E-book
34.65
drukowana A5
54.29
drukowana A5
Kolorowa
72.51
Myśl o szczęściu

Bezpłatny fragment - Myśl o szczęściu

Jak odnaleźć spokój i harmonię w codziennym życiu


5
Objętość:
111 str.
ISBN:
978-83-8440-530-7
E-book
za 34.65
drukowana A5
za 54.29
drukowana A5
Kolorowa
za 72.51

„O autorce”

Izabela Dyczewska, urodzona 13.11.1975 roku w Białymstoku — autor, filozof życia, miłośnik muzyki i sztuki, który od lat zgłębia tajniki wewnętrznego świata człowieka. Jej pasją jest zmierzanie do poszukiwań duchowych i filozoficznych wykracza poza ramy formalnej edukacji. W swoich książkach stara się przekazać głębsze zrozumienie życia i szczęścia, które nie zależy od zewnętrznych okoliczności, lecz rodzi się z wewnętrznej harmonii i akceptacji. W szczególności fascynuje autora odkrywanie, jak nasze emocje, myśli i przekonania kształtują postrzeganą rzeczywistość. W tej książce, „Myśl o szczęściu”, autor dzieli się swoimi przemyśleniami na temat szczęścia, miłości i relacji, starając się ukazać, jak te pojęcia mogą stać się integralną częścią codziennego życia.

Poza pisarstwem, pasjonuje się muzyką, a szczególnie grą na skrzypcach. Regularnie uczestniczy w koncertach i spektaklach operowych, odwiedzając filharmonie, gdzie czerpie inspirację z majestatycznego brzmienia muzyki klasycznej.

Jej hobby, jak spacery, są sposobem na głęboką refleksję i spędzanie czasu w harmonii z naturą. Zafascynowany jest sztuką teatru i publicznymi wystąpieniami, które stwarzają przestrzeń do introspekcji i rozwoju duchowego. Jej życiowe pasje pozwalają dostrzegać piękno w codziennych chwilach i uważnie żyć w zgodzie ze sobą i światem. Jej droga nie była prostą ścieżką, lecz procesem — pełnym pytań, zwątpień i momentów zatrzymania. To właśnie doświadczenia codziennego życia, a nie teorie, stały się dla niej najważniejszym źródłem poznania. Autorka nie pisze z pozycji kogoś, kto „wie”, lecz z miejsca uważnej obserwacji i osobistego przeżywania.

W centrum jej zainteresowań znajduje się cisza — rozumiana nie jako brak dźwięków, lecz jako przestrzeń wewnętrzna, w której człowiek może spotkać siebie bez masek i oczekiwań. Cisza ta przenika jej sposób myślenia, pisania i bycia, stając się fundamentem refleksji o szczęściu, które nie jest celem, lecz stanem obecności.

W swoich rozważaniach Izabela Dyczewska łączy wrażliwość artystyczną z filozoficzną prostotą. Unika moralizowania i gotowych odpowiedzi, zapraszając czytelnika do osobistego dialogu z własnym doświadczeniem. Jej słowa nie mają prowadzić, lecz towarzyszyć — jak cicha obecność obok, a nie głos, który narzuca kierunek.

Autorka wierzy, że szczęście nie rodzi się z doskonałości ani spełniania ról, lecz z akceptacji niedoskonałości, z uważności na chwile zwyczajne i z odwagi bycia sobą. „Myśl o szczęściu” jest zapisem tej drogi — nie jako recepty, lecz jako zaproszenia do zatrzymania się i spojrzenia na życie z łagodnością.

Wstęp

Nie zawsze myślimy o szczęściu wtedy, gdy jest nam dobrze. Częściej przychodzi ono do głowy w chwilach ciszy, niedopowiedzenia, lekkiego braku. Jakby było czymś, co nieustannie krąży wokół nas, ale rzadko zatrzymujemy na nim wzrok. Ta książka nie powstała z potrzeby opowiedzenia historii ani z chęci udowodnienia, że szczęście można znaleźć w określony sposób. Powstała z myśli — spokojnej, powracającej myśli — że szczęście jest bliżej, niż zwykliśmy sądzić.

Nie jest nagrodą. Nie jest stanem idealnym. Nie jest też obietnicą, że wszystko będzie łatwe. Szczęście nie musi oznaczać euforii ani nieustannego uśmiechu. Czasem jest ledwie zauważalne. Czasem przychodzi cicho, niemal nieśmiało. A czasem po prostu jest, tylko nasze myśli są gdzie indziej.

Żyjemy w świecie, który uczy nas, że szczęście wydarza się potem. Gdy coś osiągniemy. Gdy coś się zmieni. Gdy ktoś się pojawi lub odejdzie. Tymczasem ta książka jest zaproszeniem do zatrzymania się i zadania sobie pytania: a co, jeśli szczęście nie jest czymś, co się zdarza, lecz czymś, co się rozpoznaje?

Myśl o szczęściu nie wymaga dowodów. Nie potrzebuje argumentów ani przykładów z życia. Jest bardziej jak wewnętrzny kierunek niż gotowa odpowiedź. To sposób patrzenia na świat, w którym nie wszystko musi być nazwane, wyjaśnione czy ocenione. Wystarczy, że zostanie zauważone.

Miłość, o której tu mowa, nie jest historią o dwojgu ludzi. Nie jest relacją ani obietnicą wspólnej przyszłości. Jest stanem wewnętrznym — łagodnością wobec siebie i świata. Jest zgodą na to, że nie wszystko musi być idealne, by było wystarczające. Miłość w tym rozumieniu nie zależy od obecności drugiej osoby. Jest czymś, co można w sobie odnaleźć i pielęgnować, niezależnie od okoliczności.

Szczęście jako sposób myślenia nie polega na ignorowaniu trudności. Przeciwnie — zakłada ich istnienie. Zakłada, że życie bywa niejasne, niesprawiedliwe, czasem bolesne. Ale jednocześnie pozostawia miejsce na wybór: czy pozwolimy, by nasze myśli skupiały się wyłącznie na tym, czego brakuje, czy też nauczymy się

dostrzegać to, co już jest.

Ta książka nie daje instrukcji. Nie proponuje ćwiczeń ani rozwiązań krok po kroku. Jest raczej przestrzenią do zatrzymania się, do bycia przez chwilę sam na sam z własnymi myślami. Może stanie się towarzyszem

krótkich przerw w ciągu dnia. Może będzie czytana powoli, fragmentami. A może tylko jedno zdanie zostanie z czytelnikiem na dłużej — i to wystarczy.

Myślenie o szczęściu nie zmienia świata zewnętrznego. Zmienia jednak sposób, w jaki w nim jesteśmy. A to często wystarcza, by świat zaczął wyglądać inaczej. Trochę jaśniej. Trochę spokojniej. Bardziej prawdziwie.

Jeśli jest w nas gotowość, by spojrzeć na życie bez pośpiechu — szczęście przestaje być czymś odległym. Staje się chwilą obecności. Oddechem. Zauważeniem. Czasem nawet milczeniem. Ta książka jest właśnie o tym. O myśli, która nie narzuca się, ale trwa. O szczęściu, które nie krzyczy, lecz czeka, aż ktoś je zauważy.

Myśl o szczęściu nie pojawia się nagle. Nie spada z nieba i nie domaga się natychmiastowej odpowiedzi. Jest raczej jak cichy gość, który przychodzi wtedy, gdy na chwilę zwalniamy. Gdy przestajemy pytać, co jeszcze trzeba zrobić, osiągnąć, zmienić. Pojawia się w momentach, które nie są szczególne — a jednak mają w sobie coś prawdziwego.

Ta książka nie opowiada historii. Nie rekonstruuje przeszłych zdarzeń ani nie próbuje udowodnić, że szczęście ma jedno konkretne źródło. Nie jest zapisem drogi „od — do”. Jest raczej zaproszeniem do zatrzymania się w miejscu, w którym już jesteśmy, i spojrzenia na nie z innej perspektywy.

Przez długi czas uczymy się, że szczęście jest czymś zewnętrznym. Że przychodzi wraz z określonymi okolicznościami, decyzjami, ludźmi. Że zależy od tego, co się wydarzy albo co w końcu przestanie się wydarzać. Rzadko mówi się o tym, że szczęście może być sposobem myślenia — cichym wyborem, który dokonuje się wewnątrz, niezależnie od tego, jak wygląda świat na zewnątrz.

Myśl o szczęściu nie jest myśleniem naiwnym. Nie polega na wypieraniu trudnych emocji ani na udawaniu, że wszystko jest w porządku. Przeciwnie — rodzi się z uważności. Z dostrzegania tego, co jest, bez potrzeby natychmiastowego oceniania. To myśl, która nie walczy z rzeczywistością, ale próbuje ją zrozumieć i przyjąć.

Miłość, o której tu mowa, również nie jest opowieścią o relacji. Nie ma imion, wspólnych zdjęć ani obietnic. Jest stanem wewnętrznym — gotowością do bycia w zgodzie z sobą. Jest łagodnością wobec własnych myśli, emocji i niedoskonałości. W tym sensie miłość i szczęście nie są czymś, co się posiada, lecz czymś, co się praktykuje — nawet wtedy, a może zwłaszcza wtedy, gdy jest trudno.

Zauważanie szczęścia nie wymaga wielkich momentów. Częściej dotyczy drobiazgów: chwili ciszy, spokojnego oddechu, myśli, która nie ocenia. Szczęście bywa bardzo skromne. Nie zawsze rzuca się w oczy. Czasem trzeba zmienić sposób patrzenia, by w ogóle je dostrzec.

Ta książka nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie próbuje zamknąć tematu szczęścia w definicji. Pozostawia przestrzeń — na własne refleksje, wątpliwości, zatrzymania. Można ją czytać powoli, fragmentami. Można do niej wracać. A można też po prostu pozwolić, by niektóre zdania wybrzmiały i zniknęły.

Być może szczęście nie potrzebuje wielkich słów. Być może wystarczy myśl, która wraca — spokojna, cicha, obecna. Myśl o szczęściu.

Rozdział I

Myśl, która się pojawia

Zanim pojawi się szczęście, pojawia się myśl. Nie jako plan ani postanowienie, lecz jako delikatne przesunięcie uwagi. Coś w rodzaju pytania, które nie domaga się odpowiedzi: a jeśli wystarczy to, co jest teraz?

Myśli zazwyczaj biegną szybko. Przeskakują z jednego punktu do drugiego, zajęte tym, co było albo tym, co dopiero ma nadejść. Rzadko zatrzymują się w teraźniejszości. A jednak właśnie tam — w tej krótkiej chwili obecności — zaczyna się coś, co można nazwać spokojem.

Myśl o szczęściu nie polega na analizowaniu życia. Nie wymaga poprawiania go ani porównywania z innymi. Jest prostym zauważeniem: jestem tu. Oddycham. Jestem częścią tego momentu. I choć może nie wszystko jest jasne ani łatwe, ta chwila nie jest pusta.

Często mylimy szczęście z intensywnością. Z silnymi emocjami, ekscytacją, poczuciem spełnienia. Tymczasem szczęście jako sposób myślenia jest raczej ciche. Nie domaga się uwagi. Nie konkuruje z innymi uczuciami. Może istnieć obok zmęczenia, smutku czy niepewności.

W tym sensie szczęście nie jest przeciwieństwem trudności. Jest sposobem bycia z nimi. Myśl o szczęściu nie usuwa bólu, ale pozwala mu nie zająć całej przestrzeni. Pozwala zobaczyć, że nawet w nieidealnych chwilach można odnaleźć coś prawdziwego.

Miłość jako stan wewnętrzny zaczyna się właśnie tutaj — w myśli, która nie ocenia. W spojrzeniu na siebie bez pośpiechu i bez surowości. To nie jest wielkie uczucie, lecz cicha obecność. Gotowość, by być ze sobą takimi, jakimi jesteśmy w danym momencie.

Nie trzeba wiedzieć, dokąd się zmierza. Nie trzeba mieć odpowiedzi. Wystarczy pozwolić, by myśl o szczęściu pojawiła się i została na chwilę. Bez presji. Bez oczekiwań. Jak coś naturalnego, co od dawna było blisko. Być może właśnie od tego wszystko się zaczyna.

Rozdział II

Miłość, która nie szuka

Miłość często kojarzona jest z ruchem — z dążeniem ku komuś, z pragnieniem bycia blisko, z potrzebą wzajemności. W tym rozumieniu miłość ma kierunek i cel. Zależy od obecności drugiej osoby, od jej reakcji, od tego, co wydarzy się pomiędzy. A jednak istnieje także inny wymiar miłości — cichszy, mniej oczywisty, ale bardziej trwały.

Miłość jako stan wewnętrzny nie potrzebuje obiektu. Nie jest odpowiedzią na czyjąś obecność ani reakcją na czyjeś słowa. Jest sposobem odnoszenia się do świata i do siebie. Jest postawą, w której nie ma napięcia ani oczekiwania, że coś musi się wydarzyć, by można było poczuć pełnię.

Ten rodzaj miłości nie zaczyna się od drugiego człowieka. Zaczyna się od uważności. Od zgody na to, by być ze sobą w prawdzie — bez poprawiania się, bez ciągłego oceniania, bez porównywania z innymi. Miłość wewnętrzna nie polega na zachwycie sobą, lecz na łagodności wobec własnych myśli i emocji.

Często jesteśmy wobec siebie surowi. Wymagamy, przyspieszamy, oczekujemy. Miłość jako stan wewnętrzny pojawia się wtedy, gdy ten wewnętrzny nacisk słabnie. Gdy pozwalamy sobie być niedokończonymi, nieidealnymi, zmiennymi. Gdy przestajemy traktować siebie jak projekt do naprawy.

Miłość nie musi być intensywna, by była prawdziwa. Może być spokojna. Może objawiać się w drobnych gestach — w sposobie, w jaki do siebie mówimy w myślach, w cierpliwości wobec własnych ograniczeń, w umiejętności zatrzymania się bez poczucia winy.

Miłość jako stan wewnętrzny zmienia sposób, w jaki doświadczamy relacji, ale nie zależy od nich. Gdy jest obecna, relacje stają się mniej napięte. Pojawia się więcej przestrzeni, mniej lęku przed utratą, mniej potrzeby potwierdzania swojej wartości. A nawet jeśli relacji nie ma — miłość nie znika. Pozostaje jako wewnętrzna równowaga.

Nie oznacza to braku pragnień ani potrzeby bliskości. Oznacza jedynie, że miłość nie jest warunkiem zewnętrznym szczęścia. Jest jego cichym fundamentem. Czymś, co można w sobie odnaleźć niezależnie od okoliczności.

Miłość jako stan wewnętrzny uczy też innego spojrzenia na świat. Zamiast dzielić rzeczy na dobre i złe, pozwala je po prostu widzieć. Zamiast reagować automatycznie — zaprasza do zatrzymania. Jest jak miękkie światło, które nie oślepia, ale rozjaśnia to, co było w cieniu.

Być może miłość nie zawsze musi prowadzić do kogoś. Być może czasem wystarczy, że prowadzi do siebie.

Być może miłość nie zawsze musi prowadzić do kogoś. Być może czasem wystarczy, że prowadzi do siebie.

Bo kiedy prowadzi do siebie, przestaje być zależna od odpowiedzi. Nie musi być odwzajemniona, zauważona ani potwierdzona. Jest jak cichy gest, który wykonujemy wobec własnego życia. Jak decyzja, by nie odwracać się od siebie w trudnym momencie. By nie porzucać siebie, gdy coś nie wychodzi. By zostać.

Miłość wewnętrzna sprawdza się najbardziej wtedy, gdy coś się rozpada. Gdy relacja się kończy. Gdy plany nie układają się tak, jak miały. Gdy pojawia się rozczarowanie sobą. To właśnie wtedy widać, czy potrafimy być po swojej stronie — nie w sensie usprawiedliwiania wszystkiego, lecz w sensie obecności. W zdolności powiedzenia sobie: „to trudne, ale jestem tutaj”.

W codziennym życiu ta miłość nie wygląda spektakularnie. Nie ma wielkich deklaracji. Objawia się w drobnych decyzjach. W tym, że pozwalamy sobie odpocząć bez poczucia winy. W tym, że nie porównujemy swojego tempa do cudzego. W tym, że zauważamy zmęczenie, zamiast je ignorować. W tym, że uczymy się mówić „nie”, kiedy coś przekracza nasze granice.

Miłość jako stan wewnętrzny uczy odpowiedzialności za własne myśli. Nie w znaczeniu kontrolowania ich, lecz w rozumieniu, że nie każda myśl jest prawdą. Że możemy patrzeć na siebie łagodniej. Że nie musimy wierzyć każdemu wewnętrznemu osądowi. To nie oznacza braku rozwoju. Oznacza rozwój bez przemocy wobec siebie.

Z czasem ta postawa zaczyna wpływać na relacje z innymi. Kiedy nie oczekujemy od drugiego człowieka, by wypełnił nasze braki, relacja staje się lżejsza. Jest w niej mniej napięcia, mniej lęku przed odrzuceniem, mniej potrzeby kontroli. Pojawia się przestrzeń na autentyczność. Możemy być bliżej, bo nie trzymamy się kurczowo.

Miłość wewnętrzna nie wyklucza tęsknoty. Nie oznacza obojętności. Oznacza jedynie, że nawet w tęsknocie nie tracimy siebie. Że nawet w pragnieniu bliskości nie przestajemy być dla siebie domem.

Czasem najtrudniejszym momentem jest ten, w którym zostajemy sami ze sobą — bez rozproszeń, bez czyjejś obecności, bez zadań do wykonania. W ciszy mogą pojawić się myśli, których wcześniej nie chcieliśmy słyszeć. Emocje, które były odkładane. Miłość do siebie polega wtedy na tym, by nie uciekać. By wysłuchać. By uznać to, co się pojawia, bez natychmiastowej potrzeby naprawy.

To nie jest proces szybki ani liniowy. Są dni, w których łatwiej być wobec siebie łagodnym, i takie, w których wraca surowość. Miłość jako stan wewnętrzny nie polega na perfekcji. Polega na powracaniu. Za każdym razem, gdy zauważymy, że znowu siebie osądzamy — możemy wrócić do uważności. Za każdym razem, gdy czujemy, że zbyt wiele od siebie wymagamy — możemy się zatrzymać.

Z tej postawy rodzi się spokojniejsze spojrzenie na życie. Nie dlatego, że znika trudność, lecz dlatego, że przestajemy być wobec niej wrogo nastawieni. Zaczynamy rozumieć, że nie wszystko musi być rozwiązane natychmiast. Że pewne rzeczy dojrzewają w ciszy. Że niektóre odpowiedzi przychodzą dopiero wtedy, gdy przestajemy ich nerwowo szukać.

Miłość, która nie szuka, nie oznacza bierności. Oznacza zaufanie. Zaufanie do procesu życia. Do własnej drogi. Do tego, że nawet jeśli teraz czegoś nie rozumiemy, możemy nadal iść. Krok po kroku. Bez pośpiechu.

Może więc miłość nie zawsze zaczyna się od „kocham”. Może zaczyna się od „akceptuję”. Od „pozwalam”. Od „jestem”. A kiedy jesteśmy — naprawdę obecni — okazuje się, że niczego nie trzeba dodawać. Bo to, co najważniejsze, już w nas jest.

Rozdział III

Szczęście jako sposób myślenia

Szczęście nie zawsze przychodzi jako uczucie. Częściej pojawia się jako myśl. Krótka. Nienarzucająca się. Myśl, która mówi: to wystarczy.

Nie wydarza się nagle. Nie ma wyraźnego początku ani końca. Jest raczej sposobem, w jaki patrzymy na to, co już jest obecne. Jak światło, które nie zmienia przedmiotów, ale sprawia, że stają się widoczne.

Przez długi czas wierzymy, że szczęście zależy od okoliczności. Od tego, co się stanie. Od tego, co się nie wydarzy. Od tego, kim będziemy, gdy wreszcie wszystko się ułoży.

A jednak chwila, w której wszystko jest idealne, rzadko nadchodzi. Zawsze coś zostaje niedokończone. Zawsze coś domaga się uwagi. I być może właśnie dlatego szczęście nie może czekać na doskonałość.

Szczęście jako sposób myślenia nie polega na dodawaniu czegokolwiek do życia. Nie wymaga zmiany scenariusza. Nie potrzebuje lepszej wersji rzeczywistości. Wystarczy zmiana perspektywy — delikatna, niemal niewidoczna.

To myślenie, które nie biegnie przed siebie.

Nie wraca obsesyjnie do przeszłości. Zatrzymuje się tu, gdzie ciało oddycha.

Czasem szczęście jest zgodą. Czasem — rezygnacją z walki. Czasem po prostu brakiem potrzeby, by ten moment był inny.

Nie oznacza to obojętności. Nie oznacza braku marzeń. Oznacza jedynie, że teraźniejszość nie jest traktowana jak przeszkoda.

Szczęście nie musi być głośne. Nie potrzebuje dowodów. Nie domaga się świadków.

Może istnieć obok smutku. Obok zmęczenia. Obok niepewności.

Jest jak spokojna myśl pod powierzchnią innych myśli. Jak cichy nurt pod rwącą wodą.

Myślenie o szczęściu zmienia język, którym opisujemy świat. Zamiast brakuje — pojawia się jest. Zamiast jeszcze nie — teraz. Zamiast kiedyś — wystarczy.

To nie jest myślenie optymistyczne. To myślenie uważne.

Zauważa ciężar, ale nie pozwala mu wypełnić całej przestrzeni. Zauważa trudność, ale nie nadaje jej ostatecznego znaczenia.

Szczęście jako sposób myślenia jest czułe. Nie spieszy się. Nie wymusza odpowiedzi.

Pozwala życiu być takim, jakie jest, bez potrzeby ciągłego komentowania.

Czasem szczęście objawia się w pauzie. W chwili, gdy nic nie trzeba. Gdy myśl nie biegnie dalej.

Czasem pojawia się wtedy, gdy przestajemy je nazywać. Gdy nie próbujemy go uchwycić. Gdy pozwalamy mu być tylko tłem.

Szczęście nie zawsze zostaje na długo. Ale nawet krótka obecność zmienia sposób patrzenia. Jakby coś wewnątrz pamiętało, że spokój jest możliwy.

Być może szczęście nie jest stanem, do którego się dochodzi. Być może jest ruchem powrotu. Do siebie. Do chwili. Do myśli, która nie chce niczego więcej.


Być może szczęście nie jest stanem, do którego się dochodzi. Być może jest ruchem powrotu. Do siebie. Do chwili. Do myśli, która nie chce niczego więcej.

Powrót nie oznacza cofania się. Nie jest rezygnacją z rozwoju ani zamknięciem się na świat. Jest raczej przypomnieniem sobie tego, co zawsze było pod spodem — pod ambicją, pod lękiem, pod potrzebą udowadniania czegokolwiek. Powrót to chwila, w której przestajemy biec i orientujemy się, że to, czego szukaliśmy, nie znajdowało się przed nami, lecz w sposobie, w jaki patrzyliśmy.

Szczęście jako sposób myślenia dojrzewa powoli. Najczęściej rodzi się nie w momentach triumfu, lecz w doświadczeniach, które nas zatrzymują. W rozczarowaniu, które uczy pokory. W stracie, która odsłania kruchość. W zmęczeniu, które pokazuje granice. To właśnie tam zaczynamy rozumieć, że nie wszystko da się kontrolować, przewidzieć, zabezpieczyć.

I może właśnie wtedy pojawia się inna jakość myślenia. Mniej roszczeniowa. Bardziej miękka.

Zamiast pytać: „dlaczego to mnie spotyka?”, zaczynamy pytać: „co mogę z tym zrobić w tej chwili?”. Zamiast czekać, aż życie stanie się łatwiejsze, uczymy się być obecni także wtedy, gdy jest wymagające. Szczęście przestaje być nagrodą za dobrze rozegraną przyszłość, a staje się sposobem przeżywania teraźniejszości.

W praktyce oznacza to drobne przesunięcia. Kiedy coś się nie udaje — nie budujemy wokół tego całej historii o własnej niewystarczalności. Kiedy ktoś nas nie rozumie — nie odbieramy tego jako dowodu, że jesteśmy nieważni. Kiedy pojawia się błąd — traktujemy go jako część drogi, a nie jej koniec.

Szczęście jako sposób myślenia nie zaprzecza emocjom. Nie udaje, że nie ma bólu. Pozwala mu być, ale nie pozwala, by stał się jedyną narracją. To różnica między przeżywaniem smutku a utożsamianiem się z nim całkowicie. Między doświadczeniem trudności a przekonaniem, że trudność definiuje całe życie.

Z czasem zaczynamy dostrzegać, że wiele cierpienia rodzi się nie z samych wydarzeń, lecz z oporu wobec nich. Z myśli: „tak nie powinno być”. Tymczasem życie rzadko pyta o nasze wyobrażenia. Toczy się swoim rytmem. A szczęście jako sposób myślenia polega na tym, by ten rytm usłyszeć, zamiast go zagłuszać.

To myślenie uczy odpowiedzialności, ale nie surowości. Uczy wyboru, ale nie przymusu. Możemy nie mieć wpływu na wszystko, co się wydarza, ale mamy wpływ na to, jak długo będziemy podtrzymywać w sobie walkę z rzeczywistością. Czasem największą ulgą jest odłożenie tej walki.

W codziennym życiu szczęście objawia się w prostych sytuacjach. W porannej ciszy, zanim zacznie się dzień. W rozmowie, w której naprawdę słuchamy, zamiast przygotowywać odpowiedź. W spacerze, podczas którego nie myślimy o celu, lecz o drodze. W akceptacji, że nie wszystko musi być wykorzystane produktywnie.

Zaczynamy też inaczej mówić do siebie. Język wewnętrzny łagodnieje. Zamiast „muszę” pojawia się „mogę”. Zamiast „powinienam” — „wybieram”. Te subtelne zmiany budują przestrzeń, w której łatwiej oddychać.

Szczęście jako sposób myślenia nie odcina nas od świata. Przeciwnie — pozwala w nim uczestniczyć pełniej. Kiedy nie jesteśmy zajęci nieustannym porównywaniem, ocenianiem i przewidywaniem, możemy naprawdę zobaczyć drugiego człowieka. Możemy być w relacji bez ukrytego rachunku zysków i strat.

Z czasem odkrywamy, że szczęście nie jest czymś, co trzeba utrzymać za wszelką cenę. Nie jest delikatnym stanem, który zniknie przy pierwszym podmuchu trudności. Jest raczej zaufaniem, że nawet jeśli pojawi się chaos, gdzieś pod nim pozostaje spokojne centrum.

To centrum nie krzyczy. Nie dominuje. Jest jak cichy punkt odniesienia. Wracamy do niego za każdym razem, gdy przypominamy sobie, że ta chwila — nawet niedoskonała — jest jedyną, którą naprawdę mamy.

Być może właśnie o to chodzi w myśleniu o szczęściu. Nie o tworzenie lepszej przyszłości, lecz o świadome przeżywanie teraźniejszości. Nie o idealne życie, lecz o prawdziwe życie.

Szczęście jako sposób myślenia nie daje gwarancji. Daje uważność. Nie obiecuje braku trudności. Oferuje przestrzeń, w której trudność nie odbiera nam całego światła.

I może w tym tkwi jego mądrość — że nie próbuje być wszystkim. Wystarczy, że jest wystarczające.

Rozdział IV

Zauważanie

Zanim pojawi się szczęście, pojawia się zauważanie. Nie jako wysiłek. Nie jako technika. Raczej jako zmiana nastawienia — cicha i niemal niezauważalna.

Zauważanie nie polega na szukaniu. Gdy szukamy, zakładamy, że czegoś brakuje. Zauważanie zaczyna się tam, gdzie przestajemy oczekiwać, że rzeczywistość powinna być inna.

Większość dni mija szybko. Myśli biegną przed chwilą obecną albo zostają wczepione w to, co już minęło. Rzadko jesteśmy naprawdę tam, gdzie jesteje ciało.

Rzadko pozwalamy sobie zobaczyć to, co dzieje się bez naszego udziału.

A jednak życie dzieje się właśnie wtedy, gdy nie próbujemy nim kierować. W drobnych momentach, które łatwo pominąć. W ciszy między słowami. W tym, co zwyczajne.

Zauważanie jest zgodą na prostotę. Na to, że nie wszystko musi być znaczące, by było prawdziwe. Czasem wystarczy świadomość oddechu. Czasem spojrzenie przez okno. Czasem chwila bez potrzeby interpretacji.

Nie zauważamy, bo się spieszymy. Bo chcemy wiedzieć wcześniej. Bo boimy się pustki, którą może przynieść zatrzymanie.

A jednak w tej pustce często kryje się spokój. Nie jako odpowiedź, lecz jako obecność. Nie jako rozwiązanie, lecz jako ulga.

Zauważanie nie ocenia. Nie dzieli chwil na dobre i złe. Nie nadaje im hierarchii.

Pozwala rzeczom być. Pozwala myślom przepłynąć. Pozwala emocjom pojawić się i odejść bez konieczności ich poprawiania.

Czasem wydaje się, że szczęście powinno być widoczne. Wyraźne. Łatwe do rozpoznania.

A jednak najczęściej jest subtelne. Tak subtelne, że można je pomylić z niczym. Z chwilą, w której nic się nie dzieje.

Zauważanie uczy innego tempa. Nie wymaga skupienia na sobie. Nie jest introspekcją. Jest otwarciem na to, co jest wokół i wewnątrz jednocześnie.

Gdy zauważamy, przestajemy zadawać pytanie „czy to wystarczy”. Zamiast tego pojawia się cisza, w której nie ma potrzeby odpowiedzi.

Zauważanie zmienia relację z czasem. Chwila przestaje być środkiem do celu. Staje się miejscem.

Nie trzeba wiedzieć, co z nią zrobić. Nie trzeba jej zapamiętywać. Wystarczy w niej być.

Czasem zauważanie przynosi wdzięczność. Czasem smutek. Czasem nic.

Każda z tych reakcji jest właściwa. Zauważanie nie wybiera. Nie poprawia doświadczenia.

Jest jak otwarte okno. Nie decyduje, jaki wiatr wpadnie do środka. Pozwala mu po prostu być.

Być może szczęście nie polega na tym, że świat daje nam więcej. Być może polega na tym, że my zaczynamy widzieć więcej.

Nie więcej zdarzeń. Nie więcej emocji. Więcej obecności.

Zauważanie nie zmienia życia w sposób spektakularny. Zmienia je powoli.

Cicho. Od środka.

I być może właśnie dlatego jest tak trudne do uchwycenia. Tak łatwe do pominięcia. Tak bliskie. Zauważanie jest jak ziarno, które powoli rośnie, ukazując coraz więcej, choć wciąż niekrzykliwie.


Zauważanie nie wymaga wysiłku. Nie jest czynnością, którą wykonujemy. Jest czymś, co może wydarzyć się wtedy, gdy przestajemy chcieć „zrobić” coś z chwilą. Zauważanie pojawia się, gdy niczego nie oczekujemy, ale pozwalamy rzeczywistości być w całej jej prostocie.

Zauważamy wtedy, gdy w końcu pozwalamy sobie na bycie tam, gdzie jesteśmy. Bez potrzeby „bycia gdzie indziej”, bez pragnienia „czegoś więcej”. Zauważenie jest pełnym przyjęciem chwili, w której jesteśmy.

Często myślimy, że jeśli czegoś nie zmienimy, to nie będzie dobrze. Będziemy czuć się niewystarczająco, będziemy czuć, że nam czegoś brakuje. Ale w rzeczywistości każda chwila ma w sobie pełnię, która czeka, by zostać zauważona. Nie jest pełnią do zmiany. Jest pełnią do doświadczenia.

Zauważanie zmienia naszą relację z czasem. Nie traktujemy go już jako niekończącej się biegnącej rzeki, którą musimy dogonić. Zaczynamy dostrzegać, że czas nie jest linią. Czas jest raczej cieniem, który wciąż porusza się wokoło nas, a my możemy w nim być, jak w przestrzeni, która nie wymaga pośpiechu.

Zauważanie nie wyciąga ręki po więcej. Jest jak przyjęcie rzeczywistości taką, jaka jest — w swojej całkowitej prostocie. Zauważanie jest początkiem dostrzegania w tej prostocie wszystkiego, co już się w niej zawiera: kolorów, zapachów, dźwięków, przestrzeni.

Zauważanie staje się przestrzenią, w której znikają oczekiwania. Nie chcemy, by coś było inne. Nie domagamy się od siebie ani od świata, by cokolwiek się zmieniło. Po prostu jesteśmy. I to wystarcza.

Szczęście nie jest czymś, co osiągamy. Szczęście staje się widoczne w chwili, gdy przestajemy go szukać, bo zauważamy, że już jesteśmy częścią tej obecności.

Zauważanie nie jest ani prostą obecnością, ani obojętnością. To właśnie zauważenie uczy nas, jak być otwartymi na subtelności życia. Na to, co ciche, co niezauważalne w codziennym zgiełku.

Zauważając, zaczynamy dostrzegać to, co wcześniej było nieuchwytne: Jak twoje ciało oddycha. Jak światło wpada do pokoju przez okno. Jak zmienia się oddech, gdy naprawdę zaczynasz go czuć. I jak wszystko to wcale nie jest małe, lecz pełne, niezależnie od tego, jak wygląda reszta świata.

Im bardziej zauważamy, tym mniej oceniamy. Zaczynamy być w zgodzie z tym, co widzimy i czujemy, bez konieczności porównywania, naprawiania, usprawiedliwiania. Zauważanie nie jest metodą na uspokojenie. Zauważanie to sposób bycia, który nie wymaga niczego więcej.

Czasem wystarczy jedno spojrzenie. Czasem wystarczy jedno wdech. I to wystarcza, by poczuć pełnię.

Rozdział V

Cisza między myślami

Gdy w końcu cichną wszystkie myśli, pojawia się przestrzeń, która nie jest pusta. Nie jest niczym, czym można by ją wypełnić. Jest przestrzenią obecności, w której życie nie wymaga żadnej definicji.

Cisza między myślami to nie brak myśli. To brak potrzeby posiadania ich. To moment, w którym nie musisz mieć nic, by być.

Czasami wydaje się, że życie to ciągła opowieść — myśli, które łączą się w zdania, w historie, w oczekiwania. A jednak prawdziwa cisza nie przychodzi wtedy, gdy myśli ustają.

Przychodzi wtedy, gdy przestajemy ich szukać. Kiedy wreszcie pozwalamy im przejść, nie próbując ich zatrzymać.

Cisza między myślami nie jest brakiem. Jest pełnią, którą trudno uchwycić słowami. Cisza to przestrzeń, w której nie musisz niczego rozumieć, nie musisz działać, nie musisz myśleć. Po prostu jesteś. I ta obecność wystarczy.

Zwykle nasze myśli pędzą. Biegniemy w przyszłość, wracamy do przeszłości, myślimy o tym, co było, o tym, co będzie. Nie potrafimy zatrzymać się w jednym miejscu.

A jednak cisza jest w nas już teraz. Jest chwilą, gdy przestajemy patrzeć w przyszłość, gdy nie martwimy się o to, co się wydarzy, kiedy nie porównujemy siebie do innych ani do tego, kim chcielibyśmy być.

W ciszy nie musimy udowadniać sobie niczego. Nie musimy zmieniać świata. Nie musimy nawet zmieniać siebie.

Cisza nie jest pusta. Jest w niej cała przestrzeń życia. Cisza to przestrzeń, w której myśli mają czas na odpoczynek, a serce na bycie bez żadnych oczekiwań.

Cisza między myślami to nie pustka. To pełnia — pełnia, która może być odczuwana w każdej chwili, w której przestajemy gonić za myślami, przestajemy je trzymać.

Cisza nie wymaga wyjaśnienia. Cisza jest.

To właśnie w niej, w tym milczeniu, zauważamy świat takim, jaki jest — nie przez pryzmat interpretacji, ale w jego czystości. Nie ma już ocen. Nie ma „tak, ale…”. Jest tylko to, co jest, bez potrzeby, by to było inne.

Cisza między myślami daje przestrzeń na bycie. I to jest już wystarczające.


Cisza między myślami

Cisza między myślami nie jest czymś niezwykłym ani zarezerwowanym dla odległych doświadczeń mistycznych. Jest czymś bardzo prostym, a przez to często niezauważanym. Pojawia się w momentach, gdy na chwilę przestajemy opowiadać sobie historię o sobie samych. Gdy na moment nie musimy wiedzieć, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy i czy wszystko ma sens. W tej ciszy życie nie potrzebuje uzasadnienia. Ono po prostu jest.

Na co dzień żyjemy zanurzeni w myśleniu. Myśli prowadzą nas przez dzień, pomagają planować, chronić się, rozumieć świat. Ale z czasem zaczynamy wierzyć, że to właśnie one są nami. Że bez nich nie istniejemy. Że bez ciągłego analizowania, oceniania i przewidywania coś się rozpadnie. A jednak są chwile — bardzo zwyczajne — gdy ta opowieść na moment cichnie. Gdy siedzimy w autobusie i patrzymy przez okno. Gdy myjemy naczynia bez pośpiechu. Gdy idziemy ulicą i nagle zauważamy światło padające na chodnik. W tych chwilach myśli nie znikają całkowicie, ale przestają być centrum. I właśnie wtedy pojawia się cisza.

Cisza między myślami nie polega na ich zatrzymaniu siłą. To nie walka z umysłem ani próba osiągnięcia jakiegoś „idealnego stanu”. To raczej zgoda na to, że myśli mogą przychodzić i odchodzić, a my nie musimy za nimi podążać. Jakbyśmy siedzieli nad rzeką i patrzyli, jak płyną liście — bez potrzeby chwytania któregokolwiek z nich. W tej prostocie odkrywamy coś bardzo ludzkiego: że nie musimy być ciągle kimś, by móc być.

W życiu często nosimy w sobie napięcie, którego nawet nie zauważamy. Napięcie, by coś osiągnąć. By być lepszym. By zrozumieć siebie do końca. By wreszcie „dojść” do miejsca, w którym wszystko będzie jasne. Cisza między myślami nie obiecuje odpowiedzi. Ona raczej pokazuje, że być może nie wszystkie pytania są konieczne. Że można żyć bez ciągłego wyjaśniania świata i siebie. I że w tej niewiedzy nie ma zagrożenia — jest ulga.

W ciszy nie musimy poprawiać swojego życia. Nie musimy naprawiać przeszłości ani przygotowywać przyszłości. Nie musimy nawet czuć się dobrze. Możemy być zmęczeni, zagubieni, niepewni — i nadal być w ciszy. Bo cisza nie jest stanem emocjonalnym. Jest przestrzenią, która mieści wszystko. Radość i smutek. Spokój i niepokój. Pewność i wątpliwości. Nic nie musi zniknąć, by cisza mogła być obecna.

W codziennym życiu cisza między myślami objawia się często bardzo cicho. To chwila, gdy przestajemy porównywać się do innych. Gdy na moment znika pytanie „czy robię wystarczająco dużo?”. Gdy nie musimy wiedzieć, czy jesteśmy na dobrej drodze. To moment, w którym życie przestaje być projektem do zrealizowania, a staje się doświadczeniem, które się wydarza. Bez instrukcji. Bez ocen.

Cisza uczy nas innego rodzaju uważności. Nie tej, która polega na kontrolowaniu uwagi, ale tej, która rodzi się z rozluźnienia. Gdy przestajemy się spieszyć wewnętrznie, świat zaczyna odsłaniać swoją prostotę. Dźwięki stają się wyraźniejsze. Obecność drugiego człowieka staje się pełniejsza. Nawet samotność przestaje być czymś, co trzeba wypełnić. W ciszy odkrywamy, że bycie nie potrzebuje dodatków.

W „Myśl o szczęściu” cisza między myślami nie jest celem samym w sobie. Jest raczej naturalnym skutkiem przestania walki z życiem. Gdy nie próbujemy już nieustannie czegoś osiągać w sobie, cisza pojawia się sama. Jak oddech, który wraca do swojego naturalnego rytmu, gdy przestajemy go kontrolować. To nie jest coś, co można zatrzymać. Ale też nie jest czymś, co można stracić. Cisza zawsze jest dostępna — pod warstwą napięcia, pośpiechu i oczekiwań.

I może właśnie w tym tkwi jej największa wartość: cisza przypomina nam, że nie musimy być ciągle zajęci sobą, by żyć w pełni. Że życie nie domaga się nieustannej uwagi umysłu. W ciszy między myślami wracamy do czegoś bardzo pierwotnego — do prostego poczucia istnienia. Do bycia tutaj, bez powodu.

Cisza nie mówi: „wszystko będzie dobrze”. Cisza mówi: „to, co jest, już jest wystarczające”.

I czasem to wystarcza bardziej niż wszystkie odpowiedzi świata.

Zauważanie prowadzi też do prostego odkrycia: wiele z tego, czego szukaliśmy daleko, było obecne blisko. Spokój nie zawsze wymaga wyjazdu. Bliskość nie zawsze wymaga wielkich deklaracji. Sens nie zawsze wymaga wielkich projektów. Czasem wymaga tylko uważnego spojrzenia.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 34.65
drukowana A5
za 54.29
drukowana A5
Kolorowa
za 72.51