PROLOG — Biała Dama z Whitechapel
Londyn. Whitechapel. Jesień 1887.
Powietrze smakowało węglem, wilgocią i strachem. Kot, a raczej ten, który kiedyś był Kotem, stał w cieniu zaułka, gdzie smród gnijących odpadków mieszał się z zapachem taniego ginu i świeżej krwi. Deszcz, drobny i uparty, zamieniał bruk w lustro, w którym odbijały się blade latarnie gazowe i cienie przechodniów — każdy z nich niósł w sobie własną historię, własny ciężar, własne, małe piekło.
SYNCHRONIZACJA: 98%. STABILNA.
LOKALIZACJA: WHITECHAPEL, LONDYN.
DATA: PAŹDZIERNIK 1887.
CEL OPERACYJNY: OBSERWACJA.
Nie miał tu być. Nie w tym czasie. Nie w tym miejscu, gdzie historia pisała się krwią na brudnych ulicach. Ale Luna, zawsze Luna, miała swoje sposoby. Jej sygnatura, ledwie wyczuwalna, pulsowała w eterze, jak daleki, umierający dzwon. Obiecał jej, że ją znajdzie. Obiecał, że ją uratuje. I obietnice, w jego świecie, były jedyną walutą, która miała jakąkolwiek wartość.
Cień oderwał się od ściany. Był wysoki, smukły, z sylwetką, która zdawała się przeczyć prawom fizyki, rozmywając się na krawędziach percepcji. Twarz, jeśli w ogóle można było to nazwać twarzą, była maską z kości i cienia, z oczami, które były dwoma otworami w nicości. W dłoni trzymał kartę. Damę Pik.
— Czekałem — powiedział cień, a jego głos był echem z przyszłości, szeptem zza zasłony czasu. — Czekałem na ciebie, Valefor.
Kot nie drgnął. Valefor. Stare imię. Imię demona, księcia manipulacji, tego, który potrafił zmieniać formę i kłamać bez mrugnięcia okiem. Imię, które nosił, zanim stał się Kotem. Zanim Luna go znalazła. Zanim Agencja go złamała i złożyła na nowo.
— Nie jestem Valeforem — powiedział Kot, a jego głos był chłodny, pozbawiony emocji. — Jestem Kotem.
Cień zaśmiał się. Dźwięk był suchy, jak szelest starych papierów. — Jesteś tym, kim musisz być. Ale zawsze byłeś Valeforem. Zawsze byłeś tym, który manipuluje. Tym, który widzi nici, które łączą wszystko. I tym, który jest gotów spalić świat, by odzyskać to, co stracił.
Kot spojrzał na Damę Pik. Karta była stara, zniszczona, z plamami, które mogły być krwią. — Co to ma znaczyć?
— To ma znaczyć, że ona cię obserwuje — powiedział cień. — Ona wie. Ona czeka. I ona jest kluczem. Kluczem do Luny. Kluczem do przeszłości. Kluczem do przyszłości.
SYNCHRONIZACJA: 99%. STABILNA.
ANOMALIA: WYKRYTA.
TYP: PROJEKCJA TEMPORALNA — WARIANT AGENTA.
KLASYFIKACJA: ANNA SCHADOW — AKTYWNA.
Kot poczuł zimny dreszcz. Anna. Cybernetyczny byt. Projekcja. Cień. Ale też coś więcej. Coś, co potrafiło manipulować czasem, pamięcią, rzeczywistością. Coś, co potrafiło tworzyć echa. I coś, co potrafiło mówić jego własnym głosem.
— Czego chcesz? — zapytał Kot.
— Chcę, żebyś zrozumiał — powiedział cień. — Chcę, żebyś zobaczył. Chcę, żebyś poczuł. Poczuj ból. Poczuj stratę. Poczuj to, co ona czuła. I wtedy zrozumiesz, dlaczego musisz to zrobić.
Cień wyciągnął dłoń. W jego wnętrzu pulsowało coś ciemnego, coś, co przypominało miniaturową czarną dziurę. Węzeł. Imielin. Warszawa. 1999. Wszystko to, co miało nadejść. Wszystko to, co miało ich złamać.
— Oni nie są gotowi — powiedział Kot.
— Nigdy nie są — zaśmiał się cień. — Ale ty jesteś. Zawsze byłeś. Jesteś Valeforem. Jesteś Kotem. Jesteś tym, który musi to zrobić. Dla Luny. Dla lepszego jutra.
Cień zniknął, rozpływając się w deszczu i mroku. Została tylko karta. Dama Pik. I szept, który wciąż brzmiał w uszach Kota.
CZEKAŁAM, VALEFOR. CZY TWOJA KREW TEŻ SMAKUJE CZASEM?
Kot podniósł kartę. Jej powierzchnia była zimna, gładka, z wyczuwalnymi pod palcami wytłoczeniami. Dama Pik. Anna. Luna. Wszystko to splatało się w jeden, mroczny węzeł. Wiedział, co musi zrobić. Wiedział, że to będzie bolało. Ale wiedział też, że nie ma innego wyjścia. Dla Luny. I dla lepszego jutra, które tylko on mógł stworzyć.
AKT I — Powroty
Imielin otwiera pętlę. Każde z nich wraca nie tam, gdzie powinno — lecz tam, gdzie czas uznał ich za potrzebnych.
ROZDZIAŁ 1 — Gorzki smak powrotu
Warszawa. Imielin. Maj 1999.
Skok smakował jak krew i miedź. Piotr poczuł, jak rzeczywistość uderza go w klatkę piersiową z siłą rozpędzonego pociągu, wypychając powietrze z płuc. Upadł na kolana na popękane kafelki przejścia podziemnego pod stacją metra Imielin. Świetlówki nad jego głową brzęczały w agonii, rzucając trupioblade światło na ściany, które zdawały się pocić wilgocią.
HUD zamigotał czerwienią, raniąc siatkówkę.
SYNCHRONIZACJA: 34%. BŁĄD KRYTYCZNY.
LOKALIZACJA: IMIELIN, WARSZAWA.
DATA: MAJ 1999.
STATUS RDZENIA: PRZEGRZANIE.
Piotr zwymiotował żółcią. Czuł, jak wszczepy pod skórą pulsują tępym bólem, próbując zintegrować się z prymitywną, gęstą atmosferą ubiegłego stulecia. To nie był czysty transfer. To był gwałt na osi czasu. Każda komórka jego ciała krzyczała, że jest w złym miejscu, w złym czasie. Czuł zapach ozonu, który gryzł w gardło, mieszając się z odorem gnijących liści i taniego tytoniu. To był zapach starego świata, który nie wiedział jeszcze, że jest skazany na zagładę.
Wstał powoli, opierając się o ścianę. Beton był zimny i szorstki, realny do bólu. Zapach był inny niż w 2088 — nie było sterylnego ozonu i syntetycznych aromatów. Był kurz, zapach taniego tytoniu, mokrego betonu i czegoś, co przypominało gnijące liście.
Wyszedł na powierzchnię. Majowe słońce było zbyt jasne, zbyt szczere. Ursynów 1999 roku wyglądał jak pole bitwy architektury z chaosem. Bloki z wielkiej płyty stały jak betonowe monolity, a między nimi rozlewało się morze reklam, budek z kebabami i szarych sylwetek ludzi, którzy spieszyli się do nikąd.
Zobaczył okno na parterze. To samo, które w jego wspomnieniach było domem. Teraz było tylko otworem w betonie, zasłoniętym brudną firanką. Za szybą mignął cień — postać, która mogła być nim, a mogła być tylko duchem wywołanym przez błąd w HUD-zie.
Poczuł, jak metalowy chłód Glocka pod ramoneską daje mu jedyne poczucie bezpieczeństwa. W tym czasie był nikim. Duchem w maszynie, która właśnie się psuła.
— Anna — szepnął, a jego głos brzmiał obco w gęstym powietrzu. — Wiem, że tu jesteś.
HUD wyświetlił pojedynczą linię tekstu, która nie pochodziła z systemu Agencji.
CZEKAŁAM, PIOTRZE. CZY TWOJA KREW TEŻ SMAKUJE CZASEM?
Piotr zacisnął dłoń na rękojeści pistoletu. Zrozumiał jedno: Kot ich nie wysłał na misję. Kot ich wyrzucił na śmietnik historii. A Anna była tą, która miała ich tam pogrzebać.
ROZDZIAŁ 2 — Sekretny chwyt
Warszawa. Las Kabacki. Maj 1999.
SYNCHRONIZACJA: 41%. MAPA PODSTAWOWA: ZAŁADOWANA. DANE KONTAKTOWE: BRAK.
Piotr szedł przez Las Kabacki, a każdy krok zdawał się być echem kroków, które stawiał tu już kiedyś. Powietrze było ciężkie, wilgotne, pachniało ziemią i żywicą. Las nie kłamał co do swojej natury — był brutalny, szczery, pełen gnijących resztek i nowego życia. Tak jak on sam.
Jeziorko zalewowe leżało po lewej stronie, nieruchome i ciemne. Ta ciemność, która bierze się nie z głębokości, ale z matowej, niemal olejnej powierzchni, która nic nie oddaje i wszystko zatrzymuje. Piotr pamiętał to miejsce. Pamiętał ciało agenta UOP, które odepchnął od brzegu. „Niech czas robi swoje” — powiedział wtedy. Teraz czas robił swoje, ale w sposób, który go przerażał.
Usłyszał ich, zanim zobaczył. Szczęk metalu — rytmiczny, z przerwami, nie chaotyczny. Ktoś ćwiczył. Poważnie.
HUD zeskanował automatycznie.
SYNCHRONIZACJA: 63%. IDENTYFIKACJA GRUPOWA: BRACTWO RYCERSKIE. NAZWA WŁASNA: RYCERZE KARMAZYNOWEGO ŚWITU. WYSZKOLENIE: PODSTAWOWE, NIEOPERACYJNE. STATUS: BRAK ZAGROŻENIA.
Rycerze Karmazynowego Świtu. Piotr patrzył na tę nazwę w HUD-dzie z wyrazem twarzy, który na szczęście nikt nie widział. Potem patrzył na samą grupę. W centrum stał gigant. Ponad dwa metry, szerokość ramion niemal groteskowa, szyja jak słup. Twarz okrągła, gładka, prawie chłopięca, z oczami patrzącymi na świat z rodzajem spokojnej łagodności zupełnie nieprzystającej do gabarytów. W rękach trzymał miecz dwuręczny — szeroką czarną klingą, skórzaną rękojeścią owiniętą ciasno, całość pod metr osiemdziesiąt długości.
Obok stał ciemny blondyn z krótką brodą, przystrzyżoną schludnie — barczysty, przysadzisty. Na nim przeszyty kubrak, hełm z nakarcznikiem, napierśnik laminowany. Miecz przy boku ze szeroką klingą, wąskim żłobem wzdłuż głowni, czarna rękojeść. Longsword, jakieś sto trzydzieści centymetrów. Przy mieczu giganta wyglądał jak codzienne narzędzie pracy — bo nim był.
Blondyn poprawiał gigantowi uchwyt rękojeści. — Nie wkładaj kciuka za głownię przed uderzeniem — powiedział spokojnie, bez wyrzutu. — Po uderzeniu możesz, ale przed — nie. Jeszcze raz.
Piotr obserwował. I wtedy to zobaczył. Chwyt. Ten sam. Ten, który opracował sam, przez lata, przez tysiące powtórzeń, przez błędy i korekty, przez noce, kiedy ćwiczył przed lustrem, bo nie miał z kim ćwiczyć. Chwyt, który był jego — tylko jego, nigdy nikomu niepokazany, w żadnej linii czasu, którą pamiętał jako swoją.
Sławek Pawelski. Tak, to było jego imię. Piotr znał je z logów Agencji. Znał je z przyszłości. Ale nigdy nie widział go w akcji. Nigdy nie widział, jak ten człowiek, z pozoru zwyczajny, posługuje się jego własnym, sekretnym chwytem.
HUD milczał. Nie dlatego, że nie widział anomalii. Dlatego, że nie miał kategorii dla czegoś, co nie było paradoksem temporalnym ani ingerencją w linię czasu. To było coś innego. To było echo. Echo jego własnego istnienia, odbite w innym człowieku.
SYNCHRONIZACJA: 54%. ANOMALIA GESTYCZNA: WYKRYTA. KLASYFIKACJA: BRAK DOPASOWANIA W BAZIE. ŹRÓDŁO: NIEZNANE.
Piotr podszedł. — Można popatrzeć?
— Można — odpowiedział blondyn. Spojrzał na Piotra spokojną oceną techniczną: ręce, twarz, strój, ręce jeszcze raz. Piotr wiedział, że został zeskanowany. Wiedział, że Sławek widzi w nim coś więcej niż przypadkowego przechodnia.
Stał z boku i patrzył. Widział, co bractwo robi dobrze i co robi za słabo. Widział napięcie nie w tych co trzeba miejscach, błędy w ustawieniu stóp, nawyk w lewej ręce zbrojnego po prawej, który za rok zacznie go kosztować w zwarciu. Wszystko to było czytelne jak tekst. Ale to nie to go interesowało. Interesował go Sławek. I ten chwyt.
Blondyn skończył korektę, obrócił się i spojrzał na Piotra z konkretnym oczekiwaniem. — Przepraszam — powiedział Piotr z lekkim uśmiechem, który miał w sobie dokładnie tyle rozbrojenia ile potrzeba. — Byłem kiedyś na urodzinach u znajomego, mieli takie bractwo, zrobili pokaz. Bawiłem się chwilę mieczem, wszyscy się śmiali. — Krótka pauza. — Ale to, co tutaj widzę, to zupełnie co innego.
Sławek kiwnął głową. — To jest praca. Nie zabawa.
— Wiem — powiedział Piotr. — I widzę, że ktoś nauczył cię dobrze. Bardzo dobrze.
Sławek zmrużył oczy. — Sam się nauczyłem. Przez lata. Przez tysiące powtórzeń.
Piotr poczuł zimny dreszcz. Kłamstwo. Albo prawda, która była gorsza od kłamstwa. Czy Anna manipulowała Sławkiem? Czy to ona zaszczepiła w nim ten chwyt, by zagrać na jego nerwach? Czy to ona chciała, by Piotr zobaczył w Sławku samego siebie, by zadać mu pytanie: czy twoje decyzje są naprawdę twoje?
SYNCHRONIZACJA: 50%. INGERENCJA ANNA: NIEOKREŚLONA. PYTANIE OTWARTE: CZY DECYZJE AGENTA SĄ JEGO WŁASNE? KLASYFIKACJA: BRAK ODPOWIEDZI.
Piotr odwrócił się i ruszył w stronę Imielina. Musiał porozmawiać z Kotem. Musiał zrozumieć. I musiał go powstrzymać, zanim zniszczy wszystko, co im zostało.
ROZDZIAŁ 3 — Szpitalne imię
Warszawa. Szpital Bielański. Maj 1999.
Korytarz pachniał chlorem, starym linoleum i tym specyficznym rodzajem rezygnacji, który gromadzi się w miejscach, gdzie ludzie czekają na wyroki. Nie na swoje — na cudze. Na wyniki badań, na decyzje lekarzy, na telefon z oddziału, na moment, w którym ktoś wreszcie wyjdzie z sali i powie coś, co zmieni wszystko albo nic. Najgorsze było to oczekiwanie. Marie znała je aż za dobrze.
Nie z tego szpitala.
Z Marsylii. Z innych korytarzy, innych zapachów, innych decyzji, które podejmowała sama, bo nikt inny nie miał wystarczających rąk, żeby utrzymać kroplówkę i podpisać zgodę i powiedzieć rodzinie, że już po wszystkim.
Teraz stała przy oknie na trzecim piętrze, patrząc na szare niebo, które nie mogło zdecydować się, czy wypuścić deszcz, czy tylko dusić miasto wilgocią. Jej ciało, przyzwyczajone do sterylnych kapsuł Agencji i suchych, filtrowanych przestrzeni 2088, reagowało na tę wilgoć jak na intruza. Skóra swędziała. Płuca paliły. Nawet powietrze było tu inne — cięższe, bardziej materialne. Jakby każdy oddech wymagał zgody tego miejsca.
Nie miała pojęcia, jak tu trafiła.
Skok był brudny, rwany, pozbawiony sterylnej precyzji, do której przyzwyczaił ich Stróż. Transpondery chciały ją wysłać na Imielin, razem z resztą. Zamiast tego — wyrzuciły ją tutaj. Do szpitala. Do majowego przedpołudnia 1999 roku.
SYNCHRONIZACJA: 28%. BŁĄD KRYTYCZNY.
LOKALIZACJA: WARSZAWA, BIELANY.
STATUS ZESPOŁU: BRAK SYGNAŁU.
STATUS BIOMETRYCZNY: ANOMALIA.
Dwadzieścia osiem procent.
To nie był margines błędu. To był swobodny upadek w otchłań. Jej ciało, zazwyczaj precyzyjne jak mechanizm zegarowy, teraz drżało. Czuła, jak własne organy walczą z obcą, prymitywną rzeczywistością. To był biologiczny horror — świadomość, że jej zaawansowane wszczepy, jej zoptymalizowany genom, są tu niczym więcej niż wadliwym oprogramowaniem.
I wtedy, na moment, czas się potknął.
Marie zamknęła oczy.
Gdy je otworzyła, korytarz był ten sam. Ta sama wykładzina. Ten sam brzęk metalowej kroplówki gdzieś za ścianą. Ale coś w układzie świateł, w kącie padania cieni, w oddechu własnych płuc — było przesunięte. Jakby przez sekundę szpital był młodszy. Jakby nie 1999, a rok wcześniej. Albo później.
ANOMALIA TEMPORALNA: SKOK PAMIĘCI.
TYP: MIKRO.
ŹRÓDŁO: SZPITAL / MEMBRANA CZASU.
STATUS: ZAMKNIĘTA.
Zamknęła oczy ponownie, głębiej. Czuła linie astralne.
Nie każdy je czuł. Niektórzy mieli mgliste wrażenie, że miejsce ma nastrój, że ściany pamiętają. Marie czuła je jak drgania pod skórą, jak pulsowanie starego, chorego ciała. Linie szpitala były poszarpane, miejscami brudne od bólu i strachu. Biegły od łóżek do drzwi, od drzwi do okien, od okien do ust ludzi modlących się bez słów. Splatały się przy dyżurce, gęstniały przy sali operacyjnej, nikły przy prosektorium.
I jedna linia była inna.
Cienka. Chłodna. Bardzo prosta.
Jak włos zanurzony w wodzie.
Biegła nie do wyjścia. Nie do okna. Biegła w kierunku południowym. W stronę Imielina.
Marie otworzyła oczy.
Wzięła głęboki oddech. Uspokoiła tętno. Była lekarzem. Znała szpitale. To było jej naturalne środowisko, nawet jeśli ten konkretny budynek pamiętał jeszcze czasy Gierka. Uruchomiła lustrzany kamuflaż — najniższy stopień, ledwie zauważalne zagięcie percepcji, które sprawiało, że dla przechodzących obok pielęgniarek i pacjentów stawała się po prostu kolejną zmęczoną osobą w kitlu, kimś, kto ma prawo tu być.
Ale pod spodem, czuła, jak kamuflaż walczy z czymś, czego nie potrafiła nazwać. Jak cienka warstwa lodu pęka pod ciężarem, choć nikt jeszcze nie wszedł na lód.
Z dyżurki dobiegał dźwięk dzwoniącego telefonu i podniesione głosy. Ktoś domagał się wyników badań. Ktoś inny tłumaczył, że laboratorium ma opóźnienie. Zwykły, ludzki chaos, który w 2088 roku byłby niemożliwy do wyobrażenia. Tu był codziennością.
Marie zamknęła oczy i skupiła się na liniach astralnych. Węzeł temporalny, o którym wspominał konspekt misji, musiał gdzieś tu pulsować. Ziemia pod szpitalem oddychała ciężko, jak chory z rozedmą, a jej własna linia astralna, zazwyczaj jasna i stabilna, teraz była cienka, drżąca, jakby ledwie trzymała się rzeczywistości.
I wtedy usłyszała głos.
Nie w uszach.
W miejscu, w którym zaczyna się sen, zanim człowiek jeszcze pozwoli sobie zasnąć. W miejscu, w którym myśli nie są jeszcze w pełni jej własnymi myślami.
„To nie było twoje życie.”
Szept był kobiecy. Spokojny. Pozbawiony emocji w sposób, który być może był ich brakiem, a być może — nadmiarem. Marie zamarła. Przez ułamek sekundy zobaczyć siebie z zewnątrz: stojącą przy oknie, zbyt sztywną, zbyt czujną, zbyt obcą w tym świecie białych fartuchów i papierowych teczek.
„Jeszcze nie.”
Potem głos zniknął.
Marie otworzyła oczy. Korytarz był ten sam. Telefon dzwonił dalej. Ktoś za plecami poprosił o sól fizjologiczną. Wszystko wróciło do normy.
Ale coś zostało.
Wtedy usłyszała kroki.
Nadchodziły od strony zabiegowego. Szybkie, równe, z tym drobnym, niesłyszalnym dla nikogo innego odchyleniem — prawa stopa stawiana minimalnie bardziej na zewnątrz. Nawyk oszczędzania energii. Nawyk, który Marie znała z własnego ciała.
Odwróciła się.
Dziewczyna szła korytarzem w białym płaszczu, narzuconym na ciemną sukienkę. Włosy miała upięte w niedbały kok, a pod oczami cienie świadczące o co najmniej trzydziestu godzinach bez snu. Była zmęczona. Była realna. Niosła teczkę przyciśniętą do piersi z tym ruchem, który znają młodzi lekarze, stażyści i wszyscy ludzie na początku drogi: jakby papier mógł potwierdzić ich prawo do bycia w miejscu, w którym inni oczekują pewności.
Marie nie musiała sprawdzać HUD-u, żeby wiedzieć.
ANOMALIA PERSONALNA: WYKRYTA.
DOPASOWANIE BIOMETRYCZNE: 94%.
DOPASOWANIE GŁOSOWE: 100%.
OSTRZEŻENIE: RYZYKO PARADOKSU. ZAGROŻENIE DLA INTEGRALNOŚCI LINII CZASU.
Ale HUD i tak to zrobił.
Sto procent.
System nie dawał stu procent prawie nigdy. Zawsze zostawiał margines. Zawsze zostawiał sobie prawniczą szczelinę, przez którą mógł potem uciec przed odpowiedzialnością za własną pewność. Sto procent było nie tyle diagnozą, ile wyrokiem.
I wyrok miał imię.
Na tablicy w holu, tuż przy wejściu na oddział, wisiał komunikat. Drukowany, na żółtym papierze, przyklejony taśmą do szyby. Marie przeczytała go, nim zdążyła pomyśleć:
„Elżbieta Marriees — konsultacja na oddziale pediatrycznym, godzina 11:30.”
Uderzenie jak ściana.
Kamuflaż, który do tej pory trzymał, pękł. Nie zniknął. Nie spadł. Pękł jak cienka warstwa lodu pod stopą, z tym ostrzeżeniem, które przychodzi sekundę za późno, bo człowiek już przeniósł ciężar.
Marie stała naga w swoim ciele, w swoim ubraniu, w swoim czasie, w miejscu, gdzie inna wersja niej samej właśnie odbierała teczkę z wynikami i poprawiała wenflon starszemu mężczyźnie w sali numer trzy.
Elżbieta.
Elizabeth.
Marie.
To samo imię, inna ścieżka. Życie, które mogła mieć, gdyby nie sztorm w Marsylii, gdyby nie Agencja, gdyby nie decyzje, które podejmowała za szybko lub za wolno, w złej kolejności, zbyt późno, żeby zawrócić.
Dziewczyna w białym płaszczu minęła ją teraz. Pachniała kawą z automatu i tanim mydłem. W jednej dłoni ściskała teczkę. W drugiej — długopis z wystającym wieczkiem. Jej krok był ten sam co Marie. Prawa stopa. Lekko na zewnątrz.
Marie poszła za nią.
Nie potrafiła się powstrzymać. Schodziły po schodach. Młoda Elizabeth poruszała się z tą samą, drobną oszczędnością, co Marie — ciało, które nauczyło się nie marnować energii, bo w szpitalu czas i siły są walutą, której nikt nie ma w nadmiarze.
Marie widziała w niej każdą swoją wadę i każdą słabość, ale odartą z pancerza, który zbudowała przez lata pracy dla Gravesenda. Widziała siebie, zanim stała się narzędziem. Widziała siebie, zanim stała się martwa w środku.
„Widzę cię.”
Głos wrócił.
Tym razem nie był szeptem. Był myślą, która nie chciała być niczyją myślą, a jednak weszła. Cicha, precyzyjna, zbyt dobrze poinformowana.
Marie zatrzymała się w połowie schodów. Kamuflaż, który i tak już nie działał, zafalował po raz ostatni. Czuła, jak linie astralne wokół niej gęstnieją — nie jej, nie Elizabeth, ale te cienkie, chłodne, proste linie, które biegły w stronę Imielina.
„To, co widzisz, nie jest stratą.”
Marie zacisnęła palce na poręczy.
„To jest możliwość. Możesz ją zostawić. Albo możesz wziąć ze sobą.”
Nie było w tym groźby. Nie było obietnicy. Była tylko informacja podana w sposób, który nie pozostawiał miejsca na negocjację. Anna nie mówiła. Anna pokazywała.
A potem głos zniknął.
Dziewczyna w białym płaszczu wyszła na zewnątrz, w szare, majowe przedpołudnie. Skręciła w stronę metra. Jej teczka, jej długopis, jej zmęczenie — wszystko to oddalało się z każdym krokiem.
Marie stała na schodach.
Nie płakała.
Jeszcze nie.
Czekała, aż echo tamtego głosu całkiem ucichnie.
SYNCHRONIZACJA: 18%. BŁĄD KRYTYCZNY.
INGERENCJA NEUROLOGICZNA: POTWIERDZONA.
ŹRÓDŁO: ANNA SCHADOW — AKTYWNA. LOKALIZACJA: WĘZEŁ IMIELIN.
STATUS AGENTA: ZAGROŻENIE DLA STABILNOŚCI PSYCHICZNEJ.
Marie opadła na kolana, opierając się o zimną barierkę. Złapała się za głowę. Wspomnienia z Marsylii — fala uderzeniowa, zapach soli, krzyki tonących, twarz Gravesenda, który patrzył na nią z obojętnością nadzorcy — uderzyły w nią z siłą fizycznego ciosu, mieszając się z zapachem szpitalnego linoleum i widokiem jej własnego, alternatywnego życia odchodzącego w stronę stacji metra.
Czuła, jak jej umysł pęka pod naporem cudzych wspomnień, cudzych lęków, cudzej wiedzy.
Anna nie atakowała.
Anna kierowała.
Płacz przyszedł nagle. Bez kontroli. Bez godności, którą zawsze starała się zachować. Marie płakała nad życiem, którego nie miała, i nad wyborami, których nigdy nie dokonała. Płakała nad sobą. I płakała nad Anną, która mogła być kiedyś taką samą kobietą przy oknie, tyle że bez szansy na płacz.
Potem wstała.
Otarła twarz rękawem — nieelegancko, po ludzku. Sprawdziła HUD: nadal 18%, nadal błąd krytyczny. Ale coś w tym komunikacie się zmieniło. Nie treść — ton. Jakby system sam nie wiedział, czy ostrzegać, czy odnotować fakt.
Marie wyszła ze szpitala.
Na zewnątrz majowe światło było zbyt ostre, zbyt szczere. Warszawa 1999 roku oddychała swoim tempem, nie przejmując się tym, że ktoś właśnie zobaczył własne życie sprzed dziesięciu lat w innym wydaniu.
Skręciła w stronę metra.
Nie za Elizabeth.
W stronę Imielina.
Linie astralne prowadziły tam — wszystkie, które były cienkie, chłodne, proste. Węzeł, o którym mówił konspekt. Miejsce, gdzie czas przestawał być linią, a zaczynał być czymś, co ma pamięć i własne plany.
Marie szła szybko.
Nie oglądała się za siebie.
Za nią został szpital. Okno na trzecim piętrze. I jedna myśl, której nie mogła pozbyć się do końca:
Anna nie chce jej zniszczyć. Anna chce ją uzupełnić.
Pytanie brzmiało: czy to naprawdę było gorsze od tego, co zrobiła z nią Agencja?
SYNCHRONIZACJA: 22%.
ANOMALIA TEMPORALNA: AKTYWNA.
LOKALIZACJA: IMIELIN — WĘZEŁ.
STATUS: DOŁĄCZENIE DO DRUŻYNY.
ZALECENIE: KONTYNUOWAĆ.
NOTA: NAPRAWA BEZ ZGODY NIE JEST ATAKIEM. JEST PYTANIEM.
Marie przyspieszyła kroku.
Imielin nie był daleko.
ROZDZIAŁ 4 — Dziewczyna za szybą
Warszawa. Stare Miasto. Barbakan. Maj 1999.
Bast lubiła miejsca, które udawały coś z wystarczającą konsekwencją, by po pewnym czasie przestać być udawaniem. Barbakan był właśnie taki. Ceglana, odbudowana z pamięci warownia — nie tyle broniła miasta, ile broniła jego wyobrażenia o sobie. Kamienie miały w sobie ciężar kilku wieków, zaprawa była nowa, ale układ stary. Mury stały tak, jak stały przed wojną, przed rozbiorem, przed wszystkim, co Warszawa postanowiła zapamiętać na swój sposób.
Bast oparła się o krawędź baszty i zamknęła oczy.
Przez ułamek sekundy — nie dłużej — Barbakan był głębszy.
Nie inny. Głębszy.
Czuła w kamieniu warstwy: młodsze na wierzchu, starsze pod spodem, najstarsze w fundamentach, które pamiętały czasy, gdy jeszcze nikt nie nazywał tego miejsca Starym Miastem, bo nie było Starego wobec żadnego Nowego. Linie czasu układały się tu gęściej niż gdzie indziej. Nie jak w węźle Imielina, nie tak intensywnie, ale wyraźnie.
SYNCHRONIZACJA: 74%.
LOKALIZACJA: WARSZAWA. STARE MIASTO. SEKTOR BARBAKAN.
ANOMALIA TEMPORALNA: ŚLADOWA — WARSTWY LOKALNE.
STATUS: OBSERWACJA.
Otworzyła oczy.
Dzień był majowy, ciepły, z zapachem świeżego chleba z piekarni przy ulicy i spalin z samochodów na podjeździe. Turyści w czapkach z daszkiem, para z przewodnikiem, mężczyzna sprzedający obwarzanki z wózka. Wszystko normalne. Zbyt normalne, żeby być przypadkowe.
Bast odsunęła się od muru i ruszyła wzdłuż kamienic.
Miała na sobie granatową skórzaną ramoneskę — tę samą, którą nosiła w noc transferu, ale po implementacjach TEX Corp materiał był wzmocniony, a w podszewce wplecione zostały włókna nanokompozytu. Pod spodem czarna sukienka, za krótka na ten czas, za dobrze skrojona na jej ciało. Włosy rozpuszczone, rude i kręcone, opadały na ramiona. Na palcach — tytanowe pazury.
Teraz były w kolorze ciemnego bursztynu.
Kiedyś były srebrne. Potem matowoczarne. Po modernizacji w TEX Corp zmieniały kolor w zależności od światła i jej nastroju, czego sama nie do końca rozumiała. Fizycznie były twardsze niż wcześniej — testy wykazały odporność na uderzenia przekraczającą pierwotną specyfikację o czterdzieści procent. Ale coś w nich zostało z czasu przed Agencją. Dotyk. Pamięć ciała. Drobny, lodowaty dreszcz przy każdym wysunięciu, który nie pochodził z żadnego implantu.
MAGIA DEMONICZNA: REZONANS TŁUMIONY.
TYTANOWE PAZURY: STATUS AKTYWNY.
IMPLEMENTACJA TEX CORP: POTWIERDZONA — WYTRZYMAŁOŚĆ PODWYŻSZONA.
OSTRZEŻENIE: INTERAKCJA Z BELIALEM — NIEOKREŚLONA.
Bast przeczytała komunikat i niemal się uśmiechnęła. Belial milczał od tygodni. Nie odpowiadał na jej dotyk, na rytuały, na proste pytania zadawane przy świecach i własnej krwi. Może implementacje TEX Corp zakłóciły sygnał. Może demon uznał, że ma ciekawsze sprawy. Może po prostu czekał, by zobaczyć, co zrobi, zanim znowu się odezwie.
Odkąd pamiętała, Belial nie ufał jej w pełni. A ona nie ufała jemu. To było uczciwe.
Skręciła w uliczkę za Barbakanem, gdzie bruk był bardziej nierówny, a kamienice niższe. Tu ruch turystyczny słabł, zostawiając miejsce dla zwykłego życia miasta: otwarte okna, susząca się pościel, głos radia z pierwszego piętra, pusta butelka po wódce przy śmietniku.
Szła spokojnie, bez pośpiechu.
I wtedy poczuła przesunięcie.
Nie fizyczne. Jej ciało nie drgnęło. Ale czas pod stopami zrobił coś, czego nie powinien robić w normalnej rzeczywistości. Bruk na ułamek sekundy był młodszy — ciemniejszy, gładszy, jeszcze nie starty przez lata chodzenia. Po chwili wrócił do swojego szarego, popękanego stanu.
ANOMALIA TEMPORALNA: PRZESUNIĘCIE LOKALNE.
TYP: WARSTWY CZASU.
ZASIĘG: KILKA METRÓW.
ŹRÓDŁO: NIEOKREŚLONE.
EFEKT: MIEJSCE PAMIĘTA DAWNE WERSJE SIEBIE.
Bast zatrzymała się. Rozejrzała.
Uliczka nagle wyglądała inaczej — nie cała, tylko fragmentami. Róg jednej kamienicy był otynkowany na jaśniejszy odcień, którego nie widziała przed chwilą. Okno na pierwszym piętrze miało inną ramę. Gdzieś w oddali, przez sekundę, usłyszała dźwięk, który nie pasował do 1999 roku: szum tramwaju o innym tonie, taki, jakie jeździły przed wojną.
Potem wszystko wróciło.
To trwało może sekundę.
Może mniej.
Bast odnotowała to i poszła dalej.
Na bulwarach nad Wisłą było więcej ludzi.
Bast stanęła przy balustradzie, patrząc na wodę, która przez lata nabrała tego specyficznego odcienia szarości, charakterystycznego dla rzek przepływających przez duże miasta — nie brudna, nie czysta, po prostu zmęczona. Słońce stało wysoko, ale nie grzało. Maj w Warszawie bywał kapryśny.
I wtedy usłyszała krzyk.
Nie głośny. Stłumiony. Kobieta, która nie chciała robić sceny, ale nie mogła już powstrzymać strachu.
Bast odwróciła się w tamtą stronę.
Pod łukiem wiaduktu, przy zejściu na dolny bulwar, czterech mężczyzn otaczało parę. Dziewczyna — może dwadzieścia lat — trzymała się za ramię chłopaka, który był od niej wyższy o głowę, ale stał nieruchomo, jakby sparaliżowany. Jeden z napastników — ten z blizną na policzku — mówił coś cicho, z uśmiechem. Reszta stała w półkolu, zajmując przestrzeń, odcinając drogę ucieczki.
Bast podeszła.
Nie szybko. Nie wolno. Z tym oszczędnym ruchem drapieżnika, który nie musi biec, bo i tak wie, że wszystko istotne w końcu wpadnie mu pod pazury.
Jeden z mężczyzn — ten najbliżej — zobaczył ją pierwszy. Był młody, może dwadzieścia lat, w bluzie z kapturem naciągniętym na oczy. Miał wystającą szczękę i papierosa w kącie ust. Spojrzał na nią bez wyrazu.
„Spadaj, laska.”
Bast uśmiechnęła się.
Nie miło. Nie groźnie. Po prostu uśmiechnęła się w sposób, który nie był odpowiedzią na jego słowa, tylko na jego istnienie.
„Nie”, powiedziała.
Zanim którykolwiek z nich zdążył zareagować, jej prawa dłoń wykonała ruch. Płynny. Bardzo szybki.
Tytanowe pazury wysunęły się z palców z cichym sykiem, zmieniając kolor z bursztynowego na antracytowy. Ostrza były cienkie, zakrzywione, ostre w sposób, który nie wymagał demonstracji.
Pierwszy cios — w nadgarstek najbliższego mężczyzny. Nie głęboki, ale precyzyjny. Przecięła ścięgna, nie tętnice. Broń wypadła z dłoni. Mężczyzna wrzasnął, ale nie zdążył się cofnąć.
Drugi cios — łokieć w splot słoneczny. Trzeci — kolano w udo. Ciało złożyło się jak zepsuty fotel zanim upadło na ziemię.
Dwóch pozostałych rzuciło się na nią.
Jeden z pałką. Drugi z pustymi rękami, ale z determinacją kogoś, kto myślał, że przewaga liczebna coś znaczy.
Bast zrobiła pół kroku w bok. Pałka przeleciała centymetry od jej ramienia. Złapała nadgarstek napastnika, przekręciła — tytanowe pazury dotknęły jego skóry, nie raniąc jej, ale dając do zrozumienia, że mogą. Mężczyzna zamarł.
„Puść”, powiedział.
„Źle liczysz”, odparła.
Przesunęła się, weszła między niego a jego kolegę, jednym ruchem blokując obu. Jej pazury błysnęły w słońcu — nie były już bronią, tylko ostrzeżeniem.
Czwarty — ten z blizną — stał nieruchomo, oceniając.
Bast spojrzała na niego.
„Wyprowadź ich”, powiedziała. „Teraz.”
Nie krzyknęła. Nie podniosła głosu. Powiedziała to tonem, który nie pozostawiał miejsca na dyskusję.
Mężczyzna z blizną skinął głową. Podniósł rannego z ziemi, szepnął coś do pozostałych. Po chwili zniknęli za wiaduktem, prowadząc za sobą tego z pałką, który oglądał się jeszcze, ale szedł.
Bast schowała pazury.
Para przy balustradzie — dziewczyna i chłopak — patrzyli na nią z mieszaniną wdzięczności i strachu.
„Dziękujemy”, powiedział w końcu chłopak.
„Nie ma za co”, odparła Bast. „Idźcie stąd. Nie tędy.”
Odeszli szybko, trzymając się za ręce.
Bast została na bulwarze. Czuła pod skórą znajome ciepło — magię, która obudziła się na moment przy kontakcie z pazurami. Była słodka, lepka i niepokojąca. Belial nie odezwał się, ale coś drgnęło w rytuale, w tych cichych zaklęciach, które Bast nosiła w sobie jak drugą krew.
Nie myślała o tym.
Poszła dalej.
Imielin nie był daleko.
Wsiadła w tramwaj na placu Narutowicza.
Linia 7, kierunek: pętla na Stegnach. Ale wysiadła wcześniej. Przy Dereniowej. Przy blokach, które widziała już w innych czasach — w swojej pamięci, w danych Agencji, w krótkich migawkach, które HUD wyświetlał, kiedy system miał za dużo danych i za mało kategorii.
Stanęła pod jednym z okien na parterze.
Za szybą — życie, które nie było jej.
Dwie dziewczynki. Jedna mniejsza, w tęczowej bluzie, biegająca po pokoju z pluszakiem. Druga starsza, może dwanaście, trzynaście lat, siedząca przy stole z książką. Miała ciemne włosy spięte w luźny warkocz, bladą twarz i oczy, które od razu podniosły się znad strony.
Spojrzały na siebie przez szybę.
Bast nie ruszyła się.
Dziewczyna nie krzyknęła. Nie zawołała matki. Nie odsunęła się od okna. Patrzyła z tą konkretną, nienaturalną spokojem kogoś, kto widzi coś, czego nie powinien widzieć, ale nie chce tego przyznać, bo przyznanie otworzyłoby drzwi, których nie umiałaby zamknąć.
Jej strój był czarny. Sukienka, koronka, srebrna biżuteria. Za dużo jak na jej wiek, za mało jak na prawdziwą gotycką estetykę. Ale coś w niej było prawdziwe — ten cień w spojrzeniu, który Bast rozpoznała, bo sama go nosiła, kiedy była młodsza.
Mroczna córka.
Tak nazwała ją w myślach. Nie córka, którą mogła mieć. Córka, która mogła wyrosnąć z niej, gdyby poszła inną drogą. Kiedyś, dawno temu, Bast miała siostrę. Albo siebie w innym wydaniu. Nie pamiętała już dokładnie. Linie czasu zacierały szczegóły, zostawiając tylko ciężar emocji.
Dziewczyna uniosła lekko brwi.
Jakby rozpoznała.
Jakby wiedziała.
Potem wróciła do książki.
Bast stała pod oknem dłużej, niż planowała. Czuła pod powiekami znajomy błysk — tytanowe pazury chciały się wysunąć, ale nie było przeciwnika. Było tylko echo. I pytanie, które nie miało odpowiedzi.
Czy powinna zapukać?
Czy powinna odejść?
Czy powinna zapamiętać twarz tej dziewczyny na tyle mocno, żeby rozpoznać ją w innej linii czasu?
Ktoś ją tu postawił. Anna. Albo przypadek. Albo własna pamięć, która nie chciała już udawać, że jest tylko narzędziem.
Bast odwróciła się od okna.
Na chodniku przed blokiem stał wózek z lodami. Sprzedawca w białym fartuchu podawał dziecku gałkę truskawkową. Za niskim murem, przy krzakach, bawił się kot — bury, z białą łatką na łbie.
Ludzie przechodzili. Samochody jeździły. Drzewa przy Dereniowej szeleściły majowymi liśćmi. Wszystko normalne.
Ale Bast nie była już normalna.
Odeszła od okna, nie oglądając się za siebie.
W kieszeni ramoneski poczuła znajomy ciężar — mały, srebrny pierścień z wygrawerowanym symbolem Beliala. Nie wiedziała, kiedy go tam włożyła. Może przed wyjściem z Agory. Może wcześniej. Może zawsze tam był.
SYNCHRONIZACJA: 80%.
LOKALIZACJA: IMIELIN — BLISKO.
STATUS DRUŻYNY: CZĘŚCIOWO AKTYWNY.
SYGNATURY: PIOTR, MARIE, GALDER, RUDI.
KOT: BRAK.
ZALECENIE: DOŁĄCZYĆ.
Imielin był węzłem. Wszyscy tam zmierzali. Każdy z własnego powodu, każdy z własnym echem.
Bast ruszyła w stronę metra.
Za nią została ulica, blok, okno na parterze i mroczna córka, która może już zapomniała o kobiecie w skórzanej ramonesce, a może nie. Przed nią — reszta. I główne pytanie, które Anna postawiła nie słowami, tylko samą strukturą rzeczywistości:
Co zrobisz, kiedy zobaczysz siebie, ale wcześniejszą?
Bast nie znała odpowiedzi.
Wsiadła do metra.
Drzwi zamknęły się z cichym sykiem. Pojechała na Imielin.
ROZDZIAŁ 5 — Chłopak z Harronem
Warszawa. Ursynów. Imielin. Maj 1999.
Rudi Gorczyk nie lubił pytań, na które nie było odpowiedzi w postaci liczby, masy lub współrzędnych.
Dziś jednak coś nie siedziało w liczbach.
Stał przy śmietniku na tyłach bloku przy Dereniowej i patrzył na swoje dłonie. Ramoneska skórzana, czarna, wytarta przy łokciach. Pod nią — ciemna koszulka z wyblakłym nadrukiem. Jeansy granatowe z przetarciami na kolanach. Buty ciężkie, z błotem z lasu. Na brodzie — dwa plecione warkoczyki z nordyckimi pierścieniami.
Dłonie drżały.
Nie ze strachu. Ze wściekłości. Skok z zeszłej nocy coś zostawił. Nie ból fizyczny — coś innego. Jak popiół w piecu, w którym ktoś spalił rzecz, której spalać nie powinien.
SYNCHRONIZACJA: 61%.
LOKALIZACJA: WARSZAWA. URSYNÓW. IMIELIN.
ANOMALIA TEMPORALNA: AKTYWNA.
REZONANS MAGICZNY: NIESTABILNY.
STATUS: NIEKONTROLOWANY.
Magia ognia reaguje na anomalie. Rudi wiedział to z raportów Agencji. Ale teoria a praktyka to dwie różne pary butów. Czuł pod skórą żar — nie gorączkę, coś gęstszego. Jakby krew była temperaturą.
Odwrócił się w stronę wiaty śmietnikowej. Metalowa, stara, zardzewiała, pokrywa nie pasowała do korpusu od co najmniej pięciu lat. Przy niej — sterta kartonów, gazeta z wczoraj, pusta butelka po wódce.
Splunął.
Odruch. Tylko tyle. Ślina trafiła w metalową krawędź wiaty.
I wtedy stało się coś, czego nie przewidział żaden raport.
Ślina zapłonęła.
Nie cała — tylko ta jej część, która dotknęła metalu. Biały, cichy płomień, który nie trwał dłużej niż mrugnięcie. Ale na metalu pozostał ślad — wyżarzone miejsce, w kształcie kropli. Metal stopił się w ułamku sekundy, jakby dotknęła go gwiazda.
Rudi zamarł.
Wiedział, że jego ogień jest niekontrolowany. Wiedział, że rezonans z węzłem Imielina go wzmacnia. Ale splunięcie? Ślina? To nie była nawet iskra. To była intencja — może nieświadoma, ale jego. Ciało wiedziało, że chce spalić, zanim mózg zdążył zaprotestować.
ANOMALIA TEMPORALNA: SZCZYTOWA.
REZONANS MAGICZNY: NIELUDZKI.
TEMPERATURA RDZENIOWA: 39.8°C.
Sięgnął do kieszeni po papierosa. Ręce mu drżały. Zapalił. Dym był gorący, ale nie gorętszy niż to, co czuł pod skórą.
Ruszył przed siebie, nie wiedząc dokąd. Nogi same skręciły w stronę Kazur.
Kazury — to nie była ulica. To było miejsce. Pola, ścieżki, stary nasyp kolejowy, jeziorko zalewowe, tory. Miejsce spotkań, miejsce handlu, miejsce, w którym ludzie z osiedla załatwiali sprawy, których nie chcieli mieć w papierach.
Rudi szedł ścieżką wzdłuż nasypu. Słońce zachodziło, rzucając długie, krwawe cienie. Pachniało wilgotną ziemią i spalinami z pobliskiej ulicy.
Usłyszał go zanim zobaczył.
Głos. Młody, agresywny, nabuzowany.
„Hej, rudy! Stój!”
Rudi się zatrzymał. Odwrócił.
Zza drzewa wyszedł mężczyzna w dresie. Może dwadzieścia pięć lat, może mniej — ciężko ocenić przez nabrzmiałą twarz i oczy szkliste od amfetaminy. W ręce trzymał kij baseballowy. Nie nowy — postrzępiony, z wbitymi weń gwoździami. Amatorska robota, ale skuteczna.
Za nim — dwóch kolejnych. Młodszy, chudszy, z łańcuchem owiniętym wokół pięści. I trzeci, który stał z tyłu i palił papierosa, udając, że go to nie interesuje.
„Masz jakiś hajs, rudy?” — zapytał ten z kijem. „Bo wyglądasz jak ktoś, kto ma. Fajna ramoneska. Zdejmij, to pogadamy.”
Rudi nie odpowiedział. Patrzył na kij. Na gwoździe. Na twarz mówiącego. Czuł ogień. Nie pod skórą — w środku. W kościach. W żołądku. Jakby ktoś rozpalił piec, na który nie ma już miejsca.
„Słyszałeś, co powiedziałem?” — mężczyzna zrobił krok do przodu. Machnął kijem — nie groźnie, ostrzegawczo. „Zdejmuj kurtkę, bo ci pomogę.”
Rudi wciągnął dym z papierosa. Wypuścił powoli.
„Nie chce się zabierać” — powiedział cicho.
„Co?”
Rudi nie powtórzył.
Mężczyzna z kijem rzucił się na niego. Nieudolnie, ale z impetem. Kij zatoczył łuk w stronę głowy Rudiego.
Rudi nie zrobił uniku. Nie po to, żeby sprawdzić, czy boli. Po to, że nie zdążył.
Ciało zareagowało za niego.
Ogień.
Nie z dłoni. Z całej powierzchni skóry. Krótki, intensywny błysk — jakby Rudi stał się na ułamek sekundy żarówką o mocy słońca.
Kij zamienił się w popiół, zanim dotknął jego ramienia. Gwoździe stopiły się i ściekły na ziemię jako żarzące się kropelki. Dres wrzasnął — nie z bólu, z przerażenia. Cofnął się, ale było za późno. Ogień przeskoczył na jego dłonie. Nie paliły się — odparowywały. Skóra, mięśnie, kości — wszystko zmieniło stan skupienia w ułamku sekundy.
Mężczyzna spojrzał na swoje ręce. Albo na to, co z nich zostało. Chciał krzyknąć, ale nie zdążył. Ciało złożyło się jak domek z kart, a potem rozsypało w szary, drobny pył.
Trwało to dwie sekundy. Może trzy.
Rudi stał nieruchomo. Jego papieros zgasł.
Dwaj pozostali — ten z łańcuchem i ten z tyłu — patrzyli na niego z otwartymi ustami. Łańcuch wypadł z dłoni chudego z brzękiem. Żaden nie krzyknął. Żaden nie uciekł. Stali sparaliżowani.
Rudi w końcu podniósł wzrok.
„Uciekajcie” — powiedział.
Odwrócili się i pobiegli.
Rudi został na ścieżce. Patrzył na szary popiół, który unosił się w powietrzu, powoli opadając na ziemię. Pachniał spalenizną i czymś słodkawym — może krwią, może strachem.
SYNCHRONIZACJA: 58%.
REZONANS MAGICZNY: SZCZYTOWY — WYŁADOWANIE.
TEMPERATURA RDZENIOWA: 43.2°C.
OSTRZEŻENIE: RYZYKO WYPALENIA.
Rudi odwrócił się i ruszył dalej. Nie oglądał się za siebie. Nie mógł. Bał się, że jeśli zobaczy jeszcze raz ten popiół, ogień wróci i nie będzie już nic do spalenia.
Szedł w stronę Lasu Kabackiego. Wiedział, że tam są inni. Instynkt prowadził go lepiej niż HUD.
Przy wiacie śmietnikowej, przy Dereniowej, ktoś inny mógłby zauważyć wyżarzoną plamę na metalu. Nikt nie zauważył.
Na Kazurach, na ścieżce przy nasypie, ktoś inny mógłby znaleźć szary pył. Ktoś znajdzie. Uzna, że to wióry z tartaku, albo pył z remontu.
Nikt nie skojarzy.
Bo ludzie nie szukają popiołu tam, gdzie przed chwilą był człowiek.
Rudi szedł.
Ogień pod skórą przycichł. Ale nie zgasł. Czekał.
SYNCHRONIZACJA: 61%.
STATUS: W DRODZE.
CEL: SPOTKANIE Z DRUŻYNĄ.
NOTA: NIEKONTROLOWANY REZONANS — MONITOROWAĆ.
UWAGA: ŚWIADKOWIE ZOSTALI.
KONSEKWENCJE: NIEZNANE.
ROZDZIAŁ 6 — Redakcja, której nie było
Warszawa. Mokotów. Maj 1999.
Galder Grassfiord nie lubił miast.
Lubił przestrzeń. Lubił horyzont, który jest horyzontem, a nie ścianą z oknami. Lubił ziemię pod nogami, która jest ziemią, a nie warstwą asfaltu przykrywającą coś, o czym nikt nie chce wiedzieć. W Warszawie wszystko było za blisko siebie — budynki, ludzie, dźwięki, zapachy. Miasto nie dawało oddechu. Miasto było systemem, który zakładał, że człowiek nie potrzebuje oddechu, bo ma za to autobus i sklep spożywczy czynny do dwudziestej.
Wylądował przy skrzyżowaniu Puławskiej i Woronicza.
Nie wiedział, jak tu trafił. Skok był prawidłowy — cel: Imielin, maj 1999, koordynaty zgodne z resztą drużyny. Ale coś w węźle temporalnym skierowało go inaczej. Nie fizycznie. Fizycznie stał przy przystanku, z transponderami na plecach i Ingramem ukrytym pod płaszczem, który był za ciepły na maj, ale był jedynym, który miał.
Świadomość pojechała gdzie indziej.
SYNCHRONIZACJA: 22%.
SKOKI KOGNITYWNE: AKTYWNE.
LOKALIZACJA ŚWIADOMOŚCI: NIEZGODNA Z LOKALIZACJĄ CIAŁA.
OSTRZEŻENIE: RYZYKO DYSOCJACJI.
Zamknął oczy.
Otworzył.
Korytarz.
Wąski, z wykładziną w kolorze, który kiedyś był zielony, a teraz był kolorem zmęczenia. Po obu stronach drzwi, każde z tabliczką. Na jednej: REDAKCJA. Na drugiej: ARCHIWUM. Na trzeciej: SEKRETARIAT — PUKAĆ.
Przy ścianie stały metalowe szafki, szare, z numerami wybitymi w blachę. Przy oknie — na parapecie — stał ekspres do kawy. Srebrny, z pękniętym uchwytem po lewej stronie, zalutowanym taśmą izolacyjną. Kabel był za krótki na środek pokoju, więc stał przy oknie.
Znał to miejsce.
Nie z wizyty. Z wiedzy.
Wiedział, że w trzeciej szufladzie biurka pod oknem leżą dwie paczki papierosów — jedna otwarta, jedna nienaruszona. Wiedział, że ekspres robi kawę za gorzką i że nikt w tej redakcji nie mówił o tym głośno, bo nikt nie chciał być tym, który narzeka na kawę.
Wiedział, że na ścianie przy wejściu wisi kalendarz — rok 1982, czerwiec, zdjęcie Pałacu Kultury o zachodzie słońca.
Nigdy tu nie był.
Był tego pewien tak samo, jak był pewien swojego imienia i roku urodzenia. Nigdy nie chodził po tej wykładzinie. Nigdy nie otwierał szafki numer siedem. Nigdy nie pił tej za gorzkiej kawy.
A jednak znał układ pomieszczeń. Wiedział, że za drugimi drzwiami po lewej siedzi Halina — sekretarka, czterdzieści lat, włosy farbowane na rudo, wiecznie z kubkiem herbaty w dłoni. Wiedział, że Marek — dziennikarz sportowy — ma nawyk bębnienia palcem w blat i że tym bębnieniem doprowadza resztę do szewskiej pasji, ale nikt mu nigdy nie powiedział, bo Marek dobrze pisał i mieli termin.
Skąd to wiedział?
ANOMALIA TEMPORALNA: SKOK POZNAWCZY.
NOŚNIK: ŚWIADOMOŚĆ.
LOKALIZACJA KOGNITYWNA: REDAKCJA „GŁOSU MOKOTOWA I WILANOWA”, ROK 1982.
STOPIEŃ PEWNOŚCI: 100%.
STOPIEŃ DOŚWIADCZENIA: 0%.
Otworzył oczy.
Warszawa 1999 wróciła.
Tramwaj nr 17 podjeżdżał do przystanku, dzwoniąc. Kobieta z wózkiem omijała go z wyraźną irytacją kogoś, kto stoi w złym miejscu i nie ma o tym pojęcia. Galder wsiadł do tramwaju.
Bilet.
Nie miał biletu.
Przez sekundę zastanawiał się, czy to w ogóle problem w kontekście skoków temporalnych i wiedzy o redakcji sprzed siedemnastu lat. Konduktorka w granatowym mundurze szła w jego kierunku, trzymając w ręku dziurkacz i bloczek biletów w kratkę.
Galder sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza.
Miał tam fałszywy dokument wystawiony przez Kota — legitymację prasową „Tygodnika Powszechnego” z datą ważności na cały 1999 rok. Kot dawał każdemu z nich coś na wypadek kontroli. Rudi dostał prawo jazdy na nazwisko Gorczyński. Marie — legitymację lekarską. Piotr — identyfikator hakerski, którego nie mógł użyć, bo nie było jeszcze sieci. Galder dostał legitymację prasową.
Konduktorka spojrzała na dokument, na niego, na dokument jeszcze raz.
„Z nowych jesteście?”
„Tak”, powiedział Galder.
„Gdzie wysiada?”
„Mokotów. Redakcja.”
Skinęła głową, odbiła bilet kontrolny (którego nie kupił, ale który nagle pojawił się w bloczkowym wykroju — Galder nie pytał jak) i poszła dalej.
Wysiadł przy Woronicza.
Przed nim szyld na bloku: GŁOS MOKOTOWA I WILANOWA — REDAKCJA.
Drzwi były otwarte.
Wszedł.
Schody pachniały pastą do podłóg, papierosami i wilgocią z piwnicy. Na pierwszym piętrze — recepcja z panią w okularach, która podniosła wzrok znad maszyny do pisania.
„Do kogo?”
„Archiwum.”
„Drugie piętro, trzecie drzwi. Ale nie grzebać za długo.”
Galder skinął głową.
Na drugim piętrze korytarz rozwidlał się. Lewa strona — redakcja sportowa, prawa — ogłoszenia, wprost — archiwum. Wiedział to, choć nie powinien. Jego nogi szły same, jakby tę trasę przemierzały codziennie przez lata.
Archiwum było ciasne.
Regały sięgały sufitu, wypełnione segregatorami, teczkami, luźnymi kartkami. Przy oknie stało biurko, na biurku — komputer. ZX Spectrum. Model z 1982 roku. Kolor czarno-czerwony, klawiatura gumowa, monitor mały i kwadratowy.
Komputer był włączony.
Ekran migotał zielonkawą poświatą. Na środku — otwarty edytor tekstu. Linijka po linijce. Galder nie znał polskiego, ale HUD tłumaczył.
KOMPUTER: ZX SPECTRUM 48K.
NOŚNIK: DYSKIETKA 3 CALA.
ZAWARTOŚĆ: NAGŁÓWEK ARTYKUŁU. DATA: 14.06.1982.
TYTUŁ: „CZASOPRZESTRZEŃ WZNOWIONA. PROJEKT FUTURES PAST AKTYWNY.”
Galder zamarł.
To było to samo zdanie, które Piotr dostał w SMS-ie w 1999 roku. „CZASOPRZESTRZEŃ WZNOWIONA. PROJEKT FUTURES PAST AKTYWNY. JESTEŚ PIERWSZYM. RONIN — PRZYGOTUJ SIĘ NA NIE-MOŻLIWE.”
To zdanie napisano w tej redakcji w 1982 roku.
Ktoś to tu zostawił.
Celowo.
Galder nie myślał długo. Wyciągnął dyskietkę z napędu — małą, czarną, z etykietą, na której ktoś odręcznie napisał: „Dla Niedobitków. Głos Mokotowa. Nie usuwać.” Schował ją do wewnętrznej kieszeni płaszcza, obok Ingrama i bagnetu taktycznego.
Maszyna do pisania przy ścianie — Łucznik, 1980, polska produkcja. W walcu wciśnięta była kartka. Galder wyciągnął ją.
Tekst:
„Czarny Kot wie więcej, niż mówi. Anna nie jest jego wrogiem. Pytać go o Damę Pik. — podpis nieczytelny, wygląda jak inicjały: E.M.”
Galder złożył kartkę i schował do drugiej kieszeni.
SYNCHRONIZACJA: 45%.