E-book
18.9
drukowana A5
33.79
drukowana A5
Kolorowa
58.61
NIC DLA POTOMNYCH

Bezpłatny fragment - NIC DLA POTOMNYCH

piosenki ze wsi i trochę z miasta


Objętość:
129 str.
ISBN:
978-83-8414-016-1
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 33.79
drukowana A5
Kolorowa
za 58.61

CZĘŚĆ 1
AUTOR MATEUSZ NOCEK

Dosyć mam wszystkiego

2024 — grudzień

Ach, jakże dosyć mam wszystkiego

Wciąż szukanie bodźców

Co połechcą moje ego


Znów słowa, słowa, słowa

Tyle lat w ustach bełkot miałem

Pewnego dnia zamilczeć chciałem


Wnosić coś do świata…

Tylko po co?

Pytanie po poniesionych stratach

Znów w oknie wzdycham nocą


Czas mnie właśnie wepchnął

Do trzydziestego trzeciego wagonu

Schyłku mego lata

Żebym tylko, żebym tylko

Oko miał na piękno

I zmysłów nigdy nie postradał

*2

listopad /grudzień — 2024

Zawsze wiedziałem, mówiłem — nie pasuję

Do świata tego, w którym tak źle się czuję

Co dzień ducha mego chce się izolować

Co noc zasypiam bez dobrego słowa


Jeszcze do siebie nie gadam, a znam takich

Co się nawet z tym nie kryją, oj chłopaki…

Na mieście też kobiety widzę

Co bezczelnie na głos swe

Analizują życie


Już nie wiadomo jaka to choroba

Postępuje w zdrowych wczoraj głowach?

Noc tramwajowa

27.11.2024

Wrocław

Świat inaczej chciałbym widzieć

Wciąż dobrze tam, gdzie nas nie ma

Godzinę później będę w domu

Ach, gdyby to na przykład była Serbia…


Tramwaj nocą, oświetlone miasto

Autobus mój odjechał

Jakoś się tłukę wśród niewielu

Na pokładzie myśli z Sarajewa


Na peronie nas kilkoro

Więcej par, samotnych mniej

Chociaż tyle, chociaż tyle

Na duchu jakoś lżej…


Z rozkładami znów to samo

Albo teraz jak chcą jeżdżą

Znów czas cenny mi zabrano

Moje nerwy mnie nie pieszczą


Lata ćwiczeń, medytacji

Aby spokój w piersi rozkwitł

Właśnie tramwaj przegapiłem

Nie ten peron, nie zdążyłem…

Transmigracja

Gdzie będziesz Moja Droga?

Przede mną gdzie Cię schowa

Ta siła równej wagi

Co tak lubi z ludzi zakpić?


Potrzebnych parę oznak

Za życia ustalonych

By w przyszłym właśnie one

Pomogły się rozpoznać


Najsilniejsze dwa wspomnienia

Coś, co z krańców nas przyciągnie

Będę szukał Twego brzmienia

Które dziś wysyłasz do mnie


Niechaj będzie tajemnicą

W rdzeniu świadomości wrytą

I opadłą w dusz kotwicą

Która to zagadką skrytą

Zagubiony

30 września

2024

Coraz częściej czuję lęk

Przed tym, co od niedawna

Jeszcze było mi przyjemnością

Sumienia złowieszczy dźwięk

Kłamstwem podszyta prawda

Nocą tulą mnie z miłością


Tak bardzo potrzebuję ciszy wieczoru

Nie dla mnie już przygodny seks, już nie

Stoję na dziwnym życia przedpolu

Czy to zmiana na lepsze dokonuje się?


Wiem, z zaskoczenia zwykle działa los

Przewidzieć ruch jego — to mrzonka

Wsłuchany w swego serca głos

Pośród myśli złych się błąkam

Nie mamy czasu na sentymenty

Nie mamy czasu na sentymenty

I brak nam go na rozmowy o sobie

On w prostej linii przez dzień przechodzi kręty

Ja milczę, Ty niczego mi nie powiesz

Po tylu latach wśród bitew na słowa

Odwaga chce prawdy dla Twych oczu

Tak łatwo jest się w sobie schować

A trudno w chwili takiej się zjednoczyć


Potrzebowałem czasu żeby dojrzeć

Do tego życia, które jest właściwe

By na nie z innej strony spojrzeć

I zrozumieć emocje tak dotkliwe

Przetoczył się przez nas duch bezradności

Wielkie mamy ze sobą braki

W każdym spotkaniu szukamy miłości

By w każdym zbliżeniu znaleźć jej smaki


Na moment poza wszystkim

Ramiona niech scalą się

Raz daleki, a raz bliski

Nieustannie kochający Cię…


Długo, za długo, za długo to już trwa…

Odchodzisz, powroty, odchodzę ja!

Nie chcę, ja nie chcę, nie chcę już być sam!

Przychodzisz, odejścia, przychodzę ja…

Czasy kochania

Dzisiaj to nie czasy kochania ludzi

Człowiek człowiekowi, człowiek się nudzi

Dzisiaj to czasy nienawiści

Dobro jest na końcu, liczą się korzyści


Nawet w tej optyce widzę obojętność

Właśnie to w tej lidze drwi z brzydoty piękno

Dotrzymać sobie kroku w pędzie nader żywym

Co dudni o spokój w tempie niegodziwym

Gdyby Cię nie było

Białą herbatą z przedwczoraj popijałbym ranek

Wczesny jak wtenczas, gdy jeszcze ziewałaś

Budząc mój zachwyt, tym właśnie ziewaniem

Gdy dzielnie jak żołnierz na życie wstawałaś


Gdyby Cię nie było

Jak Kusy utykałbym z miłości

I piłbym nie wierząc już w miłość

I nijak bym żył, nie wierząc już przyszłości


Co dzień cieszyłem się, że Cię mam w tym mieście

Że jesteś, że Cię Kocham pośród tylu kobiet

Dzisiaj jeszcze nie wiem, co to znaczy odejście

To prawdziwe na zawsze lecz już tęsknię ja po Tobie

Ludziom w oczy

Nie lubię patrzeć ludziom w oczy

Bo coś mi nie pozwala

Przeraża mnie ich pesymizm

Jakby w nich umarła wiara


Nie lubię patrzeć ludziom w oczy

Widzę w nich tak mało

Przygnębieni siewcy śmierci

Jakby żyć im się nie chciało


Coraz częściej noszę okulary

Chcąc ukryć się przed światem

Złudne może lecz to sprawia

Że w duszy mojej brzmią fanfary

Kłamstwo, zazdrość, jad, nienawiść

Radość z moich niepowodzeń

Grunt to się z sobą dobrze bawić

Bez nich na swej drodze


Nie lubię patrzeć ludziom w oczy

Wygasły w nich wartości

Nieskorzy tacy do pomocy

W pułapce świata bez miłości


Nie lubię patrzeć ludziom w oczy

A widzieć coś dobrego

Chciałbym nie dostrzegać złego

By mnie pięknem ktoś zaskoczył

Jadę na Podhale

Jadę na Podhale

Przygrucham sobie babę

Będę pił z góralem

Z życia się wyżalę


Zajmę się rzeźbą tego świata

Z któregom przybył u podnóże gór

Się odłączyłem od wielkiego świata

Co je okala wilków sznur


Stanę się góralem

Chociaż krew nie ta

Bliżej mi niż dalej

Do własnego ja


Będę malował jak Witkacy

Nad owcami przejmę ster

Będę uczył się od Bacy

Jak wyrabiać dobry ser

A u mnie świeca

05:15, 11 września, Wrocław

Sępolno, w mieszkaniu

A u mnie świeca

Imbir i wetiweria

Pali się jeszcze z wczorajszego wieczora

Czwarta pięćdziesiąt dwie


Pięć mocnych gwiazd

I księżyc w kształcie ostrego banana

Kawa z łyżeczką w kubku


A u mnie świeca

I skośny jazz przed świtem

Jeszcze świerszcze

I ostatni chłód lata

O piątej trzynaście


A u mnie świeca

Starczy jeszcze na wieczór jutrzejszy

Lecz już nie do rana


A u mnie świeca

W przebudzeniu pierwsze myśli:

Tylko mnie kochaj, a damy sobie radę…

Czuję że tej zimy…

Czuję, że tej zimy znajdę w Tobie pasję.

Znów zacznę słuchać rocka —

Black Country Communion.

Zapomnisz o jesieni, której tak nie lubisz.


Odżyjesz w zimie, którą wolisz.

Od chlapy, deszczu, szarości.

Dymów z kominów tego miasta

Który widok na i tak niezbyt ciekawą

Drukarnię gęstością przysłania.


Wiesz, biały puch to przynajmniej okrasza

Najbrzydsze kamienice, tulone jak dzieci

W ramionach mrozu z dodatkiem sopli

I naturalnego brokatu, co jaskrawością

zwykle bije po oczach, oślepia za dnia.


Czuję, że tej zimy znajdę w Tobie pasję.

Ten uśmiech dobrem i szczerością szeroki.


Na śnieg! Na śnieg chodźmy Miła!


By w radości tej, magii grudnia

podtrzymać, co niewygasłe.

Piękna jest natura goła

gdy na oczach naszych jesień

ostatnie odzienie wierzchnie

bezwstydnie z siebie zrzuciła…

*13

Jedyną ucieczką, znaczy

wyjściem, zdaje się

czym prędzej w chaszcze

wartko w zgliszcza!


Przeprowadzić się w okolice te

i tam mieszkać, zamieszkiwać.

Na serce się moje klnę

że Chrystus tam czasem bywa.


I już widzę te chwile wśród drzew

pełno zwierząt przyjaznych mi.

Jeśli możesz, bierz gitarę, plecak

tam zło nie sięga, mówię Ci…

*14

Kiedyś mię się zdawało

Żem Cię kochał mocno i szczerze

Lecz nie serce, a co innego kochało

W nic nie wierzyłem, w nic nie wierzę…


Przykro mi i podle się czuję

Gdy ciągle Cię zawodzę

Ciężko oprzeć się pokusie

Która jak kula przy mej nodze


Chciałbym być jak John Constantine

Poświęcić się za kogoś

By mi anulowano wszystkie tu na ziemi grzechy

Grzechów mych bowiem

Występuje niezła mnogość…

*15

gdy czuję się samotny

myślę o Tobie i muzyce jazzowej

choć słucham tej ciszy pomiędzy dźwiękami

palca koniuszkiem maluję obraz na brzuchu

co moment objąć chcę Twoją głowę

ognistą w te zimne dni marcowe

natchnienie odwiedza mnie czasami

wstaję po czwartej, jeszcze ciemno

za oknem śnieg dodaje otuchy

jak nowojorski pejzaż zimowy

żadne tam marzenie

ale tak mieszkać na Manhattanie

piękni jesteśmy, być jeszcze bogatym…

Eskapady

Eskapady nocne, gdy diabelską mocą wiedziony

Tramwajem w starego miasta kąty jadę

By me ciało jej rzęsom biło pokłony

W spodniach mam hybrydową szpadę


Z wilgoci powstaję jak Feniks z popiołu

Tej nocy głównym daniem byłem dla niej

Rano niczym okruch życia trzymam się stołu

Przedświt mi włącza jako takie myśli pranie


Eskapada bez snu, przegubowym autobusem

Umęczone twarze za swojego cię mają

Jednym tylko z niego wyskakuję susem

Poddając się zielonym parku skrajom

Krosty poezji

jem życie, i tylko od cukru mi one

pandemia, przestałem odczuwać smak gorzki

i tylko ten, ależ mi słodko!

jawią się krosty nowe, jak słowa

pożeram kolorowe z biedronki groszki

i wierszy tyle spisanych mam na plecach

a w lustro patrząc czytam je sobie

z czoła

krost poezji nikt zbronować nie zdoła

ale heca!

Do destrukcji

Nie jestem stworzony do destrukcji

Za młodu nie masz świadomości

Poddajesz się okolicznościom

Akceptujesz prawa codzienności


A ja łeb na karku mam!

Choć go ciężko tak!

Gen rywalizacji we mnie

Pozwala mi stąpać dzielnie!


Nie jestem stworzony do destrukcji

Ale czasem jakby drugi ja

To wulkan gotowy do erupcji

Niszczącą lawę w sobie mam

*19

Ja jestem głodny wiedzy i życia

Ja patrzę szeroko, ty tylko w punkt

jeden, co ci odgania od piękności

oko, a przynagla pod źrenice

umartwienie i biedę…

Wtorek — [tryptyk]

Koło czyjego okna, jak duch przechodzę

O tej bezlitosnej porze?

Myśli ciężarne rodzę.

Słyszę wnętrze swej modlitwy

Co powtarza: Boże, Boże, Boże…


Co to za ptaka gatunek, który śpiewa?

Przedwczoraj dzień poezji, wiosny dzień pierwszy.

Przede mną złowrogo ten czas rozbrzmiewa

Pośród tylu wspaniałych przyjaciół wierszy.


Ty śpisz jeszcze, wstawanie mając za sobą

I na przystankach stanie w mroźnych minutach.

Oddałbym swe lata młode, byle by być z Tobą

Bo to życie moje jest jak pokuta.


A co ja pocznę, gdy zabraknie mi Ciebie?

Żałobę znosić mi przyjdzie samotnie

Wiedz, że ja umrę na Twym pogrzebie

Bo tylko śmierć — tak jak Ty — mnie dotknie…

Środa — [tryptyk]

Okazuje się, że myśli moje nie kończą się na tym

By jeden to wiersz był, gdy przechodzę pod oknem.

Mam nadzieję, że śpisz i sen masz kosmaty?

Śpij dobrze, ja przed zimnem guzik dopnę.


Ptaszki szersze niż wczoraj toczą rozmowy.

Donośne ich plotki o nas na całą dzielnicę.

Ale gdyby dźwiękiem tak pięknym

wydobywać słowy?

To ja zacząłbym o nas zapewne krzyczeć.


Uwierz mi proszę. Żebyś tylko słyszała

Jaki zachwyt niesie się w ich głosie.

Wyobrażam sobie jakbyś ich słuchała

Ze śniadaniem lub pod wieczór przy papierosie.


Ale one tu dla mnie współczucia nie kryją.

Jest przed piątą, to nieludzka godzina.

Dlatego z bólu ptaki, jak ja, nie wyją,

Bo dla ptaków się nigdy nic nie zaczyna.

Czwartek — [tryptyk]

Ach! Dziś to koncert prawdziwy, symfonia!

Najwyższy poziom czystych dźwięków.

Dzień trzeci pod oknem Twoim

Przeszedłem, jak człowiek już.

Trzydniowa do ludzkiej postaci to droga od ducha.

Nie słyszałem dziś u siebie duszy swej jęków

Bo lepiej chyba jest mi znacznie

Z pewnością od dnia pierwszego.

Choć stojąc znów na przystanku

Nadal otula mnie chłód

A ciepły mam płaszcz ostatni

I rozpacz już mniejsza dzięki Tobie.

Leku mój na stan, co życia przekreśla chwile.

Dlatego nie wiem, dumać nie chcę

Choć atak szturmują znów myśli

Że stracę Ciebie dla mnie za wcześnie

I nieznany będzie nam spacer

Wśród jesiennych liści…

Brzesko

w pamięci mam lato

Ciebie czerwcową taką o nocy

a później porankiem chłodnym

gdzie pierwsze promienie

i rześkość, dają ukojenie

i Twoje stopy zapach rosy

paznokcie w kolorze

hotelowego twarożka…


doczekać się nie mogę

by z koszyka Twoich dłoni

zajadać owoce

może się powtórzą

prowincji dni beztroskie

dumne wsie, z których ścieżki

w górskie prowadzą szlaki

pocałunki na szyję

inny dotyk niż ten na co dzień

który ciało Twe przyjmuje

o ile, a pamięta skóra

nie dreszczy przeznaczenie

ale oszukać istotę starych bodźców

dla odmiany będę dotykał

gdzie taki niby banał

a mówią, że tam nosimy swe życie

pocałunki na szyi zostawię

jak dźwięki przyjemnego jazzu

który długim koncertem przyobleka wieczór

pocałunki na szyi zostawię

pocałunki na szyję

pocałunki

zostawię

Polska/Czechy

7 maja, 2024

Szósty grudnia

Znowu tramwaj nie przyjechał mi

Do życia mego jak to się ma?

„Coś się stało w mieście dziś”

Rzekł do Pani, jakiś taki Pan


Nie ma śniegu, Mikołaja też

Zawsze zjeżdżał w miasta biały puch

Od tygodnia szaro, pada deszcz

Ponoć od rana jest wstrzymany ruch


A ta Pani przytuliła go

Bo to życie smutne zdało się jej wtem

A ja stałem, wcierałem w ręce krem

Od tych państwa w trzeci stałem krok


Gdy ta Pani na mnie popatrzyła się

W mig poczułem ten jej depresyjny stan

I już widziałem, jak to dotyka mnie

I jak to się do życia mego ma…


Wszystko wywiera na nas jakiś wpływ

Życie zawsze ma największy bis

Nagle na przystanku następuje zryw

Z oddali widać autobusu rys


Ludzie mieli już czekania dość

Jesień krwawiła z szaroburych ran

Stało się w mieście poważnego coś

Rzekł do Pani pewny siebie Pan


A ta Pani przytuliła go…


Chwila posłańcem życia przecież jest

Teraz szybko się przesuwa czas

Za tramwaj, autobus, co już wyraźnie mknie

Niektórych czekających oślepia świateł blask


Obserwuję wszystkich, przejęła ulga ster

Radości pełni bez wyjątku wraz

W każdego jakiś jego ważny cel

Linia rezerwowa zbiera wszystkich nas


A ta Pani tuli mocno go

W autobusie niemożebny ścisk

Stoję od nich w jakiś siódmy krok

Korki, klaksony, chaos, miasta pisk!


W jednej z kamienic czeka na mnie ktoś

Prywatny Mikołaj, co się nie śni dzieciom

Na peronach wszechogarniająca złość

W oddali się syren niebieskie światła świecą…

Tobą jak menel chodzę upity

26 kwietnia 2021

Proszę nie płacz, gdy złamię Ci serce

Poklejone jest moje, a może go nie mam

Nie poradzi nic tej strasznej usterce

Przebacz, z emocji zżera mnie trema


W ciągłym żyję strachu i ból jednolity

Przeszywa chore me wnętrzności

Wciąż Tobą jak menel chodzę upity

Brudem zaszła dusza z sadzy mam kości


Palę znów schudłem, za dnia jakiś kęs

Nocą wino piję jak z Twej piersi słodycz

W tych momentach życie zawsze traci sens

Choćbym nie wiem, ile miał na koncie złotych


W ciągłym żyję strachu i ból jednolity

Przeszywa chore me wnętrzności

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 33.79
drukowana A5
Kolorowa
za 58.61