E-book
13.65
drukowana A5
44.34
drukowana A5
Kolorowa
70.36
Nephilim Anjeles

Bezpłatny fragment - Nephilim Anjeles

Ci co spadli z Nieba

Objętość:
202 str.
ISBN:
978-83-8189-929-1
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 44.34
drukowana A5
Kolorowa
za 70.36

Vagabundo ваза

Nefilim to wielowymiarowe byty żyjące poza czasem. Często utożsamiane są z Wędrowcami. Przybierają wiele form życia i istnieją w wielu istotach jednocześnie. Nazywane są „Aniołami Przeznaczenia” lub „tymi, co spadli z nieba”. Kojarzone są z „syrenim śpiewem”, „czarodziejskim fletem” czy „kijem i marchewką”. Wskazują swym wybrańcom drogę do celu. Pojawiają się w snach, wizjach lub w innych osobach. Nie ingerują w nasze błędy, lecz wskazują nam inne możliwości rozwiązania problemu. Wędrują po przyszłości i po przeszłości. Ich podopiecznych uważa się za wizjonerów i proroków.


„Po śmierci trafimy do miejsca z dwoma zamkniętymi drzwiami.

Zagadką pozostaje, co one zakrywają i dokąd one prowadzą.

Musimy zrezygnować z ziemskiego rozumowania.

Kierując się logiką ludzką, wybierzemy źle.

Chwila wahania zmienną jest i zakrzywia nasze przeznaczenie.

Odkryte przejście doprowadzi nas do tunelu.

Czy wybraliśmy dobrze? Rozum podpowie logicznie.

Dusza wybierze właściwie.

Dotrzemy tam, gdzie nie powinniśmy trafić.

Nefilim wskazał nam drzwi, lecz my wybraliśmy swój los”

— Z.A. von Bazan de Santa Cruz


Skaza

Dożyli dnia, gdy przestali być nazywani obywatelami. Stracili wolność i niezależność, nie wiedząc o tym. Kupiono ich za ciepłe, spokojne życie. Zamieszano w ich głowach, zmieniono ich priorytety. Wskazywano im ambitne, lecz nierealne cele. Wmówiono im, iż muszą się szczepić, a składy szczepionek modyfikowano, by ich uzależnić fizycznie, umysłowo i finansowo. Do żywności i wody dodawano uzależniające, narkotyczne substancje. Stworzono roboty-zombi. Przestępczość spadała, gdyż rozumowanie jednostki zamieniono na wykonywanie poleceń. Populacja ludzka skurczyła się, a ci, co przeżyli, stali się chodzącymi robotami.


Żyli krótko, gdyż urodzili się z genetyczną skazą, której nie dostrzegali za życia. Uważali się za cudowne istoty równe swym umysłem bogom. Stawiali pomniki swym bohaterom, których nigdy nie poznali, tylko ktoś im o nich opowiedział.

Zawładnęli ich wzrokiem i umysłem, wskazując im mroczną ścieżkę niewolniczej pracy.

Dla kogo pracowali i komu służyli? Czcili i uwielbiali obcych, którym budowali złote świątynie i składali hojne dary ofiarne. Ulegli trendom mody i mamonie.

Stali się słabi i stracili instynkt samozachowawczy.


Na ich planecie pojawiła się skaza, która z czasem zamieniła się w rysę i choć była długa i ciągnęła się aż po horyzont, to żaden z mieszkańców jej nie zauważył. Wciąż zabiegani niczym szczury laboratoryjne, znający tylko jedną ścieżkę w swym labiryncie życia. A życie prowadziło ich tylko z domu do pracy i z powrotem.

Obcy znali ludzki rytm serca i dostroili go do rytmu bębna galerników. Rytm ten wystukiwano w czasie pracy. Wciąż ciężko pracowali, by wykarmić swe potomstwo, i nigdy nie dowidzieli się, czy było ono ich, czy ich panów.

Pełnoletność nakazywała przejąć im obowiązki swych już emerytowanych dziadków. Od tej chwili niewolnicza praca stawała się ich domem, a ich dom tylko noclegownią. Przydzielony nadmiar obowiązków nie pozwalał im dostrzec absurdu ich życia. Instynkt samozachowawczy przestał być ich naturalną ochroną, gdyż nigdy nie byli wolni i nie doznali uczucia wolności. Byli tylko robotnikami, choć nazywali siebie awangardą superludzi i panami świata.


Pojawiły się pierwsze anomalie pogodowe, jak silny wiatr i ciepłe deszcze. A oni wciąż pracowali dla mamony i dobrobytu swych panów. Woda w tym ziemskim garze zaczynała się gotować, a oni przyzwyczajali się do wzrastającego ciepła, czerpiąc z tego przyjemność. Siedząc w tym coraz gorętszym garze, nie myśleli, że się ugotują. Nikt nie wychodził z garnka i cieszyli się tą ciepłą, błogą chwilą.

Pracowali dłużej, by móc kupić coraz droższe klimatyzatory. Popyt na nie wzrastał, a podaż malała. Sprytniejsi wykorzystywali prawo rynku, by się wzbogacić. Wzrastały ceny za chłód, a zubożała masa niewolnicza wydawała ostatnie pieniądze i napędzała ten „wyścig szczurów”.

Ziemia wciąż się nagrzewała, aż zaczęła się gotować i dziwnie huczeć. Wybuchały wulkany i lawa niszczyła pola uprawne. Gorące deszcze niszczyły roślinność, lecz i na to nie zwrócono uwagi.

Któregoś dnia pojawił się jasny dym, który z każdym dniem ciemniał i był coraz cieplejszy. Woda odparowywała, tworząc gęste chmury, które z braku ochłodzenia nie zamieniały się w deszcz. Ziemia zaczynała płonąć, a gęsty dym nie miał ujścia w górę, więc dostawał się do płuc mieszkańców. Wzrósł popyt na maski antysmogowe, a przy malejącej podaży ceny znów wzrastały.

Rośliny i zwierzęta chorowały, by w krótkim czasie umrzeć. Uznano to za naturalną selekcję przyrody.

Pewnego dnia ziemia zatrzęsła się i wystrzeliła w górę tysiącami słońc.

Zapracowani ludzie i tego nie zauważyli.

— To naturalne anomalie pogodowe — tłumaczyli władcy.

Nieświadomi zagrożenia mieszkańcy którejś nocy umarli we śnie.


Matka Natura nawet tego nie zauważyła. Zniknął kolejny zagrożony gatunek, jak wiele wcześniejszych.

Zauważyli to gwiezdni Vagabundo, których Ziemia wabiła swym błękitnym blaskiem niczym syrenim śpiewem.

Przybywali tu masowo z najdalszych zakątków Wszechświata, by zacząć od nowa, a ich śladem podążali siewcy, Nephilim Anjeles.

/Z.A. von Bazan de Santa Cruz/


***

Cofnijmy się o milion lat, by ujrzeć rajski świat stworzony przez boskich Atlantydów.

Cofnijmy się do czasów, gdy dzisiejsza Sahara, Andaluzja, Gobi i pustynia Asyryjska leżały jeszcze na dnie morza.

Do czasów, kiedy Europa była złożona z kilkunastu wysp plus dzisiejsze Maroko. Kiedy Azja i Ameryka były niewielkimi lądami, leżącymi przy wielkim kontynencie Centralnym.

Do czasów, gdy z wody wystawały dwie wysokie skalne wyspy — Słupy Herkulesa, współcześnie zwane Gibraltarem na północy i Monte Hacho (Dżabal Musa) w dzisiejszym Maroku. Płynąc między nimi, przekraczano graniczną bastę, czyli bramę do raju. Silny północny nurt prowadził śmiałków do wyspy zwanej Posejda lub a Illa de Poseidón (Wyspy Posejdona) z przepiękną stolicą Cerna, z centralną świątynią Portas Douradas, miastem o złotych bramach lub Cidade das Fontes (miastem wodotrysków). Koordynaty: 36° 57’25”” +/- 6”” N i 6°22’58”” +/- 8” to współczesny rejon bagienny w Marisma de Hinojos.

Cofnijmy się do czasów, gdy na północy był wielki kontynent zwany Hiperborealnym, który zamieszkiwały prymitywne plemiona białych Boreańczyków. Oddzielony był on zimnym morzem i pasmem gór Azorskich, które według opisów sięgały nieba. Pasmo to rozciągało się od dzisiejszej Skandynawii aż po dzisiejszą Florydę. Najwyższym szczytem Azorów była święta góra Atlan o trzech srebrno zaśnieżonych i ostrych jak szpile wierzchołkach, przypominających słynny trójząb Posejdona. Ten niesamowity szczyt widoczny był z każdego punktu kontynentu Centralnego. Majestatyczny, mieniący się rozzłoconym światłem zmrożonych kryształów śnieżnych był dumą i znakiem potęgi Atlantydów.

Każdej nocy obrót Ziemi ustawiał teleskopy tak, by wchodziły w pas transmisji i ostatecznej teleportacji na Lurrę w Układzie Bellatrix. Według legend tę błękitną cywilizację stworzyli Nephilim Anjeles.

Pierwszym władcą Atlantydy był Atlas. Imiona kolejnych władców zaczynały się na literę A. Atlantyda obstawiona była licznymi bazami, których nazwy oznaczano literami nieskończoności Ba i Bi.


Nefilim nie są wędrowcami międzygalaktycznymi, lecz podróżnikami wędrującymi pomiędzy miliardami gwiazd jednej galaktyki. Ich zadaniem jest kontrola form życia w tym rejonie.

Interweniują, jedynie gdy zauważą gdzieś anomalie. To mityczni stwórcy życia, którzy są jednocześnie ogrodnikami i żniwiarzami.


Trzy iglice Atlanu to teleskopy ustawione precyzyjnie w jeden punkt kosmosu. Tunel życiodajnej energii wysyłany i odbierany zapewniał spokój, urodzaj i dobrobyt mieszkańców całego kontynentu. Darmowa i ogólnodostępna energia nazywana była darem życia. Dzielono ją równo między faunę i florę. Przypominało to życie w Niebiańskim Raju wśród mitycznych niebian. Wierzono, iż trójząb ochraniał Ziemię przed niebezpieczeństwem z kosmosu.

Atlas pilnował, by niebo nie spadło na ziemię. O tym mówi mitologia, lecz czego on naprawdę pilnował? Według legend ten rajski ogród stworzono jako kolonię dla małej planety Lurra z Układu Bellatrix. Nazwa Atlantydy pochodzi od słowa Atlan lub Aztlan, czyli nazwy statku Nefilimów.

Nefilim według Starego Testamentu określani są jako Upadli Aniołowie, lub ci, co spadli z nieba. Nefilim żyli długo, mówiono że jeden dzień kosmiczny, czyli tysiąc lat ziemskich. Pozostawili po sobie następców od tak zwanej Lucy. Kim była ta kobieta?

W swoich książkach nazywam ją Pięknotką, Apokalipsą, Europą, Asią, Afrodytą.

Czy wszyscy Nefilm pokochali tylko jedną Lucy?

Czy każdy z przybyszów pokochał inną kobietę?

Przyjęliśmy wersję o Adamie i Ewie.

Czy słusznie?

Faktem jest, że powstał nowy gatunek — zakazany ADA — skrzyżowany z rasą ludzką. Pojawili się nowi błękitnokrwiści, półkrwi boscy książęta, czyli Inkowie, Majowie, Baskowie, Etruskowie, Chaldowie, hinduscy Ruta (Hindu) i Re (Egipt).

Spadkobiercy Nefilim, czyli ADA, byli nową, czerwoną rasą. Ubierali się w purpurowe płaszcze, a na swych czołach malowali czerwone kropki. Swe domy bielili, a drzwi malowali na czerwono.

U schyłku ich supercywilizacji pojawili się nowi — skrzyżowani z Boreańczykami i Lemurczykami, czyli Turańczycy, Arkadyjczycy, Fenicjanie zwani pąsowymi i Semici (półnowi) z rejonów dzisiejszej Szkocji i Irlandii.

Boscy posiadali nieśmiertelną duszę, dzięki której nawiązywali szybki kontakt ze Wszechświatem. Wśród nich byli wynalazcy, profesorowie, alchemicy, pisarze, poeci, malarze pieśniarze i tak dalej. Posiadanie weny twórczej oznaczało, iż mamy do czynienia z osobnikiem boskim.

Kim byli i skąd pochodzili nasi praojcowie?

Legendy odpowiadają na to pytanie dość precyzyjnie. Według przekazów przybyli oni z konstelacji Oriona z Układu Bellatrix z planety Lurra. Mówili w języku dzisiejszych Basków i Gallów — w esquera, w dialektach euskualduna i w euskarien.

Posiadali cztery gatunki pisma:

— hieroglificzne,

— epistolograficzne,

— hieratyczne,

— symboliczne.

Zajmowali cały kontynent Centralny. Swe budowle odwzorowywali według map galaktycznych. Znamy konstelację Oriona, której gwiazdy: Mintaka, Alnilam, Alnitak są skopiowane w piramidach we współczesnej Gizie (Giza w języku esquera oznacza „cywilizacja”), zbudowanych około 400 tysięcy lat p.n.e. przez boski lud Re. Na wyspach Europy, Azji, Ameryki i Afryki zakładano liczne bazy, basty i bastiony.


W ekosferze Układu Słonecznego, w tak zwanej strefie życia, znajdują się trzy planety: Mars, Wenus i Ziemia. Życie na tych planetach następuje przemiennie w zachowanym porządku Ziemia-Wenus-Mars-Ziemia-Wenus-Mars… i tak dalej.

Mianem ekosfery określamy odległość od Słońca, gdy temperatura na planecie nie będzie wyższa niż +80 stopni Celsjusza i nie niższa niż -70 stopni Celsjusza.

W wielu systemach gwiezdnych jest podobnie. Nasza Ziemia jest jedną z baśniowych trzech sióstr, która nie miała szczęścia w miłości. Nikt jej nie kochał i nikt nie chciał tu żyć. Życie napisało tu jednak ciekawy scenariusz. Dwie piękne i adorowane przez Wędrowców planety wypadły z ekosfery za sprawą złej wiedźmy, czyli asteroidy Nefrez.

Na Marsie obniżyła się temperatura do -90 stopni Celsjusza, a na Wenus podwyższyła się do 500 stopni Celsjusza. Życie na obu planetach zginęło, pozostawiając Ziemię jako jedyną nadającą się do zamieszkania, nie licząc księżyca Jowisza zwanego Europa.

Asteroida Nefrez wciąż niebezpiecznie zbliża się do Ziemi. Co trzynaście tysięcy czterysta siedemdziesiąt dwa lata znajdujemy się w strefie zagrożenia, a co dwadzieścia sześć tysięcy dziewięćset czterdzieści cztery lata zakłóca ona biegunowość naszej planety. Poprzednia zmiana biegunowości miała miejsce w roku 11460 p.n.e. i kolejne nastąpi w roku 15484. Herodot powiedział, że od siedmiuset siedemdziesięciu siedmiu lat bogowie nas nie odwiedzają. Potwierdził to również Platon i zapisano to w księgach egipskich i hinduskich.


Kiedyś wypadniemy z ekosfery, a to miejsce zajmie Mars…


Starożytni Re i Ruta opisują skutki, gdy Ziemia znalazła się na kolizyjnej trajektorii. Opisane są tam szczegółowo cztery kataklizmy:

— Pierwszy kataklizm miał miejsce około osiemset tysięcy lat temu i zniszczył rejon znany obecnie jako Bermudy.

— Drugi około dwieście tysięcy lat temu zniszczył kontynent Hiperborealny i oddzielił wyspy Brytyjskie od Skandynawii.

— Trzeci około osiemdziesiąt tysięcy lat temu zniszczył Atlantydę, pozostawiając jedynie dwie wyspy — Ruta i Dajtia, a Europa wynurzyła się z wód, tworząc wielką wyspę.

— Ostatni kataklizm z 11460 roku p.n.e. zniszczył Posejdę i wypiętrzył Andaluzję, Saharę oraz pustynię Asyryjską.

Władców zatopionej wyspy nazywano Deus, czyli bogowie.

W pasie centralnej Atlantydy między biegunami pojawiła się rysa, która zmieniła się w szeroką szczelinę wypełnioną magmą i lawą. Obszar ten wzniósł się, a następnie opadł, niszcząc pasmo gór Azorskich, wypiętrzając o dwadzieścia trzy stopnie półkulę północną i obniżając o dwadzieścia trzy stopnie półkulę południową.

Nastąpiło tsunami, które zalało Lemurię.

Przez wiele tysięcy lat obszar Oceanu Atlantyckiego przyciągał śmiałków, którzy wracali przerażeni. Opowiadali, iż drogi do Raju chroni Cherubin z ognistym mieczem. Inni widzieli pływające skały i warowne mury, których nie skojarzono z pływającym pumeksem.

Bramy do Raju zamknięto i zabroniono wypraw na zachód, gdyż Raj zamienił się w Piekło. Ustalono, że Ziemia jest płaska, i zabroniono wypraw na zachód, by nie rozgniewać bogów strzegących swych tajemnic. Zaprzestano zachodnich wypraw, a nieliczni śmiałkowie nie powracali. Trafiali wprost do piekła, sprzedając duszę diabłu.

Stare mapy były nieprzydatne i chętnie palone przez bogobojnych fanatyków.

Morze Zachodnie wciąż stygło, a z dna morskiego wyłaniały się nowe lądy i wyspy…

Ken

Ken długo szedł wzdłuż wybrzeża. Jego stopy z piskiem przesuwały mokry piasek. Woda szumiała, a silny wiatr od morza tworzył wysokie fale, zalewające plażę. Ptactwo latało nisko, wychwytując wyrzucane na brzeg ryby i rozgwiazdy.

— Żyjemy, by jeść? — rozmyślał. — Czy jemy, by żyć?

W oddali ujrzał dziwny statek święcący swym kadłubem jak księżyc.

— Co to?

Przyśpieszył kroku, gdyż okręt zmierzał do miejscowego portu. Szedł szybko, obserwując to niecodzienne zjawisko, czasem biegł. Ten okręt miał jakąś dodatkową moc i wewnętrzny magnes, gdyż oczy Kena były jakby na uwięzi. Ten obiekt był szybszy i zwinniejszy od ichnich fregat. Można było zaobserwować, że unosi się nad wodą, płynął cicho i majestatycznie jak mgła.

Gdy chłopak dotarł już do portu, spostrzegł, iż ten dziwny statek był już po rozładunku.

— Co to jest? — spytał pierwszego napotkanego mężczyznę.

— To jest okręt Semitów — odpowiedział, wzruszając ramionami, nieznajomy.

— Kogo?

— Ludu ADA… Czerwonych Atlantydów.

— To znaczy?

— My jesteśmy biali, oliwkowi lub czarni, a oni… sam zobacz. — Wskazał ręką na jednego z przybyszów.

— Taaaak.

Na rufie statku stał dostojny osobnik, niepodobny do portowych marynarzy. Ken zbliżył się do statku. Ukłonił się przybyszowi z należytym szacunkiem.

— Wybacz, panie, że ci się tak przyglądam, lecz zaciekawiłeś mnie.

— Witaj, Kenie, synu Ady i Iwy — odpowiedział obcy.

— Skąd mnie znasz, panie?

— Nie znam cię, lecz czytam twoje myśli.

— Czy to możliwe?

— Tak, to nauka.

W porcie zawrzało. Jakiś marynarz został przygnieciony sporym ciężarem. Obcy spojrzał w tamtym kierunku i zaraz skrzynia, która zgniatała marynarza, uniosła się w górę, uwalniając nieszczęśnika.

— Ty to uczyniłeś, panie? — zdziwił się Ken.

— Nie, to tylko nauka. Nazywają mnie Sem — dodał.

Jeszcze raz spojrzał na nieszczęśnika, a ten powoli się poruszył, po czym szybko powrócił do zdrowia.

— Jesteś bogiem?

— Nie jestem, to, co widzisz, to wszystko nauka.

— Co to jest „nauka”?

— To nowe umiejętności, których każdy może się nauczyć.

— Ja też bym chciał. Czy weźmiesz mnie ze sobą, panie? — Ukłonił się, jak tylko umiał najlepiej.

— Jesteś jednym z nas, synu Ady. Zapraszam cię na pokład.

Cały statek był z lekkiego metalu zwanego orichalcum. Był on lżejszy od wody, a często nawet od powietrza. Było tu czysto i przestronnie. Były tu maszty i ogromne dysze powietrzne podobne do tych stosowanych w miotłach Wenusjanek.

— Czy to jest wenusjański statek? — pomyślał. –– Skąd przybyłeś, panie? — dodał na głos.

— Z bazy Posejdona na Atlantydzie — odpowiedział. — Nie z Wenus, jak twoja matka, ani z Marsa, jak twój ojciec.

— Zabierzesz mnie tam, panie?

— Oczywiście, jest to twoje przeznaczenie. Twój wybór i twoja ciekawość cię tu przywiodła. Witam cię na pokładzie — dodał.

Kena nudziło i już nie interesowało nędzne dotychczasowe monotonne życie. Chciał podróżować i poznawać ludzi i nowe lądy. Nie pasował do starego świata. Nie nadawał się ani na robotnika, ani na dobrego męża czy kochającego ojca. Był typem samotnika i lubił oddalać się od zgiełku codziennego życia, by w dzień przyglądać się morskim falom, a w nocy podziwiać gwiazdy. Sensem tutejszego życia była harówka za dnia, ostre picie wieczorem z kolegami i ostry kac w dzień. Wciąż i wciąż ten sam scenariusz niczym w kole i w kieracie. Życie portowe nigdy tu nie zamierało. Jedni ostro pili, inni obłapiali portowe dziewczyny, a jeszcze inni ciężko pracowali przy załadunkach i rozładunkach. Wszystko tu kręciło się między tymi trzema fazami.

— Nie chcesz tak żyć jak dotychczas? — spytał Sem.

— Chcę się czegoś dowiedzieć o świecie.

— Rano opuszczamy port i wracamy do Cerny. Wejdź do pierwszej napotkanej kajuty, tam znajdziesz wszystko, by wypocząć i dobrze się wyspać.

Statek był naprawdę piękny. Czysty i majestatyczny. Ken szedł teraz długim korytarzem. Po lewej stronie dostrzegł drzwi. Zajrzał do środka i nikogo w kajucie nie było. Pod oknem stało łóżko z poduszką i z kołdrą. Obok szafa z uchylonymi drzwiami. Podszedł do niej. Był tam szlafrok i miękkie pantofle. Na drzwiach szafy wisiało duże lustro. Spojrzał w nie i widok, jaki ujrzał, nie przypadł mu do gustu.

— Jak ja wyglądam? Trzeba coś z ty zrobić.

Po drugiej stronie, za szklanymi drzwiami, ujrzał wannę wypełnioną czystą wodą. O wiele czystszą niż ta pitna podawana w portowych salonach.

Nie zastanawiał się długo, czy skorzystać z kąpieli, czy może wpierw się napić tej źródlanej. Nachylił się i skorzystał z wodopoju do syta, po czym zrzucił okrycie wierzchnie.

— To mój obowiązek dostosować się do doborowego towarzystwa — pomyślał, wskakując do wanny.

Nie miał ochoty wychodzić z tej boskiej wody, lecz nie mógł tak siedzieć do rana. Wyszedł niechętnie, obwijając się szlafrokiem i jednocześnie wsuwając na stopy mięciutkie pantofle. Wyszedł z łazienki do sporego salonu — tam pod ścianą było miękkie łóżko. Podszedł, dotknął, powąchał. Aromat wydzielany z pościeli działał na niego narkotycznie. Oczy mu się same zamykały, a jakaś nieznana moc dopasowała go do krągłości łóżka. Poczuł jeszcze jakby swędzenie, głaskanie czy masowanie. Czuł, iż jego kręgosłup rozciąga się, a on staje się dłuższym.

Usnął i śnił po raz pierwszy w życiu kolorowe, bajeczne sny. Nic aż do rana nie zakłóciło mu zasłużonego wypoczynku. Śnił jak niemowlę o wspaniałym życiu.

***

Z pierwszym promieniem słonecznym statek zabuczał. Miechy nabierały powietrza. Statek okręcił się wokół własnej osi i powoli wypłynął z portu.

Ken wyczuł ruch statku i wstał, zastanawiając się, jak się tu znalazł i gdzie jest jego ubranie. Spojrzał do szafy, a tam zamiast jego starych łachmanów był nowiutki uniform marynarza. Nie żałował swego starego, zniszczonego stroju, w którym przypominał kloszarda. Teraz wystrojony na marynarza spojrzał jeszcze w lustro na swe rozwichrzone włosy.

— Coś nie tak — pomyślał i zaraz ujrzał na półce grzebień. Doprowadziwszy swe skołtunione włosy do ładu, uśmiechnął się i ujrzał jeszcze swe żółte zęby.

Znów spojrzał na półkę i tam ujrzał pastę wybielającą i szczoteczkę do zębów.

— Czary czy co? — pomyślał.

Doprowadziwszy się do stanu niemal idealnego, wyszedł na pokład porozmawiać z Semem. Nigdzie go nie było. Wcześniej statek nie miał załogi, a teraz była tu ponad setka obcych.

— Gdzie mogę spotkać Sema? — spytał pierwszego napotkanego.

— Wielki Mag jest w Cernie, w świątyni Posejdona, nigdy go tu nie było. On jest tu tylko hologramem.

— Hologramem? A co to takiego?

— Jest tu umysłem, lecz nie ciałem — usłyszał w odpowiedzi chłopak.

Ken nic z tego nie zrozumiał, lecz udawał mądrego.

— Tak, tak — przytaknął i odszedł.

Postanowił bliżej przyjrzeć się temu sterylnemu okrętowi.

— Żadnych lin, żagli, kotwicy? Tylko dwa pokaźnych rozmiarów kryształy — rozmyślał.

Pierwszy na dziobie wysyłał zielony promień w dal na zachód zgodnie z obranym kursem. Drugi jasny promień swym rozproszonym światłem skierowanym w górę emitował energię miliardów śnieżnobiałych iskierek.

Poprzedniej nocy Ken zorientował się, iż promień z kryształu skierowany był w konstelację Oriona. W dzieciństwie wiele słyszał o układzie gwiazd w kształcie jedynki lub siódemki.

— Mierząc jednakową odległość od Mgławicy Oriona przez gwiazdę Mintaka, znajdujemy kolebkę naszego życia, gwiazdozbiór Bellatrix — wybrzmiało mu w uszach wspomnienie.

Postanowił kogoś wypytać o ten statek. Załoga była liczna, lecz nikt nie był rozmowny. Ken długo poszukiwał bratniej duszy, lecz był jakby z innego wymiaru. Członkowie załogi go nie widzieli, ani nie słyszeli.

— To zapewne te hologramy? — przypomniał sobie słowa jedynego żywego marynarza.

Zszedł pod podkład. Tu nikogo nie było, jakby był jedynym człowiekiem na statku. Zrozumiał, iż te iskierki z Oriona były częścią tego statku. Schodząc po schodkach, ujrzał coś świecącego, leżącego na podłodze. Przyśpieszył kroku, by to podnieść. Schylił się i przy wyprostowaniu uderzył w kogoś głową.

— Aaa, boli! Co za ćwok — usłyszał damski głosik.

— Przepraszam, mam na imię Ken, a nie Ćwok.

— Cham nieobyty — usłyszał ripostę.

— Nie Cham, tylko Ken.

— Więc, Kenie niemyty, uważaj, gdzie leziesz, bo gnoju nanosisz. — Jej dialekt przypominał o jej tawernowym pochodzeniu.

— Wybacz, o pani, moje nieobycie i braki w wychowaniu. — Skłonił się nisko.

— O, ADA! Wybacz, wzięłam cię za nowego.

— Zaprosił mnie tu Sem.

— Ooo, boli. Ty znasz Wielkiego Maga?

— Miałem przyjemność go poznać…

— To wszystko, co widzisz, należy do niego. Kontroluje granice naszego Imperium. Południowe granice przed czarnymi Lemurczykami z baz RA w Egipcie i Ruta w Indiach, oraz ziem północnych z baz Basków, Etrusków i Chaldejów przed białymi Boreańczykami.

— Nie wiem, o czym ty do mnie mówisz.

— Chroni nas przed dzikimi… — obraziła się dziewczyna. — A ty mi wyglądasz na Lemurczyka albo Boreańczyka, masz taki sam mały mózg. Mały i wypełniony w całości powietrzem.

— Złośliwa jesteś, panienko. Czy na imię masz Zołza?

— Boleara — odparła, a Ken parsknął śmiechem.

— I ty mi wymyślasz od dzikich? — trysnął humorem.

— Nie rozumiem, z czego ty się śmiejesz. Pochodzę z Balearów, z bazy Basków.

— Wybacz, o pani, wyobraziłem sobie ciebie trochę białą, a troszkę czarną — zachichotał.

— Tak, to nasz znak rozpoznawczy i barwy Baztan.

— Wybacz… — Kena zatkało, gdyż zdał sobie sprawę, iż jego chichot był naprawdę nie na miejscu.

— Już milknę, jestem nowy i jeszcze nieobyty. Czy nauczysz mnie tutejszych obyczajów? — dodał.

— Takiego gamonia? — Spojrzała na niego z zainteresowaniem, a po chwili dodała: — Spróbuję, lecz niczego nie obiecuję. Oddaj mi mój identyfikator od laboratorium.

— Co takiego?

— To, o co tak walczyłeś, rozbijając mi nos.

— A, tak… — Wyciągnął rękę z identyfikatorem, na którym było zdjęcie uśmiechniętej Boleary.

Dziewczyna chwyciła identyfikator, lecz młodzieniec nie luzował palców.

— Puszczaj, bo teraz ja tobie nos rozwalę — zasyczała dziewczyna.

— Miałaś mnie uczyć, a nie bić.

Otrzymał jeszcze od dziewczyny mocnego kopniaka w podbrzusze i spoczął na podłodze, tam gdzie wcześniej leżał identyfikator Boleary.

— Kim ja jestem? Sem mówi, że swój, a ta mówi, że cham i dzikus?

Wstał, powoli dochodząc do siebie. Zapamiętał, gdzie skręciła agresorka.

— Teraz ja ją kopnę, niech też trochę pocierpi…

Podszedł do przeszklonych drzwi. Próbował je bezskutecznie otworzyć. Trochę je poszarpał, trochę pokopał, aż znalazła się ochrona i wyprowadziła delikwenta do białego i sterylnego pomieszczenia z dziwnym stołem na środku.

— Przypomina salę tortur — pomyślał.

Nawet nie poczuł, gdy przypięto go metalowymi klamrami do tego niby-stołu.

— Zaraz zrobią ci zastrzyk, to spokorniejesz, chamie — usłyszał.

— Co dziś tu mamy? — rzekł znajomy głosik.

— Dziki… Zapewne uciekł z komory załadunkowej i jest jeszcze niewysterylizowany.

— Zaraz to załatwię, raz-dwa i po sprawie.

Pani doktor weterynarii podeszła do delikwenta.

— O! Mamy prawdziwego dzikusa. Proszę powiadomić moją asystentkę o operacji.

— Nie jestem dziki, to ja. Jestem Ken — niemal zapłakał.

— Od razu cię poznałam. Na żartach się nie znasz, dzikusie?

— Już jestem, pani doktor. Podać miejscowe znieczulenie czy narkozę? — usłyszał drugi damski głos.

— Na początek okład z lodu. Nieźle oberwał w krocze.

— Dziękuję, pani doktor — wyszeptał z krzywym uśmiechem Ken.

***

Początek ich znajomości był trudny, lecz w miarę upływających dni bardzo się do siebie zbliżyli.

Wypłynęli na pełne morze. Minęli Słupy Herkulesa (Gibraltar i Dżabal Musa) i skierowali się na północ. Wydawało się, iż płyną spokojnym Morzem Andaluzyjskim, lecz w oddali szalały wichury i wysokie fale, a ich statek płynął po gładkiej jak stół tafli wodnej niczym w niewidzialnym słoiku.

Ken stał zafascynowany na pokładzie, obserwując te dwa odmienne światy żywiołu i spokoju.

Zadawał sobie w myślach pytanie:

— Który z tych światów jest rzeczywisty?

Ujrzał Bolearę idącą w jego kierunku. Była pewna siebie i uśmiechnięta.

— Witaj, ćwoku — usłyszał.

— Witaj, Baro — odpowiedział.

— O, jaki zgryźliwy. Możesz mnie też nazywać Lucy lub Lucyna.

— Dlaczego?

— Tobie też dadzą nowe imię po ukończeniu szkoły. Zamiast plebejskiego otrzymasz atlantyckie.

— Mam ładne imię.

— Tak, lecz ono nic nie oznacza.– Dziewczyna się uśmiechnęła.

Ken nie miał ochoty na kontynuację rozmowy o swym plebejskim imieniu. Stali teraz na pokładzie w milczeniu. Za szklaną kurtyną szalał sztorm, fale sięgały powyżej masztów ich statku. To było dziwne uczucie. Będąc w oku cyklonu, nie czuli niczego. Nie bali się i nie zachwycali siłami natury. Odnosiło się wrażenie, iż natura prowadzi otwartą wojnę z Atlantydami, a oni nic sobie z niej nie robili, tylko spokojnie zmierzali do wcześniej obranego celu.

Na horyzoncie pojawiła się ogromna góra z trzema szczytami. Jej szczyty były widoczne pomimo wysokich fal okalających statek.

— Co to?! — Wskazał palcem na horyzont.

— To nazywamy Trójzębem Posejdona.

— Dlaczego Trójzębem Posejdona? — spytał.

— Te wierzchołki wyglądają jak dwa kły szablozębnego tygrysa z centralnym rogiem jednorożca. — Teraz Boleara była rozbawiona niewiedzą chłopaka.

— Posejdona… Coś słyszałem — odrzekł niepewnie.

— To nasz władca, syn Tytana i Diany…

— Znam też opowieści o Marsjaninie Tytanie i Wenusjance Dianie.

— Znasz? A skąd? — Zaskoczył ją swą wiedzą.

— Od moich rodziców, Ady i Iwy.

— Jesteś ADA? No tak, coś mi się obiło o uszy — zmieszała się dziewczyna.

— Nie wiem? Sem mnie tak nazwał.

Znów zamilkli, gdyż po wodzie spacerowały ogromne stwory, a fale sięgały im do pasa.

Byli to pół ludzie połączeni z pół rybą, pół bykiem i pół koniem. Olbrzymy o ludzkiej budowie ciała i zwierzęcych głowach.

— Kim są te stworzenia? — spytał.

— To zwykli robotnicy, inżynierowie, budowniczowie, rolnicy, rybacy — odpowiedziała.

Wpłynęli na wody Posejdy, a burza się uspokoiła. Znikła też zasłona z wodnego szkła i zaraz poczuli świeży wiaterek wiejący od stałego lądu. Poczuli aromat cytrusów i woń kwiatów. Nie widzieli jeszcze zarysu lądu, lecz słyszeli i wyczuwali tętno miasta.

Płynęli wśród olbrzymów niczym mrówki na łupinie z orzecha. Stwory szybko się uwijały w swych codziennych obowiązkach, lecz fale, jakie wytwarzały, gdy spacerowały po wodzie, nie docierały do statku. Ich tunel był wciąż gładki jak lustro jeziora. Port wydawał się być blisko, lecz wciąż płynęli.

— Czy my stoimy? Widzimy port, a wciąż stoimy w miejscu? Szybciej dopłynąłbym wpław…

— Spróbuj… a dopłyniesz za kilka dni.

— Jak to?

— To, co widzisz, nie jest realne, to tylko wytwór twoich oczu. Widzisz cel, lecz twoje ciało pozostaje w rzeczywistości. To Huewla, czyli przedwyspa. Za nią ujrzysz Cernę.

— Kilka razy słyszałem to słowo. Cerna.

— Kiedy pojawi się na horyzoncie Cerna, to już nie musisz nic mówić. Porozmawiamy telepatycznie i na duże odległości z ludźmi, którzy na nas czekają.

— Żartujesz sobie ze mnie… Prawda? — Nic z tego nie rozumiał.

— Zaraz zobaczę twoje myśli, twoje dolegliwości i twoje wątpliwości. A jeśli naprawdę jesteś ADA, to trafisz do szkoły, by zostać… Atlantydą. Wówczas i twoje usta zamilkną, a otworzy się twój umysł.

— Do szkoły? Czego mogę się od was nauczyć? Wszystko, czego potrzebuję, zdobyłem swą pracą.

— Dobrze to ująłeś, pracą. Pracuj nad sobą wciąż i nigdy nie kończ nauki…

Z wody wynurkował potężny ibis z torsem olbrzymiego człowieka. Niósł wielką skałę. Szybko znikł za horyzontem, pozostawiając za sobą olbrzymie fale.

— O takiej pracy mówisz? — zaniepokoił się Ken.

— Jak nie będziesz zbyt mądry, to zostaniesz takim robotnikiem jak ten ibis.

— Dziękuję bardzo, nie jestem tak duży i silny. Wybieram książki i naukę.

— Jakie książki? — zdziwiła się dziewczyna.

— Do nauki… Takie papierowe.

— Kryształ będzie cię uczył i rozjaśniał twój umysł. — Trzymała w dłoni wisior z zielonego kryształu, który nosiła zawieszony na szyi na szmaragdowym sznurze.

— Ładny — pochwalił Ken.

— Dziękuję. Czy jesteś już gotowy?

Dziewczyna zastygła niczym posąg. Nie była już jego towarzyszką podróży, lecz częścią czegoś nierealnego.

Ken nie wiedział, co odpowiedzieć, ani jak się zachować. Wpłynęli w płynne szkło. Wszystko zastygło w bezruchu, czuł się jak owad zaklęty w bursztynowej pułapce. Wszyscy znieruchomieli, nikt się nie poruszał, nawet ich powieki były nieruchome. Oczy pozbawione naturalnej ochrony czekały na weryfikację i skanowanie tęczówki.

Rozpoczął się proces odkażania i dezynfekcji. Na podróżników zewsząd nadpływały różnokolorowe mgły, które przylegały do skóry, włosów, wpływały przez usta, nos i uszy do wewnątrz. Mgły osiadały na ich ubraniach, które bielały i nabierały kwiatowego zapachu. Nie trwało to długo, gdyż czas tez się zatrzymał.

Po chwili wpłynęli do dziwnego, opuszczonego portu. Nikt tu nie pracował, a przedmioty same się rozładowywały i załadowywały. Tu ludzie nie pracowali, a miejsce to, choć puste i bezludne, żyło. Były tu dziwne pojazdy napowietrzne i okręty morskie. Przypominało to wystawę najnowszych osiągnięć techniki. Eksponaty jednak wciąż zmieniały miejsca pobytu. Jedne znikały, a na ich miejscu pojawiały się inne.

Ich okręt przycumował i zaraz opuścił się trap. Ken stał wciąż jak wryty. Nie wiedział, czy może się już poruszyć. Zastanawiał się nad kolejnymi nowinkami. Czy przy wejściu na trap znów będzie oblany i nasmarowany?

Pasażerowie jednak wychodzili i nic dziwnego się z nimi nie działo. Postanowił zaryzykować i z trudem oderwał swe nogi od podłoża. Coś go wciąż blokowało i nie wiedział, czy to strach, czy może trema początkującego, który za chwilę ma się spotkać z nową rzeczywistością. Poczuł pomocną dłoń Boleary. Była ona ciepła i przyjazna, więc i jego nogi się poruszyły. Nie rozmawiali, lecz szli spokojnie po długim trapie. Przy zejściu na twardy ląd poczuł się bezpiecznie i teraz powoli dostrzegał inny świat. Czy lepszy?

To nie był świat tylko ludzi, była tu różnorodność ras, odmian i gatunków żyjących w harmonii i wzajemnym poszanowaniu. Potężne słonie, lwy i jaguary spacerowały po mieście spokojnie, nikogo nie atakując.

— To jest Raj? — spytał Ken

— Nie… To jest Cerna, stolica Wyspy Posejdona — odpowiedziała, nie poruszając ustami.

— Czy ona czyta w moich myślach? — pomyślał.

— Tak… — usłyszał, choć usta dziewczyny nie poruszyły się.

— Gdzie zamieszkam? — pomyślał.

— Tam. — Usta milczały, lecz palec dziewczyny wskazywał pobliski budynek.

Chłopaka zamurowało. Miał zamieszkać w pięknym, białym pałacu? Było to coś niesamowitego i zjawiskowego. Dotychczas pomieszkiwał w namiotach, spelunkach i tawernach. A teraz to cudo?

Spojrzał w prawo, następnie w lewo, lecz po Bolearze nie było już śladu.

— Czy to sen? — pomyślał.

Ken był człowiekiem konkretnym. Postanowił wejść do pałacu i spytać o nocleg. Podchodząc do przezroczystych drzwi, zauważył, iż się same otwierają. Zawahał się chwilę, lecz ruszył dalej.

— Witam przybysza — usłyszał głos, lecz nikogo tam nie było.

— Powiedziano mi, iż mogę tu zamieszkać.

— Idź przez podwórze, następnie schodami na pierwsze piętro. Tam jest twój pokój z numerem siedemnastym.

— Dziękuję — odpowiedział i poszedł za wskazówkami głosu.

— Siedemnaście — pomyślał. — Jak oni to piszą?

Poszło mu lepiej, niż się spodziewał. Intuicja podpowiedziała, który to pokój. Widząc siedemnastkę zapisaną symbolem Oriona na drzwiach, wszedł do środka. Po raz pierwszy w swym życiu położy się w miękkim puchowym posłaniu na dziwnym, samodostosowującym się do ciała łóżku.

Szkoła

Ken wstał wcześniej, gdyż przypomniał sobie, że musi się uczyć, by nie być robolem. Wziął szybki prysznic, wyszczotkował zęby. Spojrzał jeszcze raz w lustro.

— Jest OK. — Uśmiechnął się do siebie, gdyż wyglądał naprawdę dobrze i zdrowo. — Dziewczyny zapewne padną z wrażenia — pomyślał, stojąc wciąż przed lustrem.

Szczerząc zęby i kręcąc mięśniami twarzy, usiłował utrwalić odpowiednio uwodzicielski uśmiech.

— Jest dobrze. Pierwsze dobre wrażenie to klucz do sukcesu — pomyślał.

Zauważył uchylone drzwi od szafy. Podszedł, otworzył i oniemiał.

— Coś takiego!

Na wieszaku wisiał szkolny mundurek, który wyglądał jak zbroja rycerska. Zawahał się, czy przez przypadek nie pomylił pokoi i czy ta szata jest jego. Intuicja mu podpowiadała, iż ma już niewiele czasu na dotarcie do szkoły, a to jest jednak strój dla niego. Założył na siebie tę złoto-srebrną zbroję i jeszcze raz spojrzał zadowolony w lustro. Z uśmiechem na twarzy wyszedł do szkoły.

Dzień był słoneczny i ciepły. Cerna tętniła porannym życiem, wszędzie panowała wesoła atmosfera. Znali się tu wszyscy i głośno ze sobą rozmawiali, choć ich usta były zamknięte.

Nie znał drogi do szkoły. Postanowił więc kierować się w tym samym kierunku, co ci w podobnych do niego uniformach. Szli zieloną aleją parkową wysadzoną pięknymi wonnymi kwiatami. Liście drzew były soczyście zielone. Majestatycznie prezentowały się tu liczne bananowce z dużymi kiściami bananów. Ten bajeczny świat go fascynował, poczuł, iż szkoła jest mu już niepotrzebna i mógłby tu tylko tak stać i podziwiać dary natury.

— Szybko, szybko, bo się spóźnimy — usłyszał głos i cichy półbieg dwóch wyrostków.

Potruchtał za nimi i nic go już nie interesowało tylko pośpiech.

Wrażliwość chłopaka znów sprawiła, iż stanął ja wryty. Na końcu alei stała ogromna szklana piramida, do której wchodzili uczniowie. To monstrum zadziałało na jego wyobraźnię, a jego nogi jakby wtopiły się w podłoże.

— Jesteś nowy? — usłyszał przemiły głos tuż za swymi plecami.

— Tak. — Obejrzał się za siebie. Ktoś za nim stał.

Obcy swym wyglądem przypominał astronautę.

— Przepraszam, rodzice mnie tu przed chwilą przywieźli aerolotem.

Obcy zdjął z głowy złoty kask, a pod nim ukazała się jasna, uśmiechnięta dziewczęca buzia z bardzo białymi zębami i długimi blond włosami.

Kena znów zamurowało. Jego wytrenowany uśmiech znikł, a jego otwarta buzia zastygła w zachwycie dla jej niebiańskiego wyglądu.

— Mam czarne zęby? — pomyślał. — A może brązowe? — Postanowił się więc nie uśmiechać. — Yhmmmy — wymamrotał i kiwnął potakująco głową.

Wciąż słyszał głos bogini, która uśmiechała się do niego, ukazując swą anielską buzię, a wykonywane przy tym wężowe gesty i ruchy podkreślały jej doskonałą figurę.

Udając posąg i niemowę, jako niedorobiony troglodyta mógł dokładnie się jej przyglądać.

— To anioł? — pomyślał i pozwolił się jej prowadzić jak piesek na smyczy do szkolnego nieba.

Przy wejściu naklejano im nalepki na kombinezony, a głos z automatu witał każdego z imienia.

— Witaj, Astrid — usłyszał imię dziewczyny.

— Witaj, Ken — usłyszał swe imię. Był zaskoczony, gdyż nikogo tu nie znał.

— Kto mnie jeszcze zna? — pomyślał.

Weszli do ogromnej sali lekcyjnej. Wszystko było tu w kolorach srebrnym i złotym. Na końcu, tuż za srebrnym biurkiem nauczyciela, była monstrualne wielka dekoracja.

— Co to?

Po raz pierwszy pokazał dziewczynie swe niedoskonałe uzębienie.

— To jest… Drzewo Życia.

— Bez liści?

— To tylko symbol i cel naszego istnienia. Widzisz, tu nic nie ma początku i końca.

— A nasze narodziny i śmierć? — błysnął inteligencją.

— O boże, jaki ty jesteś niedouczony — zażenowała się Astrid.

Rozejrzał się po sali, by nie wypaść na nieuka. Nie zadawał więcej pytań, gdyż ta bogini nie znała najprostszych odpowiedzi.

— Jest piękna jak anioł, a głupia jak banan — pomyślał i uśmiechnął się na tę myśl.

— YHM… — usłyszał i zaczerwienił się, gdyż zapomniał, iż tu nie rusza się ustami.

Rozejrzał się jeszcze po sali, następnie spojrzał na swój kombinezon. Na okrągłej nalepce szkolnej widniał ten sam symbol co na dekoracji. Dziewczyna zauważyła jego zainteresowanie.

— Pień oznacza nasze obecne życie i to, co nas otacza, czyli dzisiejsza rzeczywistość. Siedem konarów to to, czego się tu nauczymy. Siedem korzeni to to, co już wiemy, a wszystko zamknięte w kole oznacza, że nic nie ginie i wciąż do nas wraca. Pobieramy energię, by ją kiedyś oddać i zaistnieć na nowo. Wciąż otrzymujemy to, co oddajemy.

— Ciekawe. — Niewiele z tego zrozumiał, lecz minę miał jakby od dawna o tym wiedział.

— To oczywiste. nie uczymy się na próżno… my wciąż dążymy do doskonałości… Żyjemy wciąż i wciąż, i wciąż…

Ken uśmiechnął się z zamkniętymi ustami, maskując swe złote, niedokładnie domyte wady. Rozmyślał, jak wybielić zęby.

— W domu coś znajdziesz. Poszukaj pod lustrem — usłyszał.


Rozejrzał się po sali, lecz wszystkie buzie były zamknięte, a wzrok wszystkich skierowany był na scenę.

***

Pierwszy dzień w szkole przyniósł mu pełną gamę odczuć. Dowiedział się wiele i nic z tego nie zapamiętał. Był niedoskonałym chłopakiem, takim jak jego dotychczasowe życie.

— Pewnie dlatego zapisali mnie do szkoły — pomyślał.

Po dotarciu do swej hacjendy miał tylko ochotę na wypoczynek. Jego umysł pracował jednak dalej. Teraz tkwił w próżni, zawieszony pomiędzy dwoma światami.

Podszedł do lustra na korytarzu i ujrzał siebie odmienionego. Nie powłoka cielesna była ważna, lecz wnętrze, gdzie zamiast serca ujrzał Drzewo Życia, które w nim falowało niczym nalepka szkolna.

— Jestem teraz w pniu Drzewa Życia. Wyszedłem z korzeni i mam jeszcze długą drogę do pierwszych konarów. Który z nich wybiorę? Jeden ze skrajnych czy ten siódmy, środkowy, prosty, najbliższy, z najkrótszą drogą prowadzącą do szczytu, i pożyję krótko, gdyż do mety mam niedaleko? Po co mam się śpieszyć i iść na skróty? Zacznę od najbardziej skrajnych konarów — pomyślał.

Pojmował już sens nauki i zastanawiał się, dlaczego dopiero teraz to zrozumiał. Życie jest proste, wystarczy na nie spojrzeć z odpowiedniej perspektywy.

Szedł dalej jakby z głową w chmurach i nawet nie zauważył, że dotarł już do swego pokoju. Ucieszył się i postanowił doprowadzić się do porządku teraz, by nie wstawać wcześnie rano. Szybko pozbył się ubrania. Stanął nagi przed lustrem i zaczął prężyć swe mięśnie.

— Mięśnie karku w porządku, mięśnie szyi też. Biceps jak u gladiatora, mięśnie ud też jak u supersamca.

Wszystkie pożądane przyrządy miał pod ręką. To było dziwne, gdyż gdy tylko coś sobie pomyślał, to zaraz jakaś szafka czy szuflada się otwierała, ukazując pożądane skarby.

— Prysznic — pomyślał.

Zaskoczony zauważył w odbiciu lustra, iż otworzyły się drzwi wejściowe. Pewnie wyszedł na korytarz. Cała hacjenda wydawała się być niezamieszkała. Szedł prosty jak sosna, napinając swe walory. Na końcu korytarza ujrzał znak Wodnika kojarzony z symbolem wody. Zauważył też, że drzwi się otwierają. Ucieszył się, gdyż lubił te nowinki techniki. Przyśpieszył kroku, lecz zahaczył o coś pantoflem, a ten zsunął mu się z nogi, więc chłopak z impetem uderzył głową w coś miękkiego i solidnie odzianego.

— Ty chamie niemyty, ty zbójuuuu… — usłyszał wysoki, damski alt.

Nagle wyzwiska ucichły.

— Wybacz, królewiczu — usłyszał nieco niższy, jakby czymś zafascynowany damski głosik.

Wciąż leżąc na plecach, zorientował się, że tym razem król jest nagi i leżał z berłem na wierzchu.

— To moja wina… Wybacz — odpowiedział, czując iż jego uszy się palą.

Czuł się nieswojo, a panna, którą zaatakował, była prześlicznej urody. Działała na jego zmysły jak wonny narkotyk. Zaistniała sytuacja wykluczała podtrzymywanie rozmowy, a na sterylnym holu nie było nawet małego skrawka papieru czy materiału do osłonięcia swej nagości.

— Wybacz — wyjąkał.

Poderwał się z podłogi jak oparzony i szybko pobiegł w kierunku swego pokoju. Dziewczyna ujrzała tylko jasne pośladki niedoszłego amanta. Trwało to sekundę, lecz obraz golasa pozostał zeskanowany na dłużej.

Ken szybko wskoczył do wnętrza pokoju i zaraz ujrzał uchylone drzwi tuż obok tych wejściowych. Uchylił je i zobaczył prysznic i wannę wypełnioną wonną pianą. Miał dość prysznica, więc wsunął się do piany, która przypominała w dotyku ubiór dziewczyny.

— Jak miał na imię ten boski anioł? — próbował sobie bezskutecznie przypomnieć.

Cała łazienka była lustrzana. Był tu sam, a jakby w doborowym towarzystwie. Wyciągnął się w wannie, obserwując swój wizerunek na suficie.

Na ten widok twarz mu się rozjaśniała, a wytrenowana mimika odpuściła, ustępując miejsca delikatnemu uśmiechowi i, o dziwo, dość białym, równym zębom.

Nauka

Następnego dnia szedł do szkoły już spokojnie. Poprzedniego dnia nie wiedział, czego ma się spodziewać, a teraz był już weteranem, można go nawet było nazwać starym wyżeraczem. Był teraz wyluzowanym dorodnym nastolatkiem, który swym delikatnym uśmiechem obdarowywał wszystkich napotkanych.

— Co cię tak bawi? — usłyszał znajomy głos.

— Życie… gdyż życie jest jedną wielką zabawą… — odpowiedział, ukazując w szerokim uśmiechu swe nowo wybielone zęby.

— Życie? Życie cię bawi, a nie obowiązek wobec ludzkości? — zdziwiła się Astrid.

— Gdyby nie życie, nie byłoby i tych obowiązków — odparł zadowolony z siebie Ken.

— Mądrala, poczekaj na pierwszy dzisiejszy wykład, to poznasz, ile warte jest twoje myślenie.

Weszli do ciemnej auli. Po chwili sala pojaśniała i zaczęli zajmować swe miejsca. Wydawało się że aula żyje, gdyż szybkie promienie nazywane ray wciąż uderzały w ornamenty złoto-platynowej sali, nadając całości połysk i jaskrawy blask.

Tuż poniżej dekoracji drzewa życia pojawiła się biała postać z zielonym kryształem w dłoni. To była cicha lekcja. Uczniowie mieli podobne kryształy, które emanowały podobnym, zielonym światłem.

Ken spojrzał w swój kryształ i poczuł, że jego umysł rozszerza się do nieograniczonej pojemności. Ujrzał ogromny Wszechświat, miliony planet i miliardy gwiazd, a jego umysł był jego nierozerwalną częścią.

Ujrzał w tle szare oczy maga, to on wysyłał tę projekcję do swych uczniów. Dojrzał również wiele innych kryształowych kamieni w różnych kolorach i odcieniach. Dziwne postacie trzymały je w rękach, wszystkie one emitowały życiodajne światło.

Kim byli ci ludzie, których widział? Nie byli to uczniowie tej szkoły. Byli o wiele wyżsi i mieli większe głowy. Usłyszał ich głosy, mówili do niego. Był teraz jednym z nich, to byli jego przodkowie. Podróżował z nimi po przeróżnych miejscach Wszechświata. Byli w gwiazdozbiorze Bellatrix, na przecudnej planecie Lurra w konstelacji Oriona.

Wydawało mu się, iż jest Wędrowcem lub międzygalaktycznym pilotem mknącym przez Wszechświat bez statku i bez skafandra kosmicznego.

— Tablice Przeznaczenia — usłyszał głos w swej głowie.

Zrozumiał, że wszystko jest zapisane w gwiazdach. Wiedzę otrzymujemy bezpośrednio z kosmosu. Dysponujemy tylko niewielkimi kamykami, które służą do stymulacji naszych mózgów. Słyszał głosy, które tłumaczyły mu wszystko, co widział i dotykał. Poznał Wszechświat i swe przeznaczenie. Zrozumiał, iż żyjemy tu nieprzypadkowo. Zrozumiał, iż nawet najmniejszy z nas ma przypisaną misję. Nieważne są nasze błędy. Każda zła czy dobra decyzja rzutuje na wszystkich, których napotkamy na swej drodze.

Zrozumiał właściwości kamieni, które przypisuje się obiektom w kosmosie:

— Słońcu… przypadają kamienie koloru złotego, czyli bursztyn, topaz hiacynt, chryzolit,

— Księżycowi… kamienie białe, jak diament, perła, beryl, opal, kryształ,

— Marsowi… kamienie czerwone, jak rubin, krwawnik, hematyt, jaspis,

— Merkuremu… kamienie o barwie neutralnej, to jest chalcedon, agat, karneol, sardonyks,

— Jowiszowi… kamienie niebieskie, czyli turkus, szafir, jaspis, diament błękitny,

— Wenus… kamienie zielone, jak szmaragd i odmiany szafirów,

— Saturnowi… kamienie czarne, to znaczy onyks, aksywan, czarny diament i czarna perła.

— Który kamień mi przypadnie? Jakie moce nabędę? — Tysiące pytań kłębiło się w jego głowie.

Przeznaczenie nakazało mu porzucić brata, ojca i matkę, których kochał. Bezwiednie wsiadł na statek obcych. Czy mógł uciec od przeznaczenia?

— Jakie jest moje przeznaczenie? — Zadając sobie to pytanie, powrócił do rzeczywistości.

— Witaj wśród żywych — usłyszał głos Astrid.

— Witaj — wyszeptał, otwierając oczy.

Leżał teraz na podłodze pośrodku sali, a nad nim stał spory tłumek współuczniów. Poczuł się nieswojo. Mógł udawać chorego i czekać na pomoc medyczną, mógł też tak leżeć w nieskończoność, udając obłożnie chorego. Nie było mu dziś dane leniuchować, następna lekcja nieuchronnie zbliżała się do niego.

— Proszę się rozejść, młody ma zbyt delikatny mózg — usłyszał głos maga, profesora Iana.

— Zabieram cię stąd, gdyż mi lekcję psujesz, chłopcze.

Jakaś niewidzialna siła delikatnie uniosła go do góry i wywiozła poza salę wykładową. Znalazł się w dziwnym miejscu.

— Znów mam tu swoje przeznaczenie? — pomyślał. — Prywatna lekcja?

— Dobrze kombinujesz, mały — usłyszał inny głos.

— Kim jesteś? — Próbował dostrzec rozmówcę.

— Jestem Tan, ten od przeznaczenia rubinowego, czyli ochroną tego świata.

— A profesor Ian?

— On jest guru od białych diamentów, czyli wiedzy i niesamowitej mocy.

— Czy ktoś tu jeszcze jest?

— Tak, San, to ten od czarnych diamentów, i Han od złotego Słońca.

— A pozostałe trzy przeznaczenia?

— A tego wyboru dokonują nasi studenci, tylko od ciebie zależy, kim będziesz.

To był bardzo trudny dzień dla Kena. Wszystko, co dotychczas wiedział i robił, wydawało mu się głupie. Na szczęście nie musiał już wracać na lekcję do Iana. Miał wolne.

— Czy mogę o coś spytać?

— Pytaj — odpowiedział Tan.

— Jeśli nasze życie nie ma początku i końca, to czym są nasze urodziny i śmierć?

— Pamiętasz wczorajszy dzień?

— Tak.

— Miał początek i koniec, lecz miałeś jeszcze wcześniejsze dni, które były podobne. Zbiór tych poranków i zmroków składa się na twe obecne życie w twej obecnej formie.

— Nie rozumiem.

— Życie ziemskie to wiosna, czyli narodziny i dorastanie. Lato to okres nauki i pracy. Jesień to pora na zbieranie plonów, które posiałeś, i na koniec… zima, czyli okres wypoczynku i przygotowanie do kolejnej wiosny.

— Czy żyjemy, wciąż zmieniając tylko formę?

— Masz jeszcze młody mózg i to uproszczenie powinno ci na dziś wystarczyć.

Jeszcze długo kłębiły mu się w głowie zarówno wizje z kryształów, jak i proste wytłumaczenie profesora Tana.

Wszystko, co dotychczas dostrzegał, było tylko iluzją.

By żyć, musiał ciężko pracować.

By mieć spokój, musiał zarabiać na utrzymanie.

Trzymając się życia, był ekonomicznym niewolnikiem stworzonym, by służyć.

***

Był piękny, słoneczny dzień, więc postanowił wstąpić do pobliskiego parku. W powietrzu wyczuwało się aurę świąteczną. Było tu gwarno, ludzie rozmawiali ze sobą, a dzieci śmiały się, klaskały, piszczały. Było tu wesoło jak na festynie.

Szedł teraz szeroką aleją parkową. Ludzie spacerowali tu z lwami, panterami, gepardami.

— Tak groźne zwierzęta, a spacerują luźno tuż obok swych właścicieli? — pomyślał.

Spacerowicze rozmawiali ze swymi zwierzętami jak z przyjaciółmi. Ken miał ochotę odpocząć i ponownie zebrać myśli. Usiadł na pierwszej napotkanej ławeczce.

— Dziwne — pomyślał, obserwując absurd sytuacyjny tego, co go otaczało.

— Co jest tu dziwne? — usłyszał za sobą głos.

— Te dzikie zwierzęta nie atakują ludzi.

— Jakie dzikie zwierzęta?… Ludzie nie są dzicy, są tylko wyniośli i czasem zarozumiali — usłyszał.

Ken obrócił się, by wyjaśnić, że mówił o zwierzętach. Oniemiał z wrażenia i zaniemówił, właśnie rozmawiał z czarną panterą.

Schylił się, by sprawdzić, jaki malec kryje się za zwierzęciem.

— Czego szukasz? — spytała pantera.

— Twego pana? — Złapał się na tym, iż rozmawia ze zwierzęciem.

— Kolejny dupek — odrzekła pantera i odeszła.

— Zwariowałem? Te kryształy mózg mi wypaliły? Muszę odpocząć.

— Cześć, Jak ci poszło w szkole? — Dosiadła się do niego Boleara.

— Wiesz… nie bardzo… źle się czuję i gadam ze zwierzętami.

— O, tak szybko?

— Co tak szybko? Ian powiedział, że mam sporą powierzchnię mózgu do zagospodarowania.

— Zazdroszczę ci. Większość Atlantydów ma już przepełnione mózgi.

— Mówiłaś mi, że to Posejda.

— A nie pamiętasz? Jesteśmy w mieście Cerna na wyspie Posejda w Imperium Atlantyckim.

— W mojej głowie mam tylko mapy gwiezdne i one wszystkie rozłożone są na Drzewie Życia.

— Znasz podstawy. Rozluźnij się. Wejdźmy do ogrodu — zaproponowała.

— Co to za ogród?

— To świątynia Posejdona złożona z czterech okręgów o szerokości około ośmiuset metrów, otoczonych wodami. Pierwszy okrąg ma średnicę około cześć kilometrów, a centralny, czyli piąty okrąg, jest świątynią o szerokości około dwóch kilometrów — objaśniała dziewczyna.

— Gdzie jest most?

— Jaki most?

— Ten, po którym dojdziemy do ogrodu.

— Masz przy sobie ten szkolny kryształ?

— To wybierz jakiś punkt na drugim brzegu i idź.

Oboje przeszli po powierzchni wody, nie zamaczając nóg. Dotarli na suchy ląd i Ken wreszcie złapał oddech.

— Co ci? — Dziewczyna lekko się uśmiechnęła.

— Bałem się jak cholera…

— Czego się bałeś?

— Że utonę.

— Nie żartuj sobie ze mnie. System Sem wybrał ciebie, więc tak szybko twoja misja się nie skończy.

— Kto mnie wybrał?

— Sem… To system wybierający rekrutów.

— Przeznaczenie…

— Co ty mówisz? Miałeś tu trafić i tu jesteś. Możesz to nazywać, jak chcesz.

Ken powoli zaczynał rozumieć swoją wyjątkowość. Stracił wszystko, stał się nikim. Musiał iść na zachód. Nikt go nie chciał i nie potrzebował, nigdzie nie znalazł swojego miejsca. Nie miał przyjaciół ani rodziny, tylko stare ubranie i sandały na nogach.

— Kim jestem? — pytał sam siebie, a gotowe odpowiedzi natychmiast powracały do jego głowy.

Boleara czytała jego myśli, gdyż odpowiedziała mu:

— Jesteś Wędrowcem. Otrzymałeś nieśmiertelną duszę i misję do wykonania.

— Jaką misję?

— Dowiesz się we właściwym czasie.

— Kiedy?

— Kiedy staniesz przed Drzewem Przeznaczenia i otrzymasz swój kamień.

— Chcę biały.

— Ten kamień otrzymują tylko wybrani. Wędrowcy przeważnie otrzymują czerwony.

— Co będę robił?

— Najprawdopodobniej będziesz królem w jakimś wyspiarskim kraju.

— Królem? — Polepszył mu się humor i ujrzał siebie na złotym tronie w diademie.

Rozmarzył się, a jego umysł pofrunął gdzieś daleko. Nawet nie zauważył, kiedy odpłynął duchem z teraźniejszości. Znów czuł się jak na wykładzie.

Do rzeczywistości sprowadził go głos Boleary:

— Z czego się cieszysz?

— Z awansu…

— Ty nie będziesz leżał i korzystał z przyjemności. Masz się uczyć kultury i sztuki.

Przypomniał sobie starych znajomych z poprzedniego życia.

— Oni też mają się uczyć… te dzikusy? — przypomniał o kolegach pozostawionych na odległym lądzie.

— Przestań, jeszcze wczoraj byłeś jednym z nich — zareagowała gwałtownie Boleara.

— Przepraszam, odkąd pamiętam, to zawsze byłem sam. Rodziców nigdy nie było w domu.

— Ja też kiedyś mieszkałam w Raju u Bogusia i też zawsze byłam sama.

— Kim jest Boguś?

— Jest Wędrowcem, tak jak ty.

— Jest królem? — zaciekawił się chłopak.

— Nie. Jest pustelnikiem na emeryturze. Teraz zajmuje się zwierzętami i ma dobrych pomocników.

— Skąd ty o tym wiesz? — Ta jej historia wydała mu się znajoma.

— Poznałam go dawno, dawno temu. Moje ziemskie imię to Lucyna, a on mnie nazywał Lucyferą. Ja odleciałam na Wenus. On pozostał w naszej hacjendzie. — Mówiąc to, bawiła się swym zielonym szmaragdem.

— On jest na emeryturze, a ty wyglądasz jak uczennica?

— Tak mnie spostrzegasz?

— Tak.

Szli dalej wśród bujnej, soczystej roślinności. Zapach rabatowych kwiatów i kwitnących drzew aż drażnił ich nozdrza. Boleara promieniała jakimś jasnym światłem.

— Wspaniały zapach — pomyślał. Nachylił się i zerwał wonną różę.

— Najpiękniejsza dla najpięknnnn… Aaaaah!!!!?

Został powalony na chodnik, a jakieś dwa draby wyrecytowały mu jego prawa.

— Przepraszam, on jest nowy i nie zna jeszcze naszych praw i obyczajów — zareagowała dziewczyna.

— To wandal!

— Tak, lecz szybko się uczy — zareagowała gwałtownie.

— Tym razem tylko pouczenie, a następnym razem lochy — odpowiedział strażnik.

— Dziękuję i dopilnuję, by tu niczego nie zniszczył ten dzikus — odpowiedziała z uśmiechem do strażnika.

— Uważaj, by tu niczego już nie dotykał — odpowiedział służbowo i groźnie jeden z mundurowych.

Ken ledwo doszedł do siebie.

— To jacyś pomyleńcy i nic w nich delikatności — rozgadał się Ken, w gestykulując nerwach.

— To strażnicy Bazta. Niszczysz tu ład i porządek, którego oni tu strzegą.

— Zerwałem tylko różę dla ciebie.

— Dla mnie…? A po co?

— Wyglądasz jak ten kwiat. Przed chwilą byłaś czerwona, a teraz delikatnie pąsowa.

Dziewczyna zrobiła się sina.

— Masz mnie za roślinę?

— Nie, lecz na stałym lądzie tak się zachowujemy, gdy kogoś lubimy.

— Prymitywne.

Ken postanowił zmienić temat.

— Mieli dziwne zbroje.

— Tak, niezniszczalne, z orichalcum.

— A co to takiego?

— Jest lżejszy od powietrza i niezniszczalny. Tak jak nasze statki powietrzne.

— Znam metale, lecz są one ciężkie.

— Jeszcze musisz się wiele nauczyć — odpowiedziała.

— A kiedy ja już będę królem?

— Kto ci takich głupot nawbijał do twej jeszcze pustej głowy? Wciąż powstają nowe bazy i jak będziesz zdolnym, to zapewne będziesz miał jakiś kontrakt dowódcy. Lecz na króla to ty niestety nie wyglądasz.

Szybko zszedł na ziemię. Jeśli nie król, to może strażnik parkowy? — pomyślał.

Ken chciał mieć taki strój jak strażnicy. Dusił to w środku, nie dając poznać po sobie.

— Orichalcum, orichalcum, orichalcum… — potarzał w myślach.

— Coś cię trapi?

— Chciałbym uczyć się na inżyniera lub ogrodnika.

— Nie znam twojego przeznaczenia — odparła. — Chodźmy do świątyni.

Pokonywali kolejne wodne przeszkody, aż stanęli przed miastem. Uwagę Kena przyciągała wielka majestatyczna Złota Brama.

Świątynia Posejdona

Stał zafascynowany z otwartymi ustami. Milczał i zapewne nie myślał, gdyż nie słyszał podpowiedzi Boleary.

— To świątynia Posejdona. — Pokazała dłonią.

— Cała jest ze złota? Czy tylko ta brama? — mówił jak w transie Ken.

— Niecała, przyjrzyj się uważnie, a dostrzeżesz tu wiele cenniejszych metali i kamieni. Spójrz na platynowe ornamenty i wypusty z drogocennymi, energetycznymi kryształami.

— Złoto. Złoto, złoto, złoto… Jednak lepiej jest być królem niż strażnikiem miejskim.– Jego głowa wciąż pracowała na wysokich obrotach. Po chwili dodał: — Czyje to jest?

— Nasze — odpowiedziała.

— A ile mogę tego zabrać?

— Nic… — Nie rozumiała toku myślenia Kena. — Po co ci one?

— Lubię je i chciałbym trochę tego mieć.

— Coś ci na mózg powiało. Chodźmy, zanim cię tu znów aresztują i zamkną w domu dla obłąkanych.

Chłopak nie rozumiał jednego — dlaczego nikt tego skarbu nie zabiera do domu. Za to mógłby żyć w luksusie przez całe swoje życie i jeszcze tego bogactwa starczyłoby dla wnuków i prawnuków.

Z niemałym wysiłkiem dziewczyna oderwała tego troglodytę od Złotej Bramy. Na szczęście wystarczyła tylko perswazja ustna, a nie siła fizyczna.

Po krótkim czasie znów szli razem. On jak piesek na uwięzi, prowadzony przez swą panią. Mijali wiele ciekawych i niesamowitych miejsc, lecz umysł chłopaka rozróżniał tylko złote barwy. Dotarli do monumentalnego, złotego pałacu. Kopuła nakrywająca wnętrze była ogromna i też zapewne ze szczerego złota. Świeciła jaśniej od słońca.

— Kto tu mieszka? — odzyskał mowę.

— Teraz tu mieszkają król Marsa Tytan z królową z Wenus Dianą.

— Słyszałem o nich, podobno zginęli podczas okrutnej wojny pomiędzy ich planetami?

— Zabawny jesteś. — Dziewczyna uwodzicielsko się uśmiechnęła. — Królowie nie giną, lecz się teleportują — dodała.

By wejść do pałacu, musieli przejść przez bramę podobną do tej, która wywarła ogromne wrażenie na Kenie. Zatrzymali się, gdyż chłopak dostrzegł w niej coś ciekawego. Była ona bogato zdobiona jakimiś hieroglifami przypominającymi pismo. Przyglądał się jej uważnie i po chwili zaczął sylabizować:

1. BĄDŹ NIESKAZITELNY W SŁOWACH.

2. NIE BIERZ NIC DO SIEBIE.

3. NIE ZAKŁADAJ NIC Z GÓRY.

4. RÓB WSZYSTKO NAJLEPIEJ, JAK POTRAFISZ.

— Rozsądne i zapewne niegłupie. — Teraz chciał uchodzić za intelektualistę.

Stał i przyglądał się z powagą, kiwając przy tym delikatnie głową, jednak pomimo tych ruchów miejsca w mózgu mu nie przybywało.

— Co to znaczy? — Wreszcie pojął, iż niewiele z tego zrozumiał.

— Minąłeś już trzy bramy i wreszcie dostrzegłeś i przeczytałeś nasze prawa? Co to znaczy, pytasz? To są twoje prawa i obowiązki, to kodeks moralny naszego ludu.

— Ja nadal nie rozumiem? — Jego mózg nie pracował jak trzeba.

— Dobrze wyjaśnię ci:

1. Mów spójnie. Mów tylko to, co myślisz. Unikaj używania słowa przeciwko sobie lub by plotkować o innych. Wykorzystaj moc twoich słów tak, by prowadziły do prawdy i miłości.

2. Nic, co robią inni, nic dzieje się z twojego powodu. To, co inni mówią bądź robią, jest projekcją ich własnej rzeczywistości, ich własnego snu. Jeśli będziesz odporny na opinie i działania innych, nie staniesz się ofiarą niepotrzebnego cierpienia.

3. Znajdź odwagę, by zadawać pytania i wyrazić to, czego naprawdę pragniesz. Porozumiewaj się z innymi tak jasno, jak tylko potrafisz, aby uniknąć nieporozumień, smutku i rozczarowań. Stosując się tylko do tej jednej zasady, możesz całkowicie odmienić swoje życie.

4. Twoje „najlepiej” będzie stale ulegać zmianie. Będzie inne, kiedy jesteś zdrowy, i inne, gdy jesteś chory. W każdych okolicznościach po prostu rób wszystko najlepiej, jak potrafisz, a unikniesz samoosądzania się, potępiania siebie bez żalu.

— Logiczne — przytaknął Ken.

— Postępuj tak, jak tu napisano, a będziesz człowiekiem godnym i szanowanym — dodała Boleara. — Dotarłeś do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. To tu jest statek badawczy stwórcy. Kiedy stracił sterowność, pozostał tu na wieki. Wszystko teraz tu działa i mógłby odlecieć. Lecz komandor Atlas postanowił ucywilizować ten zakątek Wszechświata.

— Jak to ucywilizować? — zaniepokoił się chłopak.

— Pracują wciąż nad nowym, inteligentnym gatunkiem. Próbowali z wieloma zwierzętami, lecz tylko niektóre gatunki możemy nazwać ludźmi. Tyle ras i taka różnorodność, lecz ideału nie widać.

— Miałem się za inteligentnego — wtrącił Ken.

— Ty jesteś nasz i dlatego tak szybko wchłaniasz moc kryształów. Skąd pochodzisz?

— Jestem synem Ady i Iwy. Pochodzę z Raju.

— Coś o nich słyszałam. — Zamyśliła się i dodała: — Tak, na pewno słyszałam. Jaki ten świat jest mały.

— Miałem jeszcze brata Arka, lecz smok go pożarł — dodał smutno.

— Znam Arka i nikt go nie pożarł. Był on uczniem Bogusia. Ma żonę Olimpię i gromadkę dzieciaków. Najstarsza ich córka ma na imię Sara.

— Jesteś pewna? — twarz chłopaka pojaśniała.

— Pracuje on teraz na placówce w bazie Giza, w północnej Lemurii, tuż za Morzem Saharyjskim.

— Pracuje? Nigdy nie był dość bystrym dzieciakiem, by pracować. To taki niebieski ptaszek i maminsynek. Zawsze chodził za mną jak mój cień. — Ken delektował się wspomnieniami minionych utraconych lat.

Nawet nie zauważył, iż jego twarz promieniała, a jego wewnętrzne szczęście emanowało na zewnątrz, obdarzając wszystko wokół zdrową, czystą energią. Obwiniał się wciąż za śmierć brata, a on nie zginął. Zaczynał żałować swojego zachowania, głupich żartów i chamskich odzywek kierowanych do małego brata. On po prostu we wszystkim go naśladował. Maluch próbował być tylko takim męskim jak jego starszy superbrat.

— A co on tam teraz robi? — zainteresował się.

— Sprowadza z Madagaskaru czarnych, leniwych Lemurczyków do prac przydomowych i do budowy piramid.

— Fajne zajęcie. — Chłopak był teraz dumnym z brata.

— Nie chciałbyś tego robić. Nie znasz Lemurczyków. To lenie i złodzieje. Faraon wciąż żali się, że go okradają. Jeśli coś mu zginie, to odnajduje to na pobliskim targu. Żadne kary nie działają na tych małpoludów.

— Małpoludów? — spytał.

— Tak. Przypominałeś ich, śliniąc się do tamtej bramy. — Boleara parsknęła głośnym śmiechem.

Ken nie dał się wytrącić z równowagi. Nie zareagował na zachowanie dziewczyny.

— Kiedy mogę go zobaczyć? — spytał.

— Cierpliwości. Mamy tu jeszcze mówione spotkanie z Magiem Wschodu.

Weszli do dużego holu, który przypominał poczekalnię. Było tu wszystko, co mogło być przydatne do zwiedzania pałacu. Można było spacerować w wygodnych pantoflach, jeździć na jedno lub dwukołowych wózkach i hulajnogach. Dbano tu o czystość, choć było tu pusto i bezszelestnie. Cały zgiełk z zewnątrz był wygłuszony, a owady widocznie mały zakaz tu w fruwać.

Na podłodze był rozłożony długi, purpurowy chodnik, a może dywan. Prowadził on zwiedzających do olbrzymiej sali z ośmioma wejściami. Z każdego wejścia prowadził taki sam purpurowy dywan. Dochodził on do centralnej części sali. Kończył się tuż przy lekko podwyższonym, złotym podium z platynowymi ornamentami, na którym stał monstrualny kryształ o dziwnej barwie. Wydawało się, że umieszczony jest na ośmiu spłaszczonych, złotych okręgach.

Pierwsze, co skojarzyło się Kenowi, to określenie „dziwnie tęczowy”. Poczuł się malutki jak palec, gdyż widok ten przypominał mu olbrzymi pierścionek zaręczynowy.

— Podejdź tam. — Boleara wskazała dłonią w kierunku podium.

Zawahał się, gdyż nie wiedział, jak się zachować. Jeszcze nigdy w życiu nie był tak niepewny swych decyzji.

— To mnie wciągnie? — pomyślał.

Ręka jego zadziałała instynktownie, nie czekając na reakcję mózgu. Sama powędrowała w kierunku kryształu, a jego nogi i ciało poruszało się podobnie. Nie był już właścicielem swego ciała. Dotknął palcem ściany kryształu.

Poczuł się dziwnie. Jakby znów powrócił do stanu sprzed kontaktu z kryształem. Jego szata zniknęła, jakby stała się niewidzialną. Najdziwniejsze było to, że wszystko zniknęło. Nie miał już ciała, lecz umysł wciąż pracował. Czuł się świetnie, nie odczuwał żadnych dolegliwości fizycznych.

— Czy poprawił mi się wzrok? — pomyślał.

Spostrzegał teraz wyraźniej, a wszystko wokół było jakby w wielu wymiarach jednocześnie. Widział wyraźnie obok siebie odmienioną Bolearę. Wyglądała teraz jak senna zjawa. Czy była ona prawdziwa, czy jedynie była jego sennym widzeniem?

Jej wygląd się zmienił. Wyraźnie widział, że dziewczyna składa się z miliardów śnieżnobiałych falujących iskierek. Przypomniał sobie lekcję o galaktykach z miliardami gwiazd. Przez moment przeszła mu myśl, że każdy z nas jest małą galaktyką. Spojrzał na swe ręce, które wyglądały teraz jak te Boleary. Nie widział konturów swych dłoni i już wiedział, że nie ciało jest najważniejsze, lecz nasz umysł.

Oboje byli jakby w innym świecie. Strumień świetlny, który wypełniał to pomieszczenie, był tylko iluzją połączenia z innym, odległym światem.

— Gdzie jesteśmy? — zaniepokoił się Ken.

— Cicho, zachowaj spokój. Jesteśmy obserwowani z Lurry.

— Skąd? — Chłopaka zamurowało.

— Z Układu Bellatrix w konstelacji Oriona.

— A… aaa… — Skinął głową.

— Milcz i słuchaj — syknęła cicho.

Stał nieruchomo. Postanowił nie sprzeciwiać się mądrzejszej dziewczynie. Czuł, iż coś się wydarzy. Czuł też niepokój, lecz nie lęk. Wyczuwał zbliżające się postacie. Wzrok niczego nie dostrzegał, lecz czuł i wiedział, że dotychczasowe jego ciało było jak szczelna zbroja izolująca go od rzeczywistości.

— Witaj, Kenie — usłyszał w swej głowie obcy głos.

— Kim jesteś? — spytał, nie otwierając ust.

— Chciałeś mnie zobaczyć? Oto jestem — usłyszał.

Ujrzał przed sobą ogromną postać. Iskrzyła jak wszystko w tej sali. Wokół panowała harmonia i dziwny, idealny spokój.

Rozejrzał się wokoło, nie obracając głowy. Było to niesamowite uczucie, żaden jego mięsień nie musiał pracować. Nie wykonując żadnego ruchu, zauważył, iż sala wypełniona była po brzegi jednakowo ubranymi osobnikami. Zajmowali się sobą i nikt nie spoglądał w jego stronę.

— Tak, chciałem. Widzę cię, lecz słyszę wewnątrz siebie, gdzie jesteś? — odważył się odezwać.

— Teraz jestem w twojej głowie, lecz zaraz mogę być w roślinie, zwierzęciu lub w Bolearze. Jestem początkiem i końcem wszystkiego.

— Czy mógłbym cię dotknąć? — spytał.

— Nie. Umarłbyś na straszną chorobę. Otrzymasz ode mnie zadanie. Będziesz faraonem, lecz nie będziesz mógł spotykać się z ludźmi ani ich dotykać.

— To jak mam tam żyć? — zaniepokoił się.

— Każdy, kto spojrzy na twe oblicze, umrze, a kto cię dotknie, umrze w ogromnych męczarniach.

— To okrutne — zaprotestował.

— Nie, to nie jest okrutne. Ziemianie to słaby i chorowity podgatunek, a nasze bakterie są dla nich zabójcze. Twój brat Arek pracuje w Gizie nad uodpornieniem tych prymitywnych gatunków. Pomimo naszych starań oni wciąż padają jak muchy. Długa i ciężka droga jeszcze przed nami. Ludność Ziemi kurczy się i wkrótce będziemy zmuszeni sięgnąć po kolejny gatunek. Były już owady, gady, płazy, ssaki… Wyboru już prawie nie mamy.

To spotkanie z Wielkim Magiem otworzyło Kenowi oczy i zrozumiał sens swego istnienia. Bez Magów życie na Ziemi by nie istniało. To oni kierują i nadzorują wszystko — powietrze, pogodę, temperaturę i tak dalej. Życie ziemskie jest złudą i mieszkaniem w tym laboratorium.

— Czy będę pracować z ludźmi? — spytał niepewnie, odkrywając tą dziwną prawdę.

— Oczywiście. Tylko spraw się, jak należy.

Czuł, że audiencja zbliża się już do końca, gdyż postacie z sali powoli znikały.

Ujrzał jeszcze oślepiający błysk światła. Po chwili nastała ciemność. Dostrzegł w oddali iskierkę, która powoli rosła, rozjaśniając wszystko wokół. Mrok minął i znów stali przed świątynią.

— Wydawało mi, się że gdzieś byłem? — wyjąkał niepewnie.

— Byłeś w świątyni… i zostałeś wybrany… — Dziewczyna się uśmiechnęła.

— Czy dam radę? — odpowiedział, gdyż przeraziły go słowa o rychłej samotności.

— Jak nie ty, to kto inny. Byłeś samotnym przez całe swoje dotychczasowe życie. Zapewne dlatego wybrano cię do tego życia w samotności i trafiłeś do Sema.

— Skąd o tym wiesz? — Wszystko wydawało mu się dobrze wyreżyserowanym scenariuszem.

— To standardowy werbunek. Kontakt międzygatunkowy jest zabójczy dla Ziemian, więc wysyłamy tam sterylnych surogatów.

— Czy ja jestem sterylny? — spytał.

— Tu możesz mieć przyjaciół. Naszym nie zagrażasz, lecz dla ludzi z twojej przeszłości jesteś teraz zabójczy. Jeśli pojedziesz do Gizy, to otrzymasz własnego surogata, który będzie rozmawiał z twymi poddanymi. Nie poczujesz nawet różnicy, widząc i słysząc to co on. Twoje słowa będą wychodzić z jego ust. Jego dotyk i doznania odczujesz tak jak własne. To mniej męczące od biegania po schodach. Siedząc w swym gabinecie, będziesz bezpieczny dla siebie i dla swych podanych.

— Będę samotny jak palec? — kontynuował.

— Jak palec? Spójrz na swe dłonie. Ile masz palców? Spokojnie, Atlantydzi i Bazanie są odporni.

Ken oglądał swe dłonie. Palców miał dziesięć. Jeden wspierał pozostałe, a dwie sprawne dłonie to wszystko, co człowiekowi potrzeba do życia.

— Tak, to głupie porównanie — pomyślał.

Dziewczyna wciąż mówiła:

— Cała twoja świta i służba też będzie odporna na twoje uroki. Nie będziesz się nudził. Pamiętaj jednak, iż bezpośredni kontakt z prostym ludem sprowadzi na nich epidemię, która zniszczy wiele ludzkich istnień.

Podróże w czasie

Tego poranka Ken był wyjątkowo niecierpliwy. Wyskoczył wcześniej z posłania. Łazienkę zaliczył w kila minut. Strój był już dla niego przygotowany. Po kilku minutach wychodził już z pokoju. Jeszcze będąc w drzwiach wyjściowych, spojrzał na przeciwległą ścianę z lustrem. Widok, jaki pokazywało mu zwierciadełko, wprawił go w jeszcze lepszy nastrój. Narzucił plecak na ramię i usłyszał.

— Ty chamie nieskrobany, ty troglodyto…

Spojrzał za siebie i ujrzał dziewczynę z pokoju Wodnika. Leżała na podłodze, trzymając się za czoło. Znów nie wyglądała tak dobrze jak chłopak. Jej uroda przeminęła wraz z uderzeniem jej w głowę. Jej makijaż był teraz lekko rozmazany, a włosy w nieładzie.

— Spóźnię się do szkoły — prawie się rozpłakała.

— Przepraszam. Pomogę ci — zaproponował.

— Spierdalaj — usłyszał, a dziewczyna szybko zniknęła za drzwiami Wodnika.

— Przecież przeprosiłem — pomyślał. — To jakaś nawiedzona histeryczka — dodał i pobiegł w kierunku szkoły.

Nawet nie zauważył, jak dotarł do sali lekcyjnej. Wciąż miał w głowie zamykające się z trzaskiem drzwi Wodnika.

Sala wypełniona była po brzegi. Podobno na tych dzisiejszych zajęciach to była norma. Tym razem dekoracja sali była odmienna. Przypominała pusty plaster miodu, a wykładowcą był poznany przez niego wcześniej Wielki Mag Tan.

Jego pojawienie się zawsze wzbudzało wśród słuchaczy wielki szacunek i podziw. Tak naprawdę to zjawiał się w różnych nieoczekiwanych miejscach. Czasem był w kilku miejscach jednocześnie. Innym razem pojawiał się wysoko pod kopułą, obserwując spóźnionych uczniów.

Tym razem nikogo nie zaskoczył, co było swoistym zaskoczeniem. Obstawiano wszystko z wyjątkiem tego, co oczywiste.

Tan stał przed dekoracją z czerwonym kryształem na dłoni.

— To jest rubin, on pozwoli wam na podróże w czasie. Lecz by do tego dojść, musicie poznać podstawy. Komórka plastra miodu ma sześć ścian bocznych i sąsiaduje z sześcioma identycznymi komórkami i tak w nieskończoność. Widzicie teraz obraz dwuwymiarowy, lecz co będzie gdy wprowadzimy tu trzeci wymiar?

Dekoracja poruszyła się i nabrała głębi.

— Teraz widzimy już bryłę, która ma czternaście ścian i co ona wam przypomina?

— To model Drzewa Życia! — prawie wykrzyknął Ken.

— Masz rację, gdyż sześciobok górny i dolny ma po sześć ścian. Wierzchołki są siódmymi ścianami. Ten model możemy dowolnie modelować, lecz tylko w światach trójwymiarowych. Pokażę wam jeszcze inny świat, który jest dostępny tylko nielicznym cywilizacjom.

Dekoracja nieznacznie się zmieniła i znów była dwuwymiarowa. Pojawiła się nowa komórka ośmioboczna, która przypomniała Kenowi wnętrze w świątyni.

— Wszechświat złożony jest też z takich ośmiokątnych komórek. Każda komórka ma tylko jedną ścianę wspólną z sąsiednią. Sąsiaduje tylko z ośmioma komórkami. Każda komórka ma jeszcze osiem złączników, nazywamy je kluczami do nieskończoności, które są częścią wspólną z dwoma następnymi i tak do nieskończoności. To powoduje, iż mamy możliwość przemieszczania się po całym plastrze i w wielu kierunkach, korzystając z tych kluczy. Teraz pokażę wam model trójwymiarowy i co się za chwilę stanie.

Dekoracja znów drgnęła i teraz była obrazem o wielu tysiącach ścian. Słowa Tana teraz podziałały na ich wyobraźnię. To, co przed chwilą usłyszeli, teraz dostrzegali.

— Mieliśmy osiem połączeń, a teraz mamy ich dwadzieścia sześć plus dwadzieścia sześć kluczy, czyli już pięćdziesiąt dwa. Kiedy dodamy kolejne wymiary to uzyskamy nieskończoność połączeń. I możliwość przemieszczania się we wszystkich kierunkach w zależności od naszych potrzeb. Trójwymiar to zabezpieczenie Wszechświata prze gatunkami niepożądanymi. To świat doskonały. Wszyscy dążymy do doskonałości i na Ziemi wciąż mamy trójwymiarowe ciała — kontynuował. — Czy ktoś chce o coś mnie spytać?

— Tak, ja mam jedno pytanie. — Ken podniósł rękę. — Który z tych modeli jest doskonały?

— A jak myślisz?

— Myślę, że ten pierwszy jest mniej skomplikowanym i dającym się naginać jak kartka papieru, tworząc tunele czasoprzestrzenne więc i skracając drogę i kontakt z dowolnymi miejscami we Wszechświecie.

— A co myślisz o tym drugim? — zainteresował się bystrością umysłu chłopaka.

— Jest równie doskonałym. Pasuje jedynie do postaci wielowymiarowych, które mogą znajdować się w wielu miejscach jednocześnie.

— Jesteś blisko. Lecz prawda cię jeszcze zaskoczy. Mam dla ciebie próbną misję, której nie możesz odmówić.

Ken był zafascynowany wykładem.

— Możliwość przemieszczania po Wszechświecie?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 44.34
drukowana A5
Kolorowa
za 70.36