E-book
4.1
Navigare necesse est

Bezpłatny fragment - Navigare necesse est


Objętość:
184 str.
ISBN:
978-83-65236-49-4

1

— A pan, panie Kulczyński, to gdzie najdalej byłeś? — spytał jeden z robotników siedzących w półokręgu na ziemi.

— Ja? — odezwał się nieśmiało, wyraźnie zaskoczony pytaniem. — Najdalej to chyba w Bogocie. Takie miasto w Indiach. Stolica, można powiedzieć.

Kulczyński zamilkł na moment, dmuchając na dopiero co wyciągniętego z żaru ziemniaka, by potem — już nie pytanym — rozpocząć opowieść o targu niewolników w Bogocie, o bezkresnych polach herbaty i zupie z palmy kokosowej — najsmaczniejszej, jaką w życiu jadł. Towarzystwo z każdym zdaniem cichło i dawało się ponieść tym opowieściom. Gdy skończył, będący dotąd w bezruchu robotnicy zaczęli się podnosić, ale w ich oczach wciąż widać było tęsknotę za półnagimi tancerkami z Transylwanii — czarodziejskiej krainy leżącej gdzieś w sercu Indii. Jedynie Kirył machnął ręką lekceważąco i podnosząc się, powiedział do podtrzymującego go w obawie przed utratą równowagi Skrzypka:

— Ja tam Kulczyńskiemu nie wierzę, że był w tej całej Afryce!

— Nie? A czemu to? — spytał Skrzypek, rozglądając się na boki, jakby chciał się upewnić, czy nie są podsłuchiwani.

— Jakby kto jeździł po świecie tak daleko, to by chociaż zegarek miał i nie musiałby sie ciągle o godzinę pytać. Widziałeś kiedyś zagranicznego człowieka bez zegarka?

— No niby nie, ale taką gołą babkę, co to kręci bimbałkami, to bym tego…

Teraz dopiero Skrzypek zauważył, że za jego plecami stali wszyscy trzej praktykanci. Zmieszał się lekko i dla odwrócenia uwagi zwrócił się do Wiktora:

— A wy to tak na długo u nas?

— Na rok. Cały rok — odpowiedział patrząc w ziemię.

— Długo. Zawsze na wakacje tylko przyjeżdżali. To wy to tak w nagrode? — spytał siląc się na uśmiech.

— Tak, w nagrodę — odpowiedział Wiktor, patrząc zuchwałym wzrokiem w oczy Skrzypka. — Za dobre wyniki w nauce będziemy zacieśniać więzy pomiędzy studentami i klasą robotniczą!

Trywialne pytanie niespodziewanie wywołało u Wiktora niewytłumaczalnie silne emocje. Gotów był wyrzucić z siebie nagromadzony gniew, wywołany niesprawiedliwym w jego odczuciu wyrokiem Rektora i Rady Uczelnianej i już otwierał usta, gdy z bocznego krańca pola rozległo się wołanie brygadzisty, niemal biegnącego w ich kierunku:

— Robić! Robić!

Brygadzista nazywał się Kazmatowicz, miał rosyjski akcent i radzieckie maniery, uzewnętrzniane najczęściej bezpodstawnym krzykiem. Z rzadka tylko, zdając sobie sprawę z nieskuteczności połajanek, zwracał się do kogoś ciepło jak ojciec, tłumacząc, dlaczego trzeba pracować więcej i więcej. Mijając rozchodzących się robotników, kierował się wyraźnie w stronę studentów i — kiedy był już dostatecznie blisko — powiedział, nie patrząc nikomu w oczy:

— Jak dojdo do końca to niech nie zawracajo, tylko prosto ido do kierownika, bo przyjechał i majo się u niego zameldować!

— Łatwo mu mówić — powiedział wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu sprawy Fiodor. — A nie moglibyśmy tak od razu pójść? Szybciej by było.

— A co to za różnica? Przecież i tak idziemy w tamtym kierunku — zauważył przytomnie Wiktor. — Zresztą kampania buraczana ma swoje prawa, puste przebiegi są wykluczone. Radziłbym ci się powoli przyzwyczajać.

— Dam radę, nie martw się. Do końca pola jest pięćset dwadzieścia kroków, jakoś wytrzymam.

— Liczyłeś? — nie dowierzał Stawowczyk.

— Za każdym razem!

Kierownik z rzadka opuszczał swoje biuro. Pomieszczenie to, mroczne i wilgotne, mogłoby stanowić siedzibę stowarzyszenia sponsorów przemysłu tytoniowego. Wchodząc do środka miało się wrażenie, że to tu właśnie wypala się te miliony paczek papierosów, które pokazują w „Dzienniku”, a których nigdzie nie można kupić. Gdy oczy w końcu przyzwyczajały się do ograniczonej widoczności, w dali rozpoznawało się bossa. Obowiązkowo pochylony nad notatnikiem w plastikowej okładce z połyskującym nadrukiem CPN, niemal zawsze sumował jakieś tajemnicze kolumny cyfr. Na ogół niechętnie odrywał wzrok od notesu i z konieczności przyglądał się wchodzącemu, po czym wystawiając do przodu nos dawał do zrozumienia, że słucha. Zwykle już w połowie pierwszego zdania wypowiadanego przez przybysza, przerywał i unosząc się z krzesła, stojąc na wpół ugiętych nogach, udzielał negatywnej odpowiedzi, zaczynając zdanie od zlepku „witarozumita”, który to — co oczywiste — dawno stał się jego przezwiskiem. Konsekwentnie ubierał się we flanelową koszulę, zapiętą zawsze ciasno pod szyją, i marynarkę koloru zielonkawo-nijakiego. Tę pospolitą powierzchowność wzbogacała nieco wojskowa raportówka, do której — oprócz notatnika — zwykł wkładać jeszcze śniadanie i kupony „Toto-lotka”, które co dzień rano obiecał sobie wypełnić w wolnej chwili i każdego wieczora przekładał je do innej przegródki w nadziei, że jutro o nich nie zapomni. Kierownik miał jeszcze nad sobą dyrektora, który urzędował w Nowym Dworze, gdzie mieściły się biura kombinatu, ale tu, na tej ziemi, nikt — nawet ksiądz proboszcz — nie śmiał stawiać się ponad niego.

Gdy studenci gęsiego weszli do biura, kierownik podniósł wzrok i niezwyczajnie rozsiadł się na krześle. Przyglądał im się bacznie przez dłuższą chwilę, po czym odezwał się, sprawiając wrażenie, że wie o nich więcej, niż sami chcieli mu powiedzieć:

— Przeczytałem co tu piszo, wszystko wiem, siadajcie — powiedział, wskazując dłonią stojące pod ścianą krzesła. — Taa… witarozumita… taa — mówił dalej, kierując wzrok w pustkę.

Przez moment jego twarz ożyła i wydawało się, że wpadł na genialny pomysł, ale już po chwili wrócił do mniej nachalnej mimiki, oparł się wygodnie i zaplatając dłonie na brzuchu, zabawiał się tworząc kciukami kołowrotek. Nagle ocknął się i zaczął klepać się nerwowo po piersiach. Gdy namacał paczkę papierosów, jednym ruchem wydarł ją z kieszeni i otworzył. Dym, który wypełnił mu płuca, uczynił go szczęśliwym. Teraz, pozbawiony zupełnie napięcia, rozgadał się:

— Tu pisze, że jak przyjme was na roczny staż, to potem możecie wracać na akademie — mówił, unosząc do góry leżące przed nim pismo. — Ale musze dać wam pozytywno ocene. Pozytywno, znaczy sie dobro. Taa… witarozumita. A wy chcecie tu na zadupiu rok przesiedzieć? — mówiąc, uśmiechał się przyjaźnie i patrzył w oczy Sztukasa.

— Chcemy! — Odpowiedzieli chórem.

— Tu na Żuławach ziemia dobra. Rzepaku daje dwadzieścia koma dwa kwintala, pszenicy nawet do czterdziestu dochodzi, a jak dobry rok, to nawet i pięćdziesiąt wydarzy. Nie ma co narzekać, ziemia dobra… — twarz Kierownika rozpromieniła się. Popatrzył znów w oczy Sztukasa i z nadzieją w głosie powiedział: — No, a może teraz wy coś o sobie powiecie?

Chłopcy obejrzeli się na siebie i jak na komendę wzruszyli ramionami. Stawowczyk jako, że był z tego towarzystwa najstarszy, poczuł na sobie brzemię odpowiedzialności:

— Ja nazywam się Wiktor Stawowczyk, a mówią na mnie Śniady. Kolega po prawej to Roman Dostojewski, dla przyjaciół Fiodor. A po lewej Jędrek Bielacki…

— Sztukas, znaczy się? — upewnił się kierownik.

— Tak! A skąd pan wie? — spytał zaskoczony Stawowczyk.

— Tu pisze. Tu wszystko pisze — powiedział, ponownie unosząc papier.

— To pewnie wie pan też, za co nas to wyróżnienie spotkało? — dopytywał się Wiktor z rezygnacją.

— Taa witarozumita, pewnie, że wiem. Tu wszystko pisze — znów oparł się wygodnie i niby od niechcenia, ciągnął. — Ja tam nie wiem czy to całe NZS, to taka „Solidarność” dla studentów jak tu piszo, ale powiem wam jedno — wstał, wyprężył klatkę piersiową i przeszedł przed biurko. Usiadł na krawędzi i splatając nogi, mówił dalej, wcześniej wycierając dłonią czoło. — Mi tam wszystko jedno, za co was tu zesłali. Mie interesuje produkcja. Wiecie dlaczego Amerykanie finansujo „Solidarność”? Powiem wam. Bo sie bojo pegerów. Bojo sie, że my ich zasypiemy żywnościo. Dlatego robio wszystko, żeby się pozbyć konkurencji. Ja im się tam nie dziwie, też bym się bał. Ale póki ja tu rządze — propaganda nie przejdzie. Dla mnie nie jest ważne, czy kto tam był w tej „Solidarności” czy nie był. Ja rozliczam z roboty. A po robocie to se możecie nawet „Wolnej Europy” słuchać. Rozumiemy sie? — spytał retorycznie, promieniejąc z zachwytu. — Dlatego powiem wam jedno. Jak mi przyrzeczecie, że bedziecie sumiennie robić, to możecie zostać. To jak — przyrzeczecie?

Na opiekuna stażystów Kierownik wyznaczył Edka Stelmacha. Człowiek ten miał proletariacki wygląd i takiż sposób bycia. Z niewiadomych przyczyn opatrzność wyposażyła go w ponadprzeciętny talent do gry w warcaby. Był w tej dziedzinie mistrzem i jak mawiał, nie spotkał w życiu jeszcze takiego, co by mu dał radę. Mogło to być prawdą, gdyż poza sąsiednie wioski raczej nie podróżował. Był chłoporobotnikiem, co zawsze chętnie podkreślał, bo tłumaczyło to, dlaczego nie przykłada się za bardzo do roboty. W domu mówił, że napracował się w pegeerze, a tu zawsze okazywał swoje zmęczenie, mówiąc, że prywatne hektary same się nie obrobią. Sądził, że co jak co, ale cwaniactwo rodacy docenić potrafią. Co jakiś czas wpadał na genialny pomysł interesu. Aktualnie pracował nad tym, żeby „czosnki nie uciekali”, bo plan zakładał zebranie kilkuset kilogramów, a po zamarynowaniu ich w beczkach odsprzedanie do masarni. Jednak „czosnki się chowali”, jak mówił i kto wie, czy w ogóle wyjdzie na swoje. Edek lubił przychodzić do roboty — może dlatego, że nie specjalnie przepadał za towarzystwem swojej żony — matrony o wadze przekraczającej 130 kilogramów o autokratycznym sposobie symbiozy z otoczeniem.

Edek stanął w drzwiach i rozejrzał się, marszcząc nos.

— Tu chcecie mieszkać? — pytał zaskoczony.

— My chcemy? — odpowiedział mu nie mniej zdziwiony Wiktor.

— A poresztą i tak nie ma gdzie was położyć. Chyba, może być, co nie? — wszedł do środka i tonem przewodnika z Muzeum Narodowego zaczął objaśniać. — Tu była kiedyś stajnia, ale to dawno. Potem garaż, znaczy warsztat…

— I dlatego teraz nie śmierdzi gnojem, tylko towotem — dokończył Fiodor.

— Przyzwyczaicie sie. Zawsze praktykanci na lato tylko przyjeżdżali, to łatwiej było o spanie. Niektórzy to nawet woleli na sianie.

— Panie Edku, a co tam jest na górze? — spytał Wiktor wskazując na sufit.

— Tam? — mówił wodząc oczyma. — Tam świetlica była. Zabawy czasem robili. Ale jak kiedyś na weselu jeden taki żołnierz ojca pana młodego przez okno wyrzucił to przyjechała milicja i zamkneli.

— A nie dałoby się tam mieszkać? — nie dawał za wygraną Fiodor.

— Nie wiem, dawno żem tam nie był, ale Kulczyński chyba ma klucze, bo jak chodze tendy do domu, to zawsze go widze.

— Może tam jest cieplej? — spytał Wiktor z nadzieją.

— Cieplej pewnie jest. A co tam! — machnął ręką — Chodźcie, zobaczymy!

Schody na piętro miały wysokie stopnie, były wąskie i mocno wyżłobione po środku. Zmurszałe drewno skrzypiało pod butami, co w połączeniu z widokiem walającego się kurzu i pajęczyn, tworzyło atmosferę lekkiej grozy. Edek szedł przodem i gdy, stanął pod drzwiami, spowodował zator. Skobel był solidny i założono na niego dość dużą kłódkę.

— Światło mi zasłaniacie — powiedział Edek, gramoląc się przy ścianie.

— Nie ma rady, trzeba zejść — zawyrokował Wiktor.

Edek tymczasem złapał za kłódkę i pociągnął ją do siebie. Kłódka wprawdzie nie puściła, ale spróchniałe drewno nie było w stanie wytrzymać siły jego mięśni. Skobel wyskoczył w całości, co niejako przy okazji spowodowało, że Edek uderzył się w brzuch swoją własną pięścią.

— Jezuuu! — wrzeszczał, kuląc się z bólu.

— Panie Edku, jest pan pierwszym znanym mi gościem, który znokautował się samodzielnie. Pełen szacunek dla pana — powiedział Fiodor.

— Łatwo ci sie śmiać — mamrotał Edek, łapiąc oddech. — Ale jak byś tak z całej siły dostał…

Edek z trudem, bo z trudem, ale w końcu się podniósł i wyprostował. Wziął kilka głębszych oddechów i pchnął drzwi, te zaskrzypiały i odsłoniły wnętrze. Wąski przedpokój tworzyły ściany z surowych desek. Mimo, że przybrudzone i wyschnięte, wciąż pachniały żywicą. Unoszące się drobinki kurzu przecinał znak krzyża, utworzony przez cień ramy świetlika. Owo okienko wpuszczało nieco promieni jesiennego słońca i dzięki temu nie było tu zupełnie ciemno.

— Naprawdę urządzaliście tu zabawy? — spytał Sztukas, z niedowierzaniem.

— Kiedyś nawet zespół tu grał. Jolka, ta co teraz mleko gotuje, śpiewała, a jej chłopak grał na organach. Ktoś jeszcze na perkusji… A Bronek, taa, Bronek. Walił w te bembny po nocach. Ale to tam dalej na sali — mówił Edek, wskazując na koniec korytarza.

Powoli posuwali się do przodu, wciąż rozglądając się z zainteresowaniem. Edek miał nadzieję, że widok sali przełamie wrażenie biedy, dlatego pchnął kolejne drzwi i… zamarł. Chłopcy zorientowali się, że musiał zobaczyć coś nieziemskiego, ale jego mina wcale nie zachęcała ich do pójścia naprzód. Edek tymczasem zmieniał barwę twarzy i łypał powietrze, niczym karp w pustej wannie.

— Jezus Maria! Co to ma być? — powiedział w końcu.

Pierwszy nie wytrzymał Wiktor. Energicznym krokiem podszedł do Edka i przeciskając się w drzwiach stanął za progiem i wydusił z siebie przeciągły okrzyk.

— Jaaa pierniczę!

Sala była ustrojona, jakby za chwilę miał się na niej odbyć bal sylwestrowy. Od haka przytwierdzonego do sufitu wokół rozpięte były ozdoby. W większości były to wytłoczki z taśmy aluminiowej, pozostałe po produkcji kapsli do butelek z mlekiem. Ale poza nimi sporo było jeszcze papierowych wstążek i coś, co dziwiło najbardziej — kilkanaście łańcuchów lampek choinkowych poprzeplatanych przez pukle anielskiego włosia i serpentynowe girlandy. Ściany przyozdobione były kwiatami z marszczonej bibuły, we wszystkich kolorach, w jakich ją produkowano. Wszystko to razem wyglądało niczym jakiś niebiański wodospad wylewający łaskę na to, co znajdowało się poniżej. To, co wydawało się być najbardziej tajemnicze, umieszczone było w głębi. Tam w centralnym miejscu, na specjalnym cokole, wewnątrz szklanej szkatuły, stał obraz Matki Boskiej. Pod nim ułożono kilka wiązek kwiatów, sądząc po wyglądzie — świeżych.

Zaskoczenie dotknęło zarówno studentów, jak i Edka, tyle że ich z powodu niecodzienności widoku, a jego z racji niezwykłej urody tego, co widział.

— Co to może być? — pytał Edek wciąż zadzierając głowę.

— Wygląda na kaplicę — stwierdził Wiktor.

— Taką wielką? — dziwił się. — To kościół raczej jaki!

Edek krążył po sali z uniesioną głową i wciąż niedowierzając, że widzi to, co widzi, mamrotał coś pod nosem. W pewnym momencie wpadł na pomysł, żeby znaleźć włącznik światła, bo jeśli dobrze myślał, to za jego sprawą zapłoną lampki. Nie mylił się. W chwilę po kliknięciu kontaktu widok wzbogacił się jeszcze o feerię świateł.

— Ciekowość, czy proboszcz to widział? — mówił Edek z wciąż uniesioną głową.

Jego uwagę zwrócił teraz rząd lampek, który w przeciwieństwie do pozostałych nie świecił. Podszedł w to miejsce i usiłował go dosięgnąć. Musiał się przy tym natrudzić, bo sznur wisiał wyżej, niż on sięgał. Rozejrzał się uważnie, i gdy tylko w narożniku dostrzegł stary taboret, nic nie mówiąc, posłużył się nim. Lampki jak na złość, nie były czułe na jego dotyk, dlatego z czystej bezradności chyba począł ciągnąć sznur. Po chwili hak, na którym podwieszona była cała ta konstrukcja, wyskoczył z sufitu. Wszystko, co dotąd wisiało i mieniło się kolorami, teraz zamieniło się w chaotyczny obłok śmieci. Brzęk tłuczonego szkła i łoskot upadających ozdób mieszały się tumanami kurzu, który się od nich oderwał.

Kiedy rumor ucichł i z chmury pyłu dało się już dostrzec jakiś obraz, od strony drzwi rozległ się żałosny głos Kulczyńskiego, który zapewne wszedł w chwili katastrofy:

— A bodajbyś się Niemcem urodził, ale po enerdowskiej stronie! — rzucił w stronę zaskoczonego Edka.

2

Chłopiec uciekał co sił w nogach, bojąc się spojrzeć za siebie. W uszach wciąż brzmiały mu słowa żołdaka, że jest ponadwymiarowy i może wracać. Gdy tylko to usłyszał, w mgnieniu oka odwrócił się i zaczął biec. Wracał tą samą ścieżką, którą przed kwadransem szedł z dłońmi założonymi na karku.

Biegł tak jeszcze chwilę, gdy niespodziewanie upadł na ziemię. Spotkanie z ziemią bolało. Bardzo bolało. Instynktownie złapał się za nos i sprawdził, czy nie leci z niego krew. Na szczęście nie leciała, bo nie miałby nawet czym jej zatamować. Za to piszczel pulsowała i nie dawała gwarancji, że da się na niej ustać. Usiadł i delikatnie masował bolące miejsce. Wzrok przyzwyczaił się już do ciemności na tyle dobrze, że kilka kroków od siebie dostrzegł sprawcę swojej wywrotki. Korzeń w kształcie omegi, majestatycznie lśnił w świetle księżyca, jakby rzeczywiście leśny dukt był najwłaściwszym dla niego miejscem.

Kiedy dotarło do niego, że lepiej będzie oddalić się jak najbardziej, zaczął się podnosić. Wtem przy korzeniu, coś wyraźnie błysnęło. Wytężył wzrok, ale niczego konkretnego nie dojrzał. Podszedł i pochylił się. Mimo, że nadal niczego nie widział, wyciągnął rękę i macał trawę w miejscu z którego dotarło do niego błyśnięcie. Pod ręką poczuł zarys ramki. Chwycił ją w dłoń i uniósł. W słabej księżycowej poświacie udało mu się dostrzec tylko tyle, że jest to ikona. Przytulił ją mocno do piersi i ruszył przed siebie. Biegł tak długo, aż będąc na skraju lasu dostrzegł zabudowania przysiółka swojej rodzinnej wsi. Teraz przeszedł do marszu i jak tylko potrafił, wypatrywał zarysów domów. Z rzadka tylko dało się w ciemności wypatrzeć jakieś światła. Nie mogło być inaczej, skoro bolszewicy właśnie przed chwilą rozstrzelali niemal wszystkich mieszkańców.

— Mnie jednego uratowała Panienka Przenajświętsza. Dziękuję ci Mateńko! — Powtarzał po cichu, ściskając obrazek. — Dziękuję z całego serca!

Przystanął, popatrzył na wizerunek Madonny, otarł łzę, uśmiechnął się i ruszył dalej. Mijał właśnie pierwsze zabudowania, gdy w trzeciej z rzędu zagrodzie dojrzał światło. Niczym ćma, skierował się w jego stronę, a jedyne co go teraz cieszyło to fakt, że kiedy będzie już całkiem blisko, obejrzy wreszcie dokładnie swoją madonnę. Psy zwietrzyły obcego i gdy tylko zbliżył się do furtki, zaczęły dziko ujadać. Przez chwilę nie działo się nic. Potem na ganku rozbłysło światło.

— Pudziesz do budy! — wydarła się gospodyni i unosząc lampę wysoko, usiłowała dostrzec, kogo licho niesie. Przyglądała się jeszcze moment, po czym mając już niemal pewność, spytała:

— Chłopak od Kulczyńskich?

— Ja pani Mazgoniowa. Żyw!

— A czego się tak cieszy? — spytała z wyraźną niechęcią.

— Bo mnie Przenajświętsza Panienka od śmierci uratowała! — mówiąc uniósł obrazek i szczerząc zęby oczekiwał uznania.

— A matkę i ojca też uratowała? — pytała wciąż nie przejawiając entuzjazmu?

— Nie Mamy i Tatula chyba nie.

— No to czemu się cieszy? — machnęła ręką i dodała sama od siebie wyjaśnienie: — Nie dość żeś biedny to i głupi jeszcze. Sam na świecie zostałeś i jeszcze się cieszysz. Lepiej ci było zginąć w tym lesie.

Przez kilka kolejnych lat, słowa sąsiadki zdawały się potwierdzać. Dobrych ludzi, o których często czytał w bajkach, na ziemi spotkać było trudno. Początkowo chłopca przygarnęła rodzina z sąsiedniej wsi. Jednak nikomu nie chciało się załatwić sprawy urzędowo i z czasem mały stawał się ciężarem nie do zniesienia. Koniec jego dobrych czasów przyszedł wraz z wprowadzeniem kartek. Teraz każdy, kto nie posiadał swoich, był na łasce innych. On, jako niezgłoszony, prawa do kartek nie miał. Na szczęście, ktoś doniósł o nim do wójta, a ten widząc, że nikt nie chce go za parobka, zgłosił go do powiatu. Szybko przyszło pismo, że mały ma prawo do zakwaterowania w sierocińcu.

Gdy wojna dobiegła końca, sierociniec zlikwidowano, tak jak i całe województwo stanisławowskie. Pierwsze lata po wyzwoleniu błąkał się od miasta do miasta w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Szybko zrozumiał, że nie nadaje się do pracy na budowie a jako niewykwalifikowany zawsze będzie wykonywał najgorzej płatne prace. Szczęśliwy los znów rzucił go na wieś i to miało okazać się jego przeznaczeniem. Wprawdzie tułał się jeszcze jakiś czas od gospodarstwa do gospodarstwa, nim w końcu trafił na Żuławy. Jedno się tylko nie zmieniało. Nieustannie woził z sobą obrazek. Ten sam, który tamtej koszmarnej nocy znalazł w lesie.

Pegeer przytulił go, jak wielu innych. Z czasem zaczął żyć jego rytmem, dyktowanym przez pory roku. Latem pracował od świtu do zmierzchu. Zimą częściej odpoczywał. Kiedy nadchodziła jesień, jak teraz, cieszył się w duchu, że już niedługo wypłacą premię i znów będzie mógł kupić kolejne ozdoby do sanktuarium.

Właściwie nie pamiętał jak i kiedy wpadł na ten pomysł. Wiedział tylko, że jest to winien Najświętszej Panience. Świetlica, nieużywana od lat, nadawała się do tego jak znalazł. Marzył o tym, że kiedy urządzi już wszystko tak, jak sobie obmyślił, zaprosi księdza proboszcza, a ten bez wahania poświęci przybytek. Byłoby to wyjście najlepsze, bo któż będzie miał odwagę upomnieć się o zwrot świetlicy, kiedy będzie ona już poświęcona? Jednak, żeby ksiądz proboszcz nie kręcił nosem, trzeba zrobić wszystko, żeby wnętrze olśniło go zaraz po wejściu. Co rok kupował nowe ozdoby. Wciąż obmyślał nowe dekoracje. Najłatwiej było po świętach. Czaił się wtedy koło śmietników i ściągał z wyrzucanych choinek wszystko, co tylko się na nich uchowało. Nawet puste papierki po cukierkach, po odpowiednim przetworzeniu nadawały się na kolorowe łańcuchy.

Prawdę powiedziawszy, to, co było jego dumą, jednocześnie powodowało lekką alienację. Nie miał nikogo i stan ten nigdy się nie zmieniał. Był platonicznie zakochany w Irenie. Nie była to jednak ta Irena, którą widywał niemal codziennie, gdy tylko otwierał drzwi swego mieszkania. Ta, o której śnił, to młoda bogini z rozwianymi włosami stojąca na dziobie żaglowca, pozwalająca wiatrowi baraszkować w swoich złocistych włosach. Irena, której obraz zbudowała w jego wyobraźni ta dzisiejsza, mieszkająca tuż za ścianą, opowiadając wciąż o tej sprzed trzydziestu lat. Była w tym jakaś paranoidalna sprzeczność, z którą z trudem sobie radził, gdyż nieustannie marzył o kobiecie na widok której wzdrygał się ze wstrętem.

3

— Wierzysz w to, że jakiś obrazek uratował mu życie? — spytał Fiodor Stawowczyka rozplątującego lampki.

— Na szczęście, to nie kwestia mojej wiary, tylko jego — odpowiedział Wiktor. — A poza tym to nie obrazek, tylko Maryja Dziewica.

— Też mi różnica — fuknął Fiodor.

— Gdybyś wierzył, to byś tę różnicę bez trudu dostrzegał. Ale ja chyba nie powinienem cię pouczać, bo sam nie do końca w to wierzę. Bardziej skłaniałbym się ku przypadkowi. Z drugiej strony tego biednego człowieka nie mogło nic lepszego w życiu spotkać, niż głęboka wiara. Powiedz, kim by teraz był gdyby nie to? — spytał unosząc wzrok.

— W sensie, że Konsumentem?

— Bedziecie tu spać — oznajmił Edek wchodząc do świetlicy.

— Był pan u kierownika? — spytał Sztukas zdradzając palącą go ciekawość.

— Byłżem. Sam mnie wzywał. Boi się jak cholera. Mówi, że mu milicje na głowe ściągno — odpowiedział wkładając do ust żółtą tabletkę.

— Że niby kto mu ściągnie? — zapytał Wiktor.

— No Kulczyński z proboszczem.

— A proboszcz coś do tego ma?

— Ma albo nie ma, kto ich tam wie? Kierownik mówi, że to jego robota, ale sam go nie spyta, bo proboszcz z partyjnymi nie gada.

— A co jeszcze o świetlicy mówił?

— Że trza tu posprzątać i tyle. Kulczyński zabrał ten swój obrazek i schował sie w domu. Wyszło na to, że dobrze jest. Bedzieta mieli gdzie spać, a on sobie nowe miejsce na kościół znajdzie.

— Nie szkoda go panu, panie Edku? — spytał Fiodor.

— A czemu ma być szkoda? Mi on tam nie przeszkadzał, ale jak świetlica jest potrzebna, to sie musi z to Jasno Góro przeprowadzić gdzie indziej.

— Ale to dobry człowiek prawda?

— Dobry nie dobry. Taki jak wszyscy, tylko że głupszy troche. A ty tyle nie gadaj, tylko chodź, wyniesiemy te śmiecie. Miejsce się zrobi, potem przyniesiemy łóżka. Wieczorem w jakieś warcaby zagramy i będzie git — mówił zadowolony z siebie.

Kierownik zajechał przed budynek świetlicy i niczym kowboj, zakręcił lejce wokół rury wystającej ze ściany.

— Prrrr! — krzyknął w stronę koni. — Stoją! — rzucił jeszcze nim skierował się do wewnątrz.

Konie w postępowym gospodarstwie były już rzadkością. Tu, w pegeerze, trzymano je właściwie też tylko z jednego powodu. Była nim bryczka, którą zwykł podróżować kierownik. Powóz ten był zapewne spadkiem po przedwojennych właścicielach, bo dziś nikt już takich nie robił, a trzeba przyznać, że wyglądał okazale. Złożony z finezyjnie giętego, ciemnożółtego drewna, połyskującego lakierem. Szyku dodawał mu brezentowy składany dach, rozpiany w razie potrzeby nad miękką atłasową kanapą. Chyba głównie z powodu niecodziennego prestiżu, jaki towarzyszył pasażerom, bryczką nie jeździł byle kto. Ale i tu był mały wyjątek, jako że PGR nie miał innych nierolniczych pojazdów, bryczką przywożono prowiant z baru „Słoneczny” w Nowym Dworze.

Kierownik wszedł po skrzypiących schodach i zasapany zwrócił się do Edka: — Panie Stelmach! Weź pan chłopaków i przynieście witarozumita te łóżka z dołu.

— Jużem im mówił, zara przyniesiemy.

Kierownik tymczasem chodził wokół sali i ukrywając zaciekawienie, oglądał puste ściany. Starał się przy tym okazać, że nie interesują go pozostałości po kaplicy Kulczyńskiego. Czasem rzucił tylko ukradkowe spojrzenie w stronę kupki śmieci leżącej pośrodku.

— Ta, witarozumita, ta… — mówił wciąż udając brak zainteresowania podłogą. — Wyrychtujemy wam hotel jak marzenie. Łóżka da sie pod ściane, to na środku troche miejsca bedzie, na stoły jakie czy co. Życie z baru się bedzie wozić. Zimą my nigdy nie brali, ale teraz to chyba mus. A zreszto, może gdzieś się was zaprowiantuje. Tera jeszcze nie wiem.

— Damy rade, panie kierowniku — powiedział Edek ni to poufale, ni z respektem. — Życie się póki co dowiezie, a potem to moja może im nagotować. Zawsze to taniej by wyszło.

— Taniej może by wyszło Stelmach, ale jak to zaksięgować? Nie ma takiego rozchodu, żeby prywatne obiady w nieuspołecznionej kuchni w jego wrzucić. Musiałaby faktura być, a pod fakture to rachunki i takie tam. Witarozumita nie da rady. Już by prendzej wzionś jakie słoiki ze składu. GS to co innego, fakture może wystawić. No, ale póki robota w polu jest, to i tak z baru prowiant bierzem to nam to jedno, tyle że wincyj. Ja sie barzej trwoże o to, co im do roboty zimą dawać — powiedział, kierując wzrok w stronę Stawowczyka.

— Do warsztatu ich wezme — powiedział Edek. — Co majo się plątać po placu? Zawsze to coś pomogo. Tu posprzątajo tam się przypatrzo i wiosno za mechanika bedo mogli robić. A sam pan dobrze wiesz, że jak na żniwa postój sie trafi to nie ma zmiłuj, plan sie wali.

— Panie Stelmach, pan to tak lekko na wszystko patrzysz, ale sam pan powiedz, czy jakby premia zależała od mechanika z trzymiesięcznym stażem przy miotle, to byś pan sie na to zgodził?

— Jak jest awaria, to każde rence się przydadzo.

— No ta… witarozumita… ta. Dobra. Od przybytku głowa nie boli. A Kulczyńskiego pan nie widział?

— Zamknoł sie w domu, tak mi Skrzypek powiedział.

— A to i dobrze, niech on tera urlop se weźmie. Po burakach już roboty mniej. Na zimę sie do stróżowania go wpisze — powiedział kierownik i skierował się do drzwi.

4

Wieczór, jak na jesień przystało, przyszedł nagle. Z perspektywy poddasza widać było popołudniową mgłę która — niczym wata cukrowa — splata się z trawami na łąkach. Niebo szarzało jeszcze troszkę, by po chwili zgasnąć. Gdzieniegdzie spoza chmur przebijała jakaś gwiazdka, czasem pulchny księżyc zażółcił się za obłokiem. Wieś niechybnie szykowała się do snu i tylko w oddali psy przekazywały sobie jakieś tajemne wieści.

Schody zaskrzypiały i po chwili w drzwiach pokazał się Kirył.

— Dzień dobry! To znaczy ten, … wieczór chciałem powiedzieć — mówił nieśmiało.

— Dobry wieczór — odpowiedzieli zaskoczeni chłopcy.

— Mówio na wsi, że kościół tu jest, to przyszłem zobaczyć.

— Jaki tam kościół? Ot, pan Kulczyński powiesił kilka ozdóbek — tłumaczył się niewiadomo dlaczego Sztukas.

— Edek po wsi rozpowiada, że rzekomo aż gęby nie mógł zamknąć jak zobaczył.

— Edek Stelmach? Zaraz go pan będzie mógł spytać. Poszedł po warcaby.

— No to ja poczekam — rzucił Kirył, rozglądając się za jakimś siedzeniem. — A to prawda, że was tu zesłali za „Solidarność”? — mówiąc, wydłubywał z listka żółtą tabletkę.

— Panie Kirył — odezwał się Wiktor.

— Ja prawidłowo to Skrzyński jestem, Kazimierz — zareagował natychmiast. — Kirył na mnie mówią dlatego, żem prawosławny jest. Z Białej Podlaskiej pochodze, a u nas tam wszystkie takie. Tu mi nie dokuczajo tyle tylko, że mnie tak ochrzcili — mówił szczerząc pożółkłe zęby.

— Przepraszam, nie wiedziałem — poprawił się Wiktor. — Zatem panie Kazimierzu. Kierownik miał trochę racji — mówił, zwlekając z puentą, wciąż mając nadzieję, że Kirył odkryje swoje sympatie polityczne. — Ale tylko trochę…

— A ja już żem myślał, że wy naprawde polityczni i jakiś ciekawych rzeczy sie od was dowiem.

Wiktor uśmiechnął się nieznacznie, wyczuwając w osobie Kiryła przyjaciela i już odważniej dodał:

— Wie pan, myśmy działali w „NZS-ie”. To takie przedszkole „Solidarności”.

— Ale i tak dobrze musieliście się zasłużyć, że was na koniec świata wysłali.

— No, trochę się zasłużyliśmy — wyprostował się Wiktor i dodał: — A wy tu „Solidarności” nie mieliście?

— Mieli my, mieli, ale po stanie wojennym to nawet głośno wspominać nie można. Był taki traktorzysta, Pelikan na niego mówili. Przyjeżdżał na pole o dziesiątej, porobił godzinkę i kład się na snopku do obiadu. Jak Kazmatowicz do niego skoczył, to musiał się w Nowym Dworze tłumaczyć, że na robotnika nastaje, a ten rzekomo tylko kodeksowy odpoczynek miał. Potem, ten Pelikan znaczy sie, założył „Solidarność” i od tej pory już nie robił, tylko chodził z kartko i zapisywał chentnych na strajk. Za wszystko te strajki miały być. Mleko zimne na pole dowieźli — strajk. Ubrań nowych nie wydali — strajk. Potem to już sam Witarozumita do niego chodził i pytał, czy na dziś jaki strajk planuje, bo jak sam raz pogoda jest i można by w pole kombajnem wyjechać.

— I co się z nim stało? — pytał zaciekawiony Wiktor.

— A nic takiego. Wyjechał. Jak mu Kazmatowicz za bardzo podpał, to wzioł z magazynu nowo taczke, wymalował jo na biało i dalej bedzie wywozić go za brame. To już było za dużo i ludzie go pogonili. Nowo taczke popsuł. Kierownika tylko sie bał i nie dał o nim złego słowa powiedzieć. Ludzie mówio, że tamten mu obiecał, że kiedyś brygadzisto zostanie. Gadali ludzie, że jak stan wojenny nastał to go rzekomo internowali, ale kto tam wie, czy to prawda? Nikt przecież nie siedział w tym internacie to skąd niby wiadomo?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.