CZĘŚĆ 1
AUTOR MATEUSZ NOCEK
Dosyć mam wszystkiego
2024 — grudzień
Ach, jakże dosyć mam wszystkiego
Wciąż szukanie bodźców
Co połechcą moje ego
Znów słowa, słowa, słowa
Tyle lat w ustach bełkot miałem
Pewnego dnia zamilczeć chciałem
Wnosić coś do świata…
Tylko po co?
Pytanie po poniesionych stratach
Znów w oknie wzdycham nocą
Czas mnie właśnie wepchnął
Do trzydziestego trzeciego wagonu
Schyłku mego lata
Żebym tylko, żebym tylko
Oko miał na piękno
I zmysłów nigdy nie postradał
*2
listopad /grudzień — 2024
Zawsze wiedziałem, mówiłem — nie pasuję
Do świata tego, w którym tak źle się czuję
Co dzień ducha mego chce się izolować
Co noc zasypiam bez dobrego słowa
Jeszcze do siebie nie gadam, a znam takich
Co się nawet z tym nie kryją, oj chłopaki…
Na mieście też kobiety widzę
Co bezczelnie na głos swe
Analizują życie
Już nie wiadomo jaka to choroba
Postępuje w zdrowych wczoraj głowach?
Noc tramwajowa
27.11.2024
Wrocław
Świat inaczej chciałbym widzieć
Wciąż dobrze tam, gdzie nas nie ma
Godzinę później będę w domu
Ach, gdyby to na przykład była Serbia…
Tramwaj nocą, oświetlone miasto
Autobus mój odjechał
Jakoś się tłukę wśród niewielu
Na pokładzie myśli z Sarajewa
Na peronie nas kilkoro
Więcej par, samotnych mniej
Chociaż tyle, chociaż tyle
Na duchu jakoś lżej…
Z rozkładami znów to samo
Albo teraz jak chcą jeżdżą
Znów czas cenny mi zabrano
Moje nerwy mnie nie pieszczą
Lata ćwiczeń, medytacji
Aby spokój w piersi rozkwitł
Właśnie tramwaj przegapiłem
Nie ten peron, nie zdążyłem…
Transmigracja
Gdzie będziesz Moja Droga?
Przede mną gdzie Cię schowa
Ta siła równej wagi
Co tak lubi z ludzi zakpić?
Potrzebnych parę oznak
Za życia ustalonych
By w przyszłym właśnie one
Pomogły się rozpoznać
Najsilniejsze dwa wspomnienia
Coś, co z krańców nas przyciągnie
Będę szukał Twego brzmienia
Które dziś wysyłasz do mnie
Niechaj będzie tajemnicą
W rdzeniu świadomości wrytą
I opadłą w dusz kotwicą
Która to zagadką skrytą
Zagubiony
30 września
2024
Coraz częściej czuję lęk
Przed tym, co od niedawna
Jeszcze było mi przyjemnością
Sumienia złowieszczy dźwięk
Kłamstwem podszyta prawda
Nocą tulą mnie z miłością
Tak bardzo potrzebuję ciszy wieczoru
Nie dla mnie już przygodny seks, już nie
Stoję na dziwnym życia przedpolu
Czy to zmiana na lepsze dokonuje się?
Wiem, z zaskoczenia zwykle działa los
Przewidzieć ruch jego — to mrzonka
Wsłuchany w swego serca głos
Pośród myśli złych się błąkam
Nie mamy czasu na sentymenty
Nie mamy czasu na sentymenty
I brak nam go na rozmowy o sobie
On w prostej linii przez dzień przechodzi kręty
Ja milczę, Ty niczego mi nie powiesz
Po tylu latach wśród bitew na słowa
Odwaga chce prawdy dla Twych oczu
Tak łatwo jest się w sobie schować
A trudno w chwili takiej się zjednoczyć
Potrzebowałem czasu żeby dojrzeć
Do tego życia, które jest właściwe
By na nie z innej strony spojrzeć
I zrozumieć emocje tak dotkliwe
Przetoczył się przez nas duch bezradności
Wielkie mamy ze sobą braki
W każdym spotkaniu szukamy miłości
By w każdym zbliżeniu znaleźć jej smaki
Na moment poza wszystkim
Ramiona niech scalą się
Raz daleki, a raz bliski
Nieustannie kochający Cię…
Długo, za długo, za długo to już trwa…
Odchodzisz, powroty, odchodzę ja!
Nie chcę, ja nie chcę, nie chcę już być sam!
Przychodzisz, odejścia, przychodzę ja…
Czasy kochania
Dzisiaj to nie czasy kochania ludzi
Człowiek człowiekowi, człowiek się nudzi
Dzisiaj to czasy nienawiści
Dobro jest na końcu, liczą się korzyści
Nawet w tej optyce widzę obojętność
Właśnie to w tej lidze drwi z brzydoty piękno
Dotrzymać sobie kroku w pędzie nader żywym
Co dudni o spokój w tempie niegodziwym
Gdyby Cię nie było
Białą herbatą z przedwczoraj popijałbym ranek
Wczesny jak wtenczas, gdy jeszcze ziewałaś
Budząc mój zachwyt, tym właśnie ziewaniem
Gdy dzielnie jak żołnierz na życie wstawałaś
Gdyby Cię nie było
Jak Kusy utykałbym z miłości
I piłbym nie wierząc już w miłość
I nijak bym żył, nie wierząc już przyszłości
Co dzień cieszyłem się, że Cię mam w tym mieście
Że jesteś, że Cię Kocham pośród tylu kobiet
Dzisiaj jeszcze nie wiem, co to znaczy odejście
To prawdziwe na zawsze lecz już tęsknię ja po Tobie
Ludziom w oczy
Nie lubię patrzeć ludziom w oczy
Bo coś mi nie pozwala
Przeraża mnie ich pesymizm
Jakby w nich umarła wiara
Nie lubię patrzeć ludziom w oczy
Widzę w nich tak mało
Przygnębieni siewcy śmierci
Jakby żyć im się nie chciało
Coraz częściej noszę okulary
Chcąc ukryć się przed światem
Złudne może lecz to sprawia
Że w duszy mojej brzmią fanfary
Kłamstwo, zazdrość, jad, nienawiść
Radość z moich niepowodzeń
Grunt to się z sobą dobrze bawić
Bez nich na swej drodze
Nie lubię patrzeć ludziom w oczy
Wygasły w nich wartości
Nieskorzy tacy do pomocy
W pułapce świata bez miłości
Nie lubię patrzeć ludziom w oczy
A widzieć coś dobrego
Chciałbym nie dostrzegać złego
By mnie pięknem ktoś zaskoczył
Jadę na Podhale
Jadę na Podhale
Przygrucham sobie babę
Będę pił z góralem
Z życia się wyżalę
Zajmę się rzeźbą tego świata
Z któregom przybył u podnóże gór
Się odłączyłem od wielkiego świata
Co je okala wilków sznur
Stanę się góralem
Chociaż krew nie ta
Bliżej mi niż dalej
Do własnego ja
Będę malował jak Witkacy
Nad owcami przejmę ster
Będę uczył się od Bacy
Jak wyrabiać dobry ser
A u mnie świeca
05:15, 11 września, Wrocław
Sępolno, w mieszkaniu
A u mnie świeca
Imbir i wetiweria
Pali się jeszcze z wczorajszego wieczora
Czwarta pięćdziesiąt dwie
Pięć mocnych gwiazd
I księżyc w kształcie ostrego banana
Kawa z łyżeczką w kubku
A u mnie świeca
I skośny jazz przed świtem
Jeszcze świerszcze
I ostatni chłód lata
O piątej trzynaście
A u mnie świeca
Starczy jeszcze na wieczór jutrzejszy
Lecz już nie do rana
A u mnie świeca
W przebudzeniu pierwsze myśli:
Tylko mnie kochaj, a damy sobie radę…
Czuję że tej zimy…
Czuję, że tej zimy znajdę w Tobie pasję.
Znów zacznę słuchać rocka —
Black Country Communion.
Zapomnisz o jesieni, której tak nie lubisz.
Odżyjesz w zimie, którą wolisz.
Od chlapy, deszczu, szarości.
Dymów z kominów tego miasta
Który widok na i tak niezbyt ciekawą
Drukarnię gęstością przysłania.
Wiesz, biały puch to przynajmniej okrasza
Najbrzydsze kamienice, tulone jak dzieci
W ramionach mrozu z dodatkiem sopli
I naturalnego brokatu, co jaskrawością
zwykle bije po oczach, oślepia za dnia.
Czuję, że tej zimy znajdę w Tobie pasję.
Ten uśmiech dobrem i szczerością szeroki.
Na śnieg! Na śnieg chodźmy Miła!
By w radości tej, magii grudnia
podtrzymać, co niewygasłe.
Piękna jest natura goła
gdy na oczach naszych jesień
ostatnie odzienie wierzchnie
bezwstydnie z siebie zrzuciła…
*13
Jedyną ucieczką, znaczy
wyjściem, zdaje się
czym prędzej w chaszcze
wartko w zgliszcza!
Przeprowadzić się w okolice te
i tam mieszkać, zamieszkiwać.
Na serce się moje klnę
że Chrystus tam czasem bywa.
I już widzę te chwile wśród drzew
pełno zwierząt przyjaznych mi.
Jeśli możesz, bierz gitarę, plecak
tam zło nie sięga, mówię Ci…
*14
Kiedyś mię się zdawało
Żem Cię kochał mocno i szczerze
Lecz nie serce, a co innego kochało
W nic nie wierzyłem, w nic nie wierzę…
Przykro mi i podle się czuję
Gdy ciągle Cię zawodzę
Ciężko oprzeć się pokusie
Która jak kula przy mej nodze
Chciałbym być jak John Constantine
Poświęcić się za kogoś
By mi anulowano wszystkie tu na ziemi grzechy
Grzechów mych bowiem
Występuje niezła mnogość…
*15
gdy czuję się samotny
myślę o Tobie i muzyce jazzowej
choć słucham tej ciszy pomiędzy dźwiękami
palca koniuszkiem maluję obraz na brzuchu
co moment objąć chcę Twoją głowę
ognistą w te zimne dni marcowe
natchnienie odwiedza mnie czasami
wstaję po czwartej, jeszcze ciemno
za oknem śnieg dodaje otuchy
jak nowojorski pejzaż zimowy
żadne tam marzenie
ale tak mieszkać na Manhattanie
piękni jesteśmy, być jeszcze bogatym…
Eskapady
Eskapady nocne, gdy diabelską mocą wiedziony
Tramwajem w starego miasta kąty jadę
By me ciało jej rzęsom biło pokłony
W spodniach mam hybrydową szpadę
Z wilgoci powstaję jak Feniks z popiołu
Tej nocy głównym daniem byłem dla niej
Rano niczym okruch życia trzymam się stołu
Przedświt mi włącza jako takie myśli pranie
Eskapada bez snu, przegubowym autobusem
Umęczone twarze za swojego cię mają
Jednym tylko z niego wyskakuję susem
Poddając się zielonym parku skrajom
Krosty poezji
jem życie, i tylko od cukru mi one
pandemia, przestałem odczuwać smak gorzki
i tylko ten, ależ mi słodko!
jawią się krosty nowe, jak słowa
pożeram kolorowe z biedronki groszki
i wierszy tyle spisanych mam na plecach
a w lustro patrząc czytam je sobie
z czoła
krost poezji nikt zbronować nie zdoła
ale heca!
Do destrukcji
Nie jestem stworzony do destrukcji
Za młodu nie masz świadomości
Poddajesz się okolicznościom
Akceptujesz prawa codzienności
A ja łeb na karku mam!
Choć go ciężko tak!
Gen rywalizacji we mnie
Pozwala mi stąpać dzielnie!
Nie jestem stworzony do destrukcji
Ale czasem jakby drugi ja
To wulkan gotowy do erupcji
Niszczącą lawę w sobie mam
*19
Ja jestem głodny wiedzy i życia
Ja patrzę szeroko, ty tylko w punkt
jeden, co ci odgania od piękności
oko, a przynagla pod źrenice
umartwienie i biedę…
Wtorek — [tryptyk]
Koło czyjego okna, jak duch przechodzę
O tej bezlitosnej porze?
Myśli ciężarne rodzę.
Słyszę wnętrze swej modlitwy
Co powtarza: Boże, Boże, Boże…
Co to za ptaka gatunek, który śpiewa?
Przedwczoraj dzień poezji, wiosny dzień pierwszy.
Przede mną złowrogo ten czas rozbrzmiewa
Pośród tylu wspaniałych przyjaciół wierszy.
Ty śpisz jeszcze, wstawanie mając za sobą
I na przystankach stanie w mroźnych minutach.
Oddałbym swe lata młode, byle by być z Tobą
Bo to życie moje jest jak pokuta.
A co ja pocznę, gdy zabraknie mi Ciebie?
Żałobę znosić mi przyjdzie samotnie
Wiedz, że ja umrę na Twym pogrzebie
Bo tylko śmierć — tak jak Ty — mnie dotknie…
Środa — [tryptyk]
Okazuje się, że myśli moje nie kończą się na tym
By jeden to wiersz był, gdy przechodzę pod oknem.
Mam nadzieję, że śpisz i sen masz kosmaty?
Śpij dobrze, ja przed zimnem guzik dopnę.
Ptaszki szersze niż wczoraj toczą rozmowy.
Donośne ich plotki o nas na całą dzielnicę.
Ale gdyby dźwiękiem tak pięknym
wydobywać słowy?
To ja zacząłbym o nas zapewne krzyczeć.
Uwierz mi proszę. Żebyś tylko słyszała
Jaki zachwyt niesie się w ich głosie.
Wyobrażam sobie jakbyś ich słuchała
Ze śniadaniem lub pod wieczór przy papierosie.
Ale one tu dla mnie współczucia nie kryją.
Jest przed piątą, to nieludzka godzina.
Dlatego z bólu ptaki, jak ja, nie wyją,
Bo dla ptaków się nigdy nic nie zaczyna.
Czwartek — [tryptyk]
Ach! Dziś to koncert prawdziwy, symfonia!
Najwyższy poziom czystych dźwięków.
Dzień trzeci pod oknem Twoim
Przeszedłem, jak człowiek już.
Trzydniowa do ludzkiej postaci to droga od ducha.
Nie słyszałem dziś u siebie duszy swej jęków
Bo lepiej chyba jest mi znacznie
Z pewnością od dnia pierwszego.
Choć stojąc znów na przystanku
Nadal otula mnie chłód
A ciepły mam płaszcz ostatni
I rozpacz już mniejsza dzięki Tobie.
Leku mój na stan, co życia przekreśla chwile.
Dlatego nie wiem, dumać nie chcę
Choć atak szturmują znów myśli
Że stracę Ciebie dla mnie za wcześnie
I nieznany będzie nam spacer
Wśród jesiennych liści…
Brzesko
w pamięci mam lato
Ciebie czerwcową taką o nocy
a później porankiem chłodnym
gdzie pierwsze promienie
i rześkość, dają ukojenie
i Twoje stopy zapach rosy
paznokcie w kolorze
hotelowego twarożka…
doczekać się nie mogę
by z koszyka Twoich dłoni
zajadać owoce
może się powtórzą
prowincji dni beztroskie
dumne wsie, z których ścieżki
w górskie prowadzą szlaki
pocałunki na szyję
inny dotyk niż ten na co dzień
który ciało Twe przyjmuje
o ile, a pamięta skóra
nie dreszczy przeznaczenie
ale oszukać istotę starych bodźców
dla odmiany będę dotykał
gdzie taki niby banał
a mówią, że tam nosimy swe życie
pocałunki na szyi zostawię
jak dźwięki przyjemnego jazzu
który długim koncertem przyobleka wieczór
pocałunki na szyi zostawię
pocałunki na szyję
pocałunki
zostawię
Polska/Czechy
7 maja, 2024
Szósty grudnia
Znowu tramwaj nie przyjechał mi
Do życia mego jak to się ma?
„Coś się stało w mieście dziś”
Rzekł do Pani, jakiś taki Pan
Nie ma śniegu, Mikołaja też
Zawsze zjeżdżał w miasta biały puch
Od tygodnia szaro, pada deszcz
Ponoć od rana jest wstrzymany ruch
A ta Pani przytuliła go
Bo to życie smutne zdało się jej wtem
A ja stałem, wcierałem w ręce krem
Od tych państwa w trzeci stałem krok
Gdy ta Pani na mnie popatrzyła się
W mig poczułem ten jej depresyjny stan
I już widziałem, jak to dotyka mnie
I jak to się do życia mego ma…
Wszystko wywiera na nas jakiś wpływ
Życie zawsze ma największy bis
Nagle na przystanku następuje zryw
Z oddali widać autobusu rys
Ludzie mieli już czekania dość
Jesień krwawiła z szaroburych ran
Stało się w mieście poważnego coś
Rzekł do Pani pewny siebie Pan
A ta Pani przytuliła go…
Chwila posłańcem życia przecież jest
Teraz szybko się przesuwa czas
Za tramwaj, autobus, co już wyraźnie mknie
Niektórych czekających oślepia świateł blask
Obserwuję wszystkich, przejęła ulga ster
Radości pełni bez wyjątku wraz
W każdego jakiś jego ważny cel
Linia rezerwowa zbiera wszystkich nas
A ta Pani tuli mocno go
W autobusie niemożebny ścisk
Stoję od nich w jakiś siódmy krok
Korki, klaksony, chaos, miasta pisk!
W jednej z kamienic czeka na mnie ktoś
Prywatny Mikołaj, co się nie śni dzieciom
Na peronach wszechogarniająca złość
W oddali się syren niebieskie światła świecą…
Tobą jak menel chodzę upity
26 kwietnia 2021
Proszę nie płacz, gdy złamię Ci serce
Poklejone jest moje, a może go nie mam
Nie poradzi nic tej strasznej usterce
Przebacz, z emocji zżera mnie trema
W ciągłym żyję strachu i ból jednolity
Przeszywa chore me wnętrzności
Wciąż Tobą jak menel chodzę upity
Brudem zaszła dusza z sadzy mam kości
Palę znów schudłem, za dnia jakiś kęs
Nocą wino piję jak z Twej piersi słodycz
W tych momentach życie zawsze traci sens
Choćbym nie wiem, ile miał na koncie złotych
W ciągłym żyję strachu i ból jednolity
Przeszywa chore me wnętrzności