyjątkowo przystojny facet, do tego miał w sobie „to coś”, co ujmuje każdą dziewczynę. Jego matka miała zakład fotograficzny, więc siłą rzeczy znał się doskonale na fotografii, czym umiał dodatkowo zaimponować. Zakład prosperował znakomicie, więc Jackowi nie brakowało nigdy pieniędzy. Status syna prywaciarza też robił swoje. Nie ma co ukrywać — Sławomir zazdrościł mu i urody, i „tego czegoś”. Urody zazdrościł mu niepotrzebnie, bo on również podobał się dziewczynom, a przecież swoje „coś” też miał, niemniej wolał być ostrożny. Kilka razy zauważył jak Jacek wyraźnie podrywa Dankę, ale ona nie odwzajemniała tych starań. To mu schlebiało, bo uważał, że skoro tak, to w tej rywalizacji wybrała jego. Naprawdę nie było żadnej rywalizacji. Jacek po prostu, zupełnie jak Sławek, miał w swej naturze uwodzenie, tak dla sportu, nawet nie koniecznie, żeby musiało się to skończyć łóżkiem, choć oczywiście to było celem i najczęściej tak się kończyło. Do Sławka nie docierało, że Danuta nie jest jego dziewczyną, że przecież dopiero niedawno się poznali, że ona ma prawo dokonać jakiego chce wyboru. Ta myśl była mu obca. Prawem uzurpatora przypisał sobie Dankę, uznał ją za swoją dziewczynę, nie pytając ją o nic, niczego z nią nie uzgadniając. Przecież samo przyjście na zabawę do jego mieszkania nie mogło niczego przesądzać, ani nawet sugerować, ale dla niego ten obiektywny argument nie istniał. Zakochał się, tak czuł, więc wydawało mu się, że ma wszelkie prawa do swojej ukochanej. Zapomniał tylko zapytać, czy ona też się zakochała i do tego, co najważniejsze, w nim.

Wieczór, a właściwie już i noc upływały bardzo miło: w oparach alkoholu i we mgle dymu z papierosów, co przypominało trochę klimat pewnych rozdziałów „Gry w klasy”, z tą różnicą, że tam pito mate

i palono cygara, a tu palono papierosy nie koniecznie najlepszych marek i, co tu ukrywać, najpodlejszy alkohol, ale to tylko zmiana formy, bo treść mniej więcej była tożsama, przynajmniej im tak się zdawało.

— Do której kawiarni zazwyczaj chodzisz? — usłyszał przypadkowo pytanie Jacka skierowane do Danki.

— Do Telimeny.

— To tam przy placu Miarki? — upewnił się Jacek.

— Tak, na rogu Kochanowskiego — uzupełniła Danka.

„Czyżby Jacek próbował się umówić?!” — przemknęło Sławkowi przez myśl.

Szybko usiadł między nimi.

— Gdzie twoja Sabina? — zapytał obcesowo.

— Nie wiem i wcale mnie to nie obchodzi — powiedział rozbrajająco szczerze Jacek i uśmiechnął się zalotnie do Danuty, nie zwracając zupełnie uwagi na obecność kolegi.

Jego szczerość dała Sławkowi do myślenia. Zrozumiał, że to nie była dziewczyna Jacka, tylko towarzyszka do zabawy na dzisiejsze przyjęcie i ewentualnie do łóżka na dzisiejszą noc. Doszedł do wniosku, że o tej porze wszyscy już bawią się doskonale i on do niczego swoim gościom nie jest potrzebny, więc najlepiej zrobi, jeśli będzie jak najbliżej Danuty. Od tej chwili był przy niej cały czas. Jacek towarzyszył im uparcie jeszcze dość długo, ale w końcu skonstatował, że miejsce przy Dance należy do gospodarza i ostatecznie zajął się Sabiną.

Sławek próbował nawiązać z Danutą jakąś rozmowę mniej banalną, mówił coś o Bratnym, o „Ulissesie”, który był w tym czasie tak bardzo modny, o Dostojewskim, o meandrach ówczesnej kultury, o znanych tygodnikach, nowoorleańskich jazzmenach, krótko mówiąc o tym, czym żył, czym żyło jego, aczkolwiek intelektualne, pokolenie. To było straszne, do niej nic nie trafiało, wyraźnie nie rozumiała o czym mówi. Nie zauważył wtedy, że właśnie został nadany sygnał, ostrzegawczy sygnał, że z nich nigdy nie będzie pary, bo nie rozumieją się, nadają na innych falach. Ich poziomy intelektualne były zbyt różne. Niestety, w tym momencie tego sygnału nie zrozumiał, jej intelektualną indolencję uznał jako zażenowanie, skromność, pierwszy raz w nowym miejscu, zapominając o tym, że dla człowieka na odpowiednim poziomie to nie są przeszkody. Był oczarowany jej urodą i, czego wtedy jeszcze chyba nie był świadomy, emanującym z niej seksem. Tak, Danuta była personifikacją absolutnego, żywego seksu! I to go oczarowało, uwiodło, bo nigdy do tej pory nie spotkał na swojej drodze takiej dziewczyny, mimo że mało ich w jego życiu, chociaż miał dopiero dziewiętnaście lat, nie było, jednak ona była zupełnie inna. Sławek zawsze preferował intelekt, mądre rozmowy, ale jej czar usprawiedliwiał braki, poważne braki, w tym zakresie. Liczyła się tylko jej wyjątkowa uroda i ten nieodparty seks, chęć jej posiadania, zanurzenia się w nią, pieszczenia jej ciała… Wiedział, że musi się z nią umówić, że to dzisiejsze spotkanie nie może być pierwszym i ostatnim.

Impreza powoli dobiegała końca. Większość świec już się wypaliła, za oknem ukazał się brzask poranka. Czas by się rozstać. Uczestnicy imprezy w większości też wyraźnie mieli już dość. Pozostało więc tylko powiedzieć sobie do widzenia i udać się do swoich domów, by odespać tę wspaniałą noc obfitującą i w taniec, i w jakieś tam zabawy, i w ciekawe dyskusje — jednym słowem pełną uroku i satysfakcjonującą wszystkich, no może z wyjątkiem Danki, która tu chyba swojego miejsca nie odnalazła.

— Spotkamy się jutro? — zapytał Sławek Danutę, która razem z Andrzejem właśnie szykowała się do wyjścia.

— Dobrze — odpowiedziała, ale w jej głosie nie usłyszał szczególnego entuzjazmu, jakby godziła się tylko dlatego, że ją o to poprosił, nawet nie dla niego.

Zaproponował spotkanie w kawiarni najlepszego hotelu w mieście. Zgodziła się, ale wyczuł, że ten lokal nie przypadł jej do gustu, to nie było miejsce jej bliskie, w przeciwieństwie do niego.

Okazało się, że Danuta mieszka parę ulic dalej. Aż nieprawdopodobne, że do tej pory nie spotkali się, choćby na ulicy. Nie mógł tego zrozumieć.

— Odprowadzę cię — zaproponował.

Andrzej błyskawicznie zorientował się w sytuacji, szybko pożegnał się i wybiegł z mieszkania mówiąc, że musi jeszcze porozmawiać z Adamem, który właśnie przed chwilą wyszedł.

Po drodze, Sławek z Danką, rozmawiali trochę o jej kuzynie, a jego przyjacielu, Andrzeju.

— Zły jestem na Andrzeja, że dopiero dzisiaj przedstawił mi ciebie.

Danka nie zareagowała na jego słowa, tylko nieznacznie się uśmiechnęła, ale on tego nie zauważył. Cała rozmowa tak mniej więcej wyglądała. To był monolog, a nie wymiana zdań, ale jakoś się tym nie przejmował, może nawet tego nie zauważył. Ważne było tylko to, że spotkał taką dziewczynę, że idzie obok niej, że jutro znowu się spotkają, co tam jutro, teraz już zawsze będą się spotykać…

Po powrocie do domu długo nie mógł zasnąć marząc o Dance.

W marzeniach widział ich razem w kawiarni, wśród znajomych. Oczami wyobraźni dostrzegł rozpalony wzrok swoich kumpli i tę ich piekielną zazdrość. Był dumny, że ma taką dziewczynę. A potem wyobraźnia poniosła go jeszcze dalej, do jakiejś pobliskiej miejscowości uzdrowiskowej, gdzie wynajął niewielki pokoik, w którym stało piękne stylowe łóżko… Ten obraz spowodował, że sen oddalił się o kolejne pół godziny…

Przebudzenie po nocnej libacji nigdy nie należy do przyjemności, ale tym razem problem był większy, bo nie tylko głowa bolała, a w ustach było sucho jak na pustyni, to normalne i do takiej reakcji organizmu zdążył się już przyzwyczaić, ale problem tkwił w tym, co zobaczył, a zobaczył istny pogrom. Mieszkanie wymagało sporego wysiłku, by znowu mogło wyglądać jak do tej pory. Ogólny nieład to jeszcze nic, ale te niezliczone ślady wosku, które zostawiły wypalone świece, były straszne. Prawdziwe przerażenie nastąpiło jednak dopiero po chwili, kiedy spojrzał na fortepian. Wieko fortepianu pokrywały solidne plamy utworzone po stopionych świecach, z których jeszcze wczoraj był taki dumny.

„Co z tym zrobić, jak pozbyć się tego cholerstwa?” — zastanawiał się gorączkowo. Wiedział, że wosk łatwo schodzi, kiedy nałoży się na niego gazetę, a na nią postawi gorące żelazko, ale ta metoda nie wchodziła w rachubę, ponieważ razem z woskiem odeszłaby też politura.

„Co robić?” — denerwował się. Wreszcie wpadł na genialny sposób. Przypomniał sobie, że wosk odchodzi od podłoża, jeśli się go podważy czymś cienkim, na przykład nożem. Zabrał się do pracy wymagającej sporej cierpliwości i precyzji. W tym momencie nie miał ani jednego, ani drugiego. Podważanie nożem zastygłego na politurze wosku spowodowało niezliczone ilości paskudnie wyglądających rys. Chciał już mieć za sobą cały ten bałagan, a do tego bez przerwy myślał o dzisiejszym spotkaniu z Danką.

Kiedy tak walczył z niechcącymi ustąpić z politury warstwami wosku, zadzwonił dzwonek u drzwi.

— Kogo licho niesie?! — krzyknął wściekle i poszedł otworzyć. Za drzwiami stali Danuta i Andrzej. Świat zawirował. To była najpiękniejsza niespodzianka, jaka mogła mu się przytrafić.

— O, chyba ci przeszkadzamy — powiedział na powitanie Andrzej, widząc czym przyjaciel jest pochłonięty.

— Przeszkadzacie? Nie masz pojęcia jak się cieszę, że przyszliście, przynajmniej mogę na chwilę oderwać się od tych plam i tego całego chaosu… Kiedy i kto tu tak nabałaganił? — pieklił się zdrowo.

Andrzej i Danka pochylili się nad fortepianem.

— Nie wygląda to najlepiej — stwierdził przyjaciel.

— Sam już do tego doszedłem, powiedz mi lepiej, co z tym zrobić i jak się pozbyć tych przeklętych rys?

— No właśnie, dlaczego całe wieko jest tak strasznie porysowane? — zaciekawił się Andrzej.

— Nie zadawaj głupich pytań, tylko poradź coś — warknął Sławek na przyjaciela.

— Nie masz jakiegoś płynu, pasty czy coś w tym rodzaju? — odezwała się Danka.

Zastanowił się chwilę.

— Nie wiem, może gdzieś coś takiego jest, ale nie mam pojęcia gdzie — odparł bezradnie. Ale czekaj… — wpadł mu do głowy pomysł. — Powiedziałaś pasta, może masz i rację, spróbujemy — wymamrotał i pobiegł po pastę… do butów. Zanim zdołano mu wyjaśnić, że nie o taką pastę chodziło, on już nanosił ją na fortepian. Niestety, to nic nie dało, nadal rysy były widoczne a do tego teraz wieka nawet nie można było dotknąć, bo zaraz palce brudziły się od pasty. To była klęska. Zrozumiał, że politury fortepianu już nic nie uratuje. Co robić? W takim stanie fortepian nie nadawał się do pokazania, a schować się go przecież nie dało. Nagle, ni stąd, ni zowąd, przypomniały mu się sceny z różnych filmów, w których w salonie, stał fortepian. Często leżała na nim ozdobna narzuta, co nawet bardzo ładnie wyglądało. Tak, to jest rozwiązanie! Od tego dnia już zawsze na instrumencie leżała misternie upięta ozdobna narzuta…

Kiedy Sławek mozolił się ze zniszczoną politurą, starając się bezowocnie przywrócić jej dawną świetność, Danusia zajęła się myciem podłogi i ogólnymi porządkami, w czym pomagał także Andrzej. Ta pomoc Danki była szalenie miła, Sławek odniósł takie wrażenie, jakby sprzątali ich własne mieszkanie i to jeszcze bardziej zbliżyło go do niej.

W końcu salon powrócił do dawnego wyglądu, ale zrobił się już wieczór i kuzynka Andrzeja oświadczyła, że musi wracać do domu. Zdziwiło to Sławka, bo przecież nie było późno, ale nic nie mógł wskórać. Tak więc zamiast spędzić uroczo czas w kawiarni, spędzili go na sprzątaniu. Był wściekły. Gdyby wiedział, że Danka ma tak mało czasu, zostawiłby ten cały bałagan i od razy poszliby na kawę. Nie tak miało wyglądać ich pierwsze tête-à-tête. Chciał ją odprowadzić do domu, ale stwierdziła, że wystarczy, jeśli towarzyszyć jej będzie Andrzej. Było to jakieś dziwne, nie mógł zrozumieć o co tu chodzi. Pomyślał, że nie wypada się zbytnio naprzykrzać, więc dość szybko, chociaż bardzo niechętnie, dał za wygraną, jednak czuł w tym coś podejrzanego, tyle, że w żaden sposób nie mógł dociec w czym problem. Był wyraźnie zazdrosny, chociaż nie wiedział ani o co, ani ewentualnie o kogo. Tak naprawdę do zazdrości nie miał żadnego prawa, przecież Danka nie była jego dziewczyną, zaledwie wczoraj poznali się, prawie nic o niej nie wiedział. A może ma chłopaka, który na przykład gdzieś wyjechał i teraz go nie ma, ale za parę dni wróci? W końcu miała prawo mieć jakiegoś chłopaka. Sławek nie miał okazji, by zapytać ją o tak osobiste sprawy, a ona nic na ten temat nie mówiła, wiec był przekonany, ze jest wolna.

„Jeżeli ma kogoś, to powinna mi o tym powiedzieć” — pomyślał z oburzeniem.

Nie mógł sobie znaleźć miejsca. Próbował się czymś zająć, ale zdenerwowanie mu na to nie pozwalało. Wyobraźnia podsuwała mu obraz Danki, która siedzi teraz z kimś w lokalu, albo nawet u niego w domu. Nie potrafił tego znieść. Był wściekły na siebie, że ustąpił i nie odprowadził jej do domu. Próbował się uspokoić. Przecież nic na to nie wskazywało, oprócz jego przeczucia, które zawsze miał wyjątkowe, jak jasnowidz, więc trudno mu było przekonać siebie, że Danka jest teraz w domu. Zadzwonić nie mógł, bo ona nie miała telefonu. Mało kto miał wówczas telefon. O telefon na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych było najtrudniej. Z innymi sprawami też nie było łatwo, ale załatwienie telefonu (oficjalne) wymagało kilkunastoletniego, a czasami i dłuższego okresu oczekiwania. Brzmi to niewiarygodnie, ale tak było. Mało które poparcie mogło przyspieszyć otrzymanie telefonu. Do wniosku o przydział stacji telefonicznej (taka była urzędowa nazwa) ludzie załączali płomienne pisma uzasadniające potrzebę posiadania tego cudownego urządzenia. Powody zależne były od fantazji starającego się o przydział numeru. Jeśli to było możliwe dołączano też najprzeróżniejsze zaświadczenia mogące pomóc w przyspieszeniu pozytywnego załatwienia sprawy. Oczywiście byli tacy, którzy na telefon nie czekali, albo czekali bardzo krótko. W dużej mierze zależało to od tego, kto kim był i kto kogo znał…

Nagle przyszła Sławkowi do głowy myśl, żeby pójść do niej, pod byle jakim pretekstem. Głowił się, co by tu takiego wymyślić, żeby to było wiarygodne i nie skompromitować się. Kombinował dość długo, analizował różne warianty, ale nic sensownego nie umiał skonstruować. Czas mijał, a jego pomysły były coraz bardziej banalne. W końcu poddał się i stwierdził, że na wizytę jest już za późno.

Zazdrość podsuwała mu różne obrazy. Usiłował je zamazać, ale wtedy rodziły się nowe i tak bez przerwy. Miał ochotę napić się, ale po wczorajszej imprezie w domu nie było śladu alkoholu, zresztą nie umiał pić sam, a skąd tu o tej porze znaleźć jakieś towarzystwo. Nie pozostało nic innego, jak tylko przygotować sobie kolację i iść spać. Zrobienie kolacji zajęło mu nieco czasu, bo jakoś chleb nie chciał dać się pokroić, masło rozsmarować, a wędlina co chwilę spadała z pieczywa. Nawet zaparzenie herbaty tym razem było wyjątkowo trudne. Potem okazało się, że cały ten wysiłek był daremny, bo o przełknięciu nawet kęsa nie było mowy. Gardło było ściśnięte, w ustach brak śliny, jednym słowem — jedzenie nie wchodziło w rachubę. Wypił tylko herbatę i położył się, ale sen oczywiście nie stał się jego udziałem. Cały czas widział Dankę, to z jakimś przystojnym osiłkiem, to znów słodko śpiącą w swoim łóżku. Widząc ją z kimś innym był oszalały z wściekłości, widząc jak spokojnie śpi, chciał być razem z nią. Te zmieniające się obrazy powodowały, że był bliski jakiegoś szaleństwa. Męczył się tak prawie całą noc. To był istny koszmar.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 60.64