E-book
15.75
drukowana A5
51.12
Nastia — Ostatnia Księżniczka

Bezpłatny fragment - Nastia — Ostatnia Księżniczka


Objętość:
195 str.
ISBN:
978-83-8467-732-2
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 51.12

Rozdział 1 – Szwybzyk

— Panienko, niech panienka zejdzie! — zawołał stanowczo Walery, stary służący rodziny Romanowów.

— Nie zejdę! — Anastazja pokręciła głową, uśmiechając się łobuzersko z wysokości gałęzi stuletniego dębu.

— Panienko, będę jednak nalegał! — upierał się Walery. — Za dziesięć minut przybędzie panienki guwerner, a przecież nie będzie nauczał córki cara, zwisającej z gałęzi rodzinnego dębu.

— Nie — Anastazja z właściwym sobie uporem odmówiła. — Niech pan profesor wejdzie tutaj. Lekcja będzie ciekawsza!

— Tak, jak oboje spadniecie — rzekła Tatiana, która przybiegła właśnie, słysząc krzyki w ogrodzie. — Nastia, zejdź natychmiast!

— A właśnie, że nie zejdę! — Nastia pokazała siostrze język.

W tym momencie nadbiegła pokojowa dziewcząt, Anna, energiczna i wesoła kobieta.

— Nastia, zejdźże na dół, bo zaraz profesor Botkow przyjdzie i będzie wstyd!

Anastazja tylko pokręciła głową.

— Wiem, że lubisz skakać po drzewach, jak wiewiórka — mówiła Anna z nieodłącznym uśmiechem, — ale zejdź już, bo zrobisz sobie krzywdę.

— Akurat! Ja? — Nastia wydęła wargi i prychnęła pogardliwie, po czym chwyciła się gałęzi nad sobą i ze zwinnością rudego drzewołaza przeszła dwa metry wyżej.

Tymczasem przybiegła Maria.

— Nasteńka, złaź! — zawołała. — Profesor Botkow przyjechał i chce zacząć z tobą lekcję!

— No to niech tu przyjdzie.

— Ręce opadają — warknęła Tatiana. — To dziewczynisko nikogo się nie słucha. O, Olga idzie. Może ona jej przemówi do rozsądku.

— Akurat — wzruszyła ramionami Masza.

— Anastazja! — zawołała Olga nadchodząc. — Proszę natychmiast zejść, bo… zawołam matkę!

To chyba zaniepokoiło niesforną dziewczynkę, bo spojrzała niepewnie na najstarszą siostrę. Jej wahanie trwało jednak tylko przez chwilę, bo zacięła wargi i wycedziła:

— Nic z tego, ja dzisiaj nie zejdę z tego drzewa. Jak chcecie, możecie tu do mnie wejść. Tu jest bardzo fajnie i taki ładny widok. Może wejdę sobie jeszcze wyżej i będę wszystko jeszcze lepiej widzieć!

— Boże! — przestraszyła się pani Anna, widząc że Nastia zaczyna wspinać się na jeszcze wyższą gałąź. — Ona zaraz spadnie i się zabije!

— A gdzie tam! — machnęła ręką Olga. — Ona łazi po drzewach jak kot.

— Ja też — rzuciła Maria i chwyciła najbliższą gałąź.

— Ależ… — Annę zatkało i śledziła z niepokojem wspinającą się żwawo Maszę.

Anastazja z pogodnym uśmiechem śledziła wspinającą się siostrę. Ta bardzo szybko znalazła się koło niej.

— Cześć — powiedziała. — Rzeczywiście masz stąd ładny widok — rozejrzała się dookoła. — I całkiem wygodnie można tu usiąść — przysiadła w zagłębieniu konara przy samym pniu, tuż obok Anastazji.

— Jak chcecie, to możecie nas stąd zdjąć — zawołała wesoło Nastia do stojących na trawie i zadzierających głowy służących.

— Trzeba je stamtąd ściągnąć, bo będzie wstyd — rzekła Anna do Walerego niby z troską, ale uśmiechając się pod nosem. Kochała te cztery siostry, jakby były jej własnymi dziećmi. Każdą z nich znała od urodzenia.

— To nie na moje lata — stęknął Walery. — Panienki, zejdźcie — poprosił, nie mając jednak wielkich nadziei na posłuchanie. — Wiem, że dziesięć lat to bardzo głupi wiek, ale panienka powinna być już bardziej ustatkowana — spojrzał wprost na Marię.

— Dwanaście lat to też głupi wiek — wzruszyła ramionami Anna. — Nasza „Mała Para” przysporzy nam jeszcze niejednego zmartwienia.

— Dobrze, że chociaż „Wielka Para” wie już, jak się powinny zachowywać Księżne — powiedział z powagą Walery i nagle otworzył usta ze zdumienia.

W tym momencie bowiem Tatiana, młodsza siostra z „Wielkiej Pary”, rozpoczęła wspinaczkę na rodzinny dąb.

— No, nie! To już przesada! — próbował zagrzmieć, z czego dziewczęta oczywiście nic sobie nie robiły.

— Olga, chodź do nas! — zawołała Anastazja.

— Oszalałyście? — obruszyła się niespełna szesnastoletnia pierworodna cara Mikołaja.

— Chodź! — Maria przyłączyła się do zaproszenia.

Tatiana właśnie dotarła do młodszych sióstr i też zaczęła wołać Olgę.

— Właź na górę. Stąd rzeczywiście jest piękny widok! Dzisiaj będziemy pobierać nauki na wyższym poziomie!

Widać było, że Olga ma wyraźną ochotę na wspinaczkę, ale ta zachcianka walczyła w niej z poczuciem obowiązku zachowania książęcej powagi. Jednak, gdy wszystkie trzy siostry zaczęły ją przyzywać jednocześnie, chęć do psot razem z nimi wzięła górę. Minutę później wszystkie cztery tkwiły na konarach ogromnego dębu.

W tym momencie w ogrodzie pojawił się profesor Botkow z nieodłącznym monoklem. Dostojnym krokiem zbliżył się do dębu. Walery i Anna skłonili się przed nim i krótko go pozdrowili.

— Witam, witam — odkłonił się profesor, po czym spojrzał w górę. — Widzę, że Wasze Wysokości chcą dzisiaj pobierać nauki na większej wysokości — mówił to śmiertelnie poważnym tonem, ale dziewczęta nie dały się zwieść, widząc wesoły błysk w oku przykrytym monoklem, i zachichotały wesoło.

— Zapraszamy pana profesora na najwyższe stanowisko — powiedziała Anastazja z figlarnym uśmiechem.

— Od trzydziestu lat nie wspinałem się na drzewa — oznajmił profesor, — ale, dzięki regularnym ćwiczeniom, na sprawności mi nie zbywa.

I, ku zdumieniu Walerego i Anny, profesor Botkow chwycił najbliższą gałąź, podciągnął się i zaczął wspinać, może nie tak zgrabnie jak dziewczęta, ale, jak na swoje pięćdziesiąt lat, dość zręcznie.

— No, niech tylko pani matka się dowiedzą — mruknął Walery.

— Wymówiłeś w złą godzinę — Anna spojrzała w stronę pałacu.

— Może powinniśmy się dyskretnie oddalić… — szepnął Walery.

— To już nic nie da.

Caryca Aleksandra szła przez ogród dostojnym krokiem, prowadząc za rękę jedynego syna, Aleksego. Mały carewicz utykał lekko, gdyż miał zabandażowaną stopę. Od urodzenia był chory na hemofilię i rodzice cały czas drżeli o jego życie. Kilka dni temu zranił się w stopę i lekarz przez kilka godzin nie mógł zatamować krwotoku. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że zapewne wszystkie córki były nosicielkami tej choroby, co czasami objawiało się problemami z krzepliwością krwi, oczywiście nie takimi, jak u małego carewicza.

Caryca przyspieszyła kroku, wypuszczając z ręki dłoń syna.

— Co się tu dzieje? — zapytała stając pod drzewem i zadzierając głowę. — Profesorze Botkow, co pan wyrabia?

— Przerabiamy właśnie lekcję przyrody, Najjaśniejsza Pani — odparł profesor ze śmiertelną powagą.

— Dzisiaj? Ze wszystkimi naraz? Przecież Olga i Tatiana mają za pół godziny lekcje języka francuskiego, a Anastazja miała mieć z panem…

— Lekcję muzyki, tak, pani — profesor skłonił głowę. — Ale ponieważ dziewczęta namówiły mnie na zajęcie dzisiaj najwyższego stanowiska — w głosie profesora pojawiły się figlarne tony, — postanowiłem przez kilka minut pokontemplować z nimi przyrodę.

— Rozumiem, chociaż… nie, nie rozumiem. Pan, taki poważny człowiek, profesor uniwersytetu…

— Poczułem się przez chwilę młodszy o trzydzieści lat dzięki córkom Waszej Wysokości.

— Teraz rozumiem — skinęła głową caryca Aleksandra. — A która to z moich córek wpadła na ten zwariowany pomysł?

Dziewczęta zachichotały, ale nie spieszyły się z odpowiedzią. Nie miały zamiaru wydawać najmłodszej z nich. Pomimo różnych charakterów, wszystkie były bardzo zżyte ze sobą, lubiły razem robić kawały służbie i nauczycielom. W razie problemów zawsze sobie pomagały. Jedna za drugą skoczyłaby w ogień, gdyby zaszła taka potrzeba.

— Dowiem się, kto to wymyślił? — naciskała caryca.

— A któż inny, jak nie nasz kochany Szwybzyk, maleńka Nasteńka — rzekł Walery.

— No tak — chrząknęła groźnie caryca, — jak tylko skończycie tę… lekcję, macie stanąć przede mną w salonie.

— Dobrze, przyjdziemy — potulnie odrzekła Olga.

— Synu, wracasz ze mną, czy chcesz zostać w ogrodzie?

— Chcę zostać — odpowiedział mały Aleksy. — Chcę poczekać na Nasteńkę.

— Dobrze, zostań. A… może i ja zostanę na powietrzu, taka ładna dziś pogoda.

I caryca zaczęła się przechadzać wolno alejkami.

Tymczasem profesor Botkow szybko przeprowadził z dziewczętami nieplanowaną, całkowicie zaimprowizowaną lekcję przyrody, po czym przyszedł czas, że trzeba było z drzewa zejść. Łatwiej było powiedzieć, jak zrobić! W końcu, po rozdarciu spodni w dwóch miejscach, udało się to profesorowi. Z wyraźną ulgą stanął twardo na ziemi.

— No, dziewczęta, schodźcie ostrożnie, bo wasza matka czeka.

Dziewczęta zgrabnie ześlizgnęły się z drzewa. Ostatnia schodziła Anastazja i tak nieszczęśliwie oparła stopę, że ześlizgnęła się z gałęzi. Byłaby potłukła się boleśnie, ale profesor w ostatniej chwili chwycił ją w locie i zamortyzował upadek.

Mały carewicz krzyknął i podbiegł do siostry.

— Nastia, Nasteńka! Nic ci się nie stało?

Dziewczyna wstała, otrzepała sukienkę i uśmiechnęła się do brata, mówiąc:

— Nic mi nie jest.

Aleksy przytulił się do siostry.

— Ale się wystraszyłem — powiedział.

— Nic mi nie jest — powtórzyła Nastia, — a jak twoja noga? Boli cię jeszcze?

— Tak, boli.

— Daj, pomogę ci iść — dziewczynka wzięła brata pod rękę, żeby mógł odciążyć bolącą stopę.

Nastia i Aleksy szli powoli, dlatego reszta dziewcząt znalazła się przy matce znacznie wcześniej.

— Mamo, mamo, nie gniewaj się na nas!

— Nie gniewaj się na Nasteńkę!

— Ona ma jutro urodziny!

— Mamo, daruj jej!

Gdy one tak wołały jedna przez drugą, nadeszła Nastia z bratem. Caryca otworzyła usta, co spowodowało natychmiastową ciszę.

— Ponieważ wszystkie byłyście nieposłuszne i spowodowałyście dezorganizację waszych codziennych zajęć, wszystkie dzisiaj nie otrzymacie deseru po obiedzie i wszystkie dostaniecie na kolację tylko po jednej kromce chleba.

Dziewczęta pokornie spuściły głowy, ciesząc się w duchu, że kara nie była w sumie jakoś bardzo dotkliwa. Brak deseru i skromną kolację da się przeżyć, jeśli dzieli się tę karę ze wszystkimi.

— Natomiast co do ciebie… — matka zawiesiła głos, spoglądając surowo na Anastazję. — Wiecie, że nie jestem zwolenniczką bicia, wolę przemawiać wam do rozumu. Ale twoja krnąbrność nie mieści się w zwykłych ramach. Wczoraj podstawiłaś nogę zacnemu Waleremu, który przewracając się, rozbił ten wspaniały wazon w salonie, pamiątkę jeszcze po waszym pradziadku. Przedwczoraj, gdy odwiedziła nas wasza ciotka, Księżna Olga, nasypałaś soli co cukiernicy, przez co ciotka omal nie zatruła się herbatą.

Na to wspomnienie wszystkie siostry zaczęły się krztusić, zakrywając usta i usiłując powstrzymać wybuch śmiechu. Akurat w tym kawale brała udział nie tylko Nastia, ale również i Maria, a w pewnym stopniu także Tatiana, która podała cukiernicę ciotce, zdając sobie doskonale sprawę z jej zawartości.

— Pomijając fakt — ciągnęła Aleksandra tocząc groźnym spojrzeniem po czwórce prychających dziewcząt, — że ciotka Olga nie powinna słodzić herbaty sześcioma łyżeczkami cukru, to był bardzo niemądry kawał. Nie wiem wcale, czy ciotka raczy w ogóle przybyć jutro na twoje dziesiąte urodziny.

Anastazja spojrzała z niepokojem na matkę.

— Ojciec dzwonił do niej wczoraj, ale nie odebrała telefonu — ciągnęła caryca. — To oczywiście nie wszystkie twoje grzechy, za które zresztą już ponosiłaś kary. Ale widać, że nie przynoszą one oczekiwanych rezultatów. W związku z czym dzisiaj po wieczornej modlitwie zostanie ci przy wszystkich wymierzona kara pięciu uderzeń rzemieniem.

Wszystkie dziewczęta zakryły usta, tym razem z przejęcia. Anastazja aż zadrżała. Ostatnie lanie dostała chyba ze trzy lata temu. Pięć uderzeń rzemieniem — bolesna kara, ale dziewczynka pocieszała się myślą, że w carskim domu nigdy nie poniżano nikogo biciem na goły tyłek, więc części garderoby pochłoną dużą część siły uderzeń.

— Trzeba tylko wybrać wykonawcę kary.

I tu zrodził się problem, bo wezwani w tym momencie przez carycę Anna i Walery, kategorycznie odmówili wykonania kary.

— Nie podniosę ręki na carską córkę — Walery splótł ramiona na piersiach. — Niech Najjaśniejsza Pani każe mnie wyrzucić, ale ja tego nie zrobię.

— Mnie też proszę nie brać pod uwagę — dołączyła się Anna. — Gdybym miała syna, który byłby dziesięć razy bardziej krnąbrny, niż panna Anastazja, to może dostałby czasem baty…

— Och, jacy wy delikatni jesteście — zniecierpliwiła się caryca, — za miękkie serca macie. Dobrze, ojciec wymierzy jej karę.

Wszyscy ucichli na ten werdykt, gdyż nie sposób było zakwestionować prawa ojca do ukarania córki. Toteż caryca oczekiwała, że wszyscy bez szemrania rozejdą się do swoich zajęć, dlatego tym bardziej ją zdziwiło, że wszyscy dalej przed nią stoją i patrzą się w jedno miejsce. Dopiero w tym momencie dobiegł do niej szloch syna. Spojrzała w dół i zobaczyła jak Aleksy z całej siły obejmuje Anastazję. Dziewczynka pogłaskała go delikatnie i powiedziała półgłosem:

— Nie płacz, boli cię znów noga?

— Nie — chlipnął chłopiec, — ale ja nie chcę, żeby cię ktoś bił. — Obrócił zalaną łzami twarz w stronę matki. — Zbijcie mnie, ale nie ją!

— Ależ, synu, ty nic nie zrobiłeś, ale Nastia…

— Była niegrzeczna — przerwał matce Aleksy, — wiem, ale nie bijcie jej! — wypuścił siostrę z objęć, podbiegł do matki i przytulił się do niej. — Proszę, mamo! Zbijcie mnie, ale nie ją! — powtórzył swoją pierwszą prośbę.

Caryca zamrugała szybko oczami. Poczucie sprawiedliwości walczyło w niej przez chwilę z wyraźną słabością do chorego syna, którą zresztą podzielali inni, a zwłaszcza Anastazja.

— Do… ekhem — Aleksandra musiała kilkukrotnie odchrząknąć, zanim zdołała wychrypieć: — Dobrze, nie będziemy nikogo bili.

— Ktoś tu nam wypominał zbyt miękkie serca — zanucił pod nosem Walery.

— Słyszałam to — caryca powiedziała to robiąc groźną minę, ale ton jej głosu zdradzał co innego. — Wygraliście, ale jakaś kara musi być — Aleksandra zastanawiała się przez chwilę, a wszyscy nadstawili uszu. — Chyba trzeba będzie… odwołać twoje urodziny.

Wybuchła konsternacja. Wszyscy zaczęli protestować jedno przez drugie, że przecież już goście zaproszeni, że wszystko przygotowane.

— A jaki tort kucharz zrobił… — Walery chciał powiedzieć coś więcej, ale otrzymał sójkę w bok od Anny, bo to miała być tajemnica.

Anastazja podbiegła do matki, przytuliła się i zaczęła prosić:

— Mamo, nie odwołuj tych urodzin! Ja tak się cieszyłam na nie już od tygodni! Mamo! Zbijcie mnie, choćby do krwi, ale nie odwołujcie balu! Ja już nie będę, poprawię się!

I tak wszyscy zaczęli prosić carycę, że aż się zaczęła oganiać od wszystkich, jak od much.

— A dajcie wy mi wszyscy święty spokój! — zawołała w końcu. — Dobrze, dobrze, może to niepedagogiczne będzie, ale nie odwołam jutrzejszej uroczystości.

Wszystkie dziewczynki rzuciły się na matkę, a każda chciała ją jak najmocniej przytulić, aż w końcu wszyscy razem wywrócili się na trawę.

Ogród rozbrzmiał głośnym śmiechem dziewcząt, służących i samej carycy, która, już całkowicie rozbrojona, rozchichotała się, jak jej córki.


* * *


Po skromnej kolacji ojciec zaprosił córki do swojego gabinetu, stanął przed nimi i powiedział:

— Wasza matka opowiedziała mi, co wyrabiałyście dzisiaj rano, zamiast uczestniczyć w zajęciach z waszymi nauczycielami. Wiem, kto był prowodyrem tego wszystkiego, więc niech teraz ta osoba wystąpi i sama przeprosi za swoje zachowanie.

Nastia postąpiła krok naprzód i, wbijając wzrok w podłogę, cicho powiedziała:

— Przepraszam, tato, że weszłam na to drzewo, że nie chciałam iść na lekcję, że namówiłam moje siostry na to samo. Już więcej nie będę.

— Spójrz mi w oczy — rzekł ojciec, chwytając delikatnie dziewczynkę pod brodą.

Anastazja utkwiła w nim spojrzenie swoich wielkich niebieskich oczu. Mikołaj wytrzymał to spojrzenie całe dziesięć sekund.

— I jak ja się mam gniewać na swojego diabełka, na mojego kochanego chochlika — szwybzyka?

Nastia uśmiechnęła się niepewnie, a jej uśmiech zawsze rozbrajał wszystkich. Wielki monarcha nie był w tym względzie żadnym wyjątkiem.

— Mama w końcu nie ukarała ciebie specjalnie za namówienie sióstr do złamania zasad, natomiast ja… — tutaj ojciec zrobił groźną minę, — też nie mam takiego zamiaru — i uśmiechnął się. — Tym bardziej, że wasi nauczyciele wcale nie byli na was źli. Powiedzieli, że wcale się nie dziwią, że jesteście już zmęczone tym rokiem nauki i najwyższy czas na odpoczynek. Dlatego pojutrze przeegzaminują was ze wszystkiego, czego nauczyłyście się w tym roku i zaczniecie wakacje.

Dziewczęta ucieszyły się bardzo, po czym wszystkie uściskały ojca. Mikołaj usiadł na kanapie, a córki usiadły koło niego. Jak co wieczór, zaczął opowiadać im jakąś historię, będącą tym razem mieszanką rzeczywistości i fantazji. Dziewczyny uwielbiały te wieczory z ojcem, gdyż mało kto tak umiał opowiadać.

Tym razem jednak już po kilkunastu minutach rozległo się pukanie do drzwi. Zanim car zdążył zaprosić do wejścia, drzwi otworzyły się i stanęła w nich Aleksandra.

— Córeczki moje — powiedziała, — przykro mi, ale musimy porozmawiać z ojcem, więc idźcie już do swoich sypialni.

Dziewczyny jęknęły zawiedzione, ale polecenie było jasne, więc szybko ucałowały rodziców i ruszyły do swoich pokojów.

Rozdział 2 — Brat i siostra

Mieszkały po dwie: Wielka Para w pokoju Zielonym, a Mała Para w Różowym.

Maria i Anastazja szybko przebrały się w nocne koszule.

— Jak myślisz, kogo tata zaprosił na moje urodziny? — spytała Nastia kładąc się do swojego łóżka.

— Nie wiem — przyznała się Masza. — Próbowałam podsłuchać, ale za każdym razem, jak to robiłam, to właśnie mówili o czymś innym. Ja to bym chciała, żeby przyszedł ten kapitan.

— Który?

— Nie pamiętam, jak się nazywa. Ale on zawsze przychodził z synem.

— A, z Kostią?

— Właśnie.

— Ale dlaczego chcesz, żeby on przyszedł… A! Chodzi o tego Kostię! — domyśliła się Nastia. — Lubisz go?

— No… lubię… Nawet trochę… bardziej…

— Podoba ci się? — Nastia usiadła zaciekawiona.

— Może…

— Naprawdę? — nasz łobuziak wyskoczył z łóżka i przysiadł koło siostry. — A ile on ma lat?

— Nie wiem, chyba ze trzynaście.

— Ożenisz się z nim?

— Nastia! O czym ty mówisz, głupiutka?

— Skoro ci się podoba?

— Och, jak ty nic nie wiesz o tych rzeczach! — Maria poczochrała siostrę po jej bujnych włosach.

— Ty za to wiesz wszystko! — odcięła się Nastia. — Najmądrzejsza na świecie się znalazła!

— Pewnie, że nie wiem. Za małe jeszcze jesteśmy. A w ogóle to nawet z nim jeszcze nie rozmawiałam. Zawsze trzyma się na uboczu.

— Też z nim nie rozmawiałam. Ja to bym chciała, żeby przyszły Wera i Lena.

— Na pewno będą. Ciocia Nina przyjeżdża na wszystkie nasze uroczystości.

W tym momencie rozległo się bardzo delikatne pukanie. Zdziwione siostry spojrzały na siebie, po czym Masza wstała, podeszła do drzwi i lekko je uchyliła.

— A, to ty. Co ty tu robisz? — otworzyła drzwi, a do pokoju wsunął się Aleksy. — Mama wie, że tu przyszedłeś?

Chłopiec pokręcił głową, chwycił klamkę i starannie zamknął drzwi.

— Mam coś dla ciebie — zwrócił się wprost do Anastazji.

— Co takiego? — zdziwiła się dziewczynka.

Chłopiec nic nie powiedział, tylko wyciągnął przed siebie lewą rękę, którą do tej pory trzymał za plecami. Okazało się, że dzierżył w niej sporą miskę… budyniu.

— To dla mnie? — Nastia zrobiła wielkie oczy. — Mama ci dała?

— No, coś ty! Przecież zakazała ci dzisiaj jeść deser. Poszedłem do kuchni i ukradłem dla ciebie, bo pomyślałem, że jesteś głodna. Jadłaś przecież tylko kromkę chleba.

— Ja też — mruknęła Maria.

Aleksy zaczerwienił się nagle.

— Nie pomyślałem — zawstydził się. — Przyniosę zaraz dla ciebie.

— Nie chodź już — zatrzymała go Maria, — bo ktoś zobaczy i będzie awantura. Podzielimy się, miska jest duża.

— Ale jest tylko jedna łyżka — zauważyła Nastia.

— Nie szkodzi — Maria machnęła ręką. — Poczujemy się, jak ludzie z wioski. Tam jedzą jedną łyżką z jednego kotła.

Dziewczęta usiadły na łóżku Anastazji i zaczęły jeść na przemian. W pewnym momencie Nastia zauważyła, że brat przygląda im się, oblizując co jakiś czas wargi.

— Głodny jesteś? — spytała. — Jadłeś przecież i deser, i kolację…

— Nie — chłopiec pokręcił głową. — Nie zjadłem deseru, a przy kolacji wziąłem tylko kromkę chleba. To co mi mama nałożyła na talerz, wrzuciłem z powrotem do półmiska, jak nie patrzyła.

— Ale dlaczego? — Nastia zamarła wpół ruchu z łyżką nad miską.

— Bo nie chciałem być najedzony, jak ty jesteś głodna — oznajmił z prostotą.

Nastia wzruszyła się postawą swojego siedmioletniego brata. Złapała miskę z budyniem i podała mu, mówiąc:

— Zjedz, ja się już najadłam.

— Naprawdę? A ty? — Aleksy spojrzał na Marię.

— Ja też — skłamała starsza siostra.

— Na pewno?

— Jasne, jedz — Anastazja poczuła kluchę w gardle.

Dziewczyny spojrzały na siebie, a chłopiec chwycił łyżkę i szybko pochłonął budyń do końca. Gdy skończył, Nastia objęła go i powiedziała:

— Jesteś moim ukochanym bratem.

— A ty moją ukochaną siostrą.

Masza wstała gwałtownie i energicznie zaczęła poprawiać pościel na swoim łóżku, ukrywając wzruszenie. Wszystkie dziewczęta kochały swojego jedynego brata, drżały o jego zdrowie i życie, które już co najmniej dwa razy było w niebezpieczeństwie. Pomagały rodzicom, gdy objawy choroby się nasilały. Jednak najsilniejsza więź łączyła chłopca z najmłodszą z sióstr, o co pozostałe bynajmniej nie były zazdrosne. Zawsze myślał bardziej o tym, żeby jej sprawić radość, niż dogodzić swoim zachciankom. Tego, że nie dopuszczał do siebie myśli, że ktoś mógłby Anastazji zrobić jakąkolwiek krzywdę, już byliśmy świadkami. Taki przykład poświęcenia się brata dla siostry nie jest zbyt częsty.

Zresztą Nastia w pełni odwzajemniała jego uczucia.

— Mogę tu dzisiaj zostać z tobą? — spytał.

— Jeśli chcesz… — odparła Anastazja bez śladu zdziwienia, gdyż zdarzało się to nieraz. — Ale będzie ci niewygodnie, bo moje łóżko ma twardy siennik i nie mam poduszki, tylko ten wąski wałek pod głowę.

— No, to co? — wzruszył ramionami Aleksy. — Będę miał tak samo jak ty, a to dobrze.

Na to dziewczynka nic nie odpowiedziała wsunęła się pod kołdrę, kładąc się przy samej ścianie i zostawiając dla brata jak najwięcej miejsca.

— Może jednak przyniosę dla ciebie poduszkę? — zaproponowała Maria, ale chłopiec pokręcił głową. — Jak chcesz. Śpijcie już.

W tym momencie nagle otworzyły się drzwi, a Maria tak się przestraszyła, że omal nie spadła z łóżka. Do pokoju weszła Aleksandra.

— Dlaczego jeszcze słyszę rozmowy? Aleksy? A co ty tu robisz?

— Chciałem być dzisiaj z moją ukochaną siostrą — oznajmił chłopiec wprost, kładąc się obok Nastii.

— Aha — matka nie była tym zaskoczona. — Ale przyniosę ci poduszkę.

— Nie chcę — zaprotestował chłopiec, — chyba że Nasteńka też będzie miała poduszkę.

Aleksandra doskonale znała już relacje łączące najmłodsze rodzeństwo. Wyszła i po chwili wróciła z bardzo dużą poduchą.

— Zmieścicie się na niej oboje — położyła poduszkę na łóżku Nastii, spulchniając ją jeszcze. Wtem jej wzrok padł na blat szafki nocnej. — A to co takiego? — jej głos nabrał ostrych tonów, a dłoń chwyciła miskę po budyniu. — Która z was bez pozwolenia ukradła budyń? Zakazałam wam wyraźnie deseru dzisiaj!

— Ale… to nie ja — Anastazja prawie całkiem schowała się pod kołdrą.

— To ja przyniosłem dla Nasteńki — oznajmił Aleksy. — Nie chciałem, żeby była głodna. Dałem też Maszeńce, bo też była głodna.

— Synu, one mają karę — oznajmiła caryca stanowczo.

— Mamo, on też jest głodny — rzekła Maria.

— Jak to? Nie najadłeś się na kolację?

— Zjadłem tylko kromkę chleba, jak Nasteńka.

— Budyniu też nie jadł — dodała Masza.

— Dlaczego? — zdumiała się Aleksandra.

— Bo jak ona miała mieć taką karę, to ja też chciałem mieć taką samą — oznajmił chłopiec.

— Ale dlaczego? Przecież ty nie miałeś kary. Mogłeś z czystym sumieniem się najeść.

— Ale ja nie chcę mieć lepiej, kiedy ona ma gorzej — oznajmił Aleksy takim tonem, jakby to wszystko wyjaśniało.

Aleksandra spojrzała z czułością na swojego jedynego syna i pokręciła głową.

— I jak ja mam ją karać gdy coś nabroi, skoro ty mi to utrudniasz?

— To mnie też karz i będzie sprawiedliwie.

— Synu, to nie będzie sprawiedliwe, bo nie można karać kogoś, kto niczego złego nie zrobił.

— To nie karz Nasteńki, bo ona jest taka dobra — chłopiec przytulił się do siostry.

— Dobra — burknęła caryca, — jak śpi. A jak nie śpi to…

— To ja też będę rozrabiał jak Nasteńka, to będziesz mogła mnie ukarać razem z nią — chłopiec znalazł genialne w swoim mniemaniu rozwiązanie. — Ale tak samo, żeby było sprawiedliwie.

Maria schowała się pod kołdrę, żeby zagłuszyć wybuch śmiechu. Aleksandra też w końcu nie wytrzymała i parsknęła donośnym śmiechem. Na to otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Mikołaj.

— Co tu się dzieje?! — stanął zdumiony na widok roześmianej żony i Maszy parskającej śmiechem spod kołdry. Mniej zdumiał go widok syna leżącego obok Nastii. — Czy oni nie mieli już dawno spać? I co tu robi Aleksy? I ta poduszka pod głową Nastii? Zmieniamy zasady? I co? Przyniosłaś im budyń? — spojrzał na pustą miskę w ręku żony. — Nic już nie rozumiem.

— Długo by opowiadać — machnęła ręką Aleksandra, cały czas śmiejąc się. — Nasz syn wprowadził właśnie nowe reguły co do kar w naszym domu.

— Jak to?

— Zapowiedział, że będzie psocił razem z Nastią, żeby być razem z nią karany. Ale zaraz! — przypomniała sobie Aleksandra. — Przecież ty mówiłeś, że jesteś głodny! Zaraz ci coś przyniosę.

— I dla Nasteńki też — zastrzegł chłopiec, — żeby było sprawiedliwie.

Małżonkowie wyszli z pokoju i Aleksandra szybko wyjaśniła Mikołajowi całą sytuację.

— Od dawna widziałem, że Aleksego i Nastię łączy silna więź, ale że aż tak silna! — car pokręcił głową.

— On jest bardzo wrażliwy. Widać, że bardzo kocha naszego Szwybzyka i po prostu nie wyobraża sobie, żeby jemu było lepiej, niż jej.

— To zupełnie jak ja — Mikołaj nagle chwycił żonę w objęcia, — też nie wyobrażam sobie, żeby miałoby być mi lepiej, niż tobie.

— Co robisz? — syknęła Aleksandra. — Nie tutaj! Jeszcze zobaczą!

— No, to co? Nie robimy niczego złego. Przecież mogę od czasu do czasu pocałować moją ukochaną żonę — i przybliżył twarz do oblicza małżonki, składając na jej wargach gorący pocałunek.

Aleksandra rozejrzała się i zobaczyła, że drzwi obu sypialni zatrzasnęły się gwałtownie.

— Dobrze, chodźmy już. Muszę przygotować kolację dla Aleksego, bo kucharze już śpią.

— Tylko odpowiednio dużą, żeby dla trojga starczyło — powiedział Mikołaj z figlarnym uśmiechem.

Rozdział 3 — Urodziny

Dzień urodzin Anastazji zapowiadał się naprawdę wspaniale. Wszyscy z zaproszonych gości zapowiedzieli swoje przybycie, nikt się nie wymówił, nikomu nic nie wypadło w tym samym czasie. Zresztą każdy i tak poprzestawiałby wszelkie inne zajęcia, żeby tylko być w carskim pałacu na uroczystości.

Wielkie Księżne były kochane przez wielu Rosjan, a i poza granicami kraju cieszyły się wielką estymą. Szczególne zaś miejsce w sercach ludzi zajmowała właśnie Anastazja, najmłodsza córka cara Mikołaja. Zawsze roześmiana, najbardziej żywiołowa spośród czterech Księżnych, dowcipna (czasem złośliwa), lubiąca robić kawały, urodzona aktorka.

Siostry przeczuwały, że Nastia już wymyśliła jakiś kawał, chociaż nic nie dawała po sobie poznać. Na razie od rana wszystkie szykowały się na przyjęcie gości. Najpierw, jak co dzień, zimna kąpiel, potem szybkie śniadanie w ściśle rodzinnym gronie, a potem najdłuższa część przygotowań — układanie fryzur i wybór strojów.

Nastia, ogólnie mówiąc, nie przywiązywała do tej części przygotowań wielkiej wagi. Ze wszystkich dziewcząt najmniej się przejmowała swoim wyglądem. Potrafiła zjeść tabliczkę czekolady, trzymając ją bez papierka w białej rękawiczce. Wylawszy na siebie pół miski czerwonego barszczu, nie chciała się przebierać, trzeba ją było do tego zmusić. Gdy raz wszystkie razem z matką były na spacerze (w białych sukniach, dodajmy), udało się jej namówić siostry do biegania i skakania po kałużach. Aleksandra omal nie dostała palpitacji.

Wiadomo więc było, że przy gościach też zrobi jakiś numer. Tym razem jednak nikt nie zdawał sobie sprawy, że sam car Mikołaj też przygotowuje kawał specjalnie dla Anastazji.

Nadeszła naznaczona godzina i zaczęli zjawiać się zaproszeni goście. Car i caryca chcieli, żeby Nastia, jako królowa tego popołudnia, została uroczyście wprowadzona do salonu, gdy już wszyscy tam będą. Oczywiście nic z tego nie wyszło, gdyż Nastia wymknęła się służącym i niespodziewanie wbiegła do salonu, wmieszała się między gości i zaczęła się z nimi witać spontanicznie, nie dając się całować w rękę, za to całując każdego w oba policzki.

Mikołaj oczywiście zupełnie się tym nie przejął, tylko z uśmiechem patrzył na to biegające dookoła żywe srebro. Nawet Aleksandra, z początku niezadowolona, po chwili zmieniła zdanie, gdyż to zwariowane wejście najmłodszej Księżnej zupełnie zmieniło, początkowo trochę sztywną, atmosferę. Goście poczuli się swobodniej, zaczęli wesoło gwarzyć między sobą, a po chwili, zachęceni przez Nasteńkę, ruszyli do tańca. Członkowie zespołu muzycznego, który miał grać znacznie później, szybko chwycili za instrumenty i zaczęli grać walca. Olga, Tania i Masza, zadowolone z takiego stanu rzeczy, natychmiast ruszyły w tany.

Jeden tylko z gości, tajemniczy dyplomata, którego tożsamości tu nie ujawnimy, nie kwapił się aby wyjść na parkiet, pomimo zachęty ze strony samej carycy Aleksandry. On jeden był wyraźnie niezadowolony ze zmiany programu uroczystości. Zawsze bardzo oficjalny i pedantycznie dokładny, beształ swoich podwładnych za każde uchybienie. Oczywiście wobec cara nie śmiał tej kwestii podnieść, ale było to po nim widać wyraźnie. Dlatego sam car Mikołaj czyhał na okazję, żeby choć na chwilę złapać Anastazję i przedstawić jej dyplomatę osobiście.

W końcu udało się — Nastia sama podbiegła do ojca, chcąc tym razem jego wyciągnąć na parkiet.

— Poczekaj chwileczkę, skarbie — Mikołaj przytrzymał córkę za rękę. — Chciałem ci przedstawić — tu car wymienił wszystkie tytuły i nazwisko dyplomaty, — a ekscelencji przedstawiam oficjalnie moją najmłodszą córkę, Wielką Księżnę Anastazję, której woli w dniu dzisiejszym sprzeciwić się nie sposób.

Powiedział ostatnie zdanie takim specyficznym tonem, że na twarzy dyplomaty zamiast dotychczasowej wyniosłości, zawitała niepewność.

Anastazja, jako świetna aktorka, postanowiła w tym momencie zachować śmiertelną powagę, dygnęła niezwykle zgrabnie i powiedziała:

— Jest mi niezwykle przyjemnie poznać pana, ekscelencjo.

Dyplomata odkłonił się ceremonialnie, a na jego twarz wróciła duma i powaga.

— A teraz proszę mi podać ramię, gdyż pragnę z panem zatańczyć — dodała Nastia, na co jej matka wciągnęła gwałtownie powietrze, dyplomata ścisnął wargi, aż mu pobielały, a car uśmiechnął się tajemniczo.

Po chwili wahania dyplomata podał ramię Nastii i dał się wciągnąć w wir zabawy.

— Nie będzie z tego jakiegoś skandalu? — spytała Aleksandra półgłosem, uśmiechając się do gości.

— Nic z tych rzeczy, chyba że on sam zachowa się nieodpowiednio, w co wątpię. Myślę nawet, że Nasteńka ułatwi mi rokowania z tym panem.

— Nie mów, że wykorzystałeś nasze dziecko do swoich gier politycznych.

— Nigdy w życiu. Po prostu miałem nadzieję, że nasza córka ożywi trochę tę kukłę woskową.

Caryca przez chwilę śledziła wzrokiem swoją najmłodszą córkę.

— Wiesz, że chyba jej się udało. Ona mówi do niego bez przerwy, a on rzuca jakieś słowa i nawet się uśmiechnął raz czy dwa.

— No i widzisz? Nasza Nastia rozweseli każdego. Przełamie każde lody. Nawet trup, gdyby mu pozwolili, wstałby na chwilę z grobu, żeby z nią pohasać

— Żeby tylko nie popsuła wszystkiego jakimś głupim wyskokiem, jak rok temu.

— Kochanie, znasz naszą córkę. Wszyscy znają ją i jej temperament. Myślę, że wszyscy, nawet podświadomie, czekają na jakiś jej kawał.

Na kawał wszyscy musieli poczekać jeszcze dobrą godzinę. Dopiero gdy wszyscy zasiedli do uczty, Nastia odegrała zaplanowane przez siebie przedstawienie.

— Aaa! — zapiszczała przeraźliwie. — Tu jest mysz, o, tu! Pod stołem!

W tym momencie zawtórował jej Aleksy.

— Widzę ją! Tam ucieka! — i oboje zaczęli biec wzdłuż stołu, pokazując co chwila wyimaginowaną mysz coraz to pod innym krzesłem.

Zrobiło się zamieszanie, damy zrywały się z siedzeń, młodsze panny z przeraźliwym piskiem wdrapywały się na krzesła. Któraś z dziewcząt zachwiała się na krześle i omal nie wywróciła na podłogę. Na szczęście jeden z mężczyzn złapał ją w ostatniej chwili, ratując przed bolesnym upadkiem. Inna z dam, krzycząc przeraźliwie „Złapcie tę mysz! Dajcie tu kota!”, wdrapała się aż na stół.

Po chwili kilka innych osób też krzyknęło, że widzą tę mysz. W końcu Aleksy dobiegł do dużych oszklonych drzwi, prowadzących do ogrodu, i otworzył je gwałtownie, a Nastia dobiegła tam po chwili, machając rękami, jakby wyganiała mysz na zewnątrz. Po chwili obróciła się twarzą do gości, odgarnęła bujne włosy i zawołała:

— No, uciekła! — i aż otworzyła oczy ze zdumienia, po czym roześmiała się głośno, tak komiczny był to widok.

Eleganckie damy i ich córki stały na krzesłach, dwie, przy pomocy panów, schodziły właśnie ze stołu, inni mężczyźni uspokajali damy.

— Już uciekła, proszę się nie obawiać.

— Och, jak ja się boję myszy!

— To było straszne!

— Ale to tylko niegroźna mała myszka.

Do Anastazji podbiegła Olga.

— Przyznaj się, że z tą myszą to lipa — powiedziała półgębkiem.

— Jasne, że tak — szepnęła Nastia. — A co? Wydasz mnie?

— Zwariowałaś? To była świetna zabawa!

— Ale komicznie wyglądały te wszystkie księżne, hrabiny i baronowe, stojące na krzesłach — śmiała się Masza, która też właśnie podbiegła do sióstr.

— Fajna zabawa — rzucił krótko Aleksy, podszedłszy do Nastii ze zbolałą miną.

— Co się stało? Boli cię znów noga? — zmartwiła się Nasteńka.

— Uhum — mruknął chłopiec, zaciskając wargi i próbując się uśmiechać.

Tatiana podeszła do rodzeństwa.

— Może niech Aleksy pójdzie się położyć? — zaproponowała.

— Ale ja nie chcę wychodzić — zaprotestował chłopiec.

— To chociaż odpocznij sobie tutaj — Tania wzięła chłopca na ręce i zaniosła go na rzeźbioną otomanę.

Spiesznym krokiem zbliżyli się rodzice.

— Synu, źle się czujesz? — spytała zaniepokojona Aleksandra.

— Trochę mnie boli noga.

— Dlaczego kazałaś mu biegać? — Aleksandra zwróciła się z pretensją do Anastazji.

— Ja mu nie kazałam — Nastia wyraziła święte oburzenie.

— Ona mi nic nie mówiła — przyszedł jej w sukurs Aleksy. — Sam się dołączyłem do kawału. Ukażesz mnie razem z nią? — spytał błagalnie.

— A za co?! — zdziwiła się Aleksandra, zanim Mikołaj zdążył się wtrącić. — Kawał był całkiem zabawny. Przynajmniej nie poprzybijaliście księżnym sukien gwoździkami do podłogi, jak w zeszłym roku.

Cała rodzina gruchnęła śmiechem.

— Ale to było zabawne, jak ciocia Olga wstała — prychała Tania.

— A suknia została — dodała Maria, wzbudzając kolejny chóralny wybuch śmiechu.

Powoli sytuacja się unormowała, goście wrócili na swoje miejsca, służba uporządkowała stół. Uczta trwała w najlepsze, gdy jeden ze służących zapowiedział, że zaraz zostanie przyniesione danie specjalnie przyrządzone dla Anastazji. Po chwili pojawił się sam kucharz Alojzy, niosąc nakrytą srebrną tacę. Podszedł do Nastii, wymieniając ukradkiem spojrzenie z carem Mikołajem.

— Coś specjalnie dla panienki — oznajmił.

Nastia chwyciła pokrywę, podniosła ją do góry i zobaczyła… ogromnego pająka, który nagle skoczył w jej stronę! Anastazja wrzasnęła przeraźliwie i machnęła rękami tak mocno, że taca z „daniem” wyleciała w powietrze i upadła z głośnym brzękiem kilka metrów dalej. Dziewczynka uciekła aż pod ścianę i skryła się za otomaną, na której odpoczywał jej brat.

— Co się stało? — zaniepokoił się Aleksy.

— T… tam był pająk, taki ogromny pająk! — wyjąkała drżącym głosem.

Nagle dotarło do niej, że nikt nie krzyczy na widok pająka, który leżał nieopodal, tylko wszyscy zaczynają się głośno śmiać. Nastia wyszła ostrożnie zza leżanki i rzuciła okiem na pająka leżącego dwa metry dalej. No, tak! Teraz widziała, że nie był prawdziwy. Dziewczynka popatrzyła po gościach, roześmianych do łez, i sama też w końcu zaczęła się śmiać. Podbiegła do kucharza.

— Ale mi zrobiłeś kawał, Alojzy! — zawołała z lekką nutką pretensji w głosie. — Ja się strasznie boję pająków!

— To nie ja wymyśliłem — oświadczył kucharz.

— A kto?

— Twój ojciec, oczywiście.

Nastia natychmiast podbiegła do ojca.

— Tato, jak mogłeś mi to zrobić? Przecież wiesz, jak się boję pająków.

— To był honorowy rewanż za wszystkie twoje dotychczasowe kawały — uśmiechnął się Mikołaj.

Dziewczynka spojrzała na ojca, na pająka, znów na ojca, znów na pająka.

— Ale żeście mnie nabrali — burknęła, po czym nagle się ożywiła: — Mogę go sobie wziąć? — w jej oku pojawił się figlarny błysk.

— Oczywiście, przecież jest dla ciebie.

Nastia podeszła do „pająka”, podniosła go zaczęła dokładnie oglądać.

— Ciekawe kto w najbliższym czasie będzie krzyczał na widok wielkiego groźnego pająka — szepnęła Aleksandra.

— Może jeszcze dziś w nocy obudzi nas okrzyk przerażonej służącej? — odparł pogodnie car.

— Której?

— A skąd mam wiedzieć? Nigdy nie odgadniesz zamiarów Nasteńki.

— To prawda — westchnęła caryca.

Dalszy ciąg uroczystości przebiegł już bez incydentów. Wieczorem zapowiedziano krótką część artystyczną — Maria miała wykonać, specjalnie dla Nastii, dwa utwory na fortepianie. Zapadła cisza, a Masza zasiadła przy instrumencie i zaczęła grać bardzo żywy utwór, a jej palce tylko śmigały po klawiaturze. Nastia kilka razy słyszała fragmenty tego utworu, gdy jej siostra ćwiczyła, lub miała lekcję z profesorem. Wiedziała, że była to sonata Mozarta i po raz pierwszy usłyszała ją w całości.

Natomiast drugi utwór był zupełnie inny. Maria, pomimo bardzo młodego wieku, potrafiła swoją muzyką zaczarować słuchaczy. Tak było i tym razem. Nawet Nastia, która nie przepadała za spokojną muzyką, gdyż ta ją nudziła, tym razem dała się ponieść. Przymknęła oczy i wyobraziła sobie spacer nocą, przy świetle księżyca, nad brzegiem jeziora.

Gdy muzyka się skończyła i goście nagrodzili artystkę gromkimi brawami, Anastazja była zawiedziona, że to już koniec. Poderwała się z krzesła, podbiegła do siostry i objęła ją mocno.

— Podobało ci się?

— Bardzo. Co to było?

— Nokturn Chopina.

— Zagrasz coś jeszcze?

— Jeszcze ci mało?

— Pewnie! Ten Chopin był bardzo piękny!

— No, dobrze — i zawołała głośno: — Specjalnie na prośbę Nasteńki zagram jeszcze jeden utwór.

Usiadła i natychmiast zaczęła grać bardzo skocznego walczyka. Nastia od razu zaczęła pląsać wokół fortepianu, wzbudzając ogólną wesołość. W pewnym momencie dziewczynka zbliżyła się do siedzących gości i złapała za rękę jednego z mężczyzn, który był najbliżej. Ten natychmiast ochoczo poderwał się z miejsca i ruszył w tany z Anastazją, a ona dopiero po chwili spojrzała, kogo właściwie wyrwała do tańca. Zdziwiła się, gdyż nie był to żaden dostojny książę, czy inny oficer. Był to chłopak, na oko starszy od Nastii może o trzy lata. Minę miał taką, jakby taniec z Anastazją był spełnieniem jego najskrytszych marzeń.

— Jak masz na imię? — zagadnęła chłopaka Nastia.

— Konstanty — odparł cicho.

— Przyszedłeś niedawno? Jakoś nie widziałam cię wcześniej.

— Byłem od początku, ale mój ojciec powiedział, że mam się trzymać z daleka od Wielkich Księżnych.

— Dlaczego? Bardzo dobrze tańczysz.

— Nie chodzi o taniec.

— A o co?

— Jesteśmy nisko urodzeni — przyznał chłopak ze wstydem.

— Urodziłeś się w piwnicy? — nie zrozumiała Nastia.

Chłopak zaśmiał się z cicha, ale szybko się opanował i wyjaśnił:

— Chodzi o to, że ty, pani, jesteś córką naszego władcy, a ja synem zwykłego wojskowego. Nie jestem księciem, królewiczem, czy innym hrabią. Jestem właściwie nikim… — rozejrzał się dookoła, a wokół nich tańczyło już z dziesięć par.

— Jak to nikim? Nie rozumiem. Każdy jest kimś. Poza tym, skoro mój ojciec cię zaprosił, to chyba musi was lubić.

— Może i tak. Zawsze nas zaprasza.

— Byliście u nas już wcześniej?

— Tak.

— Zaraz, zaraz… — Anastazja nagle skojarzyła — ty masz na imię… Kostia!

— No, tak. Już mówiłem…

— To o tobie Maszka mi mówiła! No, tak! Kostia, który zawsze z ojcem przychodzi, ale zawsze trzyma się na uboczu!

— Księżna Maria o mnie mówiła? — spłoszył się chłopak.

— Tak, na pewno o tobie. A nie chciałbyś z nią porozmawiać?

— Eee… nie. Za każdym razem, jak tu byłem, chciałem porozmawiać z panią.

— Z którą? — Nastia zaczęła się rozglądać.

— Nie, nie! — żywo zaprzeczył Kostia. — Z panią — skłonił głowę przed Nastią.

— Mówisz o mnie? — zdziwiła się. — Nikt tak do mnie nie mówi.

— A jak mam mówić?

— Mów mi Nastia albo Nasteńka, jak wolisz.

Chłopaka aż zatkało.

— Ale… jak ja mogę… mówić po imieniu do Waszej Cesarskiej Wysokości? — wyjąkał.

— Jako Wielka Księżna — uśmiechnęła się Nastia — rozkazuję ci mówić do mnie Nastia albo Nasteńka, do wyboru. I nigdy nie mówić do mnie „pani”, ani „Cesarska Wysokość”.

— Dobrze, Nastio — Kostia zaczerwienił się jak burak.

— To mówisz, że chciałeś ze mną porozmawiać? Dlaczego?

— Bo… no, ja… tak jakoś… — Kostia zaczął się plątać.

— Podobam ci się? — Nastia spytała wprost, świdrując chłopaka przenikliwym spojrzeniem swoich niebieskich oczu.

Kostia zaczerwienił się jeszcze bardziej i nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Lekko tylko skinął głową.

— Ojej! To fajnie! Jeszcze nikt mi tego nie powiedział! To znaczy, ty też nie powiedziałeś — zaśmiała się. — Ale kiwnąłeś głową, to wystarczy. O czym będziemy rozmawiać?

— O czym pani… to jest, przepraszam, o czym ty tylko chcesz, Nasteńko — nie musiał teraz wymieniać jej imienia, ale skwapliwie skorzystał z rozkazu dziewczyny i sprawiło mu to wielką radość.

— Jak ci się podoba granie mojej siostry?

— Bardzo. Chciałem się też kiedyś uczyć gry na fortepianie, ale mojego ojca nigdy nie było na to stać.

— Mógłbyś przychodzić do nas — zaproponowała Nastia w prostocie ducha. — Jak poproszę nauczyciela Maszki, to na pewno się zgodzi ciebie pouczyć.

— Ale… ja nie mam tyle pieniędzy!

— Nie szkodzi. Mój tata zapłaci panu profesorowi.

— Naprawdę myślisz, że wielki car imperium rosyjskiego zechce zapłacić za lekcje fortepianu za takiego chłystka, jak ja?

— Jeśli ja go poproszę? Na pewno. I nie nazywaj się tak brzydko, proszę.

Maria skończyła walca i wstała od fortepianu, dygając wdzięcznie, gdyż wszyscy zaczęli klaskać. W tym momencie spostrzegła Anastazję, trzymającą się pod rękę… z Kostią! Z chłopcem, który wpadł jej w oko już chyba pół roku temu! Już chciała podejść do nich i wygarnąć siostrze, ale w tym momencie spojrzała na jej roześmianą twarz i rozanielone oblicze chłopaka.

„Widocznie to ona mu się spodobała. Trudno, nie będę psuła radości siostrze.”

Tymczasem Nastia zaczęła się przechadzać z Kostią pod rękę, rozmawiając z nim o wszystkim, o czym się dało. Może bardziej to przypominało monolog, bo chłopak rzadko dochodził do głosu, ale i tak czuł się szczęśliwy. W pewnym momencie jednak zbliżył się do nich jego ojciec.

— Przepraszam Waszą Wysokość — skłonił się nisko, — ale na nas już czas. Synu, pożegnaj Księżną i wracajmy do domu.

— Usilnie proszę pana, kapitanie — powiedziała Anastazja, — o pozostanie jeszcze przez pół godziny i pozwolenie mi na kontynuowanie rozmowy z Kostią.

— Nie śmiem oponować — kapitan skłonił się jeszcze niżej, niż przedtem.

W tym momencie kapitan spostrzegł, że sam car przywołuje go gestem. W te pędy podbiegł do władcy i zaczął go przepraszać:

— Niech Wasza Cesarska Mość wybaczy, że mój syn zawraca głowę Wielkiej Księżnej Anastazji. Wprawdzie próbowałem go zabrać, ale Księżna…

— O czym pan mówi, kapitanie? — zdziwił się Mikołaj. — Zresztą nieważne. Kochanie, to jest właśnie kapitan Fiodor Fiodorowicz, bohater, który uratował mi życie, gdy znalazłem się w bardzo złej sytuacji.

— Bardzo mi przyjemnie — Aleksandra podała kapitanowi dłoń, którą on ucałował nabożnie. — Chciałabym też poznać nareszcie pańskiego syna, który zawsze panu towarzyszy.

— Właśnie, jak już mówiłem…

— O, już tu idzie! — przerwał Mikołaj, widząc zdążającą do nich Anastazję wraz z Kostią.

Widać było, że chłopak był bardzo skonsternowany, gdy stanął przed obliczem monarchy.

— To jest właśnie dzielny syn naszego zacnego kapitana — przedstawił chłopaka car. — O ile pamiętam, na imię ci Konstanty? — Mikołaj zwrócił się wprost do Kostii.

— Tak — wychrypiał przejęty młodzieniec.

— Tato — Nastia włączyła się do rozmowy, — chciałam cię prosić o jedną małą przysługę.

— Tak? — westchnął monarcha.

— Kostia bardzo chciałby uczyć się gry na fortepianie, ale mówi, że nie ma na to pieniędzy. Czy profesor Maszy nie mógłby mu udzielić od czasu do czasu lekcji?

Mikołaj nie spodziewał się akurat czegoś takiego i zawahał się przez chwilę.

— Synu, to niestosowne prosić o coś takiego… — zaczął kapitan, ale car wzniósł rękę, na co mężczyzna zamilkł natychmiast.

— Myślę, że trzeba spytać nauczyciela, czy będzie miał dla naszego gościa dodatkową godzinę. Ale raczej nie powinno być problemu.

— Ależ… Wasza Wysokość… nie mamy na to pieniędzy… — kapitan był wyraźnie przerażony.

— Proszę przyjąć tę drobną przysługę jako wyraz mojej wdzięczności za pańską ofiarność i uratowanie mi życia — rzekł Mikołaj.

— Ale to zbyt wielki zaszczyt…

— Niech pan nie przesadza, kapitanie — uśmiechnął się car, — będzie nam bardzo miło gościć pana i pańskiego syna w dniu i godzinie ustalonych lekcji. Terminy uzgodnię z nauczycielem Marii i wyślę list z powiadomieniem o nich. A poza tym muszę koniecznie załatwić też drugą sprawę. To skandaliczne, że taki bohater i mój dobroczyńca, jest ciągle zwykłym kapitanem. Jutro z samego rana wyślę do dowództwa list z poleceniem awansowania pana.

— Jestem niewymownie wdzięczny, Wasza Wysokość — kapitan niemal dotknął czołem podłogi.

— I chyba trzeba będzie panu przyznać jakiś tytuł szlachecki, żebyś pan przestał tak szlifować swoimi włosami mój parkiet — zażartował Mikołaj.

Kapitan chciał chyba coś powiedzieć, ale zupełnie go zatkało. Mikołaj rozejrzał się po salonie i dostrzegł Tatianę. Ta akurat spojrzała w jego stronę, więc przyzwał ją gestem.

— Tanuszka, zaopiekuj się panem kapitanem, możesz mu pokazać nasze rodzinne pamiątki. W końcu zasłużył, jako mój dobroczyńca.

— Zechce pan podać mi ramię? — spytała Tatiana.

— Oczywiście — odparł oszołomiony kapitan.

Nastia pociągnęła Kostię.

— Chodź, ja pokażę ci coś ciekawszego niż te pamiątki.

Poprowadziła go na piętro, do bawialni, a tam do kąta po prawej stronie, gdzie stała makieta jakiejś okolicy. Ale najistotniejszym elementem tej makiety była sieć maleńkich torów.

— Nasz wuj z Niemiec co jakiś czas przysyła nam takie cuda — pokazała kilka lokomotyw i wagonów. — Ma udziały w jakiejś firmie Märklin, która podobno już od pięćdziesięciu lat robi takie zabawki.

— Ale to… cudo — zachwycił się Kostia. — Nigdy czegoś takiego nie widziałem!

Obchodził makietę dookoła i przyglądał się wszystkim szczegółom.

— Wszystko to zbudował mój ojciec z Aleksym, moim bratem. Ale mi pozwalają tylko patrzeć, jak to jeździ.

— Jeździ? To znaczy… trzeba ręką…

— Nie, wystarczy to — Anastazja otworzyła małą pokrywę z boku makiety. Ukrytych było tam kilka przełączników i pokręteł.

Przestawiła jeden z przełączników i ruszyła pokrętłem. W tym momencie jeden z pociągów zaczął się toczyć po torach i przemierzać makietę. Kostia aż odskoczył zdziwiony.

— Jakim cudem to samo jeździ? Przecież ten parowóz nie ma kotła i paleniska, dym też nie leci…

— To jeździ na elektryczność — wyjaśniła Nastia. — Tata mówił, że tam jest taki silnik, jak w tramwaju, tylko mniejszy.

— U nas w domu nie ma elektryczności.

— Nie trzeba mieć elektryczności w domu, żeby tym jeździć. Wystarczy mieć akula… akatu… nie pamiętam, jak to się nazywa. Taką skrzynkę z prądem.

— I to wszystko zbudował car Mikołaj?

— Trochę. Mój brat dużo tutaj zrobił. Kilka domków on postawił i ten most jest jego konstrukcji. Każdy z nas musi różne rzeczy robić.

— Ty, Nasteńko, też takie coś budujesz?

— Ja? Nie! — zaśmiała się Anastazja. — Tego nie umiem. Ja na przykład haftuję i maluję. Potem te rzeczy sprzedajemy na kiermaszach charytatywnych.

— A mogę zobaczyć coś, co ty zrobiłaś, Nastia?

— Och! To nic takiego! Nie mam takiego talentu, jak nasza ciocia. Ona to maluje prześliczne akwarele!

— Ale chciałbym zobaczyć coś, co ty, Nasteńka, zrobiłaś.

— Podoba ci się moje imię? — dziewczyna spytała nagle.

— Bardzo — przyznał się Kostia, czerwieniąc się przy tym okropnie.

— Pytam, bo tak je często wymieniasz…

— A to źle? Mam nie mówić?

— Nie! Właśnie… bardzo to miłe. Mów tak dalej.

— Dobrze, Nasteńko. To pokażesz mi swoje dzieła?

— Jak bardzo chcesz, to chodźmy. Są w innym pokoju.


* * *


Obie siostry znalazły się w swojej sypialni dobrze po północy, gdyż bal trwał bardzo długo. Goście byli zresztą zachwyceni wspaniałą atmosferą i twierdzili, że dawno nie bawili się tak dobrze.

— Jak mogłaś? — rzuciła Masza. — To ja ci w tajemnicy powiedziałam o Kostii, a ty mi go następnego dnia zabierasz!

— Ale ja przecież nie wiedziałam, że to on.

— No, ale potem już wiedziałaś!

— Tak. I nawet go spytałam, czy nie woli porozmawiać z tobą.

— I co on na to?

— Powiedział, że od dawna chciał porozmawiać ze mną. I jeszcze powiedział… — Nastia zamilkła i zaczerwieniła się.

— Co powiedział?

— Właściwie to nie powiedział, tylko głową przytaknął.

— Ale co przytaknął?

— No, bo ja go spytałam w końcu, czy… mu się podobam. A on wtedy przytaknął.

— A! — zamyśliła się Maria. — Czyli i tak nic by mi nie wyszło — westchnęła, — bo on już ciebie sobie upatrzył.

— Nie gniewasz się? — Nastia spojrzała błagalnie na siostrę.

Masza popatrzyła jej w oczy, po czym uśmiechnęła się i powiedziała:

— Za co mam się gniewać? Przecież ja się z nim jeszcze nie poznałam, a on woli ciebie, więc nie ma o czym mówić. A tobie się podoba? — spytała zaciekawiona.

— Bardzo — przyznała się Nastia, znów się czerwieniąc. — Dobrze mi się z nim rozmawiało. I podobały mu się moje malunki.

— Naprawdę? — Maria powiedziała to z niedowierzaniem.

— Tak. Przecież nie są takie złe. Najbardziej mu się spodobały kwiaty.

— Kwiaty najlepiej ci wychodzą — przyznała Masza.

W tej chwili otworzyły się drzwi i weszła caryca.

— Właśnie się kładziemy — Nastia wskoczyła do łóżka i nakryła się kołdrą.

— To dobrze, bo już jest bardzo późno. Ale chciałam chwilę z wami porozmawiać. Myślałam, że ta rozmowa najpierw odbędzie się z Maszeńką, a z tobą — Aleksandra spojrzała na Nastię — za jakiś czas, może za rok, czy dwa. Ale sama to przyspieszyłaś.

— Ja? Znowu coś złego zrobiłam? — Nastia wystawiła oczy spod kołdry.

— Nie, nie! — zaśmiała się caryca. — Każdy w końcu wchodzi w ten nowy dla niego świat. Chodzi o tego chłopca, Konstantego, z którym się dzisiaj zapoznałaś.

— A co z nim?

— Z nim nic. Chodzi o ciebie. Skoro już zaczęłaś znajomość z chłopcem, który wyraźnie ci się spodobał…

Nastia nakryła się tak, że już tylko jedno oko łypało na matkę.

— Mi też — westchnęła cicho Masza.

— Dlatego dobrze, że też będziesz przy tej rozmowie. Ale chyba się o niego nie będziecie kłócić?

— Nie — zaprzeczyła Maria. — Jemu się podoba Nasteńka, nie ja. Przecież nie będę robić przykrości własnej siostrze.

— I bardzo dobrze. W takim razie jesteście gotowe na przyjęcie odrobiny potrzebnej wiedzy o relacjach między nami, kobietami, a mężczyznami.

I zaczęła się dość długa pogadanka uświadamiająca, w której szczegóły wnikać nie będziemy.

Rozdział 4 — Bliska śmierci

Minęły dwa lata, podczas których wiele się działo. Anastazja i jej siostry urosły, spoważniały… A gdzie tam! Może Olga, bo zbliżały się jej osiemnaste urodziny. Niektórzy też uważali Tatianę za najsolidniejszą i najbardziej dojrzałą. Była ona najbardziej religijna spośród rodzeństwa, w czym bardzo przypominała matkę.

Anastazja nadal lubiła robić przeróżne kawały, bywała też złośliwa i miała niewyparzony język. Jej cięte riposty nieraz przejmowały do żywego ich adresatów. Natomiast, gdy padał wyraźny rozkaz ze strony rodziców, Nastia słuchała ich bez szemrania i wykonywała wszystkie polecenia. Gorzej było natomiast ze słuchaniem poleceń nauczycieli. Anastazja zawsze potrafiła swoją niesubordynacją zarazić wszystkie siostry i brata, na co nauczyciele nieraz się skarżyli.

Jej znajomość z Konstantym rozwijała się powoli, niewiele mieli zresztą czasu, który mogli spędzać razem. Zwykle było to około pół godziny w dniach, gdy Kostia przychodził na lekcje fortepianu.

Chłopak sporo urósł, zmężniał bardzo jak na swoje piętnaście lat. Podobał się wielu dziewczętom, ale on ignorował wszystkie, będąc wiernym Nasteńce. Niektóre z dziewcząt nie mogły przeboleć, że on nie zwraca na nie uwagi, dlatego później dokuczały mu mówiąc:

— A co taka Wielka Księżna widzi w takim chłystku z rynsztoka?!

Były zazdrosne nie tylko o jego znajomość z księżną, ale też o to, że on, tak nisko urodzony, bywa sobie regularnie na dworze cara, a one, „o tyle lepsze” od niego, nigdy tego zaszczytu nie dostąpiły!

Ojciec Kostii był już pułkownikiem, więc powodziło im się całkiem dobrze. Na kilka dni przed dwunastymi urodzinami Nastii, trafiła się młodym okazja na dłuższe spotkanie. Chłopiec przybył na lekcję fortepianu, nie wiedząc jednak, że nauczyciel był chory i nie przyjechał nauczać Marii i jego. Ojciec Kostii miał po niego wstąpić dopiero po dwóch godzinach, więc Nastia bardzo się z tego ucieszyła.

Udali się we dwoje na spacer po najdalszych zakątkach ogrodu. Oczywiście nie byli sami, kilka metrów za nimi szedł Walery. Nastia pokazała chłopakowi kilka rzadkich gatunków roślin, hodowanych w ogrodzie. Kostia nie za bardzo interesował się florą, ale za to zauważył kilka motyli, a motyle były jego pasją. Dzięki awansowi ojca mógł pójść do porządnej szkoły i chłonął wiedzę, jak gąbka.

Nastia lubiła motyle, ale nie miała zbyt wielkiej wiedzy na ich temat, dlatego z zapartym tchem słuchała Kostii, opowiadającego mnóstwo szczegółów o każdym z okazów.

W pewnym momencie zauważył, że dziewczyna coraz bardziej utyka, krzywiąc się jednocześnie, jakby ją coś bolało.

— Coś ci się stało? Boli cię noga? Uderzyłaś się?

— E, głupstwo! — próbowała bagatelizować Anastazja. — Nic wielkiego.

Spacerowali więc dalej, ale już po chwili Nastia zachwiała się i Kostia złapał ją, ratując przed upadkiem.

— Może jednak usiądziemy — zaproponował chłopak, wskazując pobliską ławeczkę.

Tym razem Nastia już nie próbowała udawać, że nic jej nie jest. Kostia pomógł jej usiąść i przysiadł koło niej.

— Boli cię lewa noga?

— Tak — jęknęła Nastia.

— W kolanie?

— Nie, stopa. Au! Co robisz?

A chłopak prędko przyklęknął przy nodze dziewczyny, chwycił jej trzewik i delikatnie go zdjął.

— Lepiej? — spytał z uśmiechem.

— Tak, lepiej. Ale nie patrz — Anastazja wyraźnie się zawstydziła.

— Na co? Na twój duży palec? Moja ciotka też taki ma. Nie wiedziałem, że chorujesz na haluksy. Nie musisz się tego wstydzić przede mną. Często cię to boli?

— Tylko czasami. Ale te buty są już trochę za ciasne.

— Rośniesz. Jesteś coraz większa, to i noga rośnie. Tylko buty nie chcą rosnąć.

Nastia uśmiechnęła się.

— No i jesteś coraz piękniejsza — dodał chłopak.

Dziewczyna zaczerwieniła się gwałtownie, bo nie spodziewała się komplementu. Kostia rzadko je prawił, więc za każdym razem robiło to na niej duże wrażenie.

— Masz takie delikatne, anielskie rysy — powiedział to półgłosem, patrząc Nastii w oczy, którymi ona zaraz uciekła w bok.

Konstanty usiadł obok dziewczyny, przez chwilę pomilczał, po czym oznajmił:

— Postanowiłem, że zaciągnę się do marynarki.

Nastia gwałtownie obróciła się w jego stronę.

— Do marynarki? Teraz?

— Nie, nie teraz! — zaśmiał się. — Jestem jeszcze za młody. Piętnastolatków nie przyjmują, ale…

— Ale co?

— Ale można się zaciągnąć na statek i popracować na przykład w kuchni. Pracuje się kilka godzin dziennie, a potem można poprzyglądać się pracy marynarzy, pomagać trochę.

— A długie takie rejsy?

— To zależy dokąd. Czasem tydzień, czasem dwa albo i miesiąc.

— Ale kiedy ty chcesz zacząć pracować? — w głosie Nastii zabrzmiał niepokój.

— Zaczynam za półtora tygodnia.

— A jak długi to będzie rejs?

— Teraz to krótki, cztery dni. Potem w lipcu będzie dłuższy, całe dwa tygodnie.

— To się będziemy teraz rzadziej widywać?

— A właśnie, że nie! W lipcu spędzimy dużo czasu razem!

— Jakim cudem?

— Płyniecie przecież do Finlandii.

— Tak? Nic o tym nie wiem — zdziwiła się Nastia.

— A! Przepraszam, to chyba miała być niespodzianka. Nie mów, że ci powiedziałem.

— Dobrze. Ale co to zmienia?

— Płyniecie „Gwiazdą Polarną”.

— Często nią pływamy albo „Standardem”.

— Właśnie. Będę pracował na „Gwieździe Polarnej”.

— Naprawdę? — ucieszyła się Anastazja. — To cudownie!

— Oczywiście nie będę mógł się widywać z tobą całymi dniami, ale na pewno jakąś godzinę codziennie, może nawet więcej. Ale będę się starał nie wchodzić w drogę twojej matce, bo ona chyba niezbyt mnie lubi.

— Przesadzasz. Najważniejsze, że ojciec cię lubi.

— Z tego na pewno się cieszę. No, może już pójdziemy dalej? Przestała cię boleć ta noga?

— Trochę, ale jeszcze nie całkiem.

— To ci pomogę. Nie zakładaj buta, tylko wesprzyj się na mnie i pójdziemy powoli.

Ruszyli. Kostia obejmował Anastazję ramieniem, żeby ją podtrzymać. Dziewczynie szybciej biło serce z powodu takiej bliskości z chłopcem, którego bardzo lubiła. Z tego powodu pozwoliła sobie nawet na małe oszustwo. Ból nogi prawie przeszedł, ale ona zasyczała, że bardzo ją boli. I wtedy Kostia, nie namyślając się długo, chwycił dziewczynę drugą ręką pod kolana i zaczął ją nieść.

Na ten widok podbiegł Walery.

— Czy coś się stało, Nasteńko? — spytał zaniepokojony.

— Bardzo mnie boli mój haluks — jęknęła dziewczyna.

— Czy mam powiadomić twoją matkę?

— Jakbyś był tak dobry — poprosiła. — A tymczasem Kostia powoli zaniesie mnie do pałacu.

Walery pobiegł truchcikiem w stronę domu, a Kostia spojrzał Nastii w oczy.

— Czy mogę cię ucałować w policzek? — spytał szeptem.

Nie spodziewała się tego, więc bardzo nerwowo pokiwała głową potakująco. Chłopak przybliżył głowę i cmoknął dziewczynę w lewy policzek. Obojgu serca biły bardzo szybko.

— Jeszcze drugi — zachrypiała Nastia drżącym z emocji głosem, nastawiając drugi policzek.

W momencie, gdy wargi chłopaka miały dotknąć jej prawego policzka, dziewczyna z jakiegoś powodu przekręciła głowę, więc Kostia trafił prosto w jej usta. Aż mu się gorąco zrobiło, a ona zaczerwieniła się jak burak.

— Przepraszam cię bardzo — chłopakowi zrobiło się głupio.

— Za co? Przecież to było cudowne — szepnęła.

— Dla mnie też. Ale twoja matka właśnie wyszła przed dom, więc nie ośmielę się pocałować cię dzisiaj więcej razy.


* * *


Nadszedł zapowiedziany przez Konstantego wyjazd do Finlandii. Anastazja dotrzymała słowa i nikomu nic nie pisnęła nawet o wyjeździe, znakomicie udając zaskoczenie, gdy ojciec wszystkich o wycieczce powiadomił.

Bardzo z tego wyjazdu ucieszyła się Aleksandra, która nigdy nie była zbyt dobrze widziana na rosyjskim dworze. Jako córka Wielkiego Księcia Hesji, a wnuczka angielskiej królowej Wiktorii, traktowana była z rezerwą od samego ślubu z Mikołajem. Krążyło o niej mnóstwo plotek, w większości zmyślonych, tudzież pełno niesprawiedliwych pomówień. Oskarżano ją o sprzyjanie obcym mocarstwom, zwłaszcza Niemcom. Dlatego caryca niechętnie pokazywała się publicznie, w większości odmawiała udziału w przyjęciach, sama rzadko je organizowała. Cały czas poświęcała na wychowywanie dzieci, a najwięcej uwagi poświęcała choremu Aleksemu.

Wyjazd na dalekie rubieże Rosji, gdzie postrzegano carycę raczej neutralnie, był dla niej chwilą oddechu od nieprzyjaznych spojrzeń w stolicy.

Sytuacja czterech córek i jedynego syna carskiej pary też nie była do pozazdroszczenia. Z powodu coraz częstszych, wrogich wobec monarchii wystąpień, dzieci Mikołaja i Aleksandry siłą rzeczy trzymane były w dość silnej izolacji. Nie miały zbyt wielu znajomych wśród rówieśników, chociaż były wyjątki, jak chociażby Konstanty, czy dzieci innych członków rodziny w kraju i za granicą.

W Finlandii dzieci też nie mogłyby swobodnie zwiedzać sobie wszystkiego, chociaż zaplanowano kilka wycieczek, zawsze pod strażą.

Na pokładzie „Gwiazdy Polarnej” też nie brakowało atrakcji. Od potańcówek, które najbardziej cieszyły Anastazję, poprzez przeróżne konkursy, teatrzyk pokładowy, czy jazdę na wrotkach po pokładzie.

Kostia rzeczywiście pracował jako pomocnik w kuchni, a nawet udało mu się wkręcić w grupę kelnerów. Dzięki temu kilka razy miał szczęście obsługiwać stolik carskiej rodziny, przy której to czynności zasłużył sobie nawet na pochwałę samej carycy, gdyż nie tylko nienagannie wywiązywał się ze swoich obowiązków, ale (uprzedzony przez Anastazję) zwracał się do niej po angielsku, w którym to języku caryca najczęściej rozmawiała z dziećmi.

Nadal jednak matka Nastii niezbyt chętnym okiem patrzyła na zacieśniający się związek najmłodszej córki z Kostią. Przede wszystkim uważała Nasteńkę za zbyt młodą na poważne związki, a poza tym wolałaby ją w przyszłości wydać za któregoś z książąt europejskich. Pomimo wszystko jednak uważała, że ostatnie zdanie należy do samej zainteresowanej. Pamiętała własną historię, gdy zarówno matka Mikołaja, jak również jej rodzina nie chciały się zgodzić na ich małżeństwo, w końcu jednak uznali ich wolę za decydującą. Przecież to już nie ta epoka, kiedy kojarzono małżeństwa na siłę, mając na myśli wyłącznie dobro kraju, nie przejmując się miłością, czy jej brakiem wśród małżonków.

Kostia nie miał zamiaru ani narażać się carycy, jak również postępować zbyt szybko w zacieśnianiu więzi z Nastią. Spotykał się z nią codziennie po południu, gdy już miał czas wolny, korzystał z każdej okazji, żeby z nią zatańczyć, gdy organizowano mały bal na pokładzie, a także pomagał jej nauczyć się jazdy na wrotkach.

— Patrz, nauczyłem się już kilku węzłów marynarskich — pokazywał dziewczynie, jak sprawnie wiązał liny okrętowe.

Pokazywał jej też, co do czego na statku służy. A ona oczywiście musiała wszędzie włazić. To skończyło się zresztą bardzo poważnym wypadkiem, chociaż nie można było w tej konkretnej sytuacji niczego zarzucić ani Kostii, ani Nastii.

Chłopak tłumaczył jej właśnie dokładne działanie łodzi ratunkowej.

— I wtedy, jak już wszyscy wsiądą, kręci się tą korbą i opuszcza łódź na wodę. Trzeba uważać, żeby nie zrobić tego zbyt gwałtownie — mówił.

Nastia oczywiście musiała wejść na łódź, co zresztą zasadniczo niczym nie groziło. Łódź była zabezpieczona, obok stało jeszcze dwóch marynarzy i jej siostra Tatiana. Ba! Sam car stał nieopodal i z uśmiechem patrzył na swojego Szwybzyka, wdrapującego się na szalupę.

Dziewczyna nie była zresztą idiotką. Miała już trochę rozsądku i nie miała zamiaru dokazywać, wisząc w wątłej łódce kilkanaście metrów nad lustrem wody. Weszła po prostu do szalupy i usiadła sobie na ławeczce. Tatiana, która trzymała aparat już szykowała się do zrobienia siostrze zdjęcia, gdy nagle rozległ się złowróżbny trzask, a łódź zachwiała się lekko. Nastia przestraszyła się odrobinę, a marynarze przyskoczyli do łodzi i zaczęli sprawdzać liny i ich blokady. Na pierwszy rzut oka nie było nic widać.

— Doradzam jednak, żeby panienka wysiadła z łodzi na wszelki wypadek — polecił jeden z marynarzy.

Anastazja skinęła głową i wstała z ławki. Kostia przyskoczył, żeby podać jej rękę, gdy nagle rozległ się znacznie głośniejszy trzask i nagle przód łodzi gwałtownie poszedł w dół. Nastia krzyknęła przeraźliwie i usiłowała się złapać jednej z ławek. Byłoby się jej może udało, ale lina, która wyrwała się z mocowań, uderzyła ją i zmiotła z szalupy. Dziewczyna poleciała prosto do wody.

— Maszyny stop! — wrzasnął marynarz. — Bo ją wciągnie śruba!

Wszyscy na pokładzie zaczęli krzyczeć, żeby zatrzymano maszyny. Tymczasem wszyscy rzucili się do burty, próbując rozeznać się w sytuacji.

Nastia, tuż koło burty statku, machała rozpaczliwie rękami, w panice usiłując się utrzymać na powierzchni. Statek, pozbawiony napędu, zaczął zwalniać, a fala zaczęła oddalać tonącą od statku. Z pokładu rzucono kilka kół ratunkowych, ale nieszczęśliwie wszystkie upadły zbyt daleko od dziewczyny, która zresztą nic nie widziała zalewanymi przez wodę oczyma. Kilku marynarzy wskoczyło do sąsiedniej szalupy i zaczęli szybko opuszczać ją na wodę. Nastia jednak co chwilę znikała pod wodą i wszyscy obawiali się, że dzielni marynarze po prostu nie zdążą jej uratować.

— Trzeba tam wskoczyć! — krzyknął car Mikołaj i natychmiast zaczął ściągać mundur, żeby ciężka tkanina nie przeszkadzała mu w pływaniu.

Ubiegł go jednak Kostia, ubrany tylko w koszulę i lekkie spodnie. Bez namysłu wdrapał się na burtę i wyskoczył. Z głośnym pluskiem wpadł do wody i zaczął szybko płynąć do Nasteńki, modląc się tylko o to, żeby nie było za późno. Gdy do niej dotarł, chwycił ją szybko, utrzymując jej twarz nad wodą. Dziewczyna nie reagowała, musiała być nieprzytomna. Chłopak rozejrzał się rozpaczliwie i zobaczył, że marynarze dopiero opuścili szalupę i mocowali się z zakleszczonym zaczepem, żeby ją uwolnić. Kostia obejrzał się w drugą stronę i zobaczył, że do brzegu było bardzo blisko. Zaczął holować Nastię, prosząc Boga o pomoc w jej uratowaniu.

W końcu poczuł grunt pod nogami i wyciągnął dziewczynę na brzeg. Położył ją na wznak i natychmiast stwierdził z rozpaczą, że nie oddycha. Przyłożył ucho do jej piersi, ale nie wiedział, czy słyszy bicie jej serca, czy swojego. Złapał ją za nadgarstek i ku swojej wielkiej uldze, wyczuł nierówny, ale wyraźny puls.

— Boże, pozwól mi ją uratować! — zawołał i zabrał się do udzielania pierwszej pomocy, czego szczęśliwie niedawno się nauczył.

Rozwarł jej szczęki, nabrał dużo powietrza i rozpoczął sztuczne oddychanie znaną od dawna metodą usta-usta, ignorując zalecenia, poddawane zresztą przez wielu w wątpliwość, aby najpierw wypchnąć z płuc wodę.

Tymczasem do brzegu dobiła szalupa z marynarzami. Widzieli, że chłopak daje sobie radę, więc postanowili mu nie przeszkadzać. A on wytrwale wdmuchiwał Nastii powietrze do płuc. Wreszcie po piętnastym chyba razie, dziewczyna drgnęła i zaczęła się krztusić. Wtedy obrócił ją na bok, a gdy już trochę doszła do siebie, pomógł jej usiąść. W tym momencie z pokładu „Gwiazdy Polarnej” dotarły do nich wiwaty i okrzyki radości. Marynarze zgromadzeni na brzegu również nie kryli radości, gratulowali Kostii i poklepywali go po ramionach.

— Co się stało? — spytała Nastia słabym głosem.

— Ten dzielny chłopak uratował panienkę — oznajmił wesoło jeden z marynarzy. — Chciała nam się panienka utopić i pogrążyć naszą ojczyznę w żałobie.

— Ale on wskoczył do wody, wyciągnął cię na brzeg — dodał drugi — i zrobił sztuczne oddychanie metodą usta-usta — mrugnął okiem i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Ona dopiero teraz oprzytomniała na tyle, żeby zorientować się, że siedzi na kolanach Kostii i w jego objęciach, że ocieka wodą i znajduje się nie na pokładzie statku, lecz na kamienistym brzegu. Zwróciła spojrzenie na Kostię i zobaczyła uśmiech na jego twarzy. Popatrzyła na jego mokre, oblepiające twarz włosy, na ociekającą wodą koszulę.

— Naprawdę skoczyłeś za mną do wody?

— A co miałem robić? Koła ratunkowe były za daleko, ty szłaś na dno, marynarze by nie zdążyli dopłynąć. Przecież nie mogłem pozwolić ci umrzeć.

Dziewczyna przycisnęła twarz do piersi Kostii. W tej chwili do brzegu dobiła druga łódź, z której wyskoczył car z carycą i wszystkie siostry Nastii. Był tam również kapitan i jeszcze kilku marynarzy, którzy okryli mokrą parę kocami.

— Chwała Bogu, jesteście cali! — wołała Aleksandra, podbiegając do Anastazji i jej wybawiciela. — Chłopcze, jesteś bohaterem!

— Zabierzcie ich zaraz na statek — polecił Mikołaj, — trzeba ich wysuszyć i przebrać, żeby się nie pochorowali.

— Boże Święty! — Aleksandra złapała Mikołaja za ramię. — Zobacz jej stopy!

— No, widzę. Jednego buta zgubiła. Oj!

— Blisko było — pokręcił głową kapitan. — Chłopcze, dokonałeś wielkiego czynu. Uratowałeś carską córkę, gdy była o cal od śmierci. Jak ktoś w obliczu śmierci zgubi jeden but, to znaczy, że była ona bardzo blisko. Jeśli dwa, już po nim.

Marynarze pomogli obojgu wstać, ale, o ile Kostia nie ucierpiał, to Nastia była zbyt słaba, żeby się utrzymać na nogach. Car wziął ją na ręce i powiedział:

— Wsiadajmy do łodzi. Teraz ja poniosę Nasteńkę.

Caryca zawahała się na moment, ale podeszła do Konstantego, objęła go i przytuliła mocno.

— Dziękuję ci chłopcze za uratowanie jej życia. Nigdy nie zdołam wyrazić mojej wdzięczności. Wsiadaj do łodzi i idź do swojej kajuty, wysusz się i przebierz. A jakbyś czegoś potrzebował, nie wahaj się nas poprosić.

— Nie mam swojej kajuty…

— To dostaniesz. Panie kapitanie, na pewno są jakieś wolne?

— Oczywiście, wasza wysokość. Wszystkie sąsiadujące z kabinami Waszych Wysokości.

— To proszę najbliższą przygotować dla tego bohaterskiego młodzieńca.

Rozdział 5 — Boże narodzenie

Nastawienie carycy do Konstantego zmieniło się diametralnie. Ślady niechęci zniknęły całkowicie. Od chwili gdy uratował Anastazję od śmierci, traktowała go bardzo życzliwie. Był zawsze mile widziany w pałacu, do tego stopnia nawet, że niejednokrotnie pozwolono mu zostać tam na noc, a jedna z sypialni pozostawała do jego wyłącznej dyspozycji.

Gdy caryca poznała smutne dzieciństwo chłopca (stracił matkę krótko po urodzeniu), postanowiła bardziej się nim zaopiekować, zwłaszcza w czasie, gdy jego ojciec, będący już pułkownikiem, bywał po kilka dni poza domem. Wtedy praktycznie cały czas Kostia mieszkał w pałacu.

Oczywiście Aleksandra pilnowała, żeby on i Nasteńka nie przekraczali pewnych reguł. Gdy przebywali razem, zawsze chodził za nimi Walery i pilnował ich zachowania. Tyle że nie miał na co narzekać. Kostia był bardzo dobrze wychowany, powściągliwy, i nie pozwalał sobie na nic zdrożnego. Natomiast na coś takiego, jak delikatny całus, Walery zawsze przymykał oko, uśmiechając się z czułością.

Zbliżało się Boże Narodzenie. Rodzina cara zawsze spędzała je w ścisłym rodzinnym gronie, czasem tylko rozszerzonym o któreś z rodzeństwa cesarskiej pary. Tym razem nikogo z zewnątrz nie miało być w tym szczególnym czasie.

Kostia poznał już dość dobrze zwyczaje panujące w carskim domu. Dowiedział się, że rodzina nie wybiera się nigdzie i będzie święta spędzać w Carskim Siole wyłącznie we własnym gronie. Przygotował się więc na kilkudniową rozłąkę ze swoją (nie śmiał nigdy o Nastii powiedzieć: miłością) najlepszą przyjaciółką, gdy caryca oznajmiła mu na osiem dni przed świętami, że został zaproszony razem z ojcem do Carskiego Sioła na tygodniowe świętowanie narodzenia Syna Bożego. Chłopak nie posiadał się z radości.

— Mam tylko nadzieję, że mój ojciec wydobrzeje do tego czasu — Kostia skłonił się przed carycą.

— A cóż się ojcu stało? — spytała Aleksandra z troską.

— Lekarz stwierdził, że złapał grypę.

— Ojojoj, to poważne — zmartwiła się. — Dobrego macie lekarza?

— Z polecenia Jego Wysokości, pana Dymitra Wołkowa.

— A, to dobrze. To dobry lekarz.

Na pięć dni przed świętami Kostia podczas wieczornej wizyty u Nastii zwierzył jej się:

— Martwię się o tatę. Stan jest bardzo ciężki, a lekarz nie może dać sobie rady z jego grypą. Podejrzewa nawet zapalenie płuc.

— Ojej — Nasteńkę aż serce bolało, gdy widziała zmartwienie chłopaka. — Ale jest pod dobrą opieką. Doktor Wołkow nieraz mnie leczył i zawsze szybko zdrowiałam. Na pewno wszystko będzie dobrze.

I rzeczywiście. Już następnego dnia rano stan chorego wyraźnie się poprawił. Podczas wieczornej wizyty uradowany Kostia zakomunikował to Anastazji.

— Nie wiem, czy tata będzie już na tyle zdrowy, żeby przyjąć zaproszenie na całotygodniowy pobyt tutaj. Ale jeśli nie będzie czuł się na siłach…

— To zostaniesz z nim przez cały czas? — domyśliła się dziewczyna.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 51.12