E-book
6.83
drukowana A5
55.43
Na smyczy instynktu

Bezpłatny fragment - Na smyczy instynktu


4.7
Objętość:
270 str.
ISBN:
978-83-8221-470-3
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 55.43

Powrót do przeszłości

Mijał kolejny ponury, jesienny dzień. Rafał siedział przed oknem i rozmyślał nad swoim banalnym, nieciekawym życiem. Miał dopiero niecałe 30 lat, a czuł się jak osiemdziesięciolatek. Nic mu się w życiu nie udawało. Wiele życiowych sytuacji nie było wynikiem jego rozmyślnego i rozsądnego działania, a często dyktowane były intuicją, czy wręcz instynktem. To chyba nonsens, przecież instynktem kierują się zwierzęta. A może to atawizm, cecha pozostała po pra-pra przodkach, którzy zamieszkiwali gdzieś w koronach drzew, lub jaskiniach? Próbował ocenić na ile jego życiowe decyzje zostały podjęte na podstawie wyrachowanej kalkulacji, a na ile wynikały z siły jego podświadomego instynktu.

Wrócił myślami do tak pozornie niedawnej, a jednak odległej przeszłości i snuł wspomnienia. Jako przedszkolak, był popychany przez inne dzieci, które intuicyjnie wyczuwały jego bezradność i zabierały mu zabawki czy książki. Jako jedynak, w domu otaczany był miłością i opieką, a wychowywany samotnie, w grupie zawsze miał problemy z przystosowaniem się do rówieśników przyzwyczajonych do wspólnych zabaw. Mimo tego nie był egoistą. Proszony o coś co jadł lub czym się bawił, chętnie oddawał to innym. Miał jednak swoje „sekretne amulety”, których nie pokazywał nikomu poza swoją nianią. Były to jakieś banalne kamyczki, koraliki lub śrubki, skrzętnie chowane w różnych, znanych tylko jemu zakamarkach.

Największym autorytetem i powiernikiem była dla niego niania, która opiekowała się nim od chwili narodzin, i tylko ona była dopuszczona do oglądania i dotykania tych ukrywanych „skarbów”. Od niani dowiadywał się o wszystkim, co go otaczało, słuchał czytanych przez nią bajek i oglądał obrazki, które z samorodnym talentem, chętnie rysowała. Była też bezwzględną obrończynią w sytuacjach, kiedy ktoś celowo, czy przypadkiem go krzywdził. Jednym słowem, do czasu pewnej samodzielności był pod opieką swoistego Anioła Stróża i może właśnie, dlatego, pozbawiony był inicjatywy i inwencji, które zazwyczaj towarzyszą dzieciom podczas zabaw.

Przewyższał jednak rówieśników swoją wiedzą, uzyskaną dzięki niani i ten aspekt rekompensował jego pasywny sposób bycia. Zjednywało mu to rówieśników, których potrafił zainteresować jakimiś opowieściami usłyszanymi od niani.

Kiedy przebywał w domu, a niania była zajęta, przekazywał swoje opowieści czworonożnemu przyjacielowi — kotu Onufremu. Zwierzak lubił go i chętnie się do niego tulił, a on odwzajemniał się dając mu ukradkiem jakieś łakocie i opowiadając zasłyszane bajki. Szkoła nie była dla Rafała atrakcyjna, mimo, że mógł tam przebywać wśród rówieśników. Niewiele było też przedmiotów, które potrafiły go zainteresować. Z wyjątkiem przyrody, chemii i geografii, pozostałe traktował jak zło konieczne i choć bez entuzjazmu, jednak starał się je opanować. Nie był wybijającym się uczniem, a rodzice wpajali mu zasadę, że szkołę trzeba skończyć, aby zdobyć zawód pozwalający na utrzymanie.

W ten oto sposób, dzień za dniem tworzył swój skromny życiorys, w którym niewiele było ciekawych wydarzeń. Wśród tych godnych zapamiętania znalazły się letnie wakacje spędzane z rodzicami i ich znajomymi. Wiele lat z rzędu wyjeżdżali na wieś, gdzie rodzice rozkoszowali się wiejskim powietrzem i kuchnią, a Rafał spędzał większość czasu wśród zwierząt, których zawsze było sporo. Ciekawe było to, że zwierzęta jakoś dziwnie łatwo akceptowały jego obecność, mimo, że był tam obcy.

Cofnijmy się jednak do lat wczesnego dzieciństwa Rafała, kiedy on sam zaczynał odkrywać własne, dość szczególne cechy. Pewnego roku wydarzyła się nie wiarygodna historia. Wakacje spędzano w zaprzyjaźnionym gospodarstwie, gdzie trzymano ogromnego buhaja ważącego, co najmniej 800 kilogramów i mającego opinię bardzo złośliwego. Nawet jego właściciel zachowywał się przy nim z dużą ostrożnością. Pewnego dnia, po obiedzie, cała rodzina spędzała czas nad niewielką rzeczką. Rafał znudzony bezczynnością gdzieś zniknął. Przeszukano wszystkie możliwe zakamarki w gospodarstwie, jednak bez powodzenia. Ktoś zaproponował sprawdzenie jeszcze obory. Wchodząc do niej rodzice Rafała oniemieli z wrażenia i przerażenia. W boksie gdzie trzymano buhaja, tuż przy nim, stał Rafał i głaskał zwierzę po ogromnej szyi. Zwierzę było najwyraźniej zadowolone z tych pieszczot i nie robiło wrażenia wściekłej furii. Mama Rafała krzyknęła z przerażenia a ojciec, siląc się na spokój wysyczał: „natychmiast, spokojnie wyjdź stamtąd!” Rafał, jakby nic się nie stało, pogłaskał byka jeszcze raz i opuścił boks. Kiedy rodzice Rafała opowiedzieli o wszystkim gospodarzowi, ten nie mógł uwierzyć. Powiedział, że po to, by na przykład umożliwić przeprowadzenie jakiegoś zabiegu weterynaryjnego, do przytrzymania zwierzęcia, trzeba było kilku ludzi.

Przypadek z buhajem nie był wyjątkiem dziwnych relacji Rafała z nieznanymi mu zwierzętami, a w wielu przypadkach takimi, które już wcześniej parokrotnie zaatakowały ludzi. Pewnego dnia, w mieście gdzie mieszkał wraz z rodziną, urządzono obławę na bardzo niebezpiecznego psa, który uciekł z sąsiedniego podwórka, urwawszy spory kawał mocującego go łańcucha.

O tym psie, mieszańcu wilczura z jakimś innym olbrzymim psem, krążyły w mieście mrożące krew opowieści, między innymi, to, że zagryzł złodzieja, który nieopatrznie wtargnął na jego terytorium. W dniu ucieczki, zmobilizowano w mieście wszystkie siły przydatne do schwytania zwierzęcia. Przeszukano praktycznie wszystkie możliwe miejsca ukrycia się psa, ale bez powodzenia.

Po popołudniu, kiedy dzieci wracały ze szkoły, jedna z sąsiadek rodziny Rafała, przybiegła zdyszana do matki Rafała, z wiadomością, że ten, w towarzystwie psa–zbiega, maszeruje w stronę domu. Przerażona matka Rafała wybiegła z domu, po kilkuset metrach zobaczyła go, spokojnie prowadzącego psa na ocalałej reszcie łańcucha. Było to już w pobliżu nieruchomości skąd pies uciekł. Mimo przerażenia, matka Rafała nawet nie zdążyła krzyknąć, kiedy jej syn wraz ze zbiegiem znikli za furtką domu skąd pies zwiał. Po chwili Rafał pojawił się na ulicy, prawie zderzając się z matką.

Ta, dysząc z powodu biegu i zdenerwowania, ledwie wystękała: ”coś ty zrobił!?”

— Mamo, co się stało? Czemu jesteś taka zdenerwowana — zapytał?

W tym momencie, matce Rafała wrócił dawny tupet.

— Czy jesteś zupełnym idiotą — krzyknęła. Czy nie zdawałeś sobie sprawy z tego, czym groziło zbliżenie się to tego potwora — krzyczała?

— Ależ mamo, skąd ci przyszło do głowy, że ten pies to jakiś potwór — zapytał. Czy dlatego, że jest taki duży –ciągnął. Przecież na świecie żyją znacznie większe zwierzęta i nikt nie nazywa ich potworami. Chociażby taki wieloryb. Czy słyszałaś kiedykolwiek, aby wieloryb kogoś skrzywdził? Ja po prostu wracając ze szkoły wstąpiłem do parku. Tam, usiadłem na chwilę na ławeczce. Po kilku minutach poczułem, że coś mnie liże po ręce. To był właśnie ten pies. Poznałem go, ponieważ widziałem go wiele razy przez szparę w płocie, kiedy szedłem do szkoły. Wiedziałem, że wygląda groźnie i taką miał opinię, ale kiedy doszedł do mnie, wcale nie zachowywał się jak krwiożerca, więc chwyciłem za łańcuch i poprowadziłem go do właściciela.

Wiadomość o tym wydarzeniu rozeszła się szeroko po mieście. Nieoczekiwanie, Rafał stał się kimś znanym, kimś, kto dokonał czynu niezwykłego. Od tego zajścia, życie Rafała uległo nieprawdopodobnej zmianie. Przede wszystkim zyskał ogromnie w oczach kolegów i teraz nawet ci, którzy go dotąd ignorowali, zaczęli zabiegać o jego towarzystwo. Wiele osób dorosłych i dzieci pytało o sposób, w jaki udało mu się oswoić tak groźnego zwierzaka, a on po prostu nic nie zrobił. Było w nim coś, co przyciągało zwierzęta i osłabiało ich agresję. One po prostu chciały przy nim być, nie traktując go jako zagrożenie.

Ludzie nie mogli zrozumieć, że cechy, jaką posiadał Rafał nie można się nauczyć, gdyż jest ona wrodzona. Rafał dopiero po pewnym czasie uświadomił sobie fakt swojej nietypowej zdolności intuicyjnego kontaktu ze światem zwierząt, może właśnie instynktownej.

Szczególny eksperyment

Kiedy dotarło to w końcu do jego świadomości, postanowił przeprowadzić próby, aby określić granicę takiego zbliżenia.

Nie mówiąc o tym nikomu, postanowił dokonać próby na jakichś dzikich, nie oswojonych przez człowieka zwierzętach. Nie było to łatwe. W otoczeniu zwierzęta były zazwyczaj gatunkami udomowionymi, jak psy czy koty, a zwierzęta gospodarskie były codziennie obsługiwane przez ludzi, więc także nie mogły stanowić materiału badawczego.

Pewnego, wolnego od nauki dnia, postanowił zrealizować swój eksperyment. Domownikom zakomunikował, że jedzie na cały dzień na ryby, w związku, z czym zaopatrzył się w jedzenie, a po cichu porwał z lodówki jedno, pieczone kurze udko. Był początek lata, dzień był słoneczny, ale niezbyt upalny. Spakowawszy niezbędny ekwipunek, wsiadł na rower i pojechał prosto do jednego z bardziej oddalonych lasów. Marzył o spotkaniu z autentycznie nieoswojonym zwierzęciem, którego reakcje mógłby prześledzić bez udziału świadków. Po mniej więcej godzinie dotarł do lasu, który wydawał mu się stosunkowo mało uczęszczanym przez ludzi. Tam wyszukał dobrze osłoniętą drzewami i krzewami polankę, rozłożył koc i wygodnie położył się. Przed tym jednak wyjął. z torby kawałek kurczaka i położył w pewnej odległości od swojego legowiska.

Tak przygotowany, oczekiwał na spotkanie z „nieznajomym”. Oczekiwanie przeciągało się Leżąc wygodnie w cieple słońca już prawie zasypiał, kiedy usłyszał delikatny szelest rozsuwanych gałązek. Lekko uniósł głowę i spojrzał w kierunku miejsca, gdzie umieścił przynętę. Poprzez gęstwinę gałązek dojrzał rudawą sierść. Lis — pomyślał. Istotnie, zwabiony zapachem. mięsa, do przynęty skradał się lis. Nie płoszony przez nikogo, zabrał się do pałaszowania kurczaka. Słychać było mlaskanie i chrzęst gryzionej kostki. Po zjedzeniu przynęty, lisek zamiast oddalić się w głąb lasu, wygodnie rozłożył się na trawie i chyba miał zamiar oddać się drzemce. Rafał nie chcą go spłoszyć nie ruszał się, obserwując jednak jego zachowanie. Lis najwyraźniej ignorował jego obecność, ale nie miał jednak ochoty na bliższy kontakt. Trwało to dłuższą chwilę, po czym lis wstał, wysunął głowę w kierunku Rafała i chwilę wąchał zapach niesiony przez leciutki wiaterek. Wąchając, zastygł w bezruchu, jednak posłuszny instynktowi poniósł się i odszedł w stronę gęstwiny.

Rafał był trochę rozczarowany, jednak postanowił ponowić próbę kontaktu. Starał się zapamiętać miejsce, gdyż chciał znowu tu dotrzeć i próbować nawiązania bliższego kontaktu ze zwierzęciem. Och, gdyby tu żyły niedźwiedzie — pomyślał, to byłoby naprawdę coś niezwykłego. Już chciał się pakować do odjazdu, kiedy poczuł, że coś mu łazi po nodze. Spojrzał i zobaczył małą myszkę, badylarkę. Wcale się nie bała; „sznurowała” po nodze prosto w stronę tułowia. Nie ruszał się, czekając na dalszy ciąg wędrówki. Myszka doszła do jego brzucha, przysiadła śmiesznie na tylnich łapkach i ciekawie rozglądała się wokoło. Po chwili wstała i ruszyła w dalszą drogę, ku jego twarzy. Rafał nadal nie reagował. Kiedy mysz znalazła się w okolicy szyi, Rafał ostrożnie przysunął dłoń w jej stronę. Myszka natychmiast na nią weszła. Rafał ostrożnie uniósł dłoń wraz z myszką i przesunął ją w stronę twarzy. Myszka nadal siedziała spokojnie. Wtedy Rafał uniósł drugą dłoń i próbował delikatnie, palcem, pogłaskać myszkę po głowie. Przyjęła tę pieszczotę, bez strachu, a nawet wydawało się, że to sprawia jej przyjemność. Skoro mysz tak łatwo zbliżyła się do mnie — pomyślał Rafał, to może można by ją było udomowić.

A właściwie, dlaczego nie? Postanowił spróbować, nie rezygnując z doświadczeń z innymi dzikimi zwierzętami. Umieścił delikatnie myszkę w kieszeni swojej koszuli, wsiadł na rower i pojechał do domu. Przez drogę obmyślał sposób ukrycia myszy w domu, tak, aby nikt z domowników nie domyślił się jej obecności, ale z drugiej strony obawiał się możliwości wywąchania myszy przez kota lub koty, których sporo kręciło się wokół domu. Najodpowiedniejszym miejscem wydała mu się przestrzeń pod łóżkiem, tuż przy ścianie.

W tym celu, zaraz po powrocie do domu, wyszukał kawałek sklejki dość dużych rozmiarów do niej przymocował metalowe pudełko po herbacie. Wewnątrz wyłożył je watą, a w wieku wyciął otwór takiej wielkości by mogła przejść myszka, ale nie kot gdyby chciał nią zapolować. Przed wejściem ustawił dwie plastykowe podstawki pod kieliszki — na wodę i na suchą karmę. Nie wiedział czy na rynku były jakieś karmy dla małych gryzoni, ale na razie odsypał z zapasów mamy trochę kaszy jęczmiennej i płatków owsianych, co okazało się trafnym wyborem. Potem umieścił myszkę w pobliżu wejścia do jej przyszłej „rezydencji”, a ta zaciekawiona od razu tam weszła. Po chwili, najpewniej wywąchawszy pożywienie, myszka wyszła ze swojej blaszanej norki i zabrała się do pałaszowania kaszy. Nie wykazywała przy tym najmniejszych objawów strachu, tak jakby nowe miejsce było jej naturalnym środowiskiem.

Cała operacja wyjazdu do lasu gdzie spędził sporo czasu oraz droga powrotna, jak również przygotowanie lokum dla nowej lokatorki, zajęły mu wiele godzin. Zbliżał się wieczór; Rafał poczuł dokuczliwy głód. Przecież praktycznie cały dzień nic nie jadł. Ruszył w stronę kuchni, gdzie spodziewał się znaleźć coś do jedzenia. Istotnie w garnkach czekał na niego cały obiad. Po szybkim podgrzaniu obu dań, Rafał oddał się rozkoszy jedzenia. Posiliwszy się, wpadł na chwilę do pokoju stołowego, gdzie rodzice akurat oglądali telewizję. Tam poinformował ich, że jeszcze ma do odrobienia jakieś zadania, do których się zaraz zabierze. Istotnie było tam jakieś zadanie z polskiego, wiec wyjął zeszyt, piórnik, książkę i usiadł przy biurku. Nie bardzo składnie szło mu to wypracowanie, ale postanowił rozprawić się z nim jak najszybciej. Korciło go dalsze eksperymentowanie z myszką, więc jak tylko skończył wypracowanie, natychmiast ruszył do swego pokoju.

Zaczął poszukiwać swojej współlokatorki, ale niestety nie było jej w żadnym miejscu, w którym mógł się jej spodziewać. Naraz spostrzegł, że koc na jego łóżku, w pobliżu wezgłowia lekko się wydął i poruszył. Odkrywszy zbiega natychmiast przeniósł myszkę do jej mieszkania pod łóżkiem, obawiając się wizyty mamy, która wręcz wpadała w szok, na samo słowo — mysz. Gdyby zobaczyła, to, co Rafał ulokował pod łóżkiem, byłaby to katastrofa. Następnego dnia po zajęciach szkolnych, Rafał wrócił do domu i jak zwykle wpadł do swego pokoju, gdzie zostawił torbę z książkami, sięgnął po pudełko z myszką, chwilę się z nią bawił, gdy usłyszał wołanie mamy, że właśnie podała obiad.

Tego dnia jedli obiad tylko we dwójkę, gdyż ojciec wyjechał na dwudniową delegację. Siedząc naprzeciw siebie, bez pośpiechu spożywali obiad. Nagle mama znieruchomiała, przerwała posiłek i w skupieniu wpatrywała się w przeciwległy kąt podłogi. Rafał, powiedziała szeptem: tam przez podłogę coś przebiegło. Mamo, — odpowiedział, przecież nie mamy żadnych małych zwierząt w domu, więc co mogło tam przebiec? Jednocześnie pomyślał, że może ta diabelska mysz jakoś przedostała się do stołowego pokoju i teraz może być „wsypa”. Jeszcze nie zdążył zanurzyć łyżki w talerzu z zupą, kiedy nagle mama z histerycznym krzykiem, błyskawicznie wskoczyła na krzesło, a z niego na stół zrzucając na podłogę swoje nakrycie. Tupiąc i przeraźliwie krzycząc wykonywała jakiś obłędny taniec. Tymczasem sprawczyni tego zamieszania, ze stoickim spokojem, przemierzała podłogę wywąchując jakieś okruchy, tylko czasami spoglądając okrągłymi, niewinnymi oczkami na choreograficzno — wokalny „show” mamy Rafała.

Nie było, na co czekać. Rafał wyskoczył z krzesła jak na sprężynie, pochwycił myszkę i wybiegł z pokoju. Kiedy wrócił, mama już zdążyła usunąć resztki stłuczonych talerzy i zetrzeć podłogę.

— Skąd się to paskudztwo tu wzięło? Czy to nie ty przypadkiem przyniosłeś tę mysz?

— Ale skądże — odpowiedział. Jednocześnie myślał, czy ta paskuda znowu gdzieś się nie wydostała z pokoju. Postanowił wyeksmitować natychmiast mysz do jej naturalnego środowiska. Zaczął się, więc przygotować do kolejnego wyjazdu do lasu. Na szczęście pozostały z obiadu jakieś resztki mięsa, które skrzętnie pozbierał do plastykowego woreczka. Znalazł także pudełko odpowiednie do transportu myszy i wrócił do nauki, przerwanym obiadem. Po godzinie, kiedy uznał, że zapas wiedzy starczy mu na najbliższe szkolne zajęcia, poszedł do pokoju stołowego i włączył telewizję. Kiedy tylko mógł, pasjami oglądał programy przyrodnicze i właśnie kiedy zaczął oglądać jeden z nich, trafił na film o człowieku, który spędził wiele miesięcy na Alasce wśród niedźwiedzi grizli, które potraktowały go jak jednego ze swoich, ale niestety jeden z nich ostatecznie go zabił. Rafał był poruszony finałem opowieści i próbował wydedukować, co było powodem takiego zachowania niedźwiedzia zabójcy. Może i wśród zwierząt zdarzają się osobniki chore psychicznie? To bardzo prawdopodobne — myślał, przypominając sobie różne rodzaje zachowań zwierząt w obrębie tego samego gatunku. Postanowił uzyskać na ten temat więcej informacji. Jeszcze chwilę grzebał w książkach i zeszytach dla upewnienia się czy nie zostało coś, co należało przygotować do szkoły. Upewniwszy się, że wszystkie zadania odrobione, postanowił poczytać książkę. Ostatnio pasjonował się książka Nałkowskiej „Między zwierzętami”, z której dowiedział się, że z odgłosów wydawanych przez zwierzęta można wywnioskować to, o czym one próbują nam powiedzieć. Jednak nie mógł znaleźć odpowiedzi na pytanie, jak odczytać intonacje dźwięków wydawanych przez różne zwierzęta tego samego gatunku, które pochodzą z różnych miejsc, a nie należą do ludzi. Postanowił sprawdzić to doświadczalnie

Następnego dnia, miał zaledwie pięć lekcji, co pozwalało mu na wyprawę do lasu i prowadzenie dalszych obserwacji. Zraz po powrocie do domu, pochłonął obiad tak szybko jak tylko pozawalała na to temperatura dań i zapowiedział matce, że musi jechać do lasu, by zebrać rośliny do szkolnego zielnika. Mając przygotowany plecak z rzeczami, które zamierzał z sobą zabrać, włożył na głowę basebalówkę, wskoczył na rower i pojechał. Temperatura była umiarkowana, dlatego mógł sobie pozwolić na szybsze tempo jazdy. Po pół godzinnym pedałowaniu dotarł do swojej ukrytej w gąszczu polanki i tam rozłożył swój biwak. Obok koca, w plecaku była myszka w pudełku i przekąska dla lisa. Po wyjęciu i otwarciu pudełka, spodziewał się spontanicznej rejterady myszy, tymczasem ta nie miała najmniejszego zamiaru opuszczać swego pomieszczenia. Widząc to, Rafał delikatnie ujął myszkę w palce i posadził ją na trawie. Ta chwilę pokręciła się w kółko, poczym nie śpiesząc się, ruszyła w stronę gęstwiny. Teraz Rafał zastanowił się, w jaki sposób umieścić przynętę dla lisa. Jeśli umieści ją tak daleko jak poprzednio, to nawet, jeśli lis przyjdzie, to zje mięso i wróci do lasu. Jeżeli położy mięso zbyt blisko siebie, to po ewentualnym wywąchaniu przynęty przez lisa, ten będzie się bał zbliżyć, czując obcy zapach — człowieka W końcu zdecydował się umieścić mięso stosunkowo blisko koca od strony swojej głowy, i ułożył się wygodnie, tak, by mógł objąć wzrokiem możliwie szerokie pole i czekał. Oczekiwanie trwało na tyle długo, że w końcu Rafała zmorzył sen i słodko zasnął. W jego podświadomości zachował się jednak pewnego rodzaju nakaz czuwania, dlatego parokrotnie budził się pod wpływem głośniejszego szumu gałęzi poruszanych słabym podmuchem wiatru. Czas upływał, a spodziewany gość nie przybywał. Po dłuższej chwili Rafała obudził lekki trzask gałązki czy suchego liścia i na pewno nie był to podmuch wiatru. Delikatnie, nie ruszając się z miejsca, Rafał lekko uchylił powieki. Na granicy polanki i zakrzaczenia skradał się rudzielec. Rafał nie był w stanie określić czy był to ten sam lis, czy jakiś nowy. Zwierzę wyczuło zapach mięsa, które bardzo go zachęcał do zbliżenia się. Ostrożnie, szorując brzuchem po trawie lis zbliżał się do upragnionej przekąski. Rafał cały czas analizował sposób postępowania lisa. Jeśli dotrze do mięsa, to zwyczajem nieoswojonych zwierząt, porwie je ucieknie do lasu, i tam je zje. Natomiast, jeśli będzie oczekiwał na dodatkową porcję, to zje mięso na miejscu Rafał przezornie oddzielił kawałek mięsa, tworząc dodatkową porcję. W końcu lis dotarł do mięsa, porwał je gwałtownie, cofnął się o parę kroków trzymając mięso w pysku, ale nie uciekł do lasu. Z zachowania zwierzęcia wynikało, że był to ten sam lis, który poprzednio poznał już jego smak. Teraz łapczywie rzucił się na mięso i błyskawicznie je zjadł. Ku zaskoczeniu Rafała, nie odszedł do lasu a jedynie usiadł i wpatrywał się uporczywie w Rafała. Czyżby przeczuwał istnienie drugiego kawałka mięsa — myślał Rafał. Bardzo ostrożnie przekręcił się na bok, co umożliwiło mu sięgniecie do plecaka po drugi kawałek. Przy pierwszym ruchu Rafała lis uniósł się, odsunął o pół kroku, ale usiadł ponownie. Rafał wydobył mięso i delikatnie rzucił przed lisa, ale bliżej siebie. W momencie rzutu, lis zerwał się gwałtownie, ale po chwili ruszył w stronę przynęty. Znowu jak poprzednio porwał mięso, zjadł go łapczywie i ponownie usiadł.

Rafał postanowił zupełnie nie reagować. Ułożył się wygodnie w sposób umożliwiającą obserwację zwierzęcia bez konieczności wykonywania jakichkolwiek ruchów. Tymczasem lis po chwili siedzenia przysunął się nieco w stronę Rafała. Znowu usiadł na dłuższą chwilę, poczym wstał i zbliżył się do nóg Rafała. Zaczął węszyć, ale nadal utrzymywał spory dystans. Powoli zaczął obchodzić legowisko Rafała raz z prawy raz z lewej strony, stale trzymając się w przyzwoitej odległości. Rafał uniósł się lekko na łokciach, na co lis zareagował oddaleniem się od koca, ale pozostał na polanie. Teraz Rafał postanowił sprawdzić reakcję zwierzęcia na głos. To też nie ruszając się zaczął szeptać:, „choć tu lisku, nie bój się”. Reakcją na szept, było znieruchomienie lisa, postawienie uszu i wpatrywanie się w twarz Rafała. Jeszcze chwilę lis postał na polanie, następnie odwrócił się i wolno odszedł w stronę lasu. Rafał postanowił zebrać dotąd uzyskane obserwacje i stworzyć bazę do wnioskowania o dalszym zachowaniu się lisa. Obawiał się jedynie, czy przy kolejnym spotkaniu pojawi się to samo zwierzę. Wiedział jednak, że nadal będzie próbował eksperymentować w podobny sposób.

Rafał, po spakowaniu koca wsiadł na rower i wrócił do domu. Jadąc, cały czas próbował odtworzyć szczegóły zachowania lisa. Doszedł do wniosku, że lis utrwalił w pamięci miejsce, gdzie można spotkać inne stworzenie, które nie tylko nie jest agresywne, ale przynosi smaczne kąski, Przekonywał sam siebie, że każde następne spotkanie z tym zwierzęciem będzie coraz łatwiejsze i bliższe.

Było późne popołudnie, gdy Rafał wrócił do domu, a zostało do zrobienia jeszcze parę zadań. Po umyciu się i połknięciu jakiejś kanapki zabrał się do roboty. Trwało to dłużej niż zwykle, gdyż jego myśli zaprzątały obrazy z ostatniego spotkania z lisem. Postanowił zdobyć więcej informacji na temat zachowania zwierząt i ich psychiki.

Nagle wpadł mu do głowy nowy pomysł. Przecież może sprawdzać reakcje zwierząt w zoo. Co prawda w mieście zamieszkania nie było ogrodu zoologicznego, ale w oddalonym zaledwie o dwadzieścia pięć kilometrów mieście wojewódzkim, taki ogród był. Na dobra sprawę w warunkach letniej pogody, odległość tę mógł pokonać ją na rowerze w półtorej godziny. Pomysł na dobre usadowił się w jego planach. Po powrocie do domu zapowiedział rodzicom, że w najbliższą sobotę ma zamiar udać się na całodzienną wycieczkę rowerową, w związku, z czym wszystkie ewentualne zadania domowe będzie się starał odrobić do soboty.

Rekonesans w ZOO

W natłoku szkolnych zajęć, dni upływały szybko i ani się spostrzegł, kiedy nadszedł piątek, i musiał przysiąść nad zadaniami oraz przygotować się do wyjazdu. Nim przystąpił do zadań, zrobił przegląd swojego roweru, dokręcił poluzowane śruby, nasmarował łożyska. Dzięki temu był pewien, że rower nie zwiedzie. Ponadto naprawił rzadko używane zamknięcie roweru, gdyż jak słyszał, w dużym mieście łatwo może on stać się łupem złodziejaszków. Wreszcie, po zjedzeniu obiadu, zasiadł do odrabiania lekcji. Cały czas jednak myślał o tym, co mógłby z sobą zabrać jako przynętę do zwabienia zwierząt na bliższą odległość. W końcu jego wybór padł na paczkę krakersów i torebkę orzeszków ziemnych. Tylko, co ze zwierzętami mięsożernymi? Przecież nie będę wiózł surowego mięsa, ale mógłbym wziąć parę plasterków kiełbasy — pomyślał. Tą decyzją zakończył plan wyprawy i po odrobieniu zdań szybko umył się i wskoczył do łóżka. Długo nie mógł zasnąć, a kiedy w końcu to mu się udało, śnił o jakichś nieprawdopodobnych prehistorycznych stworach, które próbował karmić krakersami. Zbudził się wcześnie, kiedy wszyscy domownicy jeszcze spali. Szybko się umył, ubrał, połknął, niekontrolowany przez mamę, tylko kromkę chleba z kiełbasą, popił zimną oranżadą z lodówki i właściwie był gotowy do wyjazdu. Pieniądze! Przypomniał sobie. Przecież trzeba wykupić bilet wstępu do zoo, a ponadto, gdy będzie gorąco, trzeba kupić coś do picia. Sięgnął po swoje „zaskórniaki” gromadzone w ceramicznej śwince, a przeznaczone głównie na zakup komputerowych gadżetów. Wydłubanie paru monet o wyższym nominale, bez rozbijania świnki, nie było łatwe. Użył do tego celu długiego kuchennego noża i małego śrubokręta. Trwało to o wiele dłużej niż przypuszczał, ale w końcu trzymał w ręku cztery pięciozłotówki. Powinno starczyć — pomyślał. Wsiadł na rower i ruszył w podróż. Była godzina 8,30. Licząc na spokojną jazdę i małą przerwę po drodze, Rafał przewidywał dotarcie do celu około godziny dziesiątej. Ranek był chłodny i prawie bezwietrzny, dlatego jazda nie była męcząca. Po około półgodzinnej jeździe, spojrzał na zamontowany przy kierownicy licznik — dziesięć kilometrów. Przy tym tempie jazdy, dotrę na miejsce o planowanym czasie — pomyślał.

Postanowił, że po przebyciu piętnastu kilometrów, kiedy dotrze w pobliże jakiegoś lasku, zrobi krótki odpoczynek. Istotnie, po paru kilometrach dostrzegł po prawej strony drogi niewielki lasek, przy którym się zatrzymał. Niestety, miejsce okazało się niezbyt szczęśliwe. Kiedy zsiadł z roweru i zbliżył się do krawędzi lasu, poczuł nieprzyjemny zapach i zobaczył materialne przyczyny smrodu. Wszystkie miejsca, bardziej osłonięte od strony drogi, obłożne były ogromną ilością zużytego papieru toaletowego, kawałkami gazet, a nawet szmatkami. Oczywiście papiery te, przykrywały w większości przypadków „produkty” złożone tu przez podróżnych pilnie potrzebujących odosobnienia.

Nie było to dobre miejsce do odpoczynku, zatem Rafał ponownie wskoczył na rower i pojechał dalej. Po około dwóch kilometrach jazdy, zobaczył niedaleko drogi mały stawek, na szczęście nie bardzo porośnięty krzakami, co dawało nadzieję, że odpocznie tam bez dodatkowych atrakcji. Stawek był nieco oddalony od drogi, a nieliczne krzaczki nie przyciągały zbyt dużej ilości podróżnych potrzebujących odosobnienia. Rafał zeskoczył z roweru, podszedł do brzegu stawu i z przyjemnością zanurzył ręce w chłodnej wodzie; zwilżył trochę twarz i poczuł miły powiew wiatru. Na chwilę położył się na brzegu, w cieniu niewielkiego krzaczka i o mało nie zasnął. Przypomniał sobie jednak o celu swojej podróży, i po dziesięciu minutach leniuchowania, znów pedałował w kierunku ZOO. Wkrótce minął granicę miasta, a że ogród zoologiczny był na przedmieściu, od strony, z której przyjechał, to dotarcie do celu podróży nie sprawiło mu kłopotu. W pobliżu bramy wejściowej znalazł stojak do umieszczania rowerów, gdzie zaparkował swój rower, starannie zamykając cyfrowy zamek linki zabezpieczającej przed kradzieżą. Sprawdził zawartość swojego plecaka i ruszył do kasy. Kupił bilet i rozglądając się wokoło wszedł na teren ogrodu,

Ostatni raz zwiedzał ZOO chyba dwa lata temu i stwierdził, że przez ten czas dokonano imponujących zmian. Przede wszystkim powiększono jego obszar i, jak się spodziewał, zwiększono ilość zwierząt. Zwiedzających ogród o tej porze nie było dużo; mógł sobie pozwolić na dłuższą obserwację zwierząt, szczególnie tych, interesujących go. Kiedy przechodził alejką wzdłuż ogrodzeń i klatek ze zwierzętami, zaobserwował ciekawą ich reakcję. W miarę jak przechodził od klatki do klatki, spokojnie leżące dotąd zwierzęta nagle wstawały i podchodziły do krat, To chyba normalna reakcja zwierząt nawykłych do przychodzących tam ludzi — pomyślał. Przecież pomimo zakazów, widzowie zawsze przemycają jakieś smakołyki, którymi częstują zwierzęta.

Po chwili zatrzymał się przed klatką z tygrysem. Wielki kot wylegiwał się w pewnej odległości od kraty, ale kiedy Rafał znalazł się na przeciw, tygrys wstał, podszedł do kraty i przenikliwie wpatrywał się w oczy Rafała.

— Co powiesz kocie? Zapytał cicho Rafał.

Zwierzę jakby zrozumiało jego intencje, dziwnie zamruczało i próbowało wsadzić pysk między pręty kraty. Rafał miał ogromną ochotę na dotkniecie pyska tygrysa, ale w pewnej odległości od kraty umieszczona była barierka uniemożliwiająca to. Rafał jeszcze chwilę postał przed tygrysem mówiąc mu komplementy, w rodzaju: ładny tygrysek, grzeczny tygrysek, obiecuję, że kiedyś cię znowu odwiedzę. Tygrys w tym czasie zachowywał się jak mały kotek, łaszcząc się do krat i pomrukując cicho. Czas niestety nie ubłaganie uciekał, a jeszcze tyle zwierząt pozostało do obejrzenia.

— Pa tygrysku, powiedział Rafał odchodząc od klatki, a tygrys jeszcze długo stał przy kracie wpatrując się w odchodzącego.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 55.43