E-book
15.75
drukowana A5
42.99
Na krawędzi

Bezpłatny fragment - Na krawędzi

Objętość:
150 str.
ISBN:
978-83-8440-499-7
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 42.99

Z początkiem roku, Dawid wybrał się do lasu po drewno. Ostatnią szczapę, wrzucił do pieca rano kiedy pił kawę. Wiedział o tym, że kiedyś będzie musiał wziąć się za siebie. Depresja która go dopadła, nie miała nad nim litości. Myślał że sama przejdzie, jak coroczna grypa która dopada człowieka. Jednak kiedy się nie ma gorączki, ani dreszczy jej towarzyszących. Tylko niechęć do życia i ludzi, to staje się to co najmniej niebezpieczne. Na zrobienie zapasów drewna, miał całe lato i jesień. Wtedy jednak pił i rozżalał się nad sobą. Chata na skraju lasu, w której mieszka, szczęśliwie ostała się po jego rodzicach. Nie planował już nigdy więcej, wracać w rodzinne strony. Jednak życie mocno weryfikuje, nasze plany na przyszłość i nie liczy się z opinią człowieka. Kiedy pochylił się nad pierwszym kawałkiem gałęzi, coś zakuło go w boku.

— Cholera, jeszcze tego brakowało — zaklął pod nosem.

Rozłożył na ziemi płachtę, na którą to zaczął znosić kawałki drewna. Po chwili zrobił sobie przerwę, aby zapalić papierosa.

— Fajki też mi się kończą — zauważył mężczyzna.

Kiedy tak chwilę odpoczywał, zauważył nieopodal

leżące przy drzewie poroże jelenia. Od razu mu się

poprawił humor. Podszedł do nich, wziął je do rąk

i powiedział do siebie.

— No i mamy za co żyć — odparł z zadowoleniem.

Tutaj warto zauważyć, że Dawid nie ma stałej pracy. Nawet się o nią nie stara, choć mógłby to zrobić. Myśli że depresja która go dopadła, da mu jeść i pić. Gdyby był chociaż na chorobowym, jednak aby tak się stało trzeba być gdzieś zatrudnionym. Dlaczego w ogóle jest sam, na tym pustkowiu? Otóż miał kiedyś rodzinę, żonę i dziecko. Jednak po ich starcie, zupełnie się załamał. Co się z nimi stało? Dawid pracował kiedyś, jako żołnierz zawodowy. Jednego razu wrócił do domu po służbie, zastał żonę i córeczkę w łóżku. W kuchence gazowej był odkręcony kurek, kto to zrobił i dlaczego, nie wiadomo. Jego żona nie zostawiła, żadnego listu pożegnalnego. Policja uznała to za samobójstwo, z początku nawet podejrzewali o to jej męża, że się przyczynił do śmierci swoich najbliższych. Jednak z braku dowodów oraz jego alibi, sprawę umorzono. Dawid odszedł ze służby, chociaż mu to odradzano. Zaczął pić, staczać się po równi pochyłej na samo dno. Mieszkanie było służbowe, więc kiedy przestał być żołnierzem, stracił do niego prawo. Przez jakiś czas był bezdomnym, miał nawet swoją ksywę wśród meneli. Nazywali go Rambo, ze względu na jego przeszłość zawodową. Jak wylądował w domku swoich rodziców? Otóż znalazł go adwokat rodziny, jego rodzice umarli. On stał się jedynym spadkobiercą, tej drewnianej chaty pod lasem. Oczywiście z początku, chciał ją sprzedać i przepić. Jednak jednej nocy, przyśniła mu się matka, która prosiła go o to aby tego nie robił. Kiedy się rano obudził, miał taki pot na czole, jakby go kto oblał wiadrem wody. Postanowił więc, uszanować wolę zmarłej matki. A pieniądze na alkohol i papierosy zdobyć w inny sposób. Więc teraz kiedy znalazł to poroże jelenia, wiedział że wpadnie mu do kieszeni parę stówek. A to w jego przypadku, starczy na jakiś czas wegetacji. Wziął więc do jednej ręki, płachtę z drewnem, do drugiej kompletne poroże i udał się w kierunku swojej chaty. Kiedy w końcu do niej dotarł, był już na tyle zmęczony że nie myślał o niczym innym jak o piwie. Wczoraj za dużo wypił, więc kac męczył go do tej pory. Zajrzał do pieca, jeszcze trochę żaru było. Podłożył więc dwa kawałki drewna, aby utrzymać ciepło w pomieszczeniu. Niestety od jakiegoś czasu, nie było u niego prądu. Nie płacił rachunków za energię elektryczną, więc pewnego dnia po prostu mu ją odcięli. Zbytnio się tym faktem nie przejął. W lodówce tak zazwyczaj nic nie trzymał, a to co miał do jedzenia, spożywał na bieżąco. Jednego razu do jego chaty, zajrzało młode małżeństwo. Złożyli Dawidowi ofertę kupna, chcieli koniecznie zamieszkać tutaj. Dawali mu górę pieniędzy, za tą kupę drewna. Jednak stanowczo im odmówił. Mógł za tą kwotę kupić mieszkanie w mieście, jeszcze by mu na samochód starczyło.

— Skoro macie pieniądze, to kupcie sobie ziemię i wybudujcie taką chatę — proponował im.

— Ale my chcemy tutaj — odparła kobieta.

— Tak się składa że ja też.

— Nie zmieni pan zdania?

— Nie bardzo.

— Szkoda.

— Ale jakby pan zmienił zdanie, to proszę numer naszej komórki — zachęcił maż kobiety.

Dawid wziął od nich wizytówkę, jednak kiedy młodzi odjechali, wrzucił ją do pieca. Na szczęście nie posiada żadnego telefonu, więc ta oferta wygasła razem z ich odjazdem. Mężczyzna rozejrzał się po izbie, żadnego piwa nie zauważył. Zapewne ostatnie wypił wczoraj. Nie ma innego wyjścia, jak przejść się do wioski i tam zajrzeć do sklepu. Dorzucił jeszcze do pieca, wziął poroże do ręki i wyszedł z chaty w kierunku mu dobrze znanym. Rogi jelenia miał zamiar opchać, tutejszemu handlarzowi staroci. Akurat zastał go, wchodzącego do domu.

— Dzień dobry panie Czesławie — zwrócił się do mężczyzny.

— Dzień dobry Dawidzie.

— Ty do mnie?

— Tak.

— Z tym porożem?

— Zgadza się — odparł.

— To wejdźmy do środka — zaproponował gospodarz.

Dawid wszedł za nim, zamykając drzwi. Od razu weszli do gabinetu pana Czesława. Tutaj na ścianach wisiały wszelkiego rodzaju poroża. Mężczyzna już tutaj był, więc wnętrze nie robiło już na nim takiego wrażenia, jak za pierwszym razem.

— Proszę usiąść.

— Dziękuję.

— Napijesz się czegoś? — zaproponował gospodarz.

— Jeśli to nie kłopot.

— Ależ skąd.

Pan Czesław nalał do obu szklanek, po porcji

alkoholu. Jedną podał gościowi, drugą przysunął do siebie.

— Na zdrowie.

— Racja — odparł Dawid.

Obaj mężczyźni wychylili zawartości swoich szklanek.

— To ile chcesz za te poroże?

— Pięćset złotych.

— Trochę dużo — odparł gospodarz.

Dawid wstał z krzesła, z zamiarem wyjścia.

— Czekaj, gdzie się tak spieszysz?

— Do konkurencji — odparł gość.

— Nie tak nerwowo.

— Zapalisz?

— Chętnie.

— Dam czterysta pięćdziesiąt.

— Pięćset — odparł Dawid.

— Nie mam tyle przy sobie.

— No dobra, to tyle ile pan mówił, plus ta butelka.

Mężczyzna wskazał na obficie zaopatrzony barek.

Pan Czesław uśmiechnął się pod nosem.

— Umowa stoi.

Zanim Dawid wyszedł z domu gospodarza, wypił

z nim jeszcze dwie kolejki.

— To do następnego razu — zauważył gospodarz.

— Do widzenia.

Teraz mężczyzna udał się do pobliskiego sklepu. Kiedy wszedł do środka, powitała go sklepowa Danuta. Była to kobieta przed czterdziestką, farbowana brunetka, troszkę przy kości ale za to ładna. Więc nikt nie zwracał uwagi, na te kilka kilogramów więcej. Była po rozwodzie od kilku lat, więc ostrzyła sobie pazurki na samotnych mężczyzn. Nawet Dawid jej się podobał, gdyby ten chciał się zmienić i wziąć się za jakąś uczciwą pracę. Był w miarę przystojnym szatynem, dosyć wysokim i postawnym. Jednak ten jego wieczny zarost twarzy, zniechęcał każdą kobietę która na niego spojrzała. Chodził cały czas w jednym ubraniu, wojskowym moro jakby był jakimś dezerterem lub coś w tym rodzaju.

— Dzień dobry Dawidzie — odparła z uśmiechem sklepowa.

— Dzień dobry.

— Co cię do mnie sprowadza?

— To co zwykle — odparł.

— A co z zeszytem? — zapytała go.

Mężczyzna od jakiegoś czasu, brał towar ze sklepu na kreskę. Trochę się tego nazbierało, więc kobieta myślała, że w końcu nadszedł ten dzień kiedy z nią się rozliczy. Spojrzała na niego z lekkim żalem.

— Mam pieniądze, jeśli o to ci chodzi.

— Oj Dawidzie, nie gniewaj się na mnie.

— Ale jak będę ci pobłażać, to za niedługo zamknę tę budę z braku dochodu.

Mężczyzna wyciągnął z kieszeni kurtki, cztery

stówy i położył je na blacie.

— Wystarczy? — zapytał ją.

— Ależ naturalnie że tak.

— Tamten dług skreślam, a daję ci nowy kredyt zaufania — odparła z uśmiechem.

— To co ci podać?

— To co zwykle — odparł.

Danuta podała mu chleb, pasztet w puszce, wytłaczankę jajek, karton papierosów.

— Piwo na miejscu? — zapytała.

— Poproszę.

— Dać ci reklamówkę?

— Jeśli można.

— Ależ oczywiście.

— Jeszcze cebulę — dodał mężczyzna.

— Tak, zapomniałam, już daję.

Dawid jedną ręką trzymał zakupy, drugą popijał

piwo z butelki.

— Co u ciebie? — zapytała sklepowa.

— Wszystko po staremu.

— Pracujesz gdzieś?

— Na razie nie.

— Jakbyś chciał, to możesz pracować u mnie.

— W jakim charakterze? — zapytał.

— Zaopatrzeniowca, kierowcy.

— Do tego trzeba być trzeźwym — zauważył.

— Ograniczył byś trochę picie i tyle.

— No nie wiem, zastanowię się.

— Daj znać jak coś postanowisz — odparła.

— Dobrze.

Dawid wypił do końca piwo, odstawił butelkę na miejsce i wyszedł przed sklep aby tam zapalić. Kiedy to zrobił, udał się w powrotną drogę do swojej chaty. Danuta patrząc na niego, przez okno wystawowe zamyśliła się trochę. Nie mogła pogodzić się z tą myślą, że taki facet jak Dawid zwyczajnie się marnuje. Gdyby przystał na jej propozycję, już ona by się o niego postarała. Od razu by odmłodniał o kilka lat, a ona przy nim. A tak ona osobno, on osobno, a życie sobie leci z górki. I nim się spostrzegą, nie będzie już o co walczyć i o co zabiegać. Co prawda Danuta miała branie, wśród tutejszych kawalerów i rozwodników, jednak na chwilę obecną jedynie Dawid kwalifikował się do tej roli. Jednak on o tym nie wiedział, a może nie chciał wiedzieć. Droga do mieszkania Dawida, ciągnęła się przez całą wieś. Kiedy minął zabudowania, znalazł się na polnej drodze. Kiedy jest sucho i mroźno jak teraz, można po niej przejść bez problemu. Gorzej kiedy pada deszcz i przejedzie po niej jakieś terenowe auto. Wtedy błoto czepia się do podeszwy buta, a to już nie jest przyjemne. Jednak Dawid nie miał na sobie garnituru, tylko wojskowe moro, więc nie przejmował się tym że może się ubrudzić. Kiedy dotarł w końcu na miejsce, wszedł po schodach i zatrzymał się przy drzwiach wejściowych. Spojrzał na nie, wydały mu się podejrzane. Mężczyzna nie zamykał ich na klucz, tylko zatrzaskiwał, a teraz były niedomknięte. Szpara pomiędzy drzwiami a futryną wynosiła dwa centymetry. Wnioskował z tego, że ktoś jest w środku, lub przynajmniej był. Delikatnie je otworzył i zajrzał do środka.

— Jest tu kto? — zapytał.

— Halo? — ponowił wołanie.

Jednak jego zapytania pozostały bez odpowiedzi. Wszedł więc do izby i tam się rozejrzał, nikogo nie zastał. Postawił torbę z zakupami na kredensie. Zajrzał do pieca, był lekki żar, dorzucił dwa kawałki drewna do środka paleniska. Dolał wodę do czajnika, z wiadra stojącego na taborecie i postawił na kuchennym blacie. Tak, zgadza się, prądu nie ma i bieżącej wody też. Musi ją czerpać ze studni, znajdującej się przy chacie. Mężczyzna usiadł przy piecu, czekając aż woda się zagotuje. Zapalił papierosa i jeszcze raz rozejrzał się po izbie. Teraz dopiero zauważył, że dolne drzwiczki kredensu są niedomknięte.

— A jednak ktoś tu był — wywnioskował Dawid.

— Ciekawe czego szukał?

— Pieniędzy? — możliwe.

Zapewne się rozczarował, Dawid i pieniądze. Jak coś posiadał, to zazwyczaj trzymał je przy sobie. Złota ani kosztowności nie posiadał, nawet gdyby dzisiaj umarł, to naraziłby państwo na koszty. Ponieważ nie jest ubezpieczony, nie odprowadza żadnych składek i całej tej reszty. Dobrze że chociaż ma dowód osobisty i książeczkę wojskową, chociaż ta druga to już historia. A szkoda, bo gdyby wtedy nie odszedł ze służby, tylko dalej był żołnierzem zawodowym. To po piętnastu latach, miałby emeryturę. Zrezygnował po dwunastu latach, jak dożyje sześćdziesięciu pięciu to wtedy coś mu tam od państwa skapnie. Teraz ma czterdzieści dwa lata, to jeszcze cały kosmos przed nim. Tylko że on żyje z dnia na dzień, w ogóle się tym teraz nie przejmuje. Może ma i rację, na co się przejmować przyszłością. Dzisiaj się położy do łóżka, jutro może już z niego nie wstać. Tyle to życie teraz warte, jedno zdmuchnięcie świecy i już ciebie nie ma wśród żywych. Kiedy tak rozmyślał, woda w czajniku zaczęła się gotować. Odstawił go na bok, wstał od pieca i ruszył do kredensu, aby nasypać sobie kawy do kubka. Po chwili siedział już przy stole, z parującą kawą. Spojrzał przez okno, na zewnątrz kogoś zauważył. Jakaś postać stała za drzewem, w odległości pięćdziesięciu metrów. Tuż przy wejściu do tutejszego lasu. Dawid zastanawiał się przez chwilę, czy ma wyjść z chaty i pobiec za tą osobą. Czy też skupić się na swojej kawie i ewentualnie obserwować ją z tego miejsca, w którym teraz jest. Wybrał to drugie. Myśląc logicznie, nic mu tutaj nie zginęło, jedynie ktoś tu wszedł do środka. A poza tym, każdy może sobie stać w lesie za drzewem. Tym prawa nie łamie, a jak będzie miał do niego interes. To wcześniej czy później tak go zapewne odwiedzi. Po wypiciu kawy, ten ktoś co do tej pory tam stał, po prostu zniknął. Dało to Dawidowi do myślenia, zaczął się zastanawiać czy to ma jakiś związek z jego osobą. Może ktoś z dawnych czasów, szuka go w tej głuszy. Długów jako takich nie miał, nie licząc tego zeszytu w sklepie u Danuty. A może ktoś z wojska na do niego interes? Tylko kto i dlaczego? W jednostce Dawid miał stopień sierżanta, co prawda brał udział w jakichś akcjach. Czyżby komuś zalazł za skórę, nie wiedząc o tym? Starał się sięgnąć pamięcią wstecz, jednak nic sensownego nie przychodziło mu na myśl. Zajrzał do kieszeni kurtki, miał tam jeszcze pięćdziesiąt złotych i flaszkę wódki od pana Czesława. Wstał od stołu, poszukał w kredensie czystej szklanki aby sobie nalać alkohol. Odkręcił butelkę i odmierzył dobrą setkę, przechylił ją do gardła. Lekko się skrzywił, jednak niczym nie zagryzł. Resztę odstawił na stół, jeszcze raz rozejrzał się po izbie i wyszedł na zewnątrz. Skierował swe kroki w kierunku wsi, co jakiś czas spoglądając za siebie czy nikt za nim nie idzie. Nic takiego nie zauważył. Kiedy dotarł do zabudowań, zaszedł do tutejszego baru. Kiedy miał jakieś pieniądze, lubił tu wstąpić na piwo, tak było też dzisiaj. W środku przybytku panował półmrok, za ladą baru stała Alina. Była to córka tutejszego sołtysa, blondynka o krótkich włosach, dorodnym biuście i nogach do samej ziemi. Miała trzydzieści pięć lat i kilka nieudanych związków za sobą. Dorobiła się syna, który teraz miał dwanaście lat. Ona też ostrzyła sobie zęby na Dawida, jednak jej ojciec szczerze odradzał związek z nieudacznikiem. Kiedy mężczyzna był już przy barze, uśmiechnęła się do niego i odparła.

— Co tam Dawidzie?

— W porządku — odparł.

— Dawno cię nie było?

— Nie miałem kasy.

— Wiesz że u mnie dostaniesz na krechę.

— Wiem.

— Więc w czym problem? — zapytała go.

— Kiedyś i tak musiałbym to spłacić.

— Jakoś byś to odrobił — zażartowała.

— Mówisz.

— No pewnie.

— Co ci podać?

— Piwo.

Alina wzięła do ręki kufel i zaczęła nalewać złocisty płyn, w końcu mu go podała. Mężczyzna zanurzył w nim swoje wargi i pociągnął dużego łyka. Potem sięgnął po papierosa, zapalił go i się zaciągnął. Rozejrzał się po sali, dostrzegł kilka osób. W tygodniu są tu tylko stali bywalcy, w weekendy brakuje już miejsca żeby usiąść.

— Co robiłeś? — zapytała go barmanka.

— To samo co zwykle.

— Czyli?

— Byłem w lesie po drewno, znalazłem poroże.

— Może mi też sprzedasz?

— Po co ci ono? — zapytał kobietę.

— Jako wystrój do baru.

— Serio?

— No tak, wiesz ilu jeleni tu przychodzi —

— uśmiechnęła się do niego.

— Aż tylu?

— Nie chcę pokazywać palcem, ilu żony zdradzają.

— A ty?

— Co ja?

— Też zdradzałaś?

— Jak trzeba było — odparła.

— Ciebie to bym nie zdradziła.

— Dlaczego tak twierdzisz — zapytał.

— Prawdziwych mężczyzn kobiety szanują.

— I ja niby jestem tym prawdziwym?

— No tak.

— Po czym to wnioskujesz?

— Po twoim charakterze. — Po charakterze?

— Jesteś silnym mężczyzną, stanowczym.

— I bezrobotnym.

— Na własne życzenie — odparła Alina.

— Wiem, co na mój temat mówi twój ojciec.

— Bo to facet, ja jestem kobietą i widzę więcej.

— Ja byłbym złym mężem, dla każdej — zauważył Dawid.

Kiedy tak ze sobą rozmawiali, drzwi baru się otworzyły i do środka weszło dwóch mężczyzn. Rozejrzeli się dokoła i podeszli do bufetu. Wyglądali na wojskowych lub też bandziorów, jak kto woli. Ogoleni na zapałkę, zarośnięci na twarzy, w ubraniach taktycznych jakby się urwali z jakiegoś polowania. Po wyglądzie ich można było wnioskować wiek, pomiędzy trzydzieści a czterdzieści lat. Właścicielka tego przybytku zagadała do nich.

— Co panom podać?

— Dwa piwa — odezwał się pierwszy.

Ten drugi zmierzył wzrokiem Dawida, jakby się chciał pojedynkować. On też nie pozostał mu dłużny, spojrzał na obu spod byka. Gdyby wzrok mógł zabijać, zapewne wszyscy trzej odnieśli by już jakieś obrażenia. Alina nalała im piwo do kufli, Wzięli je i ruszyli w kąt sali do wolnego stolika. Usiedli przy nim, zrobili po łyku i sięgnęli po papierosy.

— Co to za jedni? — zwróciła się do mężczyzny.

— Nie mam pojęcia.

— Wyglądają nieciekawie.

— To fakt.

— Aż mnie ciarki przeszły — stwierdziła kobieta.

— Może jacyś przejezdni.

— Na pewno, u nas nie ma takich typów.

— Ciekawe co tutaj robią?

Dawid dokończył piwo i poprosił barmankę o następne. Zapalił też kolejnego papierosa. Ci dwaj o czymś rozmawiali, co jakiś czas zerkając w stronę baru. Czyżby Osoba Dawida ich interesowała? Jeden z nich wyciągnął telefon z kieszeni kurtki, zaczął w nim coś szukać i jakby ukradkiem chciał zrobić zdjęcie Dawidowi. Alina zaczęła robić się nerwowa, jakby przeczuwała jakieś nieszczęście, które w najbliższym czasie miałoby nastąpić.

— Coś taka spięta? — odparł mężczyzna.

— Nie podobają mi się ci dwaj.

— Chłopy jak każdy inny — odparł.

— To nie są zwyczajne ochlaptusy.

— Możliwe.

— Nie martwisz się? — zapytała go.

— O co?

— No nie wiem, może chcą mnie napaść?

— A dużo masz forsy w kasie? — zapytał ją.

— Trochę tego jest.

— Ile?

— No nie wiem, kilka tysięcy — odparła kobieta.

— To już by mieli za co balować — uśmiechnął

— się do niej.

— Nie żartuj sobie, ja się zaczynam martwić.

— Spokojnie, obronię cię.

— Ty? — dasz radę?

— Nie wiem, zobaczymy — odparł.

— A na razie idę do kibelka na siku.

— Nie zostawiaj mnie samej — niepokoiła się.

— Spokojnie, zaraz wracam.

Dawid wstał od baru i ruszył w kierunku toalety. Kiedy zniknął za drzwiami, jeden z mężczyzn wstał z krzesła i ruszył za nim, kiedy i on był już niewidoczny, ten drugi podszedł do baru. Alicja z niepokojem, patrzyła na rozwój wydarzeń. Facet wyciągnął pistolet z kieszeni kurtki i zwrócił się do barmanki.

— Widzisz ten pistolet kobieto?

— Widzę — odparła drżącym głosem.

— To posłuchaj mnie uważnie.

— Wyciągniesz teraz z kasy wszystkie pieniądze — oznajmił mężczyzna.

— A jak tego nie zrobię?

— Nie bądź głupia, życie ci niemiłe? — zapytał.

Barmanka otworzyła szufladę poniżej blatu, zbir nachylił się w tamtą stronę.

— Masz jakąś broń? — zapytał.

— Nie mam.

— Nic nie kombinuj bo oberwiesz.

Alina zaczęła powoli wyciągać banknoty, które były przyciśnięte sprężyną, zaczęła się trząść, pot wystąpił jej na czole. Była zła na Dawida, że ten akurat w tym momencie poszedł się odlać.

— No dawaj tą kasę prędzej.

— Nie mam na to całego dnia — odparł złodziej.


W tym czasie w toalecie, Dawid stał przy jednym z pisuarów. Właśnie z niego skorzystał, już miał wychodzić. Kiedy usłyszał że ktoś wszedł, zaczął się domyślać że to może być jeden z tych facetów, co niedawno weszli do baru. Gość podszedł do jego pleców, przyłożył mu coś twardego do lewej łopatki i odparł.

— Hej koleś, skończyłeś już?

— A co, chcesz popatrzeć? — zapytał Dawid.

— Nie ma na co.

— Założymy się?

— Podnieś ręce do góry — usłyszał.

Dawid powoli zaczął podnosić je do góry, kiedy napastnik chciał go przeszukać, ten momentalnie obrócił się w jego stronę. Prawą ręką wybił mu z dłoni pistolet, drugą zaś przyłożył gościowi w szczękę. Ten zachwiał się na moment, wtedy dostał drugi raz kolanem w podbródek. To go ścięło na dobre, rozłożył się jak długi na posadzce. Dawid podniósł pistolet z betonu i wycelował w przeciwnika. Jednak na darmo, ten stracił przytomność. Mężczyzna domyślił się, że jego kumpel zagaduje w tym czasie Alinę. Podszedł więc do drzwi wyjściowych z toalety, lekko je uchylił i zajrzał na salę. Zobaczył mężczyznę przy barze i jego wystraszoną barmankę. Powoli wyszedł z toalety i mierząc do napastnika zaszedł go od tyłu. Teraz to on przyłożył lufę pistoletu do jego pleców. Ten wzdrygnął się na moment.

— Spokojnie kolego, co tam masz w ręce? — zapytał go.

— A gdzie?

— Twój kumpel?

— Właśnie — odparł.

— Ma krótką drzemkę.

— Co mu zrobiłeś?

— Małe kuku — zaśmiał się Dawid.

— No dobra, koniec żartów, rzuć broń!

— Nie wiesz co robisz — odparł tamten.

— Tak samo jak i ty.

Napastnik powoli odłożył swój pistolet na ladę baru.

— Alina, weź go do ręki — zwrócił się do kobiety.

— Ale ja …

— Spokojnie, nie bój się, już po wszystkim.

— Tak ci się tylko wydaje — odparł typ.

Barmanka odłożyła pieniądze do szuflady, prawą ręką chwyciła pistolet i odsuwając się od lady na dwa metry, wycelowała go w oprawcę.

— Umiesz się tym posługiwać? — zażartował gość.

— Wystarczy że naciśniesz spust- dodał Dawid.

— Masz jakąś taśmę?

— Mam.

— Gdzie?

— W szafce przy zlewie — odparła.

— Widzę.

Dawid wziął tą taśmę, kazał napastnikowi wyciągnąć ręce do tyłu. Wtedy owinął mu dłonie, potem kazał mu klęknąć, to samo zrobił ze stopami. Kiedy ten był już unieruchomiony, poszedł do toalety zrobić to samo z jego kumplem.

— Alino?

— Tak Dawidzie?

— Nic ci nie jest? — zapytał kobietę.

— Chyba nic.

— To zadzwoń na policję.

— Na pewno?

— A co chcesz z nimi robić?

— W sumie masz rację.

Mundurowi zjawili się w barze po kwadransie. Z początku nie chcieli przyjąć zgłoszenia, myśląc że to jakiś kiepski żart. Jednak kiedy przyjechali na miejsce, zobaczyli dwóch typów skrępowanych, leżących pod ścianą. Do tego dwa pistolety, to już ich rozmowa przeszła na inne tory.

— Co tu się stało? — odparł jeden z policjantów.

— Napadli mnie w barze, chcieli okraść — tłumaczyła im kobieta.

— Kto ich tak ładnie poskręcał?

— Mój znajomy.

— To on? — wskazał palcem na mężczyznę

— pijącego teraz piwo.

— Niemożliwe.

— I zero strzałów? — ciągnął dalej gliniarz.

— Jakoś się obeszło — dodał Dawid.

— Zabrali coś pani?

— Nie zdążyli.

— Rozumiem.

— A pan jak się nazywa, można dowód osobisty — zwrócił się do mężczyzny.

Dawid wyciągnął z kieszeni kurtki, swoje dokumenty, funkcjonariusz zaczął je czytać.

— Dawid Bromski zamieszkały…

— Może jeszcze pan pesel przeczytasz.

Jeden ze zbirów się uśmiechnął, na zaistniałą sytuację.

— Wiemy jak się nazywasz, już po tobie!

— Spokój tam pod ścianą.

— Zaraz się wami zajmiemy — odparł gliniarz.

Drugi z funkcjonariuszy podszedł do napastników, przeszukał im kieszenie, ich portfele dał swojemu koledze. Ten do nich zajrzał.

— Nie ma dowodów, ani w jednym ani w drugim.

— A co ty sobie myślałeś — odparł typ spod

— ściany.

— No nic, bierzemy ich na komendę — odparł.

— A pan pojedzie z nami.

— Ja, po co? — dopytywał się Dawid.

— Musimy spisać pańskie zeznania, co tutaj

— mianowicie zaszło.

— A ja? — odezwała się Alina.

— Pani może jutro.

— Wszystkich naraz nie damy rady — oznajmił

— policjant.

W tym czasie drugi ze sprawców, odzyskał przytomność, spojrzał na swojego kolegę, nie wiedząc co zaszło. Policjanci zabezpieczyli oba pistolety, do tego doszedł jeszcze nóż myśliwski i kastet. Kiedy pakowano do radiowozu dwóch opryszków, jeden z nich się uśmiechnął do Dawida.

— Szkoda fatygi, tak zaraz wyjdziemy na wolność — odparł.

— Nie bądź taki mądry — dodał policjant.

Dwóch aresztantów z tyłu na siedzeniach, z przodu dwaj funkcjonariusze. Ten starszy stopniem zauważył, że nie ma miejsca już dla

Dawida. Podrapał się po głowie z bezradności.

— Panie Bromski?

— Co takiego?

— Może pan pojechać na komisariat swoim

— autem? — zapytał policjant.

— Niestety nie posiadam.

— Cholera.

— To co robimy?

— Możecie po mnie przyjechać, jak odwieziecie tych dwóch — zasugerował im.

— Ale to dwadzieścia kilometrów.

— A w obie strony czterdzieści!

— To co z tego?

— No dobra, to niech pan poczeka w barze.

— Kogoś po pana wyślemy.

— Niech będzie — skwitował Dawid.

Policyjny radiowóz odjechał spod baru, niemalże z piskiem opon. Mężczyzna wrócił do środka lokalu, wcześniej zapalił sobie papierosa. Kiedy ujrzała go właścicielka, ucieszyła się na jego widok.

— Dobrze Dawidzie że tutaj byłeś.

— Dlaczego tak sądzisz?

— Bo mnie uratowałeś — odparła kobieta.

— Nie byłbym ja, byłby kto inny.

— Niby kto poradziłby sobie ze zbirami?

— Ci to tu siedzą w koncie? — to zwykli wieśniacy — skwitowała Alina.

— Ja też jestem wieśniakiem — odparł.

— Chyba sobie żartujesz.

— Mogę dostać piwo?

— Ależ oczywiście, od teraz masz u mnie darmowy browar do końca życia — uśmiechnęła się do niego.

— Serio?

— Ależ tak.

— No to nalej mi do kufla.

— Już się robi.

W tym czasie z zaplecza baru wyszedł pan Krzysztof Zięba, ojciec Aliny i tutejszy sołtys.

— Co to za policja była u nas przed chwilą?

— Awanturował się ktoś?

— Jeszcze gorzej — dodała jego córka.

— No to mów.

— Mieliśmy napad.

— Jaki napad? — zdziwił się ojciec.

— Normalnie, dwóch osiłków weszło do baru,

— najpierw zamówili piwo i usiedli przy stoliku. Potem jak Dawid poszedł do toalety,

— to jeden udał się za nim, a ten drugi podszedł do mnie i wycelował broń. Zażądał

— ode mnie pieniędzy.

— I co, dałaś mu?

— Nie dałam- odparła córka właściciela.

— Co było dalej?

— No więc właśnie mówię, Dawid tego pierwszego obezwładnił, a tego co mnie sterroryzował, wziął na muszkę.

— I facet zwyczajnie sobie odpuścił?

— No tak.

— To nie możliwe — zdziwił się pan Zięba.

— Tato, Dawid to jest prawdziwy bohater.

— Kto by pomyślał.

— Nie mów tak, on jest bardzo odważny.

Sołtys spojrzał na Dawida z lekkim niedowierzaniem, ale skoro córka tak mówi, to nie ma powodu jej nie wierzyć.

— No dobra i co teraz? — zapytał.

— Dawid ma się stawić na komendę, i ja też tylko jutro — odparła Alina.

— Czyli nic nie zginęło?

— Tato, mógł z nas ktoś zginąć, a ty tylko o

— pieniądzach!

— Przepraszam kochanie.

Pan Zięba przytulił do siebie córkę, pocałował ją w czoło.

— To chyba się jemu coś od nas należy?

— Powiedziałam Dawidowi, że ma u nas darmowe piwo do końca życia.

— Aż tak?

— Tato?!?

— No dobra, żartowałem.

Dawid w końcu mógł napić się piwa, które w sumie sam nawarzył. Kiedy je wypił i zapalił kolejnego papierosa, do baru wszedł policjant.

— Panie Bromski, jedziemy.

— Już idę — odparł.

— Do zobaczenia Dawidzie — odezwała się

— do niego barmanka.

— Na razie.


W drodze na komisariat jadąc radiowozem, obaj mężczyźni mało ze sobą rozmawiali. Dawidowi to nie przeszkadzało, zawsze był małomówny. Zresztą o czym można rozmawiać z gliniarzem? Droga trochę się przez to ciągnęła, jednak po pół godzinie zajechali pod komisariat. Mężczyzna wysiadł z auta, czekając na dalszy rozwój wydarzeń.

— Proszę za mną — odparł gliniarz.

— W porządku.

Udali się obaj do budynku policji, tam na pierwszym piętrze, podeszli do drzwi z numerem 210.

— Proszę usiąść — odparł.

— Dziękuję.

— Można pański dowód?

— Oczywiście.

Kiedy komendant spisywał dane mężczyzny, ten rozejrzał się po gabinecie.

— Mogę zapalić? — spytał.

— Tu się nie pali.

— Aha, rozumiem.

— A więc nazywa się pan Dawid Bromski?

— Zgadza się.

— Mieszka pan w Leśnicy?

— Od dawna?

— Ponad dwa lata — odparł przesłuchiwany.

— Czym się pan zajmuje?

— Ja?

— Tak, pan.

— W sumie niczym.

— Jak to niczym?

— Nigdzie pan nie pracuje? — zdziwił się

— komendant.

— A z czego pan żyje?

— Dorabiam sobie.

— U kogo?

— Różnie — odparł Dawid.

— Tak bez podatku, na czarno?

— A czy w naszym kraju, jest przymus zatrudnienia? — zapytał przesłuchiwany.

— W sumie nie.

— No więc co to panu przeszkadza?

— Chcę się dowiedzieć, z czego pan żyje?

— Po prostu żyję i tyle.

— Wracając do sprawy, zna pan tych dwóch

— zatrzymanych? — zapytał komisarz.

— Nie znam.

— Na pewno?

— Widzę ich pierwszy raz w życiu — odparł.

— Rozumiem.

— A może wspólnie zaplanowaliście, napad na bar?

— Słucham? — zdziwił się Dawid.

— Wie pan, to dla mnie dziwne, że pojawił się

— pan w tym barze, akurat jak pojawili się tamci dwaj.

— Zbieg okoliczności.

— Bardzo dziwny zbieg okoliczności.

— Co pan sugeruje? — zapytał komendanta.

— Na razie nic.

— Wie pan co? — zachowałem się jak wzorowy

— obywatel. W chwili zagrożenia obezwładniłem napastnika, tego drugiego postawiłem przed ścianą. Dzięki mnie Alina nie zginęła, nie zdążyli jej okraść. Skrępowani czekali na wasz przyjazd, do tego macie dwie sztuki broni. A pan mi zarzuca współudział?

— Muszę brać wszystko pod uwagę — odparł

— komisarz.

— Na drugi raz jak będzie coś się działo, to

— odwrócę głowę w drugą stronę i w ogóle nie

— zareaguję, bo to się zwyczajnie nie opłaca.

— Proszę się nie denerwować.

— A jak się mam nie denerwować, do jasnej

— cholery!

— Czyli nie ma pan nic wspólnego, z pojmanymi?

— Nie.

— Podobno był pan w wojsku?

— Byłem.

— Dlaczego pan odszedł ze służby?

— Z powodów osobistych — odparł Dawid.

— A jakich, jeśli mogę spytać?

— Moja żona i córka zmarły w jednym czasie.

— Rozumiem, przykro mi.

— Nie dawał pan rady psychicznie?

— Co to ma do rzeczy?

— Odszedłem na własną prośbę, nikt mnie z

— wojska nie wyrzucił — dodał mężczyzna.

— Rozumiem.

— Teraz wiem, dlaczego tak łatwo sobie pan

— z nimi poradził — odparł komisarz.

— Jest pan przeszkolony w tym zakresie.

— Zgadza się.

— Nie myślał pan o pracy w ochronie, a może

— nawet w policji?

— Nie myślałem.

— Ile pan ma lat?

— 42.

— To jeszcze nie jest pan za stary.

— Nie interesuje mnie to.

— Rozumiem.

— No nic, to na razie tyle co chciałem wiedzieć.

— Czyli jestem wolny?

— Na razie tak.

— Jednak do zakończenia postępowania, proszę nigdzie nie wyjeżdżać.

— Okej.

Komisarz oddał Dawidowi jego dowód osobisty. Mężczyzna wstał z krzesła i wyszedł na korytarz, stamtąd udał się na dwór. Tam zapalił papierosa, rozejrzał się po parkingu.

— No tak, przywieźć przywieźli, ale do domu to chyba będę musiał iść na stopa — stwierdził.

Kiedy mężczyzna przemierzył miasteczko, znalazł się na drodze wylotowej. Tam po chwili zatrzymało się jakieś auto, był to srebrny ford mondeo, za kierownicą siedziała jakaś kobieta.

— Podwieźć pana? — zapytała.

— A nie boi się pani?

— Powinnam?

— Raczej nie.

— To niech pan wsiada.

— Dziękuję.

Dawid usiadł na miejscu pasażera i zapiął pas. Wtedy kobieta ruszyła swoim samochodem, w dalszą drogę. Mężczyzna przyjrzał się nieco swojemu kierowcy. Kobieta miała około pięćdziesiątki, na głowie ubraną czapkę, spod której wystawały jasne kosmyki włosów. Na nosie miała okulary, zapewne pomagały jej w jeździe. Była normalnej budowy, nie za chuda, nie za gruba, taka w sam raz. Teraz to ona ukradkiem, spojrzała na swojego pasażera.

— Skąd pan wraca? — rozpoczęła rozmowę.

— Z komisariatu — odparł.

— Coś się panu stało?

— Tak jakby.

— Przepraszam że pytam.

— Nic nie szkodzi.

— Mam na imię Zofia — odparła kobieta.

— Dawid.

— Miło mi.

— Mnie również.

— To co pan tam robił?

— Byłem świadkiem zdarzenia.

— Zderzenia?

— Nie, zdarzenia.

— Świadkiem napadu — odparł Dawid.

— O boże, to gdzie to było? — zaniepokoiła się

— kobieta.

— U nas we wiosce.

— Na sklep ktoś napadł?

— Na bar.

— Cholera.

— I Ty to widziałeś?

— Racja.

— To teraz będą cię ciągać po sądach?

— Miejmy nadzieję że nie.

Kiedy tak rozmawiali ze sobą, Dawid zauważył że dojeżdżają do skrzyżowania, na którym powinien wysiąść. Spojrzał więc wymownie na Zofię, która zrozumiała że coś od niej chce.

— Jeśli możesz, to chciałbym tu wysiąść.

— Mieszkasz w Leśnicy? — zapytała go.

— Tak.

— To ciebie podwiozę — zaoferowała się kobieta.

— Chce ci się?

— I tak już dzisiaj nigdzie nie jadę.

— Będę wdzięczny — oznajmił mężczyzna.

— Drobiazg.

Od skrzyżowania do wioski, było trzy kilometry. Po kilku minutach samochód podjechał pod bar. Dawid podziękował kobiecie za podwózkę, ta uśmiechnęła się do niego na koniec.

— Może się jeszcze spotkamy — odrzekła do niego.

— Wszystko możliwe.

— To do zobaczenia.

— Do widzenia.

Dawid wysiadł z auta, zamknął za sobą drzwi.

Zofia pomachała mu na koniec, ten zrobił tak samo. Wzrokiem odprowadził jej odjeżdżające auto, po chwili wszedł do baru. Alina na jego widok znacznie się ożywiła. Kiedy usiadł za barem, kobieta odezwała się do niego.

— Już po wszystkim?

— To znaczy?

— Chodzi mi o przesłuchanie — odparła.

— A o to, chyba tak.

— To nie jesteś pewien?

— Wiesz co Alina, trafiłem na komisarza, który

— chciał mi wmówić, że jestem ich wspólnikiem.

— Co takiego?

— To co słyszysz — odparł.

— Ale że co?

— Lepiej nalej mi piwa — zaproponował.

— Już się robi.

— Wypytywał mnie o pracę, z czego żyję.

— Co robiłem w przeszłości.

— A to cham — skwitowała Alina.

— Ciekawe, o co mnie będzie wypytywał?

— Tobie może dadzą spokój.

— Tak myślisz?

— Tak mi się wydaje — odparł mężczyzna.

Kiedy barmanka podała kufel z piwem swojemu wybawcy, ten sięgnął po papierosa. Wypił dwa łyki i się porządnie zaciągnął. Na dzisiaj miał już dość, kończy to piwo i wraca do swojej chaty.


Tymczasem na komisariacie, wzięto się za przesłuchanie świeżo pojmanych. Do gabinetu komisarza Ruckiego, wprowadzono jednego z nich. Tego co celował do barmanki z pistoletu. Aspirant posadził go na krześle, tym co wcześniej zajmował Dawid. Gość był nadal skuty kajdankami, nerwowo przecierał sobie nadgarstki. Wcześniej pobrano mu odciski palców, aby w bazie danych porównać je z innymi. Wyszło na to, że ich właścicielem jest niejaki Tomasz Szumski, pseudonim młot. Karany za kradzieże i wymuszenia. Ostatnio odsiedział dwa lata za pobicie. Na wolności jest od ponad roku.

— No i co Szumski? — zapytał komisarz.

— Że niby co?

— Ty mi powiedz — ciągnął policjant.

— Ja nic nie wiem.

— Głupio wpadłeś, ze swoim kolegą.

— Nic na mnie nie macie — odparł z uśmiechem.

— A ten bar w Leśnicy, co go dzisiaj chciałeś

— obrobić? — dopytywał Rucki.

— To on nas napadł.

— Kto?

— No ten Bromski — odparł zatrzymany.

— Chyba miał powód.

— On tu powinien być na moim miejscu, nie ja.

— Z was dwóch, to ty masz założoną kartotekę.

— A on niby taki niewinny? — zapytał zbir.

— Rozmawiamy teraz o tobie i o napadzie.

— Wiesz ile możesz za to dostać? — napad z

— bronią w ręku?

— No ile?

— A dziesięć lat — odparł komisarz.

— Chyba pan żartuje?

— Wcale nie.

— Jesteś recydywistą Szumski.

— Skąd mieliście broń? — ciągnął dalej Rucki.

— Nie pamiętam.

— Może wam ten Bromski podrzucił?

— Możliwe.

— Nie bądź śmieszny człowieku — odparł komisarz.

— Dla kogo pracujesz?

— Ja?

— No tak, ty?

— Dla nikogo.

— Nie jesteś w jakimś gangu?

— Nie.

— A w ogóle coście robili w tym barze?

— Już mówiłem, chcieliśmy się napić piwa.

— Widzę że nie chcesz współpracować?

— Żądam adwokata — odparł zatrzymany.

— Wszystko w swoim czasie.

— Aspirancie?

— Tak panie komisarzu?

— Zabierz go na dołek, przyprowadź tego

— drugiego.

— Tak jest!

Aspirant wyszedł z Szumskim na korytarz, po chwili w gabinecie pojawił się z jego wspólnikiem. Tak samo posadził go na krześle, skutego kajdankami. Komisarz w tym czasie zaparzył sobie kawę, z kubkiem usiadł za biurkiem i spojrzał na mężczyznę. Co do tego drugiego, w bazie danych nie znaleziono jego odcisków palców. Z tego można wnioskować, że gość nie był jeszcze notowany. Nie znaleziono przy nim żadnych dokumentów, sam też nie jest chętny do powiedzenia jak się nazywa. Trzeba to z niego teraz wyciągnąć.

— To jak się nazywasz? — zapytał go Rucki.

— Nie jak.

— Tak masz na nazwisko?

— No.

— Słuchaj no cwaniaczku.

— Miałem w tym gabinecie, mądrzejszych od

— ciebie i jakoś sobie z nimi poradziłem.

— Poradzę sobie i z tobą — odparł komisarz.

— Żądam adwokata.

— A masz na niego pieniądze?

— Z urzędu adwokata — dodał przesłuchiwany.

— Najpierw posiedzisz trzy miesiące do sprawy, potem go dostaniesz.

— Jestem niewinny.

— Tak samo jak twój kolega?

— Jaki kolega?

— Szumski.

— Kto?

— Nie zgrywaj idioty człowieku — odparł komisarz Rucki.

— Ja nic nie zrobiłem.

— Skoro jesteś niewinny, to dlaczego nie chcesz powiedzieć, jak się nazywasz?

— No dobra.

— Co dobra?

— Powiem jak się nazywam.

— To jak?

— Artur Muzyk.

— Gdzie mieszkasz?

— Wałcz, ulica polna 7.

— Na pewno?

— Tak.

— Bo to sprawdzimy — odparł komisarz.

— To sprawdzajcie.

— Skąd znasz Szumskiego?

— Z imprezy.

— Jakiej imprezy?

— Normalnie, popijawy.

— I tak się zaprzyjaźniliście?

— Tak.

— Czyli lubisz kryminalistów?

— Dlaczego?

— Bo Szumski jest notowany, to recydywista.

— Naprawdę?

— Nie zgrywaj niewiniątka — odparł Rucki.

— Nie zwierzał mi się, co wcześniej robił.

— Skąd macie broń?

— Jaką broń?

— Pistolety Beretta — odparł komisarz.

— To nie moje.

— A czyje?

— Jego.

— Obydwa?

— Tak.

— Polubił cię czy co, że ci dał?

— Możliwe.

— Wiesz o tym, że na jednym z nich są odciski

— twoich palców.

— Jeżeli badania balistyczne, potwierdzą że

— z tych pistoletów kogoś zabito, to bekniesz

— na długo — dodał Rucki.

— Ale ja z nich nie strzelałem.

— Wystarczy że trzymałeś w ręce.

— To jakiś nonsens — odparł mężczyzna.

— Tym zajmie się sąd, a na razie idziesz na dołek.

— Jutro zostaniecie przewiezieni do aresztu

— śledczego, tam się inni wami zajmą — dodał

— komisarz.

— A teraz aspirancie, proszę wyprowadzić

— zatrzymanego.

— Tak jest panie komisarzu!


Dawid po kolejnym wypitym piwie, pożegnał się z Aliną i wyszedł z baru. Było już ciemno, kiedy ruszył w kierunku swojej chaty. Po drodze minął dwóch miejscowych, skinęli sobie głowami w geście pozdrowienia. Ostatnie metry do celu, pokonał w samotności. Kiedy w końcu wszedł do izby, zauważył że w piecu dawno już wygasło.

— Cholera, przez ten cyrk z napadem będę miał teraz zimno — stwierdził.

Zajrzał do kredensu, w celu zrobienia sobie czegoś do zjedzenia. Jedyną możliwą opcją były kanapki z pasztetem. Zrobił sobie dwie, zjadł je i popił chłodną wodą z czajnika. Następnie udał się do pokoju obok, tam miał tapczan. Walnął się na niego i przykrył jakimś kocem, nie ściągając nawet butów żeby nie zmarznąć. Tak przeleżał całą noc, nad ranem jak już zaczęło jaśnieć, usiadł na łóżku i zapalił papierosa. Za potrzebą niestety musiał wyjść na zewnątrz, tam miał drewniany wychodek, który nie potrzebował spłuczki ani bieżącej wody. Spartańskie warunki, ktoś mógłby rzec, jednak Dawidowi na obecną chwilę to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, sprawiało mu to niejako frajdę. Czuł się jak jakiś jaskiniowiec, który dopiero poznał ciepło ogniska. Sąsiedztwo z pobliskim lasem, też miało swoje plusy. Nie miał żadnych sąsiadów, nie licząc dzikie zwierzęta, które czasem podchodziły pod jego okna. Lubił prostotę i ciszę, której nie ma nigdzie indziej. A że częściowo stronił od ludzi, to już inna para kaloszy. Wiele lat mieszkał w mieście, raczej z musu niż własnego wyboru. Po stracie rodziny nie musiał się już dłużej męczyć, wybrał wolność. Kiedy słońce w końcu wstało, on już też się nie kładł tylko wziął się za rozpalenie w piecu. Chciał się napić gorącej kawy, zrobić jajecznicę, więc wziął się do roboty. Po godzinie krzątaniny w kuchni, był już najedzony, pił kawę i palił papierosa. Nic więcej do szczęścia mu nie trzeba. Kiedy tak siedział, z nogami wyłożonymi na taborecie, zauważył jakąś postać która mignęła mu za oknem. W końcu rozległo się pukanie do drzwi wejściowych.

— Otwarte — odrzekł mężczyzna.

— To ja! — usłyszał.

Do środka izby weszła Danuta, z uśmiechem na ustach. W ręce trzymała torbę z zakupami, mężczyzna nieco zdziwił się na jej widok.

— A co ty tutaj robisz?

— Przyszłam cię odwiedzić — odparła.

— Tak rano i w ogóle?

— Później nie mogę bo siedzę w sklepie. — A co tam targasz ze sobą?

— Jedzenie dla ciebie — odparła kobieta.

— Po co?

— Też mi pytanie, aby jeść.

— Mam jedzenie — dodał Dawid.

— Widziałam ile wczoraj kupiłeś, całe nic.

— Wystarczy na jakiś czas.

— Chyba na jeden dzień — odparła Danuta.

— Nie mam apetytu.

— Bo chlejesz to piwsko i palisz papierosy.

— A co mam robić?

— Zadbać o siebie.

— Po co?

— Jak to po co? — dla zdrowia!

— Jestem sam więc ….

— Nie musi tak wcale być — dodała.

— Ale jest.

— Daj sobie pomóc.

— Nie masz o kogo zadbać? — zapytał ją.

— Nie mam.

— To postaraj się o jakiegoś chłopa.

— Właśnie to robię.

— Niby ja?

— A dlaczego nie?

— Bo ja się nie nadaję do związku.

— Ty tak twierdzisz.

— A ty wiesz inaczej?

— Tak.

— Po czym to wnioskujesz?

— A po tym, że uratowałeś wczoraj Alinę.

— Skąd o tym wiesz?

— Nie bądź śmieszny.

— Cała wioska tylko o tym trąbi — odparła.

— Wielkie mi halo.

— Jeden dostał po gębie, drugiego związałem.

— To jakbyś był szeryfem w tej wiosce.

— To nie dziki zachód — odparł Dawid.

— Jak nie jak tak!

— Leśnica?

— A i owszem.

— To może mnie teraz na sołtysa wybiorą?

— Tego nie wiem, ale wiem że Alina ma na ciebie chętkę — odparła kobieta.

— I ty też?

— Ja też.

— No to muszę was obie rozczarować.

— Dawidzie, spokojnie, nie chcę cię od razu

— zaciągnąć do łóżka.

— Tylko co?

— Chcę o ciebie trochę zadbać.

— Czyli?

— W tej chacie brakuje kobiecej ręki.

— Przydałoby się tu trochę posprzątać, ogarnąć

— ten bałagan — zauważyła Danuta.

— Ale to jest mój bałagan.

— Wiem o tym.

— Świetnie sobie radzę, nie potrzebuję tu kobiety — oznajmił.

— Tak ci się tylko wydaje.

— Danuto.

— Tak Dawidzie?

— Lubię cię i szanuję, robię w twoim sklepie

— zakupy, ale to tyle.

— W każdym bądź razie, masz tutaj jedzenie

— ode mnie, za darmo z dobrego serca.

— Ale ja tego nie zjem.

— Zjesz, zjesz.

Kobieta postawiła torbę z zakupami na stole, jeszcze raz spojrzała na mężczyznę życzliwym okiem. Pokiwała głową z niedowierzania i wyszła z jego chaty. Na odchodnym rzuciła kilka słów.

— Miłego dnia Dawidzie!

— Wzajemnie — odparł.

Kiedy kobieta zniknęła już z pola widzenia, Dawid sięgnął po papierosa. Musiał odreagować na tą wizytę, której się w ogóle nie spodziewał. Mimochodem zajrzał jednak do tej torby, którą zostawiła Danuta. Znalazł tam dwa piwa, na widok których humor mu się poprawił. Otworzył jedno, zrobił porządnego łyka i usiadł z powrotem na krześle.

— Jednak ta Danuta nie jest taka zła — pomyślał.

— Wie, co facetowi do szczęścia potrzebne.

Oprócz piwa, w torbie były jeszcze papierosy, zapałki, kiełbasa, chleb, masło i wiele innych produktów pierwszej potrzeby. Które w niedalekiej przyszłości musiałby kupić, a tak ma je na wyciągnięcie ręki. Jednak Dawid wie o tym, że za taką drobną przysługę będzie musiał kiedyś się jej odwdzięczyć. Może nie dzisiaj, może nie jutro, ale kiedyś tą kobietę tak przypili, że wskoczy mu do łóżka i już się jej nie pozbędzie. Musi mieć to na uwadze, biorąc od niej te prezenty. Po wypiciu piwa, mężczyzna postanowił wybrać się do lasu aby znowu nazbierać jakichś gałęzi do palenia. Jak chce mieć w chacie ciepło, musi o to zadbać. Inaczej czeka go zimno, którego długo nie przetrzyma. Do wiosny jeszcze daleko, wtedy dopiero będzie można sobie pofolgować z opałem.


Kiedy to Dawid zbierał chrust w lesie, na komisariacie w tym czasie, szykowano aresztantów do przewiezienia w inne miejsce. Czyli do aresztu śledczego w wojewódzkim mieście. Do tej pory Szumski i Muzyk, przebywali w osobnych celach. Spotkali się w więziennym busie, do którego ich teraz zapakowano. Kiedy w końcu auto ruszyło z placu, Szumski odezwał się do swojego kolegi.

— No jak tam Arturze?

— W porządku.

— Czyli?

— Normalnie.

— Jak tam przesłuchanie? — ciągnął Szumski.

— Nic im nie powiedziałem.

— Na pewno?

— Tak.

— Bo wiesz jak to się może skończyć?

— Trzymałem gębę na kłódkę — odparł Muzyk.

— To twoje szczęście.

— Co teraz?

— Na razie jedziemy — odparł.

— Do aresztu?

— Raczej nie na wycieczkę — skwitował Szumski.

— Ale nie martw się, coś wymyślę.

Po pół godzinie jazdy, Szumski zdążył się już wyswobodzić z kajdanek, które miał założone na obu nadgarstkach.

— Jak to zrobiłeś? — spytał się go kolega.

— Trzeba było uważać — zaśmiał się.

— Mi też ściągniesz?

— Niestety tak, będziesz mi potrzebny.

— Tylko jak klawisz otworzy drzwi, to trzymaj

— ręce z tyłu — odparł Szumski.

— No dobra.

Kiedy już obaj byli oswobodzeni z więzów kajdanków, pomysłodawca zaczął walić pięścią w okno szoferki.

— Co tam się dzieje? — zareagował strażnik, siedzący obok kierowcy.

— Kolega źle się czuje!

— Chyba ma zawał!

— Pewnie udaje — stwierdził funkcyjny.

— Wcale nie, on zaraz umrze!

— Stańcie na chwilę!

— Marian, zjedź na pobocze, zobaczę co tam

— się dzieje — zwrócił się do kierowcy.

— A procedury?

— Mamy ich dowieźć żywych, co nie?

— Niby tak.

— Więc zrób to, co ci mówię.

— No dobra.

Więzienna furgonetka gwałtownie zwolniła, zjechała na pobocze drogi i stanęła. Akurat znajdowali się w lesie. Strażnik wysiadł z szoferki, wyciągnął klucze od drzwi, przekręcił klucz w zamku i wyciągnął pistolet z kabury. Kiedy uchylił w końcu drzwi, zobaczył jedynie podeszwę buta Szumskiego. Kopnięcie nogą było tak duże, że strażnik momentalnie nakrył się kopytami. Uderzył potylicą o asfalt, doznając poważnego urazu głowy. Kierowca, który widział całe zajście we wstecznym lusterku, od razu ruszył autem z piskiem opon. Bał się że za chwilę i jemu coś się stanie.

— Wyskakuj! — Szumski krzyknął do kolegi po fachu.

Ten chwilę się wahał, jednak to był jedyny moment na to aby się oswobodzić z rąk policji. Kierowca jadąc teraz, zaczął wywoływać przez służbowe radio centralę.

— Czy ktoś mnie słyszy?

— Kto mówi?

— Kierowca więźniarki, aspirant Leszczyński.

— Co się u was dzieje? — dopytywała pani z

— policyjnej centrali.

— Napadnięto nas.

— Kto was napadł?

— Aresztanci! — wykrzyczał kierowca.

— Kogo przewoziliście?

— Szumskiego i Muzyka.

— Jak to się stało?

— Jeden z aresztantów rzekomo miał zawał.

— Co dalej?

— Kolega kazał mi się zatrzymać na poboczu.

— Nazwisko i stopień kolegi?

— Sierżant Borek.

— Czy miał w panu wsparcie, jak kolega szedł

— do aresztantów?

— Kazał mi zostać za kierownicą — odparł

— roztrzęsiony.

— To wbrew regulaminowi.

— Co mu jest?

— Prawdopodobnie stracił przytomność!

— Gdzie miało to miejsce?

— W lesie, kwadrans po wyjeździe z komendy.

— Rozumiem, przekażę informację dowódcy.


W tym czasie, co kierowca uciekał z miejsca zdarzenia, Szumski stał teraz ze swoim kolegą nad nieprzytomnym sierżantem. Zdążył już go obszukać i zabrać mu pistolet. Wziął też jego telefon.

— Co teraz zrobimy? — panikował jego kompan.

— Jak to co, zwiewamy w las — odparł.

— A obława?

— Zanim ona do nas dotrze, to my już będziemy daleko stąd.

— Jak, na piechotę?

— Zaufaj mi człowieku.

— A co z nim?

— Ze strażnikiem?

— No tak.

— A niech zdycha — odparł mężczyzna.

— Chcesz go zostawić na drodze?

— Dlaczego nie?

— Zaraz go przejedzie jakiś TIR.

— Nie chcę odpowiadać za śmierć gliniarza.

— To go sobie ściągnij do rowu.

— Pomóż mi.

— Ani myślę.

Muzyk chwycił strażnika za obie dłonie, resztkami sił przeciągnął go na pobocze, ciągnąc smugę krwi, która sączyła się z rozwalonej głowy.

— On się wykrwawi!

— Też mi zmartwienie — odparł Szumski.

Jakieś auto zaczęło ich teraz mijać, była to kobieta z dzieckiem. Mężczyzna wyskoczył na środek jezdni celując do niej. Kierowca gwałtownie skręcił i wjechał do rowu. Auto się zatrzymało, Szumski podbiegł w tamtą stronę, kobieta widząc co się dzieje, zaczęła krzyczeć.

— Zamknij się i wyłaź z auta.

— Ale moje dziecko! — wskazała ręką na

— pięcioletniego synka.

— Nic mu nie będzie — odparł Szumski.

Mężczyzna otworzył drzwi od strony kierowcy, siłą wyciągnął kobietę i wpakował ją na tylne siedzenie.

— Artur, pospiesz się, mamy podwózkę.

— Już idę.

Szumski usiadł za kierownicę, jego kumpel obok niego. Wycofał samochód do tyłu i ruszył przed siebie. Kiedy ujechali już kilka kilometrów, z naprzeciwka minęły ich dwa radiowozy.

— Oho, jadą po nas — zaśmiał się kierowca.

— Panowie, puśćcie nas — błagała kobieta.

— A gdzie ci się spieszy?

— Jechałam z synkiem do lekarza — odparła

— roztrzęsiona.

— No i jeszcze pojedziesz — pocieszał ją.

— Co z nami zrobicie?

— Jak się zaraz nie zamkniesz, to inaczej pogadamy — odgrażał się jej.

Kobieta momentalnie zamilkła, tuląc teraz w ramionach swoje dziecko. Muzyk zerknął na nią przez ramię, nie był za tym żeby ciągnąć ze sobą kobietę z dzieckiem. Jednak nie chciał się sprzeciwiać swojemu kumplowi. W końcu to on nagrał całą tą ucieczkę z konwoju, jemu zawdzięcza chwilową wolność, nie wiadomo co jeszcze. Przez chwilę zapanowała niewygodna cisza, w tym czasie Szumski wyjął z kieszeni, telefon który zabrał strażnikowi. Wystukał jakiś numer czekając na połączenie, po chwili ktoś się odezwał.

— Halo, kto mówi?

— Turek to ty? — odezwał się dzwoniący.

— A kto pyta?

— Młot na linii.

— Gdzie ty się podziewasz chłopie?

— Jestem akurat w trasie — odparł Szumski.

— Coś potrzebujesz?

— Tak.

— Co takiego?

— Schronienia.

— Na długo?

— To się jeszcze okaże.

— A co, pali ci się grunt pod nogami?

— Miej więcej.

— To gdzie się spotkamy?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 42.99