E-book
15.75
drukowana A5
65.9
Na Wołyniu skończył się świat

Bezpłatny fragment - Na Wołyniu skończył się świat


Objętość:
325 str.
ISBN:
978-83-8467-133-7
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 65.9

Malowanemu

Od Autora

Zapewne nie będę daleki od prawdy i zbyt oryginalny stawiając tezę, że temat ukraińskich zbrodni na Kresach w powszechniejszej świadomości Polaków zaistniał naprawdę dopiero za sprawą filmu „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego. Chociaż zbrodni dokonywano także w innych województwach z przeważającą ludnością ukraińską, to właśnie Wołyń stał się symbolem jednego z największych barbarzyństw współczesnego świata.

O tym, jak wielki był wkład Smarzowskiego w nagłośnienie ludobójstwa na Wołyniu niech świadczy fakt, że tak naprawdę wszystkie wydawnictwa, dotyczące szerszej analizy tej zbrodni ukazały się dopiero w ostatnim pięcioleciu, a więc w okresie szumu medialnego, związanego z powstawaniem filmu. Wcześniej rynek wydawniczy niespecjalnie wydawał się być zainteresowany tematem. Ukazywały się jedynie książki wydawane przez kresowiaków w małym nakładzie i dla odbiorców wyłącznie związanych z tą problematyką.

Pisząc o Wołyniu nie sposób nie wspomnieć o monumentalnej pracy Ewy i Władysława Siemaszków „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 — 1945”. To dzieło nie mieści się w żadnej kategorii, bo ponad nie wyrasta. To bezprecedensowy owoc dziesięcioletniej pracy badawczej autorów. W swoim dokumentalnym, zimnym charakterze, to lektura przytłaczająca. I z pewnością nigdy nie przybrałaby ona takich rozmiarów, gdyby nie konsekwentne przemilczanie tematu Wołynia przez polityków i historyków, czyli tych wszystkich, którzy milczeć o zbrodni nie powinni. Mając świadomość tego, że upływający czas może zatrzeć ślady i rozmyć winy nie pozwolili oni by do tego doszło.

Z perspektywy mojej znajomości tematu zbrodni hitlerowskich i stalinowskich, z perspektywy kilkudziesięciu lat zgłębiania tematu obozów koncentracyjnych i gułagów, z perspektywy oglądu ogromu ludzkich nieszczęść i cierpienia, wydawało się, że już nic nie może mnie zaskoczyć. Myliłem się, bardzo się myliłem. Uświadomienie sobie tego było bolesnym i nieodwracalnym procesem, w wyniku którego powstała ta książka.

W książce znajduje się wiele fragmentów, które mogą budzić sprzeciw. Zapożyczenia z popkultury, wywołujące konfuzję porównania, być może nadmierne epatowanie okrucieństwem, czy wnioski, które mogą wydać się nieuprawnione, to wszystko musi budzić kontrowersje. To właśnie jednak te elementy spowodowały, że ta książka powstała. Pisanie tylko kolejnego tekstu o Rzezi Wołyńskiej nie miałoby dla mnie sensu. Gdybym każdy budzący czyjś sprzeciw fragment miał usunąć, czy zmienić, to nie byłaby już moja książka. W ogóle by jej nie było.

1. Na paradzie w Londynie

Jak uczy historia losy Polski zawsze zależały od tego, jak przebiegały nasze relacje z najbliższymi sąsiadami. W różnych okresach różnie się to układało, ale generalnie położenie między potężniejszymi Niemcami i Rosją stawiało nas w trudniej sytuacji. Pozostawało to regułą, chociaż zdarzały się też wyjątki. Należał to nich niewątpliwie wiek XVII, kiedy to powierzchnia Polski („Polska od morza do morza”) miała 990 tysięcy kilometrów kwadratowych, czyli ponad trzy raz więcej niż obecnie. Kulminacją rozkwitu Rzeczypospolitej był rok 1683, kiedy król Jan III Sobieski w odsieczy wiedeńskiej skutecznie zagrodził drogę wojskom wezyra Kara Mustafy w tureckim marszu na Europę. Wydawać by się mogło, że Polska zyska w Austrii wdzięcznego sojusznika. W niecałe sto lat później Austria nam podziękowała w ten sposób, że z Rosją i Prusami uczestniczyła w rozbiorach Polski. Niepodległa Rzeczpospolita po prawie ośmiuset latach zginęła z map Europy. Zupełnie nieoczekiwanie tym państwem, które nie chciało się z tym pogodzić była Turcja. Doceniając historyczną rolę byłego przeciwnika rozsierdzała przedstawicieli zaborców przy okazji międzynarodowych rozmów. Ich reakcją na ciągle zadawane przez stronę turecką pytanie: „Czy przybył już poseł z Lechistanu” była irytacja i wściekłość.

W 1918 roku w wyniku zawirowań w Europie związanych z wojną i rewolucją październikową Polska odzyskała niepodległość. Przede wszystkim była to zasługa samych Polaków. Odniesiono sukces militarny i organizacyjny (Legiony Piłsudskiego, Powstanie Wielkopolskie), jak i dyplomatyczny (wysiłki Ignacego Paderewskiego). W granicach państwa polskiego znalazły się tereny sprzed zaborów, należące obecnie do: Litwy, Białorusi i Ukrainy. Ustalony porządek nie był trwały, bo w 1939 roku wybuchła kolejna globalna wojna.

Napaść hitlerowskich Niemiec na Polskę przy zdecydowanej przewadze militarnej najeźdźców doprowadził do załamania linii obrony na wszystkich frontach. Fakt, że Polska nie została zostawiona samej sobie przyjęto trzeciego września wybuchem euforii. Tego dnia Francja i Anglia, wypełniając swoje zobowiązania wobec Polski, wypowiedziały Niemcom wojnę. Nadzieje okazały się jednak płonne, bo nasi sojusznicy 12 września w czasie tajnej konferencji w Abbeville ustalili, że nie podejmą żadnych obiecanych Polsce działań zbrojnych. Slogan „dlaczego musimy umierać za Gdańsk” stał się synonimem zdrady. Ostatecznie postawa aliantów obróciła się przeciwko nim, bo poniesione później straty były znacznie większe niż te, które ponieśliby przystępując czynnie do wojny w roku 1939. 110 dywizji, jakie posiadali Francuzi i Anglicy, wobec pozostających na froncie zachodnim 23 dywizji niemieckich nie powinno budzić wątpliwości, jaki byłby wtedy przebieg wojny i tym samym los Polski. Francuski marszałek Alphonse Juin pisał w pamiętnikach: „Można było wejść jak w masło w pozycje niemieckie, można było rozstrzygnąć wojnę w 1939 roku (…) Co za hańba, co za wstyd, co za głupota zarazem. To idealna sytuacja, wręcz modelowa, w której można było pobić przeciwnika wychodząc na jego odsłonięte tyły. A przy tym zdrada wiernego przyjaciela.”

Chociaż Kampania Wrześniowa 1939 roku zakończyła się klęską Polski, to nie oznaczało to końca walki. Jeszcze przed końcem roku zaczęły organizować się pierwsze odziały konspiracyjne, które później już jako Armia Krajowa były jedną z lepiej zorganizowanych partyzantek w całej Europie. Tysiące żołnierzy regularnej armii, którym udało się przedostać przez Rumunię na zachód Europy walczyło później we Francji i Anglii. To zwłaszcza tam bezprzykładnym bohaterstwem i doskonałymi umiejętnościami zasłynęli polscy lotnicy. Po latach cały świat miał się dowiedzieć o ich wyczynach w obronie Anglii, i szerzej, o sprawie polskiej w czasie całej wojny, z bestsellerowego dzieła amerykańskiego małżeństwa Lynne Olson i Stanleya Clouda „Sprawa Honoru”. Kiedy jednak ucichły echa bitwy o Anglię, gdy minęło bezpośrednie zagrożenie, uwielbienie dla Polaków zaczęło spadać. Rósł natomiast szacunek dla walczącej z Hitlerem Rosji, zwłaszcza, po będącej punktem zwrotnym wojny, bitwie stalingradzkiej. Intensywne kampanie rządowe, zarówno w Stanach, jak i Anglii, przynosić zaczęła efekty. Dopiero jednak po latach wychodzić zaczęły na jaw fakty ujawniające, iż do tak pozytywnego odbioru Rosji znacznie przyczyniła się doskonale zorganizowana i działająca sieć sowieckich agentów.

Nie wszyscy podzielali bezkrytycznie taki nagły przypływ sympatii do krytykowanej wcześniej bolszewickiej dyktatury. W roku 1943 George Orwell napisał „Folwark zwierzęcy”, głęboką satyrę na sowiecki totalitaryzm. Znany autor zetknął się jednak z nieoczekiwanym problemem. Książka została po kolei odrzucona przez wszystkie wydawnictwa. Tylko jedno z nich zgodziło się na druk. Po ostrzeżeniu z Ministerstwa Informacji jakoby książka zepsuje relacje Wielkiej Brytanii z Rosją także ono jednak zrezygnowało. Najwybitniejszy pisarz polityczny Anglii był wściekły, bo od dawna sygnalizował zbytnie uleganie modzie gloryfikującej wybielanie Sowietów. Jakże znaczące nie tylko dla tamtego czasu jest to, co napisał później. „Jakakolwiek poważna krytyka sowieckiego reżimu, ujawnienie faktów, które rząd sowiecki wolałby trzymać w tajemnicy jest niemal niecenzuralne (…) Jeśli wolność cokolwiek znaczy, to jest to prawo mówienia ludziom, tego czego nie chcą usłyszeć”.

Znaczącym momentem próby dla antyhitlerowskiego sojuszu było to, co zdarzyło się trzynastego kwietnia 1943 roku. Niemieckie radio nadało wówczas komunikat o masowych grobach odnalezionych w lesie katyńskim. Ze zdumieniem i niedowierzaniem przyjęto informacje jakoby sprawcami mordu byli Rosjanie. Ze strony polskiego podziemia i emigracji płynęły apele, które doprowadziły do tego, że generał Sikorski zwrócił się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o przeprowadzenie niezależnego śledztwa (żadne kroki nie zostały jednak podjęte, ponieważ strona sowiecka odmówiła współpracy). Churchill i inni członkowie brytyjskiego rządu byli skonsternowani. Bardziej jednak niż troska o tragiczny los zaginionych (i wciąż poszukiwanych przez Andersa oficerów) martwiło ich to, że szum wokół sprawy doprowadzi do gniewu Stalina. Na to natomiast nie można było sobie pozwolić, bo to Rosja była tym sojusznikiem, który w znacznej mierze (było już po Stalingradzie) ponosił ciężary wojny, miał przyczynić się do odwrócenia jej losów i pomyślnego zakończenia. Dla Churchilla ważniejsza była wtedy jedność aliantów i ostatecznie częściowo udało mu się wymóc na Sikorskim zachowanie w tej sprawie milczenia. Jeszcze bardziej poirytowany „zamieszaniem katyńskim” był Roosevelt. „Nie mam do nich cierpliwości” tak mówił o Polakach, którzy stawali się coraz większą przeszkodą w jednolitej polityce prowadzenia wojny. Tak więc jedynym politycznym posunięciem na szczeblach rządów było zerwanie stosunków dyplomatycznych między polskim rządem emigracyjnym a Rosją. Prasa tak w Anglii, jak i w Stanach zdawała się stać frontem za sojuszem i forowała zdanie strony rosyjskiej, obarczającej za mord Niemców, którzy tym „kłamstwem” chcieli nim zachwiać. Zdumiewająco trafnie zabrzmiały tu słowa z dzienników Goebbelsa: „Anglicy i Amerykanie odprawiają Polaków jakby byli ich wrogami”.

W tym co się stało widać było działanie pewnego mechanizmu, który prowadzi do swoistej cenzury w imię tzw. politycznej poprawności. Czym ona jest w istocie? Polityczna poprawność ma w zamierzeniu polegać na unikaniu w dyskursie publicznym stosowaniu zbyt ostrej retoryki i poruszania tematów, które spowodować by mogły konsternację i rozdrażnienie drugiej strony, czy innych zainteresowanych tematem grup. Za cenę utrzymania dobrego klimatu i niepowodowania zwiększenia poziomu uprzedzeń unika pytań trudnych i wyjaśniania drażliwych kwestii. Polityczna poprawność nieść może ze sobą zorientowanie na cel, który jest najważniejszy. Z punktu widzenia ceny, jaką trzeba będzie zapłacić, nie ma ona znaczenia, liczy się ten właśnie cel.


Z problemem ocierającym się o polityczną poprawność zetknął się Stanisław Grzesiuk po napisaniu „Pięciu lat kacetu. Niektórzy więźniowie wytknęli mu, że niepotrzebnie pisał o problemie homoseksualizmu w obozach koncentracyjnych. Przy martyrologicznej analizie ten temat był wstydliwie niewygodny. Autor był zdziwiony całym zamieszaniem, bo przecież wszystko, co napisał było prawdą. Do czego taka polityczna poprawność prowadzi miałem możliwość przekonać się sam. Kiedy dorastałem w latach 70. — 80. ubiegłego wieku nasze kino obfitowało w filmy wojenne, w których Niemcy byli wyłącznie źli, a Rosjanie wyłącznie dobrzy. Najeźdźca i okupant przedstawiany był w jeden sposób i nie mógł mieć ludzkiej twarzy. Ugruntowane było to we mnie tak mocno, że gdy (po 1989 r.) w prasie natknąłem się na fragment o losach Władysława Szpilmana, któremu życie uratował niemiecki oficer, zrobiło to na mnie tak ogromne wrażenie, że ten fragment przeczytałem kilka razy, bo tak bardzo odbiegało to od utrwalonych w moim umyśle schematów.

Rozpoczęty sprawą Katynia proces popadającej w zapomnienie Polski ujawniła Konferencja Teherańska, która odbyła się w dniach od 28 listopada do 1 grudnia 1943 roku. To na niej wielka trójka (Stalin-Roosevelt-Churchill) przyjęła postanowienia dotyczące prowadzenia wojny i utworzenia drugiego frontu. Zupełnym kuriozum okazało się to, co ustalono w sprawie Polski (ustalenia utajniono). Nieodległe było to od targów dokonanych w XVIII wieku przez zaborców. Wschodnia granica opierała się na tzw. Linia Curzona (nazwa powstała w okresie wojny 1920 roku) i nie miała żadnego historycznego uzasadnienia. Z grubsza pokrywała się z linią podziału granic Polski ustalonych paktem Ribbentrop-Mołotow. Przyjęto także, że Polska należeć będzie do sowieckiej strefy wpływów, co skazywało ją na utratę niepodległości, tym boleśniejszą, że dokonali tego nasi „zachodni przyjaciele”. Na kolejnej konferencji w Jałcie (luty 1945 rok) powtórzono punkt o zwierzchnictwie Związku Radzieckiego nad Polską. Za utratę Kresów odradzające się państwo otrzymało wschodnie ziemie niemieckie. Mimo że Roosevelt i Churchill mieli doskonałe pojęcie o standardach rosyjskiej demokracji, to ustalono, że w Polsce odbędą się wolne wybory. Stalin mógł się tylko śmiać, bo już wtedy wiedział, jakie będą wyniki tych „wolnych” wyborów. Kolejnym krokiem, który na Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych wymógł Stalin było cofnięcie uznania dla polskiego rządu na uchodźctwie. Jedynym legalnym przedstawicielem miał być marionetkowy Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. To wtedy przypieczętował się los członków Armii Krajowej: śmierć, więzienie i zapomnienie. I to wszystko wykonane zostało rękami sojuszników naszych sojuszników.

8 czerwca 1946 roku Wielka Brytania urządziła imponującą Defiladę Zwycięstwa. Ponieważ nowy angielski rząd nie chciał narażać Stalina na irytację zaprosił na nią reprezentantów komunistycznej Polski. Ci jednak, podobnie jak Rosjanie, w całkiem już nowej sytuacji politycznej odmówili przyjęcia zaproszenia. Wykluczenie z uroczystości tysięcy Polaków (zaproszono m.in. Irańczyków, Hindusów, czy Greków), którzy walczyli w m.in. w Bitwie o Anglię o których to Churchill mówił: „Nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym”, było dla nich ciosem ponad miarę tego co wytrzymać można. A przecież jeszcze w sierpniu 1944 roku, w czasie trwającego Powstania Warszawskiego, Churchill zapewniał Andersa, że nie opuści Polski w potrzebie, że wolność dla Polski to sprawa honoru! Wydawać by się mogło, że zdrada z roku 1939 roku nie może się powtórzyć. Stało się jednak dokładnie to samo. Poprzez ustępstwa i zaniechania aliantów wobec Związku Radzieckiego Polska utraciła niepodległość. Błędy takiej polityki ujawniły się stosunkowo szybko, bo już w 1947 roku. Wybuchła wtedy zimna wojna, w której zachodnia strona miała wreszcie odwagę ujrzeć komunistyczne zagrożenie. Dla Polski było jednak już za późno. Z perspektywy powyższych rozważań zupełnie inaczej jawi się rola Powstania Warszawskiego, które w sierpniu 1944 roku dało nadzieję na wyzwolenie stolicy rękami własnej podziemnej armii, bez oglądania się na pomoc z zewnątrz. Ogromne straty w ludziach i zniszczenie miasta były niejednokrotnie źródłem krytyki sensowności tego wolnościowego zrywu. Jeśli jednak wziąć pod uwagę tajne wówczas ustalenia Konferencji Teherańskiej była to jedyna szansa, by spróbować odzyskać wolność i ją zachować. Taki przyczółek Polski z Rządem, który błyskawicznie można by przerzucić z Londynu, z armią, która z sukcesami potrafi walczyć z Niemcami, i z administracją, którą, znając zaradność rodaków w momentach krytycznych, zbudowano by błyskawicznie, byłby europejskim fenomenem tej wojny. Na szczęścia dla rządów Anglii i Stanów tak się nie stało, bo co wtedy zrobiliby w swojej poprawności politycznej wobec Stalina. Przecież wschodnia część Europy z Polską przydzielona została już do sowieckiej strefy wpływów. A tu nagle przez tych Polaków taka sytuacja.

Ustalone na Konferencji Teherańskiej przyłączenie byłych terenów wschodniej Polski do Rosji spowodowało przymusowe przesiedlenie ludności polskiej głównie na tereny tzw. ziem odzyskanych. O ile dla obywateli polskich z terenów dzisiejszej Białorusi i Litwy opuszczanie ojcowizny było bolesne, to już w wypadku terenów południowych (w tym Wołynia) było inaczej. Nikt praktycznie nie mieszał już na wsi. Większe skupiska polskiej ludności wiejskiej skupiały się wokół kilku ośrodków samoobrony, którym udało się przetrwać. Pozostała ludność znajdowała się w miastach. Byli to ci wszyscy, którzy mieszkali tam wcześniej, ale także znacznie większa grupa tych, którzy uciekli tam przed pogromami. Co było zupełnym zaskoczeniem w całym przebiegu wojny, to fakt, że uciekinierzy szukali pomocy u żołnierzy okupanta. Stacjonujące bowiem w miastach niemieckie oddziały były gwarantem bezpieczeństwa Polaków, bowiem działań przeciwko Niemcom w miastach UPA nie podejmowała.

Przesiedlana z Wołynia ludność zostawiała za sobą zgliszcza starego świata, a jedynym pozytywem były wspomnieniem ukochanej rodzinnej ziemi z czasów, gdy nic nie zapowiadało morderczego amoku sąsiadów. Przesiedlani na zachodnie ziemie odzyskane Wołyniacy stawali się tam jednymi z wielu. O bolesnych wspomnieniach mało kto chciał wtedy mówić, bo wojenną traumą naznaczone było całe pokolenie. Wschodni akcent sprawiał, że jako inni tym bardziej byli pod czujną obserwacją sąsiadów. Zupełnie niezrozumiałym był ponadto fakt, że zakaz mówienia o Wołyniu był niejako usankcjonowany przez tworzącą nową polityczną poprawność. Zetknął się z tym m.in. dr Stanisław Walkiewicz, kiedy dostał się w Olsztynie na Akademię Medyczną. Jeden z urzędników Polskiego Urzędu Repatriacyjnego ostrzegł go, by w życiorysie nie wspominał o przeszłości swojej rodziny: „Syneczku, ja rozumiem, że ty masz jeszcze potrzeby, ale nikomu nie mów że twoi rodzice na Wołyniu zostali przez Ukraińców wymordowani, bo ciebie z Akademii wywalą”. Ówczesne władze Polski dalekie były wtedy od czegokolwiek, co wiązałoby się z roszczeniami wobec obywateli innego państwa. Ukraińcy pozostawali wtedy pod władzą rosyjską, która tym bardziej nie interesowała się ludobójstwem Polaków, o którym zresztą bardzo dobrze wiedziała. Bojownicy UPA byli ścigani, więzieni i skazywani na śmierć jedynie za to, że walczyli przeciwko komunistom. Nie stało się wtedy to, co w innych warunkach politycznych byłoby bardzo łatwe. Tysiące ocalonych z pogromów mogłoby palcami wskazywać na znanych z nazwiska morderców i znane z nazwiska ofiary. W tamtym systemie nie o sprawiedliwość jednak chodziło, ważniejsza była bieżąca polityka. Jedyne nieliczne akty osądzania sprawców miały miejsce tuż po wejściu Rosjan. Wiosną 1944 r. w mieście Ostróg nad Horyniem Sowieci powiesili dowódcę jednego z oddziałów UPA. Powieszono na nim tabliczkę z zapisem, że zamordował żonę Polkę i swoje dzieci.

Kiedy nastąpił przełom roku 1989 roku wraz z kresem nakazowej „przyjaźni polsko-radzieckiej” rozmyła się także powinność politycznej poprawności. Rosja z suwerena stała się na powrót jednym z naszych sąsiadów. Z którym, aby nawiązać nowy początek, trzeba było wyjaśnić i zamknąć klamrą bolesne zaszłości. Nie można było tego uczynić bez ujawnienia prawdy o Katyniu. 14 października 1992 r. Rosja na wniosek ówczesnego prezydenta Borysa Jelcyna przekazała Polsce archiwalia obarczające odpowiedzialnością za zbrodnię katyńską przywódców ZSRR z Józefem Stalinem na czele. Wśród dokumentów był rozkaz z 5 marca 1940 r., na mocy którego NKWD zamordowało prawie 22 tys. Polaków. Kolejnym bardzo znaczącym gestem było to, co zrobił Jelcyn podczas wizyty w Polsce w 1993 r. Na cmentarzu Powązkowskim, przed krzyżem katyńskim, wyraźnie wzruszony prezydent Rosji wypowiedział znamienne słowo prastitie (przebaczcie). W tym miejscu warto przypomnieć, że podobny proces dokonał się w relacji z Niemcami. Jego początek miał miejsce jeszcze w 1970 r., kiedy to kanclerz RFN Willy Brandt ukląkł przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie. Kulminacją natomiast było symboliczne pojednanie narodów polskiego i niemieckiego w 1989 r. w Krzyżowej. To wtedy po słynnym geście pierwszego niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego i kanclerza Helmuta Kohla zakończyło się to, co początek miało w roku 1939. W obu wypadkach nie tyle ważne było samo słowo: przepraszamy, czy wybaczcie. Takie słowa nigdy nie współgrają z winami za narodowe tragedie. Ważniejsze było coś innego. To usankcjonowanie na stałe i osądzenie bez możliwości zmiany. Pokazanie tego, kto był kim, gdzie leży wina i spoczywa odpowiedzialność, kto był katem, a kto ofiarą. Wydawać by się mogło, że otworem stoi także droga do uporządkowania wszystkich kwestii związanych z Tragedią Wołyńską. Tu jednak na drodze znów stanął demon politycznej poprawności. Polityczne elity rządzące (wszystkie rządy i wszyscy prezydenci) na przestrzeni 25 lat konsekwentnie trzymały się linii poprawności politycznej wobec Ukrainy, szukając w niej sojusznika w ewentualnym froncie przeciwko polityce zawsze groźnej i zaborczej Rosji.

W jednym z wywiadów po filmie „Wołyń” Ks. Isakowicz-Zalewski obszernie komentuje omawiany problem: „W Ewangelii jest napisane wyraźnie: Poznacie Prawdę a Prawda was wyzwoli. Jeszcze nigdy nie zbudowano pojednania i przebaczenia w oparciu o kłamstwo, czy przemilczenie”. Brzemienna w konsekwencje błędna polityka III RP początek swój miała w 1989 r. Polska jako pierwsza uznała niepodległość Ukrainy. Błyskawiczna decyzja rządu premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego wprawiła w konsternację samych Ukraińców, którzy ten honor chcieli zachować dla Kanady. Ten swoisty brak roztropności Bieleckiego i podjęcie tak szybkiego działania można by tłumaczyć brakiem wiedzy, ale nie tłumaczy już gabinetu premiera i sztabu doradców, którzy nie mogli nie znać sprawy Wołynia. Dodatkowym czynnikiem niesprzyjającym był całkowity prawie brak wiedzy na ten temat w społeczeństwie. Z jednej strony poprzednie władze skutecznie dbały o niepodnoszenie tego problemu, a z drugiej ci którzy przeżyli nie byli skłonni do dzielenia się tym, o czym chcieli zapomnieć. To właśnie brak spisanych świadectw i świadomość tego, że pamięć o dramacie wołyńskim nie może zaginąć skłoniły całą grupę zaangażowanych dokumentalistów do podjęcia wysiłku zbierania świadectw tych, którzy ocaleli. Szczególną rolę odegrała tu benedyktyńska wręcz praca Władysława i Ewy Siemaszków. Ich dziesięć lat pracy zaowocowały powstaniem dzieła bez precedensu. „Ludobójstwo” to praca kompletna i porażająca, dokumentująca to wszystko, co wydarzyło się na Wołyniu, wioska po wiosce, gmina po gminie. Mimo jednak coraz bogatszej dokumentacji zbrodni wołyńskiej ani na jotę nie zmienia się przez lata zagraniczna polityka wobec Ukrainy. Sprawy Wołynia kolejne rządy nie podnoszą, a sami politycy się jej boją. Polityczna poprawność wobec Ukrainy dotyka nie tylko szczebla władz, ale i intelektualnych elit. Podwaliny podłożyła tu zarówno paryska „Kultura”, według której z narodem ukraińskim należało pojednać się ponad wszystko. W podobną nutę uderzała „Gazeta Wyborcza”, słynąca w kraju z obrony wartości demokratycznych. Nazywana ona została przez Ks. Isakowicza-Zalewskiego „Gazetą Wybiórczą” — z tej racji, że bardziej stawała w obronie dobrego imienia Ukrainy, niż interesowało ją to, co spotkało Polaków na Wołyniu. Na każdy przejaw niechęci do Ukraińców lub przejaw antysemityzmu reagowała gwałtownie, przejawów antypolonizmu nie zauważając wcale. Z goryczą do sprawy podchodziły środowiska kresowe i byłych członków 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Nie chciano z nimi rozmawiać argumentując, że dowody przez nich zebrane są niewiarygodne, stronnicze i antyukraińskie. Politycy odsyłali ich do historyków, ale poszczególne uczelnie tym bardziej nie były zainteresowane podjęciem tematu. Szczególnie bolesnym było to, że dążący do ujawnienia prawdy nazywani później byli agentami Putina tylko dlatego, że ujawnienie prawdy dyskredytowałoby wrogów Rosji. Bez końca pojawiał się argument, że należy dbać o wrażliwość ukraińską, całkowicie zapominając o tym, co powinno być nadrzędne, o wrażliwości polskiej.

Tych głosów na przestrzeni lat pojawiało się wiele i wszystkie one mówiły o tym samym, że sprawa została zaprzepaszczona w latach dziewięćdziesiątych. Gdyby strona Polska mocniej naciskała na Ukrainę w sprawie przyznania się do wołyńskiej rzezi, sprawa mogłaby być wyjaśniona i ostatecznie zamknięta. Kijów był do tego przygotowany, zwłaszcza po tym, jak miażdżącej krytyki OUN-UPA dokonała w przygotowanym raporcie specjalna grupa sześciu pracowników Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Raport jednak utajniono, bo jego ujawnienie nie leżało w interesie Kijowa. A to nie Polska potrzebowała wtedy Ukrainy, ale właśnie Ukraina Polski. Droga bowiem do struktur Europy Zachodniej prowadziła przez Polskę, która była zawsze o „kilka kroków dalej” i pomocy sąsiadowi na pewno by nie odmówiła. To był właśnie ten moment. Potem, w pierwszym, a zwłaszcza drugim dziesięcioleciu XXI wieku, było już na to za późno.

W 2007 roku we Lwowie odsłonięto pomnik przywódcy UPA Stepana Bandery. 9 kwietnia 2015 roku Ukraiński Parlament uhonorował morderców z UPA. Zbiegło się to, co trudno uznać to za przypadek, z wizytą prezydenta Polski — Bronisława Komorowskiego na Ukrainie. Co mogły wtedy czuć wszystkie rodziny wołyńskie, obarczone traumą swoją i swoich przodków? Ale to nie był koniec hańby. Miesiąc później na Westerplatte, w rocznicę zakończenia wojny, siedzący pomiędzy premierem Donaldem Tuskiem a prezydentem Bronisławem Komorowskim, prezydent Ukrainy Petro Poroszenko miał wpięty w klapę tryzub, ten sam, który nosili upowscy mordercy. Co w takiej sytuacji powinien zrobić polski prezydent, a jeśli nie on, to premier? Czy zaprotestować, powiedzieć coś prosto w oczy, a nawet zerwać stosunki dyplomatyczne? Czy to nie był taki moment, że trzeba by przywołać dewizę Wojska Polskiego: „Bóg, Honor, Ojczyzna”, stanowiącą idealistyczne ujęcie wierności państwu. Ten zupełny brak reakcji był smutnym dowodem na to, że to święte hasło męczenników za niepodległość zupełnie już nic nie znaczy. Czy można się więc dziwić, że Ukraina poszła jeszcze dalej i w 2017 roku pojawiły się projekty ustaw przewidujących dla krytyków OUN-UPA kary więzienia, tak jak karze się na zachodzie za tzw. „kłamstwo oświęcimskie”?

Aktualna sytuacja, gdy na Ukrainie już stoją pomniki dowódców UPA, gdy ich imionami nazywa się ulice, wydaje się beznadziejna. Z racji wykonywanej pracy mam częsty kontakt z obywatelami Ukrainy. Najczęściej są to młodzi ludzie, którzy przyjechali tu do pracy. Mam dostęp do ich danych osobowych i adresowych. Kiedyś przeczytałem głośno, sam nie wierząc w to co widzę, nazwę ulicy, przy której mieszkał około 25-letni Ukrainiec. Byłem wyraźnie zmieszany, on w żadnym wypadku. Była to jedna z głównych ulic Łucka nazwana imieniem dowódcy UPA-Północ Kłyma Sawura. Ja widziałem mordercę odpowiedzialnego za rzeź na Wołyniu. On zapewne jednego z bojowników walki o wolność Ukrainy. W przypuszczalnym, pesymistycznym wariancie, zmienić tego nie może już nic, bo takiej historii uczy się tam w szkołach.

Kiedyś spotkał nas jako naród tak niesprawiedliwy los. Zdradzeni zostaliśmy przez tych, których uważaliśmy za przyjaciół. Ceną jaką musieliśmy zapłacić było prawie pół wieku zniewolenia komunizmem i utraconej szansy na zbudowanie państwa o poziomie dobrobytu takim, jak w krajach za żelazną kurtyną. Po zmianach jakie przyniósł rok 1989 z powodu przekleństwa politycznej poprawności sprawa Wołynia została zaprzepaszczona. „Kresowian zabito dwukrotnie: raz przez ciosy siekierą, drugi raz przez przemilczenie” — te słowa Jana Zaleskiego (ojca ks. Isakowicza-Zaleskiego) wykorzystane w filmie „Wołyń” trafnie ujmują istotę problemu. To przemilczenie, z którego jakże blisko do całkowitego zapomnienia, jest tym bardziej bolesne, że nie zadał go nam nikt z zewnątrz, na kogo można by zrzucić winę. My sami własnymi rękami to zrobiliśmy. Do kogo więc możemy mieć pretensje? „Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości”. Słowa tak hołubionego u nas Marszałka Józefa Piłsudskiego nie były w stanie poruszyć tych wszystkich, których powinny. Wołyń to historia tragiczna, pełna smutku nie do ukojenia. Czasami jednak od pewnych smutnych historii uciec nie można i nie należy. Z szacunku dla tych wszystkich, którzy będąc w matni, nie znaleźli ratunku.

2. Echa przeszłości

Określenie „ukraina” pojawiło się w średniowieczu i oznaczało pierwotnie nazwę granicznych regionów geograficznych. Do końca XVI wieku termin „ukraina” nie miał charakteru oficjalnego i oznaczał jedynie pogranicze (krańce państwowe) poszczególnych terenów, będących na przestrzeni wieków pod kontrolą różnych państw. Nazwa Ukraina pojawiła się prawdopodobnie po raz pierwszy w 1613 r. na mapie wydanej w Amsterdamie przez Tomasza Makowskiego, gdzie prawy brzeg Dniepru nazwano: „Wołyń Dolny, który nazywają Ukrainą lub Niżem”.

Ludność tych ziem żyła w ciągłym zagrożeniu. Od północy pochodziło ono z Rusi i Litwy, z zachodu byli Polacy, na południu Turcy, a na wschodzie Mongołowie. Zwłaszcza ci ostatni dali się mocno we znaki zarówno skutecznością swojej wojennej machiny, ale nade wszystko bestialstwem w postępowaniu z pokonanymi, co w trudny do ocenienia sposób mogło mieć wpływ na ukształtowanie pewnych typów zachowań osiadłej na tamtych terenach ludności. Przykładem okrutnej wyobraźni, służącej potęgowaniu ludzkiego cierpienia było to, co zdarzyło się po rozgromieniu w 1206 w bitwie pod Kałką oddziałów księcia kijowskiego. Wziętych do niewoli książąt związano, ułożono na nich deski i bale drewniane, na których urządzono ucztę dla zwycięzców. Jeńcy ginęli w strasznych męczarniach.


Szczególne znaczenie dla budzącej się ukraińskiej świadomości narodowej i budowania jej odrębności miało powstanie na terenach zniszczonych i wyludnionych przez napady tatarskie w XVI wieku tzw. kozaczyzny. Główną siedzibą kozaków było Zaporoże — teren nad porohami (porohy — katarakty na rzece Dniepr) i dalej do ujścia Samary do Dniepru. Obok ludności miejscowej stanowili je przede wszystkim chłopi zbiegli z magnackich latyfundiów leżących na kresach ówczesnej Rzeczypospolitej, dla których był to wyraz buntu przeciwko nadmiernemu obciążaniu pańszczyzną. Przybywali tam także ludzie, których do dalekiej wędrówki pchnęło zamiłowanie do przygód lub popełnione przez nich przestępstwa kryminalne i obawa przed karą. Poza Ukraińcami do kozaków przystępowali także m.in. mieszkańcy Polski centralnej, Litwy, Mołdawii i Rosji. Warunki geograficzne (mnogość trudno dostępnych wysp i wysepek) oraz bezpośrednie sąsiedztwo tatarskie powodowały, że nie docierały tam poszukujące zbiegów oddziały i mogli oni czuć się stosunkowo bezpiecznie. Niewielu z nich utrzymywało się z uprawy roli, większość zyski czerpała z grabieżczych najazdów przeciw Tatarom krymskim i Turkom, gdzie docierali oni na długich, lekkich łodziach (czajkach). Tworząca się nowa społeczność przybierała trwałe formy organizacyjne. Ze względu na motywy, którymi kierowali się uciekinierzy na Zaporoże, a zwłaszcza na niechęć do jakiejkolwiek władzy, wykształcił się tutaj swoisty rodzaj demokracji wojskowej. Formalnie wszyscy Kozacy byli sobie równi, jedynie na czas wypraw wojennych wybierali spośród siebie atamana.

Po unii lubelskiej 1569 Ukraina została wcielona do Korony. Kozacy z jednej strony stanowili pomoc dla Rzeczpospolitej na zawsze niespokojnych kresach, z drugiej była to jedyna siła mogąca przeciwstawić się na tych terenach wszechwładzy magnaterii. W roku 1572 po raz pierwszy stworzono rejestr Kozaków, których brano do wojska Rzeczpospolitej za odpowiedni żołd. Traktowani byli oni na równi z chłopami, co budziło ich sprzeciw, domagali się oni bowiem dla siebie praw należnych szlachcie. Od samego początku istnienia państwa polskiego w granicach obejmujących tereny zasiedlone przez Kozaków wiadomym było, że prędzej czy później pojawić się muszą konflikty. Ich przyczyny nie zmieniały się przez wieki. Tak samo było zawsze, od XVI, aż do wieku XX i rzezi wołyńskich.


Z zasady Kozacy pragnęli dla siebie niczym nie ograniczonej wolności, co w strukturach Rzeczypospolitej było niemożliwe. Konflikty z kozakami wzmagane były poprzez różnice językowo-etniczne pomiędzy polskimi właścicielami dóbr a ludnością chłopską. Ukraińscy chłopi od pokoleń wyrastali w przekonaniu (oczywiście nie bez przyczyny), że ich praca jest wyzyskiwana przez szlachtę, przede wszystkim magnatów, których na Ukrainie swego czasu nazywano królewiętami. Nie bez znaczenia pozostawały także mniejsze prawa prawosławia w stosunku do katolicyzmu. Wszystkie te czynniki powodowały narastające poczucie odrębności i rozwój ukraińskiej świadomości narodowej, utrwalanej przez powtarzające się powstania kozackie, które zawsze były krwawo tłumione i sprowadzały okrutne represje. „Ukraina spłynęła krwią. Chłopski i kozacki strach przemienił się w nienawiść. I jedni, i drudzy, czekali tylko na chwilę, kiedy znów będzie można wystąpić przeciwko Rzeczypospolitej, mszcząc się za prześladowania”. O tym, jak często dochodziło do takich niepokojów może świadczyć fakt, że w latach 1638—1648 mówiono w Rzeczypospolitej, że był to na Ukrainie okres „złotego pokoju”, ponieważ w tym dziesięcioleciu ani kozacy, ani chłopi nie wystąpili wobec państwa polskiego.


Do powstań chłopów dochodziło jeszcze przez powstaniem Unii Lubelskiej. W 1490 r. na ziemi halickiej pojawiło się kilka tysięcy powstańców prowadzonych przez chłopa Muchę z Bukowiny. Mimo początkowych sukcesów chłopi zostali rozbici pod Rohatynem w starciu z pospolitym ruszeniem szlacheckim, wspomaganym przez krzyżackich najemników. Nie brakowało również w tamtym okresie indywidualnych prób rozprawienia się z dającymi się we znaki przedstawicielami administracji dworskiej. Odmawiano wykonywania powinności pańszczyźnianych, napadano na dwory i zabijano oficjalistów. Stosunkowo najczęściej dochodziło do takich incydentów na Wołyniu.


Do największego powstania kozackiego doszło w latach 1648—54 z inicjatywy Bohdana Chmielnickiego. Jego wybuch nastąpił w szczególnych warunkach, które pozwoliły hetmanowi na odniesienie szeregu zwycięstw nad wojskami Korony w pierwszej fazie konfliktu. Od 1644 roku trwały bowiem przygotowania do budowy europejskiej koalicji przeciw Turcji, w której Polska zamierzała skorzystać w jeszcze większym stopniu z wojsk kozackich, co powodowało wzrost ich siły i koncentrację. Dodatkowym czynnikiem utrudniającym skuteczne działania Rzeczypospolitej była sytuacja związana ze śmiercią Władysława i okresem przejściowym zanim dokonano elekcji Jana Kazimierza. Zwycięstwa odniesione przez Chmielnickiego w bitwie nad Żółtymi Wodami i pod Korsuniem spowodowały, iż oprócz Kozaków poparła go znaczna część ludności wschodniej Ukrainy. Wtedy też po raz pierwszy na tak wielką skalę chwycono za widły i siekiery, dokonując masowych rzezi Polaków i Żydów. Ci ostatni byli jeszcze bardziej nienawidzeni od Polaków, bowiem jako dzierżawcy majątków ziemskich w celu zwiększenia zysków nakładali na chłopów jeszcze większe obciążenia niż magnaci. Mordy (nie oszczędzano nawet dzieci), gwałty i grabieże trwały kilka lat. W ogniu stanęły całe Kresy południowo-wschodnie. Słynne słowa z powieści Ogniem i mieczem wypowiedziane przez posła po upadku Czehrynia: „Chłopy szlachtę rżną! Sąd Boży!” wydawały się najlepiej oddawać stopień dokonywanych wówczas okrucieństw.


Obok powstań i buntów nad polską szlachtą zawisło nowe niebezpieczeństwo. Był nim tzw. ruch hajdamacki (od tur. hajdamak — grabić, rabować), który aż do lat siedemdziesiątych XVIII wieku siał grozę i przerażenie. Hajdamakami byli zarówno chłopi, jak i kozacy z prywatnych oddziałów magnackich. „Ruch hajdamacki łącząc w sobie elementy protestu antyfeudalnego ze zwykłym bandytyzmem, przypominał zarówno zbójnictwo podhalańskie, jaki i ruch opryszków na Podkarpaciu. O ile drobne grupy hajdamackie miały na celu niemal wyłącznie rabunek lub zemstę osobistą, to duże oddziały niosły ze sobą hasła przywrócenia wolności kozackich, obrony religii prawosławnej i całkowitego wypędzenia polskiej szlachty i Żydów z ziem ukraińskich”.


W roku 1768 doszło do powstania zbrojnego związku szlachty polskiej, utworzonego w Barze na Podolu w obronie wiary katolickiej i niepodległości Rzeczypospolitej. Powstała w ten sposób konfederacja, zwana później barską, skierowana była przeciwko coraz większej roli Rosji w polityce wewnętrznej Polski, narzuceniu jej króla (Stanisława Augusta Poniatowskiego) i szeregu ustaw, a zwłaszcza tych dających równouprawnienie innowiercom.

Wszczęta przez konfederatów wojna domowa odwróciła uwagę od jej kresów, na których ponownie zapanował zamęt potęgowany rozchodzącymi się pogłoskami o przemocy stosowanej przez konfederatów przeciwko innowiercom. Te, prawdopodobnie, zakulisowe działania Rosji doprowadziły do tego, że niewielka grupa hajdamaków pod dowództwem Maksyma Żeleźniaka szybko rosła w siłę budząc wśród polskiej szlachty popłoch. W jej skład oprócz chłopów weszli także kozacy z milicji nadwornych. Stąd też wzięła się nazwa wydarzeń tamtego okresu — koliszczyzna, pochodząca od polskiego słowa „kolej”, co na Ukrainie w XVIII w. oznaczało kolejną straż (usługa dworska), pełnioną przy dworze przez uzbrojonych chłopów.

W swoim marszu oddziały Żeleźnika zdobywały kolejne miasta: Czerkasy, Korsuń, Bohusław, Lisiankę. Szukająca schronienia szlachta schroniła się w Humaniu, ale wobec zdrady broniącego miasta Iwana Gonty (przeszedł na stronę Żeleźniaka) miasto skapitulowało. Rozpoczęła się rzeź, zwana później rzezią humańską, w której zginęło kilka tysięcy szlachty i Żydów. Miasto splądrowano i doszczętnie rozgrabiono. Najstraszniejsze wieści mówiły o znęcaniu się nad kobietami, a nawet małymi dziećmi. Do wydarzeń koliszczyzny nawiązywał poemat romantyczny „Zamek kaniowski” autorstwa Seweryna Goszczyńskiego. Opisy mających tam miejsce wydarzeń: „Ile tam mordów, ile krwi rozlania,

Jak samo Lachów zda się ścigać piekło, A nigdzie schrony przed czernią zaciekłą” aktualne wtedy, zgoła dwa wieki później powróciły znowu.

Ostatecznie powstańców rozgromiono, do czego przyczyniło się porozumienie zawarte pomiędzy hetmanem wielkim koronnym Ksawerym Branickim, a dowódcą operującego w Polsce korpusu rosyjskiego generałem majorem Michałem Kreczetnikowem. Wkroczenie Rosji podyktowane było obawami przed nadmierną ekspansją buntowniczych oddziałów i niepokojami na pograniczu, w obliczu zbliżającej się wojny z Turcją. Wojska rosyjskie aresztowały w Humaniu Żeleźniaka i Gontę. Przywódcę powstania spotkała stosunkowo niewielka kara, został wysłany na katorgę, po wcześniejszej publicznej chłoście i obcięciu nosa. Gontę spotkał dużo gorszy los. Został wydany Polakom i poniósł śmierć przez darcie pasów ze skóry i ćwiartowanie żywcem — wersje o rodzaju śmierci są różne, wszystkie jednak podkreślają, że była to straszna śmierć w męczarniach. Na Ukrainę ponownie spłynęły represje.

Co do samej Rzeczypospolitej to uwidoczniony w konfederacji barskiej kryzys państwa doprowadził do kolejnych trzech rozbiorów i utraty niepodległości na ponad sto lat. Nadciągające zmiany nie były także korzystne dla Ukrainy. Dążącej do zlikwidowania resztek ukraińskiej autonomii Katarzynie Drugiej udało się to w 1775 r. kiedy ostatecznie zlikwidowano Sicz Zaporoską, a starszyznę aresztowano i dożywotnio zesłano na Syberię.

Kozacy stali się już tylko legendą.


W zupełnie nowej sytuacji, w jakiej znalazła się ludności polska pod zaborami, stare antagonizmy pomiędzy ludnością polską a Ukraińcami nie zanikły. Korzystała z tego Rosja, której zależało na podsycaniu konfliktów narodowościowych. Napuszczając ludność ukraińską na polską (nasiliło się to zwłaszcza po powstaniu listopadowym i styczniowym) uczyniła to, co później powtórzyli w 1939 sowieci.

Wiek XIX nie był dobrym czasem dla polskiej ludności pod zaborami. Z kolei dla Ukraińców przyniósł wzrost narodowej świadomości, w czym dużą rolę odegrał najbardziej znany ukraiński poeta Taras Szewczenko. Jako pierwszy podniósł mowę ukraińskich chłopów do rangi języka literackiego i zaczął w tym języku tworzyć poezję. Za radzieckich czasów jego wiersz Rewe ta stohne Dnipr szyrokyj (Szumi i jęczy Dniepr szeroki) zastępował polskim Ukraińcom zakazany hymn narodowy. Kiedy go śpiewano, to zawsze na stojąco. Jeszcze jako dziecko wsłuchiwał się w pieśni o przeszłości Ukrainy śpiewane przez wędrownych kobziarzy, bandurzystów i lirników. To wtedy pojął jakie rozterki kryją się w „ukraińskiej duszy” i jaki jest w niej żal, i jak trwałe relacje oplatają ukraińsko-polskie dzieje. Jego sztandarowy utwór „Hajdamacy” właśnie o tym traktuje.

„Hajdamacy” są postrzegani jako utwór antypolski. Sam antypolonizm zdawał się wyznawać także sam Szewczenko. Sytuacja jednak nie jest zupełnie jednoznaczna, bo przyjaźnił się on na przykład z kilkoma poetami polskimi, z którymi zetknął się na zesłaniu za działalność rewolucyjną. Napisał także wiersz skierowany wprost „Do Polaków”. Pisał w nim, że w przeszłości („Brataliśmy się z Polakami”), a za pogorszenie wzajemnych relacji winił szlachtę i duchowieństwo („Zachłanni księża i magnaci, Nas poróżnili, rozdzielili”). I chociaż nie występował on przeciwko samym Polakom, to przecież już sto lat później Ukraińcy mordowali w większości samych „panów”, nie trzeba było być szlachcicem, a tylko urzędnikiem, czy bogatszym chłopem. Reasumując autor „Hajdamaków” przelał na papier i utrwalił esencję „ukraińskiej duszy”, w której na trwale zapisany był kod nienawiści do Lachów.


To, co charakterystyczne dla poematu „Hajdamacy”, to spojrzenie na opisywane wydarzenia od pewnego momentu, bez spojrzenia wstecz i ukazania ich przyczyn. Polacy mordują i palą, ale dlaczego? O tym, za co to była kara, u Szewczenki nie ma już ani słowa.


„Rozbiegły się kupy zbrojne

Po (…) Ukrainie,

Rozbiegli się, zapomnieli,

Swobodę ocalać,

Zwąchali się z Żydziskami

I dalej podpalać.

Podpalali, mordowali,

Cerkwi nie szczędzili…”


Później następuje to wszystko, co jak w zaklętym kręgu powróciło w 1943 r. na Wołyniu. Nie było żadnych odstępstw. Wszystko się zgadzało.


„A tymczasem hajdamacy noże poświęcili

Ażeby lachy ohydne pokutowali (…)

Ażeby ich rżnąć

I wieszać, i mordować!

Dobrze, dalibóg, dobrze!


Ni lacha, ni Żyda — głos zagrzmi kozaczy.

Czarnym szlakiem pożar pędzi

I krwi idą pasy

Aż po Wołyń


Teraz chłopcy będzie!

Zmęczyli się odpoczniecie!”

Ulice, bazary

Kryją trupy, krew się leje

„Nie dość mało kary

Jeszcze trzeba podomęczać,

Żeby nie powstali


Dajcie noża, dajcie siłę,

Męki Lachom, męki!

Męki straszne niewymowne


A dziś chociażbym i umarł,

To z trumny powstanę

Lachów męczyć.


— A widziałeś Lachów dzisiaj?

— Nigdzie ni jednego.

Ale wczoraj dość ich było


Czemu stoisz? Czemu nie rżniesz?

Wszak to heretycy!

Póki mali — rżnij! Wyrosną —

To ciebie zabiją”


I dziadki karają

Jęczą, płaczą; jedni proszą (…)

Ni szlachcianek, ni Żydówek,

Krew płynie do wody

Ni kaleki, ni chorego,

Ni małej dzieciny (…),

Wszyscy legli, wszyscy rzędem (…)

A Jarema ciągle huka:

„Kary Lachom, kary!”

Jak szalony wiesza, pali,

Sieka trupie ciało:

Dajcie Lacha, dajcie Żyda!

Mało mi ich mało!

Dajcie Lacha, krwi dawajcie…


Wiek XX przyniósł zmiany wywracające świat do góry nogami. Kiedy już sytuacja się unormowała, wróciły też stare granice Rzeczypospolitej. Ponownie pojawiła się ona na mapach, tak jak ponownie nie pojawiła się na niej Ukraina. W wypadku Polski pozytywny skutek przyniosły: wielka determinacja, utworzenie armii (która była w stanie odeprzeć bolszewicką nawałnicę w 1920 r.) i działania na arenie międzynarodowej (Ignacy Paderewski). Niemający państwowych tradycji Ukraińcy takiej determinacji już nie mieli i miast zewrzeć szyki, podzielili się na kilka walczących ze sobą frakcji. Nie mając, tak jak Polacy, wybitnego męża stanu, nie wykorzystali możliwości poparcia ich sprawy podczas wersalskiej konferencji pokojowej. Na pewno nie przysłużyły się jej także dochodzące podczas niej informacje o Żydowskich pogromach, jakich w tym czasie dopuszczali się Ukraińcy. Nie pomógł też układ sojuszniczy, jaki Piłsudski zawarł z Symonem Petlurą, w efekcie którego wspólnymi siłami 7 maja 1920 r. wyparto bolszewików z Kijowa. Niestety na krótko, bo wbrew ich oczekiwaniom, Ukraińcy nie chcieli już walczyć o niepodległość.

„Podstawową przyczyną porażki było zmęczenie przeciągającą się wojną. Przez ich ziemie przez kilka lat maszerowały oddziały carskie, niemieckie, austriackie, francuskie, bolszewickie, „białorosyjskie”, polskie, a nawet rumuńskie, tureckie i oczywiście — ukraińskie. W lasach pełno było partyzantów, czy też dezerterów — trudno było ich odróżnić, tak często ich dowódcy zmieniali poglądy i sojuszników. Na wyzwolonych ziemiach nie było ochotników do Armii Ukraińskiej Republiki Ludowej, a służby wojskowej unikali nawet poborowi. Wojsko Polskie nie miało wystarczających sił, aby ochronić Ukrainę, skoro nie chcieli jej bronić nawet jej mieszkańcy. Na wyzwolonych ziemiach nie było ochotników do Armii Ukraińskiej Republiki Ludowej, a służby wojskowej unikali nawet poborowi. Wojsko Polskie nie miało wystarczających sił, aby ochronić Ukrainę, skoro nie chcieli jej bronić nawet jej mieszkańcy”. Ich przegrana walka o niepodległość spowodowała, że znaleźli się w granicach czterech państw: Rosji sowieckiej, Rumunii, Czechosłowacji i Polski.


To, że sytuacja ludności ukraińskiej, która znalazła się na ziemiach polskich nie była zła, nie miało znaczenia. Widzieli on przede wszystkim to, że „Polscy panowie” powrócili, a

(W jarzmie u Lacha… Biada! biada!). Mimo ogromnego zacofania (zwłaszcza Wołynia) Ukraińców nie interesowały żadne zmiany i wprowadzanie reform, nawet tych dla nich korzystnych, bo niosły one podatkowe obciążenia i nade wszystko wprowadzali je Polacy. Widzieli natomiast swoją gorszą pozycję, bo de facto z powodu słabości wykształcenia i często nikłej znajomości języka polskiego, tak było. Doświadczali także prześladowań prowadzonych przez polskie władze po terrorystycznych zamachach, dokonanych przez nacjonalistów ukraińskich. Widzieli także to, jak odbierano im kościoły, zamienione wcześniej przez władze carskie w cerkwie. I (jak zawsze) narastał w nich gniew. I (jak zawsze) ich zemsta znajdowała swe ujście przy okazji wielkich historycznych wstrząsów, a teraz świat czekał na największy z nich.

Wołyń był krainą leżącą na wschód od Bugu i przez większość istnienia Polski leżał w jej granicach. Ukrainy nie było tam nigdy, bo jej w ogóle nie było. Była natomiast ukraińska większość, Polscy panowie, i inni Polacy równie jak oni znienawidzeni. Po ataku Niemiec na Sowietów w 1941 r. zapanowała w tym rejonie cisza, która zwiastowała burzę:


Piekła za wojną zatrzaśnięto bramę.

Znów tenże pokój i zbrodnie te same”.


Jeszcze w 1939 r. (20 września) wymordowano wszystkich mieszkańców majątku Grabów (gmina Niesuchoiże), najmłodsza ofiara, chłopiec, miała 3 m-ce. Ukraińcy opowiadali, że są dumni z tego, że „panów polskich zniszczyli z korzeniami”. Tak jak przed wiekami, nawracająco, odgrywana była wciąż ta sama historia.


Ukraińcom nie w smak była nowa polska władza, ale wątpliwe, czy podobałaby się im jakakolwiek władza, nawet jeśli byłaby ukraińska, bo kozackie umiłowanie wolności z założenia budziło niechęć do kogokolwiek nad sobą. Wyjątki robiono jedynie na czas łupieżczych wypraw, kiedy wybierano tzw. atamanów koszowych.

„Kiedyśmy byli Kozakami,

wolni sami”

T. Szewczenko, Do Polaków.

„Jak on sobie panem będzie”

T. Szewczenko, Hajdamacy.


Ukraińscy chłopi wciąż mieli w pamięci okres w czasie pierwszej wojny światowej, kiedy to rosyjscy urzędnicy zostali ewakuowani, a właściciele ziemscy przegnani i nastał dla nich czas wolności — „suobody”. „Suoboda była, kiedy nie było ani Rosjan, ani Polaków. Kto chciał, to robił (…) jak kto był silniejszy, to odbierał i zasiewał swoim zbożem, i temu, co był silniejszy, to było lepiej”. Mające nadejść rzezie Polaków, miały w sobie coś z ducha hajdamaków i dalej sięgając, z kozaków. Tak jak dla tamtych mordy i grabieże były sposobem na życie i bogacenie się. Wyprawiali się w łupieżcze wyprawy i obładowani wszelakimi dobrami wracali do swoich domostw. I nikt ich z tego nie rozliczał, żadna władza.

3. „Wojna” polsko-ukraińska

Między 1 września 1939 r. a 9 lutego 1943 r. (mord w Paroślach) na Wołyniu systematycznie zastraszano i pozbawiano praw obywatelskich polską mniejszość. Wołyniaków porównać można do silnego, wrośniętego w glebę drzewa, któremu sukcesywnie podcina się korzenie, jeden po drugim. Ono wciąż stoi, ale w końcu, nie mając już żadnego oparcia, musi runąć. Złamać je może nawet lekki podmuch wiatru, a cóż dopiero szalejąca wichura.

Feliks Budzisz z Radowicz (gmina Turzysk) opisywał, jak któregoś dnia w połowie września 1939 r. do jego rodzinnych zabudowań dotarł polski żołnierz. Ledwo dźwigał cały swój ekwipunek. Nieskładnie opowiadać zaczął o rozbitej pod Włodzimierzem jednostce. Wyglądał żałośnie i w końcu się rozpłakał. Rękawem wycierał łzy, rozmazując po twarzy kurz i brud. Nakarmiony poszedł dalej, z nadzieją, że dotrze do domu, gdzieś pod Dubnem… To spotkanie, jak pisał Budzisz, bardzo wszystkimi wstrząsnęło i było żywym symbolem polskiej klęski. Czy nieszczęśnik ów dotarł do swojej rodziny? Być może mu się to nie udało, bo z początkiem wojny powstawały ad hoc ukraińskie bandy, napadające na powracających polskich żołnierzy, którzy byli ograbiani i mordowani. Ślady tych zdarzeń można było oglądać kilka lat później. Niektórzy upowcy odziani byli w polskie mundury (bez dystynkcji) i nosili wojskowe buty.

Po 17 września sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej. Wkroczenie Sowietów wywołało przygnębienie Polaków, natomiast zdecydowana większość ludności ukraińskiej i żydowskiej przyjęła wkroczenie Armii Czerwonej z zadowoleniem, często wręcz z entuzjazmem. Budowano łuki triumfalne, ozdabiane niekiedy symbolami ukraińskimi, żywiąc nadzieje (płonne), że nowa sytuacja zwiększy szanse Ukrainy na niepodległość. Jeszcze bardziej dramatyczna stała się wtedy sytuacja, będącego w rozsypce, polskiego wojska. Zygmunt Mogiła-Lisowski, ziemianin z Romanówki (pow. Łuck), opisał losy 50—60 młodych żołnierzy (prawdopodobnie z kompanii akademickiej), którzy zostali rozbrojeni przez wojsko rosyjskie. Zostali oni następnie przekazani ukraińskim nacjonalistom: „Róbcie z nimi, co chcecie. To jest pańskie wojsko”. Ukraińcy kazali się im rozebrać do naga. Poukładano ich na wozach drabiniastych, jak snopki siana, i zakłuto widłami. Ciała zostały wywiezione i utopione w torfowych jamach.

W wypadku zawirowań wojennych, w przejściowym stanie braku władz i policji, zawsze dochodzi do aktów przemocy, zemsty, samosądów i grabieży. Na Wołyniu sytuacja była tym bardziej zaogniona, że piastującymi główne urzędy, policjantami i ziemianami byli głównie Polacy. Zdarzające się mordy i rabunki dotykały także m.in. osadników wojskowych i leśników. Grabiono wszystko, co popadło. W majątku Zosin (pow. sarneński) z posiadłości Antoniego Chamca zabrano zwierzęta gospodarskie, meble, wyposażenie, maszyny, narzędzia, ale też drzwi i okna (sic!). Nie ostały się nawet piece kaflowe, które zostały rozebrane i z majątku wyniesione. W okalającym dworek parku powycinano wszystkie drzewa. Samorzutnie dochodziło do powstawania na wsiach czerwonej milicji (w miastach stanowili ją głównie biedni Żydzi). Antypolskie nastroje, wzmacniane były początkowo przez Rosjan zachętami do rozprawiania się z „polskimi panami”. Sowieci byli zainteresowani podsycaniem konfliktu polsko-ukraińskiego, ale nie spodziewali się masowej rzezi ludności polskiej. O zdecydowanie innym podejściu Rosjan i Ukraińców w stosunku do Polaków świadczy opisane przez Zygmunta Mogiłę-Lisowskiego zdarzenie z 19 września. Tego dnia nacjonaliści ukraińscy ze wsi Niemir, nazywający siebie Komunistyczną Partią Ukrainy (sic!), najechali majątek i ustawili pod ścianą jego mieszkańców. Obok jedenastoletniego wtedy Zygmunta była tam jeszcze m.in. jego starsza siostra i czteroipółletnia siostra cioteczna. Do egzekucji jednak nie doszło, bo nieoczekiwanie na podwórko wjechał radziecki czołg. Oficer w skórzanej kurtce spytał pilnującego Polaków Ukraińca, co ci zamierzają z nimi zrobić. Ten odpowiedział, że ich rozstrzelają, bo to: „pamieszcziki”. Rosjanin spytał jeszcze, czy to samo chcą zrobić z dziećmi. Ukrainiec potwierdził i w tym samym momencie oficer chwycił go za kark, wyjął nagan, kopnął go w tyłek i zagroził, że jeśli Polakom coś się stanie, to on ich (Ukraińców) wszystkich rozstrzela.

Na początku października 1939 r. zdecydowane działania NKWD doprowadziły do znacznego ograniczenia liczby morderstw, popełnianych na ludności polskiej. Ogólna polityka Sowietów jednak się nie zmieniła — wciąż faworyzowali Ukraińców, uderzając wyraźnie w polską mniejszość.


„W Związku Radzieckim wszystko jest lepsze” — głosiła wszechobecna propaganda. Życie jednak samo zweryfikowało powtarzane hasła. Za sowieckim wojskiem przyjechało mnóstwo urzędników wraz z rodzinami, którzy obsadzili stanowiska w administracji, oświacie, na kolei itd. W krótkim czasie za przywiezione ruble, zrównane ze złotówką w stosunku jeden do jednego, Rosjanie wykupili wszystkie towary, nawet w ogóle niepotrzebne. Prawie wszystkie sklepy przestały istnieć. W tych, które się ostały, jakiekolwiek towary były rzadkością i czekało się na nie w wielogodzinnych kolejkach. Miejsce bezwartościowej waluty zajął handel wymienny. W stosunku do właścicieli ziemskich rosyjskie władze zastosowały szczególnie uciążliwą politykę. Obszarnicy mogli co prawda zachować ziemię, ale ustalone dla nich podatki przekraczały właściwie realną granicę możliwości finansowych właścicieli ziemskich. Zlikwidowano polskie szkoły, a język rosyjski został językiem wykładowym. Głównie rosyjscy nauczyciele starali się o wychowanie uczniów na ludzi radzieckich, odrzucając programowo wszystko to, co wiązało się z polskością i tradycyjnym przywiązaniem do wiary.

Ludność polską od samego początku sowieckiej okupacji dotykały masowe represje. Służby NKWD mogły liczyć na aktywną pomoc (denuncjacje) zarówno ukraińskich nacjonalistów, jak i części sympatyzujących z komunistami Żydów. Sowieckie służby inwigilowały środowisko Polaków w poszukiwaniu tych, których przeszłość była z ich punktu widzenia nieprawomyślna. Doszło do trzech masowych deportacji (10 lutego, 13 kwietnia i 29 czerwca 1940 r.) ludności polskiej w głąb terytorium Związku Sowieckiego. Schemat działania wojsk NKWD był zawsze ten sam. W oparciu o ustalone wcześniej listy całe rodziny eskortowano do oczekujących na bocznicach kolejowych składów. Na spakowanie się i zabranie niezbędnych rzeczy wyznaczano nie więcej niż dwie godziny. Przerażeni ludzie żegnali się z ziemią i inwentarzem, jadąc w nieznane, bez wiedzy, czy dane im będzie wrócić. Taki właśnie los spotkał rodzinę mojego dziadka — Feliksa Zagórskiego — zamieszkałego na północnych ziemiach Polski (wieś Janówek, gm. Sztabin, obecnie woj. podlaskie). Ponieważ walczył w legionach Piłsudskiego i brał udział w wojnie 1920 r. istniało duże ryzyko, że znajdzie się na liście do wywózki. Okazało się jednak, że ostatecznie największy wpływ na tworzenie tej akurat listy miała niejaka Hackielka, córka żydowskiego kowala ze Sztabina. Zasugerowała nawet w rozmowie z dziadkiem, że jak się jej odwdzięczy, to będzie go chronić, ale on zupełnie ją zignorował. Okazało się, że było to błędem. Jego kuzyn, także legionista, nie znalazł się na liście dzięki łapówce. Sprawę wyjawił po wojnie: „my Hackielke przekupili”. W sumie z 24 zamieszkałych w Janówku rodzin na wschód deportowane zostały 3. Stało się to na dwa dni przed agresją Niemiec na Rosję (22 czerwca 1941 r.). Tuż po wkroczeniu Niemców wszyscy Żydzi ze Sztabina zostali zamordowani.

Oprócz wysiedlania dziesiątkowano ludność polską także poprzez przymusowy pobór. Do Armii Czerwonej, w trzech akcjach poboru, trafiło wielu młodych mężczyzn polskiego pochodzenia. Tragiczny los spotkał przebywających w więzieniach aresztowanych Polaków. Tych, których po napaści Niemiec nie udało się ewakuować w głąb Rosji, rozstrzeliwano. Wspomnieć też trzeba o podejmowaniu prób ucieczek do Rumunii. Ginęli w nich uciekinierzy z innych rejonów Polski, ale także mieszkańcy Wołynia.

Trwająca prawie dwa lata sowiecka okupacja przyczyniła się do zmniejszenia stanu liczbowego ludności polskiej. Z danych szacunkowych dla 1939 r. (350 tys.) w porównaniu ze spisem przeprowadzonym przez Niemców w pierwszym półroczu 1942 r. (305 tys.) wynikał ubytek w wysokości 45 tys. osób. Same liczby nie oddają jednak w pełni tego, co się stało. Mniejszość polska pozbawiona została znacznej grupy ludzi o zdolnościach przywódczych, organizacyjnych, czy też tych z przygotowaniem wojskowym. Inaczej sprawa wyglądała z większością ukraińską. Jej większe represje nie dotknęły, a nadchodząca zmiana okazała się jeszcze bardziej korzystna.

22 czerwca 1941 r. powtórzyła się sytuacja z 17 września 1939 r. Znów stały bramy powitalne i rozlegały się okrzyki radości. Witającymi byli teraz ukraińscy nacjonaliści i jeszcze niedawni zdeklarowani komuniści. Żydów z wiadomych względów nie było. Zdarzył się jednak przypadek (przynajmniej jeden został opisany), że witającym chlebem i solą był Żyd. Jego płomienne gesty radości nie trwały jednak długo, bo niemiecki oficer nie krył swej pogardy, gdy zmiarkował, kto go wita. I znowu pojawiły się nadzieje (znowu płonne) na niepodległość Ukrainy, tym razem pod patronatem Niemiec. Wraz z wojskami niemieckimi na Wołyń przybyli działacze OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów), którzy wraz z miejscową ludnością tworzyć zaczęli ukraińską policję. Odziały te zostały przez Niemców uznane i włączone w tzw. Schutzmannschafen. W pełni umundurowane i uzbrojone zyskały szereg uprawnień. Członkowie tej formacji mogli dokonywać rewizji, aresztowań przesłuchań, ściągania kontyngentów, czy odstawiania ludzi wyznaczonych na przymusowe roboty do Niemiec. Policja podlegała wprawdzie Niemcom, ale ci nie ingerowali w prowadzone przeciwko Polakom działania. Podobnie jak policja cała władza administracyjna niższego szczebla również została obsadzona przede wszystkim przez działaczy OUN. Taka polityka kadrowa okupanta stawiała polską mniejszość w bardzo trudnej sytuacji. Nadchodzący rok 1942 był jednak jeszcze w miarę spokojny dla Polaków, bo najpierw przyszła kolej na Żydów.

Eksterminując zgodnie z polityką Hitlera 150 tysięcy wołyńskich Żydów Niemcy w znacznym stopniu skorzystali z „potencjału ukraińskiego”. Franciszek Leszczyński z Kowla o szczegółach likwidacji tamtejszego getta dowiedział się od pochodzącego z Czechosłowacji znajomego Niemca. Rozebrani do naga Żydzi musieli wchodzić na deskę ułożoną nad wykopanym rowem. Rozstrzeliwani wpadali do rowu, a gdy rów w tym miejscu był już wypełniony zwłokami deskę przesuwano dalej. Niemcy operację tylko nadzorowali, reszta należała do policji ukraińskiej i litewskiej. Akcja likwidacji Żydów była prowadzona na Wołyniu znacznie skuteczniej, niż w Polsce centralnej, ponieważ w większości wypadków Żydzi nie mogli liczyć na pomoc miejscowej ludności ukraińskiej, ani zastraszonej i inwigilowanej ludności polskiej. Dla nacjonalistów z OUN eksterminacja Żydów była poglądową lekcją tego, jak łatwo można zlikwidować „niechciany element” i jak przy okazji łatwo się obłowić. Dla rzucającego się na opuszczone domy motłochu to także był przykład, jak wykorzystać tragedię innych. Im było bliżej jej końca coraz częściej Polacy słyszeli groźby: „Skończymy z Żydami, zabierzemy się za was”.

Na początku 1943 r. do mieszkania Boczkowskich (Kolonia Budki Kudrańskie) wtargnęli upowcy. Jeden z nich zamachnął się na córkę Boczkowskich — Jadwigę. Powstrzymany jednak został przez swojego dowódcę słowami, by ten nie brudził sobie rąk, bo jak przyjdzie czas to o jednej godzinie zginą wszyscy polscy mieszkańcy tej wioski.

Nie wszyscy Ukraińcy czekali na sygnał rozpoczęcia rzezi na masową skalę — pojedyncze osoby narodowości polskiej były stale zabijane. |Mordercami Polaków byli ukraińscy policjanci — nacjonaliści, czy też podjudzani przez nich ukraińscy cywile. Ludność polska przez długi czas uważała, że ludzie mordowani są w wyniku osobistych porachunków lub napadów rabunkowych. Trudno się jednak temu dziwić, skoro eskalacji morderczej żądzy żywiołu ukraińskiego nie dostrzegała także Armia Krajowa. Dowódcy AK zlekceważyli meldunki z początku 1943 r., co miało fatalne następstwa. Struktury Armii Krajowej na Wołyniu rozwinęły się dopiero na początku 1944 r., a więc już po kulminacji Rzezi Wołyńskiej.

Zapoczątkowana przez Sowietów polityka eliminowania osób niewygodnych, tych którzy potencjalnie mogli w przyszłości stawić opór, podczas okupacji niemieckiej znalazła jeszcze lepsze warunki do realizacji. W miejsce przesiedleń pojawiły się wywózki na przymusowe roboty do Niemiec. Wyznaczaniem ludzi do przymusowej pracy w Niemczech zajmowała się ukraińska administracja i policja. Doprowadziło to do tego, że na początku 1943 r. Polacy na Wołyniu stanowili około 50% populacji przedwojennej. Paradoksalnie wywózki Polaków na Syberię i później na roboty do Niemiec (tak negatywnie oceniane) zwiększały ich szanse na przetrwanie wojny. Dochodziło do tego, że na roboty do Niemiec przerażeni Wołyniacy zgłaszali się na ochotnika, byle tylko dalej uciec od ukraińskich oprawców.

Jednym z obostrzeń nowych władz mającym za zadanie jeszcze bardziej zwiększyć kontrolę nad ludnością Polską był zakaz jej swobodnego przemieszczania. Wolno było się poruszać tylko na podstawie przepustek wydawanych przez ukraińską policję. Żądali ich nie tylko policjanci, ale też patrolujący drogi ukraińscy bojówkarze. W związku z faktem, że polska ludność wiejska była rozproszona wśród ludności ukraińskiej (wiosek w całości zamieszkanych przez Polaków było mało), podlegała ona permanentnej inwigilacji także ze strony wrogo nastawionej części sąsiadów, co znacznie utrudniało potencjalne organizowanie się grup samoobrony. Przeciwnikami ich tworzenia byli też często sami Polacy, uważający że takie działania mogą prowokować Ukraińców i jeszcze bardziej pogarszać wzajemne relacje. Jeśli Ukraińcy powzięli tylko podejrzenie, że w rękach Polaków może znajdować się broń, to na wioskę nasyłali Niemców, fałszywie donosząc o jej współpracy z partyzantką radziecką. Wtedy to Niemcy przyjeżdżali na pacyfikację, a tych, których nie zabili i nie wywieźli, dobijali później „banderowcy”.

W drugiej połowie 1942 r. OUN i jej nowe struktury UPA zintensyfikowały prowadzenie akcji propagandowych. Po wsiach ukraińskich, często nocą, ale także za dnia, w szkołach, odbywały się zebrania, których celem było uświadamianie chłopów ukraińskich o konieczności wymordowania wszystkich Polaków, ponieważ tylko wtedy będzie mogła powstać samostijna Ukraina. Pod koniec tego roku w gminie Szumsk idący do domu Polak z Zabary, którego towarzyszący mu Ukrainiec wziął za swego, dowiedział się o szkoleniach z bronią w lasach jako przygotowaniach „do wielkich wydarzeń”. Leon Karłowicz, żołnierz legendarnego oddziału Jastrzębia z 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, wspominał, że aby uniknąć wywózki zatrudnił się do prac w lesie. Pracował tam, i znalazł wielu serdecznych kolegów pośród młodych Ukraińców. Razem pracowali, razem przy ognisku jedli, wspólnie żartowali. Z czasem jednak (styczeń — luty 1943 r.) sytuacja w sposób niezrozumiały dla niego zaczęła się zmieniać. Ukraińcy zaczęli szeptać coś między sobą, przy Polakach natomiast milkli. Pojawiające się w stosunku do Polaków oznaki niechęci szybko zmieniały się w pełne nienawiści pogróżki. W swojej książce Karłowicz przytaczał opowieść 22-letniego Leona Sakowicza. Ten z młodszym o cztery lata bratem Stanisławem jechał furmanką, wioząc kupione na chleb zboże. W lesie bracia natknęli się na wóz z sześcioma uzbrojonymi Ukraińcami. Jechali przez jakiś czas razem i chociaż dwóch z Ukraińców starało się z nimi rozmawiać, a nawet dowcipkować, to wiadomym było, że dla braci spotkanie z nieznajomymi nie skończy się dobrze. Ostatecznie starszemu bratu udało się uciec, drugi jednak został zamordowany. Leon Sakowicz wspominał, że podczas wspólnej jazdy dwóch z sześciu Ukraińców w ogóle się nie odzywało. Ich twarze „tchnęły zaciętą nienawiścią”, a przecież oni tych młodych mężczyzn zupełnie nie znali.

Aresztowanych pod byle pretekstem Polaków wypuszczano ciężko pobitych lub przekazywano pod różnymi pretekstami do więzień w miastach. Uwięzieni w miastach Polacy znajdowali się na z góry przegranej pozycji, bo Niemcy nie przejawiali najmniejszej ochoty do podważania celowości działań podległych sobie służb. Ciągłych rewizji w poszukiwaniu broni dokonywali nie tylko policjanci, ale nawet sympatyzujący z OUN młokosi. Za jej posiadanie groziła kara śmierci (Ukraińców to nie dotyczyło) i dlatego, jeśli nawet ktoś ją miał, to musiała być ona bardzo dobrze ukryta i trudno było z niej skorzystać w krytycznym momencie.

Ukraińcy za wszelką cenę usiłowali nie dopuścić do tego, by coraz bardziej świadomi zagrożenia i przerażeni Polacy opuścili rodzinne wioski, uciekając do miast. W ten sposób uratowała się rodzina Kazimierza Nartowskiego (Aleksandrówka, gmina Czaruków), który wraz z żoną Pauliną i dziesięciorgiem dzieci (Dominik, Genowefa, Irena, Cezary, Jacek, Albina, Leoncjusz, Ignacy, Marysia, Halina). To dzięki jego operatywności udało się im wszystkim bezpiecznie przedostać do Łucka. Po wojnie rodzina Nartowskich osiedliła się w Trzebnicy i okolicach, a ich wnuki m.in. Krzysztof, Cezary i Kazimierz kultywują pamięć o swoich wołyńskich korzeniach.


Aby móc kontrolować ich ruchy, w centrum wsi Swojczów (pow. Włodzimierz), na strychu jednego z domów, banderowcy urządzili punkt obserwacyjny. W ciągu dnia uzbrojeni upowcy nadzorowali pracujących w polu sąsiadów. Ostatecznie nacjonaliści przejęli nad nimi całkowitą kontrolę. Przykładowo od początku 1943 r. w kolonii Zabara (pow. Łuck) każda polska rodzina miała przydzielonego swego zamiejscowego Ukraińca — „opiekuna”. Pozornie miał on strzec gospodarzy przed niebezpieczeństwem, a naprawdę miał sprawować kontrolę nad wszystkimi poczynaniami przyszłych ofiar. Atmosfera wokół Polaków gęstniała coraz bardziej. Złowieszcze słowa ukraińskiej pieśni: „a teper kto tylko żyw, wsi pijdemu na Lachiw” w wyznaczonym przez UPA momencie znalazły swoje wypełnienie.

Wydarzenia na Wołyniu w 1943 r. zostały nazwane przez Wołodymyra Wiatrowycza, historyka, szefa ukraińskiego IPN, „wojną polsko-ukraińską”. „Tutaj mówimy o zmaganiach dwóch sił, z których żadna nie miała zdecydowanej przewagi. To był klasyczny konflikt wojenny, który można nazwać wojną i który jest podobny do wielu innych wojen”.

Jest to zupełnym curiosum zważywszy na fakt, że ta „wojna” toczyła się na terenach wiejskich, gdzie polska mniejszość liczyła jedynie 5—7% ludności — a w niektórych wioskach jedynymi Polakami byli starcy, kobiety i dzieci. Mieli oni przeciwko sobie ukraińskie władze, policję, uzbrojonych, obłąkanych nienawiścią nacjonalistów z UPA i wiejski motłoch. Nie mogli liczyć na niezaangażowaną ludność ukraińską, prawosławną silną na wsi cerkiew, ani na wykazujące bierność okupacyjne wojska niemieckie. W roku 1943, a zwłaszcza w jego pierwszej połowie, większość ludności polskiej, zdanej tylko i wyłącznie na siebie, była całkowicie bezbronna. Nie mogli liczyć na niezaangażowaną ludność ukraińską, prawosławną silną na wsi cerkiew, ani na wykazujące bierność okupacyjne wojska niemieckie. W roku 1943, a zwłaszcza w jego pierwszej połowie, Polacy zdani tylko i wyłącznie na siebie, byli całkowicie bezbronni. Zwykle pozbawieni byli oni możliwości ewakuacji w bezpieczne miejsce, a często przymuszani powinnością wobec ziemi i inwentarza, odejść nie chcieli. To właśnie ta powinność „doprowadziła” do śmierci Feliksa Paszkowskiego (kolonia Dołhe, gm. Antonówka). Został on zakłuty bagnetami, gdy zawrócił z ucieczki, by wypuścić konie ze stajni, żeby się nie spaliły.


Nie wiadomo, czy tamte konie ocalały. Zdarzyć się jednak także mogło, że to zwierzęta właśnie w niewytłumaczalny sposób przyniosły ocalenie. Historię takiego niesamowitego zdarzenia usłyszałem od, urodzonego w Miliczu, mojego przyjaciela Pawła Nakoniecznego. Jego babcia Anastazja Zalipska mieszkała w Bryńcach Zagórnych (gm. Sokołówka woj. lwowskie): „Opowiadała mi jak przyszli w nocy. Szli od domu do domu mordując i podpalając. Mojej babci i dziadkowi udało się uciec z moim ojcem małym na rękach. Podczas ucieczki widziała, jak zastrzelili brata mojego dziadka. Co ciekawe babcia opowiadała, że uratował ich ryk krowy. W nocy tak głośno ryczała, że babcia wstała, żeby zobaczyć co się dzieje i zauważyła wtedy, jak nadchodzą”.

4. Akcja oczyszczenia

Są takie momenty w historii ludzkości, kiedy jakaś grupa (etniczna, religijna czy naród) w przypływie szaleństwa przekracza wszelkie granice człowieczeństwa. Traktuje wówczas inną grupę tak, jak psychopatyczny morderca postępuje ze swoją ofiarą. W „czasie szaleństwa swojej grupy” ujawniają się nie tylko psychopaci, którzy wówczas mogą bezkarnie zabijać, ale też wiele zwykłych osób staje się mordercami. Dzieje się tak dlatego, że tzw. zwykli ludzie nie czują się winni popełnianych czynów. Ich karygodne postępowanie znajduje umocowanie albo w rozkazach przełożonych, albo w idei, która jest w ich mniemaniu tak doskonała, że usprawiedliwia nawet ludobójstwo

Klasycznym przykładem ludobójstwa genocidum jest holokaust. Już po wybuchu II wojny światowej wielu polskich Żydów łudziło się, że mimo całej znanej i stosowanej wobec ich nacji w samych Niemczech polityki Hitlera nic strasznego ich nie spotka, bo „Niemcy to taki kulturalny naród”. Tyle, że oni w pamięci zachowali Niemców z okresu I wojny światowej, teraz natomiast przyjść miało pokolenie następne. To, które po 1933 r. uczone było w szkołach, że to właśnie Żydzi odpowiadali za wszystkie grzechy świata i ich własne niepowodzenia. I zainfekowane utopijną wizją führera, zgodnie z którą wszelkie szanse w przyszłości i należne miejsce dla niemieckiego narodu, zależą od unicestwienia Żydów. Liczbę ofiar Holokaustu szacuje się na 6 milionów, z czego połowę stanowili polscy Żydzi. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, w likwidacji całych narodów nie stosowano „metod przemysłowych”, których wzorcowym przykładem stał się KL Auschwitz.

O tym, jakie piętno może nieść ze sobą ludobójstwo, nawet te dokonane w stosunkowo odległej przeszłości, świadczy tragedia Ormian. Na początku wieku XX tereny zamieszkałe przez Ormian należały do Rosji i do Turcji. Na terenach pod panowaniem tureckim Ormianie opanowali handel, a jako innowiercy byli zwolnieni ze służby wojskowej i niektórych podatków, osiągając często wysokie pozycje społeczne. Chociaż do pogromów Ormian dochodziło już wcześniej, to ich kulminacja miała miejsce w 1915 r. po dojściu do władzy tzw. „młodoturków”, którzy dążyli do zjednoczenia wszystkich ludów tureckich. Zamieszkujący Zakaukazie Ormianie zostali uznani za element niepożądany. Postanowiono przy pomocy wojska ich deportować. W wyniku tej operacji, w morderczych marszach, tysiącami ginęli mężczyźni, kobiety i dzieci. Umierali z głodu, pragnienia i chorób, ale przede wszystkim byli mordowani przez tureckich żołnierzy i zachęcanych do tego Kurdów. Ormianie byli topieni, spychani w przepaście, zakopywani żywcem w ziemi, paleni. Kobiety gwałcono. Ich los dopełnił się na pustyni. Zostali tam zapędzeni i pilnowani. Przy morderczym upale ginęli z pragnienia i głodu. Według szacunków zginęło 1,5 mln Ormian. Mniejszość ormiańska na terenie Turcji skurczyła się drastycznie z 2,1 mln (1912 r.) do 150 tyś. (1922 r.).

Tragedia roku 1915 jest dla Ormian wciąż żywą, niezagojoną raną, a dzieje się to przy znacznym współudziale Turcji, która przyjęła taktykę całkowitego wyparcia. Według nich Ormianie padli ofiarą epidemii podczas ewakuacji frontu. Taki wariant podejścia do zamknięcia dyskusji nad problemem poprzez kłamstwo nie stanowi dobrego prognostyka dla casusu Wołynia. Prawda wcale ostatecznie nie musi się przebić i zatriumfować.

Wydawać by się mogło, że ludobójstwo, jako zbrodnia przeciw ludzkości, wraz z rozwojem poziomu cywilizacyjnego, wyższym poziomem wiedzy i wykształcenia, przy wszechobecności mediów, jest pojęciem przechodzącym do przeszłości. W latach 90-tch w leżącej w centrum Europy Jugosławii miał jednak miejsce konflikt, który ujawnił, że zachowania atawistyczne pojawić się mogą w każdym czasie i w każdym miejscu. Internet i telefonia komórkowa były już o krok i niewiele brakowało, aby akty bałkańskiego dramatu mógł oglądać cały świat. Powołana do życia po II wojnie światowej Jugosławia była tworem sztucznym, utrzymywanym „przy życiu” jedynie dzięki charyzmie legendarnego Josipa Broz Tity. Dekadę po jego śmierci doszło do krwawych konfliktów, ujawniających pokłady nienawiści w poszczególnych narodowościowych grupach. Symbolem tej wojny była masakra w Srebrenicy (12—16.07.1995r.), w której Serbowie wymordowali ponad osiem tysięcy muzułmanów (chłopców i mężczyzn). Srebrenica to także wymowny symbol obojętności stacjonujących w tej enklawie międzynarodowych sił ONZ, które chociaż mogły, to nie zrobiły nic, aby tragedii zapobiec. Jest to tym bardziej niezrozumiałe, że nastąpiło rok po wydarzeniach w Rwandzie, gdzie ONZ dopuściło się kosztującego milion istnień ludzkich, grzechu zaniechania. Okazało się, że powiedzenie: „człowiek uczy się na błędach”, nie dotyczyło jednostek decyzyjnych tej powołanej w jakże szczytnych celach międzynarodowej organizacji.

Masakra w Rwandzie trwała 100 dni (kwiecień-lipiec 1994 r.). Mimo że tak odległa, i w czasie, i w przestrzeni, od Rzezi Wołyńskiej, to wykazuje szereg podobieństw do tamtej tragedii. W wyniku zaszłości historycznych członkowie plemienia Tutsi (15—17% ludności) sprawowali władzę, od której należący do Hutu (83—85%) byli trwale odsunięci. W latach 90-tych w czasie niepokojów związanych z walką o władzę na sile przybrały nacjonalistyczne nastroje Hutu. Prowadzone akcje propagandowe ukazywały Tutsi jako odwiecznego wroga, którego należy unicestwić. Przywołując głos jednego z Hutu: „Wiedzieliśmy, że nasi sąsiedzi Tutsi, nie byli niczego winni, ale uważaliśmy, że generalnie Tutsi są odpowiedzialni za nasze ciągłe problemy”. Radykalne grupy Hutu na dużą skalę zaczęły gromadzić broń i prowadzić szkolenia wojskowe. Z Chin przywieziono kilkaset tysięcy maczet i przekazano je chłopom do „prac rolniczych”. Bojówkarze Hutu chcąc zachęcić mężczyzn do walki rozdawali skrzynki z alkoholem. Na rozkaz mordowali byłych przyjaciół i najbliższych sąsiadów. Jeden z morderców, Hutu, powiedział w wywiadzie przeprowadzonym dekadę później: „najgorszą rzeczą w całej masakrze było zabicie mojego sąsiada; kiedyś piliśmy razem, a jego bydło pasło się na mojej ziemi. Był jak członek rodziny”. Ofiarami mordów padali nie tylko Tutsi, ale także umiarkowani politycy z plemienia Hutu, których zabijano w oparciu o przygotowane listy, i ci Hutu, którzy odmawiali brania udziału w mordach. Większość ofiar ginęła od maczet. Palono domy pełne ludzi, gwałcono kobiety, organy płciowe kobiet były okaleczane maczetami, polewane wrzątkiem i kwasem, kobietom obcinano piersi, rozcinano brzuchy ciężarnym, obcinano kończyny.

Wielu z masakr dokonywano w kościołach, gdzie tysiące Tutsi usiłowało schronić się przed mordercami. Mury świątyń nie stawały się jednak dla nich azylem, ale ostateczną pułapką. Co było najbardziej haniebne, to fakt, że do zbrodni na Tutsi przyczyniali się także przedstawiciele duchowieństwa katolickiego, skazani później wyrokami Międzynarodowego Trybunału Karnego. To załamanie się niesionej przez nich idei jezusowej miłości i odrzucenie naczelnego przykazania: nie zabijaj, w „ułamku sekundy” zniweczyło to wszystko, co wiążemy z chrześcijaństwem. Zamiast ratować bliźniego niektórzy z kapłanów katolickich przyłączyli się do morderców, tak jak pół wieku wcześniej robili to niektórzy prawosławni popi, poświęcając noże Ukraińców. Idąc na Lachów wznosili oni szczytne idee niepodległościowe, tak naprawdę jednak była to jedynie żądza krwi i gwałtu oraz pragnienie łupów, zaślepiające ukraińską czerń.

Zorganizowane ataki na ludność polską na Wołyniu, tzw. oczyszczuwalna akcija, największe natężenie przybrały w okresie od wiosny do jesieni 1943 r. Celem większej „efektywności” w dowództwie UPA zaczęto rozważać możliwość jednoczesnego uderzenia na jak największą liczbę osad. Liczebność ukraińskich oddziałów, ich uzbrojenie i organizacja była wystarczająca, aby na 11 lipca wyznaczyć termin przeprowadzenia skoordynowanego ataku na 99 miejscowości, w których mieszkali Polacy. Była to niedziela (prawosławne święto Piotra i Pawła), prace na roli się nie odbywały, a kościoły były pełne. Koncentracja ludności polskiej była zgodna z ukraińskim scenariuszem, według którego miało zginąć jak najwięcej ludzi. Plany UPA zakładały zaskoczenie Polaków i nie dopuszczenie do podjęcia przez nich obrony.

W wioskach, które bandyci otaczali, zazwyczaj panował pozorny spokój. Często rozpuszczano pogłoski, że do ludności polskiej, żyjącej w określonej miejscowości nikt nie ma zastrzeżeń i żaden napad nie grozi. Z reguły jednak Polacy na Wołyniu mieli świadomość, że „coś” może się wydarzyć w każdej chwili. Sen, jeśli przychodził, był niespokojny, rzadko zastawał gospodarzy w domach. Polacy przeważnie spali w stodołach, w przygotowanych kryjówkach, w wykopanych bunkrach, na polach, czy w leśnych gęstwinach.

Wieś lub kolonia była otaczana przez striłciw UPA tj. uzbrojonych w broń palną. Zadaniem ich było strzelanie do wszystkich uciekających tak, aby nikt się z „kotła” nie wymknął. Takie próby ucieczek przypominały dramatyczną walkę o życie tropionych, osaczanych zewsząd zwierząt. Przerażeni, często jedynie w bieliźnie, zmarznięci, głodni, spragnieni, brudni, często poranieni ludzie przemierzali czasami przez wiele dni leśne gęstwiny, chowali się po polach, czołgali po nieosłoniętych bruzdach. Tylko nielicznym udało się ujść przed konnymi upowskimi patrolami i ukraińskimi bojówkami.

W napadach obok oddziałów UPA brały także udział oddziały samoobrony (tzw. Samoobronni Kuszczowi Widdly), które wykorzystywane były przede wszystkim przy napadach na polskie osady. Ich uzbrojenie stanowiło to wszystko, co przydatne było w gospodarstwie: ustawione na sztorc kosy, siekiery, widły, piły, noże, młoty itp. Poza Upowcami i oddziałami pomocniczymi w mordach uczestniczyli także miejscowi Ukraińcy, w tym kobiety i wyrostki, zajmujący się rabunkiem i dobijaniem rannych. Teren wioski był starannie przeczesywany, penetrowano domy mieszkalne i pomieszczenia gospodarcze. Ofiary wyciągane były z rozmaitych kryjówek. Dantejskie sceny, do których dochodziło, przywodziły na myśl koniec świata, bo de facto dla dzieci na oczach których rżnięto rodziców, czy rodziców, na oczach których rżnięto ich dzieci i bestialsko gwałcono córki, to był koniec świata. Na przerażające obrazy nakładały się krzyki przerażonych i mordowanych, śmiechy, wrzaski i wyzwiska morderców, przeraźliwe wycie psów i ryk palonych w zabudowaniach zwierząt. Do stojących w ogniu budynków wrzucano zabitych, ale także żywych. Trupy pozostawiano na ziemi, zakopywano w płytkich dołach lub wrzucano do studni. W studniach jest woda, a woda daje życie. Na Wołyniu studnie stawały się grobami. Dopóki ich ostatecznie nie zasypano były dowodem tego, co się stało. Wrzucano tam trupy, ale i żywych. Wrzucano dzieci. Trafiały tam psy i koty, kłody, kamienie, kule karabinów i granaty.

Po napadzie, po kilku dniach spokoju, odziały UPA wracały i mordowały tych, którym udało się ukryć, tych, którzy wrócili, by pochować zmarłych, czy też zabrać cokolwiek z tego, co zostało z ich dobytku. Po dokończeniu rabunków całe gospodarstwa były palone. Dotyczyło to także kościołów, kaplic i majątków. Wycinano sady, ogrody i parki. Wszystko po to, by wymazać wszelkie ślady polskości na wołyńskiej ziemi, by z ojcowizny nie zostało nic, do czego można by wrócić.

Według danych szacunkowych na Wołyniu zginęło od 50 do 60 tys. Polaków. Do jednego z najtragiczniejszych aktów przemocy doszło już u schyłku prowadzonej przeciwko Polakom akcji we wsi Ostrówki (gm. Huszcza). Była to w całości polska wieś, założona na przełomie XVI i XVII wieku przez pochodzących z Mazowsza osadników. Podczas wojny wieś liczyła około 100 numerów (gospodarstw), w których żyło 121 rodzin — co najmniej 664 osoby. W roku 1943 we wsi podjęto próbę stworzenia samoobrony, do czego ostatecznie nie doszło. Przeciwna była temu grupa cieszących się szacunkiem gospodarzy uważających, że może to ściągnąć na wieś nieszczęście. Przeważała postawa oczekiwania i niedowierzania, że po kilkusetletnim zgodnym współżyciu, mogłoby Polaków ze strony Ukraińców spotkać coś złego. Dodatkowo za bezpieczeństwem mieszkańców zdawał się przemawiać fakt bliskiego stacjonowania oddziałów niemieckich w pobliskich: Jagodzinie i Lubomlu. Do ataku doszło rankiem 30 sierpnia 1943 r., po wcześniejszej mobilizacji oddziałów ukraińskich w okolicznych wioskach. Wprawdzie w wiosce było niespokojnie i rozstawiono na noc warty, ale gdy uznano, że nic się nie wydarzy wartownicy rozeszli się do domów, a kilkanaście sztuk posiadanej broni schowano. Wieś otoczono szczelnym kordonem, odcinając między innymi drogę do Jagodzina. Do każdego, kto chciał się mimo to przedrzeć, strzelano. Do każdego z gospodarstw wchodziła grupa kilku upowców nakazując, aby wszyscy mieszkańcy stawili się na obowiązkowe zebranie, na którym dowódca przekazać miał „ważne informacje”. Stawiający opór byli mordowani na miejscu. Wszystkich zebranych mężczyzn wpędzono do szkoły, a kobiety, dzieci i starców zamknięto w kościele. Aby zapobiec panice niektórzy Ukraińcy starali się być uprzejmi. Jeden z bojowników UPA posunął się nawet do tego, że nakazał ukraińskiej sanitariuszce założyć opatrunek rannej 18-letniej Wiktorii Uszaruk, co na zebranych podziałało uspokajająco. Gdy jednak do wsi dotarły kolejne bojówki Ukraińców przestano dbać o pozory i zaczęła się rzeź. Ze szkoły wyprowadzano po kilku mężczyzn, mordując ich uderzeniem w tył głowy siekierą lub drewnianą maczugą. Zwłoki wrzucano do wykopanych naprędce dołów. W tym czasie zamknięte w kościele kobiety z dziećmi i starcy świadomi swojego położenia zaczęli modlić się i żegnać ze sobą. Prawdopodobnie Ukraińcy chcieli podpalić kościół, ale przeszkodził niemiecki patrol na samochodach. Zaistniała sytuacja spowodowała wyprowadzenie całej grupy około 300 Polaków z kościoła. Niemcy wiedzieli co się z Polakami stanie, ale w żaden sposób nie reagowali, gdy gnano ich na rżysko pod lasem Kokorawiec. Tam ich otoczono i małymi grupami mordowano strzelając w tył głowy i kłując bagnetami. Miejsce to zostało później nazwane przez miejscową ludność „trupim polem”. Z tej masakry ocalało według jednego źródła 13, według innego 25 osób, głównie udające nieżywe, „umazane krwią” dzieci. W sumie tego dnia w Ostrówkach zginęło około 520 osób.

Władysław i Ewa Siemaszko dokumentując ukraińskie ludobójstwo na Wołyniu opisują po kolei miejscowość po miejscowości, dzieląc je według gmin i powiatów. Na końcu opisu każdej gminy wymieniają nazwy miejscowości, futorów, kolonii i majątków, w stosunku do których brak jest jakichkolwiek informacji o losach Polaków, żyjących tam w 1943 r. Brak informacji o losie Polaków oznaczał często, że nikt stamtąd nie ocalał. Nikt nie dowiedział się, co tam się stało, bo świadectwa nie mógł złożyć żaden Polak. Ukraińska „machina zbrodni” nie była jednak perfekcyjna. Ludzie, którzy przeżyli chowając się w różnych schowkach, na polach, uciekając, czy jak na „trupim polu” udając martwych, szczegółowo opisywali przebieg wydarzeń. Wymieniali nazwiska ofiar i znanych im z nazwiska ukraińskich katów, z tej samej lub z sąsiednich miejscowości.

Książka Siemaszków stanowi bezcenny materiał dowodowy, dotyczący zbrodni wołyńskiej. Stanowić on mógłby dla strony ukraińskiej ważny dokument, gdyby tylko Ukraińcy rzeczywiście zainteresowani byli wyjaśnieniem kwestii ludobójstwa na Kresach.


Obok terminu „ludobójstwo genocidum” stosowany jest także termin „ludobójstwo straszliwe, dzikie, okrutne — genocidum atrox. Jego autorem jest prof. Ryszard Szawłowski. Nazwa pochodzi od tytułu artykułu, publikowanego także jako Trzy ludobójstwa. Szawłowski zbrodniom ukraińskim nadaje klasyfikację wyższą od zbrodni niemieckich i sowieckich, w których liczyło się jak najszybsze unicestwienie, jak największej grupy ludzi.

Jedną z najstraszniejszych dla Polaków zbrodni sowieckich był mord w Katyniu, wciąż pozostający bardzo bolesną raną. W Katyniu bowiem wydarzyła się sytuacja bez precedensu. Zamordowani zostali przedstawiciele elity obcego państwa, z którym Rosja nie była w stanie wojny. Powód tej zbrodni, ujawniony po latach wskutek odtajnienia sowieckich dokumentów, był zdumiewająco podobny do osi scenariusza filmu Stevena Spielberga „Raport mniejszości”, nakręconego na podstawie opowiadania Philipa K. Dicka. Oto w wizji przyszłości przestępcy mieli być wychwytywani, zanim dopuszczą się zbrodni. A Polacy rokowali właśnie to, że w przyszłości mogą wystąpić w taki czy inny sposób przeciwko władzy radzieckiej. I dlatego zostali zabici.

Lektura „Pamiętników znalezionych w Katyniu” nasuwa szereg wniosków co do tego, co się wydarzyło do momentu śmiertelnego strzału w głowę. Kilkanaście takich spisywanych na bieżąco dzienników znaleziono przy ekshumowanych przez Niemców ciałach, co przy całej dokładności zbrodni świadczy o tym, ze dokładnej rewizji osobistej przed śmiercią nie robiono z jednej przyczyny. Sprawa nigdy nie miała się wydać. Miejsce zbrodni i zbiorowych mogił należało do administracji NKWD. I nigdy by się nie wydało, gdyby nie wojna, której jak raczej zgodnie przyznają historycy, Stalin kompletnie się nie spodziewał.

Pamiętników znaleziono kilkanaście. Pisanych z różnym zacięciem, różną jakością i nasyceniem informacji. Co przebija z nich wszystkich, to kompletne zaskoczenie w zestawieniu z tym, co stało się później. Przez kilka tygodni trwało wywożenie polskich oficerów w nieznane, ale nikt nie dopuszczał myśli, że jadą na śmierć. Pomyślnemu zakończeniu sprzyjać miały plotki (rozpuszczane przez niektórych więźniów, zainfekowanych „przypadkiem” podczas przesłuchań przez oficerów NKWD) co do kierunku wywózki. Informacje były sprzeczne, ale finalnie optymistyczne: przekazanie krajom neutralnym, wydanie Niemcom, czy w najgorszym razie zesłanie na daleki wschód. Dodatkowym czynnikiem „uspokajającym” było zachowanie obozowej administracji, a zwłaszcza strażników. Ci sumiennie wypełniali zakaz prowadzenia jakichkolwiek rozmów z Polakami, w efekcie czego byli oni całkowicie izolowani. W stosunku do zwyczajów sowieckich, nie mówiąc o standardach niemieckich, występowały tu bardzo duże różnice. Nie było żadnej przemocy, ani tortur, a wyżywienie zasadniczo odbiegało od gułagowej rzeczywistości. Było marne, ale o głodzie nie mogło być mowy.

„Techniki mordu” były dwie i obie ukazano w paraliżujących, ostatnich scenach filmu Andrzeja Wajdy, którego ojciec zginął w Katyniu. Część ofiar przywożono bezpośrednio pod wykopane doły, ustawiano na jego krawędzi i strzelano w tył głowy. Od wyjścia z przystosowanej więziennej karetki polscy oficerowie już wiedzieli, co ich czeka. Strach i przerażenie prowadziło do bierności w obliczu nieuchronnego. Tylko niektórzy, w ostatnim odruchu, podejmowali beznadziejną próbę walki. Tym wiązano z tyłu ręce i czasami zarzucano płaszcz na głowę.

Drugi sposób był już perfekcyjny, wypraktykowany choćby w katowniach Łubianki przez poprzednich dwadzieścia lat. Więźniów przywożono samochodami do położonej w lesie daczy. Tam pojedynczo wprowadzano ich do piwnicy celem „rejestracji”. Wcześniej pobieżnie przeprowadzano rewizję osobistą, odbierając posiadane pieniądze, biżuterię, pasy czy scyzoryki(!). Po sprawdzeniu danych skazańca (nazwisko, imię ojca, data urodzenia) padała komenda: „możecie iść”, wskazując na kolejne pomieszczenie. Było ono specjalnie przygotowane i wytłumione. Aby odgłosy wystrzałów były całkowicie niesłyszalne, dodatkowo stojące za zewnątrz samochody miały włączone silniki. Po wejściu za drzwi zanim ofiara zdążyła pomyśleć: gdzie jest i co tu robi?, było po wszystkim. Ubrany w skórzaną czapkę, długi, skórzany fartuch i rękawice z mankietami powyżej łokcia kat stał za drzwiami, szybkim ruchem przykładał wchodzącemu pistolet do potylicy i strzelał. Potem szybko usuwano ciało, myto szlaufem podłogę i wprowadzano następnego jeńca. Metoda była bardzo skuteczna, zdecydowana większość zabitych nie miała skrępowanych sznurkiem rąk. Zaskoczenie było całkowite. Huk wystrzału przynosił śmierć, której żołnierze w ogóle nie przeczuwali.

Tragedia jest zawsze tragedią, ale Szawłowski nie bez przyczyny nadaje zbrodniom ukraińskim klasyfikację wyższą od zbrodni sowieckich. Na Wołyniu śmierć, jeśli była natychmiastowa, była błogosławieństwem. Chociaż oprawcom zależało na sprawnym przeprowadzeniu zaplanowanych akcji, to jednak znajdowano także czas na stosowanie najbardziej wymyślnych tortur, trwających nieraz wiele godzin. To, do czego zdolni byli ukraińscy barbarzyńcy przekracza niekiedy wszelkie granice tego, co człowiek o zdrowych zmysłach może sobie wyobrazić. I to tu zapewne tkwi częściowe rozwiązanie tajemnicy „spowicia Wołynia milczeniem”, i to u obu stron. Dla Polaków zbrodnie były zbyt przerażające, by o nich mówić, a dla Ukraińców zbyt przerażające, by się do nich przyznać.

5. Bestie

Indianie mówią: „Dzisiaj jest dobry dzień, by umrzeć, ponieważ zawarte jest w nim całe moje życie”. Śmierć dla nich ma swoje ustalone miejsce i swój wyznaczony czas. Przychodzi wtedy, gdy życiowe sprawy zostały doprowadzone do końca. Wszystko dzieje się zgodnie z naturalnym porządkiem rzeczy, gdzie człowiek w pełni przeżył swoje dni. Nie boi się śmierci i odchodzi spokojnie, bo dostał wszystko i nic nie zostało mu nagle zabrane. I to wtedy jest dobry dzień i dobra śmierć.

W roku 1943 ani w latach następnych niewielu Polaków na Wołyniu mogło powiedzieć, jak Indianin: „Dzisiaj jest dobry dzień, by umrzeć…”. Naturalny porządek rzeczy został zakłócony przez eksplozję nienawiści, inspirowanej ideą miłości do ojczyzny. Wołyń stał się królestwem śmierci, w której nie było ani odrobiny godności. W piekle rzezi jedynie nieliczni przedstawiciele zarzynanego narodu mogli umrzeć w sposób naturalny. Reszta, nie licząc garstki ocalonych, została bestialsko zamordowana. Morderstwa Polaków na Wołyniu dokonywane były podczas przygotowywanych wcześniej, zorganizowanych i masowych akcji, a także podczas napadów na pojedyncze gospodarstwa. Osobną grupę ofiar stanowili ci, którzy przypadkowo mieli nieszczęście natknąć się na upowskie bojówki, czy też zainfekowanych nacjonalizmem ukraińskich chłopów. Byli to Polacy wracający z kościoła z sąsiedniej miejscowości, z targu, od rodziny w miasteczku, czy też uciekający przed pogromami, lub ci, którzy powrócili zobaczyć co z ich gospodarstwa zostało, albo zdobyć żywność.

Maria Berny, która w latach 40. ubiegłego wieku była dzieckiem, tak pisze o gehennie Kresowiaków: „Myśmy się wtedy nie bali śmierci. Baliśmy się mordu, sposobu, w jaki umrzemy. Rodzice się przygotowali. Ojciec miał pistolet z dwoma kulami. Zaplanowali, że gdy przyjdą mordercy, tata nas zastrzeli. Mama i ja dostaniemy prawo do godnej śmierci. Nie wiem, jak ojciec wyobrażał sobie własną”.

„Najważniejsze marzenia miałam tylko raz — wspominała Sabina Czapiga, siostra Mirosława Hermaszewskiego — Marzyłam, żeby umrzeć od kuli, a nie od siekiery. Ojciec nas nauczył: „Nie dajcie się złapać. Biegnijcie. Nie kłaść się, nie zatrzymywać się. Kto się zatrzyma, będą go torturować”.

Skłonność do niebywałego okrucieństwa, typowa dla ukraińskich morderców, nie była wpojona przez agitatorów, a raczej odziedziczona przez potomków hajdamaków. Przed akcją we wsi Ziemlica (gmina Korytnica) ukraińscy chłopi z kilku okolicznych wiosek byli świadkami wystąpienia upowskiego dowódcy „Zucha”, który wyjaśnił im, że „mają być bezlitośni wobec każdego napotkanego Polaka”. Z takich „wytycznych” trudno byłoby jednak wprost wyprowadzić uzasadnienie bestialstwa. Od braku litości wobec osób, proszących o darowanie życia do pastwienia się nad nimi przed zamordowaniem prowadzi bardzo długa droga. Szukając materiałów do książki udało mi się jednak znaleźć fragment mówiący wprost o tym w jaki sposób mordować Polaków. Kazimiera Marciniak wspominała: „Koleżanka siostry pracowała u popa jako pomoc domowa. Pewnego razu powiedziała nam, że pop roznosi po wsi chleb, w którym ukryte są jakieś papierki. Potem okazało się, że w tym chlebie były ulotki, w których napisano, by Polaków rzezać, wyrzucać z domów, mordować w najgorszy sposób, nie oszczędzając kobiet ani dzieci. Z perspektywy tego, do czego zdolni byli ukraińscy rezuni, śmierć od kuli SS-mana jawiła się wręcz jako „śmierć humanitarna”.

W przeddzień napadu na Parośle, 7 lutego 1943 r., w przejętym przez Niemców folwarku, leżącym we wsi Butrejki, należącym do rodziny Chamców z Warszawy, doszło do bestialskiego mordu. W nocy włamali się tam miejscowi ukraińscy nacjonaliści. W folwarku przebywali wówczas: administrator Edmund Sokołowski (lat 50), jego żona Zofia (lat 44), ich zamężna córka Maria Bratkowska (w ciąży, lat 23), jej synek Andrzej (lat 3), księgowy Edward Kalus (lat 24) z narzeczoną Eugenią Jucewiczówną (lat 20). Wszystkich zebrano w dużym salonie na dole. Mocno skrępowano drutem kolczastym ręce na plecach i nogi. Z zewnątrz przyniesiono wielki pień do rąbania drewna i po kolei odrąbano wszystkim głowy. Te upiorne, oświetlone kilkoma lampami naftowymi, sceny na pewno nie przebiegły „gładko”. Raczej nie było to ścięcie głowy jak kilka wieków wcześniej, kiedy to czyniła wprawna ręka kata specjalnym toporem. Śmierć nie zawsze przychodziła od pierwszego uderzenia, ale była efektem kolejnych. Nie było to z pewnością problemem dla morderców, a tylko ich dodatkową uciechą. Trupy bez głów, leżące obok odrąbane głowy i mnóstwo zakrzepłej krwi ujrzała nazajutrz ukraińska służba. W pień wetknięty był drut z kartką: „Taka bude smert wsim lacham.

To właśnie podniesiony ukraińską ręką topór pozostał wiecznie żywym symbolem upowskich rzezi. Uwidocznionym nie niektórych okładkach książek o Wołyniu, jak choćby Wołyń ’43,czy Smert’ Lachom.

Kiedy byłem dzieckiem, nie wiedziałem ani o Wołyniu, ani o rzeziach, ale gdzieś ten obraz we mnie tkwił. Pojawiał się niczym filmowa migawka, na krótko i rzadko. Wychowałem się we Wrocławiu, a tu ludzi „stamtąd” było wielu. W ich świadomości ten „Ukrainiec z toporem” istniał zawsze. Dopiero po latach, gdy studiowałem wołyński dramat, odkrywszy przestrogę: „Uciekaj, ile sił, lepsza kula, niż topór”, mogłem pojąć, jakie przerażenie budził „Ukrainiec z toporem”.


Najbardziej typowym widokiem po przejściu ukraińskich siepaczy, dla których sama śmierć Lachów nie wystarczała, były okaleczenia. Bezczeszczono zwłoki, albo częściej maltretowano żywych, aż do ich śmiertelnego zejścia. Chociaż rezuni nie znali historii powszechnej, to postępowali zgodnie z zaleceniami otoczonego wyjątkowo złą sława cezara Kaliguli. Jak donosił Swetoniusz nakazywał on wykonywać egzekucje seriami małych cięć, tak aby ofiary czuły, jak umierają. W kolonii Palcze (gmina Ołyka) Roman Kwiatkowski, lat 19, zamordowany został przez pozbawienie kolejnych części ciała (oczu, języka, genitaliów, rąk). We wsi Bokujma (gmina Kniahinin) zamordowano 27 osób, prawie wszystkie ofiary nosiły ślady tortur. Zwłoki miały odcięte uszy, nosy, kobiety piersi, wydłubane oczy, rozprute brzuchy, połamane ręce i nogi. We wsi Romejki (gm.Antonówka) Antoniego Zielińskiego, lat 45, wycięto język, wyłupano oczy, połamano ręce i nogi, na brzuchu rozpalono ognisko (po spaleniu została tylko głowa i nogi). Sadyzm morderców zdawał się nie mieć ograniczeń. W Osadzie Fabrycznej (Gmina Klewań) nieznanego mężczyznę po okaleczeniu i unieruchomieniu wrzucono do mrowiska. W okolicy Małyńska (gmina Berezne) przywiązano do drzewa nauczyciela. Dręczono go kilka dni, wyciągnięto mu jelita, którymi okręcono drzewo. We wsi Kisorycze (gmina Kisorycze) zamordowana została nauczycielka Felicja Masojada, lat 45, powszechnie znana i szanowana, za wszelkiego rodzaju pomoc, którą wyświadczała wszystkim (!) potrzebującym. Powieszono ją za nogi, odcięto piersi, wydłubano oczy i wypruto wnętrzności.

Szczególnie dużo „uwagi” upowcy poświęcali byłym żołnierzom i oficerom wojska polskiego. Antoniemu Opałce (wieś Myślina, gmina Niesuchojeże) wypalono oczy, wyrwano język, odrąbano ręce i nogi, a Henrykowi Maliszewskiemu z leśniczówki Smolna (gmina Górniki) wydłubano oczy, a z języka zrobiono „krawat”.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 65.9