Rozdział 1
Hellada
Olimp górował nad okolicznymi górami Mira siedziała na szczycie jednej z gór patrząc na świętą górę Grecji.
Niedawno udała się do Hellady z rozkazu starszyzny.
Obserwując Olimp spostrzegła kątek oka członka Myrmidonów.
— Wiem, że tam jesteś. — powiedziała odwracając się.
Żołnierz opuścił karabin.
Naszywka była prosta, dwa skrzyżowane miecze na czerwonym polu.
— Kim jesteś? — spytał podchodząc do niej ostrożnie.
— Możesz mnie nazwać duchem, upiorem, dzieckiem pomiędzy światami. — odparła. — Ale ja wolę po prostu moje imię, Mira. — przedstawiła się.
— Sklawenka?
— Tak.
— Jak na Słowiankę mówisz nieźle po grecku. — zauważył Grek.
— Szybko się uczę. — odparła.
Myrmidon zrobił jeszcze jeden krok.
— Nie powinnaś tu być. Olimp jest zamknięty dla obcych.
— Wiem. — spojrzała znów w stronę góry. — Dlatego tu jestem.
Zapadła cisza.
Wiatr poruszył trawą.
— Jesteś zwiadowcą? — spytał w końcu.
— Nie. — odpowiedziała. — Jestem ostrzeżeniem.
Uniósł lekko broń.
— Dla kogo?
— Dla was wszystkich.
Żołnierz napiął się.
— To brzmi jak groźba.
— To brzmi jak prawda. — spojrzała mu prosto w oczy. — Coś nadchodzi.
— Cały czas coś nadchodzi. — prychnął. — Jesteśmy Myrmidonami, nie boimy się cieni.
Mira lekko się uśmiechnęła.
— To nie są cienie.
Ziemia pod ich stopami delikatnie zadrżała.
Żołnierz natychmiast odwrócił głowę.
— Co to było…
Mira już patrzyła w dół zbocza.
— Coś, czego nie rozumiecie.
Z doliny unosiła się mgła.
Gęsta.
Czarna.
Nienaturalna.
— To nie jest normalne. — mruknął Myrmidon.
— Nie. — potwierdziła. — I to dopiero początek.
Żołnierz złapał za radio przy pasie.
— Tu patrol Alfa, mamy anomalię u podnóża góry, powtarzam—
Radio zamilkło.
Zgrzyt.
Cisza.
Mira westchnęła.
— Za późno.
Mgła zaczęła się poruszać.
Nie jak wiatr.
Jak coś żywego.
Z jej wnętrza wyłoniły się sylwetki.
Ludzkie.
Ale zdeformowane.
Jakby coś próbowało odtworzyć człowieka…
i nie do końca rozumiało jak.
Żołnierz podniósł karabin.
— Otworzę ogień.
— Nie. — powiedziała Mira stanowczo. — To nic nie da.
Jedna z istot podniosła głowę.
Spojrzała prosto na nich.
A potem—
ruszyła.
— SCHODZIMY! — krzyknął Myrmidon.
Ale Mira nie drgnęła.
Patrzyła.
Analizowała.
Uczyła się.
Istota była coraz bliżej.
Zbyt szybko.
Żołnierz nacisnął spust.
Seria.
Kule rozerwały ciało…
które natychmiast się złożyło.
— Co do…
Mira uniosła rękę.
— Cofnij się.
— A ty?!
— Nie przyszłam tu uciekać.
Istota była już kilka metrów od niej.
Wyciągnęła rękę.
Jakby chciała ją dotknąć.
Mira zrobiła krok naprzód.
Zamiast w tył.
— Coś cię tu przysłało. — powiedziała cicho. — Pokaż mi.
Istota zatrzymała się.
Zadrżała.
A potem…
z jej wnętrza wydobył się szept.
Nie jeden głos.
Wiele.
— Nadia…
Myrmidon zamarł.
— Co powiedziało…?
Mira zmrużyła oczy.
— Więc to już tu dotarło.
Spojrzała na Olimp.
— Teraz zacznie się prawdziwa wojna.
…
— Jak masz na imię? — spytała Mira, gdy schodzili do obozu.
— Achilleus. — odparł Grek poprawiając klamrę pasa.
— Ten Achilleus? — spytała rozbawiona.
— Nie. — na twarzy Greka pojawił się uśmiech. — Ale nadano mi to imię ze względu na niego.
Gdy weszli do obozu inni członkowie jego oddziału od razu spojrzeli na nią.
Była obca, nie pasowała tu.
— Kto to jest? — spytał jeden.
Mira pokazała naszywkę z Kołowrotem.
— Sklawenka. — powiedział Achilleus. — I chyba jedyna osoba mogąca nam wyjaśnić co tu się wyprawia.
Nagle za jego plecami otworzyła się szczelina.
— UWAŻAJ! — Mira odepchnęła go.
Ale ze szczeliny wyszła młoda dziewczyna o słomianych włosach.
— Kim ty…
— To ja ciociu. — uśmiechnęła się. — Ta, która sprowadziła to potwory.
— Nadia. — domyśliła się.
Dziewczyna skinęła głową.
— A więc to jest Grecja…
Niemal w tym samym czasie nieopodal obozu Gon stanął.
— Pamiętaj wnuku. — Odyn spojrzał na Brunhildę. — Dbaj o moją córkę.
Po wypowiedzeniu tych słów zniknął.
— Grecja. — mruknął Weles.
— Kolebka Europy psiakrew. — Zygfryd spojrzał na Olimp. — Zeus lub jak kto woli Jowisz nas obserwuje.
Brunhilda złapała się za brzuch.
— Spokojnie. — powiedziała do dziecka. — Nie kop mnie.
— Co z Mildą? — spytał Niemiec.
— Odpoczywa po porodzie. — Weles zapalił papierosa. — Kurwa jak można coś takiego brać fuj.
Nagle poczuł.
— Nadia… ona tu jest.
Mira patrzyła na dziewczynę.
Za długo.
Zbyt uważnie.
— To nie ona. — powiedziała cicho.
„Nadia” przechyliła głowę.
— Ale przecież mnie znasz, ciociu.
Uśmiech.
Zbyt idealny.
Zbyt pusty.
Achilleus uniósł broń.
— Nie ruszaj się.
Dziewczyna spojrzała na niego.
Jakby pierwszy raz zauważyła jego istnienie.
— A ty kim jesteś?
— Nie twoim problemem.
Mira zrobiła krok naprzód.
— To coś uczy się szybko.
— Ale nadal się myli. — dodała.
„Nadia” zmarszczyła lekko brwi.
— W czym?
— W emocjach.
Cisza.
Krótka.
Napięta.
— Nadia nie mówiłaby w ten sposób. — Mira spojrzała jej prosto w oczy. — Ona nie próbuje przekonywać. Ona po prostu jest.
Uśmiech zniknął.
Natychmiast.
Jakby ktoś go wyłączył.
Postać wyprostowała się.
Teraz wyglądała…
bardziej obco.
— Ciekawa obserwacja.
Głos się zmienił.
Głębszy.
Nienaturalny.
Achilleus przełknął ślinę.
— Co to jest…
Istota zrobiła krok.
W stronę Miry.
— A ty jesteś problemem.
Mira nie cofnęła się.
— Wiem.
I wtedy—
padł strzał.
Jeden z Myrmidonów nie wytrzymał.
Kula przeszła przez ciało dziewczyny.
Bez efektu.
Istota nawet nie spojrzała.
Zamiast tego…
wyciągnęła rękę.
Żołnierz, który strzelił—
uniósł się w powietrze.
Złapał się za gardło.
Nie dotykało go nic.
A jednak—
dusił się.
Achilleus krzyknął:
— OGIEŃ!
Salwa.
Seria za serią.
Bezużyteczne.
— To nie ma sensu! — wrzasnął ktoś.
Mira zamknęła oczy na sekundę.
Myślała.
Szybko.
— Achilleus!
— Co?!
— Odwróć ich uwagę!
— A ty?!
— Ona chce mnie.
Nie czekała na odpowiedź.
Rzuciła się do przodu.
Prosto na istotę.
Dziewczyna spojrzała na nią.
Z zainteresowaniem.
— Dobrze.
Zderzenie.
Nie fizyczne.
Coś innego.
Powietrze wokół nich pękło.
Na ułamek sekundy…
wszyscy zobaczyli coś innego.
Nie obóz.
Nie Grecję.
Tylko…
ciemność.
Bez końca.
Mira zacisnęła zęby.
— Wyjdź… z niej…
Istota przechyliła głowę.
— A dlaczego?
— Bo ona istnieje.
— A ja nie?
— To ty pasożytujesz.
Cisza.
Krótka.
Potem—
śmiech.
Nie jeden.
Wiele.
Nałożonych na siebie.
— A więc rozumiesz.
Mira poczuła, jak coś próbuje wejść do jej głowy.
Wspomnienia.
Obrazy.
Nie jej.
Odepchnęła to.
— Wypierdalaj.
Istota zadrżała.
Pierwszy raz.
Achilleus zauważył.
— Ona reaguje!
— Właśnie! — krzyknęła Mira. — To nie jest ciało, to projekcja!
Istota cofnęła się o krok.
Zirytowana.
— To nieważne.
Spojrzała na wszystkich.
— Ani trochę.
I wtedy—
zniknęła.
Po prostu.
Jakby nigdy jej nie było.
Żołnierz, który się dusił, spadł na ziemię.
Łapiąc powietrze.
Cisza.
Ciężka.
Achilleus opuścił broń.
— Co… to było…
Mira patrzyła w miejsce, gdzie stała.
— Zwiad.
Odwróciła się gwałtownie.
Spojrzała w stronę Olimpu.
— A teraz wie, że tu jesteśmy.
W tym samym czasie…
Weles zatrzymał się nagle.
— Nadia.
Zygfryd od razu spojrzał na niego.
— Gdzie?
— Blisko.
Za blisko.
Brunhilda ścisnęła jego dłoń.
— To ona?
Weles pokręcił głową.
— Nie.
Spojrzał w stronę obozu.
— To coś, co ją udaje.
Zygfryd odbezpieczył broń.
— Uwielbiam takie klimaty.
Ruszył pierwszy.
— Bez planu?! — krzyknął Weles.
— Z planem! — odparł. — Zabić wszystko, co się rusza!
Brunhilda uśmiechnęła się lekko.
— To jednak twój styl.
I ruszyła za nim.
Rozdział 2
Miecz Damoklesa
— Coś się zbliża. — mruknął jeden z żołnierzy po łacinie.
— Proszę, proszę Rzymianin. — Mira uśmiechnęła się lekko.
— Tak. — powiedział. — Mariusz.
— Ładne imię jak na kogoś z Italii.
Mariusz parsknął cicho.
— Ładne? — poprawił chwyt na karabinie. — To imię żołnierza, nie poety.
Mira przyjrzała mu się uważniej.
— A jednak brzmisz jak ktoś, kto widział więcej niż tylko pole bitwy.
— Widziałem. — odparł krótko. — I dlatego mówię: coś się zbliża.
Achilleus spojrzał w stronę doliny.
Mgła znów się pojawiała.
Tym razem szybciej.
Gęściej.
Jakby się uczyła.
— Zbierajcie się! — krzyknął. — Formacja obronna!
Żołnierze natychmiast zajęli pozycje.
Bez paniki.
Bez chaosu.
Dyscyplina.
Mira skinęła głową z uznaniem.
— Dobrzy jesteście.
— Musimy. — odparł Mariusz. — Bogowie patrzą.
Mira spojrzała na Olimp.
— Nie tylko oni.
W tym momencie—
ziemia zadrżała.
Mocniej niż wcześniej.
Jakby coś ciężkiego szło w ich stronę.
Krok.
Drugi.
Trzeci.
Nie było tego widać.
Ale było słychać.
I czuć.
— Coś dużego… — szepnął ktoś.
Mgła rozsunęła się.
Powoli.
Jak kurtyna.
I wtedy to zobaczyli.
Nie jedną istotę.
Nie kilka.
Dziesiątki.
Ale połączone.
Zlane w jedno.
Ogromne.
Poruszające się jak jeden organizm.
Mariusz ścisnął broń.
— Na bogów…
Mira zmrużyła oczy.
— To już nie zwiad.
Achilleus krzyknął:
— PRZYGOTOWAĆ SIĘ!
Potwór zatrzymał się.
Jakby oceniał.
Jakby wybierał.
A potem—
z jego wnętrza rozległ się głos.
Znany.
Zbyt znajomy.
— Zyg… fryd…
Mira zesztywniała.
— Nie…
Mariusz spojrzał na nią.
— Znasz to imię?
— Znam. — odparła cicho. — I to bardzo źle, że ono też je zna.
Potwór ruszył.
Ziemia zatrzęsła się pod jego ciężarem.
Achilleus podniósł rękę.
— CZEKAĆ…
Jeszcze bliżej.
Jeszcze.
Jeszcze—
— OGIEŃ!
Salwa rozerwała powietrze.
Kule uderzyły w masę ciał.
Część odpadła.
Ale natychmiast została zastąpiona.
Jakby to coś było niewyczerpane.
Mariusz przeładował broń.
— To nie padnie od kul!
— Wiem! — krzyknęła Mira. — Ale spowolnijcie to!
Potwór zamachnął się.
Uderzenie.
Ziemia eksplodowała.
Kilku żołnierzy poleciało w tył.
Krzyki.
Chaos.
Mira zacisnęła pięści.
— Jeśli to się przedrze…
Spojrzała na Olimp.
— To nie zatrzyma się tutaj.
W tym momencie—
coś przecięło powietrze.
Gwizd.
Metal.
Ostrze.
Miecz wbił się w ciało potwora.
Głęboko.
I po raz pierwszy—
to coś zawyło.
Naprawdę.
Z bólu.
Mira odwróciła się gwałtownie.
Na wzgórzu stał on.
Z karabinem przewieszonym przez ramię.
I drugim mieczem w dłoni.
— Znalazłem was. — mruknął.
Obok niego Brunhilda.
Z oczami pełnymi ognia.
Weles zapalił papierosa.
— No… to mamy problem.
Mira uśmiechnęła się lekko.
— W samą porę.
Rozdział 3
Inna kultura
Potwór natychmiast się rozleciał.
Ciała padły martwe.
— Za szybko. — mruknęła Brunhilda.
— Ty…
— Tak, to ja siostra. — odparła Walkiria ocierając krew z ust.
— Więcej barbarzyńców. — mruknął Achilleus.
— Jak nas nazwałeś? — spytał Weles.
— Słowo to dosłownie znaczy obcokrajowiec. — stwierdził Mariusz.
— Łatwo mówić komuś, kto zabijał moich przodków. — Zygfryd odbezpieczył broń.
— Nie walczmy. — Mira spojrzała Germanowi w oczy.
— Dobrze więc, chyba że nas wezmą do niewoli.
Achilleus zmierzył Zygfryda wzrokiem.
Długo.
Zbyt długo.
— Tu nie bierzemy jeńców. — powiedział chłodno.
Brunhilda uniosła lekko miecz.
— To dobrze się składa.
Mira weszła między nich.
— Dość.
Spojrzała najpierw na jednych.
Potem na drugich.
— Widzieliście, co się tu przed chwilą stało.
Nikt nie odpowiedział.
— Bo ja widziałam coś gorszego. — dodała ciszej. — To dopiero początek.
Mariusz poprawił pas.
— Ma rację.
Achilleus nie spuszczał wzroku z Zygfryda.
— Ale to nie zmienia faktu, że nie wiemy kim oni są.
— Wiemy. — odparła Mira. — To ci, o których mówiło… to coś.
Zapadła cisza.
Ciężka.
Zygfryd parsknął.
— No świetnie. Czyli jesteśmy sławni.
— W złym sensie. — dodał Weles.
Achilleus powoli opuścił broń.
— Nazwiska.
— Zygfryd. — powiedział bez wahania.
— Brunhilda.
— Weles.
Mira wskazała na Rzymianina.
— Mariusz.
Ten skinął głową.
— Achilleus. — dodał dowódca.
Znów cisza.
Ale już inna.
Nie wroga.
Ostrożna.
Zygfryd spojrzał na obóz.
— Dziwne miejsce.
— To obóz wojskowy. — odparł Achilleus.
— Nie. — pokręcił głową Niemiec. — Mówię o was.
Brunhilda skrzyżowała ręce.
— Macie bogów nad głowami, a walczycie jak zwykli ludzie.
Mariusz uśmiechnął się lekko.
— Bo jesteśmy ludźmi.
— To was zabije. — stwierdził Weles.
— Nie. — odparł spokojnie Rzymianin. — To nas definiuje.
Zygfryd spojrzał na niego z zainteresowaniem.
— To akurat rozumiem.
Achilleus westchnął.
— Dobrze. Skoro już się nie pozabijaliśmy… powiedzcie mi jedno.
Wskazał w stronę, gdzie przed chwilą był potwór.
— Co to było.
Zygfryd spojrzał na Brunhildę.
Potem na Welesa.
W końcu na Mirę.
— To coś, co chce zniszczyć wszystko.
Mała pauza.
— A przede wszystkim ją.
— W kogo? — spytał Achilleus.
Weles odpowiedział.
— Dziecko.
Mariusz zmarszczył brwi.
— Dziecko?
— Tak. — powiedziała Brunhilda. — I jeśli to coś tu dotarło…
Spojrzała na Olimp.
— …to znaczy, że wasze góry też nie są bezpieczne.
Achilleus zacisnął szczękę.
— Olimp jest twierdzą.
Mira pokręciła głową.
— Nie przed tym.
Cisza.
W końcu Mariusz odezwał się spokojnie:
— W takim razie mamy wspólnego wroga.
Zygfryd uśmiechnął się krzywo.
— No proszę. Rzymianin mówi coś mądrego.
Mariusz spojrzał na niego.
— A ty brzmisz jak ktoś, kto jeszcze nie przegrał wojny.
Zygfryd uniósł brew.
— Kto powiedział, że nie przegrałem?
To zdanie zawisło w powietrzu.
Ciężkie.
Prawdziwe.
Achilleus westchnął.
— Dobra. Koniec gadania.
Spojrzał na wszystkich.
— Jeśli to coś wróci… chcę wiedzieć, jak to zabić.
Mira odpowiedziała bez wahania:
— Nie zabijecie tego.
— To co mamy zrobić? — warknął.
Spojrzała na Zygfryda.
Potem na Brunhildę.
— Iść do Olimpu.
Cisza.
Tym razem pełna napięcia.
Mariusz pierwszy się odezwał:
— To nie będzie łatwe.
Achilleus tylko skinął głową.
— Nie musi być.
Zygfryd założył karabin na ramię.
— Uwielbiam takie wycieczki.
Brunhilda uśmiechnęła się lekko.
— Ja też.
Weles westchnął.
— No to idziemy do bogów.
Mira spojrzała na górę.
Na Olimp.
Tym razem bez spokoju.
— Tylko żeby nie było za późno…
…
Droga była stroma.
Zbyt stroma dla ludzi.
Ale mimo to szli.
Myrmidonowie przodem.
Zygfryd z resztą za nimi.
Powietrze zmieniało się z każdym krokiem.
Lżejsze.
Czystsze.
Ale też…
cięższe.
Jakby coś ich obserwowało.
— To nie jest zwykła góra. — mruknął Weles.
— To nigdy nie była zwykła góra. — odparł Mariusz.
Brunhilda zatrzymała się na chwilę.
— Zygfryd…
— Tak?
— Czujesz to?
Skinął głową.
— Tak jak w Asgardzie… ale inaczej.
— Bardziej… wyniośle. — dodała.
W końcu dotarli.
Szczyt.
A raczej…
coś ponad nim.
Niebo było inne.