E-book
1.37
drukowana A5
20.07
Na skrzyżowaniu

Bezpłatny fragment - Na skrzyżowaniu


Objętość:
74 str.
ISBN:
978-83-8126-694-9
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 20.07

Aleja Postępu

***

Jeszcze malutki

świecił oczami z mysiej dziury

reagował na dźwięk i szelest

Kiedy się stamtąd wygramolił

zaczął gwałtownie rosnąć

Nie można było już go ukryć

ani oswoić

ani nakarmić


Więc potoczył się ulicą

albo wieloma ulicami

niby śniegowa kula


Coraz szybciej

Ogromniejąc

Gra ciszą

Cisza rzuciła nagle garścią soli w oczy

na policzki spłynęła mokrym widmem światła

oktawami odrętwienia uderzała w kręgosłupy

zmiękczała stawy kolan splatała palce rąk


Strach czuł się panem takiej ciszy

Wiedział że każde jej naruszenie

może tylko przyspieszyć jego wzrost

A on wciąż marzył o wielkości


Lecz chociaż jednym odbierał godność

tych co zdołali go przerosnąć podziwiał

i dał im moc czynienia rzeczy niezwykłych

Tryptyk o słowach

z suplementem

I

Słowa tańczyły jak baletnice

Eleganckie zwiewne w piruetach

nie dotykały prawie ziemi

zmęczenie i zamiary kryły

pod uśmiechami jedwabiem tiulami

Niekiedy próbowały

niby piłeczki w maszynie losującej

obijając się o ściany

z zamieszania wyprowadzać wizje


Te cięższe — zda się skazane na klęskę —

atakując przestrzeń nabierały sensu

W przeczuciu że to czas umiera

koziołkowały po stromiznach

jakby pragnęły zasypywać przepaście


II

Ćwierkały w zaroślach

tężały w zimnie, wrzały z gorąca

sypały iskry w blasku świec


Sączyły się z likierem

Nabierały głębi po winie

wigoru po wódce


Wibrowały z podwyższeń

Wspinały się na kolumny

sztukaterie gzymsy


U kresu sił wtapiały się w tło

albo skamlały spod klamek


Czasem skakały do sadzawek

i łamały kręgosłupy


III

W służbie bukietów-chorągwi-medali-wieńców

Ważone odpowiednie

Nadmiernie rozbuchane albo nazbyt skromne

Czasem ich „po prostu brak”


Dla chwilowej uciechy — konsumpcyjne

Melodyjne, dysonansowe

z przydechem przyświstem przytupem

Bywa — zatrzymane wpół, bywa — celne


Zwyczajne „konstruktywne” obojętne

Kontrowersyjne — nie tym tonem

nie z tym uśmiechem grymasem dystansem

nie w porę nie takie i nie tak


Tłumione czy wykrzykiwane w codzienność

z mównicy spod kołdry z przystołu

te słuszne i te fałszywe dojrzewają

w korzystnym dla siebie klimacie

wspierają się popierają dają odpór

nawzajem się ranią spadają padają

giną. Przeważnie po nic.


Suplement


* * *

Autorytety autoreklama autoportrety

Podział na swoich i wrogów

Dyskurs — kołnierzyki czy mankiety

Słowa na wynos nadmiar słów


Wyrafinowanie wyrachowanie wychowanie

Nieomylność sądów — to złe, to głupie, to najlepsze


Czyszczenie butów, szlifowanie progów

Entuzjazm czcicieli chwilowych półbogów

Pętla

Odcięcie sznura czy może pępowiny różnych znaczeń

poprzedzone śliską ciemnością

Potem zmiana trajektorii lotu, lądowanie

Pospieszna wyprawa po nowe

lub tylko (aż?) po spokój


Odetnij się od przeszłości mówią mędrcy

Czerp z niej (siłę) lecz do niej nie wracaj

Przed tobą zadania wyzwania oblicza

Po tej dobrej stronie pękniętego czasu

czeka cię szczęście albo przygoda


W „odpowiednich warunkach” z nowymi pomysłami

z inną twarzą własną i tą na poduszce obok

ze starymi nawykami i z pamięcią która

na jakiś czas zawiśnie gdzieś pod sufitem

niby zasuszona wiązanka

Relacje

Podarowałam ci moją twarz

moje włosy i ręce

a to cię tylko irytuje

Nie akceptujesz imienia

które dla ciebie wybrałam

W mojej „szkole życia” siedzisz w innej ławce


I tak cię kocham

Niby song

Stale praca — praca — praca

jedna mała tabletka

potem znowu praca — praca

i kolejna tabletka

Później relaks wchłania myślenie

niemyślenie także wchłonie

fajerwerki pustosłowia

rozświetlą bezdusza wnętrz


A na co dzień cieszy zmysły

wymuskana schludność trawników

pastelowa czystość tynków

pejzaż bez much komarów psów

i kotów bezimiennych

Bez ptaków — z tym ich kląskaniem

kołowaniem, zarazkami —

kaleczących bezsensownie

uładzony tryb


Wciąż tak samo pewni siebie

Nieświadomi ulotności

W złotym piasku przesiewanym

przez czarne sito nieba

widzą tylko projekcję

własnych małych szczęść

Szyk

Spadły nuty z pięciolinii

W dźwiękowym chaosie potraciły głowy

Z czarnych zrobiły się białe

wymachiwały chorągiewkami

próbowały zbierać kropki

postukiwały kluczami


Z ambicji czy może z nawyku

poprawiały własne

ustawienie w szyku

Chcąc zająć lepsze miejsca w utworze

wspinały się wyżej i wyżej

a tylko niektóre pamiętały o takcie

Ewolucja rewolucji

(streszczenie)

Tłum rósł i rosła jego wrogość

Ramionami drzwi podpierał

kiedy chciano opróżnić świątynie

Burzył się grzmiał szumiał falował

Potem obumierał żałośnie


A gdy ironia zmieszała rezygnację

z ptasim świergotem i z odgłosami budowy

— ożył na widok nowych klocków

z dziwacznej układanki

tandetnych ozdób i baloników


Nie zdejmowano teraz czapek

nie ściszano głosów nad trumnami

Profani okrywali błazeńskimi płaszczykami

jarmarczne stroje albo brak strojów


Sieroty z wyboru punktowi specjaliści od zniszczeń

mogli nareszcie skupić się na rzeczach które lubili

Jedli pili trawili, oklepywali gęby i tyłki

Przyklejali do pysków uśmiechy


Najbardziej dociekliwi

Rozgrzebywali góry śmieci

Badali głębię własnych pępków


wciąż o krok od zrozumienia…

Dystans

I

Doświadczenia niby wbite w ciało kleszcze

nieświadome swej inwazji na czas przyszły

bierne ­- gdy strach rozciąga sekundy

liczy żebra, a struchlałej jaźni umyka sens


II

Prężył się do skoku z odwagą kamikadze

Wierzył że za chwilę dotknie głową chmur

Powrócił pokonany pozbawiony złudzeń

Co dzień bardziej potulniał przygasał cichł


III

Nowa wiosna przyniosła odnowę

Nie miał już zadr w sercu i pod paznokciami

Stare maski spalono

odrastały nogi ręce głowy

(odzyskanie twarzy też nie było trudne)


On jednak wolał teraz oglądać

albo sobie wyobrażać

solidny spokój sielskich obrazków

ściany zieleni zbyt zielonej

wielobarwne owady i ptaki w bezlocie

i Matkę Boską z przydrożnych kapliczek

z niebem w oczach w uśmiechu w sukience


IV

Pewnego razu droga z obrazka

poprowadziła go dalej a drzewa

ustępowały mu miejsca jakby chciały

żeby znów czuł się szczęśliwy


I to nic, że to był tylko sen

O mnożeniu bytów szczęśliwych

(nieco dydaktycznie)

Sprawy które nas nie dotyczą

Przeważnie są nam obojętne

Takie stwierdzenie swą bezwzględnością

Mało kogo zaskoczy

Natura ludzka jest ułomna

przecież


Nawet gdy się wzruszasz losem tych najsłabszych

nieudaczników nieszczęśliwych chorych

powoduje tobą nieuświadomiony

lęk przed doświadczeniem podobnej inności


Może zbudujesz twierdzę

Zamieszkasz w niej z tymi którzy umieją

odróżnić miłość od tolerancji

nieśmiałość od niemocy


Jednak i oni — duchem samotni

strzegący swego bycia — stopniowo przyjmą

stworzone dla nich wzorce myśli

awangardowych atrakcyjnych obowiązujących

niby modele sukienek albo samochodów

Wierzę, że…

nie będą już musiały zbierać złomu ani

uważać na miny

Nikt ich nie upokorzy ani nie pobije


Nikt do nich nie strzeli bo piasek pochłonie

porzucone na pustyni karabiny


Nie będą wyszukiwać resztek po śmietnikach

Ich rany się zabliźnią, dusze odbudują

W mocne dłonie rodziców małe łapki wtulą

Cukierkiem dorysują uśmiechy na buziach


(zanim skończą się wojny o ziemski raj)

Wywoływanie ducha poety romantycznego

Czy błąka się po chmurach z bagażem wspomnień

Czy jeszcze drwi z miałkości myśli

i śmieszności manier swego otoczenia

sceptyczny zaklinacz piorunów

Bard o oczach błyszczących gorączką


Pora zejść na ziemię krnąbrny wierszokleto

w czasy jakich nawet nie śmiałbyś wywieszczyć

Tu zakres swobody wytyczą ci ściśle

Symbolami wiary pomachasz jak dzidą

Włączysz się w korowód rodziców i dzieci

Nieświadomych — dokąd wędrują i po co

Przewrotność

Chciałabym kiedyś odwiedzić mój czas stracony

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 20.07