E-book
7.35
drukowana A5
25.08
drukowana A5
Kolorowa
47.8
Na granicy cienia

Bezpłatny fragment - Na granicy cienia


5
Objętość:
91 str.
ISBN:
978-83-8324-845-5
E-book
za 7.35
drukowana A5
za 25.08
drukowana A5
Kolorowa
za 47.8

Na granicy cienia

zaraz spadnie deszcz. wiatr, wytrącony z równowagi,

pędzi na złamanie karku, potykając się o chmury,

szybujące jak ceny w warzywniaku obok.


coś się wydarza, zakaża, zaczyna mieć wymiar. rośnie


w nas poczucie pustki — zamknięci na cztery spusty,

przelewamy w próżne, czarna rozpacz i stawanie

na krawędzi. proszę, nie mów, że spasujesz.


jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie,

zobaczysz, wkrótce parki zapełnią się gwarem,

a uśmiech uniesie wysoko kąciki ust.


*

zaraz spadnie deszcz. łapiemy nadzieję, jak oddech.

patrzę w okno, za którym jedynie noc, moja tęsknota

i pojedynczy ludzie, zawieruszeni w ciszy.

2020-04-17

***

początek wiosny

na rozmokłym poboczu

ślady kolein

***(wiosna za rogiem)

wiosna za rogiem lecz wciąż nie mogę

ruszyć spraw z miejsca

choćby o krok

aż wstyd się przyznać kwitnie forsycja

dzień coraz dłuższy

a u mnie — mrok


macabre danse stracone szanse

złudy ułudy

przejęły ster

przytulasz mówiąc — to tylko chwile

miną jak każdy

koszmarny sen


więc chwytaj życie na poczet zwycięstw

wszelkie przeszkody

bez strachu bierz

choć wszystko wokół starte na popiół

będziesz szczęśliwa

gdy tego chcesz

Wielobarwność

zaraz zaświeci słońce i będzie przepięknie

pomarańczowym blaskiem nieboskłon rozświetli

dziś spełnią się marzenia wiem czuję to sercem

chodź utopimy smutki w szkarłatnej czerwieni


pomarańczowym blaskiem nieboskłon rozświetli

jasnożółtym promieniem otuli jak szalem

chodź utopimy smutki w szkarłatnej czerwieni

pod pruskim błękitem zjemy śniadanie na trawie


jasnożółtym promieniem otuli jak szalem

szafranową poświatą na jutrznię zadzwoni

pod pruskim błękitem zjemy śniadanie na trawie

cała twarz w pąsach wybacz nie pytaj mnie o nic


szafranową poświatą na jutrznię zadzwoni

budząc do życia jasną delikatną zieleń

cała twarz w pąsach wybacz nie pytaj mnie o nic

kochany takie wschody smakują najlepiej


budząc do życia jasną delikatną zieleń

dziś spełnią się marzenia wiem czuję to sercem

białe obłoczki płyną leniwie po niebie

zaraz zaświeci słońce i będzie przepięknie

Ułuda

między męczącą szorstkością języka a przełykiem,

może wydarzyć się wszystko. nie wybrzydza, ale

zakazany owoc smakuje bardziej, niż wykwintne

dania, za którymi stoi szara rzeczywistość.


ciało oderwane od rozumu przeszywa lekki dreszczyk:

najpierw nasyca tobą oczy, później posyła powłóczyste

spojrzenia i promienistym uśmiechem podgrzewa

atmosferę — roztapia cię jak masło.


masz w sobie coś takiego, co przyciąga wszystkie kobiety

— lgną do ciebie jak ćmy do światła. płonąc żywym

ogniem, spalają się na popiół, przygotowane na każdy

możliwy scenariusz splątanych wątków, zbędnych


treści. aż nadto czytelne, ale to nie ma znaczenia, dla ciebie

liczy się prawdziwy dom — w słowie, myśli, w sercu.

Cicho, Euterpe śpi

Uczucie krąży w duszy, rozpala się, żarzy,

Jak krew po swych głębokich, niewidomych cieśniach;

Ile krwi tylko ludzie widzą w mojej twarzy,

Tyle tylko z mych uczuć dostrzegą w mych pieśniach (…)

— Adam Mickiewicz, Dziady cz. III


Zupełnie tak samo reaguję, kiedy wchodzisz w butach

do wiersza, jak na widok piorunów poprzedzonych

wstęgami błyskawic, rozświetlającymi się w miarę

pisania płaczliwych metafor, które zalewają przestrzeń

między wersami. Czasem zatrzymują się na chwilę,

by zobaczyć tęczę i słońce, wychodzące po burzy.


Już nie muszę wierzyć na słowo — wszystko spisane, żyje,

wyrasta jak dom z czerwonych cegieł, za drzwiami którego

spokój i strofy przekładane powidłami ze śliwek, zapachem

chleba naszego powszedniego, wypraszanego przez babcię

w czasie, kiedy pewna była tylko niepewność.


Po co rozsiewam słowa w wersach? Nie wiem — powiadam —

i umieram w milionach słów za miliony, i wzdycham,

i tęsknię, skreślam, to dopisuję słowa; nie jest łatwo zapisać

białą kartę. Mogłabym się wreszcie upić wierszami i udawać,

że znam na pamięć wszystkie tercje, tercyny, oktawy, ale

wysiadam przed kropką, żeby nie zgubić ciepła twoich oczu,

płonących jak Syjony.


Przymykam powieki: mieszają się światy i czasy. Podążam

za nutką przypominającą zapach lip rosnących na obrzeżach,

zamaczam nogi w przepływającej obok rzeczce, by chwilę

później odpoczywać w ogrodzie w cieniu drzew i spadać

dreszczem rozkoszy w twoje ramiona.


Bierz pióro i pisz! — szepczesz z czułością. — Więc piszę.

Przestrzeń między wersami znowu jest brzemienna.

Dotyk

w wierszach jak w życiu jest czułym miernikiem

i wiele można wyrazić dotykiem


w dotyku drzemią doznania nieziemskie

spisane piórami poetów

między wersami czułość muska serce

złym mocom stresowi na przekór


więc dotykaj tak jakbyś chciał mnie całą

mieć w dłoniach i wzlecieć wysoko

niechaj się dreszczy idzie na całość

głaszcz strofy wygładzaj pieszczotą

Czym jest miłość

Słońcem które posiadło winnicę –- promieniem

jak kolcem wbiło się w głąb grona wtłaczając

kolory przywracające czerwień ustom.


Karuzelą która kocha zawrotną prędkość –- chmurą

pękatą od deszczu — żywą wodą odnawiającą się

bez przerwy — wnikającą w każdy zakamarek.


Miękkością poduszki pod głową — miękkością

aksamitnego dotyku pieśni którymi śpiewają

krajobrazy. Całym spektrum emocji — oswojone

przez naturę pozwalają doświadczać unikalnej

istoty tworzenia — pali żarzy gaśnie — jak

słońce.

Poezja

najbardziej smakuje w świeżutkiej szarlotce,

wkładanej palcami do ust wprost z foremki,

gdy rozkosz wręcz błaga, by spisać ją w strofce,

by mogła przez chwilę smak poczuć do głębi.


subtelna poezja rozpływa się w ciszy,

otula uczuciem jak ciepłą kołderką

i szepce do ucha i wie, że usłyszysz

każdy dźwięk, odnajdziesz logikę i piękno.


najtrudniej jest pisać, gdy skrzydła podcięte

i ciężko się zerwać do lotu ponownie,

bo serce wciąż krwawi, rozdarte doszczętnie.

ratunkiem bywają dyskretne przenośnie,


przerzutnie, przerzutki, wplatane nad ranem

w dwuwiersze, tercyny, sestyny, triolety,

co dają nadzieję na nowe rozdanie,

choć życie bez przerwy buduje zasieki.


pisuję lirykę, bo lubię to robić,

bo u mnie jest blisko z serca do papieru.

a długo tak jeszcze? — jak wena pozwoli,

odpowiem przekornie, zapewne jak wielu.

***(obudziła mnie aria Bizeta o świcie)

Obudziła mnie aria Bizeta o świcie,

przywołując wspomnienia wciąż bardzo bolesne.

Zawisły ponad głową chłodnawym błękitem.


I tylko rozpacz niczym wrony darła ciszę

na strzępy. Wyszedłeś bez słowa, nazbyt wcześnie,

wybijając ze snu, jak ta aria o świcie.


Krążę od drzwi do okien, już kroków nie zliczę.

Pewnie są ich tysiące. Przecinając przestrzeń,

zawisły ponad głową chłodnawym błękitem.


Teraz płyną swobodnie w sąsiednie ulice,

place, parki, bulwary i dalej, i jeszcze,

żeby obudzić innych tą arią o świcie.


Przystanęły na chwilę, zrzuciły przyłbicę,

podziwiając dachówek karminową czerwień.

Zawisły ponad głową chłodnawym błękitem.


L’amour est un oiseau rebelle — pląsa na pulpicie,

miłość jest wolna jak ptak i dzika jak zwierzę.

Zbudziła mnie ta aria z Carmen o świcie,

zawisła ponad głową chłodnawym błękitem

Lato

słońce wysoko lecz wciąż pieszczotą

związana jak nicią

nie mogę wstać

właściwie mogę jeszcze poleżeć

niecierpliwy dotyk

wymknął się z ram


i pieści czule jak tylko umie

szyję usta czoło

oczy i nos

schodzi na uda dzieją się cuda

od mety nas dzieli

dosłownie włos


pocę się cała więc muszę wstawać

bo jesteś gotowe

spalić na wiór

ciało ochłodzę w jeziornej wodzie

a jutro — słoneczko —

powrócę znów

Obrazy kleją się do myśli

spacerujemy po kamienistej plaży

wspominając Montmartre Martwe

dusze Gogola Ola poczytywała ją

przez cały czas marszczysz czoło

aż czacha dymi


dym płoży się przy ziemi pozornie

pobudzając do życia martwe drobinki

piasku rozmazuje kontury muszelek

muszek zatopionych w bursztynie


ty nie znosisz zacofanego zaścianka

gdzie nawet ściany mają uszy


szyku nie zadasz tracąc kontakt

z własną logiką bardziej niż inni

kochasz tańce hulanki swawole

a ja wolę święty spokój pokój


kuj póki gorące najlepsze są

na placu Pigalle aż kipi erotyzm

***

po letniej burzy

krople wody w powietrzu

podwójna tęcza


Maseczkę noś i przy pogodzie

gdy wokół tylko ściany z betonu

rozgrzane cegły aż parzą w dłonie

marzy się z miejsca uciec do chłodu

albo pojechać nad polskie morze

opalić ciało na piękny heban

plaża szum wiatru — więcej nie trzeba


trochę się boję bo jest pandemia

i można łatwo złapać covida

prawda czy plotki — pewności nie mam

każdemu jednak maska się przyda

tam gdzie jest trudno zachować dystans

chociażby w tłumie w drodze na przystań


albo w kolejce po świeże dorsze

w czasach zarazy życie jest trudne

bo zalecono wiele obostrzeń

mam na to radę — serwuję uśmiech

i ty zaserwuj przez chwilę jedną

znów będzie cudne sierpniowe niebo

2020-08-24

Odwieczne dylematy

mizantropia czy może człowiek to brzmi dumnie

uznać rasę za dobrą czy posłać do diabła

to złożone problemy i niezwykle trudne


sam na sam z sobą — wreszcie jest jakieś odludzie

cicho jak makiem zasiał nie ma nawet radia

świat jest do bani — słowo człowiek nie brzmi dumnie


idziemy z postępem czas na kolejną próbę

były loty na Księżyc a teraz na Marsa

to złożone problemy i niezwykle trudne


że świat to same śmieci tak myśli z odczuciem

wszystko robię najlepiej ludzie to szarańcza

mizantrop tak nie mówi — człowiek to brzmi dumnie


dzisiejsza medycyna wciąż mierzy się z cudem

w sterylnych salach stąpa ostrożnie po śladach

Boga — to zawiłości wyjątkowo trudne


wciąż nienawidzi innych zaszyty w skorupie

czeka z niecierpliwością na zagładę świata

mizantropia czy może człowiek to brzmi dumnie

to złożone problemy i niezwykle trudne

Zawsze coś się dzieje. Wyobraź sobie

Gdzieś płoną dziewicze lasy, wylewają rzeki łez, wszystko

schodzi na psy. Protestują mięsożerni, gwałcą prawa, ktoś

bierze lewę królem i odchodzi w kiera. Zaprzężeni w kierat

tu i teraz idziemy na zderzenie z górą lodową, która

niknie w oczach. Widać,


zawsze coś się dzieje: akcja — reakcja. I pomyśleć tylko

ile w tym stale ropiejących myśli, niezapisanych słów.


Biorę głęboki oddech i zaciągam się zdrowo powietrzem

prosto z odświeżacza z niezłym arsenałem chemicznym,

niwelującym odruch wymiotny do zera. Płyną milionami,

jeśli tylko nie zapomnimy postawić przed nimi choćby

marnej jedynki. Wyżynają się w zerówce.


Panta rhei kai ouden menei.

Na wstecznym

Prawdę mówiąc, nie liczyłam na aż tak wielką determinację planet, ale skoro uznałaś, Martine, że wracają do starych

układów — niech będzie. Właściwie to nie widzę zbyt wielkiej różnicy, oprócz tego, że mniej kręci się w głowie.

Ziemia stoi twardo w miejscu; wszędzie


poniedziałki, w które narzekamy sobie — jesteśmy jeszcze bardziej przepracowani w tych pozbawionych nowoczesnych rozwiązań folwarkach, sterowanych jaśniepańskim widzimisię. Układy, konstelacje, wariacje. Wszystko już rozdane,


Martine, jeśli mogę wybrać, to chcę być drewnem jałowca,

nieorganicznym związkiem, przypadkiem, który mawia:


każda klatka niewygodna

nie ma wzruszeń posad na posadach

każda klatka niewygodna

kiedy rosną skrzydła nioskom, kwokom, nawet kurom

bez pazura.


(Popatrz, Martine, na tę Czarną Dziurę, tam brakuje Światła).

W zmiennościach. Jej portret

Powinna dostosowywać się do oczekiwań,

trzymać rękę na pulsie, żeby było stabilnie,

bez niepotrzebnych wstrząsów.

Proste? Może tak, może nie. Chyba warte zachodu.

Oczy ma seledynowe, uśmiechnięte, czasem łzawe,

szare, kocie, które błyszczą nawet nocą.

Zasypia w jego ramionach, odwrócona plecami.

Nie urodzi mu dziecka, nie teraz, najwyżej jedno.

Jest mocna, jak filar mostu, słabowita,

takie chucherko, ale dźwiga na barkach cały dom.

Wiotka jak trzcina, złamie ją byle podmuch złośliwości.

Rozsądna, nierozsądna, mądra, słodka idiotka,

ciągle bez grosza, ma zaskórniaki na czarną godzinę,

nie tańczy bez łyżew na lodzie, śmiała, lękliwa.

Ma dobre geny, niedobory snu, nieprawidłową dietę,

wierzy w medycynę naturalną i sięga po antybiotyk.

Nie ma głowy do interesów, odważna bizneswoman,

wiecznie zajęta, dla niego zawsze ma czas.

Zna swoją wartość, a przyjmuje jego dyktat.

Zakochana w nim jak diabli, na amen.

Niepamięć to dobra wróżka

Nie lubi sąsiadów za ich wścibstwo. Niezręcznie

tłumaczyć, że jest straszną niezdarą i ciągle

potyka się o jakieś przedmioty, choć i bez tego

tajemnicą poliszynela —

— naturalne cienie i śliwkowy makijaż.


Jest porywczy, ale to nie jego wina, ma taką nerwową

pracę, więc gdzieś musi przecież rozładować emocje,

lepiej jak ona będzie workiem treningowym —

— dzieci jeszcze takie małe, potrzebują ojca.


Ma swój azyl na stryszku i to jej wystarcza. Nie chce

więcej, bo kiedy czuje, że jeszcze chwila, a pękną

w niej wszystkie tamy, ma dokąd uciec —

— łzy robią miejsce na kolejną falę bólu.


Nie skarży się, bo i po co, od dawna jest zakładnikiem

wiary. Wpojono jej zasadę, że żona nie rozporządza

swoim ciałem, lecz jej mąż —

— nadstawia drugi policzek.

Zduszone w zarodku

Ekfraza do obrazu Zdzisława Beksińskiego, AB69


Wyniosła. Zwykle patrzysz bez specjalnego niepokoju,

dzisiaj już w pierwszym spojrzeniu odczuwasz dziwne

drżenia, jakbyś po raz pierwszy weszła na scenę,

gdzie spojrzenia tysięcy osób lustrują każdy


twój ruch. Nie możesz zdecydować się, czy winnaś

bez wstydu odsłonić kolejną bliznę. Poniżej pasa

wchodzisz w mglisty świat, opary absurdu

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.35
drukowana A5
za 25.08
drukowana A5
Kolorowa
za 47.8