E-book
13.65
drukowana A5
22.95
Nic nie dzieje się bez przyczyny

Bezpłatny fragment - Nic nie dzieje się bez przyczyny


Objętość:
73 str.
ISBN:
978-83-8126-431-0
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 22.95

Jak napisać o czymś ważnym i nie wiedzieć od czego zacząć.
Jak trafić choćby do jednej małej osoby, która zrozumie o co w tym wszystkim chodzi i 
nie ucieknie przed prawdą i 
czyja to prawda- nie zapyta, bo będzie wiedzieć.

I. Justyna

Spotykam na swojej drodze różnych ludzi, próbuję przypisać im jakieś historie, bo każdy ma swoją najważniejszą. Życie ma jakiś cel, więc nie jesteśmy tu przypadkowo. Rodzimy się, odkrywamy świat, spotykamy ludzi i tworzymy z nimi rzeczywistość. Większość z nas podąża wyznaczonymi już drogami, przetartymi szlakami, przyjmując czyjeś doświadczenia jako swoje. Zdobywamy czyjeś szczyty, odkrywamy cudze ideały i żyjemy myśląc, że to wszystko nasza zasługa. Potem zdajemy sobie sprawę, że kończy nam się czas i zaczynamy zadawać sobie pytania na temat tego czego dokonaliśmy w życiu? Część z nas nawet nie zdąży sobie ich zadać, nie mówiąc o udzieleniu na nie odpowiedzi. Ponieważ nie żyjemy w średniowieczu, uważamy, że nie trzeba przejmować się śmiercią i tym co będzie potem. Chcemy żyć, chodzimy do kościołów, wierzymy w swoich bogów i to nam wystarcza. Nasi bogowie mają wiele imion i postaci. Dla jednych to pieniądze, dla innych sukces. Są też tacy, którzy wyznają jedynego Boga — stwórcę i czczą Go pod różnymi imionami. Historia każdego z nas jest wyjątkowa. Nie zmienia tego faktu to, że uczymy się również na cudzych błędach i często czyjeś poglądy przyjmujemy jako własne. Chociaż jesteśmy na Ziemi tylko przez chwilę, każdy z nas pozostawia ślad w czyimś sercu, lub puste miejsce. Nikt nie jest sam. Nawet ci których opuścili ludzie, mają oni swoich osobistych Aniołów.

Pewnego razu w sklepie zapytałam ekspedientkę jak spędzi święta. Widywałam ją często i mimo, że ani razu mi tego nie zasygnalizowała, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że potrzebuję rozmowy. Nie odrzuca się próśb o pomoc i nie odrzuca się tych, którzy chcą nam pomóc. Każdy powinien mieć możliwość wyrażenia tego kim jest, albo kim chce być. Nic nie dzieje się bez przyczyny i żadna osoba nie staje na naszej drodze bez powodu. Długo szukałam powodu z jakiego ona stanęła na mojej drodze. Przecież nic nie mogłam jej zaoferować, nic nie miałam. Te moje nic, jednak wystarczyło:

— Święta spędzę sama — odpowiedziała.

— Nie ma pani rodziny?

— Mąż- alkoholik, mieszka z synem. Oboje piją. Ja osobno, a syn przypomina sobie o mnie tylko, gdy czegoś potrzebuje.

Zrobiło mi się nieswojo, więc powiedziałam tylko, że mi przykro i odeszłam.

Jak już wspomniałam wcześniej, każdy ma jakąś swoją historię, szczyt do zdobycia, szlak do przejścia i buty do zdarcia.

Ale nie musimy mierzyć się z trudnościami samotnie. Nie musimy również samotnie świętować zwycięstw. Przeczytałam kiedyś książkę Walsch’a Neale Donald’a „Rozmowy z Bogiem”. Napisano tam, że Bóg przemawia do każdego nieustannie, na różne sposoby. Może to być przypadkowy tekst, słowa piosenki, uśmiech nieznajomego, wschód słońca, ptak śpiewający o poranku. Bóg jest więc bardzo rozmowny, a na dodatek towarzyski, gdyż posyła do nas nieustannie same Anioły.

To niezwykłe, jak z pozoru przypadkiem przemówiła do mnie ta książka. Uświadamia ona, że każdy z nas stwarza anioła, demona. Każdy z nas przygląda się, jakby przez lupę, dostrzegając wady i zalety. Każdy z nas przyciąga do siebie ludzi i tworzy swoją rzeczywistość. Wszystko na zasadzie „podaj dalej”. Nie znalazły się jednak osoby wokół mnie, które byłyby gotowe na takie przesłanie. Nie zniechęciło mnie to jednak do wiary w ludzi i w dobro, które jest obecne w każdym z nas.

Moim mottem stało się: „Gdy jest dobrze nie myśl, że było źle — celebruj tę chwilę. Gdy jest źle, myśl jak było dobrze, bo wszystko przeminie.”

Każdy może stać się dla kogoś albo Aniołem, albo demonem, być przyjacielem, powiernikiem lub wrogiem, oprawcą, katem, wampirem energetycznym lub czymkolwiek zechce, ale to od nas zależy kogo przygarniemy, czyje znaki odczytamy i czyje zaproszenie przyjmiemy.

Zostałam aniołem dla osoby, której tylko w jeden sposób mogłam pomóc — wysłuchując ją, współczując i mówiąc, że wszystko będzie dobrze i że wszystko się ułoży. Każdy ma i żyje jakąś prawdą, większość jednak korzysta z cudzej, żyje doświadczeniami innych, wierzeniami, nawet obcym życiem. Prawie w każdym, kto myśli lub czuje inaczej widzimy wroga i najlepiej usunęliśmy go z naszej drogi. Konserwatyzm, jaki tkwi w niektórych znanych mi ludziach nie tolerujących obcych sobie poglądów, głęboko zawęża ich horyzont myślowy. Nie stać ich nawet na wolne od uprzedzeń własne zdanie. Smutne jest to, że bezpieczniej jest podążać czyimś, już utartym, szlakiem, niż szukać swojej drogi.

— Zamieszkałam u matki, która niestety bardzo się rozchorowała — powiedziała mi któregoś dnia Justyna- tak miała na imię moja znajoma.

Wtedy znów wyczułam od niej wielką potrzebę rozmowy. Więc rozmawiałyśmy tak często jak się tylko dało. Poznałam wszystkie jej problemy, a ludzie, o których mi mówiła, stali się tak bliscy, że wydawało mi się jakbym znała od dawna. Pomogłam jej w niektórych rzeczach i sprawach do załatwienia, pocieszałam, wspierałam i nigdy w nią nie zwątpiłam. Do codziennej modlitwy, w której błogosławiłam wszystkich po kolei z mojej rodziny, przyjaciół i znajomych oraz tych wszystkich, których spotykam na swojej drodze, dołączyła ona, jej matka, syn, mąż i brat. Oni wszyscy bardzo tego potrzebowali…

Nie mamy prawa oceniać kogoś po tym co wyznaje. „Po owocach ich poznacie” — piękne słowa.

Pewnego ranka widząc ją zakłopotaną i smutną spytałam co się stało.

— Mąż zmarł przed chwilą, muszę zająć się pogrzebem i tymi wszystkimi formalnościami.

— Czy wie Pani jak wszystko załatwić?

— Tak, wiem.

Czyżby jej udręka się zakończyła? — pomyślałam. Tak, ale pozostał syn z problemami po paru nieudanych próbach leczenia na zamkniętym oddziale dla alkoholików, a przecież ma dopiero 20 lat. Matka chora i brat utrudniający im wszystkim życie. Często zastanawiam się nad tym, dlaczego ludzie tak nienawidzą i skąd bierze się ta siła. Jest w nas dużo zła, ale i dużo dobra i to od nas zależy, która z tych rzeczy będzie miała na nas większy wpływ. Może ona widziała tylko te złe strony, które całkiem przysłaniały jej wszelkie sygnały dobra. Każdy kieruje się tym, co według niego jest dobre. Każdy ma jakieś powody- tak jak jej brat i ona sama. Każdy ma swoje racje, ale to nie znaczy, że któreś są lepsze od innych- są po prostu inne.

Po śmierci męża problem z synem zaczął się pogłębiać, brakowało pieniędzy, a matka wciąż była chora.

Trudno zmieniać świat, a jeszcze trudniej zaakceptować egoistyczne decyzje innych ludzi. Nie wiele zmienimy wytykając wszystkim wady, subiektywnie oceniając to co się dzieje i jak postępują inni. Możemy tylko zmienić to, co jest w nas, nasze patrzenie i pryzmat, przez który oceniamy.


To, że inni cię krzywdzą nie znaczy

że też masz krzywdzić.

To, że inni się z ciebie śmieją

nie znaczy, że też masz się śmiać z innych.

To, że nie dzielą się z Tobą

nie znaczy, że masz wszystko zachowywać dla siebie.

Bądź inny

Bądź sobą

Bądź bogiem.


— Niech pani nie walczy z wiatrakami, tylko po prostu przeczeka — radziłam jej

— Nie mam sił — odpowiadała.

— Ma ich Pani więcej, niż myśli.

— Nie chcę takiego życia, bo wszystko wokół mnie się wali.

— Ta niemoc, jest tylko chwilowa, musi pani ją zaakceptować by przez to przejść.

— Nie mogę przecież zaakceptować nieszczęścia, bo się z nim nie zgadzam.

— To tylko doświadczenie, takie samo jak inne, jedne z wielu spotykających nas w życiu.

Wydawało mi się, że uwierzyła, chociaż na chwilę. Cieszyłam się, że mogłam przynieść jej ulgę. Codziennie czekała, aż odwiedzę ją i wysłucham. Nasze spotkania były jak spowiedź: ona mówiła- ja słuchałam, gdy ja mówiłam- ona słuchała, ale nie słyszała, a moje słowa: “będzie dobrze”, “myśl pozytywnie”, “wszystko się jakoś ułoży, tylko daj temu czas” wypowiadane w tym dialogu, były ważne, ale jakże małe w stosunku do jej problemów. Mimo, iż nie wierzyła, że może być lepiej- słuchała mnie, a to co mówiłam osiadało w jej pamięci.

Staram się zawsze we wszystkich widzieć dobro, a doświadczenia, które przeżywamy uważam za nieprzypadkowe- mają jakiś cel, ukrytą prawdę i znaczenie, czegoś mają nas nauczyć. Trudno taką teorię przedstawić osobie, dla której ogrom złych zdarzeń jest poza jej tokiem rozumowania, a pytanie: „dlaczego ja?” staje się ważniejsze, niż powiedzenie: „mam już dość”. Nawet małe doświadczenia w naszym życiu, pozornie będące bez znaczenia, mogą mieć wpływ na uduchowienie. Mogą być częścią większej układanki, częścią czegoś bardziej wzniosłego, czegoś, czego częścią jesteśmy my wszyscy, nieważne, kim jesteśmy.

Doświadczenia jakie spotykały wówczas Justynę, chociaż miały osobliwy charakter, zaczęły mnie również dotyczyć. Żyłam nimi, bo nie dało się inaczej, nie dało się przejść obojętnie i udawać, że to nie moja sprawa. Fizycznie nic nie mogłam zrobić. Tylko mentalnie, na poziomie duchowym, moje myśli i modlitwy skupiały się również na niej i jej problemach. „Błogosław Boże” i „dziękuję ci Boże”- wysyłałam te słowa w jej kierunku niemal codziennie. Pozytywna energia wysyłana do świata w końcu powraca, z różnym natężeniem. Każdego dnia można zobaczyć efekty, jeśli tylko się jest uważnym obserwatorem. Uśmiech nieznajomego, miłe słowo przechodnia, “dzień dobry” obcej osoby, kolory nieba, gwieździsta noc, motylki w brzuchu “kocham” powtarzane jak mantra w ustach dziecka. Te małe cuda mogą zbudować na nowo podłoże rzeczywistości i odmienić życie. Tylko czy je dostrzegamy? Nie wszyscy potrafią upajać się widokiem wschodzącego słońca i odpowiadać uśmiechem na uśmiech. Ciągle gonimy za czymś nie zauważając tego co już mamy.

— Na razie jest dobrze, syn się uspokoił, powiedział, że pójdzie na leczenie.

— No widzi Pani, jakoś się to wszystko dobrze ułoży, niech tylko Pani pozytywnie o wszystkim myśli, wtedy te dobre rzeczy do siebie przyciągnie.

“Ilekroć o czymś pomyślisz, twa myśl wysyła energię.” — tak gdzieś przeczytałam i trzymam się tego mocno, wierzę w to. Nie raz miałam chwilę zwątpienia i padałam na kolana, żeby tylko to stało się faktem. Stawało się, nie zawsze od razu, ale w końcu działo się tak, jak miało być. “Trzeba tylko wszystkiemu dać czas” — to słowa Stachury, który potrafił wejrzeć w inny wymiar rzeczywistości, szkoda tylko, że tak szybko musiał go opuścić.


— Ale jakoś nie wierzę, że mu się uda, to nie pierwszy raz jak próbuje.

I znowu moje słowa poszły razem z powietrzem w świat, nie dopuszczała do siebie żadnej myśli, że może być dobrze. Brak wiary jest równoznaczny ze śmiercią za życia. Myślimy wtedy, że jesteśmy tu za karę, a Bóg zsyła na nas cierpienia, bo na nie zasłużyliśmy. Najlepiej zwalić wszystko na Boga i nie ponosić odpowiedzialności za nic, za nikogo.

— Proszę wspierać syna w jego wyborze. Jak będzie wiedział, że jest Pani z nim, będzie mu łatwiej.

— Najlepiej żeby dał mi spokój, albo poszedł w ślady ojca — powiedziała, ale chyba nie zdawała sobie sprawy z wagi tych słów.

— Mimo wszystko to Pani syn, a to, że taką wybrał drogę to jego prawo, przecież dając mu życie nie chciała nim Pani kierować.

— Chciałam przede wszystkim, żeby był szczęśliwy i żył jak inni ludzie, założył rodzinę, miał pracę, swój dom- tego chcę!

— Nie wszystko dzieje się tak jakbyśmy chcieli- pocieszałam ją- i nie zawsze nasze pojęcie szczęścia jest równoznaczne z czyimś. Każdy ma jego inną miarę.

— Czy to znaczy, że mój syn jest szczęśliwy?

— Takie życie, jak alkohol, brak pracy, niedopasowanie się do warunków i standardów życia może być właśnie tym, czego pragnie.

— Czyli chce być alkoholikiem?

— Być może to dla niego szczęście, a nie choroba. W ten sposób się wyraża, a jego życie ma sens

— Dlaczego ja muszę w tym uczestniczyć i patrzeć jak stacza się na dno?

— Być może tak się rozpoczyna podróż ku górze. Czasem trzeba dosięgnąć dna, aby się od niego dobrze odbić, umrzeć, aby potem żyć. To, że teraz taki jest jego model życia, nie znaczy, że się nie zmieni. Może potrzebuje czasu, nigdy na nic nie jest za późno. Jest czas na łzy i czas na radość, czas na walkę i czas na pokój.

— Pani jest chyba z innej planety.- To co pani mówi, nie mieści się w tym co wiem o życiu. Dla mnie dobro to dobro a zło to zło.

— Zło to brak dobra, a to, że inni ludzie nie żyją według naszych zasad nie znaczy, że są źli i nieszczęśliwi. Wierzę, że pani syn w końcu odnajdzie swoją drogę. Wiem też, że niekoniecznie będzie ona właściwa z punktu widzenia innych. Ważne, by dla niego była dobrą drogą.

Tak zakończyła się ta rozmowa. Milczałyśmy wtedy przez chwilę i w końcu wyszłam, a ona powiedziała mi, że dziękuje i że będzie na mnie znów czekała.

To nie koniec tej historii, nie można zakończyć jej rozdziałem, bo nie wszystko da się zamknąć w ramy. Ta historia nie ma zakończenia, ona wciąż się toczy, jest jak raz obrana droga- by ją poznać, musimy na nią wejść i śledzić to co się wydarza z innej perspektywy.

II. Chusteczka biała jak śnieg i zimna jak lód

Świat, Bóg, życie, miłość, mądrość. Jak już pisałam- ciągle do nas przemawiają, na różne sposoby, przez doświadczenia, ludzi, czy myśli. Czasem cichym szeptem w głowie, innym razem przemówieniem znanej osoby, w którym spostrzeżemy mały znak skierowany właśnie do nas. Nic nie dzieje się bez przyczyny, nawet film dokumentalny, na którym kiedyś byłam o tematyce, jak mi się wydawało- ezoterycznej, okazał się mieć dla mnie również ważną wiadomość. Parapsychologia, duchy, egzorcyzmy, bliskie spotkania ze zmarłymi- te tematy nie są mi obce, a z całą odpowiedzialnością mogę nawet stwierdzić, że znam je z autopsji. Choć przedstawione w tym filmie relacje były, jak na mnie- osobę wierzącą w takie zjawiska, zbyt niepojęte. Chociaż wierzę w realizm takich zdarzeń, to demony, szatan, kopyta, numer bestii 666, nie mieszczą się w moim światopoglądzie. Już dawno pojęcia takie jak piekło, szatan przestały mnie intrygować, niepokoić i straszyć. Mam wielki szacunek dla osób zajmujących się bezpośrednio „łowieniem duchów”, egzorcyzmami, wypędzaniem z młodych ludzi demonów, szukających przyczyn niewytłumaczalnych zjawisk. Wszystko ma swój cel, ale nie potrafię przyjąć ich toku myślenia, i to że posługują się ściśle związanymi z wiarą katolicką, narzędziami, ograniczając się do jej samej. A przecież jest wiele dróg i innych form myślenia bez stereotypów.

Wracając do przesłania, które wówczas odebrałam, to przyznam się, że od dawna przymierzałam się do napisania książki. Wciąż jednak czas był nie ten, brak sprecyzowanej koncepcji, warunków, gotowości. Ciągle borykałam się z tymi problemami, ale czułam, że nastąpi ten dzień, bo w głowie już miałam ją napisaną. Życie mnie wysłuchało i postawiło w tym miejscu, abym mogła przekazać swoje myśli, uczucia. Nie dla sławy, pieniędzy, uznania, ale by pozostawić ślad, trop którym pójdą potomni, dziedzictwo które odnajdą, testament po sobie, spadek. Coś co nie umrze wraz ze mną, ale będzie żyć dalej i będzie światłem dla najbliższych mi osób. Teraz już wiem dlaczego muszę pisać, zrozumiałam to właśnie dzięki temu spotkaniu z „łowcami duchów”, dzięki projekcji „Z pogranicza cudów”. Słowa bohatera filmu: nie spocznę, póki nie przekażę tego moim potomnym: odnosiły się również do mnie. Teraz wiem, że muszę i dlaczego.

Od dziecięcych lat poszukiwałam prawdy o życiu, ludziach, Bogu. Mając dziesięć lat zamiast czytać „Alicję z krainy czarów"czy” Kubusia Puchatka” jak inne dzieci w moim wieku, ja zagłębiałam się w tematykę śmierci, życia pozagrobowego, kontaktu z „tamtym światem”. Moimi lekturami były: „Życie po życiu”, „Życie pozagrobowe”, „Ludzie i sny” i temu podobne. Już nie pamiętam ile to było książek i wszystkich tytułów. Szukałam, choć sama dokładnie nie wiedziałam czego. Pamiętam krótką książkę o życiu po tamtej stronie, napisaną przez jakąś zakonnicę katolicką. To co w niej przeczytałam długo spędzało mi sen z powiek. Wiele kręgów czyśćca, cierpienie, strach, piekło i ludzie cierpiący w nim. Bezsens jaki wywołała ta książka w moim życiu spowodował, że będąc w tak młodym wieku zaczęłam myśleć o śmierci ze strachem i przerażeniem. Napisałam wtedy wiersz to był 1988 roku i do dzisiejszego dnia stanowi on o moim życiu.


Białą drogą przez biały las

Idzie Biała Śmierć

Idzie jakby nie chciała

A gdy tak drepcze wiatr szumi jej

Nad pustą całkiem głową

Z oczami w dal wpatrzonymi

Myślą jest jakoś daleko

A jej puste dłonie ledwo trzymają

Pustą kasę

Już dawno chciała ją porzucić

Ale cóż to za śmierć bez kosy

I tak pójdzie, pójdzie

Przed siebie

Aż dojdzie do mnie i powie

Już czas na ciebie.


W roku 1997 urodziła się moja starsza córka i rozchorował się dość poważnie mój ojciec. Diagnoza była powalająca- nowotwór złośliwy oskrzeli. Mama zabroniła mówić tacie co mu jest, ze względu na jego upodobania do nadużywania używek. Tak więc trzymaliśmy to w tajemnicy przed nim, mając nadzieję, że z tego wyjdzie. Jego stan z każdym tygodniem się pogarszał. Chemia, którą mu podawano niszczyła jego organizm i wypadały mu włosy. Widok ojca nieraz przyprawiał mnie o dreszcze. Jednak ku zdumieniu wszystkich po sześciu miesiącach jego forma na tyle się poprawiła, że znów zaczął żyć. Jeździł z mamą na mecze, odwiedzał przyjaciół, nawet zajmował się swoją wnuczką.

Do dziś mam w pamięci widok jak bawi się z nią wkładając sobie na uszy jej grzechotki. Miał więcej radości w sobie, niż moja roczna córeczka. Taka euforia trwała do świąt bożonarodzeniowych. Przy wigilijnym stole siedzieli wszyscy moi bracia z rodzinami i ja z mężem. Tata oznajmił nam wtedy, że to jego ostatnie święta. Nie braliśmy tego poważnie, śmiejąc się mówiliśmy, że co jak co, ale poczucie humoru to u niego nigdy się nie skończy. Nie żartował. Był sylwester, dzień w którym wszyscy świętują, bawią się i cieszą, bo za chwilę nowy rok, nowe życie i nowe możliwości. Jednak tego dnia przyszła biała śmierć. Czekała na niego, w naszym domu, a dokładniej w kuchni. Przez pewien czas nie mogliśmy sobie z mamą poradzić, z dziwnym zapachem w lodówce. Robiłyśmy dosłownie wszystko, co się dało. Uporczywość dziwnego smrodu nas wtedy pokonała, wszelkie zabiegi czyszczenia nie odniosły żadnego skutku. Dopiero, gdy ojciec zmarł, zapach ustąpił. W żaden logiczny sposób nie potrafiliśmy tego wyjaśnić. To było pierwsze moje spotkanie z czymś, czego nie szło objąć zdrowym rozsądkiem. Z czymś niewytłumaczalnym, z czymś co nie miało żadnego logicznego wytłumaczenia. Mama powiedziała później, że to widocznie śmierć tam się “zaczaiła” i na tym się skończyło.

Wiem, że życie nie kończy się wraz ze śmiercią. Ciągłe żyjemy, lecz w innym wymiarze rzeczywistości, który od czasu do czasu przenika przez nasz świat. Są ludzie na ziemi, bardziej otwarci niż inni na te wibracje i na kontakt z tym co niektórzy określają jako nieznane. Moja mama była takim medium. Wyczuwała obecność zmarłych i słyszała znaki, jakimi posługiwali się, by można ich było rozpoznać. Nie mogła ich ujrzeć, toteż znaki które dostrzegała, były na tyle charakterystyczne, że mogła domyślić się o kogo chodzi.


Tata, mimo tak ciężkiego stanu nie zdawał sobie sprawy z powagi swojej choroby, nawet jak umierał nie wiedział co się z nim dzieje. W tych ostatnich minutach jego życia siedziałam przy nim na łóżku, a on klepał mnie po ręce i tylko wzdychał. Z każdą minutą stawał się coraz bardziej siny a mama w kuchni szlochała, tak by nie słyszał i mówiła, żeby się już z nim pożegnać bo to koniec. Mówił resztkami sił, że o szesnastej wyjdzie, bo mieli przyjść do niego znajomi na sylwestra. Rodzice zaprosili przyjaciół dużo wcześniej, kiedy stan ojca był jeszcze na tyle stabilny, aby mógł posiedzieć z nimi i pożartować. Jednak nikt nie spodziewał się, że tak szybko mu się pogorszy. Około szesnastej przyszedł jego przyjaciel wtedy ojciec pół leżąc na łóżku a pół na rękach matki umarł. Pamiętam jak dziś, choć minęło już ponad dwadzieścia lat, ten ostatni oddech i te spojrzenie chłodne i dalekie. Napełniło cały pokój lękiem i bezsilnością. Pogotowie, po które zadzwoniłam przyjechało i stwierdziło zgon. Moi bracia ubrali i ogolili ojca, płacząc przy tym jak dzieci. Zabrano go w trumnie do pobliskiej kaplicy.

Ojciec leżał jeszcze w kapliczce. Na dzień przed pogrzebem, pewna znajoma namówiła mamę, aby jak wszyscy skończą się modlić i wyjdą, nałożyła na twarz leżącego ojca białą chusteczkę, na całą noc. Mama z początku była sceptycznie nastawiona do tego pomysłu, ale znajoma zapewniała ją, że jak rano weźmie chusteczkę do domu to wszystkie sprawy z jakimi będzie mieć ona i jej rodzina problem, zostaną szybko załatwione, że ta chusteczka będzie działać jak talizman. Tak też się stało. Po pogrzebie zimną jak lód chusteczkę najpierw zabrał mój brat z żoną aby coś załatwić w urzędzie, potem ja z mężem załatwiając swoje sprawy z ubezpieczeniem. Wszystko zrealizowaliśmy szybko i sprawnie. Nie wiem czy to wpływ tej chusteczki czy w taki sposób te formalności zawsze się odbywają. Jedno wiem — owa biała chusteczka mimo tego, że była w woreczku foliowym nawet przez skórzaną torebkę ziębiła. Tak jakby trzymało się kawałek lodu w ręce, a ten dziwny chłód przenikał wszystko dookoła. Oddaliśmy ją mamie, która trzymała ją w starej meblościance- miejscu, w którym przechowywane były ważne rzeczy. Duża pozioma szafka, zamykana na klucz, pełniła funkcję schowka, miejsca na dewocjonalia typu woda święcona, kropidło, krzyż i świece używane podczas wizyty kapłana po kolędzie. W tymże miejscu została złożona chusteczka- biała i zimna, jak śnieg i lód.

Po pogrzebie spotkaliśmy się całą rodziną w salonie. Nagle ktoś zapukał do drzwi wejściowych, jeden z braci poszedł zobaczyć jednak nikogo tam nie zastał. Później mój mąż poszedł do piwnicy po ogórki i przyszedł za chwilę z pustymi rękoma, blady jak ściana- wtedy zwątpiliśmy. Nie chciał mówić co się stało, ale gdy wszyscy się już rozeszli do domów poprosił mnie, żebym się z nim pomodliła za zmarłych. To było dziwne, gdyż nie należał do osób religijnych i żarliwie wierzących. Modliliśmy się wtedy razem na głos i mocno mnie przytulał, jakby się czegoś obawiał. Dopiero po kilku tygodniach powiedział, że gdy zszedł wtedy do piwnicy ogarnęło go dziwne uczucie czyjejś obecności, a potem poczuł jak ręka mojego ojca dotyka jego głowy i delikatnie go głaszcze. Gdzieś w głowie usłyszał słowa: teraz to sam musisz się wszystkim zająć, całym domem- a masz czym. Trzeba było czasu, aby zdobył się by o tym opowiedzieć. Myślę, że długo miał sceptyczny stosunek do tego zdarzenia, aż do czasu, gdy zmarły ojciec zaczął nawiedzać również i moją mamę. W nocy tuż przed snem słyszała kroki w przedpokoju, które zbliżały się do jej łóżka. Czuła, że to ojciec, i że kładzie się obok niej. Sztywniała i nie mogła się poruszyć, a zimno ogarniało całe jej ciało. Mimo, że się nie bała bo wiedziała z kim ma doczynienia, była jak sparaliżowana, nie mogła podnieść ręki. Mówiła mi, że jedynie w myślach powtarzała: wieczny odpoczynek… i wtedy zimno ustępowało a ona mogła wziąć oddech i poruszyć się. Takie zdarzenia miały miejsca w naszym domu jeszcze kilka razy. Pewnej nocy byłam świadkiem jak mama leżąc na kanapie zaczęła dziwnie oddychać i była cała sztywna. Jej ciało było wyciągnięte, a twarz zrobiła się pociągła i wydłużona. Coś jęczała. Był już wieczór, a ja z małą córeczką czekałyśmy, aż przyjdzie mąż z pracy. Zaniepokoił mnie widok i zachowanie mamy, więc zaczęłam ją budzić

— Mamo! Mamo! — wołałam, a ona w ogóle nie reagowała, więc podeszłam do kanapy, na której leżała i potrząsnęłam nią. Wtedy się ocknęła, spojrzała na mnie wzrokiem jakby nie z tego świata i powiedziała tylko:

— Tata tu był!

Moje przerażenie było ogromne, tak spanikowałam, że pobiegłam natychmiast do szafki, w której trzymaliśmy wodę święcona i krzyż. Pokropiłam całe mieszkanie, a krzyż trzymałam w dłoni i chodziłam z nim wszędzie jakbym chciała jakiegoś złego ducha odgonić, a przecież to był mój ojciec. Dom i rodzina była jego azylem, dlatego nie mógł tak po prostu odejść. On nie wiedział, że umarł. Byłyśmy z mamą bezradne, szczególnie ona, bo to do niej najczęściej przychodził.

Zupełnie jak w filmie „Szósty zmysł”, którego bohater uczestniczył w życiu swoich bliskich, jakby nadal z nimi żył, chociaż już dawno pożegnał się ze światem. Ojciec po prostu myślał, że nadal żyje, chodził po mieszkaniu, kładł się spać obok mamy. Byłyśmy zdeterminowane do tego stopnia, że poprosiłyśmy znajomego księdza, by poświęcił dom. Przyszedł, pokropił, odmówił modlitwy, ale to nie pomogło. Ojciec nas nadal odwiedzał. Pewnego dnia, nie minął wtedy jeszcze miesiąc od pogrzebu, mama przechodziła obok meblościanki, w której znajdowały się skarby domu, a między innymi ta chusteczka, gdy nagle otworzyły się jej drzwiczki i zimny podmuch omal jej nie przewrócił. Zrozumiała wtedy, że to co zrobiłyśmy z chusteczką może być powodem wszystkich zdarzeń i tego, że ojciec nie może odejść w pokoju. To my powinniśmy się modlić za niego — mówiła — a nie prosić by on pomagał nam w naszych sprawach. Postanowiłyśmy wtedy, że następnego dnia weźmiemy i zakopiemy ją na cmentarzu. Pech czy inne okoliczności sprawiły jednak, że mama się rozchorowała i nie mogłyśmy pójść na cmentarz. Chciałam iść sama, ale mama nie chciała mnie zostawić z tym problemem, uważała, że sama musi w tym uczestniczyć. Po kilku dniach choroby, w końcu udało nam się dotrzeć na cmentarz i zakopać obok ojca rzekomy talizman, który miał nam ułatwić życie a stał się przyczyną strachu i wyzwolił w naszej rodzinie poczucie lęku przed najbliższymi osobami, które kochaliśmy i które na pewno nie zrobiłyby nam nic złego mimo, że już opuściły ten świat. Mama powiedziała, że skoro za życia nic złego nam ojciec nie zrobił to po śmierci tym bardziej nic takiego się nie stanie. Mądre słowa kochanej mamy! Potem wszystko się uspokoiło, a ojciec już nas nie odwiedzał.

Ale to nie koniec historii z moim zmarłym tatą, nadal się z nim widywałam, w innej zupełnie rzeczywistości. Miejscem naszych spotkań były sny.

III. Kto tam stoi za tobą

Każde zdarzenie w naszym życiu niesie ze sobą jakieś przesłanie, ukrytą prawdę, która prędzej czy później może nam się odkryć. Czasem trzeba lat, czasem tygodni, a czasem wystarczy chwila, aby odczytać przekaz, zrozumieć jego wartość. Możemy narzekać na swój los, przeklinać życie, że nas doświadcza i wszystkich dookoła. Część z nas, tak właśnie robi, bo widzi tylko jedną stronę dziejących się spraw. Lubimy przyciągać problemy do siebie i stawiać poprzeczki. Zawsze znajdziemy dziurę w całym i powód do narzekania. Wiele osób, które pojawiły się w moim życiu przypadkiem, czy po prostu, były w nim zawsze, zauważa tylko negatywne strony wszystkich zdarzeń, chociaż są one mniejsze od pozytywnych. Dobrze jest wszystkim narzekać, że jesteśmy na Ziemi za karę i basta. Trudno natomiast znaleźć jakiś sens i radość. Jeśli nawet jest dobrze, to wspominamy jak było źle, mówiąc teraz jest ok ale… i tak ciągle to słyszę- ale i ale.

Z moją znajomą ze sklepu było tak samo. Gdy jej sytuacja się unormowała, to zamiast cieszyć się z tego co trwało obecnie, ona zamartwiała się rzeczami, które mogły ją jeszcze spotkać w przyszłości i nijako tymi swoimi troskami przyciągała je na własne życzenie.

— Niech Pani spojrzy na to z innej perspektywy, a nie tylko tak, że wszystko jest przeciwko Pani — mówiłam jej nieraz — każdy ma swojego Anioła.

— Ile w Pani jest pozytywnej energii, to pani jest moim Aniołem — odpowiadała.

— Żeby było dobrze musimy czasem dotknąć czegoś złego, wtedy nas to wzmacnia i możemy docenić to jak jest nam dobrze z tym co mamy, rozumie Pani?

— Tak, ale czemu mnie spotyka tyle rzeczy naraz. Przez wiele lat zmagałam się z mężem pijakiem, który mnie źle traktował, poniżał, ubliżał, robił awantury. Nie wytrzymałam tego i wyprowadziłam się do matki. Syn po ukończeniu szkoły poszedł do ojca, który go rozpił. Przez pewien czas był spokój. Żyłyśmy sobie z mamą we względnym szczęściu, aż do momentu, kiedy zdiagnozowano u niej raka. Mąż zmarł i myślałam, że wszystkie problemy się rozwiązały, a tu nagle taka wiadomość. Niech mi pani powie, ile jest w stanie znieść jeden człowiek?

— Proszę uwierzyć, że bardzo wiele — odpowiadałam.

— Ale czym sobie na to zasłużyłam?

— Nikt nie zasługuje na to, by cierpieć. Nikt też nie potrafi odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak się dzieje.

Nie mogłam jej tych spraw wyjaśnić, nie mogłam też zostawić ją z tym samą. Moje zadanie polegało na tym, aby słuchać jej żalów i być, tuż obok. Nikt z nas nie jest przygotowany na cierpienia bliskich, nawet ci co myślą, że świat należy do nich bo mają pieniądze, znajomości i układy. W takiej sytuacji każdy jest zdany tylko na siebie i na to co ma do ofiarowania, tym którzy coś potrzebują.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 22.95