E-book
15.75
drukowana A5
37.99
Myrmidonowie

Bezpłatny fragment - Myrmidonowie


Objętość:
68 str.
ISBN:
978-83-8455-106-6
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 37.99

Rozdział 1

Hellada

Olimp górował nad okolicznymi górami Mira siedziała na szczycie jednej z gór patrząc na świętą górę Grecji.

Niedawno udała się do Hellady z rozkazu starszyzny.

Obserwując Olimp spostrzegła kątek oka członka Myrmidonów.

— Wiem, że tam jesteś. — powiedziała odwracając się.

Żołnierz opuścił karabin.

Naszywka była prosta, dwa skrzyżowane miecze na czerwonym polu.

— Kim jesteś? — spytał podchodząc do niej ostrożnie.

— Możesz mnie nazwać duchem, upiorem, dzieckiem pomiędzy światami. — odparła. — Ale ja wolę po prostu moje imię, Mira. — przedstawiła się.

— Sklawenka?

— Tak.

— Jak na Słowiankę mówisz nieźle po grecku. — zauważył Grek.

— Szybko się uczę. — odparła.

Myrmidon zrobił jeszcze jeden krok.

— Nie powinnaś tu być. Olimp jest zamknięty dla obcych.

— Wiem. — spojrzała znów w stronę góry. — Dlatego tu jestem.

Zapadła cisza.

Wiatr poruszył trawą.

— Jesteś zwiadowcą? — spytał w końcu.

— Nie. — odpowiedziała. — Jestem ostrzeżeniem.

Uniósł lekko broń.

— Dla kogo?

— Dla was wszystkich.

Żołnierz napiął się.

— To brzmi jak groźba.

— To brzmi jak prawda. — spojrzała mu prosto w oczy. — Coś nadchodzi.

— Cały czas coś nadchodzi. — prychnął. — Jesteśmy Myrmidonami, nie boimy się cieni.

Mira lekko się uśmiechnęła.

— To nie są cienie.

Ziemia pod ich stopami delikatnie zadrżała.

Żołnierz natychmiast odwrócił głowę.

— Co to było…

Mira już patrzyła w dół zbocza.

— Coś, czego nie rozumiecie.

Z doliny unosiła się mgła.

Gęsta.

Czarna.

Nienaturalna.

— To nie jest normalne. — mruknął Myrmidon.

— Nie. — potwierdziła. — I to dopiero początek.

Żołnierz złapał za radio przy pasie.

— Tu patrol Alfa, mamy anomalię u podnóża góry, powtarzam—

Radio zamilkło.

Zgrzyt.

Cisza.

Mira westchnęła.

— Za późno.

Mgła zaczęła się poruszać.

Nie jak wiatr.

Jak coś żywego.

Z jej wnętrza wyłoniły się sylwetki.

Ludzkie.

Ale zdeformowane.

Jakby coś próbowało odtworzyć człowieka…

i nie do końca rozumiało jak.

Żołnierz podniósł karabin.

— Otworzę ogień.

— Nie. — powiedziała Mira stanowczo. — To nic nie da.

Jedna z istot podniosła głowę.

Spojrzała prosto na nich.

A potem—

ruszyła.

— SCHODZIMY! — krzyknął Myrmidon.

Ale Mira nie drgnęła.

Patrzyła.

Analizowała.

Uczyła się.

Istota była coraz bliżej.

Zbyt szybko.

Żołnierz nacisnął spust.

Seria.

Kule rozerwały ciało…

które natychmiast się złożyło.

— Co do…

Mira uniosła rękę.

— Cofnij się.

— A ty?!

— Nie przyszłam tu uciekać.

Istota była już kilka metrów od niej.

Wyciągnęła rękę.

Jakby chciała ją dotknąć.

Mira zrobiła krok naprzód.

Zamiast w tył.

— Coś cię tu przysłało. — powiedziała cicho. — Pokaż mi.

Istota zatrzymała się.

Zadrżała.

A potem…

z jej wnętrza wydobył się szept.

Nie jeden głos.

Wiele.

— Nadia…

Myrmidon zamarł.

— Co powiedziało…?

Mira zmrużyła oczy.

— Więc to już tu dotarło.

Spojrzała na Olimp.

— Teraz zacznie się prawdziwa wojna.

— Jak masz na imię? — spytała Mira, gdy schodzili do obozu.

— Achilleus. — odparł Grek poprawiając klamrę pasa.

— Ten Achilleus? — spytała rozbawiona.

— Nie. — na twarzy Greka pojawił się uśmiech. — Ale nadano mi to imię ze względu na niego.

Gdy weszli do obozu inni członkowie jego oddziału od razu spojrzeli na nią.

Była obca, nie pasowała tu.

— Kto to jest? — spytał jeden.

Mira pokazała naszywkę z Kołowrotem.

— Sklawenka. — powiedział Achilleus. — I chyba jedyna osoba mogąca nam wyjaśnić co tu się wyprawia.

Nagle za jego plecami otworzyła się szczelina.

— UWAŻAJ! — Mira odepchnęła go.

Ale ze szczeliny wyszła młoda dziewczyna o słomianych włosach.

— Kim ty…

— To ja ciociu. — uśmiechnęła się. — Ta, która sprowadziła to potwory.

— Nadia. — domyśliła się.

Dziewczyna skinęła głową.

— A więc to jest Grecja…

Niemal w tym samym czasie nieopodal obozu Gon stanął.

— Pamiętaj wnuku. — Odyn spojrzał na Brunhildę. — Dbaj o moją córkę.

Po wypowiedzeniu tych słów zniknął.

— Grecja. — mruknął Weles.

— Kolebka Europy psiakrew. — Zygfryd spojrzał na Olimp. — Zeus lub jak kto woli Jowisz nas obserwuje.

Brunhilda złapała się za brzuch.

— Spokojnie. — powiedziała do dziecka. — Nie kop mnie.

— Co z Mildą? — spytał Niemiec.

— Odpoczywa po porodzie. — Weles zapalił papierosa. — Kurwa jak można coś takiego brać fuj.

Nagle poczuł.

— Nadia… ona tu jest.

Mira patrzyła na dziewczynę.

Za długo.

Zbyt uważnie.

— To nie ona. — powiedziała cicho.

„Nadia” przechyliła głowę.

— Ale przecież mnie znasz, ciociu.

Uśmiech.

Zbyt idealny.

Zbyt pusty.

Achilleus uniósł broń.

— Nie ruszaj się.

Dziewczyna spojrzała na niego.

Jakby pierwszy raz zauważyła jego istnienie.

— A ty kim jesteś?

— Nie twoim problemem.

Mira zrobiła krok naprzód.

— To coś uczy się szybko.

— Ale nadal się myli. — dodała.

„Nadia” zmarszczyła lekko brwi.

— W czym?

— W emocjach.

Cisza.

Krótka.

Napięta.

— Nadia nie mówiłaby w ten sposób. — Mira spojrzała jej prosto w oczy. — Ona nie próbuje przekonywać. Ona po prostu jest.

Uśmiech zniknął.

Natychmiast.

Jakby ktoś go wyłączył.

Postać wyprostowała się.

Teraz wyglądała…

bardziej obco.

— Ciekawa obserwacja.

Głos się zmienił.

Głębszy.

Nienaturalny.

Achilleus przełknął ślinę.

— Co to jest…

Istota zrobiła krok.

W stronę Miry.

— A ty jesteś problemem.

Mira nie cofnęła się.

— Wiem.

I wtedy—

padł strzał.

Jeden z Myrmidonów nie wytrzymał.

Kula przeszła przez ciało dziewczyny.

Bez efektu.

Istota nawet nie spojrzała.

Zamiast tego…

wyciągnęła rękę.

Żołnierz, który strzelił—

uniósł się w powietrze.

Złapał się za gardło.

Nie dotykało go nic.

A jednak—

dusił się.

Achilleus krzyknął:

— OGIEŃ!

Salwa.

Seria za serią.

Bezużyteczne.

— To nie ma sensu! — wrzasnął ktoś.

Mira zamknęła oczy na sekundę.

Myślała.

Szybko.

— Achilleus!

— Co?!

— Odwróć ich uwagę!

— A ty?!

— Ona chce mnie.

Nie czekała na odpowiedź.

Rzuciła się do przodu.

Prosto na istotę.

Dziewczyna spojrzała na nią.

Z zainteresowaniem.

— Dobrze.

Zderzenie.

Nie fizyczne.

Coś innego.

Powietrze wokół nich pękło.

Na ułamek sekundy…

wszyscy zobaczyli coś innego.

Nie obóz.

Nie Grecję.

Tylko…

ciemność.

Bez końca.

Mira zacisnęła zęby.

— Wyjdź… z niej…

Istota przechyliła głowę.

— A dlaczego?

— Bo ona istnieje.

— A ja nie?

— To ty pasożytujesz.

Cisza.

Krótka.

Potem—

śmiech.

Nie jeden.

Wiele.

Nałożonych na siebie.

— A więc rozumiesz.

Mira poczuła, jak coś próbuje wejść do jej głowy.

Wspomnienia.

Obrazy.

Nie jej.

Odepchnęła to.

— Wypierdalaj.

Istota zadrżała.

Pierwszy raz.

Achilleus zauważył.

— Ona reaguje!

— Właśnie! — krzyknęła Mira. — To nie jest ciało, to projekcja!

Istota cofnęła się o krok.

Zirytowana.

— To nieważne.

Spojrzała na wszystkich.

— Ani trochę.

I wtedy—

zniknęła.

Po prostu.

Jakby nigdy jej nie było.

Żołnierz, który się dusił, spadł na ziemię.

Łapiąc powietrze.

Cisza.

Ciężka.

Achilleus opuścił broń.

— Co… to było…

Mira patrzyła w miejsce, gdzie stała.

— Zwiad.

Odwróciła się gwałtownie.

Spojrzała w stronę Olimpu.

— A teraz wie, że tu jesteśmy.

W tym samym czasie…

Weles zatrzymał się nagle.

— Nadia.

Zygfryd od razu spojrzał na niego.

— Gdzie?

— Blisko.

Za blisko.

Brunhilda ścisnęła jego dłoń.

— To ona?

Weles pokręcił głową.

— Nie.

Spojrzał w stronę obozu.

— To coś, co ją udaje.

Zygfryd odbezpieczył broń.

— Uwielbiam takie klimaty.

Ruszył pierwszy.

— Bez planu?! — krzyknął Weles.

— Z planem! — odparł. — Zabić wszystko, co się rusza!

Brunhilda uśmiechnęła się lekko.

— To jednak twój styl.

I ruszyła za nim.

Rozdział 2

Miecz Damoklesa

— Coś się zbliża. — mruknął jeden z żołnierzy po łacinie.

— Proszę, proszę Rzymianin. — Mira uśmiechnęła się lekko.

— Tak. — powiedział. — Mariusz.

— Ładne imię jak na kogoś z Italii.

Mariusz parsknął cicho.

— Ładne? — poprawił chwyt na karabinie. — To imię żołnierza, nie poety.

Mira przyjrzała mu się uważniej.

— A jednak brzmisz jak ktoś, kto widział więcej niż tylko pole bitwy.

— Widziałem. — odparł krótko. — I dlatego mówię: coś się zbliża.

Achilleus spojrzał w stronę doliny.

Mgła znów się pojawiała.

Tym razem szybciej.

Gęściej.

Jakby się uczyła.

— Zbierajcie się! — krzyknął. — Formacja obronna!

Żołnierze natychmiast zajęli pozycje.

Bez paniki.

Bez chaosu.

Dyscyplina.

Mira skinęła głową z uznaniem.

— Dobrzy jesteście.

— Musimy. — odparł Mariusz. — Bogowie patrzą.

Mira spojrzała na Olimp.

— Nie tylko oni.

W tym momencie—

ziemia zadrżała.

Mocniej niż wcześniej.

Jakby coś ciężkiego szło w ich stronę.

Krok.

Drugi.

Trzeci.

Nie było tego widać.

Ale było słychać.

I czuć.

— Coś dużego… — szepnął ktoś.

Mgła rozsunęła się.

Powoli.

Jak kurtyna.

I wtedy to zobaczyli.

Nie jedną istotę.

Nie kilka.

Dziesiątki.

Ale połączone.

Zlane w jedno.

Ogromne.

Poruszające się jak jeden organizm.

Mariusz ścisnął broń.

— Na bogów…

Mira zmrużyła oczy.

— To już nie zwiad.

Achilleus krzyknął:

— PRZYGOTOWAĆ SIĘ!

Potwór zatrzymał się.

Jakby oceniał.

Jakby wybierał.

A potem—

z jego wnętrza rozległ się głos.

Znany.

Zbyt znajomy.

— Zyg… fryd…

Mira zesztywniała.

— Nie…

Mariusz spojrzał na nią.

— Znasz to imię?

— Znam. — odparła cicho. — I to bardzo źle, że ono też je zna.

Potwór ruszył.

Ziemia zatrzęsła się pod jego ciężarem.

Achilleus podniósł rękę.

— CZEKAĆ…

Jeszcze bliżej.

Jeszcze.

Jeszcze—

— OGIEŃ!

Salwa rozerwała powietrze.

Kule uderzyły w masę ciał.

Część odpadła.

Ale natychmiast została zastąpiona.

Jakby to coś było niewyczerpane.

Mariusz przeładował broń.

— To nie padnie od kul!

— Wiem! — krzyknęła Mira. — Ale spowolnijcie to!

Potwór zamachnął się.

Uderzenie.

Ziemia eksplodowała.

Kilku żołnierzy poleciało w tył.

Krzyki.

Chaos.

Mira zacisnęła pięści.

— Jeśli to się przedrze…

Spojrzała na Olimp.

— To nie zatrzyma się tutaj.

W tym momencie—

coś przecięło powietrze.

Gwizd.

Metal.

Ostrze.

Miecz wbił się w ciało potwora.

Głęboko.

I po raz pierwszy—

to coś zawyło.

Naprawdę.

Z bólu.

Mira odwróciła się gwałtownie.

Na wzgórzu stał on.

Z karabinem przewieszonym przez ramię.

I drugim mieczem w dłoni.

— Znalazłem was. — mruknął.

Obok niego Brunhilda.

Z oczami pełnymi ognia.

Weles zapalił papierosa.

— No… to mamy problem.

Mira uśmiechnęła się lekko.

— W samą porę.

Rozdział 3

Inna kultura

Potwór natychmiast się rozleciał.

Ciała padły martwe.

— Za szybko. — mruknęła Brunhilda.

— Ty…

— Tak, to ja siostra. — odparła Walkiria ocierając krew z ust.

— Więcej barbarzyńców. — mruknął Achilleus.

— Jak nas nazwałeś? — spytał Weles.

— Słowo to dosłownie znaczy obcokrajowiec. — stwierdził Mariusz.

— Łatwo mówić komuś, kto zabijał moich przodków. — Zygfryd odbezpieczył broń.

— Nie walczmy. — Mira spojrzała Germanowi w oczy.

— Dobrze więc, chyba że nas wezmą do niewoli.

Achilleus zmierzył Zygfryda wzrokiem.

Długo.

Zbyt długo.

— Tu nie bierzemy jeńców. — powiedział chłodno.

Brunhilda uniosła lekko miecz.

— To dobrze się składa.

Mira weszła między nich.

— Dość.

Spojrzała najpierw na jednych.

Potem na drugich.

— Widzieliście, co się tu przed chwilą stało.

Nikt nie odpowiedział.

— Bo ja widziałam coś gorszego. — dodała ciszej. — To dopiero początek.

Mariusz poprawił pas.

— Ma rację.

Achilleus nie spuszczał wzroku z Zygfryda.

— Ale to nie zmienia faktu, że nie wiemy kim oni są.

— Wiemy. — odparła Mira. — To ci, o których mówiło… to coś.

Zapadła cisza.

Ciężka.

Zygfryd parsknął.

— No świetnie. Czyli jesteśmy sławni.

— W złym sensie. — dodał Weles.

Achilleus powoli opuścił broń.

— Nazwiska.

— Zygfryd. — powiedział bez wahania.

— Brunhilda.

— Weles.

Mira wskazała na Rzymianina.

— Mariusz.

Ten skinął głową.

— Achilleus. — dodał dowódca.

Znów cisza.

Ale już inna.

Nie wroga.

Ostrożna.

Zygfryd spojrzał na obóz.

— Dziwne miejsce.

— To obóz wojskowy. — odparł Achilleus.

— Nie. — pokręcił głową Niemiec. — Mówię o was.

Brunhilda skrzyżowała ręce.

— Macie bogów nad głowami, a walczycie jak zwykli ludzie.

Mariusz uśmiechnął się lekko.

— Bo jesteśmy ludźmi.

— To was zabije. — stwierdził Weles.

— Nie. — odparł spokojnie Rzymianin. — To nas definiuje.

Zygfryd spojrzał na niego z zainteresowaniem.

— To akurat rozumiem.

Achilleus westchnął.

— Dobrze. Skoro już się nie pozabijaliśmy… powiedzcie mi jedno.

Wskazał w stronę, gdzie przed chwilą był potwór.

— Co to było.

Zygfryd spojrzał na Brunhildę.

Potem na Welesa.

W końcu na Mirę.

— To coś, co chce zniszczyć wszystko.

Mała pauza.

— A przede wszystkim ją.

— W kogo? — spytał Achilleus.

Weles odpowiedział.

— Dziecko.

Mariusz zmarszczył brwi.

— Dziecko?

— Tak. — powiedziała Brunhilda. — I jeśli to coś tu dotarło…

Spojrzała na Olimp.

— …to znaczy, że wasze góry też nie są bezpieczne.

Achilleus zacisnął szczękę.

— Olimp jest twierdzą.

Mira pokręciła głową.

— Nie przed tym.

Cisza.

W końcu Mariusz odezwał się spokojnie:

— W takim razie mamy wspólnego wroga.

Zygfryd uśmiechnął się krzywo.

— No proszę. Rzymianin mówi coś mądrego.

Mariusz spojrzał na niego.

— A ty brzmisz jak ktoś, kto jeszcze nie przegrał wojny.

Zygfryd uniósł brew.

— Kto powiedział, że nie przegrałem?

To zdanie zawisło w powietrzu.

Ciężkie.

Prawdziwe.

Achilleus westchnął.

— Dobra. Koniec gadania.

Spojrzał na wszystkich.

— Jeśli to coś wróci… chcę wiedzieć, jak to zabić.

Mira odpowiedziała bez wahania:

— Nie zabijecie tego.

— To co mamy zrobić? — warknął.

Spojrzała na Zygfryda.

Potem na Brunhildę.

— Iść do Olimpu.

Cisza.

Tym razem pełna napięcia.

Mariusz pierwszy się odezwał:

— To nie będzie łatwe.

Achilleus tylko skinął głową.

— Nie musi być.

Zygfryd założył karabin na ramię.

— Uwielbiam takie wycieczki.

Brunhilda uśmiechnęła się lekko.

— Ja też.

Weles westchnął.

— No to idziemy do bogów.

Mira spojrzała na górę.

Na Olimp.

Tym razem bez spokoju.

— Tylko żeby nie było za późno…

Droga była stroma.

Zbyt stroma dla ludzi.

Ale mimo to szli.

Myrmidonowie przodem.

Zygfryd z resztą za nimi.

Powietrze zmieniało się z każdym krokiem.

Lżejsze.

Czystsze.

Ale też…

cięższe.

Jakby coś ich obserwowało.

— To nie jest zwykła góra. — mruknął Weles.

— To nigdy nie była zwykła góra. — odparł Mariusz.

Brunhilda zatrzymała się na chwilę.

— Zygfryd…

— Tak?

— Czujesz to?

Skinął głową.

— Tak jak w Asgardzie… ale inaczej.

— Bardziej… wyniośle. — dodała.

W końcu dotarli.

Szczyt.

A raczej…

coś ponad nim.

Niebo było inne.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 37.99