E-book
2.93
drukowana A5
13.08
Myśli moje

Bezpłatny fragment - Myśli moje


Objętość:
38 str.
ISBN:
978-83-8126-646-8
E-book
za 2.93
drukowana A5
za 13.08

Wstęp

Posługiwanie się mową wiązaną fascynowało mnie od wczesnego dzieciństwa. Dużą przyjemność sprawiało mi zapisywanie we własnej pamięci poetyckich utworów polskich wieszczy, szczególnie wielkich romantyków. Rosnąc i dojrzewając w kulcie czytania, ulegałem pokusie osobistego zmierzenia się z wyzwaniami trudnej sztuki wierszowania. Pierwsze, nieśmiałe próby kończyły się natychmiastowym darciem papieru, który użyczył swej powierzchni mojej kulawej twórczości. Czyniłem to z panicznego strachu przed ewentualnym szyderstwem ze strony nieprzyjaznego, moim zdaniem, świata, który bezlitośnie strącał na dno pogardy profanów ze zwykłego podwórka tych, którzy podejmują próby znalezienia sobie miejsca u stóp Olimpu. Nie ustawałem jednak w pisaniu, choć ciągle nie udawało mi się polubić swoich wierszy i wierszyków. Nadal nie dawałem rady ośmielić się na tyle, aby wyjść z poetyckiej konspiracji. Kolejne zapisane kartki żółkły sobie dziesiątkami lat ukryte w głębokiej szufladzie. Te, które oparły się niszczycielskiej sile czasu, postanowiłem umieścić w niewielkim tomiku, aby uchronić je przed pogrążeniem się razem ze mną w niebycie.

Karnawał na prowincji

Kolorowe światła kołyszą się

Na falach tytoniowego dymu.

Toną w ostrym zapachu taniego wina.

Trzaskanie musztardówek wyznacza nastrój.


Gorące twarze błyszczą w blaszanych,

Parujących alkoholem instrumentach.

Po parkiecie miota się okaleczony twist.


Zamroczonym korkociągiem wkręca

Bezwładne ciała za stoły,

Pełne zbrukanej obfitości.


Bezwstydne, lepkie pocałunki

Zachłannie pożerają światło.

Ktoś klnie, że to elektrownia

Wyłączyła prąd.


Jakiś ponury typ udziela lekcji boksu.

Żałośnie kwili butelka nim się roztrzaska.


Dwunasta.

Pijane osobniki zamykają się w swych muszlach.

Przez otwarte drzwi wiatr goni

Ławicę zmarzniętego śniegu.


19 lutego 1964 roku

Idę do ciebie

Kiedy wieczór otwiera mi drzwi,

Rzucam kalendarz na śmietnik zapomnienia.

Ze smutkiem wiernym jak pies

Nasłuchuję wczorajszych szeptów.

Już słyszę, idę do ciebie

Z sadzą nocy na twarzy

Zastawiam sieci, żeby sny pochwycić,

Zanim świt zabłyśnie

W szkłach twoich okien.

W zwierciadłach, w których

Przegląda się moja słabość.

Nie wrócę

Kolumny sosen dźwigają ulewę.

Świat brzemienny wodą zatopił się w nocy.

Ciszę wypełni deszcz twoją twarzą,

Gdy piszę dla ciebie.

Wiem, że nie wrócę w deszczowy lipiec,

Utopić smutek w twoich oczach.


Sulejów, 19 lipca 1969 roku

Czyny mógłbym

Wstrząsa mną ponury zgrzyt trybów rozpaczy.

Wszystko, co dobre we mnie opór bierny toczy.

W duszy mej nadziei cienia nie zobaczysz,

Gdyby duszę otworzyć mogły twoje oczy.


Gdzieś za sobą wyczuwam wyciągnięte dłonie

Ludzi, co po niewczasie spieszyli z pomocą.

Za mną z żałosnym jękiem strzęp nadziei tonie.

Łkania ciche niby ptaki skrzydłami łopocą.


Lęk otwiera przede mną pustą przeraźliwie

Drogę, co brakło na niej nawet złych widziadeł.

Nawet na niej nie snują się zmory straszliwe,

Co w złe noce szarpały sny zatrute jadem.


Czyny mógłbym położyć za fundament słowom.

Smutkami, co już były, smucić się raz drugi.

Każdą minioną radość przeżywać na nowo.

Płacić staremu nowym nie zamknięte długi.


Zapisałbym duszę piekłu albo bym poskromił

Czynem zło, co na drodze stanęło przeszkodą.

Lecz co mogę, gdym ufność już dawno roztrwonił?

Co mogę przeciwstawić doznanym zawodom?

Jest we mnie

Jest we mnie bezdroże

Gdzie w czasoprzestrzeni

Stoją zgrzebne trumny

Gniazda tajemnic

Pożądające zmartwychwstania


Jeden dawny uśmiech — wędrowiec przybłęda —

Dźwiga kostur męczeństwa

Na naiwnych wargach


Jest we mnie bezdroże

Gdzie Szatan-idiota

Płacze nad Syzyfem

Gdzie kamienie rodzą kamienie

Gdzie zło jest smętne

A dobro koślawe

Bratnie od wędrownych wiatrów

Poczerniałe świątki


Jest we mnie bezdroże

Gdzie ptaki szklane

Żelaznym zgrzytaniem

Znaczą umieranie


Precyzyjnym szlifem

Światła załamanie

Drąży spróchniałe czaszki

Porzuconych bogów

Jest we mnie nienawiść i miłość

W bezpłodnym uścisku

W fałszywym zwierciadle świadomości

W kołtunie myśli mętnych

W pióropuszu słów

Twarde jak sens istnienia

Nieubłagane jak przemijanie.


Piotrków Trybunalski, 13 października 1970 r.

Córki marnotrawne

O myśli moje

Córki marnotrawne

Czy nigdy nie zdołam

Zebrać was razem

Wokół siebie


Czy jestem dla was ojczymem

Czy obcym zgoła

Że wymykacie się niesforne

Nieposłuszne woli rodziciela


Niepomne

Że to ja wydałem was na świat

Wykołysałem

Broniłem

Kiedy byłyście zbyt słabe

Żeby stawić czoła

Nieprzyjaznej rzeczywistości

Śmiertelny dałem wam byt

Obdarzyłem siłą sugestii


Przekazałem wszystko

Co ojciec

Ukochanym dzieciom

Dać może


Nieśmiertelne

Żyjecie własnym życiem

Niezależnie ode mnie

Własnymi chodzicie ścieżkami

Głuche na moje wołanie

Na łzy


Rzadko kiedy

Wraca córka marnotrawna

Gdy moje wołanie posłyszy

Wtedy przytulam ją do serca.

Jeszcze tylko…

Wiem, że odejść już stąd muszę,

Żaden czyn tego nie zmieni.

Jeszcze tylko wyrwę z duszy

Ten bolesny cierń nadziei.


Tylko chlasnę kubłem czerni

Na jesienny płaszcz purpury.

Z bagien smętne mgły przepędzę.

Słońce schowam poza chmury.


Już nie muszę spuszczać głowy,

Że przeszedłem mimo zdarzeń.

Już nie będę z smutkiem płowym,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.93
drukowana A5
za 13.08