50 autorska książka
Mirosława Pisarkiewicza
Niedźwiedź z Kudrowic
Niedźwiedź z Kudrowic
Niedźwiedzia z Kudrowic, podobnie jak wiele innych postaci i stworów, powołała do życia Ewa Golińska-Pisarkiewicz.
Ewa Golińska — Pisarkiewicz
(z d. Mazurowska)
Urodzona w Sieradzu malarka i ilustratorka.
Uczęszczała do Liceum Ogólnokształcącego w Złoczewie.
Podstaw malarstwa uczyła się u legendarnego ks. kan. Henryka Wieczorka w Sieradzu.
Ukończyła studia wyższe w Instytucie Artystycznym Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie (obecnie Uniwersytet Jana Długosza) — Dyplom z malarstwa uzyskała w Pracowni Malarstwa Wincentego Maszkowskiego.
Pracę magisterską pod tytułem „Portret w malarstwie a sztuka dziecka — analiza postaw twórczych w portrecie psychologicznym” napisała pod kierunkiem art. plast., doc. Andrzeja Niekrasza.
Wielokrotnie uczestniczyła w międzynarodowych plenerach rzeźbiarsko — malarskich „Pole Sztuk” organizowanych w Rodowie przez gdańską Akademię Sztuk Pięknych.
Prezentowała swoje obrazy na 24 wystawach autorskich i ponad 150 zbiorowych w Polsce, USA, Rosji, Niemczech, Włoszech, Belgii, na Słowacji i Ukrainie.
W latach 2022 — 2025 eksponowała na terenie kraju autorski cykl o wspólnej nazwie „Dotyk”, który był wystawiany m.in. w Galerii „Metamorfozy” w Warszawie, w Galerii Biura Wystaw Artystycznych w Sieradzu oraz w Galerii Artystycznej im. Prof. Andrzeja Niekrasza w Kaliszu znajdującej się na Wydziale Pedagogiczno — Artystycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.
Artystka zaprojektowała okładki oraz ilustracje do kilkudziesięciu książek i czasopism.
Mieszka i tworzy w Sieradzu.
Nadproża
Kurz nie zamarza
Usiadł przed otwartym ekranem laptopa. Nie chciało mu się pisać, a jednocześnie czuł, że coś kłębi się wewnątrz niego i powinien tego się pozbyć stukając w klawisze. Poklejony taśmą, popękany laptop czekał cierpliwie.
— Może fantasy? — Po głowie chodził mu od pewnego czasu Mag Dallen z Velonium. Nie miał sprecyzowanej fabuły tylko luźny, bardzo, bardzo mglisty zamysł. Wiedział jednak, że gdy zacznie, to dalej „samo poleci”. Tak pracował. Najpierw nosił w sobie przez jakiś czas dziecko, a potem je rodził. Bo każdą rzecz napisaną przez siebie traktował jak syna lub córkę, których nigdy nie miał. Czasem mówił, że dla niego tworzenie, to niczym gotowanie. Pojawiały się przeróżne składniki wokół niego. Jedne brał, inne odrzucał. Te wzięte lądowały w kotle i przebywały tam do … porodu.
— Zatem Mag Dallen. Z Velonium. Niech będzie Dallen … Mag — powiedział cicho do siebie.
Zaczął twardo uderzać w klawiaturę. Doprowadzało to niegdyś do irytacji informatyczkę, z którą pracował w jednym pokoju. Miał to jednak gdzieś. Walenie pozostało mu po czasach pisania na stuletnim Continentalu. Czarny, ciężki sprzęt zjawił się niegdyś w jego życiu i przez wiele lat wiernie pomagał w powoływaniu do życia kolejnych dzieci.
— Maszyna do pisania — wyszeptał. Kiedyś znajomy poeta wymyślił taką maszynę, którą miał być on sam — maszyną do pisania. Continental był jednak nie wymyśloną, ale realną maszyną do rodzenia myśli, poprzez walenie w jego klawisze. Czasem nawet brakowało mu wkręcania papieru w wałek, czy przesuwania go po dojściu do końca wersu. To były czynności niemal magiczne. Nie lubił jedynie zmieniać zużytej taśmy na nową.
Pisanie na maszynie miało w sobie element jakiejś wieczności i nieodwracalności. Czcionka wybita na papierze pozostawała na nim. Teraz wystarczy klawisz backspace i robisz co chcesz. Kiedyś trzeba było być bardziej uważnym. Chyba nawet głębiej myślącym.
W jego mieszkaniu pojawił się pewnego dnia amerykański Compaq. To była historia! Dziwny komputer wielofunkcyjny w obudowie wspólnej z monitorem. Miał wszystko. Nawet kartę telewizyjną. Pierwszy komputer. Przesiadł się wówczas z Continentala na Compaqa. I uznał, że było to dobre.
Ale twarde walenie w klawisze zostało mu już na zawsze. Mimo, że zmienił Compaqa na kilka kolejnych laptopów.
Wrócił do próby pisania opowieści o Magu Dallenie.
Pierwsze zdanie, które pojawiło się na czystym arkuszu programu LibreOffice Writer zaskoczyło go …
— Kurz nie zamarza.
Odchylił się na krześle. Poczuł mętlik w myślach. Jednocześnie zaczęły przepychać się ze sobą dwa krajobrazy zdarzeń. Pierwszy był związany z kurzem. Drugi zaś nie.
W tym pierwszym szedł polną drogą przez pustkowie na skraju miasta. Trzymał za rękę trzęsącą się z zimna Dziewczynę. Było poniżej zera i wiał lodowaty wiatr. Łachy lodu spotykane na drodze utrudniały spacer. Ale między płachtami zamarzniętej wody wszędzie był suchy kurz.
— Tak, kurz nie zamarza — wyszeptał.
Posiedział przez chwilę patrząc bez refleksji na litery oznaczone białym kolorem na czarnej klawiaturze. Przez tych kilkanaście sekund nie miał w sobie żadnej myśli. Zniknęły. Lubił to. Lubił choć przez moment nie biec. Zawiesić się, jak jego stary smartfon.
Świat w ostatnich latach zrobił się nagle gęsty od pośpiechu i ciężki od przeładowania wiadomościami. Dziesiątkami danych dziennie.
Jasne, nie można stać w miejscu. Nie ucieknie się przed zmianami. Widział ludzi, którzy nie nadążali. Uciekali przed nadążaniem. Ale on wiedział, że nie ma sensu unikanie rzeczywistości. Póki się da trzeba starać się dotrzymywać tempa. Powiadał: „Nie będę uciekał przed życiem — wystarczy, że ono ucieka przede mną”. Jeszcze dawał radę, chociaż coraz częściej zaczynało mu się nie chcieć. Nie chcieć biec. Ale, póki co, dawał radę.
Widział też słabe strony zmian. Przede wszystkim coraz większą pobieżność. Dziennikarzy, którzy używali słów nie rozumiejąc ich znaczenia. Polityków miałkich jak węglowy pył, który jest niewiele wart, za to wciska się wszędzie i wszystko brudzi, bez cienia sensu. Nauczycieli mówiących niepoprawnie w ojczystym języku. Aktorów nierozumiejących granych przez siebie postaci.
Miał wrażenie, że wokół zapanował nie tylko festiwal bylejakości, ale przede wszystkim pozorów i tanich efektów. Zaczęła zanikać głębia.
Nawet w kościele zauważył wkradanie się bylejakości w kazaniach. I nie tylko w nich.
Łapał się na tym wielokrotnie, że nie potrafi przypomnieć sobie autorów i tytułów książek czytanych na czytniku Kindle. Lubił go, bo mógł powiększać czcionkę, czytać rano nie budząc śpiącej obok Dziewczyny hałasem odwracanych kartek, a także … a może przede wszystkim za to, że każda książka ważyła tyle, co czytnik. Czy to było tomiszcze, czy minipowieść.
Powierzchowny pośpiech. To irytowało najbardziej.
Siedział przed ekranem a myśli przez jakiś czas płynęły bezładnie.
Do świadomości zaczęła przebijać się w końcu druga część myśli. Drugi krajobraz. Cofnął się w pamięci o kilka dni. Spacer w mroźnym słońcu po polnej, zakurzonej drodze był dopiero co, ale tamto stało się parę dni, może dobry tydzień wcześniej.
Niespodziewanie do jego skrzynki wpadł mail od nieznanej osoby. Ktoś, nie pytając go o zgodę, podał jego adres. Nie lubił rozdawania adresu czy numeru telefonu bez uzgodnienia z właścicielem. Sam nigdy tak nie robił. Zwykła, stara przyzwoitość.
Nieznana osoba pytała, czemu nadał pewnej książce taki, a nie inny tytuł? Nie zrozumiał. Odpisał nie na zadane pytanie, a na pytanie, którego nie zadano. Coraz częściej łapał się na tym, że ludzie myślą o czymś i wydaje im się, że on powinien wiedzieć o czym oni myślą. A on nie był telepatą, choć miewał takie przebłyski. Ale tylko z Dziewczyną … i to nie zawsze. Bez podstawowych informacji jego system z reguły nie działał. Czuł jednak, w przypadku dziwnego maila, że zmarnował możliwość rozmowy. Po czasie dotarło do niego, że to nie było pytanie, ale pretekst by głębiej podyskutować. Na końcu było przecież zdanie …”Dojeżdżam do pracy metrem… obserwuję ludzi… czasem chciałabym wiedzieć dokąd jadą”.
— Pogadać — wyszeptał. — Jak dawnej … twarzą w twarz.
Lubił rozmawiać i lubił kiedyś pisać listy. Tak jak się to niegdyś robiło. Długopisem na papierze. Z nadużyciem przecinków w jego przypadku. Z kopertą i znaczkiem. To było niczym czytanie papierowych książek. Nawet jeśli z pośpiechem, to jednocześnie bez pośpiechu. List trzeba było zanieść do skrzynki, gdzieś parę ulic dalej, czasem na pocztę.
Mawiał: „Jeśli męczy cię nadużywanie przez mnie przecinków, to ich nie czytaj”.
Teraz, teraz … stuk w klawisz i tekst frunie. Nawet zasada czterech sekund nie zawsze chroni przed wysłaniem dziecka w świat. Zbyt szybko.
Nie odpowiedział na pytanie, ale napisał, co go skłoniło do podążenia w stronę takiego a nie innego tytułu.
Niespodziewanie przypomniał sobie o pliku kopert hotelowych i arkuszach papieru z nadrukami nazw hoteli, które zwoził z wypraw po Europie, a których nigdy nie wykorzystał. Leżały gdzieś wśród papierzysk. Niepotrzebne. Niewysłane.
— Pewnie zżółkły — wyszeptał i dodał — Jednak … Trzeba iść … żeby dojść trzeba iść.
Patrzył przez chwilę na słowa czerniejące na bieli elektronicznej kartki.
— Kurz nie zamarza … — odczytał … i dalej popłynęła opowieść wybijana mocnymi uderzeniami w plastikowe klawisze laptopa — Kurz osiada na butach … jak czas.
Zamiatacz luster
Obudziłem się wcześnie rano. Przez kuchenne okno zaglądało stado gawronów z gałęzi pobliskiej brzozy. Bawiły się ptaszydła siadając po kilka na krótkich gałązkach drzewa i bujając się na nich. „Muszą mało ważyć” — pomyślałem obserwując cieniutkie ale elastyczne gałązki, które nie łamały się pod ciężarem ptaków. „Może są puste?”.
Koncepcja, że ptaki są puste trochę mnie rozbawiła. Gdy tak stałem i patrzyłem ktoś zapukał do drzwi. Spojrzałem na zegarek. Pora była wczesna. Poprawiłem szlafrok i poszedłem do przedpokoju.
Za drzwiami stał mężczyzna niewielkiego wzrostu z torbą przypominającą te do golfowych kijków.
— Zamieść lustro? — zapytał.
— Co zrobić? — zdziwiłem się.
— Czy zamieść lustro? — spokojnie powtórzył.
— Pan jest …?
— Jestem zamiataczem luster.
Do dziś nie wiem czemu wpuściłem go do środka. Wszedł i zdjętą z ramienia torbę oparł o wejściowe drzwi. Jakby sygnalizował, że nie ma odwrotu i on już tu zostanie w sprawie, w której wszedł.
Zaprosiłem go do pokoju. Usiedliśmy przy stole.
— Może mi Pan wytłumaczyć czym się Pan właściwie zajmuje?
— Zamiatam lustra, czyli usuwam z nich niepotrzebne odbicia.
— Tak? — zdziwiłem się.
— W każdym lustrze pozostaje cząstka tego, co się w nim odbiło. Odbicia smutne, zdenerwowane, obojętność. To wymiatam bez zastanowienia. Ale są odbicia zadumane — te muszę przeanalizować. Radosne — te zostawiam. Są i odbicia gniewne. Z tymi muszę postępować ostrożnie. Zanim zacznę cokolwiek usuwać muszę lustro przejrzeć, poznać historię jego odbić. Kto się w nim odbijał i po co. Muszę być uważny żeby z lustra usunąć odbicia niepotrzebne lub szkodliwe ale nie usunąć z niego czasu. Lustro wtedy mogłoby przestać działać.
— Ale jeśli ja nie chcę usuwać odbić tych wszystkich osób, także mnie? Niech tam sobie siedzą.