Przemowa
Najnowszy tom poetycki Martina Jose trafia do rąk czytelników w szczególnym momencie jego twórczej drogi. Trzy poprzednie książki, wydane w 2025 roku, sytuowały twórczość poety na przecięciu doświadczenia przestrzeni i refleksji egzystencjalnej, nierzadko odwołując się do konkretu pejzażu — zwłaszcza okolic Babiej Góry — który pełnił funkcję nie tylko tła, lecz także istotnego komponentu semantycznego budującego sens wierszy. Na co dzień…, przynosi wyraźne przesunięcie akcentów: od topografii ku introspekcji, z obserwacji świata zewnętrznego ku analizie doświadczenia granicznego.
Dominującą perspektywą tej książki staje się refleksja nad śmiercią, przemijaniem oraz ontologiczną kruchością ludzkiej egzystencji. Tematy te, głęboko zakorzenione w tradycji literackiej i filozoficznej, zostają jednak u Martina Jose pozbawione retorycznego patosu oraz spekulatywnej abstrakcji. Autor lokuje je w porządku codzienności — w zwyczajnych gestach, pauzach milczenia i mikrozjawiskach percepcyjnych — dzięki czemu doświadczenie kresu zostaje wpisane w rytm życia, a nie przeciwstawione jego trwaniu. Taka strategia poetycka prowadzi do subtelnej reinterpretacji kategorii końca: nie jako wyłącznie momentu negacji, lecz jako przestrzeni sensotwórczej, umożliwiającej pogłębione rozumienie istnienia.
Wiersze zgromadzone w tomie można odczytywać jako zapis procesu dojrzewania do akceptacji nieuchronności, a zarazem jako próbę językowego uchwycenia tego, co z natury wymyka się artykulacji. Istotną rolę odgrywa tu oszczędność środków wyrazu, sprzyjająca kondensacji znaczeń oraz budowaniu napięcia między słowem a ciszą. Powstaje w ten sposób poetyka skupienia, w której refleksja egzystencjalna realizuje się poprzez minimalizm formy i intensywność doświadczenia.
Tomik Na co dzień… jawi się jako dojrzały, konsekwentnie rozwijający wcześniejsze intuicje autora, a jednocześnie otwierający jego twórczość na bardziej uniwersalny, filozoficzny wymiar. To książka wymagająca uważnej lektury, lecz oferująca czytelnikowi doświadczenie namysłu nad fundamentalnymi kategoriami ludzkiego istnienia — czasem, przemijaniem i sensem trwania — wpisanymi w najprostszy, codzienny wymiar bycia.
Dopełnieniem warstwy literackiej zbioru są pejzaże babiogórskie wykonane przez samego autora.
red. Agnieszka Kuchnia-Wołosiewicz
Na co dzień…
Na co dzień, nie od święta,
dusza pragnie poruszenia…
dusza życiem przejęta,
prawdziwie, nie od niechcenia.
Poezja tu wystarcza,
umysł uczy, ducha ćwiczy,
słucha… ciszy,
tak wiele dostarcza…
Poruszeń i wzruszeń,
dobrych natchnień,
uniesień i drgnień…
na co dzień.
W lustrze
W lustrze wszystko jest na opak.
To, co z prawej, z lewej stoi,
świat jest odwrócony wszak.
Lustro poznania się boi,
prawdy absolutnej brak.
Odlatują
Odlatują w ciszę
słowa niewypowiedziane,
cieniem się kładą,
odchodzą w nieznane…
Już ich nie zapiszę.
Drżą przed poznaniem
porannej rosy,
szadzi zmrożonej…
Z brzękiem ich głosy
umykają przed spisaniem.
Żal tego westchnienia,
nieuchwyconego blasku…
w dal uciekającego,
promiennego dźwięku,
utraconego… natchnienia.
Stare drzewa
Są drzewa „stare jak świat”,
stoją po kilkaset lat.
Dęby, buki, graby, cisy…
stoją mocne, stoją w ciszy.
Świadkiem były wielu zmian,
nie powiedzą o tym nam.
Tylko wiatr w gałęzi szumie
ich relacji słuchać umie…
Może ptak nam je wyśpiewa,
co mieszka w gałęziach drzewa?…
Lecz — najpewniej nawet sowie —
drzewo stare nic nie powie…
Mocno stojąc, umierają,
tajemnice zabierają.
Wiele mogłyby powiedzieć…
może lepiej, by nie wiedzieć?…
Rozdziobią, rozdziobią…
Oj, rozdziobią nas kruki i wrony,
nie zostanie z poezji już nic.
Człowiek pędzi bez sił, zagubiony.
Myśl poety zastąpi AI.
Nie pójdziemy do baru na piwo,
nie spotkamy się więcej na żywo…
Będziemy on-line znać się za pan brat,
taki jest już ten nasz podły świat.
Jeśli po nas coś jeszcze zostanie,
będą to kości pamięci nieznane.
Kości bez większej wartości.
Zostaną dla potomności…
Między słowami
Poukrywane
między słowami.
Można je znaleźć,
bo są tutaj, z nami…
Nie raz krew wzburzą,
jak nocną burzą.
Mogą też wzruszyć,
twardego skruszyć…
Zdradza je gest,
łza, czy ton głosu,
lecz działać nam jest
bez nich nie sposób.
Nie raz są trudne
do określenia…
Nie raz też złudne,
gdy coś je zmienia…
Trudne do okiełznania,
trudne do opanowania…
Nie raz przymuszają
nas do poddania.
Jawne emocje,
gdy brak jest słów…
Skryte emocje,
wśród wielu słów…
Dnia nie chwal… ale chwal
Nie chwal dnia
przed zachodem Słońca…
Nie chwal drogi,
zanim dojdziesz końca.
Nie chwal dzieła,
ono mistrza chwali…
Nie chwal tego,
co widzisz z oddali.
Chwal gdy zbliżysz się
wystarczająco.
Wtedy chwal, chwal
zachwycająco.
Chwal, chwal mocno,
z całych swoich sił,
bo nie wiesz tego,
ile będziesz żył.
I tak chwal
z serca otwartego,
jak mocno kochasz
swego jedynego.
Bo czy dla tego,
kto umie kochać szczerze,
chwalić jest trudno?
Ja w to nie uwierzę.
Ogrzej mnie
Ogrzej mnie ciepłym słowem,
z wonią herbaty malinowej.
Ogrzej mnie trzaskiem płomienia,
w kominku przypomnienia…
Ogrzej mnie mocą wiary,
że wszystko ma światła sens,
że Bóg nie jest zbyt stary,
że jeszcze dobro jest…
Ogrzej mnie nadzieją,
że prawdy się nie starzeją,
że są trwałe i wieczne,
niewzruszone i ostateczne.
Słuchanie… i wyczekiwanie
Słucham kamienia
w ciszy istnienia…
Uważnie wyczekuję
ożywczego tchnienia.
Z hukiem stuka
kropla ciszy,
tchnienia szuka…
Ktoś to słyszy?
W dal spoglądam…
szukam zmian.
Tego mi żal, a tam…
nic nie zmieniam.
Spadają łzy…
nie dwie… i nie trzy.
Czy to z oka?
Nie, oko już nie patrzy…
Lecz to nie łzy, to rosa,
zaplątała się we włosach,
włosach wspomnień
i zapomnień…
Gdy popatrzę w dal
Czasem, gdy popatrzę w dal,
wstecz, za siebie, jak przez mgłę,
widzę to czego mi żal,
jednak już nie cofnę się.
Cisza, niczym burzy grom,
głos, co łamie odblask dnia,
losy już nam cieniem są,
gęsta jest od wspomnień mgła.
Czas lekarzem nie jest ran,
drży na wietrze zapach Twój.
Starość nie zczerstwieje nam,
jam jest chlebem, tyś jest sól.
Miłość wieczna jest i trwa
i wbrew światu, śmierci wbrew,
kto ją spotkał cenę zna,
taki jest przedwieczny zew.
Wymowna cisza
Milczy… mówi bez słowa,
bez lęku i bez jęku,
bez żadnego dźwięku.
Cisza… jest wyjątkowa.
Niesie tyle treści,
w sobie… chowa je,
emocje dobre i nie.
Cisza… wszystko zmieści.
Wymaga skupienia,
jest płochliwa,
ta prawdziwa.
Cisza… tak wiele zmienia.
Kamienie wspomnień
Ciężki kamień pięknych wspomnień,
kamień pragnień, marzeń, dążeń,
zabrany z przeszłych zdarzeń…
Ciśnięty w pustkę przyszłości,
bo przeszłość go już nie zmieści…
Tam kamieni w obfitości.
Nieznany jest los kamienia…
choć odgłos jego upadku,
dobiega z głębi istnienia.
Czy upadł na żyzną glebę?
Czy trafił w czas, czy potrzebę?
Może jednak wykiełkuje?..
Czy spadł gdzieś tam i leży sam?
Czy po wiekach się rozpadnie,
bezowocnie, w ciszy, na dnie?..
Nie wiemy teraz tego…
Rzucamy kamienie wspomnień,
jednego… a za nim drugiego…
Łza
Łza, w ciszy gra,
nie wybiera czasu,
wzbiera bez hałasu,
chwilę trwa…
Łza smutku i łza żalu,
łza tęsknoty, i miłości,
łza wysiłku, i łza bólu,
łza radości… i łza złości.
Coś uwalnia
i coś skrywa.
Coś odkrywa…
łza prawdziwa.
Łza szczera,
chciana, niechciana.
Nie wybiera…
przychodzi sama.
Na łodzi życia
Rzeki rwące, wodospady…
Niegasnące gwiazd miriady…
Oceany wielkich wód…
Przestrzeń, otchłań… życia cud.
I tak, w całym tym zamęcie,
człowiek żyje, jak w okręcie.
Fala… za nią znowu fala…
raz, za razem z nóg go zwala.
I w tym tajemnica cała,
jakaś siła się wyzwala…
że ten człowiek choć niebogi,
wstaje wciąż, na własne nogi.
Ścieżka
Wyniosła lub skromna,
głośna albo cicha…
szeroka i wygodna,
albo cienka… licha.
Prosta albo krzywa,
podziwu godna
lub pożałowania…
ścieżka znana
lub nieznana.
Do przebycia
marszem lub w biegu,
samotnie lub nie…
Raz, od początku…
aż do ostatniego…
wątku.
Do przeżycia
ścieżka życia,
taka bywa
…ta prawdziwa.
Zaproszenie
Zapraszam Cię do mojej ciszy…
gdzie mrok rozświetla milion gwiazd.
Gdzie bicie serca głośno krzyczy,
gdzie noc spotyka Słońca blask.
Zapraszam Cię do mojej ciszy…
jeżeli zechcesz znajdziesz ją.
Tu myśli płyną jak okręty,
wolne od trosk i bólu są.
Zapraszam Cię do mojej ciszy…
do tej melodii, która trwa.
Kto wie..? Być może w niej usłyszysz,
pragnienie duszy, które znasz.
Weźmiesz za swoją moją ciszę,
bo ona Stwórcę swego ma.
Cisza...Twą duszę ukołysze,
ona Cię przecież dobrze zna.
Pośród chmur
Wzbijamy się pośród chmur,
raz w górę, to znowu w dół…
jak chmury, co powstają,
to znów się rozpadają…
zmiennością zadziwiają.
Odbijając słoneczny blask,
kłębią się, rażą bielą,
a gdy znów go brak,
szarością swą się ścielą…
Raz wilgoć zabierają,
to znowu ją oddają…
Jak łzy przez lata zbierane,
z oczu wypływają…
Skromnie, jak krople rosy,
to całymi strugami…
wśród nieprzespanych nocy.
Jak wiatr, są między nami…
Tak to już jest… z chmurami.
Czasem
Czasem, myśli uciekają mi w dal,
do odległych i zapomnianych miejsc,
z uporem, powracających fal…
Do miejsc, tych naszych wspólnych,
tych… co najbardziej mi żal.
Ech, gdybym tak mógł
przywrócić tamten czas…
Czy mógłbym tam coś zmienić,
na chwilę coś zamienić?
Choć jeden, jedyny raz…
czasem… na krótki czas?
Tymczasem, nawet one,
uparte tamte fale,
co powracają stale, i stale,
wiedzą to doskonale…
Czasu nie cofną one…
Nie cofną czasu wcale.
Ból vs. cierpienie
Ból fizyczny,
namacalny,
ból realny…
Od uderzenia,
od uszkodzenia…
Ból cielesny,
ból bolesny…
Jednak cierpienie,
szersze ma znaczenie…
To ból ducha,
niezrozumienia,
ból odrzucenia…
ból samotności,
braku miłości…
Jak to działa, że ból ciała,
jest do zwalczenia,
do umniejszenia…
A ból ducha? Cierpienia?
Czy jest do zmniejszenia?
Trudne pytanie…
Trudne zadanie…
W cierpieniu wytrwanie.
To, co lubię
Lubię wszystko, co piękne,
a przy tym szczere i proste,
jak widok na góry z okna,
uśmiechy jasne, radosne.
Lubię prawdę i dobro,
co pokój we mnie budzi,
przynosi energię dobrą,
lubię prawdziwych ludzi.
Lubię drobne radości,
lubię poczucie wolności
i małe przyjemności,
w świecie znaki miłości.
Znaki miłości…
Tak, to najbardziej lubię.
Bo gdy dojrzę taki znak,
to już wiem, że się nie zgubię!
Ciekawość
U dziecka… złotem żywa,
natrętna, natarczywa.
Poznania się domaga,
jest szczera, sprawiedliwa.
Jednak z wiekiem maleje,
nachyla się, kuleje…
Nieraz się z prawdy śmieje…
Wreszcie karłowacieje.
Wiarę w prawdę traci zachwaszczona,
w kamień odrzucany przemieniona.
Życia bagaż, z mozołem zbierany
ją zgniata… aż ustaje… i kona.