E-book
23.63
drukowana A5
40.23
NARRACJA

Bezpłatny fragment - NARRACJA

Dorosłe życie w relacji


Objętość:
126 str.
ISBN:
978-83-8467-419-2
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 40.23

Prolog

Książka ta powstała z myślą o tych, którzy wciąż borykają się z brakiem zrozumienia. Nie jest przewodnikiem do zdrowej relacji ani też nie zapewnia uniknięcia popełnianych błędów. Pozwala natomiast zrozumieć i dostrzec wszystko to, czego czasem zrozumieć się nie da.

Życie jest pełne niespodzianek, bądź więc zawsze na nie gotowy.

Definicja

Nie odbieramy słów takimi, jakie są. Odbieramy je takimi, jakimi jesteśmy w chwili, gdy je słyszymy.

To jak gra w kalambury, gdzie hasło bywa jedno, a dróg prowadzących do jego zrozumienia jest tak wiele. Nie mniej liczne są także interpretacje znaczenia danego słowa. Ile bowiem jest twórców, tyle powstaje dzieł. A gdy ktoś zaczyna wykraczać poza dotychczasowe schematy, rodzi się nowy gatunek.

Jedną z najbardziej mylnie rozumianych definicji, z jakimi się spotykam, jest pojęcie miłości, a szczególnie miłości do samego siebie. Do jej zrozumienia dochodziłem latami i mam świadomość, że praca nad nią nigdy się nie kończy. Choć dla mnie zawiera się ona w jednym tylko słowie, które brzmi „akceptacja”, to znaczenie tego słowa zawsze zależy od tego, kto je wypowiada.

Często słyszę: „Kocham siebie i nie obchodzą mnie inni”. W takim momencie nie dostrzegam już miłości do siebie, lecz arogancję, bunt, dumę, egocentryzm, a czasem nawet pychę.

Natomiast zwykłe słowo „akceptacja”, brzmiące tak banalnie, jest dla mnie zgodą na własne słabości, ułomności, wady i niedoskonałości. To uznanie ich istnienia, bez udawania, że ich nie ma.

O ile poprzednie postawy prowadzą do agresji, o tyle akceptacja prowadzi pokornie do stanu, w którym wszystko to, co jest częścią mnie, staje się drogą do zrozumienia, że jestem tylko człowiekiem. Człowiekiem, który ma prawo kochać siebie takim, jakim jest, a jednocześnie pracować nad tym, by stawać się jeszcze lepszym dla samego siebie, nie uciekając już przed własnym odbiciem.

W większości przypadków jednak, gdy wypowiadam to słowo, po drugiej stronie wywołuje ono pewną formę buntu. Powstaje przestrzeń, w której rodzi się poczucie poddania, okazania słabości, uznania czyjejś wyższości, a to już zazwyczaj nie jest przyjmowane z aplauzem. Nikt przecież nie chce przegrać. Każdy chce wygrać, choć bardzo często wygrywa właśnie ten, który wcześniej przegrał. W końcu, aby móc się podnieść, trzeba najpierw upaść.

Gdzie więc dochodzi do tego całego zakłócenia? W słowach, które wypowiadamy, czy w doświadczeniach człowieka, który nadaje im znaczenie?

Pryzmat

To właśnie on jest słowem kluczowym w całym tym sporze, a właściwie brak pytań z nim związanych, które powinny pojawiać się zarówno w komunikacji, jak i w szerszym rozumieniu każdej definicji z osobna. Bo ilu widzów, tyle zachodów słońca, a jeszcze więcej komentatorów na jego temat.

Człowiek spogląda na każdą definicję przez pryzmat własnych doświadczeń oraz wiedzy zawartej w krótkich hasłach, najczęściej pozbawionych głębszego rozwinięcia. Skłonny jest przyjąć tę wersję, która najlepiej odpowiada jego obecnemu stanowi, a która bardzo często staje się przeciwieństwem jego wcześniejszych działań.

Definicja przestaje być wtedy drogowskazem, a staje się antytezą. Zamiast budować nowy sposób myślenia, tworzy jedynie przeciwwagę dla starego. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby obie szale tej wewnętrznej wagi potrafiły spotkać się pośrodku. Najczęściej jednak jedna z nich okazuje się zbyt ciężka i to ona przechyla całe nasze życie.

Skutkuje to tym, że zamiast rozwijać się i pogłębiać swój stan duchowy, człowiek ślepo brnie ku kolejnej przepaści. W pewnym momencie pojawiają się przed nim dwie drogi, jedna prowadzi do następnego upadku, druga, do kapitulacji, poddania się i prawdziwego zrozumienia. Paradoks polega na tym, że dopiero ta druga, choć z pozoru wygląda jak porażka, staje się początkiem rzeczywistej przemiany.

Czasem jedno zdanie potrafi wywołać miliony interpretacji

Słowa

Założenie nie przyczynia się bezpośrednio do skutku, ale wyznacza mu kierunek. Kierunek natomiast nie jest jeszcze deklaracją, choć staje się podwaliną dalszych działań.

Wypowiedziane słowa nie są obietnicą, lecz informacją o poglądach, drodze, którą chce się obrać, oraz azymucie działań, jakie zamierza się podjąć.

Na tym etapie przekazu nie wyznacza się jeszcze zobowiązań. Przekazuje się jedynie informację o tym, czy obrane ścieżki mogą okazać się wspólne.

W ten sposób zaczyna delikatnie rodzić się iskra, która może rozpalić wielkie ognisko życia lub całkowicie wygasić nadzieję na płomień rozświetlający ciemne dni, oczywiście jeśli takowe nadejdą.

Nie ma bowiem najmniejszego sensu rozpoczynać z kimś dialogu, wiedząc z góry, że wspólnego tematu nie będzie można rozwinąć, a tym bardziej doprowadzić go do końca. Nie ma jednak pewności, w którym momencie wspólna droga się rozejdzie. Lęk przed rozwidleniem zmusza do analizowania, czy wszystko, co chciałem powiedzieć, zostało już wypowiedziane, czy też sam zmuszam siebie do przyspieszenia wypowiedzi, aby nie czuć posmaku niedokończonej rozmowy. I choć podczas drogi, nawet tej najkrótszej, wszystko może się zmienić, to jednak w głowie pozostanie myśl prowadząca do zwątpienia.

Nauka początkowego znaczenia słów to historie pisane wierszem, które z wiekiem, zamiast nabierać wartości, ulegają lękom nabytym po drodze. Każde słowo, powiązane niewidzialną nicią z jakąś przynależnością, tworzy przestrzeń dla niezrozumienia, że wypowiedziana treść nie oznacza jeszcze wyniku. Ten zawsze zależy od wielu czynników, na które czasem sami nie mamy wpływu, a nawet jeśli go mamy, nie zawsze jesteśmy gotowi na to, aby rezultat okazał się dla nas pozytywny.

Słowa dotyczą tego, co chcemy wyrazić i co czujemy, nie tego, kim jesteśmy lub jacy się staliśmy. Poprzez błędną interpretację własnych wypowiedzi programujemy tok rozumowania, który znamy tylko my, lub niewłaściwie odczytujemy to, co dzieje się z nami w danym momencie.

Mówiąc „jestem zły”, przestajemy odczuwać emocję jako stan, a zaczynamy utożsamiać się z nią. Mówiąc jednak "Kocham" nie zawsze czuję się szczęśliwy.

W większości dzieje się tak dlatego, że od początku uczymy się, że słowo wiąże się z przynależnością, czy to do kraju, rodziców, czy partnera. Z czasem zaczyna ono nieść ciężar całego bagażu, który przyszło nam dźwigać przez życie.

Traci swoją lekkość na rzecz historii, która dawno już minęła, lecz wyryła się w nas tak mocno, że stała się kluczem do uwalniania jej w każdym możliwym momencie.

Jak zatem chcemy pokochać samych siebie lub dzielić się tym, co ono ze sobą niesie, skoro samo fonetyczne wypowiedzenie tego słowa i udźwignięcie jego znaczenia staje się dla nas zbyt ciężkie?

Co dzieje się z pozostałymi słowami, które znamy? Czy stają się informacją o tym, w jakim stanie się znajdujemy, czy też tarczą obronną, która nie dopuszcza innych do naszego życia? Jeśli tak, to czy sami zdajemy sobie sprawę z tego, że odbiorca naszych wypowiedzi przyjmuje je przez pryzmat własnych historii, które mogą znacząco różnić się od naszych?

Czy w takim przypadku możliwa jest jeszcze konwersacja, czy jedynie wymiana poglądów na temat tego, co nam nie służy, w dodatku nieprzetłumaczona na żaden z języków, który znamy? A wszystko to przy założeniu, że nasz odbiorca powinien doskonale wiedzieć, co chcemy mu przekazać.

W którym zatem momencie litery układają się w sens? Czy wtedy, kiedy służą nam, czy wtedy, gdy dopuszczają możliwość, że są dopiero początkiem porozumienia? Czy ich celem jest różnica, czy jedność? A może odpowiedzią staje się tolerancja wobec tego, że pojedyncze słowo lub całe zdanie jest jedynie początkiem polemiki nad tym, co jest wspólne, a co przekracza wyznaczony przez nas próg?

Czy sami jesteśmy w stanie zrozumieć, że to, co słyszymy, jest czyimś obecnym stanem, a nie metką na koszulce?

Czy istnieje rozwiązanie tego problemu? Z założenia, które często słyszę, nie powinno ono istnieć, a przynajmniej nie pomiędzy kobietą i mężczyzną. Przyjęło się bowiem uważać, że mężczyźni nie posługują się zdaniami wielokrotnie złożonymi, podczas gdy kobiety nierzadko kończą swoje wypowiedzi słowami: „domyśl się”.

A jednak nić porozumienia niejednokrotnie się zawiązuje. Co jest zatem kluczem do tego stanu? Gdzie pojawia się ten wątek, który sprawia, że wszystko staje się dopiero początkiem, a nie końcem?

I właśnie wtedy naprzeciw wychodzi jedno słowo, które samo w sobie jest kwintesencją zrozumienia, choć przełknięcie go przez własne gardło wymaga tego, co samo oznacza.

Pokora.

To jedno słowo otwiera wszystko, a w szczególności dialog. Pomimo że wśród większości ludzi, których znam, uznawane jest za oznakę słabości, niesie ze sobą jedno z najbardziej dumnych przesłań, jakie mogą wybrzmieć w każdej dyskusji.

To właśnie zrozumienie tego jednego słowa pozwala nie zakładać, że właściwie odczytujemy cudze wypowiedzi, ich kontekst i znaczenie. Pozwala dopytywać, rozmawiać, wyjaśniać i przynajmniej próbować zrozumieć drugą stronę.

Uznając pokorę, uznaję również, że mam prawo pytać i prosić o wyjaśnienie. Daję sobie możliwość przyjęcia, że zdania kierowane w moją stronę mogły zostać przeze mnie błędnie zrozumiane. Tak samo jak ja mogłem wyrazić swoje myśli w sposób niezrozumiały dla drugiego człowieka.

Mam zatem prawo wyjaśniać, co chciałem osiągnąć swoimi słowami w tej rozmowie, jednocześnie rozumiejąc, że mogłem zostać niewłaściwie odebrany.

Każde bowiem słowo wywołuje określony stan emocjonalny. Jedne uznajemy za pochlebstwa, inne natomiast odbieramy jako obraźliwe.

Świadomość, że nasz rozmówca nie jest nami i nie zawsze odbiera przekazywane treści w taki sam sposób, pozwala uniknąć negatywnych reakcji lub przynajmniej złagodzić ich skutki, gdy już się pojawią.

Mam prawo popełniać błędy, mam prawo się mylić i mam również prawo wyjaśniać swoje intencje, gdy zajdzie taka potrzeba. Nie zmieni to stanu emocjonalnego, który już się pojawił, ale może pomóc zrozumieć sens wypowiedzi. To z kolei prowadzi do lepszego poznania drugiego człowieka i jego sposobu komunikowania się.

To właśnie staje się początkiem porozumienia albo nadaje kierunek decyzji, czy chcę zawiązać taką nić porozumienia. Bez względu na to, jaki skutek przyniesie rozmowa, pozwala ona trwać dłużej. A to ma ogromne znaczenie w chwili, gdy chcemy zostać zrozumiani i jednocześnie sami pragniemy zrozumieć drugiego człowieka.

Cel naszej drogi przestaje mieć większe znaczenie, gdy sama droga staje się celem. A kiedy wcześniej wyznaczyliśmy wspólny kierunek, każdy pojawiający się na niej zakręt staje się łagodniejszy.

Kontekst

Czasem jedno zdanie potrafi wywołać miliony interpretacji. Jedno słowo, zburzyć wszystko to, co zostało zbudowane. A jedna myśl, która nie została wypowiedziana w odpowiednim momencie, doprowadzić do tego, że wspólna droga staje się wspólną Golgotą.

To, co następuje w takich sytuacjach, nie staje się polem do konwersacji, lecz miejscem potężnej bitwy o rację lub jej całkowity brak. Nikt nie wygrywa w takich sporach, a wręcz odwrotnie, wszystko się traci, nawet to, co wydawałoby się już nie do podważenia.

Gdzie tkwi błąd? Gdzie pojawia się ten jeden jedyny moment, w którym to, co piękne, zaczyna przerażać, a to, co stabilne, rozsypuje się jak domek z kart?

Siłą rzeczy w pewnym momencie dochodzi się do tego, że zabrakło całego potoku słów w trakcie wypowiedzi. A gdy przyjdzie zbierać resztki z podłogi, pozostają one na długo w myślach.

Piękne chwile w końcu się przeżywa i nie zapisuje na górnej półce, gdy każda ta zła staje się już szkiełkiem, przez które spoglądamy na drugiego człowieka.

W dorosłym świecie każdy ma jakieś swoje doświadczenia, przez które przeszedł. Różne sytuacje wywołują w nim określone reakcje i pomimo ich przepracowania nadal w nim tkwią. Pozostały jako bodźce uruchamiające wewnętrznego strażnika, który ma na celu nie dopuścić już więcej do szkodliwych chwil.

I nawet gdy złe słowo pozostanie w żartobliwym tonie, nie wywoła uśmiechu, za to może stać się czynnikiem zapalnym.

To, co było, czyli wszystkie nasze doświadczenia, pozostaje naszą składową. Można nimi nie żyć, można się z nimi pogodzić, ale nadal będą w nas tkwić, choćby jako alert.

Nie mamy żadnego obowiązku znać intencji drugiej strony ani też rozumieć tego, co autor miał na myśli. Odbieramy obraz, słowo, zdania jako stworzoną całość, przepuszczając je przez własne filtry. A ile doświadczeń, tyle powstaje źródeł odbioru.

Zarówno jedna, jak i druga strona poprzez jedno wyrażenie może dochodzić do różnych wniosków i różnej interpretacji. Każdy z nas ma do tego prawo, ponieważ każdy z nas, pomimo podobieństw, posiada w sobie całą paletę przeciwieństw.

Intencje w tym momencie pozostają tylko po jednej stronie. To, co dla jednych odbierane jest jako komplement, dla kogoś innego może stać się obelgą. A znalezienie wspólnego mianownika bez poprawnej komunikacji jest praktycznie nieosiągalne.

Nie rzecz jednak w tym, aby objaśniać komuś całe swoje życie, ponieważ to powinno pozostać w przeszłości, ale nauczyć się jasno i klarownie wyrażać, co dana sytuacja wywołuje w nas. Rozmawiać o tym, w jaki sposób podchodzimy do pewnych spraw, jak wyrażamy siebie i traktujemy dane sytuacje. W sposób uczciwy, ze zrozumieniem, że druga strona nie jest nami i nie ma naszych przeżyć na swoim koncie.

W porozumieniu powinny uczestniczyć emocje przeżywane w danych sytuacjach, nie historia rodem wzięta z życiorysu. Wszystko, co dotyczy nas, należy do przeszłego czasu i minionych chwil, a mieszanie ich w całości z teraźniejszością nie przysporzy nic dobrego.

Do zrozumienia należy dopuścić sam kontekst, nie zbiór faktów. Nie pozostawiać niedomówień tam, gdzie wyjaśnienia są najbardziej potrzebne. W sposób adekwatny do sytuacji, przyjmując w pełni, że nie odpowiadamy za reakcje, ale mamy realny wpływ na to, czy emocje, które powstały, pozostaną, czy ulegną złagodzeniu i posłużą większemu zrozumieniu nas samych.

Uczymy drugą stronę siebie. Dajemy przykłady, jak postępujemy, w jaki sposób funkcjonujemy, jak się komunikujemy. Co myślimy, a nie co zakładamy. Co powoduje, że podchodzimy do danych zdarzeń w taki, a nie inny sposób i jak je interpretujemy. Bez walki o rację, słuszność czy źle pojęte równouprawnienie, ponieważ każda sytuacja jest osobną sumą zdarzeń. Porównywanie jej na siłę, analizowanie i próba postawienia na swoim bez rzeczywistej potrzeby prowadzą tylko do większych różnic. Wprowadzają jeszcze większy chaos. Nie dlatego, że nie mamy wewnętrznej racji, ale dlatego, że usiłujemy udowodnić, iż druga strona nie posiada jej wcale.

Odbieramy tym samym drugiej stronie możliwość posiadania własnego zdania, odczuwania własnych emocji i poczucia bycia partnerem, na rzecz podporządkowania się jednej ze stron. Walka zamiast porozumienia, bitwa na przekonania zamiast prawidłowej komunikacji. Samonapędzająca się maszyna zniszczenia wszystkiego, co powstało i powstaje, przy pełnym braku zrozumienia, że każdy ma prawo pozostać sobą.

Nie ma nic złego w popełnianiu błędów. W gruncie rzeczy to dzięki nim najszybciej uczymy się siebie i reakcji drugiego człowieka. Są nieodzowną częścią każdej dojrzewającej relacji. A tam, gdzie ich nie ma, nie ma też emocji z nią związanych.

Ważne jest jednak przy tym wszystkim założenie, że partnerstwo nie polega na zabieraniu drugiej stronie możliwości odbioru, a odbiór nie jest narzuceniem, lecz interakcją. Jest odpowiedzią, nie potwierdzeniem.

Tak jak sami interpretujemy nowe doświadczenia w oparciu o przeszłe, tak odbiorca ma prawo funkcjonować w ten sam sposób. Naszą rolą w takich sytuacjach nie jest stawianie własnego zdania na pierwszym miejscu, ale wyjaśnienie, dlaczego ono powstało. Co powodowało w nas takie, a nie inne zachowanie, dlaczego użyliśmy takich, a nie innych słów w wypowiedzi. Co sami rozumiemy w tym, co czynimy, i jaki kontekst myśli nami kierował.

Komunikacja w takich sytuacjach powinna stać się częścią relacji, nie domysłem. Znalezieniem porozumienia, że ten sam kontekst nie obowiązuje po obu stronach. Odejściem od założenia, że te same słowa będą powodowały te same reakcje. Zrozumieniem, że każdy z nas przesiewa każde zdanie przez sito własnych wspomnień. Że reakcje, które się pojawiają, są zbiorem przeżyć mających realny wpływ na odbiór.

Tak jak myśl, która powstaje, zbudowana jest na podstawie własnej przeszłości, tak jej odbiór posiada cały wachlarz zakodowanych reakcji. Akcja tworzy reakcję, a reakcja uzależniona jest od punktu, w który trafia.

Komunikacja jest odnalezieniem w tej różnicy spójności celu. Drogi, która prowadzi do wspólnego zrozumienia tego, co wcześniej stało się tym, od czego odeszliśmy. Jak też miejsca, w którym należy szukać uzupełnień, gdzie w całej tej przepaści odnaleźć wspólny most.

Przestać oczekiwać, że partner będzie odbierał wszystko w taki sam sposób, i dopuścić do tego, że ma pełne prawo odbierać świat na swój własny sposób.

Projekcja

To, co znam, nie jest dla mnie obce. Jest mi tak bliskie, że z łatwością rozpoznaję to w zachowaniu każdego, kto pojawia się w mojej teraźniejszości. Jest częścią mnie samego, choć wyparte ze świadomości ukrywa się w cieniu mojego ego.

Zauważam to z lekkością, z jaką wypowiadam słowa dotyczące krytyki tych zachowań. Przybierając rolę nauczyciela, zapominam o tym, skąd znam materiał do tej właśnie lekcji. I choć nie stoję przed lustrem, lecz przed drugim człowiekiem, to odbicie, które dostrzegam, jest dokładnym obrazem mnie samego.

Czy jednak potrafię to dostrzec? Czy potrafię się do tego przyznać?

Bez względu na to, czy coś zostało we mnie przepracowane, czy też nie, dotyka mnie to, co jest dla mnie znajome. To, co zaakceptowałem, lub to, przed czym jeszcze uciekam. Nie oznacza to jednak, że widzę tylko siebie, lecz że zauważam to, co jest mi bardzo dobrze znane. Nawet w chwili wyparcia.

Pozbycie się tego typu naleciałości wymaga ode mnie bardzo intensywnej pracy nad samym sobą. Muszę dostrzec, że każdy człowiek, choć inny, może być do mnie podobny. Podobieństwo zachowań nie oznacza jednak tej samej motywacji. Może wynikać z całkowicie innych doświadczeń i prowadzić do odmiennych intencji.

Jeżeli przyciągam do swojego życia osoby, które w jakiś sposób ze mną rezonują, nie dziwi mnie, że odnajduję w nich zachowania tak dobrze mi znane. Kiedy je krytykuję, bardzo często oceniam również tę część siebie, której jeszcze nie potrafię w pełni zaakceptować.

Znacznie łatwiej jest powiedzieć „ty” niż odważyć się powiedzieć „ja”. Oznaczałoby to nie tylko przyznanie się do tych zachowań lub cech, lecz także dopuszczenie do siebie myśli, że wymaga to ode mnie pracy nad sobą. A tutaj chęci i zapał nie zawsze idą w parze z wytykaniem błędów drugiej stronie.

Myślę, że nie ma nic złego w zwracaniu uwagi na zachowania partnera. W końcu powinno prowadzić to do poprawy relacji, a nie do pogorszenia wzajemnych stosunków. Życie jednak ma swoje zasady i często przyjmuje, że najlepszą formą obrony jest atak.

W sytuacji, w której dotyka mnie krytyka, bez względu na to, czy jest konstruktywna, czy agresywna, w celach obronnych uruchamiam komunikację na wyższym poziomie tonu głosu. Narastające napięcie i słowne przepychanki, mające na celu przerzucenie ciężaru dostrzeżonych cech i emocji, zamieniają przestrzeń do rozmowy w istne pole bitwy.

Paradoks polega na tym, że zarówno jedna, jak i druga strona zazwyczaj ma w takich sytuacjach rację. Dostrzegając własne cechy w innych i uznając je za negatywne, zaczynamy doszukiwać się odmiennego kontekstu, choć nie zmienia on istoty problemu. Staje się jedynie podstawą do podważania tego, czego problem naprawdę dotyczy.

Inną stroną jest narzucanie i przewidywanie przebiegu wydarzeń na podstawie własnych doświadczeń i zachowań. Patrząc przez pryzmat tego, co sami przeżyliśmy oraz jak reagujemy na określone sytuacje, zakładamy, że druga osoba będzie postępowała w podobny sposób. W konsekwencji zaczynamy interpretować jej reakcje, zanim jeszcze zdążą się pojawić.

Nasze nastawienie staje się projekcją własnych przekonań, a nie odzwierciedleniem rzeczywistości. To, czego najbardziej obawiamy się w drugim człowieku, bardzo często jest tym, z czym sami nie potrafimy się jeszcze zmierzyć. Im silniej wypieramy tę część siebie, tym wyraźniej zaczynamy dostrzegać ją w innych.

Tak może dziać się z zazdrością, kiedy sami mamy skłonność do przekraczania granic lub szukania uwagi innych. Łatwo wtedy założyć, że partner będzie postępował w podobny sposób, choć nie daje ku temu żadnych powodów.

Podobnie jest z potrzebą kontroli. Osoby żyjące w poczuciu zagrożenia lub braku zaufania często interpretują zwykłą troskę jako próbę ograniczania ich wolności. W rzeczywistości nie reagują na zachowanie drugiego człowieka, lecz na własne przekonania i lęki. Narzucona przez nie narracja okazuje się mylna nie dlatego, że druga strona nie potrafi się porozumieć, lecz dlatego, że każda sytuacja zostaje przefiltrowana przez własne doświadczenia, przekonania i cechy.

Nasza projekcja rozszerza się na wiele aspektów naszego ego. Zniekształcona własnymi przeżyciami narzuca scenariusze, które jeszcze się nie wydarzyły, nie pozostawiając przestrzeni na zrozumienie tego, co do nas przychodzi.

Partner staje się źródłem informacji o nas samych, których sami sobie dostarczamy, nie zdając sobie z tego sprawy. Patrząc w jego odbicie, otrzymujemy wszystko to, co powinniśmy o sobie wiedzieć, jednocześnie oddalając się od tej wiedzy przez przypisywanie własnych cech drugiemu człowiekowi.

Siłą rzeczy zmuszamy sami siebie do uwierzenia w to, że coś, co istnieje wyłącznie w nas, jest realne i obecne w drugim człowieku. Zaczynamy szukać potwierdzenia własnych przekonań, aż w końcu uznajemy je za rzeczywistość.

Ten mechanizm sprawia, że zamiast skupić się na tym, co naprawdę się dzieje, sami zaczynamy nadawać kierunek wydarzeniom. Nieświadomie prowokujemy sytuacje, które mają potwierdzić to, w co już wcześniej uwierzyliśmy.

Tylko czy jest to jeszcze rzeczywistość, czy już jedynie jej projekcja?

Życie składa się z tak wielu czynników, że zawsze znajdzie się w nim coś, co stanie się uzasadnieniem dla tego, co chcemy wywołać. Nie dostrzegamy jednak, że źródło tego, co próbujemy udowodnić innym, znajduje się w nas samych.

Nawet jeśli druga strona posiada podobne cechy, praca nad nimi nie należy do nas. Do nas należy zrozumienie, że dostrzegamy w drugim człowieku również to, co sami w sobie nosimy. Druga strona staje się dla nas lustrem, dzięki któremu możemy zobaczyć własne wady i wszystkie te naleciałości, które wciąż w sobie nosimy.

Zrozumienie tej trudnej sztuki rozpoznawania projekcji daje nie tylko możliwość własnego rozwoju, lecz także pozwala podjąć świadomą decyzję, czy podobne zachowania drugiego człowieka rzeczywiście wynikają z tych samych źródeł, czy też prowadzą do konsekwencji, których na pewnym etapie naszego życia nie będziemy już potrafili zaakceptować.

Nie wszystkie odpowiedzi są wygodne

Przeszłość umarła

To, co martwe, niech pozostanie martwe i żyje tylko w pamięci tego, kto tego doświadczył. Jakiekolwiek próby wskrzeszania „umarłych” niemal zawsze kończą się tragedią.

Doświadczenia, przez które przechodzimy, powinny pozostać lekcją, przez którą przyszło nam przejść i która miała za zadanie czegoś nas nauczyć. Dostarczyć nam informacji o tym, co jest w nas, na co sobie pozwalaliśmy i przed czym nie potrafiliśmy się ochronić. Lub też, całkowicie odwrotnie, pokazać nam, co w nas nie zostało przepracowane i do czego sami siebie doprowadzaliśmy.

Przeszłość jest niezwykle cennym źródłem informacji. To potężna baza danych, jeśli tylko potrafimy wyciągnąć z niej wnioski. Wyciąganie jej jednak na powierzchnię często sprawia, że przestaje być przeszłością, a zaczyna stawać się naszą teraźniejszością.

Wtedy wszystko ulega zmianie. Nawet najbardziej przepracowane lekcje nie chronią nas przed ponownym wchodzeniem w te same schematy. Zaczyna się powielanie i kopiowanie własnych zachowań sprzed lat.

Potrzeba wiele trudu i samozaparcia, by wychodzić poza własną strefę komfortu. Nie pozwalając na to, by to, co odeszło, tam pozostało, czynimy tę drogę jeszcze trudniejszą. Przyciąganie starych wzorców, przestarzałych zachowań i przerzucanie odpowiedzialności staje się wręcz oczywiste.

To, co nowe i co powinno pozostać czyste oraz nieodgadnione, zostaje zakłócone i zaczyna pobudzać nasze emocje w ten sam, dobrze znany sposób. Rozpoczyna się analizowanie osób trzecich nie jako odkrywanie ich prawdziwego obrazu i pozwalanie im na odsłonięcie tego, kim są, lecz przez zaburzanie tego obrazu pryzmatem wydarzeń, które już nie istnieją.

Porównywanie, wkładanie ich w znane ramy i utożsamianie z przeszłością staje się czymś oczywistym. A co za tym idzie, zaczynamy przypisywać im zachowania, które w ogóle mogą nie występować, będąc jedynie projekcją naszych własnych doświadczeń.

Odpowiedzialność za własne życie zaczyna przeradzać się w przerzucanie winy na drugą osobę i karanie jej niemal za własne błędy. Obraz drugiego człowieka staje się tak zniekształcony, że to, co jeszcze niewinne, zaczyna ponosić odpowiedzialność za wydarzenia, które jeszcze nawet nie zaistniały.

Program zaczyna działać nawet wtedy, gdy nie pamiętamy już, skąd się wziął.

Problem polega na tym, że większość doświadczeń programujących nasze życie jest do siebie bardzo podobna. Edukacja, zasady wychowania przekazywane z pokolenia na pokolenie, standard życia, uwarunkowania kulturowe oraz specyfika czasów, w których dorastaliśmy, tworzą wspólny fundament naszych reakcji. W dużej mierze składamy się z tego samego budulca, dlatego niemal zawsze odnajdziemy w drugim człowieku elementy, które przypominają nam partnerów z przeszłości.

Do tego dochodzi jeszcze jeden istotny aspekt. Nasza strefa komfortu przyciąga do nas podobne schematy. Jedyną widoczną różnicą pozostaje wewnętrzny obraz człowieka, oparty na jego empatii, wrażliwości, uczuciowości i sposobie przeżywania emocji.

Niestety, przez całą sieć narzuconych etykiet i własnych interpretacji trudno jest odkryć prawdziwe wnętrze drugiego człowieka. Staje się to możliwe dopiero wtedy, gdy postawimy przed sobą czystą, białą kartkę i pozwolimy jej zapisywać się samej, bez udziału przeszłości.

Podobieństwo nie jest dowodem tożsamości. Dwie osoby mogą przejawiać podobne zachowania, kierując się zupełnie innymi motywami, doświadczeniami i emocjami. To, co z pozoru wydaje się znajome, bardzo często jest jedynie powierzchownym podobieństwem. Dopiero poznanie człowieka bez ciężaru własnej przeszłości pozwala dostrzec, kim naprawdę jest.

To, co czyste, powinno pozostać czyste, bez naleciałości. Przeszłość nie jest po to, by kierować się nią w ocenie drugiego człowieka, lecz po to, by spojrzeć na siebie. Na swoje wartości i własne błędy, które pojawiały się nie tylko przy wyborze drugiego człowieka, lecz także w braku wyznaczania własnych granic.

Czasem warto wejść jeszcze głębiej i dostrzec, co we mnie było lub nadal jest nie tak, że taka, a nie inna relacja mnie pociągała. Należy również wziąć pod uwagę, że sami godziliśmy się na taką lub inną relację.

Przeszłość jest po to, by zrozumieć siebie, a nie po to, by tworzyć sito, przez które oceniamy drugiego człowieka. Wszystko to można dostrzec w chwili, gdy zrozumiemy, że sama nazwa „przeszłość” wskazuje na to, że coś już nie istnieje, jest jedynie wspomnieniem, lekcją i doświadczeniem. I właśnie w taki sposób należy ją traktować. Nie budować z niej scenariusza dla obecnego życia, lecz pozostawić ją jako naukę, wywierającą realny wpływ na teraźniejszość, przede wszystkim wobec samego siebie.

Jest nasza i nasza powinna pozostać. Nie powinna mieć miejsca w nowej relacji pomiędzy ludźmi. Nie dlatego, że nie jest ważna, wręcz przeciwnie, jest i to bardzo. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczyna robić się zbyt tłoczno.

To, co powinno budować się na fundamencie dwojga dorosłych ludzi, staje się tłumem, w którym zaczynają dyskutować wszyscy ci, których już nie ma. Każdy dorosły człowiek posiada swoją przeszłość. Przebyty związek, związki lub ich brak z jakiegoś konkretnego powodu są częścią naszej historii. To nie jest okres po hibernacji, lecz po przebytej drodze życiowej. Jest to naturalne, zrozumiałe i całkowicie normalne.

W konfliktowej sytuacji nie ma potrzeby zadawania pytań o to, czy było to pierwsze takie doświadczenie, ponieważ z góry można założyć odpowiedź. Świadomość tego pozwala zrozumieć, że związane z nim doznania istniały i wywarły wpływ na postrzeganie świata przez pryzmat własnych doświadczeń.

Narzucanie sposobu postrzegania drugiej osobie sprawia, że nie dajemy partnerowi równości, lecz narzucamy mu własny sposób myślenia. Kiedy dochodzi do konfliktu poprzez ograniczanie sposobu myślenia drugiej strony, rozpoczyna się cała kawalkada usprawiedliwień. Pojawia się walka na argumenty, a te z kolei najłatwiej podeprzeć przykładami z przeszłości.

I nagle wszystko się wylewa. Wszystko to, czego już nie ma, zaczyna odżywać. A kiedy zacznie już żyć na nowo, gdy rozpocznie się proces argumentacji i usprawiedliwień, zaczyna brakować powietrza dla nowej relacji.

Być może argumenty pozostaną najlepszą formą rozmowy. Być może każdy będzie miał swoją rację, bo przecież jest ona jego racją. Być może każdy pozostanie bez winy. Lecz ile osób pomieści wspólne łóżko?

Wspomnienia nie pozostają bez echa. Słowa nie znikają wraz z dźwiękiem. Pozostają, stają się obecne i żywe. A wraz z nimi pojawiają się pytania, wątpliwości i lęki.

To, co wydawało się oczywiste, powinno takim pozostać, bez potrzeby udowadniania tego i bez potrzeby ponownego wprowadzania tego w życie. Kamień, który został celnie rzucony w okno, pozostawi po sobie ślad na szybie. Słowo rzucone pozostawia rysę w pamięci. Dyskusja, nawet ta najbardziej głośna, kiedyś ucichnie, ślady po niej już nie. Pozostaną w formie wątpliwości i pytań. Tego nie da się cofnąć, choć można próbować o tym zapomnieć. Jednak proces ten wymaga znacznie więcej czasu niż wypowiedzenie kilku słów.

Ci, którzy umarli, powinni tam pozostać. Ci, którzy odcisnęli ślad na pięcie życia, powinni pozostać jedynie odciskiem. Ci, których już nie ma, powinni pozostać tylko doświadczeniem, bez prawa do zmartwychwstania.

Przeszłe życie jest budulcem obecnego, nie jego przesłaniem. Jest popiołem, z którego odradzamy się na nowo, silniejsi, mocniejsi i z większym bagażem, który nie staje się cięższy, lecz dojrzalszy. Jest wzorem, dzięki któremu budujemy lepszą przyszłość, nie teraźniejszością i polem bitwy dla naszych żali i pretensji. Jest esencją naszej pracy nad sobą, a każda nowa osoba w naszym życiu nie jest po to, by się z nią rozliczać, lecz by zrozumieć, że dziś możemy dojrzalej podchodzić do relacji.

Partnerstwo nie jest polem walki. To relacja sam na sam, z nowymi kartami pełnymi tajemnic, które możemy wspólnie odkrywać. Bez prawa dostępu dla poprzednich graczy. Bez wprowadzania kogokolwiek do tej przestrzeni, ponieważ każdy nowy związek powinien pozostać intymny. A intymność można zbudować tylko sam na sam, bez osób trzecich.

Wstyd

Niekończący się potok słów niewypowiedzianych na głos. Gdy na głos pada samo zakłamanie, które chowa głęboko w nas to, co prawdziwe. Chowa tak dosadnie, że skurcz brzucha nie pozwala nam się wyprostować. Zamiast twardo pójść do przodu, pozostajemy w ciemnym zakamarku tajemnic.

Wstyd nie jest chwilowym objawem emocji. To początek końca historii tworzonej na potrzeby ukrycia własnej tożsamości. To prowodyr do tego, by zacząć niszczyć własną osobowość, tworząc iluzję na potrzeby wizerunku, wizualizacji, w której nie widać niczego poza kłamstwem o samym sobie. To nadmierne stawianie cudzych oczekiwań ponad własne szczęście. Ucieczka od bycia prawdziwym i życia dla siebie w imię norm, których nie jesteśmy autorami. To wytwór lęku przed tym, że świat nie zaakceptuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Więc sami w tym wszystkim przestajemy akceptować siebie.

Proporcjonalnie do tego, jak rośnie w nas poczucie wstydu przed oceną, wzrasta zapotrzebowanie na coraz więcej kłamstw. Wszystko po to, by ukryć własne niedoskonałości, z których się składamy. Człowiek zaczyna się w tym wszystkim gubić na tyle, że przestaje już odróżniać, co jest prawdziwe, a co powstało na potrzeby naszego CV.

Prawda jednak zawsze wychodzi na jaw, więc pozostaje nam uciekać, zanim się obnaży, albo zderzyć się z jej skutkami, ujawniając ją samemu. Tyle że im dłużej czeka się z chwilą ujawnienia tego, co jest prawdą, a co fałszem, tym trudniej potem o zaufanie, akceptację czy zrozumienie. Nieistotne jest przy tym, czy dotyczy to pracy, związku, relacji czy też społeczności, w której funkcjonujemy.

Uciekanie z powodu wstydu nigdy się nie kończy. Najpierw jest wstyd przed innymi, później, po zdemaskowaniu, a na końcu przed samym sobą. To droga w jedną stronę, bez szczęśliwego zakończenia. Skłania nas do zakładania masek i prowadzi do zachowań zbudowanych na niedojrzałym ego. Popadanie w perfekcjonizm, kontrolowanie czy też syndrom ratownika to tylko kilka z takich zachowań, choć te kilka potrafi stać się ciężarem na większość życia.

Dlaczego tak się dzieje, skąd się to bierze, gdzie i kiedy powstaje w nas złudzenie, że nie pasujemy do naszego środowiska?

W większości przypadków dotyczy to lat młodzieńczych, kiedy sami jeszcze za siebie nie odpowiadamy i nie mamy wyboru co do naszego startu w życiu. Wczesne nauczanie postrzegania świata przez pryzmat ocen powoduje, że porównujemy swój status społeczny wśród rówieśników. Główną wyrocznią przydatności nie są nasze talenty, lecz zasobność portfela rodziców. To, czy trafiliśmy na dobry układ planet i wylądowaliśmy w zamożnej czy też biednej rodzinie. Czy środowisko, w którym się znajdujemy, jest na podobnym poziomie, czy też mierzy większą miarą. Czy dom, w którym przychodzi nam dorastać, jest ostoją spokoju, czy raczej panują w nim zaburzone reakcje emocjonalne. Czy jesteśmy spełnieniem cudzych ambicji, czy jednak nie zostaliśmy obdarowani tak, jak życzyłaby sobie tego nasza dorosła wersja. W jakim systemie, ustroju lub przekonaniu przychodzi nam budować nasze pierwsze wzorce. Czy jesteśmy wspierani, czy też z góry założono, że nie dorównamy nikomu. Czy wstydzimy się tylko naszego domu na zewnątrz, czy też w nim samym oddajemy hołd spuszczonej głowie.

Cała paleta możliwości, by znaleźć w sobie powód do wstydu.

Nie wiemy jednak w tym wszystkim jednego, że ci, przed którymi się wstydzimy, sami wstydzą się przed nami. W większości rodzin solidnie pracuje się nad tym, by wzbudzić poczucie wstydu. Narzuca się nakazy, wymogi, wytyczne, według których człowiek ma się kierować, będąc jeszcze niedojrzałym, budując przy tym poczucie winy z powodu niespełnionych wobec nas oczekiwań. Nawet jeśli jesteś dobry, znajdzie się powód, byś został sklasyfikowany jako niewystarczający. A na koniec, przed wyruszeniem w drogę własnego życia, otrzymujemy listę za i przeciw. A w niej wytyczne, co nam wypada, a co nie, jak powinniśmy, a jak nie powinniśmy wchodzić w to dorosłe życie. I to wszystko od zwierzchników, którzy nie potrafili dokonać tego sami.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 40.23