E-book
20.48
drukowana A5
37.71
Nacjonalistyczne oblicze Majdanu

Bezpłatny fragment - Nacjonalistyczne oblicze Majdanu

Wybór publicystyki z lat 2012—2015


Objętość:
302 str.
ISBN:
978-83-8104-633-6
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 37.71

Po raz pierwszy od czasów Reagana USA prą do światowego konfliktu. (…) Jak wcześniej Irak czy Afganistan, Ukraina została przekształcona w park rozrywki dla CIA, prowadzony osobiście przez dyrektora agencji Johna Brennana

John Pilger, The Guardian, 2014

Sojusz z pogrobowcami Bandery, którzy zdominowali Majdan, to najgorszy alians dla Polski jaki sobie można wyobrazić

Marek A. Koprowski, 2014

Wstęp

Niniejsza książka zawiera zbiór moich artykułów z lat 2012—2015 poświęconych renesansowi tzw. integralnego nacjonalizmu ukraińskiego w kontekście przewrotu politycznego na Ukrainie.

Wbrew temu co twierdzi proamerykańska i prokukraińska propaganda, rozpowszechniana m.in. przez polskie media, nacjonalizm ukraiński w wydaniu banderowskim nie jest marginesem życia politycznego pomajdanowej Ukrainy. Wręcz przeciwnie. Retoryką skrajnego nacjonalizmu posługują się wszystkie liczące się siły polityczne pomajdanowej Ukrainy. Potwierdził to m.in. ukraiński socjolog Wołodymyr Iszczenko, pracujący na Uniwersytecie Narodowym „Akademia Kijowsko-Mohylanska”. W wywiadzie dla brytyjskiego dziennika „The Guardian” stwierdził on, że mówienie o utracie znaczenia przez neobanderowców na podstawie braku sukcesu wyborczego partii „Swoboda” jest „krótkowzroczne i formalistyczne”. Retoryka i działania wielu polityków przedstawiających się jako centrowi, a nawet liberalni znacząco bowiem uderzają w nuty szowinistyczne, czym udało im się pozyskać elektorat nacjonalistyczny. Potwierdzeniem słuszności tej opinii jest przyjęcie 9 kwietnia 2015 roku przez ukraiński parlament — w którym wedle tzw. wiodących polskich mediów nie ma banderowców — ustawodawstwa heroizującego Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię oraz przewidującego sankcje karne za przypominanie ich zbrodni. Zdaniem Iszczenki „wyraźnie widoczna obecność skrajnej prawicy na Majdanie była jednym z czynników, przez który protest ten nie przerodził się w prawdziwie ogólnonarodowy ruch przeciw Janukowyczowi. Jednocześnie, obecność ta przygotowała grunt pod wojnę domową” (cyt. za: kresy.pl, 16.11.2014).

Nacjonalizm ukraiński był i jest przede wszystkim antypolski. Z dzisiejszej perspektywy historycznej można stwierdzić, że był to — i mimo taktycznego wyciszenia retoryki antypolskiej w 2014 roku — nadal jest najbardziej antypolski nurt polityczny w historii. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów wydała państwu polskiemu wojnę na śmierć i życie już na początku lat 30. XX wieku. Struktury OUN prowadziły przeciw II Rzeczypospolitej działalność terrorystyczną, eskalując i brutalizując ją w taki sposób, żeby ściągnąć represje na ludność ukraińską, a tym samym storpedować możliwość jakiegokolwiek kompromisu polsko-ukraińskiego. Szowiniści ukraińscy brali udział w niemieckiej napaści na Polskę w 1939 roku, tak jak i brali udział w niemieckiej agresji na ZSRR w 1941 roku. Następnie w latach 1943—1944 dopuścili się ludobójstwa na Polakach z Wołynia i Małopolski Wschodniej, które pochłonęło co najmniej 130 tys. ofiar. Ze względu na niezwykle barbarzyński charakter tego ludobójstwa Ryszard Szawłowski określił je jako genocidum atrox (ludobójstwo okrutne, zwyrodniałe). Okrucieństwo tych zbrodni jest porównywalne tylko z okrucieństwem chorwackich ustaszy. Nie ma natomiast porównania ani ze zbrodniami niemieckim ani z sowieckimi.

Wydawałoby się, że te fakty historyczne powinny zniechęcać polskie elity polityczne do jakiejkolwiek współpracy politycznej z Ukrainą odwołującą się do tradycji tzw. integralnego nacjonalizmu ukraińskiego. Tak niestety nie jest. Powszechnie uważa się, że polska polityka wschodnia po 1989 roku ma swoje źródła w linii politycznej Jerzego Giedroycia, którego alians z nacjonalistami ukraińskimi jest najbardziej znany. Być może jednak elity polityczne III i IV RP realizują linię polityczną Mykoły Łebedzia — prowidnyka OUN-B, odpowiedzialnego za ludobójstwo wołyńskie, a także wpływowego agenta CIA, który w latach 80. XX wieku postulował włączenie polskich antykomunistów do antysowieckich działań firmowanych przez neobanderowców. Przykłady takiej współpracy banderowców z opozycją polityczną w PRL są znane (m.in. z Konfederacją Polski Niepodległej na forum Światowej Ligi Antykomunistycznej).

Polska aktywnie popierała zarówno „pomarańczową rewolucję” jak i „Euromajdan”, przyczyniając się w tym drugim przypadku do wejścia neobanderyzmu na główną scenę polityczną Ukrainy. Robiła to i robi nie w imię polskiej racji stanu, która definiowana przez odwoływanie się do dawnych koncepcji prometeizmu miałaby polegać na odpychaniu Rosji od Europy, ale w imię amerykańskiejpolityki globalnej. Popierając przewrót kijowski 2014 roku i jego następstwa Polska weszła nie tylko w ostry konflikt z Rosją, ale stała się liderem antyrosyjskiej nagonki w Europie, ponosząc wszelkie negatywne skutki tych działań. Proukraińskim działaniom, zarówno obozu rządzącego jak i głównej partii opozycyjnej, towarzyszy bagatelizowanie problemu renesansu nacjonalizmu ukraińskiego oraz lekceważenie pamięci o ofiarach ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Polityka polska na kierunku ukraińskim (a także białoruskim, litewskim i rosyjskim) ma więc charakter antypolski. Jest to przede wszystkim polityka nieracjonalna, której poza Polską i Litwą nie prowadzi żadne z państw Europy Środkowej, polityka połączona z zupełną dezinformacją opinii publicznej.

Taki stan rzeczy wynika z dwóch przyczyn. Pierwszą jest siła lobby ukraińskiego (neobanderowskiegho) w Polsce po 1989 roku. To nie tylko wpływowy i wspierany materialnie przez władze Związek Ukraińców w Polsce, ale także liczne media, organizacje pozarządowe i politycy ulokowani zarówno w partii rządzącej jak i opozycyjnej. Drugą przyczyną jest polityczna zależność polskiej sceny politycznej od USA i Unii Europejskiej. O ile Polska Ludowa przeszła w latach 1944—1989 ewolucję od totalitaryzmu i polityczno-ekonomicznej zależności od ZSRR do niepodległości i demokracji — co było zasługą nie tylko tzw. opozycji demokratycznej, ale także polskiego skrzydła w PZPR — to III RP przeszła po 1989 roku ewolucję w kierunku odwrotnym. Od niepodległości do polityczno-ekonomicznej zależności od USA i UE oraz od demokracji do oligarchizacji państwa. To jest zasadnicza przyczyna fatalnej polityki polskiej na kierunku ukraińskim jak i innych patologii polskiego życia narodowego i politycznego.

W rezultacie kijowskiego puczu, przy aplauzie i pomocy polskich elit, obalono jedynego prezydenta Ukrainy, o którym można powiedzieć, że był propolski, a przynajmniej Polsce życzliwy. Wiktor Janukowycz nie tylko sprzeciwiał się kultowi Bandery, ale chciał utrzymać równy dystans zarówno do Wschodu jak i Zachodu. Ukraina pod rządami jego obozu politycznego stanowiła z polskiego punktu widzenia czynnik najbardziej pożądany jako bufor pomiędzy Zachodem i Rosją. Ukraina oligarchiczno-nacjonalistyczna, wprzęgnięta na siłę w orbitę wpływów USA i UE oraz skonfliktowana z Rosją, nie tylko będzie czynnikiem destabilizacji w regionie, ale wbrew temu co wmawia się Polakom nie polepszy bezpieczeństwa geostrategicznego Polski. Wyciszenie przez neobanderowców ze względów taktycznych antypolskiej retoryki nie oznacza bynajmniej, że do niej nie powrócą i nie podejmą wrogich wobec Polski działań w sprzyjających im okolicznościach. Ponadto nic bardziej nie naraża bezpieczeństwa geostrategicznego Polski niż bezkrytyczne angażowanie się po stronie władzy w Kijowie w ukraińską wojnę domową i konflikt ukraińsko-rosyjski.

Skalę tego bezkrytycznego zaangażowania, a przy okazji dezinformacji i manipulacji polskich mediów, zarówno prorządowych jak i kojarzonych z Prawem i Sprawiedliwością, widać chociażby po przemilczeniu przed polską opinia publiczną wyników śledztwa dziennikarskiego agencji Reutera w sprawie masakry na „Euromajdanie” w lutym 2014 roku. Ze śledztwa tego wyłania się obraz zupełnie inny od tego, jakim karmiły opinię publiczną w Polsce media od lewa do prawa, a w szczególności te mieniące się „strefą wolnego słowa”. Według Reutera to nie milicja, ale demonstranci mieli pierwsi otworzyć ogień. Dowodzący oddziałami Berkutu Dmitrij Sadownik miał dać rozkaz strzelania dopiero wtedy, gdy wśród milicjantów pojawiły się ofiary użycia broni palnej przez demonstrantów. Sadownik „zaginął” w niewyjaśnionych okolicznościach i „zginęła” również broń oraz amunicja, z której miano strzelać do protestujących. Z kolei dr Iwan Kaczanowski z uniwersytetu w Ottawie opublikował raport analizujący minuta po minucie wydarzenia w Kijowie z 20 lutego 2014 roku na podstawie podsłuchów funkcjonariuszy Berkutu i Alfy, komunikatów spikera z majdanowej sceny oraz wyników sekcji zwłok ofiar i komunikatów BBC. Wyniki jego badań potwierdzają, że pierwsze strzały padły ze strony „Euromajdanu”, a wszystkie ofiary zostały zabite z broni myśliwskiej, której nie używają służby bezpieczeństwa. Tego typu informacje zbywa się jednak w Polsce określeniem „rosyjska propaganda”, co dowodzi politycznej niesamodzielności, ignorancji i ogromnego zakłamania obozu adherentów „wolnej Ukrainy”. Żaden logiczny argument nie jest w stanie trafić do polskich wyznawców „wiary ukrainnej”, zapatrzonych w archaiczne koncepcje prometeizmu i Międzymorza lub po prostu wykonujących tylko polecenia płynące z Waszyngtonu i Brukseli.

Prezentowane artykuły nie są „poprawne politycznie”. Przedstawiają one diametralnie odmienny punkt widzenia od narzucanego przez oficjalną polską, zachodnią i amerykańską propagandę. Oparte są jednak na faktach, w tym także historycznych. Niejednokrotnie mają charakter polemiczny wobec uprawianej w Polsce na polu historycznym i politycznym propagandy proukraińskiej oraz wobec ukraińskiej polityki historycznej. Moim celem nie było i nie jest prezentowanie optyki „prorosyjskiej”. Prezentuję optykę własną, opartą na własnej wiedzy historycznej i aktualnych faktach. Kiedy w 2012 roku zaczynałem pisać o wydarzeniach politycznych na Ukrainie w kontekście rosnącego kultu Bandery na zachodzie Ukrainy i oficjalnej polskiej ignorancji w tej tematyce, nie podejrzewałem w jakim kierunku rozwiną się wydarzenia polityczne. Nie podejrzewałem, że zostanę kronikarzem procesu odrodzenia banderowskiego nie tylko na zachodniej Ukrainie. Wolałbym nim nie zostać. Chciałbym aby historia z przeszłości i wydarzenia ze współczesności nie miały miejsca. W swojej publicystyce pragnę wykazać, że jakiekolwiek odwoływanie się do spuścizny Dmytro Doncowa i Stepana Bandery jest drogą donikąd. Ta droga zaprowadziła Ukrainę do wojny domowej i rozpadu państwa, a może doprowadzić też do podpalenia Europy i świata.

Klęska polityki polskiej wobec Ukrainy

1 stycznia 2012 roku — w 103 rocznicę urodzin Stepana Bandery — odsłonięty został we Lwowie „panteon chwały”, którego centralnym elementem jest właśnie ogromny pomnik Bandery, przypominający formą monumenty Lenina i Stalina stawiane w ZSRR. Jest to nie tylko pomnik odrodzonego szowinizmu ukraińskiego, ale także pomnik bankructwa polityki polskiej, która do tego odrodzenia znacząco się przyczyniła.

Na początku lat 90-tych XX wieku tzw. elity solidarnościowe przyjęły, że odrodzona Ukraina ma być najważniejszym partnerem Polski na Wschodzie. Nie był to pogląd nowy, ponieważ od lat lansował go Jerzy Giedroyć i jego środowisko polityczne. Przyjęcie opcji Giedroycia oznaczało m.in. przejście do porządku dziennego nad „trudnymi sprawami” z przeszłości. Okazało się wkrótce, że tych „trudnych spraw” z przeszłości w stosunkach z Ukrainą jest więcej niż w stosunkach z Rosją. Przejście do porządku dziennego nad „trudnymi sprawami” odbywało się poprzez zakłamywanie historii oraz lekceważenie głosu świadków, którzy przeżyli banderowskie ludobójstwo. Przyjęcie przez polski parlament uchwały potępiającej operację „Wisła” i zrównującej ją z ludobójstwem popełnionym przez UPA było pierwszym poważnym sygnałem, w jakim kierunku zmierza polityka polska. Zmierzała od początku w ślepy zaułek i powinno się to stać jasne niemal natychmiast dla inicjatorów wspomnianej uchwały, ponieważ do dnia dzisiejszego nie doczekali się oni rewanżu w postaci uchwały ukraińskiego parlamentu potępiającej zbrodnie OUN-UPA.

Przez prawie 20 lat ton w narracji o stosunkach polsko-ukraińskich nadawali tacy historycy jak Ryszard Torzecki oraz publicyści i politycy z okolic salonu michnikowskiego jak Bogumiła Berdychowska, Bohdan Osadczuk, Henryk Wujec, Jacek Kuroń, Paweł Smoleński, Agnieszka Arnold i in. To dzięki nim weszły do obiegu eufemizmy o „konflikcie polsko-ukraińskim”, „bolesnych wydarzeniach”, „wspólnej winie” itp. Na margines debaty publicznej spychano każdego, kto chciał mówić o ludobójstwie i zbrodniczej ideologii OUN-UPA. Wypróbowanym w III RP sposobem przyklejano takim ludziom łatkę „oszołomów”, czy „nacjonalistów”, która automatycznie wykluczała ich z debaty. Jest zresztą bardzo znamienna ta zapamiętałość środowiska michnikowskiego do tropienia na każdym kroku „polskiego nacjonalizmu” w sytuacji, gdy jakoś nie przeszkadzał im i nie przeszkadza nacjonalizm ukraiński — w przeciwieństwie do polskiego zbrodniczy i patologiczny.

Jak traktowano w III RP ludzi upominających się o prawdę odnośnie OUN i UPA najlepiej pokazuje przykład Wiktora Poliszczuka, którego salon michnikowski zdemaskował jako „agenta Rosji” i który do dzisiaj jest w III RP „autorem kontrowersyjnym”, przemilczanym nawet na uniwersytetach. Przekonałem się o tym niedawno, gdy przypadkowo zetknąłem się z pewnym studentem ukrainoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim (studiującym pod kierunkiem prof. Grzegorza Motyki). Jak szczerze wyznał, nazwiska Poliszczuk nigdy nie słyszał.

Przełomowym krokiem w realizacji linii politycznej Giedroycia wobec Ukrainy było poparcie tzw. „pomarańczowej rewolucji” w 2004 roku. Ten przewrót polityczny poparły bezwarunkowo pod dyktando USA wszystkie znaczące siły polityczne w Polsce. Trzeba przypomnieć, że wśród popierających „pomarańczową rewolucję” znajdowali się tacy mężowie stanu jak m.in. Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller, Adam Michnik, Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Henryk Wujec, Włodzimierz Cimoszewicz, Władysław Bartoszewski, Bronisław Komorowski, Donald Tusk, Paweł Kowal, Michał Kamiński, Lech i Jarosław Kaczyńscy oraz Marek Jurek. Żaden z nich nawet nie pokusił się o najbardziej elementarne zadbanie o polski interes polityczny — na co zwrócił uwagę Stanisław Michalkiewicz — a mianowicie o to, żeby postawić przyjaciołom z CIA jeden warunek — że nie chcemy mieć banderowców jako partnerów politycznych, których będziemy popierać; niech CIA znajdzie kogoś innego.

Po „pomarańczowej rewolucji” była Pawłokoma — szczególnie bolesny zawód dla tych środowisk kresowych i patriotycznych, które wiązały swoje nadzieje z prezydenturą Lecha Kaczyńskiego. Zamiast twardego postawienia w stosunkach z „pomarańczową” Ukrainą kwestii prawdy historycznej nastąpiła akomodacja do ukraińskiej polityki historycznej, dalsze relatywizowanie historii oraz próby marginalizacji osób i środowisk upominających się o prawdę.

Otrzeźwieniem dla prezydenta L. Kaczyńskiego był dopiero dekret Juszczenki o nadaniu Banderze tytułu bohatera Ukrainy w styczniu 2010 roku. Wtedy dopiero zdobył się na spóźniony głos protestu. Uczciwie trzeba przyznać, że był to jak do tej pory najmocniejszy głos protestu ze strony polskiego polityka wobec działań opcji neobanderowskiej na Ukrainie.

„Pomarańczowa rewolucja” zakończyła się klęską dzięki fatalnym rządom i wzajemnemu konfliktowi Juszczenki z Tymoszenko, ale przede wszystkim dzięki temu, że w 2009 roku USA porzuciły Ukrainę, wycofując się trwale z Europy Wschodniej. Dzisiaj po „pomarańczowej rewolucji” zostało 17 pomników Bandery na zachodniej Ukrainie z „panteonem chwały” we Lwowie włącznie oraz rosnąca w siłę partia neobanderowska o absurdalnej nazwie „Swoboda”.

Nie można tutaj nie zadać pytania, gdzie dzisiaj są ci wszyscy politycy i „intelektualiści”, którzy wspierali „pomarańczową rewolucję”? Dlaczego wobec wydarzenia, które miało miejsce we Lwowie 1 stycznia 2012 roku milczy polski MSZ? Gdzie jest Andrzej Wajda, który wraz z innymi „autorytetami” skutecznie przeciwdziałał w 2009 roku powstaniu w Warszawie pomnika ofiar banderowskiego ludobójstwa? Gdzie dzisiaj jest Henryk Wujec — który sam siebie mianował „rzecznikiem pojednania polsko-ukraińskiego”? Jego działalność na stanowisku tego „rzecznika” sprowadzała się jak na razie do gromienia tych, którzy śmieli mieć wątpliwości co do słuszności polityki zakłamywania i relatywizowania historii stosunków polsko-ukraińskich.

Gdzie są polskie media z „Gazetą Wyborczą” na czele, z taką zaciekłością tropiące „polski nacjonalizm”? A co z ukraińskim nacjonalizmem — w przeciwieństwie do polskiego całkiem realnym, nie wyimaginowanym?

Co z takim np. panem Jurijem Michalczyszynem (ur. w 1983 r.), byłym skinheadem, radnym Lwowskiej Rady Miejskiej z ramienia Ogólnoukraińskiego Zjednoczenia „Swoboda” i wiceprzewodniczącym obwodowych władz tej partii we Lwowie? W kwietniu 2011 roku Michalczyszyn — komentując uhonorowanie przez Lwowską Radę Miejską terrorysty OUN Mykoły Łemyka (wykonawcy zamachu na urzędnika konsulatu ZSRR we Lwowie Aleksieja Majłowa 21 października 1933 roku) — powiedział (cyt. za ZAXID.NET): „Dla mnie Mykoła Łemyk jest bohaterem zdecydowanie pozytywnym. To wzór do naśladowania w ekstremalnych warunkach politycznych. Jeśli mnie intuicja nie zawodzi, to my zbliżamy się do takich warunków. Dlatego chciałbym powiedzieć, że my działamy nie tylko odtwarzając wzorce przeszłości, ile w ramach przygotowań do przyszłych zdarzeń, w przyszłości. (…) My uznajemy kult siły w służbie idei. Idea ukraińskiej nacji przewiduje priorytet Ukraińca przed innymi ideami — życie i zdrowie Ukraińca ponad wszystkie inne względy. Gdy przy zagrożeniu dla tych wartości konieczne jest działanie, związane z pozbawieniem życia wrogo nastawionego do Ukraińca osobnika, oczywiście takie działanie musi być zrealizowane. (…) To jest moje stanowisko, to jest stanowisko partii, to jest nasz styl pracy. W przyszłości, mam nadzieję, da to swoje rezultaty. Młodzież myśli kategoriami „cool”, „nie cool”. Chcemy sprawić, aby postępowanie takie, jak postąpił Łemyk, było cool”.

Z kolei 6 maja 2011 roku Michalczyszyn nazwał zagładę Żydów podczas drugiej wojny światowej (w której nacjonaliści ukraińscy też przecież mają swój niemały wkład) „światłym okresem” w historii Europy (cyt. za www.uainfo.net.ua).

Przy okazji odsłonięcia banderowskiego „panteonu chwały” 1 stycznia 2012 roku Michalczyszyn powiedział, że przyjdzie czas, że we Lwowie będzie nie tylko stadion i lotnisko imienia Bandery, ale cały Lwów będzie imienia Bandery (Banderastadt czy Бандерамiсто?).

A co z wypowiedzią lidera „Swobody” Ołeha Tiahnyboka, że w granicach „Wielkiej Ukrainy” znajdzie się także 19 powiatów leżących w województwach podkarpackim i lubelskim, czyli współczesne polskie Kresy Wschodnie?

Tiahnybok ze swoją partią pretenduje do zdobycia władzy (albo przynajmniej znaczącej pozycji) na Ukrainie w tegorocznych wyborach parlamentarnych (w ostatnich wyborach samorządowych „Swoboda” zdecydowanie wygrała na zachodzie Ukrainy). W programie partii „Swoboda” mamy tak bliskie „europejskim wartościom” postulaty (oprócz budowy „Wielkiej Ukrainy”) jak: nacjonalizacja wielkiego biznesu, bezwzględne rozprawienie się z korupcją, walka ze „zgniłym” wpływem kultury Zachodu, ograniczenie swobód obywatelskich i wprowadzenie „systemu wodzowskiego”. To nie jest żadna „polityczna retoryka”. Oni te hasła traktują poważnie. Jeżeli władze Lwowa, których nie stać na wiele koniecznych inwestycji w tym jednym z najbardziej zaniedbanych miast Ukrainy, potrafiły wyasygnować 1,2 mln USD na zbudowanie banderowskiego „panteonu chwały”, świadczy to dobitnie, że oni traktują swój program polityczny poważnie.

Równocześnie z budową pomników Bandery i upamiętnianiem różnych watażków UPA na zachodzie Ukrainy blokowane są wszelkie próby upamiętnienia ofiar nacjonalistów ukraińskich. Mylił się pan Wujec krzycząc w telewizji do księdza Isakowicza-Zaleskiego, że przecież na mogiłach ofiar UPA „stają krzyże”. Tak stają krzyże, tylko że nie wolno pod tymi krzyżami napisać kto i kiedy zamordował te ofiary. Nawet jeżeli stają krzyże, to dosłownie naprzeciw budowane są pomniki katów (jak w Janowej Dolinie, obecnie Bazaltowe) lub instalowane są tablice informujące, że sprawcami zbrodni byli Niemcy (jak w Hucie Pieniackiej).

Przez ulice miast w zachodnich obwodach Ukrainy maszerują ku czci Bandery grupy nacjonalistycznej młodzieży z płonącymi pochodniami. W lasach Gorganów i Czarnohory ćwiczą paramilitarne bojówki „Swobody”. Czasem przeprowadzają też „rekonstrukcje historyczne” walk UPA. Z kim zamierzają dzisiaj walczyć?

Tego nie potrafią zauważyć wiodące polskie media, zajmujące się aktualnie, po zażegnaniu groźby „faszyzmu” w Polsce ze strony J. Kaczyńskiego, tropieniem wyimaginowanego „faszyzmu” Viktora Orbana na Węgrzech. Prawdziwy faszyzm wyrasta tymczasem za południowo-wschodnią granicą, a do jego odrodzenia znacząco przyczyniły się polskie „elity”.

Rosnący w siłę agresywny nacjonalizm nie jest właściwością tylko Ukrainy. Z tym samym mamy do czynienia na Litwie, gdzie usiłuje się niszczyć polskie szkolnictwo i lituanizować na siłę polską mniejszość. Rozpętana przez władze litewskie antypolska histeria spowodowała, że według sondaży ponad 50 proc. Litwinów nie chce mieć Polaków za sąsiadów. Warto dodać, że Litwa także została uznana przez polskie „elity” za „strategicznego partnera”, a utrzymywanie z nią dobrych stosunków było „priorytetem” kolejnych polskich rządów i prezydentów. Priorytetem realizowanym kosztem mieszkających na Wileńszczyźnie Polaków, uważanych przez władze litewskie (a szczególnie przez obecne, w gronie których są epigoni szaulisów) za obywateli drugiej kategorii.

Nie lepiej jest również w Niemczech — u najważniejszego „strategicznego partnera” III RP i „adwokata” Polski w Unii Europejskiej. Na początku stycznia 2012 roku niemiecki minister kultury Bernard Neumann poinformował, że został zaakceptowany projekt budowy w Berlinie centrum upamiętniającego niemieckie przesiedlenia po drugiej wojnie światowej. Centrum to będzie ukazywać cierpienia niemieckich przesiedleńców przy całkowitym pominięciu kwestii odpowiedzialności Niemiec za wywołanie drugiej wojny światowej i niemieckich zbrodni, które były przyczyną podjęcia przez aliantów decyzji o przesiedleniach.

Kreowanie martyrologii „wypędzonych” sprzyja w Niemczech coraz większemu relatywizowaniu historii. Dowodem tego jest m.in. artykuł pt. „Masowe ludobójstwo niemieckiego narodu po drugiej wojnie światowej”, który ukazał się 29 grudnia 2011 roku na stronie www.brd-schwindel.org. Czytamy w nim m.in., że „Polacy jak hieny poruszali się pomiędzy Rosjanami i wyciągali swoje niemieckie ofiary, mężczyzn, kobiety i dzieci, które natychmiast wysyłali do obozów i więzień, gdzie byli zabijani i torturowani” (cyt. za „Nasz Dziennik” nr 4 z 5—6 stycznia 2012 r.).

Polskie władze, które przyjęły zasadę, żeby nie drażnić sąsiadów, nie reagują wcale lub reagują połowicznie na rosnący w siłę szowinizm ukraiński, dyskryminację mniejszości polskiej na Litwie i politykę historyczną Niemiec. Zresztą obecny rząd nie prowadzi żadnej polityki zagranicznej, tylko „wpisuje się” w politykę Unii Europejskiej. Minister Sikorski nawet nie próbuje tego ukrywać.

W sytuacji coraz bardziej realnego rozpadu Unii Europejskiej i bankructwa utopii „wspólnego europejskiego domu” jest wysoce prawdopodobne, że Polska ze słabym i niewydolnym państwem, zrujnowaną gospodarką i siłami zbrojnymi w stanie rozkładu znajdzie się oko w oko z rosnącymi w siłę agresywnymi nacjonalizmami u sąsiadów wschodnich i zachodnich. Historia czasem się powtarza i nie zawsze jako parodia.


„Kresowy Serwis Informacyjny” nr 2 (9)/2012, s. 19.

Banderowcy wchodzą na scenę polityczną Ukrainy

28 października 2012 roku odbyły się wybory do Rady Najwyższej Ukrainy. Przeciętny konsument polskojęzycznych mediów mógł się dowiedzieć jedynie o domniemanych nadużyciach rządzącej Partii Regionów (która nie jest lubiana przez polskie media, więc oczywiste, że były nadużycia). Dowiedział się także o zajęciu drugiego miejsca przez hołubioną w polskich mediach „Batkiwszczynę” byłej premier J. Tymoszenko i o wyrażeniu zatroskania o stan demokracji na Ukrainie (z powodu domniemanych nadużyć) przez prezydenta B. Komorowskiego. Nie dowiedział się jednak, że wybory te znacząco przemeblowały scenę polityczną Ukrainy. Wszystkie komentarze kończyły się na tym, że trzecie i czwarte miejsce zajęły dziwaczna partia UDAR i Komunistyczna Partia Ukrainy. Rzadko i oględnie wspominano o tym kto zajął piąte miejsce, a jeżeli już wspominano to tak, żeby odbiorca medialnego szumu nie zorientował się o co i kogo chodzi.

Piąte miejsce w wyborach ukraińskich zajęło Ogólnoukraińskie Zjednoczenie „Swoboda” — spadkobierca i kontynuator nacjonalistyczno-faszystowskiej tradycji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Formacja ta zdobyła 10,44 proc. głosów i 38 mandatów poselskich (25 z listy krajowej i 13 w okręgach jednomandatowych), po raz pierwszy przekraczając próg wyborczy i stając się tym samym jedną z głównych sił politycznych Ukrainy. Na OZ „Swoboda” głosowało ogółem 2 129 906 wyborców i to nie tylko we wschodniej części kraju (dawnych polskich Kresach Wschodnich), gdzie dotychczas miała największe poparcie, ale także w stołecznym Kijowie. Tym samym marsz po władzę, zapowiedziany przez kierownictwo neobanderowskiej formacji przy okazji wygrania przez nią wyborów lokalnych we wschodnich obwodach Ukrainy w 2010 roku, stał się faktem. Zajęcie miejsca piątej siły politycznej w kraju jest tylko etapem tego marszu. Cel ostateczny — czego nie ukrywają przywódcy OZ „Swoboda” — stanowi zdobycie władzy w całym kraju.

Nie ulega wątpliwości, że „Swoboda” jest faktycznym zwycięzcą tegorocznych wyborów parlamentarnych na Ukrainie. Nie można oprzeć się refleksji, że wejście neobanderowców na główną scenę polityczną Ukrainy jest m.in. zasługą wszystkich polskich rządów i prezydentów po 1989 roku, uznających za swój priorytet „wspieranie Ukrainy” jako „strategicznego partnera” Polski na Wschodzie. Rezultatem tej jednostronnej miłości są liczne pomniki Bandery i Szuchewycza we wschodnich obwodach Ukrainy, neobanderowska frakcja w ukraińskiej Radzie Najwyższej i coraz potężniejsze neobanderowskie lobby w Polsce, dyktujące władzom w Warszawie politykę wobec Ukrainy, w tym, przede wszystkim politykę historyczną.

Czym faktycznie jest OZ „Swoboda”? Partia ta powstała w 1989 roku, a więc w okresie gorbaczowowskiej piereiestrojki w ZSRR. Po ogłoszeniu niepodległości Ukrainy (24 sierpnia 1991 roku) oficjalnie ogłoszono powstanie późniejszej „Swobody” w dniu 13 października 1991 roku (formalna rejestracja nastąpiła 16 października 1995 roku). Do 24 lutego 2004 roku obecna „Swoboda” nosiła nazwę Socjal-Nacjonalistyczna Partia Ukrainy. Warto zwrócić uwagę na tę nazwę nawiązującą wprost do nazwy Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej (NSDAP), przywołującą nie tylko ideologię banderowską, ale wprost ideologię hitlerowską — ideologię narodowego socjalizmu.

Przywódcą partii był od początku Ołeh Tiahnybok (ur. 1968), wówczas student medycyny, który nigdy nie krył swoich skrajnie nacjonalistycznych i neonazistowskich poglądów. Wśród twórców Socjal-Nacjonalistycznej Partii Ukrainy, oprócz różnych grup nacjonalistycznych o proweniencji neobanderowskiej, byli również członkowie kół weteranów sowieckiej inwazji w Afganistanie. W moim przekonaniu są oni tropem wiodącym wprost do sowieckich służb specjalnych. Jaki interes miały te służby w restytucji ruchu neobanderowskiego, zważywszy na antyrosyjskie oblicze nacjonalizmu ukraińskiego? Nie wiem, ponieważ funkcjonariusze KGB, a obecnie FSB mi się nie spowiadają. Pragnę tylko zwrócić uwagę, że mimo antyrosyjskiego i antysowieckiego oblicza Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (w tym zamachu na konsulat ZSRR we Lwowie w 1933 roku) była ona początkowo wspierana przez służby specjalne ZSRR. Do tradycji rosyjskich służb specjalnych (jeszcze z okresu caratu) należy też tworzenie różnych ruchów rewolucyjnych i ekstremistycznych celem kreowania polityki wewnętrznej. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że poszlaki udziału służb specjalnych ZSRR w powstaniu Socjal-Nacjonalistycznej Partii Ukrainy świadczą o tym, że OZ „Swoboda” jest obecnie wspierana przez służby specjalne Rosji. Dowodów na to nie mam i wydawałoby się to nielogiczne ze względu na jej wspomniane antyrosyjskie nastawienie. Niemniej jednak na Wchodzie niczego wykluczyć się nie da.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 37.71