E-book
13.65
drukowana A5
51.83
drukowana A5
Kolorowa
84.83
Nefilim

Bezpłatny fragment - Nefilim

Zjednoczenie


Objętość:
430 str.
ISBN:
978-83-8245-900-5
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 51.83
drukowana A5
Kolorowa
za 84.83

Mariannie Tarce.

Mojej Babci.

Nota od autora

Skąd ty bierzesz te wszystkie pomysły?

Nie raz i nie dwa słyszałam to pytanie z ust wielu ludzi. Nigdy jednak nie umiałam odpowiedzieć na nie w sposób jasny i klarowny. Mimo to teraz spróbuję.

Skąd biorę pomysły? Znikąd. To nie ja wymyślam historię które opisuje. Nie moim dziełem są postacie i świat w którym przyszło mi żyć.

Zapytacie zapewne jak to jest możliwe?

Otóż jest i kropka.

Oczyma wyobraźni widzę wasze zaskoczone miny i odbite w lśniących oczach pytanie. Chcecie wiedzieć więcej, pragniecie bym wyjaśniła to, co przed chwilą przeczytaliście. Nie sądzę by moje wyjaśnienia cokolwiek wam rozjaśniły nie mniej postaram się opowiedzieć o tym jak najbardziej jasno i klarownie.

Pisząc opisuje czyjeś życie. Prawdziwe, istniejące życie. Dla was postacie, o których czytacie są jedynie literacką fikcją a ja wam powiem, że oni żyją tak samo jak Ja czy Wy. Nie są z krwi i kości, lecz z atramentu i papieru, co jednak nie znaczy, że nie są rzeczywiści.

Gdy postać przychodzi do mnie by opowiedzieć mi swoją historię czekam i słucham. Wchodzę w role kronikarza, który jedynie zapisuje to, co widzi i słyszy. Nie raz i nie dwa wyobrażałam sobie daną scenę w jakiś określony sposób, jednak w trakcie pisania okazywało się, że wygląda ona zupełnie inaczej. Lub wcale się nie wydarzyła. Dla nich tych papierowych bytów nie jest istotne, co ja wymyślę, oni żyją swoim życiem i oczekują jedynie spisania ich losów. Nie zawsze słuchają moich sugestii, a nawet, jeśli to i tak potem robią, co chcą.

Max jest z nich wszystkich najgorszy. Ile to ja się naprosiłam, nawściekałam, spłakałam czy wyszłam nieomal z siebie. Jednak na niego nic nie działa. Robi to, co sam uważa za słuszne i słychać jedynie siebie.

Pamiętam chwilę, w którym się poznaliśmy. Wydawał się zagubiony, lecz w tych jego czarnych jak smoła oczach widziałam blask. Założył ramiona na piersi i zażądał wręcz bym opisała to, co i opowie. Cóż… zgodziłam się.

Teraz właśnie trzymacie w dłoniach pierwsza część tej historii — Na więcej na razie mi nie pozwolił. — żywię nadzieję, że spodoba wam się to, co przeczytacie na kartach tej książki.

Będzie trochę strasznie, trochę smutno, ale też nieco radośnie i spokojnie.

Więc: Skąd biorę te wszystkie pomysły?

Cóż… Myślę że to najlepsza odpowiedź, na jaką mnie stać

Prolog

Miasto po horyzont jarzyło się blaskiem świateł i neonów, odcinając czarne nocne niebo nieregularną migotliwą kreską. Błękit, zieleń, czerwień i fiolet mieszały się ze sobą, tworząc kotłowaninę jaskrawych, rozedrganych plam na tle czarnych, monstrualnych wieżowców. Po oświetlonych pomarańczową łuną ulicach wciąż pruły, rozdzierając cisze swym rykiem, samochody. Słychać było jazgot motocykli, które raz po raz z piskiem opon ruszały spod majaczących w oddali świateł. Muzyka z pobliskich pubów wwiercała się w odgłosy miasta, tworząc z nim harmonijną całość, której z niczym nie dało się pomylić. Od czasu do czasu snop zimnego niebieskiego światła z policyjnego helikoptera przeszukiwał okolice w poszukiwaniu przestępczości, którą prawie za każdym razem znajdował. Wówczas to w ten nocny gwar z impetem wdzierał się jęk syren policyjnych oraz ryk pędzących na miejsce oznaczonych samochodów. Tylko wzgórza Hollywood wydawały się oderwane od tego spójnego krajobrazu. Oświetlone jasnym białym światłem, oddalone od wielkomiejskiego jazgotu trwały, jakby za niewidzialną szklaną szybą dodając uroku i w jakiś dziwny sposób pogłębiając harmonijność LA. Nie pasowały tutaj, mimo iż były nieodłącznym elementem miasta, bez którego Los Angeles nie było by już takie, jak być powinno.

Ludzie tutaj nie interesowali się sobą nawzajem, nie mówiąc już o zwracaniu uwagi na siedzącego kilkadziesiąt metrów wyżej nastolatka, którego długie, smukłe nogi o bosych stopach kołysały się w przód i w tył poza rantem parapetu. Młodzieniec spoglądał w dół bez zainteresowania. W tym mieście był jedną z tysięcy anonimowych kropek, które nikogo nie obchodzą. Jego twarz oświetlał gorący pomarańcz rozpalonego papierosa, którego dym osnuwał oblicze chłopca, gdy tak siedział, obserwując mrowisko pod swoimi stopami. Delikatny letni wiatr poruszał krótkimi, czarnymi jak heban włosami i wciskał papierosowy dym w obsydianowe oczy. Wychylał się coraz mocniej, aż w końcu zaledwie centymetry dzieliły go od upadku. Nie przejmował się tym, wiedząc doskonale, że nie grozi mu nic poważnego. Nawet jeśli spadnie z murowanego gzymsu, szybciej poleciałby w górę niż w dół. Siadywał tak, co noc od wielu już lat i patrzył przed siebie na otaczający go świat. Błądził chmurnymi oczyma po sylwetkach pobliskich budynków, analizował kolory neonów i śledził ruch wypluwających z siebie warkot pojazdów. Nikt nigdy nie zwracał na niego uwagi, ponieważ jedyna osoba, którą zainteresowałyby jego wyczyny spała spokojnie za ścianą. Drobna o dużych zielonych oczach i związanych w niedbały kok brązowych włosach kobieta była jego matką. Na świecie oprócz niej nie miał nikogo. Była jego ostoją i wsparciem. Kimś, na kim od zawsze mógł polegać. To jej wylewał swe żale i zwierzał się z lęków, o ile takie miał. Ojca nie widział od kilku miesięcy, nie mówiąc już o jakiejkolwiek rozmowie z nim. Gdy widział te przepastne, czarne jak smoła oczy i zmrużone w permanentnym niezadowoleniu brwi, odechciewało mu się odzywać. Nie pamiętał dnia, w którym ten wysoki, silny i niebezpieczny mężczyzna, powiedziałby mu jakieś miłe słowo nawet przez pomyłkę. Zawsze oschły, wymagający, pełen pretensji, odstręczał, zamiast przyciągać. Matka była inna. Ciepła, kochająca pocieszycielka. Robiła, co tylko mogła, by jej jedyny syn żył w dostatku. Choć ciężko pracowała, zawsze znajdowała czas by z nim porozmawiać lub po prostu pomilczeć, wspólnie oglądając telewizję. Czasami opierał głowę o jej ramię, a matka zaczynała delikatnie gładzić go po ciemnych włosach, przytulając swój policzek do jego czoła. Dawno już przerósł ją tak, że teraz musiała zadzierać głowę, by na niego spojrzeć lub wspinać się na palce, chcąc obdarzyć jego policzek matczynym pocałunkiem, jednak nadal był jej synem, jej dzieckiem.

Powoli wstał, przytrzymując się ramy okna. Spojrzał w bezgwiezdne niebo, mając ochotę poszybować daleko poza horyzont. Nie zrobi tego z dwóch powodów. Miał być człowiekiem a po drugie, nie zostawi matki samej. Położył dłonie płasko wzdłuż ciała i odchylił się do tyłu, wpadając przez otwarte okno do pokoju. Jego plecy uderzyły o miękki materac łóżka. Odetchnął głęboko, uśmiechając się do siebie. Co noc robił to samo i niezmiennie odczuwał ulgę po całym dniu. Zaciągnął się, pachnącym proszkiem do prania, powietrzem i przeczesał włosy palcami. Klęknął na posłaniu i sięgnął po telefon oraz słuchawki osrebrzonymi blaskiem księżyca długimi smukłymi palcami. Ułożył się wygodnie, naciągając kołdrę na ramię, założył sprzęt na uszy i włączył odtwarzacz, kładąc smartfona pod poduszkę. Zamknął oczy, starając się przygotować na kolejny marny dzień w szkole. Musiał tam chodzić, mimo iż więcej uczył się sam w domu. Oprócz niego były może trzy osoby, znające więcej niż jeden język w całej placówce. On porozumiewał się płynnie po włosku, starą greką oraz w łacinie. To ojciec wymuszał na nim naukę języków od najmłodszych lat. Na początku to go męczyło, aż do chwili, kiedy zdał sobie sprawę, że ma naturalny talent do przyswajania obcych słów, wówczas przestała, to być nauka, a zaczęła się zabawa. Dzięki temu był zwolniony z lekcji włoskiego, a czas na tym zaoszczędzony wykorzystywał na inne sprawy takie, jak czytanie czy jazda na deskorolce. Uwielbiał te chwile, gdy pędził przez miasto na swojej desce, a ludzie pierzchali przed nim na boki. Muzyka ze słuchawek huczała mu w uszach, a czarna koszulka powiewała wokół jego szczupłego ciała. Dawno już przestał chodzić do skateparku, ponieważ był lepszy od wszystkich dzieciaków z okolicy, a poza tym oni go nie lubili. Nazywali go dziwakiem, odmieńcem. Ci bardziej odważni, jak Jack Newton i Tobby Dawthon przechrzcili go nawet Aniołem śmierci. Uśmiechał się pod nosem, gdy to słyszał. Biedni naiwniacy nie mieli bowiem pojęcia, jak blisko byli prawdy. Z Aniołem Śmierci, co prawda nie miał wiele wspólnego, ponieważ był kimś o wiele gorszym. Nikt w jego otoczeniu prócz matki nie wiedział i nie miał prawa się dowiedzieć, kim tak naprawdę jest jego ojciec, a był to jeden z najgroźniejszych aniołów, o jakich słyszał. Tak, był synem anioła i to nie byle jakiego, a Niszczyciela Światów, Tańczącego na zgliszczach, samego wielkiego Abaddona. Jego samego niewiele interesowało, kim był ojciec. On tylko chciał go mieć, lecz z roku na rok pragnął tego coraz mniej. Wiedział, że cokolwiek zrobi mężczyzna, nie zwróci na niego uwagi. To nie tak, że wcale się nim nie zajmował, po prostu ograniczał ich kontakty do niezbędnego minimum. Trzymał syna na dystans, nigdy nie okazując mu żadnych rodzicielskich uczuć. Nie zadał nawet prostego pytania: Jak w szkole? Jeśli pytał to o to, dlaczego czegoś nie zrobił. Ojciec nie rozmawiał, tylko rozkazywał i biada, jeśli zignorowało się jego polecenie. Tylko raz widział ojca wyprowadzonego z równowagi i przestraszył się do tego stopnia, tych płonących czerwienią oczu, dymiących zaciśniętych pięści oraz nastroszonych czarnych skrzydeł, że przez kilka następnych miesięcy, nie odważył się do niego zbliżyć bodaj na krok. Teraz było inaczej. Zdawał sobie sprawę z tego, że Abaddon jest niebezpieczny i przez nieuwagę jest w stanie zgnieść go jak robaka, jednak już się nie bał. Ojciec prędzej wyładowałby swoją złość na najbliższej planecie niż na nim. Nigdy go nie uderzył, nie potrząsnął nim, ale też ani razu w całym jego piętnastoletnim życiu go nie przytulił. Zawsze nazywał go pełnym imieniem, choć matka mówiła na niego po prostu Max. Pewnie, gdyby miał przyjaciół oni też tak, by na niego wołali, ale nie ojciec, dla niego zawsze już będzie Maximilianem Hugo.

Rozdział 1

Wszedł do mieszkania, trzaskając drzwiami. Rzucając plecak w kąt, ruszył przez korytarz i z rozpędu przeskoczył zagłówek zielonej kanapy, od razu się na niej kładąc. Chwycił pilot od telewizora, uruchomił urządzenie, przełączył na kanał muzyczny. Położył głowę na miękkiej żółtej poduszce i zapatrzył się w płaski ekran nie najnowszej już plazmy. Tępy ból głowy, jaki towarzyszył mu zawsze w chwilach zdenerwowania, ponownie dał o sobie znać. Ucisnął skronie, patrząc w sufit. Odetchnął głęboko i zawiesił wzrok na fotografii, wiszącej obok łukowatego wejścia do kuchni. Zdjęcie przedstawiało jego i matkę kilka lat temu. Uśmiechnął się. To były jedne z najlepszych urodzin, jakie obchodził. Nawet przez moment nie pomyślał wtedy o ojcu. Cieszył się dniem na plaży, ucząc mamę surfowania, aż w końcu kobieta się zbuntowała i zarządziła wypad na rolki. On nie potrafił na nich jeździć, jednak z nieukrywanym zaskoczeniem spostrzegł wtedy, że jego rodzicielka daje sobie radę lepiej niż nie jedna nastolatka. Sam jeździł na desce tuż obok matki do momentu, kiedy zbyt brawurowo wyskoczył i wylądował twardo na betonie. Deska z racji swego wieku rozpadła się na części podobnie zresztą jak jego lewa ręka. Przerażona kobieta zabrała syna do szpitala i właśnie tam, gdy już miał założony gips, zostało wykonane owe zdjęcie, na które patrzył. Zdecydowanie były to udane urodziny w odróżnieniu od dzisiejszych. Ojciec już miesiąc temu obiecał, że spędzi ten dzień z synem, niestety kłamał. Pojawił się w umówionym miejscu pół godziny za późno i oświadczył, że nie ma czasu na te wszystkie ludzkie głupoty i że Maximilian też nie powinien trwonić swego. Po czym rzucił sucho „najlepszego” i zniknął, zostawiając chłopaka w żalu i goryczy, samego z dwoma biletami do kina. Tak więc oddał wejściówki pierwszej napotkanej parze ludzi, wsiadł w autobus i przyjechał do domu. Przed drzwiami spotkał jeszcze swoją sąsiadkę. Dziewczyna była zaledwie o rok od niego starsza i zawsze się z nim witała, nawet kiedy nie odpowiadał. Urocza, śliczna blondynka o fiołkowych oczach i tym razem powiedziała mu „cześć”. Spojrzał na nią pustym wzrokiem, po czym obciął od góry do dołu towarzyszącego jej młodzieńca. Znał go z widzenia. Wysoki ponad przeciętną, szczupły, ciemnowłosy, o jasnych oczach. Miał chyba na imię Timmothy, ale nie był do końca pewien i wcale go to nie obchodziło. Wbiegł po schodach i wszedł do klatki. Złapał windę w milczeniu, wjeżdżając na dwunaste piętro.

— Szlag jasny niech to trafi. — szepnął sam do siebie. Usłyszał dźwięk otwieranych drzwi i kroki w korytarzu.

— Max!? — zawołał ten tak kochany przez niego kobiecy głos. Weszła do pokoju, a on machnął jej dłonią znad oparcia. Zajrzała do niego z uśmiechem. Brenda Hugo, jedyna osoba na całym wielkim świecie, której na nim zależało.

— Co tutaj robisz tak wcześnie i gdzie jest Abaddon? — zapytała spokojnie. Zrobił kwaśną minę, a ona westchnęła, obchodząc mebel dookoła i przykucnęła tuż obok, głaszcząc go po czarnych włosach.

— Przykro mi kochanie. Byłam pewna, że tym razem dotrzyma słowa.

— Kiedy przyjdzie taki dzień, będziemy wiedzieć, że nadszedł koniec świata. — odparł, patrząc matce w oczy. — Zawsze coś będzie ważniejsze niż ja.

— Nie mów tak, tata po prostu ma dużo zajęć i…

— Nie broń go. — rzekł, twardo siadając. — Wiesz dobrze tak jak ja, że ojca interesuje wszystko, tylko nie jego własny syn.

Brenda westchnęła i pocałowała chłopca w policzek. Serce jej pękało, kiedy widziała go takim. Max nigdy nie był zwyczajnym nastolatkiem, anielskie korzenie skutecznie utrudniały mu kontakt z rówieśnikami. Może to uroda albo natura, którą odziedziczył po swoim ojcu, ale coś w nim odstręczało innych na tyle skutecznie, że nigdy nie udało mu się tak naprawdę nawiązać bliższych relacji z ludźmi. Przez ten właśnie brak więzi z innymi bardziej niż ktokolwiek potrzebował rodziców.

— Nie ważne. Powinienem się już przyzwyczaić. — spojrzał jej w oczy i zapytał. — Możemy choć zamówić dzisiaj pizze?

— Dzwoń. — odparła, całując go w czoło. Wykręcił numer, odprowadzając matkę wzrokiem do kuchni, złożył zamówienie, po czym rozparł się na kanapie z postanowieniem, że nie będzie myślał o ojcu.

Wieczorem, gdy matka poszła się położyć, Max wyszedł na parapet okna i zapalił papierosa. Podejrzewał, że kobieta doskonale wiedziała o jego nałogu, ale milczała, zapewne sądząc, że przez anielską krew, jaką w sobie miał, nie może mu to zaszkodzić. Opierając plecy o załom w murze, patrzył gdzieś przed siebie bez zainteresowania. Podkulił jedno kolano do piersi, a drugą nogę swobodnie wywiesił poza gzyms. Nie myślał, tylko trwał tak w ciszy, co chwilę zaciągając się papierosowym dymem. Nagle usłyszał swoje imię. Rozejrzał się zaintrygowany. Głos dobiegał gdzieś spod niego. Usiadł, spuszczając również drugą nogę i wychylił się do przodu, spoglądając w dół. Na prawo od niego na niewielkim balkonie piętro niżej stała jego urocza sąsiadka. Dziewczyna odgarniała z twarzy jasne włosy i uśmiechała się do niego.

— Kiedyś spadniesz z tego parapetu. — rzekła spokojnie.

— Nie wydaje mi się. — było w niej coś dziwnego. Jakby do końca nie była człowiekiem, zupełnie jak on sam. W tych jej fiołkowych oczach tlił się dziwny ognik, którego w żaden sposób nie umiał zidentyfikować.

— Złego diabli nie biorą. — dodał i powrócił do poprzedniej pozycji.

— Wiesz, że możesz po prostu wyjść na balkon? — zapytała, wpatrując się w niego z zainteresowaniem.

— Wiem, ale tak jest o wiele przyjemniej. Tutaj zazwyczaj nie przeszkadzają mi natrętne sąsiadki. — odparł, chcąc zakończyć tę rozmowę jak najszybciej.

— Z tego, co wiem, tobie zazwyczaj nikt nie przeszkadza.

Popatrzył na nią gniewnie. Po co w ogóle z nim rozmawiała? Całe życie ją ignorował. Nie znali się, nawet nie chodzili do tej samej szkoły, ponieważ Clory — jak miała na imię dziewczyna — uczęszczała podobno do jakiejś placówki dla wybitnie uzdolnionych. Pomyślał, że to niesprawiedliwe. Owszem dziewczyna mieszkała tylko z ojcem, ale swoją matkę widywała regularnie. Nie raz widział, jak obie wychodziły gdzieś razem na miasto. Kiedyś nawet natknął się na nie w parku, gdy jadły lody i spacerowały wzdłuż alejek. Może i Clory pochodziła z rozbitej rodziny, ale w odróżnieniu od niego, wciąż miała oboje rodziców.

— Czego chcesz? — zapytał w końcu, gdyż jej towarzystwo zaczynało mu ciążyć.

— Złożyć ci najserdeczniejsze życzenia z okazji urodzin. — odparła z filuternym uśmiechem.

— Skąd wiesz, że mam urodziny?

— Och, mój tata rozmawiał z twoją mamą. — przyznała — Powiedziała, że cały dzień masz spędzić ze swoim tatą, a ja widzę, że ryzykujesz życie dla tytoniu.

Chłopak zacisnął zęby i odrzucił od siebie niedopałek. To wspomnienie o ojcu zabolało, zwłaszcza że naprawdę miał nadzieję, iż dzisiejszy dzień będzie wyglądał inaczej.

— To nie twoja sprawa. — odburknął, zaczynając wchodzić do pokoju. — Dzięki za życzenia, ale wiesz co, daj mi spokój.

Zaraz zniknął za oknem, które szczelnie zamknął, przysłaniając zasłonką. Clory jeszcze przez chwilę wpatrywała się w miejsce, gdzie przed chwilą siedział, po czym wzruszyła ramionami i sama również weszła do mieszkania. Max usiadł na łóżku i odetchnął głęboko. Nie chciał być dla niej niegrzeczny, ale też, za nic w świecie, nie pozwoli jej włazić z butami w jego życie. Zazdrościł dziewczynie tak fajnej rodziny. Pan Theodor Fery spędzał z córką każdą wolną chwilę, a jego była żona — jak przypuszczał — wynagradzała Clory chwile rozłąki prawie w każdy weekend, gdy dziewczyna była w domu. Sam bardzo chciał mieć tak dobry kontakt z ojcem, ale wiedział, że jest to po prostu niemożliwe. Położył się na łóżku i zamknął oczy. Nagle coś połaskotało go w nos. Uchylił powieki i spostrzegł fruwające tuż nad nim czarne pióro. Gwałtownie usiadł i rozejrzał się po pokoju. Stał w cieniu obok szafy i z nachmurzoną miną przyglądał się chłopcu. Ramiona miał założone na piersi, a ogromne czarne skrzydła ciasno przysunięte do pleców. Jego czarne jak smoła oczy lśniły lekkim czerwonawym blaskiem. Max przełknął ślinę i mimowolnie cofnął się trochę. Jednak mężczyzna w kącie nie zamierzał się poruszyć. Wyglądał jak posąg. Był to wysoki mężczyzna, który z trudem mieścił się w pokoju, o szerokich ramionach i obszernej klatce piersiowej. Ubrany był w czarną koszulę i spodnie, w tym samym kolorze oraz wysokie chyba skórzane buty nabijane ćwiekami. Wyprostował się jeszcze bardziej i rzekł twardym ostrym głosem:

— Co ty wyprawiałeś na tym parapecie?

— Nic. Zawsze…

— To przestań! — warknął, robiąc krok do przodu. — Chcesz do cholery wszystkim w okolicy pokazać, kim jesteś?! Postradałeś rozum?! Jeśli jeszcze raz zobaczę cię za tym pieprzonym oknem, jak rozmawiasz z kimkolwiek, to przysięgam, popamiętasz mnie!

Chłopak milczał. Był wściekły. Na to ojciec znalazł czas, ale poświecenie mu chociaż godziny w urodziny przekraczało jego możliwości. Podniósł na niego oczy i rzekł spokojnie.

— Nie miałem ochoty z nią rozmawiać, sama się przyczepiła. Po za tym, czy możesz przestać na mnie krzyczeć? Może przynajmniej dzisiaj, byś sobie odpuścił? — oczy anioła zwęziły się niebezpiecznie. Podszedł do syna i chwycił go za ramię, podnosząc ku górze. Nie bolało, ponieważ Abaddon bardzo uważał, by nie zrobić mu krzywdy.

— Nie życzę sobie takiego zachowania z twojej strony. Jestem twoim ojcem i żądam od ciebie szacunku.

— A ja chciałbym, choć raz w życiu mieć normalnego ojca, który nie uważa, że urodziny to strata czasu. — odpysknął i wyrwał się z jego uścisku. — Może to tylko ludzka tradycja, ale do cholery, ja w połowie jestem człowiekiem.

— Nie pozwalaj sobie młodzieńcze. — skarcił go mężczyzna, słysząc tak niewybredne słowa.

— Nie prosiłem się o bycie Nefilim. Wcale się nie prosiłem na ten świat! — krzyknął z irytacją. — Tato, do pioruna, czy ty raz w życiu, nie możesz potraktować mnie jak zwykłego dzieciaka!

Drzwi do pokoju otworzyły się z trzaskiem, a w nich ukazała się rozczochrana, owinięta szlafrokiem Brenda. Popatrzyła na jednego, potem na drugiego z szeroko otwartymi z zaskoczenia oczyma.

— Krzyczcie głośniej, a na pewno nikt was nie usłyszy. — warknęła wpatrzona w Abaddona.

— Z tobą mój drogi, to muszę sobie poważnie porozmawiać. — rzekła, celując w niego palcem.

Mężczyzna tylko prychną, po czym wyjął z kieszeni mały pakunek i wręczył go chłopcu.

— Bardzo proszę, zwykły, uskrzydlony dzieciaku. — rzekł, wychodząc z pokoju.

Max popatrzył na przedmiot zdezorientowany. Nie spodziewał się żadnego prezentu od ojca. Musiał przyznać, że było to nieoczekiwane, ale miłe. Poczuł, jak matka gładzi go po włosach i uśmiechnął się do niej. Kobieta tymczasem wyszła z jego sypialni, zamykając drzwi. Chłopak usiadł na łóżku, odwijając papier. W środku znajdowało się niewielkie aksamitne pudełko. Gdy je otworzył, zobaczył srebrną bransoletę z blaszką, na której wygrawerowane było jego imię. Wziął ją do rąk i przyjrzał się dokładnie. Gruby łańcuszek o dużych oczkach wyglądał na ciężki, choć w rzeczywistości, nie ważył za wiele. Bez większego zastanowienia założył go na przegub prawej ręki i ruszył do wyjścia, zatrzymał się raptownie, słysząc wzburzony głos matki.

— Jesteś nienormalny. Zachowujesz się tak, jakby Max nic cię nie obchodził. To twój syn i wymaga większej uwagi niż jakieś zapyziałe światy, które niszczysz każdego dnia. Zastanów się.

— Poświęcam mu tyle czasu i uwagi, ile trzeba. — odrzekł nieznoszącym sprzeciwu głosem Abaddon.

— Ty zdajesz sobie sprawę, że on ma już piętnaście lat? Obudzisz się wreszcie dopiero, jak nasz syn przekroczy trzydziestkę? Przecież on cię w ogóle nie zna. Wpadasz tutaj, robisz mu awantury, wydajesz rozkazy i znikasz na Bóg wie ile…

— Nie wzywaj imienia…

— Tyle mnie obchodzą wasze zakichane zasady. — warknęła.

Chłopak nie wiedział, co takiego pokazała, ale był bardziej niż pewny, że było to coś gorszego niż środkowy palec. Po krótkiej chwili wsłuchiwania się w wymianę zdań rodziców postanowił im przerwać, nie chcąc doprowadzić do jeszcze większej eskalacji. Wyszedł z pokoju i popatrzył na nich. Wyglądało to dość kuriozalnie. Matka otulona szlafrokiem z nieładem na głowie oraz puchowymi kapciami na stopach. Niska, drobna, ludzka kobieta i on. Wysoki jak góra, odziany na czarno z ogromnymi pierzastymi skrzydłami, których końcówki zamiatały podłogę. Byli dla niego wszystkim, jedyną rodziną, rodzicami i najbliższymi mu osobami. Podszedł do nich, kładąc dłoń na ramieniu matki, czym chciał ją nieco uspokoić. Popatrzył ojcu w oczy i rzekł:

— Dziękuję za prezent.

Abaddon kiwnął jedynie głową, po czym uznając rozmowę z Brendą za zakończoną, rozłożył skrzydła i po prostu zniknął tak, jakby nigdy go nie było.

— Matko co za palant. — szepnęła kobieta, ukrywając twarz w dłoniach.

— Gdyby nie ten palant, mnie też by nie było. — odparł z łobuzerskim uśmiechem.

Wiedział od dawna, że jest cudem dla tej kobiety. Brenda była kiedyś mężatką, ale gdy tylko okazało się, iż z przyczyn zdrowotnych nie może zajść w ciążę, mężczyzna jej życia po prostu odszedł, mówiąc, że nie może być z kobietą, która nie da mu potomstwa. Długo rozpaczała po rozwodzie, czując, jak cały jej świat właśnie rozpadł się na kawałeczki i wtedy pojawił się Abaddon, mówiąc, iż ze wszystkich kobiet na ziemi wybrał ją, na matkę upragnionego przez Boga anielskiego dziecka. Tak właśnie pojawił się Max. Był wyśnionym i wymodlonym potomkiem, którego nie miała nadziei nigdy posiadać, i choć jej rodzice nie tolerowali wnuka o tak nieziemskich korzeniach, dla Brendy był idealny. Oddałaby za niego życie, a nawet dałaby się wciągnąć do piekła, byle tylko jej ukochanemu synkowi nic nie było. Objął matkę przez pół, wtulając swoją klatkę piersiową w plecy kobiety i wcisnął twarz w załamaniu jej szyi. Nie potrzebował nikogo poza nią. Ludzie go nie interesowali, wystarczyło, że mama była blisko, a nic nie mogło go wzruszyć.

Mdłe światło słabej żarówki przeświecało przez różnobarwny abażur starej, zabytkowej lampy, ozłacając porozrzucane na blacie ciemnego biurka dokumenty oraz ręcznie pisane notatki. W półmroku pomieszczenia widać było jedynie zarysy dwóch foteli o wysokich zagłówkach oraz rzędy ustawionych na półkach książek. Duże okno zasłonięte było ciężką, zieloną kotarą, zakończoną złotymi frędzlami, więc jasny blask księżyca nie miał szans dostać się do środka, by nieco rozgonić zaległe w kontach cienie. Wydawało się, że w pokoju nie ma nikogo, jednak gdy przyjrzeć się lepiej okazywało się, iż w jednym z foteli drzemał, z suniętymi do połowy nosa okularami, starszy jegomość. Jego posiwiałe włosy czepiały się szorstkiego, materiału tapicerki, przez co wyglądały teraz, jak rozłożony za głową wachlarz lub aureola. Koc, który okrywał jego ciało, dawno już zjechał i zaległ na podłodze, osłaniając jedynie stopy śpiącego. W dłoniach trzymał nadal mocno zaciśniętą starą książkę, co sugerowało, że usnął w trakcie lektury. Abaddon przyglądał mu się z zaciekawieniem. Dawno temu wykrzyczał mężczyźnie w twarz, że nie zgodzi się, by jakiś człowiek przykładał rękę do wychowania jego syna, lecz teraz był zmuszony zmienić zdanie. Niepokoiły go szepty Archaniołów, którzy za jego plecami coś knuli. W królestwie Niebieskim, aż huczało od plotek, mówiących o tym, że Tańczący na zgliszczach ukrywa swego potomka przed innymi. Musiał dać im do zrozumienia, że się mylą. Nie podobało mu się to, ale wiedział doskonale, że jest to jedyny sposób, by zbliżyć się niepostrzeżenie do dawnych przyjaciół i wydrzeć im ich tajemnice. Starszy jegomość chrapnął głośno, wybudzając się ze snu. Wyprostował się z jękiem, czując, jak stare kości trzeszczą, a stawy wracają na swoje miejsce.

— Stary, a głupi. — rzekł kwaśno sam do siebie, masując zesztywniały kark.

— Ciężka noc? — zapytał siedzący na rancie biurka anioł.

Mężczyzna obrócił się w jego kierunku, patrząc na przybysza ponad ramką okularów. Zamrugał, upewniając się, że nie śni, a naprawdę widzi Niszczyciela Światów.

— W twoim wieku Hilary, nieroztropnie jest zapominać, którędy do łóżka. -Staruszek uśmiechnął się łagodnie, wstając z pewnym trudem z fotela.

— Dawno cię nie widziałem Abaddonie. Co sprowadza do mnie tak potężnego anioła?

Skrzydlaty wziął z blatu mały, złoty nożyk do otwierania listów i zaczął obracać go w dłoniach. Postawił ostrze na czubku palca i zakręcił nim jak bączkiem.

— Maximilian. — odparł krótko. — Przemyślałem twoją propozycję bardzo szczegółowo.

— Tak też myślę. Zajęło ci to kilka lat. — Tańczący na zgliszczach uśmiechnął się kpiąco.

— Czym są te wasze ludzkie lata w porównaniu z wiecznością?

— Twój syn raczej nie ma wieczności do dyspozycji. Jest człowiekiem, a przynajmniej za takiego uchodzi.

Czarne oczy anioła wbiły swój zimny, nieprzenikniony blask, w spojrzenie jasnych, dawno już spłowiałych, niebieskich tęczówek rozmówcy. Ludzie nie mieli pojęcia o Nefilim, a przynajmniej większość z nich nic nie wiedziała. Hilary i jego współpracownicy byli inni. Poświęcali życie, by uczyć i pomagać rozwijać się dzieciom z anielską krwią. Stworzyli dla nich miejsce, w którym mogli być sobą, bez ciągłej potrzeby kontrolowania się. Wychowali już cztery pierwsze pokolenia i robili to tak dobrze, iż ich podopieczni nie chcieli opuszczać murów szkoły, jaką założył wiele lat temu właśnie ten jeden człowiek.

— Maximilian ma już piętnaście lat, to odpowiednia chwila byś pomógł w jego nauce.

— Ta chwila dawno minęła. Teraz mogę, co najwyżej spróbować naprawić to, co się zepsuło. Prosiłem wielokrotnie, by ktoś na ciebie wpłynął. Maximilian powinien przebywać z osobami podobnymi do siebie. Nefilim czerpią siłę z siebie nawzajem. Jeden anielski syn nie poradzi sobie w świecie tak dobrze, jak cała grupa razem. Uzupełniają się, wspierają i troszczą. Są inni niż cała reszta populacji i powinni nie tylko, o tym wiedzieć, ale też pielęgnować swoje niezwykłe talenty i uczyć się z nich korzystać. Twój syn Abaddonie, może się okazać z nich wszystkich najsilniejszy. — zamilkł na chwilę, przecierając okulary wydobytą z kieszeni chusteczką. — To nie dobrze, że do tej pory nikt nie pokazał mu, co może osiągnąć, ani jak posługiwać się wrodzonym darem. On w ogóle wie, co potrafi?

Anioł wzruszył tylko ramionami. Musiał przyznać, że nie miał pojęcia nawet, jakimi zdolnościami dysponuje chłopak, ponieważ uważał, że to wszystko samo się jakoś wyjaśni. Hilary westchnął tylko z rezygnacją i dodał zasępiony:

— Mam dla niego miejsce w szkole, ale to może ci się nie spodobać. Jeśli Maximilian ma wejść w społeczność Nefilim będzie potrzebował przewodników. Mogę umieścić go w grupie razem z dziećmi Gabriela, Rafaela, Michaela i reszty. Znam dobrze te dzieciaki i jestem pewien, że pomogą chłopcu się odnaleźć.

Na usta anioła wypłynął złośliwy i wręcz okrutny uśmiech. Wstał i podszedł do staruszka, nachylając się, by spojrzeć mu w oczy.

— W takim razie Maximilian będzie do twojej dyspozycji zaraz po wakacjach.

Hilary zamrugał, a anioł zniknął. Nie wiedział dlaczego, ale miał złe przeczucia co do tej wizyty. Tyle razy prosił, by Abaddon zgodził się na naukę syna w jego szkole, ale ten za każdym razem odmawiał, więc co takiego się stało, że sam tutaj przyszedł i tak łatwo przyjął do wiadomości, iż towarzyszami jego syna będą dzieci Archaniołów. Pchany jakaś niemiłą myślą, chwycił w dłonie oprawioną w złotą okładkę księgę i szybko napisał krótką notatkę.

— Maximilian Hugo dołączy do twojej córki i jej przyjaciół. — nie minęło kilka minut, a na środku pokoju, zmaterializował się szczupły człowiek o pociągłej twarzy i jasnych morskich oczach. Jego krótkie włosy w kolorze ciemnego blondu okalały twarz, dodając jej frasobliwego wyglądu.

— Co to znaczy, że dołączy? — zapytał ciepłym nieco zaniepokojonym głosem.

— Przed chwilą był tutaj Abaddon. Dał mi do zrozumienia, że zamierza wysłać syna do naszej szkoły. Nie wiem, czy chłopiec został o tym poinformowany, ale decyzja najwidoczniej już została podjęta.

Przybysz usiadł ciężko w fotelu, zastanawiając się gorączkowo. Z jednej strony cieszył się, że w końcu coś dotarło do upartego Niszczyciela, jednocześnie obawiając się, iż to jakiś podstęp.

— Razjelu, tak czy inaczej, ja przyjmę chłopaka. Od zawsze było tu dla niego miejsce. Jeśli mogę mu jakoś pomóc, to z czystą przyjemnością to zrobię.

— Nie martwię się Maxem. — odparł spokojnie Archanioł. — Zastanawiam się, co też wymyślił Abaddon. On się strasznie zmienił. Nie poznaje go. Kiedyś byliśmy najlepszymi przyjaciółmi i chcieliśmy, by nasze dzieci też się nimi stały, a potem… — westchnął ciężko, ocierając twarz dłonią.

— Potem urodził się Max i coś się stało.

Staruszek popatrzył w oczy rozmówcy i uśmiechnął się delikatnie.

— Może właśnie ten chłopiec rozwiąże wasze wszystkie problemy. Nie martw się. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Nie ma co się przejmować na zapas. Osobiście dopilnuje, by Max zaaklimatyzował się w szkole i znalazł nowych przyjaciół. Porozmawiam też z Uriel, zdaje się, że jej córka mieszka gdzieś niedaleko chłopaka. Być może się znają.

Razjel odgarnął z twarzy włosy i uśmiechnął się przyjacielsko. Nie wyobrażał sobie lepszego miejsca dla Nefilim niż mury tej szkoły. Jeśli gdziekolwiek mieli poczuć się jak u siebie, to właśnie tutaj. Odosobniony budynek starego dworku był chyba jedynym miejscem na ziemi, gdzie te dzieci mogły być w stu procentach sobą, bez obaw, że ktoś je zobaczy. Mieszkali tutaj razem, ucząc się współpracować i dzielić swoją siłą. Błogosławieństwem Bożym była ta szkoła i jej założyciel.

— Masz racje. Nikt z nas, nie zna Maxa, może się okazać, że chłopak ma nam wiele do zaoferowania. Jest synem jednego z najsilniejszych aniołów. Potrzebuje twojej opieki jak nikt inny.

— I dostanie ją, a oprócz tego może zyskać naprawdę wiernych przyjaciół.

Razjel w milczeniu głaskał włosy śpiącej w jego objęciach córki. Co noc do niej przychodził, kładł się obok i opowiadał cudne historie, dopóki dziewczyna nie zasnęła. Spędzał długie godziny, tuląc jej szczupłe ciałko do siebie. Plątał palce w jej długich kręconych włosach, bawiąc się kosmykami. Kochał ją ponad własne życie, dla niej zamieniłby się nawet z Lucyferem, byle tylko ochronić ją przed złem. Usłyszał skrzypnięcie drzwi i spojrzał w ich kierunku. W jasnym świetle korytarza spostrzegł elegancką starszą kobietę, która gestem zapraszała go do siebie. Ostrożnie wstał, wysuwając się spod objęć córki. Okrył dziewczynę szczelnie kołdrą i pocałował w czoło. Mrucząc szeptem, by spała spokojnie. Po cichu wyszedł z sypialni i z uśmiechem spojrzał w oczy staruszki. Niegdyś była to piękna i dystyngowana kobieta, lecz lata życia i doświadczeń wyryły na jej twarzy głębokie bruzdy zmarszczek.

— Napijesz się herbaty Razjelu? — zapytała z sympatią.

— Jak co wieczór. — odparł, idąc za nią do kuchni.

Tam przy stole siedział zaczytany w gazecie starszy mężczyzna w grubych okularach, podniósł wzrok znad pisma i kiwnął głową na powitanie.

— Nie możesz wchodzić jak człowiek drzwiami, tylko pojawiasz się znikąd? — zapytał.

Razjel uśmiechnął się i usiadł tuż obok niego.

— Cordelia to lubi, poza tym, nie chcę wam sprawiać problemów. Przychodzę do córki, a nie, by zawracać wam głowę.

Kobieta postawiła przed nim filiżankę parującego bursztynowego płynu i skarciła anioła wzrokiem.

— No doprawdy. — rzekła głęboko urażona. — Dostąpiliśmy zaszczytu odwiedzin Archanioła i to ma być kłopot?

— Od czternastu lat jestem tutaj, co noc, o jakim zaszczycie mówimy? — upił łyk, patrząc na nich z wdzięcznością.

Kątem oka spojrzał na wiszące tuż obok zegara zdjęcie pięknej, młodej kobiety. Na jej ramiona opadały kaskadami długie, kręcone, ciemne włosy. Ogromne, okrągłe oczy natomiast były w kolorze miodu. Westchnął ze smutkiem:

— Żałuje, że nie może być przy niej. — stwierdził.

— Widujesz ją czasem w niebie? — zapytała kobieta, siadając naprzeciwko.

Przytaknął krótko.

— Opowiadam jej o Cordeli. Jest z niej bardzo dumna.

— Z dnia na dzień robi się coraz bardziej podobna do Ashley. — stwierdził starszy mężczyzna. — Prawda jest taka, że gdyby nie ty, to nie mielibyśmy już ani córki, ani wnuczki.

Anioł zasępił się. Od początku wiedział, że matka Cordeli cierpi na nieuleczalną chorobę, jednak wybrał ją. Był idealna, taka dobra i słodka, gdyby mogła, cały świat przytuliłaby do serca. Nie wyobrażał sobie innej matki dla swego dziecka. Gdy do niej przyszedł, była przerażona i zagubiona. Martwiła się, że kiedy odejdzie, zostawi niewinnego malca samego, ale poprzysiągł jej, że każdą chwilę, jaką będzie dysponował, poświęci ich dziecku. Zgodziła się, a widząc jego zaangażowanie i ogromną miłość do córeczki, spokojnie z uśmiechem na ustach umarła, pozostawiając wychowanie Cordeli jemu i swoim rodzicom. Dziewczynka miała cztery lata, gdy Ashley odeszła, jednak od samego początku opowiadał jej, że mama jest teraz w niebie i że codziennie o niej myśli. Taka była prawda. Wielokrotnie odwiedzał Ashley w zaświatach, opowiadając jej o wszystkim, co dotyczyło Cordeli. Czasami razem obserwowali ją przez Okno na świat, a kobieta przytulała się do jego anielskiego ramienia, wypominając mu, że w ziemskiej formie jest o wiele mniej przystojny niż jako rzeczywisty anioł.

— Coś cię gryzie Razjelu, widać to po twoich oczach. — stwierdziła z całą pewnością babcia dziewczynki.

— Nie nazwałbym tego w ten sposób, ale faktycznie jest coś, czym się martwię. — zastanowił się przez chwilę, po czym wyznał z namysłem. — Do szkoły zostanie przyjęty nowy uczeń.

— Co w tym dziwnego, zdaje się, że cały nowy rocznik, a nie tylko jeden uczeń.

— Chodzi o konkretnego chłopca. Jest o rok starszy od Cordeli i nie jest to byle kto, a syn Abaddona. Hilary chce go dołączyć do grupy Cordi, a ja się martwię tym, że chłopak nie odnajdzie się w nowej sytuacji. Nie miał do tej pory kontaktu z innymi Nefilim. Jest jak oderwany od ich świata. — westchnął, ciężko dodając. — No i jest jeszcze jego ojciec.

— Jestem przekonana, że sobie poradzi. Jeśli jednak będzie miał jakieś problemy, zawsze może liczyć na was.

Anioł zastanowił się nad jej słowami. Musiał przyznać, że ma rację. Nie miał co prawda pojęcia, jakie stosunki łączą Maxa z jego ojcem, ale jakie by one nie były, sam chętnie przyjdzie chłopcu z pomocą. Nawet jeśli narazi się tym Abaddonowi. Uśmiechnął się, dopił herbatę, po czym wrócił do pokoju córki. Przykucnął obok łóżka i zapatrzył się na jej śliczną spokojną twarz. W pewnej chwili dziewczyna otworzyła oczy, a on ujrzał swoje odbicie w dużych okrągłych morskich tęczówkach.

— Śpij słonko. — szepnął, głaszcząc ją po policzku.

— Śnił mi się jakiś chłopiec. — wyznała. — Miał czarne oczy i duże skrzydła.

Ojciec dziewczyny zmarszczył brwi i przysunął się bliżej.

— Nic nie mówił, tylko stał zapatrzony gdzieś w przestrzeń. Chciałam go zapytać, kim jest, ale on wtedy zniknął, a gdy znów się pojawił, nie miał już skrzydeł. Krwawił z ramienia, ale nadal się nie odzywał.

— To tylko sen. Nie przejmuj się. — pocałował ją w policzek i wsunął tuż obok, tak by mogła wygodnie ułożyć się na jego piersi. Mocno ją przytulił, okrywając jednocześnie kołdrą. Zamyślił się nad jej słowami. Cordelia odziedziczyła po nim wizje, a to, co się jej przyśniło, rzadko kiedy było zwykłym ludzkim snem. Najczęściej znaczenia wizji trzeba było się doszukiwać w najmniejszych elementach, ale teraz to było coś innego. Skrzydlaty chłopiec, który znika, a potem krwawi, nie wróżył nic dobrego. Wiedział jedno, musi porozmawiać o tym z innymi i wbrew zdrowemu rozsądkowi, pójdzie też do Abaddona. Nawet jeśli ten piekielnie uparty Niszczyciel wywali go na zbity pysk. Wszystko to było niepokojące, a jego zachowanie i decyzje sprawiały, że pióra na skrzydłach stawały Razjelowi dęba.

Rozdział 2

Z wściekłości trzasnął drzwiami do pokoju, po czym kopnął leżący obok łóżka plecak. Wskoczył na parapet i wyszedł na zewnątrz, natychmiast zapalając papierosa. Oparł się plecami o mur, próbując opanować trzęsące się ręce. Tym razem ojciec naprawdę przesadził.

— Złaź stamtąd natychmiast! — huknął, wpadając do pokoju ubrany na czarno, nieprzeciętnie wysoki mężczyzna.

— Ani mi się śni. — odparł, przesuwając się poza ramę okna. Abaddon wychylił się przez otwór i spojrzał na niego gorejącymi oczyma.

— W tej chwili wracaj do środka!

— To mnie zmuś! — odkrzyknął, odsuwając się jeszcze bardziej. — Proszę tato wejdź tutaj i siłą wpakuj mnie do pokoju. To będzie świetny test przed próbą wsadzenia mnie do pociągu. Nigdzie nie jadę, rozumiesz?

Anioł rozejrzał się, widząc, jak sąsiedzi z ciekawością wyglądają przez okna i wychodzą na balkony, pokazując sobie chłopaka palcami. Spostrzegł Clory wraz z rodzicami na tarasie poniżej i krew go zalała.

— Maximilian ostatni raz powtarzam, zejdź stamtąd!

— Bo co mi zrobisz? Zmusisz mnie na ich oczach? —

Ku zdziwieniu chłopca, anioł zaczął wysuwać się na parapet, tak że teraz cała górna cześć jego tułowia wystawała poza pokój. Wystarczyło, by sięgnął ręką, a chwyci syna za kostkę i bez ceregieli wciągnie go do pokoju. Widząc to Max, przylgnął płasko do ściany i rzucił ojcu nienawistne spojrzenie.

— Zostaw go w spokoju, inaczej obaj spadniecie. — rzekła nagle spokojnym tonem matka Clory.

Abaddon spojrzał na nią gniewnie i zasyczał jak kot widzący psa.

— Nie wtrącaj się paniusiu! — warknął.

— Don, przestań już, zrobicie sobie krzywdę.

Max zastanowił się przez chwilę, skąd matka sąsiadki znała to przezwisko? Oczywiście, że w świecie ludzi jego ojciec nie mógł używać swego prawdziwego imienia i odkąd pamiętał, wykorzystywał ten pseudonim, ale przecież oni się nie znali, a ta kobieta zwraca się do niego jak do starego kumpla.

— Chłopak sam wejdzie, jak odpuścisz.

— Powiedziałem ci, odwal się! — krzyknął, kierując w jej stronę swój ognisty wzrok — Zabieraj córeczkę i tego przygłupa! Tu nie ma na co patrzeć!

— Kiedy ci tak odbiło! — odkrzyknęła, podpierając boki rękoma. — Powiedziałam, odejdź od niego albo zaraz tam do ciebie pójdę i nie będę wtedy miła! — jej jasne oczy zalśniły w dziwny sposób. Max zamrugał zaskoczony, nagle coś sobie uświadamiając. Patrzył na drugiego anioła. Więc Clory była dokładnie tym samym, co on, Nefilim, a ojciec próbuje wysłać go do szkoły, w której uczyła się też ona.

— Maximilian masz minutę, żeby wrócić do środka, jeśli tego nie zrobisz, ściągnę cię stamtąd w inny sposób, ale wtedy przysięgam, że cię ukarze po raz pierwszy w życiu. — chłopak nie odezwał się, tylko patrzył, jak oblicze ojca znika w pokoju. Odrzucił od siebie niedopałek i popatrzył Clory w oczy.

— Ty wiedziałaś? — zapytał całkiem już wyprowadzony z równowagi.

— Tak. — odparła, spokojnie podchodząc do matki. — Od zawsze.

— A nie powiedziałaś nic, bo…?

— Bo i tak nie chciałeś mnie słuchać. — zacisnął zęby i uderzył pięścią w ścianę.

Był tak wściekły i rozgoryczony, że chciało mu się płakać i przeklinać jednocześnie. Poczuł, jak jego dłoń robi się gorąca, więc natychmiast ją rozluźnił, wypuszczając powietrze przez usta.

— Max zejdź. — poprosiła anielica, patrząc na niego łagodnie. — Zrobisz sobie krzywdę. Wejdź do domu, za chwilę do was przyjdę.

Bardzo powoli odsunął się od muru i wśliznął przez okno do pokoju. Widział, jak kobieta również znika w budynku i wiedział, że dotrzyma obietnicy. Ojciec stał w salonie, patrząc na niego gniewnym spojrzeniem.

— Zadowolony jesteś z tego cyrku?! — zapytał. — Uriel jest mi tu tak potrzebna…

— Jak ja? — Abaddon zamrugał ze zdziwienia. — No powiedz to! Jestem dla ciebie tylko kulą u nogi. Najlepiej udawać, że mnie wcale nie ma. Skoro tak ci ciążę, to proszę bardzo, znikaj stąd i nigdy nie wracaj. — spojrzał na drzwi frontowe, gdy rozległo się pukanie. Bez słowa minął Niszczyciela i otworzył. Anielica uśmiechnęła się do niego delikatnie i weszła, rzucając pobratymcowi groźne spojrzenie.

— Dlaczego po prostu nie wyfrunąłeś jak ten ptak Abaddonie? — zapytała z przekąsem. — A może latanie bez niszczenia to dla ciebie żadna zabawa?

— Po coś tu przyszła? — warknął, patrząc prosto w błękitne oczy kobiety. Była od niego dużo niższa, a mimo to sprawiała wrażenie tak samo ogromnej, jak on. Jej piękna twarz jaśniała jakimś blaskiem, którego pochodzenie zapewne było niebiańskie. Max nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego. Oblicze ojca zazwyczaj spowijał półmrok i tylko w tych gorejących czerwienią oczach widać było nadnaturalność jego osoby.

— Traktujesz tego chłopca jak swoją własność. Czego tym razem nie zrobił albo może, co zrobił, że tak cię wyprowadził z równowagi?

— Czy wy cholerne Archanioły, możecie zająć się swoimi pierzastymi dupami i odpieprzyć się ode mnie?

Max cofnął się o krok, widząc, jak dłonie mężczyzny zaczynają dymić. Miał ochotę krzyknąć, by anielica się odsunęła, zanim jej rozmówca straci panowanie nad sobą, ale widząc, jej niewzruszoną minę wiedział, że nic jej nie grozi.

— Razjel ma racje. — odparła bez emocji. — Oszalałeś już do reszty. — twarz Tańczącego na Zgliszczach stężała, gdy usłyszał to imię. Momentalnie zbladł, a po chwili zrobił się czerwony jak burak. Zaciskał zęby tak, że słuchać było, jak trzeszczą o siebie. Oczy przybrały kolor szkarłatu, a cała jego postać jakby rozgrzała się do granic możliwości.

— Co się tutaj dzieje? — zapytała zaskoczona całym zajściem Brenda wchodząca do mieszkania.

Chłopak spojrzał na matkę z ulgą. Nie wiedział, jak to działało, ale w jej towarzystwie Abaddon, jakby uspokajał się nieco i bardziej kontrolował swe zapędy. Kobieta popatrzyła po zebranych.

— Czy ktoś mi łaskawie wyjaśni, o co tutaj chodzi? Don? Może ty?

Uriel uśmiechnęła się kpiąco i zwróciła spojrzenie swych oczu na Brendę.

— Myślę, że ma dużo do opowiedzenia, jednak w tej chwili jest zbyt wściekły. — ciemnowłosa uniosła brwi do góry i zapytała najspokojniej, jak umiała:

— Kim pani jest i co pani robi w moim domu? — Anielica uśmiechnęła się łagodnie.

— Jestem mamą Clory Fairy. Nazywam się Uriel, a jestem tutaj, ponieważ Abaddon dostał szału.

Brenda zamrugała zaskoczona, słysząc pełne imię Niszczyciela, lecz zanim zdążyła się odezwać, druga dodała:

— Jestem Archaniołem, pani Hugo i doskonale znam tego tutaj. — wskazała, wciąż milczącego z furią anioła. — Radziłabym, nie zostawiać syna sam na sam z Aniołem Niszczycielem, nawet jeśli to jego ojciec. — rzuciła ostatnie gniewne spojrzenie mężczyźnie, po czym wyszła bez słowa.

Osłupiała do tej chwili matka chłopca nabrała do płuc haust powietrza i popatrzyła na syna z wyraźną prośbą o wyjaśnienia.

— Nie patrz tak na mnie, to jego wina. — rzekł ze skruchą.

— Moja wina, że wylazłeś na ten pieprzony parapet, jak jakiś pieprzony akrobata?! — wrzasnął anioł.

— Jeszcze raz się, tak do niego odezwiesz, a nie ręczę za siebie, rozumiesz! — burknęła kobieta, mierząc, go ostrym spojrzeniem. — Nie interesuje mnie, który z was, to zrobi, ale natychmiast macie mi powiedzieć, co się tutaj, do diabła, dzieje.

Max przeskakiwał wzrokiem z ojca na matkę i z powrotem, a widząc, że mężczyzna nie ma zamiaru się odezwać, zaczął tłumaczyć:

— Ojciec pojawił się zaraz po tym, jak wyszłaś i oświadczył, że zaraz po wakacjach mam wyjechać do jakiejś szkoły dla Nefilim. Ta cała szkoła jest gdzieś w Arizonie, więc powiedziałem mu, że nie chcę nigdzie jechać, a wtedy ojciec…

— Nie interesuje mnie czy chcesz, czy nie. Pojedziesz i kropka.

— Sama widzisz. — dokończył, przeczesując włosy palcami.

Brenda bez słowa zdjęła z siebie kurtkę i minęła obu. W ciszy weszła do kuchni, wyjęła z lodówki mocno schłodzony napój, po czym wróciła do salonu i usiadła na kanapie, popijając to, co miała w ręku. Po kliku minutach, które Maxowi wydawała się nieskończenie długie, rzekła spokojnie:

— Z jakiej to przyczyny, nigdy wcześniej nie powiedziałeś o tej szkole? — zapytała, patrząc na anioła.

— Co za różnica, mówię teraz.

Kobieta kiwnęła dłonią na syna, a ten podszedł do niej bez słowa i usiadł tuż obok.

— Nie przyszło ci do głowy, że Maxowi przydałoby się już dawno towarzystwo innych Nefilim.

— Wcale nie jest mi potrzebne. — zaprotestował natychmiast nastolatek, ale umilkł, widząc gromiący wzrok matki.

— Gdzie to jest dokładnie?

— Kilka mil od Kingman,

Czuł, że właśnie przegrywa. Słysząc o innych podobnych do niego dzieciakach, matka znalazła sposób na jego wyobcowanie. Podejrzewał, że z chęcią poprze ten pomysł choćby na próbę, byle tylko pomóc mu odnaleźć się wśród rówieśników. Widząc jej zamyśloną minę, wiedział już, że pojedzie mimo swych protestów. Matko, dlaczego po prostu nie dadzą mu spokoju. Jest mu dobrze tak jak jest, nie potrzebuje specjalnej szkoły dla dziwaków. Może zostać jedynym Nefilim w okolicy i nie będzie mu to przeszkadzać, ale właśnie wtedy przypomniał sobie o Clory. Ona też była dzieckiem anioła, a jemu nawet nie przyszło to do głowy. Poczuł tępy ból w skroniach i opadł na oparcie, uciskając głowę dłońmi. Zmarszczył nos, sycząc z bólu. Matka przyłożyła mu zimną butelkę do czoła, wiedząc, że to pomoże. Wymamrotał niewyraźne, dziękuję i wyłączył na chwilę swoje zmysły.

— Połóż się dzisiaj wcześniej. — nakazała. — I nie wychodź już przez okno, bardzo proszę. — przytaknął w milczeniu, po czym wstał i bez energii zawlókł się do pokoju.

— Często mu się to zdarza? — zapytał nieco zmieszany Abaddon.

— Gdybyś poświęcał mu więcej uwagi, to byś wiedział. — burknęła. — Wracając do tematu, dlaczego tak ci zależy, żeby zmienił szkołę? Wiem, że masz w tym swój cel. — czarne oczy anioła wbiły się w nią z beznamiętnym spojrzeniem.

— Powiedźmy, że przemyślałem to dokładnie i uważam, że to dla Maximiliana najlepsze. — uniosła do góry brwi.

Była świadoma, że nie powie jej całej prawdy. Mogłaby naciskać całe wieki, a on i tak zatai to, co dla niego niewygodne.

— Będzie tam wśród swoich. Zamieszka w internacie z osobami w swoim wieku, z podobnymi do jego mocami. Nauczy się je kontrolować. Zobaczysz, że nawet problem bólu głowy wtedy zniknie.

— Sam potrzebujesz takiej szkoły. — syknęła ze złością. — Dobrze, porozmawiam z nim i postaram się go przekonać, ale niczego nie obiecuję. Jeśli Max definitywnie się nie zgodzi, skończymy ten temat i nigdy do niego nie wrócimy. — wstała wymownie, podeszła do drzwi i otworzyła je, patrząc na anioła.

Dla niej rozmowa była skończona i wyraźnie dawała mu to do zrozumienia. Niszczyciel tylko się uśmiechnął groźnie, po czym rozłożył do tej chwili niewidoczne skrzydła i po prostu zniknął. Brenda odetchnęła głęboko, zamykając drzwi i odgarniając włosy z twarzy. Ruszyła przez korytarz, wchodząc cicho do sypialni syna. Max leżał na łóżku, przytulając czoło do chłodnej butelki. Przysiadła obok chłopca, głaszcząc go po włosach.

— Jak się czujesz?

— Mam wrażenie, że coś rozsadza mi głowę od środka. — przyznał z zamkniętymi oczyma — Mamo, ja naprawdę nie chce nigdzie jechać.

— Nie myśl o tym dzisiaj, tylko postaraj się zasnąć. Porozmawiamy jutro. — pocałowała syna w policzek i okryła kocem. — Śpij kochanie i nie przejmuj się niczym.

Przebudził się, gdy tylko wbudowane w zegarek radio rozbrzmiało skoczną muzyką. Z jękiem przetoczył się na brzuch i wymacał urządzenie. Nacisnął guzik i zerknął na wyświetlacz, który pokazywał godzinę ósmą rano. Przetarł oczy palcami i powoli zwlókł się z łóżka. Przeciągnął zastane kości, po czym wstał, kierując swe kroki do łazienki. W mieszkaniu było niesamowicie cicho, co mogło oznaczać, że mama jeszcze nie wstała lub wyszła po świeże pieczywo. Nie zastanawiał się nad tym długo, tylko wszedł pod prysznic, chcąc pozbyć się ostatnich resztek snu. Mruknął z przyjemnością, gdy ciepła woda zalała mu twarz, mocząc włosy. Oparł dłonie na kremowych płytkach, nastawiając kark pod gorący strumień. Gdy tak stał, usłyszał trzask drzwi wejściowych oraz szybkie kroki w korytarzu.

— Max, synku, mam twoje ulubione bułki z oliwkami. — zawołała Brenda, przechodząc obok łazienki. — Jeszcze ciepłe.

Uśmiechnął się na te słowa. Szybko skończył kąpiel, po czym założył na siebie czarną koszulkę na ramiączka i szare szorty do kolan. Podążył za zapachem pieczywa do kuchni, a z mokrych włosów wciąż kapała mu woda. Kobieta rozkładała na małym stoliku zakupy i pogwizdywała radośnie. Widać było, że wczorajsza złość całkiem jej przeszła.

— Siadaj słonko. Musisz być głodny, wczoraj położyłeś się bez kolacji.

Jakoś nie specjalnie to odczuł, ponieważ migrena skutecznie odstręczała chęć na jedzenie. Zajął miejsce na taborecie, podciągając jedną nogę pod brodę. Wziął do ręki wciąż parującą bułeczkę i z nieukrywaną przyjemnością odgryzł jej kawałek.

— Jak twoja głowa?

— Dobrze. Nic mnie nie boli.

Kobieta uśmiechnęła się, stawiając przed nim kubek kawy zbożowej z mlekiem.

— A wiesz, widziałam się dzisiaj z ojcem Clory. — chłopak zbystrzał i podniósł na nią oczy. — Porozmawialiśmy chwilę. Ty wiesz, że oni od dawna wiedzieli, że jesteś Nefilim, a mi nawet do głowy nie przyszło, podejrzewać tę mała o to samo.

— Dlaczego mi to mówisz? — zapytał, doskonale wiedząc do czego zmierza

— Powiedział, że ta szkoła to bardzo miłe miejsce. Clory ma tam wielu przyjaciół i…

— Mamo, ja nie jestem Clory. — odparł, przełykając kolejny kęs. — Ja nie mam przyjaciół i nie potrzebuje ich.

Brenda usiadła naprzeciwko chłopca i zapatrzyła się w jego oczy. Martwiła się o syna właśnie z tego powodu. Był tak bardzo wyalienowany, że już sam przestał, to zauważać. Uśmiechnęła się smutno

— Max chociaż spróbuj. Przecież nie każę ci iść tam na stałe. Może zmiana otoczenia, dobrze ci zrobi. Nie dogadujesz się z rówieśnikami. — jęknął, doskonale wiedząc, do czego cała ta rozmowa prowadzi. — Daj sobie szanse. Kto wie, może ci się spodoba.

— Ja wiem, że nie. Spójrz na mnie, jestem dziwadłem dla wszystkich wokół.

— Ale tam będą sami tacy jak ty. — odgiął głowę do tyłu, mając świadomość, że nie tak łatwo będzie przekonać matkę. — Posłuchaj, umówmy się tak, że pojedziesz tam na trzy miesiące. Jeśli po tym czasie uznasz, że to nie dla ciebie, to wrócisz i zapomnimy o tym zgoda?

— Trzy miesiące? — przytaknęła. — Ani dnia dłużej. Niech będzie, ale nie spędzę tam bodaj godziny więcej, niż ustaliliśmy.

— Nawet minutki. — uśmiechnęła się i ucałowała mu czoło. Poddał się, wiedząc, jak bardzo matce zależy na jego szczęściu. Znał siebie na tyle dobrze, by wiedzieć, że to nic nie da. Był odludkiem. Nie lubił towarzystwa. Wolał samotność i ciszę. Westchnął i upił łyk kawy. Przemęczy się jakoś, a potem z triumfem oświadczy, że od początku to nie miało sensu. Teraz jednak zaciśnie zęby i mimo iż cała ta sytuacja była mu bardzo nie w smak, jakoś to przemilczy. Usłyszał dzwonek do drzwi i wstał, by otworzyć. Podejrzewał, że to listonosz albo kurier, który zawsze mylił piętra, ale tym razem na korytarzu, stała uśmiechnięta i promienna Clory. Zmarszczył brwi i oparł się ciężko o klamkę

— A ty przyszłaś, bo…? — zapytał, doskonale wiedząc, że jest niegrzeczny.

— Bo twoja mama mnie zaprosiła. Chciała, żebym wam trochę opowiedziała o szkole. — bez zaproszenia minęła chłopak i weszła do środka.

— Tak proszę, wejdź i nie pytaj. — syknął, zamykając drzwi.

— Mówił ci ktoś kiedyś, że istnieje coś takiego, jak uprzejmość.

— Słyszałem, nie widziałem. — odparł z frustracją w oczach.

Brenda wyszła tymczasem z kuchni i zaprosiła dziewczynę do salonu. Clory usiadła na kanapie i z wdzięcznością przyjęła zaproponowaną jej kawę. Max natomiast przysiadł na rancie komody i wpatrywał się w nią ze złością.

— Wyglądasz jak gradowa chmura. — stwierdziła z zainteresowaniem.

— Mało brakuje, żebym zaczął ciskać piorunami. Od kiedy wiesz, że ja…

— Od jakichś dziesięciu lat. Mama mi powiedziała. — patrzyli na siebie w milczeniu przez chwilę, aż w końcu Max przerwał tę niezręczna cisze kolejnym pytanie

— Ten koleś, który tu czasem przychodzi, też jest Nefilim?

— Timmothy? Tak. Poznaliśmy się w szkole. Polubiłbyś go, to naprawdę zabawny gość.

— Tak. — przyznał z sarkazmem. — Bo ja jestem bardzo zabawowy.

Spojrzał na wchodzącą do pokoju matkę zbolałym spojrzeniem. Milczał jednak, wiedząc doskonale, że i tak już przegrał. Dziewczyna zaczęła opowiadać o starym budynku szkoły, na którego dachu powiewa sztandar z aniołem. Mówiła o ogromnym parku, jaki otacza całą budowlę oraz o małej skromnej kapliczce na jej tyłach. Max słuchał tego wszystkiego z rosnącym niezadowoleniem, a prawdziwy bunt przyszedł w chwili, gdy pojął, że będzie musiał dzielić pokój z dwiema innymi osobami.

— O nie, nie ma mowy. — warknął robiąc krok w przód — Nie było o tym nawet słowa.

— W internacie mieszka się z innymi razem. — stwierdziła spokojnie blondynka.

— I co mnie to obchodzi. Nie zamierzam dzielić pokoju z obcymi kolesiami, których w życiu nie widziałem na oczy.

— Chyba już wiem, dlaczego nie masz przyjaciół. — Clory wstała i zmierzyła go od stóp do głów. — Ty wcale tak bardzo nie różnisz się od ojca, wiesz?

Popatrzył na nią zaskoczony. Poczuł, jakby dała mu w twarz. Zacisnął zęby, zdając sobie sprawę, że ma rację, ale nie zamierzał nikogo przepraszać. Był, jaki był i trudno. Jeśli ktoś miał z tym problem, to jego sprawa.

— Clory ma racje, Max. Zachowujesz się jak dziecko. — przyznała Brenda — Rób jak chcesz. Nie masz ochoty spróbować czegoś nowego, twoja sprawa, ale mnie kiedyś zabraknie synu. Zostaniesz wtedy sam, bo doskonale wiesz, tak jak ja, że na ojca nie masz, co liczyć. Dasz sobie radę? Jeszcze tego nie wiesz, ale jeden człowiek na tak ogromnym świecie, nie jest w stanie sobie poradzić, a ja nie chcę, żebyś poszedł na dno.

— Posłuchaj mamy, bo bardzo mądrze mówi. Jesteśmy Nefilim i nigdy tak do końca nie będziemy pasować do tego świata, ale do nieba też nie. Mamy siebie, jednak żadne z nas na siłę nie będzie próbowało się do ciebie zbliżyć.

Powiedziała dziewczyna, po czym pożegnała się z matką chłopca i wyszła, zostawiając Maxa z szalejącym wirem myśli i motaniną uczuć. Popatrzył na matkę, a gdy zauważył łzy w jej oczach, poczuł się paskudnie. Nienawidził, gdy płakała, bo miał wrażenie, że ją zawiódł, a przecież miał tylko ją. Podszedł i usiadł tuz obok. Objął rodzicielkę, wtulając się w jej ramię.

— Nie chcę synku, byś do końca życia był sam jak palec. — rzekła, łamiącym się głosem. — Kocham cię ponad własne życie. Jesteś moim skarbem słonko i boli mnie, gdy widzę, jak inni na ciebie patrzą. Wiem, że uważają cię za odludka, ale przecież ty zasługujesz na prawdziwych przyjaciół.

— Mamo, uspokój się, proszę. Przepraszam, ja po prostu… — wcisnął głowę mocniej w jej ramię i dodał — Nie chcę, zostawiać cię samej.

— Dziecko. — ujęła jego twarz w dłonie i przyjrzała się dokładnie jego twarzy. — Nie martw się o mnie. Ja dam siebie radę, ale ty jesteś jeszcze taki młody. Spróbuj, chociaż.

Przytulił się do niej mocno, a Brenda ucałowała jego policzek.

— Spróbuję, ale niczego nie mogę Ci obiecać, oprócz tego.

rozdział 3

Max wysiadł z samochodu, przeciągając się leniwie, czuł, jak jego kości trzeszczą, a ciało powoli wraca do normalności po ponad sześciogodzinnej jeździe. Spojrzał na zmęczoną twarz matki. Brenda przecierała oczy palcami, wdychając świeże, pachnące suchą trawą, powietrze. Rozpuściła włosy i przeczesała je dłonią, poprawiając niedbały węzełek, w jaki były spięła przed wyjazdem. Spojrzał na zegarek, dochodziła pierwsza po południu. Rozejrzał się po okolicy. Stali przed ogromnym starym budynkiem podobnym do wielu, jaki mijali po drodze. Jedynymi różnicami było to, że ten był większy, a na dachu powiewała chorągiew z uproszonym wizerunkiem anioła. W centralnym punkcie wznosiło się coś na kształt wieżyczki, od której odchodziły dwa skrzydła szkoły. Widząc, jak mrowie nastolatków tłoczy się w pobliżu lewej części budowli, domyślił się, że właśnie tam urządzony był internat. Musiał przyznać, że wygląda to dokładnie tak, jak opisała Clory. Spojrzał ponad głowy młodszych dzieciaków i zobaczył ją, stojąca w otoczeniu innych osób. Na jego nieszczęście i ona go spostrzegła. Wspięła się na palce i pomachała z uśmiechem. Przewrócił oczyma, nie mając zamiaru zareagować na powitanie.

— Jak ci się podoba synku?

— Wcale. — odparł zgodnie z prawdą.

Tutaj było za dużo ludzi. Wszędzie, gdzie nie spojrzeć, ktoś się kręcił, a on wolał samotność i cisze. Zrobił krok do tyłu, gdy wściekle, zielone frisbee, przefrunęła tuż obok jego głowy.

— Sorry mały! — krzyknął wysoki, czarnoskóry chłopak z dredami pędzący w jego kierunku.

— Leonard nie zdaje sobie sprawy z własnej siły. — wyjaśnił, wskazując obficie umięśnionego blondyna, ryczącego ze śmiechu kilkanaście metrów dalej. Czarnowłosy zatrzymał się raptownie, widząc, jak wysoka, szczupła, dziewczyna o długich, prostych brązowych włosach, wyskakuje do góry i łapie dysk z gracją, po czym odrzuca go w jego stronę tak, że okrąg o milimetry minął czubek jego głowy. Blondyn usiadł już ze śmiechu, łapiąc się za brzuch.

— Ładny rzut, Louise. — pochwalił.

— Straszysz ludzi, David. — przyznała, podchodząc z gracją.

Max obserwował ich w milczeniu. Widząc, że dziewczyna uśmiecha się do niego, odwrócił wzrok i zaczął wyjmować walizki z bagażnika. Dźwignął plecak, a jego koszulka podwinęła się, odsłaniając duży kawałek pleców, na których widniał czarny tatuaż, przedstawiający anielskie skrzydła

— Leo! — ryknął ten z dredami — Młodzież ma dziary! — w tępie światła znalazł się tuż obok nastolatka i z zaciekawieniem zajrzał mu pod ubranie

— Odwal się! — burknął Max, mierząc go wściekłym spojrzeniem

— Max, wyrażaj się! — skarciła go matka.

Ten drugi jednak nie wyglądał na urażonego. Uśmiechał się od ucha do ucha. Nagle blondyn uwiesił mu się na ramieniu i wyciągnął przed siebie dłoń w powitaniu

— Siema. Leonard Kundsen.

— Max Hugo. — odparł spokojnie, nie odwzajemniając gestu.

— Która klasa, bo przecież nie szósta?

— Dziewiąta. — nie miał ochoty z nimi rozmawiać, ale przecież obiecał, że spróbuje.

Leo uśmiechnął się łobuzersko i rzekł:

— Stoją tam pod drzewem. — wskazał grupkę dzieciaków, kryjących się w cieniu sosny.

Hugo zerknął w ich kierunku i skrzywił się z niechęcią. W tym czasie ktoś krzyknął imiona dwóch stojących obok niego młodzieńców, a ci odwrócili się jak na rozkaz i z wielkimi uśmiechami odeszli w kierunku budynku.

— Sympatyczni. — stwierdziła Brenda, zamykając bagażnik starego, zielonego forda. Zerknęła na syna i puknęła go łokciem w ramię. — Rozchmurz się. Zobaczysz, będziesz się tutaj świetnie bawił.

Chłopak zwrócił na nią spojrzenie swych czarnych oczu i uniósł do góry brew. Nie widział się w tym miejscu. Był przyzwyczajony do czegoś zupełnie innego. Zawsze po szkole wracał do domu i zamykał się w czterech ścianach mieszkania. Czasami tylko wychodził, by pojeździć na desce. W tak małym miejscu było stanowczo za dużo osób. Oczywiście było ich zdecydowanie mniej niż w jednym roczniku w poprzedniej szkole Maxa. Zarzucił na plecy plecak i przez ramię przewiesił dużą, podróżną torbę, po czym ruszył przed siebie, widząc, jak uczniowie zaczynają zbierać się wokół starszego jegomościa za plecami, którego stało zapewne grono pedagogiczne. Nie zamierzał wychodzić na przód, ponieważ doskonale słyszał, co staruszek mówi ze swego miejsca na uboczu. Mężczyzna przywitał wszystkich, prosząc, by udali się do swoich pokoi i rozgościli się w nich. Przypomniał również, że wszystkie zdeponowane w szkolnym magazynku rzeczy, można odbierać już za pół godziny, a wydawać je będzie niejaki profesor Zeldan. Następnie przeszedł do odczytania listy nowych uczniów, a Max ze zgrozą stwierdził, że i jego nazwisko zostało wymienione. Najpierw, nie ruszył się z miejsca, ale widząc, jak niebieskie oczy staruszka przeszukują tłum w jego poszukiwaniu. Podniósł rękę i odezwał się:

— Jestem.

Oczy zgromadzonych wlepiły się w niego z zainteresowaniem. Stojąca nieopodal Clory uśmiechnęła się uroczo i szepnęła coś do Timmothiego, którego trzymała za rękę.

— Dobrze więc. Dzięki Bogu, wszyscy dotarliście w jednym kawałku i to na czas. — rzekł starszy mężczyzna. — Nowych uczniów zapraszam ze sobą. Przydzielę was do pokoi i wyjaśnię zasady.

Z westchnieniem Max powlókł się za młodszymi dzieciakami, zostawiając matkę i pakunki na błoniach. Kątem oka zauważył, jak kobieta rozmawia z wysokim facetem, noszącym kolczyki w jednym uchu. Nie podobało mu się to, ale nie chciał już na starcie narobić sobie kłopotów, bo czuł, że te i tak go odnajdą.

Gdy znalazł się w obszernym pokoju z dużym stołem i rzędem krzeseł pośrodku, rozejrzał się wokół. Ściany wyłożone były drewnianymi panelami, a podłogę okrywał gruby, mięsisty, czerwono-czarny dywan. Pod jedną ze ścian stał regał wypełniony książkami. Ogromne, trzyskrzydłowe okno osłaniała cienka, haftowana firanka. Staruszek usiadł na jednym z krzeseł i popatrzył na zebranych z uśmiechem. Zatrzymał spojrzenie swych jasnych oczu na Maxie nieco dłużej niż na pozostałych. Chłopak zignorował to i oparł się o ścianę, zakładając ramiona na piersi.

— Witam was jeszcze raz. Jestem bardzo szczęśliwy, że będziecie uczyć się w naszej szkole. Nazywam się Hilary McDuff i jestem waszym dyrektorem. Będę was też uczył, ale o tym przekonacie się już jutro. Chcę, żebyście wiedzieli, że drzwi mojego gabinetu zawsze stoją dla was otworem. Jeżeli będziecie mieć jakikolwiek problem, czy kłopot, możecie śmiało do mnie przychodzić. — gdy to mówił, do pokoju wszedł ów zakolczykowany facet. Max rzucił mu podejrzliwe spojrzenie, jednak on nie zareagował.

— Moi mili. — ciągnął dalej dyrektor, wskazując przybysza dłonią. — Przedstawiam wam waszego opiekuna, profesora Mika Paladiusa. Pomoże wam trafić do waszych pokoi. Wszelkimi sprawami organizacyjnymi zajmie się pan profesor.

Dyrektor wręczył mu jakąś kartkę, po czym nauczyciel uśmiechnął się i zaprosił wszystkich do wyjścia, mówiąc, żeby poszli za nim. Max już miał oderwać plecy od ściany, gdy McDuff rzekł:

— Max, zostań jeszcze chwilę. — poczekał, aż szóstoklasiści opuszczą pomieszczenie. — Proszę, usiądź.

Chłopak z niechęcią podszedł do stołu i zajął jakieś wolne miejsce.

— Nie ukrywam, że bardzo miło mi cię poznać. Rzadko kiedy osoby w twoim wieku dołączają do szkoły, nie mniej jednak cieszę się, że jesteś z nami. Od dawna próbowałem przekonać twojego ojca, żeby przynajmniej przysyłał cię do nas na wakacyjne obozy, jakie organizujemy.

Ta wzmianka o ojcu wbiła mu w serce szpilę z lodu. Widział całe mnóstwo anielskich rodziców na placu przed szkołą i odniósł wrażenie, że jest jedynym uczniem, którego odprowadza jedynie matka.

— Cieszę się, że w końcu zmienił zdanie. Wiem, że taka reorganizacja życia jest trudna, ale mam nadzieję, że spodoba ci się u nas. Powiem ci, jak to wygląda. Uczniowie dzieleni są na grupy, w których działają wspólnie. Niektóre zajęcia, jak się zorientujesz, są prowadzone, by uczyć was, jak kontrolować i wykorzystywać wasze anielskie dary. Właśnie podczas tych lekcji bardzo ważna jest grupa, do której się przynależy, ponieważ Nefilim czerpią siłę z siebie nawzajem. Jeszcze się nie zdarzyło, by członkowie jednej drużyny nie zaprzyjaźnili się ze sobą, tak więc liczę, że znajdziesz tutaj wiernych towarzyszy.

— Nie szukam przyjaciół. — odparł z kamiennym wyrazem twarzy. — Nie potrzebuje ich. Całe życie byłem sam i dobrze mi z tym. Jestem tutaj, bo zostałem do tego zmuszony. Najchętniej jeszcze w tej chwili znalazłbym się z powrotem w domu.

Hilary uśmiechnął się w zamyśleniu, co nieco zirytowało nastolatka

— Jesteś uparty i masz twardy charakter, to dobrze. — stwierdził. — Poradzisz sobie. Jako syn Abaddona zapewne odziedziczyłeś siłę Niszczyciela, a żeby takową okiełznać potrzeba uporu, samodyscypliny i masy chęci. Pomożemy ci uporać się z problemami, po to tutaj jesteśmy.

Max miał ochotę powiedzieć, że nie ma żadnych problemów, jednak ugryzł się w język. Coś w osobie dyrektora sprawiało, iż chciał mu zaufać, czego normalnie nie robił. Przez moment walczył nawet z pokusą wyznania, jak bardzo mu źle, z tym że ojciec nie ma dla niego czasu, ale milczał.

— Opiekunem twojego rocznika jestem ja. — dodał mężczyzna. — O każdej porze, dnia i nocy, będę do twojej dyspozycji.

Wstał, a chłopak poszedł w jego ślady.

— Zaprowadzę cię do twojego pokoju. Przydzieliłem cię do grupy Tiffany Leakers i jej przyjaciół. Powinieneś dogadać się z chłopcami. Carl to rozrabiaka, za to Matt jest bardzo spokojny i uczynny. Wiedzą, że masz z nimi zamieszkać. Na pewno przyjmą cię z otwartymi ramionami

— I tego się właśnie obawiam. — odparł z kwaśną miną.

Dyrektor roześmiał się, patrząc w te jego czarne, zasnute mgłą goryczy oczy. Zaprowadził go na trzecie piętro dużymi drewnianymi schodami, których poręcze wyglądały jak konary drzew. Max rozglądał się wokół z ciekawością. Mijani przez niego ludzie uśmiechali się do niego lub witali krótkim cześć. Nie odpowiadał, czując się nieswojo w obecnej sytuacji. Pamiętał, jak kiedyś na lekcjach mieli zastępstwo ze szkolnym psychologiem. Robili wówczas test, by określić swój temperament. Bez większego zaskoczenia przeczytał wynik, wedle którego był cholerykiem, ale i introwertykiem. Zgadzał się z tą opinią, a cała ta szkoła, była zupełnym przeciwieństwem otoczenia, w którym czuł się dobrze. Powoli tracił oddech, dusząc się wśród tych wszystkich roześmianych Nefilim. Rzadko kiedy się śmiał, bo też nie miał z czego. Nie znaczyło to wcale, że jego życie było smutne. Był szczęśliwy, po prostu uczucia zachowywał zawsze dla siebie, dzieląc się nimi jedynie z matką. Hilary tymczasem skręcił, wchodząc w niewielki korytarzyk i wskazał mu ostatnie drzwi na prawo. Max podziękował, mówiąc, że dalej sobie już poradzi. Wzdychając ciężko, podszedł powoli do drewnianych odrzwi i zajrzał do środka. Już z korytarza słyszał kilka głosów przekrzykujących się i rzucających, co chwilę jakieś beznadziejne żarty w stylu: „Ilu aniołów trzeba, żeby wkręcić żarówkę?” Przewrócił oczyma i właśnie wtedy został zauważony. Piwne oczy, nieco niższego od niego chłopaka w kraciastej cowboyskiej koszuli, wpatrywały się w niego z zainteresowaniem zza prostokątnych okularów. Jego śladem poszli pozostali. Krępy, siedzący na łóżko obok drzwi chłopak przestał wywijać nad głową poduszką, a dwaj mężczyźni, zapewne ojcowie nastolatków bez słowa i z powagą popatrzyli na siebie. Max milczał, przeskakując wzrokiem po ich twarzach do chwili, gdy kątem oka spostrzegł matkę targającą jego walizki. Przeklął pod nosem, wytykając sobie głupotę. Całkiem o niej zapomniał przez to wszystko. Podbiegł do kobiety i wyjął jej z rąk najcięższe rzeczy.

— Przepraszam mamo, zapomniałem. — wyznał.

— Nic się nie stało. Twój nauczyciel pokazał mi, gdzie mogę cię znaleźć. — jęknął z rezygnacją.

Jej ta szkoła się podobała. Była wręcz zachwycona starym budynkiem i roześmianymi uczniami.

— Jak tam koledzy z pokoju, sympatyczni?

— Nie mam pojęcia.

— Obiecałeś mi coś. — przypomniała, patrząc głęboko w oczy syna.

— Powiedziałem, że spróbuję, niczego nie obiecałem. — zaprotestował, zarzucając na ramię plecak.

Podniósł oczy, a jego spojrzenie spotkało się ze wzrokiem Timmothiego, który ciągnąc za sobą walizkę, zmierzał do pokoju naprzeciwko.

— Dzień dobry. — rzekł, przechodząc obok nich. — Serwus Max.

— Clory musiała mu wszystko wypaplać. — rzekł wzburzony.

Matka trzepała go dłonią w ramię z groźnym wyrazem twarzy.

— To skąd niby zna moje imię?

— Tak cię zabolało, że się z tobą przywitał? Powinieneś się cieszyć. — rzekła, chwytając torbę i wchodząc do pokoju.

Słyszał, jak wita się z obecnymi, pytając, które łóżko może zając jej syn. Max z niechęcią podążył za nią i nieco się rozchmurzył na wieść, że jego część pokoju, to ta pod oknem. W milczeniu odłożył plecak i walizkę na posłanie i odwrócił oczy, gdy okularnik podszedł, witając się z nim.

— Matt Woodmal. — miał cowboyski akcent i szczery uśmiech na poczciwej twarzy.

— Max Hugo. — walcząc ze sobą, ujął jego dłoń w krótkim uścisku.

— Carl Moor. — przedstawił się drugi.

Czarnooki kiwnął mu jedynie głową, wracając do rozpakowywania swoich rzeczy. Spostrzegł, że matka opróżniła już jedną walizkę, wkładając ubrania do dużej szafy, jaka stała tuż obok. Usłyszał dźwięk SMS-a i sięgnął do tylnej kieszeni spodni po telefon. Jego stary, sfatygowany smartfon pokazywał ikonkę wiadomości, na którą nacisną i odczytał:

— ”Miłej zabawy w wariatkowie.” — za chwilę pojawiła się kolejna. — ”I tak będziesz tam największym świrem.” — zaklął na głos, kasując wiadomości.

Był bardziej niż pewny, że to Jack Newton stroi sobie z niego żarty.

— Max jak ty się wyrażasz? — Brenda popatrzyła na niego ze złością.

Nie odpowiedział, zacisnął jedynie zęby, a jego telefon ponownie się odezwał. Tym razem ktoś dzwonił. Odebrał, z krótkim słucham i wyszedł za korytarza

— Masz już swój kaftanik czubie? — zapytał głos Jacka

— Odwal się. — odpysknął.

— Pokoik bez klamek na pewno będzie wygodny.

— Jack powiedziałem, odwal się, bo przysięgam, że…

— Że co dziwaku? — jego dłoń zbiła się w pięć, rozgrzewając się do tego stopnia, iż zaczęła dymić. — Jesteś świrem i powinno się ciebie zamknąć na cztery spusty Hugo. Urządzamy imprezkę na cześć twojego odejścia

— A wiesz co? Zachlej się i zaćpaj na tej imprezce. Nic mnie to nie obchodzi. — Z furią wyłączył telefon i rozluźnił palce, czując, jak gorąco rozchodzi się po korytarzu. Odetchnął głęboko. Odwrócił się napięcie, słysząc czyjś głos.

— Wszystko ok? — popatrzył w oczy chłopaka w swoim wieku.

Był jego wzrostu, miał ciemną skórę i duże ciemne oczy. Obok niego stał Timmothy z oburzoną miną.

— Ciołkami nie ma się co przejmować. — dodał.

— Nie przejmuje się.

— To jeden z tych, którzy nie dawali ci spokoju? — zapytał drugi.

Max zmarszczył brwi, mierząc go wzrokiem. Clory miała szczęście, że jej teraz tutaj nie było. Z chęcią powiedziałby jej, co myśli o takim rozpowiadaniu na prawo i lewo o jego życiu. Timmothy tymczasem, jakby czytając mu z oczu, ciągnął dalej.

— Nie raz widziałem, jak tych dwóch ci dokucza. Na twoim miejscu, nie pozwalałby sobie na takie traktowanie.

— Z łaski swojej odczepcie się ode mnie. Nie wasza sprawa. Tak serio niczyja. — minął ich i wrócił do pokoju śledzony przez ciemne oczy wyższego z młodzieńców.

— Stało się coś? — zapytała zaniepokojona Brenda.

Pokręcił tylko przecząco głową, wypakowując z plecaka swój tablet. Czuł na sobie baczne spojrzenia obecnych w pokoju mężczyzn i zerknął na nich przez ramię.

— Coś nie tak?

Wysoki o ciemnych włosach uśmiechnął się do niego, mrużąc piwne oczy. Podszedł bliżej i przykucnął tuż obok, dyskretnie zerkając na jego odsłonięte plecy. Max przyglądał mu się z niepokojem. Nie znał go i nawet nie podejrzewał, kim może być. To dziwne, nostalgiczne spojrzenie nie bardzo mu się podobało.

— Wszystko w porządku. — odparł.

Miał miły, spokojny głos.

— Myślałem, że wieczności nie starczy, żebyśmy w końcu się poznali. Jestem Archanioł Gabriel, a to Rafael. — wskazał dłonią swojego towarzysza. — Cieszy nas twoja obecność, zwłaszcza że Abaddon bardzo stroni od ujawniania jakichkolwiek informacji na twój temat.

Nie bardzo wiedział, co ma na to odpowiedzieć. Na szczęście z opresji wybawiła go drobna, rudowłosa dziewczyna, która jak burza wpadła do pokoju i popatrzyła na wszystkich zaskoczonymi, nieco przerażonymi oczyma

— No nie uwierzycie. — wysapała swym piskliwym głosikiem. — W szkole jest jakiś wielki facet. Mówię wam, jest ogromny. Ubrany cały na czarno. Ma się wrażenie, że zajmuje cały korytarz.

Siedzący na swym łóżku Matt, roześmiał się tylko i odparł:

— Masz racje, nie wierzymy ci.

— Poważnie, kogoś takiego nigdy nie widziałam. — uparcie dowodziła dziewczyna.

— Tika daj spokój. — rzekł znużonym głosem okularnik, wpatrzony w ekran swojego telefonu. — Ty po prostu jesteś mała i przez to wszyscy wydają ci się wielcy.

Nagle podniósł oczy, a mina mu zrzedła. Tuż za plecami rudowłosej rzeczywiście stał niewyobrażalnych rozmiarów mężczyzna. Patrzył w głąb pokoju groźnymi, smolistymi oczyma, ignorując całe otoczenie.

— Tika odwróć się. — nastolatka jak na wezwanie spojrzała za siebie i odskoczyła niczym oparzona.

Wysapała tylko niewyraźnie dzień dobry, chowając się za plecami Rafaela. Przybysz nie odezwał się słowem, wpatrzony w jeden punkt. Max doskonale wiedział, że świdruje go wzrokiem i jest naprawdę niezadowolony z tego, co widzi. Powoli wstał w milczeniu, podchodząc do ojca. Spojrzał mężczyźnie w oczy.

— Wygrałeś. — powiedział cicho, na co tamten zaśmiał się tubalnie.

— W nic z tobą nie grałem. — chwycił chłopaka za przedramię i pociągnął za sobą. — A teraz chodź.

— Tato, wystarczyło powiedzieć. — jęknął chłopak.

Bez sprzeciwu dał się zaprowadzić w jakiś kąt nieopodal schodów. Abaddon wcisnął go pomiędzy ściany i zasłonił swym ciałem, odgradzając od kręcących się w pobliżu ludzi.

— Słuchaj uważnie, bo nie będę dwa razy powtarzał. — huknął z groźbą w oczach.

— Nigdy nie powtarzasz.

— To tym bardziej. Hilary przydzielił cię do dzieciaków Archaniołów Bożej obecności. Nie jest mi to bardzo na rękę, ale można ten fakt wykorzystać. -zamilkł na chwilę, rozglądając się na boki. Bez ostrzenia uwolnił niewidoczne do tej chwili skrzydła i otoczył siebie i syna ich czarną zasłoną. Po czym odezwał się po asyryjsku. — Mam dla ciebie zadanie.

— Dlaczego mówimy w tym języku? — zapytał szczerze zaskoczony.

Oczywiście doskonale znał dialekt, na który przeszedł ojciec, ale jak do tej pory nie miał okazji go używać

— Ponieważ nikt oprócz ciebie go nie zna. Chcę, żebyś zbliżył się do nich i dowiedział wszystkiego o ich rodzicach. Ci podstępni zdrajcy coś kombinują, a ja chce wiedzieć co.

— To dlaczego sam ich nie zapytasz?

Czarne oczy Niszczyciela zajaśniały szkarłatem.

— Rozum ci odjęło? Ty masz się tego dowiedzieć. Nie życzę sobie, byś się z nimi przyjaźnił, ale potrzebuję tych informacji. Czy to jasne?

— Mam ich szpiegować czy co? — zachłysnął się powietrzem, widząc minę ojca.

Właśnie o to mu chodziło od początku. Nie interesowało go dobro syna, chciał mieć wśród Nefilim swoją wtyczkę. Max poczuł, jak serce mu pęka na pół. Jak głupi wierzył, że ta cała szkoła to oznaka troski, może nieudolna, ale jednak. Teraz zrozumiał dogłębnie, iż chodziło tylko o jego konflikt z Archaniołami. Spuścił oczy, zaciskając zęby. Tak przykro, jak w tej chwili jeszcze nigdy mu nie było. Przez całe życie nie usłyszał jednego dobrego słowa, żadnej pochwały, nic, a teraz miał być po prostu narzędziem w rękach Tańczącego na zgliszczach. Nie chciał tego robić, ale doskonale wiedział, że nie może odmówić.

— Maximilian zapytałem o coś?

— Tak jasne. — wyszeptał, nie patrząc na rodzica

— Doskonale. Spotkamy się raz w miesiącu, a ty będziesz mi mówił o wszystkim, czego się dowiedziałeś. — ostra szpila przeszyła duszę chłopca na wylot. — I jeszcze jedno, jeśli ktokolwiek będzie cię pytał o to, co znajduje się na twoich plecach, masz mówić, że to tylko tatuaż.

Podniósł oczy, chcąc spojrzeć na ojca, ale jego już nie było. Stał tak, przyciskając plecy do ściany, całkiem zdruzgotany. Wiedział, że ludzie patrzą na niego z mieszaniną ciekawości i — co było dla niego dziwne — troski. Uspokoiwszy się nieco, ruszył w drogę powrotną na sztywnych nogach. Nie chciał, by to tak bolało, ale nie umiał ignorować faktu, że jego własny ojciec traktuje go jak służącego, a nie jak syna.

Gabriel stał na niewielkim balkoniku obserwując Maxa, żegnającego się z matką. Czuł w sercu żałość i wstyd za dawnego przyjaciela, a wiedząc, że i pozostali mają podobne odczucia, było jeszcze gorzej. Westchnął ciężko, opierając się o balustradę łokciami. Od początku powtarzał, że Abaddon źle postępuje, odseparowując Maxa od Nefilim. Bez względu na wszystko ten chłopak powinien obracać się w towarzystwie dzieci aniołów. Widać było po nim, iż nie miał zbyt wiele wspólnego z ludźmi. Dzisiejszy telefon jeszcze to potwierdził. Nie zamierzał zdradzać, że doskonale słyszał jego rozmowę, ale czuł wściekłość na młodzieńca, który potraktował go tak bezczelnie. Kiedy otrzymał rozkaz od Boga, by wraz ze skrzydlatymi spłodzić pół ludzkie potomstwo, był przerażony, ale ufał Panu i był przekonany, że jego wola jest słuszna. Wraz z przyjaciółmi obiecali sobie, że tak jak ich, to i ich dzieci też połączy przyjaźń, a potem Abaddon dostał szału. Wpadł do Regenckiego pałacu, wrzeszcząc, że są podłymi zdrajcami. Był tak wzburzony jak jeszcze nigdy, od jego żaru topiły się nawet marmurowe płytki, na których stał. Czerwone, piekielne oczy rzucały oślepiające błyski, a zaciśnięte w pięści dłonie, aż płonęły. Gabriel próbował zapytać, co się takiego stało, ale wylądował pod tronem pchnięty rozgrzanym powietrzem. W jego obronie stanął wówczas Michael, osłaniając przyjaciela własnym ciałem. Szybko tego pożałował, ponieważ rozwścieczony Niszczyciel, chwycił go za gardło i rzucił o ścianę jak szmacianą lalką, po czym wyszedł, trzaskając drzwiami tak mocno, iż te wypadły z zawiasów. Razjel też próbował wyciągnąć z niego jakieś informacje, ale skończył z przypalonymi skrzydłami i stwierdził, że nie będzie się narażał, ponieważ Abaddonowi najzwyczajniej w świecie odbiło.

— Nie zadręczaj się. — spojrzał przez ramię na stojącego w cieniu Mistrza tajemnic.

Gabriel odetchnął głęboko

— Nie rozumiem go. Minęło tyle czasu, a on nawet nie raczył wyjaśnić, o co mu chodzi. Znienawidził nas za coś. Tylko za co?

— Nie jestem do końca pewien, czy on sam to wie. — Razjel podszedł bliżej i spojrzał na wciąż stojącego na parkingu nastolatka. Dostrzegł w jego dłoni zapalonego papierosa i zasępił się jeszcze bardziej. — Mnie bardziej martwi jego stosunek do chłopaka. Max jest tak jakby oderwany od świata. Nie może sobie znaleźć miejsca ani wśród ludzi, ani tutaj. Szkoda mi go. — tuż obok nich zmaterializowała się pozostała piątka Archaniołów. Jedyna w ich gronie kobieta wychyliła głowę zza balustrady i zmarszczyła brwi.

— Czuć od niego rozpacz, aż żal patrzeć. — powiedziała Opiekunka gromów.

— Co robimy? — zapytał Rafael. — Widziałeś, jak on go dzisiaj potraktował. Wywlókł chłopca z pokoju jak worek ziemniaków.

— Jak to wywlókł? — zielone oczy Michaela zabłysły groźnie, słysząc te słowa. — Tylko nie mówcie, że Abaddonowi odbiło, aż tak, że nie szanuje nawet własnego syna?

Gabriel i Rafael spojrzeli po sobie, milcząc. Boży miecz zaklął siarczyście, potrząsając głową tak, iż ruda czupryna zakotłowała się wokół twarzy.

— Ktoś powinien dać mu porządnie…

— Tak jak ostatnio — wtrącił się wysoki, ciemnowłosy anioł, do tej chwili stojący nieco z tyłu. — Pamiętasz, co było z Lucyferem. Nie chcę powtórki z rozrywki. Abaddon jest na najlepszej drodze do zdrady i nie wolno nam popchnąć go w takim kierunku nawet o milimetr. Nie chcę patrzeć na upadek kolejnego przyjaciela.

— Nikt z nas nie chce, Uzjelu, ale…

— Zaphiel, ja mam dość wojen! — krzyknął, kierując spojrzenie swych brązowych oczu na blondyna stojącego za plecami kobiety. — Bóg nie po to wpakował nas w rodzicielstwo, byśmy teraz prowadzili kolejne bratobójcze walki. Nie. Chcecie coś robić? Bardzo proszę, ale beze mnie.

— To, co takiego proponujesz? — zapytał uspokajająco Gabriel.

— Zająć się chłopakiem i zostawić Abaddona w spokoju. Niech sobie żywi urazę, za co tam chce. Skupmy się na Maxie i postarajmy się pomóc temu dzieciakowi, o ile oczywiście nam na to pozwoli.

Regent Królestwa przytaknął ze zrozumieniem. Musiał przyznać, że słowa Uzjela nie były głupie. Nie mieli prawie żadnych szans na spokojną rozmowę z Niszczycielem. W najlepszym wypadku Tańczący na zgliszczach zignoruje ich, tak jak dzisiaj, a w najgorszym rozwali całe Niebo. Spojrzał ponownie na chłopca, gdy ten powolnym krokiem zaczął wracać do budynku. Nad głową Maxa wisiała jakaś ciemna chmura, a on sam wydawał się być zagubiony bardziej niż dziecko we mgle. Bał się jednocześnie, ukrywając swe uczucia pod zasłoną z buty i obojętności. Gabriel pomyślał wówczas, że to nie będzie proste, ale wiedział jedno, muszą spróbować i spróbują.

Rozdział 4

Czuł, jak głowa zaczyna mu pulsować w tym wariatkowie, nawet w łazience, nie można było być samemu. Po ekspresowym prysznicu wybiegł z zaparowanego, wilgotnego wnętrza kierując się do swojego prywatnego piekła, jakim była sypialnia. Bez słowa wszedł do środka, otworzył okno na oścież i wyszedł, stając na szerokim gzymsie i zapalając papierosa. Matt przez chwilę patrzył na niego osłupiały, a gdy pierwszy szok minął, zerwał się z łóżka, rzucając w kąt książkę, jaką czytał. Dopadł okna i krzyknął:

— Co ty robisz? Skręcisz kark!

— Oj uwierz mi, że nie. — warknął spacerujący w tę i z powrotem Max.

— Zejdź, bo spadniesz, a nie chce podpaść twojemu ojcu. — poprosił błagalnie

— Nikt nie chce mu podpaść. Mieszkam w Los Angeles i co noc łaziłem po gzymsie wieżowca. Odczep się.

Matt zaklął pod nosem, rozglądając się na boki i próbując usilnie znaleźć coś, co zmusi chłopaka do powrotu. Wiedząc, że naraża się na jego gniew, sięgnął po leżący na pościeli tablet i uruchomił go. Spostrzegł, jak Max zerka w jego kierunku, a czarne oczy zwężają się groźnie.

— Odłóż to. — syknął poirytowany.

— To mnie zmuś.

W tej właśnie chwili do pokoju wszedł Carl w towarzystwie łudząco do niego podobnej dziewczyny. Nastolatka orientując się w zdarzeniu, pisnęła, zasłaniając usta dłonią. W osłupieniu patrzyła na balansującego na krawędzi młodzieńca za oknem.

— Powiedziałem, zostaw to! — krzyknął Max, wskakując do środka i wyrywając z dłoni współlokatora swoją własność. — Nie waż się nigdy więcej dotykać moich rzeczy!

— W porządku. — odparł spokojnie Matt. — Pod warunkiem, że nie będziesz wychodził przez okno.

Mierzyli się wzrokiem kilka długich minut, aż w końcu syn Abaddona warknął coś w niezrozumiałym dla nich języku i minął wszystkich, wychodząc z pokoju. Okularnik tymczasem wciąż stał z kamiennym wyrazem twarzy, licząc od stu w dół. Gdy skończył, wypuścił powietrze przez usta i popatrzył na rodzeństwo Moor.

— To trudniejsze niż myślałem.

— Co on… Jak…? — jąkała się dziewczyna, nie bardzo wiedząc, w jaki sposób ma uformować zdanie

Matt wzruszył tylko ramionami. Nie minęła nawet doba, a on już miał dość Maxa. Rozumiał, że chłopak nie ma lekkiego życia z takim ojcem, ale dlaczego próbuje doprowadzić ich do zawału serca.

Wrócił do pokoju, gdy był pewien, że wszyscy już śpią. Po cichu wszedł do środka i wśliznął się pod kołdrę, zakładając na uszy słuchawki. Nie zdążył jeszcze zamknąć oczu, gdy światło sufitowej lampy błysnęło, nieco go oślepiając. Podniósł się na łokciu i z zaskoczeniem popatrzył w oczy Woodmala. Chłopak był wściekły, a jego piwne tęczówki lśniły jakoś dziwnie.

— Słuchaj, ja rozumiem, że jesteś przyzwyczajony do innego życia i ok. W domu możesz sobie nawet łazić po dachach, jeśli chcesz, ale nie tutaj. Wyjdź na to okno raz jeszcze, a z miejsca pójdę po Hilarego i jemu się będziesz tłumaczył, bo ja nie mam ani ochoty, ani siły się z tobą użerać. Nie lubisz nas, to widać na pierwszy rzut oka, spoko. Mam wystarczająco dużo przyjaciół, żeby nie potrzebować twojej osoby, ale jedno ci powiem, nikt tutaj nie będzie patrzył na ciebie inaczej tylko dlatego, że jesteś synem Abaddona. Każdy z nas ma swoje mniejsze lub większe problemy. Clory mówiła, że jesteś burkliwy, ale nie wspominała, że nie masz za grosz oleju w głowie. — odetchnął głęboko, wciąż patrząc milczącemu Maxowi w oczy. — Dobranoc.

Chłopak zgasił światło i w ciemnościach ułożył się w swoim łóżku. Hugo milczał po pierwsze dlatego, że nie wiedział, co miał powiedzieć, a po drugie wolał zachować swoje myśli dla siebie.

Rano nie odzywali się do siebie. Unikali ze sobą kontaktu jak ognia. Jedynie Carl, który nie brał udziału w całej tej awanturze, zapytał czarnookiego, czy idzie na śniadanie. Max przytaknął, zdejmując z siebie starą koszulkę, w której spał. Usłyszał gwizd zazdrości i popatrzył bez emocji na niższego z towarzyszy.

— Masz zarąbisty tatuaż. — wyznał z błyskiem w zielonych oczach. — Też chciałem sobie zrobić, ale mama się nie zgodziła.

Kącik ust Hugo powędrował ku górze, gdy to sobie wyobraził. Przemilczał jednak, ubierając się do końca i wyszedł z pokoju. Po drodze minął wciąż naburmuszonego Matta. Szedł korytarzem bez słowa, zignorował radosne wołanie Clory, nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem i zbiegł po schodach na sam dół, gdzie skierował się do stołówki. Bez zastanowienia zgarnął tacę z lady i poszedł dokładnie w to samo miejsce, które zajmował podczas wczorajszej kolacji. Usiadł przy małym stoliku, po czym zajął się swoimi kanapkami. Nie patrzył na nikogo, chociaż wiedział, że oni przyglądają się jemu. Słyszał chichot młodszych od siebie dziewcząt, które z nieudaną dyskrecją komentowały jego wygląd. Podniósł głowę, dopiero, gdy padł na niego cień. Tuż nad nim stał Matt, który bez słowa wręczył mu kartkę z planem zajęć i odszedł do reszty grupy, która siedziała nieopodal. Przyjrzał się im dokładnie. Oprócz znanych mu już młodzieńców, przy stoliku siedziały jeszcze trzy dziewczyny. Jedna, którą wytypował jako siostrę Carla. Druga dziewczyna była wysoka z kręconymi jasnymi włosami. Trzecia natomiast z dziewczyn była ruda. Przypomniał sobie, jak Matt nazwał ją Tika, kiedy ta wpadła do ich pokoju zaniepokojona widokiem Abaddona. To była jego drużyna, do której został wbrew swojej woli przydzielony. Miał ich szpiegować ku uciesze jego ojca. Za nic w świecie tego nie chciał. Nie miał zamiaru się z nimi przyjaźnić ani robić z siebie szpiega. Poczuł, jak jego dłoń zaciśnięta na kubku z herbatą robi się gorąca, ale ignorował to do czasu, aż jakaś dziewczyna pisnęła i pokazała go palcem. Dopiero wtedy zerknął na naczynie. Ciecz bulgotała i kipiała, rozlewając się na boki. Szybko cofnął rękę, rozluźniając ją w powietrzu. Tępy ból głowy przestrzelił mu skronie i już wiedział, że dzisiejszy dzień będzie jednym z najgorszych w jego życiu. Bez słowa wstał, zabrał swoje rzeczy i wyszedł. Musiał odetchnąć świeżym powietrzem i się uspokoić. Szedł przez błonie, nie patrząc na nic i na nikogo. Znalazł jakieś ustronne miejsce, gdzie przykucnął i opierając plecy o mur, zapalił papierosa. Chciał stąd uciec jak najdalej i wiedział, że ma taką możliwość. Wystarczy, że rozłoży skrzydła, a odfrunie. Tylko gdzie miał polecieć? Jeśli wróci do domu, mama zasypie go gradem pytań i wpakuje do samochodu, by odwieść go z powrotem, a nawet nie chciał myśleć, jak wścieknie się ojciec.

— Czy to wszytko musi być takie pojebane? — zapytał w przestrzeń i ku swemu zdziwieni otrzymał odpowiedź.

— Nie musi. Sam to komplikujesz. — podniósł głowę i spojrzał w morskie oczy wysokiego, szczupłego mężczyzny.

Z lekką paniką popatrzył na papierosa w swojej dłoni, a potem ponownie na nieznajomego. Zobaczył na jego ustach uśmiech, co nieco go uspokoiło.

— Nikomu nie powiem o twoim małym sekrecie. Nie byłbym Mistrzem tajemnic, gdybym komuś wygadał.

Max wstał, natychmiast orientując się z kim ma do czynienia. To był Razjel we własnej osobie. To o niego między innymi chodziło ojcu.

— Spokojnie nie musisz się mnie bać.

— Nie boję się. — odparł całkiem szczerze.

— Pierwszy dzień w nowej szkole zawsze jest trudny, ale twój stres wywołał burze w szklance herbaty, jak widziałem. Nie umiesz tego kontrolować? — zapytał z zainteresowaniem.

— Coś takiego można kontrolować?

— Oczywiście. To część twoich anielskich zdolności, które odziedziczyłeś po ojcu, a ten ból głowy, który ci teraz dokucza, to skutek braku panowania nad zdolnościami.

Max zmarszczył brwi i popatrzył na rozmówcę z niepokojem.

— Niby skąd pomysł, że boli mnie głowa?

Archanioł zaśmiał się i zrobił krok do przodu, widząc jednak, że chłopak się od niego odsuwa, zaprzestał i odparł:

— Marszczysz nos tak samo, jak Abaddon, kiedy jemu coś dolega. Jesteś do niego podobny. Tylko temperament masz znacznie inny. Twój ojciec to wulkan a ty… — uśmiechnął się miło. — Dusisz w sobie wszystkie emocje.

— Nie podoba mi się ta rozmowa. — stwierdził nastolatek i ruszył w kierunku szkoły.

— Max, daj im szansę i nie wychodź więcej za okno.

Chłopak spojrzał przez ramię, zdając sobie sprawę, że był od wczoraj obserwowany. Po plecach przeszedł mu dreszcz. To nie była szkoła, a więzienie, w którym go zamknięto i kazano robić za wtyczkę. Rozejrzał się z niepokojem, szukając innych aniołów, jednak nikogo nie zauważył. Wszedł do budynku lekko spanikowany w chwili, gdy zabrzmiał dzwonek. Z bólem głowy i lękiem w sercu, skierował się na pierwszą lekcję, jaką miał tego dnia. Wchodząc do dużej auli, zdał sobie sprawę, że razem z nim była cała jego grupa, której nadal jeszcze nie poznał oraz Clory, Timmothy i kilku innych Nefilim. Pojął w lot, że o tych zajęciach, mówił mu Hilary wczorajszego dnia. Zaciskając zęby, usiadł kilka rzędów za Mattem i w milczeniu zaczął bawić się ołówkiem.

— Witam wszystkich w nowym roku. — rzekł zakolczykowany mężczyzna, wchodząc do sali.

— Witam wszystkich i każdego z osobna. — powtórzył i usiadł za biurkiem, przerzucając jakieś papiery. — Zobaczmy. Grupa Timmothiego i Tiffany.

Mężczyzna podniósł i głowę spojrzał na Maxa, po czym dodał:

— Plus jeden. Będziesz tak miły i przedstawisz się?

— Max Hugo. — odparł krótko, nie mogąc znieść tych wszystkich spojrzeń.

— Miło poznać. Profesor Paladin. Max, podczas naszych zajęć obowiązuje pewna zasada. Siedzimy razem ze swoją drużyną, więc przesiądź się, proszę. Obok Matta jest dużo miejsca. — z nieukrywanym niezadowoleniem wykonał polecenie, odsuwając się od młodzieńca jak najdalej. — Dobrze. Skoro już wszystko jasne, to zacznijmy. Max był już łaskawy pokazać przy śniadaniu, czym się kończy brak kontroli nad swoimi zdolnościami.

Czarnooki wzdrygnął się na tę uwagę. Dopiero dzisiaj dowiedział się, że w ogóle da się kontrolować tego typu rzeczy. Nie miał żadnego doświadczenia z anielskimi zdolnościami i wolał nie być stawiany jako przykład. Kolejna szpila bólu przebiła mu głowę na wylot. Skrzywił się, uciskając skronie. Umiał sobie z tym radzić i wiedział, że najlepiej po prostu to zignorować. Teraz jednak ból był tak silny, jak nigdy wcześniej. Matt zerknął na niego z niepokojem. Przysunął się bliżej i zapytał szeptem:

— Wszystko ok?

— Boli mnie głowa nic poza tym. — odparł przez zaciśnięte zęby.

— Może powinieneś…

— Samo przejdzie. — przeczesał włosy palcami i usilnie próbował skupić się na słowach profesora

— W przypadku Maxa to był tylko kubek z herbatą, ale co by było, gdyby podczas takiego braku opanowania trzymałby kogoś za rękę? — ciągnął nauczyciel.

Syn Abaddona z przerażeniem odpowiedział sobie na to pytanie. Skrzywdziłby tę osobę. Oddech mu przyspieszył, kiedy zdał sobie sprawę, ile razy na podobne rzeczy naraził matkę. Przypomniał sobie, jak kiedyś, gdy miał kilka lat, mama trzymała dłoń w bandażu, mówiąc wszystkim, że oparzyła się o garnek z gorącym mlekiem tylko, że on nie pamiętał, by kiedykolwiek gotowała mleko.

— Poparzyłem ją. — rzekł trochę głośniej niż mu się zdawało

— Dokładnie. — odparł Paladin. — Mógłbyś niechcący kogoś poparzyć. Dlatego tak ważne jest, by nad sobą panować. Jak często zdarza ci się utracić kontrolę?

— Ja… — zaczął, czując, że coś rozsadza mu mózg. -J a nad tym nie panuje.

Mężczyzna przysiadł na rancie biurka i z zaskoczeniem obserwował nowego ucznia

— Ha, takiej odpowiedzi się nie spodziewałem.

Max syknął, gdy tępy ucisk nasilił się jeszcze bardziej. Wiedział, co to oznacza i jak najszybciej musiał wyjść z klasy. Wstał i bez słowa wybiegł na zewnątrz. Słyszał, jak nauczyciel go woła, ale nie słuchał. Pędził przed siebie jak najdalej od ludzi. Nie wiedział nawet, gdzie się znajduje. Jego ciało wyemitowało gorącą falę, która rozeszła się kręgiem, łamiąc źdźbła suchej trawy i cienkie suchorośla z jego pleców wystrzeliły ogromne, śnieżnobiałe skrzydła na końcówkach, których delikatnie odcinały się pojedyncze granatowe piórka. Padł na kolana wyczerpany. Bardzo rzadko zdarzały mu się takie rzeczy, jednak gdy stresu i goryczy było w nim za dużo, jakaś część jego eksplodowała, znajdując ujście dla nagromadzonych emocji. Usiadł na piętach, a skrzydła zaszorowały o ziemię. Przetarł twarz dłonią, po czym spojrzał przez ramię na swoje plecy. W takich chwilach nienawidził tych pięknych, lśniących jak perła dodatkowych ramion. Matka zawsze się nimi zachwycała. Mówiła, że gdy był niemowlakiem, były maleńkie i wydawały z siebie śmieszny dźwięk, kiedy nimi poruszał. Skupił się maksymalnie i ponownie je ukrył, jednak nie miał siły się poruszyć. Powoli oparł plecy o wielki kamień i odchylił głowę do tyłu. Ból powoli mijał, pozostawiając po sobie tylko nieprzyjemnie uczucie zmieszania.

— Nic ci nie jest? — otworzył oczy i spojrzał na kucającego tuż obok Razjela.

— Nie. — odparł spokojnie.

Nerwy znów zaczynały w nim narastać, ale nie miał siły na kolejny atak, więc opanował się jak mógł najmocniej

— Musisz nauczyć się nad tym panować, bo w końcu sam sobie zrobisz krzywdę. — milczał, nie wiedząc co powiedzieć. — Abaddon wie, że moce Niszczyciela są bardzo groźne. Dawno już powinieneś umieć ich używać.

— Najwidoczniej ojciec miał ważniejsze sprawy na głowie niż zastanawianie się, czy jego syn czasami sam siebie nie podpali. — odparł z goryczą Max, powoli podnosząc się z miejsca.

Zachwiał się, ale nie upadł, ponieważ Razjel delikatnie podtrzymał go za ramię.

— Nie uczył cię. — chłopak pokręcił przecząco głową. — Tym lepiej dla ciebie, że teraz jesteś tutaj. Porozmawiam z Hilarym i postaramy się jakoś ci pomóc, ale ty też musisz tego chcieć.

— Zniknie ból głowy i te ataki? — zapytał, patrząc rozmówcy prosto w oczy

— Nie od razu, ale kiedy się wyćwiczysz, tak. Będziesz umiał przewidzieć, kiedy i dlaczego coś podobnego może się wydarzyć i dzięki temu opanujesz to.

Mógł upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Pozbędzie się tych uprzykrzających mu życie anielskich migren oraz dowie się tego i owego o Archaniołach, jak chciał ojciec. Nic nie tracił. Skoro i tak już jest w tej szkole, to przynajmniej polepszy swoją codzienność. Musi tylko przełamać się i jakoś dogadać z ich dziećmi. Westchnął głęboko.

— Chcę. Te ataki robią się coraz silniejsze i częstsze. — przyznał zgodnie z prawdą. — I wiem na pewno, że jednej osobie już zrobiłem krzywdę. Muszę się tego pozbyć, zanim kogoś niechcący zabije.

Razjel patrzył na niego z mieszaniną uczuć. Współczuł chłopakowi, jednocześnie będąc dumnym z takiej jego postawy. Przytaknął w milczeniu.

— Chodź, zaprowadzę cię na lekcje i wyjaśnię, dlaczego uciekłeś.

— Potrafię sam się tłumaczyć.

— Nie wątpię, ale daj sobie pomóc. — już nic nie odpowiedział, tylko poszedł wraz z archaniołem w kierunku szkoły.

Był zaskoczony, że odbiegł tak daleko. Dopiero teraz zauważył, że znajduje się w niewielkim lasku kaktusów poza terenem placówki. Na błoniach nikogo nie było, a mógłby przysiąc, że gdy uciekał znajdowało się tutaj pełno ludzi. Milczał jednak zastanawiając się, czy to czasami nie były jakieś majaki rozgrzanego do czerwoności umysłu. Gdy znaleźli się przy klasie, Razjel zapukał i zajrzał do środka, prosząc, by Paladius wyszedł do niego na chwilę. Profesor z nietęgą miną stanął za drzwiami i gdy tylko spostrzegł Maxa, nachmurzył się jeszcze bardziej.

— Uwierz mi Mike, że to, co zrobił, było najlepszą z możliwych opcji. — wyjaśnił anioł, kładąc chłopcu dłoń na ramieniu.

Hugo wzdrygał się na ten dotyk, ale milczał.

— On nie potrafi kontrolować swoich zdolności, a co za tym idzie, one przejmują władzę nad nim. Gdyby został w klasie, zapewne powybijałby szyby w oknach albo stałoby się coś jeszcze gorszego. — mina profesora nieco złagodniała.

— Nie może tak być, że chłopak w jego wieku i to co gorsza, potomek najsilniejszego z Niszczycieli, nie umie posługiwać się swoimi mocami. — odparł Paladius — Co przez ten czas robił jego ojciec?

— Niszczył światy? — odpowiedział pytaniem na pytanie Max — W każdym razie mnie ignorował.

Na twarzy Mika pojawiło się oburzenie, słysząc te słowa. Jakoś nigdy nie podejrzewał, by jakikolwiek Nefilim został bez opieki. Te dzieci nosiły w sobie nadnaturalne moce, a ich emocje mogły nawet zgruchotać ziemię. Max był od nich trochę inny, nie był jedynym potomkiem niszczyciela, ale jego ojciec był apokalipsą w czystej postaci. Abaddon to nie byłe burzyciel, a Anioł końca świata. Po jego przejściu nie zostawał kamień na kamieniu, jeśli chłopak nawet w małym stopniu odziedziczył taką siłę, to był niebezpieczny nie tylko dla innych, ale przede wszystkim dla siebie.

— Maxowi trzeba pomóc. Nauczyć go, co ma robić, gdy nadchodzi atak. Wyćwiczyć jego wolę, tak by był w stanie zapobiec podobnym zdarzeniom. Abaddon się nie popisał jako rodzic, więc obowiązek spada na nas.

Słuchając tak spokojnego, zatroskanego głosu Razjela nastolatek zaczął się zastanawiać, czego też ojciec od nich chciał. Mężczyzna nie robił wrażenia kogoś, kto knuje za plecami innych, a raczej jego zachowanie, kazało myśleć, że jest troskliwą i szczerą osobą. Nie znali się, a mimo to anioł tłumaczył jego dziwne, niegrzeczne zachowanie przed nauczycielem. Usłyszał swoje imię i spojrzał w morskie oczy Mistrza tajemnic.

— Nie mów nikomu o tym, co się stało. Nauczysz się panować nad mocą i to mogę ci obiecać, ale chcę, żebyś trzymał w tajemnicy swoje skrzydła.

Popatrzył na niego zaskoczony. Niby czemu miał to zrobić? Był Nefilim, podejrzewał, że połowa jak nie większość uczniów ma takie same.

— Kiedyś ci wyjaśnię, dlaczego, ale teraz przysięgnij, że nikomu o nich nie powiesz.

— Zgoda. — odparł, nie mając nic do stracenia.

I tak ich nie używał. Po prostu były i czasami mu przeszkadzały tak jak dzisiaj. Razjel westchnął i zostawił ucznia z profesorem, mówiąc, że musi porozmawiać z dyrektorem, po czym odszedł, wbiegając po schodach na górę. Gdy Max na powrót znalazł się w klasie, wszystkie oczy spoczęły na nim. Czując się jak pod obstrzałem, zajął swoje miejsce, zawieszając wzrok na tablicy.

— Co to było? — zapytał dziwnie Matt — Wybiegłeś, jakby się paliło.

— Coś w tym stylu. — szepnął, zerkając na niego.

Patrząc mu w oczy przez szkła okularów, nic nie czuł. Ten chłopak był mu tak samo obojętny, jak reszta. Mimo to Matt chyba martwił się o niego. Przynajmniej na takiego wyglądał.

— Wyjaśnię to po zajęciach. — powiedział, mimo iż doskonale wiedział, że teraz już nie uniknie gradu pytań ze strony współlokatora i jego przyjaciół.

Gdy zabrzmiał dzwonek po ostatniej lekcji, Max zaczął się bardzo śpieszyć. Nie dlatego, że zbliżała się pora obiadu, ale chciało mu się zapalić, tak bardzo, że już nie wytrzymywał. Wybiegł z budynku szkoły, lustrując błonie w poszukiwaniu jakiegoś spokojnego miejsca, gdzie nikt go nie zauważy.

— Idź za kaplice, na tyłach. — zaskoczony popatrzył na twarz Leonarda, który wziął się nie wiadomo skąd.

Blondyn uśmiechnął się tajemniczo i nachylając się nad nim, szepnął:

— Od dwóch lat chodzę tam zajarać i jeszcze nikt mnie nie przyłapał. Serio nie ma lepszej miejscówki

— Skąd ty…

— Przecież czuć od ciebie fajkami na kilometr. Radziłbym zacząć używać wody kolońskiej czy czegoś takiego. — zamurowało go.

Patrzył na chłopaka szeroko otwartymi oczyma, aż w końcu ten stracił cierpliwość, chwycił go za łokieć i zaciągnął w wyznaczone miejsce. Kiedy znaleźli się już w małej niszy za niewielką kaplicą, Leonard wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i poczęstował jedną z nich Maxa. Nadal zdezorientowany syn Niszczyciela przyjął szluga i podpalił go zapalniczką, jaką zawsze trzymał w tylnej kieszeni spodni.

— A myślałem, że użyjesz do tego własnego palca. — zażartował blondyn.

— To nie jest śmieszne. — burknął Max, odwracając od niego wzrok.

Czuł, jak gorący dym grzeje mu płuca i rozluźnił się nieco.

— Spoko. Tak swoją drogą, byłbyś tak miły i nie chodził więcej, po tym gzymsie? Tynk mi się sypał na głowę. — widząc jego minę, dodał szybko. — Mam pokój zaraz pod waszym i akurat stałem w oknie, kiedy postanowiłeś sobie pospacerować. Ten budynek jest stary i szczerzę wątpię, by wytrzymał jeszcze jedną taką akcje, jak ta wczorajsza.

— Przyzwyczajenie. — przyznał Hugo, strzepując popiół.

— Jak chcesz zapalić wieczorem, to po prostu przyjdź do nas. Chłopaki, co prawda nie kopcą, ale nic nie powiedzą.

— Zapamiętam.

Leonard roześmiał się widząc, jego zakłopotaną minę. Po krótkiej chwili milczenia starszy z nastolatków nie wytrzymał i zapytał zżerany od środka przez ciekawość.

— Ty, co to było z tą herbatą? W życiu czegoś takiego nie widziałem.

— Czy ja wiem. Czasami… — zamilkł, zastanawiając się, w jaki sposób miał wyjaśnić coś, czego sam nie rozumiał. — Nie umiem kontrolować swoich zdolności. — odparł w końcu.

Mina Leo nagle stężała, wpatrywał się w chłopaka z zaskoczeniem, ale i lękiem

— Czyim jesteś synem? — zapytał, jakby chciał dostać potwierdzenie, że to o czym myśli jest prawdziwe.

— Niszczyciela. Abaddona, dokładniej.

— Stary to masz przekichane, a my razem z tobą.

— Wy? — zapytał z nieukrywanym zaskoczeniem

— Jeśli ty wybuchniesz, to pociągniesz nas za sobą.

Leonard miał rację, ale jak na razie Max nie wiedział, co niby miał z tym zrobić. Nikt mu nigdy nie pokazał i nie wytłumaczył, o co w tym wszystkich chodzi. Sądził przez całe życie, że nie można okiełznać tych napadów, więc nauczył się z nimi żyć. Odseparowując się od ludzi i trzymając wszystkich na dystans, byle tylko jak najmniej na niego wpływali. Otaczał się tylko tym, co dawało mu delikatną równowagę pomiędzy człowieczeństwem a anielską naturą. Sądził, że właśnie na tym polega bycie Nefilim, ale teraz widział wyraźnie, że inni nie mieli takich problemów. Zgasił peta podeszwą buta, mruknął krótkie dzięki, po czym powolnym krokiem zaczął wracać do budynku szkoły. Obiad trwał w najlepsze, ale jemu ode chciało się jeść. Usiadł na jednej z kamiennych ławek i zapatrzył się w swoje dłonie. Był tykającą bombą gotową wybuchnąć w każdej chwili i nie wiedział, jak to powstrzymać. Na samą myśl robiło mu się słabo, a co jeśli któregoś dnia straciłby panowanie w domu i zranił, albo nie daj Boże, zabił matkę? Zadrżał na samą myśl. Tak źle, jak teraz jeszcze nigdy mu nie było. Nie wiedział, jak długo siedział w samotności i ciszy, ale ocknął się w momencie, kiedy Matt usiadł obok niego, posuwając mu pod nos owinięte serwetką tacos. Zaskoczony spojrzał na młodzieńca, nie bardzo wiedząc, jak zareagować. Był naprawdę słaby w kontaktach z innymi, ale nie przeszkadzało mu to, aż do tego momentu.

— Nie byłeś na obiedzie. — stwierdził spokojnie okularnik. — Przyniosłem ci jedno ze swoich. Niestety już wystygło, ale nadal da się zjeść.

Max prychnął, a kącik ust mimowolnie powędrował mu do góry. Wziął poczęstunek i podziękował cicho. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest głodny. Z nieukrywaną przyjemnością odgryzł duży kęs i rzekł, przełykając:

— Wydawało mi się, że w Arizonie lubią ostre.

— Przecież jest ostre. — zdziwił się Matt, patrząc na niego zza okularów.

— Nie dla mnie. — przełknął ostatni kawałek i spojrzał towarzyszowi w oczy. — Dzięki i przepraszam. Mam swoje dziwne przyzwyczajenia, to może trochę wkurzać.

Syn Gabriela parsknął, jakby usłyszał naprawdę dobry żart.

— Trochę wkurzać? O nie. Jesteś wkurzający na Maxa.

Czarnooki roześmiał się serdecznie, pojmując dowcip. Jemu nigdy nie przyszłoby to do głowy.

— Czyli umiesz się śmiać. Słuchaj, nie musisz nas lubić, ale skoro mamy mieszkać w jednym pokoju, to postarajmy tolerować się nawzajem.

Obaj podnieśli oczy, gdy dołączyła do nich reszta. Dziewczęta patrzyły na niego z zainteresowaniem, a już najbardziej wwiercały się w jego osobę zielone oczy Tiki. Matt wstał i rzekł:

— Przedstawię ci nasze drogie panie.

Wskazał łudząco podobną do Carla nastolatkę.

— Iveth Moor, bliźniaczka Carla.

Kolejna była wysoką blondynką.

— Cordelia Feay i Tiffany Leakers nasza liderka.

Wskazał na rudowłosą. Syn Niszczyciela popatrzył na nią nieco zdębiały. Szczerze powiedziawszy, to Cordelię typował na przywódcę, a nie tę niską, drobną dziewczynkę o płomiennej czuprynie, której uroda sugerowała, że ma dopiero osiem lat. Widząc jednak jej spojrzenie, szybko się otrząsnął.

— Max Hugo.

— Chyba cała szkoła już cię zna. — stwierdziła Tika. — Słyszałam i widziałam, co wyprawiasz. Jedno ci powiem, nie zamierzam tego tolerować.

Uniósł w górę jedną brew, ale nie odezwał się słowem.

— Ta akcja z herbatą była dziwna i niepokojąca, a ten wybryk na zajęciach…

— Powinnaś mi za to podziękować. — warknął, wstając.

Musiała naprawdę dobrze zadrzeć głowę, by wciąż patrzeć mu w oczy.

— Gdybym tam z wami został, prawdopodobnie rozwaliłbym całą klasę, o ile i was nie spotkałoby to samo.

— To panuj nad sobą! — krzyknęła.

— Kiedy nie potrafię! — odkrzyknął, ponownie opadając na ławkę. — Po prostu nie umiem.

Dziewczyna patrzyła na niego z miną człowieka, który właśnie został spoliczkowany bez żadnego powodu.

— Nie żartowałem. I dla twojej wiadomości doskonale wiem, że mogę być niebezpieczny.

Kolejna tego dnia fala bólu przelała się przez jego głowę. Zmarszczył nos, starając się jakoś to zagłuszyć.

— No właśnie, miałeś mi coś wyjaśnić. — przypomniał Matt.

Max westchnął tylko, a wiedząc, że i tak nie ma wyjścia zaczął spokojnie tłumaczyć

— To się dzieje bez mojej wiedzy. Miewam coś na kształt migren. Przy mocnym zdenerwowaniu albo zestresowaniu, zaczynam wytwarzać ciepło, a w skrajnych przypadkach potężne gorąco. Czasami jest tak źle, jak dzisiaj. Ten cały żar po prostu wybucha. Kiedyś podpaliłem śmietnik za szkołą, a kiedy indziej drogocenny krzak róży mojej babci. — uśmiechnął się z pogardą dla samego siebie, gdy przypomniał sobie jej wściekłość. — Nie robię tego specjalnie, to się po prostu dzieje. I uprzedzając twoje pytanie, tak próbowałem się nie denerwować, nic to nie dało, nawet było gorzej. Najmniejszy stres powodował właśnie, coś takiego, jak na zajęciach.

— Więc lepiej cię nie denerwować. — stwierdziła spokojnie Iveth.

— Lepiej trzymać się ode mnie z daleka.

Carl klapnął po drugiej jego stronie. Bez ostrzeżenia przygarnął go do siebie, co tak zaskoczyło Maxa, że ten nawet się nie poruszył.

— Weź, daj spokój. Skoro nie zabiłeś żadnego ze swoich przyjaciół, nam też nie zrobisz krzywdy.

Wyswobodził się z jego uścisku i rzekł przez zaciśnięte zęby:

— Nie dotykaj mnie, bardzo proszę. Ja nie mam przyjaciół.

— Coś ty? Nawet znajomych?

— Znajomych tak, ale to są po prostu ludzie, których znam z imienia i nic więcej.

Widząc, jak patrzą na niego w ten dziwny, współczujący sposób, uśmiechnął się krzywo i dodał:

Ludzie uważają mnie za wariata, a ja nie wyprowadzam ich z błędu. Jeśli liczyliście na to, że w stosunku do was coś się zmieni, to przykro mi, ale nie. Nie potrzebuję przyjaciół i nie chcę ich mieć. Jasne nie mam wielkiego wyboru, póki tutaj jestem, więc ograniczmy nasze relacje do minimum. Jeśli już będę musiał z wami, w jakiś sposób współpracować, nie będę robił problemów. W każdej innej sytuacji, po prostu nie wchodźmy sobie w drogę.

— Myślę, że to uczciwy układ. — stwierdził Matt. — Dzięki temu, ty też zyskasz.

Max popatrzył na niego pytająco.

— No przecież pomożemy ci opanować te mordercze moce. Sorry, ale nie chce spłonąć we własnym łóżku, bo ty po ciężkim dniu w szkole, będziesz miał koszmary.

Tika za nic w świecie nie umiała skupić się na zadaniu z arytmetyki, jakie miała przed sobą. Machała nogami i co chwile poprawiała poduszkę, jaką ułożyła pod klatką piersiową. W końcu westchnęła zrezygnowana i położyła się płasko, wciskając twarz w podręcznik.

— Co cię męczy? — zapytała spokojnie Cordelia, nawet nie patrząc na przyjaciółkę.

— Dostał nam się psychol. — jęknęła rudowłosa, przetaczając się na plecy. — Ze wszystkich Nefilim na ziemi, musiał nam przypaść akurat on.

— Jesteś uprzedzona.

— Ja? Ty słyszałaś, co on gadał? Jak można nie…

— Uprzedziłaś się do niego, bo jest synem Abaddona. — morskie oczy córki Razjela wpatrywały się w nią ze smutkiem. — To nie jego wina, że ma takiego ojca, a tym bardziej nie możesz go winić za to, że Abaddon pobił twojego tatę. Tika, on ma problem, a my powinniśmy pomóc, mu go rozwiązać.

— Usprawiedliwiłabyś cały świat w minutę. — burknęła, wydymając policzki jak mała dziewczynka.

— Nie, po prostu rozumiem, że jest mu ciężko. Sama mówiłaś, że ojciec potraktował go jak swoją własność. Co, jeśli zawsze taki dla niego jest?

— Bo jest. — odparła znienacka Clory.

Zaskoczone dziewczęta spojrzały w kierunku drzwi, w których stała.

— Nie pamiętam, by traktował go inaczej. Był nawet taki okres w życiu Maxa, gdzie bał się Abaddona. Teraz chyba po prostu jest mu przykro z powodu tego, jak ojciec się do niego odnosi. W wakacje nawet moja mama się wtrąciła.

Śliczna blondynka usiadła na łóżku obok Cordeli i ciągnęła dalej:

— Kiedyś widziałam, jak Max upadł z deskorolki. Rozbił sobie kolano, które obficie krwawiło. Wiecie, co zrobił wtedy Abaddon? Po prostu nad nim stał i krytykował każdy jego ruch. Potem, jak gdyby nigdy nic zniknął i go zostawił. Nawet nie chce sobie wyobrażać, jak on musi się czuć, zwłaszcza teraz, kiedy dobitnie zdał sobie sprawę, że nasi rodzice są inni.

Popatrzyła każdej w oczy i dodała:

— Słuchajcie, ja od dawna próbuję jakoś się z nim porozumieć, ale zawsze mnie ignorował, z wami chociaż rozmawiał. Może i nie chce waszej przyjaźni, ale jak nikt inny potrzebuje pomocy. Więc pomóżcie mu, bo w waszym otoczeniu zachowuje się jakoś inaczej.

Rozdział 5

Pokój był pogrążony w zielonkawym półmroku i tylko wąski promień porannego słońca wpadał do środka przez szparę w zasłonach, przecinając pomieszczenie na pół, jak ostry nóż. W ciszy słychać było jedynie śpiew ptaków zza okna i spokojne, miarowe oddechy trzech uśpionych chłopców. Co jakiś czas, któryś z nich poruszył się, szeleszcząc pościelą, mruknął krótko lub cicho chrapnął. Od tygodnia pomiędzy mieszkańcami tego miejsca panowała delikatna harmonia. Zgodnie z umową nie przeszkadzali sobie, ale też nie ignorowali się wzajemnie. Matt, widząc, jak Max bez skutecznie próbuje zrozumieć, o co chodzi z funkcjami arytmetycznymi, zaproponował swoją pomoc, a syn Niszczyciela odwzajemnił się wiedzą o językach. W osłupieniu słuchali, jak wyjaśniał im zasady gramatyki oraz pisowni łaciny oraz greki, a widząc, jak patrzą na niego z niedowierzaniem i fascynacją, wyjaśnił, że skoro i tak nie miał, co robić, po prostu się uczył. Często też widywał się z Leonardem, gdy szedł zapalić. Z zaskoczeniem stwierdził, że znaczna część uczniów wiedziała o kryjówce za kaplicą. Któregoś dnia stanął jak wryty, spostrzegając dość dużą grupę nastolatków z papierosami i piwem w dłoniach, siedzących na ziemi w cieniu budynku. Leo przedstawił mu wszystkich i zapewnił, że nikt na niego nie doniesie, o ile on też tego nie zrobi. Nie miał takiego zamiaru i szczerze? Taki pomysł nawet nie przyszedł mu do głowy. Stał nieco z boku oparty o ścianę i powoli palił papierosa, zapatrzony gdzieś w przestrzeń. Ładna dziewczyna w okularach z jasnymi, prostymi włosami, Sheyl, zaprosiła go obok siebie, ale odmówił. Dla niego było za ciasno. Nadal nie radził sobie w tak dużym towarzystwie. Gdy skończył, odwrócił się z krótkim cześć i przyjął od dziewczyny gumę do żucia, by zamaskować zapach tytoniu. Idąc przez błonie czy korytarze szkoły, widział, jak uczniowie patrzą na niego z sympatią i choć nadal trzymał się od nich z daleka, oni nie tylko go tolerowali, ale nawet lubili. Max sam przed sobą musiał się przyznać, że i on zaczynał czuć sympatię do tych wszystkich Nefilim. Teraz spał spokojnie obok nich, czując się coraz lepiej w ich towarzystwie. Ktoś lub coś dotknęło jego ramienia, mruknął niezrozumiale i odpędził natręta, naciągając na siebie kołdrę.

— Max, obudź się. — rzekł cicho czyjś głos.

— Jeszcze pięć minut. — wymamrotał, wciskając twarz w miękką poduszkę.

Przybysz delikatnie potrząsnął nim. Chłopak momentalnie usiadł i spojrzał zaspanymi oczyma w oczy Razjela. Potrząsnął głową, chcąc się upewnić, że to nie senne marzenie.

— Co się stało?

— Wstań, Czekamy na ciebie na błoniach, żeby zacząć twój trening. — Max zerknął na wyświetlacz telefonu i odparł trochę za głośno.

— Jest sobota szósta rano. Czy nie możecie dać mi świętego spokoju nawet w weekend? — usłyszał krótkie jęknięcie z drugiego końca pokoju.

— Max, błagam cię. Przez cały tydzień było tak dobrze. Nie psuj tego teraz. — rzekł na wpół uśpiony Matt, po czym przekręcił się i zasłonił głowę przedramieniem.

— Zaraz przyjdę, tylko się ubiorę. — szepnął syn niszczyciela, powoli wstając z łóżka.

Wychodząc z budynku szkoły, ziewnął potężnie i zapalił papierosa. Czuł się niewyspany, a na domiar złego wydawało mu się niesprawiedliwe, że jako jedyny musi wstawać o tak wczesnej porze. Idąc tak w wyznaczone przez Razjela miejsce z oddali widział kilkoro aniołów, więc zwolnił, by w spokoju dokończyć fajkę. Doskonale wiedział, że i oni go spostrzegli, ale jakoś nie bardzo się tym przejmował. Zgasił niedopałek o kosz na śmieci i zbliżył się, zachowując od nich dość sporą odległość.

— Czy ktoś mi powie, dlaczego nie można było poczekać do śniadania?

— A chciałbyś stracić kontrolę na oczach całej szkoły? — odpowiedział pytaniem na pytanie Mistrz tajemnic.

Potrząsnął przecząco głową, spoglądając na rudowłosego anioła, którego oczy wpatrzone były prosto w niego. Mężczyzna podszedł niebezpiecznie blisko, co wcale się chłopcu nie podobało

— Jakbym patrzył na Abaddona. — stwierdził.

Max skrzywił się, słysząc to porównanie.

— Michael. — przedstawił się Archanioł, wyciągając przed siebie dłoń. Hugo zrobił krok do tyłu, nie mając ochoty przebywać tak blisko Bożego miecza.

— Tak wiem. — odparł spokojnie. — Ojciec Tiki.

Rudowłosy przytaknął tylko i odsunął się, widząc jego reakcje. W tej właśnie chwili przemówił, stojący nieco z tyłu Gabriel.

— Max w twoim wieku będzie ci trudno opanować zdolności, ponieważ każdy Nefilim od najmłodszych lat się tego uczy. Niestety twoja edukacja została delikatnie, mówiąc zignorowana. Więc musisz zacząć od zera.

— A nie prościej powiedzieć, że ojciec dał ciała? — milczeli, na co przewrócił tylko oczyma i zapytał:

— Co mam robić?

— Uspokoić się. — zażądał Michael.

— Jestem spokojny. — przedmówca, podszedł do niego bardzo blisko i spojrzał mu w oczy z dziwnym uśmiechem.

— Tak, bardzo spokojny, że aż cały się trzęsiesz.

— Bo jest mi zimo.

Faktycznie poranek był chłodny, a Max miał na sobie tylko koszulkę na ramiączka i jeansowe szorty do kolan. Aplikacja pogodowa w telefonie pokazywała zaledwie osiemnaście stopni, co jak na Arizonę było naprawdę mało. Jednak nie tylko chłód powodował drżenie. Chłopak się bał, ale tego nie zamierzał im mówić. Obawiał się swoich zdolności, a obecność tylu Archaniołów, nieco go przytłaczała. Dziwne spojrzenia, jakie rzucał mu Michael, nie pomagały, a jedynie potęgowały strach.

— Czy może się pan przestać, tak na mnie patrzeć? Nie jestem muzealnym eksponatem. — syknął, cofając się o kilka kroków.

— Michaelu, zostaw go. — poprosił spokojnie Gabriel.

Chłopak z ulgą patrzył, jak mężczyzna odchodzi na pewną odległość.

— Max, czy wiesz, czym są moce Niszczyciela?

Wzruszył ramionami.

— Destrukcją?

— Poniekąd. — odparł Razjel, siadając na jednej z kamiennych ławek. — Jednak nie do końca. Niszczyciele władają ogromną i niebezpieczną siłą, która zmusza ich do samokontroli. Muszą unikać pewnych emocji, zwłaszcza tych silnych, co w ich przypadku nie jest takim wielkim problemem. Aniołowie nie muszą mieć uczuć, by być skutecznymi, ale ty… — zawahał się przez chwilę. –Jesteś też człowiekiem i nieodłączną częścią twojej natury są właśnie emocje. Nie możesz się ich wyrzec, bo one i tak z tobą będą. Bez względu na to, jak mocno będziesz się starał ich nie odczuwać.

Słuchał go z zainteresowaniem, siadając na trawie. Nie wiedział dlaczego, ale jak do tej chwili tylko Razjelowi w małym stopniu zaufał. Jego się nie bał.

— Dlatego to będzie takie trudne. — kontynuował anioł. — Niszczyciele są apokalipsą i zniszczeniem. Twój ojciec jednak dodatkowo jest też egzekutorem. Nie ogranicza się do unicestwiania światów, ale też ściera na proch wszystko, co się z owym światem wiązało. Jako jedyny z aniołów ma dostęp do czeluści i nie mam na myśli tej piekielnej, a Czeluści. Miejsca, gdzie nie ma nic, ale ta właśnie pustka jest wszystkim. To tam narodził się nasz świat. Tam też skończy, gdy przyjdzie czas. Alter ego Boga, ale na odwrót. Tak więc, jeśli odziedziczyłeś nawet mały ułamek z tego, co potrafi twój ojciec, oznacza to nie mniej, nie więcej, a tylko tyle, że jesteś najsilniejszym z dzieci aniołów, jakie chodzą po ziemi.

— Wytwarzasz gorąco, dokładnie tak jak on. — rzekł Michael, patrząc na niego z góry. — Abaddon posiłkuje się gniewem i ty pewnie też.

Zastanowił się przez chwilę, analizując wszystkie swoje ataki. Prawdą było, że dużą ich cześć poprzedzało zdenerwowanie, ale nie tylko. Śmietnik podpalił w chwili, gdy był naprawdę zdołowany. Wiele emocji wywoływało ten niekontrolowany stan i właśnie dlatego nigdy nie wiedział, kiedy to się zdarzy.

— Nie wydaje mi się. — odparł spokojnie, nie patrząc na żadnego z nich. — To chyba tak nie działa. Ból głowy, który zawsze to poprzedza, pojawia się w różnych sytuacjach.

— Jakich na przykład? — zapytał Gabriel, przykucając obok.

— Stresu, smutku, strachu. — wyliczył.

— Czyli teraz też? — Max podniósł na niego oczy zaskoczony.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

— Przecież się boisz.

— A skąd ten pomył?

Regent królestwa zaśmiał się i położył mu dłoń na ramieniu, na co się wzdrygnął. Zacisnął zęby, powstrzymując tym samym chęć, wypowiedzenia jakiegoś siarczystego przekleństwa. Momentalnie wstał i odsunął się na bezpieczną odległość. Nagła szpila bólu przestrzeliła mu skronie. Ucisnął skroń dłonią.

— Kurwa. — wysapał, zamykając oczy.

— Nie musisz się nas bać. — powiedział Razjel, patrząc na niego z troską. — Żaden z nas nie zrobi ci krzywdy. Chcemy ci pomóc. Max, jeśli każda silna emocja powoduje atak, to nie jest dobrze. Gdyby chodziło o jedną, można by było spróbować ją wyeliminować na jakiś czas, ale całego człowieczeństwa nie możemy z ciebie wyrwać.

— Tak szczerze nie mam nic przeciwko. — odparł, kucając i wciąż uciskając skronie. — To jest nie do wytrzymania. — szepnął bardziej do siebie niż do nich. — Nigdy dwa razy w tak krótkim czasie, to się nie…

Nagły wybuch gorącego światła przetoczył się przez błonie, a gdy zgasł Max klęczał, dysząc ciężko ze sterczącymi mu z pleców skrzydłami.

— …zdarzyło. — dokończył, opierając się ciężko na rękach.

Poczuł, jak ktoś delikatnie unosi go do góry i pomaga usiąść. Morskie oczy ojca Cordeli wpatrywały się w niego z jakimś niepokojem.

— Schowaj je. — poprosił Archanioł, a Max nie mając ochoty, nawet patrzeć na skrzydła, ponownie ukrył je w ludzkim ciele. Odetchnął głęboko, ukrywając twarz w dłoniach. Czuł się słabo, ponieważ nie zdążył jeszcze do końca dojść do siebie po ostatnim ataku, a tu już drugi wystawił jego organizm na ogromny wysiłek. — To musi się skończyć, bo cię w końcu zabije.

— A może problemem nie jest odczuwanie emocji. — zaproponował, milczący jak do tej pory Rafael i podszedł bliżej. — Tylko brak ich zrozumienia i tłumienie wszystkiego w sobie. Na pierwszy rzut oka widać, że chłopak jest raczej introwertyczny. Gdyby nauczył się mówić o tym, co czuje, znalazł kogoś, komu mógłby się wyżalić, to może udałoby się, to opanować.

— Ja tutaj nadal jestem. — zauważył, wciąż siedzący na trawie nastolatek. — Rozumiem, że chodzi o przyjaciela.

— Kogoś, komu zaufasz.

— Ja nie mam przyjaciół. I powtarzam już, któryś raz z rzędu, że nie potrzebuję…

— Rafael może mieć racje Max. — stwierdził Razjel, patrząc mu w oczy. — Jeśli zrozumiesz mechanizm tego zjawiska, wszystko będzie łatwiejsze. Żaden z nas nie jest Niszczycielem i ciężko nam wyjaśnić ci, na czym to dokładnie polega, bo sami do końca nie wiemy. Bazujemy na wiedzy, którą kiedyś przekazał nam twój ojciec.

— Co on ma do was? — zapytał nagle zaintrygowany.

Mężczyźni popatrzyli na siebie w zakłopotaniu. Nie wiedzieli i w żaden sposób nie umieli tego wytłumaczyć. Żaden z nich nigdy nie dowiedział się, jaką urazę w swoim sercu pielęgnuje Abaddon, a jednak trzeba było coś odpowiedzieć, tylko co?

— Max to… — zaczął Razjel. — Nie będę cię okłamywał. Nie wiem. Któregoś dnia po prostu wpadł w szał. Niczego nam nie wyjaśnił. Wyzwał nas od zdrajców i tak już zostało. Próbowaliśmy z nim rozmawiać, ale źle się to kończyło i dla nas i dla niego.

— Odbiło mu i mało brakowało, a rozwaliłby całe Niebo z nami w środku. — dodał Michael. — Twój ojciec jest niebezpieczny, a ty możesz być równie groźny.

Nie spodobało mu się to. Miał nadzieję, że wyjaśnią mu, skąd wziął się ten konflikt, a dzięki temu on zrozumiałby, dlaczego ma robić za szpiega. Widząc minę chłopca i być może, nie do końca trafnie odczytując, targające nim emocje, Mistrz tajemnic uznał, że na dzisiaj wystarczy. Kazał mu iść odpocząć, co też Max uczynił i z ulgą oddalił się do Archaniołów. Po drodze wypalił jeszcze jednego papierosa, a gdy wrócił do pokoju, jego współlokatorzy krzątali się już po pokoju.

— Gdzie byłeś? — zapytał zaintrygowany jego nieobecnością Matt.

— Poszedłem zapalić. — odparł, rzucając się na łóżko.

— Nie idziesz na śniadanie?

— Nie jestem głodny. — czując na sobie jego spojrzenie, dodał:– Daj mi spokój.

Nie chcąc naruszać tego kruchego porozumienia, jakie było pomiędzy nimi, syn Gabriela odpuścił. Zapytał tylko, czy przynieść mu kawę, ale słysząc odmowę, postanowił zostawić chłopaka i więcej o nic nie pytać. W jadalni milczał, wciąż zastanawiając się nad dziwnym zachowaniem Maxa. Ocknął się, dopiero gdy Tika ukradła mu ostatniego rogalika z talerza.

— Hej! — zawalał, mierząc dziewczynę wzrokiem. — To moje śniadanie.

— Myślałam, że już nie jesz. Co jest Matt? Błądzisz gdzieś myślami?

Pokręcił głową, nie bardzo wiedząc, czy powinien mówić jej o dzisiejszym poranku. I tak nie przepadała za Maxem, na każdym kroku mu to udowadniając.

— Nic takiego.

— A gdzie jest nasz oszołom? — zapytała, rozglądając się na boki.

— Chyba śpi. — wyjaśnił krótko, spoglądając wymownie na Carla, który już otwierał usta, by coś powiedzieć. — Zresztą, co za różnica i tak nie chcesz go w naszym towarzystwie. Nie lubisz go i między nami mówiąc, wolałabyś, żeby nigdy się tu nie pojawił.

Policzki Tiki poczerwieniały. Dziewczyna zawstydziła się, gdy jej najskrytsze myśli zostały, tak otwarcie wypowiedziane.

— Ty może tego nie zauważyłaś, ale on naprawdę się stara, jakoś dostosować do nas. Ani razu niczym ci nie podpadł. Nie odzywa się, ale gdy trzeba coś zrobić razem, robi to. Myślę, że on też nie ma ochoty na nasze towarzystwo, jednak zaciska zęby.

Matt wstał, odbierając jej swój rogalik i dodał:

— Ja go lubię. Może i jest gburowaty, ale jestem pewien, że jak okażemy trochę dobrej woli oraz cierpliwości, uda nam się dogadać.

Podszedł do okienka kucharek i poprosił o kilka kanapek dla kolegi, który zaspał na śniadanie. Kobiety bez zastanowienia nałożyły na talerz posiłek i podały mu kubek gorącej kawy. Woodmal zerknął raz jeszcze na przyjaciół, po czym ruszył do wyjścia.

Max poczuł znajomy zapach kofeiny i przetoczył się na plecy. Usłyszał, jak jego żołądek domaga się jedzenia, ale nie poruszył się nawet o milimetr. Teraz i tak było już za późno na śniadanie. Musiał poczekać do pory obiadowej. Wiedział, że ma gdzieś schowaną paczkę ciastek, jakie kupiła mu mama na podróż. Nie martwił się, że umrze z głodu. Ponownie usłyszał burczenie i usiadł na posłaniu. Matt siedział w kącie swego łóżka, czytając książkę, Carla nigdzie nie było. Na stole zaś stał talerz kanapek i kubek termiczny, z którego unosiła się mgiełka pary, niosąca zapach kawy.

— Pomyślałem, że będziesz głodny po przebudzeniu. — powiedział okularnik, nie odrywając wzroku od powieści. — Mówiłeś, że nie chcesz, pamiętam, ale…

— Dzięki. — odparł, przerywając towarzyszowi w pół zdania.

Matt uśmiechnął się tylko i zamilkł, wiedząc doskonale, że lepiej nie próbować wciągać go w rozmowę. Ustalili, że będą tolerować siebie nawzajem, respektując pewne wspólnie ustalone zasady, jednocześnie trzymając się od siebie, jak to było możliwe najdalej. Max przez chwilę przyglądał się nastolatkowi i już miał zamiar zagadać, gdy jakaś część jego nie pozwoliła mu na to. Bez słowa podszedł do stolika i upił łyk kawy, zagryzając kanapką. Naprawdę był mu wdzięczny. Po spóźnionym śniadaniu przyklęknął obok szafy, szperając w walizce. Cisza pomiędzy nimi zaczynała mu ciążyć. Słyszał szelest przewracanych kartek i spokojny oddech młodzieńca. Czuł, że za chwile oszaleje.

— Matt. — odezwał się w końcu trochę wbrew swojej naturze.

Okularnik podniósł oczy i spojrzał na niego pytająco.

— Gdzie jest najbliższy sklep?

— W mieście. Cztery razy dziennie przejeżdża tędy autobus. Starsi uczniowie czasami wybierają się tam samochodem, ale musiałbyś ich sam zapytać, bo nie wiem, czy ktoś jedzie dzisiaj do Kingman. — odparł spokojnie. — Potrzebujesz czegoś?

— Na razie nie, ale za kilka dni będę musiał uzupełnić zapas fajek. — przyznał.

— W tygodniu raczej ciężko ci będzie się wyrobić w obie strony.

— Do soboty powinny wystarczyć.

Matt przytaknął, uznając rozmowę za zakończoną. Hugo miał ochotę jeszcze coś powiedzieć, ale nie miał pojęcia, o czym mieliby rozmawiać. Z westchnięciem wyjął z torby nową paczkę i ruszył do wyjścia.

Stał w ciszy i samotności ukryty za budynkiem kaplicy i palił, przeglądając swój telefon. Obiecał matce, że dzisiaj zadzwoni. Wykręcił numer i czekał. Brenda odebrała już po drugim sygnale, radośnie witając się z synem,

— Jak tam kochanie?

— Jest ok.- odparł krótko. — Mamo pamiętasz, jak kiedyś poparzyłaś się mlekiem w rękę? — zapytał, nie mogąc dać sobie z tym rady.

Kobieta przez chwilę milczała, po czym odparła, że tak.

— A jesteś pewna, że to było mleko, a nie ja?

— Max to było tak dawno…

— Powiedź prawdę. Ja cię wtedy poparzyłem?

— Synku miałeś siedem lat.

— I już wtedy byłem niebezpieczny. Wiesz, że ojciec powinien mnie nauczyć jak to kontrolować. Jestem chyba jedynym Nefilim na świecie, który nie panuje nad takimi rzeczami.

Usłyszał, jak matka wzdycha ciężko i rzuca niecenzuralne słowa pod adresem Abaddona. Uśmiechnął się na to, żałując, że nie może teraz zobaczyć jej miny.

— Czasami mam ochotę go udusić. -odparła całkiem poważnie. — Od dawna wiedziałam, że musi istnieć sposób na te twoje migreny.

— Właśnie próbuje go odkryć. Na razie średnio mi to idzie.

Rozmawiali na ten temat jeszcze chwilę, aż w końcu Brenda zapytała o jego relacje z kolegami i czy znalazł może kogoś bliskiego.

— Nie wchodzimy sobie w drogę. Jest dobrze, ale ja chyba nie umiem z nimi rozmawiać.

— Minął zaledwie tydzień. Poznacie się lepiej i wszystko samo się jakoś ułoży, zobaczysz.

W głębi serca chciał, by matka miała rację. Był kiepski w kontaktach z innymi, choć wydawało mu się, że i tak zrobił wielkie postępy. Nie licząc Tiki, która na każdym kroku wytykała mu jego dziwaczność, reszta wydawała się chętna do pomocy. Podniósł oczy, gdy usłyszał znajomy śmiech. Zza rogu wyszedł Leonard wraz z Davidem. Zauważywszy, że Max rozmawia, blondyn uniósł dłoń i przystanął nieco dalej, sprzedając czarnoskóremu koledze, z którym przyszedł kuksańca.

— Odezwę się jutro mamo. — rzekł, wciąż spoglądając na przekomarzanki starszych chłopaków.

Zaczynał im zazdrościć tej więzi, jaka ich łączyła.

— Dam sobie radę, spoko. — uśmiechnął się, gdy powiedziała, że go kocha.

— Ja ciebie też mamo.

Rozłączył się, chowając telefon do kieszeni. Leo podszedł bliżej, podając mu dłoń. Od dawna już odwzajemniał ten gest, nie chcąc wyjść na totalnego dupka.

— No i co, przeżyłeś pierwszy tydzień. Było, aż tak źle? — zapytał, częstując go papierosem.

— W sumie nie. — przyjął fajkę i zapalił, skutecznie mijając ich wzrokiem.

— Tak między nami, masz fajną ekipę. Tika może robić problemy, ale ona zawsze taka jest dla nowych. Wiesz, córeczka Michaela. Jest takim samym cholerykiem jak on. Musisz jej to wybaczyć.

— Też jestem choleryczny. — wyznał, wydmuchując kółka z dymu. — Nie lubi mnie. Nic nowego. Jak znajdę jedną osobę, która nie będzie czuła w stosunku do mnie odrazy, to ci powiem.

Był przyzwyczajony do wrogich spojrzeń i kąśliwych komentarzy pod swoim adresem, więc nie specjalnie przejął się zachowaniem dziewczyny.

— Weź się, rozejrzyj.

Max popatrzył na niego, nie bardzo rozumiejąc, o co Leonardowi właściwie chodzi.

— Cała ekipa cię lubi. Ja cię lubię, David też. Jesteś kolego najbardziej sympatycznym mrukiem, jakiego w życiu spotkałem.

Zawiesił na nim zszokowane oczy, nie wiedząc, jak się odezwać. Właściwie nie zastanawiał się, dlaczego blondyn z nim rozmawia. Po prostu wyszedł z założenia, że go tolerują. Tylko że jak teraz, o tym myślał, faktycznie było to, coś więcej niż zwykły szacunek, który należał się każdemu człowiekowi.

— Słuchaj, to ty trzymasz nas na dystans, a nie my ciebie. Ile razy Sheryl, próbowała cię przekonać, żebyś tu z nami został i pogadał? Chyba ze sto razy ci to proponowała. Ja też, jak tylko cię widzę, wyciągam cię na fajkę. Nie dlatego, że wiem, jak ciężko jest wytrzymać cały dzień bez szluga, ale dlatego, że fajnie mi się z tobą gada. A Timmothy? — zaśmiał się. — Skubany jest mistrzem Greki, a poszedł do ciebie, żebyś mu niby coś wytłumaczył. Wcale nie potrzebował pomocy, chciał cię trochę poznać. Weź, daj spokój. Wiem, że te leszcze z twojej poprzedniej szkoły zachowywały się jak ciołki. Nie znaczy to jednak, że my też tacy jesteśmy. — wyciągnął przed siebie dłoń i mocno uścisnął rękę Maxa.- Nefilim trzymają się razem. Odpuść i sobie, i nam.

Był tym tak zszokowany, jak nigdy w życiu. Prędzej spodziewałby się, że świnie zaczną latać, niż ktoś powie mu tyle miłych słów. Od dziecka był dla otoczenia dziwolągiem i tak bardzo do tego przywykł, iż nie zauważał życzliwych mu osób. Uśmiechnął się półgębkiem, patrząc na obu nastolatków. David tymczasem przyglądał się bransolecie na jego nadgarstku.

— Stary skąd ty to masz? — zapytał cicho.

— Dostałem od ojca na szesnaste urodziny. — odparł obojętnie.

Zupełnie zapomniał, że ją nosi.

— Zajebisty prezent.

— Co w tym takiego zajebistego? Zwykła blaszka.

Leo popatrzył na niego jak na wariata.

— Ty nie wiesz, co to jest? Serio?

Pokręcił przecząco głową. Sądził, że ojciec kupił ją w najbliższym sklepie jubilerskim i kazał wygrawerować na niej jego pełne imię.

— To Niebiańskie srebro. To z niego wykuty jest miecz Michaela i włócznia Longinusa. Masz na ręku naprawdę wartościową rzecz.

— Pamiętasz, Seweryn też taką miał. — przypomniał sobie nagle drugi nastolatek.

Leo jedynie przytaknął.

— Severyn?

— Skończył szkołę dwa lata temu. Był zajebiście dobry. Na koniec szkoły ojciec dał mu taką bransoletkę, jako przepustkę do Królestwa Niebieskiego. To klucz, dzięki któremu ten, kto ją nosi, może odwiedzać Królestwo. Skoro twój stary dał ci coś takiego, to jednak o tobie myśli.

Maxowi natomiast przyszła do głowy inna odpowiedź. Według niego ojciec niebawem przestanie się nim interesować całkowicie. Bransoleta ma być narzędziem, dzięki któremu w naprawdę ważnych sprawach, będzie mógł go odnaleźć. Serce mu skostniało na tę myśl. Po raz drugi dzisiejszego dnia poczuł ukłucie bólu w skroniach. Syknął, a Leonard odsunął się od niego z lękiem w oczach. Widząc, to posmutniał, ale rozumiał ich. Nikt, nawet on sam, nie wiedział, czym to się może skończyć.

— Pójdę już sobie. — powiedział cicho, odwracając się od towarzyszy.

— Nie, poczekaj. Przepraszam!

— Nie ma za co. Jestem bombą z opóźnionym zapłonem. Nie powinienem przebywać w niczyim towarzystwie. Nie chce przez przypadek kogoś skrzywdzić. Chyba lepiej byłoby, gdybyście jednak mnie nie lubili. Bardzo ułatwiłoby to sprawę.

Po tych słowach odszedł z natłokiem myśli i uczuć. Z jednej strony to, co powiedział Leonard, dodało mu wiary w siebie, ale z drugiej nie mógł zapominać, że jest synem najsilniejszego Niszczyciela. Nie potrafił się kontrolować i był zagrożeniem dla tych wszystkich dzieciaków wokół niego. Potrzebował samotności, dlatego nie informując nikogo, poszedł do lasku kaktusów. Usiadł tam, wciskając twarz w kolana. Gorące słońce paliło mu kark, ale ignorował to. Chciał być sam, bo tylko wtedy czuł się swobodnie i komfortowo. Bolało go to, że nie może sobie pozwolić na normalne kontakty z innymi Nefilim. Zaklął pod nosem, ponieważ zdał sobie sprawę z tego, że naprawdę ich potrzebuje. Przez całe życie wmawiał sam sobie, że jest inaczej. Teraz widząc tych wszystkich uśmiechniętych, zaprzyjaźnionych ze sobą Nefilim, czuł zazdrość. On nie ma ani jednej takiej osoby. Z nikim nie był blisko. Po policzkach popłynęły mu łzy, a on przestał się hamować. Rozpłakał się, jak małe dziecko, gdy samotność zatopiła mu serce w czarnej, lepkiej brei. Białe skrzydła wystrzeliły z jego pleców, osłaniając drżące skulone ciało i ukrywając je przed całym światem.

Rozdział 6

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 51.83
drukowana A5
Kolorowa
za 84.83