E-book
9.56
drukowana A5
23.94
Myśli o nas, was, sobie, Tobie

Bezpłatny fragment - Myśli o nas, was, sobie, Tobie


5
Objętość:
82 str.
ISBN:
978-83-8189-331-2
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 23.94

Kim jestem?

Metafizyczno — liryczny ezoteryk,

epileptyk własnych słów

skryty pod płaszczem metafor świata stworzonego dnia ósmego

na feniksie własnych marzeń świat przemierzam, raz upadam,

gdy upadnę to najniżej, by z dnia powstać, otrzepać się z popiołu

i lecieć dalej, szukać siebie i własnego znoju.

Serce me krwią z bólu często zalane,

zranione ja ptaszę od pisklęcia

blizny na mym ciele mocnym szwem pozszywane,

to jednak jakoś funkcjonuję

i chociaż psychicznie o kulach chodzę,

rehabilitacji nadejdzie kres i zdrowo spojrzę na świat.

Chociaż nie patrzę Ci nigdy w oczy,

zawsze masz wrażenie, że tak jest.

A nie patrzę w nie, gdyż nie lubię patrzeć na pustkę.

Boisz się mnie, to wiem.

Lecz nie bałaś się, gdy wbijałaś mi nóż w serce.

I teraz gdy płyniesz swoim galeonem przez ocean,

z daleka omijasz tę rozbitą przez Ciebie łajbę.

A Ty?

Kim Ty jesteś? Czy może nie tylko elementem czyjejś gry?

A może tylko pomocnikiem kogoś i ukrywasz się w cieniu?

Nie bój się świat(ł)a, wyjdź z cienia.

Zdejmij tę cholerną maskę,

ukrytą pod tabu społeczeństwa,

ukrytą pod moralnością społeczności, której nie akceptujesz,

odważ się być sobą,

pokaż mi swoją prawdziwą twarz,

nie chcę znać Twoich aktorskich ról,

chcę Ciebie, chcę poznać Ciebie.

Gdzie żyję?

Dżungla globalna, to miejsce mojego życia,

chociaż tak naprawdę egzystencji,

żyję tak naprawdę, gdy umysł spokojny,

a w tym szumie i świście

umieram powoli,

chociaż czy można umierać,

gdy tak naprawdę nigdy się nie żyło?

Umarło twoje ciało,

którego dusza była więźniem,

teraz dusza wolna i spokojna,

a ciało gnije w ziemi.

Uciekaj stąd ma duszo,

opuść to brudne ciało,

oddaję Ci dziś Twą wolność,

którą niesłusznie Ci zabrano.

Gdybym mógł wybrać,

ucieklibyśmy stąd…

ale nie mogę,

więc otwierając swoje ciało,

wypuszczę Cię przez żyły

i leć wolna, pięknie żyj

Dlaczego stoi tu krzyż?

Czy krzyża nie można przestawić?

A czemu ona tańczy naga,

dlaczego odzienia nie przyodziała?

I muzyka taka straszna,

czy sam diabeł komponował?

Dym z tej świecy Cię przysłoni,

weź latarkę do swej dłoni.

A tych krzyży będzie tu do woli,

bo to moje miejsce

i nie zaglądaj przez me okno,

bo nie Twoje terytorium,

mój kształt bólu sformowany,

przez lata powiększany.

Zatańczysz?

Może zatańczysz dla mnie dzisiaj,

chociaż może wolisz ze mną?

Lecz pamiętaj, tancerzem nie jestem

wolę Ci akompaniować,

poczekaj, poczekaj,

wezmę me organy.

Już do taktu Ci przygrywam,

więc taniec swój szaleńczy zaczynaj,

taniec śmierci czy morderstwa?

Daj mi poczuć piękno bólu,

Ty posmakuj ból piękna,

zaplanujmy dość szaleństwa,

pluj, sycz, pchnij,

tak jak lubisz,

teraz, teraz dźgnij…

Powstań

Powstań mnichu, odczaruj ten kamień,

wskocz do oka,

zatop się w nim,

wynurz tylko szpicę

ile można udawać,

że nie jest się człowiekiem,

czy ta klątwa wieczna twa,

czy tylko obojętność na światy dwa?

Wzrok

A więc patrzysz znów tak obojętnie,

czy w twych oczach nie ma nic dogłębnie?

Tylko kukła jakby żywa,

marionetka sterowana

Zacznij sama w końcu żyć,

odetnij pępowinę strachu,

nawet najpiękniejszy ptak kiedyś uczył się latać,

nawet największy dom wpierw miał fundamenty

Tracę dech

Sił mi brak, powietrza złapać nie mogę,

pętla na szyi się zaciska,

upadnę, rozbiję głowę,

nie patrz na tę śmierć z bliska.

Odejdź, biegnij, wołaj,

tylko ze mną tu nie konaj.

Daj mi tylko wody łyk,

proszę, nie, apsik!

Orszak po mnie nadchodzi,

nie patrz, to tylko zaszkodzi.

Biorę moje łachmany

i pukamy w nieba bramy

Martwa klasa

nikt już ręki nie podnosi,

nikt gąbką już nie rzuca,

tylko cisza się unosi,

nauczyciel się zasmuca

W martwej klasie nikt się nie kłóci,

nikt tu siebie nie wyzywa,

i choć ten czas się nie odwróci,

woźny wciąż na przerwę wzywa.

Lecz tamtych uczniów już nie ma,

otworzyły im się bramy nieba,

nauczyciel w pustej sali jednak czeka,

a, że stała się ta zbrodnia,

nigdy się ich nie doczeka

Pogoda

Nie ma zimy, nie ma lata,

nie ma wiosny, ni jesieni,

chmury mają swego kata,

nigdy świat się nie rozbieli.

Słońca dawno nie widzieli,

Księżyc chowa swoje oblicze,

nocy ciemnych już nie zliczę,

czy ta ciemność zabierze cośmy mieli?

Trawa czerwona, ziemia spalona,

woda czarna, biel bezbarwna,

nie mamy już ratunku

dla naszego ludzkiego gatunku

Oczy

Spójrz w me oczy, spójrz uczciwie,

patrz namiętnie i troskliwie,

otwórz usta, piękne usta

mów, mów mową, która nie będzie pusta

Wiesz, że paraliż mnie tak trzyma,

że ruszam tylko swymi oczyma,

gdybym mógł się jednak poruszyć,

wolałbym Ci wiernie służyć,

lecz w tej okoliczności przyczynie

dostrzegam swój udział,

bo gdym młody był myślałem o wyczynie,

lecz wózka nie chciałem na przydział

Już nie

Już nie ćpamy, nie pijemy,

nie palimy, nie kradniemy.

Są ku szczęściu ładniejsze drogi,

mimo że inny człowiek jest nam wrogi.

Czas nastał oczyszczenia,

czas krzyża swego niesienia,

I pokutę czas poczynić,

by się złem więcej nie winić

Ścieżkę swoją wyprostować,

do moralnych zasad się stosować.

Trzech żeglarzy

Trzej żeglarze do rejsu już przygotowani,

wypoczęci, napici, spakowani

Pierwszy, najstarszy brodę ma siwą,

płynęła razem z nim niejedną niwą.

Na spotkanie z morzem czeka pokornie,

bo poruszanie się idzie mu opornie.

Nastał świt, czas wypływu

tak, aby to zrobić w czasie odpływu.

Drugi żeglarz, chłopak młody

z wyglądu podobny do sowy,

zaznał morza smaku,

gdy pływał na pirackim wraku.

Idą tak w statku kierunku,

by wyruszyć w pełnym ekwipunku.

A ten trzeci, ten najmłodszy

nigdy wcześniej nie żeglował,

dla niego syn to ten najsłodszy,

to jego chciał na swe miejsce powołać.

Ostania modlitwa przed pożegnaniem

i zajmą się rejsem i pływaniem

Oby Neptun ich nie karał

za złe życie, wpadnięcie w kanał.

Otwórz

Otwórz swe serce i otwórz swe oczy,

daj zgodę, niech niepokój w nie wskoczy,

podziel na dwa swoje skronie,

niech twe ciało żywe spłonie,

żywy duch i martwe ciało,

wszystko wokół będzie płakało,

nie unikniesz ludzkiej męki i cierpienia,

chociaż wszystko wokół się zmienia,

nie unikniesz bóli i męki,

gdy nas wszystkich ogarną lęki,

płonie niebo i płonie piekło,

słowo diabła się rzekło

Niebo

Czy wyraźnie słyszysz mój głos,

gdy niebo upada prosto na mnie

piekło miażdży mnie od dołu,

czy nadal mnie słuchasz?

ulokowany między młotem a kowadłem,

zrażony złem pięknych słów,

skuszony dobrem tego zła

czy to już czas?

Czy właśnie teraz?

Pochylony przy balustradzie zadają to pytanie,

lecz wokół cisza, puste wołanie

<***>

po co?

Dlaczego?

Kto?

Komu?

Zbudowałem to,

zrujnujesz nas

będzie Twą ofiarą

komu nas poświęcisz


Gdzie?

Kiedy?

Jak?

Czy?

Wyślesz teraz nas

przyjdzie ten czas

doprowadzisz do tego

nas ocalisz

Ściany

Spójrz na te obdrapane ściany

i zniszczone elewacje,

poczuj ten smród i

dotknij też tej zgnilizny

słońce tu nigdy nie zachodzi,

bo przecież nigdy nie wschodzi,

ludzie dumnie nie kroczą schodami,

lecz do tyłu pełzają będąc robakami

Ksiądz nigdy nam nie błogosławił,

diabłu nas wystawił.

My tak z boku, zapomniani,

w społeczeństwie pochowani,

choć miłości ludzkiej nie znamy,

miłosierdziem siebie wzajemnie otaczamy.

Ręce

Patrzę na Twe ręce,

delikatne, dziewczęce

Twych polików dotykam,

ciało z ciałem stykam.

To nie jest czas rozstania,

przesilenia, płakania.

Nastał czas radości

po wypędzeniu niechcianych gości.

Unieś głowę,

zawieś na ustach podkowę

żyj,

do księżyca wyj!

Wojna

Wylicz mi swoje kłamstwa,

wyrzygaj na mnie lawę tego draństwa,

klęknij u stóp Naszej Matki,

nie rób z siebie chorej wariatki,

lecz z Matką porozmawiaj,

posłuchaj głosu zza świata,

błagam, tylko jej nie odmawiaj,

niech pokaże Ci piekło jako kata.

I skończ już chłopców marnowanie,

nie wykorzystuj ich nachalnie,

bo oni pójdą za Tobą,

taką jesteś piękną osobą

W stogu

W stogu miedzi i żelaza,

na hartowanej stalą łące,

pocałunek jak cyny waza,

nie smakuje, nie jest to osłabiające

najedz się magnezem,

potasu zasmakuj z majonezem,

nie narzekaj,

z pokorą czekaj,

w końcu świat industrialny

upomni się o drzewa i trawy.

W końcu świat banalny,

załatwi swoje sprawy

Moje serce

Moje serce

pogryzione, poszarpane

moje serce

wyrzygane

Moje serce

Tobie oddane

dziś oddajesz mi

i kończysz ten piękny sen


Wczoraj łąka, zieleń, słońce,

uśmiechy, pocałunki

Dziś Twój wzrok równa się z końcem

Zostawiasz mi tylko z doświadczeń rachunki


Poruszyłaś to, czego nikt nie ruszył,

skruszyłaś lód, którego nikt nie skruszył,

dałaś nadzieję, że jutro będzie lepsze

i choć chciałem, nie mogłaś dać więcej

Noc samobójców

Nastała dziś noc tajemnicza,

nikt śmierci nie podsumuje i nie podlicza,

jak liście jesienią z drzew spadają,

tak oni dziś od życia uciekają,

Ci zranieni,

Ci zdradzeni,

Bez pieniędzy

Bez perspektyw,

Oszukani,

Zgwałceni,

Niegotowi,

Zmęczeni


Lunatycy lecą w dół,

łamią się w pół,

Strzelają w skroń,

padają jak ustrzelony koń,

łykają tabletki,

w ruch idą żyletki

wieszają się w piwnicach,

rzucają się pod samochody na ulicach,

I nic nie powstrzyma człowieka,

któremu życie między palcami ucieka,

Nie pomoże człowiekowi człowiek,

gdy ten nie chce otwierać swych powiek.

Ukryj łzy po samobójcach,

nie próbuj zrozumieć tego, co dokonali

niech modlą się w swych Ogrójcach,

sami na siebie wyrok wydali

Karą najsurowszą się osądzili

od świata się odwrócili

bez możliwości apelacji,

dziś nie zjedzą z nami kolacji…

Ciało

Me ręce jedna drugiej nie lubi,

gdy pierwsza patrzy na drugą, to ona się gubi,

razem nie grają, sobie nie pomagają,

tylko się kłócą, która jest lepsza, która wygraną.


Podobny problem mają oczy,

każde w inną stroną dumnie kroczy,

razem nie spojrzą w miejsce jedno,

tylko wciąż walczą, choć widzą ledwo.


Nogi też nie idą w zgodzie,

jedna chodnikiem, druga w błocie.

Nie pomogą mi zdążyć do tramwaju,

tylko utrudnią nawzajem sobie odpoczynek w Dubaju.


Uszy równo też nie słuchają,

prawe szeptu nie słyszy, lewe gdy wołają,

paranoicznie boją się ciszy,

czekają aż ktoś się wyciszy

Kolacja

Nie było nikogo, kto był zaproszony,

nie było głodnych, choć indyk upieczony,

niedopite wino wylewa się z kielicha,

a nikt nie przyszedł, kicha…


Blask świecy jeszcze niesie się po domu,

lecz nikt nie mówi o niczym nikomu,

oczy wyłupane zastąpione rozbitym lustrem,

żebym przerwał tę cholerną pustkę


Z wyboru własnego

udałem się kiedyś do miejsca świętego,

znaków światła nie odczytałem

i tak już sam zostałem.

Poszukiwanie

Szukam miejsca, by się zabić,

szukam środków, by życia pozbawić,

a to wszystko dlatego,

że nie znalazłem sensu życia własnego,

każdy żyje i oddycha,

patrzy jak jego zegar tyka,

gdy w bierności pozostanie,

umrze zanim życie ustanie.

Lecz co robić i żyć po co

kiedy stąd odejdę nocą

gdy do mieszkania poniosą Cię kroki,

znajdziesz tylko moje zwłoki,

obgryzione, podrapane,

zniszczone i potargane.

Choć szukałem, nie znalazłem,

odchodzę z na twarzy orgazmem.

Psychika

Moja psychika, moje emocje,

tak bardzo krwawe, pokrojone na porcje,

niejeden człowiek je zajadał

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 23.94