E-book
13.65
drukowana A5
41.69
drukowana A5
Kolorowa
66.36
Nephilim Anjeles

Bezpłatny fragment - Nephilim Anjeles

Ci co spadli z Nieba

Objętość:
202 str.
ISBN:
978-83-8189-929-1
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 41.69
drukowana A5
Kolorowa
za 66.36

Vagabundo ваза

Nefilim to wielowymiarowe byty żyjące poza czasem. Często utożsamiane są z Wędrowcami. Przybierają wiele form życia i istnieją w wielu istotach jednocześnie. Nazywane są „Aniołami Przeznaczenia” lub „tymi, co spadli z nieba”. Kojarzone są z „syrenim śpiewem”, „czarodziejskim fletem” czy „kijem i marchewką”. Wskazują swym wybrańcom drogę do celu. Pojawiają się w snach, wizjach lub w innych osobach. Nie ingerują w nasze błędy, lecz wskazują nam inne możliwości rozwiązania problemu. Wędrują po przyszłości i po przeszłości. Ich podopiecznych uważa się za wizjonerów i proroków.


„Po śmierci trafimy do miejsca z dwoma zamkniętymi drzwiami.

Zagadką pozostaje, co one zakrywają i dokąd one prowadzą.

Musimy zrezygnować z ziemskiego rozumowania.

Kierując się logiką ludzką, wybierzemy źle.

Chwila wahania zmienną jest i zakrzywia nasze przeznaczenie.

Odkryte przejście doprowadzi nas do tunelu.

Czy wybraliśmy dobrze? Rozum podpowie logicznie.

Dusza wybierze właściwie.

Dotrzemy tam, gdzie nie powinniśmy trafić.

Nefilim wskazał nam drzwi, lecz my wybraliśmy swój los”

— Z.A. von Bazan de Santa Cruz


Skaza

Dożyli dnia, gdy przestali być nazywani obywatelami. Stracili wolność i niezależność, nie wiedząc o tym. Kupiono ich za ciepłe, spokojne życie. Zamieszano w ich głowach, zmieniono ich priorytety. Wskazywano im ambitne, lecz nierealne cele. Wmówiono im, iż muszą się szczepić, a składy szczepionek modyfikowano, by ich uzależnić fizycznie, umysłowo i finansowo. Do żywności i wody dodawano uzależniające, narkotyczne substancje. Stworzono roboty-zombi. Przestępczość spadała, gdyż rozumowanie jednostki zamieniono na wykonywanie poleceń. Populacja ludzka skurczyła się, a ci, co przeżyli, stali się chodzącymi robotami.


Żyli krótko, gdyż urodzili się z genetyczną skazą, której nie dostrzegali za życia. Uważali się za cudowne istoty równe swym umysłem bogom. Stawiali pomniki swym bohaterom, których nigdy nie poznali, tylko ktoś im o nich opowiedział.

Zawładnęli ich wzrokiem i umysłem, wskazując im mroczną ścieżkę niewolniczej pracy.

Dla kogo pracowali i komu służyli? Czcili i uwielbiali obcych, którym budowali złote świątynie i składali hojne dary ofiarne. Ulegli trendom mody i mamonie.

Stali się słabi i stracili instynkt samozachowawczy.


Na ich planecie pojawiła się skaza, która z czasem zamieniła się w rysę i choć była długa i ciągnęła się aż po horyzont, to żaden z mieszkańców jej nie zauważył. Wciąż zabiegani niczym szczury laboratoryjne, znający tylko jedną ścieżkę w swym labiryncie życia. A życie prowadziło ich tylko z domu do pracy i z powrotem.

Obcy znali ludzki rytm serca i dostroili go do rytmu bębna galerników. Rytm ten wystukiwano w czasie pracy. Wciąż ciężko pracowali, by wykarmić swe potomstwo, i nigdy nie dowidzieli się, czy było ono ich, czy ich panów.

Pełnoletność nakazywała przejąć im obowiązki swych już emerytowanych dziadków. Od tej chwili niewolnicza praca stawała się ich domem, a ich dom tylko noclegownią. Przydzielony nadmiar obowiązków nie pozwalał im dostrzec absurdu ich życia. Instynkt samozachowawczy przestał być ich naturalną ochroną, gdyż nigdy nie byli wolni i nie doznali uczucia wolności. Byli tylko robotnikami, choć nazywali siebie awangardą superludzi i panami świata.


Pojawiły się pierwsze anomalie pogodowe, jak silny wiatr i ciepłe deszcze. A oni wciąż pracowali dla mamony i dobrobytu swych panów. Woda w tym ziemskim garze zaczynała się gotować, a oni przyzwyczajali się do wzrastającego ciepła, czerpiąc z tego przyjemność. Siedząc w tym coraz gorętszym garze, nie myśleli, że się ugotują. Nikt nie wychodził z garnka i cieszyli się tą ciepłą, błogą chwilą.

Pracowali dłużej, by móc kupić coraz droższe klimatyzatory. Popyt na nie wzrastał, a podaż malała. Sprytniejsi wykorzystywali prawo rynku, by się wzbogacić. Wzrastały ceny za chłód, a zubożała masa niewolnicza wydawała ostatnie pieniądze i napędzała ten „wyścig szczurów”.

Ziemia wciąż się nagrzewała, aż zaczęła się gotować i dziwnie huczeć. Wybuchały wulkany i lawa niszczyła pola uprawne. Gorące deszcze niszczyły roślinność, lecz i na to nie zwrócono uwagi.

Któregoś dnia pojawił się jasny dym, który z każdym dniem ciemniał i był coraz cieplejszy. Woda odparowywała, tworząc gęste chmury, które z braku ochłodzenia nie zamieniały się w deszcz. Ziemia zaczynała płonąć, a gęsty dym nie miał ujścia w górę, więc dostawał się do płuc mieszkańców. Wzrósł popyt na maski antysmogowe, a przy malejącej podaży ceny znów wzrastały.

Rośliny i zwierzęta chorowały, by w krótkim czasie umrzeć. Uznano to za naturalną selekcję przyrody.

Pewnego dnia ziemia zatrzęsła się i wystrzeliła w górę tysiącami słońc.

Zapracowani ludzie i tego nie zauważyli.

— To naturalne anomalie pogodowe — tłumaczyli władcy.

Nieświadomi zagrożenia mieszkańcy którejś nocy umarli we śnie.


Matka Natura nawet tego nie zauważyła. Zniknął kolejny zagrożony gatunek, jak wiele wcześniejszych.

Zauważyli to gwiezdni Vagabundo, których Ziemia wabiła swym błękitnym blaskiem niczym syrenim śpiewem.

Przybywali tu masowo z najdalszych zakątków Wszechświata, by zacząć od nowa, a ich śladem podążali siewcy, Nephilim Anjeles.

/Z.A. von Bazan de Santa Cruz/


***

Cofnijmy się o milion lat, by ujrzeć rajski świat stworzony przez boskich Atlantydów.

Cofnijmy się do czasów, gdy dzisiejsza Sahara, Andaluzja, Gobi i pustynia Asyryjska leżały jeszcze na dnie morza.

Do czasów, kiedy Europa była złożona z kilkunastu wysp plus dzisiejsze Maroko. Kiedy Azja i Ameryka były niewielkimi lądami, leżącymi przy wielkim kontynencie Centralnym.

Do czasów, gdy z wody wystawały dwie wysokie skalne wyspy — Słupy Herkulesa, współcześnie zwane Gibraltarem na północy i Monte Hacho (Dżabal Musa) w dzisiejszym Maroku. Płynąc między nimi, przekraczano graniczną bastę, czyli bramę do raju. Silny północny nurt prowadził śmiałków do wyspy zwanej Posejda lub a Illa de Poseidón (Wyspy Posejdona) z przepiękną stolicą Cerna, z centralną świątynią Portas Douradas, miastem o złotych bramach lub Cidade das Fontes (miastem wodotrysków). Koordynaty: 36° 57’25”” +/- 6”” N i 6°22’58”” +/- 8” to współczesny rejon bagienny w Marisma de Hinojos.

Cofnijmy się do czasów, gdy na północy był wielki kontynent zwany Hiperborealnym, który zamieszkiwały prymitywne plemiona białych Boreańczyków. Oddzielony był on zimnym morzem i pasmem gór Azorskich, które według opisów sięgały nieba. Pasmo to rozciągało się od dzisiejszej Skandynawii aż po dzisiejszą Florydę. Najwyższym szczytem Azorów była święta góra Atlan o trzech srebrno zaśnieżonych i ostrych jak szpile wierzchołkach, przypominających słynny trójząb Posejdona. Ten niesamowity szczyt widoczny był z każdego punktu kontynentu Centralnego. Majestatyczny, mieniący się rozzłoconym światłem zmrożonych kryształów śnieżnych był dumą i znakiem potęgi Atlantydów.

Każdej nocy obrót Ziemi ustawiał teleskopy tak, by wchodziły w pas transmisji i ostatecznej teleportacji na Lurrę w Układzie Bellatrix. Według legend tę błękitną cywilizację stworzyli Nephilim Anjeles.

Pierwszym władcą Atlantydy był Atlas. Imiona kolejnych władców zaczynały się na literę A. Atlantyda obstawiona była licznymi bazami, których nazwy oznaczano literami nieskończoności Ba i Bi.


Nefilim nie są wędrowcami międzygalaktycznymi, lecz podróżnikami wędrującymi pomiędzy miliardami gwiazd jednej galaktyki. Ich zadaniem jest kontrola form życia w tym rejonie.

Interweniują, jedynie gdy zauważą gdzieś anomalie. To mityczni stwórcy życia, którzy są jednocześnie ogrodnikami i żniwiarzami.


Trzy iglice Atlanu to teleskopy ustawione precyzyjnie w jeden punkt kosmosu. Tunel życiodajnej energii wysyłany i odbierany zapewniał spokój, urodzaj i dobrobyt mieszkańców całego kontynentu. Darmowa i ogólnodostępna energia nazywana była darem życia. Dzielono ją równo między faunę i florę. Przypominało to życie w Niebiańskim Raju wśród mitycznych niebian. Wierzono, iż trójząb ochraniał Ziemię przed niebezpieczeństwem z kosmosu.

Atlas pilnował, by niebo nie spadło na ziemię. O tym mówi mitologia, lecz czego on naprawdę pilnował? Według legend ten rajski ogród stworzono jako kolonię dla małej planety Lurra z Układu Bellatrix. Nazwa Atlantydy pochodzi od słowa Atlan lub Aztlan, czyli nazwy statku Nefilimów.

Nefilim według Starego Testamentu określani są jako Upadli Aniołowie, lub ci, co spadli z nieba. Nefilim żyli długo, mówiono że jeden dzień kosmiczny, czyli tysiąc lat ziemskich. Pozostawili po sobie następców od tak zwanej Lucy. Kim była ta kobieta?

W swoich książkach nazywam ją Pięknotką, Apokalipsą, Europą, Asią, Afrodytą.

Czy wszyscy Nefilm pokochali tylko jedną Lucy?

Czy każdy z przybyszów pokochał inną kobietę?

Przyjęliśmy wersję o Adamie i Ewie.

Czy słusznie?

Faktem jest, że powstał nowy gatunek — zakazany ADA — skrzyżowany z rasą ludzką. Pojawili się nowi błękitnokrwiści, półkrwi boscy książęta, czyli Inkowie, Majowie, Baskowie, Etruskowie, Chaldowie, hinduscy Ruta (Hindu) i Re (Egipt).

Spadkobiercy Nefilim, czyli ADA, byli nową, czerwoną rasą. Ubierali się w purpurowe płaszcze, a na swych czołach malowali czerwone kropki. Swe domy bielili, a drzwi malowali na czerwono.

U schyłku ich supercywilizacji pojawili się nowi — skrzyżowani z Boreańczykami i Lemurczykami, czyli Turańczycy, Arkadyjczycy, Fenicjanie zwani pąsowymi i Semici (półnowi) z rejonów dzisiejszej Szkocji i Irlandii.

Boscy posiadali nieśmiertelną duszę, dzięki której nawiązywali szybki kontakt ze Wszechświatem. Wśród nich byli wynalazcy, profesorowie, alchemicy, pisarze, poeci, malarze pieśniarze i tak dalej. Posiadanie weny twórczej oznaczało, iż mamy do czynienia z osobnikiem boskim.

Kim byli i skąd pochodzili nasi praojcowie?

Legendy odpowiadają na to pytanie dość precyzyjnie. Według przekazów przybyli oni z konstelacji Oriona z Układu Bellatrix z planety Lurra. Mówili w języku dzisiejszych Basków i Gallów — w esquera, w dialektach euskualduna i w euskarien.

Posiadali cztery gatunki pisma:

— hieroglificzne,

— epistolograficzne,

— hieratyczne,

— symboliczne.

Zajmowali cały kontynent Centralny. Swe budowle odwzorowywali według map galaktycznych. Znamy konstelację Oriona, której gwiazdy: Mintaka, Alnilam, Alnitak są skopiowane w piramidach we współczesnej Gizie (Giza w języku esquera oznacza „cywilizacja”), zbudowanych około 400 tysięcy lat p.n.e. przez boski lud Re. Na wyspach Europy, Azji, Ameryki i Afryki zakładano liczne bazy, basty i bastiony.


W ekosferze Układu Słonecznego, w tak zwanej strefie życia, znajdują się trzy planety: Mars, Wenus i Ziemia. Życie na tych planetach następuje przemiennie w zachowanym porządku Ziemia-Wenus-Mars-Ziemia-Wenus-Mars… i tak dalej.

Mianem ekosfery określamy odległość od Słońca, gdy temperatura na planecie nie będzie wyższa niż +80 stopni Celsjusza i nie niższa niż -70 stopni Celsjusza.

W wielu systemach gwiezdnych jest podobnie. Nasza Ziemia jest jedną z baśniowych trzech sióstr, która nie miała szczęścia w miłości. Nikt jej nie kochał i nikt nie chciał tu żyć. Życie napisało tu jednak ciekawy scenariusz. Dwie piękne i adorowane przez Wędrowców planety wypadły z ekosfery za sprawą złej wiedźmy, czyli asteroidy Nefrez.

Na Marsie obniżyła się temperatura do -90 stopni Celsjusza, a na Wenus podwyższyła się do 500 stopni Celsjusza. Życie na obu planetach zginęło, pozostawiając Ziemię jako jedyną nadającą się do zamieszkania, nie licząc księżyca Jowisza zwanego Europa.

Asteroida Nefrez wciąż niebezpiecznie zbliża się do Ziemi. Co trzynaście tysięcy czterysta siedemdziesiąt dwa lata znajdujemy się w strefie zagrożenia, a co dwadzieścia sześć tysięcy dziewięćset czterdzieści cztery lata zakłóca ona biegunowość naszej planety. Poprzednia zmiana biegunowości miała miejsce w roku 11460 p.n.e. i kolejne nastąpi w roku 15484. Herodot powiedział, że od siedmiuset siedemdziesięciu siedmiu lat bogowie nas nie odwiedzają. Potwierdził to również Platon i zapisano to w księgach egipskich i hinduskich.


Kiedyś wypadniemy z ekosfery, a to miejsce zajmie Mars…


Starożytni Re i Ruta opisują skutki, gdy Ziemia znalazła się na kolizyjnej trajektorii. Opisane są tam szczegółowo cztery kataklizmy:

— Pierwszy kataklizm miał miejsce około osiemset tysięcy lat temu i zniszczył rejon znany obecnie jako Bermudy.

— Drugi około dwieście tysięcy lat temu zniszczył kontynent Hiperborealny i oddzielił wyspy Brytyjskie od Skandynawii.

— Trzeci około osiemdziesiąt tysięcy lat temu zniszczył Atlantydę, pozostawiając jedynie dwie wyspy — Ruta i Dajtia, a Europa wynurzyła się z wód, tworząc wielką wyspę.

— Ostatni kataklizm z 11460 roku p.n.e. zniszczył Posejdę i wypiętrzył Andaluzję, Saharę oraz pustynię Asyryjską.

Władców zatopionej wyspy nazywano Deus, czyli bogowie.

W pasie centralnej Atlantydy między biegunami pojawiła się rysa, która zmieniła się w szeroką szczelinę wypełnioną magmą i lawą. Obszar ten wzniósł się, a następnie opadł, niszcząc pasmo gór Azorskich, wypiętrzając o dwadzieścia trzy stopnie półkulę północną i obniżając o dwadzieścia trzy stopnie półkulę południową.

Nastąpiło tsunami, które zalało Lemurię.

Przez wiele tysięcy lat obszar Oceanu Atlantyckiego przyciągał śmiałków, którzy wracali przerażeni. Opowiadali, iż drogi do Raju chroni Cherubin z ognistym mieczem. Inni widzieli pływające skały i warowne mury, których nie skojarzono z pływającym pumeksem.

Bramy do Raju zamknięto i zabroniono wypraw na zachód, gdyż Raj zamienił się w Piekło. Ustalono, że Ziemia jest płaska, i zabroniono wypraw na zachód, by nie rozgniewać bogów strzegących swych tajemnic. Zaprzestano zachodnich wypraw, a nieliczni śmiałkowie nie powracali. Trafiali wprost do piekła, sprzedając duszę diabłu.

Stare mapy były nieprzydatne i chętnie palone przez bogobojnych fanatyków.

Morze Zachodnie wciąż stygło, a z dna morskiego wyłaniały się nowe lądy i wyspy…

Ken

Ken długo szedł wzdłuż wybrzeża. Jego stopy z piskiem przesuwały mokry piasek. Woda szumiała, a silny wiatr od morza tworzył wysokie fale, zalewające plażę. Ptactwo latało nisko, wychwytując wyrzucane na brzeg ryby i rozgwiazdy.

— Żyjemy, by jeść? — rozmyślał. — Czy jemy, by żyć?

W oddali ujrzał dziwny statek święcący swym kadłubem jak księżyc.

— Co to?

Przyśpieszył kroku, gdyż okręt zmierzał do miejscowego portu. Szedł szybko, obserwując to niecodzienne zjawisko, czasem biegł. Ten okręt miał jakąś dodatkową moc i wewnętrzny magnes, gdyż oczy Kena były jakby na uwięzi. Ten obiekt był szybszy i zwinniejszy od ichnich fregat. Można było zaobserwować, że unosi się nad wodą, płynął cicho i majestatycznie jak mgła.

Gdy chłopak dotarł już do portu, spostrzegł, iż ten dziwny statek był już po rozładunku.

— Co to jest? — spytał pierwszego napotkanego mężczyznę.

— To jest okręt Semitów — odpowiedział, wzruszając ramionami, nieznajomy.

— Kogo?

— Ludu ADA… Czerwonych Atlantydów.

— To znaczy?

— My jesteśmy biali, oliwkowi lub czarni, a oni… sam zobacz. — Wskazał ręką na jednego z przybyszów.

— Taaaak.

Na rufie statku stał dostojny osobnik, niepodobny do portowych marynarzy. Ken zbliżył się do statku. Ukłonił się przybyszowi z należytym szacunkiem.

— Wybacz, panie, że ci się tak przyglądam, lecz zaciekawiłeś mnie.

— Witaj, Kenie, synu Ady i Iwy — odpowiedział obcy.

— Skąd mnie znasz, panie?

— Nie znam cię, lecz czytam twoje myśli.

— Czy to możliwe?

— Tak, to nauka.

W porcie zawrzało. Jakiś marynarz został przygnieciony sporym ciężarem. Obcy spojrzał w tamtym kierunku i zaraz skrzynia, która zgniatała marynarza, uniosła się w górę, uwalniając nieszczęśnika.

— Ty to uczyniłeś, panie? — zdziwił się Ken.

— Nie, to tylko nauka. Nazywają mnie Sem — dodał.

Jeszcze raz spojrzał na nieszczęśnika, a ten powoli się poruszył, po czym szybko powrócił do zdrowia.

— Jesteś bogiem?

— Nie jestem, to, co widzisz, to wszystko nauka.

— Co to jest „nauka”?

— To nowe umiejętności, których każdy może się nauczyć.

— Ja też bym chciał. Czy weźmiesz mnie ze sobą, panie? — Ukłonił się, jak tylko umiał najlepiej.

— Jesteś jednym z nas, synu Ady. Zapraszam cię na pokład.

Cały statek był z lekkiego metalu zwanego orichalcum. Był on lżejszy od wody, a często nawet od powietrza. Było tu czysto i przestronnie. Były tu maszty i ogromne dysze powietrzne podobne do tych stosowanych w miotłach Wenusjanek.

— Czy to jest wenusjański statek? — pomyślał. –– Skąd przybyłeś, panie? — dodał na głos.

— Z bazy Posejdona na Atlantydzie — odpowiedział. — Nie z Wenus, jak twoja matka, ani z Marsa, jak twój ojciec.

— Zabierzesz mnie tam, panie?

— Oczywiście, jest to twoje przeznaczenie. Twój wybór i twoja ciekawość cię tu przywiodła. Witam cię na pokładzie — dodał.

Kena nudziło i już nie interesowało nędzne dotychczasowe monotonne życie. Chciał podróżować i poznawać ludzi i nowe lądy. Nie pasował do starego świata. Nie nadawał się ani na robotnika, ani na dobrego męża czy kochającego ojca. Był typem samotnika i lubił oddalać się od zgiełku codziennego życia, by w dzień przyglądać się morskim falom, a w nocy podziwiać gwiazdy. Sensem tutejszego życia była harówka za dnia, ostre picie wieczorem z kolegami i ostry kac w dzień. Wciąż i wciąż ten sam scenariusz niczym w kole i w kieracie. Życie portowe nigdy tu nie zamierało. Jedni ostro pili, inni obłapiali portowe dziewczyny, a jeszcze inni ciężko pracowali przy załadunkach i rozładunkach. Wszystko tu kręciło się między tymi trzema fazami.

— Nie chcesz tak żyć jak dotychczas? — spytał Sem.

— Chcę się czegoś dowiedzieć o świecie.

— Rano opuszczamy port i wracamy do Cerny. Wejdź do pierwszej napotkanej kajuty, tam znajdziesz wszystko, by wypocząć i dobrze się wyspać.

Statek był naprawdę piękny. Czysty i majestatyczny. Ken szedł teraz długim korytarzem. Po lewej stronie dostrzegł drzwi. Zajrzał do środka i nikogo w kajucie nie było. Pod oknem stało łóżko z poduszką i z kołdrą. Obok szafa z uchylonymi drzwiami. Podszedł do niej. Był tam szlafrok i miękkie pantofle. Na drzwiach szafy wisiało duże lustro. Spojrzał w nie i widok, jaki ujrzał, nie przypadł mu do gustu.

— Jak ja wyglądam? Trzeba coś z ty zrobić.

Po drugiej stronie, za szklanymi drzwiami, ujrzał wannę wypełnioną czystą wodą. O wiele czystszą niż ta pitna podawana w portowych salonach.

Nie zastanawiał się długo, czy skorzystać z kąpieli, czy może wpierw się napić tej źródlanej. Nachylił się i skorzystał z wodopoju do syta, po czym zrzucił okrycie wierzchnie.

— To mój obowiązek dostosować się do doborowego towarzystwa — pomyślał, wskakując do wanny.

Nie miał ochoty wychodzić z tej boskiej wody, lecz nie mógł tak siedzieć do rana. Wyszedł niechętnie, obwijając się szlafrokiem i jednocześnie wsuwając na stopy mięciutkie pantofle. Wyszedł z łazienki do sporego salonu — tam pod ścianą było miękkie łóżko. Podszedł, dotknął, powąchał. Aromat wydzielany z pościeli działał na niego narkotycznie. Oczy mu się same zamykały, a jakaś nieznana moc dopasowała go do krągłości łóżka. Poczuł jeszcze jakby swędzenie, głaskanie czy masowanie. Czuł, iż jego kręgosłup rozciąga się, a on staje się dłuższym.

Usnął i śnił po raz pierwszy w życiu kolorowe, bajeczne sny. Nic aż do rana nie zakłóciło mu zasłużonego wypoczynku. Śnił jak niemowlę o wspaniałym życiu.

***

Z pierwszym promieniem słonecznym statek zabuczał. Miechy nabierały powietrza. Statek okręcił się wokół własnej osi i powoli wypłynął z portu.

Ken wyczuł ruch statku i wstał, zastanawiając się, jak się tu znalazł i gdzie jest jego ubranie. Spojrzał do szafy, a tam zamiast jego starych łachmanów był nowiutki uniform marynarza. Nie żałował swego starego, zniszczonego stroju, w którym przypominał kloszarda. Teraz wystrojony na marynarza spojrzał jeszcze w lustro na swe rozwichrzone włosy.

— Coś nie tak — pomyślał i zaraz ujrzał na półce grzebień. Doprowadziwszy swe skołtunione włosy do ładu, uśmiechnął się i ujrzał jeszcze swe żółte zęby.

Znów spojrzał na półkę i tam ujrzał pastę wybielającą i szczoteczkę do zębów.

— Czary czy co? — pomyślał.

Doprowadziwszy się do stanu niemal idealnego, wyszedł na pokład porozmawiać z Semem. Nigdzie go nie było. Wcześniej statek nie miał załogi, a teraz była tu ponad setka obcych.

— Gdzie mogę spotkać Sema? — spytał pierwszego napotkanego.

— Wielki Mag jest w Cernie, w świątyni Posejdona, nigdy go tu nie było. On jest tu tylko hologramem.

— Hologramem? A co to takiego?

— Jest tu umysłem, lecz nie ciałem — usłyszał w odpowiedzi chłopak.

Ken nic z tego nie zrozumiał, lecz udawał mądrego.

— Tak, tak — przytaknął i odszedł.

Postanowił bliżej przyjrzeć się temu sterylnemu okrętowi.

— Żadnych lin, żagli, kotwicy? Tylko dwa pokaźnych rozmiarów kryształy — rozmyślał.

Pierwszy na dziobie wysyłał zielony promień w dal na zachód zgodnie z obranym kursem. Drugi jasny promień swym rozproszonym światłem skierowanym w górę emitował energię miliardów śnieżnobiałych iskierek.

Poprzedniej nocy Ken zorientował się, iż promień z kryształu skierowany był w konstelację Oriona. W dzieciństwie wiele słyszał o układzie gwiazd w kształcie jedynki lub siódemki.

— Mierząc jednakową odległość od Mgławicy Oriona przez gwiazdę Mintaka, znajdujemy kolebkę naszego życia, gwiazdozbiór Bellatrix — wybrzmiało mu w uszach wspomnienie.

Postanowił kogoś wypytać o ten statek. Załoga była liczna, lecz nikt nie był rozmowny. Ken długo poszukiwał bratniej duszy, lecz był jakby z innego wymiaru. Członkowie załogi go nie widzieli, ani nie słyszeli.

— To zapewne te hologramy? — przypomniał sobie słowa jedynego żywego marynarza.

Zszedł pod podkład. Tu nikogo nie było, jakby był jedynym człowiekiem na statku. Zrozumiał, iż te iskierki z Oriona były częścią tego statku. Schodząc po schodkach, ujrzał coś świecącego, leżącego na podłodze. Przyśpieszył kroku, by to podnieść. Schylił się i przy wyprostowaniu uderzył w kogoś głową.

— Aaa, boli! Co za ćwok — usłyszał damski głosik.

— Przepraszam, mam na imię Ken, a nie Ćwok.

— Cham nieobyty — usłyszał ripostę.

— Nie Cham, tylko Ken.

— Więc, Kenie niemyty, uważaj, gdzie leziesz, bo gnoju nanosisz. — Jej dialekt przypominał o jej tawernowym pochodzeniu.

— Wybacz, o pani, moje nieobycie i braki w wychowaniu. — Skłonił się nisko.

— O, ADA! Wybacz, wzięłam cię za nowego.

— Zaprosił mnie tu Sem.

— Ooo, boli. Ty znasz Wielkiego Maga?

— Miałem przyjemność go poznać…

— To wszystko, co widzisz, należy do niego. Kontroluje granice naszego Imperium. Południowe granice przed czarnymi Lemurczykami z baz RA w Egipcie i Ruta w Indiach, oraz ziem północnych z baz Basków, Etrusków i Chaldejów przed białymi Boreańczykami.

— Nie wiem, o czym ty do mnie mówisz.

— Chroni nas przed dzikimi… — obraziła się dziewczyna. — A ty mi wyglądasz na Lemurczyka albo Boreańczyka, masz taki sam mały mózg. Mały i wypełniony w całości powietrzem.

— Złośliwa jesteś, panienko. Czy na imię masz Zołza?

— Boleara — odparła, a Ken parsknął śmiechem.

— I ty mi wymyślasz od dzikich? — trysnął humorem.

— Nie rozumiem, z czego ty się śmiejesz. Pochodzę z Balearów, z bazy Basków.

— Wybacz, o pani, wyobraziłem sobie ciebie trochę białą, a troszkę czarną — zachichotał.

— Tak, to nasz znak rozpoznawczy i barwy Baztan.

— Wybacz… — Kena zatkało, gdyż zdał sobie sprawę, iż jego chichot był naprawdę nie na miejscu.

— Już milknę, jestem nowy i jeszcze nieobyty. Czy nauczysz mnie tutejszych obyczajów? — dodał.

— Takiego gamonia? — Spojrzała na niego z zainteresowaniem, a po chwili dodała: — Spróbuję, lecz niczego nie obiecuję. Oddaj mi mój identyfikator od laboratorium.

— Co takiego?

— To, o co tak walczyłeś, rozbijając mi nos.

— A, tak… — Wyciągnął rękę z identyfikatorem, na którym było zdjęcie uśmiechniętej Boleary.

Dziewczyna chwyciła identyfikator, lecz młodzieniec nie luzował palców.

— Puszczaj, bo teraz ja tobie nos rozwalę — zasyczała dziewczyna.

— Miałaś mnie uczyć, a nie bić.

Otrzymał jeszcze od dziewczyny mocnego kopniaka w podbrzusze i spoczął na podłodze, tam gdzie wcześniej leżał identyfikator Boleary.

— Kim ja jestem? Sem mówi, że swój, a ta mówi, że cham i dzikus?

Wstał, powoli dochodząc do siebie. Zapamiętał, gdzie skręciła agresorka.

— Teraz ja ją kopnę, niech też trochę pocierpi…

Podszedł do przeszklonych drzwi. Próbował je bezskutecznie otworzyć. Trochę je poszarpał, trochę pokopał, aż znalazła się ochrona i wyprowadziła delikwenta do białego i sterylnego pomieszczenia z dziwnym stołem na środku.

— Przypomina salę tortur — pomyślał.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 41.69
drukowana A5
Kolorowa
za 66.36