E-book
9.56
drukowana A5
39.92
Na zawsze

Bezpłatny fragment - Na zawsze


Objętość:
186 str.
ISBN:
978-83-8155-441-1
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 39.92

Rozdział I
„ARYTMIA”

Nieład i rozgardiasz był potworny. Po pokoju walały się sterty papierów. Wśród nich: dokumenty, rozliczenia, notatki, zdjęcia a nawet skrawki artykułów z gazet bankowych. Wszystko niezbędne i przygotowane do wykonania jednego z najważniejszych zadań, jakie przed nią postawiono. Wykonanie prezentacji swojego banku do połączenia w fuzję z jednym z najlepszych banków w Polsce. Nie żeby to był jej bank, ale pracowała w nim już od trzech lat i stopniowo, ciężko harując, często ponad siły pięła się w hierarchii awansów. Zdawała sobie sprawę, że teraz, gdy podoła zadaniu, droga do pozostania asystentem prezesa już nie tylko jednego, ale dwu połączonych banków stanie przed nią otworem. Monika usiadła wygodnie w fotelu i przysunęła się do biurka z laptopem. Podniosła monitor i odpaliła go. Obok lapka, stał jeszcze energetyk i tabletka izotoniczna z kofeiną by dodać energii, gdy odejdą jej moce przerobowe. Rozprostowała się naciągając kręgosłup, uniosła ręce jak by w geście tryumfu, po czym położyła dłonie na klawiaturze. — No Monia do roboty — zagadnęła uśmiechnięta do siebie i przystąpiła do pracy. Czas na spisywaniu danych i łączenie ich w całość upływał momentalnie. Minuta po minucie, godzina po godzinie, aż nastał późny wieczór. Razem z czasem ginęły jej siły i motoryka, ilości zagadnień, które musiała połączyć w sensowną całość doprowadziły do totalnego zmęczenia. Nie pozostało nic jak skorzystać z dobrodziejstw chemii. Wzięła tabletkę i popiła ją mocnym energetykiem, który wciągnęła do końca. Jednak po chwili zamiast efektu dopalacza dawki dodatkowej energii, odezwało się jej serduszko i dawno zapomniana arytmia. Czuła jak jej serce wali, mocno coraz mocniej. Pojawiły się zawroty głowy i oznaki strachu a to nie było dobre. Panika tylko potęgowała skurcze, w gardle zrobiło się sucho, bezdech zaczął paraliżować ją już prawie całkowicie. Chwiejąc się niczym pijana wstała z fotela i desperacko ostatkiem sił, wzięła komórkę i wybrała numer alarmowy sto dwanaście. — Centrum ratownictwa. W czym mogę pomóc? — Spokojny męski głos brzmiał rutynowo w telefonie. — Pomocy! Chyba Mam zawał, duszę się, pomocy! Proszęęę przyj… dź… ciee. — Powtórzyła bełkocząc, ale dalej już nie dokończyła. Zapadła cisza, upadła nieprzytomna na podłogę.


Światło cmentarnych latarni było liche, dawało ledwie poświatę półmroku i tylko pełnia księżyca dodatkowo doświetlała go tak, że cały cmentarz był wzrokowo do ogarnięcia. Szła główną asfaltową drogą, po obu stronach alei zauważalne były duże masywne nagrobki. Niektórych oświetlenia zniczy pokazywały przepych zamożności, jaki za życia musieli mieć pochowani pod nimi. Jednak coś kierowało ją w inne miejsce. Do miejsca gdzie pomniki a raczej ich stan odbiegały od klasy a nawet przyzwoitości zadbania. Stanęła przed starym zniszczonym grobem. Betonowy krzyż był przekrzywiony a postać Jezusa, która kiedyś była mosiężnym dziełem teraz stała się zaśniedziałym paskudztwem i znacznie bardziej odstraszała niż dawała wiarę. Płyta nagrobna ze starości przerosła mchem. Napisów czyj to grób już dawno nie było widać. Tylko po wielkości tego monstrualnego mini monumentu wiadomo było, że to grób dziecka. Stojąca obok niego ławka również przymierała od rdzy. Stanęła naprzeciw grobu, zastanawiała się, co tu robi? I co to za cmentarz? Jedną odpowiedź ogarnęła. To był cmentarz w Kamieniu Pomorskim. Z miasta, w którym się urodziła i spędziła dzieciństwo. Spoglądała na grób szukając wytłumaczenia. Czyżby umarła i to był jej grób?, Czy może coś innego się dzieje? Dalej stała w bezruchu, jej spojrzenie skierowało się na księżyc, nie był już jasny. Nabrał czerwono-krwistej barwy a jego poświata w połączeniu z chmurami i wiatrem budziły grozę. Nagle usłyszała głos. Dziewczęcy przytłumiony śpiew:


„Jestem tutaj sama

I sama tu zostanę

Już zawsze

Na wieki wieków amen

Jestem tutaj sama

I sama tu zostanę

Już zawsze

Na wieki wieków amen”

Skierowała wzrok na resztki zardzewiałej ławki. Siedziała na niej dziewczynka, twarz zasłaniała dłońmi i w tej pozie śpiewała. Miała jasne, krótkie włosy a na sobie tylko białą, ale mocno zniszczoną koszulę nocną. Wystające blado-szare kościste nogi i takie same ręce wskazywały na straszliwy obraz dziewczęcej biedoty. Wpatrywała się w nią i słuchała. Dziewczynka odjęła dłonie z twarzy, podniosła ją i skierowała głowę ku Monice. Twarz dziewczynki była jak pozostałe części; blado-szara cera, oczy wyraźnie zakrwione i ten wyraz: Twarz potężnie zniszczona i mimika okazująca grymas bolesnego zawistnego smutku. Monika chciała coś powiedzieć, lecz w tym momencie bolesny ból ukłucia przywrócił ją do realnego rzeczywistego świata.


Pielęgniarka wbiła w rękę dziewczyny igłę strzykawki by pobrać krew do badania a z naprzeciwległego końca szpitalnego łóżka dobiegł głos lekarza. — Pani Moniko!, Pani Moniko! Proszę otworzyć oczy jest już Pani z nami wśród żywych — Poważny głos lekarza zdawał się wydawać rozkaz, który z ulgą wykonała. Spojrzała wokół siebie. Była w sali szpitalnej. Leżała na wygodnym nowoczesnym szpitalnym łóżku, podłączona do monitora, z którego wydobywał się dźwięk pracy jej serca. Wbity velfron do podłączania strzykawek zakłuwał ją, ale nie przeszkadzało jej to, bo zdawała sobie sprawę, że dzięki temu jest wśród żywych. Miejsce gdzie leżała odgrodzone dwoma białymi przesuwnymi kotarami nie dawało komfortu intymności a wręcz przeciwnie powodowało dyskomfort wstydu. Wstydziła się tego, że mając zaledwie dwadzieścia siedem lat, leży tu na kardiologii w szpitalu po zawale. — Na całe szczęście, koordynator ze sto dwanaście nie zignorował telefonu i wysłał pod adres, z którego nadawany był sygnał komórki karetkę. Inaczej byłoby krucho. Sprawdziliśmy Pani kartotekę pacjenta i wiem, że ma Pani arytmię. Zrobiliśmy badania i diagnoza wskazuje na coraz większe anomalie na sercu. Droga Moniko — kontynuował doktor — nie będę ukrywał; ale musimy coś z tym zrobić. Bo jeśli nie, koniec będzie następną rzeczą, która się przytrafi. W tym momencie cały spokój i radość z powrotu do realiów prysł. Co teraz ma zrobić z pozostawionym w domu nieskończonym materiałem? Masakra! Masakra! W głowie kłębiła się druzgocąca wizja życiowej porażki. Bo tylko tak mogła nazwać sytuację, gdy przez jej stan i niedokończoną prezentację wszystkie prace spełzną na panewce i dojdzie do totalnej kompromitacji nie tylko jej, ale całego banku, który teraz miała zaprezentować. Jej oczy zaszkliły się, spojrzała na doktora ze łzami i zapytała błagalnie. — Jejkuuu; Panie doktorze ja wiem, że źle zrobiłam ale to nic, to tylko przemęczenie. Nie moglibyśmy tego inaczej? Ja muszę pracować, dokończyć najważniejszą sprawę w swoim dotychczasowym życiu. Jeśli zawalę to i tak po mnie. Panie doktorze; błagam. Łkała niczym mała dziewczynka, której zabrano ulubioną lalkę. — Puki, co podamy leki i proszę leżeć i się nie stresować, bo to tylko pogarsza stan zdrowia. Na tę chwilę jedyne, co możemy to obserwować czy leki pomagają. Razem z obsługującą ją wcześniej pielęgniarką wyszli. Została sama. Leżała bez wyrazu.

„Jestem tutaj sama

I sama tu zostanę

Już zawsze

Na wieki wieków amen”

Mimowolnie zanuciła słowa piosenki, które usłyszała po drugiej stronie. Wydawało się jej to kompletnie szalone, ale je zapamiętała. Zasnęła, ale nie śniła, po prostu najnormalniej spała.

Siedział przy niej, gdy się ocknęła. Ujrzała go spojrzała i obdarzyła szczerym wdzięcznym uśmiechem, który odwzajemnił. — Hej Monia — zagadnął pierwszy — Hej Maks — Maks a raczej Maksymilian, facet a raczej mężczyzna stu procentowy. Wysoki przystojny brunet niczym islandzki wiking z równo przystrzyżoną brodą, do tego wysportowany i jeszcze ta ciemna karnacja. Wykształcony i równo ułożony. Jak dla niej ideał. To on prowadził ją od początku zatrudnienia w banku. Jemu zawdzięcza wiedzę, doświadczenie i całą filozofię realnej bankowości. Nie tej teoretycznej, którą wykładają profesorowie na uczelniach i studiach. Dziś wspólnie z nim tworzyli jądro wyznaczonego celu i nie mogła dopuścić by cokolwiek zniweczyło ciężką pracę, jaką włożyli w realizację fuzji. Zresztą miała nadzieję, że gdy dotrą do celu to ich relacje zejdą na bardziej prywatny tor. To jak się do niej odnosił dawało ku temu spore nadzieje, w co bardzo wierzyła. Jeśli ktoś miałby być jej partnerem to jego właśnie widziała u swego boku. Nawet pozwoliła sobie na gest i dała mu klucze od swojego mieszkania, tylko on jedyny ze znajomych miał swobodny dostęp do niego. — Słuchaj dziewczyno, wiem, co się stało i jestem przerażony. Byłemu Ciebie w mieszkaniu. Monia; Ty się zaharowujesz! Chcesz się chyba wykończyć?! — Oponował stanowczym, ale zrównoważonym tonem. — Prosiłem Cię byś spokojnie podeszła do tego zadania, jesteśmy w tym razem i nie ma potrzeby byś sama wszystko ogarniała. — Mówiąc te słowa patrzył wprost na nią. Widać było zmartwienie i troskę w wypowiadanych słowach. — Zależy mi na współpracy z Tobą, więc gdy tylko stąd wyjdziesz masz zwolnić. Zresztą zrobisz tak: z tego, co mi powiedział doktor to, mimo, że Twoje serduszko jest mocno zdegradowane i arytmia może spowodować kolejny atak to dostaniesz leki i jutro Cię wypuszczą. Ale broń Boże byś wzięła się znów za fuzję. Masz ode mnie kategoryczny zakaz; teraz zamiast bank musisz się odizolować i odpocząć. Zbliża się długi weekend, więc najlepiej będzie, gdy pojedziesz do mamy czy gdziekolwiek i zregenerujesz się. Po powrocie spokojnie zakończymy razem nasze dzieło. Razem! — Podkreślił podniesionym głosem grożąc jej jednocześnie palcem jak małemu dziecku. Uśmiechnął się i puścił jej oczko. Lubiła, gdy to robił, dawało jej to dodatkowy power. Zawahała się przez moment, po czym zagadnęła ze smutkiem w głosie.—Ale ja prosiłam lekarza by wypuścił mnie ze względu na niedokończoną pracę. Muszę ją zakończyć. – Nie ma mowy, wyjdziesz ze szpitala, ale nie do pracy zrozumiano! – Dyskretnie na nią nakrzyczał. Po raz drugi pogroził jej znacząco palcem. – Masz się słuchać. - Maks;  przepraszam. — Ty nie przepraszaj, bo nie masz, za co. Tylko zrób jak mówię. Odpocznij, i nic więcej. — Dobrze. Tak zrobię. Już będę grzeczna. — Uśmiechnęła się do niego. — No myślę. — Zaintonował potwierdzającym tonem — Teraz zmykam. Masz tu kilka rzeczy, które przyniosłem Ci z domu. Jutro, gdy będziesz wychodzić zadzwoń przyjadę po Ciebie. — Podniósł się z krzesła podszedł do niej i niczym ojciec pocałował w czoło. — Dziękuję Maks, jesteś kochany. — Patrzała jak odchodzi a jego postać niknie za białą kotarą. Została sama, leżała i rozmyślała nawet nie zwróciła uwagi, gdy jej powieki opadły.

„Jestem tutaj sama

I sama tu zostanę

Już zawsze

Na wieki wieków amen”

Znów ten sam głos i to samo miejsce. Stała przy mocno zniszczonym grobie wpatrując się w postać dziewczynki. Zimno, ciemno i ten powiew stęchłego cmentarnego powietrza, który przypominał smród trupiego jadu wzmagały jej strach. Dziewczynka obróciła się w jej stronę wyprostowała się. Blado — szara zniszczona twarz i mimika okazująca grymas bolesnego zawistnego smutku wpatrywała się w Monikę zakrwione oczy wyrażały bóli tęsknotę. Podniosła prawą rękę kierując w jej stronę. Koścista ręka wyrażała gest zaproszenia.


Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii — długi natarczywy sygnał wyrwał ją z letargu. Dochodził z za kotary. Słychać było jak w pośpiechu do pacjenta obok zbiegają się pielęgniarki i lekarze. Nie wie ile trwała akcja reanimacyjna, ale jedno było pewne pacjent zmarł.. Na oddziale mimo nocnej pory zrobiło się gwarno. Personel medyczny nerwowo reagował na zejście pacjenta. Gdy zabrano jego zwłoki i zrobiło się w miarę spokojnie; dwie salowe posprzątały kwaterę po nim. Pozostało czekać tylko, gdy wolne łózko zajmie inny potrzebujący. Nie mogła doczekać się poranka. Mimo wielu emocji i sytuacji ponad normalnych, jakich doświadczyła była bardzo spokojna. Puls na monitorze wskazywał równo wybijający rytm a ciśnienie nie dawało oznak do niepokoju. Z pewnością zawdzięcza to zapodanym lekom i podpiętej kroplówce z jakimś kojącym specyfikiem. Zasnęła i mimo obaw, spała spokojnie. Obudziła się, była siódma trzydzieści a poranny obchód lekarzy o dziewiątej, więc teraz musiała cierpliwie czekać na wizytę doktora. Ponownie spojrzała na monitor. I tym razem wykres pokazywał równo wybijający rytm a ciśnienie było normalne. Ten stan dawał nadzieję na rychłe opuszczenie szpitala. Tak też się stało; po porannej wizycie lekarz zdecydował o wypisaniu Moniki do domu. Przepisał leki antyarytmiczne — grupy IV dokładniej jakiś Werapamil. Zapisał też dawkowanie i nakazał kontrolę po dwóch tygodniach. Po jego zachowaniu widać było, że wczorajsza strata pacjenta zadziała negatywnie; nie tylko na niego, ale i na cały personel. Nic przyjemnego, ale też po tym, co w międzyczasie opowiedziała jej jedna z sióstr, która podawała jej rano leki; facet był na wykończeniu od dawna. To był już jego kolejny rozległy zawał, którego tym razem nie udało się zaleczyć. Szkoda gościa jak i każdego, co tu trafia i nie wychodzi o swoich własnych siłach. Życie a raczej śmierć; stwierdziła. Pomyślała, że jeszcze pół biedy, gdy umiera starszy człowiek, który swoje w życiu przeżył gorzej, gdy odchodzi młody. Miała też niestety na myśli siebie. Zadzwoniła do Maksa. Przyjechał bez problemu. Pomógł jej się ogarnąć, przed wyjazdem do domu wykupili receptę w przyszpitalnej aptece. Pojechali do jej mieszkania. Tam zobaczyła bałagan, jaki panował przez zapracowanie. — Maks ja Cię przepraszam za ten bałagan.- Popatrzała na niego z błagalną miną. — Spoko Monia, jest ok. U mnie wcale nie jest lepiej. — Wiedziała, że tymi słowami chce ją wesprzeć. Prawda była inna. U niego w mieszkaniu panował idealny wręcz porządek. Gdy parę razy zdarzyło jej się być u niego widziała, że ma wszystko w nienagannym ładzie. Zresztą sam jej kiedyś o tym mówił, pamięta jak śmiała się, gdy opowiadał, że leżąca na ławie łyżeczka może go zabić i nie obejrzy przez nią w spokoju filmu — Taaa akurat — zaśmiała się. — Zostaniesz na kawie? — Zaproponowała. — Nie mogę, muszę jeszcze wrócić do firmy. Mam kilka rzeczy do zrobienia; więc wybacz. Tobie też nie wolno kawy, więc nic nie stracisz. — Znowu się uśmiechnął — Ty sobie ogarnij i odpoczywaj. Powiedz mi tylko; wyjeżdżasz odpocząć czy odpoczywasz tutaj? — Jeszcze nie wiem zastanowię się w trakcie porządków. Maks wyszedł, została sama w tym nieładzie. Posiedziała chwilkę, zamiast kawy zaserwowała sobie zwykła herbatę z cytryną i słuchając radia pomału ogarnęła bajzel. Gdy skończyła był już środowy wieczór. O dwudziestej pierwszej przypadał czas na wzięcie lekarstw, więc miała jeszcze trochę czasu. Leki przepisano, co dwanaście godzin; rozplanowała je na dziewiątą rano i dwudziestą pierwszą wieczorem. Jak dla niej najodpowiedniejsze godziny na leki. W kuchni zrobiła sobie lekką kolację, po czym siadła do laptopa by zobaczyć połączenia PKP z Wrocławia do Kamienia Pomorskiego. Długi weekend wypadał od piątku jednak faktycznie nie miało to dla niej znaczenia, bo lekarz wystawił jej obowiązkowe dwa tygodnie zwolnienia. Nie było nakazu leżenia, więc spokojnie mogła zdecydować się na wyjazd w rodzinne strony. Decyzja zapadła, obiecała sobie, że rano po pigułach zadzwoni do Maksa i powie mu o tym. Teraz szukała odpowiedniego połączenia. Znalazła idealne: wyjazd z Wrocławia o czternastej czterdzieści siedem, w Wysokiej Kamieńskiej o 21 tam szybka przesiadka na pociąg do Kamienia i około dwudziestej pierwszej trzydzieści na miejscu. Zrobiła przelew, zabukowała bilet na fonie i teraz już tylko spakować się na wyjazd. Nie było sensu rwać się teraz z pakowaniem, więc przełożyła to na czwartkowe przedpołudnie. Dochodziła właśnie godzina dwudziesta pierwsza, czas na piguły. Poszła do kuchni i wzięła leki jak jej nakazano. Wiedząc, że jutro będzie męczący dzień w podróży, położyła się wcześniej niż zwykle. Zazwyczaj jej pora to między dwudziestą trzecią a północą, ale nie tym razem. Odpoczynek najważniejszy a sen to najlepsza forma regeneracji. Łóżko a raczej łoże miała ogromne, sypialnia dwu osobowa dla niej samej to czysta profanacja luksusu. Ale ciężko pracowała na to, więc miała gdzieś takie mniemania. Gdy tylko ją było stać na choćby kawałek luksusu nie żałowała sobie. Zaległa wygodnie w pościeli zamknęła oczy i zamiast próbować zasnąć zanuciła cichutko:

„Jestem tutaj sama

I sama tu zostanę

Już zawsze

Na wieki wieków amen”

Chyba tylko działające leki nie doprowadziły jej w tym momencie do kolejnego zawału, który sama sobie by zaserwowała. Leżąc myślała; jakim cudem te słowa przechodzą przez jej gardło? Próba wyjaśnienia sobie tego i pozostałych wizji, jakie ją ostatnio nawiedziły doprowadziły jednak do rychłego zaśnięcia. Była znów siódma trzydzieści, gdy się obudziła, przeciągnęła się mocno dla rozprostowania kości i w pierwszej myśli pomyślała o kawie. Jednak szybko ta myśl prysła, bo puki, co od kawy wolała się wstrzymać przynajmniej do czasu, gdy będzie po kontroli lekarskiej. Nie było wymogu zażywania leku na czczo, więc po porannej toalecie, zamiast kawy przygotowała sobie śniadanko. Owsianka, za którą przepadała jak zwykle smakowała wyśmienicie z dwoma kromkami niestety już troszkę czerstwego pieczywa. Dziwiła się ludziom nielubiącym tego przysmaku i tym, co wręcz na samą myśl o owsiance dostawali palpitacji serca. Ona palpitacje serca miała zaserwowane w spadku schorzeń dziedzicznych po genach od matki. Owsianka budziła u niej pozytywne emocje szczególnie te smakowo kulinarne i dawało jej to nie mała satysfakcję. Czas do dziewiątej upłynął i wzięła zestaw leków zgodnie z harmonogramem. Teraz przyszedł czas na pakowanie i telefon do Maksa; postanowiła też, że zadzwoni do matki. Nigdy nie musiała jej informować o swoim przyjeździe i tak też robiła. Wpadała do domu bez zapowiedzi, lecz tym razem zdecydowała się na rozmowę przed przyjazdem. Sięgnęła z szafy podróżną walizkę, ułożyła w niej kilka nowszych ubrań na jesienną porę, dodatkowy płaszcz, potem buty. Zapakowała jedną dodatkową parę butów trakingowych, one idealnie sprawdzają się nie tylko w trudnym terenie, ale są super do noszenia w listopadową pogodę, która potrafi być kłopotliwa. Do pociągu ubierze jednak wygodne pantofle. Dorzuciła kilka kosmetyków, po czym zamknęła walizkę, gdy coś jeszcze sobie przypomni to zdąży dorzucić. Przyszedł czas na wykonanie fona. Pierwszy numer wybrała do Maksymiliana. Sygnał, jeden, drugi, trzeci…..piąty i już myślała, że usłyszy znienawidzony dźwięk poczty głosowej, gdy w słuchawce zabrzmiał jego głos. — Hej Moniu. Co tam? Jak się czujesz? Wyjeżdżasz? — Zadawał pytanie za pytaniem. — Hej Maks. Tak dzwonię Ci przekazać, że zdecydowałam się wyjechać. Jadę na weekend, w poniedziałek będę z powrotem. Czuję się jak na tę chwilę wyśmienicie, aż trudno uwierzyć w to, co się wydarzyło chciałabym normalnie być z Tobą tam w banku. — Wiem, również bym chciałbyś tu była z nami, ale wiesz, że to, że, teraz się czujesz wyśmienicie niczego nie znaczy. Dostałaś zwolnienie i musisz je wykorzystać tak jak Ci zalecono i tego się trzymaj. Cieszę się, na Twój wyjazd, przyda się odskocznia od tego całego bajzlu. Wrócisz szybko a ja tu czekam na Ciebie. Z resztą w razie, co jesteśmy w kontakcie. Po za tym wiedz, że teraz tu się nic nie dzieje.- mówił to lekko ściszonym głosem — wszyscy błąkają się jak jakieś zombi i czekają na długi weekend. — Zaśmiał się — Jasne, masz rację. Szybko zleci. — potwierdziła z chłodem, jego wypowiedź. — to jakby, co to narka. W razie, co to na fonie. — No narka i miłego. — odpowiedział z euforią i się rozłączył. Przez chwilkę siedziała w bezruchu, myślami była tam z nim w banku. Rozmarzyła się. Westchnęła pełną piersią, po czym wróciła do realiów. Teraz przyszedł czas na telefon do matki. Jeszcze raz zastanowiła się czy dzwonić? Wybrała numer. Połączenie; jeden sygnał, drugi. Tu nie bała się o pocztę głosową już po drugim sygnale w telefonie odezwał się kobiecy stanowczy, ale przytłumiony głos. — Dzień dobry Moniko. Co się stało, że dzwonisz? — Mogła i może nawet powinna jej powiedzieć, co się stało. Jak wylądowała w szpitalu hospitalizowana na zawał przez cholerną arytmię, ale skupiła się tylko by przekazać informację o przyjeździe. — Jutro będę w domu, jadę do Ciebie. Będę około dwudziestej drugiej. — Chciała coś jeszcze dodać, ale jak zawsze jej chłód, którym epatowała ze swojej osobowości spowodował, że na tej lakonicznej informacji zakończyła rozmowę. Usłyszała jeszcze tylko zdawkowe mimowolne przyjęcie wiadomości. — Dobrze przyjeżdżaj. Twój pokój jak zawsze czeka na Ciebie — po czym rozłączyły się. Monika wstała z fotela, podeszła do okna. Za oknem panowała jesienna zimna plucha. Wiał wiatr i zacinał deszcz. Poczuła się samotna bardzo samotna i wtedy znów zanuciła:

„Jestem tutaj sama

I sama tu zostanę

Już zawsze

Na wieki wieków amen”

— Nosz do jasnej cholery!!! — krzyknęła z wyrzutem sama do siebie. — Co się ze mną dzieje? — zadała sobie w głos pytanie. Jednak nie wiedziała. Wszelkie próby wyjaśnienia zagadki ostatnich wizji i objawień małej dziewczynki na nic się zdały. Chodziła wściekła po mieszkaniu, myśląc czy nie wycofać się w ostatniej chwili z tego wyjazdu i spędzić ten czas tu we Wrocławiu. Tylko czy pozostając na miejscu odpocznie? Nie było gwarancji, więc wróciła myślami do wyjazdu, który szybko zbliżał się do realizacji poprzez upływający czas.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 39.92