Wstęp
Zanim przzejdę do mojej właściwej wypowiedzi - jedna ważna uwaga.
Ta książka nie jest pozycją naukową. To powieść, gdzie na kanwie prawdziwych wydarzeń, autor pozwala sobie na swobodne prowadzenie wątków fabularnych. A zatem, nie czepiajmy się dat, miejsc i osób. Ważny jest klimat i ogólne przesłanie, które zawiera się w prostym stwierdzeniu, że marzenia o wolności i zachowaniu godności, nawet pod pruskim butem, nawet gdy Napoleon zawodzi, nawet gdy powstania upadają, jakoś — cudem — nie gasną.
***
Książka, którą trzymają Państwo w rękach, stanowi niezwykłą, a zarazem potrzebną pozycję w polskiej historiografii. „Napoleon w Toruniu” to nie zwyczajna monografia o militarnych kampaniach czy politycznych decyzjach wielkiego generała — to badanie o tym, jak wielkie historyczne zmiany przekształcały życie zwykłych ludzi w konkretnym, często pomijanym przez historię, mieście. Autor prezentuje nam Toruń, jako zwierciadło, w którym odbija się cała złożoność epoki napoleońskiej widziana nie z perspektywy sztabów wojennych czy pałaców, ale z perspektywy kupca, urzędnika, kobiety, żołnierza i przeciętnego mieszkańca.
To, co czyni niniejszą pracę niezwykle ważną i oryginalną, to całkowity odejście od tradycyjnej historiografii skoncentrowanej na wielkich postaciach i decyzjach polityczno-militarnych. Zamiast tego, autor prowadzi nas przez gęstą sieć dokumentów archiwalnych, wspomnień, relacji z pierwszej ręki i wnikliwych analiz, aby pokazać nam Toruń takim, jakim rzeczywiście był w latach 1806—1815. Nie jest to jednak suchą, akademicką monografią — autor z niezwykłym kunsztem łączy naukową rzetelność z artystyczną narracją, wprowadzając fikcyjne, ale w pełni wiarygodne postacie, które stają się przewodnikami czytelnika przez labirynt historycznych przemian.
Struktura książki jest godna pochwały i świadczy o głębokim myśleniu o tym, jak najlepiej przekazać czytelnikom kompleksową wiedzę historyczną. Najpierw otrzymujemy solidne podstawy teoretyczne i faktograficzne, następnie przejść do konkretnych analiz sytuacji Torunia w czasach Napoleona, aby wreszcie dotrzeć do głębokich refleksji na temat natury zmian historycznych i ich wpływu na jednostkowe życia. Ta progresja nie jest przypadkowa — prowadzi nas stopniowo od ogółu do szczegółu, od abstrakcji do konkretnej rzeczywistości codziennego życia.
Szczególnie godny podziwu jest bogaty materiał empiryczny, którym autor operuje. Aneksy zawierające zestawienia statystyczne, biogramy postaci historycznych, słownik terminów i pojęć, wykaz źródeł archiwalnych oraz szczegółowe objaśnienia dotyczące rozróżnienia między faktami historycznymi, rekonstrukcjami i fikcją literacką — wszystko to stanowi wartościową aparaturę naukową, która będzie pomocna nie tylko dla specjalistów, ale również dla szerszej publiczności zainteresowanej historią. Czytelnik ma tutaj kompletny instrument do zrozumienia zarówno samej epoki, jak i metodologii badawczej, którą zastosował autor.
To, co szczególnie zachwycać musi każdego czytelnika, to wrażliwość autora na doświadczenia tych, którzy są zwykle pomijani w tradycyjnych narracjach historycznych. Śledząc losy Karoliny Jahn — fikcyjnej, ale reprezentacyjnej dla swojej klasy społecznej dziewczyny — dostrzegamy, jak ogromne przemian polityczne i militarne wpływały na życie emocjonalne, intelektualne i społeczne kobiet w tamtych czasach. Poprzez postać jej babki, Ludwiki, widzimy tragizm tych, którzy nie potrafili się zaadaptować do nowego porządku. Poprzez ojca Karoliny, Heinricha, rozumiemy pragmatyzm i przedsiębiorczość, która pozwalała niektórym na przetrwanie i nawet prosperowanie w czasach przemiany.
Autor nie unika trudnych pytań ani konfliktów moralnych związanych z epoką napoleońską. Pokazuje nam, że nie było to proste starcie między postępem a tradycją, między światłem a ciemnością. Pokazuje nam zamiast tego złożony obraz, w którym Kodeks Napoleona przynosił formalnie równe prawa obywatelskie, ale praktycznie tych praw nie były w pełni respektowane. Pokazuje nam, że reforma administracyjna i edukacyjna były z jednej strony progresywne, ale z drugiej strony oznaczały zniszczenie dotychczasowych struktur społecznych i ekonomicznych, którymi ludzie żyli przez wieki.
Kampania rosyjska 1812 roku, która przechodzi przez niniejszą pracę jak czerwona nić, jest przedstawiona nie tylko jako militarne przedsięwzięcie, ale jako osobista katastrofa dla tysięcy ludzi — żołnierzy, którzy zamarzali i umierali z głodu, rodzin, które traciły swoich synów, miasteczek takich jak Toruń, które doświadczały zaraz po przybyciu armii epidemii, która zabiła tysiące ludzi. Ta perspektywa humanitarna nie zmniejsza waloru naukowego pracy — wręcz przeciwnie, pogłębia nasze zrozumienie rzeczywistych konsekwencji wielkiej historii.
Szczególnie warte podkreślenia jest to, jak autor zajmuje się kwestią użycia fikcji literackiej w pracy historycznej. Zamiast tego, aby ukrywać fikcyjne elementy lub zaprzeczać ich istnieniu, autor bezpośrednio zwraca się do czytelnicy w ostatecznym aneksie z wyraźnym rozróżnieniem między udokumentowanymi faktami, rozsądnymi rekonstrukcjami historycznymi i czystą fikcją literacką. To jest modelowy przykład intelektualnej uczciwości i przejrzystości. Autor wyjaśnia, dlaczego wprowadził fikcję, jak ją wykorzystuje, i jakie są jej granice — dzięki czemu czytelnicy mogą w pełni świadomie podejść do tekstu i samodzielnie ocenić wartość historyczną pracy.
Interdyscyplinarne podejście autora jest również godne uwagi. Praca nie jest czysto polityczną czy militarną historią — zawiera elementy demografii, ekonomii, socjologii, a nawet psychologii historycznej. Takie kompleksowe podejście pozwala na znacznie bogatsze i głębsze zrozumienie badanego okresu. Gdy czytamy o zmianach cen produktów, liczbach zgonów z powodu epidemii, proporcjach różnych grup zawodowych czy wzorach małżeńskiego, otrzymujemy obraz, który jest zarówno naukowo solidny, jak i ludzkiej bliski.
Czytając tę książkę, czytelnik będzie musiał przejść przez momentami trudne materiały — opisy cierpienia, śmierci, ekonomicznego zniszczenia. Ale ta trudność ma cel. Historia nie powinna być zawsze wygodna. Historia powinna nas czasami zmuszać do myślenia, do zadawania sobie pytań, do poczucia empatii dla ludzi z przeszłości, którzy mieli udział w doświadczeniu historycznych zdarzeń, które często były poza ich kontrolą.
Dla naukowców zajmujących się historią, niniejsza praca oferuje bogaty materiał do dalszych badań oraz model tego, jak można łączyć naukową rzetelność z artystyczną ekspresją. Dla studentów, będzie to doskonały przykład tego, jak pisać o historii w sposób, który jest zarówno akademicko solidny, jak i czytelniczy angażujący. Dla ogólnego czytelnika, zainteresowanego historią, będzie to przystępna i wciągająca opowieść o czasach, które formowały nowoczesną Europę.
Warto również podkreślić, że autor, poprzez skupienie się na Toruniu, a nie na wielkich metropoliach takich jak Warszawa lub Paryż, zwraca nam uwagę na fakt, że wielka historia nie tworzy się wyłącznie w stolicach i na polach bitew. Małe miasta, marginalne dla wielkich narracji historycznych, były miejscami, gdzie wielka historia rzeczywiście żyła i funkcjonowała. Toruń, z jego handlarzami zbożem, rzemieślnikami, szlachtą, żołnierzami i codziennym życiem mieszkańców, był częścią tej wielkiej historii na równi z Napoleonem i jego generałami.
Podsumowując, „Napoleon w Toruniu” to książka, którą polecam zarówno specjalistom, jak i wszystkim zainteresowanym historią. To praca, która podnosi poziom dyskusji o epoce napoleońskiej w polskiej historiografii poprzez wprowadzenie nowych perspektyw, nowych metodologii badawczych i nowego rozumienia tego, co oznacza napisanie wywiadu historycznej. To książka, która będzie zajmować cenną pozycję na półkach bibliotek, będzie inspirować przyszłych badaczy i będzie pomagać czytelnikowi lepiej rozumieć, jak wielkie zmiany historyczne wpłynęły na konkretne życia konkretnych ludzi w konkretnych miejscach.
Historia to nie przeszłość — to refleksja nad tym, kim jesteśmy i jak doszliśmy tam, gdzie jesteśmy. Poprzez lekturę „Napoleona w Toruniu”, lepiej rozumiemy nie tylko Toruń, nie tylko epokę napoleońską, ale również samych siebie.
Część I: Miasto pod pruskim jarzmem (1806)
Rozdział 1: Toruń u progu zmian
Chłodny poranek 15 października 1806 roku witał mieszkańców Torunia szarością nieba zasnuwającego ceglaną panoramę miasta. Z Wisły unosił się gęsty opar, spowijający białą mgłą stare mury forteczne i wieże kościelne, które od stuleci wyznaczały horyzont tego pruskiego już — choć wciąż polskiego duchem — miasta. W ciasnych uliczkach Starego Miasta, tam gdzie kamienice gotyckie przylegały do siebie niemal ramionami swoich stromych dachów, zaczynał się zwyczajny dzień. Zwyczajny, a jednak naznaczony owym nieuchwytnym niepokojem, który od kilku tygodni wyczuwało się w powietrzu, jak elektryczność przed burzą.
W warsztacie stolarskim przy ulicy Szerokiej — w kamienicy, którą współcześni znaliby pod numerem dwudziestym drugim, choć wtedy budynki oznaczano jeszcze systemem pruskim — rozbrzmiewało miarowe stukanie młotka o dłuto. Krzysztof Wolski, mistrz stolarski w czwartym pokoleniu, pochylał się nad grubym blatem dębowym, który miał stać się komponentem szafy dla jednego z pruskich urzędników. Mężczyzna liczył już pięćdziesiąt siedem lat, lecz jego dłonie — poorane zmarszczkami, pokryte drobnymi śladami po drzazgach i oparzeniach klejem stolarskim — wciąż pracowały z precyzją i pewnością wypracowaną przez dekady codziennej praktyki.
— Konstancjo! — zawołał, nie podnosząc wzroku znad pracy. — Podaj mi strug mniejszy, ten do detali. Leży na półce przy oknie.
Najstarsza z trzech córek Wolskiego — wysoka, ciemnowłosa kobieta mająca lat dwadzieścia i cztery — oderwała się od księgi rachunkowej, którą studiowała przy niewielkim biurku w kącie warsztatu. Konstancja Wolska pełniła w gospodarstwie ojca rolę nieoficjalnej księgowej i zarządczyni, co w świetle pruskich przepisów było rozwiązaniem kuriozalnym — kobiety bowiem nie mogły prawnie prowadzić interesów — lecz w praktyce funkcjonowało to bez zarzutu. Była to zresztą sytuacja nierzadka w miastach, gdzie pragmatyzm życia codziennego górował nad sztywnością przepisów administracyjnych.
— Ojcze, mamy problem z zamówieniem dla Kriegs-Kommissariat — rzekła, podając narzędzie. — Piszą, że cena, którą podaliśmy za dwanaście skrzyń transportowych, jest zbyt wysoka. Proponują czterdzieści talarów pruskich zamiast pięćdziesięciu.
Wolski westchnął ciężko. Kriegs-Kommissariat — pruski komisariat wojenny — był jednym z głównych zleceniodawców toruńskich rzemieślników od czasu, gdy po drugim rozbiorze Polski w 1793 roku miasto stało się częścią Królestwa Pruskiego. Przez trzynaście lat mieszkańcy Torunia uczyli się żyć w nowej rzeczywistości: pruskiej, zbiurokratyzowanej, coraz bardziej niemieckojęzycznej.
— Czterdzieści talarów? — powtórzył, wyprostowując się i pocierając krzyż. — Za taką cenę ledwo pokryję koszty materiału. Dąb drożeje z miesiąca na miesiąc, a oni jeszcze targują się jak na jarmarku!
— Moglibyśmy użyć sosny zamiast dębu — zasugerowała ostrożnie Konstancja. — Na skrzynie transportowe…
— Nie! — przerwał stanowczo Wolski. — Wolski nie robi fuszerki. Jeśli podpisują umowę na dąb, to dąb dostaną. Napisz im, że zgadzamy się na czterdzieści pięć talarów, ale ani grosza mniej. I dodaj, że termin dostawy się wydłuży o tydzień.
Konstancja skinęła głową i wróciła do biurka. Znała temperament ojca i wiedziała, że w sprawach zawodowego honoru nie ma sensu z nim dyskutować. Wzięła gęsie pióro, zanurzyła w kałamarzu i zaczęła notować odpowiedź po niemiecku — bo choć w domu mówiono wyłącznie po polsku, oficjalna korespondencja z pruskimi urzędami wymagała języka zwycięzców.
Warsztat Wolskich mieścił się w jednej z tych charakterystycznych toruńskich kamienic, które stanowiły żywą kronikę historii miasta. Budynek ten, wzniesiony pierwotnie w XIV wieku, przechodził przez stulecia liczne przebudowy. W 1806 roku składał się z podpiwniczonego parteru, gdzie mieścił się warsztat, oraz dwóch kondygnacji mieszkalnych powyżej. Frontowa ściana, zwrócona ku ulicy Szerokiej, wykonana była z czerwonej cegły charakterystycznej dla budownictwa hanzeatyckiego — tego samego materiału, z którego wzniesiono potężne kościoły Torunia: świętego Jana, Najświętszej Marii Panny i świętego Jakuba.
Ulica Szeroka stanowiła jedną z głównych arterii handlowych Starego Miasta. W 1806 roku była to zaledwie dziesięciometrowej szerokości droga wybrukowana kamiennymi kostkami, którą codziennie przeciskały się fury kupieckie, powózki zamożniejszych mieszczan i tłumy pieszych. Po obu stronach ulicy ciągnęły się kamienice — jedne bogato zdobione szczytami, inne skromniejsze, lecz wszystkie tchnące duszą starego, handlowego miasta.
Z tylnego pokoju warsztatu, gdzie mieściła się mała kuchnia, dobiegł głos drugiej z córek:
— Konstancjo! Woda się zagotowała! Zrobisz herbatę czy mam sama?
To Marianna, dwudziestojednoletnia średnia córka Wolskiego, zajmowała się tego poranka przygotowaniem śniadania. W przeciwieństwie do starszej siostry, której w ostrych rysach i wysokim czole malowała się inteligencja, Marianna miała łagodną, okrągłą twarz i jasne włosy uplecione w gruby warkocz. Była cichsza, bardziej zamyślona, lecz w prowadzeniu gospodarstwa domowego nie miała sobie równych.
— Zaraz przychodzę! — odkrzyknęła Konstancja, zostawiając niedokończony list.
W kuchni — niewielkim pomieszczeniu z oknem wychodzącym na wewnętrzne podwórze — na prostym drewnianym stole leżały już pokrojone pajdy ciemnego chleba żytniego. Marianna właśnie kroiła kawałek słoniny. Do tego dochodził ser twarogowy i dzbanek zsiadłego mleka. Takie śniadanie było standardem w mieszczańskich domach Torunia na początku XIX wieku.
— Gdzie Tekla? — zapytała Konstancja, nalewając wrzątek do glinianego dzbanka z suszonymi ziołami. Prawdziwa herbata była zbyt droga dla przeciętnej rodziny rzemieślniczej. Talar pruski, podstawowa jednostka monetarna, miał wartość odpowiadającą mniej więcej trzydziestodniowej dniówce wykwalifikowanego rzemieślnika. Za funt prawdziwej herbaty chińskiej trzeba było zapłacić około dwóch do trzech talarów — koszt astronomiczny dla rodziny, której miesięczny dochód oscylował wokół piętnastu do dwudziestu talarów.
— Pewnie jeszcze śpi — mruknęła Marianna z dezaprobatą. — Ta dziewczyna mogłaby chociaż pomóc przy śniadaniu.
Najmłodsza Tekla, siedemnastoletnie „dziecko rodziny”, jak mawiał o niej Wolski, była istotnie jeszcze w łóżku. Spała w małej izdebce na drugim piętrze, pod samym dachem, gdzie zimą było lodowato, a latem duszno. Ale to był jej własny kąt — luksus, który w przeludnionym Toruniu przysługiwał niewielu.
— Teklo! Wstawaj! Słońce już dawno wzeszło! — zawołała w górę wąskich schodów Marianna.
Z góry dobiegło niezrozumiałe mruknięcie, po chwili zaś trzask bosych stóp na drewnianych deskach podłogi. Młodsza Wolska pojawiła się chwilę później, zaspana, z rozpuszczonymi kasztanowymi włosami opadającymi na ramiona. Miała twarz jeszcze dziecięcą — pełne policzki, duże brązowe oczy — lecz w jej sylwetce zaczynała się już rysować kobiecość.
— Co się stało? Pożar? — zapytała, przecierając oczy.
— Śniadanie — odparła sucho Marianna. — Pomyślałabym, że to wystarczający powód, by wstać o przyzwoitej porze.
Tekla zbagatelizowała reprymendę siostry, zajmując miejsce przy stole. Ojciec właśnie wszedł z warsztatu, otrzepując trociny ze swoich płóciennych spodni.
— Dzień dobry, tatusiu — powiedziała słodko Tekla, próbując odwrócić uwagę od swojego późnego wstawania.
— Dzień dobry, dziecko — odparł Wolski, siadając na czele stołu. — Choć dzień to już dawno, a ty dopiero z piór wyłazisz.
Krótka modlitwa przed posiłkiem — wszyscy Wolscy byli katolikami, co w coraz bardziej protestanckim Toruniu stanowiło pewną formę cichego oporu wobec pruskich władz — a potem cisza, przerywana tylko szczękiem noży o drewniane talerze.
— Ojcze — odezwała się w końcu Konstancja — słyszeliście o tym, co się dzieje w Prusach? Na targu kobiety mówiły, że Francuzi rozgromili armię pruską gdzieś na zachodzie.
Wolski uniósł wzrok znad talerza. W jego oczach błysnęło zainteresowanie przemieszane z niepokojem.
— Słyszałem. Karl Hoffmann, ten co ma sklep z żelastwem na Rynku Staromiejskim, mówił wczoraj, że jego brat z Królewca przysłał list. Podobno całe pruskie wojsko rozbite pod Jeną. Czternastego października.
— To już wczoraj — wtrąciła Marianna. — Jeśli to prawda…
— Jeśli to prawda — przerwał jej ojciec — to Francuzi mogą tu być za kilka tygodni. Może wcześniej.
Zapadła cisza. Każdy przy stole rozumiał implikacje. Napoleon Bonaparte, ten korsykański uzurpator, który sam koronował się na cesarza Francuzów, ten człowiek, który pokonał Austriaków, rozbił koalicje, podporządkował sobie pół Europy — teraz miażdżył Prusy, państwo, które przez trzynaście lat rządziło Toruniem.
— A co to dla nas będzie znaczyło? — zapytała cicho Tekla, po raz pierwszy tego poranka wydając się naprawdę rozbudzona.
— Nie wiem, dziecko — odparł Wolski. — Nie wiem. Może koniec pruskiego panowania. Może… może odzyskamy Polskę.
To ostatnie zdanie wypowiedział niemal szeptem, choć w murach własnego domu. Taka była rzeczywistość życia pod pruską władzą — nawet w prywatności człowiek bał się wyraźnie artykułować nadzieję na niepodległość.
Toruń roku 1806 był miastem paradoksów i napięć, które nawarstwiały się od trzynastu lat pruskiego panowania. Z jednej strony — dumna historia hanzeatycka, miejsce narodzin Mikołaja Kopernika, miasto, które przez wieki było jednym z najbogatszych ośrodków Rzeczypospolitej. Z drugiej — prowincjonalny garnizon pruski, miasto peryferyjne w rozległym królestwie Hohenzollernów, miejsce gdzie polska kultura i język systematycznie ustępowały miejsca niemieckiemu porządkowi.
Statystyki pruskiej administracji z 1805 roku podawały liczbę mieszkańców Torunia na osiem tysięcy dwustu czterdzieści siedem osób. Była to liczba znacznie mniejsza niż w XVI i XVII wieku, kiedy miasto przeżywało swój złoty okres i liczyło nawet dwanaście tysięcy mieszkańców. Struktura demograficzna była złożona jak wielobarwna mozaika: rdzenni polscy mieszczanie — jak Wolscy — stanowili wciąż większość, lecz stopniowo przybywało niemieckich osadników, urzędników pruskich, wojskowych. W mieście funkcjonowały trzy główne wspólnoty wyznaniowe: katolicy stanowili około sześćdziesięciu procent mieszkańców, protestanci luteranie — około trzydziestu pięciu procent, a niewielka gmina żydowska — około pięciu procent ludności.
Miasto zajmowało powierzchnię około dziewięćdziesięciu hektarów w obrębie murów obronnych. Dzieliło się na dwie główne części: Stare Miasto i Nowe Miasto, formalnie zjednoczone już w osiemnastym wieku, lecz wciąż zachowujące odrębny charakter i swoiste poczucie tożsamości. Stare Miasto, skupione wokół Rynku Staromiejskiego i potężnego kościoła świętego Jana z jego charakterystyczną wieżą widoczną z daleka, było centrum administracyjnym i handlowym. Tutaj mieściły się najważniejsze urzędy pruskie, tu stacjonowała komenda garnizonu, tu również znajdowały się najbogatsze sklepy i warsztaty. Nowe Miasto, z własnym rynkiem i kościołem świętego Jakuba, zachowało bardziej rzemieślniczy charakter — tu mieszkali tkacze, garncarze, kowale, tu tętnił rytm pracy, a nie administracji.
Ulica Szeroka, gdzie mieszkali Wolscy, biegła równolegle do głównej osi łączącej oba zespoły miejskie. Była to jedna z tych ulic, gdzie kamienice — świadkowie stuleci — przechowywały w swoich murach pamięć o potędze średniowiecznego Torunia. Kamienica Wolskich, wzniesiona pierwotnie około 1380 roku przez bogatego kupca hanzeatyckiego, nosiła w sobie ślady wszystkich epok, które przewinęły się przez miasto. Gotyckie piwnice sklepione, renesansowe portale, barokowe sztukaterie na sufitach wyższych kondygnacji. W samym warsztacie, który zajmował cały parter, strop podtrzymywały masywne dębowe belki — oryginalne, z XIV wieku, poczerniałe od dymu i wieku.
Poza murami rozwijały się przedmieścia: Bydgoskie na zachodzie, Chełmińskie na południu, Jakubskie na wschodzie. Tu mieszkała najbiedniejsza ludność — robotnicy dniówkowi, tragarze portowi, woźnice, najubożsi rzemieślnicy, którym nie było stać na kamienicę w murach. Życie na przedmieściach było znacznie surowsze niż w centrum — brak kanalizacji, upakowane drewniane chaty, błoto po każdym deszczu, które zamieniało ulice w grzęzawisko. Pruskie władze niewiele robiły dla poprawy warunków życia na przedmieściach, traktując je, jako rezerwuar taniej siły roboczej.
A wszystko to otaczał potężny system fortyfikacji, który czynił z Torunia jedną z najsilniejszych twierdz w tej części Europy. Stare średniowieczne mury zostały w XVIII wieku rozbudowane o nowożytne bastiony i forty zgodnie z najnowszymi osiągnięciami sztuki fortyfikacyjnej. Od strony Wisły biegł wysoki wał ziemny, wzmocniony palami i obsypany murawą, który miał chronić miasto przed ostrzałem artyleryjskim od strony rzeki. Przy brzegu stała cytadela — potężny fort o pięciu bastionach, zdolny pomieścić ponad tysiąc żołnierzy i magazyny amunicji wystarczające na miesięczne oblężenie.
W 1806 roku garnizon pruski liczył około trzech tysięcy żołnierzy, głównie piechoty ze składu dwóch pułków — Füsilier-Regiment numer czterdzieści dwa i Grenadier-Regiment numer jeden — z kilkoma kompaniami artylerii obsługującymi działa rozmieszczone na bastionach. Pruscy inżynierowie wojskowi traktowali Toruń jak kluczową pozycję w obronie wschodniej granicy królestwa. Wielokrotnie przeprowadzano modernizacje umocnień, dodawano nowe forty, pogłębiano fosy.
W warsztacie Wolskiego robiono często meble i elementy wyposażenia dla pruskich oficerów stacjonujących w garnizonie — było to stabilne źródło dochodu, choć moralnie problematyczne dla polskiego patrioty, któremu nie w smak było wspieranie swoją pracą armii zaborczej.
Po śniadaniu życie w domu Wolskich toczyło się według ustalonego rytmu, który regulował codzienność jak zegar wybijający kolejne godziny. Konstancja wróciła do księgi rachunkowej i korespondencji. Siedziała przy swoim biurku — małym, solidnie zrobionym meblu, który ojciec wykonał specjalnie dla niej pięć lat temu — i studiowała kolumny cyfr, porównywała koszty materiałów z cenami oferowanymi przez konkurencję, planowała zamówienia.
Marianna zajęła się sprzątaniem — co w kamienicy o trzech kondygnacjach i warsztacie zajmującym cały parter zajmowało większą część dnia. Najpierw podłogi na górze — zamiatanie, a potem szorowanie na kolanach z wodą i ługiem. Potem trzeba było wytrzepać pościel, przewietrzyć pierzyny, przebrać pranie. W międzyczasie gotowanie obiadu — zupa grochowa z kawałkami słoniny, którą trzeba było zostawić na małym ogniu przez kilka godzin, żeby się odpowiednio rozgotowała.
Tekla, po energicznym upomnieniu starszej siostry, zabrała się do prania bielizny w drewnianej kadzi na podwórzu. Było to zajęcie mozolne i niewdzięczne — najpierw trzeba było ogrzać wodę, potem namaczać ubrania, trzeć je na desce, płukać w zimnej wodzie ze studni. Ręce szybko robiły się czerwone i spękane od mydła i zimna. Ale taka była kolej rzeczy — w mieszczańskiej rodzinie każda para rąk musiała pracować.
Wolski wrócił do pracy nad szafą dla pruskiego urzędnika. Do warsztatu zaglądali czeladnicy — dwaj młodzi mężczyźni, którzy uczyli się rzemiosła pod okiem mistrza. W świetle pruskich przepisów cechowych z 1803 roku, które zreformowały średniowieczny system cechów, mistrz mógł zatrudniać maksymalnie dwóch czeladników. Wolski miał akurat tylu: Pawła Sadowskiego, dwudziestotrzylatka z Torunia, który pracował u niego już szósty rok i niedługo miał składać egzamin mistrzowski, oraz Tomasza Kulickiego, osiemnastoletniego chłopaka z podtoruńskiej wsi Kaszczorek, który dopiero dwa lata temu przybył do miasta jako uczeń.
— Panie mistrzu — odezwał się Paweł, wchodząc do warsztatu z naręczem desek świeżo przyniesionych z tartaku — słyszeliśmy na targu dziwne wieści. Podobno Francuzi idą na Prusy.
— Słyszałem — odparł krótko Wolski, nie podnosząc wzroku znad hebla, którym starannie równał powierzchnię dębowej deski.
— A czy to prawda, że ten Napoleon chce przywrócić Polskę? — dopytywał Paweł, ściszając głos i rozglądając się, jakby obawiał się, że ktoś obcy może podsłuchiwać.
Wolski odłożył narzędzie i spojrzał na czeladnika poważnie. Przez chwilę mierzył go wzrokiem, zastanawiając się, co odpowiedzieć.
— Pawle, ja jestem stolarzem, nie politykiem — powiedział w końcu. — Wiem, jak złożyć dobre połączenie na czop, jak dobierać drewno według słojów, jak obliczać koszty materiału. O zamiarach cesarza Francuzów nie mam pojęcia.
— Ale gdyby naprawdę powstała znowu Polska… — zaczął z zapałem młody człowiek, w jego oczach zabłysło marzenie.
— Gdyby, gdyby — przerwał mu Wolski. — Gdyby babcia miała wąsy, byłaby dziadkiem. Nie marnuj czasu na gdybanie. Masz pracę do zrobienia. Te deski trzeba jeszcze oheblować, a potem zaszlifować. I pamiętaj — zawsze wzdłuż słojów, nigdy w poprzek.
Rozmowa utkwiła jednak Wolskiemu w głowie. Przez następne godziny, podczas gdy jego dłonie mechanicznie wykonywały kolejne czynności — heblowanie, dłutowanie, szlifowanie — umysł wędrował do wspomnień, do obrazów z przeszłości, która wydawała się teraz odległa jak sen.
Pamiętał Polskę sprzed rozbiorów. Miał dwadzieścia jeden lat, gdy w 1772 roku dokonano pierwszego rozbioru. Był wtedy młodym czeladnikiem w warsztacie swojego ojca, pełnym energii i planów na przyszłość. Polska była wtedy jeszcze wielka, choć już słaba. Czterdzieści jeden lat miał, gdy w 1793 Toruń przypadł Prusakom po drugim rozbiorze. Wtedy już był mistrzem z własnym warsztatem, miał żonę Agnieszkę i trzy małe córki. Czterdzieści sześć lat, gdy w 1795 dokonano trzeciego rozbioru i Polska przestała istnieć.
Przez te wszystkie lata obserwował, jak jego miasto — polskie miasto — stopniowo zmienia się w niemiecki garnizon. Najpierw przyjechali pruscy urzędnicy. Potem zaczęły przybywać rodziny niemieckich kolonistów, którym rząd pruski dawał preferencje, tanią ziemię, zwolnienia podatkowe. Powoli, lecz systematycznie, niemiecka obecność rosła.
Germanizacja postępowała metodycznie, jak precyzyjnie zaplanowana operacja wojskowa. Napisy na urzędach — tylko po niemiecku. Nawet stare polskie nazwy ulic zaczęto zastępować niemieckimi. Korespondencja urzędowa — wyłącznie po niemiecku. Szkoły — z niemieckim językiem nauczania, gdzie polskie dzieci musiały uczyć się w obcym języku o wielkich zwycięstwach Fryderyka Wielkiego nad Polakami. Kościoły protestanckie otrzymywały lepsze dotacje niż katolickie. Majątki kościelne katolickie zostały częściowo skonfiskowane i przekazane państwu pruskiemu. Niemieccy osadnicy dostawali preferencje przy zakładaniu biznesów, przy ubieganiu się o kredyty, przy zakupie nieruchomości.
Polscy mieszczanie, jak Wolski, musieli lawirować, dostosowywać się, znaleźć sposób na przetrwanie w tej nowej rzeczywistości. Niektórzy spolszczali nazwiska — Kowalski stawał się Schmidtem, Młynarski przekształcał się w Müllera. Inni posyłali dzieci do niemieckich szkół, uczyli się biegle mówić po niemiecku, adoptowali niemieckie obyczaje. Jeszcze inni — jak Wolski — zachowywali polskość w czterech ścianach swojego domu, na zewnątrz udając lojalnych poddanych króla pruskiego.
— Mistrzu Wolski! — głos od drzwi wyrwał go z zadumy.
W progu warsztatu stał Heinrich Adler, młody niemiecki urzędnik z pruskiego urzędu podatkowego. Był to szczupły mężczyzna około trzydziestu lat, w okularach w drucianych oprawkach, ubrany w skromny, lecz starannie wyprasowany czarny uniform urzędniczy z mosiężnymi guzikami. W ręku trzymał skórzaną teczkę z dokumentami.
— Dzień dobry, panie Adler — powiedział Wolski po niemiecku, odkładając narzędzie i wycierając dłonie w fartuch. Jego niemiecki był poprawny, choć z wyraźnym polskim akcentem, który zdradza człowieka mówiącego w obcym języku.
— Dzień dobry, panie Wolski — odparł Adler. — Przyszedłem w sprawie rutynowej kontroli. Muszę zweryfikować państwa księgowość za trzeci kwartał bieżącego roku.
— Oczywiście, oczywiście — Wolski skinął głową. — Konstancja! Przynieś księgę rachunkową dla pana urzędnika!
Konstancja, która pracowała w sąsiednim pomieszczeniu, przyniosła grubą księgę oprawną w skórę. Adler usiadł przy warsztacie i zaczął przeglądać strony, jego palec przesuwał się po kolumnach cyfr zapisanych starannym pismem Konstancji. Wolski obserwował go z napięciem — każda kontrola podatkowa mogła skończyć się dodatkowym obciążeniem, karą za nieprawidłowości, a w najgorszym przypadku koniecznością płacenia łapówki, choć Adler nie sprawiał wrażenia człowieka skorumpowanego.
— Dochody za lipiec… sierpień… wrzesień — mruczał Adler, robiąc notatki. — Wydatki na materiał… płace dla czeladników… czynsz… podatek od nieruchomości…
Przez kilka minut panowała cisza, przerywana tylko szmerem przewracanych kartek i skrobaniem pióra po papierze. Wreszcie Adler skinął głową.
— Wszystko wydaje się w porządku — powiedział. — Wprawdzie dochód jest niższy niż w poprzednim kwartale o około dwadzieścia procent…
— Zamówień mniej było — wyjaśnił szybko Wolski. — Latem ludzie budują, remontują, kupują meble. Jesienią obroty zawsze spadają. To normalny cykl w naszym rzemiośle.
— Rozumiem — Adler zapisał coś w swoim notatniku. — W takim razie podatek za trzeci kwartał wyniesie dwa talary i dwadzieścia groszy. Do zapłaty do końca października.
Była to suma odpowiadająca mniej więcej tygodniowemu dochodowi warsztatu — niemało, ale też nie tak dużo, by stanowiło zagrożenie dla egzystencji rodziny. Wolski westchnął z ulgą.
Po wymianie jeszcze kilku formalności Adler zaczął się zbierać do wyjścia, pakując dokumenty do teczki. Przy drzwiach jednak zawahał się, rozglądnął się, jakby sprawdzając, czy nikt nie słucha, i ściszył głos.
— Panie Wolski… czy słyszał pan o wydarzeniach pod Jeną?
Wolski zmrużył oczy. Było coś dziwnego w tonie Adlera, coś co nie pasowało do standardowej rozmowy między pruskim urzędnikiem a polskim podatnikiem.
— Słyszałem plotki na targu — odparł ostrożnie. — Ale wiadomo, jak to z plotkami bywa…
— To nie plotki — powiedział cicho Adler, jeszcze bardziej ściszając głos. — Mam… mam informacje ze źródeł urzędowych. Z kancelarii rejencji w Kwidzynie przyszedł tajny raport. Armia pruska została rozbita. Całkowicie. Czternaście dywizji rozbitych w ciągu jednego dnia. Napoleon porusza się na wschód z szybkością, której nikt się nie spodziewał.
Wolski poczuł, jak serce zaczyna bić mu szybciej.
— Co to znaczy dla Torunia? — zapytał.
Adler spojrzał mu w oczy. W tym spojrzeniu było coś dziwnego — jakby zrozumienie, współczucie, może nawet solidarność. Nie spojrzenie pruskiego urzędnika na polskiego poddanego, ale spojrzenie człowieka na człowieka.
— Szczerze? Nie wiem — odpowiedział Adler. — Ale jeśli Francuzi dotrą tutaj… wszystko się zmieni. Dla was Polaków może to oznaczać szansę. Dla nas Niemców… — urwał, jakby nie chcąc dokończyć myśli.
— A dla pana osobiście? — zapytał Wolski. — Co pan zrobi, jeśli Francuzi przyjdą?
Adler przez chwilę milczał, jakby sam nie znał odpowiedzi na to pytanie.
— Jestem urzędnikiem — powiedział w końcu. — Służę temu, kto tutaj rządzi. Jeśli przyjdą Francuzi… będę służył Francuzom. Taka jest natura mojego zawodu. — Uśmiechnął się smutno. — Poza tym… mam wrażenie, że niedługo każdy z nas będzie musiał podjąć trudne decyzje.
Po wyjściu urzędnika Wolski długo stał nieruchomo, patrząc na zamknięte drzwi. Konstancja podeszła do niego.
— Ojcze? Wszystko w porządku?
— Tak, dziecko. Wszystko… wszystko w porządku.
Ale nie było. Wolski czuł, że wielkie zmiany są tuż za rogiem. Czuł to w powietrzu, w nerwowości pruskich urzędników, w plotkach na targu, w niepewności każdego dnia. Przez trzynaście lat żył w pruskim Toruniu, przystosował się, przetrwał. A teraz wszystko to mogło się zmienić — na lepsze? na gorsze? — nie wiedział.
Wieczór tego dnia zastał rodzinę Wolskich przy kolacji w głównej izbie na pierwszym piętrze. Była to największa komnata w całym domu — około dwudziestu metrów kwadratowych, z dwoma oknami wychodzącymi na ulicę Szeroką. Meble były proste, lecz solidnie wykonane — stół dębowy, ławy, skrzynia na pościel, kredensik na naczynia. Na ścianach wisiały święte obrazy: Matka Boska Częstochowska, Chrystus Ukrzyżowany, święty Józef. W kącie stał niewielki piec kaflowy, który zimą ogrzewał pomieszczenie.
Posiłek był skromny, lecz sycący: grochowa zupa z kawałkami słoniny, ciemny chleb żytni, ser twarogowy domowej roboty. Na stole stała również niewielka gliniana karafka piwa — codziennego napoju toruńskich mieszczan, bezpieczniejszego do picia niż woda ze studni, która często bywała skażona. Przeciętny dorosły Toruńczyk wypijał dziennie około półtora litra piwa, co dając rocznie około pięciuset litrów na osobę.
— Marianna, to znakomita zupa — pochwalił Wolski, chwaląc porcję na swoim drewnianym talerzu. — Tak jak matka robiła.
Matka dziewcząt, Agnieszka z domu Kowalska, zmarła pięć lat temu na febrę, która przyszła jesienią i zabrała ją w ciągu dwóch tygodni. Od tamtej pory Marianna przejęła większość obowiązków domowych, gotowanie, sprzątanie, pranie. Wspomnienie matki wciąż bolało jak świeża rana.
— Dziękuję, tato — odpowiedziała cicho Marianna, rumieniąc się z przyjemności.
— Ojcze — odezwała się nagle Tekla, podnosząc wzrok znad talerza — czy to prawda, że Napoleon Bonaparte jest bardzo przystojny?
Wolski parsknął śmiechem, niemal zakrztuszając się zupą. Paweł, który jadł kolację razem z rodziną — jako starszy czeladnik miał taki przywilej — uśmiechnął się szeroko.
— Tekla! — skarciła ją Konstancja, czerwieniąc się. — Co za niedorzeczne pytania!
— Ale kobiety na targu mówiły! — broniła się dziewczyna z zapałem. — Pani Kowalczyk mówiła, że widziała gdzieś jego portret i że ma piękne oczy, i że…
— Pani Kowalczyk nie widziała żadnego portretu — przerwała jej Konstancja stanowczo. — Plotki to tylko plotki. Napoleon to wódz wojskowy, nie jakiś fircyk teatralny.
— A jednak — wtrącił się Wolski, niespodziewanie przyjmując stronę młodszej córki — coś w tym jest. Napoleon to zjawisko, dziecko. Człowiek z niczego, syn biednego szlachcica z Korsyki, który został cesarzem Francuzów. Rewolucjonista, który koronuje się jak król. Mówią, że jest genialnym wodzem, że wygrywa bitwy dzięki szybkości i zaskoczeniu. Że jego żołnierze idą za nim w ogień.
— Mówią też, że jest uzurpatorem i tyranem — dodała Konstancja, nie dając za wygraną. — Że zdradzał ideały rewolucji francuskiej. Że wprowadził cenzurę i rządzi żelazną ręką.
— Dla Francuzów może — zgodził się Wolski, wycierając usta chlebem. — Ale dla Polaków? Dla nas może jest nadzieją. Jedyną nadzieją na przywrócenie Polski.
Zapadła cisza. Wszyscy przy stole rozumieli wagę tych słów. W pruskim Toruniu, gdzie policja polityczna bacznie obserwowała nastroje polskiej ludności, gdzie donosiciele mogli być wszędzie, takie rozmowy były niebezpieczne. Ale w czterech ścianach własnego domu, przy rodzinnym stole, przy ludziach, którym można było zaufać, można było pozwolić sobie na szczerość.
— Słyszałam — powiedziała cicho Marianna — że gdyby powstała znowu Polska, to moglibyśmy mieć własnego króla. Że Napoleon przywróciłby dynastię Sasów albo Poniatowskich.
— Albo własnego cesarza — dodała Tekla z uśmiechem, nie rezygnując z tematu Napoleona.
— Albo wcale nie mieć ani króla, ani cesarza — zauważyła Konstancja, która czytała więcej niż jej siostry i interesowała się polityką. — Francuzi zrobili rewolucję właśnie po to, żeby pozbyć się monarchii. Proklamowali republikę, równość wszystkich ludzi.
— A potem i tak zrobili sobie cesarza — parsknęła Tekla. — Widocznie woleli mieć pana.
— To bardziej skomplikowane — wtrącił się Paweł. — Czytałem w gazecie, że Napoleon został cesarzem, bo Francuzi chcieli porządku po latach chaosu rewolucji. Że woleli silną władzę niż anarchię.
Rozmowa toczyła się dalej, przy kolejnych kieliszkach piwa. Wolski opowiadał o dawnej Polsce, o czasach swojej młodości, gdy Rzeczpospolita wciąż istniała. Wspominał ostatni Sejm, Konstytucję Trzeciego Maja, insurekcję Kościuszkowską, którą pamiętał jako młody człowiek. Opowiadał o bitwie pod Racławicami, o kosynierach, o nadziei, która potem została zduszona przez armie trzech zaborców.
Konstancja zadawała pytania o stare czasy, o to jak wyglądała Polska, jak funkcjonował Sejm, jakie były prawa. Marianna słuchała w milczeniu, z tęsknotą w oczach, wyobrażając sobie kraj, którego nigdy nie znała. Tekla, najmłodsza, która Polski nigdy nie pamiętała — urodziła się w 1789 roku, miała zaledwie cztery lata, gdy dokonano trzeciego rozbioru — próbowała wyobrazić sobie ten mityczny kraj, o którym ojciec mówił z takim rozrzewnieniem.
— Ojcze — zapytała w końcu Tekla — a jak myślicie, czy Napoleon naprawdę przywróci Polskę?
Wolski odłożył kielich piwa i popatrzył na córkę poważnie.
— Nie wiem, dziecko. Nie wiem. Napoleon to przede wszystkim Francuz. Będzie robił to, co leży w interesie Francji. Jeśli przywrócenie Polski będzie służyło jego celom — może to zrobi. Jeśli nie — zostawi nas naszemu losowi.
— Ale jednak mamy nadzieję — powiedziała cicho Marianna.
— Tak — przyznał Wolski. — Mamy nadzieję. I to już jest coś. Przez trzynaście lat żyliśmy bez nadziei. Teraz przynajmniej mamy na co czekać.
Wreszcie, gdy świece zaczęły dogasać, a zmęczenie dało o sobie znać — dzień był długi i pracowity — rodzina rozeszła się na spoczynek. Każdy do swojej izdebki, do swojego kąta w tej ciasnej, lecz pełnej ciepła kamienicy przy ulicy Szerokiej.
Wolski, zanim zgasił świecę, długo jeszcze leżał z otwartymi oczami, wpatrując się w ciemny sufit. Z ulicy dochodziły stłumione odgłosy — gdzieś w oddali szczekał pies, przejechała furmanka, z pobliskiej karczmy dobiegało pijackie śpiewanie. Normalne dźwięki toruńskiej nocy.
Myślał o tym, co przyniesie jutro, co przyniosą następne tygodnie, miesiące. Myślał o Napoleonie, o Francuzach, o wojnie, która zbliżała się nieuchronnie do Torunia jak letnia burza. Myślał o swoich córkach — Konstancji mądrej i praktycznej, Mariannie łagodnej i pobożnej, Tekli młodej i marzycielskiej. Jakie życie ich czeka? Jaka przyszłość?
Nie wiedział jeszcze, że za niespełna dwa miesiące jego świat wywróci się do góry nogami. Nie wiedział, że jego córki — wszystkie trzy — zostaną wciągnięte w wir wydarzeń, które na zawsze zmienią ich losy i losy całego miasta. Nie wiedział, że historia — ta wielka, bezlitosna historia, która miesza ludzkie życie jak karty do gry — puka już do drzwi jego warsztatu.
Ale przeczuwał. W głębi serca, w tym miejscu gdzie intuicja mieszka obok rozumu, przeczuwał, że nadchodzi czas wielkich przemian. I nie mylił się.
Za oknem, nad dachem kamienicy, księżyc w nowiu chował się za chmurami. Toruń spał niespokojnym snem miasta, które czeka na przyszłość niepewną i pełną obietnic zarazem.
Rozdział 2: Cienie nadchodzącej wojny
Poniedziałek, 20 października 1806 roku, przyniósł do Torunia oficjalne potwierdzenie tego, co dotąd krążyło jedynie jako pogłoski i plotki szeptane na targach i w karczmach. Tego dnia, około godziny dziesiątej rano, do bramy Chełmińskiej wjechał kurier z Berlina — młody porucznik huzarów, pokryty kurzem drogi, na koniu pokrytym pianą z galopady. W sakwach wiózł depesze dla komendanta garnizonu toruńskiego, generała-majora Friedricha von Schöler.
Wieść rozeszła się po mieście z szybkością pożaru na wietrze. Najpierw dowiedzieli się pruscy oficerowie w kwaterze głównej przy ulicy Podmurnej. Potem plotka przeskoczyła do mieszczańskich domów — ktoś widział bladego jak ściana adiutanta generała biegnącego z depeszą, ktoś inny słyszał jak oficerowie krzyczą na placu ćwiczeń, wydając rozkazy alarmowe. W południe całe miasto wiedziało już to, co pruscy dowódcy próbowali ukryć: armia pruska została rozbita nie w jednej, ale w dwóch bitwach — pod Jeną czternastego października i pod Auerstedt tego samego dnia. Napoleon Bonaparte miażdżył królestwo Fryderyka Wilhelma III jak dziecko łamiące suche gałązki.
W warsztacie Wolskiego przy ulicy Szerokiej atmosfera była elektryczna. Krzysztof Wolski siedział przy swoim stole warsztatowym, ale od godziny nie wykonał żadnej sensownej pracy. Tylko udawał, że hebluje deskę, podczas gdy w rzeczywistości wsłuchiwał się w każdy odgłos z ulicy, w każdy fragment rozmowy dobiegający przez otwarte okno.
Paweł Sadowski, starszy czeladnik, przybiegł z targu tuż przed południem, dysząc z podniecenia.
— Panie mistrzu! Panie mistrzu! — zawołał, wpadając do warsztatu. — Na rynku mówią, że cała armia pruska się rozpierzchła! Że król uciekł do Królewca! Że Francuzi są już w Berlinie!
Wolski odłożył hebel i spojrzał na młodego człowieka surowo, ale w jego oczach tańczyły iskierki.
— Uspokój się, chłopcze. I ścisz głos. Ściany mają uszy, zapominasz?
— Ale czy pan słyszał? — Paweł rzeczywiście przyciszył głos do gorączkowego szeptu. — Dwieście tysięcy Francuzów idzie na wschód. Mówią, że Napoleon osobiście prowadzi armię. Że będzie tu za tydzień, może dwa.
— Mówią, mówią — mruknął Wolski, ale nawet on nie mógł ukryć drżenia w głosie. — Za dużo się ostatnio mówi, za mało wie na pewno.
Z tylnego pomieszczenia wyszła Konstancja, w ręku trzymając list. Jej twarz była blada, a w oczach malował się niepokój.
— Ojcze, przyszedł list od pana Adlera — powiedziała cicho. — Prosi, żebym się z nim dziś spotkała. Mówi, że to pilne.
Wolski zmarszczył brwi. Heinrich Adler odwiedzał ich warsztat regularnie od ponad roku, najpierw w sprawach służbowych — kontrole podatkowe, rozliczenia — potem coraz częściej pod pretekstem rozmaitych formalności, które wymagały konsultacji z Konstancją. Wolski nie był ślepy. Widział, jak młody Niemiec patrzy na jego córkę, widział rumieńce na policzkach Konstancji, gdy Adler przychodził. Nie podobało mu się to — związek z pruskim urzędnikiem, z Niemcem — ale Konstancja miała już dwadzieścia cztery lata, a odpowiednich kandydatów na męża w polskich rodzinach było coraz mniej.
— Idź — powiedział w końcu. — Ale bądź ostrożna. Czasy są niepewne.
Konstancja spotkała się z Heinrichem Adlerem w małej kawiarni przy Rynku Staromiejskim, w oficynie jednej z kamieniczek, gdzie właściciel — stary Niemiec o nazwisku Brenner — serwował kawę sprowadzaną z Hamburga i ciastka według wiedeńskich receptur. Było to miejsce ciche, dyskretne, gdzie można było porozmawiać bez natłoku ciekawskich uszu.
Adler już tam czekał, siedząc przy stoliku w kącie. Wyglądał inaczej niż zwykle — zamiast schludnego urzędniczego uniformu miał na sobie zwykły cywilny surdut, jakby chciał się ukryć, zatrzeć w tłumie. Gdy Konstancja weszła, zerwał się na równe nogi.
— Pani Konstancjo — powiedział, lekko się kłaniając. — Dziękuję, że pani przyszła.
Usiedli. Brenner przyniósł kawę — luksus, na który Konstancja pozwalała sobie rzadko. Filiżanka prawdziwej kawy kosztowała dwadzieścia groszy, równowartość dwóch funtów chleba.
— Heinrich — zaczęła Konstancja, używając imienia, co było między nimi coraz częstsze w ostatnich miesiącach — co się dzieje? W mieście szaleją plotki…
— To nie plotki — przerwał jej, ściszając głos i pochylając się przez stolik. — Dostałem dziś rano polecenie z rejencji w Kwidzynie. Wszyscy niemieccy urzędnicy mają przygotować się do ewakuacji. Francuzi rozgromili naszą armię. Kompletnie. Czternaście do szesnastu października. Pod Jeną książę Hohenlohe stracił trzydzieści tysięcy ludzi. Pod Auerstedt marszałek Davout rozbił samego króla. To katastrofa, Konstancjo. Całkowita katastrofa.
Konstancja słuchała, czując jak serce zaczyna bić jej szybciej. Patrzyła na Heinricha — na tego przystojnego, wrażliwego mężczyznę, który od roku zabiegał o jej względy z niemiecką metodycznością i powagą — i widziała w jego oczach strach.
— Co to znaczy dla ciebie? — zapytała cicho. — Dla nas?
Heinrich sięgnął przez stolik i wziął jej dłoń w swoje. To był gest śmiały, intymny, w publicznym miejscu, ale najwyraźniej uznał, że czasy na konwenanse minęły.
— Konstancjo, ja… — zaczął, po czym urwał, jakby szukając słów. — Od miesięcy chciałem z panią porozmawiać. O przyszłości. O naszej przyszłości. Planowałem to inaczej, w innych okolicznościach, ale teraz… teraz nie ma czasu.
— Heinrich, o czym ty mówisz?
— Kocham panią — powiedział wprost, patrząc jej w oczy. — Kocham panią od pierwszego dnia, gdy zobaczyłem panią w warsztacie pana ojca. Kocham pani inteligencję, pani siłę, pani… wszystko. Wiem, że jestem Niemcem, a pani Polką. Wiem, że jestem protestantem, a pani katoliczką. Wiem, że pani ojciec pewnie nie patrzy na mnie przychylnie. Ale proszę… dajmy sobie szansę.
Konstancja siedziała jak sparaliżowana. Wiedziała oczywiście, że Heinrich ją adoruje, ale wyznanie — tak bezpośrednie, tak szczere — zaskoczyło ją.
— Ja… ja nie wiem, co powiedzieć — wyszeptała.
— Nie musi pani nic mówić teraz — powiedział szybko Heinrich. — Ale proszę, niech pani o tym pomyśli. Bo wszystko się zmienia. Francuzi idą. Za tydzień, może dwa, może miesiąc, będą w Toruniu. A ja… ja nie wiem co się wtedy ze mną stanie. Czy będę musiał uciekać. Czy zostanę aresztowany. Czy…
— Przestań — przerwała mu Konstancja, ściskając jego dłoń. — Przestań. Nic ci się nie stanie. Jesteś urzędnikiem, nie żołnierzem. Francuzi będą potrzebowali ludzi, którzy znają administrację, prawda?
Heinrich uśmiechnął się smutno.
— Może. A może będą chcieli wszystkich Niemców wyrzucić. Albo gorzej. — Potrząsnął głową. — Ale ja nie o sobie teraz myślę. Myślę o tym, że mogę panią stracić zanim w ogóle… zanim zaczniemy.
Siedzieli tak w milczeniu, trzymając się za ręce ponad filiżankami z wystygającą kawą, w małej kawiarni przy rynku, podczas gdy na zewnątrz świat, jaki znali, rozpadał się w gruzy.
Tego samego popołudnia, w zupełnie innej części miasta, na przedmieściu Jakubskim, Marianna Wolska szła wąską uliczką między drewnianymi chatami. Miała na sobie swój najlepszy niedzielny płaszcz i czepek, bo szła do kościoła świętego Jakuba na nieszpory. Było to coś, co robiła regularnie trzy razy w tygodniu — środa, piątek, niedziela — odmawiając różaniec w cichej nawie gotyckiej świątyni.
Kościół świętego Jakuba był mniejszy i skromniejszy od potężnego kościoła świętego Jana na Starym Mieście, ale Marianna czuła się tu bardziej swojsko. Tu przychodzili zwykli ludzie — rzemieślnicy, handlarze, służące — nie bogaci mieszczanie czy pruscy oficerowie, którzy zapełniali główne kościoły podczas uroczystych nabożeństw.
Tego dnia świątynia była pełniejsza niż zwykle. Ludzie szukali pociechy w modlitwie, gdy świat na zewnątrz stawał się coraz bardziej niepewny. Marianna ukękła w swojej ulubionej ławce, po lewej stronie nawy, skąd miała dobry widok na ołtarz, ale jednocześnie była nieco w cieniu.
Zaczęła odmawiać różaniec, pozwalając znajomym słowom modlitwy wypełnić umysł i uspokoić niespokojne serce. Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą…
— Przepraszam — usłyszała szept obok siebie.
Podniosła wzrok. Obok jej ławki stał mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziała. Był wysoki, szczupły, miał około czterdziestu lat. Twarz pooraną zmarszczkami, włosy przedwcześnie przysypane siwizną. Ubrany skromnie, ale czysto. Ale to nie ubranie przykuło jej uwagę — to były oczy. Smutne, głębokie oczy człowieka, który widział za dużo.
— Tak? — wyszeptała, zdziwiona przerwaniem modlitwy.
— Czy to miejsce jest zajęte? — zapytał mężczyzna, wskazując na wolne miejsce obok niej w ławce.
— Nie, proszę — odpowiedziała, przesuwając się nieco, by zrobić mu miejsce.
Mężczyzna usiadł i również zaczął się modlić. Marianna wróciła do różańca, ale teraz nie mogła się skupić. Coś w tym nieznajomym przykuwało jej uwagę. Sposób, w jaki się modlił — intensywnie, gorliwie, jakby od tej modlitwy zależało jego życie. I było coś jeszcze… blizna na lewej dłoni, biegnąca od podstawy kciuka aż do nadgarstka. Stara blizna, ale wyraźna.
Po nieszporach, gdy ludzie zaczęli wychodzić z kościoła, mężczyzna odwrócił się do niej.
— Dziękuję za gościnność w ławce, panno — powiedział z lekkim uśmiechem. — Nazywam się Antoni Czarnecki.
— Marianna Wolska — odpowiedziała, lekko się kłaniając.
— Wolska? Przypadkiem nie córka Krzysztofa Wolskiego, mistrza stolarskiego z ulicy Szerokiej?
Marianna spojrzała na niego zaskoczona.
— Skąd pan wie?
— Znam pani ojca — wyjaśnił Czarnecki. — To znaczy, znałem. Dawno temu. Kiedy byłem o wiele młodszy. — W jego oczach przemknął cień wspomnień. — Czy on jeszcze żyje? Czy ma się dobrze?
— Żyje i ma się dobrze, dzięki Bogu — odpowiedziała Marianna. — Ale przepraszam, nie pamiętam, żeby ojciec wspominał o panu.
— To było bardzo dawno temu — powiedział Czarnecki, wyraźnie ważąc słowa. — W innych czasach. Czasach, które dla niektórych lepiej zapomnieć.
Stali na schodach kościoła, podczas gdy wokół nich przepływał tłum wiernych wracających do domów. Październikowe słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając długie cienie na bruk.
— Pani Marianno — powiedział w końcu Czarnecki — czy mogę panią odprowadzić do domu? Chciałbym zobaczyć starego Krzysztofa. Jeśli on zechce mnie zobaczyć.
Marianna zawahała się. Był w tym mężczyźnie magnetyzm, coś co przyciągało, ale jednocześnie budziło ostrożność. Ale jego oczy były szczere, a skoro znał ojca…
— Dobrze — zgodziła się. — Proszę iść ze mną.
Krzysztof Wolski siedział w warsztacie, próbując dokończyć szafę dla pruskiego urzędnika, której termin dostawy mijał za trzy dni. Ale ręce nie chciały słuchać, a umysł wędrował daleko, do wieści z Jeny i Auerstedt, do spekulacji o tym, co przyniosą najbliższe tygodnie.
Drzwi warsztatu otworzyły się i weszła Marianna, a za nią nieznajomy mężczyzna. Wolski podniósł wzrok, zmarszczył brwi.
— Marianna? Kto to jest?
Czarnecki zrobił krok do przodu, w pełne światło płynące z okien warsztatu. I nagle Wolski zobaczył go wyraźnie — twarz, oczy, sposób poruszania się. I coś w jego pamięci kliknęło.
— Boże święty — wyszeptał, wstając powoli. — Antoni? Antoni Czarnecki?
— Witaj, Krzysztofie — powiedział Czarnecki, wyciągając rękę. — Minęło dwanaście lat.
Dwanaście lat. 1794 rok. Insurekcja Kościuszkowska. Wolski pamiętał to wszystko jak przez mgłę — młody Antoni Czarnecki, wtedy dwudziestopięcioletni szlachcic bez ziemi, który przyłączył się do powstania w pierwszych dniach. Wolski pomagał mu wtedy, ukrywał w piwnicy swojej kamienicy, gdy pruscy żołnierze szukali powstańców po ulicach Torunia. Potem Antoni zniknął — podobno uciekł do Warszawy, żeby walczyć dalej.
— Antoni — powtórzył Wolski, ściskając dłoń przyjaciela z młodości. — Myślałem, że nie żyjesz. Słyszałem, że zginąłeś pod Maciejowicami.
— Prawie — odpowiedział Czarnecki ze smutnym uśmiechem. — Miałem szczęście. Albo pecha, zależy jak na to patrzeć. Rosyjska szabla, — pokazał bliznę na ręce — ale przeżyłem. Potem Syberia. Pięć lat w kopalniach. Potem amnestia i wreszcie mogłem wrócić.
Wolski popatrzył na niego z niedowierzaniem pomieszanym z szacunkiem.
— Syberia… Boże. — Potrząsnął głową. — Marianna, córko, postaw wodę na herbatę. Antoni, siadaj, siadaj. Musisz mi wszystko opowiedzieć.
Marianna, wciąż oszołomiona nagłością tego spotkania, posłusznie poszła do kuchni. Konstancja, która właśnie wróciła ze spotkania z Heinrichem, weszła do warsztatu i zatrzymała się zaskoczona widokiem ojca i nieznajomego mężczyzny siedzących przy stole, pochylonych nad starymi wspomnieniami.
Przez następną godzinę Antoni Czarnecki opowiadał. O insurekcji, o bitwie pod Maciejowicami, gdzie walczył w oddziale kosynierów. O tej krótkiej, strasznej walce, gdy musieli stawić czoła regularnej armii rosyjskiej uzbrojonej w armaty i karabiny, mając tylko kosy na kijach i pistolety bez naboi. O tym, jak rosyjska szabla rozorała mu rękę, jak leżał na polu bitwy udając martwego, jak potem Rosjanie zabrali jeńców do Petersburga.
— Kopalnie soli pod Jekaterynburgiem — mówił, a w jego głosie słychać było echo tamtych lat. — Czternaście godzin dziennie pod ziemią. Zimą minus czterdzieści stopni na zewnątrz, w kopalni zawsze równo zimno. Połowa ludzi umierała w pierwszym roku. Ja jakoś przetrwałem. Nie wiem jak. Może gniew mnie trzymał przy życiu. Gniew i nadzieja na zemstę.
— I wróciłeś — powiedział cicho Wolski. — Po tylu latach.
— Amnestia przyszła w 1801 roku, po śmierci Pawła Pierwszego. Nowy car, Aleksander, chciał pokazać się łaskawym. Wypuścił więźniów politycznych. Wróciłem do Polski. — Uśmiechnął się gorzko. — Tyle że Polski już nie było. Były tylko pruskie, rosyjskie i austriackie prowincje.
— A co robiłeś przez te pięć lat? — zapytała Konstancja, która słuchała z zafascynowaniem.
— Przebijałem się. Tu i tam. Pracowałem jako nauczyciel w Warszawie, potem w Poznaniu. Uczyłem dzieci polskiej szlachty po polsku, co nie było łatwe pod pruskim zaborem. Ale żyłem. I czekałem.
— Na co? — zapytała Marianna cicho.
Czarnecki spojrzał na nią, i w jego oczach zapłonął ogień.
— Na drugą szansę. Na to, żeby znowu walczyć o Polskę. I teraz, z Napoleonem idącym na wschód… może ta szansa właśnie nadchodzi.
Wieczór zapadł nad Toruniem, a wraz z nim przyszła burza. Nie burza meteorologiczna, choć niebo rzeczywiście zaciągnęło się ciemnymi chmurami, ale burza wydarzeń, plotek, nadziei i lęków.
Na Rynku Staromiejskim, przed ratuszem, zebrał się tłum ludzi. Pruscy oficerowie próbowali zaprowadzić porządek, krzycząc rozkazy po niemiecku, ale nikt ich nie słuchał. Polscy mieszczanie rozmawiali gorączkowo między sobą, gestykulując, planując. Niektórzy mówili otwarcie o powstaniu, o przywitaniu Napoleona jako wyzwoliciela. Inni byli ostrożniejsi, przestrzegali przed przedwczesnym działaniem.
Tekla Wolska, najmłodsza z córek, wymknęła się z domu bez pozwolenia — co było całkowicie niewłaściwe dla siedemnastoletniej panny z porządnego domu — i teraz stała na skraju tłumu, wchłaniając każde słowo, każdy okrzyk. Jej młode serce biło szybciej z podniecenia. To była historia rozgrywająca się na jej oczach, to było coś wielkiego, coś co wykraczało poza nudną codzienność warsztatu stolarskiego i obowiązków domowych.
— Wolność! — krzyczał jakiś młody człowiek, wspinając się na cokół starej studni. — Napoleon przyniesie nam wolność! Francuzi są naszymi braćmi! Rosjanie i Prusacy to nasi wrogowie!
— Cisza! — warknął pruski oficer, sierżant o twarzy czerwonej ze złości. — Rozejść się! To nielegalne zgromadzenie!
Ale tłum nie miał zamiaru się rozejść. Rosół dalej, wzbierał jak rzeka w czasie powodzi.
Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, z tłumu wyłonił się stary mężczyzna. Tekla rozpoznała go — to był Jan Działyński, stary szlachcic, który mieszkał w małej kamienicy przy ulicy Kopernika. Miał ponad siedemdziesiąt lat, pamiętał jeszcze czasy sprzed rozbiorów.
— Słuchajcie mnie! — zawołał starczym, ale wciąż donośnym głosem. — Słuchajcie starego człowieka, który widział upadek Polski!
Tłum ucichł, okazując szacunek starszemu.
— Cieszycie się, że Napoleon idzie — mówił Działyński. — Macie nadzieję, że przywróci Polskę. Ale pamiętajcie — Napoleon nie jest Polakiem. On jest Francuzem. Będzie robił to, co jest dobre dla Francji, nie dla Polski. Jeśli mu się przyda Polska jako bufor przeciwko Rosji, może ją odbuduje. Jeśli mu się nie przyda, porzuci nas jak Austriacy, Prusacy i Rosjanie.
— Ale musimy spróbować! — krzyknął ktoś z tłumu. — To nasza jedyna szansa!
— Spróbować, tak — zgodził się Działyński. — Ale z otwartymi oczami. Bez naiwności. Bez przekonania, że Napoleon jest mesjaszem. Jest tylko człowiekiem. Bardzo zdolnym człowiekiem, genialnym wodzem, ale człowiekiem, który ma swoje cele.
Tekla słuchała tego wszystkiego z biciem serca. Czuła, że jest świadkiem czegoś historycznego, czegoś co będzie wspominać do końca życia.
Nagle ktoś złapał ją za ramię. Odwróciła się gwałtownie i spojrzała w rozgniewane oczy Konstancji.
— Co ty tu robisz?! — syknęła starsza siostra. — Ojciec cię szuka! Natychmiast idziemy do domu!
— Ale…
— Żadnych ale! Marsz!
Konstancja zaciągnęła młodszą siostrę w boczną uliczkę, z dala od tłumu. Tekla szła niechętnie, ciągle oglądając się przez ramię na rynek, gdzie historia działa się bez niej.
W kościele świętego Jana, największej świątyni Torunia, o tej samej godzinie odbywało się nadzwyczajne nabożeństwo. Ksiądz Wojciech Skarżyński, proboszcz parafii, czterdziestopięcioletni duchowny o surowej twarzy i stalowych oczach, odprawiał mszę za pokój i pomyślność miasta.
Kościół był pełen. Przyszli i katolicy, i protestanci, i nawet kilku Żydów stało z tyłu, w cieniu kolumn. Wszyscy szukali pociechy, nadziei, jakiejś pewności w tych niepewnych czasach.
Skarżyński mówił o zaufaniu Bogu, o tym, że ludzkie plany nic nie znaczą wobec woli Bożej, że trzeba modlić się i ufać. Ale nawet w jego słowach słychać było napięcie, niepewność co przyniesie jutro.
W jednej z bocznych ław siedziała Marianna, a obok niej — ku jej własnemu zdziwieniu — Antoni Czarnecki. Zaprosił ją na tę mszę po kolacji w domu Wolskich, gdzie został zaproszony i przyjął zaproszenie z wdzięcznością. Siedział teraz z głową pochyloną, wpatrując się w swoje splecione dłonie.
Marianna ukradkiem na niego patrzyła. Był w nim smutek, głęboki jak studnia, ale też siła. Siła człowieka, który przeszedł przez piekło i przetrwał. Coś w tym ją pociągało, choć nie umiała określić co dokładnie.
Po mszy wyszli razem na schody kościoła. Noc już zapadła, a na niebie między chmurami przebijały się pierwsze gwiazdy.
— Dziękuję, że zechciała pani przyjść ze mną — powiedział Czarnecki. — Trudno mi jest być samemu w kościele. Za dużo wspomnień.
— Wspomnień z Syberii? — zapytała cicho Marianna.
— Z wszędzie — odpowiedział. — Ze wszystkich miejsc, gdzie byłem. Ze wszystkich rzeczy, które widziałem. — Spojrzał w niebo. — Wie pani, na Syberii, w te straszliwe zimowe noce, gdy temperatury spadały tak nisko, że oddech zamarzał w płuca, jedyną rzeczą, która mnie trzymała przy życiu, była modlitwa. Odmawiałem różaniec w kółko, godzinami, żeby nie zwariować. Zdrowaś Maryjo stało się moją kotwicą do rzeczywistości, do człowieczeństwa.
Marianna poczuła, jak oczy zachodzą jej łzami. Sięgnęła instynktownie i dotknęła jego ręki — tej z blizną.
— Jest pan bardzo odważnym człowiekiem, panie Antoni.
Czarnecki spojrzał na jej dłoń spoczywającą na jego ręce, potem na jej twarz. W jego oczach coś się zmieniło — smutek ustąpił miejsca czemuś ciepłemu.
— Odwaga to nie to słowo — powiedział cicho. — Raczej upór. Głupi, nierozumny upór. Ale… dziękuję.
Stali tak przez chwilę, w świetle lamp oliwnych oświetlających wejście do kościoła, podczas gdy wokół nich przechodziła ludzie wracający do domów. I w tej chwili, choć żadne z nich tego nie powiedziało głośno, oboje poczuli, że coś między nimi zaczęło się rodzić.
W pruskiej kwaterze głównej przy ulicy Podmurnej panowała kontrolowana panika. Generał-major Friedrich von Schöler, komendant garnizonu toruńskiego, sześćdziesięcioletni weteran wojen śląskich, siedział za biurkiem zawalonym raportami, depeszami, mapami. Jego adiutanci krzątali się dookoła, przynosząc kolejne wieści, które wszystkie były złe.
— Herr General — powiedział młody porucznik, kładąc na biurku kolejną depeszę. — Z Gdańska. Francuski korpus marszałka Lannes’a przekroczył Odrę. Zmierza na wschód.
Schöler przeczytał depeszę, zmarszczył brwi jeszcze bardziej.
— Ile mamy czasu?
— Według naszych szacunków… dwa tygodnie. Może trzy, jeśli pogoda się pogorszy i spowolni ich marsz.
— Dwa tygodnie — powtórzył Schöler. — A ile my mamy żołnierzy gotowych do walki?
— Trzy tysiące dwustu piechoty, cztery kompanie artylerii, dwa szwadrony huzarów. — Porucznik zawahał się. — Ale morale jest… problematyczne, panie generale.
Schöler parsknął gorzko.
— Problematyczne. Eufemizm stulecia. Połowa żołnierzy to Polacy z przymusowej rekrutacji. Myślisz, że będą walczyć przeciwko Francuzom, którzy obiecują przywrócić ich kraj?
— Niektórzy mogą, panie generale. Z poczucia honoru…
— Honor — przerwał mu Schöler. — Mówisz mi o honorze, gdy cała armia pruska uciekła jak przestraszone zające? Gdy król uciekł do Królewca? — Potrząsnął głową. — Nie, poruczniku. Ta twierdza nie wytrzyma prawdziwego oblężenia. Możemy przeciągnąć kilka tygodni, może miesiąc. Ale jeśli Napoleon rzeczywiście przybędzie z całą swoją armią…
Pozostawił niedokończone zdanie wiszące w powietrzu.
W rogu pokoju, w cieniu, siedział major Eduard von Rosen, oficer wywiadu, człowiek odpowiedzialny za monitorowanie nastrojów wśród polskiej ludności. Teraz odchrząknął dyskretnie.
— Herr General, jeśli mogę…
— Mów, von Rosen.
— Moi informatorzy donoszą o wzmożonej aktywności wśród polskich narodowców. Spotkania, zebrania, gorączkowe rozmowy. Nazwisko Napoleon jest na ustach wszystkich. Niektórzy już otwarcie mówią o powstaniu, o przywitaniu Francuzów jako wyzwolicieli.
— Sugerujesz masowe aresztowania?
Von Rosen zawahał się.
— W normalnych okolicznościach — tak. Ale teraz… obawiam się, że aresztowania mogą wywołać to, czego chcemy uniknąć. Otwartą rewoltę. Mamy trzy tysiące żołnierzy w mieście zamieszkałym przez osiem tysięcy ludzi, z których większość jest Polakami. Jeśli się zbuntują…
— Rozumiem — przerwał mu Schöler. — Więc co sugerujesz?
— Czujność. Ścisły nadzór. Zidentyfikować liderów, tych najbardziej niebezpiecznych. I być gotowym do szybkiego działania, jeśli zajdzie potrzeba.
Schöler skinął głową. Spojrzał na mapę Torunia rozłożoną na biurku — miasto z jego fortyfikacjami, bastionami, cytadelą. Twierdza, która teoretycznie powinna być niedobyta. Ale teoria to jedno, a praktyka zupełnie co innego.
— Dobrze — powiedział w końcu. — Robimy to, co możemy. Wzmacniamy fortyfikacje. Gromadzimy zapasy. Przygotowujemy się do oblężenia. A jeśli Bóg nam sprzyja… może jakoś przetrwamy tę burzę.
Ale w głębi duszy wiedział, że to tylko myślenie życzeniowe. Napoleon Bonaparte nie przegrywał bitew. A małą pruską twierdzę nad Wisłą zmiótłby jak wiatr liść z drogi.
Noc z dwudziestego na dwudziesty pierwszy października była niespokójna w całym Toruniu. Ludzie nie spali, rozmawiali do późna, planowali, marzyli, obawiali się. W domach mieszczańskich, w koszarach żołnierskich, w pruskiej kwaterze głównej — wszędzie czuwano i czekano.
W domu Wolskich przy ulicy Szerokiej również nikt nie spał. W głównej izbie na pierwszym piętrze cała rodzina zebrała się przy stole. Ojciec, trzy córki, i gość — Antoni Czarnecki, któremu Wolski zaproponował nocleg w wolnej izdebce na parterze.
— Więc naprawdę wierzysz, że Napoleon przywróci Polskę? — zapytał Wolski, patrząc na Czarneckiego.
Antoni popijał herbatę z rumianku, zastanawiając się nad odpowiedzią.
— Wierzę, że ma taką możliwość — powiedział w końcu. — Czy to zrobi? Zależy od wielu czynników. Od jego strategii wobec Rosji. Od tego, jak długo będzie kontrolował te tereny. Od tego, czy będzie mu się opłacało mieć Polskę jako sojusznika czy jako prowincję.
— Brzmi to bardzo… wyrachowanie — zauważyła Konstancja.
— Polityka jest wyrachowaniem — odparł Czarnecki. — Zwłaszcza wielka polityka. Napoleon nie jest romantykiem. Jest pragmatykiem, genialnym strategiem. Zrobi to, co leży w interesie Francji. Nasze zadanie jest sprawić, żeby Polska w interesie Francji leżała.
— Jak? — zapytała Tekla, której oczy błyszczały z ekscytacji.
— Walczyć u jego boku — odpowiedział Czarnecki po prostu. — Pokazać, że Polacy są lojalnymi, dzielnymi sojusznikami. Udowodnić swoją wartość na polu bitwy. Wtedy, może, zechce nas nagrodzić niepodległością.
— A jeśli nie? — zapytała Marianna cicho. — Jeśli użyje nas i porzuci?
Czarnecki spojrzał na nią, i w jego oczach było tyle smutku, że aż serce ściskało.
— To też możliwe — przyznał. — Ale czy mamy wybór? Możemy siedzieć cicho i czekać, aż Prusacy, Rosjanie i Austriacy na zawsze podzielą między siebie nasz kraj. Albo możemy spróbować, wykorzystać tę szansę, choćby była nikła. Ja wybieram próbę. Nawet jeśli skończy się porażką, przynajmniej będę wiedział, że próbowałem.
Wolski pokiwał głową powoli.
— Rozumiem cię, Antoni. Sam czasami tak myślę. Ale jestem stary. Mam córki, warsztat, obowiązki. Nie mogę walczyć jak ty.
— Każdy walczy jak umie — odpowiedział Czarnecki. — Ty walczysz, utrzymując polskość w swoim domu, ucząc córki polskiego, zachowując tradycję. To też jest walka. Inna, ale nie mniej ważna.
Rozmowa ciągnęła się jeszcze przez godzinę, może dwie. Wreszcie, gdy zegar w głównej izbie wybił drugą w nocy, Wolski ogłosił, że pora spać. Jutro będzie kolejny dzień, a praca nie zaczeka.
Konstancja leżała w swoim łóżku na pierwszym piętrze, ale nie mogła zasnąć. Myślała o Heinrichu, o jego wyznaniu, o decyzjach, które będzie musiała podjąć. Kochała go? Nie wiedziała. Lubiła go, szanowała, czuła do niego pociąg. Ale czy to wystarczy? A co powie ojciec, jeśli się dowie? Co powiedzą siostry? Co powie całe toruńskie społeczeństwo — Polka wychodzi za Niemca, za pruskiego urzędnika?
Marianna leżała piętro wyżej, również nieprzespana. Myślała o Antonim Czarneckim, o jego smutnych oczach, o bliźnie na ręce, o historiach z Syberii. Czuła do niego współczucie, podziw, i coś jeszcze — coś, czego nie umiała nazwać. Czy to była miłość? Znała go zaledwie kilka godzin. Ale czasem kilka godzin wystarczy, żeby serce podjęło decyzję, którą rozum dopiero później próbuje uzasadnić.
Tekla, najmłodsza, spała już — zmęczenie wzięło górę nad ekscytacją. Śniła o Napoleonie, o wielkiej armii maszerującej do Torunia, o sztandarach, trąbkach, bębnach. Śniła o wolnej Polsce, o przyszłości jaśniejszej niż przeszłość.
A na dworze, nad Wisłą, wiatr zaczął wiać silniej, niosąc ze sobą pierwsze krople nadchodzącej burzy. I choć nikt jeszcze o tym nie wiedział, ta burza miała zmieść stary świat i zbudować nowy. Lepszy czy gorszy — pokaże czas.
Ale zmienić — to było pewne.
Rozdział 3: Listopad 1806 — wyzwolenie
Pierwszy listopada 1806 roku przyniósł do Torunia mróz — nie tylko ten meteorologiczny, choć temperatura spadła tej nocy poniżej zera po raz pierwszy tego roku — ale przede wszystkim mróz strachu, który ścisnął serca pruskich urzędników i wojskowych. O świcie do bramy Chełmińskiej przybył kolejny kurier, tym razem nie z Berlina, bo Berlin już nie istniał jako stolica królestwa pruskiego. Przybył z Królewca, gdzie król Fryderyk Wilhelm III schronił się ze swoim dworem, uciekając przed nieuchronną klęską.
Wiadomość była krótka i druzgocąca: Berlin skapitulował dwudziestego siódmego października. Napoleon Bonaparte wjechał do stolicy Prus na białym koniu, przyjmując hołd zdobytego miasta. Twierdze pruskie jedna po drugiej otwierały bramy przed Grande Armée. Magdeburg, Stettin, Küstrin — wszystkie padły bez większego oporu. A teraz Francuzi zwracali swoje kroki na wschód, ku Wiśle, ku Toruniowi.
W warsztacie Wolskiego przy ulicy Szerokiej panował gorączkowy ruch, choć nie był to ruch pracy nad meblami. Krzysztof Wolski wraz z czeladnikami przenosił towary z parteru do piwnicy, chowając w bezpieczne miejsce narzędzia, zapasy drewna, księgi rachunkowe. W niepewnych czasach, gdy armie maszerują przez miasta, najlepiej schować to, co wartościowe.
— Panie mistrzu — sapał Paweł Sadowski, dźwigając ciężką skrzynię z dłutami i piłami — czy pan naprawdę myśli, że Francuzi będą rabować?
— Każda armia rabuje, chłopcze — odparł Wolski, ocierając pot z czoła mimo listopadowego chłodu. — Nieważne, jakie sztandary niosą. Żołnierze to żołnierze. A głodny żołnierz weźmie wszystko, co nie jest przybite do ziemi.
Konstancja zeszła ze schodów, niosąc kolejną księgę rachunkową.
— Ojcze, przyniósł pan Hoffmann z żelastwa wiadomość — powiedziała, a w jej głosie brzmiał niepokój. — Mówi, że pruscy oficerowie palą dokumenty. Że szykują się do ewakuacji.
Wolski wyprostował się, poważniejąc.
— Ewakuacji? To znaczy, że zamierzają poddać twierdzę bez walki?
— Nie wiem. Ale pan Hoffmann mówił, że widział, jak wczoraj wieczorem pułkownik Steinmetz pakowała meble na wozy. I że zona generała Schölera wyjechała przed świtem w stronę Królewca.
Ojciec i córka wymienili spojrzenia. Oboje rozumieli, co to oznacza. Prusacy tracą nadzieję. Twierdza, która teoretycznie mogła wytrzymać miesięczne oblężenie, zostanie poddana, być może bez jednego wystrzału. A to oznaczało, że dni pruskiego panowania w Toruniu są policzone.
— Gdzie Marianna? — zapytał nagle Wolski.
— Wyszła rano z koszem, powiedziała, że idzie na targ — odpowiedziała Konstancja. — Ale to było cztery godziny temu. Powinna już dawno wrócić.
Wolski zmarszczył brwi. Czasy były niebezpieczne dla samotnej kobiety błąkającej się po mieście, gdzie nerwowi pruscy żołnierze patrolowali ulice, a napięcie rosło z godziny na godzinę.
— Pójdę jej poszukać — powiedziała Konstancja, zdejmując fartuch.
— Nie — przerwał jej ojciec. — Ty zostaniesz tutaj. Paweł pójdzie.
Ale zanim młody czeladnik zdążył się ruszyć, drzwi warsztatu otworzyły się i weszła Marianna. Nie była sama. Za nią szedł Antoni Czarnecki, a oboje mieli twarze rozpromienione ekscytacją.
— Ojcze! Konstancjo! — zawołała Marianna, zapominając o zwykłych konwenansach. — Musicie to zobaczyć! Na Rynku Nowego Miasta zbiera się oddział ochotników!
— Ochotników? Jakich ochotników? — zapytał Wolski.
Czarnecki wszedł do warsztatu, ściskając w ręku jakiś papier.
— Polskich ochotników, Krzysztofie — powiedział, a w jego głosie brzmiało coś, czego nie było tam od lat — nadzieja. — Przyszła wiadomość z Poznania. Generał Jan Henryk Dąbrowski zbiera Legiony Polskie. Wzywa wszystkich byłych żołnierzy, wszystkich, którzy walczyli w powstaniach, do przyłączenia się. Będziemy walczyć u boku Francuzów. Za Polskę!
W warsztacie zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na Czarneckiego, na tego przedwcześnie postarzałego człowieka, którego oczy nagle zapłonęły młodzieńczym ogniem.
— Dąbrowski… — wyszeptał Wolski. — Boże święty. Jan Henryk Dąbrowski. Pamiętam go z czasów przedrozbiorowych. To był prawdziwy żołnierz, prawdziwy Polak.
— I nadal jest — powiedział Czarnecki. — Walczył we włoskich Legionach Napoleona. Teraz wraca do Polski, żeby tworzyć nową armię. I ja dołączę do niego. — Spojrzał na Mariannę, jego wzrok złagodniał. — Muszę to zrobić. Rozumiesz?
Marianna skinęła głową, choć w jej oczach błyszczały łzy.
— Rozumiem. Ale… ale wrócisz?
— Jeśli Bóg pozwoli — odpowiedział cicho.
Listopad przebiegał w gorączkowym tempie. Każdy dzień przynosił nowe wiadomości, nowe plotki, nowe nadzieje i obawy. Piątego listopada dotarła informacja, że korpus francuski generała Jeana-Louisa-Ebenézera Reyniera przekroczył Odrę i maszeruje na Toruń. Dziesiątego listopada pierwsi francuscy ułani — kawalerzyści w charakterystycznych czapkach z cztworoszeregiem — pojawili się pod murami miasta. Nie atakowali, tylko obserwowali, rozpoznawali teren, liczyli bastiony.
W pruskiej kwaterze głównej generał Schöler zwoływał radę wojenną za radą wojenną. Oficerowie kłócili się — jedni chcieli bronić twierdzy do ostatniego żołnierza, inni wskazywali na bezsensowność oporu przeciwko przeważającej sile wroga. Morale garnizonu było fatalne. Żołnierze-Polacy coraz otwarcie rozmawiali o dezercji. Nawet niemieccy żołnierze widzieli, że sprawa jest przegrana.
Dwudziestego listopada, w mroźny poranek, gdy na Wiśle zaczął się tworzyć pierwszy lód, pod mury Torunia przybyła główna armia generała Reyniera. Osiemnaście tysięcy żołnierzy, dwadzieścia cztery działa, setki wozów z amunicją i prowiantem. Grande Armée była tu.
Tekla Wolska, mimo surowych zakazów ojca, wspięła się na strych kamienicy, skąd przez małe okienko można było zobaczyć fragment fortyfikacji i przedpole miasta. To, co zobaczyła, zapierało dech w piersiach. Francuska armia rozkładała obozowisko na polach przed miastem — setki, tysiące białych namiotów, jak śnieg pokrywający ziemię. Dym z ognisk unosił się w zimne listopadowe niebo. Słychać było trąbki, bębny, komendy wykrzykiwane po francusku.
— Ojej — wyszeptała do siebie. — Ojej, ojej, ojej.
Zbiegła ze strychu, wpadła do warsztatu gdzie ojciec akurat rozmawiał z Antonim Czarneckim.
— Tato! Są! Francuzi są! Całe tysiące! I takie sztandary, i konie, i działa!
Wolski spojrzał na córkę z dezaprobatą.
— Tekla, mówiłem ci, żebyś nie łaziła na strych. To niebezpieczne.
— Ale tato, musiałam zobaczyć! To historia! To się dzieje tutaj, teraz!
Czarnecki uśmiechnął się mimo napięcia sytuacji.
— Dziewczyna ma rację, Krzysztofie. To rzeczywiście historia. I my wszyscy jesteśmy jej częścią.
Dwudziestego ósmego listopada, w czwartek, generał Schöler wysłał parlamentariusza do obozu francuskiego. Był to major von Rosen, oficer wywiadu, mówiący biegle po francusku. Pojechał pod białą flagą, aby negocjować warunki kapitulacji.
Przyjął go osobiście generał dywizji Jean-Louis-Ebenézer Reynier, czterdziestoośmioletni weteran wojen rewolucyjnych i napoleońskich. Reynier był człowiekiem średniego wzrostu, szczupłym, o ascetycznej twarzy i przenikliwych szarych oczach. Służył pod Napoleonem w Egipcie, w Italii, w Austrii. Teraz dostał zadanie zajęcia Torunia i zabezpieczenia przeprawy przez Wisłę.
— Panowie Prusacy — powiedział Reynier po francusku, siedząc w swoim namiotowym kwaterze, otoczony oficerami sztabu — chcą negocjować. Ciekawe. A co my mamy do negocjowania?
— Mon général — odezwał się pułkownik Claude-Jacques Lecourbe, szef sztabu dywizji — twierdza jest silna. Prawdziwe oblężenie może trwać tygodnie. Cesarz chce, żebyśmy przekroczyli Wisłę przed zimą.
— Wiem, co cesarz chce — przerwał mu Reynier. — Pytanie brzmi, co my możemy zaoferować Prusakom, żeby otworzyły bramy bez walki?
— Honorowe warunki kapitulacji — zasugerował Lecourbe. — Żołnierze opuszczają twierdzę ze sztandarami, bronią, orkiestrą. Oficerowie zachowują szable. Wszyscy składają przysięgę, że nie będą walczyć przeciwko Francji do końca wojny.
Reynier zastanowił się.
— Rozsądnie. Zgoda. Przekaż te warunki pruskiemu parlamentariuszowi. Daj im dwadzieścia cztery godziny na decyzję. Jeśli nie przyjmą… — uśmiechnął się zimno — wtedy pokażemy im, co potrafi francuska artyleria.
Major von Rosen wrócił do miasta z propozycją francuską. Generał Schöler zwołał ostatnią radę wojenną. Oficerowie debatowali przez całą noc. Niektórzy, zwłaszcza młodsi, chcieli walczyć, nie poddawać twierdzy bez wystrzału. Ale starsi, bardziej doświadczeni, wskazywali na rzeczywistość: garnizon liczył niecałe trzy tysiące żołnierzy, z których połowa to Polacy gotowi zdezerterować przy pierwszej okazji. Francuska armia liczyła osiemnaście tysięcy. Oblężenie zakończyłoby się tylko niepotrzebnym rozlewem krwi.
O świcie trzydziestego listopada generał Schöler podjął decyzję. Twierdza Toruń kapituluje.
Pierwszy grudnia 1806 roku był dniem, który torunianie pamiętali do końca życia. O godzinie dziesiątej rano bramy Chełmińskie otworzyły się szeroko. Z twierdzy wymaszerował pruski garnizon — trzy tysiące żołnierzy w szyku paradnym, z rozwiniętymi sztandarami, przy dźwiękach wojskowej orkiestry grającej pruskie marsze.
Cała ludność Torunia wysypała się na ulice, żeby zobaczyć to historyczne wydarzenie. Polscy mieszczanie witali wychodzących Prusaków z mieszanymi uczuciami — jedni z ulgą, że odchodzą bez walki, inni z satysfakcją, że odchodzą w ogóle, jeszcze inni z pewnym smutkiem, bo jednak przez trzynaście lat współżyli z tymi ludźmi.
Konstancja Wolska stała w tłumie przy ulicy Szerokiej, obserwując przemarsz wojska. Szukała wzrokiem jednej osoby. I wreszcie go zobaczyła — Heinricha Adlera, idącego w grupie urzędników cywilnych, którzy również opuszczali miasto. Miał na sobie ciężki płaszcz podróżny, w ręku trzymał tekturową walizkę ze swoim dobytkiem.
Ich spojrzenia spotkały się. Heinrich zatrzymał się na chwilę, pomimo napomnień pruskiego oficera eskortującego cywilów. Uśmiechnął się do Konstancji smutno, uniósł rękę w geście pożegnania.
Konstancja poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Nie mogła tak po prostu pozwolić mu odejść. Nie teraz, nie w ten sposób.
— Heinrich! — zawołała, przepychając się przez tłum. — Heinrich, zaczekaj!
Ale tłum był zbyt gęsty, a kolumna pruska szła dalej, nieubłaganie dalej. Heinrich zniknął jej z oczu, pochłonięty przez morze szarych mundurów.
Konstancja stała na środku ulicy, płacząc otwarcie, nie dbając o to, kto ją widzi. Marianna, która szła tuż za nią, objęła starszą siostrę ramieniem.
— Konstancjo, kochana, spokojnie…
— Odszedł — szlochała Konstancja. — Po prostu odszedł. A ja nawet nie zdążyłam mu powiedzieć…
— Co? Co chciałaś mu powiedzieć?
Konstancja spojrzała na młodszą siostrę mokrymi od łez oczami.
— Że go kocham. Że chcę, żeby został. Że… że wszystko jedno, że jest Niemcem, że jest protestantem. Że to nie ma znaczenia.
Marianna przytuliła siostrę mocniej. Rozumiała ten ból. Sama doświadczała go teraz, gdy Antoni Czarnecki szykował się do wyjazdu z Legionami.
— To jeszcze nie koniec — szepnęła. — Jeszcze go zobaczysz. Wierzę w to.
O godzinie dwunastej, gdy ostatni pruscy żołnierze opuścili miasto, do bram Chełmińskich podjechała francuska kawaleria. Na czele jechał sam generał Reynier, na wspaniałym siwym koniu, w błękitnym mundurze generalskim ze złotymi epoletami, ze szpadą u boku. Za nim jechał jego sztab, potem szwadron huzarów, potem piechota w kolumnach po czterech.
Polscy mieszkańcy Torunia zaczęli wiwatować. Kobiety machały chustkami, mężczyźni zrzucali czapki w powietrze, dzieci biegły obok konnych kolumn. Niektórzy płakali ze szczęścia. Niektórzy klęczeli i żegnali się, dziękując Bogu.
— Niech żyje Napoleon!
— Niech żyje Francja!
— Niech żyje Polska!
Okrzyki mieszały się w jedno wielkie crescendo radości, nadziei, ekstazy.
Tekla Wolska, siedemnastoletnia marzycielka, stała na pierwszym rzędzie tłumu przy Rynku Staromiejskim, gdzie francuska kolumna skręcała w stronę ratusza. Gdy przejeżdżał generał Reynier, dziewczyna patrzyła na niego z szeroko otwartymi oczami.
To był pierwszy prawdziwy francuski oficer, jakiego widziała na żywo. Wysoki, dystyngowany, z tym pewnym siebie sposobem trzymania się w siodle, jaki mają tylko ludzie przyzwyczajeni do wydawania rozkazów i bycia słuchanymi. Na jego mundurze lśniły odznaczenia — krzyż Legii Honorowej, medal za kampanię egipską, gwiazdka za Austerlitz.
— Jaki przystojny — wyszeptała Tekla do stojącej obok przyjaciółki, Zofii Kowalczyk.
— Wszystkie Francuzi są przystojni — zachichotała Zofia. — Moja mama mówiła, że to naród kochanków.
— Zofia! — zgorszyła się Tekla, chociaż sama się zarumieniła.
Ale jej wzrok wędrował za francuską kolumną. Oficerowie w błękitnych, zielonych, czerwonych mundurach. Żołnierze w białych spodniach i niebieskich kamzelach. Huzarzy w fantazyjnych mundurach z futrzanymi kołnierzami. Szwoleżerowie z lancami zakończonymi proporczykami w barwach narodowych Francji.
To była armia zwycięska, armia, która pokonała pół Europy. I teraz była tutaj, w Toruniu, wyzwalając miasto spod pruskiego jarzma.
Generał Reynier ustanowił swoją kwaterę główną w pałacu biskupim przy ulicy Żeglarskiej. To był największy i najbardziej reprezentacyjny budynek w mieście — trzykondygnacyjny gmach z początku XVIII wieku, z pięknymi salami balowymi i obszernymi piwnicami, idealny na sztab dywizyjny.
Pierwszym rozkazem Reyniera było wyznaczenie komendanta miasta. Wybór padł na pułkownika Pierre’a Fournier, czterdziestoletniego weterana, który służył uprzednio jako komendant garnizonów w Moguncji i Ulm. Fournier dostał zadanie zapewnienia porządku w mieście, organizacji kwater dla wojska, i — co najważniejsze — ustanowienia systemu zaopatrzenia armii.
Bo to był kluczowy problem każdej armii w tamtych czasach: wyżywienie. Osiemnaście tysięcy żołnierzy trzeba było karmić codziennie. To oznaczało dziennie około dwadzieścia ton chleba, pięć ton mięsa, tysiące litrów piwa i wina, furę sera, tysiące funtów ziemniaków i innych warzyw. A wszystko to musiało być dostarczone przez lokalne społeczeństwo.
Pułkownik Fournier zwołał drugiego grudnia spotkanie z przedstawicielami miasta — burmistrzem Jakubem Kazimierzem Rubinkowskim, sędziami miejskimi, przedstawicielami cechów rzemieślniczych. Krzysztof Wolski, jako starszyzna cechu stolarskiego, również został wezwany.
Spotkanie odbyło się w ratuszu staromiejskim. Fournier siedział za długim stołem, obok niego siedzieli oficerowie intendentury wojskowej — ci, którzy zajmowali się zaopatrzeniem armii. Naprzeciwko stali polscy mieszczanie, w większości ze strachem w oczach. Pamięć o Żywiołowych rekwizycjach pruskiej armii była wciąż świeża.
Fournier wstał i przemówił po francusku. Tłumacz, młody polski szlachcic o nazwisku Kossakowski, który przyłączył się do Francuzów w Poznaniu, przekładał na polski.
— Panowie — zaczął Fournier — Jego Cesarską Mość Napoleon Bonaparte przysyła wam pozdrowienia i zapewnienia o przyjaźni Francji wobec narodu polskiego. Przybyliśmy tu nie jako zdobywcy, ale jako wyzwoliciele, aby uwolnić was spod pruskiego jarzma.
Mieszczanie słuchali z mieszanymi uczuciami. Słowa były piękne, ale co oznaczały w praktyce?
— Jednakże — kontynuował Fournier — armia musi być wyżywiona. Żołnierze muszą mieć gdzie spać. Konie muszą mieć paszę. To są elementarne potrzeby każdej armii. I będziemy potrzebowali waszej współpracy w zapewnieniu tych potrzeb.
— Panie pułkowniku — odezwał się burmistrz Rubinkowski, starszy już mężczyzna o siwej brodzie — miasto Toruń jest biedne. Trzynaście lat pruskiego panowania wyssało nas do ostatniego grosza. Nie mamy wielkimi zasobów.
— Rozumiem — powiedział Fournier. — Ale musimy znaleźć rozwiązanie. Intendentury wojskowa przygotowała listę potrzeb. — Skinął na jednego z oficerów, który rozwinął długi arkusz papieru i zaczął czytać.
Lista była długa i druzgocąca. Dziennie: dwadzieścia tysięcy funtów chleba, pięć tysięcy funtów mięsa, trzy tysiące litrów piwa, tysiąc litrów wódki, dwa tysiące funtów sera i masła, pięć tysięcy funtów owsa dla koni, tysiąc funtów siana… i tak dalej, i tak dalej.
Mieszczanie słuchali z rosnącym przerażeniem. Wolski robił szybkie obliczenia w głowie. Samo dostarczenie chleba w takiej ilości wymagałoby pracy wszystkich piekarni w mieście przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. A mięso, ser, piwo…
— To niemożliwe — powiedział głośno. — Przepraszam, panie pułkowniku, ale to jest fizycznie niemożliwe. Toruń nie produkuje tylu produktów.
Fournier spojrzał na niego.
— Jak się nazywasz?
— Krzysztof Wolski, mistrz stolarski, starszyzna cechu.
— Panie Wolski — powiedział Fournier — rozumiem wasze obawy. Ale muszę podkreślić — to nie jest prośba. To jest rozkaz. Cesarskiej armii muszą zostać dostarczone odpowiednie zaopatrzenie. Oczywiście, wszystko będzie opłacone.
— Opłacone? — zapytał inny mieszczanin. — W jakiej walucie?
— W gotówce, w talarach — odpowiedział oficer intendentury. — A jeśli gotówka będzie w niedoborze, to w bonach skarbowych rządu francuskiego, wymienianych na złoto w Paryżu.
Mieszczanie wymienili spojrzenia. Bony wymienialne w Paryżu? Kto z nich pojedzie do Paryża, żeby wymienić bon na złoto?
— Panowie — powiedział Fournier, prostując się — wiem, że to jest trudne. Ale proszę pamiętać — jesteśmy tu, żeby wyzwolić Polskę. Napoleon Bonaparte zamierza przywrócić państwo polskie. Ale potrzebuje waszej pomocy. Waszej lojalności. Waszego wsparcia. I to wsparcie zaczyna się od karmienia żołnierzy, którzy przyszli was wyzwolić.
Była to wymowna logika. Mieszczanie nie mieli wyboru. Zgodzili się dostarczyć, co mogą. Szczegóły miały być uzgodnione w ciągu następnych dni.
W warsztacie Wolskiego przy ulicy Szerokiej, wieczorem tego dnia, rodzina zebrała się na naradę. Ojciec, trzy córki, i czeladnicy. Wszyscy rozumieli, że życie właśnie się skomplikowało.
— Więc będziemy dostarczali Francuzom? — zapytała Konstancja.
— Nie mamy wyboru — odparł Wolski. — Albo dostarczamy dobrowolnie i dostaniemy jakieś pieniądze, albo zabiorą siłą i nie dostaniemy nic.
— A co oni chcą od stolarzy? — zapytał Paweł.
— Wszystko — westchnął Wolski. — Łóżka dla oficerów. Stoły, krzesła. Skrzynie na amunicję. Wozy transportowe. Naprawy zniszczonych wozów. Trumny dla zmarłych żołnierzy. — Potrząsnął głową. — Będziemy pracować dzień i noc przez najbliższe miesiące.
— Ale zapłacą? — zapytała praktyczna Konstancja.
— Mówią, że tak. Czy zapłacą naprawdę — zobaczymy.
Marianna siedziała cicho w kącie, zamyślona. Myślała o Antonim Czarneckim, który tej nocy miał opuścić Toruń, żeby dołączyć do Legionów Dąbrowskiego formujących się w Poznaniu. Obiecał, że wróci. Ale kiedy? I czy w ogóle?
Tekla, przeciwnie, była podekscytowana. Francuzi w Toruniu! Przystojni oficerowie w błękitnych mundurach! Nowy, ekscytujący świat otwierał się przed nią.
— Ojcze — powiedziała — czy to prawda, że Napoleon naprawdę przywróci Polskę?
Wolski popatrzył na najmłodszą córkę z czułością pomieszaną ze smutkiem.
— Nie wiem, dziecko. Mam nadzieję. Wszyscy mamy nadzieję. Ale czy Napoleon dotrzyma obietnicy… to zobaczymy. Na razie musimy przetrwać zimę z osiemnastoma tysiącami głodnych żołnierzy w mieście.
Trzeciego grudnia do Torunia dotarły pierwsze oddziały polskich ochotników. Było ich około trzystu — byli żołnierze, weterani powstań, młodzi szlachcice bez majątku szukający przygody i sławy. Generał Reynier przyjął ich oficjalnie na Rynku Staromiejskim.
Marianna stała w tłumie, wypatrując jednej twarzy. I wreszcie go zobaczyła — Antoni Czarnecki, w rozciągliwy szlacheckiej kontuszu, ze szablą u boku, stał w pierwszym rzędzie ochotników.
Gdy ceremonia się skończyła, przepchnęła się przez tłum do niego.
— Antoni!
Odwrócił się, jego twarz rozjaśnił się uśmiechem.
— Marianno! Przyszłaś!
— Musiałam cię zobaczyć, zanim… zanim odejdziesz.
Czarnecki wziął jej dłonie w swoje.
— Nie odchodzę daleko. Na razie zostajemy tutaj, w Toruniu. Będziemy trenować, organizować się. Dopiero na wiosnę wyruszymy na kampanię.
— Na wiosnę — powtórzyła Marianna. — To jeszcze pół roku.
— Pół roku, podczas którego będę mógł cię widywać — powiedział Antoni cicho. — Jeśli zechcesz się ze mną spotykać.
Marianna poczuła, jak rumieniec zalewa jej policzki.
— Oczywiście, że chcę — wyszeptała.
Stali tak, trzymając się za ręce, w tłumie ludzi, w hałasie miasta, które właśnie zmieniło pana. I w tej chwili, pomimo wszystkich niepewności przyszłości, oboje czuli się szczęśliwi.
Tydzień później, dziesiątego grudnia, do Torunia dotarł kurier z Poznania. Przywiózł oficjalną proklamację generała Jana Henryka Dąbrowskiego, wzywającą Polaków do powstania i walki u boku Francuzów. Proklamacja została publicznie odczytana na Rynku Staromiejskim przez Dąbrowskiego delegata, kapitana Józefa Wybickiego — tego samego Wybickiego, który kiedyś walczył w Legionach Włoskich i który właśnie napisał pieśń, która kiedyś miała stać się hymnem Polski.
— Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy — recytował Wybicki, a tłum słuchał w nabożnym milczeniu. — Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy!
Okrzyki radości eksplodowały po tych słowach. Ludzie płakali, śpiewali, obejmowali się nawzajem. Polska nie zginęła. Jeszcze żyła, w sercach, w nadziejach, w tej nowej armii, która powstawała.
Krzysztof Wolski stał na skraju tłumu, słuchając słów Wybickiego. Łzy płynęły po jego pooranej zmarszczkami twarzy. Przez trzynaście lat żył bez nadziei. Przez trzynaście lat grzebał swoją polskość głęboko w sercu, ukrywał ją przed pruskimi urzędnikami, udawał lojalnego poddanego. A teraz, nagle, mógł znowu być Polakiem otwarcie, głośno, dumnie.
Obok niego stały jego trzy córki. Konstancja, wciąż opłakująca stratę Heinricha. Marianna, patrząca na Antoniego Czarneckiego stojącego w szeregu ochotników. Tekla, młoda i pełna marzeń o przyszłości.
— Dziewczyny — powiedział Wolski, obejmując je wszystkie. — Zapamiętajcie ten dzień. To jest dzień, kiedy Polska zaczęła powstawać z gruzów.
I miał rację. Pierwszy grudnia 1806 roku, dzień kapitulacji pruskiej twierdzy Toruń, był początkiem nowego rozdziału w historii Polski. Rozdziału, który miał przynieść wielkie nadzieje, straszliwe rozczarowania, bohaterskie czyny i tragiczne klęski.
Ale tego dnia, w mroźny grudniowy wieczór, gdy pierwsze gwałtownie padały na brukowane ulice Torunia, nikt nie myślał o tym, co przyniesie przyszłość. Liczył się tylko ten moment — moment wolności, moment nadziei, moment, gdy historia znowu ruszyła do przodu.
Wieczorem, w warsztacie Wolskiego, rozbrzmiewały odgłosy pracy. Francuzi złożyli pierwsze zamówienie — dwadzieścia łóżek dla oficerów, pięćdziesiąt stołów, dwieście krzeseł, sto skrzyń na amunicję. Termin: dwa tygodnie. Zapłata: dwieście talarów francuskich.
Wolski i jego czeladnicy pracowali przy świetle świec. Piły śpiewały, przecinając deski. Młotki stukały, wbijając gwoździe. Hebel szumiał, głądząc powierzchnie.
— Panie mistrzu — powiedział Paweł, prostując się i przecierając czoło — nie damy rady tego wszystkiego zrobić w dwa tygodnie.
— Damy — odparł Wolski spokojnie. — Będziemy pracować po szesnaście godzin dziennie jeśli trzeba. Ale damy radę.
— A jeśli nie?
Wolski spojrzał na młodego czeladnika poważnie.
— To Francuzi zabierze nasze narzędzia jako rekompensatę. Albo gorzej — oskarżą nas o sabotaż. A za sabotaż w wojsku napoleońskim karą jest rozstrzelanie.
Paweł przełknął ślinę.
— Więc damy radę — powiedział cicho.
— Więc damy radę — zgodził się Wolski.
I pracowali. Przez następne dwa tygodnie warsztat Wolskiego działał niemal bez przerwy. Konstancja prowadziła księgi, zamawiała materiał, rozliczała koszty. Marianna gotowała dla pracujących mężczyzn, nosiła im jedzenie do warsztatu, bo nie mieli czasu chodzić na posiłki. Tekla pomagała gdzie mogła — podawała narzędzia, przynosiła wodę, sprzątała trociny.
I powoli, stopniowo, zamówienie było realizowane. Pierwsze łóżka były gotowe dziewiątego grudnia. Stoły i krzesła — piętnastego. Skrzynie na amunicję — osiemnastego.
Dwudziestego grudnia oficer francuski intendentury przyszedł odebrać zamówienie. Obejrzał wszystko dokładnie, skrupulatnie, sprawdzał jakość połączeń, gładkość powierzchni, stabilność konstrukcji.
— Très bien — powiedział w końcu. — Bardzo dobra praca. Monsieur Wolski, jesteście prawdziwym rzemieślnikiem.
Konstancja przetłumaczyła ojcu. Wolski skłonił się lekko.
— Dziękuję, panie oficerze.
Oficer wręczył Konstancji sakiewkę z monetami.
— Dwieście talarów, jak umówiono. I będziemy mieli więcej zamówień w przyszłości. Dużo więcej.
Gdy oficer wyszedł, Wolski otworzył sakiewkę i wysypał monety na stół. Były to prawdziwe talary francuskie, bite w mennicach Paryża, ze wizerunkiem Napoleona na awersie.
— Zapłacili — wyszeptała Konstancja z niedowierzaniem. — Naprawdę zapłacili.
— Napoleona dotrzymuje słowa — powiedział Wolski powoli. — Przynajmniej jeśli chodzi o drobne sprawy jak płacenie rzemieślnikom.
— A co z wielkimi sprawami? — zapytała Tekla. — Co z przywróceniem Polski?
Wolski spojrzał na najmłodszą córkę.
— Tego, dziecko, jeszcze nie wiemy. Czas pokaże. Czas pokaże.
Boże Narodzenie 1806 roku było inne niż wszystkie poprzednie w pruskim Toruniu. Po raz pierwszy od trzynastu lat Polacy mogli otwarcie śpiewać polskie kolędy, mogliby odprawiać polskie tradycje, mogli być sobą bez strachu przed represjami.
W kościele świętego Jana, podczas pasterki, kościół był wypełniony po brzegi. Ksiądz Skarżyński odprawił mszę po polsku — po raz pierwszy od 1793 roku. Ludzie płakali ze wzruszenia.
Rodzina Wolskich siedziała w swojej ławce. Ojciec, trzy córki, Antoni Czarnecki — który dostał przepustkę z koszar na święta. Śpiewali Bóg się rodzi razem z setkami innych głosów, i w tym wspólnym śpiewie była radość, nadzieja, wiara w lepszą przyszłość.
Gdy msza się skończyła i ludzie wychodzili z kościoła w mroźną grudniową noc, Marianna i Antoni zostali jeszcze chwilę w pustym już kościele.
— Dziękuję ci za te święta — powiedziała cicho Marianna. — To najpiękniejsze Boże Narodzenie w moim życiu.
— Dla mnie też — odpowiedział Antoni. — Po raz pierwszy od dwunastu lat mogę spędzić święta wolnie, bez strachu, w gronie przyjaciół. — Wziął jej dłoń. — I w towarzystwie kobiety, którą… którą pokochałem.
Marianna podniosła wzrok, w jej oczach były łzy.
— Antoni…
— Wiem, że to wszystko dzieje się szybko — powiedział pośpiesznie. — Wiem, że znamy się zaledwie miesiąc. Ale w tych czasach, gdy każdy dzień może być ostatnim… nie chcę czekać. Nie chcę tracić czasu. Marianno, czy zechcesz być moją żoną?
W pustym kościele, przy świetle pojedynczej świecy palącej się przed ołtarzem, Marianna Wolska dała odpowiedź, która miała zmienić jej życie.
— Tak. Tak, Antoni. Chcę.
I w tej chwili, w tym miejscu, historia wielkiej polityki, wojen napoleońskich, walk o niepodległość Polski — spotkała się z małą, osobistą historią dwojga ludzi, którzy pokochali się w czasie burzy.
Część II: Księstwo Warszawskie (1807—1812)
Część II: Księstwo Warszawskie (1807—1812)
Rozdział 4: Nowy porządek
Lipiec 1807 roku przyniósł do Torunia wieści, które miały zmienić nie tylko miasto, ale całą mapę Europy Środkowej. Dziewiątego lipca, w małym miasteczku Tylża nad Niemnem, gdzie jeszcze miesiąc wcześniej toczyły się krwawe bitwy między Francuzami a Rosjanami, cesarz Napoleon Bonaparte i car Aleksander I Romanow spotkali się na tratwie pośrodku rzeki i podpisali pokój. Pokój, który kończył wojnę, ale przede wszystkim — pokój, który przywracał do życia Polskę.
Nie całą Polskę, oczywiście. Tylko jej fragment, wykrojony z pruskiego zaboru, nazwany Księstwem Warszawskim. Ale to było państwo polskie, z polskim rządem, polską administracją, polskimi prawami. Po piętnastu latach nieistnienia, Polska wróciła na mapy Europy.
Wieść o traktacie dotarła do Torunia piętnastego lipca, w upalny czwartek, gdy miasto dusiło się w letnich żarach. Kurier przybył z Warszawy — już nie pruskiego Berlina, nie rosyjskiego Petersburga, ale polskiej Warszawy, stolicy nowego księstwa. Przywiózł oficjalne dokumenty, proklamacje, rozkazy.
Na Rynku Staromiejskim zebrał się tłum. Burmistrz Jakub Kazimierz Rubinkowski, który przetrwał wszystkie zmiany władzy — od polskiej, przez pruską, do francuskiej, a teraz znowu polskiej — stanął na schodach ratusza i odczytał proklamację króla saskiego Fryderyka Augusta, który został księciem warszawskim.
— Rodacy! — jego głos niósł się przez rynek, odbijając się echem od ceglanych kamienic. — Nadeszła chwila, na którą czekaliśmy przez piętnaście długich lat. Polska powraca! Księstwo Warszawskie zostało ustanowione mocą traktatu w Tylży. Otrzymujemy konstytucję wzorowaną na Kodeksie Napoleona. Otrzymujemy równość wobec prawa, wolność osobistą, zniesienie poddaństwa chłopów!
Tłum eksplodował okrzykami radości. Ludzie płakali, śpiewali, obejmowali się nawzajem. Stary Jan Działyński, który przeżył już siedemdziesiąt trzy lata i pamiętał Rzeczpospolitą przed rozbiorami, upadł na kolana i zaczął głośno odmawiać Magnificat.
W tłumie stała rodzina Wolskich. Krzysztof Wolski, teraz sześćdziesięcioletni mistrz stolarski, miał łzy w oczach. Obok niego Marianna, trzymając pod rękę Antoniego Czarneckiego, świeżo mianowanego porucznika w nowo formowanych wojskach Księstwa Warszawskiego. Tekla, teraz osiemnastoletnia młoda kobieta, klaszcząca w dłonie z dziewczęcym entuzjazmem.
Tylko Konstancji nie było. Najstarsza córka Wolskiego została w domu, w swoim pokoju, siedząc przy oknie i patrząc w dal. W ręku trzymała list, który przyszedł tydzień temu. List od Heinricha Adlera.
Heinrich pisał z Królewca, gdzie schronił się po ewakuacji z Torunia w grudniu 1806 roku. Pracował tam jako urzędnik w zredukowanej pruskiej administracji, zarabiając skromne pieniądze i egzystując w małym pokoju na poddaszu.
„Moja najdroższa Konstancjo” — zaczynał list — „piszę do Ciebie z nadzieją, że ten list Cię znajdzie zdrową i szczęśliwą. Każdego dnia myślę o Tobie, o naszym ostatnim spotkaniu, o słowach, których nie zdążyłem wypowiedzieć.”
Konstancja czytała ten list po raz dziesiąty, może dwudziesty. Znała już każde słowo na pamięć.
„Wiem, że jestem Niemcem, że służyłem Prusom, które uciskały Twój naród. Wiem, że moja rodzina nigdy nie zaakceptuje Polki jako mojej żony. Wiem, że Twój ojciec prawdopodobnie nie zaakceptuje Niemca jako zięcia. Ale mimo to muszę zapytać, choć nie mam prawa oczekiwać odpowiedzi. Czy jest jakaś szansa, że zechcesz podzielić ze mną życie? Czy jest jakikolwiek sposób, żebyśmy mogli być razem?”
Konstancja złożyła list starannie i schowała do szuflady, gdzie leżało już kilkanaście innych listów od Heinricha. Od siedmiu miesięcy korespondowali potajemnie. Marianna wiedziała — jako jedyna — i pomogła siostrze zorganizować tajną wymianę listów przez zaufanego kuriera.
Teraz, gdy Księstwo Warszawskie zostało proklamowane, wszystko się zmieniło. Konstancja podjęła decyzję. Napisze do Heinricha. Zaprosi go do Torunia. A potem… potem zrobi to, co nakazuje jej serce, bez względu na konsekwencje.
Nowa rzeczywistość prawna Księstwa Warszawskiego docierała do Torunia stopniowo, warstwami, jak kolejne nakładki farby na stary obraz. Pierwszą rzeczą, która dotarła, była Konstytucja Księstwa Warszawskiego, nadana przez Napoleona dwudziestego drugiego lipca 1807 roku. Sto dwadzieścia dziewięć artykułów, które miały rewolucjonizować społeczeństwo polskie.
Antoni Czarnecki, który jako oficer otrzymał egzemplarz konstytucji do przestudiowania, przyszedł wieczorem do warsztatu Wolskich i czytał ją głośno przy kolacji.
— Artykuł pierwszy — deklamował, wodząc palcem po tekście — „Niewolnictwo jest zniesione. Wszyscy obywatele są równi przed prawem”. Rozumiecie? Wszyscy równi! Nie ma już poddaństwa chłopskiego!
— To znaczy, że chłopi są wolni? — zapytała Tekla.
— Tak i nie — wyjaśnił Antoni. — Są wolni osobowo, nikt nie może ich bić ani sprzedawać. Ale ziemia wciąż należy do właścicieli. Chłopi muszą albo odkupić swoją ziemię, albo wynająć ją. To komplikowane, ale jest to krok naprzód.
— Czytaj dalej — poprosił Wolski, nalewając się piwa.
Antoni przewrócił kartkę.
— Artykuł piąty: „Wszyscy obywatele są równi wobec prawa bez względu na stan i urodzenie”. Artykuł ósmy: „Prawo własności jest nietykalne i święte”. Artykuł dwunasty: „Znosi się dawne przywileje stanowe. Każdy obywatel może piastować każdy urząd publiczny”.
Wolski gwizdnął cicho.
— Każdy może piastować każdy urząd? To znaczy, że syn chłopa może zostać sędzią?
— Teoretycznie tak — odpowiedział Antoni. — Jeśli ma odpowiednie wykształcenie. Konstytucja wprowadza zasadę równości możliwości.
— A co z cechami? — zapytał praktycznie Wolski. — Co się stanie z naszymi starymi prawami cechowymi?
Antoni zawahał się.
— O tym konstytucja nie mówi wprost, ale słyszałem, że będą kolejne reformy. Prawdopodobnie system cechów zostanie zreformowany albo zniesiony.
Wolski poczuł ukłucie niepokoju. Cechy to był fundament porządku gospodarczego, jaki znał przez całe życie. System, który gwarantował jakość rzemiosła, kontrolował konkurencję, chronił mistrzów przed nieuczciwymi praktykami. Co się stanie, jeśli ten system upadnie?
Ale Konstancja, która do tej pory słuchała w milczeniu, nagle się odezwała:
— A co z prawem rodzinnym? Czy konstytucja mówi coś o małżeństwach?
Antoni przerzucił kilka stron.
— Jest tutaj… artykuł sześćdziesiąty trzeci: „Małżeństwa będą zawierane według przepisów Kodeksu Napoleona, który zostanie wprowadzony w Księstwie”. Kodeks Napoleon… to jest francuski kodeks cywilny. Bardzo nowoczesny. Wprowadza między innymi ślub cywilny obok kościelnego.
— Ślub cywilny? — zdziwiła się Marianna. — Co to znaczy?
— To znaczy, że małżeństwo jest najpierw aktem prawnym zawartym przed urzędnikiem państwowym, dopiero potem może być pobłogosławione w kościele — wyjaśnił Antoni. — We Francji to rewolucja oddzieliła kościół od państwa. Teraz wiele z tych rozwiązań trafia do nas.
Konstancja słuchała tego z rosnącym zainteresowaniem. Ślub cywilny. To mogło być rozwiązanie jej problemu. Jeśli Heinrich przeszedłby na katolicyzm — co sugerował w swoich listach — mogliby wziąć ślub cywilny, a potem, może, przekonać księdza do błogosławieństwa kościelnego.
Koniec lipca przyniósł kolejną wielką zmianę. Oficjalnie ogłoszono podział administracyjny Księstwa Warszawskiego. Państwo zostało podzielone na departamenty według francuskiego modelu. Toruń, ku rozczarowaniu wielu mieszkańców, nie został stolicą departamentu — tym honorem obarczono Bydgoszcz. Toruń został miastem powiatowym w departamencie bydgoskim.
— Bydgoszcz! — oburzał się burmistrz Rubinkowski na zebraniu rady miejskiej. — To miasteczko pół razy mniejsze od nas! I oni będą stolicą departamentu?
— Taka decyzja Warszawy — odpowiedział spokojnie nowy prefekt departamentu, Jan Łączyński, szlachcic z Wielkopolski, który przyjechał z misją organizacji nowej administracji. — Bydgoszcz leży bardziej centralnie w departamencie. Poza tym Toruń ma już wystarczająco dużo wojska. Nie potrzebuje jeszcze urzędników.
Rzeczywiście, Toruń pozostał twierdzą pierwszej klasy i główną bazą wojskową w północnej części Księstwa. Garnizon francuski został częściowo zastąpiony przez polskie wojska, ale wciąż stacjonowało tu około dziesięciu tysięcy żołnierzy — połowa francuskich, połowa polskich. Miasto, które w czasach pokoju liczyło osiem tysięcy mieszkańców, teraz musiało utrzymywać równie liczną populację wojskową.
Dla Wolskiego i innych rzemieślników oznaczało to jedno: ciągłe zamówienia, ciągłą pracę, ciągły przepływ pieniędzy. Warsztat stolarski przy ulicy Szerokiej pracował teraz praktycznie bez przerwy. Wolski zatrudnił dwóch dodatkowych czeladników — co było możliwe, bo stare pruskie ograniczenia już nie obowiązywały — i rozszerzył warsztat o sąsiednią oficynę, którą wynajął od zbankrutowanego kupca żydowskiego.
Pieniądze napływały, ale też szybko odpływały. Ceny wszystkiego wzrosły dramatycznie. Funt chleba, który w 1806 roku kosztował pięć groszy, teraz kosztował osiem. Mięso podrożało o połowę. Materiały budowlane — drewno, żelazo, gwoździe — były prawie dwa razy droższe niż rok temu.
— To wszystko przez wojnę — tłumaczył Konstancji jeden z kupców, u którego zamawiała materiały. — Popyt ogromny, podaż ograniczona. Każdy warsztat w mieście pracuje dla wojska. Nie ma czasu produkować dla cywilów.
Ale mimo wysokich cen, warsztat Wolskiego prosperował. Konstancja, która prowadziła księgi, obliczała, że dochód warsztatu w pierwszym półroczu 1807 był trzykrotnie wyższy niż w całym roku 1806. Trzykrotnie! Nigdy nie mieli tyle pieniędzy.
— Ojcze — powiedziała pewnego sierpniowego wieczoru, pokazując mu księgę rachunkową — mamy teraz dość oszczędności, żeby kupić sąsiednią kamienicę. Pan Kowalski chce sprzedać za trzysta talarów. Moglibyśmy rozszerzyć warsztat, może otworzyć sklep z meblami gotowymi…
Wolski popatrzył na cyfry z mieszaniną dumy i niedowierzania.
— Trzysta talarów — powtórzył. — Rok temu to była dla nas fortuna nie do wyobrażenia. A teraz mamy ją w skrzyni.
— Czasy się zmieniły, ojcze — powiedziała Konstancja. — Musimy się zmieniać razem z nimi.
Ale w głębi ducha Wolski czuł niepokój. Te nagłe bogactwo, ten boom gospodarczy — były zbudowane na wojnie, na obecności armii. Co się stanie, gdy wojna się skończy? Gdy armia odejdzie? Czy ten dobrobyt przetrwa?
Wrzesień przyniósł do Torunia nieoczekiwanego gościa. Pewnego chłodnego poranka, gdy na Wiśle unosiły się już poranne mgły zapowiadające jesień, do bramy warsztatu Wolskich zapukał mężczyzna w podróżnym płaszczu, zakurzony, zmęczony, ale z determinacją w oczach.
Marianna otworzyła drzwi i zamarła.
— Pan Adler?
Heinrich Adler stał w progu, trzymając w ręku skromną walizę.
— Dzień dobry, panno Marianno — powiedział po polsku z silnym niemieckim akcentem. — Czy… czy pani siostra jest w domu?
Marianna, zbyt zaskoczona, by odpowiedzieć, po prostu skinęła głową i krzyknęła:
— Konstancjo! Masz gościa!
Konstancja zeszła ze schodów, w ręku trzymała pióro, bo właśnie pisała zamówienie dla intendentury. Gdy zobaczyła Heinricha, upuściła pióro. Ich oczy spotkały się przez próg warsztatu.
— Heinrich — wyszeptała. — Przyszedłeś.
— Obiecałem — odpowiedział po prostu.
Przez chwilę stali w milczeniu, patrząc na siebie, podczas gdy Marianna dyskretnie wycofała się do kuchni.
— Wejdź — powiedziała w końcu Konstancja. — Musimy porozmawiać.
Tego wieczoru, przy kolacji, Konstancja ogłosiła rodzinie swoją decyzję. Ojciec, Marianna, Antoni, Tekla — wszyscy siedzieli przy stole, gdy powiedziała to głośno po raz pierwszy.
— Wychodzę za mąż za Heinricha Adlera.
Zapadła cisza jak makiem zasiał. Wolski odłożył widelec, jego twarz stężała.
— Powtórz — powiedział cicho.
— Wychodzę za mąż za Heinricha — powtórzyła Konstancja, próbując utrzymać spokój w głosie, choć serce waliło jej jak młot. — Kocham go, ojcze. I on kocha mnie. Chcemy być razem.
— Jest Niemcem — powiedział Wolski.
— Był Niemcem — poprawiła Konstancja. — Teraz jest… jest po prostu Heinrichem. Człowiekiem, który kocha Polkę i chce z nią żyć.
— Był pruskim urzędnikiem — kontynuował Wolski, a w jego głosie narastał gniew. — Pracował dla tych, którzy nas uciskali!
— Był urzędnikiem, który wykonywał swoją pracę uczciwie — odpowiedziała Konstancja, podnosząc głos. — Który nigdy nikogo nie krzywdził. Który traktował ludzi z szacunkiem. Który…
— Który jest protestantem! — przerwał jej Wolski. — Jak możesz wyjść za heretyka?
— Przechodzi na katolicyzm — powiedziała szybko Konstancja. — Już rozmawiał z księdzem Skarżyńskim. Będzie brał lekcje wiary. Za sześć miesięcy może być ochrzczony.
Wolski wstał od stołu, jego twarz była czerwona.
— Nie pozwolę na to! Nie oddam mojej córki Niemcowi, nieważne ile lekcji wiary weźmie!
— Mam dwadzieścia pięć lat, ojcze — powiedziała Konstancja, również wstając. — Według nowych praw Księstwa Warszawskiego nie potrzebuję twojego pozwolenia na małżeństwo. Mogę wyjść za kogo chcę.
— Dopóki mieszkasz pod moim dachem…
— To wyprowadzimy się! — krzyknęła Konstancja, łzy gniewu płynęły po jej policzkach. — Heinrich znajdzie pracę, wynajmiemy pokój, będziemy żyć sami!
— Konstancjo! — wtrąciła się Marianna, próbując uspokoić sytuację. — Ojcze! Proszę, uspokójcie się oboje!
Ale Wolski już wychodził z izby, trzaskając drzwiami. Słychać było jego kroki na schodach, potem trzaśnięcie drzwi jego pokoju.
Konstancja upadła na krzesło i ukryła twarz w dłoniach. Marianna objęła ją ramieniem.
— Daj mu czas — szepnęła. — Jest zaskoczony. Przestraszy. Ale jest też dobry człowiek. Zrozumie.
— Nie zrozumie — szlochała Konstancja. — Nigdy nie zrozumie. Dla niego Heinrich zawsze będzie Niemcem, wrogiem, pruskim urzędnikiem.
Antoni Czarnecki, który do tej pory siedział cicho, odezwał się nieoczekiwanie:
— Możesz się mylić, Konstancjo. Twój ojciec przeżył trzy rozbiory Polski. Przeżył utratę kraju, ucisk, germanizację. Te rzeczy zostawiają blizny. Ale też nauczyły go jednego — że świat się zmienia. Że niepodobne rzeczy stają się możliwe. — Uśmiechnął się lekko. — Kto by pomyślał rok temu, że będzie istniało Księstwo Warszawskie? Że Polacy będą mieli swoją armię? Że ja, weteran powstania z kartoteką carskiej policji, będę porucznikiem w regularnej armii?
— Ale to nie to samo — powiedziała Konstancja.
— Nie — zgodził się Antoni. — Ale pokazuje, że ludzie potrafią się dostosować. Daj ojcu czas. I może… może pozwól mu poznać Heinricha. Naprawdę poznać, jako człowieka, nie jako abstrakcyjnego Niemca.
Następnego dnia Wolski nie schodził z pokoju. Marianna nosiła mu jedzenie na tacach, ale jadł niewiele. Trzeciego dnia rano zszedł do warsztatu, gdzie Heinrich — który spał u Antoniego w koszarach — czekał już od świtu.
— Panie Wolski — zaczął Heinrich, wstając — proszę pozwolić mi przemówić.
Wolski spojrzał na niego zimno, ale skinął głową.
— Mów.
Heinrich wziął głęboki oddech.
— Wiem, co pan o mnie myśli — powiedział po polsku, z wyraźnym akcentem, ale poprawnie. — Że jestem Niemcem. Że służyłem Prusom. Że nie zasługuję na pańską córkę. I ma pan rację. Nie zasługuję. Konstancja jest mądra, piękna, dobra. Zasługuje na kogoś lepszego niż ja.
Wolski słuchał, jego twarz nie zdradzała emocji.
— Ale — kontynuował Heinrich — kocham ją. Kocham ją tak bardzo, że opuściłem swoją rodzinę, swój kraj, swoją wiarę. Przyjechałem do Torunia, gdzie jestem obcym, gdzie nie znam prawie nikogo. Studiuję katolicyzm, chociaż wychowałem się jako luteran. Uczę się lepiej mówić po polsku, chociaż niemiecki jest moim językiem ojczystym. Robię to wszystko dla niej. I jeśli pan każe, zrobię więcej. Cokolwiek.
Wolski wciąż milczał. Po długiej chwili powiedział:
— Powiedziałeś, że opuściłeś swoją rodzinę. Jak oni zareagowali?
Heinrich uśmiechnął się smutno.
— Mój ojciec wydziedziczył mnie. Moja matka płakała. Mój brat powiedział, że jestem zdrajcą. Straciłem wszystkich, których kochałem. — Spojrzał Wolskiemu prosto w oczy. — Oprócz Konstancji. Ona jest teraz moją rodziną. Jedyną rodziną.
Wolski odwrócił się i podszedł do okna, patrząc na ulicę Szeroką, gdzie zaczynał się poranny ruch.
— Moja żona — powiedział cicho — Agnieszka. Umarła pięć lat temu. Przed śmiercią powiedziała mi: „Krzysztofie, nie trzymaj dziewcząt zbyt kurczowo. Pozwól im żyć. Pozwól im kochać.” — Odwrócił się z powrotem do Heinricha. — Nie posłuchałem jej wtedy. Może powinienem posłuchać teraz.
Heinrich czekał, nie śmiejąc się oddychać.
— Jeśli — powiedział Wolski powoli — naprawdę przejdziesz na katolicyzm. Jeśli będziesz uczciwie pracował. Jeśli będziesz traktował moją córkę z szacunkiem i miłością, jakiej zasługuje. Jeśli to wszystko… to masz moje błogosławieństwo.
Heinrich poczuł, jak łzy napływają mu do oczu.
— Dziękuję — wyszeptał. — Dziękuję panie Wolski. Przysięgam, że nie zawiodę pana zaufania.
Wolski skinął głową krótko.
— No to koniec. Mamy pracę do zrobienia. — Spojrzał na Heinricha krytycznie. — Umiesz coś robić poza wypełnianiem formularzy?
— Uczę się szybko — odpowiedział Heinrich.
— To dobrze. Bo będziesz musiał.
Ślub Konstancji i Heinricha odbył się dwudziestego trzeciego grudnia 1807 roku, dwa dni przed Wigilią, w kościele świętego Jana. Heinrich przeszedł wcześniej chrzest — był to długi proces, bo Ksiądz Skarżyński nie chciał dopuścić do formalności dla formalności. Heinrich musiał naprawdę zrozumieć wiarę katolicką, naprawdę ją zaakceptować.
Ceremonia była skromna — w tych czasach, gdy państwo się dopiero organizowało, wielkie wesela nie było zwyczajem. Przyszła rodzina, kilku przyjaciół, Antoni w mundurze porucznika, kilku kolegów Heinricha z nowego urzędu podatkowego Księstwa Warszawskiego, gdzie znalazł pracę dzięki swoim kompetencjom.
Konstancja wyglądała pięknie w prostej białej sukni, którą uszyła Marianna. Heinrich, w ciemnym surducie, był blady z emocji. Gdy ksiądz Skarżyński zadał pytanie: „Czy bierzesz sobie Konstancję Wolską za żonę?” — jego głos drżał odpowiadając „Biorę”.
W warsztacie Wolskiego odbyło się potem skromne przyjęcie. Kilka butelek wina, kurczak pieczony, placki ziemniaczane, chleb. Wolski, który ostatecznie pogodził się z decyzją córki, wzniosła toast:
— Za młodą parę. Niech Bóg błogosławi waszemu związkowi. I niech — spojrzał na Heinricha — nauczy się robić przyzwoite połączenia stolarskie, bo będzie potrzebował zawodu.
Wszyscy się roześmieli, nawet Heinrich, chociaż jego znajomość polskiego była wciąż niedoskonała i nie był pewien, czy właściwie zrozumiał żart.
Marianna, patrząc na szczęśliwą parę, poczuła ukłucie zazdrości. Ona i Antoni planowali też ślub, ale Antoni musiał najpierw dokończyć służbę wojskową. Jego kontrakt z armią Księstwa trwał do końca 1808 roku. Dopiero potem mogli pomyśleć o małżeństwie.
Tekla, siedząc w kącie i obserwując całą uroczystość, myślała o czym innym. O mieście, które się zmieniało wokół niej. O nowym porządku, który przyniósł tyle zmian, tyle możliwości. O francuskich oficerach, których widywała na ulicach — przystojnych, eleganckich, mówiących w tym melodyjnym języku, którego zaczynała się uczyć z książki pożyczonej od żony jednego z kupców.
Świat się otwierał. I Tekla chciała go poznać.
Rok 1808 przyniósł kolejne reformy. W marcu ogłoszono wprowadzenie Kodeksu Napoleona jako podstawy prawa cywilnego Księstwa Warszawskiego. To był dokument rewolucyjny dla polskiego społeczeństwa — sto dwadzieścia artykułów regulujących wszystkie aspekty życia cywilnego.
Konstancja i Heinrich, jako świeżo poślubiona para, doświadczyli nowego porządku prawnego od pierwszej ręki. Ich małżeństwo zostało zarejestrowane nie tylko w księgach parafialnych kościoła, ale też w nowo utworzonym Urzędzie Stanu Cywilnego. To była nowość — państwowa rejestracja małżeństw, urodzeń, zgonów. Kościół nadal błogosławił małżeństwa, ale prawną moc miał akt cywilny.
— To dziwne — mówiła Marianna, przeglądając akt małżeństwa siostry — mieć papier od państwa potwierdzający, że jesteście mężem i żoną. Jakby Bóg nie wystarczał.
— To nie o to chodzi — tłumaczył Heinrich, który jako urzędnik rozumiał logikę systemu. — Państwo musi wiedzieć, kto z kim jest związany, żeby regulować sprawy spadków, własności, dzieci. Kościół rejestruje sakrament. Państwo rejestruje umowę cywilną.
— Umowę — prychnęła Marianna. — Małżeństwo to nie umowa handlowa.
— W sensie prawnym — niestety tak — odpowiedział Heinrich. — Według Kodeksu Napoleona małżeństwo jest kontraktem między dwiema stronami, regulującym własność, obowiązki, prawa.
Konstancja słuchała tej wymiany zdań z zainteresowaniem. Od ślubu mieszkała z Heinrichem w wynajętym pokoju na ulicy Kopernika, ale prawie codziennie wracała do warsztatu ojca, żeby pomagać w księgowości. Heinrich pracował w urzędzie podatkowym departamentu bydgoskiego, oddział w Toruniu. Zarabiał przyzwoite pieniądze — trzydzieści talarów miesięcznie, co było więcej niż zarabiał średni rzemieślnik.
— A co z pozycją kobiet? — zapytała Konstancja. — Kodeks coś o tym mówi?
Heinrich zawahał się.
— Mówi — przyznał. — Nie jestem pewien, czy ci się spodoba. Według kodeksu żona jest pod władzą męża. Mąż zarządza majątkiem wspólnym. Żona nie może bez zgody męża sprzedawać własności, zaciągać długów, pozywać do sądu.
— Co?! — Konstancja aż zerwała się z krzesła. — To znaczy, że jestem praktycznie własnością Heinricha?
— Nie własnością — próbował łagodzić Heinrich. — Ale rzeczywiście, mąż ma władzę prawną…
— To skandal! — oburzyła się Konstancja. — Napoleon mówi o równości, a jednocześnie traktuje kobiety jak dzieci!
— Taki jest kodeks — powiedział bezradnie Heinrich. — We Francji też kobiety protestują, ale prawo jest prawem.
Marianna i Tekla wymieniły spojrzenia. Nowy porządek przynosił wiele dobrych rzeczy — zniesienie poddaństwa, równość szlachty i mieszczan, nowoczesną administrację. Ale w kwestii praw kobiet nie przynosił praktycznie żadnego postępu. W niektórych aspektach nawet pogorszył sytuację.
— No cóż — powiedziała w końcu Konstancja — przynajmniej mamy świadomego męża, który nie będzie nadużywał swojej prawnej władzy. Prawda, Heinrich?
Heinrich uśmiechnął się.
— Znając cię, kochanie, to ty będziesz mieć władzę w naszym małżeństwie, bez względu na to, co mówi kodeks.
Wiosna 1808 roku przyniosła kolejną wielką zmianę — reformę systemu cechowego. W maju ogłoszono dekret znoszący stare przywileje cechów i wprowadzający swobodę działalności gospodarczej.
Dla Wolskiego i innych mistrzów było to trzęsienie ziemi. System cechowy istniał od średniowiecza. Regulował kto może być rzemieślnikiem, ile może mieć czeladników, jakie ceny może brać, jak ma wyglądać produkt końcowy. Zapewniał porządek, przewidywalność, kontrolę jakości.
A teraz to wszystko miało zniknąć.
— Co to znaczy „swoboda działalności gospodarczej”? — pytał Wolski na zebraniu byłych członków cechu stolarskiego, które odbyło się w jednej z sal ratusza.
Urzędnik z Warszawy, młody prawnik o nazwisku Ignacy Potocki, tłumaczył cierpliwie:
— To znaczy, panowie, że każdy może założyć warsztat stolarski. Nie potrzebuje zgody cechu, nie musi zdawać egzaminu mistrzowskiego, nie musi płacić opłat cechowych. Po prostu otwiera warsztat i pracuje.
— Ale jakość! — protestował jeden ze starszych mistrzów. — Kto będzie kontrolował jakość? Co jeśli jakiś partacz zacznie robić kiepskie meble i psuć reputację toruńskich stolarzy?
— Jakość będzie kontrolowana przez rynek — odpowiedział Potocki. — Jeśli ktoś robi złe meble, ludzie przestaną u niego kupować. Dobry rzemieślnik zawsze znajdzie klientów.
— A jeśli ktoś zacznie obniżać ceny poniżej kosztów produkcji, żeby wykończyć konkurencję? — zapytał inny mistrz.
— To jest ryzyko wolnego rynku — przyznał Potocki. — Ale doświadczenie pokazuje, że wolny rynek jest efektywniejszy niż regulowany. Proszę popatrzeć na Anglię, na Francję — tam już dawno zniesiono cechy, a rzemiosło kwitnie.
Starzy mistrzowie kręcili głowami z niedowierzaniem. Wolski siedział cicho, zastanawiając się. Z jednej strony — rozumiał obawy kolegów. System cechowy dawał bezpieczeństwo, pewność. Z drugiej strony — czy to bezpieczeństwo nie było złudne? Czy stare przywileje naprawdę chroniły rzemieślników, czy może tylko utrzymywały status quo, blokując innowacje i rozwój?
— Panie Wolski — odezwał się Potocki — słyszałem, że pan rozszerzył ostatnio swój warsztat. Zatrudnił pan dodatkowych czeladników, wynajął pan dodatkowe pomieszczenia. Czy mógł pan to zrobić pod starym systemem cechowym?
Wolski zastanowił się.
— Nie — przyznał. — Stare przepisy pruskie ograniczały liczbę czeladników do dwóch.
— No właśnie — uśmiechnął się Potocki. — Nowy system daje panu swobodę rozwijania biznesu. Może pan zatrudnić dziesięciu czeladników, jeśli ma pan zamówienia. Może pan otworzyć drugi warsztat, trzeci. Może pan eksportować swoje wyroby do innych miast, do innych krajów. To jest wolność gospodarcza.
Po zebraniu Wolski długo rozmawiał z Antonim Czarneckim, który przyszedł po Mariannę.
— Co o tym myślisz? — zapytał.
Antoni wzruszył ramionami.
— Jestem żołnierzem, nie kupcem. Ale wydaje mi się, że każda zmiana niesie ryzyko i szanse. Pytanie brzmi, czy jesteś gotów wykorzystać szanse.
— Mam sześćdziesiąt jeden lat — powiedział Wolski. — Za stary jestem, żeby ryzykować.
— Niekoniecznie — odpowiedział Antoni. — Masz córki. Konstancja ma głowę do interesów. Heinrich zna się na administracji, na papierologii. Marianna potrafi zarządzać gospodarstwem. Tekla jest młoda, inteligentna, może się uczyć. Macie potencjał jako rodzina.
Wolski pomyślał o tym. Rodzinny biznes. Nie tylko warsztat stolarski, ale może coś więcej. Może sklep z meblami. Może eksport. Może…
— Zobaczymy — powiedział w końcu. — Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.
Lato 1808 roku było pracowite. Warsztat Wolskiego wykonał rekordową liczbę zamówień — trzysta czterdzieści pięć sztuk mebli różnego rodzaju, dwieście osiemdziesiąt skrzyń transportowych dla wojska, setki drobnych napraw i prac stolarskich.
Heinrich, który początkowo niewiele rozumiał z rzemiosła stolarskiego, powoli się uczył. Po pracy w urzędzie przychodził do warsztatu i pracował ramię w ramię z czeladnikami. Wolski obserwował go krytycznie, poprawiał błędy, uczył tajników fachu.
— Nie tak — mówił, wyrywając młodemu Niemcowi hebel z ręki. — Zawsze z włóknem, nigdy przeciw włóknu. Widzisz słoje? Musisz iść równolegle do słojów.
Heinrich uczył się cierpliwie. Jego ręce, przyzwyczajone do trzymania pióra, powoli twardniały od pracy z drewnem. Pojawiły się odciski, małe blizny od drzazg, oparzenia od kleju.
Konstancja patrzyła na to ze wzruszeniem. Ten człowiek, wychowany jako syn pruskiego urzędnika, który nigdy w życiu nie pracował fizycznie, teraz uczył się rzemiosła od podstaw. Dla niej.
— Kocham cię — powiedziała mu pewnego wieczora, gdy wrócili do ich pokoju.
— Ja ciebie też — odpowiedział, całując ją. — Choć moje ręce są teraz jak papier ścierny.
— Nie przeszkadza mi — uśmiechnęła się Konstancja. — To są ręce pracującego człowieka. Uczciwego człowieka.
We wrześniu Marianna i Antoni wreszcie wzięli ślub. Ceremonia była podobna do ślubu Konstancji — skromna, rodzinna, w kościele świętego Jana. Antoni wyglądał dumnie w swoim mundurze porucznika. Marianna była piękna w sukni, którą sama uszyła — prostej, ale eleganckiej, z białej bawełny.
Wolski płakał podczas ceremonii. Jego druga córka wychodziła za mąż. Został mu tylko Tekla, jego najmłodsza, jego dziecko.
— Nie martw się, tato — szepnęła mu Tekla, stojąc obok niego w kościele. — Ja jeszcze długo zostanę z tobą.
Ale Wolski widział, jak dziewczyna patrzy na świat wokół niej — z ciekawością, z głodem poznawania, z marzeniami o czymś więcej niż życie w warsztacie stolarskim. I wiedział, że jego najmłodsza córka też kiedyś odejdzie. Może nie za mąż, może gdzieś dalej, gdzieś gdzie jej młode serce ją poprowadzi.
Po ślubie Marianna i Antoni wprowadzili się do małego domku na przedmieściu Jakubskim, który Antoni wynajął za pięć talarów miesięcznie. Domek był skromny — dwa pokoje, kuchnia, mała piwniczka — ale był ich własny.
— Nasz dom — powiedziała Marianna, stojąc w pustej jeszcze izbie. — Nasz pierwszy prawdziwy dom.
Antoni objął ją.
— Pierwszy z wielu — obiecał. — Kiedy skończy się wojna, kiedy Polska będzie naprawdę wolna, kupimy większy dom. Może nawet małe gospodarstwo za miastem. Będziemy hodować kurczaki, może świnie…
Marianna roześmiała się.
— Ty? Żołnierz? Hodować świnie?
— Czemu nie? — uśmiechnął się Antoni. — Kiedyś muszę przestać być żołnierzem. I co wtedy? Wrócę do uczenia dzieci? Wolę świnie.
Leżeli tej nocy w swoim nowym łóżku — wykonanym oczywiście przez Wolskiego, jako prezent ślubny — i planowali przyszłość. Dzieci, może troje, może czworo. Spokojne życie po zakończeniu wojny. Może małe gospodarstwo, jak marzył Antoni. Może sklep w mieście, jak wolała Marianna.
Ale były to marzenia kruche jak porcelanowa figurka. Bo wojna wcale się nie kończyła. Napoleon walczył teraz w Hiszpanii. Armia Księstwa Warszawskiego była w stanie stałej mobilizacji. A Antoni, jako oficer zawodowy, mógł w każdej chwili dostać rozkaz wymarszu.
Ale tej nocy nie myśleli o wojnie. Myśleli tylko o sobie, o swojej miłości, o nadziei na przyszłość.
Rok 1808 kończył się w Toruniu pod znakiem konsolidacji nowego porządku. Księstwo Warszawskie przestało być nowością, zaczęło być rzeczywistością. Ludzie przyzwyczaili się do nowych praw, nowej administracji, nowych możliwości.
W ostatni dzień roku, trzydziestego pierwszego grudnia, rodzina Wolskich zebrała się na kolacji w warsztacie przy ulicy Szerokiej. Wszyscy byli: Wolski, Tekla, Konstancja z Heinrichem, Marianna z Antonim. Jedli tradycyjny polski obiad — barszcz, pierogi, ryba.
— Rok temu — powiedział Wolski, podnosząc kielich wina — żyliśmy pod francuską okupacją, nie wiedząc co przyniesie przyszłość. Dzisiaj żyjemy w polskim państwie. Niewielkim, ograniczonym, zależnym od Napoleona — ale polskim. To jest powód do świętowania.
— Za Księstwo Warszawskie! — zawołał Antoni.
— Za Polskę! — dodała Marianna.
— Za rodzinę! — powiedziała Konstancja, ściskając dłoń Heinricha.
— Za przyszłość! — krzyknęła Tekla.
Wznieśli kielichy i wypili. Na zewnątrz, na ulicach Torunia, rozbrzmiewały hałasy świętowania Nowego Roku. Ludzie śpiewali, tańczyli, cieszyli się życiem.
Nikt nie wiedział jeszcze, co przyniesie rok 1809. Nikt nie wiedział o wojnie z Austrią, która miała wybuchnąć na wiosnę. Nikt nie wiedział o nowych bitwach, nowych ofiarach, nowych cierpieniach.
Ale tej nocy, ostatniej nocy 1808 roku, w Toruniu panowała nadzieja. I czasem nadzieja jest wszystkim, czego potrzebujemy, żeby przetrwać.
Rozdział 5: Życie w twierdzy
Marzec 1809 roku przyniósł do Torunia wiadomość, która miała na długie lata określić charakter miasta. Dwudziestego marca, w chłodny poranek gdy na Wiśle wciąż pływały ostatnie kry lodowe, do bramy Chełmińskiej wjechała kolumna wojskowa. Na czele jechał generał brygady Nicolas Léonard Beker, czterdziestotrzyletni weteran wojen napoleońskich, który otrzymał od cesarza zadanie objęcia dowództwa twierdzy toruńskiej i przekształcenia jej w najsilniejszą fortecę w północnej Polsce.
Generał Beker był człowiekiem średniego wzrostu, ale budził respekt samą swoją postawą. Prosty jak świeca w siodle, w nienagannym błękitnym mundurze generalskim ze złotymi epoletami, z krzyżem Legii Honorowej na piersi, z blizną biegnącą przez lewy policzek — pamiątką po bitwie pod Marengo. Miał czterdzieści trzy lata, z czego dwadzieścia sześć spędził w wojsku. Walczył w Egipcie pod rozkazami samego Bonapartego, walczył w Włoszech, w Austrii, w Prusach. Teraz miał zamienić Toruń w twierdzę nie do zdobycia.
Krzysztof Wolski, jak wielu innych toruńskich mieszczan, stał w tłumie przy Rynku Staromiejskim, gdzie generał Beker wygłaszał swoją pierwszą przemowę do ludności miasta. Tłumacz, młody polski oficer, przekładał jego słowa z francuskiego.
— Obywatele Torunia! — mówił Beker głosem przyzwyczajonym do wydawania rozkazów na polu bitwy. — Przybywam tu z rozkazu Jego Cesarskiej Mości Napoleona Wielkiego, aby uczynić z waszego miasta twierdzę, która stanie się ostoją Księstwa Warszawskiego przeciwko wszelkim wrogom. To będzie wymagało ciężkiej pracy, poświęceń, wyrzeczeń. Ale służymy wielkiemu celowi — obronie wolności Polski i chwały Francji!
Tłum przyjął te słowa z mieszanymi uczuciami. Wolski, stojący obok córek — Konstancji i Tekli — zmarszczył brwi.
— Ciężka praca i poświęcenia — mruknął pod nosem. — To oznacza, że będą nas zdzierać jak lipki.
Konstancja, trzymająca pod rękę Heinricha, skinęła głową.
— Ojcze ma rację — szepnęła do męża. — Budowa fortyfikacji to tysiące godzin pracy. Ktoś będzie musiał za to zapłacić. I nie będzie to Francja.
Ale Tekla, dziewiętnastoletnia już dziewczyna, patrzyła na generała Bekera z fascynacją. Był w nim majestat, władza, pewność siebie, która hipnotyzowała. Gdy generał skończył przemowę i zszedł z podium, jego wzrok przez chwilę spoczął na tłumie i — czy Tekla sobie to wyobrażała? — wydawało się, że na moment zatrzymał się na niej.
W ciągu następnych tygodni Toruń zaczął się przekształcać w gigantyczny plac budowy. Generał Beker przybył z korpusem inżynierów wojskowych — dwunastu oficerów i ponad stu sierżantów i kaprali, wszystkich wykształconych w najnowszych technikach fortyfikacyjnych. Przywieźli ze sobą plany, projekty, obliczenia.
Główny inżynier, pułkownik Jean-Baptiste Eblé, czterdziestoośmioletni matematyk i inżynier który studiował w paryskiej École Polytechnique, rozłożył plany w ratuszu podczas spotkania z przedstawicielami miasta.
— Panowie — mówił po francusku, wskazując na szczegółowe rysunki — obecne fortyfikacje Torunia są przestarzałe. Zbudowano je w XVII wieku, może początku XVIII. Są zaprojektowane do obrony przed artylerią z tamtych czasów. Ale nowoczesne działa, zwłaszcza te używane przez armię rosyjską, przebiją te mury jak papier.
Burmistrz Rubinkowski, teraz już siedemdziesięcioletni starzec ale wciąż pełniący funkcję, słuchał tłumaczenia z niepokojem.
— Co pan proponuje, panie pułkowniku?
Eblé uśmiechnął się, ale to był uśmiech technika, nie dyplomaty.
— Całkowitą przebudowę systemu fortyfikacyjnego. Nowe bastiony według projektu Vaubana, ulepszone przez generała Montalembert. Rozbudowa cytadeli przy Wiśle. Budowa czterech nowych fortów wysuniętych — tutaj, tutaj, tutaj i tutaj — wskazał punkty na mapie. — Pogłębienie fos. Budowa kazamatów bomboodpornych. Magazynów prochu. Szpitali polowych.
— Ile to będzie kosztować? — zapytał praktycznie jeden z sędziów miejskich.
Eblé spojrzał w swoje notatki.
— Według naszych szacunków… około dwustu tysięcy franków. W przeliczeniu na talary polskie… mniej więcej sto dwadzieścia tysięcy talarów.
W sali zapadła cisza jak makiem zasiał. Sto dwadzieścia tysięcy talarów to była suma astronomiczna. Roczny budżet całego miasta Torunia wynosił około dwudziestu tysięcy talarów. To oznaczało, że budowa fortyfikacji miała kosztować sześć rocznych budżetów.
— Kto za to zapłaci? — zapytał ktoś.
— Księstwo Warszawskie wyda pewną część — odpowiedział Eblé. — Powiedzmy, trzydzieści procent. Resztę… resztę będzie musiało pokryć miasto i okoliczne departamenty poprzez podatki, daniny, prace przymusowe.
Prace przymusowe. To brzmiało jak wyrok.
W warsztacie Wolskiego przy ulicy Szerokiej rozpoczęła się gorączkowa narada rodzinna. Wszyscy wiedzieli, co nadchodzi.
— Prace przymusowe to oznacza, że wezmą wszystkich zdrowych mężczyzn do kopania rowów, budowania murów — mówił Antoni Czarnecki, który jako oficer wojskowy miał dostęp do informacji z garnizonu. — Każdy mieszczanin będzie musiał odpracować pewną liczbę dni rocznie. Bez wynagrodzenia.
— Ile dni? — zapytał Wolski.
— Dwadzieścia cztery dni rocznie. Dwa dni miesięcznie.
Heinrich Adler, który siedział przy stole studiując dokumenty które przyniósł z urzędu, pokręcił głową.
— To jeszcze nie wszystko. Będzie też specjalny podatek fortyfikacyjny. Trzy talary od każdego gospodarstwa mieszczańskiego rocznie. Plus daniny w naturze — drewno, żelazo, wapno, cegły.
Konstancja, która prowadziła księgi warsztatu, szybko przeliczała w głowie.
— Trzy talary podatku. Dwadzieścia cztery dni pracy ojca, to stracony dochód… powiedzmy, jeszcze dziesięć talarów. Daniny w naturze… może pięć talarów wartości. Razem osiemnaście talarów rocznie. To prawie dziesięć procent naszego dochodu.
— A będą jeszcze inne koszty — dodał Heinrich. — Zakwaterowanie wojska. Intendentury właśnie rozsyła zawiadomienia. Każdy dom mający więcej niż cztery pokoje musi przyjąć jednego oficera na kwaterę. Domy większe — dwóch lub trzech.
Wolski popatrzył na córki i zięciów.
— Ile pokoi mamy w naszej kamienicy?
Konstancja policzyła w głowie.
— Siedem mieszkalnych. Plus warsztat, ale ten się nie liczy.
— To znaczy, że wezmą nam dwóch oficerów — stwierdził ponuro Wolski.
Dwudziestego kwietnia 1809 roku do drzwi kamienicy Wolskich zapukał adiutant generała Bekera, młody porucznik o nazwisku Armand de Caulaincourt. Był to wysoki, szczupły młody człowiek około dwudziestu pięciu lat, z arystokratycznym nosem i manietrami, które zdradzały szlacheckie pochodzenie.
— Monsieur Wolski? — zapytał po francusku z wyraźnym paryskim akcentem.
Wolski, który nie mówił po francusku, zawołał Konstancję. Ona znała już podstawy języka, bo Heinrich uczył ją wieczorami.
— Tak, to dom Krzysztofa Wolskiego — powiedziała po francusku z silnym polskim akcentem. — Czym mogę służyć?
Caulaincourt wręczył jej dokument.
— Decyzja kwaterniku wojskowego. Ten dom został wyznaczony jako kwatera dla dwóch oficerów garnizonu toruńskiego. Kapitana Jacques’a Moreau z piątego pułku piechoty liniowej i porucznika Étienne’a Dubois z pierwszego pułku szwoleżerów polskich.
Konstancja przeczytała dokument, tłumacząc ojcu na bieżąco.
— Kiedy oni… kiedy panowie oficerowie mają się wprowadzić? — zapytała.
— Jutro po południu — odpowiedział Caulaincourt. — Proszę przygotować dwa pokoje, najlepiej z osobnymi wejściami. Oficerowie będą potrzebowali łóżek, stołów, krzeseł, szaf. Mieszkają tu na koszt właściciela. Żywienie nie jest wymagane, ale mile widziane za odpowiednią dopłatą.
Po wyjściu porucznika rodzina stanęła przed problemem. Dwa pokoje trzeba było opróżnić. Ale które?
— Pokój Tekli — zaproponowała Marianna, która przyszła na naradę z przedmieścia gdzie teraz mieszkała z Antonim. — I pokój gościnny na pierwszym piętrze.
— Ale gdzie będzie spała Tekla? — zaprotestował Wolski.
— Ze mną — powiedziała Marianna. — Antoni dostał rozkaz wyjazdu do Warszawy na szkolenie. Będzie go miesiąc, dwa. Tekla może w tym czasie mieszkać u mnie.
To było rozwiązanie tymczasowe, ale w tamtych czasach wszystko było tymczasowe.
Następnego dnia, dokładnie o godzinie trzeciej po południu, do drzwi zapukali dwaj oficerowie. Kapitan Jacques Moreau był masywnym mężczyzną około czterdziestu lat, z bujnymi wąsami i twarzą pooraną bliznami po ospie. Wyglądał na weterana, na człowieka który widział wiele bitw.
Porucznik Étienne Dubois był jego przeciwieństwem — młody, może dwudziestosiedmioletni, wysoki i szczupły, z delikatną twarzą i inteligentnymi szarymi oczami. I co najważniejsze — mówił po polsku! Nie idealnie, z francuskim akcentem, ale wystarczająco dobrze żeby się porozumieć.
— Dzień dobry państwu — powiedział Dubois, kłaniając się. — Jestem porucznik Étienne Dubois, pierwszy pułk szwoleżerów polskich. Bardzo mi przykro, że musimy państwa niepokoić naszą obecnością.
Wolski, zaskoczony, że francuski oficer mówi po polsku, odetchnął z ulgą.
— Skąd pan mówi po polsku, panie poruczniku?
Dubois uśmiechnął się.
— Moja matka była Polką. Maria Walewska z Poznania. Wyszła za mojego ojca, który był francuskim kupcem, i zamieszkali w Paryżu. Ale uczyła mnie polskiego od dziecka. Gdy powstały Legiony Polskie, zaciągnąłem się. — Wzruszył ramionami. — Jestem pół-Francuzem, pół-Polakiem. Albo pół-nikim. Zależy jak patrzeć.
Kapitan Moreau, który nie rozumiał ani słowa po polsku, powiedział coś po francusku. Dubois przetłumaczył:
— Kapitan Moreau dziękuje za gościnność. Obiecuje, że będziemy starali się być jak najmniej uciążliwi.
Konstancja pokazała oficerom ich pokoje. Były to dwa niewielkie pomieszczenia na pierwszym piętrze, skromnie umeblowane — łóżko, stół, krzesło, szafa. Ale czyste i przytulne.
— To doskonałe — powiedział Dubois, oglądając swój pokój. — Widziałem gorsze kwatery. W Hiszpanii spałem w stajni z końmi. — Uśmiechnął się. — To było aromat niezapomniany.
Obecność dwóch wojskowych w domu zmieniła jego dynamikę. Kapitan Moreau wychodził wcześnie rano, wracał późno wieczorem, mówił niewiele. Był człowiekiem-zagadką, zamkniętym w sobie, żyjącym w swoim świecie.
Ale porucznik Dubois był inny. Towarzyski, otwarty, pełen opowieści. Wieczorami, gdy nie miał służby, siadał z rodziną Wolskich przy kolacji i opowiadał.
— Byłem w Egipcie — mówił, a Tekla słuchała z szeroko otwartymi oczami. — Z Legionami Włoskimi. Widziałem piramidy, Sfinksa, Nil. To jest świat zupełnie inny niż Europa. Słońce tak gorące, że można jajko usmażyć na kamieniu. Piasek wszędzie, w uszach, w nosie, w jedzeniu.
— Czy to prawda, że w Egipcie są mumie? — zapytała Tekla.
— Prawda — zaśmiał się Dubois. — Widziałem je. Niektórzy żołnierze rabowali grobowce, szukali złota. Cesarz kazał rozstrzelać kilku za to. Mówił, że musimy szanować historię Egiptu, nawet, jeśli go podbijamy.
— A walczył pan w bitwach? — zapytał Wolski.
Dubois spoważniał.
— Walczyłem. Pod Austerlitz, pod Jeną, pod Frydlandem. — Spojrzał na swoje dłonie. — Zabiłem ludzi. Nie wiem ilu. W bitwie człowiek nie liczy. Robi to, co musi, żeby przeżyć.
Konstancja, słuchając tych opowieści, myślała o swoim mężu. Heinrich nigdy nie walczył, nigdy nie widział bitwy. Był urzędnikiem, człowiekiem pióra i papieru. I była za to wdzięczna. Wolała męża żywego urzędnika niż martwego bohatera.
Budowa nowych fortyfikacji rozpoczęła się w maju 1809 roku. Tysiące ludzi zostały zmobilizowane do pracy. Mieszczanie z Torunia, chłopi z okolicznych wsi, nawet więźniowie z miejscowego aresztu. Wszyscy kopali rowy, budowali wały, dźwigali kamienie.
Wolski, mimo swoich sześćdziesięciu dwóch lat, też musiał odpracować swoje dwadzieścia cztery dni. Pierwszego czerwca stawił się na placu budowy nowego fortu na południe od miasta, gdzie inżynierowie francuscy kierowali setkami robotników.
Było to doświadczenie upokarzające i wyczerpujące. Wolski, przyzwyczajony do precyzyjnej pracy stolarskiej, teraz musiał przez osiem godzin dziennie kopać ziemię łopatą, dźwigać kosze z gliną, podawać cegły murarzom. Jego stare plecy protestowały, ręce pokrywały się pęcherzami, twarz płonęła od słońca.
— Jak idzie, dziadu? — zaśmiał się grubiańsko francuski sierżant, nadzorujący robotników.
Wolski nie rozumiał słów, ale ton był wystarczająco jasny. Wyprostował się z trudem, otarł pot z czoła.
— Idzie — mruknął po polsku.
Obok niego pracował młody chłopak, może osiemnastoletni, z jednej z okolicznych wsi. Chłopiec pracował ciężko, ale co chwilę musiał się zatrzymywać, łapiąc oddech.
— Pierwszy raz przy takiej robocie? — zapytał Wolski.
— Tak, panie — odpowiedział chłopak. — Jestem synem krawca. Nie przyzwyczajony do ciężkiej roboty.
— Ja też nie — westchnął Wolski. — Ale nauczymy się. Albo umrzemy próbując.
Nie umarli, ale pierwszego dnia Wolski wrócił do domu ledwo żywy. Konstancja musiała pomóc mu wejść po schodach. Heinrich przygotował gorącą kąpiel — luksus w tych czasach, ale konieczny. Wolski leżał w kadzi, jęcząc cicho.
— To barbarzyństwo — mówiła zła Konstancja. — Kazać sześćdziesięcioletniemu człowiekowi dźwigać kamienie jak niewolnikowi!
— Taki jest los — odpowiedział zmęczony Wolski. — Przynajmniej nie b’ją. W pruskich czasach bili za każdą zwłokę.
Tymczasem Tekla, mieszkająca tymczasowo u Marianny na przedmieściu Jakubskim, odkryła nową fascynację. Z okna domku Marianny widać było plac ćwiczeń, gdzie codziennie francuski i polski garnizon przeprowadzał musztry.
Każdego ranka o godzinie szóstej regiment piechoty — około tysiąca żołnierzy — ustawiał się w równych szeregach i wykonywał skomplikowane ewolucje. Przesuwali się, obracali, formowali kare, tworzyli kolumny. Wszystko w idealnym rytmie, przy dźwiękach bębnów i trąbek.
Tekla mogłaby godzinami patrzeć na to. Była w tym jakaś hipnotyczna regularność, piękno ruchu, synchronia setek ludzi poruszających się jak jeden organizm.
— Przestań się gapić na żołnierzy — mówiła Marianna, przygotowując śniadanie. — To nieprzyzwoite dla młodej panny.
— Nie gapię się na żołnierzy — broniła się Tekla. — Gapię się na… na tę koordynację, tę organizację. To jak taniec, tylko wojskowy.
— Taniec śmierci — mruknęła ponuro Marianna. — Ci ludzie trenują, żeby zabijać.
Ale Tekla nie mogła się powstrzymać. Po południach, gdy Marianna wychodziła na targ, dziewczyna wymykała się z domu i podchodziła bliżej placu ćwiczeń. Nie za blisko, żeby nie wzbudzić podejrzeń, ale wystarczająco blisko, żeby widzieć twarze żołnierzy.
Pewnego dnia, w połowie czerwca, zauważył ją porucznik Dubois, który akurat przewodził swojemu szwadronowi szwoleżerów podczas ćwiczeń konnych. Rozpoznał dziewczynę — najmłodsza córka Wolskich, ta, która zawsze słuchała jego opowieści z takim zainteresowaniem.
Po zakończeniu ćwiczeń podjechał do niej na koniu.
— Panno Tekla! — zawołał. — Co pani tu robi?
Tekla zarumieniła się po same uszy.
— Ja… ja tylko patrzyłam… przepraszam, nie chciałam przeszkadzać…
Dubois roześmiał się.
— Nie przeszkadza pani. Ale wie pani, to może być niebezpieczne. Konie są nieprzewidywalne, czasem się płoszą. Mogłaby pani zostać podeptana.
— Będę ostrożna — obiecała Tekla.
Dubois popatrzył na nią uważnie. Była ładną dziewczyną — ciemne włosy, duże brązowe oczy, delikatna twarz. Miała w sobie coś… ciekawość, żywy umysł, pragnienie poznania świata.
— Interesuje panią wojsko? — zapytał.
— Interesuje mnie… wszystko — odpowiedziała szczerze Tekla. — Nigdy nie wyjeżdżałam z Torunia. Chcę zobaczyć świat, poznać innych ludzi, inne miejsca.
— To niebezpieczne pragnienie w tych czasach — powiedział Dubois. — Świat jest teraz pełen wojen.
— Ale też pełen możliwości — odparowała Tekla.
Dubois uśmiechnął się. Ta dziewczyna miała charakter.
— Wie pani co, panno Tekla? Jeśli chce pani oglądać ćwiczenia, proszę przychodzić. Ale niech pani stoi tutaj, przy tym drzewie. Tu jest bezpiecznie. I niech pani nie mówi siostrom. Kobiety nie rozumieją fascynacji wojskiem.
— Obiecuję — powiedziała Tekla, i dotrzymała słowa.
Lipiec przyniósł intensyfikację prac fortyfikacyjnych. Generał Beker osobiście nadzorował każdy aspekt budowy. Był to człowiek wymagający, perfekcjonista, który nie tolerował błędów.
Pewnego upalnego dnia, gdy temperatura przekroczyła trzydzieści stopni, Beker inspekcował budowę nowego bastionu na wschód od miasta. Inżynierowie pokazywali mu plany, tłumaczyli obliczenia. Nagle generał zatrzymał się, zmarszczył brwi.
— To jest źle — powiedział, wskazując na fragment muru. — Kąt tego członu jest za ostry. Będzie martwy punkt, gdzie artyleria wroga może się ukryć przed naszym ogniem.
Pułkownik Eblé, główny inżynier, spojrzał na plany.
— Mon général, według obliczeń…
— Według obliczeń może być dobrze — przerwał mu Beker. — Ale ja widziałem oblężenia. Byłem w Akce, w Mantui, w Gdańsku. Teoria to jedno, praktyka to drugie. Ten bastion musi być przebudowany.
— Ale mon général, to opóźni prace o miesiąc!
— Nie obchodzi mnie to — powiedział zimno Beker. — Buduję twierdzę, która ma przetrwać oblężenie, nie twierdzę która ma być gotowa szybko. Przebudujecie ten bastion według moich wskazówek.
Pułkownik Eblé skłonił się. Gdy generał wydał rozkaz, nie było dyskusji.
Ta postawa Bekera — perfekcjonizm, wymaganie jakości ponad szybkość — sprawiała że budowa trwała dłużej i była droższa. Ale też sprawiała, że fortyfikacje były solidne. Miało się to okazać kluczowe kilka lat później.
W sierpniu warsztat Wolskiego otrzymał największe zamówienie w swojej historii. Intendentury garnizonu zamówiła pięćset łóżek polowych dla żołnierzy, dwieście stołów, tysiąc krzeseł, i trzysta szaf do nowych koszar które budowano na przedmieściu Bydgoskim.
Było to zamówienie o wartości tysiąca dwustu talarów — więcej niż warsztat zarabiał przez cały rok przed wojnami napoleońskimi.
Konstancja, która negocjowała kontrakt z francuskim oficerem intendentury, była równocześnie podekscytowana i przerażona.
— Ojcze — mówiła po powrocie do warsztatu — to ogromna szansa. Ale też ogromne wyzwanie. Jak wyprodukujemy tyle mebli w trzy miesiące?
Wolski, który wrócił właśnie ze swojego kolejnego dnia pracy przymusowej przy fortyfikacjach, był zbyt zmęczony żeby od razu odpowiedzieć. Usiadł ciężko na krześle.
— Trzeba będzie zatrudnić więcej ludzi — powiedział w końcu. — Może dziesięciu, piętnastu czeladników. Wynająć dodatkowe pomieszczenia. Kupić więcej narzędzi.
— To będzie kosztować — zauważyła Konstancja.
— Ale też zarobi — odpowiedział Wolski. — Heinrich, ty rozumiesz się na liczbach. Co myślisz?
Heinrich Adler, który ostatnio coraz więcej czasu spędzał w warsztacie — jego praca w urzędzie podatkowym była teraz mniej wymagająca — wziął ołówek i zaczął kalkulować.
— Koszt materiału… około trzysta talarów. Koszt pracy dodatkowych czeladników… powiedzmy, dwustu talarów. Koszt wynajmu dodatkowej przestrzeni… pięćdziesiąt talarów. Różne inne koszty… sto talarów. Razem sześćset pięćdziesiąt talarów. Zostaje nam pięćset pięćdziesiąt talarów czystego zysku.
Wszyscy spojrzeli na siebie. Pięćset pięćdziesiąt talarów. To była fortuna.
— Robimy to — powiedział Wolski stanowczo. — Konstancjo, jutro zaczniesz rekrutację czeladników. Heinrich, ty załatwisz wynajem dodatkowych pomieszczeń. Paweł — zwrócił się do starszego czeladnika — ty będziesz nadzorowała produkcję. Mamy trzy miesiące. Możemy to zrobić.
I zrobili. Przez następne trzy miesiące warsztat Wolskiego pracował jak nigdy. Zatrudniono piętnastu dodatkowych czeladników, wynajęto dwie sąsiednie oficyny, kupiono nowe piły, hebel, dłuta. Warsztat pracował od świtu do późnej nocy, sześć dni w tygodniu.
Konstancja zarządzała całą operacją jak generał armią. Prowadziła szczegółową księgowość, zamawiała materiały, kontrolowała jakość, rozliczała płace. Heinrich pomagał jej w papierach, w kontaktach z francuską administracją. Paweł nadzorował produkcję, ucząc nowych czeladników, sprawdzając każdy mebel.
Wolski, mimo swojego wieku, pracował fizycznie ramię w ramię z młodymi. Jego doświadczenie było bezcenne — wiedział jak dobierać drewno, jak łączyć elementy żeby były trwałe, jak optymalizować proces produkcji.
Do końca października, na dzień przed ostatecznym terminem, ostatnie łóżko, ostatni stół, ostatnie krzesło zostały ukończone. Oficer intendentury przyjechał odebrać zamówienie, obejrzał wszystko skrupulatnie.
— Très bien — powiedział z aprobatą. — Excellente qualité. Monsieur Wolski jest prawdziwym mistrzem.
I wypłacił umówione tysiąc dwieście talarów w gotówce.
Tego wieczora, gdy warsztat wreszcie ucichł, rodzina Wolskich zebrała się na uroczystą kolację. Konstancja z Heinrichem, Marianna z Antonim (który wrócił już ze szkolenia w Warszawie), Tekla, Paweł i inni czeladnicy. Nawet kapitana Moreau i porucznik Dubois, lokatorzy domu, zostali zaproszeni.
Wolski wstał, trzymając kielich wina.
— Chcę wnieść toast — powiedział. — Za ciężką pracę. Za rodzinę. Za sukces. I za przyszłość, która — mam nadzieję — będzie lepsza niż przeszłość.
— Za przyszłość! — zawołali wszyscy.
Jesień 1809 roku przyniosła też smutne wieści. Z Warszawy dotarła informacja o wielkiej bitwie pod Wagram w Austrii, gdzie armia napoleońska rozbiła Austriaków, ale za cenę dziesiątek tysięcy ofiar. Polskie oddziały walczące u boku Francuzów poniosły ciężkie straty.
Antoni Czarnecki, czytając listę poległych opublikowaną w gazecie, pobladł.
— Co się stało? — zapytała Marianna, widząc jego minę.
— Poznają tu znajomych — powiedział cicho. — Ludzi, z którymi walczyłem w powstaniu. Jurek Kowalski — nie żyje. Stefan Wiśniewski — nie żyje. Piotr Zalewski — nie żyje. — Odłożył gazetę. — Połowa mojego starego oddziału zginęła pod Wagram.
Marianna objęła męża.
— Ale ty żyjesz. Jesteś tutaj, ze mną.
— Tak — powiedział Antoni. — Tym razem miałem szczęście. Ale kiedy będzie następna wojna? Bo będzie, to pewne. Napoleon nie przestaje wojować. A ja jestem żołnierzem. Będę musiał iść.
To był cień, który wisiał nad wszystkimi rodzinami wojskowymi w Księstwie Warszawskim. Pokój był kruchy, tymczasowy. Zawsze mogła wybuchnąć kolejna wojna.
Zima 1809/1810 była wyjątkowo sroga. Temperatura spadła w styczniu do minus dwudziestu stopni. Wisła zamarzła tak mocno, że można było nią jeździć wozami. W mieście brakowało opału — większość drewna została zarekwirowane przez wojsko.
W kamienicy Wolskich, mimo trudności, było stosunkowo ciepło. Piece były dobre, a Wolski miał dostęp do drewna ze swojego warsztatu — odpady, trociny, gałęzie. Palili wszystko co się dało.
Kapitana Moreau prawie nie było — został wysłany z komisją do Warszawy i wrócił dopiero w marcu. Ale porucznik Dubois pozostał, i jego obecność ożywiała długie zimowe wieczory.
Opowiadał o Paryżu, o wielkim mieście nad Sekwaną, o Luwrze, o Łuku Triumfalnym który Napoleon kazał budować, o bulwarach pełnych kawiarni i teatrów.
— Czy Paryż jest naprawdę taki piękny jak mówią? — zapytała Tekla pewnego wieczora, gdy siedzieli przy piecu.
— Piękniejszy — odpowiedział Dubois. — Ale to też miasto kontrastów. Są dzielnice gdzie mieszkają bogaci, w pałacach i kamienicach. I są dzielnice gdzie mieszkają biedni, w norach gorsze niż stodoły. Napoleon próbuje to zmienić, ale to jest trudne.
— Chciałabym kiedyś zobaczyć Paryż — westchnęła Tekla.
— Może kiedyś zobaczysz — powiedział Dubois, patrząc na nią. — Jesteś młoda. Masz całe życie przed sobą.
Konstancja, która również słuchała, spojrzała na męża. Heinrich trzymała jej dłoń pod stołem.
— A my? — szepnęła. — Też mamy całe życie przed sobą?
— Mam nadzieję — odpowiedział cicho Heinrich. — Mam ogromną nadzieję.
Wiosna 1810 roku przyniosła radosną wiadomość. Marianna była w ciąży. Dziecko miało się urodzić w listopadzie. Wolski był zachwycony — miał zostać dziadkiem!
— Mój pierwszy wnuk! — powtarzał, całując Mariannę w czoło. — Albo wnuczka. Nieważne, będę kochał równo.
Antoni był dumny i przerażony jednocześnie. Został ojcem — a co jeśli nie będzie dobrym ojcem? Co jeśli wyjedzie na wojnę i nie zobaczy swojego dziecka?
— Przestań się martwić — mówiła Marianna. — Będziesz świetnym ojcem. Widzę to.
— Skąd wiesz?
— Instynkt kobiecy — uśmiechnęła się.
Konstancja też zaczęła myśleć o dzieciach. Była mężatką już ponad dwa lata. Może czas pomyśleć o potomstwie?
— Co myślisz o dzieciach? — zapytała Heinricha pewnego wieczora.
Heinrich, który właśnie czytał książkę, podniósł wzrok.
— Myślę, że chciałbym mieć dzieci — powiedział. — Z tobą. Ale czy to dobry czas? Wojna, niepewność…
— Nigdy nie będzie dobrego czasu — odpowiedziała Konstancja. — Jeśli będziemy czekać na idealny moment, będziemy czekać wiecznie.
I mieli rację. We wrześniu 1810 Konstancja odkryła, że też jest w ciąży.
Życie w twierdzy Toruń stabilizowało się w nowej rzeczywistości. Ludzie przyzwyczaili się do obecności tysięcy żołnierzy, do stałego hałasu ćwiczeń wojskowych, do kolejek do piekarzy i rzeźników (bo wojsko kupowało większość żywności). Przyzwyczaili się do widoku francuskich mundurów na ulicach, do dźwięku francuskiego języka, do ciągłej budowy fortyfikacji.
Generał Beker był surowym, ale sprawiedliwym komendantem. Dbał o dyscyplinę wśród żołnierzy. Żołnierza przyłapanego na rabunku karano chłostą. Za gwałt — rozstrzelaniem. Za dezercję — również rozstrzelaniem. Ale też dbał o to, żeby żołnierze byli dobrze wyżywieni, dobrze opłacani, mieli gdzie spać.
— Generał Beker rozumie — tłumaczył porucznik Dubois — że twierdza jest tylko tak silna jak morale jej garnizonu. Można mieć najgrubsze mury świata, ale jeśli żołnierze są głodni i nieszczęśliwi, poddadzą się przy pierwszym oblężeniu.
I rzeczywiście, garnizon toruński miał dobre morale. Żołnierze byli dumni ze służby w takiej ważnej twierdzy. Oficerowie szanowali Bekera jako dowódcę.
Ale cywile płacili cenę. Wysokie podatki, prace przymusowe, rekwizycje, zakwaterowania — to wszystko ciążyło na mieszkańcach. Niektórzy zaczynali się zastanawiać: czy wyzwolenie od Prusów było warte tej ceny?
Wolski, siedzący pewnego wieczora przy piecu, podsumował to dobrze:
— Prussia uciskali nas politycznie. Francuzi uciskają nas ekonomicznie. Pytanie brzmi: który ucisk jest gorszy?
Konstancja, mądra i praktyczna jak zawsze, odpowiedziała:
— Przynajmniej pod Francuzami jesteśmy Polakami. To jest coś warte.
I miała rację. Mimo wszystkich trudności, mimo ciężarów, mimo niepewności — byli Polakami. Mieli swoje państwo, swoją administrację, swoją armię. To była nadzieja. A nadzieja, jak powiedział kiedyś Antoni Czarnecki, czasem jest wszystkim czego potrzebujemy żeby przetrwać.
Rok 1810 kończył się pod znakiem konsolidacji. Fortyfikacje były już w połowie ukończone. Garnizon był w pełnej gotowości. Warsztat Wolskiego prosperował. Rodzina się powiększała — dwa dzieci w drodze.
Ostatniego dnia roku, Tekla stała na dachu kamienicy — wymknęła się tam mimo zakazów — i patrzyła na miasto rozciągające się u jej stóp. Toruń o zmierzchu, z tysiącem świateł w oknach, z dymem unoszącym się z kominów, z sylwetką fortyfikacji rysującą się na tle nieba.
— Piękne, prawda? — usłyszała głos za sobą.
Odwróciła się. Porucznik Dubois wszedł na dach za nią.
— Co pan tu robi? — zapytała zaskoczona.
— To samo co pani. Uciekam od hałasu świętowania. — Stanął obok niej. — I patrzę na miasto, które stało się moim domem.
— Toruń to pana dom?
— Tak bardzo jak jakiekolwiek inne miejsce — odpowiedział Dubois. — Jestem żołnierzem. Mój dom jest tam, gdzie stacjonuje moja jednostka.
Stali w milczeniu, patrząc na miasto. Gdzieś w oddali wybuchły pierwsze fajerwerki — żołnierze świętowali Nowy Rok.
— Co pan myśli o przyszłości? — zapytała Tekla. — O tym, co się stanie?
Dubois zastanowił się.
— Myślę, że będzie więcej wojen. Napoleon nie potrafi żyć w pokoju. Będzie walczył, aż albo pokona cały świat, albo świat pokona jego. — Spojrzał na dziewczynę. — Ale dla pani, panno Tekla? Dla pani przyszłość może być jaka pani zechce. Jest pani młoda, inteligentna. Świat się otwiera.
— Chciałabym zobaczyć ten świat — powiedziała cicho Tekla.
— Może kiedyś zobaczysz — odpowiedział Dubois. — Może kiedyś.
I tej nocy, na dachu kamienicy przy ulicy Szerokiej, pod rozgwieżdżonym niebem, oboje patrzyli w przyszłość która była równie niepewna co pełna obietnic.
Rozdział 6: Stosunki polsko-francuskie
Kwiecień 1809 roku przyniósł wiadomość, której Antoni Czarnecki oczekiwał z niepokojem i jednocześnie z czymś na kształt ulgi. Austria, jedyne z wielkich mocarstw które jeszcze nie zaznało pełnej potęgi napoleońskiej Francji po Austerlitz, postanowiła spróbować szczęścia raz jeszcze. Arcyksiążę Karol, brat cesarza Franciszka, zgromadził trzysta tysięcy żołnierzy i ruszył na Bawarię, sojusznika Francji. To była wojna, a wojna oznaczała mobilizację.
Rozkaz przyszedł dziewiątego kwietnia, w czwartek, gdy Toruń budził się do wiosennego poranka pełnego obietnic ciepła. Antoni siedział przy śniadaniu w swoim domku na przedmieściu Jakubskim, gdy zastukał do drzwi młody kadet z kwatery sztabu.
— Poruczniku Czarnecki? — zapytał chłopak, nie mający więcej niż szesnaście lat, z puchem zamiast zarostu. — Rozkaz mobilizacyjny dla pana i całego pierwszego szwadronu.
Antoni wziął zapieczętowany dokument, przełamał pieczęć, przeczytał. Marianna, stojąc przy piecu gdzie gotowała owsiankę, obserwowała męża z rosnącym lękiem.
— Co tam jest? — zapytała, choć już znała odpowiedź.
— Mobilizacja — powiedział Antoni, składając papier starannie, jak gdyby te proste gesty mogły opóźnić nieuchronne. — Wymarsz pojutrze o świcie. Najpierw do Warszawy, potem… najpewniej na południe, do Galicji. Austriacy najechali Księstwo.
Marianna odłożyła łyżkę, którą mieszała owsiankę. Jej dłonie drżały, ale głos był spokojny — nabyła już tej kobiecej umiejętności ukrywania strachu.
— Na jak długo?
— Nie wiem — odpowiedział szczerze Antoni. — Może miesiąc, może pół roku. Zależy od tego, jak szybko rozbijemy Austriaków.
— A jeśli to oni rozbiją was?
Antoni podszedł do żony i objął ją mocno.
— Nie rozbiją. Mamy Napoleona. Austriacy mają tylko arcyksięcia Karola. To nie jest równy pojedynek.
Ale oboje wiedzieli, że to tylko słowa. W wojnie nie ma gwarancji. Kulka czy szabla nie pyta o stopień wojskowy ani o to, kto ma lepszego generała.
Następne dwa dni były gorączkowe. Antoni musiał spakować swoje rzeczy wojskowe, sprawdzić ekwipunek, pożegnać się z rodziną. Marianna próbowała zachować pozory normalności — gotowała, prała, sprzątała — ale każdy jej gest był naznaczony świadomością zbliżającego się rozstania.
Wieczorem przed wymarszem odwiedził ich Wolski z córkami — Konstancją, Heinrichem i Teklą. Przyszli pożegnać Antoniego, przynieśli jedzenie na drogę — chleb, wędzone mięso, ser, butelkę wódki.
— Żeby ci dodawała sił — powiedział Wolski, wręczając butelkę. — I żeby cię ogrzewała w zimne noce.
Antoni przyjął dary z wdzięcznością. Usiedli wszyscy przy stole, ale nikt nie miał apetytu. Rozmowa utykała, zapadały długie cisze.
— Czy to prawda — odezwała się w końcu Tekla, która zawsze zadawała pytania które inni bali się wypowiedzieć — że w bitwie ginie co trzeci żołnierz?
— Tekla! — Konstancja spojrzała na nią z wyrzutem. — Co za pytanie!
— Ale to ważne pytanie — powiedział Antoni spokojnie. — I odpowiedź brzmi: nie, to nieprawda. W większości bitew ginie może co dwudziesty, co trzydziesty. Prawdziwa rzeź zaczyna się dopiero gdy jedna strona ucieka i druga ją ściga. Wtedy giną setki, tysiące.
— Więc główne to nie uciekać — powiedziała Marianna, próbując żartować, choć łzy cisnęły jej się do oczu.
— Główne to nie uciekać — zgodził się Antoni. — I słuchać rozkazów. I mieć trochę szczęścia.
Heinrich Adler, który do tej pory siedział w milczeniu, odezwał się nieoczekiwanie:
— Byłem kiedyś na pogrzebie pruskiego oficera, który poległ pod Jeną. Jego wdowa powiedziała coś, co zapamiętałem. Powiedziała: „Nie płaczę, że zginął. Płaczę, że zginął za złą sprawę”. — Spojrzał na Antoniego. — Pan przynajmniej walczy za dobrą sprawę. Za Polskę.
— Za Polskę — powtórzył Antoni. — I to musi wystarczyć.
Jedenastego kwietnia, o świcie gdy mgła wciąż spowijała Wisłę, pułk szwoleżerów polskich wyruszył z Torunia. Trzysta koni, trzysta ludzi w błękitnych mundurach z amarantowymi wyłogami, z lancami zakończonymi proporczykami w białych i czerwonych barwach Polski.
Marianna stała w tłumie żon, matek, sióstr, które przyszły pożegnać swoich mężczyzn. Patrzyła jak Antoni, siedzący dumnie w siodle na swoim gniadym kasztanie, prowadził swój szwadron przez bramy miejskie. Przez chwilę ich oczy się spotkały. Antoni uniósł rękę w geście pożegnania. Marianna machała chusteczką, uśmiechając się przez łzy.
A potem byli już daleko, kolumna kurzu na drodze bydgoskiej, odgłos kopyt cichnący w porannej mgle. Odeszli.
Marianna stała jeszcze długo po tym jak ostatni jeździec zniknął za zakrętem drogi. Inne kobiety rozchodziły się już do domów, do swoich obowiązków, do czekania. Ale Marianna stała, jakby samo stanie mogło zatrzymać czas, cofnąć te kilka minut, sprawić że Antoni wróci.
W końcu podeszła do niej Tekla i delikatnie wzięła ją pod rękę.
— Chodź, siostro. Ziębnie. Trzeba wracać.
Marianna pozwoliła się zaprowadzić do domu. Pustego domu, który nagle wydał się ogromny i echem odbijały się w nim jej kroki.
Pierwsze tygodnie były najtrudniejsze. Marianna musiała nauczyć się żyć sama. Oczywiście miała rodzinę — mogła wrócić do ojca — ale jej duma i pragnienie niezależności kazały jej zostać w swoim domku. To był jej i Antoniego dom. Musiała go utrzymać, żeby był na niego czekał gdy wróci.
Ale samotność była dojmująca. Wieczorami, gdy zapada zmrok i trzeba było zapalić świecę, zdawało się jej że zaraz usłyszy kroki Antoniego na schodach, jego głos wołający „Jestem w domu!”. Ale były tylko cienie i cisza.
Pogrążyła się w pracy. Szyła dla ludzi z miasta — prześcieradła, koszule, suknie — zarabiając na utrzymanie. Prowadziła mały ogródek za domem, gdzie uprawiała warzywa. Chodziła codziennie do kościoła świętego Jakuba, modląc się za męża. I czekała na listy.
Pierwszy list przyszedł pod koniec kwietnia. Marianna poznała go od razu — charakterystyczne pismo Antoniego, nieco krzywe, jakby pisane w pośpiechu. Rozdarła kopertę drżącymi rękami.
„Moja najdroższa Marianno” — czytała — „Piszę do Ciebie z Warszawy, gdzie nasz pułk zatrzymał się na trzy dni odpoczynku przed dalszym marszem. Droga z Torunia była męcząca — dwadzieścia mil dziennie, często w deszczu. Jeden z naszych koni padł z wyczerpania, ale ludzie trzymają się dobrze.”
„Warszawa jest pełna wojska. Wszędzie widać mundury — polskie, francuskie, saskie. Mówią, że cesarz zbiera ogromną armię, może dwieście tysięcy ludzi, żeby uderzyć na Austriaków. My mamy iść do korpusu księcia Poniatowskiego, który będzie walczył w Galicji.”
„Tęsknię za Tobą, moja kochana. Tęsknię za Twoim uśmiechem, za Twoim głosem, za ciepłem naszego domu. Ale wiem, że robię to, co muszę. Walczę o Polskę, o naszą przyszłość, o świat gdzie nasze dzieci będą żyć w wolnym kraju.”
„Całuję Cię mocno. Twój na zawsze, Antoni.”
Marianna czytała ten list dziesięć razy, dwadzieścia, pięćdziesiąt. Każde słowo, każda litera była skarbem. Spała z listem pod poduszką. To była jej jedyna więź z mężem, jedyne potwierdzenie że wciąż żyje, że wciąż o niej myśli.
Maj przyniósł wieści z frontu. Bitwy już się zaczęły. Napoleon przeszedł Ren i rozgromił Austriaków pod Abensberg, pod Eckmühl, pod Ratyzbona. Austriacki arcyksiążę Karol cofał się w panice. Ale potem przyszła wiadomość o bitwie pod Aspern-Essling, gdzie Napoleon po raz pierwszy poniósł porażkę. Cała Europa drżała — czy to początek końca dla korsykańskiego uzurpatora?
Marianna, czytając gazety które kupowała na targu mimo że kosztowały drogo, śledziła każdą wzmiankę o wojsku polskim. W bitwie pod Raszyn, niedaleko Warszawy, polskie wojska księcia Poniatowskiego rozbiły Austriaków. Potem marsz na południe, oswobodzenie Krakowa, Lwowa, całej Galicji zachodniej.
Ale sukces kosztował. Listy Antoniego, które przychodziły co dwa, trzy tygodnie, stawały się coraz krótsze, coraz bardziej lakoniczne.
„Moja droga Marianno, walczyliśmy wczoraj pod Sandomierzem. Nasz szwadron szarżował na austriacką piechotę. Straciłem pięciu ludzi. Sam mam lekką ranę od szabli w ramię, ale nic poważnego. Lekarze opatrzyli, będzie dobrze.”
Marianna, czytając o ranie, poczuła jak serce ściska się jej z lęku. Lekka rana — co to znaczy? Czy Antoni tylko bagatelizuje, żeby jej nie martwić? Czy na pewno dostał odpowiednią opiekę? Choroby i infekcje zabijały więcej żołnierzy niż kule i szable.
Następny list przyszedł dopiero po sześciu tygodniach. Był jeszcze krótszy.
„Marianno, żyję. Jesteśmy teraz pod Zamościem. Będę pisał więcej gdy będzie czas. Kocham Cię. Antoni.”
Dziewięć słów. Tylko dziewięć słów. Ale były najważniejszymi dziewięcioma słowami w życiu Marianny. Żyję. To było wszystko, czego potrzebowała wiedzieć.
W Toruniu życie toczyło się dalej, obojętne na dramaty rozgrywające się setki mil dalej. Warsztat Wolskiego prosperował — zamówienia wojskowe nie ustawały. Konstancja i Heinrich spodziewali się pierwszego dziecka. Tekla, teraz już dwudziestolatka, dojrzewała w tajemnicy, obserwując świat wokół siebie z rosnącą świadomością.
Pewnego czerwcowego popołudnia Tekla siedziała na ławce przy kościele świętego Jana, czytając książkę którą pożyczyła od porucznika Duboisa — „Nową Heloizę” Rousseau, po francusku. Jej znajomość francuskiego znacznie się poprawiła w ciągu ostatniego roku. Dubois dawał jej lekcje dwa razy w tygodniu, oficjalnie za zgodą ojca, jako „poszerzenie edukacji”, nieoficjalnie bo sam nudził się w garnizonowej rutynie i lubił towarzystwo inteligentnej młodej kobiety.
— Czytasz Rousseau? — usłyszała głos.
Podniosła wzrok. Przy ławce stał młody mężczyzna, może dwudziestopięcioletni, w cywilnym ubraniu ale z postawą która zdradzała wojskowego. Miał jasne włosy, niebieskie oczy, twarz otwartą i sympatyczną.
— Tak — odpowiedziała Tekla. — A pan kim jest, że pyta?
Młody człowiek uśmiechnął się.
— Wybacz nietakt. Nazywam się Jakub Sowiński, porucznik artylerii Księstwa Warszawskiego. Właśnie przyjechałem do Torunia z misją inspekcji fortyfikacji.
— Tekla Wolska — przedstawiła się Tekla. — Córka stolarza.
Sowiński usiadł na ławce obok niej, w odpowiedniej odległości żeby zachować konwenanse.
— Rousseau to ambitna lektura dla… wybacz… dla córki rzemieślnika.
Tekla poczuła ukłucie irytacji.
— A dlaczego miałoby tak być? Czy inteligencja jest przywilejem szlachty i oficerów?
— Nie, nie! — Sowiński uniósł ręce w geście przeproszenia. — Źle się wyraziłem. Chciałem powiedzieć, że to rzadkość. Większość młodych dam, które znam, czyta romanse i modne powieści. Rousseau to filozofia, polityka. To wymaga… głębokiego myślenia.
— Lubię głęboko myśleć — powiedziała Tekla. — Świat jest zbyt ciekawy, żeby zadowalać się płytkością.
Sowiński popatrzył na nią z rosnącym zainteresowaniem.
— Zgadzam się całkowicie. Czy mogę zapytać, co pani myśli o teorii Rousseau o umowie społecznej?
I rozmowa ruszyła. Rozmawiali przez godzinę, może dwie, o filozofii, o polityce, o wojnie, o Polsce, o wszystkim. Tekla odkryła, że Sowiński był absolwentem Szkoły Rycerskiej w Warszawie, wykształconym oficerem, który czytał Woltera i Monteskiusza, który mówił po francusku, niemiecku i włosku, który podróżował po Europie.
A Sowiński odkrył młodą kobietę o niezwykłej inteligencji, która mimo braku formalnej edukacji miała szersze horyzonty intelektualne niż wiele dam z arystokratycznych salonów Warszawy.
Gdy słońce zaczęło zachodzić, Sowiński wstał.
— Muszę wracać do koszar. Ale… czy moglibyśmy się jeszcze kiedyś spotkać? Chętnie bym kontynuował tę rozmowę.
Tekla zawahała się. Wiedziała, co pomyślałby ojciec — młoda, niezamężna kobieta spotykająca się sam na sam z oficerem. Skandal. Ale jednocześnie…
— Moglibyśmy spotkać się tutaj — powiedziała. — Na tej ławce. To miejsce publiczne, więc nikt nie będzie mógł mieć podejrzeń o niestosowność.
— Doskonały pomysł — uśmiechnął się Sowiński. — Jutro o tej samej porze?
— Jutro o tej samej porze.
Lipiec przyniósł wielkie wieści. Napoleon pokonał Austriaków w gigantycznej bitwie pod Wagram, największej dotychczas w historii. Dwieście tysięcy Francuzów i sojuszników przeciwko stu osiemdziesięciu tysiącom Austriaków. Bitwa trwała dwa dni. Zginęło łącznie około czterdziestu tysięcy ludzi. Ale Napoleon wygrał.
Austria kapitulowała. Traktat pokojowy w Schönbrunn odbierał jej kolejne terytoria. Galicja Zachodnia — Kraków, Lublin, Zamość — przypadła Księstwu Warszawskiemu. Polska rosła.
W Toruniu urządzono wielką uroczystość z tej okazji. Na Rynku Staromiejskim odbyła się parada wojskowa. Generał Beker wygłosił płomienną przemowę o chwale Francji i Polski. Ludzie świętowali, pili, tańczyli.
Ale Marianna nie świętowała. Siedziała w swoim domku, trzymając najnowszy list od Antoniego, który przyszedł trzy dni wcześniej.
„Marianno, walczyłem pod Wagram. Był to koszmarem, jakiego nigdy nie zapomnę. Dwa dni ciągłych walk, działa grzmią bez przerwy, dym tak gęsty że nie widać człowiek dwa metry przed sobą. Szarżowaliśmy pięć razy. Przy piątej mój koń został trafiony kulą armatnią. Spadłem, cudem uniknąłem podeptania. Straciłem dziesięciu ludzi z mojego szwadronu. Dziesięciu dobrych żołnierzy, którzy już nigdy nie wrócą do domów.”
„Wygraliśmy. Austriacy uciekli. Napoleon triumfuje. Ale ja nie czuję triumfu. Czuję tylko zmęczenie i smutek. Kiedy to się skończy? Kiedy będę mógł wrócić do domu, do Ciebie?”
„Słyszałem plotki że nasz pułk może zostać w Galicji jako garnizon. To oznaczałoby, że nie wrócę prędko do Torunia. Może miesiące, może rok. Nie wiem czy dam radę tak długo być bez Ciebie.”
„Kocham Cię. Każdego dnia, każdej nocy, myślę o Tobie. Ty jesteś moją kotwicą do ludzkości, do normalności. Trzymaj się mocno. Wrócę. Przysięgam, że wrócę.”
Marianna płakała czytając ten list. Płakała ze smutku, z tęsknoty, ale też z ulgi. Antoni żył. Przechodził przez piekło, ale żył. I obiecywał wrócić.
Tymczasem Tekla spotykała się z Jakubem Sowińskim prawie codziennie. Ich spotkania na ławce przy kościele świętego Jana stały się rytuałem. Rozmawiali o wszystkim — o filozofii, historii, literaturze. Sowiński pożyczał jej książki ze swojej prywatnej biblioteki. Tekla chłonęła wiedzę jak gąbka wodę.
Ale rozmawiali też o rzeczach osobistych. Sowiński opowiadał o swojej rodzinie — ojciec był zubożałym szlachcicem, matka zmarła, gdy był dzieckiem. Wstąpił do wojska, bo to była jedyna droga kariery dla biednego szlachcica. Walczył pod Raszynem, nie uczestniczył w kampanii austriackiej, bo był na szkoleniu oficerskim w Warszawie.
Tekla opowiadała o swojej rodzinie, o warsztacie ojca, o siostrach i ich małżeństwach, o życiu w Toruniu.
— Marzysz o czymś więcej? — zapytał Sowiński pewnego sierpniowego popołudnia. — Niż życie w Toruniu, małżeństwo z kupcem czy rzemieślnikiem, dzieci, rutyna?
Tekla zastanowiła się nad odpowiedzią.
— Tak — przyznała w końcu. — Marzę. Chciałabym podróżować, poznawać świat. Chciałabym uczyć się, może nawet pisać. Mam czasem myśli, pomysły, które chciałabym zapisać. Ale to niemożliwe dla kobiety mojego stanu.
— Dlaczego niemożliwe? — zapytał Sowiński. — Czasy się zmieniają. Konstytucja Księstwa mówi o równości. Prawda, dotyczy to głównie mężczyzn, ale kto wie co przyniesie przyszłość?
— Równość — prychnęła Tekla. — Konstancja, moja siostra, mówiła mi o Kodeksie Napoleona. Według niego żona jest własnością męża. To jest równość?
— Masz rację — zgodził się Sowiński. — Kodeks jest w tym aspekcie… archaiczny. Ale idee równości, raz puszczone w świat, żyją własnym życiem. Rewolucja Francuska proklamowała wolność, równość, braterstwo. Teraz Napoleon te hasła zdradza, ale one zostają. Kiedyś — może za dziesięć lat, może za pięćdziesiąt — kobiety będą miały takie same prawa jak mężczyźni.
— Chciałabym to zobaczyć — westchnęła Tekla.
— Może zobaczysz — powiedział Sowiński cicho, patrząc jej w oczy. — Jesteś wyjątkową kobietą, Tekla. Nie pozwól, żeby świat zdusił twoje marzenia.
To był pierwszy raz, gdy użył jej imienia bez „panna”. To był pierwszy moment, gdy ich relacja przekroczyła granicę czystej intelektualnej przyjaźni i wkroczyła na terytorium czegoś głębszego.
Wrzesień przyniósł nowe wyzwanie dla Torunia. Ogłoszono wielką rekrutację do armii Księstwa Warszawskiego. Francja wymagała od swojego polskiego sojusznika wystawienia większej armii — pięćdziesięciu tysięcy ludzi zamiast dotychczasowych trzydziestu. To oznaczało pobór dwudziestu tysięcy nowych żołnierzy.
W Toruniu i okolicach komisja rekrutacyjna miała zebrać tysiąc stu żołnierzy. Każda gmina wiejska dostała kwotę — pięciu, dziesięciu, piętnastu chłopców. Miasta też musiały wystawić swoją część.
Dla wielu rodzin było to tragedią. Chłopi, dopiero co uwolnieni z poddaństwa, teraz mieli oddawać synów do wojska na siedem lat służby. Wielu próbowało uciekać, ukrywać się w lasach. Ale komisja rekrutacyjna była bezlitosna. Żandarmeria ścigała zbiegów, karała rodziny, wymuszała posłuszeństwo.
W warsztacie Wolskiego czytali listę poboru z niepokojem.
— Paweł ma dwadzieścia dziewięć lat — powiedziała Konstancja, wskazując na starszego czeladnika. — Czy on podlega pod pobór?
Heinrich studiował dekret rekrutacyjny.
— Pobór obejmuje mężczyzn od osiemnastu do czterdziestu lat — czytał. — Ale są zwolnienia. Jedyni synowie wdów. Żonaci mężczyźni z więcej niż dwojgiem dzieci. Rzemieślnicy wykonujący zawody kluczowe dla obronności kraju…
— Stolarze to zawód kluczowy? — zapytał Wolski.
— Może być uznany za taki — odpowiedział Heinrich. — Produkujemy dla wojska. Mogę napisać petycję do komisji, wyjaśnić że tracicie kluczowych pracowników…
Ale Paweł, który do tej pory słuchał w milczeniu, wstał.
— Panie mistrzu, ja pójdę — powiedział cicho.
Wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni.
— Paweł, nie musisz — powiedział Wolski. — Znajdziemy sposób, żebyś został zwolniony.
— Nie, panie mistrzu — Paweł potrząsnął głową. — Nie mam żony, nie mam dzieci. Jestem zdrowy i silny. Powinienem iść. Inni mają rodziny, zobowiązania. Ja mogę służyć Polsce.
Wolski popatrzył na młodego człowieka, który pracował u niego osiem lat, którego uczył fachu od podstaw. I poczuł dumę pomieszaną ze smutkiem.
— Jesteś dobrym człowiekiem, Pawle — powiedział. — I będziesz dobrym żołnierzem.
Pierwszego października tysiąc stu nowych rekrutów z Torunia i okolic zebrało się na placu przy koszarach. Byli to młodzi chłopcy — niektórzy zaledwie osiemnastoletni, inni po trzydziestce — z wszystkich warstw społecznych. Chłopi w prostych lnianych koszulach, mieszczanie w skromnych surdutach, nawet kilku szlachciców którzy zgłosili się jako ochotnicy.
Generał Beker osobiście przyjmował przysięgę.
— Rekruci! — krzyknął jego głos niosący się przez plac. — Przysięgacie służyć wiernie Księstwu Warszawskiemu, jego władcy księciu Fryderykowi Augustowi, i wielkiemu sojusznikowi Francji, cesarzowi Napoleonowi! Przysięgacie słuchać rozkazów, zachować dyscyplinę, walczyć odważnie przeciwko wrogom! Przysięgacie!
— Przysięgamy! — zawołali tysiąc stu głosów.
W tłumie obserwatorów stała Tekla, która przyszła zobaczyć ceremonię. Obok niej stał Jakub Sowiński.
— Patrzysz na to z dumą czy ze smutkiem? — zapytała.
— Z obu — odpowiedział Sowiński. — Duma, że Polska ma swoją armię. Smutek, że potrzebujemy armii, bo żyjemy w świecie wojen.
— Czy będzie kiedyś pokój?
— Kiedyś tak — powiedział Sowiński. — Ale nie za naszego życia. Napoleon jest jak maszyna która nie może się zatrzymać. Będzie walczył aż wygra wszystko albo straci wszystko.
— A jeśli straci?
— To my, Polacy, stracimy razem z nim — odpowiedział ponuro Sowiński. — Nasze Księstwo istnieje dzięki jego woli. Jeśli on upadnie, upadniemy razem z nim.
Październik i listopad były miesiącami intensywnego szkolenia dla nowych rekrutów. Paweł Sadowski, były czeladnik stolarski, uczył się teraz marszów, musztry, posługiwania się muszkietem. Dni były długie i wyczerpujące — pobudka o piątej rano, ćwiczenia do ósmej wieczór, potem kolacja i padanie w łóżko.
Pisał listy do warsztatu Wolskiego, opisując swoje nowe życie.
„Panie mistrzu, ten życie wojskowe jest ciężkie, ale też… jakoś satysfakcjonujące. Uczą nas dyscypliny, organizacji, współpracy. Nasz sierżant, pewien Francuz o nazwisku Morel, jest twardy, ale sprawiedliwy. Mówi że zrobi z nas prawdziwe żołnierzy albo zabije nas próbując — ale śmieje się przy tym, więc myślę że to żart.”
„Jedzenie jest lepsze niż się spodziewałem. Chleb, zupa, mięso trzy razy w tygodniu. Mundur dostaliśmy nowy, polski — biały spodnie, niebieski kurtka. Czuję się w nim dumnie.”
„Tęsknię za warsztatem, za zapachem świeżego drewna, za pracą która tworzy coś trwałego. Ale wiem, że robię dobrą rzecz. Służę Polsce. To jest ważniejsze niż meble.”
Wolski czytał te listy z mieszanymi uczuciami. Paweł był dobrym chłopcem, byłby z niego świetny mistrz stolarski. Teraz miał zostać żołnierzem. Może zginąć w jakiejś bitwie w odległym kraju. A wszystko w imię Polski, która istniała tylko dzięki łasce Napoleona.
Czy to była dobra wymiana? Wolski nie wiedział.
Grudzień przyniósł najlepszy prezent świąteczny jaki Marianna mogła sobie wymarzyć. Dwudziestego grudnia, w zimny, śnieżny wieczór, usłyszała pukanie do drzwi. Otworzyła, spodziewając się sąsiadki która czasem przynosiła mleko.
A tam stał Antoni.
Chudy, zmęczony, w obdartym mundurze, z trzymiesięcznym zarostem, ale żywy. Żywy!
Marianna krzyknęła i rzuciła mu się w ramiona. Oboje płakali, trzymając się mocno, jakby gdyby puścili to jeden z nich zniknie.
— Wróciłeś — szlochała. — Boże, wróciłeś.
— Wróciłem — powtarzał Antoni, całując jej włosy, twarz, dłonie. — Jestem w domu.
Tej nocy rozmawiali do świtu. Antoni opowiadał o kampanii, o bitwach, o strachu i męstwie, o śmierci i przetrwaniu. Marianna opowiadała o życiu w Toruniu, o samotności, o czekaniu.
— Jak długo możesz zostać? — zapytała wreszcie, bojąc się odpowiedzi.
— Miesiąc — powiedział Antoni. — Dostałem urlop miesięczny. W styczniu muszę wrócić do jednostki. Będziemy stacjonować w Lublinie.
Miesiąc. Tylko miesiąc. Ale to był miesiąc więcej niż Marianna śmiała się spodziewać.
— To będzie najlepszy miesiąc w moim życiu — powiedziała.
I był. Ten grudzień 1809, pomimo mrozu i śniegu, był najcieplejszym miesiącem w życiu Marianny. Antoni był w domu. Śniadania razem, kolacje razem, wieczory przy piecu. Normalne, codzienne rzeczy które nagle stały się niezwykle cenne bo mogły skończyć się w każdej chwili.
Wigilia w domu Wolskich tego roku była szczególna. Zebrała się cała rodzina — Wolski, Konstancja z Heinrichem (bardzo brzuchatą, dziecko miało się urodzić w styczniu), Marianna z Antonim, Tekla. Nawet porucznik Dubois został zaproszony — kapitan Moreau wyjechał do Warszawy na święta.
Stół uginał się od potraw — barszcz czerwony, karp smażony, pierogi z kapustą i grzybami, kutia, makowiec. Wolski, jako najstarszy, łamał się opłatkiem z każdym obecnym.
— Za pokój — mówił, łamiąc się z Antonim. — Żeby następne święta spędziliśmy wszyscy razem, bez rozłąk, bez wojen.
— Za pokój — powtórzył Antoni, choć obaj wiedzieli, że to tylko marzenie.
Po kolacji śpiewali kolędy. Dubois, który był katolikiem mimo, że Francuzem, śpiewał razem z nimi po polsku z uroczym akcentem. Tekla akompaniowała na starym flecie który należał kiedyś do matki.
Około północy wszyscy poszli do kościoła świętego Jana na pasterkę. Świątynia była pełna ludzi — mieszczan, żołnierzy, urzędników. Ksiądz Skarżyński odprawił piękną mszę, kazanie o pokoju i nadziei.
Wracając do domu, Tekla szła obok Jakuba Sowińskiego, który także był na mszy. Niebo było czyste, pełne gwiazd, śnieg skrzypiał pod stopami.
— Piękna noc — powiedział Sowiński.
— Piękna — zgodziła się Tekla.
— Tekla, ja… — zaczął Sowiński, po czym urwał.
— Tak?
— Dostałem rozkaz przeniesienia — powiedział szybko. — Do Warszawy. Mam tam pracy w sztabie artylerii. Wyjeżdżam po Nowym Roku.
Tekla poczuła jak coś ściska jej serce.
— Rozumiem — powiedziała, starając się żeby głos brzmiał normalnie. — To dobra możliwość dla pana kariery.
— Tekla — Sowiński zatrzymał się, wziął ją za ręce. — Czy mogę do ciebie pisać? Czy będziesz czytać moje listy?
— Oczywiście — odpowiedziała. — Będę czekać na każdy list.
— I czy… czy mogę mieć nadzieję, że kiedyś, gdy sytuacja się ustabilizuje, gdy będę miał odpowiednią pozycję… czy mogę mieć nadzieję?
Tekla zrozumiała o co pyta. Uśmiechnęła się przez łzy, które napływały jej do oczu.
— Możesz mieć nadzieję, Jakubie. Zawsze możesz mieć nadzieję.
Nowy 1810 rok przywitano z optymizmem. Wojna z Austrią wygrania. Księstwo Warszawskie powiększone. Polska rosła, powoli, ale rosła.
Ale pod powierzchnią optymizmu były obawy. Relacje między Francją a Rosją pogarszały się. Car rosyjski Aleksander I był coraz bardziej niezadowolony z napoleońskiej dominacji w Europie. Plotki o wojnie między dwoma imperiami krążyły po Warszawie, po Paryżu, po Petersburgu.
Antoni, wracający do swojej jednostki w połowie stycznia, powiedział Mariannie to, co myśleli wszyscy żołnierze:
— To jeszcze nie koniec. To tylko przerwa między aktami. Prawdziwa wojna dopiero nadejdzie.
— Z kim?
— Z Rosją. Napoleon i car nie mogą istnieć obok siebie. Jeden z nich musi upaść.
— A my, Polacy?
— My będziemy w środku — odpowiedział ponuro Antoni. — Jak zawsze. Między młotem a kowadłem.
Marianna objęła męża.
— Obiecaj mi — szepnęła — że przeżyjesz. Bez względu na wszystko, obiecaj, że przeżyjesz i wrócisz.
— Obiecuję — powiedział Antoni, choć obaj wiedzieli że to była obietnica której może nie być w stanie dotrzymać. — Zrobię wszystko żeby wrócić. Do ciebie, do naszego domu, do życia, które chcemy zbudować.
I wyjechał znowu, zostawiając Mariannę samą. Ale tym razem miała coś, czego nie miała poprzednio — nadzieję. Bo jeśli Antoni przeżył jedną kampanię, może przeżyje drugą. I trzecią. I wreszcie, kiedyś, wojna się skończy i będzie mógł wrócić na zawsze.
Nadzieja była krucha jak pierwszy wiosenny lód na Wiśle. Ale czasem krucha nadzieja jest wszystkim, co mamy. I musiała wystarczyć.
Rozdział 7: Społeczeństwo toruńskie 1808—1811
Styczeń 1810 roku otworzył nową dekadę w historii Torunia, ale dla Konstancji i Heinricha Adlerów otworzył też zupełnie nowy rozdział ich życia. Dwudziestego stycznia, w mroźną środę gdy temperatura spadła do minus piętnastu stopni, Konstancja wydała na świat swoje pierwsze dziecko — chłopca, którego nazwali Karol Fryderyk, łącząc polskie i niemieckie tradycje rodzinne.
Poród był ciężki. Trwał szesnaście godzin. Akuszerka, stara pani Kowalska, która przyjmowała większość dzieci w Toruniu od trzydziestu lat, kręciła głową z niepokojem.
— Pierwsze dziecko zawsze najtrudniejsze — mówiła, wycierając pot z czoła Konstancji. — Ale pani silna. Da pani radę.
I dała radę. Gdy wreszcie usłyszała pierwszy krzyk syna, Konstancja rozpłakała się z ulgi i wyczerpania. Heinrich, który czekał za drzwiami bo mężczyźni nie byli dopuszczani do porodu, wpadł do pokoju ledwo akuszerka go wpuściła.
— Syn — powiedziała zmęczona Konstancja. — Mamy syna.
Heinrich wziął niemowlę w ramiona, patrzył na tę małą, pomarszczoną istotę z niedowierzaniem. To był jego syn. Jego i Konstancji. Połączenie dwóch narodów, dwóch kultur, dwóch historii.
— Jest piękny — wyszeptał, choć w rzeczywistości wszystkie noworodki wyglądają mniej więcej tak samo.
— Kłamiesz — zaśmiała się słabo Konstancja. — Ale dziękuję.
Narodziny Karola Fryderyka były wydarzeniem w rodzinie Wolskich, ale także w szerszym kontekście społecznym Torunia. W mieście liczącym około dziewięciu tysięcy mieszkańców — populacja wzrosła o tysiąc od 1806 roku głównie przez napływ wojskowych i ich rodzin — każde dziecko było zauważane, szczególnie jeśli pochodziło z rodziny o pewnym znaczeniu.
A Adlerowie zaczęli mieć znaczenie. Heinrich, pracując w departamentalnym urzędzie podatkowym, awansował na stanowisko inspektora podatkowego dla powiatu toruńskiego. To była pozycja dająca nie tylko przyzwoite wynagrodzenie — pięćdziesiąt talarów miesięcznie, czyli więcej niż zarabiało dziewięćdziesiąt procent mieszkańców miasta — ale także prestiż i kontakty społeczne.
Konstancja, jako żona urzędnika, musiała nauczyć się nowych ról. Nie mogła już tylko siedzieć w warsztacie ojca i prowadzić księgi. Musiała uczestniczyć w życiu towarzyskim, przyjmować gości, bywać na spotkaniach innych urzędniczych rodzin.
Pierwszym tego doświadczeniem był bal urządzony w lutym 1810 roku przez generała Bekera dla oficerów garnizonu i prominentnych obywateli miasta. Bal odbył się w ratuszu staromiejskim, w wielkiej Sali, która kiedyś służyła do posiedzeń rady miejskiej, a teraz została przekształcona w salę balową.
Konstancja, która nigdy w życiu nie była na prawdziwym balu, była przerażona.
— Nie mam odpowiedniej sukni — mówiła do Heinricha, kołysząc małego Karola. — Nie umiem tańczyć. Nie znam francuskich manier. Ośmieszę cię.
— Nie ośmieszysz — odpowiedział spokojnie Heinrich. — Jesteś inteligentną, piękną kobietą. Będziesz wspaniała.
Marianna pomogła siostrze uszyć suknię — prostą, ale elegancką, z niebieskiego jedwabiu który Heinrich kupił za dwadzieścia talarów, fortunę którą normalnie nigdy by nie wydali. Tekla uczyła Konstancję podstawowych kroków tańca — poloneza, mazura, walca — które sama poznała od porucznika Duboisa.
Wieczór balu, dwudziestego drugiego lutego, był zimny ale bezchmurny. Konstancja i Heinrich przyjechali na rynek wynajętą bryczką — kolejny luksus, ale Heinrich uparł się że muszą zrobić odpowiednie wrażenie.
Sala balowa była oświetlona setkami świec w kryształowych żyrandolach. Orkiestra wojskowa grała już pierwsze takty poloneza. Goście, około stu osób, rozmawiali, śmiali się, pili szampana.
Konstancja poczuła się natychmiast jak intruz. Wszyscy inni wyglądali tak pewnie siebie — oficerowie w błyszczących mundurach, ich żony w sukniach które kosztowały więcej niż roczny dochód warsztatu Wolskiego, szlachta w kontuszach i żupanach. A ona była tylko córką stolarza, chłopką która przypadkiem wyszła za urzędnika.
— Pani Adler! — usłyszała głos po francusku.
Odwróciła się. Generał Beker osobiście podszedł do nich, uśmiechając się.
— Jak miło że mogła pani przyjść — powiedział, całując jej dłoń w staroświecki szlachecki sposób. Porucznik Dubois, stojący obok jako tłumacz, przekładał na polski.