E-book
6.83
drukowana A5
24.03
drukowana A5
Kolorowa
48.09
Myślę i myślę a życie ucieka…

Bezpłatny fragment - Myślę i myślę a życie ucieka…


4.5
Objętość:
110 str.
ISBN:
978-83-8189-232-2
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 24.03
drukowana A5
Kolorowa
za 48.09

Nadzwyczajni

Zasłuchana w opowieść nieznajomego,

Daremnie szukam w nas odmienności.

Jakże podobna jestem do niego…


Nasze początki i nasze końce

Są kropla w kroplę takie same

Nad wspólną Ziemią wspólne Słońce…

Razem

Wrota miłości mi otworzyłeś,

Dałeś mi wszystko, czego pragnęłam.

Do mego serca drogę kreśliłeś,

Ja wierzyć w szczęście wtedy zaczęłam.


Dziś jesteś ze mną o każdej porze,

Jeśli nie ciałem, to zawsze duszą.

Wiesz, że rozdzielić nic nas nie może,

Bo nasze serca razem być muszą.

Koniec

Bez ostrzeżenia miłosny czar prysnął,

To, co czuliśmy, nagle się skończyło.

W tętniące serce ktoś złym słowem cisnął,

Rozbił w kawałeczki, by dłużej nie biło.


Nawet jeśli złożę drobne części w całość,

Pozostaną blizny pamięci o tobie.

Ludzkie namiętności marną mają trwałość,

Żadnych o nas wspomnień nie zatrzymuj sobie.


Wiem, że znajdziesz wkrótce ukojenie

W ramionach dziś tobie nieznanych.

Ogarnąć cię może ogromne zdumienie,

Że we mnie nie byłeś wcale zakochany.

Zapominajka

Kiedy w ogrodzie stałam przy Tobie,

Miałam sukienkę w miłość.

Szkoda...Nie przypominasz sobie.


Obok altany rósł biały bez.

Zerwałeś dla niej bukiet.

Nadal pamiętam smak tamtych łez.


Moje imię nie brzmi jak z bajki.

Wiem… Już go nie pamiętasz.

Taki jest los Zapominajki.


Kiedy marzysz

Marząc o uczuciu skrycie,

Dławisz się gorzkimi łzami,

Oddałbyś za miłość życie,

Tulił ją słodkimi snami.


Kiedy zmory tej zapragniesz,

Nim przejrzysz na oczy,

W szpony cierpień nagle wpadniesz.

Tak cię miłość ta zaskoczy…

Nic

Zobaczysz, że nie ma nic

Przed Tobą biała plama

Przestrzeń bez końca

Baśń bez początku

Ptak

Zamknęli ptaka w klatce

A teraz on już nie chce uciekać

Dobrze mu umierać długo i wolno.


Nirwana

Ucichnąć jak lawa stygnąca.

Ucichnąć jak wicher po burzy

I zgasnąć jak gwiazda błyszcząca

I zwiędnąć jak ścięty kwiat róży.

Bo po co tak trwać w samotności,

Bo po co tak trwać w zapomnieniu

I tęsknić do dawnej nicości,

Kryjącej się w nieistnieniu.

Znieczulenie

Nie pozostało śladu z tamtego wyznania.

Zabrała je fala wzburzonego morza.

Nie ma już uczucia, ni oczekiwania,

Życia nie rozjaśnia jego oczu zorza.


On jej radość wydarł, z nią kawałek duszy.

Bez tego skraweczka nie przyjmą jej w Niebie,

Gdyż niczyja rozpacz serca już nie wzruszy,

Nikomu nie da już nic z głębin siebie.

Mrok

Słońce nad nimi nie daje blasku,

Nie dla nich jego ciepłe promienie.

Leżą na chłodnym, wilgotnym piasku,

Chwytając tylko przechodniów cienie.


Przestali myśleć o swoim życiu,

Oddając resztki uczuć otchłani.

Będą już wiecznie trwać tak w ukryciu.

Podczas gdy tamci słońcem skąpani.

Doskonałość

Dążyć do doskonałości

— Wieczna, długa droga.

Brak nam cierpliwości,

Brak miłości Boga.

Sen

Oczy już odchodzą w sen,

Lecz on nie chce ich zamykać.

Jutro będzie nowy dzień,

Przyjdzie z wiatrem się potykać.

Jutro także będzie noc,

Oczy znów odejdą w sen…

Kamień

Spośród wszystkich w świecie kamieni

Najcięższy na sercu twym leży.

Nie lśni on, w słońcu się nie mieni,

Odziera z marzeń, nie pozwala wierzyć.


Czy spadnie kiedyś z serca kamień?

Czy ciężar jego choć się zmniejszy?

Nie pytaj, w czyn głaz ciężki zamień,

Stając się przy tym szlachetniejszym.

Niebieskie migdały

Zasadził drzewko migdałowe

W ogrodzie pragnień niespełnionych.

Odtąd zaprząta jego głowę

Garścią owoców uskrzydlonych.


W białym obłoku kryjąc głowę,

Unosi się nad koronami drzew.

Dano mu pojąć ptaków mowę,

Rozumie ich radosny śpiew.


Kiedy przestanie iść po niebie?

Ziemia odpycha, raz przyciąga.

Przestał rozumieć nagle siebie,

Gdyż dusza ciału wciąż urąga —

Że nie chce latać, tak jak ona,

Że nie ma w sobie nic z anioła.

Czeka, aż jego ciało skona.

Czeka, aż przestrzeń go przywoła.

Nieśmiałość

Z bezpiecznej odległości spoglądam na Ciebie,

Kiedy się radujesz, lub jesteś w potrzebie.

Nie śmiem Tobie podać swej dłoni pomocnej,

Gdy płacz się rozlega pośród ciszy nocnej.


Nieśmiałość potworna zawładnęła ciałem.

Kiedy cicho łkałaś, ja w bezruchu stałem

Zamiast łzy otrzeć z twojej pięknej twarzy.

Pocieszyć, ucałować tylko mi się marzy.


Powinienem podejść...Na samą myśl o tym,

Na mym bladym czole występują poty.

Gdybym tylko wiedział, że zauważyłaś,

Jak wielki płomień w mym sercu wznieciłaś.


Nie wiem, co począć, jak pokonać siebie.

Z bukietem stokrotek pragnę biec do ciebie,

Cicho szepnąć, że kocham nawet twoje łzy,

Że moim jestestwem władasz tylko ty.


Pragnę wszystko wyznać, prawdy nie ukrywać,

Twym imieniem głośno mą miłość nazywać.

Lecz co będzie z sercem, kiedy mnie odrzucisz

I swoją odmową do reszty zasmucisz?


Czy będę mógł nadal kochać cię w ukryciu?

Czy twe światło zgaśnie na zawsze w mym życiu?

Może nie próbować żadnych wyznań wcale,

I w kieliszku wina dalej topić żale…


Do Julka

Żal mi ogromnie, że jak dwie planety

Oddalone od siebie lat świetlnych miliardy,

Nie spotkamy się nigdy. Niestety…

Bóg w postanowieniach jest twardy.


Ty nawet nie wiesz, że ten punkcik mały,

To jest właśnie miasto, w którym mi żyć przyszło.

Patrz, wielce się grody nam porozrastały,

Odkąd światło wolności nad Polską zabłysło.


Nie dane nam wspólnie krajem się radować.

Choć tu straszny chaos, nie brak mi Ojczyzny.

Nie wszyscy z nią rozłąki potrafią żałować,

Wielu teraz omotanych jest czarem obczyzny.


Szkoda, drogi Julku, że Cię tutaj nie ma.

Nikt nie zedrze z wiersza chmury Twej rozpaczy.

Czy, kiedy me szczątki strawi Polska Ziemia,

Bóg nam pozwoli choć raz się zobaczyć?

Konie

Łąka w późnej jesieni z bujnych traw wyrosła.

Pod stopami układa siennik pozłacany,

Na którym będzie teraz dzikie konie niosła

Do nieba lazuru, co w jeziorze rozlany.


Dzikie konie pędzą, lecz tętentu nie słychać.

Łąka uginając się pod ich kopytami,

Poczęła jedynie szelestem cichym wzdychać,

Nie splamiona po chyżym galopie śladami.


Posiadać serce wolne! Tak jak dzikie konie

Biec wciąż przed siebie, nie odwracając swych oczu.

Poczuć, jak chłodna Ziemia pod stopami płonie.


Ileż każdy z nas ludzi by za to zapłacił,

Aby w beztrosce radować się życiem swoim,

Lecz bezgraniczny spokój niejeden utracił.

Las

Smolista, prosta droga dzieli las przestronny

Na dwie połowy, wierzchołkami drzew złączone.

A nad nimi słońce, chmurami przygaszone,

Zrzuca z koron na bladą ziemię cień upiorny.


Wiatr strąca owoce i chowa w leśnej ściółce,

A sosna szyszką złotą cieszy nasze oczy.

Dziś smutna, siwa brzoza, co żywicą broczy,

Użycza swej gałęzi strudzonej jaskółce.


Tak pięknie pachnie lasem, aż się rozmarzyłam,

Beztroskie me dzieciństwo w myślach zagościło.

I te drzewa poznaję, jakże je kochałam…


Zawsze były w mym sercu, często o nich śniłam.

Wspominałam ten las a wnętrze się żaliło,

Że mu najwierniejszych przyjaciół odebrałam.

Zima

W oczach budynków małe światełka igrają,

Połyskując na szybach tęczą kolorową.

Na parapecie ktoś ułożył watę cukrową,

Którą słońca promienie w wodę zamieniają.


Sopel lodu, jak ostrze w ręku podniesionym,

Błyszczy złowrogo, jakby czyhał na ofiarę.

Wnet opada, by wymierzyć karę

Nagim drzewom, snem w ciszy zmożonym.


Niechaj myśli jak ten śnieg staną się białe.

Otwórzmy natychmiast bramy serc zastałe.

Ostre krawędzie dusz też trzeba wygładzić

By ziarno dobroci na wiosnę zasadzić.

Przeszłość

Twarz jego odmieniona obcymi rysami,

Jak zły duch powraca nagle do jej świata.

Mur rozłąki, potężniejący latami,

Gruzem wspomnień jej umysł przygniata.


— Miłość nasza martwa od wieków,

Dlaczego odgrzebujesz zwłoki?

Na samotność znam tysiące leków.

Błagam ucisz swoje ciężkie kroki.


Chciała ukryć się bardzo daleko,

W letargu słodkiego zaszyć się martwocie

Płynąć spokojnie samotności rzeką

I nie patrzeć już w oczy tęsknocie.

Nałóg

Spuchnięty mózg wypełnia Twą czaszkę,

Czujesz, że eksploduje jak bomba wielka.

Wyblakła, chuda ręka sięga po flaszkę,

Lecz ambrozji nie ma — pusta butelka.


Nogi wiotkie, jak sznurówki splątane,

Podcina zły, niewidzialny przeciwnik.

Znowu jesteś na dnie, a życie złamane

Błaga rozpaczliwie o krótki przerywnik.


Odleciały orły z metalowych blaszek,

Pozostawiając po sobie gniazda jedynie.

Nakładasz je na gwinty pustych flaszek

I obiecujesz, że dziś już nie odpłyniesz.


Szepce jednak twój przyjaciel dobry,

Że wrócą orły a na papierowym dywanie

Przyleci Jagiełło, z nim stary Chrobry

I razem wybierzecie się na polowanie.

Chorągiewka

Nie, nie, tak, nie, tak,

Tak, tak, nie, tak, nie.

Nie, tak, nie, tak, nie,

Tak, nie, tak, nie, tak.

Czy jest dobrze, czy też źle,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 24.03
drukowana A5
Kolorowa
za 48.09