E-book
16.38
drukowana A5
28.8
Narzucone przeznaczenie

Bezpłatny fragment - Narzucone przeznaczenie

Legenda Białego Smoka Księga 1


Objętość:
167 str.
ISBN:
978-83-8155-153-3
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 28.8

„Bogowie — legenda narodzin”

Podobno na początku istniał tylko Bóg — był istotą idealną, która potrafiła uczynić wszystko co tylko zapragnie. A jego pragnienia były ogromne — chciał stworzyć miejsce, po którym będzie mógł chodzić, gdzie narodzą się istoty podobne, lecz nie tak doskonałe jak on. Potrzebował kogoś chronić — trzymać pieczę nad kimś innym niż on sam.

W ten sposób powstało Życie.

Ci, którzy zostali stworzeni jako pierwsi, narodzili się wypełnieni marzeniami i pragnieniami Boga — każde z nich chciało jednak dla siebie czegoś innego, tworząc tym samym na świecie indywidualność. Ich osobiste marzenia dopełniły, a nawet przewyższyły wizję ich Ojca, tworząc więcej miejsc, więcej światów, na których rodziły się kolejne istnienia.

W ten sposób narodziło się wszystko co znane i nie znane.

Pierwsi z narodzonych odziedziczyli po Ojcu nie tylko marzenia — jak się okazało Najwyższy Bóg przekazał im także cząstkę swoich mocy oraz nieśmiertelność, w związku z czym otrzymali ważne zadanie: musieli dbać o światy, które stworzyli. Jednak Ojciec pragnął jeszcze jednej rzeczy — chciał stworzyć wyjątkowe miejsce, gdzie najsilniejsi potomkowie nie obdarzeni darem nieśmiertelności, mogli żyć w spokoju i odradzać się tyle razy, ile tylko zapragną. By móc urzeczywistnić to pragnienie, Bóg potrzebował wsparcia — wezwał dwójkę swoich najpotężniejszych dzieci i poprosił ich o pomoc.

Biały Smok — nazywany także Giga Smokiem lub Bogiem Smokiem — był pierwszym z narodzonych i zarazem najbardziej „innym” spośród nieśmiertelnych. Jego istnienie utrzymywało w światach magię — każde z dzieci Ojca miało w sobie jakąś moc, cnotę, czy umiejętność panowania, lecz magia należała do najpotężniejszej z nich. Miała w sobie zawarte kwintesencje wszystkich cnót, mocy i umiejętności, co czyniło ją najbardziej wszechstronną i najbardziej niebezpieczną ze wszystkich.

Moc, której Ojciec potrzebował od Giga Smoka, to umiejętność przemieszczania dusz z jednego ciała do drugiego — teraz nazywało się to reinkarnacją, lecz kiedyś był to po prostu proces umożliwiający odrodzenie się ze wspomnieniami z wcześniejszego życia, dzięki czemu człowiek mógł żyć w nieskończoność. Wspomnienia te jednak w pewnej chwili zaczęły zanikać wraz z każdym mijanym odrodzeniem — im więcej razy ktoś przenosił duszę do nowego ciała, tym więcej zanikało początkowych wspomnień, które po prostu ginęły w odmętach czasu.

Drugą istotą poproszoną o pomoc była Pani Koszmarów — nazywana tak była przez swoich braci i siostry, którzy w pewnej chwili zapomnieli jej prawdziwe imię. Ludzie określali ją jednak jeszcze dosadniejszymi słowami, rozpoznawalnymi i budzącymi trwogę w każdym ze światów — nazywano ją Panią Śmierci, gdyż jej zadaniem było odbierać życie i prowadzić dusze tam, gdzie miały się znaleźć.

Oba przydomki budziły strach zarówno wśród śmiertelnych istot, jak i nieśmiertelnych Bogów, gdyż Pani Koszmarów potrafiła odbierać życie nie tylko ludziom — na wyraźne życzenie Ojca nie raz zabijała braci i siostry, którzy zbłądzili, pozwalając duszy oszaleć, stając się ich Koszmarem — Katem, przed którym nie można uciec.

Zarówno Biały Smok, jak i Pani Śmierci z radością zgodzili się pomóc swemu Ojcu i tak — łącząc swoje siły — trójka Bogów stworzyła Fantazję. Kraina ta miała być urzeczywistnieniem najpiękniejszych marzeń, w których wszyscy żyliby w spokoju, jednak jak to w przypadku marzeń, rzeczywistość okazała się całkiem inna.

Dowiedziawszy się o powstaniu nowego świata, pozostali Bogowie stali się zazdrośni o to, że Ojciec poprosił tylko dwójkę z nich do urzeczywistnienia tak ważnej dla siebie wizji. W ten sposób pojawiła się zawiść i następujące po nim uczucia zdrady, złości i w końcu nienawiści.

Pokazały się uczucia, które miały nie istnieć, zamknięte tylko w ciele samego Ojca.

Bogowie, opanowani przez nowe emocje, postanowili zniszczyć jego wizję, wykorzystując do tego coś, czego wcześniej nie rozumieli, jednak nowo odkryte uczucia objawiły im prawdę o tym aż zbyt łatwo.

W zniszczeniu idealnego świata Ojca pomógł im Biały Smok, którego „inność” okazała się zgubna nie tylko dla niego, ale i wszystkiego dookoła.

Wpędzony w intrygi rodzeństwa, po raz pierwszy zaczął odczuwać wstyd z powodu własnej inności, aż w pewnym momencie — w jego osłabionym przez knowania umyśle — narodził się Chaos, ukazując jego prawdziwą, najpotężniejszą moc, którą jako jedyny odziedziczył po swym Ojcu — moc Tworzenia.

Z jego umysłu przybyło na świat dwadzieścia istot — dwadzieścia nieśmiertelnych Smoków takich jak on, które dzierżyły w swoich szponach najważniejsze cnoty, emocje i moce potrafiące ujarzmić najważniejsze siły natury, do tej pory uważane za najważniejsze w każdym ze światów.

Jak się okazało, z każdym ze Smoków łączyła go niewidzialna nić — nie byli jego dziećmi, lecz odrębnymi bytami, które „zabrały” z niego kwintesencje pojedynczych mocy, odciążając go w ten sposób, lecz nadal będąc z nim związanym. Dzięki temu Giga Smok nie stracił swoich mocy, mogąc czerpać je od swych towarzyszy, tak jak oni czerpali z niego, kiedy było to potrzebne.

Jednak poza nimi narodził się ktoś jeszcze — ktoś, kogo samo istnienie było równie silne jak całe dobro na świecie. Była to wspomniana „inność” Białego Smoka — emocja w pełni odziedziczona po Ojcu, który wcale nie miał zamiaru obarczać swoich dzieci ową spuścizną, lecz każde z nich dostało ją choć w małym stopniu.

Tymczasem Giga Smok otrzymał samą jej kwintesencję, czyniąc z Ojca wcielenie dobra… a istotę, która się z niej narodziła wcielenie zła.

Ludzkość w każdym ze światów nazwała tę istotę Szatanem.

Narodziny nowych Bogów przyniosły Giga Smokowi zarówno chwałę, jak i przekleństwo. Chwałę, gdyż każdy ze Smoków dzierżył prawdziwą, nieskażoną kwintesencję konkretnej emocji, cnoty, czy mocy panowania — samo to świadczyło o potędze, z którą dotąd żył Biały Smok.

Teraz — gdy uczucia te były rozdzielone — istniała pewność, że żadna z nich nie zniknie ze świata.

Tymczasem przekleństwem było to, że Tworzyciel okazał się także rodzicielem kwintesencji czegoś całkiem przeciwnego — kwintesencji Zła.

Szatan bardzo szybko zaczął działać, opanowując serca ludzi w Fantazji — Biały Smok nie potrafił tego znieść i poprosił o pomoc jedyną istotę, która mogła cokolwiek zaradzić na to, co się działo. Poprosił swą siostrę, Panią Śmierci, by go zgładziła, jednak ta wyjaśniła mu, że skoro Szatan jest kwintesencją całego zła, a Ojciec całego dobra, nie jest wstanie tego zrobić. Jednak istniało jedno wyjście — rozwiązanie, o którym nie pomyśleli.

Skoro Szatan narodził się z Giga Smoka… znaczyło to, że jeśli to On odda życie, nić zostanie urwana i Biały Smok — jako jego tworzyciel — zabierze go ze sobą.

— Nie możesz tego zrobić — panikowały pozostałe Smoki, lecz on wyznał:

— Nie mogę dalej na to pozwalać. On niszczy wszystko, zabija dla zabawy… Proszę cię, siostro…

Pani Koszmarów, walcząc z własnymi wyrzutami sumienia i rozpaczą dookoła, w końcu się zgodziła — zabiła Szatana, tracąc równocześnie Giga Smoka, który był jedyną osobą, którą szczerze kochała.

Kiedy dokonała egzekucji Smoki wpadły w rozpacz. Udały się do Ojca z wieściami, prosząc go, by pozwolił ich przywódcy się odrodzić. Bóg zgodził się, lecz miał jeden warunek — by zachować równowagę, musieli oddać swoją nieśmiertelność i obecne życie. Dzięki temu zarówno Giga Smok, jak i oni także, mogli odrodzić się ponownie bez grzechu, którym było narodzenie się Szatana. Ich wcielenia mają jednak strzec i zachować swoją miłość — chronić każdego, kto odziedziczy duszę ich przywódcy i pomagać jej choćby za cenę własnego życia.

Niestety jednej rzeczy nikt nie przewidział. Kilka tysięcy lat później — w czasach względnego spokoju — kiedy ponownie odrodził się Giga Smok wraz ze swoimi towarzyszami, odrodził się jeszcze ktoś. Ktoś, o kim nigdy nie zapomniano.

Szatan — nadal pamiętający to, jak go potraktowano — znów zaczął dążyć do splugawienia i opanowania świata pewny, że tym razem nikt go nie powstrzyma…


W tym miejscu rozpoczyna się nasza historia. Historia dziewczyny noszącej znamiona swojej mocy na ramionach, walcząca z demonami żyjącymi nie tylko w duszach innych, lecz i we własnym umyśle i krwi.

Los jednak nie jest przesądzony ani dla niej, ani dla reszty Smoków, które również zostały naznaczone przez przeznaczenie, poszukując tej, dla której się odrodziły.

Jednak czy będą w stanie uratować nie tylko ludzkość, ale i samych siebie?

Rozdział 1

Kapłanka Białego Smoka


Wydawać by się mogło, że modląca się Kapłanka to nic niezwykłego, jednak istniał w tym pewien szkopuł: Co jeśli ona tego nie lubiła?

Prawie siedemnastoletnia dziewczyna, posiadająca status głównej Kapłanki Białego Smoka… nie był to mały wyczyn, jednak prawda była taka, że owa dziewczyna nigdy nie pragnęła zostać Kapłanką, a tym bardziej siedzieć godzinami na twardej podłodze i się modlić. Zdecydowanie bardziej wolałaby teraz skupić się na swoich nadchodzących urodzinach, gdyż według miary „nieludzi” do których należała, za tydzień miała stać się dorosła w oczach wszystkich.

Pytanie więc brzmiało: Dlaczego ledwo to sobie przypomniawszy czuła się taka rozdrażniona?

„Bo nie wiem do końca, jak mam siebie określać” — odpowiedziała sobie sama, gniewnie marszcząc brwi. Klęczała akurat w świątyni, próbując skupić się na modlitwie. — „Nie mogę bezpośrednio powiedzieć, że jestem Smokiem — nikt mi nie uwierzy tylko patrząc na mnie” — świadomość tego zdenerwowała ją już nie wiadomo który raz z kolei. — „Gdyby nie fakt, że mam znak Zmiennego, wszyscy braliby mnie za… za co właściwie? Jestem cholernym dziwolągiem” — podsumowała samą siebie. — „Czemu po prostu nie mogłam urodzić się normalna?”.

Tok jej myśli przerwał dźwięk kroków, a po chwili jedwabisty głos, który jak dobrze wiedziała, mógł tak samo sprawiać przyjemność, jak i chłostać:

— Znowu rozmyślasz o czymś innym niż powinnaś.

„O nie! Przecież to Mistrz Nyon!” — pomyślała w popłochu i otworzyła dotąd zamknięte zielono-brązowe oczy. Nadal nieświadomie marszcząc brwi, spojrzała na niego przepraszająco i pomyślała mimowolnie: — „Jeśli Bogowie wzywają tylko takich mężczyzn by im służyli, to ja nigdy się z tego nie wypiszę”.

Mistrz Nyon był — mówiąc krótko — prawdziwym „ciachem”. Miał prawie sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, czarne, aksamitne włosy sięgające do ramion oraz oczy niczym bezksiężycowe niebo. Był — nie tylko według niej, ale i wszystkich kobiet w mieście — ucieleśnieniem kobiecej fantazji. Ba, nie tylko kobiecej — nawet małe dziewczynki garnęły się do niego niczym pszczoły do miodu.

Mistrz schylił się i postawił przed nią niedużą klepsydrę.

— Możesz odejść, gdy klepsydra się przesypie — powiedział i spojrzał na nią nieprzeniknionym, ciemnym wzrokiem. — Zgoda?

— Zgoda — przystała od razu, a jej głos zabrzmiał przy tym lekko piskliwie.

Nie mogła nic na to poradzić — był teraz zdecydowanie za blisko, do tego zawsze, kiedy tylko widziała jego oczy z takiej odległości, odczuwała bardzo przyjemne, choć nie do końca pożądane ciepło.

Nigdy nie mogła się nadziwić, jak on to robi, że jednym spojrzeniem odbiera jej dech — dotąd żaden mężczyzna nie potrafił na niej wywrzeć takiego wrażenia, a Mistrz Nyon robił to bez zbędnego wysiłku. Przez to wszystko — w połączeniu z jego wyglądem — jej myśli błądziły, wyobrażając sobie rzeczy, o których nie powinna myśleć grzeczna dziewczyna, a tym bardziej Kapłanka. Na szczęście jednak jej Kapłaństwo nie wyglądało do końca tak, jak powinno — spowodowały to okoliczności.

Przede wszystkim należało pamiętać, że nie stała się nią z własnej woli — tak naprawdę w ogóle nie czuła powołania. W szczególności przez to, kim była i czym była istota, do której składała modły. Jej moc wymagała jednak dużego opanowania, dlatego Mistrz poradził jej, by spróbowała tej drogi, skoro i tak — jak jej tłumaczył — przez to, kim była, Kapłaństwo i większość jego ślubów jej w ogóle nie dotyczyło.

„I chwała Bogom” — pomyślała teraz, poprawiając trochę ułożenie ciała na zimnej, twardej podłodze. — „Ze mnie nigdy nie będzie grzeczna dziewczyna”.

Zerknęła na swego Mistrza i pomyślała po raz milionowy, że jest naprawdę niesamowitym mężczyzną. Trudno patrząc na niego nie mieć zbereźnych myśli, szczególnie że był tym, kim był — Demonem i tym samym jego także — w podobnym stopniu co ją — nie obowiązywała część ślubów Kapłańskich. Na szczęście jednak nie odbierało to większości możliwości, które ofiarowały Świątynie swoim Kapłanom i mógł bez przeszkód stać się Najwyższym Kapłanem Białego Smoka.

Samo należenie do hierarchii Świątyń otwierało wiele drzwi, jednak większość osób do nich należąca czuła prawdziwe powołanie lub pragnęła diametralnej zmiany w swoim życiu. Istniała tam jednak jedna ważna reguła — po przystąpieniu do Świątyń człowieka obowiązywał celibat i zakaz zakładania rodziny. Dotyczyło to większości osób, lecz istniało kilka wyjątków.

Jednym z nich były Demony, które były ziemskimi strażnikami ludzi, tak jak Anioły były ich strażnikami w Niebie. Ci, co wytrwają jako Kapłani, na końcu swej drogi zostają Aniołami, otrzymując tym samym swoje miejsce i wiele przywilejów. Jak więc można się domyśleć Demony — już będąc takiego rodzaju strażnikiem — są zwolnieni z niektórych obowiązków i nie dotyczą ich śluby związane ze staniem się Aniołem.

Innym przykładem były właśnie takie wybryki jak ona…

Wracając jednak do rzeczy, nie istniały żadne przeszkody, by zostali parą. No, może poza jednym — Mistrz Nyon w ogóle nie patrzył na nią jak na kobietę. Bardziej jak na młodszą siostrę… o ile w ogóle była dla niego dziewczyną.

Wiedziała, że nie jest idealna, lecz co z tego, że miała kobiece ciało, skoro jej twarz przypominała twarz smarkuli? To pytanie skutecznie wprawiło ją w paskudny nastrój, więc zamknęła oczy i powróciła do modlitwy.

Kiedy w końcu to zrobiła, jej mistrz klęknął obok niej, również pogrążając się w swoich myślach… a przynajmniej tak to wyglądało, gdyż w rzeczywistości przyglądał się jej z ukosa spod przymkniętych powiek.

Klęcząca obok niego kobieta była długowłosą i długonogą blondynką, jednak nikt nie śmiałby nazwać jej głupią — szczególnie gdy przechodziło do poważnych rozmów, w których bardzo dobrze się odnajdywała. Jej oczy przywodziły na myśl korę i liście drzew — kolory lasu skrytego w cieniu. Na ramionach — zwykle zakrytych przez ubrania — znajdowały się dwa tatuaże powstałe przy narodzinach: na prawym widniał biały smok, a na lewym — czarny. Było to potwierdzenie tego, że była reinkarnacją Zmiennego Smoka — co więcej reinkarnacją samego Boga Smoka, który był jednym ze stworzycieli ich świata.

Nyon nie potrafił jednak nie pomyśleć o jeszcze jednym: o tym, jak krucho wygląda jego uczennica w porównaniu do mocy, którą posiadała. Całe szczęście, że — poza niewiarygodnymi pokładami mocy — miała także bardzo silny charakter oraz ciało, które tylko z pozoru wydawało się nieadekwatne do jej umiejętności, gdyż w rzeczywistości była silna i niezwykle szybka — człowiek tylko mógł się zastanawiać, skąd tyle potrafi, widząc ją w akcji.

Tymczasem ta dość niepozorna istota władała nad swoją mocą perfekcyjnie, co było tylko częścią jej zalet. Ba, słowo „niepozorna” w ogóle nie oddawało tego, jaka była — a Lina była naprawdę miła dla męskich oczu. To świadomość jej mocy kazała myśleć o niej jak o „niepozornej”, albowiem tylko patrząc na nią człowiek nie widział prawdy.

Prawdy, że jej moc była nieskończona.

Wracając jednak do jej aparycji, miała bardzo ciepły odcień skóry — typowo ludzki, czyli ani za jasny, ani nie za ciemny. Idealnym określeniem tutaj było słowo: Naturalny, jednakże w tym miejscu raczej kończyły się typowo ludzkie aspekty jej urody, gdyż pierwsze co rzucało się w oczy to jej spiczaste — typowo Elfie uszy i ludzkie oczy, otoczone czarnymi cieniami, które mówiły o jej przynależności do Zmiennych.

Były to istoty tak różne od siebie, jak to było tylko możliwe — osoby, których magia pozwalała zmieniać się w inną istotę, najczęściej zwierzę. Ich jedyną wspólną, naprawdę rozpoznawalną cechą były właśnie cienie otaczające oczy, które obejmowały górną i dolną powiekę oraz skórę trochę pod brwiami.

Co do włosów, to na pierwszy rzut oka wyglądały normalnie — jednak w momencie, gdy padało na nie słońce, od razu wychodziła ich wyjątkowość. Kolor miał swoje poetyckie określenie: „Kolor Smoczej Drogi” i był połączeniem koloru blond, czerni i srebra, z czego każda barwa miała swoje indywidualne znaczenie:

Blond dla światła.

Srebro dla życia.

Czerń dla śmierci.

Jeśli chodziło o jej twarz, to była naprawdę bardzo zwodnicza — miękkie usta z pełniejszą dolną wargą, lekko zadarty nos oraz rysy twarzy, które ciągle były delikatne, wręcz niewinne, przywodząc na myśl nastolatkę.

Jednak gdy tylko spojrzało się w jej oczy… od razu dostrzegało się mądrość, która daleko wykraczała poza jej wygląd i wiek. To właśnie to spojrzenie mówiło, że nie ma się do czynienia z dzieckiem, choć czasami ich wyraz się zmieniał, zdradzając trochę przewrotną naturę.

Była jednak jedna rzecz, która go niepokoiła — nie wiedział, czy to przez duszę z którą się urodziła, lecz większość ludzi rzadko dostrzegała, kiedy coś jej było. Widzieli ją tylko powierzchownie, a ból w jej wnętrzu był dla nich ukryty jak za kotarą — mogli ją odkryć, lecz zwykle tego nie robili, nieświadomi tego, że w ogóle istniała. Kluczem do tych emocji, do tego bólu były jej oczy, w które wystarczyło spojrzeć głębiej.

Nyon miał pełną świadomość, że czające się w niej demony w niczym nie pomagały — co więcej były zdradliwe i jeśliby je uwolnić, mogłyby ją po prostu zniszczyć. Wiedział, że kiedy przyjdzie czas zaczną wygrywać, a Lina będzie potrzebować pomocy.

Pomocy, by zapanować nad ciemnością w jej krwi.

Potrząsnął delikatnie głową i na razie odegnał te myśli, skupiając się na innym fakcie.

Doskonale wiedział, że myśli jego protegowanej nie są już niewinne — była w wieku, gdy u Zmiennych takich jak ona budziły się uczucia — uczucia takie jak pożądanie i chęć odnalezienia partnera.

Normalnie Kapłanki nie miały takiego problemu, nawet te Zmienne — powołanie było silniejsze niż popędy, co czyniło je idealnymi kandydatkami na Anioły. Tymczasem jego uczennica nie mogła zostać aniołem, gdyż jej dusza była o wiele silniejsza — wszak była wcieleniem jednego z Bogów, którym Anioły zwykle służą.

Nyon namówił Linę na zostanie Kapłanką przede wszystkim dlatego, ponieważ zostanie nią mogło pomóc jej ujarzmić i zapanować nad niewyczerpanym źródłem mocy, który posiadała. Przystała na to, lecz wiedział — i widział — aż zbyt dokładnie, jak bardzo różni się od pozostałych Kapłanek.

Świadomość jej inności mieli wszyscy — znaki na jej ciele rozpoznawał każdy, nawet małe dziecko, przez co była ogólnie znana. Bycie Kapłanką jednak dodatkowo ją chroniło — wszelkie ważne informacje o niej były tajne, a za zdradzenie ich groziła śmierć. Było to konieczne, szczególnie przez jej status reinkarnacji Boga.

Istniała jednak jedna rzecz, którą wiedzieli wszyscy — znali jej imię i nazwisko, co miało pomóc w razie pojawienia się na świecie zagrożenia, a co czyniono tak naprawdę również w czasie istnienia jej wcześniejszych wcieleń.

Powracając jednak do kwestii budzących się w niej uczuć — Nyon pragnął, by jego uczennica jak najszybciej odnalazła swojego partnera. Obawiał się, że jej emocje mogą wkrótce stać się niebezpieczne, głównie z powodu jej mieszanej krwi, która była dziedzictwem jej wcielenia.

Nie lękał się jednak o siebie, czy ludzi naokoło — bał się o nią, o to, że świadomie skrzywdzi samą siebie lub nawet jeszcze gorzej.

Choć o tym nie wiedziała zależało mu na niej — czuł, że i on nie jest jej obojętny, jednak znał fakty lepiej niż ona — dobrze wiedział, że ich wspólny los nie miał racji bytu. Najważniejsze jednak było to, aby to ona to sobie uświadomiła i to tak naprawdę jak najszybciej.

Kiedy Mistrz tak nad tym rozmyślał, obiekt jego myśli w pewnej chwili zaczął się wiercić, czując, jak cierpną jej nogi. W końcu ile można wysiedzieć w jednej pozycji na twardej podłodze? Po raz chyba milionowy zaczęła błagać w duchu, by któryś z Najwyższych Kapłanów pozwolił na podkładanie pod nogi poduszek.

Nyon westchnął w duchu i powstał, zerkając na klepsydrę. Piasek właśnie się przesypał. Westchnął trochę głośniej i — zamykając umysł, by niechcący nie odebrała jego myśli — powiedział:

— Na dzisiaj koniec. Możesz już iść — ujrzał jak otwiera oczy i zobaczył autentyczną ulgę na jej twarzy, gdy spojrzała na klepsydrę. — Pewnie Kieł już na ciebie czeka — dodał, a ona w odpowiedzi uśmiechnęła się szeroko i przyznała:

— Pewnie tak.

Wstała, odczuwając niewymowną ulgę — na dziś był koniec klęczenia i koniec siedzenia w zimnych murach Świątyni.

I definitywnie koniec odcinania sobie dopływu krwi w nogach. Dziękowała każdemu istniejącemu Bogu za to, że jej nogi nie trzęsą się z tego powodu.

— Do widzenia Mistrzu — skłoniła się mu jak zwykle z szacunkiem i skierowała powoli do wyjścia, nie zwracając uwagi, że jej Kapłańska szata koloru wiosennych, soczyście zielonych liści, ciągnęła się za nią po ziemi niczym tren sukni ślubnej.

Nyon w ciszy odprowadził ją wzrokiem, jak zwykle zdziwiony tym, jak bardzo się zmieniła od czasu, gdy ją odnalazł. Tamto brudne, przerażone, skrzywdzone dziecko znikło, zastąpione odważną i silną kobietą… lecz jak długo będzie potrafiła je w sobie ukrywać?

Tymczasem Lina wyszła ze świątyni i — tak jak przewidział jej Mistrz — zobaczyła za drzwiami swojego strażnika i przyjaciela, Kła.

Był to czystej krwi zmienny Wilk, będący jednocześnie potomkiem jednego spośród najpotężniejszych władców tego świata: Króla Wilków Wolthanga, który już od dawien dawna uznawany był za Boga. Jego syn już od kilku lat pełnił rolę strażnika reinkarnacji Boga Smoka… a także funkcję najbliższego przyjaciela, gdyż był raptem cztery lata starszy od niej.

Siedział teraz w swojej zwierzęcej postaci i patrzył na nią oczami, które były identyczne co jej własne — jedyną tak naprawdę różnicą był ich wyraz. Kontrast był tak wielki, że wielu nie dostrzegało tego, iż są takie same, dopóki się im dobrze nie przyjrzało.

Nagle słońce zaczęło chować się za horyzontem, przez co jego śnieżnobiała sierść zalśniła jak prawdziwy śnieg pod dotykiem promieni zachodzącego słońca.

— Witaj Kieł — przywitała go i podeszła, by go przytulić.

— Witaj — odpowiedział i zadowolony oparł pysk na jej ramieniu.

Siedząc był wyższy od niej o całą głowę, a trzeba było wiedzieć, że nie była niską kobietą. Zerknął w otwarte drzwi świątyni i nagle zapytał cicho, otwierając lekko pysk:

— Co z Mistrzem?

Udając, że nic się nie dzieje, ruszyli drogą prowadzącą w stronę domu. Lina odpowiedziała dopiero w chwili, gdy odeszli kawałek, obawiając się, iż Mistrz Nyon może podsłuchiwać.

— Już jest wszystko dobrze — stwierdziła z uśmiechem, na co zapytał od razu:

— Przeszło mu? — aż postawił uszy na tę świadomość.

Te opadły jednak szybko z powrotem do tyłu, gdy mruknęła nagle niepewna:

— Nie wydaje mi się…

Mistrz był zły na nią z powodu… Małej sprzeczki, którą miała z innym Kapłanem. Był bardzo młody i dopiero wszedł w szeregi Świątyń — zwrócił jej uwagę, że nie zachowuje się jak na Kapłankę przystało, na co odpowiedziała, że ją nie obowiązują ich zakazy. Dzieciak dopiekł jej mówiąc, że będąc reinkarnacją Boga powinna dawać przykład innym i zachowywać jak dama.

A więc zachowała się jak dama — dygnęła, uśmiechnęła się uroczo i rzuciła w niego kulą ognia. Dzieciak zareagował w porę i odskoczył — niestety zrobił błąd, bo zaklęcie miało go postraszyć i było skierowane tylko na niego. W momencie, gdy się przesunął, kula ognia stała się prawdziwym zaklęciem — nie straszakiem — i wysadziła część świątyni.

— Dziwię się, że nie kazał ci odbudować świątyni — myślał głośno. — Taki radykalny sposób na danie komuś nauczki byłby w jego stylu.

— Tak — zachichotała, ale w głębi duszy dziękowała każdemu Bogu, jaki istniał, że ten pomysł nie wpadł jej Mistrzowi do głowy. — Powiedział tylko, że nie chce mnie widzieć koło tej części na długość dziesięciu kilometrów — przypomniała sobie jego słowa.

Przez chwilę chichotali, lecz w końcu oboje zamilkli, idąc w spokoju leśną drużką pomiędzy drzewami, kierując w stronę domu. Wszędzie niedawno rozkwitły kwiaty, przez co zachwycali się nie tylko otaczającym ich spokojem, ale i pięknymi widokami, które od pierwszej chwili koiły ich serca.

Jednak największy zachwyt wzbudzał koniec drogi, gdy na horyzoncie ukazywał się mały dwór, osadzony pomiędzy drzewami wiśni, których wiecznie kwitnące, różowe kwiaty kołysały się delikatnie na wietrze.

„Ten widok nigdy mi się nie znudzi” — powiedziała mentalnym głosem do Kła, a ten — w ten sam sposób, odpowiedział jej:

— „Mnie także”.

Wszystkie ściany dworu były zrobione z marmuru, który upodabniał go do małego pałacu, jednak był to dopiero początek jego piękna.

Wiele osób zachwycało się jego brukowanym dziedzińcem, którego wzornictwo przedstawiało walki smoków. Lekko łukowaty dach miał kolor owoców wiśni, a okna odbijały całe piękno naokoło. Nad drzwiami dostrzegało się sporą płaskorzeźbę, która przedstawiała smoka i wilka — owiniętych wokół siebie — ze spokojnymi pyskami zwróconymi w swoją stronę. Znak ten oznaczał przymierze tychże gatunków, które zostało zawarte wiele setek lat temu przez ówczesnych władców obu ras.

Dla Liny i jej towarzysza widok ten był już bardzo dobrze znany, choć nadal wzbudzał ich zachwyt. Tymczasem prawdziwym zaskoczeniem w widzianym przez nich obrazie okazał się siedzący na ganku, uśmiechnięty gość.

— Sunny!? — krzyknęła Lina zaskoczona i rzuciła się przybyszowi z impetem na szyję, aż był zmuszony okręcić się dwa razy. — Braciszku, wróciłeś!

Sunny był mężczyzną o krótkich, lekko kręconych włosach i wiecznie uśmiechniętym wyrazie twarzy. Jego mocą była władza nad elektrycznością i — jeśli wierzyć znakowi na jego ciele — był zmiennym Smokiem, który jednak nigdy nie przeszedł przemiany.

— Miałem przegapić dzień, w którym staniesz się dorosła? — zapytał z powagą i dodał zaraz ze śmiechem: — Nigdy w życiu siostra!

Przytuliła go mocniej i puściła, a ten postawił ją na ziemi — choć miała równe metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, Sunny mocno nad nią górował, gdyż miał grubo ponad dwa metry wysokości.

Opuścił dom dwa lata temu — jego celem było odkrycie, dlaczego nie przechodzi przemiany. Nie istniało wiele istot mających smocze znaki na ciele, jednak te, które znał, bez problemu się przemieniały, w czasie gdy on — pomimo posiadanej mocy — nie mógł tego zrobić. Co było prawdziwym celem jego narodzin? Czy jego moc miała być rekompensatą za nieumiejętność przemiany?

W ich świecie tego typu podróże nie były rzadkością i wielu się ich podejmowało, pragnąc uzyskać odpowiedzi na swoje pytania.

Lina przyjrzała się mu, od razu dostrzegając drobne zmiany — więcej powagi w ciepłych, brązowych oczach, większa muskulatura… Jednak cechująca go radość życia i koszmarny gust co do ubioru pozostały.

Pomyślała rozbawiona, że jej brat jest nieuleczalnym przypadkiem modowego bufona widząc, że ma na sobie rażąco żółte, męskie kimono w kolorowe prążki oraz zadziwiająco skromny brązowy pas, za którym dostrzegła jakiś krótki, żółty kij w czarne wzory. Zaraz jednak przypomniała sobie, że Sunny od zawsze miał słabość do męskich kimon — twierdził, że dobrze mu się w nich porusza. Do tego miał słabość do jaskrawych barw — zawsze powtarzał, że „im bardziej coś razi po oczach tym lepiej, bo dzięki temu wyróżniasz się z tłumu”. Tylko czy dobrze ponad dwumetrowy facet nie wyróżniał się wystarczająco? Widać udało mu się w końcu osiągnąć pożądany przez siebie efekt.

— Cześć Kieł — przywitał się z ogromnym Wilkiem, który stojąc był praktycznie jego wzrostu. Pogłaskał go po szyi. — Powiedz mi proszę, nasz prawdziwy głosie rozsądku: Czy moja siostra była grzeczna, kiedy mnie nie było? — zapytał ze złośliwym uśmiechem, unosząc zarazem brwi.

— No tak, była — przyznał, po czym w rozbłysku delikatnego światła zmienił się w człowieka. W postaci ludzkiej był znacznie niższy. — Poza faktem, że ostatnio zniszczyła prawie połowę świątyni Boga Smoka, była nawet bardzo grzeczna — i uśmiechnął się do Liny zaczepnie.

— Czyli nic się nie zmieniło — podsumował chłopak ze śmiechem i przyjrzał stojącej przed nim dwójce, a Lina w tym czasie spojrzała na Kła niechętnie.

Jego siostra stała się naprawdę piękną kobietą, a Kieł… wydoroślał jeszcze bardziej. Jego siostra zawsze była wysoka, lecz oszacował teraz, że przez te dwa lata urosła około dziesięciu centymetrów. Było to normalne u zmiennych — rośli bardzo różnie, jednego roku na przykład o centymetr, drugiego zaś o nawet dwadzieścia i tak było do siedemnastego roku życia. Kieł już nic nie urósł przez ten czas — miał dwadzieścia jeden lat i przestał rosnąć już chwilę wcześniej. Ostatecznie wyszło, że był tylko jakieś dziesięć centymetrów wyższy od Liny, a Sunny — będąc od niego o rok młodszym — górował nad obojgiem. Było jednak coś, co Kieł zawsze miał dłuższe od niego — włosy.

Kiedy odchodził, sięgały mu do pasa, lecz teraz ściął je do ramion — miały kolor dojrzałych kasztanów i unosiły się u nasady, dzięki czemu nie wyglądały jak ulizane, choć były proste.

Sunny zerknął w jego oczy i po chwili spojrzał na siostrę — ich oczy nadal były praktycznie identyczne… poza ich wyrazem, który czynił je na pierwszy rzut oka całkiem innymi. Od zawsze się zastanawiał skąd to podobieństwo, ale w końcu doszedł do wniosku, że to musi być przeznaczenie — zresztą to ono sprawiło, że dowiedział się wszystkiego w takiej, a nie innej chwili…

Nagle Lina złapała ich za ręce i powiedziała:

— Wejdźmy już do środka, jestem głodna jak wilk.

Mężczyźni od razu wymienili rozbawione, porozumiewawcze spojrzenia — akurat to nie było nic nowego i chyba się to nigdy nie zmieni.

Ruszyli głównym korytarzem, gdzie ściany — tak jak te zewnętrzne — były wykonane z pięknego marmuru, poza pewną różnicą.

Na wszystkich wewnętrznych ścianach, na całej ich długości, biegły starożytne pisma — chyba każdego znanego i nieznanego obecnie dialektu. Świadczyło to o prawdziwym wieku budynku — niewiele tak naszpikowanych magią domostw jeszcze ostało.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 28.8