E-book
13.65
drukowana A5
49.82
Mucha

Bezpłatny fragment - Mucha


5
Objętość:
303 str.
ISBN:
978-83-8221-554-0
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 49.82

Prolog

Żyjemy w świecie gdzie konsumpcja jest najważniejszym, podstawowym i nieodłącznym elementem naszego bytu. Zaślepieni nagłą masową dezintegracją mózgu populacji, stajemy się szarymi pracoholikami lub popychadłami społeczeństwa. Tam, gdzie byt w mass mediach urósł do rangi cenniejszej niż jakikolwiek kruszec, tam najniższa z klas społecznych, świadomie lub nie, decyduje się żyć w odseparowaniu. Ci, którzy zrozumieli ową wadę systemu i postępu współczesnego świata na oślep biegnącego po laury samo destrukcji — w pewien sposób zwyciężyli. Tylko czy człowiek tak dumnie wychwalany swym rozumem i inteligencją jest w stanie pojąć, że ludzie ci, tak zwane — wyrzutki społeczne — też są istotą ludzką?

Świat osiągnął poziom zadufania i ignorancji wobec innej jednostki, zwłaszcza tej biednej, która jest w pewien sposób poszkodowana. To właśnie my jesteśmy sprawcami ich losu. To my poniekąd odpowiadamy za ich destrukcję i śmierć z głodu czy przepicia. Nikt w codziennym życiu przechadzając się po ulicy na wieczornym spacerze, nie zastanawia się jak ci ludzie potrafią przetrwać na ulicy. Nikt nie zwróci uwagi, gdy spotykana codziennie przez nas osoba nagle zniknie. Może przeleci nam przez myśl, że to dzisiaj się coś zmieniło, ale czy zapytamy siebie: co się tak właściwie stało?

Zauważymy czyjeś zniknięcie?

Zastanawialiście się ile rocznie zgłaszanych jest zaginięć? Ile w ciągu roku, miesiąca, tygodnia czy dnia odnotowuje się zaginięć? I jak wiele z tych zgłoszeń jest fałszywa, a ile z tych osób udaje się odnaleźć? Ilu z całej tej liczby to osoby bezdomne? Ile z tych zgłoszeń traktuje się poważnie i podejmuje się procedury, jakie uruchamiane są podczas zgłaszania zaginięcia „normalnej” osoby, człowieka. Kto decyduje, które z tych zgłoszeń ma większą wagę, kto dał mu prawo oceniać i kategoryzować z góry człowieka, żywą istotę.

Przecież, każdy z nas obdarty z ubrania jest taki sam.

Zmierzamy tylko w jednym kierunku — wewnętrznej destrukcji.

Rozdział 1

Poruszał się bezszelestnie w mroku, jak duch, zjawa niedorzeczna i niemająca prawa bytu w łańcuchu pokarmowym. Istota, czarna i potężna, silna i łaknąca nowych ofiar będących smakowitą pożywką. W głowie przewijała się masa informacji, obrazów z przeszłości, brutalnych, drastycznych, dramatycznych, to one były jego umysłem posklejanym z mizernych emocjonalnych skrawków, dających ułudę życia. Nieład zakorzenił się w zwojach mózgowych i osadził po za wybrakowanym ciałem. Dorastał w mroku i zaprzyjaźnił się z nim, zawierając pakt.

Smakując po raz pierwszy zła, zachłysnął się nim i zapragnął więcej. Był dla niego narkotykiem, łzami, których nikt nie uronił nad jego losem. Nie chciał współczucia, nie rozumiał ludzi, którzy współczuli innym, słowo empatia nigdy nie towarzyszyło w jego słowniku, a już na pewno w codzienności.

Coś, co dla niektórych wydawało się przerażające, dla niego było sensem i rozrywką, było nadzieją na lepsze jutro. Otchłań, która go otaczała, stała się jedyną rodziną. Rozpostarł swoje długie macki, wypiął pierś ku pełni księżyca i nozdrzami wdychał nocne wilgotne powietrze.

Rozdział 2

Rybnik, 10 lipca 2012 roku

Rozpacz wlewa się na przepitą i pomarszczoną od alkoholu twarz. Nigdy przedtem nie była tak wystraszona jak teraz. Życie przysporzyło jej problemów i dało solidnego kopniaka w tyłek, ale strach o życie nigdy nie był większy. Zawsze była sama, samotna pośród miliarda istnień. Odrzucona przez rodzinę i znienawidzona przez rodziców. Wybrała swoją drogę i w tym była sumienna, reszta była niczym. Budząc się o poranku z przepełnionym pęcherzem, przesuwa rękę w lewo, palce dotykają pustego legowiska jej mężczyzny. Nie jest to pierwszy raz, więc nie wywołuje to u niej zaniepokojenia. Czeka cierpliwie zajadając się ostatnimi kęsami przeterminowanej mielonki w puszce. Kilka godzin później zaczyna obgryzać brudne paznokcie i drapać się ze zdenerwowania po obklejonych brudem włosach. Głód zaciska pusty żołądek, sięga po ukryty czerstwy bochenek chleba, pochłania kęsy z prędkością światła, popijając ostatnimi kroplami zwietrzałego i ciepłego piwa.

Dzień mija a jego nadal nie było. Przeczuwa, że coś musiało się stać. Nigdy nie igrali z prawem i trzymali się z dala od miejsc publicznych w przeciwieństwie do reszty. Śmietniki były ich jadłodajnią a las domostwem. Wypełza ślamazarnie spod zadaszenia składającego się ze znalezionych na śmietniku płyt meblowych. Rozmyty wzrok i zachwiany chód przez źle zrośnięte złamanie kostki, utrudniał kobiecie poruszanie się. Zawsze wlokła jedną stopą i delikatnie stąpała nią o podłoże. Chodziła kiedyś o kuli, ale nie długo, pewnej nocy ktoś zwędził jej podporę i zmuszona była nauczyć się chodzić bez niej. Wspierała się gałęziami wyłamanymi z drzewa, ale drzazgi zostające w dłoniach drażniły ją do tego stopnia, że wolała ból nogi niż igły jątrzące się pod skórą. Ostatnim czasy ból nasilił się i dźgał mocno, jakby kość usiłowała przebić się przez skórę. Pojawiły się skurcze mięśni i drętwienie promieniujące aż do biodra. Upadała często. Nie oczekiwała pomocy innych, doskonale rozumiała ich podejście. Na ich miejscu postąpiłaby zapewne tak samo. Tutaj nie istnieje moralność i dobro, póki umysł sprawny jest się skazanym na siebie.

Nigdy sama nie ruszała się z miejsca, zawsze w obecności jej mężczyzny i tylko wczesnym rankiem, gdy miasto jeszcze spało. Byli wyrzutkami społecznymi, ale odstawali znacznie od reszty bezdomnych.

Co kilka metrów przystaje odsapnąć, by stopa mogła odpocząć. Słońce zmienia powoli kolor na soczysty pomarańcz i schodzi niżej. W ustach czuje suchość, a w głowie wiruje cały świat. Kilka głębokich wdechów, zbiera resztę sił, jakie pozostały w nogach i rusza dalej, rozglądając się czy jej mężczyzna nie leży gdzieś martwy. Codziennie obawia się śmierci, obawia ich losu, chociaż miała świadomość, że czas goni jej cień i niebawem któryś z narządów odmówi posłuszeństwa.

Rozszerza szeroko oczy, dostrzegając na skrzyżowaniu radiowóz policyjny i dwóch policjantów w środku, spisujących kierowcę motocykla. Kuśtykając nieporadnie, dociera do radiowozu i pukała o szybkę od strony pasażera.

Policjant obraca głowę i patrzy zniesmaczony na kobietę. Wyraz jego twarzy zniechęca, a spojrzenie oskarża z góry biedną kobietę. Opuszcza wolno od niechcenia szybę i warczy, by odeszła. Ta jednak nie poddaje się.

— Panie władzo, nie chcę przeszkadzać, ale mój mężczyzna zaginął — stęka.

— Mamy tutaj co robić, niech pani zgłosi na komendzie.

— Panie… — jęczy. — Z taką noga nie dojdę na komendę, a jego nie ma.

— Dobrze. — Wywraca oczyma. — Od kiedy go nie ma?

— Od rana. Ostatnio spał obok mnie, ale rano już go nie było.

— Może wróci wieczorem.

— On nigdy nie chodzi sam. Nigdy mnie nie zostawił samej.

— Za wcześnie, by cokolwiek stwierdzić. Niech pani wróci tam gdzie był ostatnio, na pewno przyjdzie.

— A jak nie? — bełkocze zasmuconym, lekko chrapliwym głosem.

— To proszę zgłosić na komendzie. Imię i nazwisko pani i pani konkubenta?

— Janina Zamojska i Stefan Sondomierski.

— Gdzie państwo przebywają?

— W lasku obok Nacyny. Jesteśmy grzeczni, nie to, co inni.

— Czuć od pani alkohol.

— Takie życie, jakoś trzeba sobie radzić — wzrusza nieporadnie ramionami.

— Dobrze, niech tam pani wraca. Jak pan Stefan nie pokaże się do jutra, to proszę to zgłosić.

— Dobrze, dziękuję.

Uśmiecha się niezdarnie, ukazując znaczne ubytki w uzębieniu i odrywa palce od drzwi radiowozu. Policjant spisujący notatkę, uspokaja kobietę, ale nie na tyle, by mogła wrócić od razu do swojego legowiska.

Kuśtykając obchodzi pobliskie miejsca, w jakich ukrywali się koledzy i wypytuje czy widzieli jej Stefana. Żaden z nich nie widział go od wczorajszego wieczora. Kilkoro z nich przeszukało z nią teren. Żadnego śladu. Plotka niesie się w dal pośród takich jak ona. Zasmucona wraca do swojego schronienia. Czeka, czeka długo a zmęczenie daje się jej we znaki.

Rozdział 3

11 lipca, zmierzch

Nie potrafi zmrużyć oczu, zjada ostatnie okruchy chleba i dopija wodę z butelki, jaką nabrała z rzeki. Brzuch nie za dobrze przyjmuje płyn, ale nie ma wyjścia. Chciała zmienić swoje życie, żałuje wielu błędów popełnionych w przeszłości. Rzuconej szkoły, używek i złego towarzystwa. Smutek na stałe zagościł na twarzy pani Janiny wydrążając głębokie bruzdy na pożółkłej skórze świadczącej o chorobie wątroby. Każdej zmarszczce przypisywała zdarzenie w jej życiu, jakie zbliżało ją ku upadkowi na samo dno. Okrutny ojczym wyżywający się na niej, śmiechy kolegów z klasy za jej biedne ubranie i nieznajomość tabliczki mnożenia. Do tego doszły kradzieże, jakich się dopuszczała chodząc codziennie głodną. Wszystkie krzywdy odbiły się na jej twarzy, stały się jej albumem zdjęć, przebłysków przeszłości, ludzie zachowują wspomnienia na kliszach i potem na papierowych zdjęciach ona zaś na wgłębieniach i bliznach na całym ciele.

Sen przyszedł niespodziewanie, zmęczenie daje górę nad chęcią bycia przytomną. Co noc śni się jej inne życie, lepsze, mniej brutalne od tego, w jakim się obraca. Śni jej się niewielki skromny domek na obrzeżach miasta, kilka psów przygarniętych ze schroniska i mały warsztacik, w którym robi swoje rzeźby z metalowych rurek. Najbardziej kochała lampy i małe wiatraczki dzwoniące na wietrze. Przynajmniej we śnie jest szczęśliwa, jedna połowa jej życia mogła zaznać innego świata, lepszego świata. Czasem tłumaczy sobie, że to jej biedna wersja jest właściwym snem. Po odurzeniu alkoholem bełkocze do siebie, bijąc się w pierś pięścią, aby się zbudzić, bo musi nakarmić psy.

Kolejny poranek nie zalicza się do tych przyjemny, budzi ją ostry ból żołądka i wymioty. Puste miejsce obok niej nie wróży niczego dobrego. Ma świadomość, że Stefan nie wróci, chce tylko wiedzieć, co się stało i pożegnać go należycie. Kocha go, mogła śmiało to stwierdzić, że czuje do niego miłość. Był dla niej wsparciem i towarzyszem podróży. To właśnie tak opisywali swoje życie, jako podróż, która kiedyś zmieni bieg na lepszy.

— Może śmierć jest tym lepszym życiem? — myśli.

Ponad godzinę włóczy powoli nogami, nim dociera na komendę policji. Tam jednak odbija się tylko od pierwszego policjanta, który zbiera od niej informacje i pogania kobietę z komendy. Zasmucona wraca na swoje miejsce, najkrótszą z możliwych dróg, przez centrum miasta. Zbiera po drodze, co tylko znajduje, aby się pożywić. Mija mały park, to jedno z nielicznych miejsc, jakie dobrze wspomina, zimowe wypady ze szkoły na sanki wtedy jeszcze żył ojciec a jej matka była szczęśliwa. Teraz park świeci pustką, jedynie bezpański kot szwenda się koło starej popękanej ławki i przysiada pod nią w cieniu. Kładzie głowę na łapki i zamyka oczy, w oddali dwoje nastolatków tuli się w krzakach dają sobie soczyste cmoki w usta. Uśmiecha się na ten widok i rusza dalej

Ostatnie grosze, przeznacza na gazowany pomarańczowy napój, który kocha od dziecięcych lat, a który zawsze pomaga na ból żołądka i niestrawność. Tak jak poprzedniego dnia, obchodzi znajomych pytając o Stefana. Nikt go nie widział, nikt nic nie słyszał. Zapadł się pod ziemię.

Rozdział 4

20 lipca, czwartek

— Zbieraj się. Jedziemy — furczy Malewicz, wchodząc do biura.

Unoszę lekko brodę i zerkam leniwie na Malewicza. Nie wygląda na zadowolonego, twarz ma zmęczoną, niewyspaną. Koszula w drobną niebieską kratkę niedbale wyprasowana i spocona pod pachami, a jedna ze sznurówek w bucie zaraz się rozwiąże. Kilka sterczących włosów na tyle głowy wychla się ponad resztę, między nimi pojawiają się srebrzyste nici, dające do zrozumienia jak czas wpływa na nasz wygląd, a upływające lata, odciskają piętno na twarzy, w zależności od pełnionej profesji.

— Dokąd? — pytam, stawiając ostatnią kropkę w raporcie zamkniętej sprawy.

— Dowiesz się na miejscu. — Przeciera spocone czoło.

Skwar na dworze uderzył już o szóstej rano i robi się coraz bardziej nieznośny. Zero wiatru tylko parujące drogi, przytykające swym gorącem i zapachem wysuszone gardła pieszych, zmierzających do pracy. W biurze mamy klimatyzację, ale nasza praca w głównej mierze jest w terenie. Pierwsze promienie ostrego słońca otwarły mi oczy, gdy smacznie spałem w swoim łóżku. Poraziły powieki jak paralizator i miałem nieprzyjemną pobudkę, co przełożyło się na kolejną kłótnię z Emilią, wiercącą się na materacu.

— Pszczoła cię pokąsała, czy żona nie daje ci żyć? — patrzę uważnie na zmęczonego kolegę.

— Żona zwana komendantem. Rusz dupę! — warczy głośno, nadymając policzki.

Malewicz obraca się plecami i wychodzi szybkim marszem na korytarz. Widać jak na dłoni, że to jego kolejna nieprzespana noc, ostatnio miewamy mnóstwo spraw, a każda, którą kończymy, resetuje nasz umysł, przypominając nam, że człowiek potrafi być parszywą i okrutną świnią a nawet potworem. Czasami dziwimy się, co ludzie są w stanie wymyślić w tych swoich małych orzeszkach w głowie i w jaki sposób przejawić okrucieństwo, które nawet przez myśl nie przejdzie kryminalnym. Niektóre ze spraw są proste a rozwiązanie przychodzi samo. Inne zaś pochłania naszą energię, dosłownie żywiąc się naszymi ciałami, jakby czerpały z tego przyjemność i siłę, aby nam bardziej dokopać. Zapominamy przez to o rocznicach, urodzinach, dniu kobiet gubiąc się, jaki mamy dzień tygodnia, a gdy padamy na łóżko z wycieńczenia, najzwyczajniej w świecie zasypiamy lub urywa się nam nagle film. Podobno są takie okresy w roku, gdy jest mniej pracy, nie zauważyłem tego, to musi być legenda krążąca po korytarzach komendy i każdy wypatruje jej, czekając aż zawita w progi biura. Zawsze znajdzie się wiosenna czy jesienna chandra dla wisielca, lub konkubenta, którego smutek czy rozżalenie popcha w ramiona zbrodni, każe mu chwycić kuchenny nóż i dźgnąć żonę, skaleczyć dziecko, sąsiada i przy okazji siebie. Złość goszcząca w nastoletnim mózgu zakorzeni się głęboko i sprowokuje, by się wyżyć na psie za codzienne lincze na gołą skórę przez ojczyma i brak żalu w oczach matki. Zdarzają się i sprawy owiane licznymi drogimi perfumami, willą opływająca w luksusie, dosłownie ociekającą złotem, fałszywym i pozornym majątkiem mającym przykryć obleśne gwałty i matactwa. Obłęd to cwana bestia, żarłoczna jak rekin na głodzie zbliżający się znacznie w kierunku plaży. Psychoza znajdzie najmniejszą szparę i jak woda wedrze się nieproszona, by zawładnąć umysłem skażonym przez drobny uraz z dzieciństwa. Jedno pchnięcie, czaszka zaliczy róg szklanego stołu i pęknie, krew wytoczy się do mózgu i wypłynie to z uszu to z nosa, serce się zatrzyma z braku płynu, a sprawca okazujący się dzieckiem denata, poćwiartuje zwłoki, po czym rozrzuci w różne rejony miasta. Po żmudnym poszukiwaniu szczątek ciała, technicy będą sklejać trupa do białego rana, by patolog mógł zrobić swoje a Temida osądzić mordercę.

Rozumiem Malewicza, tak jak on miewam częste koszmary i zalewające zimne poty. Nawet na seks nie mam ochoty, nie wspominając już o jakiejkolwiek rozrywce. Jedni chodzą do barów inni zaś odwiedzają striptizerki, my zaś zatapiamy się w kolejnym temacie i resetujemy umysł. Skazy jednak pozostawiają blizny, a blizny lubią się czasem odzywać. Natłok spraw padający na biurka ostatnimi miesiącami, wycieńcza organizm, zaburzając drogocenne zmysły. Malewicz wygląda, jakby jego klepsydra bystrości umysłu, powoli przesypywała się do końca. Co jeśli ostatnie ziarnko znajdzie się na dole? Najmniejszy błąd może spowodować katastrofę, najmniejsze potknięcie można przepłacić własnym życiem. Tylko urlop zdoła obrócić klepsydrę o 180 stopni i od nowa przesypywać piach naszego życia.

— Żadnego spokoju, nic tylko zapierdalać! — warczę do siebie pod nosem. — Ludzie mają w dupie naszą pracę, a my nic tylko zapieprzamy dalej.

Zamykam system, zabieram kluczki z wozu i biegnę pędem, mijając, co drugi schodek, usiłując dogonić Malewicza. Darzę go wielkim szacunkiem, traktuje mnie jak starszego brata, którego nigdy nie miałem. To on wprowadził mnie w magiczny i mroczny świat kryminalistyki pokazując, że studia to jedno a rzeczywistość jest całkiem inna niż teoria wykładana na zajęciach. Pięć lat uczenia się nocami, weekendami przysypianie na wykładach z wycieńczenia i nadrabianie w każdej wolnej chwili, zaowocowały przeniesieniem do wydziału kryminalnego i mozolną wspinaczką po stopniach kariery.

Patrząc wstecz na swoje początki, zawsze uśmiecham się lekko pod nosem, wspominając pierwszą sprawę, jaka dogłębnie zapadła w mojej pamięci. Było to letniego poranka. O piątej nad ranem na komendzie rozbrzmiał dźwięk dzwoniącego telefonu. W słuchawce wrzeszczała spanikowana i przerażona kobieta. Bełkotała niewyraźnie, jedyne słowa, jakie zrozumiano to te, że mąż zniknął, płacz zagłuszał resztę zdań. Zaginięcie mężczyzny zgłosiła kobieta, podająca się za żonę. Nie wiedząc, co się właściwie stało, wysłano do niej patrol, a po kilku godzinach wylądowałem w jej domu z Malewiczem. Kilka dni zajęło nam dojście do tego, że kobieta łgała nam w żywe oczy. W trakcie dochodzenia znaleźliśmy ciało mężczyzny zabetonowanego w podłodze pośrodku kuchni. Tego samego dnia, gdy zamordowano mężczyznę, ktoś z jego sąsiadów wytruł wszystkie psy w całym bloku, obejmującym cztery klatki. Smród wydobywał się na klatkę schodową, jeden z policjantów sprawdził to i bęc! Sześć trupów leżało z wykrzywionymi pyskami w osobnym i mało uczęszczanym holu piwnic, łączącym cały budynek. Krew była wszędzie, zmieszana z pyłem, jaki unosił się w korytarzach budynku, a tupot stóp tylko wzbijał piasek, który osiadał następnie na ofiarach. Podłużne bruzdy posoki były nawet na ścianach. Przypominało to rzeźnię uboju, urządzoną w jednej z piwnic. Sprawa była tylko z pozoru trudna. Mężczyzna mordujący psy okazał się kochankiem kobiety, razem zabili jej męża i zabetonowali, a trupy psów miały odwrócić uwagę śledczych. Niestety jeden z psiaków w obronie własnej podrapał łapą delikwenta a ten wpadł przez zakrwawiony materiał koszuli na przedramieniu i kroplach posoki zostawionej na trupie zabetonowanego ciała. Kobieta zaczęła gadać, a przerażony mężczyzna przyznał się po kilku dniach. Absurdalny pomysł dodał im kolejnych lat za znęcanie się nad zwierzętami.

To była pierwsza sprawa, wciągnęła mnie na maxa, a ciąg kolejnych wydarzeń nie pozwoliłbym uciekł z wydziału. Nie chciałbym się przenieść do innego, nawet o tym nie myślałem. Chociaż Temida dzierżąca w dłoni symbol rozwagi, między cienką granicą oddzielającą szalę dobra od szali zła na wadze, dla mnie opaska na jej oczach to nie bezstronność a totalna ślepota. Ślepota na wyrządzone i wyrządzane krzywdy. Ona nie widzi tego co ja, nie ma pojęcia jak wygląda okrucieństwo, przypisują jej bezstronność, ale znam przypadki niesłusznych oskarżeń, przypadki gdzie prawo zamiast karać, zostawało bezradne w obliczu braku twardych dowodów. Temida może i jest ślepa, za to ludzie pracujący tutaj, mają zdrowe oczy i zazwyczaj prędzej czy później dopadną skubańca, ja dopadnę i zapuszkuję.

Otwieram zamek w samochodzie i wsiadam na siedzenie kierowcy, Malewicz wciska się do samochodu, jego okrągły brzuszek rośnie razem z upływem lat, co odznacza się na napiętych niczym struna guzikach, przypominających bombę z opóźnionym zapłonem, mającą zaraz eksplodować na przednią szybę, by materiał mógł poczuć nagłą ulgę.

— Dokąd jedziemy? — pytam, odpalając silnik.

— Mucha, dlaczego nazywamy cię Mucha?

— Bo jestem jak lep na sprawy? — unoszę wysoko brwi. W jego pytaniu wyczuwam głębsze dno i pewnie nasłucham się pobocznych historyjek, nim Bartosz przejdzie do sedna.

— Właśnie. Jedź do lasku przy moście na dworcu komunikacji miejskiej.

A jednak mnie zaskakuje.

— Mówisz o moście Brooklyńskim? — pytam.

Malewicz mierzy moją twarz zmieszanym wzrokiem, oczekując wytłumaczenia. Uwielbia moją ksywkę, sam ją zapoczątkował, przytaszczając do biura okrągły słupek lepu na owady. Sterty akt rosły na naszych biurkach, nie potrafiliśmy się wykaraskać, piętra rosły a przed moimi oczami znikał już czubek głowy Malewicza, siedzącego naprzeciw przy swoim biurku. Kiedyś się zawiesił i szukał racjonalnego wytłumaczenia owego zjawiska, pstryknął palcami aż zahuczało w uszach i zwalił winę na mnie. Wstał wówczas z krzesła, zmierzył moją twarz, przymrużonym spojrzeniem, podrapał się po zarośniętej siwymi włoskami brodzie i wyjaśnił mówiąc:

— Jesteś jak ten lep — pokazał palcem, na wiszący rulon kleju z kilkoma czarnymi skrzydlatymi kulkami.

Spojrzałem na ów słupek, dyndający obok pionowych żaluzji w oknie, ściągnąłem brwi ku sobie, robiąc sporą zmarszczkę między nimi i z rozdziawionymi ustami wróciłem wzrokiem na Malewicza.

— Lep? — zapytałem zdziwiony.

— Nie — pokręcił lekko głową i spojrzał mi w oczy — gorzej, jak taka mucha, co leci do tego lepu. Mucha, która ima się każdego gówna i nie chce się odczepić.

— Jestem gównem? — zdziwiłem się wówczas drugi raz. Siedziałem jak ciele, w jednej dłoni trzymałem kubek z kawą w drugiej długopis, nad głową brzęczały owady, lubujące się w zapachu ludzkiego potu. Siedziałem nieruchomo z wytrzeszczem zszokowanych gał i patrzyłem na idiotyczny uśmieszek Malewicza. Zastanawiałem się czy przypadkiem to nie jego uśmieszek jest idiotyczny, a on sam. W myślach przemknęło pytanie: czy on właśnie nazwał mnie gównem? Gównem, mnie? I w tym momencie nagle dotarło do mnie, że ze mnie zadrwił, a ja siedzę jak debil z rozdziawionymi ustami, wlepiając zdumione spojrzenie w kolegę.

— Nie! — machnął ręką, odganiając skrzydlatego owada, atakującego jego wielki nos. — Muchą! Jesteś muchą. Lecisz do wszystkiego, co ma gówniany zapach.

— Myślałem, że to lep przyciąga muchy.

— Lep je zabija, a ty żyjesz, więc jesteś jak mucha, gównojadek. Mucha, tak jesteś Mucha — pokiwał głową i oparł się z zadowolona miną o oparcie fotela, które zaskrzypiało pod jego ciężarem.

Zmieszany jego wywodem nie powiedziałem nic więcej, ale przydomek uczepił się mnie jak rzep psiego ogona i nie raczył puścić.

Od tego czasu zaczęło się, ksywka Mucha nie jest taka zła w porównaniu do innych np. flejtuch, który rozlewa wiecznie kawę, lub grubas, bo wygląda wprost przeciwnie jak kostucha, to znaczy same kości na wierzchu obciągnięte skórą. Mucha przylgnęła do mnie, jestem lepem i muchą w jednym, więc przyciągam gówniane sprawy. Jest w tym jakiś sens.

— Nie mów, że nie widziałeś tego napisu? — podejmuję temat mostu nad Nacyną.

— Nie szlajam się w tę stronę.

— Jakieś gówniarze napisały sprayem Most Brooklyński.

— Dobra, zakodowałem i zapamiętam.

— Co jest w lesie? — pytam. — Prócz pijaczyny?

— Właśnie oni. Bezdomni.

Zerkam ze zdziwieniem na Malewicza i wzdycham wywracając oczyma. To, że mam przydomek Mucha, nie oznacza od razu, że można mi wrzucać na biurko dosłownie, gówniane sprawy.

— Powiedz chociaż, że pozabijali się nawzajem.

— Chciałbyś.

— Tego nie powiedziałem — łypię okiem w jego stronę.

— Ale pomyślałeś.

— Bartosz! Nie wciskaj mi słów w usta! — Podnoszę głos i zaciskam ręce na kierownicy. Mam dziwne wrażenie nadchodzącego zła.

— Dwa tygodnie temu kobieta koczująca właśnie w tym lesie, zaczepiła policjantów drogówki i zgłosiła zaginięcie konkubenta. Kazali jej poczekać do następnego dnia. Kobieta obeszła teren, nikt mężczyzny nie widział na oczy. Na drugi dzień zatrzymała kolejny radiowóz i mówiła, że konkubent się nie zjawił, miała złe przeczucia. Codziennie męczyła policję na mieście, aż w końcu przestała. Teraz zgłoszono nam, że w lesie i podobno ich właśnie legowisku, znaleziono krew.

— Krew? No i?

— No, właśnie.

— Pewnie zarżnęli psa, kota albo wiewiórkę. Kogo to obchodzi?

— Mnie, ciebie i naszą reputację.

— Reputację? — stawiam długą pauzę i podejmuję temat. — Teraz się martwisz o reputację? Wiecznie nas osądzają, wymyślając przedziwne historie i nagle się przejmujesz?

— Może.

— Chcesz szybszy awans?

Zerkam na Bartosza.

— Nie chcę plamy, gdy przyjdzie kolejna kontrola wydziału.

— Kontrola? Ale ty się marudny zrobiłeś ostatnio.

— Ty za to masz to gdzieś?

— Nie, ale to przesada. Bredzisz o jakichś kontrolach, żyjesz w stresie i przejmujesz się rozumiem, ale nie masz czym. Ty jesteś czysty jak łza, z resztą powiedz mi, czy kiedykolwiek byłeś zagrożony wywaleniem? Miałeś nad karkiem topór?

— Nie.

— No właśnie! Ja mógłbym się przejąć, co chwilę dostaję opieprz, ale mi to wisi, robię swoje i jestem skuteczny, a ty mi tu biadolisz o kontroli. Weź ty się porządnie wyśpij. Nigdy nie było sytuacji, w której mógłbyś się czuć zagrożony wydaleniem lub degradacją. Wyluzuj, stary.

— Kiedyś musi być ten pierwszy raz. Pilnuj się, ciebie to się bardziej tyczy. Jesteś narwany i popełniasz błędy.

— Wiesz, jaka jest różnica między nami? — patrzę w lusterko, jakiś kretyn pędzi na złamanie karku i hamuje ostro tuż przed światłami. Idioci sami nie wyginą — myślę.

— Oświeć mnie.

— Ja robię błędy świadomie, bo mam świadomość tego, że w ten sposób dojdę do finału.

— I odbija się to na wszystkich. Pamiętaj o kumplach, gdy kolejny raz będziesz za moimi plecami przyciskał świadka grożąc, że najdziesz go w domu i obijesz mordę.

— Dobra, dobra. Spoko, nic już nie mówię. Schodzisz na dziwne tory w tej rozmowie. Przecież robiłem sobie jaja, facet zaczął szczekać, więc musisz przyznać, że byłem skuteczny.

— Taa.

Łykam ślinę i zasłaniam ostre słońce klapką nad kierownicą. Niewiele to daje, ale przemieszczając wzrok przynajmniej nie widzę białych plam.

Niespełna dziesięć minut dzieli nas od komendy na jedno z licznych miejsc noclegowych bezdomnych w mieście. Takich jak te, jest sporo w różnych zakątkach miasta. Ich sytuacja to zazwyczaj ten sam schemat, ten sam ciąg zdarzeń doprowadzający do stanu wybrakowania. Pijacka rodzina, skrzywienie w umyśle dziecka, łobuzerstwo, upadek i bezdomność. Nasze dzieciństwo odbija się na przyszłości, skrzywienie psychiczne nie pozwala na zrozumienie swojej sytuacji, a już na pewno na dostrzeżeniu możliwości, jakie stoją przed człowiekiem, by wyrwać się z rąk mroku. Większość z nich jest łagodna, zdarzają się i tacy, co zaczepiają ludzi, chcąc wyłudzić drobniaki, bezczelnie mówiąc, że chce się tylko napić piwa, bo w życiu już im nic nie zostało. Słysząc odmowę, leje się potok niecenzuralnych słów, zaczynają krzyczeć i rozwalać po drodze wszystko, co napotkają. To problem od zarania dziejów, w każdej epoce widok był ten sam. Tutaj nie chodzi o błędne koło, a o rozumowanie człowieka. Mimo, że jesteśmy mądrzejsi od małpy, czasem wydaje mi się, że to one są mądrzejsze od nas. Będąc kilkanaście lat temu z rodzicami w zoo widziałem jak samica małpy dzielnie uczyła młode przetrwania. Spojrzałem jej wtedy w czarne oczy wielkości pięciozłotówki. Była spokojna, opanowana. Ze spojrzenia bił blask zrozumienia i mądrości. Pamiętam, że stałem tak długo przed szybą i zastanawiałem się, dlaczego niektórych ludzi wyzywają od małp, podczas gdy są one rozważne i opanowane. Walczą tylko o swoje, nie robiąc nikomu krzywdy dla zabawy w przeciwieństwie do człowieka. Do czego doprowadziła nas ewolucja? Do samodestrukcji?

Skręcam lekko w lewo wjeżdżając na lewy pas, by wyminąć autobus stojący w zatoczce na przystanku. W letnie południa ruch na drodze jest niemal znikomy, miasto wyludnia się przez wakacje szkolne i tętni życiem tylko wieczorami lub podczas organizowanych przez władze imprez plenerowych. Zapuszczona część miasta wzdłuż rzeki Nacyny cieszy się obecnością pijaczków, ćpunów i licealistów chcącymi zaliczyć szybki numerek.

Dla odmiany od brudu, wchodząc w głąb lasu, wzrok przykuwają małe działki rekreacyjne. Cisza i ostoja w upalne dni z dala od miejskiego zgiełku i betonowych przestrzeni. Odrobina zieleni koi nerwy i cieszy wzrok przyzwyczajony do betonowego otoczenia. Wąska ścieżka prowadząca obok rzeki jest dosyć popularną drogą w śród spacerowiczów, rowerzystów i biegaczy uciekających w las na chwilę odskoczni.

Parkuję tuż przed mostem Brooklyńskim. Dalszą drogę przechodzimy pieszo, bowiem słupki uniemożliwiają przejazd samochodów. Kilkadziesiąt metrów od domu na skrzyżowaniu mostu z leśną ścieżką, jak na dłoni widać pierwszy kartonowy domek, umiejscowiony znacznie bliżej dróżki niż reszta legowisk. Miejsce to nie tylko wabi bezdomnych, ale i dzieciaki chcące zakosztować odrobiny alkoholowego upojenia czy romansu, lub ćpunów zostawiających na trawie skażone strzykawki. Pracując dawniej w prewencji i dostając sygnał o bijatyce nie raz robiliśmy naloty na to miejsce, rozbijając gang ćpunów czy nieletnich pijących napoje wyskokowe.

Idąc za Malewiczem, rozglądam się bacznie po zapuszczonej okolicy. Nie potrafię się nadziwić zaniedbanym i zapomnianym przez władze miasta terenem. Ścieżka wiedzie kilka kilometrów wzdłuż zalesionej rzeki, którą co roku oczyszczają wolontariusze wyposażeni w worki na śmieci i gumowe rękawice. Wlepiając wzrok w porozrzucane butelki po alkoholu, kopię butem przez przypadek w pustą puszkę po piwie, zwracając uwagę rozzłoszczonego partnera.

— Głośniej nie potrafisz? — warczy Malewicz, zaciskając mocno swoje zęby jego słowa syczą chcąc się przedostać na zewnątrz.

— Przecież ta ścieżka to rzeka syfu.

— Jak ci się nudzi, to możesz posprzątać.

— Dowcipny jesteś.

W powietrzu unosi się mnóstwo latających małych potworków, chcących oblepić moją twarz lub pokąsać w odkryte skrawki spoconej skóry. Nie cierpię takich miejsc, wzbudzają we mnie obrzydzenie. Już w dzieciństwie miałem do nich wstręt, gdy pijaczki zaczepiali mnie i kolegów wracających ze szkoły. Natręty nie znały umiaru a kwaśna woń ich ubrań wzbierała na wymioty. Uciekaliśmy pędem, a plecaki narzucone na nasze ramiona utrudniały poruszanie. Tata mawiał, że są niegroźni w przeciwieństwie do chuderlawych cieni człowieka. Mówiłbym patrzył takiemu w oczy, i jeśli dostrzegę rozbiegany wzrok mam szybko oddalić się od takiego delikwenta, bo nigdy nie wiadomo co ćpunowi przyjdzie do głowy, gdy jego mózg jest zaćmiony używkami. Tak robiłem, nie raz nie dwa. Czasem z własnej głupoty narażałem się na niebezpieczeństwo. Ciekawość przezwyciężała nad rozumem, razem z kumplami ze szkolnej klasy podglądaliśmy mizdrzących się starszaków i robiliśmy w balona bezdomnych. Dzieciak nie zawsze robi to, co rodzic każe, czasem mu odwala, zwłaszcza gdy kumpel podpuszcza, aby rzucać kamieniami w daszek lichego domku i patrzeć jak wypełza z niego zachwiany i podpity człowiek. Dzieciństwo minęło, dorosłem i zmądrzałem. Przynajmniej w pewnym stopniu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 49.82