Drogi Czytelniku
Niniejsza książka jest owocem pracy: mojej, zespołu redakcyjnego i grafików.
Proszę, abyś uszanował zaangażowanie, wysiłek i czas wszystkich, którzy wnieśli swoją energię w jej przygotowanie. Nie udostępniaj jej innym, nie ważne w jakiej postaci, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia.
Dziękuję
GATKA
P.S. Miłego odmóżdżania
***
ZDOBYWAJ SZCZYTY
OLŚNIEWAJ URODĄ
ŁAM GŁUPIE ZASADY
ZARAŻAJ OPTYMIZMEM
AKCEPTUJ SIEBIE
MARYSIA
— Słoneczko, wróć do nas. Jeszcze nie odchodź — wymruczałam smutno, spoglądając na przetaczające się chmurzyska.
Skończyło się lato i powoli nadchodziła jesień. Nie lubię tej pory roku. Dzień staje się coraz krótszy, a pogoda coraz bardziej depresyjna. Częściej pada deszcz, a widoki za oknem tracą swój koloryt, stając się bure i ponure. Tak było i wtedy. Od tygodnia nieprzerwanie lało. Ziemia była przesiąknięta wodą. Już nawet nie znikała z ulic i chodników, a parkingi powoli zamieniały się w zapuszczone stawy. Stojąc w oknie mojego gabinetu, popijałam gorącą herbatę i traciłam nadzieję, że przestanie padać, gdy będę wychodzić z biura. Chyba podświadomie zaczęłam nucić dziecięcą piosenkę, a gdy doszłam do refrenu zaśpiewałam:
Słoneczko nasze rozchmurz buzię.
Nie do twarzy Ci w tej chmurze.
Słoneczko nasze…
— Rozchmurz się! — wydarła się wchodząca do pokoju Karolina.
Spacerować z tobą będzie lżej…
Dokończyłyśmy obie przyśpiewkę.
— Ale ty fałszujesz — rzuciła jędzowato, przewracając oczami. — Proszę, zrób przysługę światu i nie śpiewaj więcej.
— Spadaj, wredoto. Tonący brzytwy się chwyta — fuknęłam na asystentkę.
— Głupia, masz nadzieję wziąć je na litość?
— Może… — Wzruszyłam ramionami, odwracając się frontem do biurka — Co tam masz? — zapytałam zaciekawiona
— Przyniosłam ci oferty i drafty umów leasingowych do analizy. — Dziewczyna pokazała mi naręcze dokumentów.
— O nie! Zabieraj to. — Klapnęłam na fotel zrezygnowana. –Wiesz, że ja się na tym nie znam. Za dużo cyferek do liczenia, za dużo paragrafów do zrozumienia. Zanieś je Janowi, on lubi ślęczeć nad papierami. Albo lepiej Antkowi. On potrzebuje kosztów w firmie. Obiecał znaleźć kogoś, kto mi pomoże.
— No i znalazł. To kopie dla ciebie. Sama powiedziałaś: „Oni są od zarabiania, ty od wydawania kasy”.
— Nieee. Ja jestem od umilania życia pracownikom. Powinniście mi dziękować.
— Mania, wiesz, że jesteś naszą królową — odpowiedziała Karolina, kłaniając się lekko.
— Lizus — skarciłam asystentkę z uśmiechem. — Zostaw te styrtę. Zajmę się nią jutro. — Poderwałam się od biurka. — A teraz się zbieram, bo jak zawsze będę spóźniona. Muszę zawieźć Leona do lekarza.
— A Marek nie może go zawieźć? — dopytywała koleżanka.
— Marek to Marek. On ma swój świat i swoje kredki — skwitowałam i przewróciłam oczami.
Zmieniłam buty ze szpilek na super wygodne i strasznie wyglądające, w połączeniu ze spódnicą, kaloszki. Zarzuciłam na grzbiet płaszcz w kolorze ciemnego nude i szczelnie zapięłam się pod samą szyję. Na głowę naciągnęłam szarą czapkę, a na plecy zarzuciłam torbę z laptopem i dużą shopperkę.
— Paaa! — krzyknęłam w stronę Karoli i posłałam jej buziaka.
Dziewczyna pomachała mi na do widzenia, uśmiechając się pod nosem. Nie musiała nic mówić, doskonale wiedziałam, jak wyglądam. Mierzący zaledwie metr sześćdziesiąt pięć wzrostu, okuty w wełnianą zbroje wojowniczy żółw ninja. I kto by pomyślał, że jestem prawą ręka Prezesa. Szczerze mówiąc, miałam to w dupie. Nie zamierzałam marznąć i moknąć w imię doskonałego looku. Za stara jestem.
Grzebiąc w torbie w poszukiwaniu kluczy, szłam do auta jak zaprogramowana. Pomimo możliwości pozostawienia auta na parkingu pod budynkiem, parkowałam tam, gdzie pozostali pracownicy. Nie jestem wyjątkowa. Dzięki temu nie traktują mnie jak TĘ z elity, ale jak swoją. Oczywiście po drodze weszłam w jedną z licznych kałuż, tworzących się w dołkach zapadniętej kostki. Nie omieszkałam sponiewierać partaczy, którzy wykonali tę fuszerkę. Obiecałam sobie, że zadzwonię do administratora terenu i upomnę go o remont parkingu, który już dawno miał się zakończyć. Jeśli to nie pomoże, kolejna faktura na pewno zostanie pomniejszona.
Kiedy z triumfem na twarzy wyciągnęłam kluczyki z torebki, przez parking przejechał samochód ze stanowczo niedostosowaną prędkością. Koła pojazdu wpadły w jedno z zagłębień i cała woda — a raczej ten szlam z piachem i nie wiadomo czym jeszcze — trafił centralnie we mnie. Teraz to się wkurwiłam. Podniosłam głowę, śląc kurwy i chuje do wszystkich świętych. Zaczęłam wygrażać, że jak spotkam kierowcę na swojej drodze, to mu nogi poprzetrącam.
W tym samym momencie poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. Stał za mną rosły mężczyzna, mierzący, na bank, ponad metr osiemdziesiąt, w rozpiętym markowym, czarnym płaszczu. Przez kark przewiesił wzorzysty, czerwony szalik. Miał delikatny rudawy zarost, ciemno brązowe oczy i postawioną do góry grzywkę. Na jego przystojnej twarzy malowało się rozbawienie pomieszane z troską. Ciasteczko. Dosłownie wszystko uszłoby mu na sucho, gdyby nie ten nieschodzący z twarzy kpiący uśmieszek. Sprawca mojej tragedii perfidnie śmiał się z całej sytuacji.
— Co pana tak bawi!? Też bym się chętnie pośmiała, ale raczej sytuacja nie sprzyja — fuknęłam zła, gdy nieznany mężczyzna skakał pomiędzy kałużami, by przypadkiem nie zamoczyć skórzanych pantofli.
— Bardzo przepraszam. Nie się spodziewałem się, że kałuża okaże się tak skuteczna w czynie i wyleje się na panią wodospad tego…
— No właśnie, tego — powiedziałam, rozmazując na płaszczu rudawe krople wody. — Kto by pomyślał, że trzeba omijać kałuże? Gdzie pan ma oczy? Kto normalny zapieprza w taką pogodę po parkingu. — Popukałam się w czoło, dając mu znać, jaki z niego nieogar.
Mężczyźnie szybko uśmiech zniknął z twarzy. Wsadził ręce do kieszeni.
— O co się pani tak piekli? — odpowiedział butnie. — Przecież przeprosiłem. Kręci pani aferę bez powodu.
— Bez powodu! — Zagotowałam się. — Uważa pan, że zwykłe przepraszam rozwiązuje sprawę? Że teraz z uśmiechem powiem, że nic się nie stało, i w podskokach radości wsiądę do samochodu i pojadę w pizdu? Bo jaśnie pan powiedział przepraszam. W dupę wsadź se pan to przepraszam.
Odwróciłam się, żeby odejść obrażona. Wiem, zareagowałam trochę za mocno. Dałam upust emocjom, jad się wylał. Już w myślach kazałam mężczyźnie pocałować mnie w cztery litery.
— Mógłbym wsadzić tobie. — Stanęłam jak wryta, kiedy usłyszałam jego odpowiedź. –Zapewniam, że krzyczałabyś na mnie w całkiem innym tonie.
Stałam jak porażona. To mnie zaskoczył, cham jeden. Przemyślana zmiana strategii, ale nie ze mną te numery, koleś. Jestem mistrzem takich rozgrywek. Odwróciłam się energicznie. Nie mogłam odejść bez ostatniego słowa. Miałam tylko jeden cel — zetrzeć z tej ślicznej buźki ten szelmowski uśmieszek. Uśmiechnęłam się szeroko, zmieniając mimikę na bardziej kokieteryjną. Przygryzłam wargę, widząc jak facet włazi na zwycięskie miejsce na podium w tej potyczce. Ależ jesteś głupi. Nikt cię nie nauczył, że nie bawi się ogniem, bo można się poparzyć? Z wolna podeszłam do jegomościa i przysunęłam się do niego znacząco. Przejechałam wolno ręką po kołnierzu płaszcza w górę. Zahaczyłam paznokciem o skórę szyi, po czym zaczęłam kreślić po bielutkiej koszuli niewidoczne ślady przyjemnego dotyku.
— Ho, ho. Casanova mi się trafił — powiedziałam kusząco. Zjeżdżałam dłonią coraz niżej, aż do paska, widząc aprobatę w oczach mężczyzny. — Słuchaj, chłopczyku. — Spojrzałam mu pewnie w oczy, kontynuując moją diabelską grę i wślizgując dłonie pod poły jego płaszcza, by objąć go w tali. — Zapewniam cię, że gdybyś jakimś cudem doprowadził mnie do przyjemności, twój mózg mógłby tego nie udźwignąć. Bo za każdym razem, gdy tylko zamknąłbyś oczy w chwili błogiego relaksu, słyszałbyś mój melodyjny jęk rozkoszy. Czułbyś przyjemny zapach mego ciała i delikatny dotyk przyprawiający cię o ciarki. Jestem pewna, że wpłynęłoby to znacząco na twoja psychikę.
Pociągnęłam mocno za szlufki, jak nadopiekuńcza matka poprawiająca dziecku spodnie. Materiał werżnął się w ciało faceta, wydobywając z jego gardła pomruk dezaprobaty. Na twarzy pojawił mu się grymas bólu. Zadowolona puściłam oczko, bezwstydnie patrząc w twarz mężczyzny. Pewnym ruchem ściągnęłam z jego szyi szmatkę. Wytarłam płaszcz materiałową zdobyczą i zadowolona pomaszerowałam do auta. Szach mat, frajerze.
***
Po zabieganym popołudniu, wizycie u weterynarza i niezbędnych zakupach spożywczych, marzyłam już tylko o tym, by przebrać się w wygodny dres, opatulić kocykiem, włączyć odmóżdżający film i delektować się dzbankiem gorącej herbaty z Five o’clock. Niestety nie było mi to dane. Do domu wpadł tłum dzikich chłopców z moim synem na czele, a za nimi Marek ze skwaszona miną.
— Cześć, mamo. Nie masz nic przeciwko, żeby chłopaki zostały na kolacji? Popykamy w FIF-ę na konsoli — oznajmił Fabian, nie czekając na moją reakcję.
Skierował się do swojego pokoju, a za nim czterech rosłych nastolatków.
— Spoko — wysapałam z przerażeniem w oczach. — A co zjecie na kolację? — zapytałam zrezygnowana.
— Wszystko, co pani zrobi, będzie dobre — odpowiedział mi Arek, najlepszy kolega Fabiana.
— To na początek zrobię wam herbatę, a potem coś… wymyślę. — Pokręciłam głową z wymowną miną.
— OK — odpowiedzieli chórem, wchodząc do pokoju syna.
O ile chłopcy jakoś niespecjalnie mi przeszkadzali, bo i tak zaraz zamkną się w pokoju i tam spędzą większą część wieczoru, Marek to inna bajka. Ciekawe jaką tym razem niestworzoną historią mnie zaskoczy. Serio, dla tego faceta każdy normalny dzień życia jest równie zagadkowy, jak pokazy magika w galerii handlowej. Marek jest u mnie częstym gościem, nawet ma klucze do mojego domu. Je ze mną kolacje, a w weekendy nawet śniadania. W takim sensie, że przychodzi na śniadanie, nie że tu śpi i… my ze sobą… O nie, fuj. Nie. W życiu. Choć do brzydkich nie należy. W sumie to jest przystojny. Mierzy prawie sto osiemdziesiąt centymetrów i ma przeciętną posturę z delikatnie zarysowującym się brzuszkiem. Łysy, niebieskie oczy, orli nos, wąskie usta, bez zarostu, zawsze ogolony na gładko, dobrze ubrany. W sumie? NIE… On ma coś z banią i dziwnie postrzega świat. Żyje w swojej własnej rzeczywistości, często się spóźnia albo zawala terminy. Chodzi rozkojarzony, jakby żył w innej bajce. Często gada od rzeczy i wyciąga anegdotki w ogóle nie związane z tematem rozmowy. Mimo tego jest w chuj inteligentny. Czasami swoją wiedzą onieśmiela i zadziwia towarzystwo. Ma też dobre wykształcenie i potrafi się pięknie wysławiać nie tylko po polsku. Ale, słowo honoru, czasami myślę, że jego IQ jest na poziomie rozgwiazdy. Kiedyś nastawił pralkę bez płynu czy proszku i trzymał w niej mokre ciuchy przez tydzień. HIT. Czekał aż pranie wyschnie. Prowadzi też segregację śmieci. W szafce pod zlewem ma cztery kosze, oczywiście każdy z woreczkiem w odpowiednim kolorze. Tylko że w momencie sprzątania wrzuca wszystkie worki do jednego pojemnika. Cały Marek. Jednak za każdym razem, gdy patrzę na tę chodzącą niemotę, uśmiech sam wychodzi na twarz. Jestem wdzięczna wszystkim siłom kierującym losem, że połączyły nas pewne… sprawy. Poznaliśmy się w biedzie. Bo tak właśnie poznaje się najlepszych przyjaciół. Byłam w czarnej dupie, a on, dziennikarz śledczy, nie zdradził, kim jestem. Od tamtej pory — razem. Ramię w ramię.
— Cześć — powiedział ledwie żywy.
Przysunął się bliżej, by przywitać się całusem w czółko.
— Cześć. A tobie co się stało?
— Moje arcydzieło — stwierdził z westchnięciem.
Marek od dekady walczy z rynkiem wydawniczym. Po odwieszeniu prochowca na wieszak postanowił zmonetyzować swoją wiedzę. Idzie mu w tym świetnie, bo ma z czego tworzyć historie kryminalne. Niejedno wydawnictwo chciałoby mieć Aureliusza.
— Powinienem pomyśleć o młodszych odbiorcach niż ci z domu starców i zmienić język na bardziej młodzieżowy. Rozumiesz?
— Oj nie załamuj się. Posiedzisz w weekend z Fabianem, pogadasz z Nadią. — Moją starszą córką. — Pokręcisz się po uniwerku. Pójdziesz do klubu i teksty same zaczną się odmładzać.
— Pomożesz mi? — poprosił błagalnie.
No pewka! Uwielbiam to. Wcielimy się w role bohaterów i odegramy kilka scenek. A może nawet wyskoczymy razem na miasto, nie wychodząc z ról. Maryśka, ochłoń. To Marek. Nie pokazuj emocji, bo go zniechęcisz.
— No dobra — powiedziałam kręcąc nosem. — Ale pomożesz mi zrobić pizzę — zażądałam.
Coś za coś. Taka jestem.
— W jedzeniu zawsze — odparł rozpromieniając się.
Oboje ruszyliśmy do kuchni. Marek rozejrzał się po wnętrzu.
— Gdzie Leon? — zapytał otwierając drzwi lodówki. Wyciągnął spory kawał kiełbasy swojskiej i zaczął go jeść.
— Leży w pokoju Nadii. Dziś miał wizytę u lekarza — wyjaśniłam, dlaczego pupil nie pilnuje gościa, sępiąc o skrawek smakołyka.
— I co powiedział? — zapytał Marek mlaszcząc.
— Że potrzebuje dziewczyny, i to pilnie. Znasz może kogoś, kto by dopuścił go do swojej lady? — zagadnęłam, przepychając kolegę.
— Popytam chłopaków od tresury — odparł i powąchał kiełbasę.
Spojrzałam na sąsiada z lekkim szokiem. Nie chcesz wiedzieć, Mania.
— A co, jeśli nie znajdzie się chętna panienka? — dopytał przyjaciel i odgryzł kolejny kawał mięsiwa.
Wyjęłam nożyczki z szuflady i energicznie zobrazowałam Markowi, co czeka Leona, jeśli nie zacznie spółkować. Marek skrzywił się znacząco na dźwięk ruchu nożyczek.
— Sprawa życia lub śmierci — oświadczył. — Nic dziwnego, że ma doła.
Ze smutkiem na twarzy przyznałam mu rację i zaczęłam szykować kolację dla mojego garnizonu.
***
Kolejny dzień zaczął się klasycznie. Odkąd Nadia wyprowadziła się do akademika, a Fabian odkrył uroki nastoletniego życia, mam sporo czasu dla siebie. Nie ma już porannej gonitwy, by każdy zdążył. Przed pracą na spokojnie wykręciłam rowerkiem kilkanaście kilometrów. Wzięłam prysznic, ogarnęłam się i wyszłam do biura. To pierwszy dzień bez deszczu. Weekend zapowiadał się naprawdę zacnie. Miałam nadzieję, że spędzę go w ogrodzie, grzebiąc w ziemi i kosząc trawę.
Wchodząc do biura, jak zawsze z uśmiechem na ustach, przywitałam wszystkich zebranych. Ułożyłam na paterze ciastka kupione rano w piekarni i weszłam do gabinetu. Nie zdążyłam się rozebrać, kiedy Antek stanął w progu ze zbyt radosną miną.
— A co ciebie sprowadza do mnie o tak nieludzkiej porze, skowroneczku? — powitałam Pana Prezesa melodyjnym głosem.
— Nie mogłem się ciebie doczekać, moja sówko — odpowiedział z uśmieszkiem na ustach.
Podszedł do mnie, pomógł zdjąć płaszcz, pocałował w czubek głowy i usiadł na fotelu. Zastukał palcami o blat biurka, jakby grał skoczny numer na perkusji.
— Zamieniam się w słuch — ośmieliłam go, wciąż przygotowując się do rozpoczęcia pracy.
— Znalazłem prawnika, który pomoże ci w zrozumieniu tych wszystkich prawnych kruczków spędzających ci sen z powiek — pochwalił się dumny z siebie.
— No proszę. Od kiedy może zacząć?
— Będzie po weekendzie, przygotuj umowy i dziękuj Panu za łaskę.
— Dziękuję — powiedziałam z przekorą, siadając na swoim miejscu za biurkiem.
W tym momencie weszła Karolina z dwoma talerzykami ciasta i parującymi kubkami. Rozstawiła wszystko na biurku i szybko się wycofała z pomieszczenia, by zająć się swoimi sprawami. Wróciłam do rozmowy z przełożonym.
— Nie świętuj jeszcze zwycięstwa — upomniałam Antka. — Jeśli okaże się takim samym geniuszem jak poprzedni, to ja będę tańczyć nad twoim ciałem. To, że ty go wybrałeś, nie znaczy, że spodoba się Janowi — wytknęłam przełożonemu.
— Wiem, wiem, ale jestem o niego spokojny. To naprawdę łebski facet — szedł w zaparte Pan Prezes, broniąc swojego kandydata.
— OK. Skoro tak uważasz — oświadczyłam z niedowierzaniem.
O wszystkich tak mówił, a potem Jan robił swój test lojalności i kicha. Prawnika nie ma.
— Widzę, że się rozgościłeś. Więc czym jeszcze mogę ci służyć? — zapytałam, składając ręce na biurku i pochyliłam się w jego stronę.
— Ty wiesz czym. — Mówiąc to, puścił do mnie oczko i szelmowsko się uśmiechnął. W odpowiedzi przewróciłam oczami i złapałam za łyżeczkę, by skosztować słodkości. — Ale tę kwestię wyjaśniliśmy sobie dawno temu. Za bardzo cenię swoje klejnoty rodowe, nie chce ich stracić.
— Skoro już mówimy o klejnotach. — Podniosłam rękę, bo przypomniało mi to o Leonie. — Masz może kogoś kto… jak by to ująć. — Nie wiedziałam, jak mu to powiedzieć.
Antek zachłysnął się kawą, mocno odchrząknął i patrząc na mnie podejrzliwie, zapytał:
— Nie mów, że chcesz wrócić do gry?
— Nie o mnie chodzi, głupku — skarciłam mężczyznę. — Leon ma pewien… Potrzebuje… się zabawić… Bo inaczej… — Pokazałam mu gest zamykanych nożyczek.
— No to sprawa życia lub śmierci — odparł równie przerażony co Marek. Faceci. — Popytam znajomych, chyba mam kilka kandydatek. Doprecyzujmy. Chcesz zostać babcią czy ma to być tylko niezobowiązująca zabawa?
— Żadnych dzieci. Czysta zabawa — odparłam zdecydowanie.
— I to mi się podoba. — Uśmiechnął się lubieżnie. — W takim razie spełnienie twojej potrzeby będzie czystą przyjemnością.
— Wiedziałam, że w tych sprawach jesteś nieoceniony — rzekłam odwzajemniając uśmieszek. — Tylko się pospiesz. — Spoważniałam i zaczęłam odpalać urządzenia. — Sprawa jest pilna i Marek też się w nią zaangażował.
— Proszę cię. Marek? — prychnął. — To dla mnie żadna konkurencja. Jeśli chodzi o swatanie jestem mistrzem.
— Taaa, jasne. — Ponownie przewróciłam oczami.
— A, właśnie — zareagował nazbyt radośnie. — Może ciebie też powinniśmy zeswatać? Może przestałabyś być taką suką?
Spojrzałam na niego śmiercionośnym wzrokiem. Moja kamienna mina mówiła wszystko, a Antek wiedział, że wkracza na niebezpieczne wody. Strategicznie wstał, zabrał kubek z kawą i ostatni raz spojrzał na mnie.
— WON! — krzyknęłam w jego kierunku, wskazując drzwi.
— Wrócimy do tematu — powiedział, wychodząc z gabinetu.
Niestety zdążył uchylić się przed lecącym w jego stronę długopisem.
Pokiwałam głową w geście bezsilności i zaczęłam pracę. Jednak nie mogłam się skupić. W głowie ciążyło mi pytanie Antka — „Wróciłaś do gry?”. Minęło już tyle czasu od śmierci Rafała. Może nie spotkałam nikogo wartościowego na swojej drodze? Bzdura, przecież znam tylu fajnych facetów. Byłam na paru randkach. Ale dlaczego nie pykło? Może to moja wina? Może odstraszam facetów. Nie jestem najdelikatniejsza w obejściu. Chyba że po prostu nie jest mi to potrzebne? A może jestem zbyt pojebana? Nieważne. Jebać to. Choć porządny seks by mi się przydał. O tak. Taki… Uch… Chciałabym znów poczuć porządny kawał mięsa między nogami, a nie zimny plastik napędzany bateriami Duracell. Właśnie, myśląc o moich rozłożonych nogach, przypomniało mi się, że muszę umówić się do ginekologa. I tak za długo odwlekałam wizytę u Grześka w gabinecie. Złapałam telefon za pamięci i wybrałam numer przychodni. Na szczęście nie czekałam długo. Pełna radości i życzliwości w głosie przywitałam się.
— Dzień dobry pani Basiu, tu Marianna Carycka. Wciśnie mnie pani w grafik do doktora Stępkowskiego? — wytrajkotałam.
— Poniedziałek, dziewiąta rano. Nie spóźnić się — poinformowała mnie oschłym tonem starsza kobieta po drugiej stronie słuchawki.
— Dobrze, będę. Dzię…
Spojrzałam na trzymany aparat. Usłyszałam tylko sygnał rozłączonego połączenia. Nic więcej. Żadnego „do widzenia”, „miłego dnia”, „pocałuj mnie w dupę”. Nic.
***
W przychodni, do gabinetu Grześka czekała kolejka ciężarnych. Wszystkie jak jeden mąż łypały na mnie dziwnym wzrokiem, bo przecież doktor przyjmuje tylko kobiety w ciąży. No cóż, dla niektórych robi wyjątki. Niezastąpiona pani Basia odhaczyła moje pojawienie się i, z równie dużym entuzjazmem jak podczas rozmowy telefonicznej, poinformowała, że wezwie mnie do gabinetu, kiedy doktor skończy. Tak przesiedziałam czterdzieści pięć minut.
— A kogoż to widzą moje śliczne oczka? — przywitał mnie doktor Grzegorz. Lekarz, chirurg, ginekolog i przyjaciel. Wpadliśmy sobie w ramiona.
— Cześć, Grzesiu. Wybacz, że tak dawno mnie nie było. No ale wiesz, praca.
Skłamałam. Po prostu musiałam dojrzeć do tej decyzji. Nie widziałam potrzeby, by wyciągać wkładkę i wkładać nową.
— Co cię sprowadza? — zapytał. — Zamierzasz zacząć korzystać z uroków stosunków międzyludzkich? — Wróżbita Maciej, normalnie.
— Nie … — Zaśmiałam się nieszczerze. — Chcę wymienić wkładkę. I… chyba zatrzymał mi się okres.
— Oho! Mówiłem. — Przewróciłam oczami. — Ale nie chciałaś słuchać. Z takimi zabawkami nie ma żartów. Dobra rozbieraj się. Sprawdzimy, co się tam dzieje.
Szybko przygotowałam się do USG, w końcu to nie pierwszy raz. Położyłam się na leżance i próbując się rozluźnić, patrzyłam, jak Grzesiek zakłada osłonkę na sonograf.
— Dobra, będzie przyjemnie. — Puścił do mnie oczko. — Piąstki pod pośladki i jedziemy.
Nie wiem, czego szukał na monitorze tak długo, jednak w końcu powiedział:
— Wrosła, ale tylko troszeczkę. Zaczął się proces wchłaniania obcego ciała w organizm. Trzeba to wyciągnąć, nie ma innego wyjścia. Już ci się do niczego nie przyda, a może tylko narobić problemów.
Grzesiek jeszcze raz spojrzał na wykonane USG.
— Do tego prawy jajnik jest powiększony. Jeśli nie wymienisz wkładki, to za trzy miesiące przyjdziesz na kontrolę i powiesz mi, że bardzo boli. A ja powiem to, czego najbardziej nie lubisz.
— A nie mówiłem — powiedzieliśmy razem znienawidzoną przez mnie frazę. Tylko z tą różnicą, że ja go parodiowałam, a on mówił serio.
— Pani Basia umówi cię na wizytę. Im wcześniej tym lepiej. Zabieg jest prawie bezbolesny i mało inwazyjny. Z niczego nie będziesz musiała rezygnować. No chyba że z seksu na sześć tygodni, ale ciebie to i tak nie dotyczy.
— Auć, zabolało — oburzyłam się, przykładając dłoń do piersi. — Uszczypliwością zaraziłeś się w którymś ze szpitali? — zapytałam równie kąśliwie.
— Maryśka, zachowujesz permanentny celibat od…. ilu już lat? — zapytał, marszcząc czoło.
— Zapomniałeś? — odparłam z urazą. — Od pięciu. No chyba że liczy się chłopak na baterie?
— Nie, nie liczy się — przyznał doktor gniewnie.
— Znajdź porządnego chuja, a nie bawisz się zabawkami jak mała dziewczynka. — Och, ty kutasie. Ty tak do mnie? No ewidentnie szuka zaczepki. Serio chcesz się ze mną kłócić?
— Wymienisz mi ją od razu? Czy dalej mam słuchać twoich mądrości? Zaraz się pokłócimy — oświadczyłam już naprawdę wkurzona.
— A masz badania? — zapytał przemądrzale.
— Mam — odparłam tym samym tonem. Boże, jak z dzieckiem. Co go ugryzło? — Jak mnie puścisz, to ci dam.
— Jak zawsze przygotowana. — Zaśmiał się pod nosem.
— Czysty przypadek. Musiałam zrobić badania krwi i poprosiłam panią doktor, by dopisała mi do skierowania potrzebne dodatki — wyjaśniłam, chodząc z gołą dupą po pomieszczeniu.
Jak widać, nie mam problemu z nagością. Wzięłam telefon i przesłałam Grześkowi wyniki badań. Wskoczyłam na samolot i usadziłam się jak sierotka. Doktor usiadł przed komputerem i zaczął pomrukiwać, analizując wyniki.
— Zastanów się, czy tym razem nie chcesz tej z hormonami — powiedział, nie odwracając głowy od monitora. — Też wkłada się ją na pięć lat, tylko że zatrzymuje okres — wyjaśnił, wstając z fotela. Podszedł do mnie bliżej i wymądrzał się dalej. — Choć powiedziałaś, że sam zaczyna zanikać. Dzięki hormonom skutki menopauzy będą mniej odczuwalne i nie będzie waliło ci tak na mózg. Choć w twoim przypadku to diabli wiedzą. — Machnął ręką niedbale.
Dość. Wyciągnijmy z niego prawdę.
— Ale masz humor. Coś się stało? — zapytałam z troską w głosie.
— Nic się nie stało. — Zamilkł na chwilę, zakładając rękawiczki. — No dobra, stało się. Mamy z Tamarą mały kryzys w związku.
— O Chryste. — Odrzuciłam głowę do tyłu. Znowu.
— Chodzi o to, że Tamka myśli, że ja oglądając całe dnie cipki, zmienię zdanie i znowu zechcę być singlem i korzystać z uroków mojego zawodu. Chore! Prawda? — zapytał, biorąc się pod boki.
Czy chore? No nie wiem. Nasz romans też zaczął się w gabinecie. Był wtedy szczylem po studiach i przyjął mnie bez kolejki. A potem… Wiele się wydarzyło. Szaleliśmy. Grzesiek nie wybrzydzał w partnerach, często powtarzał: „Żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka, raz chłopaczek”. Ja zresztą nie byłam lepsza. „Z kobietą to nie zdrada”. Też se usprawiedliwienie wymyśliłam. To był pierwszy raz, gdy postanowiłam wrócić do gry, i od razu takie rozczarowanie. Znaczy seks był zajebisty, ale Grzesiek okazał się niezainteresowany głębszą znajomością. Jeśli… teraz też nie jest, to Tamara zasługuje na szczerość. Wyświadczyła mi ogromną przysługę, prostując zwoje mózgowe. Czas się odwdzięczyć. Sprawdźmy to albo wskażmy temu chujowi kierunek, w którym powinien podążać.
— No nie wiem… — odparłam zalotnie. Grzesiek skierował na mnie spojrzenie. — To ty mi powiedz. — Spojrzałam kusząco na mężczyznę. Wiedziałam, że w moich oczach iskrzą się kurwiki pokusy, którą wydobywam z wnętrza duszy. Odpięłam na koszuli dwa guziki więcej, ukazując mężczyźnie biel wyzywającego stanika. — Czego ty chcesz? — Zagryzłam wargę, lepiej usadzając się na fotelu. Rozwarłam nogi, pokazując doktorowi swoją cipkę.
— Maryś — wyszeptał, prostując się.
Złapałam Grześka za kitel i mocno przyciągnęłam do siebie. Wpadłam w jego usta bez ostrzeżenia.
— Co ty czujesz? — zapytałam odrywając się od mężczyzny.
— Czuję — warknął. Zagryzł mocno zęby, po czym wywarczał: — Och, demonie…
Chyba tylko dla utwierdzenia się w przekonaniu, tym razem on wdarł się językiem w moje wnętrze. Delektowałam się każdym ruchem jego języka. Och matko. Zapomniałam, jakie całowanie jest przyjemne. Czerpałam pełnymi garściami z tego, czym mnie obdarowywał mężczyzna. Jednak w głębi duszy modliłam się o to, by nie uległ pokusie. By nie przestąpił progu piekła. Jego dłonie wtargnęły pod moją bluzkę, zachłannie kosztując krągłości ciała. W końcu przeniósł dotyk na szyję. Złapał za nią władczo, odrywając mnie od siebie.
— Wiem, że warto. Nie żałowałbym nic a nic. — Łapał powietrze, by się uspokoić. Przełknął ślinę z bólem. — Ale nie mogę tego zrobić Tamarze. Kocham ją — wyznał szczerze.
Dzięki ci Panie. Uśmiechnęłam się przepełniona radością, demonstrując ją prosto w twarz mężczyzny. Odepchnęłam go od siebie z impetem.
— To się jej, kurwa, w końcu oświadcz! — krzyknęłam z udawaną złością. — Myślisz, że ile będzie na ciebie czekać, do cholery!
Grzesiek roześmiał się szczerze.
— Kiedy zamierzasz jej powiedzieć, że ją kochasz? — zapytałam.
— Dziś jej to powiem — odparł pewnie.
— Tylko, kurwa, jasno i wyraźnie, drukowanymi literami — zażądałam, wymierzając w niego karcąco palec. — Bo jak nie, to ja cię, kurwa, znajdę i cię wyjaśnię — zagroziłam.
— Tak jest. — Zasalutował.
— Zuch chłopak. A teraz proszę, bądź delikatny — poprosiłam, zakładając nogi na podpory.
Rozweselony Grzesiek szykował się do badania.
— Widzisz, do jakiego stanu mnie doprowadziłeś? — Położyłam się na fotelu ginekologicznym, próbując się uspokoić. — Oszaleję z wami facetami. Och, mężczyźni — uskarżałam się do momentu, aż poczułam dotyk.
— No już, ślicznotko. Nie gniewaj się — powiedział, obrysowując palcem wejście do pochwy. — Przepraszam.
Wsunął wzierniki i rozciągnął mnie chyba do granic możliwości. Moje mięśnie samowolnie zaczęły walkę.
— Mała, rozluźnij się. Im mocniej zaciskasz, tym będzie gorzej.
— Jestem rozluźniona — warknęłam.
— OK. No to… pośpiewamy.
Wygrzebał sznureczki i zaczął ciągnąć. KURWA, JAK BOLAŁO. Tego nawet nie da się opisać. Naprawdę jestem odporna na ból, starałam się nie krzyczeć, ale nie dałam rady. Zacisnęłam mocniej dłonie na poręczy fotela.
— Kurrrwwwaaa! — krzyknęłam, podnosząc głowę z oparcia.
— Już kończę, mała, już kończę. — Grzesiek uszczypnął mnie w pośladek i pewnym ruchem dopchnął wkładkę.
Zabieg zakończony. Wkładka wymieniona. Ciężko oddychając, opadłam na fotel.
— Mała, jak ty pięknie jęczysz — śmieszkował sobie.
Przysunął sprzęt USG bliżej fotela, przygotowując go do kolejnego badania. Tym razem sprawdzającego, czy wszystko jest na swoim miejscu.
— Mała to jest twoja pała — warknęłam, wciąż ciężko oddychając.
Lekarz wstał z uśmiechem z krzesełka. Zdjął ostrożnie moje nogi z fotela ginekologicznego i pomógł mi powrócić do pozycji siedzącej.
— Oj wiesz, że nie jest. Oj wiesz. — Puścił oczko.
Z bólem zeszłam z samolotu. Zaczęłam się ubierać, a Grzesiek podał mi przez parawan podpaskę.
— Dzięki — powiedziałam z irytacją w głosie.
— Chodź, jeszcze cię obmacam. Dziś będzie full serwis. Zasłużyłaś — powiedział rozradowany. Super, że poprawiłam ci humor, ale ty spieprzyłeś mój.
Grześ delikatnie obmacał moje piersi. Sprawnie pougniatał mięsistą tkankę w poszukiwaniu niepożądanych guzków. Gdy skończył, był zadowolony.
— Dziękuję za wizytę. — Przysunął się do mnie. — Dziękuję za wszystko — powiedział szczerze. Pocałował czule w czoło i delikatnie przytulił. Och, faceci.
***
Dziś postanowiłam skorzystać z przywileju parkowania pod drzwiami. W końcu przyjechałam do pracy na jedenastą. Siłowałam się, by nie obetrzeć ciasno ustawionych samochodów. Kurczę, coś było nie tak, coś za dużo tu aut. W końcu jakoś zaparkowałam i wygramoliłam się z pojazdu. Gdy wchodziłam do biura, przywitał mnie pan Tadeusz — ochroniarz i najmilszy człowiek na świecie.
— Dzień dobry, pani dyrektor! — Uśmiechnął się do mnie szeroko.
— Oj nie, jeszcze nie pani dyrektor — upomniałam go.
— W takim razie dzień dobry, pani Marysiu — przymilał się życzliwie.
— Dzień dobry, panie Tadeuszu. Jak tam, wszystko w porządeczku? — zapytałam.
— Jak zawsze na mojej warcie. Nie może być inaczej. Tylko cisza i spokój.
— Bardzo mnie to cieszy. Antek zmienił samochód? — zapytałam, rzucając spojrzenie za siebie.
Ochroniarz złapał moją torbę i, jak prawdziwy dżentelmen, pomógł mi zdjąć płaszcz.
— Ależ skąd. To tego nowego prawnika — wyszeptał. — Mówię pani, co za mężczyzna. Pani Krysia uważa, że ciasteczko z kremem. — Zaśmiał się na wspomnienie o księgowej.
— Żeby tylko po tym kremie niepotrzebny był Raphacholin — rzuciłam zabawnie. — Panie Tadeuszu, już mieliśmy jednego takiego asa. Pamięta pan? — Wspominałam o sytuacji sprzed trzech miesięcy, kiedy musiał wyprowadzić mężczyznę za wszarz z budynku.
— Pamiętam, pamiętam. Ależ to był ancymon. — Stróż pokręcił głową złowrogo.
Mężczyzna odprowadził mnie do windy, oddał mi torebkę oraz płaszcz, który przewiesiłam przez ramię. Pożegnałam go machnięciem ręki, nim drzwi się zamknęły. Wchodząc na moje piętro, usłyszałam, jak w sekretariacie ktoś opowiada bardzo emocjonującą historię. Na centralnie położonej wyspie, która służyła dziewczynom za biurko, siedziały obie asystentki — Karolina i Agata. Zaśmiewały się wniebogłosy ze słów rosłego mężczyzny, który stał przed nimi. Ubrany był w białą koszulę i czarne spodnie od garnituru. Szybko przeleciałam wzrokiem po jego plecach i zatrzymałam go na zakończeniu kręgosłupa. Tyłek niczego sobie. Już myślałam, że przemknę niezauważona do swojego gabinetu, gdy nagle mężczyzna odwrócił się zamaszyście i cała zawartość jego filiżanki wylądowała na mojej twarzy i bluzce. Nie zdążyłam nic zrobić.
— KURWA! JEBANA! MAĆ! — poleciało rzewnie z mojego gardła.
Obie asystentki, jak jeden mąż, zerwały się na równe nogi. Pierwsza ruszyła na pomoc Karolina. Pobiegła po ręczniki papierowe. Agata wpadła do mojego gabinetu. Oniemiały mężczyzna zaczął coś dukać.
— Ja… yyy… Ja nie… To wypadek. Ja… Bardzo przepraszam.
Dopadła mnie Karolina z ręcznikami i zaczęła nerwowo rzucać je w moja stronę.
— Zostaw! — krzyknęłam. — Poradzę sobie.
Wepchnęłam płaszcz i torebkę w dłonie koleżanki, która pędem poleciała do gabinetu. Podniosłam głowę i dwa razy zamrugałam. Następnie zacisnęłam zęby, przymrużyłam oczy i wycelowałam palec w miotającego się sprawcę mojej tragedii.
— Ty — syknęłam.
— O kurwa… — wyrwało się z ust mężczyzny. Spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami.
— Tym razem zapłacisz mi za to — warknęłam groźbę.
Wyminęłam nowego kolegę, wpadłam do pokoju i mocno trzasnęłam drzwiami.
— Kto to, kurwa, jest i co tu robi?! — ryknęłam.
— To nowy prawnik, nazywa się Teodor O’Reilly. Dziś… — wydusiła Agata.
— Teczka z kadr, i to migiem! — przerwałam jej w pół zdania, na co ona wypadła z pokoju.
Odwróciłam się do Karoli i ściągnęłam zalaną bluzkę przez głowę.
— Co tam masz? — Asystentka przebierała wyciągnięte z szafy przez Agatę, awaryjne rzeczy.
— Jest biała bluzka z drobnym nadrukiem w koty, pensjonarka lub ciemnozielona szmizjerka — poinformowała bez zadowolenia.
— Co się głupio gapisz w te szmaty? Trzeba było uzupełnić garderobę — karciłam dziewczynę w złości. — Dawaj bluzkę — zażądałam.
— Stanik będzie prześwitywał — powiedziała z grymasem.
— Chuj mnie to obchodzi — warknęłam. — Zabieraj te brudy. — Wepchnęłam asystentce moją bluzkę i płaszcz w ręce. — Oddaj je do pralni. Albo nie! — Obróciłam się na pięcie, podnosząc palec do góry. — Przekaż rzeczy panu Teodorowi i powiedz, że jeszcze dziś chce dostać wszystko z powrotem czyste i pachnące. Jako prawdziwy mężczyzna powinien poczuwać się do odpowiedzialności i odwiedzić pralnie. Rachunek ma opłacić on sam, a nie firma. Jasne? — Wycelowałam w Karole palec wskazujący. Pokiwała tylko potwierdzająco głową i wyszła z gabinetu.
Złapałam za szmatkę, wrzuciłam ją na grzbiet, zapięłam guziki i podwinęłam rękawy, tak jak lubię. Zaczęłam poprawiać koczek na głowie, a Karola podeszła do mnie i ułożyła mi bluzkę.
— Ciężki poranek, co? — zapytała.
— Skąd… Jest zajebiście! — syknęłam z ironią.
— Dzwonił Grzesiek, zaraz przyniosę ci podpaski i leki przeciwbólowe.
Asystentka wyszła z pokoju. Zdjęłam botki i założyłam czarne szpilki z czerwoną podeszwą — klasa. Przejrzałam się w lustrze. Złapałam za torbę i zaczęłam się rozpakowywać. Nie zdążyłam obejść biurka, kiedy do mojego gabinetu wparował Antek w towarzystwie Borysa. Kurwa. Zapomniałam o tym spotkaniu. Już wiem, skąd komentarz Karoli o staniku.
— Mówiłem ci, że jest — nie przerywał swojego monologu Antek. — Od rana siedzi w swojej pieczarze i nawet na moment nie wyściubiła nosa.
Starszy mężczyzna szeroko rozłożył ręce, zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów i z powrotem. Wzrok zatrzymał na moim prześwitującym biustonoszu.
— Witaj, moja siódma, przyszła, niedoszła żono — przywitał się radośnie, rozkładając ramiona.
— Witaj, mój drugi, przyszły, niedoszły, były mężu. — Podeszłam do niego i mocno przytuliłam.
— Jak zawsze piękna. — Mężczyzna odwzajemnił uścisk. Pocałował mnie w policzek i oplótł ręką w pasie.
— Oj przestań. — Zbyłam go machnięciem dłoni. — Co cię do nas sprowadza? — zapytałam.
— Ty i malutki interesik z Antonim. — Wskazał ręką na rozgaszczającego się na moim fotelu Antka, który zwolnił blokadę w oparciu i rozwalił się jak żaba na liściu. — Mówiłem temu podrostkowi, by wtajemniczył cię we wszystko. Przyda nam się nowe spojrzenie na sprawę.
— O nie… — powiedziałam, podnosząc ręce w geście poddania się. — Mnie proszę nie mieszać w wasze interesy. Im mniej wiem, tym krótszy dostanę wyrok. — Mężczyźni roześmiali się.
Do pokoju weszła asystentka z ciastkiem, wodą i tabletkami.
— Dziękuję, Karolino. — Dziewczyna tylko spojrzała na mnie i skrzyżowała palce.
Antek pochwycił tabletki.
— Coś ci dolega? — zapytał i spojrzał na mnie podejrzliwie.
— Nic szczególnego, kobiece sprawy. — Pogładziłam się po brzuchu, by jak najszybciej uciąć temat, dodałam: — Ciocia przyjechała.
— Aha — odparł trochę zmieszany Antek. — Siadajcie, co tak stoicie? Na wesele będziecie prosić? — zapytał i ponownie zerknął na mnie i wciąż obejmującego moją talię Starszego Pana.
Spojrzałam na niego krzywo.
— Ja bardzo chętnie, ale najpierw muszę się rozwieść. — Borys podłapał propozycję.
— To trochę poczekam. Która to już żona od ciebie odchodzi? Piąta?
— Kto by je liczył, śliczna. To nie moja wina, że kocham was wszystkie.
Pocałował mnie w rękę i podprowadził do stojącej pod ścianą małej, dwuosobowej kanapy. Standard wyposażenia gabinetów wymagał tego typu mebli. My szczurki korporacyjne lubimy, gdy ktoś od razu widzi, z kim ma do czynienia. Moje biuro może nie było za duże, ale na wyposażeniu miało oczywiście wygodny fotel o anatomicznym kształcie podtrzymującym odcinek lędźwiowy w prawidłowej pozycji. Duże, solidne i nowoczesne biurko z funkcją podnoszenia blatu, ustawione pod oknem, przez które słońce rozświetlało wnętrze. Obok stały dwa eleganckie fotele na złotych nóżkach, obite miękką czarną tkaniną. Pod ścianą umieszczona była dość wysoka szafka, która po otwarciu drzwi, stawała się praktycznie niewidoczna. Miała być przeznaczona na dokumenty, ale jedną z części przeznaczyłam na prywatną garderobę z zapasowymi ciuchami. Jak widać przydawała się. Za nią w kącie stał wysoki wieszak na wierzchnie ubranie i parasole. Obok kanapy ustawiono dużą, rozłożystą monsterę, a po przeciwnej stronie mały stoliczek kawowy, z którego praktycznie nikt nie korzystał.
Usiedliśmy, a Borys wciąż trzymając mnie za dłoń, przypatrywał mi się uważnie. Antek zerknął na nas i wrócił do zabawy blistrem tabletek.
— Kochana, musisz mnie odwiedzić w klubie. Dawno cię tam nie było — rozpoczął rozmowę Borys i jeszcze raz pocałował moją dłoń.
— Zabiegana jestem. Prezes mnie męczy — poskarżyłam się i zabrałam dłoń z uścisku mężczyzny. — Straszna jęczydupa się z niego zrobiła. — Spojrzałam na przełożonego, ale on jedynie prychnął z rozbawienia. — Chodzi po biurze i męczy ludzi ciągłymi projektami, zadaniami, wyzwaniami — dodałam, gestykulując i przewracając oczami.
Antek szeroko się uśmiechnął. Tak, był moim szefem i prezesem tej maszynki do zarabiania pieniędzy, ale prywatnie także moim przyjacielem. Borys zaś zaufaną osobą, przy której mogliśmy zachowywać się normalnie.
— Wiesz, bardzo chętnie skorzystam z zaproszenia. Chyba potrzebuje się rozerwać — powiedziałam po chwili zastanowienia. — Nie zaszkodzi mi chwila zapomnienia i oczyszczenie mózgu za pomocą dobrej zabawy i alkoholu.
— Wspaniale. — Staruszek był rozradowany. — Nie zapomnij zabrać ze sobą Ani, mam do niej interes — dodał tajemniczo. Oho. Więc o to ci chodzi, lisie jeden. — Jej wyrafinowany gust do dzieł sztuki jest obecnie bardzo pożądany — wtrącił, podsycając moją ciekawość.
— Mam nadzieję, że ten interes jest legalny? — dopytałam, kładąc nacisk na ostatnie słowo. Akurat dobrze wiem, jakie prowadzi interesy.
— Oczywiście. Planuję małe odnowienie wnętrza klubu. Mam nadzieję, że wspomoże mnie swoim dobrym gustem — wyjaśnił pospiesznie.
— Będzie zachwycona. Szczególnie, jak obiecasz jej wolną rękę i nieograniczony budżet — rzuciłam. Anka tanio skóry nie sprzeda.
— Dobrze. W takim razie czekam na was z niecierpliwością. Pamiętaj, że zawsze jesteście tam mile widziane. I mam nadzieję, że wciąż masz białą kartę? — zapytał Borys, podnosząc się.
— Tak, mam i zamierzam z niej korzystać. Poza tym kto mnie tam nie zna? — zażartowałam.
— Właśnie — odparł Borys, dokładnie mi się przyglądając. — Zostawię was. — Wstał z fotela, zapinając marynarkę. — I tak wpadłem tylko na chwilę — usprawiedliwił się.
Podniosłam się i pożegnałam starszego mężczyznę. Wróciłam do biurka i stanęłam za Antkiem. Milczałam, miałam nadzieję, że tym razem odczyta moje intencje i ustąpi mi miejsca. Niestety gówniarz nie stosował wobec mnie zasad dobrego wychowania. Nie wytrzymałam i zabrałam tabletki z jego dłoni. Obeszłam biurko i usiadłam na jednym z foteli. Pan Prezes podsunął mi szklankę z wodą.
— Ładnie ze sobą wyglądacie — wyznał.
— Przestań, Antek. — Łyknęłam dwie tabletki i popiłam wodą.
— Tak tylko mówię. Bo wiesz, ostatnio rozmawialiśmy… — zaczął zmieszany w przypływie odwagi.
Łypnęłam na niego groźnym wzrokiem.
— Won. — Wskazałam kierunek, w którym powinien się udać.
— Już idę, już idę. Złośnica. — Podniósł ręce w akcie poddania i szybko wstał z fotela.
TEO
Kurwa, ja to mam szczęście. Jak ja to odjebałem? I gdzie mi uciekł język? Cholera, nie potrafiłem sklecić żadnego zdania jak jakiś niedorozwinięty. Kurwa.
Po chwili z gabinetu tej krzykaczki wyleciała jedna z asystentek — ta blondynka.
— Ale odjebałeś — rzuciła tylko przelotnie.
Usiadłem na fotelu w sekretariacie i przeczesałem włosy. Po chwili wyszła druga asystentka. Poderwałem się z fotela na równe nogi, jakbym na coś czekał. Kurwa, Teodor, opanuj się. Dziewczyna podeszła do mnie z kamienną miną i wręczyła mi czarny worek.
— Masz dziś randkę w pralni — powiedziała z przekąsem. — Ty płacisz — dodała pouczająco.
Puściła mi oczko i wyminęła mnie, bo zaczął dzwonić jej telefon. Zanim odebrała, rzuciła do mnie przez ramię:
— Jeszcze dziś chce mieć to z powrotem. Radzę ci się nie spóźnić — upomniała.
Zabrałem pakunek, wpadłem do swojego gabinetu i zebrałem pośpiesznie manele. Zaraz, kurwa, co ja robię? Rozumiem, co uczyniłem, no ale bez przesady. Przecież świat się nie zawalił. Matko, co za terrorystka. Wyszedłem z pomieszczenia spokojniejszy i skierowałem się w stronę głównego wyjścia. Na korytarzu zatrzymał mnie Antek. Prowadził roześmianego Borysa. Starszy Pan wyglądał świetnie. Ubrany w markowy, dobrze skrojony garnitur i szytą na miarę koszulę ze złotymi spinkami. Srebrzyste włosy zaczesane do tyłu. Na nadgarstku złoty Rolex, a na palcu sygnet z diamentem.
Z tego co się dowiedziałem, Borys jest bardzo, bardzo dobrym znajomym ojca Antka. Podobno kiedyś uratował panu Maksymilianowi życie. Po wielu latach tamten odwdzięczył się Borysowi praktycznie tym samym — wyrwał go z rosyjskiego więzienia. Sprowadził do Polski i pomógł rozkręcić biznes. Pamiętam, że Antek w super prywatnych warunkach mówi do niego wujku. Często jako nastolatkowie przesiadywaliśmy, piliśmy i wyrywaliśmy laski albo ćwiczyliśmy pomysły na ich podryw u niego w klubie. Prowadził na Mazowieckiej mordownie, która była przykrywką dla innego rodzaju interesów. Na szczęście zmienił sposób zarządzania, zaczął wycofywać się z interesu, choć wciąż trzymał rękę na pulsie. W tej chwili klub był jednym z najlepszych, najbezpieczniejszych i najbardziej popularnych miejsc rozrywki w stolicy. Teraz to Antek dumnie prowadził przyjaciela korytarzem własnej firmy.
— O, Teo! A dokąd się wybierasz? — zapytał roześmiany Borys.
— Miałem mały wypadek i muszę lecieć do pralni — powiedziałem, wskazując na worek.
— Pralnia nie zając, nie ucieknie. — Borys odwrócił mnie, nalegając na podążenie wraz z nim z powrotem do sekretariatu. — Poczekaj na mnie, młody człowieku, chciałbym się z tobą rozmówić w pewnej kwestii — tłumaczył. — Przywitam się tylko z moją donną i już do ciebie wracam.
Nie zdążyłem nic odpowiedzieć, bo zostałem z powrotem wepchnięty do sekretariatu. Karolina szeroko uśmiechnęła się do Borysa i została przez niego obdarowana porządnym uściskiem.
— Gdzie pani mego serca? — zapytał Borys asystentkę.
Karolina skierowała rękę na drzwi do pokoju złośnicy. A to ciekawe. Skąd Borys zna tę krzykaczkę i dlaczego tak czule się o niej wypowiada? Skołowany ponownie opadłem na fotel.
Po dłuższej chwili mężczyzna wyszedł z gabinetu złośnicy. Pełen szczęścia. Przywołał mnie do siebie machnięciem ręki. Podążyłem za nim.
— Co za kobieta, och… Aż ciarki przechodzą — stwierdził, potrząsając ciałem.
Ramię w ramię szliśmy korytarzem w stronę wyjścia z budynku.
— Bez przesady. Nie jest to Miss Universe — odpowiedziałem.
— Jeszcze jej dobrze nie poznałeś, młody człowieku. Mam ochotę na porządne espresso. Ja zapraszam — zaproponował.
— Nie będę protestował. — Uśmiechnąłem się delikatnie. — To ty chcesz rozmawiać, więc… — urwałem. — Tylko najpierw pralnia. — Podniosłem czarny niechciany bagaż.
— Och, proszę cię, chłopcze. — Borys wyrwał mi pakunek z dłoni. — Wszystkiego trzeba was uczyć. Ivan, podejdź — przywołał stojącego na korytarzu ochroniarza. — Zabierz to do pralni i powiedz, że ma być gotowe… — Spojrzał na mnie z uniesioną brwią.
— Jak najszybciej. To rzeczy Marii. Niechcący oblałem ją kawą — wyjaśniłem ze spokojem.
Rozmówca otworzył szeroko oczy. Wyrwał mi pakunek z dłoni i trzepnął nim Ivana w tors.
— Na już! — ryknął do ochroniarza. — No biegnij, Ivan. Biegnij — ponaglił podwładnego.
***
Borys zabrał mnie do swojej ulubionej restauracji. Dowiedziałem się, że po przylocie do Polski tu załatwiał większość interesów. Zamówiliśmy po steku, a na deser oczywiście ciasto i espresso.
— I jak, Teodorze, przywitała cię Polska? — rozpoczął rozmowę Starszy Pan. — Podoba ci się jej stolica? — zapytał zaciekawiony.
— Jest jak każde duże miasto — odparłem obojętnie. — Głośna, rozświetlona i anonimowa — wymieniłem przygany na temat big city life.
— Tak uważasz? Ja zakochałem się w tym miejscu. Nie wyobrażam sobie żyć gdziekolwiek indziej — powiedział Borys, łapiąc się za pierś.
— Kwestia gustu. Ja wolałbym leżak pod palmami, ale nie będę się z tobą spierać.
— Nie masz co narzekać. Mogłeś trafić gorzej — wytknął delikatnie.
— Fakt, mam nadzieję, że to dla mnie tymczasowe lokum. Jeśli sprawy potoczą się po mojej myśli, szybko wrócę do poprzedniego statusu społecznego — stwierdziłem, wyglądając przez okno.
— Pieniądze to nie wszystko, mój drogi. Spójrz na to z drugiej strony. Przyjmij obecny stan jako lekcję. Może to cię nauczy trochę pokory. — Borys nie dawał za wygraną, próbując mnie pouczyć niczym dobry stryj.
— Może — odparłem bez przekonania.
Ciężko mi było pogodzić się z obecną sytuacją. W Londynie mieszkałem w prawie stumetrowym apartamencie. Miałem gosposię i zamówioną dedykowaną — sporządzoną specjalnie dla mnie — dietę. Nie musiałem się martwić, jak dostanę się do pracy. Wystarczyło zjechać na parking podziemny i wybrać jedno z moich luksusowych aut. A teraz. Mieszkałem w jakiejś dwupokojowej klitce w centrum. W bloku z betonowej płyty, gdzie ściany były cienkie jak papier i słychać dosłownie wszystko. Nie powiem, mieszkanie zostało w miarę dobrze urządzone. W ogłoszeniu napisano: „wysoki standard”. Według moich oczekiwań było raczej przeciętne. Za sąsiadów miałem dorobkiewiczów z klasy średniej, którzy harowali od rana do nocy. Ich bachory darły ryje tak, że czasami nie dało się wytrzymać. Do tego banda moherów z pieskami wiecznie kręciła się po klatce. Sam musiałem sobie gotować albo kombinować skąd zamówić żarcie, by nie umrzeć z głodu. Wydawałem majątek na pralnię, ponieważ moje ręcznie szyte koszule i markowe garnitury wymagały odpowiedniego traktowania. Szczytem moich możliwości było samodzielne pranie gaci i reszty codziennych ciuchów. Do pracy jeździłem pożyczonym od Antka samochodem. Kurwa, Teo. Jak ty nisko upadłeś. Pierdolony królu życia, straciłeś swój majestat. Dobrze, że zadbałeś o część finansów. Gdyby nie to byłoby już po tobie.
— A jak podoba ci się u Antka? — zapytał Borys zaciekawiony.
— Praca jak praca. Oby kasa się zgadzała. — Wzruszyłem ramionami.
— Powinieneś być mu bardziej wdzięczny. Chłopak zrobił wszystko, by cię wyrwać z Anglii — wytknął dotknięty moją apatią.
— Wiem i naprawdę jestem mu wdzięczny — zapewniłem przekonująco. — Po prostu muszę się dostosować do panujących warunków, co nie jest łatwe.
— Spokojnie, nie upłynie wiele wody w rzece, kiedy znów będziesz pływał na fali — powiedział poetycko mój rozmówca.
— Mam nadzieję — odparłem z niedowierzaniem.
— Spokojnie. Jeszcze nie będziesz chciał wracać. Zadomowisz się.
— Pożyjemy, zobaczymy. Jak na razie idzie mi jak po grudzie. I do tego ta mała terrorystka — powiedziałem, przewracając oczami.
— Chodzi ci o Marysię? — dopytał Borys.
— No, a o kogo? — zapytałem zaskoczony. — Ta krzykaczka jest nieprzewidywalna — poskarżyłem się.
— Bez przesady. — Roześmiał się Borys. — To złota kobieta. Jeśli będziesz miał jakieś problemy, możesz iść do niej w ciemno. Jeszcze nikomu nie odmówiła pomocy — poradził.
— No nie wiem, już drugi raz zraziłem ją do siebie.
— Synu, te kilka plam na jedwabnej bluzce nie jest warte skreślenia człowieka. Naprawdę musiałbyś się postarać, by jej zajść za skórę.
Jakiej, kurwa, bluzce? Jedwabnej? Szybko zacząłem kalkulować, ile mnie będzie kosztowała pralnia. Ja pierdolę, nie mam na co wydawać kasy tylko na tą zołzę…
Zmarszczyłem tylko brwi. Nie miałem już nic do powiedzenia, zważywszy, że wiedziałem, iż Borys będzie jej bronić. W końcu się przyjaźnią. Pozwoliłem mu mówić bez skrępowania.
— No ale też uważaj. Jest cierpliwa do czasu. Ta señorita potrafi zrobić krzywdę. Wiem coś o tym. Nawet Ivan podchodzi do niej z szacunkiem.
Ta, na pewno…, pomyślałem ironicznie. Ivan, chłop jak dąb. Mierzący dwa metry i tyle samo mający w barach. Co mu może zrobić ta mała istota? Zawrzeszczeć na śmierć? Ivan to wyszkolony zabójca. Mało gada, mocno uderza. Jedno takie machnięcie jego ręki, a kobieta rozpadnie się w drobny mak.
— Gwarantuję ci, że przewróci twoje życie do góry nogami.
Nie mogłem już dłużej słuchać tych zachwytów nad nią.
— Borys, skoro tak ci się podoba, to się z nią ożeń — rzuciłem zły.
— Och, chłopcze, gdyby to było takie łatwe. Myślisz, że nie próbowałem? Stale chcę, by była moja. Obiecuję góry pieniędzy, złote pałace, życie na szczycie, zagraniczne wycieczki, ale nie. Ona oczekuje wierności. A to jedyna rzecz, której nie mogę jej dać. Poza tym nie mógłbym zabrać Antkowi takiego skarbu.
— Dobra, Borys, skończmy ten temat. Nie przywiozłeś mnie tu, by gadać o podrzędnej dupie.
— Teodorze, rozczarowujesz mnie. Ale faktycznie, nie wyrwałem cię z królestwa mojej donny, by o niej rozmawiać. Chłopcze, powiedz mi, czy kontaktowałeś się z Matiasem? — zapytał, podnosząc prawą brew.
— Od przylotu tutaj nie miałem od niego żadnej wiadomości. Wiem, że wymiana informacji może być kłopotliwa. Szczególnie, że siedzi w ciupie.
— Tak myślałem. Dobrze, że trzymam rękę na pulsie. Nadarzyła się sposobność na wasze spotkanie. Mniej lub bardziej oficjalne. To będzie zależało wyłącznie od ciebie.
— Mów, Borys, o co ci chodzi?
— Więc tak, dzięki pewnym znajomościom zgłosiłem cię jako obrońcę Matiasa. Nie było łatwo, ale się udało. Twoje zawieszenie adwokackie zostało tymczasowo uchylone z uwagi na pełnioną funkcję w sprawie. Ale jest warunek. Jeśli go oczyścisz z zarzutów, odzyskasz licencję i zarobisz dość pokaźną sumkę.
— Ile? — zapytałem, przybliżając się.
— Powiedzmy ćwierć miliona funtów.
— A jeśli przegram i go wsadzą?
— Stracisz możliwość wykonywania zawodu i już nigdy nie wrócisz do Anglii.
— Grubo… — powiedziałem, drapiąc się po brodzie.
— Nie było innej możliwości. Sędzina zgodziła się na wasze widzenie. Oczywiście gwarantuję wam pełne zaplecze i dyskrecję jak w przypadku innych spraw. Tylko… właśnie. Potrzebuję cię do pewnej przysługi.
— Robi się coraz ciekawiej.
— Chodzi o przekazanie pewnych dokumentów i zdjęć Matiasowi. Pośrednio powiązanych z jego sprawą, ale nie do końca możliwych do użycia. Czy byłbyś taki uprzejmy i przekazał mu je podczas widzenia?
— Tylko tyle? — zapytałem zdziwiony.
— Tak, tylko tyle — odpowiedział Borys pewnie.
— Coś czuje, że jest jakieś ukryte dno.
— Tak. Takie, że ty nie możesz się z nimi zapoznać. To korespondencja prywatna.
— Jeśli to informacje pośrednio związane ze sprawą, mam prawo wiedzieć czego dotyczą. Jestem obrońcą, sam mnie w to wkręciłeś.
— Tę decyzję podejmie już Mat. Jeśli podzieli się z tobą otrzymaną wiedzą, to już jego decyzja. Ja mam mu tylko dostarczyć dokumenty.
— Ja pierdolę, kolejne gówno. — Podrapałem się po głowie. — Kolejny raz mam być kozłem ofiarnym.
— Nikt tego od ciebie nie oczekuje, ale to może być twój bilet do odzyskania poprzedniego życia.
Borys miał rację. Musiałem się nad tym zastanowić. Jeśli odrzucę propozycję, faktycznie będę musiał się przebranżowić i pogodzić z obecnym życiem. Jeśli jednak podejmę ryzyko, mogę ugrać naprawdę dużo.
— Ile mam czasu na podjęcie decyzji?
— Niewiele. Musisz zdążyć na jutrzejszy poranny lot.
Postukałem paznokciem o blat stolika. Złapałem jeszcze łyk espresso.
— Dobra, zgadzam się — powiedziałem pewnie.
A co mogłem lepszego zrobić? Ten ostatni raz zagram z życiem w pokera. Nie mam żadnej kobiety do stracenia, majątku do przetrwonienia ani dzieciaka do narażenia na niebezpieczeństwo. Musiałem zaryzykować.
— Wspaniale. — Staruszek się rozweselił. — Pozwól, że cię teraz we wszystko wprowadzę.
MARYSIA
Cały tydzień zleciał jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Osobiście czułam się wspaniale. Martwiłam się tylko nieobecnością nowego radcy prawnego, miałam nadzieję, że go nie wystraszyłam. Naprawdę potrzebowałam prawnika, a nie miałam ani czasu, ani zamiaru szukać kogoś innego. Jeśli bym go przegoniła, Antek nie będzie skory do pomocy w poszukiwaniu kogoś na jego miejsce.
Kończył się miesiąc, a nowo zatrudniony prawnik nie zaszczycił nas swoją obecnością. Było źle, było naprawdę źle. Traciłam nadzieję na znalezienie pomocy. Postanowiłam, że tego dnia przysiądę do styrty papierów, która od niedawna zdobiła moją szafkę. Nie wiedziałam, jak długo dam radę, ale postanowiłam spróbować…
Nie dałam rady. Już przed lunchem tak rozbolała mnie głowa, że ledwie mogłam funkcjonować. Zadzwoniłam do Nadii. Musiałam się dowiedzieć, jak jej się żyje bez mamusi. Na szczęście tęskniła za domowymi obiadkami, więc miała przyjechać w niedzielę. Potem wykręciłam numer do Anki. Chciałam jej opowiedzieć, co mnie spotkało. Liczyłam na pełne zrozumienie i współczucie. Ta, jasne. Umiesz liczyć, licz na siebie. Wredna zołza roześmiała się głośno i nie mogła powstrzymać się od niewybrednego komentarza. Och, gdybym jej nie kochała, to bym ją zatłukła. Ania oczywiście ucieszyła się z zaproszenia Borysa. Też potrzebowała czasu dla siebie, tym bardziej że ostatnimi czasy w jej domu częstym gościem stała się teściowa. Zasługiwała na chwilę wytchnienia od mnożących się problemów wywoływanych przez matkę męża.
Kiedy dotarłam do domu, czekała na mnie kolacja przygotowana przez Marka. Wiedział, że będę miała ciężki dzień, a poza tym chciał pochwalić się efektami poszukiwań towarzyszki dla Leona.
***
Piątek, piąteczek, piątunio — najwspanialszy dzień pracy. Jeszcze tylko zebranie na szczycie i zaczynamy weekend. Niestety Antek dopadł mnie na korytarzu.
— Ślicznie dziś wyglądasz — zagaił podstępnie.
Nie ze mną te numery, chłopcze. Zapomniałeś z kim tańczysz. Ale komplement przyjęłam. Faktycznie, dziś się postarałam. Włosy miałam upięte w wysokiego koczka. Założyłam szpilki, cieliste rajstopy i oversizową granatową sukienkę przed kolano, którą przewiązałam w pasie. Miała wycięcie pod szyją, długi rękaw oraz falbaniasty dół.
— A dziękuję, czego chcesz?
— Chcę ci kogoś przedstawić — powiedział, wskazując swoje biuro.
— No to prowadź — zachęciłam zaciekawiona.
Weszliśmy do gabinetu i uśmiech zszedł mi z twarzy. Na fotelu dumnie rozparty siedział pan Teodor.
— Marysiu, chciałbym ci oficjalnie przedstawić naszego nowego doradcę prawnego, mojego dobrego przyjaciela, zaufaną osobę, Teodora O’Reilly’ego. — Antek wskazał na mężczyznę przepełniony dumą.
Gość wstał z fotela, jedną ręką zapiął marynarkę, a drugą wyciągnął na powitanie.
— Miło mi, proszę mówić do mnie Teo — przedstawił się elegancko i czekał na odpowiedź.
Wyciągnęłam do niego rękę i mocno uścisnęłam.
— Miło mi pana poznać — wydusiłam z siebie profesjonalnym tonem, z przyklejonym do twarzy uśmiechem numer pięć.
— Daj spokój z etykietą. To swój chłopak, możemy rozmawiać normalnie — powiedział Antek. Po czym wskazał na mnie. — Oto nasz office manager. Pretendentka do roli dyrektora zarządzającego. Najwredniejsza osoba, jaką znam. Prywatnie moja najlepsza przyjaciółka Marianna Carycka. Ale woli, jak się do niej mówi Marysia.
Tak, nasza firma — pseudokorporacja — nie była normalna. Z wierzchu to maszynka do zarabiania pieniędzy, zatrudniająca najlepszych ekspertów z rynku pracy. Procesy rekrutacyjne potrafiły trwać nawet rok. Szukaliśmy kamieni, które będziemy mogli wyszlifować i dołożyć do naszej kolekcji kosztowności. Każdy znał swoje miejsce w hierarchii. W rozmowach publicznych, spotkaniach biznesowych czy nawet w open space — postępowaliśmy zgodnie z etykietą. Inna sprawa to rozmowy za zamkniętymi drzwiami, wtedy wszyscy mogli sobie pofolgować. Pracowaliśmy ze sobą każdego dnia po minimum osiem godzin. Wspólnie jedliśmy posiłki, dwa razy do roku jeździliśmy na integracje. Nie byliśmy maszynami, każdy z nas miał uczucia. Staraliśmy się utrzymywać przyjacielskie kontakty, choć czasami nie było łatwo. Dlatego też do pokoju socjalnego nie miały wstępu osoby postronne. Prywatnie każdy mógł każdemu nawrzucać albo wyznawać miłość. Ja z Antkiem po tylu latach współpracy, różnych dziwnych przygodach i tryliardach przegadanych godzin byliśmy bardziej jak rodzeństwo. Służbowo to on był wyżej na drabinie i należał mu się szacunek, prywatnie mogłam na niego nawrzeszczeć, a on miał mnie wysłuchać. Skoro poznaliśmy się w takich okolicznościach i było przyzwolenie na luźne wyrażanie swojej opinii, nie zamierzałam udawać kogoś, kim nie byłam. I na pewno nie zamierzałam gryźć się w język.
— My się znamy — powiedziałam z urazą. — Może nie z imienia i nazwiska, ale mieliśmy już ze sobą do czynienia. Do trzech razy sztuka. Mania. –Teo przytrzymał dłużej moją dłoń i oboje siłowaliśmy się na spojrzenia.
— Jak to się znacie? Kiedy…? Gdzie…? — zapytał zaskoczony Antek.
Skierowałam na niego wzrok. Nie wiedział? On wszechwiedzący, nie wiedział, co się wydarzyło w jego firmie, pod jego nosem? Postanowiłam wykorzystać sytuację i zagrać gówniarzowi na nosie.
— No wiesz, Antek, bo my… ten… tego… No wiesz, duży z ciebie chłopak, nie muszę ci tłumaczyć, jak to jest w klubie. Alkohol, tańce… — Puściłam oczko do towarzysza w zbrodni. Jeśli teraz nie podłapie żartu i mnie wsypie, to nie wróżę nam najlepszej współpracy.
— Wiesz, Antek, hulance, swawole… — Na szczęście Teo załapał.
— No właśnie — dodałam z uśmiechem. Skrzyżowałam ręce na piersi, przyjmując zamkniętą postawę. Dałam Antkowi jasny znak, że wyjawiam niewygodną prawdę. — Poza tym sam mnie przekonywałeś, że powinnam wrócić do gry. Przecież wiesz, że nie budzi się licha, kiedy śpi. Jak wchodzę to na całego.
— Stary, dosłownie… całego — zaakcentował Teodor i przejechał dłonią po brodzie, przygryzając kusząco wargę.
— Przestań, bo się zaczerwienię. — Udałam dziewczęce speszenie.
Ściągnęłam ręce w dół, dygnęłam delikatnie i pisnęłam jak nastolatka w kierunku rudzielca.
— Lubię, jak się czerwienisz — odparł umiejętnie ciągnąc żart.
Antek dostał udaru. Z szeroko otwartymi oczami i ustami stał zahipnotyzowany, przerzucając wzrok pomiędzy mną a Teodorem.
— STOP. Zaraz… Jak wy… Że ten tego… Że seks… TY WREDNA MAŁPO — krzyknął i wycelował we mnie palcem wskazującym. — Wkręcasz mnie. Prawda? Ty z nim…?
— Stary, a co ze mną jest nie tak? — zapytał Teodor, łapiąc się pod boki.
Antek zignorował pytanie przyjaciela. Skupił swoją całą uwagę na mnie.
— Proszę cię, przecież jemu wyłącznie chodzi o seks. Dostał to, czego chciał i koniec. Mania, nie jesteś taka — wyjaśniał.
— Jaka? — zapytałam zaciekawiona.
— Znam cię osiem…
— Dziesięć — weszłam mu w słowo, poprawiając.
— No właśnie. Dziesięć lat. Latałem za tobą przez cztery jak wariat. Byłem z tobą na dobre i na złe, a ty przy jedynej intymnej sytuacji prawie … — zaciął się Antek spoglądając na Teodora. Ewidentnie nie chciał, by kolega poznał tę historię. — Nie interesują cię faceci, skreśliłaś ich doszczętnie — rzucił, wracając do mnie spojrzeniem. — Stałaś się kamieniem. Ty nie masz uczuć. Znaczy takich, jakie doprowadzają do zbliżeń. Jesteś nieczuła na jakiekolwiek romantyczne gesty i pochlebstwa. Nawet nie wiem, czy ty w ogóle wiesz, co to jest seks i czy sprawia ci przyjemność? Nigdy nie uwierzę, że zaliczyłaś przypadkowy numerek.
Słowa Antka zabolały mnie. Bardzo. Stałam jak trafiona piorunem. Na przemian robiło mi się gorąco i zimno. Trafił w serducho, wygarnął całą prawdę prosto w oczy, i to jeszcze przy nim. Odetchnęłam głęboko. Odrzuciłam na bok myśl o mordzie. Rozegramy to po mojemu. Podeszłam do Prezesa, kołysząc biodrami.
— Najwyraźniej nie znasz mnie aż tak dobrze — wymruczałam jak kotka.
— Znam — odpowiedział pewnie.
— Tak? — zapytałam melodyjnie.
Zarzuciłam ramiona na szyję przełożonego, przejechałam palcem po kołnierzyku, delikatnie dotykając skóry na karku i zaczęłam zjeżdżać dłońmi niżej po koszuli. Poczułam, jak spina mięśnie klatki piersiowej i zaczyna ciężej oddychać. Dotarłam aż do paska spodni. Przejechałam po nim dłońmi na boki, prawie obejmując mężczyznę. Przyciągnęłam do siebie i zakołysałam biodrami bezwstydnie ocierając się o krocze.
— Na pewno? — dopytałam.
Antek już nic nie mówił. W odpowiedzi usłyszałam tylko potwierdzające mruknięcie. Przycisnęłam czubki palców z obu boków ciała mężczyzny i naśladując kroki, zaczęłam wspinać się dłońmi do jego piersi, nie przestając ocierać się o niego biodrami. Przymrużyłam kusząco oczy, zagryzłam wargę i przybliżyłam swoje usta do jego ucha.
— Widzisz, Antek, jeśli tylko chcę, potrafię być kusząca i okazywać uczucia– wyszeptałam zalotnie.
Odsunęłam głowę, by dostrzec reakcję mężczyzny. Trafiony. Teraz kara. Rozłożyłam dłonie płasko na klatce piersiowej Prezesa.
— Za wredną małpę zapłacisz. — Złapałam za poły jego marynarki i mocno szarpnęłam. — ZNASZ CENNIK, GÓWNIARZU.
Wypuściłam chłopaka z wnyków. Odwróciłam się i pewnym krokiem, wciąż nieprzyzwoicie kręcąc biodrami, skierowałam się do drzwi.
— A seks lubię — dodałam na odchodne, podnosząc palec do góry. — Nawet bardzo. Oj za bardzo! Tylko z prawdziwymi mężczyznami, a nie chłopcami tatusia.
Trzasnęłam drzwiami i już mnie nie było. Skierowałam się prosto do łazienki. Dobrze, że znałam drogę na pamięć, bo napływające do oczu łzy rozmazywały mi pole widzenia. Zza drzwi dobiegło mnie jedynie triumfalne gadanie tego palanta.
— Ha, wiedziałem, wiedziałem. Nie tak łatwo nabrać starego lisa.
TEO
Zamurowało mnie. Antek wezwał mnie do gabinetu, a sam zniknął nie wiadomo gdzie. Nie odezwał się słowem, co planuje. Dopiero wróciłem z podróży zorganizowanej naprędce przez Borysa. Nie zdążyłem mu nic powiedzieć o moich spotkaniach z Manią. Że trzeba rozegrać sprawę delikatnie. Nie chciałem palić mostów na samym początku znajomości. Gdy kobieta stanęła w progu, myślałem, że dostałem udaru. W niczym nie przypominała tej krzykaczki z parkingu czy biura. By the way — jej ciuchy wcale nie są tanie w czyszczeniu. Paragon od Ivana o mało nie wyrwał mnie z pantofli. Bluzka faktycznie była z jedwabiu, a dorzucony kaszmirowy płaszcz tylko podbił rachunek o kilka stów. Teraz widok tej złośnicy przyprawiał o ciarki na ciele. Delikatna sukienka pasowała do jej sylwetki i uwydatniała zgrabne nogi. Dekolt delikatnie odsłonięty, ozdobiony złotym łańcuszkiem z zawieszką korony. Włosy mocno ściągnięte w koczek, upleciony wysoko na czubku głowy — dodawał jej kilku centymetrów do nikczemnego wzrostu. Tak samo jak niebotycznie wysokie granatowe szpilki. Petarda.
Ze ślicznej twarzy szybko zniknął szeroki uśmiech. Poprawiła okulary i zaczęła mi się przyglądać. Pomyślałem, że będzie się drzeć na mnie i na Antka, że robimy sobie z niej żarty. Jednak nie, profesjonalnie podeszła do sprawy, a widząc zmieszanie Prezesa po pierwszym zdaniu, postanowiła odwrócić kota ogonem. Szybko pochwyciłem jej nikczemny plan. Serio, to miejsce pracy może okazać się bardzo interesujące. Z wierzchu normalna korpo, w środku morze prawdziwych ludzkich emocji. Miałem nadzieję, że tym przedstawieniem ugram kilka punktów niwelujących poprzednie złe doświadczenia. Cała sytuacja naprawdę nieźle mnie ubawiła. Nie pamiętałem już, kiedy mogłem poczuć się tak swobodnie, będąc w pracy.
Do momentu, aż Antek wygłosił swój rzewnie szczery monolog. Widziałem, jak kobieta zaczęła szybciej oddychać i zaciskać pulsacyjnie dłonie w pięści. Naprawdę myślałem, że pęknie. I znowu mnie zaskoczyła. Mężnie przyjęła każdy cios. Była twarda, a do tego jeszcze cwana i przebiegła. Pokazała kto tu tak naprawdę rządzi. Antek tańczył, jak mu zagrała, ale tak, by nie zorientował się, co się dzieje. Patrzenie na jej grę było bardzo pobudzające. Mimo wszystko Antek przesadził i, choć zdawałem sobie sprawę, że przyjaciel chciał dobrze, nie wiedziałem, czy jest świadomy konsekwencji.
— Stary, przegiąłeś — uzmysłowiłem przyjacielowi, rozsiadając się w fotelu.
— Co? — zapytał jeszcze zmieszany, jakby dopiero wrócił do rzeczywistości.
— Przegiąłeś. Wygarnąłeś dziewczynie. To cud, że się nie rozbeczała.
— Mania? Proszę cię — prychnął i wszedł za swoje biurko. — To twarda babka, przeżyje.
— W to nie wątpię, tylko jakim kosztem. — Antek tylko machnął ręką.
— My tak zawsze. Lepiej, że usłyszała to ode mnie, a nie od obcego.
— Czym się tak wkurzyłeś? — zapytałem ciekawsko. To nie było jego normalne zachowanie.
— Tym, że mój najlepszy kumpel wszedł w układ z laską, by mi zagrać na nosie. — Wycelował we mnie palec wskazujący.
— Nie wiedziałem, że jesteś taki delikatny. — Uśmiechnąłem się zadziornie. — Zabolało, że mógłbym dotknąć twojego skarbu? — rzuciłem wrednie.
W głębi ducha naprawę pomyślałem, że to by było coś. Dostać to, czego ten bananowy dzieciak nie może mieć i wie, że nigdy nie dostanie.
— Nie jestem zazdrosny… — powiedział, krzyżując ręce na piersi jak małe dziecko.
— Tego nie powiedziałem — stwierdziłem, podnosząc do góry ręce.
Antek usiadł ciężko na fotelu za biurkiem i na chwilę zamilkł. Starł dłonią niewidoczny kurz z blatu.
— No dobra, może trochę jestem — wyznał w końcu. Pokiwałem głową i uśmiechnąłem się kącikiem ust. — Nie patrz tak na mnie. To naprawdę świetna dziewczyna. Bardzo inteligentna, da się z nią o wszystkim pogadać. Zawsze mogę do niej zadzwonić i poprosić o radę czy pomoc. Nie ocenia ludzi przez pryzmat kasy. Jest szczera do bólu i tego oczekuje od przyjaciół. Zależy mi na niej. Jest dla mnie bardziej jak… siostra, której nigdy nie miałem.
O kurwa, tego się nie spodziewałem. Takie słowa z ust Antka to rzadkość. Nieczęsto mówi tak otwarcie o uczuciach i bliskich mu osobach. Teraz naprawdę muszę lepiej poznać Panią Kierownik. Ciekawe jak by to było faktycznie się do niej zbliżyć. Zerwać zakazany owoc. Zamyśliłem się, a przez moją głowę przeleciały obrazy złośnicy w moich ramionach. Odchrząknąłem i potrząsnąłem energicznie głową, by odgonić fantazje.
— Dobra, mniejsza z tym. Powiedz mi lepiej, o co chodzi z tym cennikiem — zmieniłem temat.
— Ha. Dziewczyny cię jeszcze nie wtajemniczyły.
— No, raczej nie. Na czym to polega? — zapytałem szczerze zaciekawiony.
— Mania stworzyła swój własny sposób wynagradzania ludzi. Nie lubi pracować charytatywnie i uważa, że drobna przyjemność jest bliższa sercu niż potok fałszywego „dziękuję”. Wymyśliła sobie, że za drobną przysługę lub za małe przewinienie należy się czekolada. Im większa prośba lub wtopa, tym lepsze słodycze. Jeśli naprawdę potrzebujesz pomocy lub, tak jak ja, narozrabiałeś, stawiasz flaszkę. Ona uwielbia słodkie musujące wino. Kiedy potrzebujesz cudu lub rzeczy niemożliwej, którą akurat ona jest wstanie załatwić od ręki lub naprawdę obraziłeś majestat królowej, kupujesz komplet. Stąd powiedzenie krążące po firmie: „cydr i czekolada”.
— Czyli szeroko rozwinięty system łapówkarstwa — stwierdziłem.
— Można tak to nazwać, ale wszystko w granicach zdrowego rozsądku. Poza tym, a tak naprawdę dzięki temu, każdy jest chętny do pomocy i nie boczy się, że odwala za kogoś czarną robotę. I zapamiętaj, jeśli potrzebujesz coś załatwić w księgowości, to musisz mieć ze sobą pudełko pączków lub dobrych ciastek.
— Ciekawe czego od ciebie zażąda ta złośnica.
— Muszę wybadać, jak bardzo nabroiłem. Ale spokojnie, jak zawsze mam asa w rękawie. — Uśmiechnął się do mnie szeroko. — A co wyszło z twojej tajnej akcji z Borysem? — Tym razem to Antek zmienił temat.
Opowiedziałem mu pokrótce, w jakim gównie znów się znalazłem.
MARYSIA
Siedziałam na popołudniowym spotkaniu jak nieprzytomna. Moje myśli krążyły gdzieś daleko poza salą konferencyjną, w której odbywało się spotkanie kadry zarządzającej. Słowa Jana i nie tylko Jana wpadały jednym uchem, a wypadały drugim. Przez mój mózg przelewał się jednolity dźwięk: ble ble ble. Ciągle tylko myślałam o słowach Antka. Wiem, były bolesne, ale prawdziwe. Naprawdę stałam się suką i zapomniałam, jak dobrze smakuje prawdziwa przyjemność. Grzesiek dał mi namiastkę czułości. Antek miał rację, skreśliłam facetów z mojego życia. Nie wiem tylko, czy potrafiłabym na nowo komuś zaufać.
— …Mania, Marysia, Maria. — Zostałam wyrwana ze swojego potoku myśli i usłyszałam, że ktoś mnie woła.
— Tak? — Odchrząknęłam i poprawiłam się na krześle. — Tak, słucham.
— Czy coś ci dolega? Jesteś jakaś nieobecna — stwierdził Jan, uważnie mi się przyglądając.
— Przepraszam, chyba odpłynęłam na chwilę. Mogę prosić o powtórzenie pytania?
— Oczywiście. Czy wnosisz jakieś zastrzeżenia do zaproponowanego budżetu na zakup nowego sprzętu do działu informatycznego? — powtórzył pytanie prowadzący.
Oczywiście, że miałam zastrzeżenia. Na moje nieszczęście nie wiedziałam, co zostało już powiedziane.
— Nie, nie mam żadnych uwag — odparłam.
Antek aż zachłysnął się kawą. Dla niego to nie było normalne. Większość naszych spotkań kończyła się zażartą awanturą pomiędzy mną a Karolem. Czasami zastanawiałam się, skąd Jan bierze tę cierpliwość. Szybko przypomniałam sobie, że zawsze taki był, odkąd go pamiętam. Był opanowany, stanowczy, bardzo rzeczowy, sprawiedliwy i nie lubił leni oraz kłamstwa. To od niego przejęłam dewizę „lepsza jest najgorsza prawda niż najpiękniejsze kłamstwo”. Może to dzięki rodzinie i dzieciom jest taki opanowany. W domu ma troje jeszcze małych dzieci. Jest najbardziej ogarnięty z całej trójki wspólników. W zestawieniu z dziecinnym Antkiem i beztroskim Karolem wypada najlepiej. Nic dziwnego, że doskonale sprawuje się jako dyrektor finansowy i przewodzi naszym spotkaniom.
— Słucham? — zapytał zaskoczony Jan.
Wszystkie oczy skierowały się na mnie. O fuck, tego się nie spodziewałam. Kątem oka spojrzałam na Karola. On też wydawał się być myślami daleko, daleko stąd. Postanowiłam zwrócić uwagę wszystkich na niego.
— Nie zgłaszam żadnych uwag, chyba że Karol dokonał optymalizacji zamawianego asortymentu. — Spojrzenia skierowały się na Karola, który nie usłyszał mojej wypowiedzi. — Karol? Karolu? — zapytałam, z troską wyciągnęłam rękę w jego kierunku i położyłam dłoń na jego dłoni.
Karol poderwał głowę, mruknął pod nosem i szybko zabrał swoją dłoń.
— Czy chciałbyś dopowiedzieć coś w temacie zamówienia? — dopytał Jan.
Karol odchrząknął, poprawił się na krześle, tak jak ja przed chwilą, i powiedział:
— Nie, nie mam nic do dodania.
O kurczę, coś było na rzeczy. Nie tylko ja miałam jakiś orzech do rozłupania.
— Widzę, że niektórzy już są myślami przy weekendzie. — Wszyscy się uśmiechnęli, a Jan kontynuował: — W takim razie została nam tylko Marysia. Jesteś gotowa?
— Kończ waść, wstydu oszczędź — zacytowałam fragment Potopu.
— I to rozumiem, jedziemy. Umowy leasingowe na samochody i sprzęty?
— Jeszcze nie ruszone, czekam na opinie prawnika. Wiem, że Teodor musi wgryźć się w temat, dlatego od poniedziałku zaplanuję cykl spotkań, na których rozpracujemy oferty i w następny piątek zaproponujemy kandydatów. — Uśmiechnęłam się szeroko. Wiedziałam, że odpowiedź podobała się Janowi.
— Budżet? — zapytał znad kartki, na której robił notatki. — Jakieś nieplanowane wydatki?
— Nie, nic mi nie wiadomo, choć parking woła o pomstę do nieba. Poza tym oszczędzam środki na imprezę świąteczną.
— O tym później. Najpierw jest pierwszy listopada.
— Tak. Jest. W tym roku wypada w piątek. Proszę być łaskawym w udzielaniu urlopów. Ja, jak co roku, proszę o dwa wolne dni przed świętem. Czyli środa i czwartek.
— Marysiu, mam nadzieję, że w poniedziałek stawisz się w firmie w pełni sił i nie będziemy się o ciebie martwić? — zapytał z troską Jan.
— Spokojnie, najgorsze lata mam już za sobą — odpowiedziałam pewnie.
— Czy potrzebujesz pomocy, no wiesz…?
— Nie, dziękuję, poradzę sobie. Zastanowię się, czy nie zawnioskować o wolny poniedziałek.
— Dobrze. W takim razie został nam ostatni punkt programu: impreza integracyjna.
— W tym roku impreza odbędzie się w pierwszy czwartek grudnia. Tego dnia pracujemy do czternastej. Impreza odbędzie się w hotelu Double Tree by Hilton w Warszawie. Zgodnie z życzeniem pracowników, wyrażonym w przeprowadzonej ankiecie, będzie to impreza przebierana pod hasłem „Kiedy dorosnę, zostanę…”. To doskonały motyw zważywszy na mikołajki i zbliżające się święta. Kolacja zacznie się o dziewiętnastej. Gramy do trzeciej w nocy. Alkohol wydawany będzie do drugiej. Agenda według utartego schematu: przemówienie prezesa, podziękowania, wyróżnienia i promocje oraz nagrody jubileuszowe. Nocne osoby towarzyszące muszą podać swoje dane przy check-in. Jasne, Antek? — zapytałam, a Pan Prezes tylko się uśmiechnął i pokiwał głową. — No to dobrze. W piątek późny check-out, śniadanie wydawane jest do jedenastej. Istnieje możliwość przedłużenia pobytu we własnym zakresie, po wcześniejszym zgłoszeniu. — Zakończyłam swoją przemowę, a Jan spojrzał podejrzliwie.
— Ile? — zapytał.
— Tyle co zawsze — odparłam bez strachu. — Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że impreza jest w części finansowana ze środków przeznaczonych na wrześniową integrację, która się nie odbyła.
— No dobrze, już dobrze. Jeszcze jedno pytanie. Jak rozwiniesz hasło „Kiedy dorosnę zostanę…”?
— A kim mały Jaś chciał zostać, zanim stał się Janem? — zapytałam i uśmiechnęłam się szeroko.
— Powiedzmy, że astronautą.
— Więc na imprezę przyjdzie w stroju Buzza Astrala lub Neila Armstronga.
Wszyscy zaczęliśmy się śmiać.
— Będzie ciekawie — podsumował Jan. — Mam jeszcze jedno ogłoszenie. Za tydzień zebranie na szczycie niestety się nie odbędzie. Razem z Antkiem i Karolem mamy spotkanie z dużym klientem, więc trzymajcie kciuki. Życzę wszystkim udanego weekendu. Naładujcie akumulatory na kolejny owocny tydzień pracy.
Wszyscy wstali od stołu, a ja zaczęłam zbierać swoje rzeczy, kiedy podszedł do mnie Antek.
— A ty za kogo przebierzesz się na imprezę? Wiesz, chciałbym do ciebie pasować. — Spojrzałam na niego z miną chmury gradowej. Kątem oka dostrzegłam, że Teo na nas zerka.
— No nie wiem, nie wiem. — Postukałam się palcem po brodzie i odpowiedziałam. — A nie, wiem. Za Królową Śniegu, w końcu to idealny strój dla mnie.
— Oj Mania, nie gniewaj się na mnie. Wiem, że cię uraziłem, ale czy naprawdę wolałabyś, bym nieszczerze ci pogratulował?
— Wiesz, że wszystko powiedziane przed „ale”, nie ma znaczenia? — rzuciłam z urazą.
— Przepraszam cię bardzo. — Zrobił smutną minkę i próbował się przytulić.
— Nie tak szybko. — Zatrzymałam go wyciągniętą ręką. — Nie dam się tak łatwo przekupić.
— Mam coś na czym ci zależy. Powiedzmy, że znalazłem dziewczynę dla Leona.
— Za późno — powiedziała tryumfalnie.
— Co? Jak to? — Na jego twarzy wymalowało się prawdziwe zaskoczenie.
— Marek właśnie wiezie go na randkę. Widzisz, nie warto lekceważyć ludzi.
Wyminęłam go, wpadłam do gabinetu, złapałam swoje rzeczy, już przygotowane do szybkiego wyjścia, i pędem opuściłam budynek.
Jeszcze dobrze nie doszłam do auta, kiedy rozdzwonił się mój telefon.
— Nie dajesz za wygraną, co? — zapytałam Prezesa. Usłyszałam, że jestem u niego na głośniku.
— Za dobrze mnie znasz. Czyli dziś masz wolny wieczór? — zapytał.
Zaczęłam się rozsiadać w samochodzie. Włączyłam zapłon, a telefon od razu przełączył się w tryb głośnomówiący.
— Może za długo się znamy. I nie, nie mam wolnego wieczoru.
— To co będziesz robić? Daj spokój, Mania. Kolejny serial na Netflixie może poczekać.
— Umówiłam się z Anką.
— Czyli będziesz się odmóżdżać i rzucać na mnie zaklęcia? — zapytał mój wkurzający Prezes.
— Coś w tym stylu.
— Dobra, nie przeszkadzam ci, obrażona księżniczko. Do zobaczenia u Borysa.
— Skąd wiesz, że będę u Borysa? — zapytałam piskliwie.
Faktycznie, plan wyjścia z Anką zakładał kolację i tańce w klubie, a że obiecałam Starszemu Panu przyprowadzić tę wariatkę, chciałam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.
— Bo za długo się znamy — oświecił mnie rozbawiony.
Rozłączył się, a ja napisałam wiadomość do mojej najlepszej przyjaciółki, że dziś widzimy się o dziewiętnastej. Punktualnie.
***
Po powrocie do domu wzięłam prysznic, ogarnęłam dom i zrobiłam kolację Nic szczególnego — makaron tagliatelle z kurczakiem w zielonym pesto. Fabian wrócił z treningu piłki nożnej, wskoczył pod prysznic, a ja nałożyłam nasze porcje. Nie zapomniałam również nakarmić kręcącego się pod nogami Leona. To moje szczęście jest czasami bardzo wkurzające. Gdy syn wyszedł, zaprosiłam go do stołu.
— Smacznego — pożyczyłam
— Dzięki.
Po kilku kęsach, uraczonych pomrukami aprobaty syna, zaczęłam nieśmiało:
— Fabian, nie będziesz miał nic przeciwko, jak dziś wyjdę z ciocią Anią na miasto?
— Mnie się pytasz o pozwolenie na wyjście? — zapytał zdziwiony.
— No, a kogo?
— Mamo, proszę cię. Oczywiście, że nie będę miał nic przeciwko.
— Super. — Uśmiechnęłam się szeroko.
— Baw się dobrze i mną się nie przejmuj. Dam sobie radę.
— A co ciekawego ty będziesz robił? — zapytałam z matczynej ciekawości.
— Skoro mam wolną chatę, będę miał randkę z Klaudią.
Bez słowa wstałam od stołu, skierowałam się do sypialni i po chwili wróciłam z największym opakowaniem owocowych Durexów. Postawiłam kondomy przed talerzem syna. Spojrzał na nie i wysoko uniósł brwi.
— Makaron jest w durszlaku, sos w garnku, wino w lodówce — powiedziałam, siadając na swoim miejscu za stołem. Wycelowałam widelec w jego stronę i dopowiedziałam: — Jeśli będziesz pił, to nie mam nic przeciwko, by Klaudia nocowała. Świeczniki i wkłady są w najwyższej szafce, tej nad kieliszkami.
Delikatnie uniósł się z krzesła i pocałował mnie w czoło.
— Dzięki, jesteś najlepsza. I wiesz co? Ja też nie miałbym nic przeciwko, jakbyś przyprowadziła kogoś do domu.
Widelec wypadł mi z ręki. Chłopak wstał od stołu, by zanieść brudne naczynia do zmywarki.
— Że co, proszę? — zapytałam w szoku.
— To co słyszałaś. Martwimy się o ciebie z Nadią. Widzisz, ona mieszka w akademiku, przyjeżdża tylko na weekendy lub niedziele albo w ogóle, jak za mocno przymelanżuje. Ja mam dziewiętnaście lat i swoje życie, plany i marzenia do zrealizowania. Nie chcemy, żebyś została w domu sama.
— Nie będę sama. Mam Leona i Marka.
— Proszę cię, tylko nie Marka — powiedział, przewracając oczami.
— No dobrze, więc mam Leona.
— Mamo, naprawdę powinnaś poważnie pomyśleć nad… No wiesz… — powiedział, jąkając się. — Oj co ja będę ci tłumaczył. Wiesz, o co mi chodzi.
— Wiem. Ale…
— Nie będziemy mieli nic przeciwko — przerwał mi Fabian. — Już gadałem z Nadią i jest tego samego zdania. Powinnaś poznać kogoś, z kim będziesz realizowała marzenia. Serio. Poświęciłaś dla nas całe swoje życie i jesteśmy ci za to niezmiernie wdzięczni, ale chyba czas, byś pomyślała o sobie.
Prawie się rozpłakałam. Takie słowa w ustach mojego syna. Jednak dobrze go wychowałam. Stał się mądrym, troskliwym i rozsądnym mężczyzną. Przytulił mnie mocno zza pleców i spojrzał na stojące przed nami opakowanie.
— Mam tylko jedno pytanie. Dlaczego zawsze kupujesz te owocowe?
— Bo ładnie pachną.
— A skąd to wiesz?
Spojrzałam na niego z rozbawieniem w oczach i skwitowałam:
— Bo też miałam dziewiętnaście lat, synu.
Szybko się wyprostował i skierował do pokoju, po drodze zabierając prezent.
— Wolałem tego nie wiedzieć.
— Sam spytałeś — odpowiedziałam jeszcze bardziej rozbawiona.
Wstałam od stołu, sprzątnęłam naczynia i ruszyłam do sypialni, by przygotować się do wyjścia. Jestem w tym mistrzem –przygotowanie się na imprezę z kumpelą nie zajmuje mi więcej niż czterdzieści minut. Uczesałam wysokiego kucyka i delikatnie podkręciłam włosy w fale. Założyłam małą czarną, a do niej dobrałam jeansową kurtkę typu bomber z rękawem trzy czwarte. Obowiązkowo cieliste rajstopy i białe trampki. Delikatny makijaż, czerwone usta i byłam gotowa.
Anka nie zdążyła dobrze zapukać do drzwi, kiedy już jej otworzyłam z płaszczem na grzbiecie.
— Wychodzimy?! — Uśmiechnęła się szeroko.
— Tak.
— Pa, Fabian. Nie czekaj na mamę — krzyknęła Anka w głąb domu. Pokręciłam głową, zamknęłam drzwi i ruszyłam do samochodu. — Kolacja?
— Tak.
— Potem do klubu? — potwierdziłam ponownie. — Dzięki, Antek.
Zatrzymałam się przy otwartych drzwiach i zaskoczona zapytałam:
— Dlaczego dziękujesz temu dupkowi?
— Bo zawsze jak cię porządnie wkurzy, wychodzimy na miasto poszaleć. — Pokręciłam głową w akcie bezradności i wsiadłam do auta. — No dawaj, mała, nie testuj mojej cierpliwości. Czym tym razem zaszedł ci za skórę ten gówniarz?
Opowiedziałam Ance o wszystkim, co działo się przez ostatnie kilka tygodni. Niczego nie ukrywałam, nie miało to sensu. Nie miałyśmy przed sobą tajemnic i nie kryłyśmy towarzyszących nam emocji. Razem płakałyśmy i śmiałyśmy się. Świętowałyśmy sukcesy i zapijałyśmy porażki. Byłyśmy przyjaciółkami od zawsze i na zawsze. Wspomniałam jej również o Teodorze, który zaprzątał mi myśli z niewiadomych dla mnie przyczyn. Anka opowiedziała mi o kłótniach z dupy między nią a Arturem, problemach z teściową, sukcesach córek, wyzwaniach w pracy wykładowcy ASP oraz projektanta wyszukującego cacuszka dla możnych tego świata.
Gdy siedziałyśmy po skończonej kolacji, a ja obracałam w dłoniach drinka, Ania zapytała.
— Co jest?
— Nic, muszę jeszcze do toalety i możemy lecieć do klubu.
Wstałam od stolika i skierowałam się do w stronę kasy. Opłaciłam rachunek i skorzystałam z toalety. Wracając, zobaczyłam Ankę zbierającą rzeczy do torebki.
— Gotowa. Możemy ruszać? — zapytał mój dzisiejszy szofer.
— Tak, ale zanim… To jeszcze zapalmy — poprosiłam nieśmiało.
Paliłyśmy w całkowitej ciszy. Gdy wsiadłyśmy do samochodu, zapytała bez zbędnych ogródek:
— Nie myślałaś o tym, by kogoś poznać?
— Kurwa, Anka. Ty też!? To jakaś pieprzona zmowa! — oburzyłam się. — Gadałaś z Antkiem albo dzieciakami?
— Co? Nie, po co miałabym z nimi gadać? — Szybko opowiedziałam jej o rozmowie z Fabianem podczas kolacji. — A dziwisz się im? Masz już duże dzieci, prawie dorosłe. Zaraz wyfruną z gniazda i nie chcą, by mama została sama ze zgrają zwierzaków na utrzymaniu. Mania, minęło już tyle czasu, a ty ciągle jesteś sama. Unormowałaś życie. Jesteś grzeczna jak nigdy dotąd. Jestem przekonana, że Rafał nie miałby nic przeciwko, jakbyś znowu się zakochała. A przynajmniej zaliczyła kilka orgazmów w towarzystwie prawdziwego mężczyzny, a nie chłopaka na baterie.
— To nie takie proste.
— Please… Nie powiesz mi, że znalezienie faceta na noc to wyczyn niemożliwy do zrealizowania.
— Ale ja nie chcę faceta na jedną noc. Poza tym… to skomplikowane — westchnęłam.
— Czego ty się tak boisz, co?
— Nieważne, daj spokój.
— Dla mnie ważne. Mania, sama mówiłaś, że jak nadejdzie właściwy moment, mam cię kopnąć w dupę. Więc to jest ten moment. Kopię cię w dupę.
— Po prostu Boję się, że nikt mnie nie pokocha, nie zwróci na mnie uwagi, bo jestem… pokręcona. W firmie zimna i oschła, a prywatnie zachowuję się jak nastolatka. — Wyznałam swoje najskrytsze obawy.
— Co ty pierdolisz? Jesteś wspaniałą kobietą. Fakt, masz na sobie pancerz i rzadko pokazujesz prawdziwe oblicze. I nie chodzi mi o tonę make-upu, którego nie nosisz. Ale Mania, jak już się otworzysz, każdy cię pokocha. Poza tym kiedy ty się ostatnio przeglądałaś w lustrze? Wyglądasz jak milion dolarów. Nie jedna chciałaby tak wyglądać. Dobrze, że jeszcze zachowałaś jakąś resztkę rozumu i nie katujesz się na siłowni pięć dni w tygodniu.
— Przestań. Tylko tak mówisz, żeby mnie pocieszyć.
— Dziewczyno. — Koleżanka złapała mnie za ramię. — Zawalcz o szczęście. Znaczy najpierw je znajdź, a nie zachowujesz się jak… — ucięła w pół zdania.
— Jak?
— Jak tchórz.
— Nie jestem tchórzem.
— Jasne, tylko ja znam twoje prawdziwe ja, kurczaku.
— Małpa. — Pokazałam jej język.
— Zołza.
Roześmiałyśmy się,
— Anka, to nie jest takie łatwe.
— Nic w życiu nie jest łatwe. Nie możesz reszty życia przesiedzieć na kanapie, robiąc na drutach swetry dla Leona.
— Nic nie obiecuję. Zobaczymy, jak wyjdzie — powiedziałam, wzruszając ramiona.
— No, powiedz to.
— Dobra. Otworzę się na relacje. Dam tej zgrai niedorozwojów szansę na uratowanie dobrego imienia swojej płci.
— No, moja dziewczyna!
Resztę drogi pokonałyśmy śmiejąc się i śpiewając — wiecznie dla nas żywe — kawałki z playlisty Anki. Po dotarciu do klubu od razu skierowałyśmy się na parkiet.
TEO
Umówiłem się z Antkiem na tour po klubach. Niestety kiedyś kultowe dla nas miejscówki z czasów studenckich straciły swój urok. Wszędzie było coś nie tak — a to muza nie w naszym klimacie, a to za dużo pijanego gówniarstwa albo dziewczyny za łatwe. W jednym z klubów zaliczyłem dwa lody w obszczanym kiblu. Potrzebowałem prawdziwej kobiety na noc. Postanowiliśmy pojechać do Borysa. Ten stary tetryk idealnie wstrzelił się w niszę na rynku rozrywkowym. Po mordowni, którą kiedyś prowadził, nie pozostało nic, nawet niechlubna sława. Miejsce miało swój urok, dzięki czemu zapisało się na klubowej mapie stolicy.
Na bramce stało dwóch ubranych w garniaki i czarne koszule karków. Zbiliśmy z nimi piątki i weszliśmy do środka. Przywitała nas piękna, wysoka hostessa i skierowała do szatni.
W centralnym miejscu znajdował się półkolisty bar oddzielony od parkietu ścianą z lustrami i alkoholem. Pod jedną ze ścian stały stoliki otoczone wygodnymi kanapami. W dalszej części mieściły się loże, gdzie muzyka tak nie dudniła i można było spokojnie porozmawiać. Parkiet był ogromny, a na antresoli, do której prowadziły loftowe schody, znajdowała się didżejka.
Jeszcze w korytarzu odetchnąłem z ulgą. Tak, to zdecydowanie miejsce dla mnie. Mieszanka wybuchowa kobiet: stare panny, chętne żony, napalone rozwódki lub młode wdowy. Czego chcieć więcej…
Podeszliśmy z moim towarzyszem do baru, szybko zajęliśmy miejsce na stołkach, zmówiliśmy po podwójnej szklaneczce „Johnniego” i zaczęliśmy rozglądać się za pannami. Nie musieliśmy czekać zbyt długo. Nie ma się czemu dziwić — przyciągaliśmy uwagę. Dwóch dobrze zbudowanych i rosłych facetów. Przed tourne skoczyliśmy na siłkę, więc nasze mięśnie były napompowane i dobrze wyeksponowane przez białe, rozpięte pod szyją koszule. Podwinięte rękawy doskonale ukazywały wydziarane przedramiona. Na moim nadgarstku świecił złoty zegarek, a na szyi gruby łańcuszek. Do tego założyłem dobre markowe jeansy i wygodne pantofle, a grzywkę zaczesałem do góry. Idealny przepis na przystojniaka gotowy.
Dosiadły się do nas dwie dziewczyny. Wysokie i szczupłe, jak dla mnie trochę zbyt szczupłe, czarnowłose ze zrobionymi rzęsami i ustami. No cóż, skoro są chętne… Zaczęliśmy rozmowę, ale szybko się okazało, że nie ma, o czym z nimi rozmawiać.
Znudzony towarzystwem postanowiłem rozejrzeć się po klubie, a — nuż, widelec– wpadnie mi w oko coś lepszego, a było z czego wybierać. Wziąłem szklaneczkę i skierowałem się w stronę parkietu. Stanąłem na drugim schodku prowadzącym za konsole i lustrowałem roztańczony tłum. Nic szczególnego — kilka kobiecych grupek, jakieś samotne wilki okrążające stado i grono tańczących mężczyzn. Ciekawe. Tylu chłopa w jednym miejscu — musi być jakiś interesujący powód.
Gdy kółeczko się rozluźniło, zauważyłem dwie roztańczone kobiety. Szalały na parkiecie jak żadne inne. Jedna z nich zmysłowo kołysała biodrami okalanymi w małą czarną, a kaskada blond loków spływała na plecy z upiętego wysoko kucyka. Na nogach miała wygodne buty na płaskiej podeszwie. Przyszła do klubu się pobawić. Naprawdę była niczego sobie — fajny kształtny tyłek zachęcająco poruszał się w rytm lecącej muzyki. Oddałem szklankę przechodzącej kelnerce i ruszyłem na parkiet. Z głośników poleciał Ed Sheeran i jego słynne Shape of You. Dziewczyna zwolniła tempo tańca. Pomyślałem, że to doskonała okazja. Podszedłem sugestywnie blisko i położyłem dłoń na jej biodrze. O dziwo nie odwróciła się ani nie uciekła, tak jakby na mnie czekała. Jej ciało, choć odziane w sukienkę, było zaskakująco miękkie. Zbliżyłem biodra i drugą rękę oplotłem ją w pasie. Kobieta okazała się niższa, niż początkowo zakładałem, ale to mi akurat nie przeszkadzało. Mała zaczęła poruszać biodrami, wyczuwając mój rytm i dostosowując się do niego. Po chwili zaczęliśmy tańczyć i było to bardzo przyjemne uczucie.
Nie była ani wulgarna w ruchach, ani dominująca. Błądziłem rękoma po jej ciele i coraz bardziej podobało mi się to, co czułem. Dziewczyna przerzuciła włosy na jedną stronę, ukazując swój obojczyk. Zniżyłem głowę, a do moich nozdrzy doszedł cudowny zapach jej perfum. Już gdzieś go czułem, tylko nie mogłem skojarzyć miejsca ani osoby. Tak przytuleni zaczęliśmy coraz mocniej kołysać biodrami. W pewnym momencie mała odsunęła się ode mnie na krok i zaczęła wić się poniesiona przez muzykę. Miałem doskonały widok na jej cycki. Bardzo mnie to ucieszyło. Dziewczyna ze wzrokiem wbitym w parkiet podeszła bezwstydnie do mnie, przylgnęła do mojego torsu i ponowiła ruch bioder. Mój kutas już wiedział, że ta lala to coś czego mi dziś potrzeba. Można powiedzieć, że jeszcze chwila, a przerzuciłbym ją sobie przez ramię i porwał z klubu.
Byliśmy idealnie zsynchronizowani, czytaliśmy ze swoich ciał każdy następny ruch. Kobieta zarzuciła mi ręce na szyję, delikatnie pogładziła brodę i zaczęła zjeżdżać dłońmi coraz niżej, niżej i niżej. Jej ciało zsuwało się po mojej nodze w ślad za dłońmi. Gdy pupą doszła już praktycznie do parteru, mocno złapała za mój pasek i przytrzymała. Dość, kurwa, wychodzimy.
Złapałem ją za ręce i szarpnąłem do góry. Wyskoczyła jak z procy. Zdążyłem ją złapać w momencie, gdy oplotła jedną nogą moje biodra, a drugą zostawiła wyprostowaną. Moja ręka mimowolnie znalazła się na jej tyłku, a oczy na wysokości szyi. Szyi ozdobionej wisiorkiem z koroną.
Co jest, kurwa!? Znam ten łańcuszek. Postawiłem ją szybko na podłodze, złapałem za policzki i poderwałem głowę do góry. No nie wierzę. Pani Kierownik. Kobieta otworzyła szeroko oczy i odskoczyła ode mnie jak poparzona. Poprawiła sukienkę, wyminęła mnie i szybkim krokiem podążyła w kierunku baru.
Przeczesałem ręką włosy, przetarłem twarz, odwróciłem się i przepchnąłem przez tłum w ślad za nią.
Gdy ją dogoniłem, gramoliła się na stołek barowy. Gwizdnęła i stuknęła dłonią dwa razy o blat baru. Barman dobrze wiedział, co to znaczy. Szybko przygotował mieszankę, postawił cztery kieliszki i nalał do pełna. Pierwszy wypiła duszkiem, nie czekając na nikogo. Jak strzała podleciała do niej koleżanka i złapała ją za ramię.
— Hej, wszystko OK? — zapytała dziewczyna.
Mania skierowała swój wzrok na mnie, złapała drugiego szota i szybko wychyliła.
— Nie do końca — powiedziała, lekko się krzywiąc.
— Co się stało? Uciekłaś z parkietu jak z płonącego budynku. Co jest? — dopytywała ją przyjaciółka.
— Muszę zapalić — powiedziała Mania i zeskoczyła ze stołka.
Skierowała się w stronę wejścia za bar i złapała kurtkę oraz Iqosy. Już ubrana podeszła do koleżanki i podała jej podgrzewacze. Potem złapała dwa kieliszki, by następnie podejść do mnie. Podała mi jeden z nich i stuknęła w niego.
— Wszystko wybaczam — oznajmiła niewyraźnie.
Wychyliła Blue Lagoon duszkiem, delikatnie się skrzywiła i ruszyła w kierunku wyjścia. Jej oniemiała koleżanka spojrzała na mnie, nic nie rozumiejąc, i popędziła za nią. Nie do wiary… Pani Kierownik potrafi się zabawić. Ciekawe co jeszcze w sobie kryje.
MARYSIA
Ja pierdolę. Ja pierdolę. O ja pierdolę. Czemu to się przytrafia akurat mnie?
Nie wierzę. Why me? Why, cruel world?
— Mania! Marysia!!! Maryśka, poczekaj! Co się stało? — krzyczała biegnąca za mną Anka.
Nie miałam zamiaru jej teraz tego tłumaczyć, potrzebowałam tlenu, a raczej papierosa. A może i jednego, i drugiego. Gdy wyszłam przed klub, mocno się zaciągnęłam, a mroźne powietrze wpadło głęboko do płuc. Odpaliłam papierosa i zaciągnęłam się porządnie drugi raz, tym razem dymem.
— Co się, do kurwy nędzy, stało? — Anka złapała mnie za ramię.
— On się stał! — krzyknęłam zła, wskazując wyciągniętą ręką na wejście do klubu.
— Ale co? — zapytała zdezorientowana.
— To całe uczucie, te ciarki, to… — powiedziałam, wskazując na swoje ciało. — Boże, nie rozumiesz?!
— O matko! Chcesz mi powiedzieć, że ten nieznajomy przystojniak rozpalił twoje zmysły?! — dopytała koleżanka, a w jej oczach zalśniły iskierki.
— Wcale nie jest taki nieznajomy. To nasz nowy prawnik Teodor jakiś tam. Irlandczyk.
— Co ty pierdolisz? — Ania wytrzeszczyła oczy.
— No właśnie. Co się, kurwa, ze mną dzieje?
— Oj kurczaczku. — Anka podeszła do mnie, by mocno się przytulić.
— Nie mów tak do mnie — warknęłam przez zęby.
— Jak to nie wiesz, co się dzieje? To pożądanie. — Anka wytrzeszczyła zęby w szerokim uśmiechu.
— Zamknij się. Dobrze ci radzę — pogroziłam.
— Przecież to nic strasznego — powiedziała, głaszcząc mi plecy.
— Anka, my będziemy razem pracować! Jak to nic strasznego? Przecież wiesz, że ludzie z pracy są poza zasięgiem.
— No fakt, to już jest problem.
— Kurwa. A już myślałam, że ktoś… Z kimś… Mogłabym… — Kręciłam głową i jednocześnie uśmiechałam się pod nosem z przewrotności, jakie mi gotowało życie.
Spojrzałam na Ankę, która już chciała zacząć paplać swoje mądrości.
— Jebać to — uciszyłam ją, jasno dając do zrozumienia, że nie chcę jej słuchać. Wyrzuciłam papierosa. — Wracajmy, bo jest strasznie zimno, a ja muszę się napić.
Wróciłyśmy do klubu. Panowie stali, słuchając roześmianego Borysa rzewnie opowiadającego jakąś zabawną historię. Antek śmiał się do rozpuku. Koło młodych panów — przyklejone do ich ramion — sterczały wysokie, skąpo ubrane dziewczyny. No cóż. Gdy tylko Borys nas dostrzegł, rozłożył szeroko ręce.
— Witaj, przyszła, niedoszła żono — przywitał się roześmiany.
Jedna z czarnul skrzywiła się znacząco na mój widok. Nie przejęłam się nią zbytnio i wpadłam w objęcia Starszego Pana.
— Witaj, nieznajomy przystojniaku. Miło cię widzieć. — Cmoknęłam mężczyznę w policzek pod publiczkę.
— Dziękuję, że mnie zaszczyciłaś swoją obecnością. Ten klub bez ciebie wyglądał jakoś pusto.
— Ty to wiesz, jak komplementować kobietę. — Puściłam do niego oczko.
Borys w odpowiedzi uśmiechnął się szeroko. Szczelnie objął mnie w talii i przesunął na swoją prawą stronę.
— Popatrz, kogo ci przyprowadziłam — powiedziałam, wskazując na Ankę, która podeszła do nas.
— Witaj, moja muzo! Nie mogłem się ciebie doczekać. — Borys rozłożył ręce, a Anka wpadła mu w objęcia.
Delikatnie się odsunęłam, jednak Borys nie chciał mnie wypuścić z żelaznego uścisku.
— Ja też jestem zaszczycona — odpowiedziała przyjaciółka.
Przesunął ją na lewą stronę swojego ciała i przerzucił wzrokiem pomiędzy nami.
— Pamiętajcie, że jesteście tu zawsze mile widziane. Moje dziewczyny.
Wszyscy wymieniliśmy spojrzenia. Na chwilę zatrzymałam wzrok na Teodorze i jego partnerce. Dziewczyna nie wydawała się zbyt skomplikowana. Wiadomym było, jak dziś zakończy się jej noc, Utwierdziłam się w przekonaniu, że nie jestem w jego typie. Jebać to, Mania. Tak jest ci dobrze i nie ma sensu tego zmieniać.
Oderwałam się od Borysa i podeszłam do baru. Zamówiłam nam kolejne drinki i sok, oczywiście dla Anki. Ktoś musi odwieźć mnie do domu. Borys w tym czasie rozmawiał z Anką o rewitalizacji klubu. Przekonywał ją, że jest jego jedynym ratunkiem, bo wszyscy projektanci doprowadzają go do szewskiej pasji. Dziewczynie płonęły oczy z powodu propozycji Borysa. Było widać, że aż się trzęsie ze szczęścia. Jednak twardo negocjowała z mężczyzną warunki współpracy. Duma mnie rozpierała.
Szybko dokończyłam drinka i podeszłam do niej, kiedy już skończyli rozmawiać.
— To co, już wszystko obgadane? — zapytałam.
Anka spojrzała na mnie wymownie. Złapałam ją w pasie i zbliżyłam usta do jej ucha.
— Ale jesteś łatwa — dodałam i cmoknęłam ją w policzek.
Dała mi kuksańca w ramię, a ja pokazałam jej język. Wszyscy troje się roześmialiśmy. Towarzystwo zaczęło rozmawiać o jakichś interesach. Borys ewidentnie miał sprawę do Antka i Teodora. Poklepałam go po klapie marynarki i powiedziałam, że idę potańczyć. Skinął głową, jakby dawał mi znak: „Leć, leć, później cię znajdę”.
Odeszłam z koleżanką, kręcąc biodrami w rytm muzyki. Na parkiecie szalałyśmy jak nastolatki. Jak zawsze zresztą. Uwielbiałam takie wieczory jak ten. Anka skakała ze szczęścia, a ja postanowiłam sprawdzić, czy ktoś podtrzyma żar rozpalonej, niegrzecznej iskierki.
Szybko się jednak znudziłam i machnęłam głową do Anki, dając znak, że idziemy do baru. Dziewczyna tylko pokiwała głową i ruszyła za mną tanecznym krokiem.
Nie podeszłyśmy tam jednak. W korytarzu Anka szarpnęła mnie za rękę i skierowała nas w stronę wyjścia. Miała ochotę zapalić kolejnego papierosa, a ja nie zamierzałam się z nią kłócić.
Gdy wróciłyśmy do klubu, przy barze stał Krystian, nasz znajomy DJ. Właśnie rozmawiał z Antkiem na temat jakiegoś festiwalu, a Teodor zasłuchany pił bursztynowy płyn. Podeszłam do muzyka od tyłu i oplotłam go dłońmi w pasie. Od razu mnie rozpoznał.
— Hej, Mała Mi. Dawno cię u nas nie było.
— Skąd wiedziałeś, że to ja? — Wyjrzałam zza jego pleców.
Chłopak odwrócił się, nie wychodząc z mojego objęcia.
— Tego dotyku nie da się zapomnieć. — Uśmiechnął się do mnie szeroko i ucałował mój policzek.
— Boże, nie myślałam, że cię nim tak skrzywdzę — skwitowałam rozbawiona.
Chłopak spojrzał na mnie niegrzecznym wzrokiem. Przytrzymałam je chwilę, sprawdzając, czy aby na pewno w moim wnętrzu zostało pogorzelisko. Młodziak jest przystojny. Świetny w łóżku, choć mało kreatywny. To nie dla mnie. Gdy nachylał się ku moim ustom, strzeliłam dłonią o wierzch blatu. Migiem pojawił się barman. Zamówiliśmy sobie po szocie, następnie stuknęliśmy się kieliszkami i szybko wypiliśmy płyn.
— Grasz dziś czy jesteś w klubie prywatnie? — zapytałam chłopaka.
— Właśnie zaczynam zmianę.
— To dobrze. Puścisz coś dla mnie?
— Mam dla ciebie przygotowaną składankę. Na pewno rozpoznasz, które utwory są wyłącznie dla ciebie.
Krystian zabrał swoje rzeczy, skrzyneczkę piwa i pobiegł za konsole. Gdy on się rozgaszczał na stanowisku pracy, my wypiliśmy jeszcze po jednym szocie. Borys wziął mnie pod rękę i poprowadził w stronę parkietu. Krystian powitał zebrany tłum, a następnie puścił dedykację: „Dla tej, która sprawia, że żyję”. Usłyszałam remiks piosenki Bee Gees w wykonaniu 50 Centa — Stayin’ Alive In Da Club — i zatraciłam się w tańcu
TEO
Cała sytuacja zaczynała mnie nieźle wkurwiać. Ta złośnica okazała się duszą towarzystwa i wcale a wcale nie podobał mi się sposób, w jaki patrzyli na nią inni mężczyźni. Nie byłem zazdrosny, po prostu to ja chciałem ją zaliczyć. Marysia wywierała na mnie wrażenie za każdym razem, kiedy pojawiała się w zasięgu mojego wzroku. A jak na razie przed oczami miałem tylko obraz jej i tego niby DJ-a obściskujących się przy barze i szepczących sobie coś do uszka. Kurwa, jeśli chcę się z nią zabawić, muszę rozegrać to bardzo delikatnie. Tak, by jej nie urazić, ale zaliczyć. I tak, by Antek nie boczył się na mnie zbyt długo za przelecenie jego — jak to sam ujął — „siostry”.
Ta myśl zaprzątała mi głowę. Na szczęście wszyscy ruszyliśmy na parkiet, gdzie Mania razem z koleżanką szalały od początku wieczoru. Od dawna nie widziałem tak bawiących się kobiet. Uśmiech sam pojawiał się na twarzy.
Na moje nieszczęście czarna Barbie nie do końca prawidłowo odczytywała moje intencje i coraz intensywniej okazywała swoje zainteresowanie moją osobą. Próbowałem ją rozluźnić i wprowadzić w odpowiedni rytm. Dziewczyna jednak miała swój schemat tańca i w żadnym razie nie miała zamiaru zmieniać wyuczonego układu.
W tym czasie Mania wywijała krągłym tyłkiem i świeciła cyckami tuż przed nami, tańcząc z jakimś nieznajomym kolesiem. Widać było, że jej się to podoba, a typ wcale nie był najgorszym tancerzem. Obracał ją zwinnie wokół osi, przekładał ręce i pozwalał na swobodę w układzie.
Zmienił się rytm, a Marysia spojrzała na Antka. Ten, męcząc się równie mocno co ja, kiwnął w jej stronę z niemym pytaniem: „No co?”. Kobieta wzruszyła tylko ramionami.
Z głośników poleciała składanka utworów z filmu Grease. Mania szepnęła coś swojemu partnerowi, a następnie kręcąc biodrami, wyciągnęła rękę w kierunku Antka i przywołała go do siebie kiwnięciem palca. Wiedziałem, że mój przyjaciel jest świetnym tancerzem, sprawnie obracał Mańką. Przy kawałku You’re All I Need Antek przyciągnął ją mocno do siebie. Zetknęli się lędźwiami, a on zaczął nimi niestosownie kręcić. Mania nie była mu w tym dłużna.
Zacisnąłem mocno pięści. Gdy zaczęli bujać się do słynnego „U… u… u…”, nie wytrzymałem. Musiałem do niej podejść. Niestety czarna Barbie miała inny plan. Twardo stanęła mi na drodze do obiektu mojego pożądania i spojrzała na mnie wkurzona. Nie przejąłem się nią specjalnie. Sprawnie odsunąłem dziewczynę i ruszyłem przed siebie.
Gdy dotarłem do rozbawionej pary, nastąpiło płynne przejście muzyki do nowoczesnych utworów. Złapałem kobietę za nadgarstek i przyciągnąłem do siebie. Ciasno objąłem w tali i szeroko się uśmiechnąłem. Widziałem, jak strzela we mnie z oczu piorunami złości i robi twardą minę. Podjąłem wyzwanie. Teraz to się zabawimy, pomyślałem.
Zacząłem delikatnie kręcić biodrami i zrobiłem pierwszy krok. Niechętnie ruszyła nogą. Nie zamierzała mi ułatwiać sprawy. Na szczęście wiedziałem, jak sobie poradzić. Dzięki, mamo, za lekcje tańca. Szarpnąłem ją za włosy i odchyliłem jej głowę do tyłu. Musiała na mnie spojrzeć, a kiedy to zrobiła, puściłem włosy i pochyliłem się, by mieć twarz na wysokość jej oczu. Ponowiłem próbę. Zakręciłem biodrem i zrobiłem krok. Złośnica podjęła narzucone jej zaproszenie do tańca. Po chwili zsynchronizowaliśmy ruchy i ponownie zaczęliśmy się do siebie kleić.
Z głośnika poleciał Tymek i jego Język ciała. Nie wiedziałem, czy to ta kobieta, czy atmosfera w klubie tak podniosła temperaturę, ale było naprawdę gorąco. Nasze lędźwie nie odrywały się od siebie nawet na moment.
W pewnym momencie dziewczyna sprawnie odwróciła się do mnie tyłem. Pochyliła się do przodu, przerzuciła włosy na jedną stronę, mocno wypięła pośladki, i zatrzęsła nimi przy moim rozporku. Mieszkający tam przyjaciel zareagował momentalnie. Tego się nie spodziewałem. W moich bokserkach od początku było ciasno, ale po tym ruchu musiałem uważać, by sam nie wyskoczył. Złapałem ją za ramię i pociągnąłem do siebie. Wywinęła się sprawnie i odeszła na kilka kroków. Zaczęła zmysłowy taniec w rytmie Let me think about it, ku uciesze moich oczu. Co chwilę podchodziła do mnie i zachęcała do podążania za nią, a potem odwracała się bez zainteresowania.
Zaskoczona zachowaniem Marysi koleżanka podeszła do niej. To było naprawdę majestatyczne — dwie piękne kobiety ocierające się o siebie swoimi ciałami. Chciałem zostać, ale musiałem skorzystać z toalety. Potrafię dużo wytrzymać, ale mój fiut od dawna nie był aż tak twardy.
Zostawiłem bawiące się w rytmie What you waiting for dziewczyny i udałem się do kibla, by zwalić konia. Wyglądało na to, że pójdzie szybko, bo byłem przebodźcowany. Wpadłem do kabiny i zacząłem delikatnie, nie zważając na nic. Usłyszałem ciche pomruki w sąsiedniej kabinie. O tak, tego mi trzeba, jeszcze większej stymulacji.
— Dajesz, mała — odezwał się facet i wytrącił mnie z uniesienia. Zaraz, znałem ten głos. Skoro ja nie mogę dojść, to on też nie dojdzie.
— Zamknij japę, Antek. Daj dziewczynie pracować.
— Teo? — zapytał. — Sam przyszedłeś?
— Nie, kurwa, z kopciuszkiem, żeby umył kibel — syknąłem w złości.
Usłyszałem szelest w sąsiedniej kabinie. Chwilę później drzwi mojej kabiny szeroko się otworzyły. Stanąłem twarzą w twarz ze starszą zadbaną kobietą o świetnej figurze i sztucznych cycka w rozmiarze D.
— Poznaj moje dobre serce — krzyknął kolega za pleców podarowanej zdobyczy i wyszedł z łazienki.
Kobieta zmierzyła mnie wzrokiem. Zatrzymała spojrzenie na stojącym kutasie. Z lubością oblizała usta i padła na kolana. Bez zbędnych ceregieli zabrała się do roboty. Jęknąłem głośno.
***
Pół godziny później wyszedłem z klubowej toalety. Zadowolony i zrelaksowany. Całe ciśnienie, wywołane przez Manię, znalazło ujście w ustach tej nieznajomej, ale bardzo doświadczonej kobiety. W powrocie do głównej sali towarzyszył mi szczerzący się przyjaciel, dopytując, jak było.
Podeszliśmy do baru i, jak stały bywalec, klepnąłem dwa razy dłonią w ladę. Barman szybko nalał nam dwie szklaneczki „Johnniego” z lodem. Rozejrzałem się rozbawiony po wnętrzu i cały syf, który wyrzuciłem z siebie, znów powrócił. Po drugiej stronie siedziała Marysia ze swoją koleżanką Anką w towarzystwie pięciu rosłych facetów. Jeden z nich kręcił się koło niej stanowczo za blisko i nie potrafił utrzymać łap przy sobie. Drugi zagadywał ją i często nachylał się do jej ucha, jednocześnie zaglądając w dekolt. Zagotowałem się od środka. Kurwa, nie było mnie pół godziny. Na pół godziny spuściłem ją z oczu i stado wygłodniałych wilków zaczęło zasadzkę. Antek zauważył moje zdenerwowanie i podążył wzrokiem w kierunku rozbawionej grupki.
— Zostaw ją, poradzi sobie. Widziałem to milion razy. Każdy z nich obejdzie się smakiem.
Antek zapatrzył się na towarzystwo. Jemu ten widok również się nie podobał. Uderzyłem w czuły punkt kolegi.
— Jesteś pewien? Zaraz jeden z nich wciągnie ją do auta i zabierze na długą przejażdżkę — rzuciłem niby obojętnie, wyciągając w kierunku kolegi dłoń na znak zakładu.
Wiedziałem, że zareaguje. W końcu Mania była bliska jego sercu. Wychylił drinka jednym haustem i ruszył w stronę zgromadzenia.
— Mania, kochanie, chyba ci wystarczy? — zaczął głośno i dosadnie.
— Nie będziesz mi mówił, jak mam pić — odpowiedziała mu butnie i wychyliła kolejnego szota. — Poza tym, skarbie, to nie ty mnie dziś odwozisz do domu.
Koleś, który stanął za nią, objął ją niestosownie w pasie i przysunął do siebie.
— Powiedz tylko słowo, a zabiorę cię, dokąd tylko zechcesz. — Puścił oczko do kumpli.
Mania złapała go za rękę i poprowadziła przed siebie. Zmrużyła kusząco oczy, oblizała usta i przetarła je palcem. Facet nachylił się nad nią, a jego ręka wędrowała od kolana po udo, wsuwając się pod sukienkę.
— Nie obraź się, przystojniaku, ale gramy do tej samej bramki — oznajmiła.
Mania złapała rękę mężczyzny i odsunęła go od siebie. Wyciągnęła dłoń w kierunku Anki. Ta uśmiechając się szeroko, podeszła do dziewczyny. Rozchyliła jej uda, wsunęła się pomiędzy nie, przytuliła się do klatki piersiowej Marysi i delikatnie pocałowała ją w usta.
— Już się nakręciłaś? Możemy wracać do domu? Chcę cię rozebrać i położyć do łóżka — mruczała Anka powabnie.
Mania zgarnęła zabłąkany włos z czoła koleżanki, przygryzła wargę i pokiwała twierdząco. Anka wywinęła się z objęć koleżanki, zebrała torebki i kurtki zza baru. Ręką objęła Marysię w pasie i ruszyły w stronę drzwi.
— Later, bitches! — krzyknęła królowa chaosu na odchodne.
Zniknęły w korytarzu, pozostawiając oniemiałych mężczyzn przy barze. Antek tylko pokręcił głową.
— A nie mówiłem? Chodź, stary, trzeba znaleźć te dwie czarne Barbie. Ktoś powinien utulić mnie do snu.
Impreza się skończyła, czas wracać do domu.
MARYSIA
Nienawidzę poniedziałków. Szczególnie tych po intensywnym weekendzie. W sobotę o piątej rano obudził mnie potworny kac. Całe szczęście, że poprzedniego wieczoru Anka weszła ze mną do domu. Zaprowadziła do mojej prywatnej łazienki i przeszła rytuał „pijanej dobrej nocki”. Wstyd. Niestety mój organizm jest tak skonstruowany, że wypity alkohol trzeba wypocić. Więc po przebudzeniu ubrałam się w dres i zabrałam Leona na poranne bieganie. Czułam, jak promile parują przez skórę z każdym przebytym kilometrem. Gdy wróciłam do domu, po kacu nie było śladu, za to przyniosłam świeże bułeczki z piekarni. Posprzątałam dom, zrobiłam śniadanie dla zakochanych nastolatków i obiad, na którym oczywiście gościem specjalnym był Marek. Na wieczór umówiłam się z Adą i Dominikiem.
Adę, a tak naprawdę Adama, poznałam lata temu. O tym, że prowadzi lekcje tańca, dowiedziałam się, kiedy szukałam kursu dla dzieciaków. Po jednej ze szkolnych potańcówek, na których dzieciaki latały po sali chaotycznie jak muchy albo podpierały ścianę jak szczotki, postanowiłam, że trzeba ich nauczyć absolutnych podstaw. Na początku traktowały to jak karę. Chodziłam z nimi na każde zajęcia przez prawie dwa lata. W końcu dzieciaki się znudziły, a ja zostałam.
W tym czasie Adam przechodził niesamowitą przemianę. Zapuścił włosy, zaczął się malować i zawsze miał zrobiony doskonały manicure w odważnych kolorach. Pewnego wieczoru po zajęciach podeszłam do niego i zapytałam, czy ma ochotę na kawę i ciastko, bo ja po takim wysiłku potrzebuje cukru. Zgodził się, więc poszliśmy do pobliskiej kawiarni i przegadaliśmy kilka godzin. Na koniec zapytałam, czy mogę mówić do niego „Ada” i używać żeńskich zaimków… Od tamtej pory byłyśmy psiapsiółkami. Z biegiem lat Ada stała się prawdziwą kobietą. Doskonale wypracowała gesty, zachowania i odzywki. Przeszła niesamowitą transformację. Zrobiła sobie rzęsy, paznokcie, usta i cycki. Była super laską, taką piętnaście na dziesięć.
Z Dominikiem poznał mnie mój brat Darek. On, w przeciwieństwie do mnie, jakby mógł, zamieszkałby na siłowni. Gdy miałam najgłębszy dołek emocjonalny w życiu — dowiedziawszy się, że Rafał poszedł w bok z naszą wspólną znajomą — on pierwszy przyjechał do mnie i wyciągnął na siłownie. Kazał bić w worek, stał nade mną i krzyczał, bym wykonała ćwiczenie, zrobiła jeszcze jedną serię lub przebiegła jeszcze jeden kilometr. Strasznie mnie wtedy mordował, ale tego mi było trzeba. Dzięki temu nie myślałam o całym szambie, które się na mnie wylało. To czysty przykład kulturysty — wielki koks dwa na dwa, wytatuowany chyba wszędzie. Każdy mięsień jego ciała był wyrzeźbiony do perfekcji. Zabójczo przystojny, chodzący, pieprzony ideał. Niby taki twardziel, a miał takie miękkie serce. Tak się zaczęła nasza znajomość. Z każdą godziną spędzoną na siłowni, a potem na macie podczas sparingów, coraz lepiej się poznawaliśmy. Nawzajem przeżywaliśmy swoje bóle i cieszyliśmy się nawet z małych sukcesów.
Potem Fabian przechodził kryzys wieku młodzieńczego. Coraz częściej przychodził poobijany ze szkoły. Gdy któregoś wieczoru wrócił z przetrąconym nosem — powiedziałam dość. Zabrałam go do Dominika i tam już został. Rozpoczął tak jak ja — od samoobrony. Potem się wkręcił i zaczął trenować sztuki walki. Już nie przychodził poobijany.
Następnie na zajęcia wyciągnęłam Nadię. Wpadłam w panikę na myśl, że moja dziewczynka będzie jeździła do szkoły sama autobusem czy wałęsała się po mieście zupełnie bezbronna. A w tym czasie zrobiło się trochę niebezpiecznie w naszym mirze domowym. Kazałam jej chodzić, dopóki nie pokona Fabiana. Przeszła przez cały kurs, ale stwierdziła, że to nie jej bajka. Niestety jesteśmy jak rodzina Soprano — każdy musi wiedzieć, jak się w danej sytuacji zachować.
Jak ta dwójka znajomych się spotkała? To bardzo proste. Dominik miał niewykorzystane piętro, które zamierzał wynająć komuś z branży pokrewnej. Ada natomiast zgromadziła tak liczne grono wyznawców, że potrzebowała większej przestrzeni, by rozkręcić szkołę tańca. Nie ukrywałam przed nimi, kim są i czym się zajmują. Umówiłam ich na biznesowe spotkanie i tyle wystarczyło — wpadli sobie w oko. Ada znalazła mężczyznę, który będzie ją akceptował i wspierał, a Dominik znalazł w końcu swoją dziewczynę z jajami.
Każdy wieczór z nimi to czysta przyjemność, dlatego nasze sobotnie spotkanie nie skończyło się jedynie na kolacji i pogaduchach. Wypiliśmy o kilka kieliszków za dużo. Przez to w niedziele również obudziłam się około szóstej rano i musiałam ponownie spalić alkohol. Powtórka z rozrywki…
Teraz siedziałam za biurkiem w swoim gabinecie i cierpiałam katusze z powodu niewyspania. Karolina przyniosła mi duży kubek kawy, aspirynę i szklankę wody z cytryną. Na biurko rzuciła teczkę z aktami Teodora.
— Co to jest? — zapytałam podirytowana.
— Teczka, o którą prosiłaś jakiś czas temu.
A, no tak. Znowu ten prawnik.
— I po co mi ona? — fuknęłam.
— Pomyślałam, że będziesz chciała wiedzieć, z kim będziesz współpracować.
Wzięłam do ręki teczkę i uchyliłam ją. Przywitało mnie zdjęcie przystojnego i uśmiechniętego mężczyzny.
— Dobra, zostaw ją — powiedziałam zrezygnowana.
— Umówiłam cię na spotkanie z prawnikiem na godzinę jedenastą, potem pewnie lunch z Antkiem. Po południu masz spotkanie z działem…
— A nie masz dla mnie choć krzty litości? — wtrąciłam się w wypowiedź asystentki.
— Przestań się mazać — zrugała mnie Karolina. — Już dawno ci mówiłam, że jesteś za stara na takie ekscesy.
— Małpa — powiedziałam i wystawiłam do niej język.
— Uważaj, ta małpa kupuje ci ciuchy.
— Skoro o tym mowa, mam do ciebie prośbę. Wiesz, że zbliża się impreza świąteczna… — Uśmiechnęłam się do dziewczyny przymilnie.
Karolina klapnęła na fotel.
— Wiem. I co, potrzebujesz pomocy małpy?
— Przepraszam za małpę, ale tak, potrzebuję twojej pomocy. Poza tym, jeśli zostawisz to w moich rękach, przyjdę na imprezę w dresie.
— No fucking way. Za kogo się przebierasz? — zapytała, kapitulując.
— Za królową lodu. Pasuje do mnie. — Puściłam do niej oczko.
— Cooo? Oszalałaś. Nie ma lepszych księżniczek do wyboru?
— Dla mnie nie ma. Jeśli ci to pomoże, możesz mówić, że będę Elzą z Krainy Lodu.
— Tak już lepiej. Wcale nie jesteś taka straszna, jak się ciebie lepiej pozna.
— Może. — Wzruszyłam ramionami. — W weekend poszperałam trochę w Internecie i znalazłam… — Złapałam za telefon i pokazałam jej kilka screenów z sukienkami i butami. — Co o tym myślisz?
— Wyrobiłaś się — pochwaliła mnie Karolina, szurając palcem po ekranie. — Naprawdę zaczynam się obawiać o swoją posadę stylistki.
— Przestań, przecież ktoś musi za mnie kupić te szmaty. Wiesz dobrze, że nienawidzę zakupów.
— To fakt. Dobra, prześlij mi te screeny. Buty są nieziemskie. Mogę kupić sobie takie same?
— Jasne, jeśli obiecasz mi, że będziesz chodziła w nich w dni nieparzyste. — Roześmiałyśmy się.
— Dobra, zostawiam cię. Mam jeszcze kilka rzeczy do ogarnięcia i tobie też radzę zacząć pracować, opierdalaczu — skarciła mnie, wychodząc z pokoju.
— Małpa! — krzyknęłam za nią.
Zakręciła tylko biodrami i wyszła z pokoju.
Faktycznie musiałam zacząć pracować. Potrzebowałam złapać prawidłowy rytm, by ten dzień nie wlókł się jak flaki. Przeniosłam stertę dokumentów związanych z leasingiem na biurko i wyciągnęłam też materiały potrzebne mi na spotkanie z działem administracji. Odpaliłam na komputerze ostatnie minutki ze spotkania i zaczęłam pracę.
Po godzinie cały materiał na popołudniowe spotkanie był gotowy. Wyszłam rozprostować kości. W biurze panowała zupełna cisza. Nie było gonitwy po korytarzu, nikt nie stał z kawą przy ekspresie. Co się, kurde, dzieje? Zaparzyłam herbatę i wróciłam do asystentek.
— Dlaczego jest tak cicho? — zapytałam zaciekawiona.
— Wszyscy zamknęliście się w swoich pokojach lub macie spotkania. Mania, jest poniedziałek, nie tylko ty leczysz kaca.
— Ja swojego już wyleczyłam. — Odwróciłam się triumfalnie na pięcie i zamknęłam w gabinecie.
Złapałam za kubek i przesunęłam teczkę z aktami prawnika na środek biurka. Czy naprawdę chce je czytać? Westchnęłam głęboko i przypomniałam sobie piątkowy wieczór w klubie. Boże, Mania, ale ty jesteś głupia… Alkohol nie jest dobrym doradcą, a ty ubzdurałaś sobie coś w tej swojej ślicznej główce. Między wami nie było żadnego pożądania. Po prostu za dużo wypiłaś. Poza tym ten koleś nie jest w twoim typie. To szczyl. W jego oczach jesteś, kolejną z wielu, zabawką na chwilę. Podejdź do tego biznesowo, jak do każdego nowego pracownika. Weryfikacja, kooperacja, test i albo jest z nami, albo przeciwko nam.
Zawsze tak z Antkiem dobieraliśmy współpracowników. Do firmy zapraszaliśmy tylko lojalnych, zaangażowanych i uczciwych ludzi. Dla reszty nie było tu miejsca. Byliśmy zbyt zapracowani, by martwić się, czy nasi pracownicy nie sabotują projektów, nie wynoszą informacji lub nie wbijają nam noża w plecy. Każdy przychodził tu w konkretnym celu — by zarabiać pieniądze, wykorzystując swoje umiejętności.
Zapatrzyłam się w witające mnie zdjęcie. Kurczę. On ma coś w sobie. Facet naprawdę jest przystojny. Skoncentruj się, dziewczyno, skoncentruj się, szybko upomniałam się w myślach. Zaczęłam kartkować akta. Polak, trzydzieści osiem lat. O, nie wygląda na tyle, choć dla mnie każdy to gówniarz. Urodzony szóstego czerwca — bliźniak, dwulicowiec. Matka Polka, ojciec Irlandczyk. Zameldowany w Poznaniu, obecnie mieszka w Warszawie. Stan cywilny: rozwodnik. Ciekawe… Bezdzietny. Skończył szkołę średnią w Dublinie, studia prawnicze w UK w Cambridge. Szacun. Praktykował w kilku kancelariach. Karnista, adwokat. Wow, niebezpiecznie. Potem zaczął wspomagać korporacje, jest partnerem w kancelarii prawniczej w UK. Ma na koncie kilka wygranych spraw karnych. Ciekawe.
Wzięłam zdjęcie do ręki, upiłam łyk naparu i powiedziałam:
— Co cię tu sprowadza, O’Reilly?
TEO
— Przecież mamy spotkanie — oświadczyłem, stojąc w progu.
Marysia podniosła na mnie wzrok i otworzyła szerzej oczy. Wydawała się zaskoczona moją obecnością. Czyżby zapomniała? Przyznaję, dziś wyglądała zupełnie inaczej — poważniej. Koczek zaczesany wysoko na czubku głowy. Twarz z bardzo małą ilością makijażu, bardzo naturalny look. Śliczne niebieskie oczy przysłonięte okularami w kształcie kociego oka, z grubą, czarną oprawką. Ubrana w czarną sukienkę pod samą szyję z rękawem trzy czwarte, spod której delikatnie wystawał jej łańcuszek z koroną. Na ręku komplet bransoletek i złoty zegarek.
To, co widziałem, podobało mi się równie mocno, co szalona dziewczyna w klubie. Zupełnie jej teraz nie przypominała. Była poważna, zdystansowana i, niczym królowa na tronie, przeszywała mnie spojrzeniem. Spojrzeniem, od którego nie mogłem się oderwać. Jakim cudem ona tak na mnie działała?
Zamrugała dwa razy długimi rzęsami.
— To już jedenasta? — zapytała zmieszana.
Szybko odstawiła kubek na blat i pospiesznie zaczęła zgarniać dokumenty z biurka i pakować je do szarej teczki. Podszedłem do niej i usiadłem na fotelu. Kątem oka zauważyłem swoje imię na szarej tekturze.
— Sprawdzasz mnie? — rzuciłem ciekawskie pytanie.
— Lubię wiedzieć, z kim mam pracować. Ty nie zrobiłeś researchu o mnie?
— Nie mam dostępu do akt.
— Ta, jasne. Szczególnie, że jesteś prawnikiem. Bujać to my, a nie nas. — Fuck. Była sprytniejsza, niż myślałem.
— I co takiego ciekawego się o mnie dowiedziałaś?
— Nic interesującego — powiedziała, wzruszając ramionami.
— Auć, to cios w moje ego. Mam rozumieć, że nie będziesz miała nic przeciwko, jak przeczytam twoje akta?
— Nikt ci ich nie udostępni.
— Skąd ta pewność?
— Bo znam swoich ludzi. I wiem, że poniesione koszty są niewspółmierne do spodziewanych efektów. Nie warto więc inwestować.
— W takim razie opowiedz mi o sobie — powiedziałem, rozsiadając się w fotelu.
— Aż tak dobrze to się jeszcze nie znamy.
— Znamy się wystarczająco, by pójść do łóżka — rzuciłem odważnie, chcąc ją wytrącić z równowagi.
— Daj spokój, nie zawstydzisz mnie. — Machnęła ręką.
— Nie wiedziałem, że tak dobrze tańczysz — spróbowałem ponownie, wyszczerzając do niej zęby.
— Możemy już zacząć. — Spojrzała na mnie wymownie.
— Do the honors.
— Con mucho gusto, señor.
— Ooo… Poliglotka — powiedziałem, a Mania uśmiechnęła się zadziornie.
Podzieliliśmy się ofertami i zaczęliśmy czytać ogólne warunki. Znaczy ona czytała, bo ja nie mogłem się skoncentrować. Gapiłem się na nią, wypalając dziurę w jej głowie. O czym tak myśli?
W pewnym momencie podniosła wzrok i spojrzała na mnie. Następnie przewróciła kartki, złapała długopis i przyłożyła go do ust. Im mocniej koncentrowała się na tekście, tym większa stawała się jej lwia zmarszczka na czole. Oblizała kusząco końcówkę długopisu, przygryzła ją i zassała przedmiot. Kurwa, moje przyrodzenie zareagowało na ten niespodziewany obrazek momentalnie. W mojej głowie wyobraźnia szalała. W końcu szybko wyjęła przedmiot z ust i zapytała:
— Co to znaczy? Paragraf piąty ustęp trzeci.
Wytłumaczyłem pospiesznie, a ona pokiwała tylko głową i znów zaczęła bawić się długopisem. Tym razem trzymała przedmiot nieruchomo i ruszała głową w taki sposób, że jej usta ocierały się o jego końcówkę. Co jakiś czas zadawała pytanie, na które rzewnie odpowiadałem. To jakieś tortury. Testowała moją wytrzymałość. Oczami wyobraźni zamiast długopisu widziałem swojego kutasa trzymanego w jej dłoni i pieszczonego przez te rozpustne usta. Gdyby każde nasze spotkanie tak wyglądało, musiałbym poświęcić dodatkowe piętnaście minut w toalecie przed wejściem do tej jaskini lwa, by rozładować napięcie w spodniach.
Ona niczego nieświadoma kontynuowała zabawę długopisem. Złapała go poprzecznie w zęby i przerzuciła kartki. Przełożyła długopis i tym razem jedną ręką trzymała papier, drugą śledziła czytany tekst, a długopis został jej w ustach jak lizak. Kręciła kółka językiem, bawiąc się przedmiotem, bo co rusz poruszał się w jej ustach. Ja pierdolę, w co ja się wjebałem?
Nagle Antek wparował do pokoju. Mania energicznie poruszyła się na fotelu i wyjęła długopis z ust.
— Tu jesteście, moje gołąbki — zaszczebiotał.
— A gdzie mielibyśmy być? W przeciwieństwie do ciebie ktoś musi odwalać czarną robotę — odpowiedziała mu z wyrzutem.
— Starczy tej pracy. Idziemy na lunch. — przywołał nas.
— Nareszcie. — Mania odsunęła fotel od biurka i wstając, wrzuciła długopis do kosza. — A co zamówiłeś? — dopytała.
Wyszła zza biurka, a mnie trafił kolejny szlag. Sukienka, niepozorna z wyglądu, była super krótka. Ledwie zasłaniała jej zgrabny tyłek. Urosłem o kolejne kilka centymetrów. Zacisnąłem szczęki, praktycznie miażdżąc zęby. Nogi obleczone były w wysokie, obcisłe materiałowe muszkieterki sięgające pod udo, na wysokiej złotej szpilce. Mój mózg dostał właśnie mentalnego orgazmu, a fiut mocno uciskał na materiał spodni.
Para nieświadomych niczego znajomych kontynuowała rozmowę w najlepsze.
— To co kochasz i nienawidzisz jednocześnie.
— Burgery. — Zatarła ręce i uśmiechnęła się.
— I krążki cebulowe, a do tego kręcone frytki — recytował składowe zamówienia Antek, kusząc dziewczynę.
— Mój wybawco. — Podeszła do Antka i uściskała go w pasie.
Wciąż siedząc na fotelu, miałem idealny pogląd na to, jak jej kiecka kusząco faluje i podwija się w odpowiedzi na każdy ruch kobiety. Zapatrzyłem się na niezakryty przez tkaninę fragment jej nogi. Jak to możliwe?, zastanawiałem się, pocierając dłonią kark. Oni dalej prowadzili ze sobą rozmowę, tak jakby mnie tu nie było. Stojąc w progu, dziewczyna obróciła się do mnie.
— A ty czekasz na specjalne zaproszenie? — zapytała z wyższością w głosie. — Zbieraj się, no już. Nie lubię jeść zimnego.
— Dostąpię tego zaszczytu? — Spojrzałem na nią, zadzierając kąciki ust w cwaniackim uśmieszku.
— Oj, ile ty się jeszcze musisz nauczyć, Teodorze. — Przeciągnęła po mnie spojrzeniem. — Poza tym chciałeś się lepiej poznać, więc… zapraszam.
Zrobiła zamaszysty gest, pokazując, że przepuszcza mnie przodem. Uśmiechnąłem się do niej. Ta kobieta jest pełna niespodzianek. Jakim cudem potrafi być taką zimną i pyskatą zołzą, a jednocześnie ciepłą i atrakcyjną kusicielką. Byłem pewien, że robi to zupełnie nieświadomie.
Wstałem, wsadziłem ręce do kieszeni, by poprawić nabrzmiałego przyjaciela, gdy kobieta już zniknęła za drzwiami. Antek zauważył mój gest i uśmiechnął się szeroko. Nic nie powiedział, tylko szczerzył się jak głupek.
Mania szła korytarzem, kręcąc biodrami. Im bliżej była pomieszczenia socjalnego, tym stawała się bardziej podekscytowana. Zaczęła podskakiwać z nogi na nogę jak mała dziewczynka. Uśmiechnąłem się szeroko. Chodząca zagadka, którą muszę odkryć.
— Musisz się do niej przyzwyczaić — rozpoczął rozmowę przyjaciel.
— W co ty mnie wpakowałeś? Mam dziwne wrażenie, że bawi cię cała ta sytuacja — stwierdziłem bez namysłu.
Antek poklepał mnie tylko po plecach i razem weszliśmy do miejsca odpoczynku i relaksu.
Byłem w szoku, gdy zobaczyłem, jak jest urządzone. Chyba największe pomieszczenie w firmie zostało zaaranżowane tak, by faktycznie można było się w nim zrelaksować, odpocząć lub zająć głowę czymś innym niż pracą.
Pomieszczenie składało się z czterech stref. Przestronna, biała i dobrze oświetlona kuchnia z wyspą na środku to centrum spotkań towarzyskich przy kawie. Naprzeciwko niej stało kilka mniejszych stolików, a pod ścianą jeden duży stół do wspólnych posiłków prawie całego zespołu. Dalej była strefa relaksu w kolorze pastelowej zieleni z wygodnymi kanapami, poduchami i fotelami do masażu. Naprzeciwko niej urządzono strefę zabaw dla dorosłych. Kolorowa ściana w przeróżne wzory była doskonałym tłem dla tarczy do rzutek i szafy grającej, automatów do gry i stołu z piłkarzykami. O ścianę oparto złożony stół do ping-ponga.
Wszyscy pracownicy byli w doskonałych humorach. Roześmiani oddawali się rozmowom z przyjaciółmi lub spożywali posiłki. Gwizdnąłem z zachwytu.
— Niezłe miejsce.
— Nie byłeś tu? — zdziwiła się Mania.
— Kamila oprowadziła mnie po firmie, ale gdy podeszliśmy do drzwi, powiedziała, że to pokój uciech i zabaw. Myślałem, że…
— Mamy w firmie pokój Greya? — Spojrzała na mnie z wysoko uniesionymi brwiami, po czym pokiwała głowa i poprowadziła na wybrane miejsce.
Usiedliśmy przy największym stole. Antek postawił przed nami tace wypełnione jedzeniem. Byłem w szoku z powodu ilości jedzenia. Mania szybko złapała za burgera, sprawnie rozwinęła papier i pochłonęła dwa pierwsze spore gryzy. Przy trzecim głęboko wgryzła się w środek kanapki, aż sos wyszedł jej bokiem. Odchyliła głowę i zamruczała z radości w uniesieniu ekstazy spowodowanej jedzeniem. Antek spojrzał na nią wymownie, podając serwetkę. Ona odsunęła się znacząco i sprawnie się oblizała. Boże, nawet zjeść spokojnie nie można.
— Spokojnie, kochana, nie zabiorę ci. Dobrze jest poczuć kawał porządnego mięsa w ustach, co? — zapytał Antek.
Mania tylko pokiwałam głową ze zrozumieniem. Przełknęła pokarm i z uśmieszkiem zapytała przyjaciela:
— A ty skąd to wiesz? Miałeś ostatnio jakieś ciekawe doświadczenia w tym temacie? — Antek odchrząknął i poprawił się na krześle.
— O co ty mnie podejrzewasz?
— O nic. Nie jadłeś ostatnio jakiegoś dobrego kotleta?
— A tak, jadłem z Karolem.
— Właśnie. — Rozejrzała się po pokoju. — Gdzie jest Karol? Dlaczego nie je z nami?
— Karol ma teraz małe komplikacje w życiu. Daj mu trochę luzu.
Kobieta wygrzebała językiem resztki jedzenia, cmoknęła, rzuciła zmiętym papierem na tace i tylko pokiwała twierdząco głową. Zaczęła skubać na przemian frytki i krążki. Zapadła niezręczna cisza. Wiedziałem, że każde z nich chce zadać trudne pytanie.
W tym momencie do pomieszczenia wszedł Karol. Naprawdę wyglądał jak chodzące nieszczęście. Zaparzył kawę i podszedł do stolika. Przywitał się kiwnięciem głowy ze mną i Prezesem.
— Cześć, paskudo — odezwał się do Mani.
— Cześć, maszkaro — przywitała go Marysia.
Karol złapał za burgera i puścił buziaka do kobiety, po czym odwrócił się i chciał odejść.
— Zaraz, nie zaszczycisz nas swoją boską obecnością? — zatrzymała go Mania.
— Nie tym razem, maleńka, nie mam ochoty na twoje zgryźliwości.
— To spadaj do tej swojej pieczary i nie pokazuj się bez skończonego projektu. — Kobieta pokazała mu język.
Karol wychodząc, machnął do niej ręką na pożegnanie.
— W czwartek jedziecie do Berlina? — zapytała Antka.
— Tak, w piątek mamy spotkanie w sprawie nowego systemu dla jednej korporacji.
— Trzej muszkieterowie. A duży projekt?
— Niczego się ode mnie nie dowiesz w tym momencie. Zaczekajmy na ostateczną decyzję.
— OK. Bądź tajemniczy. — Kobieta odchyliła się na oparcie i pogłaskała po brzuchu. — Matko, ale się najadłam.
Antek spojrzał na nią z podniesioną brwią.
— Przytyłaś — stwierdził raczej, niż zapytał.
— Chyba trochę.
— Kiedy ostatnio byłaś na siłowni?
— Ostatnio. Poza tym teraz nie mogę.
— Dlaczego? — Zaczęli ze sobą rozmawiać, jakby wokół nikogo nie było.
— Kobiece sprawy, nie chcesz wiedzieć.
— Ale wszystko okej? — zapytał lekko zmartwiony.
— Grzesiek wszystko naprawił.
— Prywatnie czy zawodowo? — Mania uderzyła Antka w ramię.
— Państwowo. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, szczególnie jeśli się prawie utonęło.
— Okej. A jak Leon?
— Dobrze, zrobił się strasznie przytulaśny. Posłużył mu ten wyjazd.
Byłem bardzo ciekaw, kim jest Leon, więc włączyłem się do rozmowy.
— A kim jest Leon?
Przyjaciel chciał coś powiedzieć, ale Mania złapała go za udo i spojrzała na niego.
— Kimś bardzo wyjątkowym. Opiekunem, wsparciem i obrońcą.
— To jej oczko w głowie. — Antek spojrzał na mnie i mrugnął.
— To twój syn, mąż czy partner? — zapytałem z zaciekawieniem.
— Żadne z powyższych. — Zmarszczyłem czoło i podniosłem brwi ze zdziwienia.
— Jak to?
Antek pospieszył z wyjaśnieniem.
— Mania jest zagorzałą singielką. Leon to praktycznie członek rodziny, ale w ogóle z nimi niespokrewniony. Jak mówi, towarzysz życia. Prawie jak Marek.
Marysia się oburzyła.
— Marek nie jest towarzyszem życia. To przyjaciel domu. I pamiętaj, że słowo dom ma tu kluczowe znaczenie.
— Już nic nie rozumiem — powiedziałem bardzo zagubiony w tych wyjaśnieniach.
— Leon to ktoś bardzo bliski memu sercu, a Marek porostu czyści mi lodówkę z jedzenia. Dotrzymuje mi towarzystwa podczas posiłków — wyjaśniła.
— Prawie każdych — dodał Antek.
— Mów, co chcesz, ale ty nie przynosisz mi rano bułek.
— Czyli żyjesz z dwoma mężczyznami w bliżej nieokreślonej relacji pod jednym dachem. Tak? — dopytywałem dla jasności.
Mania łypnęła na mnie wzrokiem.
— Doskonale wiem, jaki to rodzaj relacji. Mieszkam z synem i Leonem, a Marek to sąsiad, który cierpi na samotność.
— Nie myślałaś, żeby się z którymś związać na stałe? — zapytałem bez ogródek.
Kobieta poderwała się od stołu.
— Idę sobie, bo zaczynacie gadać głupoty. Jeśli jesteś taki ciekawy, to nie, nie myślę o stałym związku z kilku bardzo prostych powodów. Żaden idący na łatwiznę mężczyzna ze mną nie wytrzyma. Mam bardzo chujowy charakter. Jestem monogamiczna, uparta, zaborcza, pyskata i, choć tego nie pokazuję, zazdrosna. — Wyrzuciła z siebie słowa z siłą karabinu maszynowego. Po czym spojrzała na Antka hardo. — A zdrad nie wybaczam.
Wyprostowała środkowy palec, następnie przyłożyła go do ściągniętych ust i posłała wymownego buziaka w naszą stronę. Dumna ze swojego zagrania odwróciła się i odeszła. Rozkapryszona nastolatka zamknięta w ciele dorosłej kobiety.
MARYSIA
Co za palant. Czy on zawsze musi wyprowadzić mnie z równowagi? Czemu oni wszyscy uparli się na to, że powinnam sobie kogoś znaleźć? Tyle lat im to nie przeszkadzało, a teraz… O losie.
Szybko pokonałam drogę do mojego gabinetu. Weszłam do niego i oniemiałam. Siedziało tam dwóch rosłych i dobrze mi znanych mężczyzn — Dominik i Darek. Komentowali właśnie jakiś filmik.
— Cześć, a co was do mnie sprowadza?
Podeszłam do nich i przywitałam się, przytulając do ich torsów. Każdy z nich pocałował mnie w czoło.
— Cześć. Ja nie przyjechałem do ciebie tylko do Kamy, ale skoro już tu jestem, to głupio by było nie odwiedzić siostry — powiedział Darek.
— A ja przyjechałem do ciebie. Dawno cię nie było na siłowni, a po ostatnim spotkaniu nie brzmiałaś najlepiej. Chciałem sprawdzić, czy wszystko gra. Wiesz, Ada się martwi — wytłumaczył Dominik.
— Jasne. Jak widzisz, jestem cała i zdrowa. Nie pokazuję się na siłowni, bo miałam mały kobiecy zabieg i muszę pauzować.
— Sraty taty — wtrącił się Darek.
— Zamknij się — uciszyłam go szybko.
— Po prostu ci się nie chce — skwitował mój starszy brat.
Prychnęłam i wyminęła go.
— Nie to, że mi się nie chce. Po prostu ostatnio warunki nie były sprzyjające. — Próbowałam zręcznie wykręcić się od kłamstwa.
— Jasne… Tak sobie tłumacz — skwitował moją wypowiedź braciszek.
— Dobra, nieważne — skarcił nas Dominik. — Wiedz tylko, że po takiej pauzie nie będziesz mogła okładać chłopaków, bo nie wytrzymasz kondycyjnie — dodał poważnie.
— Proszę cię. Ja? — zakpiłam. — Ja wszystko mogę.
Zakończyłam wymądrzanie się trenera, rozsiadając się w fotelu. Choć faktycznie ostatnio nie miałam, jak wyrwać się na siłkę. Jeszcze nie mogłam się zanadto przemęczać, ale jakoś trzeba było rozładować napięcie. A póki mój chłopak na baterie nie mógł mi pomóc, musiałam znaleźć alternatywę. Wylanie kilku litrów potu na siłowni mogło przynieść tylko pozytywne efekty.
Dalsza część naszej rozmowy przebiegła w luźnej atmosferze. Chłopcy opowiadali o ostatnich przygodach. Prym wiódł Darek, który na nudę w biznesie nie mógł narzekać. Wypiliśmy po kubku zielonej herbaty, a potem oni zaczęli się zbierać.
Wyprowadzając ich z pokoju, wpadłam na Teodora. Dosłownie wpadłam, bo szłam tyłem, wciąż rozmawiając z tymi karkami. Kiedy się odwracałam, źle postawiłam nogę i prawie się przewróciłam. Na nieszczęście mężczyzna złapał mnie w pasie i przyciągnął mocno do swojego torsu. Speszyłam się jak nastolatka. Moja ręka wylądowała na jego piersi, a on w odpowiedzi na ten gest mruknął z zadowolenia. Poczułam jego ciepłe, bosko wyrzeźbione mięśnie skryte pod koszulą.
— Znów się do mnie kleisz? — zapytał, patrząc mi przenikliwie w oczy.
Odskoczyłam od niego jak oparzona. Poprawiłam sukienkę i włosy. Oczywiście ta dwójka Sherlocków zauważyła moje zmieszanie i zaczęła chichotać pod nosem. Klepnęłam Darka wierzchem dłoni.
— Z czego się śmiejesz?
— Z ciebie. Jak zawsze taktowna — odpysknął.
Dominik nic nie mówił. Górował nad wszystkimi swoją posturą. Przyglądał się nieznajomemu z kamienną twarzą, a potem podszedł do mnie.
— Wszystko OK? — dopytywał, łapiąc mnie za podbródek i nakazując spojrzenie na niego.
— Tak, wszystko OK. — Uciekłam wzrokiem.
W odpowiedzi usłyszałam tylko ciche mruknięcie. Och, on już wie, co się dzieje.
— Nie przedstawisz nas sobie? — Teo wcisnął ręce do kieszeni i spojrzał na mnie.
Odchrząknęłam i podniosłam rękę, przedstawiając swoich towarzyszy.
— Teo, to mój brat Darek. A to mój trener Dominik. Chłopaki, to jest nasz nowy prawnik Teodor.
Panowie wymienili się bardzo mocnymi uściskami dłoni i wilczymi spojrzeniami. Zapadła niezręczna cisza, którą przerwał Darek.
— To ja idę do Kamili. Idziesz Dominik?
— Tak, chętnie z nią porozmawiam. — Wymienił znaczące spojrzenie z Teodorem.
Darek ruszył przodem, a Dominik jeszcze raz złapał mnie za głowę i obdarował całusem w skroń.
— Do zobaczenia, Mała. Uważaj na siebie.
Nic się już nie odezwałam, tylko pomachałam mu ręką na do widzenia. Spojrzałam na Teo, który myślał nad czymś bardzo mocno. Skrzyżował ręce na piersi. Materiał koszuli naprężył się do granic wytrzymałości. Ależ on musi być zbudowany. Odgoniłam tę myśli i warknęłam do niego:
— No co?
— Jak na singielkę znasz bardzo wielu mężczyzn, którzy kręcą się wokół ciebie.
Prychnęłam, a następnie delikatnie się uśmiechnęłam, krzyżując ręce na piersi.
— A co, zazdrosny?
— A co, jeśli powiem, że trochę tak?
— Powiem, że to nie mój problem.
Spokojnym i swobodnym krokiem ruszył w moja stronę. Ja cofałam się w odpowiedzi na każde jego stąpnięcie.
Pyskówki to nie to samo co kontakt fizyczny. Niestety na przeszkodzie do ucieczki stanęło mi biurko asystentki. Mężczyzna złapał mnie za biodra pewnym chwytem i naparł ciałem. Nie zamierzałam dać mu satysfakcji z mojej ucieczki i nie odchyliłam się do tyłu ani na centymetr. Stałam wyprostowana i napięta jak struna. Ciasno przylgnęliśmy do siebie i patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Mój oddech przyspieszył, więc delikatnie rozchyliłam wargi, by mocniej wciągnąć powietrze do płuc. Teo nachylił się nad moim uchem i owiał mój obojczyk i szyję delikatnym podmuchem.
— A co, jeśli chciałbym, by to był twój problem? — zamruczał przy moim uchu.
Odleciałam. Nie potrafiłam w tym momencie zebrać myśli. Przez całe ciało przeszedł mnie potężny dreszcz. Mocny męski zapach wdarł mi się w nozdrza. O mój słodki Jezu, jak on cudownie pachnie. Moje mięśnie ud samowolnie się zacisnęły. Poczułam, jak serce wyrywa mi się z piersi.
Potrząsnęłam głową, odganiając nieprzyzwoite myśli. Kobieto, ogarnij się, przecież nie możesz mu dać wygrać tego pojedynku. Zbliżyłam usta do jego ucha i powiedziałam równie cicho:
— Musiałbyś się bardziej postarać.
Po czym dużo nie myśląc, wyciągnęłam język i musnęłam nim dolną część płatka jego ucha. Mężczyzna odwrócił głowę w moja stronę i przewiercił mnie spojrzeniem. Poczułam na brzuchu jego przybierającą na sile erekcje. Skierowałam spojrzenie w dół i przygryzłam wargę. Nagle zza pleców prawnika odezwał się Antek:
— A co wy tam sobie tak szepczecie?
Teo wyprostował się jak struna. Jednak nie odwrócił się od razu. Widziałam zmieszanie na jego twarzy. Próbował się uspokoić i choć trochę zmniejszyć napięcie w spodniach. Za dobra jesteś, Mania, za dobra.
Roześmiałam się na całe gardło i uszczypnęłam go w pachwinę. Skrzywił się. Wychyliłam się zza jego potężnego torsu. Spojrzałam na Antka, potem na Teodora i zapytałam zdezorientowanego mężczyznę:
— Serio?
Antek łypnął na mnie wzrokiem. Wysunęłam się spomiędzy biurka a Teodora i podeszłam do mężczyzny. Poklepałam go po piersi i rzuciłam:
— Robiłam głupoty, ale ty… — Gwizdnęłam. — Wow, Antek. Zdradzisz stawkę za godzinę tych korepetycji? I kto ci załatwił takie nauczycielki?
Antek otworzył szeroko oczy, podniósł w moja stronę palec wskazujący i wysyczał:
— Nigdy nie płaciłem. W barterze zdobywałem doświadczenie.
— Twoja mama wie, co musiałeś zrobić w zamian za wyjawienie przez nie sekretu idealnego kobiecego francuza?.
Podniósł wzrok na Teodora.
— Jeśli jej powiedziałeś, to jesteś martwy.
Teo podniósł ręce do góry. Antek wkurzony odsunął mnie od siebie i ruszył do swojego gabinetu.
— Do mnie! — krzyknął Prezes.
Odwróciłam się do Teodora, wskazując mu kierunek, w którym powinien się udać.
— Nie ma za co — rzuciłam z uśmiechem.
— Jeszcze wrócimy do naszej rozmowy. — Ni to pogroził, ni to obiecał.
Z pokoju dobiegł krzyk wkurwionego Prezesa.
— Teo!
TEO
Ale się wkurwił. Miotał się po całym pokoju. Kiedy tylko zamknąłem drzwi, zaczął swój monolog.
— Jeśli cokolwiek jej powiedziałeś, to cię zatłukę jak psa. Jak mogłeś wywinąć taki numer najlepszemu kumplowi? Kurwa, stary, tak się nie robi. To koniec. Nie pokazuj mi się na oczy. Nie chcę cię znać. — Wyrzucał z siebie niepohamowany potok słów.
Dostał jakiegoś amoku. Podszedłem do niego, złapałem za barki i porządnie potrząsnąłem.
— Nic jej nie powiedziałem — wysylabizowałem.
— Tak? To skąd ona…? — dopytywał nieprzekonany.
— Nie wiem, stary, ale ja jej nic nie powiedziałem — zarzekałem się z ręką na sercu.
— To co jej szeptałeś do ucha?
O, kurwa… No tak. Powiedzieć mu czy nie…? Patrzyłem na niego chwilę. Znowu zaczął swoje.
— Wiedziałem! Taki z ciebie kumpel. Sprzedałeś mnie…
Musiałem mu powiedzieć, znaliśmy się od dzieciaka. Zawsze razem. On też wiedział o mnie wszystko. Przeczesałem dłonią włosy, wziąłem porządny wdech i wyznałem prawdę skrywaną od jakiegoś czasu.
— Chcę ją zaciągnąć do łóżka — wyrzuciłem na wydechu. — Badałem grunt, jak bardzo będę musiał się wysilić.
— Że co, kurwa?! — No to teraz naprawdę się wkurwi.
— Chcę się z nią przespać, a to co widziałeś, miało zbudować drogę do jej cipki. — Antek stał z otwartymi ustami. Patrzył na mnie jak na wariata. — Podoba mi się. Faktycznie nie jest taka jak wszystkie. Jest jak wyzwanie, które ciężko odrzucić.
— Zaraz, zaraz… Ty chcesz moją Manię…?! — dopytywał.
— Nie jest twoja. — Zaznaczyłem fakt braku pokrewieństwa.
— Kurwa, stary, traktuję ją jak siostrę. A co by było, gdybym to ja puknął twoja siostrę? — zapytał, rozkładając ręce.
— Już to zrobiłeś, i żonę też. Zapomniałeś? — przypomniałem z nutą urazą.
— Nie zapomniałem i uwierz mi, bardzo tego żałuję. Wyjaśniliśmy to sobie. Byliście w separacji. Mówiłeś, że mi wybaczasz! — próbował się tłumaczyć.
— No więc ja zaliczę Manię i będziemy kwita — podsumowałem.
Antek tylko podszedł do barku, wyciągnął szkocką i dwie szklaneczki.
— Nie ma, kurwa, mowy. Nie dotkniesz jej nawet palcem. — Kręcił głową energicznie.
— Jeszcze się zdziwisz. Jestem na dobrej drodze — powiedziałem i uśmiechnąłem się szeroko.
— Po moim trupie — syknął.
— I tak już długo żyjesz na tym świecie. — Ponownie się uśmiechnąłem.
Uderzył ręka o szafkę, wypił sporego szota i ciężko usiadł na kanapie.
Podszedłem do barku, złapałem butelkę i drugą szklaneczkę. Nalałem sobie trochę płynu i wróciłem do przyjaciela, by dolać mu bursztynowego eliksiru. Usiadłem naprzeciwko niego w fotelu. Antek przecząco pokręcił głową, uśmiechnął się i pociągnął ze szklanki już znacznie mniejszy łyk.
— Kurwa… — westchnął ponownie. — Kiedy? Jak? Gdzie naszła cię taka myśl?
— W klubie — odpowiedziałem szybko i zwięźle, przesiadając się na przeciwko niego w fotelu. Swoim zwyczajem rozwaliłem się wygodnie, zarzucając stopę na kolano, po czym zacząłem sączyć drinka.
— Ja pierdolę, wpuściłem lisa do kurnika. — Antek przeczesał włosy dłonią. — Nie pozwolę jej skrzywdzić. — Spojrzał na mnie poważnie. — Ona nie może cierpieć.
— Stary, nie rób tragedii — bagatelizowałem jego zachowanie. — To tylko seks. Jeden numerek i po sprawie. Przecież nie złamię jej serca.
— Taa, jasne. Z Manią… Tylko seks… — prychał.
— Stary, przesadzasz — powiedziałem, przewracając oczami.
— A jak Mania zapatruje się na twoje zaloty? — dopytał zainteresowany.
— To twarda zawodniczka — przyznałem z uznaniem.
— Zuch dziewczyna. — Zacisnął dłoń w geście zwycięstwa.
Nie ukrywał zadowolenia z jej oporu. Spojrzałem na niego lekko rozgniewany tym, co usłyszałem.
— Przecież sam ją namawiałeś do tego, by wróciła do gry.
— I teraz tego żałuję — jęczał dalej jak potłuczony.
— Dobra, zróbmy tak. — Pochyliłem się do niego. — Jeśli do końca roku jej nie zaliczę, to dam sobie spokój i razem będziemy leczyć rany — zaproponowałem, wiedząc, że to mocno uszczupli moje konto i do końca zniszczy wątrobę.
— Do listopada. — Antek postawił warunek, pochylając się tak jak ja.
— Chłopie, zapomniałeś o kim rozmawiamy? Nie dam się wychujać na starcie.
Przyjaciel pokręcił głową z dezaprobatą. Zmarszczył czoło. Myślał o czymś bardzo intensywnie.
— A jeśli ją zaliczysz? — zapytał.
— Będziesz mógł zażądać, czego tylko chcesz. Możesz nawet mnie użyć, by wkraść się w jej łaski, bo pomożesz mi się wywinąć od jej gniewu.
— Zgoda — przytaknął usatysfakcjonowany. Stuknęliśmy się szklaneczkami i napiliśmy „Johnnego”.
— Tylko się nie wpierdalaj — zaznaczyłem.
— Nie mogę ci tego obiecać.
Zapadła chwila ciszy. Antek zmarszczył czoło.
— Nad czym się jeszcze tak zastanawiasz? — zapytałem.
— Nad tym, skąd ta wredna zołza znała mój sekret z młodości.
— Nie mam pojęcia, ale skoro wygrzebała taki brud o tobie, to boję się, co może znaleźć o mnie.
MARYSIA
Wpadłam do gabinetu. Chodziłam po nim w tę i z powrotem i nerwowo przygryzałam paznokieć kciuka. W moim ciele wciąż krążyła adrenalina wyzwolona przez adwokata. Czułam na sobie jego dotyk, zapach i oddech. Zamykałam oczy i widziałam to przeszywające spojrzenie pociemniałych z pożądania tęczówek.
Zatrzymałam się i uniosłam głowę. Chciało mi się krzyczeć. Niestety jedyne co wyrwało się z mojego gardła to głośne warczenie. Zawsze się tak działo, gdy stawałam się bezradna i wiedziałam, że przegrywam. Do tego rzuciłam mu wyzwanie. Wyzwanie dotyczące mnie. Najgorsze w tym wszystkim był to, że użyłam zdobytych informacji przeciwko Antkowi, by bronić tego… No właśnie kogo? Przecież ja o nim nic nie wiedziałam.
Obruszyłam się i wyprostowałam jak struna. To co było w aktach, to podstawowe informacje. Szłam na wojnę o moją prawie że cnotę. Można powiedzieć, że po tylu latach byłam jak dziewica. Kurwa.
Oparłam się o brzeg biurka i złapałam za telefon. Chciałam zadzwonić, lecz zrezygnowałam. Takich spraw nie załatwia się przez telefon. Najlepsze byłoby spotkanie. Tylko jak się tu dyskretnie umówić z informatorem? Znałam kogoś, przed kim nie ma żadnych tajemnic. Wykopałby wszystko o każdym, ale był stary i od razu wyłapałby, po co mi te informacje. Potrzebowałam kogoś młodszego i wiedziałam, kto może mi polecić specjalistę. Problem w tym, że mogło być drogo. Cydr i czekoladki by nie wystarczyły. Jebać cenę, trzeba było działać.
Postukałam w telefon i zaczęłam się zbierać do wyjścia. Zmieniłam buty, złapałam płaszcz i wyszłam do sekretariatu.
Przy biurku siedziała moja asystentka. Teraz siedzisz przy biurku? Jak trzeba było mnie ratować, to cię, kurwa, nie było…
— Skończyłam, uciekam do domu. Pa — rzuciłam pospiesznie do Karoli, wychodząc.
Nie wyszłam z budynku, tylko skierowałam się do działu informatyków. Podeszłam do biurka Tomka i zastukałam paznokciem o blat. Młody chłopak podniósł wzrok i zmarszczył brwi zaskoczony, ale nic nie powiedział. Za to ja miałam wiele do powiedzenia.
— Czy twój kolega, ten spec, przyjmuje zlecenia?
Zmarszczki zniknęły z czoła chłopaka, Dobrze wiedział, o kogo chodzi.
— Tak. — odpowiedział szybko.
— A jak…? — Nie skończyłam zdania, bo chłopak podał mi odblokowanego iPhone’a z wybranym numerem.
Przyłożyłam aparat do ucha.
— Cześć… Masz czas? Dziś…?
Głos podyktował adres, który zapisałam na karteczce wyrwanej z biurowego przybornika.
— Za pół godziny — stwierdziłam, spoglądając na zegarek.
Połączenie zostało przerwane. Oddałam telefon i pocałowałam Tomka w policzek. Wyraźnie się speszył. Powoli ruszyłam do wyjścia. Patrzył na mnie jak zaczarowany.
— Reszta jutro — rzuciłam przez ramię, wychodząc na umówione spotkanie.
Zanotowałam w pamięci, żeby kupić dużo żelków i sześciopak puszek Coli.
Pół godziny później siedziałam w knajpie na Mokotowie. Skromny lokal nie przytłaczał ilością odwiedzających. Zajęłam stolik w kącie i zamówiłam dwie butelki wody. Nie czekałam długo. Do mojego stolika dosiadł się pryszczaty chłopak.
— Siema, co potrzeba? — zapytał, rozwalając się na krześle.
— Tego co zawsze. Informacji.
Podsunęłam mu karteczkę z danymi prawnika. Schował ją zręcznie do nerki przewieszonej przez pierś.
— Na kiedy?
— Nie pilne, ale wiesz, im szybciej tym lepiej.
— A co cię interesuje?
— Wszystko. — Skoro i tak płacę…
— Forma?
— Jestem dinozaurem i lubię czytać opowiadania.
Uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd krzywych zębów. Nie czekając na odgryzienie się, którego pewnie bym się nie doczekała, zapytałam:
— Ile?
— Ortodonta.
— Co?
— Potrzebuję kogoś, kto ogarnie ten bałagan. — Popukał się w szkliwo jedynek.
— Łapię. Płace za druty. Na resztę musisz zarobić sam.
— To dozo. — Wstał i wyszedł.
Jeszcze w drodze umówiłam wizytę u naszej ortodontki na swoje nazwisko. Nie zdążyłam dojechać do domu, kiedy dostałam wiadomość. Odpowiedziałam SMS-em z datą wizyty i adresem.
***
Każdego dnia rano kręciłam rowerkiem niewiarygodną ilość kilometrów. Nie żeby to było moje ulubione poranne zajęcie. Ja po prostu nie mogłam spać, a litania domowych obowiązków wyczerpała się już pierwszego wieczoru. Postanowiłam skupić się na pracy.
Odgrzebywałam stare tematy pozostawione do ogarnięcia. Na poniedziałek umówiłam się z administratorem w sprawie parkingu. Póki pogoda pozwalała, musiałam go ogarnąć.
Spotkania z Teo odbywały się w dziwnej atmosferze. Trzymałam mężczyznę na dystans. Bardzo duży dystans. Postanowiłam, że dopóki się czegoś o nim nie dowiem, nie podejmę żadnych kroków i nie pozwolę, by mieszał mi w głowie.
Antek też wydawał się nieswój. Zakładałam, że martwił się delegacją i częstymi nieobecnościami Karola.
Czułam ogarniające mnie przemęczenie. Przez ostatnie dni działałam jak na speedzie. Karola zastanawiała się nawet, czy nie zaczęłam ćpać.
Całe czwartkowe popołudnie ziewałam. Mój mózg domagał się porządnego snu. Tylko że ja bałam się zasnąć. Gonitwa myśli przynosiła niewyobrażalnie realne sny — na przemian koszmary i sceny rodem z porno.
Po powrocie do domu zjadłam porządną kolację i łyknęłam dwie tabletki melatoniny. O dziewiętnastej, jak nigdy, byłam już w łóżeczku i smacznie spałam.
— Mamo! Mamo! Obudź się, mamo!
Poczułam, jak ktoś szarpie mnie za ramiona. Otworzyłam zaspane oczy. W sypialni było jeszcze ciemno, a nade mną stał zdenerwowany Fabian. Leon ciągnął za kołdrę, ściągając ją z łóżka.
— Co, co się dzieje? — sapnęłam.
— Twój telefon dzwoni jak szalony. Nie słyszałaś?
— Nie. Boże, która godzina?
— Po czwartej.
— Rano? — zapytałam w szoku.
Kto mógł dzwonić o tej godzinie?
— Tak, rano. Odbieram — zarządził syn.
Fabian podał mi telefon. Nie dałam rady odczytać nazwy kontaktu należącego do osoby, która próbowała się do mnie dodzwonić. Światło bijące z wyświetlacza oślepiło mnie. Mruknęłam do aparatu zaspana:
— Halo.
— Mania? Dzięki Bogu. Słuchaj, jest problem. — W słuchawce usłyszałam głos Antka.
— Jaki problem? — zapytałam. Jeżeli to nic ważnego, jutro będzie trupem.
— Karol. Nie przyjechał do Berlina. Próbowałem się do niego dodzwonić, ale mi się nie udało. Proszę, pojedź do niego i sprawdź, czy wszystko OK.
— Teraz? — zapytałam nadal zaspana.
— Tak, teraz! Mania, obudź mózg! Musisz mi pomóc.
— Dobra. Zaraz. Już działam.
Wstałam nieśpiesznie, wciągnęłam na tyłek jeansy i założyłam stary, sprany T-shirt z logo AC/DC. Spięłam włosy w kucyk. Skacząc z nogi na nogę, założyłam skarpety, a potem buty. Złapałam za torebkę, płaszcz i ruszyłam do wyjścia.
Fabian patrzył na mnie jak na wariatkę.
— Dokąd się wybierasz?
— Ratować świat. Muszę pomóc wujkowi Antkowi.
— Coś się stało?
— Jeszcze nie wiem.
Wyszłam z domu w ciemną noc. Było orzeźwiająco zimno. Szybko wsiadłam do auta, odpaliłam je i przekręciłam pokrętła na najwyższą temperaturę. Ruszyłam z misją ratowania świata.
Jadąc pod dom Karola, oczywiście dzwoniłam do niego z tysiąc razy, ale na nic. Naprawdę zaczęłam się martwić. Zaparkowałam samochód tuż przed wejściem, włączyłam awaryjne i ruszyłam do klatki. Dzięki Bogu, że znałam kod. Stanęłam przed drzwiami i zadzwoniłam dzwonkiem. Po trzech lub czterech nieudanych próbach, zaczęłam walić w drzwi. Uderzałam coraz mocniej, aż w końcu krzyknęłam:
— Karol, kurwa, otwieraj te drzwi!
Słyszałam, jak oburzeni sąsiedzi zaczynają krzątać się po swoich mieszkaniach. Miałam to w dupie. Coś było bardzo nie tak. Po chwili usłyszałam, jak ktoś przekręca zamek. Drzwi uchyliła młoda, półnaga dziewczyna. Widać było na pierwszy rzut oka, że jest nieźle spita i naćpana.
— Gdzie Karol? — syknęłam do niej.
Nic nie powiedziała, tylko kiwnęła głową i zaprosiła mnie do mieszkania.
Kiedy zrobiłam pierwszy krok, stwierdziłam, że mieszkanie to za dużo powiedziane. To nie było mieszkanie, to speluna. W salonie unosił się straszny smród — zapach spoconych ciał, wódki i rzygowin. Wszędzie walały się ciuchy, butelki i śmieci. Na stoliku pozostał biały proszek i zwitki banknotów. Na kanapie spała nie całkiem rozebrana dziewczyna.
Zignorowałam to wszystko i wpadłam do sypialni Karola. To, co zastałam, rozwaliło mi mózg. Ledwie żywy i całkiem nagi mężczyzna leżał na brzuchu rozwalony w poprzek łóżka. Podeszłam do niego, a bijący od niego odór był odrażający.
Dałam sobie spokój z budzeniem tych zwłok. Sprawdziłam tylko, czy puls jest wyczuwalny. Odwróciłam się do stojącej za mną dziewczyny. Zapaliła papierosa i głęboko się zaciągnęła. Łypnęłam na nią wzrokiem i zapytałam ostro:
— Gdzie jest komputer?
Wskazała na zawalone papierami biurko. Dopadłam do mebla i zaczęłam przerzucać śmieci. Chwyciłam za sprzęt i już miałam wyjść, kiedy przypomniałam sobie, że potrzebuję jeszcze jednej rzeczy.
— A pendrive?
Był kluczem dostępu do komputera. Bez niego nic nie mogłam zrobić.
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Podeszłam do niej pewnie i szarpnęłam za włosy. Po czym syknęłam, potrząsając jej głową.
— Gdzie?
Wyszarpnęła głowę z mojego uścisku, pozostawiając na pamiątkę pukiel kłaków. Ruszyła niespiesznie w stronę nieprzytomnego mężczyzny. Wsunęła rękę głęboko pod jego ciało, szukając dłoni. Po chwili wyciągnęła srebrny nośnik z logo firmy. Zabrałam go z jej ręki i wyszłam.
Zadzwoniłam do Darka, by zebrał chłopaków i zrobił porządek. A potem skontaktowałam się z pierwszą osobą, która przyszła mi do głowy i która mogła być wtajemniczona w pracę Karola. Chłopak odebrał dopiero po drugim telefonie.
— Tomek, spakuj garnitur i koszule. Jedziesz do Berlina.
— Co, ale jak to? Matko, jest piąta rano.
— Ubieraj się! I podaj adres, jestem już w drodze.
Chłopak chaotycznie podał adres. Zanim się rozłączył, w słuchawce usłyszałam, jak szamocze się po swoim pokoju.
***
Pięć godzin później dojechaliśmy do hotelu, w którym zameldowany był Antek i Jan. Wyglądaliśmy jak dwoje wschodnioeuropejskich imigrantów. Oboje w podartych jeansach, starych koszulkach i wyciągniętych bluzach. Ja do tego cała rozczochrana i nieumalowana. Oboje bardzo zmęczeni. Czekali na nas z niecierpliwością obaj wspólnicy.
Przez całą podróż Tomek rozgryzał projekt systemu stworzonego przez Karola. Z tylnego siedzenia dobiegały tylko urywkowe zdania typu: „to nie zadziała”, „kurwa, co za złom”, „zmienię ten algorytm, bo się kupy nie trzyma”, „o matko, to jest genialne”. Nie przeszkadzałam chłopakowi i nie zagadywałam. Byłam skupiona tylko na tym, by bezpiecznie dowieźć nas do celu. Wypiliśmy hektolitry kawy i zjedliśmy jakieś śmieci ze stacji, bo nie było czasu na przystanki. Zdziwiło mnie, że chłopak tak łatwo dostał się do tajnych plików. Na szczęście wyjaśnił, że od jakiegoś czasu zna wszystkie hasła dyrektora projektowego, bo on sam nie jest w najlepszej kondycji do pracy.
Niedobrze… Musiałam pogadać z Antkiem. Albo on go ogarnie, albo do akcji wkroczę ja, a wtedy na pewno zrobi się nieprzyjemnie, pomyślałam. Szczególnie, jeśli Karol będzie stawiał opór.
Po drodze wykonałam kilka telefonów. Poinformowałam Fabiana, gdzie jestem i że wrócę pewnie dopiero w poniedziałek. Napisałam też SMS-a do mojego informatora, by przesłał wszystko do firmy kurierem — tym najdroższym, do rąk własnych. Wtajemniczyłam Antka w mój szalony plan. Nie miał wyjścia, musiał się zgodzić. Co nam pozostało? Kto nie zaryzykuje, ten nie będzie pił szampana.
Na szczęście spotkanie było zaplanowane na dwunastą, więc mieliśmy czas, by doprowadzić się do porządku. O swój strój się nie martwiłam — od kilku lat woziłam w bagażniku małą walizkę z kompletem ubrań zapakowanym w próżniowe worki. Wyszłam z pokoju hotelowego w eleganckim, damskim garniturze i szpilkach. Bardziej martwił mnie Tomek. Na szczęście Antek zadbał o wszystko i sprezentował chłopakowi drogi garnitur z koszulą, krawatem i pantoflami. Nie ma co, jeśli mu zależy, na nic nie szczędzi kasy.
Szliśmy korytarzem ramię w ramię, gotowi na bitwę o dodatkowe fundusze dla firmy. Stanęłam przed Tomkiem, złapałam go za ramiona i powiedziałam:
— Młody, wierzę w ciebie. Nie stresuj się. Jesteś zajebisty, w tym co robisz. Niczym cię nie zagną.
Zawierzyłam Karolowi i nie kontrolowałam zatrudnionych przez niego pracowników. Zawsze znajdował nieoszlifowane diamenty, które potem sprzedawały się na rynku pracy za grubą kasę.
— Idź, tygrysie. Zaczaruj ich.
Wspólnie weszliśmy do jaskini lwa, by sięgnąć po to, co nasze.
***
Wieczorem wszyscy byliśmy wypruci z sił. Tomek wypadł fenomenalnie i zaczarował inwestorów. Antek był z niego bardzo dumny. Ciągle mnie dopytywał, skąd wiedziałam, do kogo uderzyć po pomoc. Odpowiadałam wymijająco, że mam szósty zmysł. Zrobiliśmy swoje, teraz pozostało czekać na rezultaty. Dobrze wiedzieliśmy, że w dużych korporacjach decyzje dojrzewają długo, a my nie byliśmy jedynymi oferentami. Na szczęście zaraz po spotkaniu poproszono Jana na stronę i poinformowano, że w przyszły piątek zaplanowano telekonferencje z naszą firmą. Mężczyzna oczywiście zapewnił wszystkich, że jesteśmy do ich dyspozycji, kiedy tylko zapragną.
Usiedliśmy przy barze i każdy z nas zamówił ulubionego drinka. Po gratulacjach dla młodzieńca spędziliśmy czas w ciszy, pogrążeni we własnych myślach. W mojej głowie kotłowało się jedno pytanie: „Co się dzieje z Karolem?”. Odciągnęłam Prezesa na bok i dość obrazowo przedstawiłam, czego doświadczyłam, będąc w „mieszkaniu” dyrektora projektów. Szef zapewnił, że ma wszystko pod kontrolą, a moje zaangażowanie nie jest potrzebne.
— Ta… Jasne. Właśnie widzę — powątpiewałam. — Jeśli nie… — zagroziłam, dając Antkowi ostatnią szansę na przywrócenie równowagi.
Nie musiałam nic więcej dodawać. Wystarczył mój morderczy wzrok i ton głosu, by wyprostował się jak struna. Uratował go telefon od Teodora.
Uch… Bałam się myśli o nim, a tym bardziej spotkania. Przez większość czasu krążyły wokół jego zabójczo przystojnej buźki, uwodzicielskiego ciała i niewybrednego języka. Uznałam, że tylko dobry sen przyniesie mi ukojenie.
Pożegnałam się z mężczyznami i udałam do pokoju. Po wieczornej toalecie bez zastanowienia łyknęłam dwie tabletki melatoniny, którą na szczęście miałam w torebce, i zasnęłam bez większych problemów.
Obudziłam się wypoczęta, zregenerowana i gotowa na każde wyzwanie. Normalnie jak młoda bogini. Zeszłam do lobby w zestawie numer dwa — codzienny i niezobowiązujący. Na zestaw składały się czarne botki, jeansy, biała koszulka i długi kardigan. Włosy oczywiście spięłam w kucyk. Wykonałam telefon do Fabiana, by sprawdzić, czy żyje, i do Marka, by skontrolował, w jakim stanie jest dom.
Po rozmowach udałam się na śniadanie. Przy jednym ze stolików siedziała już trójka rycerzy. Najwidoczniej kończyli śniadanie, bo na talerzach mieli słodkości. Przywitałam się z nimi machnięciem ręki i zaparzyłam herbatę. Postawiłam filiżankę, zajmując sobie miejsce i ruszyłam na łowy. Nie ograniczałam się. Na talerzu lądowało wszystko, co przyciągnęło mój wzrok.
Gdy usiadłam na swoim miejscu, młodzieniec szeroko otworzył oczy.
— Zjesz to wszystko? — zapytał zdziwiony Tomek.
— Pamiętaj, młodzieńcze, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia — doedukowałam szczeniaka.
— Mania należy do tych obżartusów, którzy po takiej porcji biorą oddech przy ladzie ze słodkościami — powiedział uszczypliwie Antek.
Panowie roześmiali się, a ja pokazałam mu język.
Po dwudziestu minutach na talerzu nic już nie było, a ja udałam się po drugą filiżankę herbaty i ciastko. No dobra, trzy ciastka. Gdy wróciłam, Tomka już nie było. Poinformowano mnie, że poszedł się wymeldować. Wolał nie zostawiać komputera Karola bez opieki.
Nasza trójka się nie spieszyła.
— Mania, ta jedna z firm oferujących nam leasing na sprzęty biurowe… — zagaił Antek.
— Co z nią? — zapytałam, wygodniej usadzając się przy stole.
— Bo wiesz, mój kolega miał z nimi niemiłą sytuację. Niby wszystko było w porządku, ale później okazało się, że do umowy dołączony jest aneks, którego firma nie udostępnia. I przy naprawach, konserwacjach czy zdaniu umowy, wychodzą jakieś hocki-klocki.
— Sprawdzę to — zapewniłam przełożonego.
— To dobrze, bo wiesz, nie chciałbym, by później ktoś cię oskarżył o opierdalanie się. — Spojrzał wymownie na Jana.
— Ja tylko jasno daję do zrozumienia, jak wygląda stan rzeczy — wyjaśnił Jan beznamiętnym tonem.
— No tak, a skoro Teo może tego nie wyłapać, bo on pracuje na dokumentach, które dostarczają dziewczyny, to lepiej mieć to na uwadze i sprawdzić osobiście, czy wszystkie załączniki się zgadzają. — Mówiąc to, Antek zerkał znad filiżanki to na mnie, to na Jana.
Co ty knujesz, Antek? Do czego pijesz? I po co wciągasz w to swojego przyjaciela? Zastanawiałam się mocno nad krążącymi w mojej głowie pytaniami. Jednocześnie obserwowałam Antka, który uciekł spojrzeniem w stronę Jana.
— Czy chcesz nam zasugerować, że to odpowiedni moment na test twojego przyjaciela? — W tej chwili Jan pociągnął łyk czarnego jak smoła espresso.
No tak, jeszcze test. Nikt w firmie nie był szanowany przez Jana, dopóki nie udowodnił swojej lojalności względem zespołu i przedsiębiorstwa. Po prostu, jeśli kierujesz się wyłącznie swoim dobrem i zyskiem, nie masz czego u nas szukać.
— Chcesz wystawić Teodora przy przedstawieniu ofert na spotkaniu na szczycie? — zapytałam Prezesa. — I chcesz, żebym to ja brała w tym udział?
— Jestem go pewien, więc tak, to będzie doskonały moment — odpowiedział z dumą. — A ty jesteś doskonałą aktorką.
— Bez przesady. Najlepszy jest Jan. Ale skoro padło na mnie, jaki zakładasz scenariusz, reżyserze? — zapytałam zrezygnowana.
— Więc tak. Spotkanie na szczycie musi się odbyć w środę. W poniedziałek jedna z asystentek poda mu wygrzebany aneks i poprosi, by przekazał ci papier. Ty, jak zawsze, będziesz tak zabiegana, że nawet na niego nie spojrzysz albo nie będzie cię, bo musisz odpocząć po podróży służbowej. Jeśli zatai te informacje przed wszystkimi na szczycie, to będzie tragedia i osobiście podziękuje mu za świadczone usługi. Podczas spotkania przedstawisz wszystko tak, jak dogadałaś z nim.
— Po pierwsze będę w pracy. Po drugie odwalam za ciebie robotę, więc nie dziw się, że jestem zaganiana. Po trzecie co jeśli zatai informacje przede mną, ale przedstawi ją na spotkaniu na szczycie? — wyliczyłam na palcach.
— Po pierwsze powinnaś wziąć wolne w poniedziałek, bo jesteś przemęczona. Po drugie znam cennik i tanio nie będzie. Po trzecie to znak, że powinnaś uważać na to, co mówi, obiecuje i robi. Nie możesz dać się złapać w zastawione sidła. — Antek, podobnie jak ja, wyliczył na palcach, patrząc mi głęboko w oczy.
— A więc o to ci chodzi? Chcesz mnie do niego zniechęcić — powiedziałam stanowczo zbyt wysokim tonem.
— A co, jest w kręgu twoich zainteresowań? — zapytał, przedrzeźniając mnie. Łypnęłam na niego wściekłym wzrokiem.
— Dosyć, dzieciaki, uspokójcie się — przerwał naszą dziecinną wymianę zdań Jan. — Mania, podoba mi się ten pomysł i sama mówiłaś, że albo ktoś jest z nami, albo…
— …nie traćmy czasu — dokończyłam zdanie, przewracając oczami.
Jan perorował dalej.
— Antek, przestań interesować się życiem Mani, to dorosła kobieta…
— …i wie co robi — dokończył rozczarowany Antek.
Jan chciał skończyć już tę niedojrzałą rozmowę.
— No. Tak więc ustalone. Zerwijmy ten plaster szybko, to…
— …będzie mniej bolało — powiedziałam jednocześnie z Antkiem.
Spojrzeliśmy na siebie i parsknęliśmy śmiechem. Jan przewrócił tylko oczami.
— Jak nastolatki… Dobrze, zbierajmy się do domu, przed nami długa droga.
Dobry humor nas nie opuścił. Postanowiliśmy jeszcze raz zagrać Janowi na nerwach.
— Dobrze, tato — powiedzieliśmy ponownie jednocześnie.
***
Wsiedliśmy z Tomkiem do auta i ruszyliśmy spod hotelu.
— Jak podoba ci się Berlin?
— Nie zwiedziłem go w ogóle, więc nie wiem — powiedział, wzruszając ramionami.
— Nigdy nie byłeś w Berlinie?
— Nie. Szczerze, to pierwszy raz jestem za granicą.
Zatrzymałam samochód.
— Co?
— Wiem. Niezła siara.
Chyba zawstydziłam chłopaka, bo spłonął rumieńcem i spuścił wzrok. Włączyłam się do ruchu na pierwszym skrzyżowaniu i zawróciłam.
— Mania, co ty robisz? — zapytał chłopak zdezorientowany.
— Zawracam, nie możemy tego tak zostawić. Masz ciuchy na zmianę?
— Ale jak? Tak teraz? A co…?
— Wysłów się, chłopcze.
— Dlaczego?
— Bo ci się to należy. Masz ciuchy?
— Tak, coś mam.
W naszym dotychczasowym lokum nie było już wolnych miejsc. Szybko jednak znaleźliśmy inny hotel. Może nie był pięciogwiazdowy, ale nam wystarczył. Najważniejsze, że śniadanie było w cenie.
Pokazałam Tomkowi wszystkie znane mi miejsca. Minęło trochę czasu od mojej ostatniej wizyty w Berlinie, ale miasto niewiele się zmieniło. Zrobiliśmy masę zdjęć, zjedliśmy przepyszny obiad składający się z kiełbasy i ziemniaków, a całość popiliśmy oczywiście piwem z wielkiego kufla.
Wieczorem zabrałam go do klubu. Bardzo miło spędzaliśmy czas w swoim towarzystwie. Dużo rozmawialiśmy, ale to głównie Tomek mówił — o sobie, swoich planach na przyszłość i marzeniach. Słuchałam go z zafascynowaniem i tęsknotą za minionymi latami młodości. Widziałam swoje odbicie w tym dwudziestopięcioletnim mężczyźnie. Z tą różnicą, że ja w jego wieku byłam już mamą dwójki dzieci, a moje marzenia zeszły na boczny tor.
Pomimo wszystko nie żałowałam niczego w swoim życiu. Wszystko czego pragnęłam, miałam — zapracowałam na to lub dostałam. Po naszych rozmowach zastanowiłam się, o czym tak naprawdę marzę. Chciałam być kochana. Tak naprawdę. Chciałam znów mieć przy sobie osobę, która będzie mnie uszczęśliwiała tym, że jest. I będę to miała za wszelką cenę, pomyślałam. Właśnie postanowiłam wrócić do gry!
***
Niedziela okazała się straszna. Nie byłam w stanie prowadzić, więc oddałam stery w ręce Tomka. Najwyraźniej faktycznie się zestarzałam. Mój organizm nie był już w stanie tak szybko się regenerować. Zazdrościłam chłopakowi młodości. Mimo to humory nam dopisywały, a rozmowa kleiła się w najlepsze. Szybko okazało się, że mamy podobny gust muzyczny. Z radia na przemian leciał pop i rock. Jednak po postoju Tomek postanowił podjąć troszkę trudniejszy temat.
— Mania? Wiesz, że ja też wyszukuję informacje na zlecenie.
— Domyślam się.
— Bo wiesz, dziękuję ci za to, co dla mnie zrobiłaś i chcę być z tobą szczery. Wiem, że jesteś uczciwą osobą i że mnie nie zdradzisz. Ktoś poprosił mnie o informacje o tobie.
Jednocześnie ucieszyłam się, że chłopak stawał się moim człowiekiem, i zmartwiłam, że ktoś szuka o mnie informacji. I już chyba nawet wiedziałam kto.
Spojrzałam na Tomka.
— Nie zapytam kto, bo się domyślam. Zapytam tylko, na jakich informacjach mu zależy.
— Na wszystkich.
— Aha. No cóż, mam nadzieję, że jesteś dobry, w tym co robisz, bo niełatwo cokolwiek o mnie wygrzebać.
— Podstawy są łatwe, gorzej zaczyna się robić, gdy wchodzimy w strefę prywatno-rodzinną.
— Tomek, to dla mnie wiele znaczy, że postanowiłeś mi o tym powiedzieć. Rób, co musisz i nie przejmuj się mną. Poradzę sobie. Wiem, co zrobiłam w życiu złego i dobrego. Mam jedynie nadzieję, że wszystkie dobre uczynki rehabilitują te złe.
— Cieszę się, że poznałem cię z tej strony. Wcale nie jesteś taką wredną suką, jak mi opowiadali na początku.
— Oj Tomek, Tomek. Jestem nią, tylko się starzeję i staję się bardziej miękka. Mam nadzieję, że nigdy nie doświadczysz tego na swojej skórze.
Chłopak uśmiechnął się do mnie zadziornie.
— Wcale nie wyglądasz na czterdzieści sześć lat, a już na pewno się tak nie zachowujesz.
Zaśmiałam się pod nosem. Jaki on był uroczy.
— A ty myślałeś, że człowiek po czterdziestce to chodzi z balkonikiem na msze i zbija w szopie trumnę?
— Znam takich, którzy realizują ten plan.
— Mój drogi, zmień towarzystwo. Na pewno na dobre ci to wyjdzie.
Resztę drogi pokonaliśmy w akompaniamencie radia.
***
Poniedziałek zaczął się szalenie i mokro. Po weekendzie w Berlinie z piękną jesienną pogodą, Polska przywitała nas deszczem. A prognoza nie była optymistyczna. Odwołałam spotkanie z jurystą i rozpoczęłam test.
Poprosiłam Karolinę o sprawdzenie, czy posiadamy wszystkie załączniki do umów. Jeśli znalazłaby coś nowego, miała to dać radcy. Sama przywdziałam sztormiak i kalosze i, wraz z administratorem, ruszyłam na zalany parking.
TEO
Cieszyłem się, że weekend się skończył. W firmie bez zgrai tych wariatów było nudno. Zatęskniłem za nimi. W piątek, po informacji, że Marysia nie pojawi się w pracy, postanowiłem spożytkować czas na zbieranie informacji.
Po nieudanej wizycie w kadrach, gdzie dowiedziałem się jedynie, że Kamila to bratowa Marysi, musiałem zmienić taktykę. Najlepszym miejscem, do zasięgnięcia języka, okazał się pokój uciech i zabaw, w którym nie szczędzono sobie ploteczek o pracownikach. Najbardziej pomocne były koleżanki z działu księgowości — od nich dowiedziałem się najwięcej o Pani Kierownik.
Wszyscy szanowali ją i jej wkład w budowanie ducha zespołu. Marysia potrafiła walczyć jak lwica o każdego dobrego pracownika, zawsze wysłuchała i pomogła, tak jak umiała najlepiej. Nie istniały dla niej rzeczy niemożliwe do załatwienia. Jest inteligentna, bystra, harda, przebiegła i uparta. Potrafiła też być miła, a nawet kochana. Nie oceniała ludzi po wyglądzie i słowach, lecz po zachowaniu i czynach. Gesty miały dla niej większe znaczenie niż milion słów. Tak naprawdę pod tą twardą skórą kryła się ciepła i pomocna kobieta o wielkim sercu.
Pani Krysia — przy herbatce i pączku — wyjaśniła, dlaczego jest taka twarda i niedostępna. Przeszła swoje: młodo została mamą, poświęciła się dwójce dzieci i zaczęła pracę jako asystentka Prezesa, który okazał się tyranem. Miała wspaniały dom, na który wzięła kredyt, i będzie go spłacać do końca życia. Po tym jak trafiła do Antka, nie miała lekko. Wciąż musiała udowadniać, że zna się na swojej robocie i często wyciągała szefa z tarapatów. Jan ciągle robił jej jakieś dziwne testy, a Karol dokuczał na każdym kroku, wytykając błędy. Potem wydarzył się wypadek, w którym zginął jej wieloletni partner, prawdziwa miłość i ojciec dzieci. Przeżyła załamanie nerwowe, ale jakimś cudem podniosła się z dołka.
Po tych wydarzeniach przestała dawać sobie w kaszę dmuchać. Stała się kłótliwa, pyskata, zawzięta, a do tego boleśnie szczera. W największe kłótnie wdawała się z Karolem. Podobno był w firmie taki czas, że nie mogli się widywać, bo dochodziło praktycznie do rękoczynów. Na szczęście Jan w porę zareagował i postawił im ultimatum. Obecnie ograniczali się do słownych przepychanek i zgryźliwości.
Marysia bardzo nie lubiła kłamców i krętaczy. Była zwolenniczką szybkiego reagowania — nie znosiła, gdy sprawy przeciągały się za długo. Często najpierw robiła lub mówiła, a potem myślała. Lubiła być w ciągłym ruchu i dobrze zjeść. Nie mogła dużo pić, bo potrafiła się w tym zatracić. Sporadycznie paliła, zazwyczaj, gdy była wkurwiona.
Z plotek — usłyszanych od rozgadanych pracowników — najbardziej martwiła mnie ta o romansie Pana Prezesa z Panią Kierownik. Niektórzy uważali nawet, że prywatnie są parą, dlatego nie lubili związków w firmie. Twierdzili też, że Antek i Marysia tłumaczą takie zachowanie jako nieprofesjonalne, ponieważ sami nie mogą się obściskiwać publicznie. Słyszałem też plotkę, że Mania została managerem, nie dzięki swoim zdolnością, ale przez łóżko. Podobno kiedyś była z Karolem, a teraz jest kochanką Antka. Ponoć to prawdziwa kuguarzyca i sypia z każdym, kto się nawinie, a Borys to jej sponsor. Słyszałem też inne rozmywające obraz kobiety informacje.
Czekałem z niecierpliwością na to, co mi dostarczy Tomek. Antek oddelegował chłopaka do mojej dyspozycji. Tak więc poniedziałek mógł być kluczowym dniem. Tak, kluczowym w przegraniu sprawy.
Antek triumfującym tonem powiedział, że Mania była w Berlinie z Tomkiem, bo Karol nawalił. Tak, z tym Tomkiem, moim informatorem… I co najgorsze dla mnie, zostali tam na weekend. Sami, we dwoje. Ależ byłem zły, kiedy się o tym dowiedziałem. Zły na wszystko i wszystkich. Postanowiłem zagrzebać się w pracy, by nie myśleć o tej kobiecie. Na szczęście jej asystentka rzuciła mi na biurko stertę papierów do analizy.
***
Jestem zajebisty! W papierach jednego oferenta brakowało załącznika. Wykłóciłem się o niego z jakąś nadętą panną. Miała mi go przesłać najpilniej, jak to będzie możliwe — czytaj: „Wal się, koleś, wyślę jutro albo w ogóle”.
Spojrzałem na zegarek, już po południu. Shit, przegapiłem lunch… Postanowiłem więc rozprostować kości i napić się kawy. W drodze do gabinetu z dwoma kubkami ciepłego napitku skręciłem do Marysi. Skoro gesty znaczą więcej niż słowa, zaparzyłem jej herbatę.
Wchodząc do jej gabinetu, usłyszałem muzykę. Z laptopa leciała Meredith Brooks i jej słynna Bitch. Uśmiechnąłem się pod nosem, ponieważ też lubiłem ten kawałek. Po chwili stania w progu dosłyszałem, jak Mania mruczy, jaka jest, zgodnie z tekstem piosenki. Uchyliłem szerzej drzwi i zobaczyłem, jak kobieta — obiekt mojego pożądania — trzyma gołe stopy na biurku. Matko. Odchylona na rozłożonym fotelu, przykryta marynarką, z zamkniętymi oczami śpiewała piosenkę i paliła Iqosa.
Zaskoczony tym widokiem postanowiłem skorzystać z okazji. Podszedłem do biurka i głośno postawiłem na nim kubek. Kobieta przestała mruczeć i otworzyła oczy, ale nie zmieniła pozycji, tylko zaciągnęła się jeszcze raz.
— Co tu robisz? — zapytała, nie spuszczając ze mnie podejrzliwego wzroku.
Cofnąłem się do drzwi, by je zamknąć.
— Pomyślałem, że zmarzłaś na dworze, więc przyniosłem ci herbatę.
Podniosła wysoko brwi, ale odpowiedziała bardzo uprzejmie.
— Dziękuję.
Jej wyraz twarzy złagodniał momentalnie. Ściągnęła nogi z biurka i poprawiła się na fotelu, zsuwając marynarkę na gołe nogi. Przysunęła kubek parującego naparu i zaczęła ogrzewać sobie nim dłonie.
— Coś jeszcze? — zapytała zaciekawiona.
— Jak weekend?
— Wspaniale. — Uśmiechnęła się szeroko.
— Słyszałem, że ratowałaś Antka i pojechałaś z pracownikiem Karola do Berlina.
— Tak, widzę, że plotki szybko się rozchodzą, a ty jesteś dobrze poinformowany. Berlin jesienią jest fantastyczny, a Antek jak zawsze ma problemy.
— I zostałaś na weekend z tym chłopakiem?
— No tak, to śmieszna historia. Chciałam mu wynagrodzić pobudkę o piątej i ten zapierdziel umysłowy przez następne piętnaście godzin. Poza tym chłopak nigdy nie był w Berlinie, a ja nie miałam żadnych planów na weekend.
— I jak?
— Co „jak”? Normalnie. Oprowadziłam go po mieście, zjadłam obiad, poszłam do klubu i wróciłam do domu.
— Żadnych rewelacji?
— Człowieku, to dzieciak. O co ty mnie podejrzewasz? — Zdenerwowała się delikatnie.
— O nic, tak tylko pytam.
— To przestań. To nie jest zabawne. Jest niewiele starszy od mojej córki.
Plotka o spaniu z każdym wykreślona z listy. Jeszcze tylko dwie najbardziej mnie interesujące.
— Antek zamierza jakoś ci wynagrodzić tę nagłą delegację?
— Nie wiem. Pewnie tak, ale o to trzeba zapytać Antka. Przecież nie siedzę mu w głowie.
— I w łóżku — dodałem cicho.
— Człowieku, co w ciebie wstąpiło?! — Wyrzuciła ręce w górę. — Zachowujesz się, jakbyś prowadził przesłuchanie, a nie towarzyską rozmowę. Jeśli chcesz mnie o coś zapytać, to pytaj, a nie czaisz się jak szpak do ruchania.
— Dobra. — Odetchnąłem. — Masz romans z Antkiem? — rzuciłem pewnie.
— Co?! — Podniosła się z krzesła.
— Zrobiłem research w firmie i dużo się o tobie dowiedziałem, ale kilka plotek nie daje mi spokoju. A jak sama powiedziałaś, mam się postarać. Więc? — zapytałem niepewnie. Ona usiadła z powrotem i roześmiała się. — No co? — zapytałem, przyglądając się jej w zakłopotaniu.
— Nic. Zaskakujesz mnie, Watsonie. Jeśli musisz wiedzieć, to nie. Nie miałam, nie mam i nigdy nie będę miała romansu z Antkiem. Sprawa jest wyjaśniona i zamknięta. Jesteśmy bardziej jak rodzeństwo, takie z różnych matek. — Kiwnąłem głową. Wymieniliśmy się spojrzeniami. — O co jeszcze chcesz zapytać?
— Czy Borys jest twoim sponsorem?
— O Boże! Nie… Fuj! — Skrzywiła się znacznie. — Nie kręcą mnie tacy faceci. Flirtuje z nim, bo jest doskonały w tej grze. Jak się zapewne przekonałeś, też lubię gry słowne i komplementy. Ale Borys… Nigdy w życiu!
— Czy interesujesz się kimś z firmy?
— Nie. Mężczyźni z firmy są poza zasięgiem. Nie zabieram pracy do domu i domu do pracy. Nauczyłam się tego dawno temu.
— Jesteś dziś bardzo rozmowna. Zagramy w pomidora?
— Czemu nie, dawaj.
Zaskoczyła mnie tą odpowiedzią. Coraz bardziej podobała mi się ta rozmowa i nie tylko…
— Jak długo jesteś sama?
— Jeśli chodzi o związek, to osiem lat.
— Co się stało?
— Pomidor. A ty jak długo jesteś po rozwodzie?
— Sześć lat.
— Co się stało?
— Pomidor. A jeśli chodzi o seks? — zapytałem bez skrępowania.
— Po co ci ta informacja? — Zmrużyła oczy.
— Do statystyk.
— Pięć. I skończ temat, bo ankieta też się skończy.
Zmierzyłem ją wzrokiem. Chciałem zapytać, co robiła przez te trzy lata i ilu miała w tym czasie partnerów, ale zrezygnowałem.
— Wybacz, ale muszę zapytać. Powiedziałaś, że lubisz seks. Nawet bardzo. Dlaczego nie praktykujesz?
— Bo nie trafił się nikt konkretny, a nie bawią mnie przelotne znajomości. Jestem monogamiczna i długodystansowa.
— A Marek to naprawdę tylko twój sąsiad?
— Tak. Jak powiedziałam, to pasożyt. On potrzebuje silnej kobiety, która ogarnie jego i dom, a ja nie mam ochoty na takie życie. Chciałabym, żeby ktoś w końcu zatroszczył się o mnie. Poza tym nie mam czasu na swatanie, by się go pozbyć, bo dobrowolnie nie odpuści. A ty masz jakiegoś pasożyta?
— Już nie.
— Od kiedy?
— Od sześciu lat.
Na chwilę zapadła cisza, ale po kilku łykach kawy wznowiłem grę.
— Zamierzasz wrócić do gry?
— Już wróciłam.
Zbiła mnie z tropu tą odpowiedzią. Pomyślałem, że sprawa jest już przegrana, ale na wszelki wypadek dopytałem:
— Przypieczętowałaś już swój powrót?
— Jeszcze nie, ale jestem na dobrej drodze.
— Znam wybranka?
— Pomidor.
— Jeszcze jeden pomidor i odpadasz — powiedziałem i uśmiechnąłem się zadziornie.
— Teraz ja. Dlaczego wróciłeś do Polski?
— Pomidor.
— Jeden, jeden. Zaczynasz.
Zastanowiłem się dłuższą chwilę.
— Kim jest Leon?
— Już ci mówiłam. Wybrankiem mego serca.
— Nie będzie miał nic przeciwko twojemu powrotowi do gry?
— Raczej nie, chodź pewnie przepędzi paru wybranków.
— Chodzisz na randki?
— Raczej spotkania towarzyskie. Nie wiem, co to prawdziwa randka.
— A ze mną byś poszła?
— Jesteś z firmy, więc to nie byłaby randka.
— A złamałabyś zasady, gdybyś trafiła na kogoś konkretnego?
Długo nie odpowiadała, po czym wstała i na bosaka skierowała się do drzwi. Odwróciła się i powiedziała:
— Pomidor. Wygrałeś. Muszę do toalety.
Szybko wstałem i zatrzymałem ją w progu.
— Mania, dlaczego siedzisz bez rajstop?
— Bo zmokłam na parkingu. Niestety z lenistwa nie spakowałam walizki. Dzięki Bogu, że miałam kalosze i zapasową sukienkę w szafie, ale nie było zapasowych rajstop. A teraz jest mi zimno w stopy. Poprosiłabym Karolinę, by mi coś ogarnęła, ale niestety nie mam odwagi, żeby wysłać ją do samochodu w taką ulewę. W bagażniku leżą grube i ciepłe getry. A żeby o tym nie myśleć, odpowiadam na twoje pytania.
— Daj kluczyki, ja pójdę.
— Serio? — zapytała z niedowierzaniem.
— Tak, nie chcę żebyś się przeziębiła. Gdzie są?
Wróciła się po torebkę, wyciągnęła kluczyki i podała mi je, wylewając potok słów.
— Samochód stoi na końcu parkingu przy szlabanie. W bagażniku jest torba na siłownię. Getry są w bocznej kieszeni, tam gdzie buty. Zwinięte w kulkę. Białe.
Kiwnąłem głową, złapałem kluczyki i ruszyłem wykonać powierzoną mi misję.
MARYSIA
Czy złamałabym swoją zasadę? Dla odpowiedniej osoby tak, ale nie byłam pewna, czy on jest odpowiednią osobą. Przespać można się z każdym, ale nie na tym mi zależało. Wolałam raczej zbudować relację, a to już cięższa sprawa.
Gdy wracałam z toalety, na korytarzu złapał mnie kurier.
— Witam, pani Mario. Mam przesyłkę dla pani. Za pobraniem do rąk własnych.
Odwróciłam się do mężczyzny. Przede mną stał pryszczaty chłopak. Nie myśląc dużo, powiedziałam:
— Zapraszam do gabinetu.
Miałam nadzieję, że Teo jeszcze nie wrócił. Niestety był szybszy, niż mi się wydawało. We trójkę weszliśmy do mojego gabinetu. Prawnik chyba liczył na drugą rundę przesłuchania. Podeszłam do torebki i wyjęłam kopertę z pieniędzmi przeznaczonymi na aparat dla pryszczatego.
— Proszę. Odliczone. Gdzie podpisać?
Młody wyciągnął świstek czystego, niezadrukowanego papieru i podał go w moim kierunku.
— Tu poproszę.
Postawiłam parafkę. Chłopak oddał mi kopertę kurierską, jednocześnie zabierając swój szeleszczący argument. Po czym skłonił się w pas.
— Do widzenia i polecam się na przyszłość.
Nie odpowiedziałam na zaczepkę, tylko ruszyłam w kierunku biurka. Siadając, otworzyłam szufladę i wrzuciłam tam kopertę. Teo spojrzał na mnie wilczym wzrokiem.
— Co to?
— Takie tam. Książka, raczej opowiadanie. Mam nadzieję, że nie horror, bo ich nie lubię.
— A co lubisz czytać?
— Erotyczne melodramaty. — Uśmiechnęłam się szeroko.
— Co? — zapytał, wyraźnie zaskoczony moją odpowiedzią. — Jest w ogóle coś takiego?
— Oj zdziwiłbyś się.
— Pewnie to próbka powieści Marka. Karolina zachwala jego twórczość. Uchylisz rąbka tajemnicy, o czym będzie kolejna powieść?
— Nie uda ci się wyciągnąć tego ode mnie. Marek nawet przede mną ukrywa swoje dzieła. Zdradza tylko cząstkowe informacje, kiedy potrzebuje pomocy w rozwinięciu albo zobrazowaniu fabuły.
— Nie chcesz chyba powiedzieć, że odgrywacie sceny z książek.
— Czasami. To nawet fajna zabawa. Czy mogę dostać moje skarpety?
— A, tak, proszę. — Wyciągnął rękę w moją stronę. Sięgnęłam po zwitek materiału, ale szybko zabrał rękę z powrotem. — Pomóc ci je założyć?
Zmierzyłam go wzrokiem, wychyliłam się mocniej i pewnie złapałam getry.
— Wolę, kiedy mnie rozbierają, niż ubierają — rzuciłam zaczepnie.
— To też da się załatwić.
— Zboczeniec. Ale chylę czoła. Dobry jesteś w takie gry?
— Jakie? — zapytał.
— Takie. — Zrobiłam owalny ruch ręką. — Nie udawaj, że nie rozumiesz. Siedzisz tu, przesłuchujesz i wyciągasz informacje, by później ich użyć przeciwko mnie. Naprawdę dobrym jesteś prawnikiem.
— Dziękuję. Nie spodziewałem się usłyszeć od ciebie tylu miłych słów.
— Nie przyzwyczajaj się, to nie będzie trwało wiecznie. Jeśli nie rozłoży mnie przeziębienie, jutro będę już sobą.
Zaciągnęłam wysoko getry i poprawiłam się na fotelu. Następnie obudziłam komputer do życia i spojrzałam na wciąż siedzącego w moim gabinecie mężczyznę.
— Czy pan mecenas ma do mnie jeszcze jakąś sprawę? Chciałabym popracować.
— Mam…
Objął mnie tym swoim ciemnym spojrzeniem z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy. Musiałam przerwać, zanim rozwinąłby wypowiedź tym swoim niskim i zabójczo męskim głosem.
— Służbową.
Zaczęłam czytać maile i na niektóre z nich klepałam odpowiedzi. Starałam się podzielić swoją uwagę na te dwie czynności. Spoglądałam na mężczyznę od czasu do czasu, by sprawdzić, czy zrezygnował z dalszej konwersacji, czy jednak ma mi coś ciekawego do powiedzenia. Może w temacie przynęty zarzuconej przez Antka.
Pan prawnik skrzywił się, odetchnął ciężko i w końcu się odezwał:
— Mam służbową sprawę, choć ciekawiej porusza się z tobą tematy prywatne. W dokumentach brakowało załącznika. Czekam, aż bardzo asertywna asystentka prześle skan. Na razie nie chcę nic przesądzać. Poprosiłem też Tomka, by pogrzebał trochę i wyciągnął kilka informacji o firmie. Wiem już, że przegrali sprawę z powództwa innego przedsiębiorstwa. Chciałbym przeczytać pełne uzasadnienie wyroku.
Ucieszyłam się w duchu, że mi to powiedział. Antek i Jan mogli wsadzić sobie ten głupi test głęboko w dupę i zakręcić patykiem. Teraz byłam pewna, że poradzi sobie z tym tematem, a ja w niczym mu nie będę potrzebna. Mogłam zająć się innymi tematami, które na koniec roku zaczną się nawarstwiać, a ja nie lubiłam tracić kontroli.
— Kapitan Żbik normalnie. Brawo. Jeśli będziesz miał jakieś problemy z dostaniem dokumentu, użyj na tej kobiecie swojego czaru. Myślę, że nie będzie się zbyt długo opierać, by wykonać twojej życzenia.
— Niektóre okazują się twardsze, niż się wydaje. — Puścił do mnie oczko.
— Bez podtekstów proszę.
Zamknęłam laptopa i wstałam. Potem założyłam botki, złapałam za swój notes (tak, wiem, jestem dinozaurem), a w drugą rękę wzięłam pusty kubek po herbacie. Spojrzałam na siedzącego mężczyznę.
— Dobra. Przejmujesz dowodzenie, szeregowy. Projekt jest twój. W czwartek poprowadzisz spotkanie i dzięki tobie zostanie wyłoniony finalista.
Mężczyzna uśmiechnął się do mnie. Wiedziałam, że to dobre posunięcie. Wyczułam, że potrzebuje jakiegoś małego sukcesu. Lepszy taki niż żaden. Poza tym musiał poczuć się członkiem zespołu. Wstał uśmiechnięty.
— Serio? Tak po prostu? Nie ma żadnego ukrytego haczyka?
— Od testów jest Jan. To on cię przepyta na każdą okoliczność. Lepiej bądź przygotowany. Mnie zawsze magluje.
— Dzięki za radę.
Widziałam, że chce wykonać jakiś gest, na który na pewno nie byłam przygotowana. Znaczy moje ciało nie było przygotowane. Odkąd pojawiły się nieznośne ciarki, stałam się bardziej wyczulona na jakikolwiek dotyk. Miałam nadzieję, że po powrocie z obchodu go nie będzie i w spokoju się spakuję, by wyjść z biura do domu.
Poprawiłam okulary i ruszyłam w kierunku drzwi.
— Naprawdę jesteś dobrym prawnikiem. Mam nadzieję, że nie zrezygnowałeś z prowadzenia spraw.
TEO
Miło było usłyszeć komplement, szczególnie z ust tej osoby. Naprawdę poczułem, jak rośnie moje ego. I nie tylko. Ktoś jednak wierzył w to, że dalej mogę zajmować się tym, w czym byłem rzeczywiście dobry. Po linczu, który spadł na mnie ze strony współpartnerów po przegranej sprawie w UK, musiałem dość szybko zmyć się z pola widzenia kilku prawdziwie nieprzyjemnych osób. Przez kilka ostatnich lat moje życie przypominało pasmo niekończących się porażek. Na niektóre z nich nie miałem zbyt dużego wpływu, a inne zgotowałem sobie sam i na własne życzenie. Naprawdę dostałem po dupie.
Na szczęście nie spaliłem wszystkich mostów i mogłem liczyć na pomoc Antka i Borysa. Ten drugi miał wobec mnie kilka planów. Wciąż liczył na to, że się otrząsnę i wrócę na wokandę. Ostatnia propozycja poprowadzenia sprawy jego dobrego przyjaciela była naprawdę interesująca. Tylko że typ nie wydawał się szkarłatnie czysty, a interesy, które prowadził były na granicy legalności.
Po tym, co usłyszałem od Mani, dostałem wiatru w skrzydła. Dokończę tą sprawę i rozejrzę się za ciekawszymi projektami. Tak postanowiłem.
***
Mania przeziębiła się nie na żarty. Poinformowała nas wszystkich, że jest zmuszona wziąć L4 przynajmniej na tydzień. Jak powiedziała: „Jej ciało i mózg odmówiły posłuszeństwa”. Martwiłem się o nią, a Antek i Karola tylko dokładali zmartwień. Powiedzieli, że Mania zawsze bagatelizuje swoje przeziębienie i skoro została w domu, to znaczy, że Marek zatrzymał ją rano i siłą wywiózł do lekarza. Inaczej ten chodzący inkubator dla zarazków panoszyłby się po biurze, rozsiewając zarazę wśród pracowników.
Najgorsze w tym wszystkim było właśnie to, że jedynymi osobami, które jej doglądały, był Marek i Leon. Wiedziałem, że łączy ją z tą dwójką dziwna relacja. Co do Marka wszystko było wyjaśnione, jednak Leon to inna historia. Ten koleś musiał naprawdę być zaangażowany w tę relację, a skoro Marysia postanowiła wrócić do gry, mogło przydarzyć się coś, co znacząco źle wpłynęłoby na realizację mojego planu. Nie zrezygnowałem z przespania się z nią. Po prostu pojawiły się nieoczekiwane komplikacje. Po drugie nie lubiłem przegrywać i na pewno nie zamierzałem dać satysfakcji Antkowi. Chciałem udowodnić temu narcyzowi, że to ja jestem głównym rozgrywającym i to on powinien się ode mnie uczyć sztuki podrywu.
***
W piątek przed spotkaniem na szczycie zaszedłem do Antka. Chciałem wypytać przyjaciela, czego mogę się spodziewać po Janie. Gdy wszedłem do gabinetu, rozmawiał z Marysią na głośniku.
— O, Marysiu, właśnie wszedł Teo. — Przyjaciel odsunął telefon od ucha. Następnie przełączył rozmowę na głośnik i porzucił urządzenie na biurko, nad którym się pochylił.
— Cześć, jak tam, tygrysie? Gotowy na starcie? — zapytała kobieta. W wyobraźni widziałem, jak wymierza serię ciosów, udając Rocky’ego.
Uśmiechnąłem się szeroko. Wciąż we mnie wierzyła.
— Cześć, jak się czujesz? — zapytałem, siadając przy biurku. — Smutno tu bez ciebie.
— Już dobrze, jestem w dobrych rękach. Marek pilnuje, bym regularnie brała leki, Fabian żebym nie przemęczała się w domowych obowiązkach, a Leon bym miała cieplutko. To mój prywatny grzejniczek.
Nie byłem zachwycony jej odpowiedzią. Za to Antek szczerzył się jak głupi do sera. Mruknąłem tylko w geście zrozumienia, a przyjaciel prowadził rozmowę dalej.
— To dobrze. A jak Leon? Już mu lepiej, odzyskał męskość?
— Nawet za bardzo — odparła podniesionym tonem.
Zagryzłem mocniej zęby na to stwierdzenie. Wcale a wcale mi się to nie podobało, za to Mania kontynuowała rozmowę.
— Zachowuje się jak napalony nastolatek! Nadia zabiera go do siebie. Jak powiedziała, jest więcej sposobności, by poznać fajną dupę w mieście niż na tym moim wypizdowie.
Co? Jak to? Daje chłopakowi wolną rękę na korzystanie z towarzyskich możliwości miasta. Jest z nim w otwartym związku? Nie, no niemożliwe. Wszem wobec oświadczyła, że jest monogamiczna. Już, kurwa, nic z tego nie rozumiałem. Posłucham ich jeszcze trochę, może temat się rozwinie, pomyślałem.
— Ma rację dziewczyna — odparł szczerze Antek.
— No nie wiem. Ale chyba wolę nie wiedzieć, co wyczynia, gdy nie patrzę.
— Daj spokój, Mania. Jest młoda, niech korzysta z życia — stwierdził Antek.
— No pewnie. Niech korzysta, ale tak, bym nie została babcią.
Antek się roześmiał.
— Nie śmiej się — zganiła go kobieta. — Ciekawe czy śmiałbyś się równie głośno, jakbyś miał zostać tatą? — Dogryzali sobie jak zawsze.
— Mania, żadna kobieta mnie nie usidli.
— Ta jasne. Ja też tak mówiłam i zobacz, jak skończyłam.
— Nie narzekaj, masz naprawdę świetne życie.
— I co z tego mi zostało? Antek, skoro tak usilnie szukasz mi towarzystwa, może i ja powinnam poszukać dla ciebie towarzyszki życia? Co powiesz na podwójne swaty?
Usłyszałem ironię w głosie kobiety. Rzuciła propozycję, niby żartem, niby serio. Mój stary przyjaciel zamyślił się przez chwilę. Chyba ten pomysł mu się spodobał.
— Będziemy chodzić na podwójne randki i doradzać sobie w sprawach sercowych? Tego jeszcze nie było. Poza tym moja mama naciska, bym się ustatkował, a tata wciąż pyta, kiedy doczeka się dziedzica.
— No widzisz. Obustronna korzyść.
Ożywiłem się i postanowiłem wtrącić do rozmowy.
— Mówiłaś, że nie chodzisz na randki ze współpracownikami — przypomniałem to, o czym mnie zapewniała.
— No tak, ale Antek to tak jakby brat. Poza tym chyba potrzebuje skrzydłowego, bo na żadnego ze znanych mi mężczyzn nie mogę liczyć. Marka interesuje teraz tylko znalezienie sprzątaczki, Fabian nie będzie chodził z matką, a Leon wszystkich odstrasza lepiej niż Darek i Dominik razem wzięci.
— Nie przesadzaj, nie może być aż taki… — Szukałem słowa, które opisze nieznanego mi mężczyznę.
— Oj jest! Co z tego, że pierwsze spojrzenie przypadkowo napotkanego faceta pada na mnie. Widzę uśmiech i zainteresowanie, ale kiedy później dostrzega Leona, to odwraca wzrok. Jest lepszy niż antykoncepcja. Szczególnie kiedy się uśmiechnie. Nie, Antek? Coś o tym wiesz. — Mania zaczęła się śmiać.
— O tak. Wiem i nie zamierzam doświadczyć tego drugi raz. On jest nieobliczalny. Niby taki grzeczny, spokojny… — wyjaśnił przyjaciel.
— Jest tylko jedno wyjście. Musisz wychodzić bez niego — zaproponowałem.
— Jakby to było takie proste. On nie jest w ciemię bity. Dobrze wie, co się święci, kiedy jedzie do Nadii lub zabiera go Marek. Zawsze potem jest wielce obrażony.
— I musisz go udobruchać. — Antek puścił do mnie oczko i uśmiechnął się łobuzersko.
— Właśnie — potwierdziła Mania.
Wyobraziłem sobie, jak przewraca oczami.
— Dobra, Mania. Świetnie się z tobą gada, ale my zaraz mamy spotkanie. Ostatnie słowo do Teo — zachęcił Antek.
— Nie daj się zaskoczyć Janowi. Odpowiadaj krótko i rzeczowo. Nie wchodź z nim w polemikę. On to uwielbia. Wierzę w ciebie — paplała szybko.
— Miało być jedno, gaduło — zganił ją Antek.
— Oj dobra, znasz mnie.
— Kiedy wracasz do biura? — zapytałem szybko, nim się rozłączyła.
— W następny czwartek. A we wtorek mam spotkanie online z HR. Też na nim będziesz? — zwróciła się do mnie.
— Tak, muszę przeredagować regulamin. Ma brzmieć groźnie, ale nie odstraszająco.
— No właśnie. I o to chodzi. Dobra, pa.
Rozłączyła się. Wymieniłem z Antkiem znaczące spojrzenia i zacząłem się zbierać na spotkanie na szczycie. Miałem inne zmartwienia w tej chwili niż niecne knowania mojego przyjaciela.
Spotkanie przebiegło według moich założeń. Jan szybko nie odpuszczał, ale takie numery nie ze starym lisem. Byłem doskonale przygotowany przez Marysię, więc wiedziałem, czego się spodziewać. Odzyskałem dawny wigor i poczułem, że to jest właśnie to, za czym tak bardzo tęskniłem. Uwielbiam udowadniać swoją wyższość nad zebranym tłumem. Musiałem zasięgnąć języka w prawniczym towarzystwie. Czas wracać na wokandę.
Zadzwoniłem do Mani, by pochwalić się, jak rozgromiłem Jana. Nie miał się do czego przyczepić. Kobieta nie kryła zadowolenia. Niestety nie mogła długo rozmawiać, bo Marek czekał na nią z późnym obiadem. Ponownie z nadzieją zapytałem, czy nie ma ochoty świętować ze mną mojego sukcesu. Niestety tym razem znów mi odmówiła. Postanowiłem się tym nie przejmować i uczcić dzisiejszy dzień szklaneczką dobrej szkockiej i zatopieniem się w ciele chętnej kobiety.
***
W poniedziałek zastępowałem Marysię. Musiała iść do lekarza na kontrolną wizytę. Nie miałem pojęcia, iloma sprawami zajmuje się ta kobieta. Trzymała rękę na pulsie wszystkiego co działo się w firmie. Jej ludzie przychodzili na spotkania w pełni przygotowani. Nie było fuszerki. Nawet upominali mnie, jeśli nie poruszyłem jakiejś kwestii. Cały czas towarzyszyła mi Karolina. Dobrze, że miała notatki przesłane przez Marysię, bo można było się w tym wszystkim pogubić.
Na koniec zostało spotkanie z Karolem. Nie sądziłem, że ten opierdalacz się pojawi. A jednak. Karolina też nie była zachwycona jego obecnością.