E-book
14.18
drukowana A5
32.5
(nie)daleko

Bezpłatny fragment - (nie)daleko


Objętość:
91 str.
ISBN:
978-83-8440-246-7
E-book
za 14.18
drukowana A5
za 32.5

Słowo wstępne

Tomik Agnieszki Dyszak “(nie)daleko” jest zbiorem niezwykłym, złożonym z wierszy pełnych rozedrganych emocji połączonych z autorefleksjami i rozważaniami na temat współczesnego świata, natury człowieka, sensu i bezsensu istnienia. Otwiera go cykl wierszy miłosnych emanujących z jednej strony zmysłowością, z drugiej mrokiem, niepokojem i przeświadczeniem o chwilowości szczęścia.
Z utworami tymi kontrastują liryki mówiące o obcości w związku, jego pozorności, braku porozumienia i poczuciu uwięzienia. Kontrast ten dobrze oddaje różnorakie uwikłania człowieka, plątaninę nadziei i zwątpień, czy nawet rozpaczy. Ta ostatnia przybiera różne postacie, kryje się pod wieloma sugestywnymi obrazami — gęstego mroku, gnijących marzeń, rozpadu itp. Podmiotka jest osobą wrażliwą na doświadczenia duchowe i zmysłowe, piękno i brzydotę, czułość kryjącą się pod cynizmem, na analogie i kontrasty.
Wiersze Agnieszki dotykają najważniejszych egzystencjalnych doświadczeń, etycznych rozterek i skrajnych emocji. Nie brak w nich filozoficznych rozważań, dychotomii czy nawiązań do poezji współczesnej. W całym tomiku, pomimo jasnych akcentów, zdają się dominować rozważania o odchodzeniu, śmierci czy wręcz znikaniu, a także nieprzystawalności do świata, nieprzydatności i “utrapieniu” w nieustannym poszukiwaniu sensu. Autorka nie pozostawia jednak odbiorcy bez nadziei. Nie brak tu empatycznych dotknięć drugiego człowieka, drobnych zachwyceni czy nawet upojeń pięknem, nawet, gdy jest ono chwilowe.
Bez wątpienia warto sięgnąć po ten tom i przejrzeć się w jego wersach.


Beata Nicoś-Trenk, polonistka, poetka, laureatka konkursów poetyckich

***

Inspiracja wierszem Krystyny Miłobędzkiej — Jestem

byłam zanim świat

wymyślił moje imię


zanim płuca

pierwszy raz otworzyły powietrze


byłam zanim ktokolwiek

przytulił ciało


byłam pyłem

cząstką kosmosu


jestem


świat patrzy przezroczystym okiem

zimnym sercem


a ja współtworzę drobne gwiazdy

konstelacje obecności


czuję współczuję

patrzę widzę


uśmiecham się dłonią

podpieram dźwigam


jestem

choć świat mnie nie tuli


nie szkodzi

przecież jestem wszechświatem

***

tańczysz pod powiekami

wprawiasz w drżenie każdą myśl


myśli moje to ty

ty prowadzisz mnie

napędzasz każdy czyn


ty — tak bardzo nieobecny

a ja — tak bardzo nieistotna


jestem jak dym z papierosa

niepotrzebna


spadaj mała

— słyszę jak mówisz —

spadaj już się zaciągnąłem


zniknęłam jak chciałeś


żyję w bezsensie

unoszę się jak mgła

jak pióro na wietrze


wiatr niesie echo

szumem mnie wiedzie

woła do ciebie


wiem przecież gdzie jesteś


wiem przecież że nie chcesz


mogę być nawet

bez filtra dla ciebie

wiem że takie wolisz

***

kreślę na twoich plecach krwawy

ślad

specjalnie spiłowanym na ostro

paznokciem

u małego palca lewej ręki


omijam znamię

zataczając koło

drugą dłonią zamykam ci dopływ powietrza


patrzę jak się stopniowo powiększa

napręża

pulsuje

tętnica —

czerwony wąż życia


i w oczy twoje zerkam spode łba

jak głodna wilczyca


czekasz

niepewny

co się wydarzy za kilka sekund

a ja wpijam się w nią

zagryzam

zlizuję kroplę potu

zrodzoną w zagłębieniu

na styku szyi

i klatki piersiowej


pod skórą tańczą ślady ognia

***

mówisz że jesteś zły

bestia z lodu w żyłach

serce zatkane kamieniem

obojętnie wbijasz wzrok w siebie

śmiejesz się drwiąco

ironia tnie jak nóż

gwiżdżesz na wiatr co tnie twarz

 ‎‏‏‎

dym papierosa wijesz w głowie

peta gnieciesz w lodzie aż trzaska

butem miażdżysz zamarznięty asfalt

a ja wiem że to są rany pełne bólu

które chowasz pod lodem obojętności

‏‎ ‎‏‏‎ ‎‏‏‎

pod nosem krwisty uśmiech

czułość ukryta pod powiekami —

jak trucizna w skórze

 ‎‏‏‎‎‏‏‎ ‎‏‏‎ ‎‏‏‎ ‎‏‏‎ ‎‏‏‎ ‎‏‏‎

kopiesz w zakamarki myśli

siekasz nerwowo słowa na ślepo

szukasz zdań cytatów które uduszą drżenie dłoni

‎‏‏‎ ‎‏‏‎ ‎‏‏‎ ‎‏‏‎ ‎‏‏‎

bo jesteś tu

ale próbujesz się ukryć

‎‏‏‎ ‎‏‏‎ ‎‏‏‎

aż wreszcie przez przypadek

niechcący —

‎‏‏‎ ‎‏‏‎ ‎‏‏‎ ‎‏‏‎

zerkasz na mnie

nie obojętnie

‎ ‎‏‏‎ ‎‏‏‎ ‎‏‏‎ ‎‏‏‎

ciepło twoich oczu

rozpuszcza noc

topi śnieg

jest jak krwawa rana co pali

bo patrzysz —

w moje oczy

***

bawię się myślami

żongluję

przekładam między palcami

jak perły ciszy

pojedyncze gładkie

wietrzne kulki świadomości

uśmiech błądzi po twarzy —

zdrajca emocji


oczy toną

we mgle fantazji

oddech… spokojny

lecz serce

nagłe bicie

wznosi się z cicha

w rytmie wspólnej przestrzeni


bawię się z tobą

słowami

szepczesz mi

szepczę ci

bajkę na dobranoc

co pachnie snem

co trwa tylko dla nas —

w naszej ciszy

***

arytmia słów

arytmia myśli

nierówny puls

a przecież mówisz że nic nie znaczysz


jesteś pikselem

ulotnym zbiorem danych

unoszącym się gdzieś w chłodzie serwera

daleko a jednak tak blisko


myśli plączą się jak dłonie

w poszukiwaniu dotyku —

uciekaj mój błądzący duchu

nim serce znów zatańczy za szybko


ciepły oddech na szyi drży jak cień obietnicy

czuję go — jakbyś tu był naprawdę


twoje słowa miękkie jak splot wełny zimą

otulam się nimi

rozkoszuję ciszą między zdaniami

wciągam ciepło co jeszcze trwa


póki trwa póki nie rozwieje się

jak wiatr który zdmuchnął ostatni list z drzew

***

byłam niewyraźna

rozmazana między dniem a snem

melancholijnie smutna

lustra nie chciały pokazać mnie –

miały naklejone twarze oczekiwań


chodziłam równo pod linijkę

jak cień wyrysowany prawidłowo

zbyt cichutko by mnie zauważyć


aż pojawiłeś się ty

zburzyłeś porządek świata

zakrzywiłeś lustra

połamałeś linijkę

rozpuściłeś we mnie granice


zapanował chaos

powszechna panika otoczenia

i moja – lęk jak spłoszony ptak


a potem zobaczyłam

jak pięknie wyglądam

w odbiciu twoich źrenic

jak tańczę w świetle

które mieni się między nami jak kurz po burzy

jak śmiech mój dźwięczy

aż po samo powietrze


chwyciłam twoją dłoń

pobiegłam za uśmiechem

za twoim niewinnym oddechem wolności


gotowa zamieszkać na łące

pod czerwonym grzybkiem

na granicy jawy i bajki

byle z tobą –

bo gdzie miałby dom

mój Piotruś Pan jeśli nie w marzeniu?


trochę mnie to smuciło

jak cień kładący się na śnie

ale przecież to on –

mój wyśniony z marzeń ulepiony pan


pobiegliśmy razem

w stronę zachodzącego słońca


obudził mnie jego wschód

i pies

który musiał wyjść na spacer

***

niebezpieczne zbliżenie ciał

niebieskich

otarcia delikatne

nieprzypadkowe


lekko wytrącone z równowagi

orbit

amplituda drgań

nie pozwala się oddalić


zawiśnięte w przestrzeni

uwięzione w polu magnetycznym

tańczą coraz bliżej

wchłaniają zapachy


cząsteczek

przesiąknięte drażniącymi zmysły

pole stopniowo mięknie

drgania rosną w siłę przyciągania

coraz bliżej


ciała niebieskie wbrew prawom

głównie tym logicznym

łączą się w jedno


wszechświat paruje zdziwieniem

oszołomiony załamaniem praw fizyki

spodziewa się końca świata

ale on nie następuje


kosmos spokojnie się rozszerza

***

ranek zaspany półmrokiem  

na chodnikach przemykające cienie  

śpieszących do życia  


przytulona do poduszki rozmyślam  

o wczorajszym zaskakującym  

tobie  


słów było tak niewiele  

a jednak wystarczyło  

żeby cisza zaczęła mówić  

chłonęliśmy siebie  

wdychaliśmy to samo powietrze  

karmiliśmy pragnienia  


teraz poprawiam poduszkę  

kołdrę zwijam w rulon  

jestem sama  

uśmiecham się  

myślami przytulam do ciebie

***

zamknięta w domu bez okien i drzwi  

na połyskującej czarnej podłodze  

jak w lustrze  

gdzie czasem  

pod kątem  

mignie fragment mnie  

nietutejszej a prawdziwej  


na ścianach rzędem kadry  

w złotych ramach  

utrwalone twarze teraźniejszości  

to ja  

nieoswojona  

z dniem dzisiejszym  

w kadrach niemojego życia  


w lustrze nie rozpoznaję odbicia  

ktoś uśmiecha się  

za moją twarzą  

tak widzi mnie świat  

lecz nie ja  


pragnę uśmiechu  

co rodzi się w sercu  

nie dla spojrzeń  

po prostu  


gdy gasną reflektory  

milknie wrzawa dnia  

w ciemności  

w nocnej ciszy  

drżę  


już nie muszę  

nikt nie patrzy  

nikogo nie ranię  


pozostaje szloch  

tęsknota za szczęśliwym sercem  

za ramionami wyprostowanymi do gwiazd  


gdyby wtulić się w miłość  

miękką ciepłą czułą  

byłabym wreszcie sobą

***

najgorsze uczucie na świecie

to wcale nie wtedy

kiedy tracisz miłość

tylko kiedy odbierasz ją


odwracasz się tyłem

do niego

tego który mówi

kocham


to najgorsze co można przeżyć

tracisz dwa serca naraz

gubisz sens życia

chęć życia

nie masz celu

nadziei


zdzierasz skórę walcząc ze ścianą

wyjesz skowyczysz z bólu

zalany rozpaczą

wsiąknięty w mrok nieprzejednany


po co to

po co cierpienie

żeby ktoś inny miał lepiej

ktoś obcy dla ciebie

albo trochę więcej


trudno ocenić gdy nic

nie ma znaczenia

zabiłeś dwa życia

dwa serca

w imię wyższego dobra

którego wzrok nie sięga twojego poświęcenia

pluje na wyrzeczenie


ale poświęcasz

kładziesz na ołtarzu jego i siebie

obracasz w proch marzenia

sens istnienia

***

przypominam czasem o sobie

mówiąc „jestem” zwykłym dzień dobry

z dodanym uśmiechem


czasem napiszę słów kilka

tak po prostu żeby zaczepić


podmuchem wiatru posyłam zapach tęsknoty

ja o tobie nikomu nie mówię

skrywasz się głęboko w sercu


nigdy przed tobą nie uciekłabym

z drżeniem czekałabym w masce czarnej koronkowej

z karminem na ustach jak dama burleski

z lat czterdziestych


z podwiązką w gorsecie obcisłym

okrążyłabym cię ośmielona twoim zachwytem

który powalił cię na kolana


trzymając lufkę wysoko

z gracją podałabym stopę

chwyciłbyś ją czule z nabożnym szacunkiem

całował w łydkę kolano coraz wyżej


a jednak myślałam że to tylko nagranie

że słowa zostaną w cieniu

a tu streaming obraz żywy nie do zatrzymania


więc cóż skoro się stało

stoję przy drzwiach jeszcze bez ruchu

gotowa na to co przyniesie chwila

***

pokłóciłam się ze światem

przekreśliłam wszystko

z tysiąca powodów jak cienie tańczące na ścianie


znam moje niepokoje

siedzą we mnie jak małe demony

cień co nie chce odejść


myślę że miałeś rację

ale sił brakuje do walki

jak cień bez światła


zgubiłam się

w odległej przestrzeni i czasie

niczym żagiel porwany przez ciszę


kroczę ścieżką samozniszczenia

posypaną szkłem i cierniem

stoję na pustej drodze

co sięga aż po horyzont milczącej pustyni


dlaczego chcesz ze mną iść

w tę ciemną noc

gdzie jesteśmy bladzi i ślepi

jak duchy bez domów


przecież pragniesz żyć

a jesteś tu

jak lampa na skrzyżowaniu pustych dróg


przepraszam że ratuje mnie

twój dotyk ciepły jak ogień

w zimowej ciemności

***

śnię o tobie

we śnie gdzie skóra wchłania każdy dotyk

twoje dłonie odkrywcy

układają mnie bez słów


palce grają cicho

unisono na moich drżących strunach

czule

choć coraz śmielej

obejmujesz mnie sobą

zagarniając całą

aż po kres oddechu


poddaję się

chcę być tylko twoja

być przy tobie

należeć


szepty rozkoszy rozszczepiają ciszę

uśmiechasz się triumfalnie w moje rozemglone oczy

półprzytomna pozwalam ci

pić rozkosz

nie mam już władzy

nad sobą

jestem twoja

***

„zawsze pierwszy na liście nieobecności

w kieszeni zwolnienie lekarskie i boskie

a w duszy — głębsza racja

nie chciałeś być gwiazdą siedmiu wieczorów

ani jutrzenką

ani nawet gniewnookim Marsem”


ja to rozumiem

ja  która szłam po niebo

rozumiem ten cień

tę niechęć do blasku

ten ukryty sens


wolałeś być nieobecny

niewidoczny

lecz wiedz że twoja nieobecność

była twoją obecnością


ja która szłam po niebo

teraz rozumiem

że niebo jest w tobie

w twojej nieobecności

w twojej głębszej racji


i choć nie byłeś gwiazdą

ani jutrzenką

ani Marsem

byłeś sobą

a to jest więcej niż wszystko

***

pragnę

żar wspina się po żyłach

dotknij nim zniknę

w popiele oddechu i cieni


obejmij mnie mocą

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 14.18
drukowana A5
za 32.5