drukowana A5
41.65
Należysz Do Mnie

Bezpłatny fragment - Należysz Do Mnie


Objętość:
135 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8467-585-4

Prolog

Las nigdy nie był naprawdę cichy. Nawet nocą żył własnym rytmem. Korony drzew poruszały się pod naporem wiatru, gdzieś w oddali odezwała się sowa, a gęste zarośla szeleściły, jakby skrywały dziesiątki niewidocznych stworzeń. W ciemności każdy dźwięk wydawał się głośniejszy, a każdy cień przybierał przerażające kształty.

Ida biegła przed siebie, nie oglądając się w tył. Gałęzie smagały jej twarz i ręce, pozostawiając na skórze drobne, piekące zadrapania. Mokra od rosy trawa ślizgała się pod stopami, a oddech stawał się coraz cięższy. Czuła, jak płuca palą ją z każdym kolejnym wdechem, lecz nie mogła się zatrzymać. Wiedziała, że jeśli choć na chwilę zwolni, wszystko będzie stracone.

Nagle za jej plecami rozległ się trzask łamanej gałęzi.

Serce zabiło jej jeszcze mocniej.

Odwróciła głowę i przez ułamek sekundy dostrzegła sylwetkę mężczyzny wyłaniającą się spomiędzy drzew. Nie biegł. Szedł spokojnie, pewnym krokiem, jak ktoś, kto doskonale wie, że jego ofiara i tak nie ma szans na ucieczkę.

— Ida… — odezwał się cicho, niemal łagodnym głosem. — Nie uciekaj. Przecież wiesz, że zawsze cię odnajdę.

Przyspieszyła, choć nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Każdy krok sprawiał ból, ale strach był silniejszy od zmęczenia. Potknęła się o wystający korzeń i upadła z całym impetem na wilgotną ziemię. Przez chwilę nie mogła złapać oddechu.

Usłyszała zbliżające się kroki.

Coraz bliżej, powoli. Nie spieszył się.

Był przekonany, że tym razem mu nie ucieknie.

Ida zacisnęła powieki. Jeszcze kilka dni wcześniej śmiała się z przyjaciółkami, planując wymarzone wakacje w Rumunii. Miały wrócić z setkami zdjęć, wspomnieniami i historiami, które będą opowiadały przez lata.

Nie przypuszczała, że ta podróż zamieni się w walkę o życie.

Ta historia zaczęła się niewinnie. Od jednego przypadkowego spotkania.

Rozdział 1

Ida od kilku minut wpatrywała się w tablicę odlotów, jakby chciała upewnić się, że napis nie zniknie. Bukareszt. Lot zgodny z planem.

— Nadal nie wierzę, że naprawdę tu jesteśmy — odezwała się Hanna, poprawiając pasek plecaka. — Przecież jeszcze miesiąc temu mówiłyśmy o tym przy kawie.

— A teraz za kilka godzin będziemy oglądać Góry Fogaraskie — odpowiedziała Anna z szerokim uśmiechem. — To będą najlepsze wakacje w naszym życiu.

Ida zaśmiała się cicho. Potrzebowała tego wyjazdu bardziej, niż chciała przyznać. Ostatnie miesiące były dla niej wyczerpujące. Praca pochłaniała niemal cały jej czas, a codzienność zaczynała przypominać niekończący się schemat. Budzik, praca, dom i kolejny dzień wyglądający dokładnie tak samo.

Rumunia miała być od tego ucieczką.

Gdy samolot oderwał się od pasa startowego, Ida skierowała głowę w stronę szyby. Obserwowała, jak miasto powoli znika pod warstwą chmur. Po raz pierwszy od dawna poczuła prawdziwy spokój.

Kilka godzin później samolot wylądował w Bukareszcie.

Już po wyjściu z terminala uderzyło je ciepłe, letnie powietrze. Miasto tętniło życiem. Z każdej strony dochodziły odgłosy rozmów, klaksonów i muzyki dobiegającej z pobliskich kawiarni. Wszystko wydawało się nowe, obce i jednocześnie niezwykle fascynujące.

— Czuję, że zakocham się w tym miejscu — powiedziała Hanna, rozglądając się z zachwytem.

— Oby tylko nie w jakimś Rumuńskim chłopaku. — zaśmiała się Anna.

— Daj jej dwa dni — odpowiedziała Ida z uśmiechem. — Wtedy zobaczymy.

Żadna z nich nie przypuszczała, jak prorocze okażą się te słowa.

Po zameldowaniu w niewielkim hotelu położonym niedaleko centrum postanowiły nie tracić czasu. Wieczór był ciepły, a ulice Bukaresztu zachęcały do spacerów. Mijając zabytkowe kamienice i gwarne restauracje, chłonęły atmosferę miasta, robiły zdjęcia i śmiały się z najdrobniejszych rzeczy.

Ida zatrzymała się na chwilę przy balustradzie niewielkiego mostu. Wpatrywała się w spokojną taflę rzeki, gdy poczuła, że ktoś na nią patrzy.

Odwróciła głowę.

Kilka metrów dalej stał wysoki, ciemnowłosy mężczyzna. Miał spokojny wyraz twarzy i lekki uśmiech, który wydawał się bardziej uprzejmy niż natarczywy. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, skinął jej głową i po chwili odszedł.

— Ida! Idziesz? — zawołała Anna.

— Już idę.

Jeszcze raz spojrzała w miejsce, gdzie przed chwilą stał nieznajomy.

Nie było go.

Nie wiedziała wtedy, że właśnie minęła człowieka, który wkrótce odmieni całe jej życie.

Ida przez chwilę zastanawiała się, czy w ogóle naprawdę go widziała, czy może po prostu zwróciła na niego uwagę dlatego, że był jedyną osobą stojącą wtedy samotnie po drugiej stronie ulicy.

— Idziemy? Czy zamierzasz tam zostać? — zawołała Hanna.

— Idę, idę.

Dogoniła przyjaciółki, które zatrzymały się przy jednej z niewielkich restauracji. Przez otwarte drzwi dobiegał gwar rozmów, a unoszący się w powietrzu zapach świeżych ziół, pieczonego mięsa i czosnku sprawił, że wszystkie trzy niemal jednocześnie poczuły głód.

— Tutaj — zdecydowała Anna. — Nie będziemy przecież szukać przez godzinę czegoś, co wygląda dobrze.

— To brzmi jak plan — odpowiedziała Ida.

Usiadły przy stoliku ustawionym niedaleko okna. W środku było przytulnie i znacznie ciszej niż na ulicy. Ciepłe światło lamp odbijało się od drewnianych stołów, a z kuchni co chwilę dochodził dźwięk naczyń i rozmów obsługi.

Przez pierwsze kilkanaście minut rozmawiały właściwie o wszystkim. O tym, co zobaczą następnego dnia, o trasie, którą chciały przejechać, o miejscach, które miały odwiedzić. Hanna już zdążyła znaleźć w internecie kilka punktów widokowych, które koniecznie chciała zobaczyć.

— Ja tylko przypominam, że miałyśmy odpoczywać — powiedziała Ida, przeglądając menu. — A nie urządzać sobie wyścig po całej Rumunii.

— Odpoczynek będzie później.

— Kiedy?

— Jak wrócimy do domu.

Anna roześmiała się.

— Czyli nigdy.

Ida pokręciła głową z uśmiechem. Właśnie takich chwil potrzebowała. Bez pośpiechu, bez telefonów służbowych, bez myślenia o obowiązkach. Chciała przez kilka dni po prostu być gdzieś indziej.

Po kolacji postanowiły wrócić do hotelu pieszo. Wieczorne miasto wyglądało zupełnie inaczej niż za dnia. W witrynach sklepów odbijały się światła ulicznych latarni, z pobliskich lokali dobiegała muzyka, a między przechodniami co chwilę przemknął ktoś na rowerze albo hulajnodze.

Ida szła kilka kroków za przyjaciółkami. Zatrzymała się przy jednej z witryn, zainteresowana ręcznie robioną biżuterią.

Wtedy ponownie poczuła to samo dziwne wrażenie.

Czyjąś obecność.

Odwróciła się.

Po drugiej stronie ulicy stał ten sam mężczyzna.

Tym razem był dalej. Opierał się o ścianę budynku i rozmawiał przez telefon. Nie patrzył na nią. Przynajmniej tak jej się wydawało.

Ida przez chwilę obserwowała go w milczeniu.

— Ida!

Drgnęła.

— Co?

— Znowu odpływasz — powiedziała Anna. — Chodź.

— Już.

Ruszyła za nimi, ale po kilku krokach odwróciła się jeszcze raz.

Mężczyzny już nie było.

W hotelu długo nie mogła zasnąć. Leżała na plecach i patrzyła w sufit, wsłuchując się w odgłosy miasta dobiegające zza uchylonego okna. Samochody przejeżdżały po mokrej ulicy, gdzieś w oddali ktoś się śmiał, a z sąsiedniego pokoju dochodziła przyciszona rozmowa.

Ida próbowała wyrzucić z głowy nieznajomego.

Może był przypadkowym przechodniem.

Może rzeczywiście widziała go tylko raz.

A może po prostu zwróciła na niego uwagę, ponieważ nowe miejsce sprawiało, że wszystko wydawało się bardziej niezwykłe niż zwykle.

Sięgnęła po telefon i zaczęła przeglądać zdjęcia z tego dnia. Zatrzymała się przy jednym z nich. Na fotografii przedstawiającej ulicę, którą przechodziły wieczorem, w tle, niemal na samym skraju kadru, znajdowała się sylwetka mężczyzny.

Ida przybliżyła zdjęcie.

Przez moment poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.

Nie znała go.

A jednak miała dziwne wrażenie, że on zna ją.

Odłożyła telefon na stolik i zgasiła lampkę.

Następnego dnia miały ruszyć w stronę Gór Fogaraskich. Ida jeszcze nie wiedziała, że właśnie tam jej wakacyjny wyjazd zacznie przybierać zupełnie inny obrót.

Rozdział 2

Poranek w Bukareszcie przywitał je jasnym słońcem. Przez zasłony wpadały wąskie smugi światła, które przesuwały się po podłodze wraz z upływającymi minutami. Ida obudziła się wcześniej niż zwykle. Przez chwilę leżała nieruchomo, próbując przypomnieć sobie, gdzie jest. Dopiero po chwili przypomniała sobie o wyjeździe i uśmiechnęła się do siebie. To było przyjemne uczucie.

Na stoliku obok łóżka leżał telefon. Ekran rozświetlił się kilkoma wiadomościami, ale Ida nawet ich nie sprawdziła. Miała dziś odpoczywać. Przynajmniej przez kilka dni chciała zapomnieć o wszystkim, co zostawiła w domu.

Wstała i podeszła do okna. Miasto już się obudziło. Na ulicach pojawiali się pierwsi przechodnie, samochody sunęły jeden za drugim, a z pobliskiej kawiarni unosił się zapach świeżo parzonej kawy.

— Nie śpisz? — usłyszała za plecami.

Odwróciła się. Hanna siedziała na swoim łóżku, zaspana i owinięta kocem.

— Już nie.

— Jest dopiero siódma.

— Wiem.

Hanna spojrzała na nią podejrzliwie.

— Ty chyba naprawdę cieszysz się z tych wakacji.

Ida uśmiechnęła się.

— A ty nie?

— Ja się cieszę, tylko chciałabym najpierw spać.

Ida zaśmiała się cicho.

Po kilku minutach w pokoju rozległ się głos Anny.

— Jeśli żadna z was nie zamierza wstawać, jadę sama!

— Daj nam pięć minut! — odkrzyknęła Hanna.

— Powiedziałaś to dziesięć minut temu!

Poranny chaos szybko postawił je wszystkie na nogi. Pakowanie rzeczy do plecaków, szukanie ładowarki, poprawianie włosów i sprawdzanie, czy na pewno niczego nie zostawiły w pokoju zajęło im znacznie więcej czasu, niż planowały.

Kiedy w końcu zeszły na dół, słońce stało już wysoko.

Po śniadaniu ruszyły w stronę wypożyczalni samochodów. Tego dnia chciały opuścić Bukareszt i rozpocząć właściwą część swojej podróży. Ich celem były Góry Fogaraskie.

Droga z miasta stopniowo zaczęła zmieniać swój charakter. Wysokie budynki znikały za nimi, a ich miejsce zajmowały niewielkie miejscowości, pola i coraz bardziej zalesione tereny. Ida siedziała przy oknie i obserwowała krajobraz.

— Popatrzcie — powiedziała po chwili.

Anna zerknęła w jej stronę.

— Co?

— Góry.

Na horyzoncie pojawiły się pierwsze ciemne zarysy pasma górskiego. Z każdym kolejnym kilometrem stawały się większe i wyraźniejsze.

Hanna wyciągnęła telefon.

— Muszę zrobić zdjęcie.

— Jeszcze nawet nie jesteśmy blisko — zauważyła Anna.

— Nie ma znaczenia. Pierwsze zdjęcie gór musi być.

Ida roześmiała się i oparła głowę o szybę.

Im dalej jechały, tym bardziej miała wrażenie, że zostawiają za sobą cały dotychczasowy świat. Zniknęły miejskie korki, hałas i tłumy ludzi. Droga zaczęła wić się pomiędzy wzgórzami, a powietrze stało się chłodniejsze.

Po południu zatrzymały się w niewielkiej miejscowości, żeby coś zjeść i zrobić zakupy na dalszą podróż. Kiedy wysiadły z samochodu, Ida przeciągnęła się i spojrzała w stronę gór.

— Nie mogę uwierzyć, że naprawdę tu jesteśmy.

— Ja też — odpowiedziała Anna.

Weszły do niewielkiego sklepu. Hanna zaczęła wrzucać do koszyka wodę i przekąski, a Anna sprawdzała mapę.

Ida została chwilę przy wejściu.

Wtedy usłyszała za sobą męski głos.

— Jeśli jedziecie w góry, lepiej kupcie więcej wody.

Odwróciła się.

Stał za nią ten sam mężczyzna, którego widziała poprzedniego wieczoru.

Przez moment zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć.

Tym razem jednak nie zniknął.

Był wysoki, miał ciemne włosy i spokojne spojrzenie. Ubrany był zwyczajnie, bez niczego, co wyróżniałoby go spośród innych turystów.

— Przepraszam? — zapytała Ida.

Mężczyzna wskazał na koszyk.

— Widziałem, co kupujecie. Jeśli naprawdę zamierzacie spędzić kilka godzin w górach, weźcie więcej wody.

Ida spojrzała na niego, a potem na półkę z butelkami.

— Myślałam, że mamy wystarczająco dużo.

— Lepiej mieć za dużo niż za mało.

Uśmiechnął się.

— Jestem Andrei.

Ida zawahała się przez chwilę, zanim odpowiedziała.

— Ida.

— Miło mi.

— Ty też jedziesz w góry?

— Mieszkam niedaleko. Czasami pomagam turystom, którzy nie znają tych terenów.

W jego głosie nie było niczego niepokojącego. Wręcz przeciwnie. Brzmiał spokojnie i naturalnie.

— To dobrze wiedzieć — odpowiedziała.

W tej samej chwili zza półki wychyliła się Hanna.

— Ida, znalazłaś… — urwała, kiedy zobaczyła Andreia.

Spojrzała najpierw na niego, potem na Idę i uśmiechnęła się znacząco.

Ida przewróciła oczami.

— To jest Andrei. Ostrzegł nas, żebyśmy wzięły więcej wody.

— Mądrze — odpowiedziała Hanna.

Andrei skinął jej głową.

— Jeśli wybieracie się na Trasę Transfogaraską, powinniście uważać na pogodę. W górach potrafi zmienić się bardzo szybko.

Anna, która właśnie podeszła do nich z telefonem w dłoni, od razu się zainteresowała.

— Znasz Trasę Transfogaraską?

— Całkiem dobrze.

— To może nam coś polecisz? Mamy zamiar pojechać tam jutro.

Andrei przez chwilę spojrzał na mapę wyświetloną na jej telefonie.

— Mogę wam pokazać kilka miejsc, których nie znajdziecie w przewodnikach.

Ida spojrzała na przyjaciółki.

Hanna wyglądała na zachwyconą.

Anna była wyraźnie zainteresowana.

— Jeśli nie masz nic przeciwko — powiedziała Ida — chętnie skorzystamy.

Andrei uśmiechnął się.

— W takim razie może spotkamy się jutro rano.

Wymienili się numerami telefonów.

Kiedy wyszły ze sklepu, Hanna natychmiast szturchnęła Idę łokciem.

— No proszę.

— Co?

— Nic.

— Hanna…

— Mówię tylko, że wakacje zaczynają się robić interesujące.

Anna parsknęła śmiechem.

Ida pokręciła głową, ale sama nie potrafiła powstrzymać uśmiechu.

Nie wiedziała jeszcze, dlaczego spotkanie z Andrejem wydało jej się tak niezwykłe. Być może dlatego, że od pierwszej chwili zachowywał się wobec niej swobodnie. Nie próbował się popisywać ani zwracać na siebie uwagi. Był po prostu spokojny.

A jednak, kiedy wracały do samochodu, Ida jeszcze raz spojrzała przez ramię.

Andrei stał przed sklepem i patrzył w ich stronę.

Kiedy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się.

Ida również.

Nie zauważyła jednak czegoś, czego nie mogła zobaczyć.

Kiedy odwróciła się i ruszyła za przyjaciółkami, uśmiech Andreia powoli zniknął.

Jego wzrok pozostał utkwiony w jej sylwetce jeszcze długo po tym, jak zamknęły się drzwi samochodu.

Dla Idy było to przypadkowe spotkanie.

Dla niego — być może początek czegoś, na co czekał znacznie dłużej, niż mogła przypuszczać.

Rozdział 3

Następnego ranka Ida obudziła się kilka minut przed budzikiem. Przez chwilę leżała nieruchomo, patrząc w sufit i próbując przypomnieć sobie, dlaczego właściwie tak wcześnie nastawiła alarm. Dopiero po chwili przypomniała sobie o planowanej wyprawie w góry oraz o Andreiu.

Sięgnęła po telefon. Na ekranie czekała wiadomość.

„Jestem już na miejscu. Czekam przed hotelem. Andrei”.

Ida przeczytała ją dwa razy, zanim odpisała.

„Zaraz schodzimy”.

Nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego zwykła wiadomość sprawiła, że poczuła przyjemne ciepło w brzuchu połączone z niepokojem. Może dlatego, że od dawna nikt nie wzbudzał w niej takiego zainteresowania. A może dlatego, że wszystko działo się tak szybko i niespodziewanie.

Kiedy zeszła na dół, Anna i Hanna już czekały przy recepcji.

— No nareszcie — powiedziała Anna. — Myślałam, że będziemy musiały cię wyciągać z łóżka.

— Przecież jestem.

Hanna spojrzała na nią z rozbawieniem.

— Widzę. I widzę też, że ktoś chyba bardzo chciał, żebyś dzisiaj wstała.

— Przestań.

— Nic nie powiedziałam.

Ida pokręciła głową, ale uśmiech zdradził ją bardziej niż słowa.

Kiedy wyszły przed hotel, Andrei stał oparty o samochód. Miał na sobie ciemną kurtkę i plecak przewieszony przez jedno ramię. Kiedy zobaczył Idę, wyprostował się i uśmiechnął.

— Dzień dobry.

— Dzień dobry — odpowiedziała.

Przez chwilę patrzyli na siebie odrobinę dłużej, niż wymagała tego zwykła uprzejmość.

— Gotowe?

— Gotowe — odpowiedziała Anna. — Chociaż Hanna jeszcze nie wie, czy przeżyje pierwszą godzinę.

— Bardzo śmieszne — mruknęła Hanna.

Andrei zaśmiał się i otworzył bagażnik.

— W takim razie ruszajmy.

Droga w stronę gór była piękna. Z każdym kilometrem krajobraz zmieniał się coraz bardziej. Zniknęły zabudowania, a ich miejsce zajęły strome zbocza, lasy i skaliste szczyty. Słońce przebijało się przez chmury, tworząc na zboczach jasne plamy.

Ida siedziała obok Andreia. Początkowo rozmawiali wszyscy razem, ale z czasem Anna i Hanna zajęły się robieniem zdjęć z tylnego siedzenia.

— Byłaś już kiedyś w Rumunii? — zapytał Andrei.

— Nie. Pierwszy raz.

— I jak na razie?

Ida spojrzała przez szybę.

— Jest piękniej, niż się spodziewałam.

— Poczekaj, aż zobaczysz góry.

— Mam nadzieję, że nie będziesz rozczarowany naszym tempem.

— Nie będę.

Spojrzała na niego.

— Skąd ta pewność?

— Bo nie wyglądasz na osobę, która łatwo się poddaje.

Ida uśmiechnęła się.

— Nie znasz mnie.

— Jeszcze.

To jedno słowo sprawiło, że na chwilę zamilkła.

Kiedy dojechali na miejsce, wysiedli z samochodu i rozpoczęli wędrówkę. Początkowo szlak był łatwy. Rozmawiali, robili zdjęcia i zatrzymywali się co kilka minut, żeby podziwiać widoki.

Z czasem jednak ścieżka zaczęła robić się coraz węższa.

Las gęstniał.

Ida zauważyła, że z każdym krokiem coraz mniej słychać było innych turystów.

— Daleko jeszcze? — zapytała Hanna.

— Niedaleko — odpowiedział Andrei.

— Mówisz tak od pół godziny.

— Bo niedaleko jest pojęciem względnym.

Anna roześmiała się.

Ida również, ale chwilę później jej uśmiech zniknął.

Zatrzymała się.

— Słyszeliście?

Wszyscy spojrzeli na nią.

— Co? — zapytała Anna.

Ida nasłuchiwała.

Przez kilka sekund panowała absolutna cisza.

— Nic — powiedziała w końcu.

Andrei przyglądał jej się uważnie.

— Co ci się wydawało?

— Jakby coś poruszyło się w lesie.

— To pewnie zwierzę.

— Jakie?

Andrei spojrzał w stronę drzew.

— W tych górach można spotkać wiele zwierząt.

— Niedźwiedzie też? — zapytała Hanna.

— Tak.

Hanna natychmiast przestała się uśmiechać.

— Żartujesz.

— Nie.

Zapadła cisza.

Andrei po chwili uśmiechnął się lekko.

— Ale nie martwcie się. Niedźwiedzie zazwyczaj unikają ludzi.

„Zazwyczaj”.

Ida zapamiętała to słowo.

Ruszyli dalej.

Po kilkunastu minutach Andrei zszedł ze szlaku.

Ida zatrzymała się.

— Dokąd idziemy?

— Jest tutaj krótsza droga.

— To nie wygląda jak szlak.

— Bo nim nie jest.

Spojrzała na niego niepewnie.

— Myślałam, że idziemy trasą.

— Idziemy. Tylko pokażę wam coś po drodze.

Anna i Hania już ruszyły za nim, więc Ida nie chciała zostawać sama. Dogoniła ich.

Las stawał się coraz gęstszy.

Ścieżka niemal całkowicie zniknęła.

Ida poczuła dziwny niepokój. Nie potrafiła powiedzieć, skąd się wziął. Może to przez ciszę. Może przez to, że od kilku minut nie widziała żadnego człowieka.

A może przez coś jeszcze.

Odwróciła się.

Między drzewami zobaczyła cień.

Stał nieruchomo.

Ida zmrużyła oczy.

— Andrei…

Mężczyzna odwrócił się.

— Co się stało?

Wskazała za siebie.

— Tam ktoś jest.

Andrei spojrzał w tamtą stronę.

Przez chwilę nic nie mówił.

Potem odpowiedział spokojnie:

— Nikogo tam nie ma.

— Widziałam kogoś.

— To mógł być cień drzewa.

Ida jeszcze raz spojrzała między pnie.

Cienia już nie było.

— Może…

Andrei podszedł bliżej.

— Wszystko w porządku?

— Tak.

Uśmiechnął się.

— To dobrze.

Położył dłoń na jej ramieniu.

Gest był delikatny, niemal czuły.

Ida poczuła przyjemne ciepło. Przez chwilę zapomniała o wszystkim.

Nie zauważyła, że Andrei, zanim ruszył dalej, jeszcze raz spojrzał w stronę miejsca, które wskazała.

Tym razem jego twarz nie wyrażała już rozbawienia.

W jego spojrzeniu pojawiło się coś zupełnie innego.

Niepokój albo złość.

Ida tego nie widziała. Ruszyła za nim.

Kilka metrów dalej las zamknął się za nimi, a ostatnie ślady szlaku zniknęły pod warstwą liści.

Nikt z nich nie wiedział jeszcze, że właśnie przekroczyli granicę, po której powrót nie będzie już taki prosty.

Rozdział 4

Las stawał się coraz gęstszy i ciemniejszy. Ścieżka, którą jeszcze kilkanaście minut wcześniej można było bez trudu dostrzec, teraz niemal całkowicie zniknęła pod warstwą liści, gałęzi i wilgotnej ziemi. Ida szła kilka kroków za Andrejem, starając się nie zgubić przyjaciółek. Co jakiś czas spoglądała w górę, próbując dostrzec słońce między koronami drzew, ale wysokie świerki zasłaniały niemal całe niebo.

— Na pewno dobrze idziemy? — zapytała w końcu.

Andrei obejrzał się przez ramię.

— Oczywiście.

— Tylko pytam.

— Wiem.

Uśmiechnął się, ale tym razem Ida nie odpowiedziała uśmiechem. Nie potrafiła pozbyć się dziwnego uczucia, które pojawiło się w niej kilka minut wcześniej. Niby nic się nie wydarzyło. Byli przecież razem, mieli przewodnika, a okolica była dokładnie taka, jakiej można było spodziewać się po górach. Mimo to coś zaczynało jej przeszkadzać.

Hanna najwyraźniej nie miała podobnych obaw. Szła z przodu razem z Anną i co chwilę robiła zdjęcia.

— Ida, chodź! — zawołała. — Musisz zobaczyć ten widok!

Ida przyspieszyła, ale zanim zdążyła do nich podejść, usłyszała dziwny dźwięk dochodzący z głębi lasu.

Głuchy trzask.

Zatrzymała się.

Po chwili rozległ się drugi.

Tym razem znacznie bliżej.

— Co to było? — zapytała Hanna.

Andrei również się zatrzymał.

Przez kilka sekund wszyscy stali bez ruchu.

Las ucichł.

Nie było śpiewu ptaków. Nie słychać było owadów ani szelestu liści. Nawet wiatr jakby nagle przestał poruszać gałęziami.

— Wracamy? — zapytała Anna.

Andrei spojrzał w stronę drzew.

— Spokojnie. Pewnie jakieś zwierzę.

— Niedźwiedź? — zapytała Hanna.

— Możliwe.

Hanna pobladła.

— To wcale nie brzmi uspokajająco.

Andrei zaśmiał się cicho.

— Nie panikuj. Gdyby był blisko, prawdopodobnie już byśmy go zauważyli.

Ida spojrzała na niego.

— Skąd możesz to wiedzieć?

Andrei przez chwilę milczał.

— Bo znam ten las.

Odpowiedź zabrzmiała dziwnie.

Nie powiedział „znam góry”, „bywałem tu”.

Powiedział: „znam ten las”.

Ida chciała o coś zapytać, ale nagle usłyszała kolejny trzask. Tym razem tak głośny, że wszystkie trzy dziewczyny odruchowo się do siebie zbliżyły.

Andrei natychmiast ruszył w stronę dźwięku.

— Poczekaj! — zawołała Anna.

Odwrócił się.

— Zostańcie tutaj.

— Chyba nie zamierzasz iść tam sam? — zapytała Ida.

— Sprawdzę tylko, co to było.

— Andrei…

— Zaraz wrócę.

Zniknął między drzewami.

Ida patrzyła za nim, dopóki nie straciła go z oczu.

— Nie podoba mi się to — powiedziała cicho Hanna.

— Mnie też — przyznała Anna.

Przez chwilę żadna z nich się nie odzywała.

Minęła minuta. Potem druga.

— Gdzie on jest? — zapytała Hanna.

Ida spojrzała na telefon.

Brak zasięgu.

— Nie wiem.

— Może powinniśmy wrócić na szlak.

Ida już miała odpowiedzieć, kiedy usłyszały coś za sobą.

Szelest.

Odwróciły się jednocześnie.

Pomiędzy drzewami niczego nie było.

— To pewnie wiatr — powiedziała Anna, choć jej głos nie brzmiał przekonująco.

Nagle zza ich pleców dobiegł głos Andreia.

— Wszystko w porządku?

Hanna aż podskoczyła.

— Jezu! Nie rób tak!

Andrei wyszedł spomiędzy drzew.

— Przepraszam.

— Co tam było? — zapytała Ida.

— Nic.

— Słyszeliśmy trzaski.

— To gałęzie.

Ida patrzyła na niego przez chwilę.

— Tylko tyle?

— Tak. Tylko tyle.

Coś w jego odpowiedzi sprawiło, że poczuła jeszcze większy niepokój.

Andrei podszedł bliżej.

— Powinniśmy ruszać.

— Dokąd?

— Do miejsca, o którym wam mówiłem.

— Myślałam, że to niedaleko.

— Jest niedaleko.

Ida spojrzała na Annę i Hanię. Żadna z nich nie protestowała.

Ruszyli dalej.

Tym razem Andrei szedł znacznie szybciej. Co jakiś czas odwracał głowę, jakby sprawdzał, czy wszystkie trzy nadal są za nim.

Po kilkunastu minutach las zaczął się przerzedzać.

Przed nimi pojawiła się niewielka polana.

Na jej końcu stała drewniana chata.

Wyglądała na opuszczoną.

Deski były stare i poczerniałe od wilgoci, dach w kilku miejscach był uszkodzony, a jedno z okien zabito deskami.

Hanna zatrzymała się.

— To tutaj?

Andrei skinął głową.

— Tak.

Ida poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.

— Kto tu mieszka?

— Nikt.

— Skąd wiesz?

Andrei spojrzał na nią.

— Bo znam właściciela.

— Mówiłeś, że to opuszczone miejsce.

— Bo jest.

— To po co mamy tam iść?

Andrei uśmiechnął się.

— Żeby odpocząć.

Ida spojrzała na chatę.

Nie potrafiła powiedzieć dlaczego, ale nagle zatęskniła za samochodem.

Za drogą. Za ludźmi.

Za wszystkim, co jeszcze godzinę wcześniej wydawało się zwyczajne.

Andrei podszedł do drzwi i nacisnął klamkę.

Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem.

W środku panował półmrok.

— Zapraszam — powiedział.

Dziewczyny wymieniły spojrzenia.

Ida zrobiła pierwszy krok.

Nie wiedziała jeszcze, że przekroczenie tego progu będzie jedną z decyzji, których najbardziej pożałuje w swoim życiu.

Rozdział 5

Wnętrze chaty było znacznie chłodniejsze niż na zewnątrz. Jej zapach był ciężki, wilgotny z unoszącym się zapachem gnijącego mchu. Gdy Ida przekroczyła próg, poczuła na skórze nieprzyjemny chłód. Przez chwilę stała bez ruchu, pozwalając oczom przyzwyczaić się do półmroku.

W środku znajdował się stary drewniany stół, kilka krzeseł i niewielki kominek. Pod ścianą stała szafka, a obok niej wąskie schody prowadzące na górę. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś opuścił to miejsce wiele lat temu i nigdy już nie wrócił.

— Trochę tu strasznie — powiedziała Hanna.

— To tylko stara chata — odpowiedział Andrei.

Ida przesunęła dłonią po blacie stołu. Na palcach pozostała cienka warstwa kurzu.

— Skoro nikt tu nie mieszka, dlaczego wygląda, jakby ktoś niedawno tu był?

Andrei spojrzał na jej dłoń.

— Ludzie czasami korzystają z tego miejsca, kiedy są w górach.

— Czyli jednak ktoś tu przychodzi?

— Czasami.

Ida spojrzała na Annę.

Jej przyjaciółka również wyglądała na zaniepokojoną.

— Możemy tu chwilę odpocząć i wrócić — powiedziała Anna.

Andrei oparł dłonie o stół.

— Oczywiście. Jeśli chcecie.

Jego głos był spokojny, ale Ida zauważyła coś dziwnego. Przez moment na jego twarzy pojawił się cień irytacji. Tak szybko, że mogła się pomylić.

Hanna podeszła do okna.

— Tutaj prawie nic nie widać.

— Las jest gęsty — odpowiedział Andrei.

— Nie o to chodzi. Nie ma nawet zasięgu.

Ida natychmiast wyciągnęła telefon.

Spojrzała na ekran.

Brak sieci.

Spróbowała ponownie.

Nic.

— U mnie też — powiedziała Anna.

Andrei wzruszył ramionami.

— To normalne w tej części gór.

— Wcześniej miałam zasięg — zauważyła Ida.

— Tutaj jest inaczej.

Hanna odsunęła się od okna.

— Nie wiem, czy chcę tu zostać.

Zapadła cisza.

Andrei spojrzał na nią, a następnie na Idę.

— Jeśli chcecie, możemy wrócić.

— Naprawdę? — zapytała Anna.

— Oczywiście.

W jego głosie pojawiło się coś, czego Ida nie potrafiła rozszyfrować.

Niechęć?, Rozczarowanie?

A może tylko zmęczenie?

— To może rzeczywiście wracajmy — powiedziała Hanna.

Andrei skinął głową.

— Dobrze.

Podszedł do drzwi i nacisnął klamkę.

Nie otworzyły się.

Spróbował ponownie. Tym razem mocniej.

Drzwi ani drgnęły.

— Co jest? — zapytała Anna.

— Chyba się zablokowały.

— Jak to zablokowały?

Andrei spojrzał na zamek.

— Spokojnie.

— Przed chwilą normalnie je otworzyłeś — zauważyła Ida.

— Wiem.

Przez kilka sekund próbował ponownie.

W końcu odsunął się od drzwi.

— Potrzebuję narzędzia. Zawias chyba się przesunął.

Hanna spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— To nie jest śmieszne.

— Nie żartuję.

— Więc otwórz drzwi.

— Otworzę. Spokojnie.

Ida poczuła, jak rośnie w niej niepokój.

Podeszła do okna i spróbowała je otworzyć.

Było zamknięte.

Nie tylko zaryglowane. Klamka nie chciała się poruszyć.

— Andrei.

Odwrócił się.

— Co?

— Okno też jest zamknięte.

Przez moment patrzył na nią bez słowa.

Potem podszedł do okna.

— Jest stare. Pewnie się zacięło.

— Wszystko tutaj się zacina? — zapytała Anna.

Andrei nie odpowiedział.

W pomieszczeniu zrobiło się nagle bardzo cicho.

Hanna usiadła na krześle.

— Chcę wracać.

— Wrócimy — powiedział Andrei.

— Kiedy?

Spojrzał na zegarek.

— Niedługo.

Ida poczuła chłód na karku.

Coś było nie tak.

Nie wiedziała jeszcze co, ale po raz pierwszy od początku wycieczki naprawdę zaczęła się bać.

Andrei odszedł od okna i podszedł do stołu. Położył na nim plecak.

— Zrobię wam coś do picia.

— Nie jestem spragniona — odpowiedziała Ida.

Spojrzał na nią.

— Powinnaś coś wypić.

— Nie chcę.

Przez sekundę ich spojrzenia się spotkały.

Tym razem Ida zobaczyła w jego oczach coś, czego wcześniej nie dostrzegała.

Nie był to spokój.

Była to kontrola.

Andrei odwrócił wzrok i zaczął przygotowywać napoje.

Hanna pochyliła się w stronę Idy.

— Coś mi tu nie pasuje — wyszeptała.

— Mnie też.

— Myślisz, że powinniśmy wyjść?

Ida spojrzała na drzwi.

— Tak.

— To chodźmy.

Wstały niemal jednocześnie.

Andrei odwrócił się.

— Dokąd idziecie?

— Na zewnątrz — odpowiedziała Anna.

— Po co?

— Chcemy wrócić do samochodu.

Andrei przez chwilę patrzył na nie w milczeniu.

Potem spokojnie odłożył kubek.

— Samochód jest daleko.

— Poradzimy sobie — powiedziała Ida.

— Nie sądzę.

To zdanie zawisło w powietrzu.

Ida poczuła, że serce zaczyna bić jej szybciej.

Andrei zrobił krok w ich stronę.

— Zostańcie tutaj do rana. W nocy nie powinnyście chodzić po lesie.

— Nie chcemy zostać — powiedziała Anna.

Andrei zatrzymał się.

Przez kilka sekund nikt się nie odezwał.

W końcu uśmiechnął się, ale tym razem jego uśmiech nie miał w sobie nic ciepłego.

— Dobrze — powiedział. — Skoro tak chcecie.

Podszedł do drzwi.

Wyjął z kieszeni klucz.

Ida spojrzała na niego.

Klucz.

Przecież przed chwilą mówił, że drzwi się zablokowały.

Andrei włożył klucz do zamka. Przekręcił go.

Klik.

Drzwi pozostały zamknięte.

Hanna zbladła.

Ida poczuła, jak po plecach przebiega jej zimny dreszcz.

Wtedy zrozumiała, że problemem nie były zepsute drzwi.

Andrei nigdy nie zamierzał pozwolić im wyjść.

Rozdział 6

Przez kilka sekund żadna z nich się nie poruszyła. Ida patrzyła na klucz tkwiący w zamku, a potem na Andreia. W jej głowie pojawiały się kolejne pytania, ale żadne nie chciało ułożyć się w logiczną całość. Czuła, że brakuje jej tchu.

Dlaczego miał klucz, skoro drzwi miały być tylko zablokowane?

Dlaczego wcześniej udawał, że nie wie, co się stało?

I przede wszystkim — dlaczego teraz zachowywał się tak spokojnie?

Andrei wyjął klucz z zamka i schował go do kieszeni.

— Mówiłem, że drzwi są stare — powiedział.

— Przed chwilą je zamknąłeś — odpowiedziała Ida.

— Tak.

— Dlaczego?

Spojrzał na nią.

— Żebyście nie wyszły same.

— Przecież powiedziałeś, że możemy wrócić.

— Możecie. Tylko nie teraz.

Anna zrobiła krok w jego stronę.

— Nie rozumiem.

— Na zewnątrz robi się późno. Za chwilę zacznie się ściemniać.

Hanna spojrzała przez okno. Rzeczywiście, światło wpadające do chaty było coraz słabsze. Niebo nad lasem przybrało szarawy odcień, a drzewa zaczynały wyglądać jak jedna, ciemna ściana.

— Jest dopiero popołudnie — powiedziała.

— W górach zmrok przychodzi szybciej.

— Więc wyjdziemy teraz — odpowiedziała Ida.

Andrei przez chwilę milczał.

— Nie.

To jedno słowo sprawiło, że atmosfera w pomieszczeniu natychmiast się zmieniła.

Ida poczuła napięcie w ramionach.

— Słucham?

— Powiedziałem, że nie powinniśmy teraz wychodzić.

— A ja mówię, że chcemy wyjść.

Andrei spojrzał na nią uważnie. Nie odpowiedział od razu. Jego twarz pozostawała spokojna, ale w oczach pojawiło się coś, czego Ida wcześniej u niego nie widziała.

Zniecierpliwienie.

— Nie znacie tych gór — powiedział w końcu. — Ja znam.

— I właśnie dlatego powinniśmy ci zaufać? — zapytała Ida.

— Tak.

— Nie znamy cię.

Andrei cofnął się o krok.

Przez moment wyglądał, jakby te słowa go zabolały.

— Myślałem, że mi ufasz.

Ida nie odpowiedziała.

Właśnie tego była już pewna.

Nie ufała mu.

Jeszcze godzinę temu jego obecność działała na nią zupełnie inaczej. Teraz każdy jego gest wydawał się mieć ukryte znaczenie.

Hania podeszła do Anny i ściszyła głos.

— Musimy stąd wyjść.

Ida skinęła głową.

Andrei najwyraźniej zauważył ich spojrzenia.

— Nie macie się czego bać.

— Właśnie zaczynamy mieć — odpowiedziała Anna.

Andrei westchnął.

— Posłuchajcie. Jeśli naprawdę chcecie wrócić, rano was odprowadzę. Na zewnątrz naprawdę zaczyna robić się niebezpieznie.

— Nie — powiedziała Ida.

— Ida…

— Chcę wyjść teraz.

Mężczyzna przez chwilę patrzył na nią bez słowa. Potem odwrócił się i podszedł do stołu.

— Dobrze.

Ida zmarszczyła brwi.

— Dobrze?

— Tak. Jeśli chcecie wyjść, wyjdziemy.

Sięgnął po plecak.

— Tylko najpierw odpocznijcie kilka minut. Droga powrotna będzie długa.

Coś w jego zachowaniu było niepokojące. Jeszcze chwilę wcześniej stanowczo odmawiał, a teraz nagle zgadzał się bez żadnego sprzeciwu.

Ida spojrzała na Annę.

Anna pokręciła głową.

Nie podobało jej się to tak samo.

Andrei odwrócił się do nich plecami i zaczął przeglądać zawartość plecaka.

Hanna wykorzystała moment i podeszła do Idy.

— Telefon — szepnęła.

— Co?

— Spróbuj zadzwonić.

Ida wyjęła telefon. Brak zasięgu.

Mimo to wybrała numer alarmowy.

Połączenie nie zostało nawiązane.

Spróbowała jeszcze raz.

Nic.

Schowała telefon, kiedy Andrei odwrócił głowę.

— Wszystko w porządku?

— Tak — odpowiedziała szybko.

— Na pewno?

— Tak.

Patrzył na nią jeszcze przez chwilę.

Potem się uśmiechnął.

— Dobrze.

Ida poczuła, że ten uśmiech jest coraz bardziej niepokojący.

Nagle usłyszały coś na zewnątrz.

Głuchy pomruk.

Wszystkie trzy odwróciły się w stronę okna.

Dźwięk powtórzył się. Tym razem bliżej.

Hanna zrobiła krok w tył.

— Co to było?

Andrei natychmiast podszedł do okna.

Przez kilka sekund obserwował las.

— Ciiii… trzymał palec na ustach. Niedźwiedź.

— Co? — wyszeptała Anna.

— Mówiłem wam, że tu są. — Odpowiedział ściszonym tonem.

— Jest blisko? — zapytała Ida.

Andrei nie odpowiedział.

Patrzył w ciemniejący las.

Po chwili odsunął się od okna.

— Dlatego nie możecie teraz wyjść.

Hanna spojrzała na Idę.

Tym razem żadna z nich nie zaprotestowała.

Na zewnątrz rozległ się kolejny pomruk.

A potem coś ciężkiego przeszło przez zarośla tuż za ścianą chaty. Deski zadrżały.

Hanna zakryła usta dłonią. I wtedy zdała sobie sprawę jak krucha jest chatka.

Ida poczuła, jak strach ściska jej żołądek.

Andrei stał nieruchomo pośrodku pomieszczenia.

Jego twarz była spokojna. Zbyt spokojna.

Ida spojrzała na niego uważniej.

I wtedy po raz pierwszy pomyślała, że może niedźwiedź wcale nie jest największym zagrożeniem, jakie znajduje się tej nocy w lesie.

Rozdział 7

Noc ciągnęła się w nieskończoność.

Żadna z dziewczyn nie spała dobrze. Nawet kiedy zmęczenie zaczynało odbierać im świadomość, wystarczył najcichszy trzask za ścianą, by natychmiast otwierały oczy.

Ogień w kominku dawno wygasł. W chacie zrobiło się zimno, a wilgoć osiadła na szybach. Ida siedziała na podłodze oparta plecami o ścianę i patrzyła na drzwi.

Andrei znajdował się po drugiej stronie pomieszczenia.

Siedział przy stole i milczał.

Od kilku godzin prawie się nie odzywał.

W pewnym momencie Ida zauważyła, że patrzy na nią.

Nie odwracał wzroku.

— Co? — zapytała w końcu.

— Nic.

— Cały czas się na mnie patrzysz.

Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.

— Lubię na ciebie patrzeć.

Ida poczuła nieprzyjemny dreszcz.

Jeszcze poprzedniego dnia taki komplement prawdopodobnie sprawiłby jej przyjemność.

Teraz brzmiał zupełnie inaczej.

— Przestań. Wyszeptała.

Andrei nie odpowiedział.

Hania spała niespokojnie obok Anny. Ida wiedziała jednak, że obie udają sen. Żadna nie czuła się bezpiecznie.

Za oknem wiatr poruszał gałęziami. Co jakiś czas rozlegał się odległy pomruk, przypominający o obecności zwierzęcia gdzieś w lesie.

Andrei wstał.

Podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz.

Przez chwilę stał nieruchomo, a potem odwrócił się w stronę Idy.

— Powinnaś odpocząć.

— Nie jestem zmęczona.

— Jesteś.

— Powiedziałam, że nie.

Podszedł bliżej.

— Zawsze musisz się ze mną kłócić?

Ida podniosła się z podłogi.

— Nie znam cię.

— Znasz mnie lepiej, niż myślisz.

— Nie.

W jego oczach pojawiło się coś trudnego do odczytania.

— Jeszcze będziesz mnie znała. Syknął.

Ida cofnęła się o krok.

Andrei zauważył ten ruch.

I uśmiechnął się.

Nie był to już ten sam uśmiech, który zobaczyła pierwszego dnia.

Było w nim coś zimnego.

Coś, co sprawiło, że po raz pierwszy naprawdę przestraszyła się człowieka stojącego przed nią.

Kiedy pierwsze światło zaczęło przebijać się przez drzewa, Andrei wyszedł przed chatę.

Zamknął za sobą drzwi i przez chwilę stał nieruchomo.

Las o świcie wyglądał zupełnie inaczej. Mgła snuła się między drzewami, a krople rosy spływały po liściach. Z oddali dochodziły pierwsze odgłosy ptaków.

Andrei nie zwracał na nie uwagi.

Myślał tylko o Idzie.

Od chwili, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, nie potrafił przestać o niej myśleć. Jej głos, sposób, w jaki się uśmiechała, ruchy, spojrzenia. Zapamiętywał wszystko.

W jego głowie zaczęły powstawać obrazy przyszłości, których Ida nigdy by nie zaakceptowała.

Chciał mieć ją blisko. Chciał, żeby patrzyła tylko na niego.

Nie chciał już dzielić się jej uwagą z Anną ani Hanną.

To one stały pomiędzy nim a Idą.

Andrei zacisnął szczękę. Przez chwilę pomyślał, że gdyby ich nie było, wszystko byłoby prostsze. Ida byłaby sama, nie miałaby komu zaufać. Nie miałaby dokąd pójść.

Wtedy należałaby wyłącznie do niego. Ta myśl nie wywołała w nim strachu.

Przeciwnie.

Przyniosła mu spokój.

A zaraz potem pojawiła się kolejna. Co zrobi, jeśli Ida spróbuje uciec?

Andrei spojrzał w stronę chaty.

Nie zamierzał jej na to pozwolić. Jeszcze nie.

Chciał, żeby najpierw zrozumiała, że nikt nie zna jej tak jak on. Że tylko przy nim jest bezpieczna.

A jeśli nie zrozumie?

Wtedy będzie musiał znaleźć inne rozwiązanie.

Andrei wrócił do środka.

Ida natychmiast podniosła głowę.

— Musimy wracać — powiedziała.

— Wiem.

— Więc wypuść naa.

Andrei przez chwilę milczał.

— Dzisiaj nigdzie nie idziemy.

Anna usiadła.

— Co?

— Pogoda się zmieniła.

Hanna spojrzała przez okno.

Niebo było zachmurzone, ale nie padało.

— Przecież jest normalnie.

Andrei spojrzał na nią.

— Powiedziałem, że nie idziemy.

Ida poczuła, jak strach ponownie zaciska jej gardło. Tym razem jednak nie zamierzała się wycofać.

— A jeśli nie chcemy cię słuchać?

Andrei zrobił krok w jej stronę.

— Wtedy będę musiał cię przekonać.

Zapadła cisza.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.