E-book
17.34
drukowana A5
30.59
Nadżołnierz

Bezpłatny fragment - Nadżołnierz

Kryptonim: Drago Tom 1


Objętość:
183 str.
ISBN:
978-83-8189-583-5
E-book
za 17.34
drukowana A5
za 30.59

Ja: Nadżołnierz

Rozdział 1

Christina


Moja historia jest jak każda inna… A przynajmniej tak chciałabym powiedzieć.

Urodziłam się w Polsce, w dość sporym mieście, choć skąpanym bardziej w cieniu drzew niż ulicznym smogu. Wychowywała mnie mama i dziadkowie — mój biologiczny ojciec porzucił mamę, gdy dowiedział się o ciąży, a jego rodzice poparli tę decyzję.

Mama miała siedemnaście lat, gdy przyszłam na świat. Do tej pory, w głębi serca, dziękowałam jej za to, że mnie nie usunęła, że wychowali mnie wszyscy z miłością, a potem -gdy spotkała mojego ojczyma — i on obdarzył mnie tym samym uczuciem.

Tak więc, w wieku sześciu lat, miałam pełną, choć młodą rodzinę albowiem ojciec był tylko o rok starszy od mamy. Jak od początku mówił, pierwsze pokochał mnie, a potem mamę — kiedyś się z tego cieszyłam, lecz z biegiem lat zaczęłam się zastanawiać czy to wyznanie nie sprawiło, że mamie było przykro. Gdy po latach ją o to zapytałam, popłakała się i wyznała szczęśliwa, że gdyby tak nie było — gdybym mnie nie zaakceptował, a ja jego — nigdy by się nie pobrali.

Moje życie tak naprawdę zmieniło się dopiero wtedy, gdy poszłam do szkoły.

I zrozumiałam, jak bardzo nie pasuję do otaczających mnie ludzi.

Pierwsze przyjaźnie, pierwsze miłości… pamiętam, że jeszcze na początku było dobrze, lecz gdy skończyłam czternaście lat wszystko zmieniło się diametralnie.

Jak wspominałam nie odnajdywałam się pośród otaczających mnie ludzi. Wychowywałam się pośród dorosłych i wiele zachowań dzieci dookoła mnie było — mówiąc prosto — dla mnie dziwne.

Po co ciągnąć kogoś za włosy? Po co podstawiać nogę? Po co się z kogoś śmiać tylko dlatego, że był trochę inny i lubił jakąś rzecz?

Broniłam tych skrzywdzonych — chciałam by wszyscy byli szczęśliwi, by wszyscy się dogadywali.

Ale poza mną chyba nikt tego nie chciał.

Nim się zorientowałam, zostałam odsunięta od grupy i przestano się ze mną liczyć — co więcej, okres ten kojarzy mi się tylko z niekończącym bólem, stresem i płaczem. A potem alienacją by ochronić samą siebie.

Problem polegał na tym, że — choć chciałam być niewidzialna — wszyscy mnie widzieli, i chcieli patrzeć na to, jak załamana płaczę po kątach. Lub czekali na chwile, aż się postawię i by mogli wtedy zmieszać mnie z błotem. Teraz sądzę, że czuli się od tego silniejsi.

Tak więc — w wieku czternastu lat — zamknęłam się w sobie. Dopóki nie spotkałam pewnego chłopaka o imieniu Rey.

Doszedł do naszej klasy i od początku zwrócił moją uwagę. Był przystojny, miły i bardzo przyjacielski.

Jako jedyny wyciągnął do mnie rękę, ratował z trudnych sytuacji. Nie bał się jak inni, że zostanie odtrącony.

Nie obchodziło go to, co bardzo mi imponowało.

Do tej pory pamiętam, jak jednego dnia zaprosił mnie przy wszystkich do siebie, bym poznała jego rodziców.

Wszyscy byli w szoku, ja też — jednak zgodziłam się, bo część mnie wiedziała, że mimo iż jest przystojny i bardzo sympatyczny, to jest także bardzo silny i nic mi przy nim nie grozi.

To zaufanie zaskakiwało mnie, bo od lat nie ufałam nikomu — nie wierzyłam ludziom w swoim wieku.

Jedynie jemu.

To zaufanie sprawiło, że przyszłam do niego do domu, a on przedstawił mnie jako swoją najlepszą przyjaciółkę. Nie wiem dlaczego, ale wcale nie czułam się rozczarowana tym, że określił mnie tym słowem — jakaś część mnie doskonale wiedziała, że nie mam co liczyć na więcej.

Jednak tamtego dnia odkryłam, że wcale nie trzeba kochać by ufać bezgranicznie. Ani kochać by oddać komuś swoje życie.

Szczególnie wtedy, kiedy od dawna pragnęło się właśnie tego.

Umrzeć i nigdy nie wracać do tego świata.

Rozdział 2

Christina


Pamiętam to jak dziś. Odbywało się u niego spotkanie rodzinne — było tam ponad dwadzieścia osób, w tym my.

Bawiliśmy się świetnie. I to właśnie tam spotkałam mężczyznę, który odmienił moje życie na zawsze.

Samuel General — kiedy usłyszałam jego nazwisko zapytałam czy jest prawdziwym Generałem. Zaśmiał się na to, roztrzepał mi włosy i wyznał, że to świetna ksywka i chyba ją sobie przyswoi.

Obiad minął spokojnie — potem jednak wszyscy zaczęli rozmawiać, a że byłam jedyną obcą pośród nich to zasypywali mnie pytaniami.

Z powodu swojego wycofania bardzo się stresowałam i czerwieniłam, jednak Rey cały czas przychodził mi z pomocą i jakoś to poszło. Później słyszałam parę razy, że jestem słodka taka zawstydzona, przez co rumieniłam się zażenowana jeszcze bardziej.

Tak naprawdę nie wiem kiedy to cudowne spotkanie zmieniło się w horror.

Ktoś został niechcący pchnięty i upadł na szklany stół — ten rozbił się pod jego ciężarem, raniąc aż do krwi.

Od razu rzucono się by mu pomóc, lecz zdziwiło mnie to, że niektórych trzeba było siłą odciągać od rannego.

Nagle jedna z tych odciąganych osób wyrwała się trzymającemu… i rzuciła na rannego, wbijając mu zęby w szyję.

Przez moment stałam skamieniała, lecz wtedy pan Samuel potrząsnął mną i kazał uciekać jak najdalej.

W powstałym chaosie patrzyłam za Reyem, lecz mężczyzna spojrzał mi w oczy i ostrzegł, bym teraz się za nim nie oglądała i zwyczajnie uciekała.

Popchnął mnie do drzwi wyjściowych i powstrzymał kogoś przed podążaniem za mną.

Wybiegłam z budynku i — gdy byłam już kawałek od bloku — usłyszałam wyraźne strzały z broni, takie jak w filmach, ale o wiele głośniejsze.

Mieszkałam niedaleko, lecz bałam się iść do domu — nie wiem czemu, ale wbiegłam do lasku niedaleko ulicy, szukając w nim schronienia.

Siedziałam tam chwilkę, skulona przy drzewie, kiedy nagle usłyszałam znajomy głos:

— Znalazłem cię.

— Rey! — obróciłam się ucieszona… lecz moja radość zmieniła się w przerażenie.

Rey miał czerwone oczy i wielki kły.

— Uciekaj — poprosił mnie płacząc. — Nie zbliżaj się do mnie — lecz to on podchodził do mnie.

— Rey…

Obróciłam się, chcąc uciec, lecz nagle potknęłam się, padając kolanami na trawę i raniąc je aż do krwi.

Wtedy nie wytrzymał i rzucił się na mnie.

— Przepraszam — płakał. — Nie chcę tego… — złapał mnie za szyję. — Błagam, wyrywaj się!

Sama także zaczęłam płakać — zrozumiałam, że jego wampirza strona zwycięża, choć ten desperacko z nią walczy.

— Rey… jest dobrze — uśmiechnęłam się przez łzy i dotknęłam jego ręki. — Zabij mnie.

— Idiotka! — krzyknął, lecz nagle zaczął dyszeć, chyba od zapachu krwi. — Proszę… Proszę!

Jednak w tej chwili wbił zęby w moją szyję.

Ból był tak silny, że od razu straciłam przytomność.

Rozdział 3

Christina


Następne wspomnienie odkryłam dopiero niedawno. Przez tamto zdarzenie specjalnie zablokowano je w mej pamięci.

Obudziłam się w szpitalu. Pamiętałam leżącego obok mnie Reya i to, jak robiono mi transfuzję z jego krwi. Widziałam jak przez mgłę, ale dostrzegłam, że stoją obok nas jacyś dziwni lekarze, nadzorując cały proces.

I to, że pan Samuel patrzy na nas oboje — strach i nadzieja mieszały się na jego twarzy tak wyraźnie, że teraz, kiedy znów to pamiętałam, widziałam przed oczami każdą zmianę w jej rysach.

To było wspomnienie, które mnie zmieniło, zakopane w mojej głowie do czasu, aż się przebudziłam.

Pierwotnie pamiętałam, że obudziłam się normalnie, jak zwykle we własnym łóżku, we własnym pokoju — by potem w szkole usłyszeć przerażona, że Rey i jego rodzice nagle się wyprowadzili.

Zostałam sama, a moje cierpienie po stracie przyjaciela było nie do opisania.

Każdy dzień był dla mnie męką — nim skończyłam gimnazjum byłam wrakiem człowieka, który bał się ludzi w swoim wieku.

W liceum miałam nadzieję, że mi się uda, że poznam ludzi, którzy zmienią mój sposób myślenia o innych.

Lecz byle przytyk mnie ranił i pewnego dnia zwyczajnie się załamałam — miałam wtedy ledwo siedemnaście lat.

I, jak się okazało, tamten okres — czas mojego załamania — nie tylko zadecydował o mojej przyszłości…

Lecz i moim życiu.

Ponieważ był to ostatni test. Ostatni test mający na celu stwierdzić czy się nadaję, czy też umrę jak wszyscy moi poprzednicy poddani eksperymentowi.

Eksperymentowi o nazwie „Nadżołnierz”.

Rozdział 4

Christina


Moja psychika została mocno wyniszczona przez innych jeszcze zanim spotkałam Reya — zanim mnie zaatakował.

To przez to włóczyłam się z rodzicami od psychologa do psychiatry, którzy — mówiąc szczerze — nie potrafili mi pomóc.

Jednak tamto wydarzenie — wydarzenie, kiedy miałam zaledwie czternaście lat -sprawiło, że nie tylko nie mogli mi pomóc.

Lecz i nie byli wstanie.

Jak dowiedziałam się po ostatecznym „wybudzeniu”, Rey oddał mi swoją krew dobrowolnie — krew Wampira. Autentyczny lek w uzdrawianiu ludzi z najgorszych chorób i ran. Jednak tylko dobrze przygotowana potrafiła nas ratować bez ryzyka uśmiercenia nas.

Jak się okazało Rey, wbijając mi tamtego dnia kły w szyję, niemal mnie zabił, trafiając w najgorsze możliwe miejsce. Generał, który go ze mnie zrywał po mojej utracie przytomności, zatamował ranę właśnie dzięki spreparowanej Wampirzej krwi.

Lecz straciłam jej zbyt wiele, a że moja krew była dość rzadkiego oznaczenia, nie było czasu do stracenia.

Rey, wybudzony z głodu krwi, błagał go by pozwolił mu oddać mi krew.

Nie mieli wyboru. I tak otrzymałam krew prosto ze źródła — krew, która mogła mnie zabić tak samo jak innych lub sprawić, że zwyczajnie oszaleję od niej.

Jednak mój umysł i tak był wyniszczony — w pewien sposób całkowicie inny niż zwykłego człowieka.

Od zawsze inaczej patrzyłam na świat — wyobraźnia była moją najsilniejszą bronią. Przez to wszystko, co mi się przydarzyło od pierwszego dnia szkoły, miałam dość silne skłonności autystyczne, nad którymi w pewien sposób potrafiłam nawet zapanować. Teraz wszyscy podejrzewamy, że był to decydujący element, dzięki któremu — po podaniu nieprzygotowanej do tego Wampirzej krwi — zwyczajnie nie oszalałam.

Od tamtego dnia, nawet o tym nie wiedząc, byłam monitorowana i kontrolowana przez rząd oraz człowieka, który zajmował się eksperymentem o nazwie „Nadżołnierz”.

Byłam jedyną i najmłodszą dziewczyną, jaka została temu poddana. Napojenie mnie krwią wampira, na dodatek po przebudzeniu bez oznak szaleństwa, sprawiło, że postanowiono poddać mnie dalszym próbom.

Nie miałam o nich pojęcia — wszystkie były dla mnie snem.

I to dosłownie.

Jak się dowiedziałam, każdej nocy wprowadzano mój mózg w różne fazy, rejestrując zachowanie zarówno ciała, jak i umysłu.

Potem, gdy się budziłam, pamiętałam te dziwne sny, lecz tak naprawdę nie pamiętałam najważniejszego — tego, jaki był ich cel.

W ten sposób przeszłam prawdziwe szkolenie wojskowe. Wpojono mi działanie maszyn i to, jak łamać komputerowe kody. Jak trzymać broń, pilotować różne maszyny.

W ciągu dnia czułam się jak każda, wyobcowana nastolatka, pogrążona w coraz większym mroku — jednak nocą wpajano mi i mojemu ciału zachowania do oporu… aż nawet ten przestał istnieć.

W ten sposób odkryto prawdę na temat ludzkiego umysłu.

Prawdę, że jego umiejętności, ilość przyswajanych danych… tak naprawdę nie ma żadnych granic.

Kiedy mój umysł przeszedł i tę próbę, znów zaczęto obstawiać, jak długo wytrzymam.

Czy dotrwam do końca zaplanowanego szkolenia? Czy dam radę wytrzymać wszystko?

Jak się potem dowiedziałam, Generał w pewnej chwili chciał przerwać cały proces, obawiając o mój umysł. Byłam coraz słabsza i lękał się, że z powodu przeciążenia mogę zwyczajnie umrzeć i wszystko pójdzie na marne.

Ludzie z rządu jednak nalegali — chciano by istniał choć jeden Nadżołnierz, istota zdolna właściwie do wszystkiego. I oczywiście taka, nad którą będę mogli panować, kierując jej zachowaniem.

Jednak, kiedy w końcu poszłam do liceum, załamałam się i Generał wpadł w rozpacz — nadzorował mnie od początku, sam stworzył cały proces. Jednak ja nie byłam nawet w planach — byłam słabą nastolatką, która pragnęła tylko być potrzebna i by ktoś ją kochał.

Moje załamanie tak naprawdę doprowadziło do tego, że zniszczył całą dokumentację na temat projektu i upozorował to w taki sposób by myślano, że Musiał to zrobić. Raport, który po latach poznałam mówił, że inne nacje chciały infiltrować i przejąć recepturę. Generał zniszczył wszystko w obawie, że inne narody stworzą własnego Nadżołnierza i każą mu zniszczyć bądź przejąć nasze państwo.

Teraz to wiedziałam, lecz wtedy nie.

Byłam strzępkiem człowieka, który nie wierzył w siebie, był niedowartościowany i mimo że kochał bliskich to nie mógł pogodzić się ze swoim życiem.

Moje załamanie trwało dwa tygodnie.

Dwa tygodnie… po których mój umysł zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał.

Bo zwyczajnie się pozbierał.

Rozdział 5

Christina


Minęło kilka lat, a ja coraz lepiej sobie radziłam. To, co było dla mnie nieosiągalne jako nastolatce, w końcu stało się dla mnie możliwe. Brakowało tylko jednego.

Nie miałam przyjaciół, przez co nie miałam zbyt wielu powodów by wychodzić. Nienawidziłam imprez, więc to też odpadało.

Pewnego dnia, z czystych nudów, wybrałam się do miejscowej biblioteki. Zazwyczaj pochłaniałam książki masowo i uwielbiałam je szukać w sieci i kupować, ale tak się nudziłam w domu, że uznałam, iż wyjdę — choćby tylko po to by się przejść.

Co dziwne, kiedy doszłam na miejsce, okazało się, że biblioteki już tam niema. Za to jak przeczytałam szyld…

Co tu się stało u licha!?

— Strzelnica? — aż rozdziawiłam usta. — Ona w ogóle była w planach? — zapytałam sama siebie na głos.

Zawsze chciałam iść na strzelnicę. Uwielbiałam kryminały i filmy policyjne — na równo co romanse paranormalne — i marzyłam by móc chociaż raz strzelić.

Niestety, choć miasto było spore, takich rzeczy w nim nie było.

A przynajmniej do tej pory…

— Wchodzi pani? — usłyszałam i spojrzałam w bok, na drzwi wejściowe.

Ujrzałam faceta — ponad dwa metry wzrostu z okładem — w ciemnych okularach i kapeluszu z szerokim rondem w kolorach moro.

Kiedy go ujrzałam, w mojej głowie ukazało się jakieś niewyraźne wspomnienie… ale te zaraz znikło, aż wplotłam rękę we włosy.

Mężczyzna przechylił głowę i spytał:

— Wszystko dobrze?

— Tak. Poczułam tylko kłucie w głowie. Sam pan wie, jak to jest — rzekłam z uśmiechem, a ten podszedł do mnie…

Zaskoczona poczułam, jak czochra moje długie do ramion, ciemnoblond włosy.

— Wiem — odparł i zapytał nagle: — Co powiesz na to by spróbować swoje siły?

— Ale że ja?

Uśmiechnął się serdecznie.

— Innej ślicznotki tu niema.

Kiedyś na takie zaczepki reagowałam nieufnością, ale po tamtym załamaniu zaczęłam patrzeć na siebie inaczej. Dalej nie uważałam się za piękność, jednak sądziłam, że pomalowana wyglądam całkiem-całkiem i że mogłam się podobać.

Uśmiechnęłam się i powiedziałam:

— Dzięki za komplement, ale nie sądzę…

— Cykasz się?

Gwałtownie się wyprostowałam. Zwykle tego typu zaczepki mnie nie ruszały — miałam w nosie opinie innych i nawet nie raz odpowiadałam na nie bez lęku „może i tak” by potem zwyczajnie odejść.

Duszy hazardzistki też nie miałam — rywalizacja i zakłady… Głupota. Nigdy nie rozumiałam, jak można być tak durnym i dawać się wkręcać w coś takiego.

Jednak kiedy on to powiedział i to w takim kontekście… cholernie mnie to ubodło.

— Nie boję się — skrzyżowałam ramiona na piersi. — Zawsze chciałam spróbować.

Uśmiechnął się i wszedł do środka ze słowami:

— To zapraszam.

Stałam chwilkę zirytowana. Czemu tak mnie to wkurzyło? Nawet jako nastolatka z takich sytuacji wychodziłam zwycięsko, nie dając nikomu satysfakcji — tymczasem teraz miałam ochotę coś mu udowodnić.

Tylko co? — zamyśliłam się i ten nagle wyjrzał za mną, wychylając głowę z wnętrza budynku.

— Chodź mała. Mamy dziś spory ścisk, ale coś dla ciebie znajdę — i wrócił do środka.

Chwilę się wahałam… ale w końcu wzruszyłam ramionami i poszłam za nim. Raz kozie śmierć… no i w końcu wezmę broń do ręki, jak jakiś glina.

Czekał na mnie w środku, gadając z kimś z obsługi.

— Wpuśćmy tę małą do strzelnicy numer siedem.

„Siedem”? — pomyślałam i ucieszyłam się w duszy. Siódemka była moją liczbą szczęścia — może i teraz przyniesie mi coś dobrego?

Tamten jednak zaczął niepewnie:

— Siódemka? Ale szefie…

Zaraz. Szefie?

— Da sobie radę. Coś czuję… — i spojrzał w moja stronę. — Że ta mała da nam niezłe widowisko.

Tamten wtedy spoważniał, wpisał coś do komputera i powiedział:

— W siódemce są teraz Astro, Kiba i Shadow.

— Idealnie — stwierdził „Szef” i powiedział do mnie: — Chodź maleńka.

Ruszył korytarzem, a ja zaraz zrównałam się z nim, pytając z ciekawością:

— Co jest takiego wyjątkowego w siódemce?

— Zobaczysz — wyznał z uśmiechem. — Co do tamtej trójki to nie martw się w razie czego ich opinią. Są dość nieufni wobec obcych.

Zamrugałam zaskoczona i nagle poczułam, że muszę zapytać:

— Czy te trzy nazwy to ksywki?

— Tak. Oznaczają…

— Podejrzewam, że „Shadow” to z angielskiego „Cień”, Kiba to po japońsku „Kieł” a Astro… hmm… kojarzy mi się Disneyem.

Od razu wybuchł śmiechem.

— Tak, to ten. Choć my traktujemy tę ksywkę odrobinę inaczej….

— Jakby… Z astronomii? — zapytałam, a ten wyszczerzył zęby w uśmiechu.

— Mądra dziewczyna.

Zaprowadził nas do jakichś drzwi i otworzył je, wpisując kod.

— Niezłe zabezpieczenia jak na starą bibliotekę — zauważyłam, na co ten przyznał:

— Tak. Sporo zainwestowałem w ten budynek.

Przechyliłam głowę.

— Czyli na serio jest pan właścicielem.

— Tak. Właścicielem i szefem. Choć preferuję inną ksywkę.

— Jaką?

Drzwi otworzyły się i ujrzałam uśmiech. Wchodząc wyznał mi:

— Powiem ci jak lepiej się poznamy.

Czy on mnie podrywał?! Ale był chyba z piętnaście lat starszy!

Otrzepałam się lekko — to w sumie tłumaczyło, dlaczego tak swobodnie się przy nim czułam. Nie przepadałam za bardzo za ludźmi w swoim wieku…

— Chłopaki, mamy tu damę, która chce nauczyć się strzelać.

Z boksów wyszło trzech facetów… a ja poczułam się tak, jakbym połknęła język.

Jeden miał ciemnokasztanowe włosy do ramion, które — u innego faceta — chyba bym znienawidziła, bo według mnie faceci wyglądają koszmarnie z długimi włosami.

Jednak — na jego widok — miałam ogromną ochotę zmienić zdanie.

Drugi był niemal tak wysoki jak mój przewodnik — był mocniej zbudowany niż ten z długimi włosami, choć ten także był pięknie umięśniony pod białą koszulą. Ten wyższy miał za to krótkie, kręcone, czarne włosy i wyraźnie uśmiechające się piwne oczy.

Trzeci był blondynem, a jego widok….

Moja myśl urwała się, gdy na mnie spojrzał.

Ja… byłam pewna, że go skądś znam…

— Maleńka chciałbym ci przedstawić stałych bywalców siódemki. Ten w białym to Kiba.

— Hej — wychrypiał, przechylając lekko głowę.

Był wyraźnie zaintrygowany, a jego ruch skojarzyło mi się z… Cóż, z psem. „Kiba” było moim zdaniem idealnym przezwiskiem.

— Ten szczerzący się jak idiota to Astro.

— Sam jesteś idiotą — rzekł z uśmiechem i podszedł do mnie, wyciągając dłoń. — Witam mademoiselle.

Nie wiem czemu, ale prychnęłam śmiechem i złapałam jego dłoń.

— Nie jesteś francuzem — stwierdziłam, a ten, nadal szczerząc zęby, zapytał:

— Nie?

Pokręciłam głową.

— Brakuje ci akcentu.

— Znasz francuski? — zapytał nagle właściciel, a ja wyjaśniłam:

— Uczyłam się go od czwartej klasy podstawówki. — Zaraz jednak dodałam, lekko zażenowana: — Jednak po szkole w ogóle go nie używałam i nie pamiętam niczego.

— Może i nie jestem Francuzem — wyznał wtedy Astro i skłonił z galanterią. — Ale takiej słodkiej piękności z chęcią poprzypominam to i owo.

Znów zachichotałam.

— Rozważę to, dzięki.

Kiedy się odsunął ujrzałam tego trzeciego.

Miał na sobie czarną koszulę i czarne spodnie z materiału. Był dość elegancki… Ale z całej trójki sprawiał najgroźniejsze wrażenie.

Jednak… dlaczego nie czułam niepokoju, pomimo bycia w tej małej salce z czterema, naprawdę wielkimi, przystojniakami?

— Shadow — przedstawił się, wyciągając do mnie dłoń.

Złapałam ją… i ujrzałam zmianę w jego oczach.

— Czy my… — zaczęłam, nim się połapałam. — Nie poznaliśmy się kiedyś?

Na moje słowa zamrugał jakby w zwolnionym tempie, po czym wyznał:

— Cóż… jeśli się poznaliśmy…. — nagle spojrzał na właściciela. — To z pewnością sobie o tym przypomnimy.

Rozdział 6

Christina


Przez pewien czas obserwowałam, jak chłopcy strzelają. Byli świetni, a obserwując to, co się dzieje, zrozumiałam, czemu ta sala jest tak nietypowa.

Choć, jeśli miałam być szczera, o czymś takim czytałam jedynie w książkach, na dodatek dość futurystycznych.

— Myślałam… — zaczęłam w pewnej chwili, gdy właściciel usiadł naprzeciw mnie przy stole, który znajdował się zaraz przy ścianie. — …że tego typu sale istnieją tylko w książkach lub filmach.

— Cóż… Przedstawia się je jako bardzo nowoczesne, prawda? Wirtualne postacie pojawiające się znikąd i strzelające do osoby w pomieszczeniu… Wyznam ci, że rząd od dawna ich używa, lecz od pewnego czasu postanowiono zacząć je wprowadzać to użytku publicznego. To, co widzisz, to pierwsza taka strzelnica w Polsce, przeznaczona dla ludzi z zewnątrz.

Zamrugałam zaskoczona.

— I zrobiono ją tutaj zamiast w stolicy?

Ujrzałam lekki uśmiech.

— Zrobiono ją tutaj z konkretnego powodu. Nasz rząd szuka uzdolnionych ludzi — chcą ich zwerbować do pracy… jednak — zaczął nagle. — Ja już nie pracuję dla nich.

— Nie?

— Nie — przyznał. — Przestało mi się to podobać. Dlatego stworzyłem coś własnego.

Milczałam, obserwując go.

— Nadal współpracuję z rządem, a właściwie rządami — wyznał mi. — Uważam, że mamy dość waśni na świecie. Zbyt wielu ludzi cierpi przez niesnaski władców, którzy pragną więcej władzy niż dobra ogółu.

Zapytałam:

— Czy pan… mówi o ludziach, którzy wywołują wojny?

Patrzył przed siebie, na to, jak strzela tamta trójka… lecz moje oczy, skryte za okularami korekcyjnymi, widziały coś innego.

Cień jego tęczówki przesuniętej za ciemnymi okularami w moją stronę.

— Tak. Opinia publiczna niby o tym mówi, jednak ludzie to bagatelizują mając nadzieję, że pokój będzie trwać. Są jednak rzeczy, które pchają ludzi do walk między sobą. Wiesz, co to może być?

— Władza. Pieniądze… Powiedziałabym też seks, ale — jak ma się pierwsze lub drugie — to trzecie zwykle przychodzi z łatwością.

— Tak… zawsze znajdzie się ktoś, kto odda duszę diabłu, jeśli to ustawi go do końca życia.

— „Wszystko jest na sprzedaż” — zacytowałam. — To słowa z jednej z moich ulubionych, starych piosenek. Mówi ona o tym, że nieważne, jak bardzo ludzie pragną by było inaczej, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał płacić.

— To prawda. Bo taka, niestety, jest ludzka natura. Ludzie przekupują się. Sprzedają innych, kupują pozostałych. To ciąg… którego nie można przerwać.

— Tak — przyznałam mu rację, choć jej nie znosiłam. — Ludzie to w zasadzie bardzo ograniczone istoty — zauważyłam, patrząc, jak tamci strzelają. — Większość nie widzi niczego poza sobą i własnymi pragnieniami. Udają, że robią coś dla kogoś, lecz ich pomoc rzadko jest bezinteresowna.

— Nie pochwalasz tego? — ujrzałam, że siada przodem do mnie, opierając łokcie o stół i podpierając brodę rękoma.

Musiałam się chwilkę zastanowić.

— Kiedyś… powiedziałabym, że nie.

— A teraz?

— Teraz…

To było takie dziwne. Zawsze miałam analityczny umysł, lecz nikt nie lubił, gdy się włączał — zwykle twierdzono wtedy, że „zaczyna się wywód” i zamykano mnie, nim choćby zaczęłam mówić.

To miłe, kiedy ktoś — tak jak ty — lubi rozmawiać w ten sposób… i na dodatek chce wysłuchać twojego zdania.

— Teraz uważam, że jest to coś, od czego nie można uciec. Bezinteresowność według mnie istnieje, ale prawda jest taka, że wywołuje ona często coś w rodzaju łańcucha, nad którym ta osoba nie ma panowania. Jeden uczynek cięgnie za sobą nie tylko jakiś efekt, lecz i wiele konsekwencji pobocznych, które często zmieniają życie osoby bezinteresownej. Innymi słowy, to co dajesz, może do ciebie wrócić. W ten sposób stajesz się interesowny nawet o tym nie wiedząc, przyjmując konsekwencje swoich dawnych działań.

Ujrzałam, jak ten zaczyna się uśmiechać.

— Jesteś fascynująca.

Zamrugałam zaskoczona i lekko się zarumieniłam.

Uśmiechnęłam się jednak mimo tego i wyznałam z uśmiechem:

— Nie przeczę.

Parsknął śmiechem.

— To co — zaczął nagle. — Gotowa do swojej pierwszej próby?

Spojrzałam do pokoju projekcji.

— Raczej nie chcę tam wchodzić. Ja naprawdę nigdy nie trzymałam broni w ręku, a co dopiero w czymś takim. Zrobię z siebie debilkę.

— W takim razie… — wstał. — Zaczniemy od czegoś innego.

Zaprowadził mnie do boksów z boku pomieszczenia, które wcześniej zajmowali tamci trzej.

Każdy zawierał inny rodzaj „tarczy”, a w ostatnim była zwykła, okrągła, taka jak chyba w każdej podstawowej strzelnicy.

— Sądzę, że ten model jest dobry na pierwszą próbę — wyznał i podał mi niewielki pistolet.

Wzięłam go do ręki i — chyba machinalnie — zważyłam w dłoni.

— Coś nie tak?

— Yyy — zaczęłam zmieszana. — Myślałam…

— Co? — Spojrzałam na broń niezdecydowana.

— No dobra, powiem panu. To coś… — uniosłam broń dwoma palcami jak szmatę do podłogi. — Jest cholernie lekki, czuję się jakbym trzymała powietrze. Wolałabym chyba coś trochę konkretniejszego…

O dziwo uśmiechnął się.

— To może sama sobie coś wybierzesz? — i wskazał kilka włożonych w półeczkę modeli.

Widziałam tylko kolby… jednak — trochę zdziwiona sama sobą — poczułam, jakby moje ciało ruszyło się samo, wyciągając drugi pistolet od prawej.

O cholera.

— I jak leży? — zapytał, a ja wyznałam, uśmiechając się szeroko:

— Idealnie — i jednym ruchem wycelowałam w tarczę. — O cholera. Ale super — stwierdziłam podjarana.

— Skoro to takie super, to śmiało — zachęcił, na co stwierdziłam:

— No dobra, ale coś podejrzewam, że nawet nie trafię w tarczę.

I strzeliłam. Bez wahania, co mnie odrobinkę zaskoczyło. Wszędzie, gdzie czytałam, ci, co pierwszy raz trzymają w ręku broń, mają zwykle chwilę zawahania, tymczasem ja czułam się tak, jakbym trzymała spluwę od maleńkości.

Zmarszczyłam brwi i strzeliłam jeszcze trzy raz, po czym zaskoczona spojrzałam na broń.

Czyżbym była jeszcze bardziej walnięta niż myślałam?

— Teraz drugi boks — i pociągnął mnie, nim choć spojrzałam na tarczę.

— Ej, co pan…. — ustawił mnie przed tarczą z sylwetką człowieka.

— Teraz tutaj.

— Mam strzelać… do tego?

— Aha — przyznał. — Celuj w dwa najważniejsze miejsca witalne — poinstruował, a ja pomyślałam zwyczajnie „no dobra”.

Wykonałam dwa strzały, a ten od razu obrócił mnie i wcisnął do ostatniego boksu.

Zamrugałam na widok tarczy… po czym spojrzałam na niego, próbując ukryć irytację. Czułam jednak, że mój uśmiech zmienia się w jakiś grymas.

— Mam strzelać do tej uśmiechniętej buźki?

— Tak — przechylił głowę. — Przyjrzyj się jej i strzelaj.

Czując, że drga mi powieka, spojrzałam na uśmiechniętą mordę przed sobą.

— Co ty na to… — nagle wyszeptał mi do ucha. — By poprawić jej ten zadowolony uśmiech?

Moja ręka zadziałała sama.

Wykonałam pięć strzałów, aż nagle tamci trzej wyrwali mnie z jego łap.

Astro trzymał mnie mocno, przyciśniętą do swojego wielkiego ciała, Shadow przypierał właściciela strzelnicy do ściany, a Kiba… Wybałuszyłam oczy, gdy zaczął mnie wąchać.

— Generale wystarczy — stwierdził Shadow, a mi na dźwięk tej ksywki zamarły wszystkie zmysły. — Co to ma być? Przecież to niemożliwe — kim ona jest?!

— Znasz odpowiedź równie dobrze, jak ja — powiedział znudzony i gdy Shadow spojrzał na mnie z niedowierzaniem ten odepchnął go i poprawił kołnierz koszuli.

Shadow patrzył na mnie jak na jakąś zmorę albo ducha.

— O co wam chodzi? — zapytałam, próbując się wyrwać. — Czemu trzymacie mnie jak jakiegoś stwora?

Wtedy odezwał się Kiba, który obwąchał chyba każdy fragment mojego ciała.

— Ona nie jest Wampirem ani Zmienną. Pachnie jak zwykły człowiek.

Wybałuszyłam oczy.

— Jestem człowiekiem do cholery — wkurzyłam się. — Za to ty zachowujesz się jak jakiś wilk albo coś.

Zesztywniał okropnie.

— Jak mnie nazwałaś?

— Zachowujesz się jak jakiś wilk — powtórzyłam, a ten nagle nachylił się mocno do mojej twarzy.

— Czemu nie pies?

Prychnęłam zniesmaczona.

— „Kiba” to po japońsku Kieł. Poza tym… oglądałam anime z wilkiem o takim imieniu, także samo mi się nasuwa — wymamrotałam końcówkę czerwona.

— Anime… — powtórzył i wtedy trzymający mnie Astro zaczął się śmiać jak idiota.

— O matko! Rozgryzła cię w trzy sekundy! — i rżał dalej.

— Stul mordę ty chodzący nastraszaczu włosów.

Kiedy tu usłyszał zamilkł, a ja zaskoczona poczułam, jak włosy na ciele stają mi dęba.

Poczułam od niego dziwną energię — nie umiałam tego inaczej nazwać. I nagle — bez jakiegokolwiek ostrzeżenia poza tym uczuciem — na jego trzymającej mnie ręce zaczęły pojawiać się widoczne dla oka wyładowania elektryczne.

— Jezu, wyłącz się! — spanikowałam, a ten od razu zamarł i zdołałam się wyrwać. — Kim wy jesteście u licha i czego ode mnie chcecie? Nic nie zrobiłam!

— Zrobiłaś więcej niż sądzisz — usłyszałam i spojrzałam na właściciela… na Generała, który podał mi trzy tarcze, do których musiałam strzelać.

Kiedy je przejrzałam wypadły mi z rąk.

— To niemożliwe — powiedziałam zszokowana. — To nie te tarcze!

— Możesz wierzyć lub nie… lecz to one — stwierdził poważnie. — Co więcej… stać cię na znacznie więcej.

— Kim ty jesteś? — zapytałam cicho. — Kim wy wszyscy jesteście?

— To, tak naprawdę, sprawa drugorzędna — wyznał mi spokojnie. — Prawdziwe pytanie brzmi… Kim jesteś Ty?

— Ja? — zapytałam. — Jestem Christina Dark, pisarka i osoba pytająca, co tu się do cholery dzieje?

— Wiem, że to ja powinienem ci powiedzieć, jednak… — obrócił się i ujrzałam, że patrzy na tego blondyna, który zaciskał dłonie w pięści, mając na twarzy wyraźne oznaki poczucia winy. — Jest tu ktoś, kto sam chce ci wszystko wyjaśnić.

Wtedy Shadow podszedł do mnie… I nagle padł na kolana ze łzami w oczach.

— Przepraszam Chris — powiedział, a ja poczułam się tak, jakbym walnęła łbem o beton.

Cofnęłam się gwałtownie, lecz — nim padłam na tyłek — podtrzymał mnie Astro.

— Czyli ty na serio ją znasz? — zapytał go Kiba, a tamten wyznał:

— Tak — jego głos drżał. — Znam… bo to przeze mnie jest taka jak teraz.

Zamrugałam i w mojej głowie ukazał się chłopak… bardzo mi bliski… który zniknął z mojego życia wiele lat temu.

Stanęłam na własnych nogach i wypowiedziałam imię, które nie mówiłam od lat:

— Rey?

Nie patrząc na mnie pokiwał głową.

— Nie wierzę… to na serio ty!

I — tak jak kiedyś — padłam przed nim na kolana i przytuliłam z całego serca.

Wyczułam jego szok i nagle pojęłam, że zapadła kompletna cisza.

— Ja… — zażenowana puściłam go i nie patrząc w jego stronę wyznałam: — Wybacz, dawno cię nie widziałam i… tak samo wyszło.

— Jak? — zapytał nagle i ujrzałam, że patrzy na Generała. — Mówiłeś, że jej ciało będzie wyczuwać zagrożenie!

— Bo wyczuwa.

Ledwo to powiedział, a ja poczułam na karku paskudny dreszcz — nawet nie wiem kiedy odskoczyłam.

W miejscu, gdzie stałam, pojawiła się kula po pocisku — ktoś do mnie strzelił!

— Odbiło ci?! — pisnęłam, patrząc na Generała, który o dziwo uśmiechnął się.

— Tak jak sądziłem. Wystarczyło dać ci do ręki broń by twoje ciało sobie przypomniało.

— O czym ty…

Poderwałam się i błyskawicznie znalazłam w pokoju z hologramami.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 17.34
drukowana A5
za 30.59