Krystynie, która nie pozwoliła mi zwątpić,
kiedy zwątpienie wydawało się najwygodniejszym
rozwiązaniem.
Za cierpliwość, wiarę i milczenie we właściwym czasie.
Mroczny Depozyt wyrasta z historycznego gruntu, lecz pozostaje dziełem fikcji. Operacja Bernhardt — największe fałszerstwo walutowe w dziejach II wojny światowej — jest faktem udokumentowanym, podobnie jak sylwetki osób z nią związanych. Wilhelm Katzmann, historyczna postać epoki, występuje w powieści pod zmienionym imieniem. Opisy wojennego Gdańska, Gdyni i Sopotu oparto na dostępnych źródłach historycznych. Fabuła, intryga i wszystkie postacie pierwszoplanowe są natomiast wyłącznie owocem wyobraźni autora — wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Rozdział 1
Mężczyzna umarł w Grand Hotelu o trzeciej nad ranem.
Komisarz Magdalena Kowalska stała w drzwiach pokoju numer 237. Była zmęczona. Dwadzieścia lat pracy w policji nauczyło ją, że każda śmierć uruchamia identyczne mechanizmy. Pierwszym jest szok. Potem stacza się lawina pytań, w końcu wszystko znika w nawale papierów. Biurokracja, zwłaszcza ta w policji, pochłania więcej czasu niż robota operacyjna.
Zazwyczaj takie chwile wywoływały w niej zawodową apatię.
Tym razem przez mur obojętności przebijało się coś, czego nie potrafiła jeszcze zdefiniować. To „coś” sprawiało, że skupiała się wyłącznie na oględzinach. Rzetelnie, spokojnie, z pełnym zaangażowaniem.
Patrzyła na ciało leżące obok łóżka. Mężczyzna około sześćdziesięciu lat, wysoki, zadbany. Elegancki granatowy garnitur, drogie włoskie buty. Złoty zegarek na nadgarstku. Portfel pełen gotówki — euro i złotówki, wszystko starannie posegregowane.
Pierwsze wnioski sugerują śmierć naturalną.
— Kto go znalazł?
— Pokojówka. — Młodszy aspirant Tomczyk przeglądał notatki. — Pani Jadwiga Kowal, pracuje tu od dziesięciu lat. O ósmej rano przyszła posprzątać. Facet miał się wymeldować o siódmej — chciała sprawdzić, dlaczego nie zgłosił się do recepcji.
Komisarz uklękła obok ciała. Żadnych widocznych obrażeń, brak śladów walki. Pokój wyglądał, jakby przed chwilą opuściła go ekipa sprzątająca — jedynie łóżko niepościelone. Gdyby nie charakterystyczna woń gorzkich migdałów, można by pomyśleć, że mężczyzna po prostu zasnął.
— Lekarz był?
— Doktor Krawczyk przyjechał pół godziny temu. Wstępna ocena — zatrucie. Prawdopodobnie cyjankiem. Po sekcji dostaniesz raport na biurko.
Więc jednak cyjanek. Magdalena poczuła znajomy skurcz w okolicy żołądka.
W Polsce nikt nie truje się cyjankiem przez przypadek. To nie jest specyfik, który można pomylić z aspiryną.
— Miał przy sobie jakieś dokumenty?
— Tak. Z paszportu wynika, że to Wolfgang Müller, obywatel Niemiec, na stałe zameldowany w Berlinie. Przyjechał w poniedziałek wieczorem.
— Podał cel wizyty?
— W formularzu meldunkowym wpisał „turysta”. Ale recepcjonista twierdzi, że nie zachowywał się jak typowy turysta. — Tomczyk przewrócił strony w notesie. — Interesował się starymi mapami Sopotu. Pytał o archiwum miejskie i bibliotekę z dokumentami z ostatnich osiemdziesięciu lat. Przede wszystkim interesowały go plany budynków z lat czterdziestych. Może jakiś kolekcjoner?
Magdalena wstała i obeszła pokój. Na stoliku nocnym leżał otwarty notes w skórzanej oprawie — większość kartek pusta, pięć pierwszych zapisanych starannym pismem po niemiecku.
Na biurku brulion w szarej, twardej okładce. Kowalska otworzyła zeszyt i przeglądała strona po stronie. Kilka kartek zostało wyrwanych. Na pierwszej widać było nieregularny, odciśnięty ślad — ktoś pisał długopisem, potem wyrwał strony z notatkami. Z torebki wyciągnęła miękki ołówek i delikatnie zakreśliła powierzchnię pustego papieru. Powoli wyłaniały się litery: „Żukowski Michał, Chopina 23. Villa Berger — aktualnie Obrońców Westerplatte. Großer Stern, przedłużenie 23 Marca.”
— Tomczyk, znajdź mi kogoś, kto mówi po niemiecku. I sprawdź, czy w Sopocie przy ulicy Chopina 23 mieszka lub mieszkał jakiś Żukowski.
— Szukać kogoś konkretnego? Płeć, wiek?
— Nie zawracaj dupy, dawaj na cito wszystko, co znajdziesz.
Oględziny łazienki nie wniosły niczego nowego. Pomieszczenie było sterylne, wszędzie unosił się zapach detergentów. Za czysto jak na hotelową toaletę. Ślady ewentualnej wizyty usunięto z profesjonalną dokładnością.
Zawodowiec.
W koszu na śmieci nic oprócz pustego opakowania po niemieckich pastylkach na serce.
Wróciła do pokoju i przejrzała szafę. Dwa garnitury, trzy koszule, bielizna. Żadnej tandety ani podróbki — same uznane, niemieckie marki. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnęła wizytówkę: Dr. Hans Richter — Historische Forschung. Na półce, obok etui z elektryczną maszynką do golenia, leżały bilety lotnicze i potwierdzenie zamówienia korporacyjnej taksówki.
— Gdzie i kto widział go ostatni raz żywego?
— Barman z restauracji hotelowej. Wczoraj wieczorem, około dwudziestej drugiej. Müller siedział przy barze sam, zamówił kilka szklaneczek whisky. Obsługa zapamiętała go, bo — jak stwierdzili — „co najmniej dziwnie się zachowywał”.
— To znaczy? — Posłała mu twarde spojrzenie.
— Określili denata jako wyraźnie sfrustrowanego, pomimo sporej ilości alkoholu. Dość długo rozmawiał przez telefon — barman nic nie zrozumiał, nie zna niemieckiego, ale twierdzi, że facet cały czas mówił podniesionym głosem, czasami wręcz krzyczał. Powtarzam dokładnie co zeznała obsługa. Trzeba wziąć poprawkę, że są trochę skołowani — w końcu nie codziennie mają tu morderstwo.
Usiadła na fotelu pod oknem i zajęła się telefonem ofiary — technicy zdążyli odblokować dostęp. Żadnych połączeń z wczorajszego wieczoru, pamięć wyczyszczona. Aparat trzeba zwrócić do laboratorium i wnioskować o biling.
Wertując foldery, zauważyła, że w galerii zostało kilka zdjęć.
Niedopatrzenie? Czy celowe działanie?
Przewijała powoli. Typowe, turystyczne kadry Sopotu — Monte Cassino, molo, stara architektura. Było też jedno zdjęcie, które podbijało ciśnienie policjantki lepiej niż poranne espresso.
Okazała przedwojenna kamienica przy ulicy Chopina 23. Ten sam adres, co w notesie.
Kowalska powiększyła zdjęcie. Piękny dom z początku XX wieku, zbudowany około trzydziestu metrów od głównej ulicy. Dojazd prowadził wąską, wybrukowaną ścieżką w bujnej zieleni. Weranda w odcieniu szarzejącej bieli, wykończona bogatym detalem drewnianym — klasyczna sopocka zabudowa. Trzy kondygnacje potrójnych okien sprawiały, że dom wydawał się jeszcze większy, niż był w rzeczywistości. Po lewej od wjazdu, na wybrukowanym kostką placyku, stał zaparkowany srebrny passat.
— Tomczyk!
— Tak, pani komisarz?
— Sprawdziłeś adres na Chopina?
— Tak. Numer dwadzieścia trzy. Mieszka tam rodzina Nowak. Właścicielka to Katarzyna Nowak, z domu Żukowska.
Żukowska… Więc jednak.
Ustalmy co wiemy na tę chwilę.
W poniedziałek Wolfgang Müller przylatuje linią Lufthansa na lotnisko w Rębiechowie. Zamówioną taksówką przyjeżdża do Sopotu i zatrzymuje się w Grand Hotelu. Cel wizyty — najprawdopodobniej mężczyzna o nazwisku Żukowski. Müller o niego rozpytuje, w galerii telefonu ma zdjęcie budynku należącego do kobiety noszącej identyczne panieńskie nazwisko.
Według zeznań obsługi hotelu denat interesował się też archiwalnymi mapami miasta i planami budynków z lat czterdziestych. W jakim celu?
Brak informacji, czy doszło do spotkania Müller — Żukowski. Brak informacji, z kim kontaktował się po przyjeździe do Polski. Hipoteza: działał sam albo nie ujawniał kontaktów zawartych po przylocie.
Mieszkał w Sopocie przez trzy dni. Żadnych informacji, co robił i gdzie przebywał. W nocy poprzedzającej dzień wyjazdu, około trzeciej nad ranem, umiera w efekcie zatrucia cyjankiem potasu.
Pytania nasuwały się same:
— Kim jest, gdzie przebywa i czym się zajmuje Michał Żukowski?
— Co go łączy z Wolfgangiem Müllerem?
— Czym się zajmował i z kim spotykał się Müller?
— Jakie wydarzenia sprowokowały telefoniczną kłótnię w noc poprzedzającą zgon?
— Dlaczego umarł Müller?
— Kim jest Hans Richter z wizytówki i jaki ma związek ze sprawą?
Magdalena wpatrywała się w puste, szkliste oczy Wolfganga Müllera.
Po co przyleciałeś do Polski? Kim dla ciebie był ten Żukowski? Mam wrażenie, że właśnie wasza relacja jest powodem twojego zejścia. Jakie brudne historie was łączyły, chłopaki?
Powiedziała to na tyle głośno, że Tomczyk po raz pierwszy od ponad godziny oderwał wzrok od notatek. Spojrzał na komisarz, ale nie zareagował. Na wszystkich trójmiejskich komendach krążyły już legendy o jej niekonwencjonalnych metodach.
Po co prowokować los? Mówią, że baba jest zdolna do wszystkiego.
— Czy rodzina Nowaków zgłaszała ostatnio jakieś problemy? Włamanie? Stalking?
— Sprawdzam w systemie… Nie, nic. Tylko…
Tomczyk zawiesił głos.
— Tylko co!?
— Dzisiaj rano Katarzyna Nowak zgłosiła zaginięcie męża, Krzysztofa. Kobieta twierdzi, że od wczoraj nie ma z mężem żadnego kontaktu.
Magdalena patrzyła przez okno na sopockie ulice. Listopadowy poranek był równie szary jak jej nastrój. Deszcz z pasją atakował hotelowe okna, tworząc na brudnych szybach abstrakcyjne obrazy. Ściekające krople kreśliły coraz nowe kształty.
Jesienią w nadmorskich kurortach miejsce turystów zajmują smutek i jego siostra, nostalgia. Nawet morze szumi inaczej — na minorową nutę. Idealna sceneria dla morderców, niezmiennie przygnębiająca dla samotnej policjantki.
Pomimo listopadowej chandry w komisarz Kowalskiej budził się mentalny pies. Z biurka zabrała notes Müllera i wsunęła do kieszeni płaszcza. Wychodząc z hotelu, postawiła kołnierz i rzuciła w przestrzeń soczyste przekleństwo.
Kolejny weekend szlag trafił.
Rozdział 2
Katarzyna Nowak otworzyła drzwi już po pierwszym dzwonku.
Siedziała teraz otępiała w swoim salonie i wpatrywała się bezmyślnie w kobietę, która coś do niej mówiła. Głośno, stanowczym tonem — ale Katarzyna nie potrafiła skupić uwagi na żadnym ze słów, które padły dzisiaj w tym pokoju. Trzy godziny temu zgłosiła zaginięcie męża, nie zdążyła nawet wypić porannej kawy. Siedziała naprzeciw obcej kobiety, która mówiła. Cały czas coś mówiła.
— Pani Nowak, wszystko w porządku!? Słyszy mnie pani?
— Tak? — Gospodyni przeniosła wzrok na twarz komisarz Kowalskiej. — Jakie ona ma smutne oczy. — Myśli Katarzyny podświadomie uciekały od powodu policyjnej wizyty.
— Pani Nowak, proszę się skupić, to bardzo ważne. Kiedy widziała pani męża ostatni raz?
— Wczoraj. Wieczorem, po kolacji, Krzysztof poszedł do siebie — to znaczy do gabinetu. Ja zostałam na dole.
— Kiedy stwierdziła pani, że mąż zniknął?
— Dzisiaj rano. Krzysztof zawsze wstaje o szóstej. Pije kawę, goli się i jedzie do pracy. Gdy obudziłam się przed siódmą, dom był pusty. Żadnych śladów porannej toalety, brak jego kubka w zlewie.
Policjantka podniosła wzrok znad notatek. Katarzyna Nowak wyglądała na trzydzieści kilka lat — zadbana, elegancka. Dom urządzony ze smakiem, meble dobrane z wyraźnym poczuciem estetyki. Obrazy na ścianach nie były dziełami wielkich mistrzów, ale bez wątpienia oryginałami. Daleko im do jarmarcznej tandety.
— Czy to samochód męża stoi przed domem?
— Tak. To mnie właśnie zaniepokoiło. Krzysztof ma do pracy około ośmiu kilometrów, poza tym bardzo rzadko wybiera się gdzieś bez auta. Nie jest zwolennikiem wędrówek pieszych.
— Dzwoniła pani do niego?
— Oczywiście. Telefon poza zasięgiem.
— A do pracy?
Katarzyna odwróciła wzrok. Czujne oko Magdaleny momentalnie wyłapało skurcz, który przez ułamek sekundy spiął jej twarz.
— Słucham?
— Co słucham? Dlaczego nie zadzwoniła pani od razu do firmy męża? To chyba naturalny odruch.
Cisza. Katarzyna wpatrywała się w niewidoczne plamki na spodniach.
— Nie wiem. Może myślałam, że… zaraz wróci.
Brzmiało to słabo i obie o tym wiedziały.
— Pani Nowak, czy mąż ma jakieś problemy? W pracy, z kasą, może inne kobiety?
— Kobiety? — Katarzyna uniosła brew. — Krzysztof to nie jest typ lowelasa. W pracy też raczej wszystko w porządku — nigdy nie sygnalizował żadnych problemów. Jest cenionym pracownikiem.
— Czy jest możliwe, że mąż zaangażował się w jakieś ciemne interesy? — Magdalena wróciła do notatek. — Może ma jakieś długi albo zobowiązania?
— Co pani ma na myśli?
— Coś, czego się pani bardziej domyśla niż wie. Myślę, że w każdym małżeństwie funkcjonują jakieś tajemnice albo chociaż niedomówienia.
— Przepraszam, czy pani jest mężatką? — Jej ton wydał się Kowalskiej zdecydowanie prowokujący.
Gówno cię obchodzi. — Magdalena włożyła w ripostę cały zapas lodu. — Proszę odpowiedzieć na moje pytanie.
Przez moment między kobietami zaiskrzyło wyraźne napięcie. Komisarz z trudem wróciła do służbowego tonu.
— Może zauważyła pani w ostatnim czasie coś dziwnego, nienaturalnego w zachowaniu męża?
— Bo ja wiem, trudno mi tak na poczekaniu. Nie wiem, czy to ma jakiekolwiek znaczenie, ale ostatnie tygodnie wiele czasu poświęcał historii.
— Nie rozumiem.
— Przede wszystkim historia drugiej wojny światowej. Jak przebiegał okres okupacji na terenie Sopotu. Bardzo interesował go czas zdobycia miasta przez Armię Czerwoną.
— Co w tym dziwnego? Każdy ma jakieś hobby.
— Oczywiście. Tylko męża szczególnie interesowały losy mojego dziadka w tym czasie. Krzysztof nigdy przedtem nie zapytał o niego nawet słowem, a od dwóch miesięcy temat dziadka Michała był nadrzędnym w każdej naszej rozmowie.
Magdalena znowu poczuła ten specyficzny ucisk w okolicy żołądka.
— Pani dziadek nazywał się Żukowski?
— Michał Żukowski. Umarł, kiedy miałam dziesięć lat.
— Co pani o nim wie?
— Był wspaniałym dziadkiem. Spędzałam u niego prawie wszystkie wakacje — każdy wyjazd tutaj był prawdziwym świętem. Był dla mnie bardzo ważną postacią.
— Powiedziała pani, że spędzała wakacje tutaj? Czy to jest dom po dziadku?
— Tak. Dziadek mieszkał tu sam. Babcia z moją mamą wyprowadziły się jeszcze przed moimi narodzinami. Podobno był „trudny i bardzo zamknięty w sobie” — obie zgodnie tak twierdziły. Mama mówiła, że to przez wojnę dziadek był taki.
Magdalena zakreśliła wybrane notatki.
— Wie pani coś o wojennej przeszłości dziadka?
— Niewiele. W domu to był raczej temat tabu — w ogóle niechętnie rozmawiało się o dziadku Michale. Sam też niechętnie opowiadał, a jeżeli już dał się namówić, to same ogólniki. Nic konkretnego.
— A fascynacja męża nie przyniosła żadnych rezultatów?
— Nie mam pojęcia. Niewiele mówił, więcej dopytywał. Zgromadził jakieś materiały, ale jakoś mnie to nigdy specjalnie nie zainteresowało. Może dziadek nie chciałby, żeby w tym grzebać?
— Myśli pani, że miał coś do ukrycia? Pytam o dziadka.
— Nie wiem. Nie przypuszczam — był bardzo szczerym i uczciwym człowiekiem.
— A co konkretnie znalazł mąż?
— Mnóstwo różnych dokumentów, zdjęć, jakieś stare mapy, plany.
— Chciałabym to zobaczyć. To może rzucić jakieś światło na sprawę zaginięcia męża.
— Oczywiście. Gabinet Krzysztofa jest na górze — tylko nie wiem, czy trzyma te papiery tutaj czy w biurze.
— Sprawdzimy. Pozwoli pani, że najpierw skontaktuję się z miejscem pracy męża? — Kowalska wyjęła telefon i spojrzała w oczy Katarzyny Nowak. — Mogę prosić o numer?
— Jasne. — Otworzyła listę kontaktów w komórce.
Magdalena przedstawiła się krótko i słuchała. Doświadczenie nauczyło ją, że zdecydowanie lepiej jest słuchać niż mówić. Skończyła połączenie i badawczo wpatrzyła się w twarz Katarzyny.
— Pani Nowak, mąż wziął dziś wolne. Dzwonił wczoraj wieczorem i powiadomił szefa, że ma problemy rodzinne.
— O czym pani mówi!? To niemożliwe.
— Przykro mi, dokładnie takie informacje otrzymałam przed chwilą z firmy męża.
— Ale między nami nie ma i nigdy nie było żadnych problemów!
— Może mąż miał na myśli resztę rodziny?
— Poza mną Krzysztof nie ma innej rodziny. Jest sierotą. To jakiś absurd.
— Przyzna pani, że to trochę komplikuje sytuację.
— Pani coś sugeruje!? Ja naprawdę nic z tego nie rozumiem.
Magdalena zamknęła notes i patrzyła w przestrzeń.
Śmierdzi tu na kilometr. Mąż bierze dzień wolny, nie informując żony. Wyłącza telefon. Zostawia samochód i znika. W tym samym czasie ktoś likwiduje Niemca, który dziwnym trafem szuka tego samego co Krzysztof Nowak.
— Chciałabym zobaczyć pokój męża.
Nowak nie wyglądała na zachwyconą. Przez chwilę komisarz miała wrażenie, że chce odmówić.
— Wspomniała pani, że najprawdopodobniej znajdują się tam dokumenty dotyczące jej dziadka. Nie bardzo mogę dzielić się szczegółami śledztwa, ale to dość istotna postać w całej sprawie. Poza tym zależy pani na jak najszybszym wyjaśnieniu zniknięcia męża, prawda?
Katarzyna wstała, wyraźnie manifestując niezadowolenie.
— Oczywiście. Proszę za mną. — Podniosła się z kanapy, lekko się zataczając.
— Pani Nowak, wszystko w porządku?
— Tak, to nerwy. Przepraszam, jeżeli byłam niemiła. Martwi mnie zniknięcie Krzysztofa, ale jeszcze bardziej otoczka, która temu towarzyszy. To jakiś horror.
Może jestem przewrażliwiona, a na pewno przemęczona. Ta kobieta jest zagadkowa — wydaje się szczerze zmartwiona, nawet wystraszona, a jednak coś mnie w niej niepokoi. Czuję przez skórę jakieś fałszywe nuty.
Magdalena chciała już mieć ten dzień za sobą.
W milczeniu pokonały schody na piętro. W domu panowała miła cisza, jedynie w holu słychać było monotonne tykanie zegara. Katarzyna otworzyła drzwi do małego pokoju.
— To gabinet Krzysztofa, tutaj pracuje.
Pokoik wyglądał na rzadko używany. Na biurku żadnych zabrudzeń, plam. Na ścianach kilka uczelnianych dyplomów, niżej rodzinne zdjęcia z wakacji. Przytulnie i swojsko.
Komisarz przejrzała zawartość biurka. Rachunki, dokumenty, długopisy — wszystko starannie poukładane, papiery posortowane. Trzeba to dokładnie sprawdzić. Rutynowo skontrolowała dłonią spody blatów i szuflad. Nic.
W dolnej szufladzie, między rocznikami „Kwartalnika Architektury i Urbanistyki”, znalazła małą, szarą kopertę wyłożoną folią bąbelkową. Ze środka wypadł niewielki klucz.
— Do czego jest ten klucz? — Zapytała Magdalena, obracając w palcach metalowy przedmiot.
— Nie mam pojęcia. Pierwszy raz go widzę.
— Jest pani pewna?
— Najzupełniej. — Brzmienie głosu Katarzyny Nowak, podobnie jak jej rozbiegane spojrzenie, nie przekonywało komisarz Kowalskiej.
Obejrzała klucz pod światło, starając się zapamiętać jak najwięcej detali. Charakterystyczny kształt krzywek nie pozostawiał wątpliwości — skrytka pocztowa, bankowa, może towarowa. Ewentualnie niewielki, amatorski sejf.
— Pani Katarzyno, proszę się dobrze zastanowić, zanim pani odpowie — to niezwykle ważne. Gdzie mąż mógłby przechowywać rzeczy, które miałyby dla niego szczególną wartość? Coś, co chciałby uchronić przed niepożądaną ciekawością?
— Boże, nie wiem… Myślę, że w banku albo w firmie. Mają tam sejfy na różne dokumenty.
— Z jakiego banku mąż korzysta?
— Konto mamy w PKO, na Monte Cassino.
Magdalena schowała klucz do kieszeni.
— Pojedziemy tam razem. Teraz.
— Czy to konieczne?
— Niestety tak. Bez pani obecności mogą nam odmówić dostępu do skrytki, jeżeli takową mąż posiada.
O piątej rano widziała świat w zdecydowanie szarych odcieniach, nie tylko ze względu na porę roku. Teraz, jak na jeden dzień śledztwa, sprawa nabierała zdrowego tempa.
Magdalena jeszcze nigdy się tak bardzo nie myliła.
Rozdział 3
Berlin, poniedziałek 2 listopada 2024
Hans Richter nie lubił poniedziałków.
Siedział w swojej pracowni na trzecim piętrze kamienicy przy Potsdamer Platz i spoglądał przez okno na szary, listopadowy Berlin. Krople deszczu meandrowały po szybie, rozmywając kontury sąsiadujących budynków. Po lewej stronie majaczyła sylwetka Bramy Brandenburskiej — symbol nowych Niemiec, zjednoczonych, demokratycznych, odciętych od brzydkiej przeszłości.
Ale przeszłość ma to do siebie, że nie przemija. Przynajmniej nie do końca.
Hans wpatrywał się w fotografię oprawioną w starą, tekturową antyramę. Na pierwszym planie trzech mężczyzn w niemieckich mundurach, ujętych na tle willi zbudowanej w stylu klasycystycznym. Na odwrocie zdjęcia ktoś zamieścił odręczną adnotację: Zoppot, November 1944.
Jednym z trójki był jego dziadek.
SS-Gruppenführer Wilhelm Katzmann, dowódca SS i Policji w Okręgu Rzeszy Prusy Zachodnie — Gdańsk. Koordynator i głównodowodzący operacji „Reinhard” na terenie dystryktu galicyjskiego.
Po raz setny Hans wpatrywał się w zdjęcie, posiłkując się szkłem powiększającym. Sam nie wiedział, czego szuka, ale wiedział, że kiedyś odkryje ten jeden element, który będzie stanowił wskazówkę.
Wilhelm Katzmann stał po prawej stronie. Na fotografii miał czterdzieści kilka lat. Na pruską modłę pewny siebie, z bezczelnym uśmiechem na stałe wpisanym w owal twarzy. Obok dwóch innych oficerów, bliskich współpracowników jeszcze z czasów 75. SS-Standarte „Widukind”.
W tle rysowała się charakterystyczna bryła budynku — architektoniczna perełka Sopotu, Villa Berger. Od czterdziestego trzeciego roku do chwili ewakuacji w czterdziestym piątym dom należał do dziadka. Był jego własnością. Później miasto przeszło w ręce polskie i wszystko przepadło. Bezpowrotnie.
Zoppot był miastem wyjątkowym w życiu Wilhelma, szczególnie w schyłkowym okresie wojny. Rok czterdziesty czwarty stanowił kumulację działań „Grupy Katzmanna”, jak zazdrośnie nazywali ich podkomendni w SS.
— Bernstein. — Hans szeptał do fotografii, jakby rozmawiał z dziadkiem. — Co chciałeś mi przekazać? Gdzie ukryłeś w Zoppot swój depozyt?
Wilhelm umarł dwadzieścia cztery lata temu, w domu opieki pod Monachium. Dziewięćdziesięciosiedmioletni, schorowany staruszek niczym nie przypominał zimnego likwidatora żydowskich więźniów Bełżca i Sobiboru.
Większość czasu pozostawał nieprzytomny, nie cierpiał. Alzheimer żarł jego mózg tak zawzięcie, jakby chciał uwolnić konającego esesmana od wszystkich demonów przeszłości. W ostatnich dniach funkcjonował już tylko dzięki silnym opioidom. Szczególnie po morfinie miewał krótkotrwałe przebłyski świadomości — wtedy dużo mówił. Dużo bardzo dziwnych rzeczy. Trudno było go zrozumieć, jeszcze trudniej wyłuskać sens z szeptanych zdań przerywanych atakami kaszlu. Co nieco jednak Hans zrozumiał.
Szczególnie w pamięć wryły mu się dwa nazwiska. Uporczywie, wielokrotnie powtarzane przez umierającego Gruppenführera — Kowalsky i Żukowski.
Richter odłożył oprawioną fotografię i usiadł przed ekranem laptopa. W programie Google Earth aktywował mapę Sopotu. Czerwone elektroniczne pinezki pokazywały miejsca, które odwiedził podczas poprzednich wizyt w Polsce.
— Villa Berger — wyrzut sumienia komunistycznych zaniedbań.
— Großer Stern — zarośnięte gruzami wspomnienie świetności niemieckiego kurortu.
— Kościół Ewangelicki — jedyny obiekt, który przetrwał bez większych uszkodzeń.
Zebrał sporo materiałów, przeprowadził mnóstwo rozmów z żyjącymi jeszcze świadkami upadku miasta, zdobył unikalne plany i mapy. Polska to nie jest kraj przyjazny wobec Niemców — ciągle żyje w nim nieufność i strach. Dziwny kraj, rozkochany w celebrowaniu własnych porażek.
Otworzył szufladę i ponownie ułożył dokumenty. Dwadzieścia lat ciężkiej pracy. Każdy wolny dzień, każde Wochenende, każdy urlop poświęcał na odkrycie tajemnicy dziadka Wilhelma.
Miał wszystko. Archiwalne raporty SS, listy przewozowe, rozkazy obrony Wybrzeża, zeznania świadków. Przejechał większość niemieckich domów opieki, gdzie w samotności dogorywali przedstawiciele rasy panów. Większość już nie żyła — zabiły ich wiek albo wyrzuty sumienia.
Dużo śmieci, żadnych wymiernych efektów.
Jedno, co udało się ustalić ponad wszelką wątpliwość, to autentyczność operacji Bernstein. Wspominali o niej wszyscy, z mniejszym lub większym zaangażowaniem. Niestety, nikt nie znał szczegółów. Podobno był to plan na odbudowę Nowej Rzeszy. Drugim pewnikiem był materiał dowodowy wskazujący, że inicjatorem i głównym koordynatorem operacji był Wilhelm Katzmann. Tylko on orientował się we wszystkich zawiłościach, tylko on miał dostęp do wszystkich tajemnic.
— Swoją drogą, my Niemcy jesteśmy mistrzami organizowania tajnych operacji. — Poczuł ogarniającą go dumę. — Tyle lat po wojnie, a twierdza „Absolut Geheim” nadal nie zdobyta.
Nalał sobie drinka, zapalił cygaro i wyciągnął się leniwie w fotelu.
Przyjemne rozmyślania uciął nieznośny klang telefonu. Numer warszawski.
— Richter.
— Herr Richter, z tej strony Klaus.
Klaus Weber. Człowiek, którego za niewiarygodnie wysoką łapówkę udało się ulokować w polskim MSW. To był prawdziwy majstersztyk dyplomatycznej korupcji. Weber nie był tani, ale zarabiał na swoje utrzymanie i rekompensatę inwestycji. Hans miał nieograniczony dostęp do państwowej bazy danych, również do archiwum. Wiele informacji odsprzedawał dalej — w końcu biznes to biznes.
— Masz dane, o które prosiłem?
— Tak. Żukowski Michał. Urodzony w tysiąc dziewięćset dwudziestym roku w Gdańsku. Mieszkał w Oliwie do roku siedemdziesiątego, potem przeprowadził się do Sopotu. Umarł w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym, w niewyjaśnionych okolicznościach. Oficjalnie serce, ale jest adnotacja: „możliwy udział osób trzecich”. Potem przekreślona i dopisek: „do umorzenia”.
— Zostawił jakąś rodzinę?
— Córka Anna, zmarła w 2006 w szpitalu onkologicznym w Gdańsku. Wnuczka Katarzyna, z domu Żukowska, teraz Nowak. Żukowski zapisał jej dom w testamencie. Adres: Chopina 23. Z żoną i córką nie utrzymywał żadnych kontaktów.
Hans włączył nagrywanie.
Wreszcie jest jakiś namacalny ślad po człowieku, którego szukam od lat.
— Coś jeszcze?
— Mąż tej Nowak pracuje w firmie deweloperskiej „Trójmiasto Development”. Zajmują się renowacją starych budynków. Niewykluczone, że ma dostęp do archiwalnych planów miasta.
Hans wziął głęboki oddech i wlał sobie kolejnego, tym razem podwójnego drinka.
Archiwa miejskie to kopalnie cennych informacji. Zwłaszcza dotyczących odbudowy i renowacji budynków zniszczonych w efekcie działań wojennych.
— Sądzisz, że gość ma dostęp do materiałów archiwalnych?
— Sprawdziłem. Kilka tygodni temu wypożyczył z wydziału Urbanistyki dokumentację z lat czterdziestych dotyczącą posesji zlokalizowanych w bezpośrednim sąsiedztwie Villa Berger.
Hans przez chwilę delektował się zimnym alkoholem, analizując otrzymane informacje.
— Klaus, na cito wszystko, co znajdziesz na temat tej firmy. Nazwiska wszystkich pracowników, adresy, numery telefonów. A przede wszystkim potwierdzony wykaz dokumentów, które wypożyczał Nowak.
— Da się zrobić, ale to będzie kosztować extra. Archiwa miejskie to wyższy level.
— W porządku, nie targuję się o dobry towar.
— Dziesięć kawałków?
Dziesięć tysięcy euro. Spora kwota, ale Hans miał pieniądze. Dziadek, pomimo zagmatwanej przeszłości, świetnie odnalazł się w powojennych realiach. Siódmego września tysiąc dziewięćset czterdziestego dziewiątego roku powstała Bundesrepublik Deutschland — kilka miesięcy później Katzmann założył firmę związaną z obróbką i przetwarzaniem drewna. Na dzień dzisiejszy wartość giełdowa spółki opiewa na kilka milionów. Richter nieraz zastanawiał się, na ile legalne były interesy Wilhelma. Dość szybko porzucił wszelkie dociekania, kiedy okazało się, że jest jedynym spadkobiercą.
— Zgoda. Ale muszę to mieć do jutra.
— Jutro rano masz wszystko na skrzynce mailowej.
Hans rozłączył się. Wzrok ponownie skierował na fotografię dziadka. Postawny mężczyzna w mundurze SS wydawał się być u szczytu swojej potęgi. Z każdego fragmentu sylwetki emanowała świadomość władzy, jaką posiadał.
Nie wie, że za kilka miesięcy jego panowanie się skończy. Będzie uciekał z Zoppot przed Armią Czerwoną. Do końca życia będzie uciekał przed samym sobą.
W skupieniu otworzył szufladę małego, secesyjnego sekretarzyka. W środku leżał pistolet Walther P38 — pamiątka po dziadku Wilhelmie. Jeden z niewielu przedmiotów, które ocalały z czasów wojny. Odruchowo sprawdził magazynek. W od dawna nieużywanej broni cierpliwie czekało dziewięć naboi parabellum.
Pistolet wrócił na swoje miejsce. Jutro lot do Gdańska — broń nie przejdzie przez system kontroli lotniska. Poza tym nie powinna być potrzebna. Noclegi zarezerwował w Grand Hotelu. To miejsce miało dla niego szczególne znaczenie: między dziewiętnastym a dwudziestym szóstym września trzydziestego dziewiątego roku hotel pełnił rolę kwatery głównej Adolfa Hitlera.
Rozdział 4
Zoppot, 1 listopada 1944
Michał Żukowski był przemoczony do ostatniej nitki swojego podniszczonego ubrania.
Od dwóch godzin ukrywał się w zaroślach okalających restaurację Großer Stern i obserwował samochody parkujące na leśnej polanie. Trzy mercedesy i fiat z tablicami DW 20376. Pozostałe pojazdy oznaczone były wyróżnikami RAD — niemiecka służba pracy.
Właśnie to wzbudziło moją ciekawość. Dlaczego pojazdami z zasobów Reichsarbeitsdienst rozbija się SS i Gestapo? Zważywszy na paramilitarną historię lokalu, ta nocna eskapada mocno intryguje.
Großer Stern — „Wielka Gwiazda” — to luksusowa restauracja, którą przed pięćdziesięciu laty wybudował Paul Senff na przecięciu drogi Starokackiej ze szlakiem łączącym Sopot z leśniczówką Gołębiewo. W 1937 roku Niemcy uczynili z niej coś więcej niż zwykły lokal. Oficjalnie — ekskluzywna restauracja dla oficerów III Rzeszy. Nieoficjalnie — punkt tranzytowy do przerzutu na teren Polski niemieckiej agentury. Senff w dalszym ciągu był właścicielem, tyle że jego decyzyjność ograniczała się do wyboru zaopatrzenia dla kuchni — i to nie zawsze.
Michał miał dwadzieścia cztery lata i od trzech miesięcy pracował jako pomywacz w kuchni Großer Stern. Oficjalnie zmywał talerze. Nieoficjalnie był delegowanym informatorem struktur podziemia.
Teraz, przemarznięty, w strugach jesiennego deszczu obserwował oświetlone okna restauracji.
Nagle odwrócił się gwałtownie i całą uwagę skupił na tonącym w ciemności lesie. Coś się poruszyło w zaroślach od strony małego wąwozu. Zmysły napięte do granic, umysł zaprawionego konspiratora spokojnie i trzeźwo analizował sytuację.
Zwierzę? Wątpliwe — spory hałas z lokalu skutecznie odstrasza nocne drapieżniki. Pojemniki na śmieci po przeciwnej stronie polany, więc dziki też odpadają. Zresztą całą populację wystrzelali pijani Niemcy, dla zabawy.
Dłoń zacisnęła się na rękojeści kuchennego noża.
Z uzbrojonymi żandarmami nie mam szans, ale jeżeli to pojedynczy szpicel…
— Michał, spokojnie, to ja. — Zza drzewa oddalonego nie dalej niż metr dobiegł cichutki szept. Z mroku wyłoniła się zakapturzona, ubrana na czarno postać. Józek — szesnastolatek z warszawskiej Pragi. Przed wojną uczył się na mechanika, teraz służył jako palacz i elektryk w hotelowej części Großer Stern.
— Człowieku, co tu robisz? — Michał szeptał przez zaciśnięte zęby. — Prawie się posrałem.
— Widziałeś, kto przyjechał?
— Niemcy są w mundurach — SS i Gestapo. Reszta w cywilnych łachach, pojęcia nie mam.
— Fiatem przyjechał ten śmieć Kowalsky — tą kanalię poznałbym w najciemniejszym zakamarku piekła.
Józek splunął w trawę. Johann Kowalsky to jeden z najbardziej znienawidzonych volksdeutschów w okolicy. Pracował dla Niemców od trzydziestego szóstego roku, wysłał na pewną śmierć mnóstwo ludzi z Gryfa Pomorskiego.
— Myślisz, że przyjechali popić z dziwkami?
— Nie mam pojęcia. Ale to nie wygląda na pospolite spotkanie przy wódce. Siedź, patrz i słuchaj. Ja spróbuję dostać się do środka — z tego miejsca niewiele się dowiemy.
— Zwariowałeś? Jak wytłumaczysz, że o tej porze jesteś w restauracji?
— Nie wiem, ale muszę spróbować. Od pewnego czasu dzieją się tutaj dziwne rzeczy. Dwa tygodnie temu, w porze obiadowej, wszystkich pognali do domów. Zostali tylko właściciele. Nawet kelnerów wzięli swoich. Podobno był tutaj sam Katzmann ze swoją zgrają. Podsłuchałem kucharzy.
— Co w tym dziwnego? W końcu mieszka parę kilometrów stąd. Może zatęsknił za bawarską golonką z piwem?
— Józek… Katzmann ma w dupie takie spelunki. Gruppenführer ma w chałupie prawdziwy Wersal — najlepsze żarcie, alkohole, w panienkach też może przebierać do woli. Wiesz dobrze, że od trzydziestego siódmego to miejsce to baza niemieckiej agentury. Tu się kroi jakaś grubsza afera.
— Tym bardziej tam nie wejdziesz. Odpuść.
— Trzymaj się, mały. — Michał przetarł mokrą twarz i nie oglądając się, ruszył wprost do wejścia.
Z kuchennego zaplecza dochodziły apetyczne aromaty pieczeni zmieszane z wonią piwa toczonego z drewnianych beczek. Niemal natychmiast dotarło do niego, jak bardzo jest głodny. Jednak pierwsze, co zarejestrowało spięte ciało Michała, to obezwładniające ciepło.
Wszedł do korytarza prowadzącego na zaplecze. Michał ukradkiem zajrzał do pomieszczeń kuchennych — zlewy zawalone brudnymi naczyniami, kucharze uwijają się przy kotłach. Wychylił się jeszcze kawałek za załom muru. Jego wzrok spotkał się ze zdziwionym spojrzeniem Uwe Zimmermana, szefa sali.
— Michi, was zur Hölle machst du denn hier?
— Herr Restaurantleiter, Entschuldigung. Zgubiłem klucze od bramy wejściowej. Myślę, że zostawiłem je gdzieś tutaj. Jest już po godzinie policyjnej i boję się wracać. Mogę się tu gdzieś przespać do rana? Nawet na podłodze…
Zimmerman spojrzał badawczo na chłopaka. Tolerował go, może nawet bardziej niż innych. Polak, ale grzeczny i nie bał się roboty. Właściciel Senff zostawił listę pracowników, którzy mogli znajdować się dzisiaj na obiekcie — wśród wybranych nie było Michała. Zimmerman przez chwilę toczył walkę z myślami, w końcu zdecydował.
— Później otworzę ci drewutnię, prześpisz się tam do porannej zmiany. Teraz, skoro już jesteś — wskakuj na zmywak. Pomożesz!
Michał ochoczo ruszył na swoje stanowisko. Błyskawicznie opróżnił zlew, lśniące naczynia ustawił na drewnianej suszarce. Zimmerman obserwował chłopaka przy pracy z wyraźnym zadowoleniem.
Po dwóch godzinach szef sali skinął niecierpliwie na Michała.
— Umiesz podłączyć beczkę z piwem do nalewaka?
— Jasne, szefie!
Michał wyczuł niepowtarzalną szansę.
Wytoczyli pękatą beczkę z pakamery i załadowali na dwukołowy wózek transportowy.
— Podłączysz to i wracasz natychmiast na dół. Jeżeli dasz chociaż krok w kierunku sali konsumpcyjnej, dopilnuję osobiście, żebyś jutro wylądował w Stutthofie. Hast du verstanden?
W odległości trzech metrów przy złączonych stolikach siedziało kilku mężczyzn w mundurach SS. Po przeciwnej stronie wykwintnie zastawionego blatu popijało piwo pięciu cywilów. Starając się nie rzucać w oczy, Michał skoncentrował się wyłącznie na słuchaniu.
Mężczyźni zachowywali się głośno, co chwilę wybuchając gardłowym śmiechem. Byli w dobrych humorach i sprawiali wrażenie zadowolonych z siebie.
Może to skucha? Może zerwali się po służbie na dobre żarcie i kilka wódek?
Beczka praktycznie gotowa. Zostało tylko podłączyć wąż od reduktora do nalewaka. Bez sensu ryzykować — gadają o bzdurach.
W tym momencie usłyszał coś, co sprawiło, że zamarł w bezruchu.
— Gentlemen, thank you for the pleasant meeting. We are very interested in beginning discussions and implementing a joint plan.
— A formal meeting with Gruppenführer Katzmann is all that remains to finalise the details. — Nienaganną angielszczyzną zripostował najstarszy stopniem esman.
Angole i Amerykanie żrą wykwintne kolacje i ubijają interesy z SS, a u nas Stutthof i Auschwitz pracują pełną parą.
Michał nie był w stanie zebrać myśli.
***
Józek w żywy kamień przeklinał decyzję Michała. Minęły trzy godziny bez żadnego kontaktu. Martwił się o przyjaciela — z drugiej strony nie miał pomysłu, jak mu pomóc. Pozostawało jedynie cierpliwie czekać, a cierpliwość była ostatnią cnotą, o jaką można by podejrzewać Józka.
Pod kawiarnią małe poruszenie zwróciło jego uwagę. Na taras prowadzący do schodów wyszło kilku mężczyzn. Zapalili papierosy — po zachowaniu widać było, że alkohol już jakiś czas temu opanował ich nastroje. Cywile i umundurowani esesmani ściskali sobie prawice, głośno wymieniając grzeczności i wybuchając co chwilę pijackim śmiechem. Józef policzył ich kilka razy, zanotował, ilu było mundurowych, ilu cywilów, kto i do jakiego wsiadł auta.
Silniki odpaliły w przypadkowej kolejności, konwój ruszył w kierunku Zoppot, zostawiając za sobą charakterystyczną woń syntetycznej benzyny — znak, że nadciąga nieuchronny koniec Trzeciej Rzeszy.
Żukowski mościł sobie legowisko w drewutni — Zimmerman dał mu nawet koc. Wychodząc na spotkanie z przyjacielem, uformował posłanie tak, by sprawiało wrażenie, że przed chwilą je opuścił.
— Co robimy? — zapytał w końcu Józek.
— Idziemy do Borowskiego. Musimy mu o tym powiedzieć.
Porucznik Borowski to ich kontakt z ramienia okręgowej komendy AK. Stary żołnierz konspiracji, życiowo mądry, ostrożny, uczestnik wielu potyczek partyzanckich. Jeśli ktoś potrafi rozgryźć, o co w tym wszystkim chodzi, to jedynie on.
Ze względu na godzinę policyjną unikali głównych dróg. Brnęli krętymi leśnymi ścieżkami w kierunku Gotenhafen. Było zimno, zaczęło delikatnie śnieżyć. Michał układał w myślach treść raportu — chciał przekazać Borowskiemu to, co widzieli, w sposób możliwie profesjonalny. Jak żołnierz żołnierzowi.
— Józek? Myślisz, że ten burdel wreszcie się kończy?
— Co?
— Wojna. Myślisz, że Szwaby wiedzą już, że przegrywają?
Józek zatrzymał się dokładnie naprzeciw przyjaciela.
— Michał, ja myślę, że oni już przegrali. Teraz ścierwa próbują ratować skórę.
— Kosztem nas?
— Kosztem wszystkich. Jak zawsze.
Szli dalej w milczeniu. Śnieg padał coraz gęściej, zacierając ich ślady. Gdzieś w oddali szczekały psy — pewnie kręciły się w okolicy niemieckie patrole.
To, co widziałem dzisiaj w Großer Stern, to jakaś większa afera. Najbardziej zbulwersował mnie fakt, że Anglicy kumplują się z faszystami. Do tego jeszcze ten szpicel Kowalski. AK już dawno wydało na donosiciela wyrok, zawsze udawało mu się zmylić patrol likwidacyjny i uciec. Dopadniemy drania, to pewne. Ale żeby Angole… Szlag!
Rozdział 5
Sopocki oddział PKO wyglądał jak każdy inny obiekt będący spuścizną po schyłkowym PRL-u. Szklane drzwi, podłogi i ściany wyłożone syntetycznym marmurem, sekcje z podświetlaną numeracją. Katarzyna siedziała na plastikowym krześle obok Magdaleny i czuła, jak jej dłonie robią się wilgotne. Nie lubiła banków, nie lubiła urzędników. Przede wszystkim nie lubiła sytuacji o nieprzewidywalnym finale.
— Pani Nowak? — Młoda kobieta wciśnięta w fatalnie skrojony kostium miała wyblakłe oczy i nienaturalnie bladą cerę. — Proszę za mną, do gabinetu.
Pokój był mały i nieustawny, pozbawiony okna. Na ścianie firmowy kalendarz i kilka zdjęć z jakiejś zakładowej imprezy. Pomieszczenie bardziej przypominało pakamerę sprzątaczek niż gabinet do podejmowania gości.
Magdalena pokazała legitymację.
— Komisarz Kowalska, policja. Prowadzę śledztwo w sprawie zaginięcia jednego z waszych klientów. Potrzebujemy kilku informacji na temat pana Krzysztofa Nowaka.
— Rozumiem, ale nie wolno mi udzielać żadnych informacji o statusie naszych klientów, nawet policji. Musiałaby pani wrócić z nakazem prokuratorskim.
— Proszę mnie wysłuchać. — Przerwała Katarzyna. — Mój mąż zniknął. Od wczorajszego wieczoru nie dał znaku życia. Ten klucz pani komisarz znalazła dzisiaj w jego rzeczach. Ja muszę się dowiedzieć, do czego służy. Niech nam pani tylko powie, czy to jest kluczyk do skrytki w państwa banku?
Dziewczyna spojrzała na klucz, potem na Katarzynę, potem na Magdalenę.
— To klucz do skrytki depozytowej. Ale żeby ją otworzyć, potrzebuję…
— Potrzebuje pani jedynie odrobiny empatii i cienia dobrej woli. Mogę tu wrócić z nakazem, nawet z ekipą techników i grupą operacyjno-śledczą. Szczypiemy się czy szanujemy swój czas? — Ton Magdaleny nie pozostawiał miejsca na dyskusję.
— Proszę mnie nie straszyć. Pani ma swoje procedury, ja muszę przestrzegać wewnętrznych zarządzeń banku. Jako policjantka powinna pani przepisy stawiać jako priorytet, prawda?
Lodowaty ton dziewczyny i logika argumentów zadziałały na Kowalską jak zimny prysznic.
— Niezbędny jest drugi klucz. Skrytki mają podwójne zabezpieczenie — jeden klucz posiada klient, drugi jest zdeponowany u nas. — Tym razem zwróciła się bezpośrednio do Katarzyny, ostentacyjnie ignorując policjantkę.
Katarzynie Nowak żołądek podszedł do gardła.
— Niech mi pani pomoże, bardzo proszę.
— Mogę sprawdzić, czy skrytka rzeczywiście należy do pana Nowaka. Ale żeby ją otworzyć…
— Proszę sprawdzić. — Magdalena odzyskała formę. — Przynajmniej będziemy wiedziały, czy szukamy we właściwym miejscu. Do decyzji o otwarciu depozytu wrócimy później.
Dziewczyna zaskakująco zgrabnie posługiwała się klawiaturą. Niebieska poświata ekranu mieszała się z mdłą barwą sufitowego oświetlenia.
— Tak. Skrytka numer 317, wynajęta przez Krzysztofa Nowaka w sierpniu tego roku.
— W sierpniu? — Katarzyna odwróciła się do Magdaleny. — Nie wspomniał o tym nawet jednym słowem.
— Czy był tu w ostatnim czasie? — Kowalska zerknęła przez ramię dziewczyny na ekran monitora.
— Sprawdzam… Tak. Wczoraj około szesnastej. Spędził w pokoju depozytowym około godziny.
Wczoraj o szesnastej Krzysztof był w banku. Dlaczego miał przed nią tajemnice? Co takiego zdeponował w skrytce, że zdecydował się to ukryć przed własną żoną?
— Czy mogę wiedzieć, co tam trzyma? — zapytała Katarzyna.
— Nie mam pojęcia. Klienci mają zagwarantowaną stuprocentową prywatność. Mogę tylko powiedzieć, że skrytka jest duża — jedna z największych. Czterdzieści na sześćdziesiąt centymetrów, głębokość trzydzieści.
Magdalena sporządzała notatki w notesie.
— Żeby ją otworzyć, potrzebujemy…?
— Nakazu sądowego albo zgody wszystkich współwłaścicieli.
— Jakich współwłaścicieli?
Dziewczyna ponownie zagłębiła się w migających na ekranie wykazach i umowach.
— Skrytka jest wynajęta na dwie osoby. Krzysztof Nowak i… Anna Kowalczyk.
Katarzyna zbladła. Informacja na kilka sekund pozbawiła ją oddechu.
— Kto to jest Anna Kowalczyk?
— Przykro mi, nie mam pojęcia. Dla banku to nazwisko funkcjonujące w systemie.
— Proszę nam udostępnić dane adresowe pani Kowalczyk. Wszystko, czym państwo dysponujecie.
— Adres: Warszawa, Aleja Balińskiego 5.
Magdalena skrzętnie zapisała każde słowo.
— Kiedy Anna Kowalczyk była tu ostatni raz?
— Chwileczkę, sprawdzam… W rejestrze figuruje tylko jedna wizyta — w dniu podpisania umowy. Szesnastego sierpnia o godzinie czternastej piętnaście. Procedura zakończyła się podpisaniem umowy najmu o piętnastej zero pięć.
Katarzyna podeszła do ściany i oparła się o nią czołem. Nie było okna.
— Pani Nowak? — Magdalena dotknęła jej ramienia. — Wszystko w porządku?
— Nie, nic nie jest w porządku!
Dziewczyna za biurkiem była wyraźnie speszona. Magdalena posłała jej porozumiewawcze spojrzenie i delikatnie odprowadziła panią Nowak na miejsce.
— Proszę usiąść, tak będzie lepiej. Miała pani dzisiaj trudny dzień.
— Może przyniosę pani szklankę wody? — odezwała się dziewczyna i z wyraźną ulgą opuściła pomieszczenie.
Kobiety zostały same.
— Kim jest ta Anna?
— Nie wiem. Krzysztof nigdy nie wspominał o Annie ani żadnej innej kobiecie.
— Może to ktoś z rodziny? Jakaś daleka krewna?
— Mówiłam już pani — Krzysztof nie ma nikogo. Rodzice zmarli wiele lat temu, rodzeństwa ani kuzynostwa też nie ma.
— Nie wydaje się to pani dziwne? Żadnych ciotek, wujów, dalekiego kuzynostwa? Każdy ma kogoś, nawet taką siódmą wodę po kisielu.
— Czy to teraz ważne? — Katarzyna Nowak była wyraźnie wytrącona z równowagi. — Lata temu, kiedy się poznaliśmy, powiedział mi, że jest sierotą i nie posiada żadnych krewnych. Przyjęłam to za pewnik. Po co miałam drążyć?
Komisarz spojrzała uważnie w oczy Katarzyny. Coś ścisnęło ją w okolicy żołądka, jak zawsze, kiedy wiedziała, że ktoś nie mówi całej prawdy.
Dziwne małżeństwo — nic o sobie nie wiedzą, nie mają dzieci. Jak tysiące innych w tym kraju.
Odgarnęła nerwowo włosy opadające na oczy.
— Kochanka? — wypaliła bezpośrednio.
Katarzyna odwróciła się powoli i twardo spojrzała jej prosto w oczy.
— Skąd pomysł?
— Hipoteza. Staram się uporządkować fakty. Nie ma pani wrażenia, że zbyt wiele tu tajemnic jak na zdrową relację małżeńską?
Katarzyna opadła na krzesło. Na jej twarzy uwidoczniło się nagle całe zmęczenie, cierpienie i strach.
— Kochanka. Nie jest pani delikatna, ale to by wiele wyjaśniało… — Miała na wpół przymknięte powieki. — Ostatnie miesiące Krzysztof był inny. Jakiś nieobecny, niechętny do rozmów, obcy. Czasami miałam wrażenie, jakby mnie unikał.
— Muszę zadać pani bardzo osobiste pytanie. Jak układała się w ostatnim czasie kwestia współżycia?
— Od ponad dwóch miesięcy — w ogóle się nie układała. Zero kontaktów intymnych. Może powinno mnie to zastanowić. Krzysztof zawsze miał spory temperament.
Magdalena usiadła obok niej. Poczuła coś, czego dawno nie odnajdywała w sobie — ciepło, współczucie, zrozumienie. Dobrze wiedziała, jak bardzo boli odrzucenie.
— Przepraszam, ale muszę jeszcze o coś zapytać. Czy według pani byliście dobrym małżeństwem? Kochała pani męża i czuła się kochaną?
Pytanie zawisło w powietrzu jak dym z papierosa. Katarzyna z zaangażowaniem oglądała swoje dłonie.
— Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Nic nie wiem…
Delikatne pukanie do drzwi zwiastowało powrót dziewczyny z dwiema filiżankami kawy i szklanką wody. Asystentka postawiła napar na blacie biurka i wróciła do komputera.
— Czy mogę jeszcze w czymś pomóc?
— Tak. — Magdalena nie odrywała wzroku od wydruków. — Potrzebuję kopii wszystkich operacji na koncie Krzysztofa Nowaka z ostatnich sześciu miesięcy.
— Muszę mieć nakaz…
— Daj mi do telefonu kogoś z przełożonych!
Magdalena wysyczała to takim tonem, że dziewczyna natychmiast sięgnęła po aparat. Komisarz wyszła z pomieszczenia, po niecałych piętnastu sekundach wróciła i oddała komórkę.
Asystentka spąsowiała i lekko dygnęła odkładając telefon.
— Zaraz ktoś przyniesie. — Spojrzała na Magdalenę ze szczerą nienawiścią.
Niezła rewolucja. Największe baty zbiera najmniej winna osoba w tym pokoju. Od pierwszej chwili widać, że dziewczyna się tutaj męczy.
Do pokoju wszedł mężczyzna z wydrukami. Ostentacyjnie rzucił je na stół i wyszedł równie szybko, jak się pojawił. Magdalena wyłączyła się z otoczenia i całą uwagę skupiła na kolumnach cyfr i dat.
— Przez ostatnie pół roku pani mąż regularnie wypłacał z konta niebagatelne sumy. Najniższa to pięć tysięcy złotych. Wszystkich wypłat dokonano gotówką, w tej placówce. Wie pani coś o tym?
— Jezu, niby skąd!? — Katarzyna Nowak miała w oczach łzy. Delikatnie otarła małą stróżkę z prawego policzka.
Patrzyła na wyciągi. Kolumny cyfr wirowały jej przed oczami, zlewały się w jedną czarną plamę. Kolejna plama na jej małżeństwie.
— Pani komisarz, ja nie mam pojęcia, kim naprawdę jest mój mąż.
Kowalska miała przed sobą kobietę, która właśnie odkryła, że jej życie to wyłącznie fikcja. To, co uważała za rodzinę i dom z sielską atmosferą, okazało się jedynie ułudą. Piękną, ale ulotną.
Rozklejam się jak gimnazjalistka. W tej robocie nie można ulegać sentymentom.
Wyszły z banku pogrążone w myślach. Katarzyna oddychała nienaturalnie głęboko.
— Tylko niech mi tu pani nie schodzi. Nie mam pojęcia o reanimacji. — Skłamała.
— Co możemy z tym wszystkim zrobić?
— Ja jadę odwiedzić panią Annę Kowalczyk. Jeżeli ma pani czas, wyjątkowo możemy pojechać razem — zamelduję szefowi, że chciałabym was obie skonfrontować.
— A jeśli okaże się, że jest jego kochanką?
— To ją zastrzelimy.
— O czym pani mówi!?
Magdalena zatrzymała się i patrzyła na nią.
— Pani Nowak, nie mam pojęcia, kim jest Anna Kowalczyk dla pani męża. Cokolwiek by to było — na obecną chwilę kochanka byłaby najmniejszym zagrożeniem.
Rozdział 6
Hotel Grand, Sopot, sobota 7 listopada 2024, 21:30
Od dwóch godzin Hans Richter umilał sobie życie przy barze sopockiego Grand Hotelu.
Alkohol przyjemnie odpręża, rozluźnia mięśnie wiecznie spiętego karku i zwraca błogi spokój. Podświadomość Niemca cały czas trzeźwo kontrolowała kameralną przestrzeń Blue Pub. Gdyby zaistniała taka konieczność, był gotowy do natychmiastowej reakcji.
Miał nieustanne wrażenie, że jest obserwowany. Po dwudziestu latach takiego życia trudno odróżnić urojenia od rzeczywistości. Jedno było pewne — ten czas pozostawił na jego psychice solidne blizny. Ciągły stres, alkohol i papierosy zmieniły wysportowanego herosa w czterdziestoletniego starca.
Odganiał natrętne myśli, a mimo to wyraźnie odczuwał na karku czyjś wzrok. Pociągnął solidny łyk i udając, że czyta gazetę, zmienił pozycję na barowym stołku.
W lustrze odnalazł faceta siedzącego od ponad godziny przy stoliku pod oknem. Wysoki, około czterdziestki, modne bawełniane spodnie i gustownie dobrany t-shirt. Pierwsze co rzucało się w oczy to imponująca muskulatura.
Miejmy nadzieję, że to znudzony turysta — w przeciwnym razie mogą być kłopoty.
Mężczyzna zdawał się zupełnie nie interesować tym, co go otaczało. Sączył drinka, przeglądając z zainteresowaniem kartę dań.
To może nic nie znaczyć. Ale intuicja nakazuje zachować czujność.
Szukając papierosów w kieszeniach spodni przyjął pozycję pozwalającą obserwować gościa nie zwracając niczyjej uwagi. Wyciągnął zapalniczkę, zaraz po niej paczkę papierosów. Zapalił i machnął na kelnera, wskazując pustą szklankę.
Ten jest skoncentrowany i skupiony — on nie szuka relaksu. On obserwuje i czeka.
Rozmyślania przerwała delikatna wibracja telefonu. Na wyświetlaczu identyfikacja rozmówcy: znowu Klaus.
— Richter.
— Możesz swobodnie rozmawiać?
— Owszem. Wyczuwam problemy, mam rację?
— Myślę, że tak.
— Mów.
— Ten Nowak znowu wchodzi nam pod lufę. Spis map, które ci wysłałem, już wydawał mi się mocno podejrzany. Teraz dostałem informacje, że węszy w miejskich archiwach. Przede wszystkim interesują go Niemcy zamieszkujący Sopot od zakończenia wojny. Szuka też powiązań rodzinnych pomiędzy niemieckim dowództwem obrony wybrzeża z czterdziestego piątego a ich krewnymi w Niemczech.
Hans poczuł, jak twardnieją mu mięśnie karku i ramion.
— Co wie? Możesz ustalić, co znalazł albo czego dokładnie szukał?
Niech go szlag trafi z takimi informacjami. Zawraca dupę nie mając konkretów. Tego Hans najbardziej nie lubi.
— Chwila…
Przez kilka minut z drugiej strony słychać było szybkie stukanie klawiatury i mrukliwe przekleństwa Klausa.
— Masz coś?
— Chwila… Nie uwierzysz — podobno dwa dni temu zniknął.
Hans dopił whisky jednym haustem.
— Spierdolił?
— Raczej nie. Znalazłem policyjny raport — żona zgłosiła, że nie wrócił do domu. Sprawę prowadzi Komenda Miejska w Gdańsku.
Są dwie opcje. Albo gówniarz za dużo węszył i wszedł komuś w drogę, albo znalazł to, czego szukał i się ulotnił. Ani jedna, ani druga nie jest dla Richtera korzystna. Jeżeli znalazł depozyt i się ewakuował, podpisał na siebie wyrok. Jeżeli ktoś wyłączył mu prąd, zacznie się szum — a to ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebuje.
Wokół operacji Bernstein gęstnieje atmosfera. Robi się duszno. Z każdym dniem przybywa chętnych, zdeterminowanych do przejęcia schedy po Katzmannie. Jeszcze do niedawna jedyne zagrożenie wiązało się z osobą Kowalskiego juniora. Ojciec przekazał mu dużo cennych informacji.
— Klaus, to mi się nie podoba.
Hans rozłączył się. Gestem ręki ponownie przywołał barmana. Ten bez pytania nalał kolejną porcję whisky, wykrzywiając usta w zawodowym uśmiechu. Był w trudnym do oszacowania wieku — równie dobrze mógł mieć pięćdziesiąt jak i sześćdziesiąt lat. Liczne zmarszczki stanowiły precyzyjną mapę zwiedzonych knajp, a charakterystyczne wory pod oczami kumulowały wspomnienia upojnych nocy i pijackich bójek.
— Dobrze mieszasz whisky.
— Dziękuję, lata wprawy. — Barman niezmiennie krzywił twarz. — Pierwszy raz w Sopocie?
— Tak.
— To miasto knajp. Wychowałem się tutaj. Przyjechał pan pozwiedzać?
— Tak. Dawno chciałem zobaczyć Danzig i Gotenhafen.
— Gdańsk i Gdynię? — W oczach barmana nie było sprzeciwu wobec zniemczenia nazw.
Whisky delikatnie piekła w gardle. Richter analizował zachowanie barmana.
Przecież gadamy o niczym.
Postanowił się nie nakręcać.
— Skąd jesteś?
— Berlin.
— Fajne miasto. Byłem tam kiedyś. — Barman nalał sobie piwo. — Która dzielnica?
W najlepszym sopockim hotelu barman oficjalnie serwuje sobie piwo w godzinach pracy? Pomimo sporej ilości alkoholu umysł Richtera pracował na pełnych obrotach.
— Różne, nie lubię stagnacji. Życie to ruch.
— Mieszkam tu od pięciu lat. — Barman upił łyk. — Wcześniej kilka lat w Gdańsku. Ale to nie było moje miejsce. W Sopocie spokojniej, poza tym ciągnie na stare śmieci. Robota w hotelarstwie to taka… rodzinna tradycja. Ojciec trwał całe życie w branży, ja dopiero wchodzę w kierat.
Hans kiwnął głową.
Niby nic nieznacząca rozmowa. Niby.
— Długo pracuje pan w tym hotelu?
— Ponad dwa lata. Wcześniej jeździłem taksówką, ale to niewdzięczny kawałek chleba. Trafiła się okazja, więc uciekłem z postoju. Praca w „Grandzie” to prestiż w tym mieście. A pan czym się zajmuje, jeżeli wolno zapytać?
— Różnie. Nie przywiązuję się ani do miejsca, ani do zawodu. Pieniądz to najlepszy kompas.
— Rozsądnie. — Barman wytarł bar. — Dużo Niemców nas tu odwiedza. Przede wszystkim wycieczki, głównie emeryci. Wielu stąd pochodzi — chcą przed śmiercią odwiedzić stare kąty.
Po karku maszerowały rzędy mrówek — Hans doskonale znał ten stan i nigdy go nie lekceważył.
— Na starość ludzie zazwyczaj wracają do miejsc, w których się wychowywali. Szukają krewnych, dawnych znajomych. Odnajdują miejsca, które zaważyły na ich życiu, odkrywają zapomniane tajemnice. Widzę to po moich staruszkach…
Tym razem Hans dostrzegł w oczach barmana niepokojące błyski.
Instynkt podpowiada, żeby się jak najszybciej wycofać. Za chwilę zapędzę się w kozi róg. A za plecami jeszcze ten mięśniak — już oficjalnie się przygląda i przysłuchuje.
— A co mnie obchodzą emeryci i ich tęsknoty. — Richter opryskliwie przerwał monolog barmana i zebrał się do wyjścia.
Spięty, gotowy na atak, kątem oka obserwował mężczyznę przy stoliku pod oknem. Zostawił plik pogniecionych euro i wyszedł.
To bydlę.
Szedł powoli w kierunku windy, próbując okiełznać burzę emocji.
Popadam w paranoję? Nie oszukuj sam siebie — facet wyraźnie szukał punktu zaczepienia. Prowokował. Mają swoich ludzi wszędzie. Skąd mogli wiedzieć, że będę w tym barze?
Pokój hotelowy wyglądał dokładnie tak samo, jak w chwili kiedy wychodził. Chociaż… komputer jakby inaczej ustawiony na nocnym stoliku. Walizka — chyba delikatnie przesunięta.
To jeszcze ostrożność, czy już paranoja?
Zajrzał do sejfu — wyglądał na nietknięty. Dokumenty, pistolet od Klausa, wszystko na miejscu. Dobrze, że Klaus stanął na wysokości zadania i dostarczył mu broń. Czeska cz, wzorowana na włoskiej berecie, była doskonałym wyborem — magazynek na szesnaście naboi dziewięć milimetrów.
Spocony usiadł na krawędzi łóżka. Taki styl życia prowadził od blisko dwudziestu lat. Nic dziwnego, że wszędzie węszył spiski, zdrady i zasadzki.
Może powinienem wrócić do Berlina? Jak dotąd, to wszystko jest gówno warte. Mam pieniądze, firmę po dziadku — po co mi to wszystko?
Wyciągnął z sejfu cz, odruchowo sprawdził magazynek i schował broń pod poduszkę. Położył się w ubraniu. Z przyzwyczajenia, które stało się nawykiem, wsłuchiwał się w nocne życie hotelu. Wreszcie, zmęczony alkoholem, zapadł w przerywaną, niespokojną drzemkę.
***
Hotel Grand, Sopot, godzina 1:56
Minęło kilka sekund, zanim zaczął rejestrować, co się dzieje. Jak przez mgłę do mózgu dotarło ciche, natarczywe pukanie do drzwi. Fosforyzujące wskazówki zegarka wskazywały za cztery minuty drugą.
— Co jest!? — ryknął w ciemność pokoju. — Kto tam?
— Obsługa pokoju. Zamówienie do pokoju sto piętnaście.
Niczego nie zamawiał. Tego akurat był pewien. Nigdy nie korzystał z room service. Pomyłka? Hans nigdy nie wierzył w takie pomyłki.
— Niczego nie zamawiałem. — Warknął, nie siląc się na grzeczność. — Wie pan, która godzina?
— Herr Richter! Pilna wiadomość.
Ktoś z drugiej strony drzwi odezwał się płynną niemczyzną. W ułamku sekundy Hans pozbył się sennego otumanienia — fala strachu zadziałała jak zastrzyk adrenaliny.
Ostrożnie, krocząc po miękkim dywanie, przesunął się pod same drzwi, nie wydając najcichszego dźwięku. Zorientował się, że trzyma w dłoni odbezpieczony pistolet. Chłód metalu dodawał pewności siebie. Przez chwilę lustrował korytarz przez wizjer — hol wyglądał na pusty. Panowała kompletna cisza, przerywana pochrapywaniem z pokoju po przeciwnej stronie.
Sprawdził jeszcze raz bezpiecznik cz i otworzył drzwi. Ciąg komunikacyjny był pusty. Jedynym dowodem na autentyczność nocnej wizyty była malutka paczuszka oparta o framugę drzwi.
Hans zabrał zawiniątko i pospiesznie wrócił do pokoju. Dokładnie sprawdził zamki, po czym usiadł przy stole i z uwagą obejrzał opakowanie. Kartonik był wielkości paczki papierosów — mimo to krew odpłynęła z jego twarzy.
W środku, opatulona w wacik, leżała niewielka ampułka z bezbarwnym, gęstym płynem. Obok, na postrzępionej karteczce, ktoś skreślił kształtnymi literami:
„Neugier ist eine äußerst verwerfliche Eigenschaft — sie kann tödlich sein!”
„Ciekawość jest cechą wysoce naganną — może być śmiertelna!”
Hans zawsze wiedział, że powinien ufać swojej intuicji. To nie była paranoja — to była pułapka.
Rozdział 7
Magdalena kończyła trzeciego papierosa, czekając w służbowej skodzie na Katarzynę Nowak.
Co ja robię? Dopuszczam głównego świadka do wszystkich tajemnic śledztwa. Umożliwiam jej dostęp do materiałów zastrzeżonych wyłącznie dla zespołu operacyjnego i jeszcze wożę dupę służbowym autem. Najchętniej sama wywaliłabym siebie z roboty — i to z wilczym biletem.
Silnik mruczał leniwie, cicho i miarowo. Do Warszawy ponad trzysta sześćdziesiąt kilometrów.
W bramie kamienicy pojawiła się Katarzyna. Intensywnie niebieskie jeansy opinały kształtne biodra i podkreślały linię łydki.
Atrakcyjna kobieta. Jaki facet zostawia taką babkę. Może Nowak faktycznie wpadł w jakieś tarapaty?
— Jest pani pewna, że chce w tym uczestniczyć? — zapytała chłodno, otwierając Katarzynie drzwi.
Była dziewiąta rano. Zaraz miały wyruszyć do Warszawy, aby odszukać tajemniczą Annę — kobietę, która powinna rozwiać wiele wątpliwości i niedomówień. Oby.
— Nie mam wyboru.
— Oczywiście, że pani ma. To moja praca i powinnam jechać sama. Major, kiedy dowiedział się o wspólnym wyjeździe, dostał furii.
Czuję, że stracę przez to robotę.
Katarzyna usadowiła się na fotelu pasażera.
— Rozumiem, że sprawiam kłopot. Obiecuję nie uprzykrzać drogi moimi nastrojami. Proszę mnie zrozumieć — mój świat od kilku dni wali się z łoskotem. Muszę znać prawdę, proszę mi pomóc.
Magdalena uruchomiła silnik.
— Zatrzymamy się na stacji. Ma pani ochotę na kawę?
— Mam termos. — Katarzyna wyciągnęła aluminiową butelkę. — Zrobiłam też parę kanapek.
— Jak prawdziwa żona. — Fuknęła z udawaną pogardą Magdalena.
— Byłam żoną.
— Byłam?
— Nie chcę niczego przesądzać, może to kumulacja złych emocji, może sugeruję się wyobraźnią. Jednak na tę chwilę raczej nie widzę się dalej u boku Krzysztofa.
W milczeniu opuściły Sopot. Magdalena kątem oka obserwowała Katarzynę. Spięta. Chaotycznie bawiła się palcami prawej ręki. Wpatrzona w okno, beznamiętnie obserwowała rozmazaną przestrzeń.
Albo świetnie gra, albo mocno cierpi.
— Mogę zapytać, co panią tak nurtuje?
— Świadomość, że kompletnie nie znam własnego męża.
— Może to dobrze.
— Dlaczego?
— Bywa, że taka wiedza jest powodem okrutnych rozterek. Proszę mi wierzyć — czasami kłamstwo jest dużo bardziej humanitarne niż prawda. Zwłaszcza ta niechciana.
Katarzyna przerzuciła spojrzenie na Magdalenę.
— Co pani ma na myśli?
— Nic ważnego. Ostatnio zbyt często pozwalam sobie na niepotrzebne retrospekcje. Taka słabość starzejącej się policjantki.
Magdalena widziała w Katarzynie siebie sprzed kilku lat. Sponiewieraną przez życie, własną naiwność i cynizm skurwiela, który twierdził, że ją kocha. Kochał, kiedy na każde życzenie miał ją w łóżku. Przestał, kiedy okazało się, że zaszła w ciążę. Prokurator, jego mać. Po śmierci córki wylądowała na trzy miesiące w psychiatryku. Wyszła na własne żądanie. Miała trochę oszczędności, więc poszła w tango — wóda, tanie knajpy, przypadkowy seks i znowu wóda. Piła rano, piła w południe, piła w nocy. Pije do dzisiaj, tylko zdecydowanie mniej.
— Pani Magdo? — Ciepły, niski głos Katarzyny wyrwał ją z czarnej dziury wspomnień.
— Tak? Przepraszam, byłam daleko. — Skłamała bez zastanowienia.
— Dlaczego pracuje pani w policji?
— Długa historia.
— Mamy trzy godziny.
Magdalena myślała przez chwilę.
— Mam w sobie dużo mroku. Był w moim życiu czas… proszę wybaczyć, nie jestem gotowa na taką rozmowę. Zostałam gliną, bo postanowiłam naprawiać rzeczy, które bez naszej zgody rozwala nam życie. Życie jest bezwzględne. Atakuje, choć samo wie, że to co robi pozbawione jest sensu.
— To smutne…
— Nie odbieram tego w ten sposób. Każdy ma swoją drogę, którą musi pokonać. Akurat moja pełna jest wyboi, przerośniętych korzeni i niezliczonych dziur, w które wpadam z uporem maniaka.
— Może gdyby nie była pani sama…?
— W kluczowych momentach życia zawsze jesteśmy sami. Nawet jeżeli jest obok ktoś, kto mówi, że kocha. Jedność dusz, jeżeli w ogóle się pojawi, to zaledwie chwile, miłe momenty. Problemy zawsze pokonujemy samotnie.
Katarzyna przez dłuższą chwilę milczała. Bawiła się palcami, wpatrzona w dywaniki podłogowe skody.
— Nie tęskni pani za bliskością?
— Nie! — Magdalena potraktowała pasażerkę wyjątkowo zimno.
— Przepraszam, nie powinnam.
— W porządku. Po prostu zmieńmy temat.
Minęły Malbork. Magdalena zjechała na stację Orlenu. Nie musiała tankować — chciała wypić kawę i uporządkować myśli.
Odreagowuję na tej kobiecie swoje frustracje i bawię się w taniego filozofa, a powinnam wydobyć z niej maksimum informacji.
Kowalska miała przeczucie, że śmierć w Grand Hotelu i zniknięcie Krzysztofa Nowaka to nie przypadkowe zdarzenia zawieszone na tej samej linii czasu. Zbyt wiele punktów wspólnych. Z jednej strony obecność żony zaginionego dewelopera stała w opozycji do wszystkich punktów regulaminu — z drugiej im lepiej Kowalska poznała profil psychologiczny Krzysztofa, tym łatwiej będzie mogła orientować się w zawiłościach śledztwa.
— Długo zna pani swojego męża? — Magdalena zdecydowała się przełamać barierę, którą nieopatrznie sama stworzyła.
— Ponad piętnaście lat. Poznałam go wiosną, przed egzaminem na studia. Udzielał mi korepetycji z historii architektury.
— Co pani studiowała?
— Historię sztuki.
— Pracuje pani w zawodzie?
— Nie. Krzysztof zawsze bardzo dobrze zarabiał. Nigdy nie powiedział tego otwarcie, ale delikatnie sugerował, żebym nie podejmowała pracy zawodowej.
— Dlaczego?
— Nie mam pojęcia. Może był zazdrosny.
— A miał powody?
Katarzyna spojrzała na nią z wyraźną irytacją.
— Teraz pani zbytnio folguje swojej ciekawości.
— Cóż zrobić, taka praca. Pytam, ponieważ próbuję skonstruować logiczny wzorzec osobowości pana Krzysztofa.
Tym razem spojrzenie Katarzyny wyrażało niepewność, może nawet wstyd.
— Proszę mi opowiedzieć, jakim człowiekiem jest pani mąż.
— Dziwna prośba.
— Zapewniam, że nie ma w moim pytaniu niczego podchwytliwego. Przeżyła pani z nim ponad piętnaście lat — chyba ma pani ugruntowany pogląd na jego osobowość?
— Nigdy się nad tym nie zastanawiałam.
— Proszę spróbować teraz. Do Warszawy mamy jeszcze kawał drogi.
Służbowa skoda minęła drugi zjazd na Elbląg. Przed nimi pusta droga, nie licząc kilku dostawczych busów marudzących prawym pasem. Kowalska prowadziła pewnie, skoncentrowana na drodze, jednocześnie analizując z precyzją mikroprocesora każdą reakcję pasażerki i każde jej słowo.
— Jak wspomniałam, Krzysztofa poznałam w trakcie przygotowań do egzaminów. Zaimponował mi ponadprzeciętną wiedzą, niezwykłą intuicją i logiczną analizą faktów. Ja zawsze byłam roztrzepana, a słowa „planowanie” nie znalazłaby pani w moim rejestrze słów użytkowych. Krzysztof był szarmancki, elokwentny, można było porozmawiać z nim na każdy temat. Raczej typ romantyka niż materialisty. Uczciwy, rzetelny i bardzo słowny. Przez cały czas naszej znajomości nigdy mnie nie zawiódł. Stąd moje rozczarowanie — ostatnie tygodnie był innym człowiekiem. Miałam wrażenie, że poszłam spać z kimś innym i przy kimś innym się obudziłam. Naprawdę nie poznawałam swojego męża. Zrzucałam to na karb przepracowania, zmęczenia — każdemu z nas zdarzają się zniżki nastroju.
— Jakim jest pracownikiem?
— Cenionym, myślę. Sumienny, dokładny, często realizował zadania kosztem czasu wolnego. On kocha swoją pracę — to jego pasja. Dużo czytał, przede wszystkim literaturę fachową. Poza tym trochę podróżowaliśmy. Krzysztof wszędzie robił zdjęcia, sporządzał notatki.
— A jakim był mężem?
— Trudno mu cokolwiek zarzucić. Dbał o dom i o mnie, niczego mi nie brakowało. Nie kłóciliśmy się, nie było między nami nawet większych sprzeczek. Mąż nie był wylewny w okazywaniu uczuć — początkowo trochę mi to przeszkadzało, ale z czasem zaakceptowałam taki model relacji. Tłumaczyłam sobie, że wychował się bez rodziców i rodzeństwa. Uznałam, że nie miał wpojonych pozytywnych wzorców, ale starał się.
— Czy pani zdaniem mąż mógł zaangażować się w jakąś działalność niezgodną z prawem? Może związać się z jakąś grupą z pogranicza szarej strefy albo sam zdecydować się na działania pozostające w kolizji z kodeksem karnym?
— Jezu, nie wiem. Nie, to niemożliwe. Krzysztof z racji zawodu musiał współpracować z różnymi ludźmi, ale sam… nie, na pewno nie. Był uczciwy i — myślę — zbyt ostrożny, żeby nie powiedzieć strachliwy.
— A kobiety? Zakłada pani, że mógł kogoś poznać i po prostu się ulotnić?
— Jeszcze trzy dni temu powiedziałabym z pełnym przekonaniem, że nie. Po wczorajszej rozmowie w banku i pojawieniu się tej Anny Kowalczyk — nie wiem. Chcę wierzyć, że to przypadek, jakiś kontakt zawodowy albo klientka firmy, w której Krzysztof pracuje.
— Niebawem się przekonamy — o ile pod wskazanym adresem rzeczywiście przebywa jakaś Kowalczyk.
— Ma pani jakiś plan?
— Prosty i oczywisty. Przesłuchać i wyciągnąć wszystko, co się da, na temat pana Krzysztofa i relacji między nimi.
— A jeżeli nie zechce rozmawiać?
— Zechce. Gwarantuję. Finalnie wszyscy decydują się na rozmowę. Wobec niektórych trzeba tylko użyć właściwych argumentów.
— Może to jednak jego kochanka? Młodsza, ładniejsza — może lepsza w łóżku?
— Pani tak serio? Zazwyczaj mężczyźni odchodzą nie dlatego, że znaleźli kogoś lepszego, tylko dlatego, że uciekają od czegoś, czego nie potrafią zaakceptować w sobie samych.
Magdalena poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła.
Znowu złapałam się na projekcji własnych traum na cudze życie. Czy to się nigdy nie skończy?
— Warszawa, dwadzieścia kilometrów. — Zgrabnie minęły starą ciężarówkę podskakującą na wybojach zatoczki rewizyjnej.
Całą siłą woli Magdalena przywoływała się do porządku i narzucała sobie surową dyscyplinę. To akurat potrafiła doskonale. Nigdy nie pozbyła się bólu po stracie dziecka, nigdy też nie wybaczyła Rachwalskiemu.
— Pani komisarz, dziękuję.
— Za co? — Nie znosiła litości. Nigdy nie znosiła. Ale jeszcze bardziej drażniła ją cudza wdzięczność.
Magdalena ściskała kierownicę aż do bólu kostek.
Zatraciłam zdolność do przeżywania normalnych, ludzkich relacji. Każdy przejaw sympatii skierowany w moją stronę budzi natychmiast reakcję obronną — oziębłość. Z kolei moje nastawienie wobec ludzi, których spotykam, można zamknąć w dwóch słowach: przesłuchać i postawić zarzuty.
— Pozwoliła mi pani jechać ze sobą, chociaż to skutkuje licznymi komplikacjami. Poza tym mam wrażenie, że chce mi pani naprawdę pomóc.
— Sranie w banie. Wykonuję tylko swoją robotę. — Jednak nie potrafiła inaczej, a tak starała się być miła.
Katarzyna Nowak patrzyła na nią z nieukrywaną wdzięcznością. Przez moment Magdalena miała wrażenie, że oczy pasażerki stały się wilgotne i szkliste.
Szlag, jeszcze tego mi brakowało.
Normalnie nie zwróciłaby na to najmniejszej uwagi. Ta kobieta miała na nią zły wpływ — rozklejała się przy niej, traciła kontrolę nad emocjami. Odczuwała coś na kształt współczucia, jakieś niezrozumiałe poczucie jedności, zrozumienia.
— Co się dzieje, do kurwy nędzy? — Mruknęła niby do siebie, lecz wystarczająco głośno.
— Słucham?
— Nic, nic. Przepraszam, to do swoich myśli. — Magdalena powoli traciła cierpliwość sama do siebie.
— Myśli pani, że ta Kowalczyk jest jego kochanką? — Katarzyna przerwała drażniącą ciszę.
— Nie wykluczone. Chcąc rzetelnie analizować fakty, nie możemy odrzucić takiej opcji. Mimo wszystko, coś mi podpowiada, że ta relacja nie ma nic wspólnego z uczuciem ani z seksem. Obawiam się, że to cięższy kaliber znajomości.
— Dlaczego?
— Skrytki bankowej nie wynajmuje się, aby kolekcjonować listy miłosne od kochanek. W banku ostatni raz była w dniu podpisania umowy. Oczywiście to nic nie znaczy — mogła być w Trójmieście i czekać w hotelu, aż Krzysztof załatwi wszystko sam. Niewykluczone, że jej również zależy na dyskrecji. Niemniej przez cały ten czas ani razu nie skontaktowała się z bankiem. Ani mailowo, ani telefonicznie.
— Moim zdaniem to właśnie może sugerować, że łączy ich jakieś uczucie albo chociaż namiętność. Nie odmówiła mu pomocy przy podpisaniu umowy, ale później wyłączyła się całkowicie. Po co zakładać z kimś skrzynkę depozytową, a później z niej nie korzystać? Nie dziwi to pani?
— Dziwi. Dlatego muszę zmusić panią Annę Kowalczyk do złożenia szczerych i szczegółowych zeznań.
— Myślę, że niewiele się dowiemy.
— Nie podzielam pani obaw. I jeszcze jedno — nie przyszło pani do głowy, że Anna Kowalczyk była jedynie narzędziem w rękach pani męża? Może jest nie wspólnikiem, a ofiarą, którą zwyczajnie wykorzystał?
Rozdział 8
Z zewnątrz gmach Agencji „Merkury” nie wyróżniał się niczym szczególnym. Główny hol na wysokim parterze był zaprojektowany tak, by skutecznie zachęcić petentów czystym, przestronnym wnętrzem. Całą szerokość pomieszczenia wypełniały stanowiska recepcyjne przypisane do dziesięciu urzędujących tu firm, oddzielone parawanami z mlecznego, hartowanego szkła.
Katarzyna miała wrażenie, że weszła do teatru.
— Chciałybyśmy porozmawiać z Anną Kowalczyk. — Magdalena podeszła do stanowiska przypisanego Agencji „Merkury”.
— Jesteście panie umówione?
— Policja. — Magda pokazała legitymację. — To wizyta służbowa.
— Zaraz zapytam, czy pani dyrektor będzie mogła panie przyjąć.
Kobiety przysiadły na fotelach w recepcji.
— Prywatni detektywi to legalny biznes? — Katarzyna nieśmiało zadała naiwne pytanie.
— Legalny. — Magda przeglądała jakąś firmową broszurkę. — I drogi jak cholera.
— Ile tutaj może kosztować usługa?
— Więcej niż wizyta u kosmetyczki.
Katarzyna poczuła, jak żołądek jej się kurczy. Ilu rzeczy jeszcze nie wiedziała o własnym mężu?
— Pani dyrektor zaprasza.
Anna Kowalczyk należała do kobiet, które zawsze robią piorunujące wrażenie bez względu na porę dnia — i niewątpliwie nocy. Na oko czterdzieści lat, długie ciemne włosy i przenikliwe oczy, które zaszufladkowałyby cię bezbłędnie, zanim zdążysz otworzyć usta. Ubrana w kostium krojem przypominający schludny męski garnitur. Kwintesencja klasycznej elegancji, której podstawowym zadaniem jest podkreślać, a nie maskować. Żadnej biżuterii oprócz zegarka, który kosztował prawdopodobnie więcej niż służbowy samochód komisarz Kowalskiej.
— Dzień dobry, Anna Kowalczyk. — Kobieta miała zdecydowany i mocny uścisk dłoni. — Zanim wyjaśnicie mi panie cel waszej wizyty, może zechcecie napić się kawy?
— Poprosimy. — Magda usiadła naprzeciwko biurka. — Nazywam się Kowalska, komisarz Kowalska. A to pani Nowak.
— Nowak? — Anna z zainteresowaniem spojrzała na Katarzynę. — Katarzyna Nowak?
— Tak.
— Żona Krzysztofa?
Katarzyna poczuła, jak serce jej staje.
— Zna pani mojego męża?
— Znam. — Anna podała kawę z ekspresu. — Niemniej wolałabym zacząć od początku. Co panie do mnie sprowadza?
— Krzysztof — znaczy mój mąż — zniknął w czwartek rano. Właściwie widziałam go ostatni raz w środę, około dwudziestej drugiej. — Katarzyna gubiła się, nie potrafiąc zebrać myśli.
Anna przeniosła chłodne spojrzenie na Magdalenę.
— Dalej nie rozumiem celu wizyty. Przyjeżdża pani do mnie z informacją, że jej mąż zaginął — co ten fakt ma wspólnego ze mną? Proszę sprecyzować.
— Chcę się dowiedzieć, co łączy panią z Krzysztofem Nowakiem.
— Łączy? To chyba nie najlepiej oddaje rodzaj naszej relacji. — Anna usiadła za biurkiem. — Ale skoro pani przy tym stoi — reprezentuję interesy pani męża jako prawnik i detektyw.
— Co to za interesy?
Anna spojrzała na Katarzynę, po chwili na Magdalenę. Może to tylko złudzenie, ale komisarz miała wrażenie, że lód w oczach Anny ustępuje miejsca rozbawieniu.
— Na ile jest pani zorientowana, czym naprawdę zajmował się mąż?
— Pracuje w deweloperce. — Katarzyna była zdezorientowana, a niepewność zawsze budziła w niej agresję.
— Rozumiem, że to wszystko. — Anna smakowała łyk kawy. — Sprawa jest, delikatnie mówiąc, trochę bardziej skomplikowana.
— Co jest skomplikowane? — Cierpliwość nigdy nie była dominującą cechą Magdaleny.
— Przykro mi, nie mogę ujawniać szczegółów. Pan Nowak obwarował kontrakt klauzulą tajności.
— Wydaje mi się, że pani nie rozumie powagi sytuacji. — Magda pochyliła się do przodu. — Cztery dni temu zaginął człowiek. Do dnia dzisiejszego nie dał znaku życia. Równolegle prowadzone jest śledztwo w sprawie zabójstwa. Mamy dowody, że obie sprawy się łączą.
— Jakie morderstwo? — W przenikliwych oczach Anny pojawiło się napięcie.
— Pozwoli pani, że z zamianą ról poczekamy na bardziej sprzyjające okoliczności. Dzisiaj ja zadaję pytania, a pani odpowiada. — Kowalska postawiła na ostrzejszą formę dialogu.
— Czy jestem o coś podejrzana?
— Właściwie chyba już tak. Przyjechałam przesłuchać panią w charakterze świadka. — Magdalena nabrała rozpędu. — Stwierdzam jednak, że zachodzi uzasadnione podejrzenie mataczenia. Jest pani w posiadaniu informacji mogących mieć kluczowe znaczenie dla śledztwa. Oczywiście przysługuje pani prawo do składania zeznań w obecności prawnika. W przypadku dalszej odmowy będę zmuszona zatrzymać panią do wyjaśnienia.
Anna uśmiechnęła się, pierwszy raz od początku rozmowy szczerze.
— Nie lubię gróźb, zwłaszcza tych bez pokrycia. Skończyłam prawo, z wyróżnieniem. Doskonale wiem, jakie prawa mi przysługują, a jakie ograniczają pani działania. Moja propozycja: nie traćmy czasu na przepychanki. Odpowiem na pani pytania, o ile nie będą naruszały bezpieczeństwa naszych klientów. W zamian oczekuję również szczerości. Spróbujemy?
Magdalena nieznacznie skinęła głową.
— Krzysztof Nowak pojawił się w naszej firmie w sierpniu minionego roku. Złożył zlecenie na szczegółową analizę pewnego okresu z historii rodziny.
— Czego konkretnie dotyczyło zlecenie? — Magda poczuła trop.
— Męża bardzo interesowały wojenne i powojenne losy pani dziadka. — Anna przeniosła spojrzenie na Katarzynę.
— Michała Żukowskiego?
— Tak. Mąż miał pewne podejrzenia. Dysponował imponującym zbiorem dokumentów potwierdzających jego obawy.
— Jakie podejrzenia? Jakie dokumenty? Na Boga, o czym pani mówi?
Anna zawahała się.
— Co pani wie o działalności konspiracyjnej dziadka? Mówimy o okresie drugiej wojny światowej.
— Niewiele. Ten temat był bardzo rzadko poruszany w domu. Podobno działał w AK — to tyle.
— Hmm. — Anna otworzyła szufladę biurka i wyjęła teczkę. — Według ustaleń męża, które zostały potwierdzone naszymi badaniami, historia pana Michała wygląda nieco inaczej.
— To znaczy?
— Dziadek był żołnierzem AK, to prawda. Podlegał komendanturze toruńskiej. Ze względu na doskonałą znajomość terenu, został oddelegowany do Trójmiasta i operował tam praktycznie do zakończenia działań wojennych.
— Bardzo prawdopodobne. Ale o jakich podejrzeniach pani mówi?
— Przykro mi, ale jesteśmy w posiadaniu dokumentów podważających uczciwość pana Michała. Są dowody potwierdzające jego współpracę ze strukturami administracyjnymi władz okupacyjnych.
Magda pochyliła się do przodu.
— To poważne oskarżenia. Jest pani przekonana co do autentyczności tych dokumentów?
— Zdecydowanie tak. — Anna przewróciła kartki w teczce. — Jeżeli się pani upiera, mogę udostępnić pełne akta sprawy, ale jedynie do wglądu.
— Niech mnie pani nie zmusza do powrotu z nakazem.
— Przykro mi. Zdania nie zmienię.
Kowalska ruszyła w kierunku teczki leżącej na biurku.
— Czy to są dokumenty dotyczące sprawy Michała Żukowskiego?
— Tak. Znajdują się tu częściowe wyniki naszego śledztwa.
— Dlaczego częściowe?
— Pan Nowak zerwał współpracę w zeszłym tygodniu. Część dokumentów — tę, którą uznał za najbardziej interesującą — zabrał ze sobą.
— Z jakiego powodu?
— Nie mam pojęcia, też się nad tym zastanawiałam. Był jakiś spięty, zdenerwowany. Powiedział tylko, że resztę dokończy sam. Jemu najbardziej zależało, żebyśmy znaleźli jakieś prywatne, chronologicznie uporządkowane zapiski pana Żukowskiego z okresu wojennego. To był priorytet, podobnie jak ustalenie, czy powstały jakiekolwiek kopie tych notatek.
— Notatki dziadka? Nigdy o tym nie słyszałam. A wie pani, co zamierzał dokończyć?
Anna zamknęła teczkę i schowała ją do szuflady.
— Niezależnie od współpracy z naszą firmą, pan Nowak cały czas prowadził swoje prywatne śledztwo. Muszę przyznać, że zgromadził sporo interesujących materiałów.
— Co pani wie o jego odkryciach? Miała pani możliwość zapoznać się z treścią tych dokumentów?
— Bardzo pobieżnie. Mniej więcej dwa tygodnie temu zajęliśmy się gruntowną analizą zgromadzonego materiału. Pan Krzysztof niechętnie udostępniał dokumenty, które pozyskał samodzielnie. Był skryty — miałam wrażenie, że nie do końca nam ufał.
Magda Kowalska postanowiła zagrać w otwarte karty. Pomimo drobnych turbulencji na początku rozmowy była przekonana, że tej kobiecie może zaufać.
— Proszę mnie uważnie posłuchać. W sopockim Grand Hotelu znaleźliśmy zwłoki mężczyzny z niemieckim paszportem, na nazwisko Wolfgang Müller. Berlińczyk. Mniej więcej w tym samym czasie znika Krzysztof Nowak. Dziwnym zbiegiem okoliczności denat i nasz zaginiony mieli identyczne zainteresowania — obaj z determinacją poszukiwali wszelkich informacji na temat Michała Żukowskiego i historii Sopotu ze schyłkowego okresu drugiej wojny. Byli gotowi bardzo dobrze zapłacić za mapy, plany posesji, kopie przedwojennych aktów własności. Troszeczkę dużo zbiegów okoliczności.
— Dodam tylko, że Herr Müller został wyłączony z gry przy pomocy cyjanku potasu. Jeżeli wie pani cokolwiek, co mogłoby rzucić choć odrobinę światła na tę historię, będę szczerze zobowiązana.
Anna była wyraźnie wystraszona.
— Jest pani pewna co do tożsamości denata? Zidentyfikowaliście zwłoki?
— Mam wrażenie, że pan Müller nie był dla pani osobą obcą. Mylę się? Tożsamość potwierdziliśmy na podstawie DNA — dziś rano otrzymałam raport z Bundeskriminalamt z pozytywnym wynikiem.
Anna stała odwrócona tyłem do pomieszczenia i przez wysokie okna wpatrywała się w panoramę Warszawy. Jesienna mżawka ozdobiła szyby setkami migotliwych punktów.
— Już po pierwszym spotkaniu z Nowakiem wiedziałam, że to będzie brzydka sprawa. Rodzinne tajemnice z czasów wojny, podejrzenia o kolaborację, sprzeczne zeznania świadków. Ta sprawa to czyste zło, które nigdy nie powinno dostąpić przebudzenia.
— Podczas jednej z ostatnich wizyt Nowak wspominał, że do Trójmiasta przyjechał ktoś z Niemiec i rozpytuje dokładnie o to samo co my. Nie był wylewny, ale wyraźnie zaznaczył, że ten facet ma jakieś rodzinne powiązania z esesmanem, który sprawował kontrolę nad miastem w tygodniach poprzedzających ewakuację. Rutynowo zapytałam, jak się nazywa — wtedy chyba padło nazwisko Müller.
— Chyba? Proszę się skoncentrować, to bardzo ważne. Kiedy miała miejsce ta rozmowa?
— Tydzień temu. Może dwa. Powiedział…
— Tydzień czy dwa? — Magda traciła cierpliwość.
Cztery godziny w aucie, ponad godzina wywiadu i nic poza ogólnikami — chyba, może, nie pamiętam. Szlag mnie trafi.
— Zaraz… w zeszłą środę. To zdaje się osiem dni temu. — Anna była wyraźnie wytrącona z równowagi.
Magda uspokoiła najpierw oddech, zaraz potem zgasiła emocje.
Pani detektyw pękła. Teraz trzeba ją solidnie przycisnąć.
— Byłabym wdzięczna, gdybyśmy mogły skupić się na konkretach. Trafiłyśmy tutaj, ponieważ jest pani współwłaścicielką skrytki depozytowej w sopockim oddziale PKO. Schowek wynajął Nowak, ale w pani obecności. Proszę wyjaśnić, w jakim celu podpisaliście wspólnie umowę najmu.
— To był pomysł Nowaka. Parł na to, aby wszystkie materiały śledcze były przechowywane w jednym miejscu, do którego będzie miał zawsze dostęp. Wpadł przy tym w jakąś chorobliwą obsesję na punkcie bezpieczeństwa. Proponowałam sejfy depozytowe dostępne w siedzibie naszej firmy. Niestety, kategorycznie odmówił. Twierdził, że musi mieć dostęp do akt na miejscu, a odległość między Gdańskiem i Warszawą mu tego nie zapewnia.
— Orientuje się pani, jakie treści zawierają zdeponowane dokumenty? — Tym razem Katarzyna zaczęła tracić cierpliwość.
Anna nerwowo skubała wypielęgnowane paznokcie.
— Pani Nowak, te materiały dotyczą przede wszystkim osoby Michała Żukowskiego. Czuję się zobowiązana uprzedzić, że wspomniane treści mogą się dla pani okazać szokujące.
Katarzyna miała zamknięte oczy. Pod napiętą skórą twarzy drgały mięśnie żuchwy. Wydawała się nieobecna — jakby resztkami woli próbowała odseparować się od nowej rzeczywistości. Powoli otworzyła powieki, nie odrywając wzroku od podłogi.
— Nie musi mnie pani oszczędzać. Chciałabym mieć to już za sobą.
Anna otworzyła teczkę i wyjęła kilka fotografii oraz kserokopie dokumentów, mocno sfatygowanych upływającym czasem.
— Może się pani zapoznać z ostatnią partią materiału, jaki zbadaliśmy na zlecenie męża. Prosił, abyśmy uwiarygodnili zdjęcia i dokumenty, które nam dostarczył. Poddaliśmy całość szczegółowej ekspertyzie — nasi specjaliści nie mają najmniejszych wątpliwości, to oryginały. Żadnych podróbek, fotomontaży, manipulacji. Chyba powinnam to przekazać na pani ręce — mąż niestety nie zdążył odebrać.
Czarno-biała fotografia przedstawiała troje uśmiechniętych mężczyzn pozujących na tle klasycystycznej willi. Postać na pierwszym planie — wysoki rangą oficer w mundurze Waffen-SS. Dwaj pozostali to cywile, najprawdopodobniej w służbach niemundurowych.
Katarzyna Nowak wpatrywała się w milczeniu w zdjęcie. Jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć — jedynie nieznaczne drżenie rąk zdradzało kumulujące się napięcie.
— Wydaje mi się, że to dziadek Michał. Albo ktoś bardzo podobny.
— Zgadza się, to młody Michał Żukowski. Budynek w tle to Villa Berger. Od czterdziestego trzeciego roku do czasu zdobycia miasta przez Armię Czerwoną była własnością Gruppenführera Wilhelma Katzmanna. To ten mężczyzna w mundurze.
— Co tam robił mój dziadek?
— Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie udało się odnaleźć żadnych dokumentów wiarygodnie wyjaśniających intencje towarzyszące temu spotkaniu.
Katarzyna poczuła, jak jej świat — kolejny raz w tym tygodniu — wali się z łoskotem. Pamiętała dziadka Michała doskonale. Wizyty w Sopocie, kiedy dom był jeszcze jego własnością, wspólne wycieczki, opowieści. Tyle rzeczy jej pokazał, tak wiele nauczył. Był jej bohaterem.
Czy to wszystko były kłamstwa? Konfabulacje byłego szpicla?
— To niemożliwe, nie wierzę. To musi być jakaś pomyłka… może to fotomontaż?
— Podobne nadzieje żywił pani mąż. Prawdę mówiąc to był główny powód, dla którego zwrócił się do nas o pomoc. Bardzo mi przykro — zdjęcia zostały sprawdzone przez kilku niezależnych ekspertów. Wynik każdego badania jest identyczny: to oryginały.
W gabinecie Anny Kowalczyk zapanowała tak nieznośna cisza, że delikatny szum klimatyzacji wydawał się łoskotem nadciągającego huraganu.
— Mam wrażenie, że czegoś tu brakuje. Ta teoria jest niekompletna. — Magda zdecydowanie miała dość ponurej ciszy. — Kolaboracja była w czasie okupacji zjawiskiem powszechnym — na mniejszą lub większą skalę, ale zdarzała się często. Dlaczego po tylu latach sprawa jednego z wielu podejrzanych okazuje się aferą o tak szerokim spektrum? To całkowicie nielogiczne. Po co drążyć życiorysy podejrzanych o zdradę osiemdziesiąt lat po wojnie? Michał Żukowski nie żyje od ponad dwudziestu lat.
— Pani Kowalczyk, gdzie jest reszta dokumentów?
— Nie mam pewności, ale wydaje mi się, że zostały złożone w depozycie bankowym.
— Zatem musimy jak najszybciej otworzyć ten wasz prywatny sezam.
— Obawiam się, że to nie będzie takie proste. Pan Nowak zastrzegł, że w przypadku jego nieobecności skrytkę mogę otworzyć tylko ja, osobiście. Klauzula nie przewiduje zastępstwa ani upoważnień.
Anna Kowalczyk nie wyciągnęła jeszcze wszystkich asów.
— Zdążyłam się już zapoznać z systemowymi ograniczeniami. Dlatego pojedzie pani teraz z nami do Sopotu. Proszę się ubrać — czekam w samochodzie.
Rozdział 9
Gotenhafen, 3 listopada 1944
Michał Żukowski nigdy wcześniej nie był w mieszkaniu porucznika Borowskiego.
Stał w ciemnym przedpokoju kamienicy przy Wilhelmstraße i nasłuchiwał. Józek pukał do drzwi jakimś skomplikowanym szyfrem — obowiązywał specyficzny system bezpieczeństwa. W poczuciu zbliżającego się końca gestapo zintensyfikowało działania swoich szpicli. Po krótkiej chwili drzwi otworzyły się bez najmniejszego skrzypnięcia. Stary konspirator pomyślał o wszystkim.
Michał od dawna był zauroczony swoim dowódcą.
— Wchodźcie, szybko. — Porucznik rutynowo sprawdził klatkę schodową, przy okazji zerknął na sąsiednie piętra.
Stefan Borowski był jeszcze przed pięćdziesiątką, jednak wojna odcisnęła na jego twarzy swoje piętno. Czoło pocięte licznymi zmarszczkami, ale spojrzenie czyste i pozbawione lęku. Z całej postaci emanował spokój i pewność siebie, tak charakterystyczne dla ludzi wierzących, że poświęcili życie słusznej sprawie.
Mieszkanie było małe, zaciemnione zgodnie z zarządzeniami strefy przyfrontowej. Wystrój oszczędny, lecz funkcjonalny. Na środku stół, obok dwa krzesła i wysłużone metalowe łóżko. Na ścianie krzyż i kilka amatorskich pejzaży w akwareli.
— Siadajcie. — Borowski nalał do szklanek mętnego samogonu. — Podobno macie coś naprawdę ciekawego. Zamieniam się w słuch.
Michał zaczął opowieść o tym, co wydarzyło się w restauracji Großer Stern. Mówił powoli, spokojnie, dokładnie opisując każdego uczestnika tajemniczego spotkania, starał się nie pominąć żadnego szczegółu. Nigdy nie wiadomo, co może okazać się kluczową informacją.
Borowski słuchał w milczeniu, czasem delikatnie kiwając głową, jakby narracja Michała potwierdzała jego przypuszczenia.
— Niemcy, Anglicy i Amerykanie. — Podsumował w końcu. — Przewidywaliśmy taką sytuację od sierpnia czterdziestego trzeciego, dokładnie od zwycięstwa czerwonych na Łuku Kurskim. Odkąd alianci zbratali się z sowietami, możemy się wszystkiego spodziewać. Przypomnij sobie dokładnie, Michał — może coś ci umknęło, albo uznałeś, że to nieważne?
— Absolutnie nie. Powtórzyłem słowo w słowo to, co udało nam się zrozumieć. Nie od dzisiaj działam w konspiracji.
Michał poczuł żal do dowódcy, że traktuje go jak nowicjusza.
Borowski sięgnął po bimber i wpatrzony w okno zajął się obserwacją ulicy. Było wyjątkowo cicho. Godzina policyjna wymiotła przechodniów z ulic, padający śnieg dodatkowo tłumił odgłosy paniki wzmagającej się w szeregach wroga.
— Panowie, jakieś wnioski?
— Aż boję się pomyśleć. — Odezwał się milczący dotąd Józek. — Sądzi porucznik, że Niemcy myślą o jakimś porozumieniu z aliantami?
— Gorzej. — Borowski odwrócił się od okna. — Obawiam się, że porozumienie zostało już zawarte, a wspólne spotkanie w Großer Stern jedynie to potwierdza. Jedni i drudzy obawiają się Sowietów — i słusznie. Stalin i jego żołdacy przejmują Europę, Armia Czerwona jest bezlitosna dla niemieckich mężczyzn, kobiet, a nawet dzieci, bez względu na pozycję, jaką zajmowali w nazistowskiej machinie. Dla aliantów z kolei silna Rosja to utrata wpływów na kontynencie. Najgorsze, że na najbardziej straconej pozycji jest w tym przetargu Polska — jestem przekonany, że nikt nie opowie się po naszej stronie.
Michał poczuł przeszywający dreszcz.
— Jak to?
— Panowie, ten konflikt nieuchronnie dobiega końca — prognozowany wynik znamy wszyscy, zwłaszcza Niemcy. Wiedzą też, że żadna siła nie uchroni ich od konsekwencji zbrodni, jakie są ich udziałem — stąd zrobią wszystko, co możliwe, aby uniknąć odpowiedzialności. Jak sądzicie, jak silna jest nasza pozycja, skoro w środku naszego kraju, bez naszej wiedzy, obce mocarstwa zawierają tajne porozumienia dotyczące powojennych losów kontynentu?
— Nie chcę być posłańcem złej nowiny, ale wygląda na to, że na tej wojnie najbardziej skorzystają Niemcy.
— Nie wierzę! Niemiec to przecież nasz wspólny wróg!
— Józek, w polityce nie ma wrogów — są co najwyżej konflikty interesów. Tam gdzie są interesy, króluje siła pieniądza, a ludzie kochający forsę zawsze znajdą wspólny język.
Borowski odwrócił się i podszedł do rozłożonej na stole mapy.
— Karty w tej grze zostały rozdane. Stalingrad dobitnie pokazał, że atak na ZSRR był największym błędem Hitlera. Łuk Kurski rozwiał wszystkie ewentualne wątpliwości. Niemcy to zbrodniarze, ale nie idioci — nie mają złudzeń co do przyszłości.
— Nie rozumiem, co takiego mogą zaoferować aliantom. Złoto?
— Też. Posiadają bliżej nieokreślone zasoby kruszcu, zrabowanego przez cały okres wojny. Ale ich atutem są informacje — trzeba im oddać jedno, niemiecki wywiad to najskuteczniejsze narzędzie w tej wojnie. No i to co najważniejsze — militarne technologie. W tej kategorii nie mają konkurencji. Sojusz pomiędzy stalinowską Rosją a zachodem to wielka fikcja i obie strony doskonale zdają sobie z tego sprawę. Powojenna konfrontacja jest nieunikniona.
— Co za syf, czy to się nigdy nie skończy? — Zrezygnowany Michał przysiadł na małym taborecie.
— Michał, skutki tej wojny świat będzie odczuwał jeszcze przez długie dziesięciolecia. Niebawem Niemcy skapitulują, a wraz z upadkiem III Rzeszy nastąpi drastyczne przemeblowanie. Nic nie będzie już takie jak przed trzydziestym dziewiątym. Nic.
Józek splunął na podłogę.
— To znaczy, że ginęliśmy za nic?
— Nie gadaj bzdur. Setki tysięcy naszych chłopaków i dziewczyn oddało życie za Polskę — Polskę, jaką nosili w sercu i budowali w marzeniach.
— Nie mogę tego słuchać. Pogadajmy o czymkolwiek innym.
— Wspominaliście, że w towarzystwie był jakiś Polak.
— Kowalsky z Gdańska. — Odezwał się Józek. — Taki z niego Polak jak ze mnie Chińczyk. Kanalia znana w całym województwie.
— A reszta?
— Pozostałych nigdy nie widziałem.
— Rozpoznałbyś ich na zdjęciach? Chłopcy z sabotażu rozpracowywali ostatnio grupę gdańskich kolaborantów. Dysponują całkiem okazałym portfolio — może kogoś zidentyfikujesz.
— Późno już, to pora największej aktywności patroli. Może zostaniecie na noc — w dzień zawsze bezpieczniej.
— Jeżeli wolno, chętnie bym się odmeldował. Przyjechała dziewczyna, nie chcę się tłumaczyć, gdzie spędziłem noc. Irka nic nie wie o organizacji. — Józek od pół godziny nerwowo przebierał nogami pod stołem.
— Jasne. Spadaj, tylko ostrożnie. Pozdrów dziewczynę. — Borowski uśmiechnął się do własnych wspomnień. — Jezu, kiedy to było.
Trzasnęły drzwi. Z klatki schodowej dobiegł stukot butów zbiegającego chłopca.
Borowski milczał przez długą chwilę.
— Ufasz mu?
Michał nie wierzył w to, co słyszał. — Poruczniku, znam go jeszcze sprzed wojny. Andrus, ale ma serce na swoim miejscu. W czterdziestym roku zaczynaliśmy razem u kapitana „Topoli”. Dwanaście miesięcy w lesie, potem powrót do Gdańska z konkretnymi przydziałami. Razem likwidowaliśmy kapusia — Józek rzucał granaty do knajpy nad Motławą. Jak mógłbym mu nie wierzyć?
— Rozumiem. Niczego nie sugeruję. Pytam, ponieważ jesteśmy już pewni, że w naszym pionie jest przeciek. Niestety, wszystkie dowody wskazują naszą grupę. Ufam, że ta rozmowa zostanie wyłącznie między nami. To ściśle tajne.
— Tak jest!
Michał nic nie rozumiał z tego, co właśnie usłyszał.
Zdrajca? U niego w oddziale? Zawsze wiedział, że są — że donoszą, sprzedają żołnierzy podziemia. Ale to byli obcy, bezosobowe postaci, do których nie żywił żadnych uczuć, nawet kiedy pociągał za spust. Ale teraz — ktoś z oddziału?
— Dlaczego?
— Co dlaczego?
— Dlaczego mi pan to wszystko mówi?
— Mam dla ciebie zadanie. To nie jest rozkaz — możesz odmówić, bez konsekwencji. Sprawa jest bardzo poważna, niebezpieczeństwo ogromne. Nie spiesz się, przemyśl to na chłodno. Jak podejmiesz decyzję, wrócimy do rozmowy. Stawka jest ogromna. Na szali honor kraju i nasza przyszłość.
Cisza. Tykanie starego zegara brzmiało niczym strzały z pistoletu.
Michał siedział blady i roztrzęsiony. Pomimo zdecydowanie zimowej aury i braku ogrzewania wzdłuż kręgosłupa spływała mu stróżka potu. Wilgotne dłonie bezwiednie wyłamywały palce.
Co jest grane? Mam do Borowskiego pełne zaufanie, ale dowódca nigdy dotąd nie był tak zagadkowy.
— Do kiedy mam czas?
— Nie zamierzam wywierać na ciebie presji. Rozważ to, co powiedziałem — cokolwiek postanowisz, między nami nic się nie zmieni. Jesteś dobrym żołnierzem. Zaakceptuję każdą twoją decyzję.
Michał złapał się na tym, że zaczynają mu się pocić dłonie.
Tego się nie spodziewał — dowódca ma do niego pełne zaufanie. Poza tym zawsze marzył o poważnym zadaniu.
— Michał, kładź się spać na podłodze. Dam ci koc i coś pod tyłek. O tej porze na pewno cię nie wypuszczę z domu. Jesteś nam potrzebny. — Borowski po ojcowsku uśmiechnął się do chłopaka. — Jeszcze jedno — nikomu ani słowa. Nie żartuję. Za jakikolwiek przeciek — bezwarunkowo sąd polowy.
Borowski wstał i zapalił połówkę papierosa, ot taka okupacyjna oszczędność.
***
Józek szybko przebrnął przez miasto. Szczęśliwie Borowski mieszkał kilkaset metrów od lasu. Mrok gęstego drzewostanu dodawał pewności siebie.
Jeszcze trzy kilometry i przytuli się do Irki. Fajna dziewczyna — może po wojnie coś z tego będzie?
W lesie było dość jasno jak na tę porę roku. Światło księżyca odbijało się w świeżym, skrzypiącym pod butami śniegu. Szedł mróz, policzki drażnione podmuchami zimnego wiatru pokrywały się rumieńcem.
W oddali widać było pogrążone w ciemnościach zabudowania Kacka. Jeszcze z pół kilometra do nasypu kolejowego, potem dwieście metrów otwartym polem — i w domu. Uspokojony bliskością bezpiecznego schronienia Józek raźno wbiegł do tunelu.
Wyostrzone w konspiracji zmysły zareagowały gwałtownym wyrzutem adrenaliny. Wszystko trwało najwyżej ułamek sekundy, kiedy ciszę śnieżnej nocy przeszył chrapliwy wrzask:
— Halt!
Rozdział 10
Anna Kowalczyk nie przejawiała najmniejszej ochoty na nieplanowany wyjazd do Sopotu. Usiadła nadąsana za biurkiem, lekceważąc polecenie Kowalskiej.
— Możecie mnie obie w dupę pocałować, nigdzie nie jadę.
Od samego początku miała dziwne przeczucie, że za Nowakiem ciągnie się jakieś fatum. Przyjęła zlecenie, ponieważ klient bez oporów zaakceptował wyjątkowo wyśrubowaną cenę. Śledztwo od początku nie było łatwe, dotykało wyjątkowo mrocznych aspektów. Anna nigdy nie lubiła grzebać w rodzinnych brudach, a ta sprawa napawała ją szczególną niechęcią.
Nowak pojawił się na początku maja, zaraz po długim weekendzie. Opowiedział rzewną historię o krewnym swojej żony, na którym ciążyły oskarżenia jeszcze z czasów okupacji. Przyniósł teczkę ze zdjęciami i kilka dokumentów. Pierwszym zadaniem firmy było uwiarygodnienie ich autentyczności — Anna uruchomiła prywatne kontakty w IPN, Polskim Towarzystwie Kryminalistycznym i Zespole Badań Wizualnych Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji. Dostarczone materiały przeszły drobiazgową weryfikację i ponad wszelką wątpliwość potwierdzono ich autentyczność. Wynikało z nich niezbicie, że Michał Żukowski miał niejasną przeszłość okupacyjną.
Realizując kolejny etap zlecenia, Anna dotarła do archiwum AK Okręgu Pomorze, Podokręgu Północno-Zachodniego, Inspektoratu Gdańsk Wolne Miasto. Wertując setki akt, odnalazła teczkę personalną Żukowskiego. Według dostępnych zasobów Michał postrzegany był jako oddany sprawie, odważny i roztropny. Trzykrotnie przedstawiony do awansu, w konspiracji od lutego czterdziestego roku. Od grudnia czterdziestego trzeciego dowodził plutonem w sekcji wywiadu. Wyłącznie jeden dokument, z nieczytelną datą, informował o podejrzeniu o współpracę z Waffen-SS. W górnym rogu ktoś zamieścił odręczną adnotację: „Dokładnie sprawdzić. Wykluczyć możliwość pomyłki. Bez wyraźnego rozkazu nie likwidować” — podpisano „Karolczak”.
— Pojedzie pani dobrowolnie czy zrobimy to w ramach zatrzymania na czterdzieści osiem? — Magdalena stała w drzwiach i nie zamierzała negocjować.
— Nareszcie konkret. Proszę wyjaśnić łaskawie, co ma stanowić podstawę zatrzymania?
— Policja ma prawo zatrzymać osobę podejrzaną, jeżeli istnieje uzasadnione przypuszczenie, że popełniła ona przestępstwo, albo zachodzi obawa ucieczki lub ukrycia się tej osoby, względnie zatarcia śladów przestępstwa. Proszę wybrać wariant, który najbardziej pani odpowiada — mnie wszystko jedno. — Magdalena oparła się o futrynę drzwi, wyraźnie manifestując zniecierpliwienie. — Niech pani nie utrudnia.
Anna bezczelnie patrzyła Kowalskiej w oczy.
— Jeżeli zdecyduję się jechać, to wyłącznie dlatego, żeby pomóc żonie Nowaka. Nigdy nie byłam w jej sytuacji, ale potrafię sobie wyobrazić, co teraz przeżywa i jak bardzo się boi. Pani komisarz może mnie cmoknąć, wie pani gdzie?
Magdalena wiedziała, że wygrała. Swoją drogą ta Kowalczyk byłaby świetnym partnerem w jej robocie — ma w zachowaniu taką specyficzną manierę, która wymusza respekt i paradoksalnie wzbudza zaufanie.
Anna sięgnęła po torebkę i palto. Przez chwilę się wahała, w końcu postanowiła określić swoje granice.
— Poprzekładałam dzisiejsze spotkania na jutro. Pomogę paniom, ale jeszcze dzisiaj muszę być z powrotem w Warszawie. Otworzymy skrytkę i odbierzemy to, co zdeponował Krzysztof Nowak. Później proszę już nie dysponować ani moim czasem, ani moją osobą. Sądzę, że mogę pani zaufać?
Ostatnie zdanie Anna skierowała bezpośrednio do komisarz Kowalskiej, pieczętując swoje stanowisko wyjątkowo brzydkim grymasem.
— Mam nadzieję, że zdaje pani sobie sprawę, że materiały zgromadzone przez męża w sposób jednoznaczny i bezsporny obciążają pana Żukowskiego. Wszystkie dokumenty, w tym zeznania świadków, potwierdzają, że pani dziadek współpracował z Niemcami. — Anna ponownie odwróciła się w stronę Katarzyny i całą uwagę skupiła na mowie jej ciała.
***
Służbowa skoda Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku uparcie przedzierała się przez zatłoczone ulice stolicy. Za kierownicą skupiona komisarz Kowalska precyzyjnie wykorzystywała każdy centymetr wolnej przestrzeni. Anna siedziała z tyłu i przeglądała firmowy terminarz. Katarzyna uporczywie wpatrywała się w okno, szukając w uciekającej przestrzeni cudu, który przywróci równowagę jej emocjom.
Mąż przepadł jak nowy mercedes w Petersburgu. Bez świadków, bez śladu i bez szans na odzyskanie w całości. Coraz bardziej do niej dociera, że musiało stać się coś złego. Po jaką cholerę Krzysztof potrzebował tych wszystkich dokumentów i zdjęć? Co chciał udowodnić i komu?
Kowalska nie mogła skoncentrować się na drodze — całą jej uwagę pochłaniały domysły na temat zawartości bankowego schowka. Na szczęście droga była prosta, a ruch umiarkowany.
Kowalczyk pomimo wstępnych oporów zdecydowała się współpracować — dobrze. Kobieta zna się na robocie i wydaje się uczciwa. Co prawda Magdalena jest przekonana, że prawniczka wie dużo więcej niż mówi, ale to na tę chwilę bez znaczenia.
Kowalska wciąż nie miała pojęcia, czego tak naprawdę szukał Krzysztof Nowak — niemniej jego zniknięcie i śmierć Wolfganga Müllera łączyło wspólne zainteresowanie osobą Michała Żukowskiego. Pozornie był to wątek, który powinien zdominować śledztwo, jednak psi nos komisarz podpowiadał, że to mylny trop. Mężczyzna nie żył od ponad dwudziestu lat. Do końca życia mieszkał na terenie Polski, nie spotykając się z żadnymi oficjalnymi oskarżeniami ani zarzutami. Nawet jako były akowiec nie doświadczył żadnych szykan ze strony UB, a ci nie znali litości dla weteranów prolondyńskiego podziemia.
Czym innym było morderstwo dokonane w sopockim Grand Hotelu. Prawdopodobnie zakwalifikowałaby tę zbrodnię jako lokalną egzekucję, ewentualnie formę osobistych porachunków. Jednak zeznania Kowalczyk narzucały całkowicie odmienną optykę. Denat, podobnie jak Nowak, był mocno zaangażowany w poszukiwania czegoś, z czym bezpośrednio związana była osoba Michała Żukowskiego.
I ten cyjanek — kto w dzisiejszych czasach morduje przy pomocy cyjanku potasu? Na tle przeplatających się epizodów drugiej wojny, ten środek nabiera znaczenia wręcz symbolicznego.
***
Sopocki oddział PKO był o tej porze pusty. Za pulpitem recepcji tkwiła ta sama dziewczyna, którą spotkały podczas poprzedniej wizyty — wpatrzona w blat, sennie kołysała głową nad filiżanką zimnej kawy.
— Witam. Zdecydowały się panie odwiedzić nas ponownie?
— Dzień dobry. Serwujecie tak wspaniałą kawę, że nie mogłyśmy sobie odmówić.
Zaspana urzędniczka sprawiła, że Magdalena natychmiast się uruchomiła.
— Anna Kowalczyk. — Kobieta podeszła do recepcjonistki z kluczem w dłoni. — Jestem współwłaścicielką depozytu powierzonego państwa firmie przez Krzysztofa Nowaka. Rozumiem, że nie będzie problemów z natychmiastową realizacją dostępu?
— Muszę sprawdzić.
— Wszystko się zgadza. Poproszę za mną.
Skrytka 317 została wmurowana w piwniczną ścianę ponurego budynku. Za ciężkimi, metalowymi drzwiami ciągnął się korytarz przesączony migotliwym, zimnym światłem jarzeniówek.
Tu wygląda jak w prosektorium z budżetowego horroru.
— Jesteśmy na miejscu. — Dziewczyna wskazała na drzwiczki z grubej, srebrzystej blachy. — Pozwolą panie, że wrócę do swoich zajęć. Gdybym mogła jeszcze w czymkolwiek pomóc, proszę skorzystać z telefonu — bezpośrednie połączenie z recepcją banku.
Odeszła z wyraźną ulgą.
Katarzyna wprowadziła klucz do zamka. Ledwo słyszalny zgrzyt zasuwy uruchomił mechanizm schowka — udokumentowana historia Michała Żukowskiego była na wyciągnięcie ręki. Teraz, aby otworzyć masywną kasetę, potrzebny był klucz Anny Kowalczyk.
Anna w milczeniu sięgnęła po niewielkie metalowe pudełko i postawiła je na stole. Pewnym ruchem otworzyła pokrywę. Wewnątrz: plik zdjęć spiętych spinaczem, dwie ofertówki z pożółkłymi dokumentami, dwie kasety magnetofonowe i drewniany pojemnik wielkości pudełka zapałek.
Katarzyna nerwowo przerzucała fotografie. Wśród licznych postaci w niemieckich mundurach znajdowało się też kilka osób w cywilnych ubraniach. Z wyraźnie wyczuwalnym lękiem próbowała rozpoznać znajomą twarz dziadka — każde zdjęcie, na którym nie było Żukowskiego, odkładała z wyraźną ulgą. Wciąż miała nadzieję, że to jakiś upiorny zbieg okoliczności.
Anna odwróciła się do Katarzyny, przekazując jej kasetę magnetofonową. Na etykiecie odręcznie dopisano: „Skotnicki”. Kobieta natychmiast rozpoznała pismo męża.
— Proszę się z tym zapoznać. To nie będzie przyjemne, ale uważam, że powinna pani wysłuchać tej rozmowy. Ten mężczyzna ma za sobą wyjątkowo traumatyczne przeżycia i jak sam twierdzi, kiedyś był przyjacielem pani dziadka.
Katarzyna niepewnie wyciągnęła rękę po taśmy. W jej oczach Anna dostrzegła mnóstwo lęku, może nawet wstydu. Szczerze chciałaby jej pomóc — i wcale nie z litości.
Od dnia, w którym przyjęła zlecenie od jej męża, z każdym nowym dokumentem przeżywała coraz większe rozterki. Jako prawnik, powinna opierać swoje wnioski wyłącznie na faktach i twardym materiale dowodowym. Jednak w tej sprawie, choć zgromadzone dokumenty nie pozostawiały nawet cienia wątpliwości, gdzieś w środku jej zbudowane z paragrafów serce buntowało się przeciwko tak jednoznacznej interpretacji.
— Niech mi pani zapisze swój adres mailowy. Mam w biurze akta osobowe pana Michała, które znalazłam w archiwach ZWZ. Stanowią istotną przeciwwagę wobec zgromadzonych tutaj oskarżeń — chętnie prześlę skany na wskazany adres. — Wyciągnęła wypielęgnowaną dłoń w stronę Katarzyny. — Na tym moja rola się kończy, wracam do Warszawy.
Kowalska bez większego zainteresowania skinęła głową i wróciła do wertowania dokumentów. Wstępna ocena niewiele wniosła — wszystkie arkusze sporządzono w języku niemieckim. Nie obędzie się bez analizy laboratoryjnej i doświadczonego tłumacza. Zdjęcia też trafią na warsztat ekspertów. Trzeba zidentyfikować sportretowane osoby, umundurowanie i przydziały służbowe.
Cholera, na wszystko potrzeba czasu.
Magdalena odruchowo sięgnęła po drewniane etui, otworzyła je — i przeszedł ją zimny dreszcz. Pomiędzy równo przyciętymi listewkami, na wyściółce z trocin, leżała niewielka szklana kapsułka wypełniona przezroczystym, gęstym płynem o ledwie zauważalnym żółtawym zabarwieniu. Cyjanek potasu.
Kowalska w skupieniu spakowała dokumenty i zdjęcia do służbowej teczki. Kasetę z nagraniami wsunęła do kieszeni płaszcza.
— Co pani robi? — Katarzyna Nowak nie kryła oburzenia.
— O co pani pyta?
— O kasetę. Gdzie pani ją zabiera? To moja własność, dotyczy mojej rodziny.
— Do momentu zakończenia śledztwa to materiał dowodowy. Kiedy zamkniemy sprawę, sąd uzna, co zrobić z depozytem pani męża. O ile treści nie będą godziły w bezpieczeństwo państwa, najpewniej dostanie je pani z powrotem.
— Ale ja muszę się dowiedzieć, co ten człowiek mówi o moim dziadku. Pani nie rozumie…
— Pani Nowak, nie powinnam z panią nawet o tym rozmawiać. Prowadzę śledztwo, a pani jest osobą wyjątkowo mocno zaangażowaną w sprawę. Pomogła mi pani dotrzeć tutaj, więc w drodze rewanżu zapraszam jutro rano do Komendy Miejskiej. Odsłuchamy taśmę zanim przekażę ją do laboratorium kryminalistycznego. Pomoże mi też pani odnaleźć na zdjęciach Michała Żukowskiego.
— Ale…
— Przykro mi, ale to wszystko, co mogę zaproponować. Jeżeli się pani zdecyduje, zapraszam jutro na ósmą trzydzieści na Nowe Ogrody w Gdańsku.
Magdalena ruszyła do wyjścia, zostawiając zdezorientowaną Katarzynę na środku pustego pomieszczenia.
Wracając do komendy, Kowalska zdecydowała się ominąć korki i przejechać dolnym Sopotem do Oliwy, a następnie Chłopską przez Zaspę do Alei Zwycięstwa. Jeżeli na przelotówce będzie tłok, odbije Traktem Konnym do Kurkowej.
Skoda dynamicznie przeciskała się każdym wolnym odcinkiem asfaltu. Magdalena lubiła prowadzić — jazda ją odprężała, a co istotne, nie myślała o alkoholu.
Może ma problem, ale przede wszystkim ma zasady — jeździ, nie tknie kieliszka.
Teczkę zostawi w sejfie na komendzie. Kasetę zabierze do domu, może uda się uruchomić starego Kasprzaka. Dobrze byłoby przed spotkaniem z Katarzyną poszufladkować te wszystkie nowości, choćby po to, aby trafniej oceniać jej reakcje.
O ile wszystkie nitki prowadziły bezpośrednio do osoby Żukowskiego, o tyle podejrzenia o twardą kolaborację wydawały się szyte grubą nicią. To były trudne czasy i nie dało się rozpatrywać tamtych decyzji przez pryzmat czerni i bieli. Wielokrotnie sytuacja wymuszała podejmowanie wyborów kontrowersyjnych z dzisiejszej perspektywy. Osoby wiotkie moralnie nie miały szans w konfrontacji z żelaznymi regułami podziemia — i właśnie dlatego ta sprawa mocno śmierdziała.
Kowalska rzuciła teczkę na blat dyżurki z poleceniem natychmiastowego dostarczenia zawartości do Laboratorium Kryminalistyki i biegiem pokonała schody na pierwsze piętro. Rzeczy osobiste zostawiła w gabinecie i z rozkoszą wskoczyła pod prysznic zainstalowany w policyjnej toalecie.
Po powrocie zaserwowała sobie mocną, sypaną kawę i papierosa. Lubiła Gitanes — to jedyna rzecz, której nie obrzydził jej romans z Rachwalskim. Rozłożyła się w fotelu, wyciągając nogi na blacie biurka. W palcach delikatnie obracała drewniane puzderko ze szklaną ampułką.
Cyjanek potasu. Trzeba ustalić, czy pochodzi z tego samego źródła co trucizna, którą zlikwidowano Müllera.
Strasznie to wszystko zagmatwane. Gdyby rozumować zgodnie z procedurami, głównym podejrzanym jest Krzysztof Nowak — przemawia za tym cyjanek znaleziony w skrytce. Póki co, to by było na tyle, jeżeli chodzi o dowody. Motyw raczej wątpliwy — niby co, ścigali się z Müllerem, który pierwszy zrehabilituje przeszłość Żukowskiego? To nie jest powód, dla którego się morduje. No i skąd niby miał fiolki z cyjankiem? Obojętnie z której strony to podejść, nic się nie klei — absurd goni absurd.
Jej wzrok powędrował w kierunku ściennego zegara — prezentu od Dąbrowskiego z jakiejś dawno zapomnianej okazji. Wskazówki pokazywały dwadzieścia minut po dwudziestej drugiej.
***
Po dwóch kwadransach cywilna skoda zaparkowała w Dolnym Sopocie, na prywatnym parkingu Rockabillys und Freunde Clubs. W lokalu dominowała atmosfera wymuszonego luksusu, stanowiąca kompromis pomiędzy tandetą Dubaju a blichtrem nocnej Moskwy. Magdalena od zawsze gardziła proletariackimi tęsknotami, jednak ten lokal traktowała z zaskakującą pobłażliwością.
Więcej tu kurwa orientu niż na bazarze w Stambule.
Mruknęła do siebie, obierając kurs na samotny stolik pod panoramicznym oknem.
Mężczyzna siedział sam, pogrążony w lekturze kolorowego czasopisma. Idąc wolnym krokiem, bezczelnie taksowała jego postać — jeżeli w ogóle się zmienił, to naprawdę niewiele. Wysoki, przystojny, o proporcjonalnej sylwetce i oczach tak czarnych jak najczystszy onyks. Lubiła go, szczerze, pomimo że od zawsze stali po przeciwnych stronach prawa. On — ostatni wor wychowany na twardym prawie moskiewskiej ulicy. Człowiek, który miał wszystko i mógł mieć jeszcze więcej, a najbardziej cenił zanikający honor ludzi miasta.
Podeszła do stolika i nie pytając o pozwolenie usiadła na odsuniętym krześle. Rosjanin wolno uniósł głowę. Na widok Magdaleny w jego oczach pojawiły się iskierki szczerej sympatii.
— Magdalena… przyszłaś mnie aresztować? — Wstał z miejsca i uścisnąwszy delikatną dłoń, złożył na jej czole pocałunek pełen szacunku. Uśmiechnął się szeroko i subtelnie skinął na barmana.
— Witaj, Aleksandr. Nic z tych rzeczy. Potrzebuję kilku informacji.
Ledwie zauważalny cień przez moment przyćmił mu oczy, ale zniknął równie szybko jak się pojawił.
— Zawdzięczam ci życie i bez zastanowienia zaryzykuję, jeżeli będziesz w niebezpieczeństwie. Niestety, zakon wora nie pozwala mi na jakąkolwiek współpracę z policją. — Serdeczny uśmiech nawet na chwilę nie zniknął z jego ust. — Chcesz życia, dysponuj. Więcej nie wymagaj.
— Nie chcę twojego życia, Aleks. Żyj jak najdłużej i nigdy się nie zmieniaj — dzięki tobie świat ulicy jeszcze nie zatracił prawdziwych wartości.
Magdalena powiedziała to szczerze. Aleksandr Sołowiew był jedną z niewielu osób, które darzyła bezwzględnym szacunkiem. W tym posranym świecie, pełnym obłudy i tandetnego blichtru, trwał niczym falochron, o który rozbijały się fale cynizmu. Taki cholernie przystojny archaizm.
Rosjanin w milczeniu wpatrywał się w jej oczy. Znał się na ludziach — tajniki manipulacji miał pod paznokciem małego palca. W spojrzeniu komisarz Kowalskiej nie odnalazł niczego, co kazałoby mu wstać i opuścić lokal.
— Potrzebuję twojej pomocy. Jesteś człowiekiem, który zna wszystkie tajemnice tego miasta. Co ważniejsze — jedynym, któremu bezgranicznie ufam. Borykam się z brzydką sprawą i chciałabym wiedzieć, o czym szumią drzewa na twojej ulicy. To wszystko.
Aleksandr odkręcił butelkę zmrożonej Russian Standard Vodka, którą kelner postawił na stole przed chwilą. Na tacy pojawiły się też miseczki z czarnym kawiorem z jesiotra i podgrzewacz z tostami. Mężczyzna rozlał gęsty płyn do dwóch kieliszków i jeden podał Magdalenie. Spojrzała na szkło z wahaniem.
— Nie powinnam…
— Ja też nie powinienem. — Odparł, patrząc jej głęboko w oczy.
Pierwszy raz od bardzo dawna Magdalena uśmiechnęła się serdecznie. Szybkim ruchem wychyliła zawartość kieliszka i zagryzła kawiorem.
— Teraz słuchaj. — Zaczęła relacjonować cały przebieg śledztwa. Wiedziała, że może mu ufać. Przedstawiła wszystkie fakty, osoby, własne hipotezy. Wor słuchał uważnie, nie przerywając nawet jednym słowem.
***
Drzwi ustąpiły lekko, jakby stare mieszkanie z niepokojem czekało na jej powrót. Płaszcz prawie odruchowo zarzuciła na przepełniony wieszak, buty znalazły swoje miejsce pod kaloryferem. Magdalena opadła na łóżko tak jak weszła, w pomiętym ubraniu przesączonym tytoniowym dymem.
Wieczór zakończyli z Aleksandrem dwoma butelkami wódki. Nawet ona, z odpornością wypracowaną latami samotnych potyczek, odczuwała skutki spotkania. Rosyjski alkohol miał w sobie wyjątkową magię — siłę, która omijała głowę, a trafiała w serce, i dużo głębiej.
Samochód zostawiła pod hotelem, wróciła taksówką. Choć Aleksandr nalegał, by ją odwieźć, odmówiła.
Musiała odmówić. Gdyby pozwoliła mu jechać ze sobą, bez wątpienia świt zastałby ich razem. A nie była pewna, czy tego właśnie teraz potrzebuje.
Zapaliła Gitanes i skupiła myśli na tym, gdzie mogła schować stary magnetofon. Zawsze kiedy wypiła, zadziwiał ją ten fenomen — zamiast senności i otępienia, wódka wprowadzała ją w stan irracjonalnego skupienia i ponadprzeciętnej przenikliwości.
Kasprzak odnalazł się w pawlaczu nad drzwiami do łazienki. Przetarła go ręcznikiem, otworzyła kieszeń, dmuchnęła do środka. Po podłączeniu zasilania urządzenie natychmiast ożyło, pomimo wielu lat bezczynności. Magdalena nalała sobie gazowanej wody, założyła słuchawki i wygodnie rozciągnęła się na łóżku.
Z głośników zaczął leniwie sączyć się głos człowieka w mocno zaawansowanym wieku. Raz chrapliwie, za chwilę świszcząc krótkimi, przerywanymi oddechami, mówił tak powoli, że słuchający wręcz fizycznie odczuwał, jak bardzo męczy go ten monolog.
— Czy mógłby pan się przedstawić?
— Nazywam się Józef Skotnicki.
— Tak jak umawialiśmy się przed rozpoczęciem nagrania, chciałbym z panem porozmawiać o Michale Żukowskim. Wspomniał pan, że się znacie.
— Michał był moim przyjacielem. Walczyliśmy w jednym oddziale Armii Krajowej. Braliśmy razem udział w kilku akcjach zbrojnych. Wrzuciliśmy bombę, taką własnej roboty, do niemieckiej piwiarni przy Jopengasse, dzisiaj to ulica Piwna.
— Ufał mu pan?
— Pewnie! Dobry chłopak był, bitny i odważny. Potem dopiero się zeszmacił, czort jeden wie dlaczego. Pewnie chciał się dobrać do tych skrzyń, co to je Katzmann gdzieś ukrył.
Magdalena otworzyła oczy i natychmiast usiadła. Cofnęła taśmę i przesłuchała ten fragment jeszcze raz. I jeszcze jeden. I jeszcze.
Kto to jest Katzmann? Jakie skrzynie?
Ze zdumienia otworzyła szeroko usta, co jej się raczej nie zdarzało. Kolejne pytanie, które Krzysztof Nowak zadał Skotnickiemu, naprawdę ją zaskoczyło.
— Kto to jest Katzmann i co to za skrzynie?
— A cholera go wie co w nich było, nie mam pojęcia. Cztery wielkie ciężarówki rozwiozły to po całym Sopocie. Gdzieś to zakopali, czy zamurowali — kto to po tylu latach spamięta. A Katzmann to był arcyłotr. Gruppenführer, dowódca SS i policji w okręgu Gdańsk Prusy Zachodnie. Ludzie gadali, że złoto i obrazy schował, wszystko warte kupę forsy.
Kowalska już wiedziała, że tej nocy nie uda się jej zasnąć. Taśmę przesłucha jeszcze kilka, a nawet kilkanaście razy. To co powiedział Skotnicki stworzyło całkiem nową perspektywę do oceny wypadków ostatniego tygodnia.
Odstawiła wodę mineralną na podłogę i nalała sobie pół szklanki smirnoffa, resztę dopełniła pokruszonym lodem. Nie zamierzała się upić — potrzebowała zastrzyku energii.
Pociągnęła łyk i sięgnęła po papierosa. W tle głos z kasety opowiadał o niejasnych powiązaniach Żukowskiego, o wyjątkowo szkodliwym szpiclu Kowalsky’m, a także o operacji Bernstein, którą dowodził Katzmann.
Czas mijał, a w głowie Magdaleny rysował się przebieg ostatniej nocy Müllera. Z każdym słowem Skotnickiego pojawiały się coraz to nowe pytania.
Przede wszystkim — kto za tym stoi? Pozornie wszystko wskazuje na Nowaka. Czyżby zaginięcie było zaplanowaną grą, makiawelizmem?
Rozdział 11
Od kwadransa kobiety siedziały w milczeniu, wpatrując się w stary magnetofon. Po policzku Katarzyny wolniutko toczyła się łza. Nie potrafiła zebrać myśli — nie czuła się na siłach nawet sensownie skomentować tego, co usłyszała.
Do tego ta policjantka zalatuje przetrawioną wódą. Od pierwszego kontaktu Katarzyna miała podejrzenia, że coś z nią jest nie tak. Ciągle poddenerwowana, momentami nieobecna — i to lekkie, ale wymowne drżenie rąk.
— Ten mężczyzna to jakiś pomyleniec. Jest stary, może to Alzheimer, albo ktoś mu zapłacił. To nie może być prawda. Mija wiele lat, na pewno myli dziadka z kimś innym. — Katarzyna była roztrzęsiona.
— Pani Nowak. — Głos Kowalskiej nawet dla niej samej brzmiał zaskakująco spokojnie.
— Nie wierzę! To albo kłamca, albo zmanipulowany, nieświadomy niczego dziad!
— Kurwa mać, niech się pani w końcu zamknie!
Magdalena wyrzuciła z siebie emocjonalnego kaca z taką mocą, że Katarzyna zamilkła w pół słowa.
— Ten staruszek nie jest ani pomylony, ani zmanipulowany. To świadek wydarzeń, które odcisnęły piętno na całym jego życiu. Zwróciła pani uwagę na spójność jego wypowiedzi? Pomimo wieku drobiazgowo operował datami i nazwiskami. To nie przypadek. Nikt nie jest w stanie na poczekaniu wymyślić historyjki bazującej na takiej ilości konkretów — zwłaszcza jeżeli uwzględnimy wiek świadka i fakt, że rozmowa była nagrywana na żywo.
— Przecież mógł się pomylić. Nie może pani odrzucić takiej ewentualności.
— Obawiam się, że mogę. W mojej ocenie ten człowiek mówił prawdę i nic nie wskazuje na to, aby miał jakiekolwiek problemy z trzeźwą oceną przeszłości i teraźniejszości.
Katarzyna Nowak gwałtownie wstała z krzesła i zaczęła nerwowo spacerować po gabinecie Kowalskiej.
— Więc cała rodzina mnie okłamywała, opowiadając o heroizmie dziadka Michała? Dziadek też żył cały czas w kłamstwie?
— Nie będę wypowiadać się na temat intencji, jakimi kierowała się pani rodzina. Może nie chcieli narażać małej dziewczynki na stres i traumę. Może sami nie znali prawdy. Daleka jestem od oceniania pani krewnego — zwłaszcza że nie jesteśmy w stanie wyjaśnić, jakie motywacje nim kierowały. Wiem, że to trudne, ale proszę się uspokoić i pozwolić nam pracować.
Katarzyna zatrzymała się przy oknie. Na zewnątrz wciąż padało, ale rozbiegane myśli kobiety w ogóle nie rejestrowały deszczu. Tylko krople rozbijające się o szybę tworzyły kompozycje do złudzenia przypominające twarz Michała Żukowskiego.
— Byłam bardzo związana z tym człowiekiem. Miałam dziesięć lat, kiedy umarł, i chociaż minęło sporo czasu, doskonale pamiętam każdą chwilę, jaką spędziliśmy razem. Nie wierzę, że mógłby dopuścić się rzeczy, o których opowiada Skotnicki. Nie wierzę! — Urwała. — I jedno mnie w tym wszystkim zastanawia — skąd nagle, tyle lat po wojnie, takie zainteresowanie jego przeszłością?
— Być może wcale nie chodzi o wojenną przeszłość Żukowskiego. Mam wrażenie, że zainteresowanie pani dziadkiem to element dużo większej afery.
— Skotnicki wspomina o operacji Bernstein — zorganizowanej i koordynowanej przez niejakiego Katzmanna. Podobno na terenie ówczesnego Sopotu schowano większą ilość skrzyń załadowanych czymś, co warto było ukryć. Nie wiemy jeszcze co, ale się dowiemy.
— Przykro mi, ale poszlaki wskazują, że niebagatelną rolę w tej sprawie mógł odegrać pani mąż. W jego skrytce bankowej znalazłam fiolkę z cyjankiem potasu. Czekam na wyniki testów, ale mogę się założyć, że pochodzi z tego samego źródła co trucizna, którą wykorzystano do zabójstwa Müllera.
Podniosła wzrok. Katarzyna stała na środku pokoju — sprawiała wrażenie nieobecnej. Nie wyartykułowała żadnego, najcichszego nawet dźwięku. Stała skamieniała, z niedowierzaniem wpatrzona prosto w oczy Magdaleny.
— Jak mam to rozumieć?
— Literalnie. Powiedziałam coś niezrozumiałego?
— Jest o coś podejrzany?
— Pani wybaczy, trwa śledztwo i nie mogę udzielać takich informacji. Niemniej nie wykluczam takiej opcji.
Katarzyna starała się uporządkować wszystko, co usłyszała.
Magdalena zapisywała kolejną kartkę w notesie. Tak naprawdę treść nie miała żadnego znaczenia — to stary policyjny wybieg. Pod pozorem skupienia na pracy biurowej Kowalska rejestrowała zachowanie Katarzyny Nowak. Kobieta wydawała się szczera w swoich reakcjach. Przewidywalna, by nie powiedzieć schematyczna — ale prawdziwa.
Przez kilka kolejnych minut, w kompletnej ciszy, przeglądała przypadkowe akta. Dla obu kobiet czas płynął nieznośnie wolno. Kowalska sięgnęła po paczkę papierosów.
— Z mojej strony to wszystko — jest pani wolna. — Celowo przyjęła oschły, oficjalny ton. — Jeszcze jedno. Gdyby planowała pani wyjazd poza Trójmiasto, proszę nas natychmiast poinformować.
Przez moment w oczach Katarzyny pojawiło się coś, co Magdalenie zmroziło krew w żyłach. Spojrzała na nią uważnie. Oczy miała smutne, ale pozbawione jakiejkolwiek agresji.
Może mi się zdawało.
Mruknęła do siebie cicho. Jednak pewien niepokój zadomowił się w jej umyśle na stałe.
Rozdział 12
Najkrótsza droga na Wikingerstraße prowadziła przez Adolf-Hitler-Straße.
Młody mężczyzna szedł spokojnie, starając się w żaden sposób nie zwracać na siebie uwagi.
Pomimo że główna ulica miasta roiła się od patroli żandarmerii, kroczył pewnie szarym chodnikiem brukowanej jezdni, beznamiętnie odwzajemniając spojrzenia mijanych żołnierzy.
Kiedy tylko dotarł do Litzmannplatz, natychmiast zauważył szyld, na którym ktoś nabazgrał koślawym gotykiem „Kneipe für Hafenarbeiter“.
Tak naprawdę była to speluna, cuchnąca tanim tytoniem, kiepskim piwem i smrodem przegniłych ziemniaków. Nawet na warunki portowej dzielnicy był to przybytek, którego nie odwiedzał nikt przy zdrowych zmysłach.
Zbierał się tu najgorszy element gdyńskiego półświatka. Prostytutki, które przed laty wypadły z obiegu, drobni złodzieje, przemytnicy oraz faceci bez forsy, zawodu i perspektyw.
Lokal oferował wystrój równie plugawy, jak powierzchowność zgromadzonych w nim gości.
Tak się złożyło, że właśnie ta ponura renoma pijackiej tancbudy wyjątkowo przypadła do gustu chłopcom z konspiracji. Lokal był idealnym miejscem do spotkań, odpraw przed akcją, wreszcie świetnie sprawdzał się jako punkt przekazywania meldunków.
W tym miejscu nikt nikogo o nic nie pytał.
Piwiarnia dla dokerów, jak szumnie głosił szyld, miała jeszcze jedną, niezwykle istotną zaletę. Wyjście przez zaplecze prowadziło wprost na okalające port bagna. Jak długo Gdynia borykała się z niemieckim panowaniem, jeszcze żaden gestapowiec ani żandarm nie postawił tam nogi.
Michał wszedł do środka, otrzepując buty i czapkę z mokrego śniegu. Rozejrzał się bacznie po sali, przyzwyczajając wzrok do ciemnego, zadymionego wnętrza.
Przy malutkim, jednoosobowym stoliku pod oknem siedział Borowski. Palił papierosa, przed nim stał opróżniony do połowy kufel. Ubrany w brudny, filcowy płaszcz, spodnie z przykrótkimi nogawkami i porozklejane buty, idealnie wkomponował się w atmosferę miejsca. Michał wpatrywał się w sylwetkę dowódcy dłuższą chwilę, zanim go rozpoznał.
— Jak pan może to pić, poruczniku? — Michałowi zrobiło się niedobrze na sam widok kufla. Zapach lokalnego piwa tylko spotęgował odruch wymiotny. — To chyba najgorszy zajzajer w tej części Europy.
— Nie mędrkuj — zgasił go Borowski. — Siadaj i postaraj się nie zwracać na siebie uwagi. Rozumiem, że podjąłeś decyzję?
— Tak jest! Proszę o konkrety. Jestem do dyspozycji.
— Zadanie jest wyjątkowo trudne i cholernie niebezpieczne, będziesz zdany wyłącznie na siebie. Uznaliśmy, że jesteś jedynym, który ma szansę sobie z tym poradzić.
— Ku chwale ojczyzny, poruczniku — wyrzucił szybko Michał, połechtany słowami dowódcy.
— Michał, sprawa jest cholernie poważna — Borowski zaczął bez zbędnych wstępów. — Szanse wyjścia bez szwanku są bliskie zeru.
Dowódca postanowił być bezkompromisowo szczery. Niech chłopak podejmie decyzję z pełną świadomością.
— Jest wojna, a ja jestem żołnierzem, czekam na rozkazy! — Żukowski był teraz naprawdę dumny z siebie. Wiedział, że porucznikowi podoba się jego postawa. To wszystko, czego na tę chwilę oczekiwał.
— Mamy sprawdzone informacje, że Niemcy opracowali plan ucieczki. Na całym Wybrzeżu trwają zaawansowane przygotowania do ewakuacji, według naszych ustaleń, głównie drogą morską. Dopóki linie kolejowe są bezpieczne, każdego dnia z Gdańska wyjeżdżają eszelony wyładowane skrzyniami z dokumentami, o których nic nie wiemy, najprawdopodobniej archiwa Gestapo i Abwehry. Większość zaplombowanych skrzyń adresowana jest na Tirpitzufer w Berlinie. Podejrzewamy, że to materiały z Königsbergu, ale nie mamy pewności.
Jak wiesz, osiemnastego lutego, w konsekwencji zamachu na Adolfa, dość smutno zakończyła działalność Abwehra, muszą coś zrobić z całym archiwum po Canarisie.
Dla nas bezcenne są listy agentów, zwłaszcza działających na zachodzie Europy. No i teczki personalne kolaborantów działających na terenie Polski, ktoś musi tych skurwysynów rozliczyć z popełnionych zbrodni.
— Działających na terenie Polski, to jasne i zrozumiałe, ale po cholerę narażać się dla aliantów? Nas mają w dupie, układają się z hitlerowcami, a my mamy odwalać za nich czarną robotę?
— Nie tylko mamy, ale wręcz musimy, chodzi o to, aby ich wyprzedzić. Michał, tu nie będzie Amerykanów ani Anglików. Tu będą Sowieci. Informacje o czynnych agenturach to najlepszy materiał przetargowy, inaczej nikt palcem nie kiwnie w naszej sprawie.
Borowski wyciągnął z pomiętej paczki papierosa, zapalił „wykrucha” i zaciągnął się głęboko.
— Mam cynk, że Gruppenführer Wilhelm Katzmann, wyjątkowa kanalia, przygotowuje ściśle tajną operację, kryptonim Bernstein. Wiemy tylko, że zgromadził około osiemdziesięciu skrzyń z jakimiś materiałami, które okryte są ścisłym nadzorem i tajemnicą. Mają być możliwie najszybciej wywiezione gdzieś w głąb Rzeszy. Gdyby sowiecki front przeszkodził w ewakuacji, na terenie Zoppotu Niemcy przygotowali podobno specjalne bunkry, w których zamierzają tymczasowo złożyć to, czego nie zdążą wywieść.
Teraz najważniejsze, więc skup się i dobrze zapamiętaj. Całą logistyką, a co najważniejsze pakowaniem i sporządzeniem inwentaryzacji skrzyń, zajmuje się niejaki Johann Kowalsky, ten sam którego zapamiętaliście spod Großer Stern.
Twoje zadanie: za wszelką cenę przeniknąć do grupy, nad którą zwierzchnictwo objął Kowalsky. Zdobyć jego zaufanie, nie odstępować na krok, mówiąc wprost, zdobyć jego przyjaźń.
Michał poczerwieniał, żyła na skroni pulsowała mu w rytm błyskawicznie rosnącego ciśnienia. Spodziewał się różnych rozkazów, skrycie liczył na polecenie likwidacji jakieś szwabskiej szychy, a tu ma się zakumplować z najbardziej znienawidzonym gdańskim volksdeutschem.
— Panie poruczniku, niech pan powie, że to jakiś żart. Mam się zbratać z tym gadem? — wykrzyczał, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszał. To nie może być prawda, to jakiś koszmarny sen.
— Zamknij się, zwracasz na nas uwagę. — Borowski sprowadził młodego żołnierza na ziemię. — Michał, bez tych dokumentów po wojnie nie będziemy mieli nic do powiedzenia. To walka o nasz honor i dalszy los kraju.
Michał wpatrywał się w twarz Borowskiego. W żółtawym świetle łojówki dowódca wyglądał jak koszmarna, senna zjawa.
— Musisz zostać jednym z nich. — Borowski dopił piwo. — Najprawdopodobniej stracisz przyjaciół, wielu z naszych będzie tobą pogardzać, zaczną cię nienawidzić. Cena jest cholernie wysoka, ale innej drogi nie ma.
— Rozumiem.
— Gówno rozumiesz. — Porucznik pochylił się nad stołem. — Będziesz jadł przy jednym stole ze ścierwem, które donosiło na naszych ludzi. Będziesz się z nim śmiał, pił wódkę, może nawet pójdziecie razem na dziwki.
Michał przełknął ślinę. W ustach zrobiło mu się sucho.
— To jedyna szansa, żeby rozpracować to cholerstwo?
— Jedyna. Kowalsky cieszy się wyjątkowym zaufaniem Katzmanna. Można by powiedzieć, że to jego człowiek od specjalnych poruczeń. Nie lekceważ go. Jest kuty na cztery łapy i bezwzględny. Pomagał Katzmannowi przy likwidacji Żydów w Bełżcu, to tam zawiązała się przyjaźń pomiędzy mordercami.
Borowski zapalił papierosa. Nieznacznie drżały mu ręce.
— Dostanę nową tożsamość?
— Nie. Pojedziesz pod swoim nazwiskiem, jest bezpieczne, nigdzie nie figuruje. Mieszkasz w Sopocie i pracujesz jako komiwojażer w browarze, który działa we Wrzeszczu. Mamy w firmie swoich ludzi, nie musisz się obawiać. W twoim dotychczasowym miejscu pracy też wszystko załatwione. Nikt cię nie będzie szukał ani interesował się twoim zniknięciem.
— Jak zyskam ich zaufanie?
— Z niemieckim wywiadem jesteś związany od trzydziestego siódmego. Po oficjalnym zmobilizowaniu pracowałeś dla Brandenburger w śląskim K-Trupie. Rozkazem Hansa Herznera zostałeś delegowany w czterdziestym drugim do Gdańska, celem rozpracowania Gryfa Pomorskiego. Posłałeś na śmierć dwunastu partyzantów, w tym dwóch wyższych oficerów. Przekazałeś do oddziału fikcyjną lokalizację zrzutu broni. W porozumieniu z Niemcami zorganizowałeś zasadzkę, w której wszyscy partyzanci zginęli. Cała akcja, od pomysłu do ostatniego strzału, była wyłącznie twoją inicjatywą.
Michał poczuł mdłości. W okupacyjnych warunkach ta historia była przerażająco realna.
— Nie za grubo uszyte? O takiej akcji Niemcy na pewno by wiedzieli. Poza tym, ten Katzmann może mnie prześwietlić w kilka minut. To szef gdańskiej policji!
— Spokojnie. Cała historia wydarzyła się naprawdę. — Borowski zgasił papierosa o blat stołu. — Człowiekiem, którego zastąpisz, był Tadeusz Brok. Twoja legenda to historia jego życia. Dla nich Żukowski to fałszywe nazwisko. Musiałeś zmienić personalia, bo podziemie wydało na ciebie wyrok. Tak naprawdę miesiąc temu nasi chłopcy posłali Broka do piekła, już nikomu nie zaszkodzi. Akcja likwidacyjna jest objęta klauzulą najwyższej tajności, oficjalnie zamiast niemieckiego agenta zginął pomyłkowo volksdeutsch.
— Jezu…
— To idealny kamuflaż. Niemcy znają swojego agenta wyłącznie z kontaktów radiowych. Dostaniesz kopie wszystkich raportów jakie wysyłał, szyfry, pasmo wywołania i pory nadawania. Dla tego środowiska jesteś Tadeuszem Brokiem, który szuka schronienia pod fałszywym nazwiskiem.
Borowski wyciągnął z kieszeni butelkę bimbru i wlał do pustego kufla. Wypłukał zawartość, przy okazji odór po piwie. Napełnił ponownie i podał Michałowi. Alkohol palił jak kwas.
— W jaki sposób do nich dotrę? Dostanę jakiś kontakt?
— Pójdziesz do fryzjera. Gdynia, Aleja Adolfa Hitlera sto trzydzieści. Budynek naprzeciw przedwojennego Urzędu Miasta. Właściciel to pan Antoni. Nasz człowiek, od początku okupacji. Antoni wie wszystko, co niezbędne, aby twoja misja zakończyła się powodzeniem. Wprowadzi cię w środowisko, w którym obraca się Kowalsky. Dalej musisz polegać wyłącznie na sobie.
Borowski wstał i podszedł do okna. Na ulicy widać było sylwetki patrolu.
— Jutro o dziewiątej rano spotkamy się pod moim domem. Wilhelmstraße dwadzieścia trzy. Pamiętaj, przez całą misję kontaktujesz się wyłącznie ze mną. Jutro przekażę ci szczegółowe informacje.
— Tak jest.
— Jeszcze jedno. — Borowski odwrócił się od okna. — Gdyby coś się ze mną stało, jesteś zdany wyłącznie na siebie. Pamiętaj, liczy się tylko jeden cel — dotrzeć do ludzi Katzmanna i dowiedzieć się wszystkiego o operacji Bernstein.
— Poruczniku…
— Idź już i uważaj na siebie. Od jutra, dla wszystkich, jesteś niemieckim agentem. Dla naszych też.
***
Następnego dnia, o ósmej czterdzieści pięć, Michał stał na rogu Wilhelmstraße. Mżawka bezlitośnie wciskała się pod cienką kurtkę, ale skumulowane napięcie odwracało uwagę od takich drobiazgów. Pomimo siąpiącego deszczu zmieszanego z topniejącym śniegiem, tkwił wpatrzony w okna kamienicy numer dwadzieścia trzy.
Pozornie zwyczajny budynek, jak dziesiątki tkwiące w tej części miasta. Trzy piętra, szary tynk ze świeżymi śladami po kulach, równie szare, dawno niemyte okna. Na parterze mały sklep z wyrobami tytoniowymi i niemieckimi gazetami. Nikt z przechodniów nawet nie przypuszczał, że mieszka tu jeden z najbardziej poszukiwanych przez gestapo konspiratorów.
Michał spojrzał na zegarek, jeszcze mały kwadrans i Borowski powinien stawić się z kompletem rozkazów i instrukcji.
W poranną ciszę portowej dzielnicy wgryzał się basowy pomruk nadciągającej kolumny samochodów. Powoli, ale z coraz większą mocą, szum silników wypełniał całą ulicę. Kolumnę otwierały dwa mercedesy W136 wlokące swe masywne budy tuż nad powierzchnią brukowanej szosy, tuż za nimi, trzęsąc się na wybitych resorach, sunęły dwie ciężarówki Opel Blitz.
Auta zatrzymały się dokładnie przed budynkiem, w którym mieszkał Borowski. Jeszcze w biegu z każdej osobówki wyskoczyło po trzech mężczyzn, ubranych w charakterystyczne skórzane płaszcze i filcowe kapelusze, to gestapo!
Michał przezornie wycofał się do bramy domu po przeciwnej stronie ulicy. Cywilni funkcjonariusze byli już w kamienicy numer dwadzieścia trzy, żołnierze Wehrmachtu biegiem zamykali szczelny kordon wokół posesji.
Bezwiednie zacisnął dłoń na rękojeści visa, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że to pusta manifestacja. Był bez szans, nie pomógłby dowódcy, nie wykonałby zadania, a porucznik zaprzysiągł go, przyznając misji cel nadrzędny. Musiał wykonać rozkaz za wszelką cenę.
Po dziesięciu minutach na ulicy pojawili się gestapowcy, brutalnie wlokąc skutego, krwawiącego człowieka. Michał w bezsilnej rozpaczy zamknął oczy, niczym dziecko, które pokłada całą ufność w tym, że czego nie widzi, to mu nie zagraża.
Szarpany przez oprawców Borowski starał się iść prosto, z wysoko uniesioną głową i dumnym spojrzeniem. Sytuacja była beznadziejna, mimo to nie sposób było dopatrzyć w postaci partyzanta choćby cienia strachu czy niepewności.
Na rogu zebrała się spora grupa gapiów, Michał bez zastanowienia wtopił się w anonimowy tłum, wciąż nie wiedział, co robić dalej.
— Kto to? — zapytała starsza kobieta.
— Co się pani głupio pyta, bandyta, a kto — odszczeknął z gardłowym akcentem tłusty mężczyzna w filcowym kapeluszu.
Niespodziewanie wzrok Michała skrzyżował się ze spojrzeniem młodego oficera SS. Niemiec wpatrywał się z zainteresowaniem w Żukowskiego i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę tłumu. Uciekać — to jedyna myśl, jaka eksplodowała mu w środku czaszki. Próbował się cofnąć, ale za plecami była tylko zimna, mokra ściana.
Esesman zatrzymał się dosłownie krok przed nim, stał tak blisko, że Michał czuł jego przepalony oddech. Chwilę trwali w całkowitej ciszy, wreszcie Niemiec dotknął rękawiczką policzka Michała.
Cedząc z pogardą, łamaną polszczyzną, wciąż wtrącał niemieckie słowa. — Patrz, Polak, i dobrze zapamiętaj. Każdy, kto sprzeciwia się prawu Rzeszy, skończy tak samo. To niemiecka ziemia i dla bandytów nie ma tu miejsca.