E-book
4.27
drukowana A5
22.07
drukowana A5
kolorowa
47.78
Nasze prywatne Bohaterki. Jesteś jedną z nich...

Bezpłatny fragment - Nasze prywatne Bohaterki. Jesteś jedną z nich...

Objętość:
133 str.
ISBN:
978-83-8155-205-9
E-book
za 4.27
drukowana A5
za 22.07
drukowana A5
kolorowa
za 47.78

Życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest…

Edward Stachura

Od autorek

Pomysł napisania tej książki zrodził się już kilka lat temu, jednak potrzebowałam sama doświadczyć trudu zmagania się z problemami, jakie postawiło przede mną życie, by go zrealizować. Nie jestem szczególnie dzielna, ale mam swoje prywatne bohaterki, dodające siły tylko tym, że są. Nie muszą też być ze mną w codziennym kontakcie, wystarczy mi znajomość ich historii i możliwość obserwacji. Takich kobiet jest przecież więcej: dzielnych, odważnych, ambitnych, walczących z przeciwnościami losu. Zapewne i Ty, droga Czytelniczko, jesteś jedną z nich…


(Szanowni Czytelnicy, prosimy o wyrozumiałość za ten bezpośredni zwrot do Pań).


Projektem zaraziłam nie tylko moje bohaterki, ale i Małgosię Jurkowską, która również ma w swoim otoczeniu tak wyjątkowe osoby. Dzięki temu nasz spis treści stał się dłuższy, a to pomyślna wróżba i dobry znak.


Agnieszka


W każdej z tych historii jest cząstka nas. Cudowne rozmówczynie (znane i nieznane) zaskoczyły nas swoją życzliwością i otwartością. Niekiedy bałyśmy się pytać o pewne sprawy, ale zupełnie niepotrzebnie, gdyż One nie bały się opowiadać i odpowiadać.


Przyświeca nam wspólny cel — dawać nadzieję, dodawać otuchy, zarażać optymizmem. Jeśli dzięki przedstawionym tu wywiadom i zdjęciom, wywołamy uśmiech na choć jednej strapionej twarzy, to będzie dla nas wymarzona nagroda.


Jesteś czyjąś córką, matką, żoną, przyjaciółką, sąsiadką. Czasem ukrywasz się w tych wszystkich rolach, byśmy musiały Cię odnaleźć!


Małgorzata

Rozmowa z Magdaleną Sipowicz

Niedawno wróciła gdzieś z niemalże końca świata, choć może i jego początku. Na zdjęciach tryska zdrowiem, błyszczą Jej oczy. Można też zobaczyć piękne góry, intensywnie niebieską wodę, hamak na (prawdopodobnie) hotelowym balkonie, a także uśmiechnięte towarzyszki tej sielskiej wyprawy w strony egzotyczne dla Polaków.

Co Magdalena Sipowicz robiła w Gwatemali? Gdzie to w ogóle jest? Kiedy zobaczyłam Jej zdjęcia na FB, pomyślałam, że ma chyba w domu za mały Meksyk — dwójka cudownego potomstwa, kochający mąż i dwa zupełnie różne psiaki. Może chciała sobie porównać ten prywatny, domowy z tym prawdziwym? W końcu znajomi nie bez powodu nazywają Magdę globtroterką, z pewnością jest żądna wyzwań turystycznych i wrażeń. W wielu ciekawych miejscach już była. Dopiero co zaliczyła Amsterdam. Hm… I tu włączyłam swoje myślenie — może tam miała tylko przesiadkę? Na zdjęciach nie ma męża ani dzieci. Nie no… raczej ich nie porzuciła. Taka przykładna matka, choć niekoniecznie poukładana od A do Z. Uciekła? Nawet jeśli, to już wróciła.

Magdaleno, co robiłaś w Majańskiej Wiosce?

Magdalena Sipowicz: Trudno na to pytanie odpowiedzieć, nie odwołując się do przeszłości.


Agnieszka Kuchnia-Wołosewicz: Zatem wróćmy na chwilę do niej. Jak wypadek zmienił Twoje życie?

— Przeszłam bardzo długą drogę, żeby stanąć na nogi — nie w znaczeniu tylko fizycznym, ale psychicznym. Gdzieś z tyłu głowy była ta myśl o moim dziecku. Chciałam, żeby miało mamę. Różniącą się od innych, ale obecną przy niej. Chodziło też o to, bym była naprawdę zaangażowana w proces jej wychowania, a nie tylko skupiała się na swoich problemach. Moje bóle fantomowe były bardzo silne. Odczuwałam też skutki innych poważnych obrażeń doznanych w wypadku. Próbowałam zacząć od medycyny tradycyjnej. Nie pomagało, a wręcz oszałamiało mnie. Nie mogłam normalnie funkcjonować.


— Mówisz o poważnych problemach. Większość osób z Twojego ówczesnego otoczenia z pewnością nie zdawała sobie sprawy. Ty byłaś „tą” bohaterką, która sobie radzi czy też poradziła.

 W pewnym momencie sama zaczęłam żyć iluzją Magdy — bohaterki, która sobie poradziła. Był to również efekt psychoterapii, na które uczęszczałam. To jednak była nieprawda. Ludzie widzieli we mnie bohaterkę, bo nie byli ze mną na co dzień. Ja marzyłam o powrocie do pracy, ponieważ czułam, że ona pozwoli mi przestać tak bardzo skupiać się na tym, czego nie mam i co przeżyłam. Będę mogła pójść do przodu. W tamtym okresie praca była dla mnie wyznacznikiem wartości człowieka i niezależności.

Zrobiłam prawo jazdy. Powoli zaczęłam układać to nowe życie, niestety bóle wciąż były intensywne na tyle, że lekarz przepisał mi morfinę. Pamiętam, że przykleiłam ów plaster w piątek, a w sobotę miałam tłumaczyć zajęcia ze studentami. Około godziny dziewiątej rano zadzwonił do mnie prowadzący i powiedział, że spóźnia się pociąg. Doznałam wtedy flashbacku mojego wypadku, bo byłam zwyczajnie… naćpana. To było straszne. Wspomnienie wręcz sparaliżowało mnie na kilka dni. Miałam też problemy z protezą czy skutkami ubocznymi innych leków. Pracowałam wtedy nie tylko na uczelni, ale normalnie w szkole na etacie. Początkowo rozumiano moje nieobecności, jednak z czasem zaczęły być problematyczne. Nie miałam dużej liczby godzin, a i tak sobie nie radziłam. Musiałam z czegoś zrezygnować i tak zrobiłam. Wiedziałam, że nie dam sobie rady jako wychowawczyni pierwszej klasy szkoły podstawowej. Ponadto był to okres zwolnień nauczycieli, więc poprzez moją decyzję ktoś zachował miejsce pracy. Mnie została tylko uczelnia. Miałam lepsze i gorsze momenty, co widzieli też moi współpracownicy.


— Kiedy nastąpiła w Tobie ta zmiana w podejściu do życia i siebie?

 W roku 2014 dostałam od koleżanki książkę o autohipnozie. Nie byłam jednak wtedy gotowa na skupienie się na sobie i technikach oddychania. Wciąż stawiałam na wir pracy jako najlepszą terapię. Pomóc miały też podróże. W rok po wypadku pojechałam do Egiptu, myśląc, że zmiana otoczenia pozwoli mi poczuć się lepiej, zapomnieć. Nie pomogło — tak, jak późniejszy wyjazd do Turcji. W końcu pomyślałam, że muszę coś ze sobą zrobić — nie z otoczeniem! Chodziłam na różne psychoterapie, bo nie mogłam sobie poradzić ze wspomnieniami z wypadku.

Przełom nastąpił w zeszłym roku. Dowiedziałam się o indiańskiej ceremonii zwanej Szałasem Potów (Szałasem Uzdrawiania), która miała mieć miejsce w Bełchatowie. Chodzi o odrodzenie się w łonie Matki Ziemi. Wchodzisz do szałasu, w którym jest pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt stopni (sauna) i masz poczucie, że znalazłaś się we wnętrzu swojej mamy. U mnie to zadziałało. Chyba po raz pierwszy poczułam, kim tak naprawdę jestem — nie Magdą z wypadku, nie bohaterką, nie tłumaczką, nie mamą. To byłam Ja bez tej zewnętrznej powłoki. Był to też początek drogi do wioski majańskiej. Dowiedziałam się o niej również od tej samej koleżanki. Można tu mówić o ciekawym zrządzeniu losu, gdyż nasz kontakt wcześniej urwał się prawie na dziesięć lat.

Magdalena w Gwatemali
Archiwum prywatne M. Sipowicz


Magdalena w Gwatemali
Archiwum prywatne M. Sipowicz

— Możesz zdradzić, co tam robiłaś? Czego oczekiwałaś od tego wyjazdu?

 Jechałam tam bez oczekiwań, tak nauczyłam się żyć, czyli zgodnie z prawdą i w jedności z Bogiem. Wiem, że przydarzy mi się to, czego będę potrzebować, aby móc się rozwijać. Celem naszego pobytu na ziemi jest nieustanne odbieranie nauk.

U Majów doświadczyłam takiej miłości, jakiej nikt nigdy mi nie dał. To nie jest miłość matczyna czy partnerska, ale zupełnie inna. To posiadana przez nich bezgraniczna miłość do drugiej istoty. Warunki, w jakich mieszkają Majowie, są na nasze standardy bardzo skromne, ale nie ma to znaczenia. Najważniejsze rzeczy mają zapewnione. Trzeba też powiedzieć, że są to ludzie bardzo światli. Ci, u których odbywały się ceremonie, jeżdżą po świecie — można ich bez problemu spotkać w Anglii czy w Polsce. Tata Pedro, najstarszy członek starszyzny Majów i jego córka Nana Marina, to osoby o niezwykle głębokiej wierze i czystych sercach. Nigdy dotąd nie spotkałam takich ludzi. Nie mam tutaj na myśli wiary związanej z religią i kościołem, lecz duchowość i wiarę przejawiającą się poprzez codzienne doświadczanie boskości stworzenia świata.

Ceremonie, w których mogłam tam uczestniczyć, stanowią część kultury i tradycji. Mnie udało się wyzwolić od kilku demonów, niepozwalających mi na sen. One pojawiły się po wypadku. Wraz z uwalnianiem emocji uświadomiłam sobie, jak bardzo duży bagaż nosiłam, jak było mi ciężko, choć fakt mojego ogromnego uwikłania w skutki tego, co mnie spotkało, uświadomiłam sobie dopiero po narodzinach Leonarda, który miał przyjść na świat 3 marca (w piątą rocznicę wypadku). Finalnie urodził się przy pomocy cesarskiego cięcia dwa dni wcześniej. Miałam ogromne obawy, że nie będę umiała oddzielić tych dwóch wydarzeń. Moje oczy otworzyła sytuacja z jednej pamiętnej nocy. Siedziałam około czwartej nad ranem z małym Leosiem (chyba miał miesiąc) i karmiłam go. Byłam już wykończona całą sytuacją. Czułam, że nie daje rady. W pewnym momencie ukazał się po mojej lewej stronie pociąg i cała ta straszna sytuacja. Poczułam smród mojego zmielonego ciała, krwi. Miałam wrażenie, że ona jest w moich ustach. Patrzyłam na karmione piersią dziecko i na ten pociąg. Czułam, że za chwilę oszaleje. To był moment, w którym postanowiliśmy, że mały idzie na noc na butlę do męża. I tak stopniowo zaczęłam go wypychać z mojego życia. Miałam coraz mniej sił. Nie umiałam się nim opiekować. Mąż przejął większość obowiązków, a ja uciekłam w pracę, bo wmawiałam sobie, że bez moich finansów nie poradzimy sobie. Nie była to nieprawda, jednak fakt, w jaki sposób odsunęłam własne dziecko, był dla mnie szokiem, kiedy już miałam go w swojej pełnej świadomości. Po powrocie z Gwatemali widziałam już moje życie w odpowiedni sposób. Podróż nie była łatwa, ale wiem, że warto było poświecić wszystko, żeby przeżyć ten czas właśnie w tym miejscu. Wróciłam ze świeżym umysłem i sercem pełnym miłości. Teraz mogę nadrabiać stracony czas i czerpać radość z tego, co kiedyś wydawało mi się nierealne.

Magdalena w Gwatemali
Archiwum prywatne M. Sipowicz

— Na jaką pomoc ze strony państwa i organizacji pozarządowych mogłaś liczyć po wypadku? Czy w ogóle mogłaś?

— Dostałam 10 tys. zł od wojewody małopolskiego. Stałam się podopieczną fundacji Zielony Liść, która początkowo dobrze funkcjonowała, niestety po kilku latach zdefraudowała pieniądze, które ludzie wpłacali na jej podopiecznych.

Pamiętam też różne inicjatywy charytatywne — np. wystawę prac artystycznych osób z niepełnosprawnością i koncert, które zorganizowali studenci różnych krakowskich uczelni na moją rzecz. Była też zbiórka zakrętek.

Jeśli chodzi o zadośćuczynienie, to wygrałam proces, ale strona odwołała się, ponieważ według nich żądam zbyt wysokiej kwoty. Zapłacili już znaczną sumę, jednak prawie już jej nie mam, ponieważ ciężko utrzymać się z jednej pensji. Niestety musimy funkcjonować na dwa auta, ponieważ ja nie jestem w stanie jeździć innym środkiem transportu do pracy. Akurat dzisiaj dostałam wezwanie, po długim okresie czasu, na spotkanie z biegłym w sprawie ustalenia zakresu uszkodzeń. Po sześciu latach, wyobrażasz sobie!? (śmiech!) Walczę o rentę. I to jest chyba najbardziej upokarzające. Musisz udowadniać, jak wiele zabrał Ci wypadek, w którym zginęło szesnaście osób. Musisz udowadniać jak bardzo Ci ciężko. Nie da się żyć na fali (z uśmiechem), bo to znaczy, że nie wystarczająco dużo cierpisz. Ja przestałam już praktycznie chodzić do lekarzy, ponieważ nie mają wystarczającej wiedzy, czyli tym samym niczego do zaoferowania. Zaczęłam za to uczęszczać na pijawki, akupunkturę, akupresurę i hipnozę. To są rzeczy, które zaczynają przynosić efekty. Jak uwolnię się od bólów fantomowych, opatentuję „swoją” drogę do całkowitego wyzwolenia.


— Nie pytam o Twoją najbliższą rodzinę, bo odpowiedź znam, ale czy Twoi przyjaciele, znajomi zdali egzamin w chwili próby?

— Można powiedzieć, że życie ich zweryfikowało. Niektórzy są wciąż obecni w moim życiu, inni sami się wykruszyli, ale są też i tacy, których sama od siebie odsunęłam. Nie wszyscy potrafili zrozumieć, że tamtej Magdy już nie ma. Moje życie stało się inne.

Warto w tym miejscu jednak powiedzieć, że nasze życie ma to do siebie, iż nie każdy gości w nim na stałe. Często są wokół Ciebie osoby, których potrzebujesz na dany moment, na chwilę. Ja po wypadku miałam odpowiednie osoby wokół siebie. Potem sytuacja się zmieniła. Jednak czyjeś odejście może mniej boleć, gdyż przychodzi ktoś nowy, gdy tylko otwieram swoje serce. A i tak wiem, że nie mogę się przyzwyczaić do nikogo, bo też nie jest mi to potrzebne. W momencie wypadku doświadczyłam tak głębokiej samotności (choć było wokół mnie mnóstwo osób), że wyniosłam z tego pewną naukę: towarzystwo muszę zapewnić sobie sama — wewnątrz mnie. Fajnie jest wtedy, kiedy jestem u siebie z sobą. (śmiech!) Nie muszę wtedy liczyć na atrakcje z zewnątrz, gdyż sama ze sobą czuje się coraz lepiej. To długi proces, więc na stu procentowy efekt muszę jeszcze poczekać. (śmiech!)

Jeśli chodzi o rodzinę, to stanęła na wysokości zadania, choć ja nie zawsze umiałam to docenić. Skupiałam się na swoim cierpieniu. Najtrudniej miał mój mąż, który koncentrował się nie tylko na mnie, ale i na organizacji naszego życia rodzinnego. Zresztą tak jest też obecnie — dwoje dzieci i psy. Rezygnując z własnej wolności, stał się niewolnikiem tej sytuacji. Pracujemy nad wprowadzeniem zmian w naszych rolach, ale to nie jest łatwe. Wierzymy, że się uda, ale będziemy potrzebować pomocy.

Z mamą miałam trochę trudny kontakt po wypadku, bo ona bardzo to przeżywała, a potrzebowałam wtedy innych reakcji otoczenia. Pamiętam też, że mój tata, który nie wiedział, jak mi pomóc, dowiedziawszy się o akcji zakrętek, zaczął je zbierać. Uczynił to z bezsilności. Chodził na wysypisko i szukał zakrętek dla mnie.

Ogromne znaczenie miała też pomoc mojej siostry, która dla Wiktorii (mojej maleńkiej wtedy córki) stała się mamą. Była na każde zawołanie, jednocześnie ukrywając przede mną swoje cierpienie. Wiele lat musi upłynąć, abyśmy emocjonalnie stanęli, jako rodzina, na nogi.

Sercem i duszą byli też przy mnie moi bracia, teściowie, przyjaciele. Teraz jest różnie, jak to w życiu, ale w naszej rodzinie możemy bezgranicznie liczyć na siebie w ciężkich chwilach.


— Pamiętam dokładnie, w jaki sposób i kiedy dowiedziałam się o Twoim wypadku. Informacja docierała etapami. Najpierw plakat na drzwiach szkoły, a później ktoś zapytał, czy już wiem. Nie widziałam, co się stało, tylko że coś. Byłyśmy koleżankami, nie łączyła nas przyjaźń, i dalej jesteśmy po prostu znajomymi, a jednak w moje życie wpisała się Twoja historia i to Ciebie jako pierwszą nazwałam „moją prywatną bohaterką”. Bez wątpienia jesteś jedną z najdzielniejszych osób, jakie znam. Zdajesz sobie sprawę z tego, że motywujesz innych do walki o swoje zdrowie i marzenia?

— Czy inspiruję? Jeszcze wtedy, gdy rozmawiałyśmy pierwszy raz (i tu warto dodać, że pierwsza rozmowa zniknęła wraz z Twoim rozbitym telefonem), powiedziałam Ci, że nie wiem, o co ludziom chodzi. Jestem zwyczajną kobietą, już w miarę dojrzałą (jak się okazuje po wczorajszych urodzinach) i nic nadzwyczajnego nie robię. (śmiech!) Ale byłam w ten weekend na cudownych medytacjach i poczułam już w końcu, na czym polega to inspirowanie. Myślę, że mogę być wsparciem, wzorem do naśladowania i mówię to z poziomu serca nie EGO. (śmiech!) To jest niezwykłe, jak zmieniłam się z wojowniczki pod hasłem „masz być najlepsza” w człowieka, który daje wsparcie, miłość i dobre słowo każdemu, kto tego potrzebuje. W końcu zrozumiałam, co to znaczy, że kiedyś będę uzdrawiać ludzi, otwierać im oczy na życie. Ale to się dopiero zaczyna, choć już nie mogę się doczekać, jak dalej potoczy się moje życie. Myślę sobie i w sumie dorastam do tego, żeby pisać — może bloga a może własną książkę… Kto wie? Przeżyłam w końcu koszmar, z którego potrafiłam się otrząsnąć, ale to wymagało i wymaga ode mnie codziennej ciężkiej pracy nad każdą emocją i każdym słowem. Jesteśmy tacy wspaniali, a tak mocno pogubieni. Trzeba to w końcu zmienić.


 Jak rozumiesz słowa, które są mottem tej książki: „Życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest”?

— Hmm… Ciężko jednoznacznie powiedzieć, ale uważam, że ten ciężar, którego doświadczamy, pozwala nam, zobaczyć piękno, jeśli spojrzymy na niego w odpowiedni sposób. Życie takie po prostu jest! Nie jest stale cudownie, ale jest! Codziennie dostajesz lekcje i to Ty nadajesz jej charakter pozytywny lub negatywny. Jak stukniesz autem w słupek, to od Ciebie zależy jakie emocje wygenerujesz. (śmiech!) Wszystko zależy od Ciebie!!! A najważniejsze jest to, żeby mieć w sobie spokój, nawet jeśli na zewnątrz wieje wiatr i jest burza. Ja mam obecnie wiele poważnych problemów, ale ponieważ nie posiadam na nie wpływu, nie zajmuję się nimi. Idę do wanny, bo w końcu ją mam (po wypadku musiałam mieć prysznic, żeby uczyć się samodzielności) i relaksuję moje ciało i duszę. Po prostu jestem.

Relaks w zaciszu domowym
Archiwum prywatne M. Sipowicz

Ps. Zanim ta książka zdążyła się ukazać, Magdalena odbyła niezwykłą wyprawę, o której chciała jeszcze opowiedzieć.


„Las to miejsce magiczne. Dopóki do niego nie pojechałam, nie czułam tego. Wiedziałam, że należy zachowywać się w nim cicho, nie wolno śmiecić itp. A teraz wiem dlaczego. Jest to przestrzeń, do której wchodząc, warto zapytać o pozwolenie. Czy las chce Twojej obecności? Ludzie za bardzo przyzwyczaili się do tego, że mogą być wszędzie, gdzie chcą, nie pytając o pozwolenie. Niszczą większość napotykanej na swojej drodze przestrzeni. Mają potrzebę ingerencji w naturę. Ale ona tego nie potrzebuje!

Tak więc las przyjął mnie na trzy noce. Mnie i mój namiot. (śmiech!) W lesie znajdowałam się bez kontaktu z innym człowiekiem, choć było nas łącznie 37 osób w oddaleniu od siebie. Sama ze sobą i odrobiną wody, trzema ogórkami, dwoma pomidorami i marchewką (ze względu na problemy zdrowotne). Inni nie mieli nic. Moje ogórki były awaryjne, w razie jakby przypadłości dały o sobie znać. Dwa dni z kawałkiem bez telefonu, Internetu, ludzkości. Ja, las, mrówki, motyle, ptaki. Każdy ma tyle do powiedzenia. Był oczywiście lęk przed nocą. Pierwszej naszedł mnie taki strach przed napaścią, że nie byłam w stanie wyjść z namiotu za tzw. potrzebą. Sparaliżowana odgłosami ciszy musiałam załatwić tę sprawę w namiocie. Następnie śmiałam się sama z siebie, gdyż zrozumiałam, do czego doprowadził mnie mój umysł i kultura, w jakiej żyjemy. (śmiech!) Kolejne dwie noce były już pełne pokory i akceptacji ewentualnej straty. Nic nie dostajesz na wieczność. Wszystko stracisz wcześniej czy później. Warto więc pozbyć się tego już teraz, żeby duszy było łatwiej.

W lesie zostawiłam kolejny etap mojego życia, który ciążył mi zbyt długo. Ukochałam swoich rodziców w sercu, pozbyłam się wiecznych pretensji do nich. Otworzyłam przestrzeń serca na ludzi, moją rodzinę, na bycie w zgodzie z prawdą (często niewygodną z perspektywy relacji międzyludzkich). Odkryłam swoją cudowność, delikatność, a zarazem siłę. Już ją mam, by być spokojna, wrażliwa i pogodzona. Oby udało mi się trwać w tym stanie jak najdłużej. Poczułam niedosyt. Rozwój jest taki piękny. Życie jest piękne! Jeśli tylko skupisz się na celu.

Napiszę książkę. Właściwie ona jest już napisana i wydana w mojej kreacji. Będzie nosiła tytuł Myśli utkane w słowa. Zdradzę Ci pierwsze słowa (jej sedno):

Opowiem Wam historię o duszy, która chciała zostać KIMŚ, a została SOBĄ.

Czytelniku, jeśli to zdanie z Tobą rezonuje, zapraszam do śledzenia moich poczynań i kontaktu. (śmiech!)

Rozmowa z Katarzyną Dominik

Słowa Jej poezji zdumiewają precyzją nazywania uczuć. Kasia pisze o sprawach trudnych tak pięknie, że nasze nieco skamieniałe serca nie mogą się nie poruszyć.

Poznałam Ją przypadkowo. Osoba, którą cenię i szanuję, zamieściła na swoim profilu wiersz, który mnie oczarował. Byłam ciekawa, kim jest jego autorka. Następnie pojawił się apel z informacją, że Kasia potrzebuje pomocy w walce z chorobą. Jedną z moich spontanicznych reakcji było odezwanie się do niej i zaproszenie do projektu książkowego. Odpisała bardzo szybko, szczerze i serdecznie. Zaskoczyła mnie ta bezpośredniość i zachwyciła. Dziękuję!

Kasiu, kiedy zaczęłaś pisać wiersze?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.27
drukowana A5
za 22.07
drukowana A5
kolorowa
za 47.78