Krystynie, która nie pozwoliła mi zwątpić, kiedy zwątpienie byłoby najłatwiejsze.
Za cierpliwość, wiarę i milczenie we właściwym czasie.
Rozdział 1
Mężczyzna umarł w Hotelu Grand o trzeciej nad ranem.
Komisarz Magdalena Kowalska stała w drzwiach pokoju numer dwieście trzydzieści siedem. Była zmęczona. Dwadzieścia lat pracy w policji nauczyło ją, że każda śmierć uruchamia identyczne mechanizmy. Pierwszym jest szok. Potem stacza się lawina pytań, aż w końcu wszystko znika w nawale papierów. Biurokracja — zwłaszcza ta policyjna — pochłania więcej czasu niż robota operacyjna.
Zazwyczaj rutynowe działania podczas oględzin wywoływały w niej apatię. Tym razem przez mur zawodowej obojętności przebijało się coś, czego nie potrafiła jeszcze zdefiniować. To „coś” sprawiało, że skupiała się wyłącznie na miejscu zgonu. Rzetelnie, spokojnie, z pełnym zaangażowaniem.
Patrzyła na ciało leżące obok łóżka. Mężczyzna w wieku około sześćdziesięciu lat, wysoki, zadbany. Elegancki granatowy garnitur, drogie włoskie buty. Złoty zegarek na nadgarstku. Portfel pełen gotówki — euro i polskich złotych — wszystko starannie posegregowane. Pierwsze wnioski sugerowały śmierć z przyczyn naturalnych.
— Kto go znalazł?
— Pokojówka — odpowiedział młodszy aspirant Tomczyk, przeglądając notatki. — Pani Jadwiga Kowal. Pracuje tu od dziesięciu lat. O ósmej rano przyszła posprzątać. Facet miał się wymeldować o siódmej. Chciała sprawdzić, dlaczego nie zgłosił się do recepcji.
Komisarz klęknęła obok ciała. Żadnych widocznych obrażeń. Brak śladów walki. Pokój wyglądał, jakby przed chwilą opuściła go ekipa sprzątająca — jedynie łóżko było niepościelone, poza tym wszystkie przedmioty leżały na swoich miejscach. Gdyby nie charakterystyczna woń gorzkich migdałów, można by pomyśleć, że po prostu zasnął.
— Lekarz był?
— Doktor Krawczyk przyjechał pół godziny temu. Wstępna ocena: zatrucie. Prawdopodobnie cyjankiem. Po sekcji dostaniesz na biurko szczegółowy raport.
Więc jednak cyjanek. Magdalena poczuła znajomy skurcz w okolicy żołądka. W Polsce nikt nie truje się cyjankiem przez przypadek. To nie jest specyfik, który można pomylić z aspiryną.
— Miał przy sobie jakieś dokumenty?
— Tak. Z paszportu wynika, że to Wolfgang Müller, obywatel niemiecki, na stałe zameldowany w Berlinie. Przyjechał w poniedziałek wieczorem.
— Podał cel wizyty?
— W formularzu meldunkowym wpisał: „turystyka” — ale recepcjonista twierdzi, że nie zachowywał się jak typowy turysta. — Tomczyk przewrócił kilka stron w notesie. — Interesował się starymi mapami Sopotu. Pytał o archiwum miejskie, o bibliotekę z dokumentami z ostatnich osiemdziesięciu lat. Przede wszystkim interesowały go plany budynków z lat czterdziestych. Może jakiś kolekcjoner?
Magdalena wstała i obeszła pokój. Na stoliku nocnym leżał otwarty notes w skórzanej oprawie. Większość kartek była czysta, ale pięć pierwszych stron pokrywały zapiski w języku niemieckim — piękne, staranne pismo. Na biurku leżał brulion w szarej, twardej okładce. Kowalska otworzyła go i powoli przejrzała strona po stronie. Kilka kartek zostało wyrwanych. Na pierwszej dostrzegła nieregularny, odciśnięty ślad. Ktoś pisał długopisem, a potem usunął notatki.
Z torebki wyciągnęła miękki ołówek i delikatnie zakreśliła powierzchnię pustego papieru. Powoli wyłaniały się litery:
„Żukowski Michał, Chopina 23, Villa Berger, aktualnie Obrońców Westerplatte, Großer Stern, przedłużenie 23 Marca”.
— Tomczyk, znajdź mi kogoś, kto mówi po niemiecku. I sprawdź, czy w Sopocie przy ulicy Chopina 23 mieszkał jakiś Żukowski.
— Szukać kogoś konkretnego? Płeć, wiek?
— Nie zawracaj dupy — dawaj na cito wszystko, co znajdziesz.
Oględziny łazienki nie wniosły niczego nowego. Pomieszczenie było wręcz sterylne, wszędzie unosił się zapach detergentów. Za czysto jak na hotelową toaletę. Ktoś odwalił kawał porządnej roboty; ślady ewentualnej wizyty zostały usunięte z profesjonalną dokładnością. Zawodowiec? W koszu na śmieci nie było niczego oprócz pustego opakowania po niemieckich pastylkach na serce.
Wróciła do pokoju i przejrzała szafę. Dwa garnitury, trzy koszule, bielizna — żadnej tandety, wszystko uznane, niemieckie marki. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnęła wizytówkę: Dr Hans Richter — Historische Forschung. Na półce, obok etui z elektryczną maszynką do golenia, leżały bilety lotnicze oraz potwierdzenie zamówienia taksówki.
— Gdzie i kto widział go ostatni raz żywego?
— Barman z restauracji hotelowej. Wczoraj wieczorem, około dwudziestej drugiej. Müller siedział przy barze sam. Zamówił kilka szklaneczek whisky. Obsługa go zapamiętała, bo — jak stwierdzili — co najmniej dziwnie się zachowywał.
— To znaczy? — Posłała mu twarde spojrzenie.
— Określili go jako wyraźnie sfrustrowanego, pomimo sporej ilości alkoholu. Dość długo rozmawiał przez telefon. Barman nic nie zrozumiał, nie zna niemieckiego, ale twierdzi, że facet cały czas mówił podniesionym głosem. Czasami wręcz krzyczał. Powtarzam dokładnie, co zeznała obsługa — trzeba wziąć poprawkę na to, że są skołowani. W końcu nie codziennie mają tu morderstwo.
Usiadła na fotelu pod oknem i zajęła się telefonem ofiary. Technicy zdążyli odblokować dostęp. Żadnych połączeń z wczorajszego wieczoru. Pamięć dokładnie wyczyszczona.
— Trzeba aparat zwrócić do laboratorium i wnioskować o biling — mruknęła pod nosem.
Wertując foldery, zauważyła, że w galerii zostało kilka zdjęć. Niedopatrzenie czy celowe działanie? Przewijała je powoli. Typowe kadry Sopotu: ulica Monte Cassino, molo, stara architektura. Było też zdjęcie, które podbijało ciśnienie lepiej niż espresso. Okazała przedwojenna kamienica przy ulicy Chopina 23. Ten sam adres, który był w notesie.
Kowalska powiększyła obraz. Piękny dom z początku XX wieku. Weranda w odcieniu szarzejącej bieli, wykończona bogatym detalem drewnianym. Trzy kondygnacje okien sprawiały, że budynek wydawał się jeszcze większy. Po lewej od wjazdu, na placyku wybrukowanym kostką, stał srebrny Passat.
— Tomczyk!
— Tak, pani komisarz?
— Sprawdziłeś adres na Chopina?
— Tak. Numer dwadzieścia trzy. Mieszka tam rodzina Nowaków. Właścicielka to Katarzyna Nowak, z domu Żukowska.
Żukowska… Więc jednak.
Magdalena zaczęła porządkować fakty. W poniedziałek Wolfgang Müller przylatuje Lufthansą do Rębiechowa. Taksówką dociera do Sopotu i melduje się w Grandzie. Celem wizyty jest najprawdopodobniej mężczyzna o nazwisku Żukowski. Müller rozpytuje o niego, ma zdjęcie jego domu, interesuje się mapami z lat czterdziestych. Z kim kontaktował się przez te trzy dni? Dlaczego pamięć telefonu jest pusta? W nocy poprzedzającej wyjazd umiera od cyjanku potasu.
— Po co przyleciałeś do Polski? I przede wszystkim — kim dla ciebie jest ten Żukowski? — wymruczała Magdalena, wpatrując się w puste oczy Müllera. — Mam wrażenie, że wasza relacja jest powodem twojego zejścia. Jakie brudne historie was łączą?
Powiedziała to na tyle głośno, że Tomczyk oderwał wzrok od notatek. Spojrzał na komisarz, ale nie zareagował. Na trójmiejskich komendach krążyły już legendy o jej metodach. Po co prowokować los?
— Czy rodzina Nowaków zgłaszała ostatnio jakieś problemy? Włamanie? Stalking?
— Sprawdzam w systemie… Nie, nic. Tylko… — Tomczyk zawiesił głos.
— Tylko co?!
— Dzisiaj rano Katarzyna Nowak zgłosiła zaginięcie męża, Krzysztofa. Twierdzi, że od wczoraj nie ma z nim kontaktu.
Magdalena spojrzała przez okno. Listopadowy poranek był równie szary jak jej nastrój. Deszcz z pasją atakował szyby, tworząc na nich abstrakcyjne wzory. Jesienią w kurortach turystów zastępuje nostalgia. Nawet morze szumi na minorową nutę. Idealna sceneria dla morderców.
Pomimo chandry w komisarz Kowalskiej obudził się instynkt śledczego. Zabrała notes Müllera i schowała go do kieszeni płaszcza. Wychodząc z hotelu, postawiła kołnierz i rzuciła soczyste przekleństwo.
Kolejny weekend szlag trafił.
Rozdział 2
Katarzyna Nowak otworzyła drzwi już po pierwszym dzwonku. Teraz siedziała otępiała w swoim salonie i wpatrywała się bezmyślnie w kobietę, która coś do niej mówiła. Mówiła głośno, stanowczym tonem, ale Katarzyna nie potrafiła skupić uwagi na żadnym z wielu słów, które padły dzisiaj w tym pokoju. Trzy godziny temu zgłosiła zaginięcie męża, nie zdążyła nawet wypić porannej kawy. Teraz siedziała naprzeciw obcej kobiety, która mówiła. Cały czas coś mówiła.
— Pani Nowak, wszystko w porządku? Słyszy mnie pani?
— Tak? — Gospodyni przeniosła wzrok na twarz komisarz Kowalskiej. Jakie ona ma smutne oczy — pomyślała podświadomie, uciekając od powodu policyjnej wizyty.
— Pani Nowak, proszę się skupić — to bardzo ważne. Kiedy widziała pani męża ostatni raz?
— Wczoraj. Wieczorem, po kolacji, Krzysztof poszedł do siebie — to znaczy do gabinetu. Ja zostałam na dole.
— Kiedy stwierdziła pani, że mąż zniknął?
— Dzisiaj rano. Krzysztof zawsze wstaje o szóstej. Pije kawę, goli się i jedzie do pracy. Gdy obudziłam się przed siódmą, dom był pusty. Żadnych śladów porannej toalety, brak jego kubka w zlewie.
Policjantka podniosła wzrok znad notatek. Katarzyna Nowak wyglądała na trzydzieści kilka lat — zadbana i elegancka. Dom urządzono ze smakiem. Gustownie dobrane meble i gadżety dopełniały przemyślaną aranżację wnętrza. Obrazy na ścianach nie pochodziły spod pędzla wielkich mistrzów, ale bez wątpienia były oryginałami. Komisarz nie znała się na malarstwie, niemniej daleko im było do jarmarcznej tandety.
— Czy to męża samochód stoi przed domem?
— Tak. To mnie właśnie zaniepokoiło. Krzysztof ma do pracy około ośmiu kilometrów, poza tym bardzo rzadko wybiera się gdzieś bez auta. Mąż nie jest zwolennikiem pieszych wędrówek.
— Dzwoniła pani do niego?
— Oczywiście. Telefon jest poza zasięgiem.
— A do pracy?
Katarzyna odwróciła wzrok. Czujne oko Magdaleny momentalnie wyłapało skurcz, który przez ułamek sekundy spiął twarz kobiety.
— Słucham?
— Pytam, dlaczego nie zadzwoniła pani od razu do firmy męża. To chyba naturalny odruch.
Cisza. Katarzyna wpatrywała się w niewidoczne plamki na spodniach.
— Nie wiem. Może myślałam, że zaraz wróci.
Brzmiało to słabo i obie o tym wiedziały.
— Pani Nowak, czy mąż ma jakieś problemy? W pracy, finansowe — może inne kobiety?
— Kobiety? — Katarzyna uniosła brew. — Krzysztof to nie jest typ lowelasa. W pracy też raczej wszystko w porządku — nigdy nie sygnalizował żadnych trudności. Jest cenionym pracownikiem.
— Czy jest możliwe, że zaangażował się w jakieś ciemne interesy? — Magdalena wróciła do notatek. — Może ma jakieś długi albo zobowiązania?
— Co pani ma na myśli?
— Coś, czego się pani raczej domyśla, niż o czym pani wie. Myślę, że w każdym małżeństwie funkcjonują jakieś tajemnice — albo chociaż niedomówienia.
— Przepraszam, czy pani jest mężatką? — Ton Katarzyny zabrzmiał dla Kowalskiej zdecydowanie prowokująco.
— Proszę odpowiedzieć na moje pytanie — policjantka włożyła w ripostę cały zapas lodu.
Przez moment między kobietami iskrzyło wyraźne napięcie. Komisarz z trudem wróciła do służbowego tonu.
— Może zauważyła pani w ostatnim czasie coś dziwnego, nienaturalnego w zachowaniu męża?
— Bo ja wiem… Trudno mi tak na poczekaniu. Nie wiem, czy to ma jakiekolwiek znaczenie, ale ostatnie tygodnie poświęcał głównie historii.
— Nie rozumiem.
— Przede wszystkim historii drugiej wojny światowej. Interesował go okres okupacji na terenie Sopotu i czas zdobycia miasta przez Armię Czerwoną.
— Co w tym dziwnego? Każdy ma jakieś hobby.
— Oczywiście. Tylko męża szczególnie interesowały losy mojego dziadka. Krzysztof nigdy przedtem nie zapytał o niego ani słowem, a od dwóch miesięcy temat dziadka Michała był nadrzędny w każdej naszej rozmowie.
Magdalena znowu poczuła ten specyficzny ucisk w okolicy żołądka.
— Pani dziadek nazywał się Żukowski?
— Michał Żukowski. Umarł, kiedy miałam dziesięć lat.
— Co pani o nim wie?
— Był wspaniałym dziadkiem. Spędzałam u niego prawie wszystkie wakacje — każdy wyjazd tutaj był prawdziwym świętem.
— Powiedziała pani, że spędzała wakacje „tutaj”. Czy to jest dom po dziadku?
— Tak. Dziadek mieszkał tutaj sam. Babcia z moją mamą wyprowadziły się jeszcze przed moimi narodzinami. Podobno był „trudny i bardzo zamknięty w sobie”. Mama mówiła, że to przez wojnę.
Magdalena zakreśliła coś w notatniku.
— Wie pani coś o jego wojennej przeszłości?
— Niewiele. W domu to był temat tabu. Sam też niechętnie opowiadał, a jeśli już dał się namówić, operował ogólnikami. Nic konkretnego.
— A fascynacja męża nie przyniosła żadnych rezultatów?
— Nie mam pojęcia. Niewiele mówił, więcej dopytywał. Zgromadził jakieś materiały, ale mnie to nigdy specjalnie nie zainteresowało. Może dziadek nie chciałby, żeby w tym grzebać?
— Myśli pani, że miał coś do ukrycia?
— Nie wiem. Nie przypuszczam — był bardzo uczciwym człowiekiem.
— A co konkretnie znalazł mąż?
— Mnóstwo dokumentów, zdjęć, jakieś stare mapy, plany.
— Chciałabym to zobaczyć. To może rzucić światło na sprawę zaginięcia.
— Oczywiście. Gabinet Krzysztofa jest na górze — tylko nie wiem, czy trzyma te papiery tutaj, czy w biurze.
— Sprawdzimy. Pozwoli pani, że najpierw skontaktuję się z jego miejscem pracy? — Kowalska wyjęła telefon i spojrzała Katarzynie prosto w oczy. — Mogę prosić o numer?
— Jasne. — Kobieta otworzyła listę kontaktów.
Magdalena przedstawiła się szybko i słuchała. Doświadczenie nauczyło ją, że zdecydowanie lepiej jest słuchać, niż mówić. Skończyła połączenie i badawczo wpatrzyła się w twarz Katarzyny.
— Pani Nowak, mąż wziął dziś wolne. Dzwonił wczoraj wieczorem i powiadomił szefa, że ma problemy rodzinne.
Katarzyna pobladła.
— O czym pani mówi?! To niemożliwe.
— Przykro mi — dokładnie takie informacje otrzymałam z firmy.
— Ale pomiędzy nami nie było żadnych problemów!
— Może mąż miał na myśli resztę rodziny?
— Poza mną Krzysztof nie ma nikogo. Jest sierotą. To jakiś absurd.
— Przyzna pani, że to trochę komplikuje sytuację.
— Pani coś sugeruje?! Naprawdę nic z tego nie rozumiem.
Magdalena zamknęła notes. Śmierdziało tu na kilometr. Mąż bierze dzień wolny, nie informując żony. Wyłącza telefon. Zostawia samochód i znika. W tym samym czasie ktoś likwiduje Niemca, który szukał tego samego, co Krzysztof Nowak.
— Chciałabym zobaczyć pokój męża.
Nowak nie wyglądała na zachwyconą. Przez chwilę komisarz miała wrażenie, że kobieta chce odmówić.
— Wspomniała pani, że znajdują się tam dokumenty dotyczące pani dziadka. To istotna postać w sprawie. Zależy pani na odnalezieniu męża, prawda?
Katarzyna wstała, wyraźnie manifestując niezadowolenie.
— Oczywiście. Proszę za mną — powiedziała, lekko się zataczając.
— Pani Nowak, wszystko w porządku?
— Tak, to nerwy. Przepraszam, jeśli byłam niemiła. Martwi mnie zniknięcie Krzysztofa, ale jeszcze bardziej ta cała otoczka. To jakiś horror. Jestem po prostu przemęczona.
Ta kobieta jest zagadkowa — pomyślała Magdalena. Wydawała się szczerze zmartwiona, a jednak coś tu nie grało. Komisarz czuła przez skórę fałszywe nuty.
W milczeniu pokonały schody. W domu panowała kojąca cisza — jedynie w holu słychać było monotonne tykanie zegara. Katarzyna otworzyła drzwi do małego pokoju.
— To gabinet Krzysztofa.
Pokoik wyglądał na rzadko używany. Na biurku żadnych plam, na ścianach dyplomy i rodzinne zdjęcia. Przytulnie. Komisarz przejrzała zawartość biurka: rachunki, dokumenty, długopisy — wszystko starannie poukładane. Rutynowo skontrolowała dłonią spody blatów i szuflad. Nic.
W dolnej szufladzie, pomiędzy rocznikami „Kwartalnika Architektury i Urbanistyki”, znalazła małą, szarą kopertę bąbelkową. Ze środka wypadł niewielki klucz.
— Do czego on jest? — zapytała Magdalena, obracając metalowy przedmiot w palcach.
— Nie mam pojęcia. Pierwszy raz go widzę.
— Jest pani pewna?
— Najzupełniej.
Brzmienie jej głosu, podobnie jak rozbiegane spojrzenie, nie przekonywały policjantki. Klucz miał charakterystyczny kształt. Skrytka pocztowa, bankowa, może sejf.
— Pani Katarzyno, proszę się dobrze zastanowić. Gdzie mąż mógłby przechowywać rzeczy o szczególnej wartości? Coś, co chciałby uchronić przed niepowołanym wzrokiem?
— Boże, nie wiem… Może w banku albo w firmie? Mają tam sejfy.
— Z jakiego banku korzysta mąż?
— Konto mamy w PKO, na Monte Cassino.
Magdalena schowała klucz do kieszeni.
— Pojedziemy tam razem. Teraz.
— Czy to konieczne?
— Niestety tak. Bez pani mogą nam odmówić dostępu do skrytki.
O piątej rano świat wydawał się Magdalenie szary. Teraz sprawa nabierała tempa. Jeszcze nie wiedziała, jak bardzo się myli, myśląc, że najgorsze ma już za sobą.
Rozdział 3
Berlin, poniedziałek, 2 listopada 2024
Hans Richter nie lubił poniedziałków. Siedział w swojej pracowni na trzecim piętrze kamienicy przy Potsdamer Platz i spoglądał przez okno na szary, listopadowy Berlin. Krople deszczu meandrrowały po szybie, rozmywając kontury sąsiadujących budynków. Po lewej stronie majaczyła bryła Bramy Brandenburskiej — symbol nowych Niemiec: zjednoczonych, demokratycznych, odciętych od brzydkiej przeszłości. Ale przeszłość ma to do siebie, że nie przemija — przynajmniej nie do końca.
Hans wpatrywał się w fotografię oprawioną w starą, tekturową antyramę. Na pierwszym planie widać było trzech mężczyzn w niemieckich mundurach, ujętych na tle willi zbudowanej w stylu klasycznym. Na odwrocie zdjęcia ktoś zamieścił odręczną adnotację: Zoppot, November 1944. Jednym z trójki był jego dziadek — SS-Gruppenführer Wilhelm Katzmann, dowódca SS i Policji w Okręgu Rzeszy Prusy Zachodnie, Gdańsk. Koordynator i głównodowodzący ukraińskiej operacji „Reinhard”.
Po raz setny Hans wpatrywał się w zdjęcie, posiłkując się szkłem powiększającym. Sam nie wiedział, czego szuka, ale wiedział, że kiedyś odkryje ten jeden element, który stanie się wskazówką. Wilhelm Katzmann stał po prawej stronie. Na fotografii miał czterdzieści kilka lat. Na pruską modłę — pewny siebie. Bezczelny uśmiech wydawał się na stałe wpisany w owal jego twarzy. Obok stało dwóch innych oficerów, bliskich współpracowników jeszcze z czasów 75. SS-Standarte „Widukind”.
W tle rysowała się charakterystyczna bryła budynku. To architektoniczna perełka Sopotu — Villa Berger. Od czterdziestego trzeciego roku do chwili ewakuacji w czterdziestym piątym dom należał do dziadka. Był jego własnością. Później miasto przeszło w ręce polskie i wszystko przepadło. Bezpowrotnie.
Zoppot był miastem wyjątkowym w życiu Wilhelma — szczególnie w schyłkowym okresie wojny. Rok czterdziesty czwarty stanowił kumulację działań „Grupy Katzmanna”, jak zazdrośnie nazywali ich podkomendni w SS.
— Bernstein — Hans szepnął do fotografii, jakby rozmawiał z dziadkiem. — Co chciałeś mi przekazać? Gdzie ukryłeś w Zoppot swój depozyt?
Wilhelm umarł dwadzieścia cztery lata temu w domu opieki pod Monachium. Dziewięćdziesięciosiedmioletni, schorowany staruszek niczym nie przypominał zimnego likwidatora żydowskich więźniów Bełżca i Sobiboru. Większość czasu pozostawał nieprzytomny. Alzheimer żarł jego mózg tak zawzięcie, jakby chciał uwolnić konającego esesmana od wszystkich demonów przeszłości. W ostatnich dniach funkcjonował już tylko dzięki silnym opioidom. Szczególnie po morfinie miewał krótkotrwałe przebłyski świadomości — wtedy dużo mówił. Dużo bardzo dziwnych rzeczy. Trudno było go zrozumieć; jeszcze trudniej wyłuskać sens z szeptanych zdań przerywanych atakami kaszlu.
Co nieco jednak Hans zrozumiał. Szczególnie w pamięć wryły mu się dwa nazwiska, uporczywie i wielokrotnie powtarzane przez umierającego Gruppenführera: Kowalsky i Żukowski.
Richter odłożył fotografię i usiadł przed ekranem laptopa. W programie Google Earth aktywował mapę Sopotu. Czerwone, elektroniczne pinezki pokazywały miejsca odwiedzone podczas poprzednich wizyt w Polsce:
— Villa Berger — wyrzut sumienia komunistycznych zaniedbań
— Großer Stern — zarośnięte gruzami wspomnienie świetności niemieckiego kurortu
— Kościół Ewangelicki — jedyny obiekt, który przetrwał bez większych uszkodzeń
Zebrał sporo materiałów, przeprowadził mnóstwo rozmów z żyjącymi jeszcze świadkami upadku miasta, zdobył unikalne plany i mapy. Polska nie była miejscem przyjaznym wobec Niemców — ciągle żyła w niej nieufność i strach. Dziwny kraj, rozkochany w celebrowaniu własnych porażek.
Otworzył szufladę i ponownie ułożył dokumenty. Dwadzieścia lat ciężkiej pracy. Każdy wolny dzień, każde wochenende czy urlop poświęcał na odkrycie tajemnicy dziadka Wilhelma. Miał wszystko: archiwalne raporty SS, listy przewozowe, rozkazy obrony Wybrzeża, zeznania świadków. Przejechał większość niemieckich domów opieki, gdzie w samotności dogorywali przedstawiciele rasy panów. Większość już nie żyła. Zabił ich wiek albo wyrzuty sumienia.
Dużo śmieci, żadnych wymiernych efektów.
Jedno, co udało się ustalić ponad wszelką wątpliwość, to autentyczność operacji „Bernstein”. Wspominali o niej wszyscy, z mniejszym lub większym zaangażowaniem — niestety nikt nie znał szczegółów. Podobno był to plan na odbudowę Nowej Rzeszy. Drugim pewnikiem był materiał dowodowy wskazujący, że inicjatorem i głównym koordynatorem operacji był Wilhelm Katzmann. Tylko on orientował się we wszystkich zawiłościach; tylko on miał dostęp do wszystkich tajemnic.
— Swoją drogą, my, Niemcy, jesteśmy mistrzami organizowania tajnych operacji. — Poczuł ogarniającą go dumę. — Tyle lat po wojnie, a twierdza Absolut Geheim nadal niezdobyta.
Nalał sobie drinka, zapalił cygaro i wyciągnął się leniwie w fotelu. Przyjemne rozmyślania uciął nieznośny klang telefonu. Dzwonił numer warszawski.
— Richter.
— Herr Richter, z tej strony Klaus.
Klaus Weber. Człowiek, którego za niewiarygodnie wysoką łapówkę udało się ulokować w polskim MSW. To był prawdziwy majstersztyk dyplomatycznej korupcji. Weber nie był tani, ale zarabiał na swoje utrzymanie oraz rekompensatę inwestycji. Hans miał dzięki niemu nieograniczony dostęp do państwowej bazy danych, również do archiwów. Wiele informacji odsprzedawał dalej — w końcu biznes to biznes.
— Masz dane, o które prosiłem?
— Tak. Żukowski Michał. Urodzony w 1920 roku w Gdańsku. Mieszkał w Oliwie do roku siedemdziesiątego, potem przeprowadził się do Sopotu. Umarł w 1997 roku w niewyjaśnionych okolicznościach. Oficjalnie: serce — ale jest adnotacja „możliwy udział osób trzecich”. Potem skreślona i dopisane: „do umorzenia”.
— Zostawił jakąś rodzinę?
— Córka Anna, zmarła w 2006 roku w szpitalu onkologicznym w Gdańsku. Wnuczka Katarzyna, z domu Żukowska, obecnie Nowak. Żukowski zapisał jej dom w testamencie. Adres: Chopina 23. Z żoną i córką nie utrzymywał żadnych kontaktów.
Hans włączył nagrywanie — później zapisze dane w służbowym notesie. Wreszcie pojawił się jakiś namacalny ślad po człowieku, którego szukał od lat.
— Coś jeszcze?
— Mąż tej Nowak pracuje w firmie deweloperskiej Trójmiasto Development. Zajmują się renowacją starych budynków. Niewykluczone, że ma dostęp do archiwalnych planów miasta.
Hans wziął głęboki oddech i dolał sobie alkoholu. Archiwa miejskie to kopalnie cennych informacji — zwłaszcza tych dotyczących odbudowy i renowacji budynków zniszczonych w wyniku działań wojennych.
— Sądzisz, że gość ma dostęp do materiałów archiwalnych?
— Sprawdziłem. Kilka tygodni temu wypożyczył z Wydziału Urbanistyki dokumentację z lat czterdziestych dotyczącą posesji zlokalizowanych w bezpośrednim sąsiedztwie Villi Berger.
Hans przez chwilę delektował się zimnym drinkiem i analizował fakty.
— Klaus, na cito wszystko, co znajdziesz na temat tej firmy. Nazwiska pracowników, adresy, numery telefonów. A przede wszystkim potwierdzony wykaz dokumentów, które wypożyczał Nowak.
— Da się zrobić, ale to będzie kosztować ekstra. Archiwa miejskie to wyższy poziom.
— W porządku, nie targuję się o dobry towar.
— Dziesięć kawałków?
Dziesięć tysięcy euro. Spora kwota — ale Hans miał pieniądze. Dziadek, pomimo zagmatwanej przeszłości, świetnie odnalazł się w powojennych realiach. Gdy 7 września 1949 roku powstała Bundesrepublik Deutschland, kilka miesięcy później założył firmę związaną z obróbką drewna. Dzisiaj wartość giełdowa spółki opiewała na kilka milionów. Richter zastanawiał się czasem, jak bardzo legalne były interesy Wilhelma Katzmanna — dość szybko porzucał jednak te dociekania, kiedy przypominał sobie, że jest jedynym spadkobiercą.
— Zgoda. Muszę to mieć do jutra.
— Jutro rano masz wszystko na skrzynce.
Hans rozłączył się i ponownie spojrzał na fotografię dziadka. Postawny mężczyzna w mundurze SS wyglądał, jakby był u szczytu potęgi. Nie wiedział, że za kilka miesięcy jego panowanie nad światem się skończy. Będzie uciekał z Zoppot przed Armią Czerwoną. Do końca życia będzie uciekał przed samym sobą.
W skupieniu otworzył szufladę małego secesyjnego sekretarzyka. W środku leżał Walther P38. Pamiątka po dziadku — jeden z niewielu przedmiotów ocalałych z czasów wojny. Odruchowo sprawdził magazynek. W broni cierpliwie czekało dziewięć naboi parabellum.
Pistolet wrócił na swoje miejsce. Jutro lot do Gdańska — broń nie przejdzie przez kontrolę na lotnisku, a poza tym nie powinna być potrzebna. Nocleg zarezerwował w najdroższym miejscu: Hotelu Grand. To miejsce miało dla niego szczególne znaczenie. Pomiędzy 19 a 26 września 1939 roku hotel pełnił funkcję kwatery głównej Adolfa Hitlera.
Rozdział 4
Zoppot, 1 listopada 1944
Michał Żukowski był przemoczony do ostatniej nitki. Od dwóch godzin, ukryty w zaroślach okalających restaurację Großer Stern, obserwował samochody parkujące na leśnej polanie. Trzy mercedesy i fiat z tablicami DW 20376. Pozostałe pojazdy oznaczone były wyróżnikami RAD — niemieckiej służby pracy.
Właśnie to wzbudziło ciekawość Michała. Dlaczego pojazdami z zasobów Reichsarbeitsdienst poruszali się funkcjonariusze SS i Gestapo? Zważywszy na paramilitarną historię lokalu, ta nocna eskapada mocno intrygowała wywiadowcę Pomorskiego Okręgu ZWZ-AK.
Großer Stern — Wielka Gwiazda — to luksusowa restauracja wybudowana przed pięćdziesięciu laty przez Paula Senffa na przecięciu drogi Starokackiej ze szlakiem łączącym Sopot z leśniczówką Gołębiewo. W 1937 roku Niemcy uczynili z niej coś więcej niż zwykły lokal. Oficjalnie była to ekskluzywna restauracja dla oficerów Trzeciej Rzeszy; nieoficjalnie — punkt tranzytowy do przerzutu niemieckiej agentury na teren Polski. Senff w dalszym ciągu pozostawał właścicielem, choć jego decyzyjność ograniczała się głównie do wyboru zaopatrzenia kuchni.
Michał miał dwadzieścia cztery lata i od trzech miesięcy pracował tu jako pomywacz. Zmywanie talerzy było tylko przykrywką dla jego prawdziwej roli — delegowanego informatora struktur podziemia. Teraz, przemarznięty w strugach jesiennego deszczu, obserwował oświetlone okna budynku.
Nagle odwrócił się gwałtownie. Całą uwagę skupił na tonącym w ciemności lesie. Coś poruszyło się w zaroślach od strony małego wąwozu. Zmysły miał napięte do granic, ale umysł zaprawionego konspiratora spokojnie analizował sytuację. Zwierzę? Wątpliwe — hałas dobiegający z lokalu skutecznie odstrasza drapieżniki. Pojemniki na śmieci były po przeciwnej stronie polany, więc dziki raczej nie wchodziły w grę. Zresztą całą ich populację pijani Niemcy wystrzelali niedawno dla zabawy.
Dłoń Michała zacisnęła się na rękojeści kuchennego noża. Z uzbrojonymi żandarmami nie miał szans, ale jeżeli to pojedynczy szpicel…
— Michał, spokojnie, to ja. — Zza drzewa oddalonego o metr dobiegł cichy szept. Po chwili z mroku wyłoniła się zakapturzona postać ubrana na czarno. To Józek, szesnastolatek z warszawskiej Pragi. Przed wojną uczył się na mechanika, teraz służył jako palacz i elektryk w hotelowej części Großer Stern.
— Człowieku, co tu robisz? — szepnął Michał, wypuszczając powietrze. — Prawie się posrałem.
— Widziałeś, kto przyjechał?
— Niemcy są w mundurach SS i Gestapo. Reszta w cywilnych łachach — pojęcia nie mam, kto to.
— Fiatem przyjechał ten śmieć Kowalsky. Tę kanalię poznałbym w najciemniejszym zakamarku piekła. — Józek splunął w trawę.
Johann Kowalsky to był jeden z najbardziej znienawidzonych volksdeutschów w okolicy. Pracował dla Niemców od trzydziestego szóstego roku; wysłał na śmierć wielu ludzi z Gryfa Pomorskiego.
— Myślisz, że przyjechali popić z dziwkami?
— Nie mam pojęcia, ale nie wygląda to na pospolite spotkanie przy wódce. Siedź, patrz i słuchaj. Ja spróbuję dostać się do środka. Z tego miejsca niewiele się dowiemy.
— Zwariowałeś? Jak wytłumaczysz, że o tej porze jesteś w restauracji?
— Nie wiem, ale muszę spróbować. Od pewnego czasu dzieją się tu dziwne rzeczy. Dwa tygodnie temu wszystkich pognali do domów w porze obiadowej — zostali tylko właściciele. Nawet kelnerów wzięli swoich. Podobno był tutaj sam Katzmann ze swoją zgrają. Podsłuchałem kucharzy.
— Co w tym dziwnego? W końcu mieszka parę kilometrów stąd. Może zatęsknił za bawarską golonką?
— Józek… Katzmann ma w dupie takie speluny. To dobre miejsce dla żołdactwa i kiepów z Gestapo. Gruppenführer ma w domu prawdziwy Wersal — najlepsze żarcie, alkohole, panienki do wyboru. Tu się kroi jakaś grubsza afera.
— Michał, tym bardziej tam nie wejdziesz. Odpuść…
— Trzymaj się, mały. — Michał przetarł mokrą twarz i, nie oglądając się, ruszył w stronę wejścia.
Z zaplecza dochodziły aromaty pieczeni zmieszane z wonią piwa toczonego z dębowych beczek. Niemal natychmiast dotarło do niego, jak bardzo jest głodny — pierwsze jednak, co zarejestrowało jego ciało, to obezwładniające ciepło wnętrza.
Wszedł do korytarza prowadzącego na zaplecze. Po obu stronach znajdowały się magazyny z warzywami i mięsem. Kawałek dalej — składzik na beczki. Dokładnie naprzeciw wejścia do kuchni wydzielono niewielkie pomieszczenie na wódki i likiery. Michał ukradkiem zajrzał do środka. Zlewy były zawalone brudnymi naczyniami, kucharze uwijali się przy kotłach — wszyscy bez reszty pochłonięci pracą.
Wychylił się jeszcze kawałek zza załomu muru. Jego wzrok spotkał się ze zdziwionym spojrzeniem Uwe Zimmermana, szefa sali.
— Michi, was zur Hölle machst du denn hier, verdammt noch mal?
— Herr Restaurantleiter, Entschuldigung, es tut mir sehr leid. Zgubiłem klucze od bramy. Myślę, że zostawiłem je gdzieś tutaj. Jest już po godzinie policyjnej i boję się hałasować. Mogę tu przenocować? Nawet na podłodze…
Zimmerman patrzył badawczo na chłopaka. Tolerował go bardziej niż innych — Polak był grzeczny i nie bał się roboty. Właściciel, Paul Senff, zostawił listę pracowników uprawnionych do przebywania w obiekcie, ale nie było na niej Michała. Niemiec przez chwilę toczył walkę z myślami.
— Później otworzę ci drewutnię, prześpisz się tam do porannej zmiany. Teraz, skoro już jesteś, wskakuj na zmywak. Pomożesz!
Michał ochoczo ruszył na stanowisko. Błyskawicznie opróżnił zlew, ustawiając lśniące naczynia na suszarce. Przemył podłogę i poprosił o kolejne zadania. Zimmerman, obserwując go, był wyraźnie zadowolony. Może da mu nawet koc do tej drewutni.
Po dwóch godzinach szef sali skinął niecierpliwie na chłopaka.
— Umiesz podłączyć beczkę z piwem do nalewaka?
— Jasne, szefie! — Michał poczuł szansę.
Wytoczyli pękatą beczkę i załadowali ją na wózek transportowy.
— Podłączysz to i wracasz natychmiast na dół. Jeżeli zrobisz choćby krok w stronę sali, osobiście dopilnuję, żebyś jutro wylądował w Stutthofie! Hast du verstanden!?
Michał poczuł dreszcz. Zimmerman pomógł mu postawić beczkę pod blatem baru i wycofał się na zaplecze. Trzy metry dalej, przy złączonych stolikach, siedziało kilku mężczyzn w mundurach SS. Naprzeciw nich, przy wykwintnie zastawionym stole, piwo popijało pięciu cywilów. Michał, starając się nie rzucać w oczy, skupił się na słuchaniu.
Mężczyźni zachowywali się głośno, co chwilę wybuchając gardłowym śmiechem. Byli w doskonałych humorach.
Cholera, może to skucha? — pomyślał Michał. Może po prostu zerwali się po służbie na wódkę?
Beczka była już niemal gotowa — zostało tylko podłączyć wąż reduktora. Bez sensu ryzykować, skoro gadali o bzdurach. W tym momencie usłyszał jednak coś, co sprawiło, że zamarł w bezruchu.
— Gentlemen, thank you for the pleasant meeting. We are very interested in beginning discussions and implementing a joint plan — powiedział jeden z cywilów.
— A formal meeting with Gruppenführer Katzmann is all that remains to finalise the details — nienaganną angielszczyzną odpowiedział najstarszy stopniem esesman.
Kurwa, nie wierzę! — Michał poczuł uderzenie krwi do skroni. Angole i Amerykanie żrą kolację z SS, a u nas Stutthof i Auschwitz pracują pełną parą. Nie był w stanie zebrać myśli.
Tymczasem Józek przeklinał w duchu decyzję przyjaciela. Minęły trzy godziny bez kontaktu. Martwił się, ale nie miał jak pomóc. Nagle jego uwagę przykuło poruszenie przed kawiarnią. Na taras wyszło kilku mężczyzn. Zapalili papierosy. Po ich ruchach widać było, że alkohol zrobił swoje. Cywile i mundurowi ściskali sobie dłonie, głośno wymieniając uprzejmości. Józef skrupulatnie ich liczył. Notował, kto wsiada do którego auta.
Samochody odjechały w stronę Sopotu. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach spalin — to syntetyczna benzyna, znak, że Trzecia Rzesza zużywała ostatnie rezerwy.
Dziesięć minut później Michał i Józek siedzieli ponownie w krzakach. Żukowski zdążył wcześniej przygotować posłanie w drewutni, by wyglądało na zamieszkane, gdyby Zimmerman zajrzał do środka.
— Co robimy? — zapytał Józek.
— Idziemy do Borowskiego. Musimy mu o tym powiedzieć.
Porucznik Borowski był ich kontaktem z ramienia komendy AK. Stary żołnierz konspiracji — mądry, ostrożny i doświadczony. Jeśli ktoś mógł to rozgryźć, to tylko on.
Unikali głównych dróg z powodu godziny policyjnej. Breli leśnymi ścieżkami w stronę Gotenhafen. Zaczął delikatnie prószyć śnieg. Michał układał w myślach raport — chciał, by brzmiał profesjonalnie. Borowski od dawna mu imponował.
— Józek? Myślisz, że ten burdel wreszcie się kończy?
— Co?
— Wojna. Myślisz, że Szwaby wiedzą już, że przegrywają?
Józek zatrzymał się i spojrzał na przyjaciela.
— Michał, ja myślę, że oni już przegrali. Teraz ścierwa próbują ratować własną skórę.
— Kosztem nas?
— Kosztem wszystkich. Jak zawsze.
Szli dalej w milczeniu. Śnieg padał coraz gęściej, zacierając ślady ich stóp. Gdzieś w oddali szczekały psy — pewnie niemieckie patrole. Michał miał przeczucie, że to, co zobaczył w Großer Stern, to początek czegoś wielkiego. Najbardziej bolała go jednak myśl o tych Anglikach. AK już dawno wydało wyrok na Kowalsky’ego, a on wciąż im się wymykał — ale żeby Angole brali w tym udział…
Szlag.
Rozdział 5
Sopocki oddział PKO wyglądał jak każdy inny obiekt będący spuścizną po schyłkowym okresie PRL-u. Szklane drzwi, podłogi i ściany wyłożone syntetycznym marmurem, sekcje z podświetlaną numeracją ułatwiające klientom wybór stanowiska. No i oczywiście budżetowa klimatyzacja, która sprawiała, że miało się ochotę opuścić budynek, zanim na dobre się rozgościło. Katarzyna usiadła na plastikowym krześle obok Magdaleny i poczuła, jak jej dłonie robią się wilgotne. Nie lubiła banków. Nie lubiła urzędników. Przede wszystkim zaś nie lubiła sytuacji, które mogły mieć nieprzewidywalny finał.
— Pani Nowak? — Młoda dziewczyna wciśnięta w fatalnie skrojony kostium miała wyblakłe oczy i nienaturalnie bladą cerę. — Proszę za mną, do gabinetu.
Pokój był mały i nieustawny. Panował w nim półmrok — żadnej ze ścian nie wyposażono w okno. Na jednej wisiał firmowy kalendarz i kilka zdjęć z jakiejś zakładowej imprezy. Pomieszczenie zdecydowanie bardziej przypominało pakamerę sprzątaczek niż gabinet do podejmowania gości.
Magdalena pokazała legitymację.
— Komisarz Kowalska, policja. Prowadzę śledztwo w sprawie zaginięcia jednego z waszych klientów. Potrzebujemy kilku informacji na temat pana Krzysztofa Nowaka.
— Rozumiem, ale nie wolno mi udzielać żadnych informacji o statusie naszych klientów, nawet policji. Musiałaby pani wrócić z nakazem prokuratorskim.
— Proszę mnie wysłuchać — przerwała jej Katarzyna. — Mój mąż zniknął. Od wczorajszego wieczoru nie dał znaku życia. Ten klucz pani komisarz znalazła dzisiaj w rzeczach osobistych męża. Muszę się dowiedzieć, do czego służy. Niech nam pani tylko powie — czy to jest kluczyk do skrytki w państwa banku?
Dziewczyna spojrzała na klucz, potem na Katarzynę, w końcu na Magdalenę.
— To klucz do skrytki depozytowej, żeby ją otworzyć, potrzebuję…
— Potrzebuje pani jedynie odrobiny empatii i cienia dobrej woli. Mogę tu wrócić z nakazem, nawet z ekipą techników i grupą operacyjno-śledczą. Szczypiemy się czy szanujemy swój czas? — Ton Magdaleny nie pozostawiał miejsca na dyskusję.
— Proszę mnie nie straszyć. Pani ma swoje procedury, ja muszę przestrzegać wewnętrznych zarządzeń banku. Jako policjantka powinna pani przepisy stawiać za priorytet, prawda? — Lodowaty ton dziewczyny i logika jej argumentów zadziałały na Kowalską jak zimny prysznic.
— Niezbędny jest drugi klucz. Skrytki mają podwójne zabezpieczenie. Jeden posiada klient, drugi jest zazwyczaj zdeponowany u nas.
Tym razem urzędniczka zwróciła się bezpośrednio do Katarzyny, ostentacyjnie ignorując policjantkę. Katarzynie Nowak żołądek podszedł do gardła.
— Niech mi pani pomoże, bardzo proszę.
— Mogę sprawdzić, czy skrytka rzeczywiście należy do pana Nowaka. Jednak żeby ją otworzyć…
— Proszę sprawdzić. — Magdalena odzyskała formę. — Przynajmniej będziemy wiedziały, czy szukamy we właściwym miejscu. Do decyzji o otwarciu depozytu wrócimy później.
Dziewczyna zaskakująco sprawnie posługiwała się klawiaturą. Niebieska poświata ekranu mieszała się z mdłą barwą sufitowego oświetlenia.
— Tak. Skrytka numer trzysta siedemnaście, wynajęta przez Krzysztofa Nowaka w sierpniu tego roku.
— W sierpniu? — Katarzyna odwróciła się do Magdaleny. — Nie wspomniał o tym ani słowem.
— Czy był tu w ostatnim czasie? — Kowalska zerknęła przez ramię dziewczyny na ekran monitora.
— Sprawdzam… Tak. Wczoraj około szesnastej. Spędził w pokoju depozytowym blisko godzinę.
Wczoraj o szesnastej? Dlaczego miał przed nią tajemnice? Co takiego zdeponował w skrytce, że zdecydował się ukryć to przed własną żoną?
— Czy mogę wiedzieć, co tam trzyma? — zapytała Katarzyna.
— Nie mam pojęcia. Klienci mają zagwarantowaną stuprocentową prywatność. Mogę tylko powiedzieć, że skrytka jest duża. Jedna z największych.
— Jak duża?
— Czterdzieści na sześćdziesiąt centymetrów. Głębokość: trzydzieści.
Magdalena cały czas sporządzała notatki.
— Żeby ją otworzyć, potrzebujemy…?
— Nakazu sądowego albo zgody wszystkich współwłaścicieli.
— Jakich współwłaścicieli?
Dziewczyna ponownie zagłębiła się w migających na ekranie wykazach.
— Skrytka jest wynajęta na dwie osoby. Krzysztof Nowak i… Anna Kowalczyk.
Katarzyna pobladła. Informacja na kilka sekund pozbawiła ją tchu.
— Kto to jest Anna Kowalczyk?
— Przykro mi, nie mam pojęcia. Dla banku to tylko nazwisko funkcjonujące w systemie.
— Proszę nam udostępnić dane adresowe pani Kowalczyk. Wszystko, czym państwo dysponują.
— Adres… Warszawa, aleja Stanisława Balińskiego 5. Telefon…
Magdalena skrzętnie zapisywała każde słowo.
— Kiedy Anna Kowalczyk była tu ostatni raz?
— Chwileczkę, sprawdzam… W rejestrze figuruje tylko jedna wizyta — w dniu podpisania umowy o udostępnienie skrytki. Dokładnie szesnastego sierpnia o godzinie czternastej piętnaście. Procedura zakończyła się podpisaniem dokumentów o piętnastej zero pięć.
Katarzyna chciała podejść do okna. Nie było okna. Podeszła więc do ściany i oparła o nią czoło.
— Pani Nowak? — Magdalena dotknęła jej ramienia. — Wszystko w porządku?
— Nie, nic nie jest w porządku!
Dziewczyna za biurkiem była wyraźnie speszona gwałtowną reakcją. Magdalena posłała jej porozumiewawcze spojrzenie i delikatnie odprowadziła panią Nowak na miejsce.
— Proszę usiąść — tak będzie lepiej. Miała pani dzisiaj trudny dzień.
— Może przyniosę pani szklankę wody? — zaproponowała dziewczyna i z wyraźną ulgą opuściła pomieszczenie.
Kobiety zostały same. Katarzyna ponownie ruszyła w kierunku ściany. Magdalena asekuracyjnie stanęła w pobliżu.
— Kim jest ta Anna?
— Nie wiem. Nie mam pojęcia. Krzysztof nigdy nie wspominał o żadnej Annie ani o żadnej innej kobiecie.
— Może to ktoś z rodziny? Jakaś daleka krewna?
— Mówiłam już pani — Krzysztof nie ma nikogo. Rodzice zmarli wiele lat temu. Rodzeństwa ani kuzynostwa też nie ma.
— Nie wydaje się to pani dziwne? Żadnych ciotek, wujów, dalekich kuzynów? Każdy ma kogoś, nawet taką siódmą wodę po kisielu. Nigdy się pani nad tym nie zastanawiała? Nie pytała?
— Czy to teraz ważne? — Katarzyna Nowak była wyraźnie wytrącona z równowagi. — Lata temu, kiedy się poznaliśmy, powiedział mi, że jest sierotą i nie ma żadnych krewnych. Przyjęłam to za pewnik. Po co miałam drążyć?
Komisarz Kowalska z uwagą patrzyła Katarzynie w oczy. Coś ściskało ją w okolicy żołądka — jak zawsze, gdy czuła, że ktoś nie mówi całej prawdy. Dziwne małżeństwo. Nic o sobie nie wiedzą, nie mają dzieci. Jak tysiące innych małżeństw w tym kraju — pomyślała i odgarnęła nerwowo włosy opadające na oczy.
— Kochanka? — wypaliła bezceremonialnie.
Katarzyna odwróciła się powoli i twardo spojrzała jej prosto w oczy.
— Skąd ten pomysł?
— Hipoteza. Staram się uporządkować fakty. Nie ma pani wrażenia, że zbyt wiele tu tajemnic jak na zdrową relację?
Katarzyna opadła na krzesło. Nagle na jej twarzy uwidoczniło się całe zmęczenie, cierpienie i strach.
— Kochanka… Nie jest pani delikatna, ale to by wiele wyjaśniało… — Miała na wpół przymknięte powieki, sprawiała wrażenie, jakby chciała zasnąć.
— Co pani ma na myśli?
— Przez ostatnie miesiące Krzysztof był inny. Nieobecny, niechętny do rozmów, obcy. Czasami miałam wrażenie, jakby mnie unikał.
— Muszę zadać pani bardzo osobiste pytanie. Może pani odmówić odpowiedzi, ale uważam, że to istotne. Jak układała się w ostatnim czasie kwestia waszego współżycia?
— Od ponad dwóch miesięcy w ogóle się nie układała. Zero intymności. Może powinno mnie to zastanowić — Krzysztof zawsze miał spory temperament.
Magdalena usiadła obok niej na sofie. Poczuła coś, czego nie znajdowała w sobie od dawna — ciepło i współczucie. Dobrze wiedziała, jak bardzo boli odrzucenie.
— Przepraszam, ale muszę jeszcze o coś zapytać. Czy według pani byliście dobrym małżeństwem? Kochała pani męża i czuła się kochaną?
Pytanie zawisło w powietrzu jak dym z papierosa. Katarzyna z zaangażowaniem studiowała własne dłonie.
— Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Nic już nie wiem…
Delikatne pukanie do drzwi zwiastowało powrót urzędniczki z dwiema filiżankami kawy i szklanką wody. Asystentka postawiła je na blacie i wróciła do komputera.
— Czy mogę jeszcze w czymś pomóc?
— Tak — odpowiedziała Magdalena. — Potrzebuję kopii wszystkich operacji wykonywanych na koncie Krzysztofa Nowaka w ciągu ostatnich sześciu miesięcy.
— Muszę mieć nakaz…
— Daj mi do telefonu kogoś z przełożonych! — Magdalena wysyczała to takim tonem, że dziewczyna natychmiast sięgnęła po słuchawkę.
Komisarz wyszła z pomieszczenia, po niecałych piętnastu sekundach wróciła i oddała telefon. Urzędniczka pąsowiała na twarzy i niemal dygała, odkładając aparat.
— Zaraz ktoś przyniesie — powiedziała, spoglądając na Magdalenę ze szczerą nienawiścią.
Katarzyna zmieszana sięgnęła po filiżankę. Niezła rewolucja. W sumie największe baty zbiera najmniej winna osoba — pomyślała.
— Banki mają swoje procedury i twardo ich przestrzegają. Co im pani powiedziała?
— Prawdę. Że potrzebuję kwadransa, aby z nakazem zjawiła się tutaj ekipa dochodzeniowo-śledcza. Tyle że wtedy zrobimy tu kipisz, który potrwa kilka dni.
Do pokoju wszedł mężczyzna z wydrukami. Ostentacyjnie rzucił je na stół i wyszedł równie szybko, jak się pojawił. Magdalena wyłączyła się z otoczenia, skupiając całą uwagę na kolumnach cyfr i dat.
— Przez ostatnie pół roku pani mąż regularnie wypłacał z konta niebagatelne sumy. Najniższa to pięć tysięcy złotych. Wszystkich wypłat dokonano gotówką, w tej placówce. Wie pani coś o tym?
— Jezu, niby skąd?! — Katarzyna Nowak miała w oczach łzy. Delikatnie otarła strużkę z prawego policzka. Patrzyła na wyciągi — kolumny cyfr wirowały jej przed oczami, zlewały się w jedną czarną plamę. Kolejną plamę na jej małżeństwie. — Pani komisarz, ja nie mam pojęcia, kim naprawdę jest mój mąż.
Kowalska patrzyła na kobietę, która właśnie odkryła, że jej życie to fikcja. To, co uważała za dom i sielską atmosferę, okazało się ułudą — piękną, ale ulotną. Rozklejam się jak gimnazjalistka… chyba potrzebuję drinka — zganiła się w myślach, blokując emocje. W tej robocie nie można ulegać sentymentom.
Wyszły z banku pogrążone w milczeniu. Katarzyna oddychała nienaturalnie głęboko.
— Tylko niech mi tu pani nie schodzi. Nie mam pojęcia o reanimacji — skłamała Magdalena.
— Co możemy z tym wszystkim zrobić?
— Ja jadę odwiedzić panią Annę Kowalczyk. Jeśli ma pani czas, wyjątkowo możemy pojechać razem. Zamelduję szefowi, że chciałam was skonfrontować.
— A jeśli okaże się, że to jego kochanka?
— To ją zastrzelimy.
— O czym pani mówi?!
Magdalena zatrzymała się i spojrzała na nią uważnie.
— Pani Nowak, nie mam pojęcia, kim jest Anna Kowalczyk dla pani męża. Nie mam żadnej teorii sugerującej, co łączy tych dwoje — ale cokolwiek by to było, na obecną chwilę uważam, że kochanka byłaby najmniejszym z pani zagrożeń.
Rozdział 6
Hotel Grand, Sopot, sobota, 7 listopada, 21:30
Od dwóch godzin Hans Richter umilał sobie życie przy barze sopockiego Hotelu Grand. Alkohol przyjemnie odprężał, rozluźniał mięśnie wiecznie spiętego karku i przywracał błogi spokój. Ten wspaniały wynalazek pozwalał zebrać myśli, uwolnić wyobraźnię od bezpodstawnych podejrzeń, a przy okazji — niestety — usypiał czujność. Hans zbyt długo zajmował się tym rzemiosłem, aby dać się ponieść fali alkoholowego otępienia. Był fachowcem w swojej branży — przyda mu się solidny reset, ale wszystko musiało odbywać się z głową. Podświadomość Niemca cały czas trzeźwo kontrolowała kameralną przestrzeń Blue Pubu. Gdyby nagle zaistniała taka konieczność, mężczyzna był gotowy do natychmiastowej reakcji.
Hans nieustannie miał wrażenie, że jest obserwowany. Po dwudziestu latach takiego życia, jakie prowadził, trudno mu było odróżnić urojenia od rzeczywistości. Jedno było pewne — ten czas pozostawił na jego psychice solidne blizny emocjonalne. Ciągły stres, alkohol i papierosy zmieniły wysportowanego niegdyś herosa w zmęczonego czterdziestolatka.
Odganiał natrętne myśli, a mimo to wyraźnie czuł na karku czyjś wzrok. Może to tylko przemęczenie — a może nie. Pociągnął solidny łyk i, udając, że czyta gazetę, zmienił pozycję na barowym stołku. W lustrze odnalazł faceta siedzącego od ponad godziny przy stoliku pod oknem. Wysoki, około czterdziestki, modne bawełniane spodnie i gustownie dobrany T-shirt. Jednak pierwsze, co rzucało się w oczy, to imponująca muskulatura. Miejmy nadzieję, że to znudzony turysta — pomyślał Hans. W przeciwnym razie mogą być kłopoty.
Mężczyzna zdawał się zupełnie nie interesować otoczeniem. Sączył drinka, z zainteresowaniem przeglądając kartę dań. To mogło nic nie znaczyć — jednak intuicja wciąż nakazywała Hansowi zachować czujność. Szukając papierosów w kieszeniach spodni, przyjął pozycję pozwalającą obserwować gościa, nie zwracając niczyjej uwagi. Wstał i przesuwając dłonie wzdłuż szwów, wyciągnął najpierw zapalniczkę, a zaraz po niej paczkę. Zapalił papierosa i machnął na kelnera, wskazując pustą szklankę.
Hans znał zwyczaje i zachowania facetów pijących samotnie drinki w hotelowych barach. Przede wszystkim znał ludzi — zwłaszcza tych ze swojej branży — i doskonale wiedział, czego się po nich spodziewać. Ten był skoncentrowany i skupiony. On nie szukał relaksu. On obserwował i czekał.
Rozmyślania przerwała delikatna wibracja telefonu. Na wyświetlaczu pojawiła się identyfikacja rozmówcy — to znowu Klaus.
— Richter.
— Możesz swobodnie rozmawiać?
— Owszem. Wyczuwam problemy, mam rację?
— Myślę, że tak.
— Mów.
— Ten Nowak znowu wchodzi nam pod lufę. Spis map, które ci wysłałem, już wydawał mi się mocno podejrzany. Teraz dostałem informacje, że węszy w miejskich archiwach. Przede wszystkim interesują go Niemcy zamieszkujący Sopot po zakończeniu wojny. Szuka też powiązań rodzinnych pomiędzy niemieckim dowództwem obrony Wybrzeża z czterdziestego piątego a ich krewnymi w Niemczech.
Hans poczuł, jak twardnieją mu mięśnie karku i ramion.
— Co wie? Możesz ustalić, co znalazł albo chociaż czego dokładnie szukał?
Niech go szlag trafi z takimi informacjami! — złościł się w duchu. Klaus zawraca mu dupę, nie mając konkretów. Tego Hans najbardziej nie lubił. W końcu załatwił mu intratną fuchę, a do tego od lat sowicie go opłacał.
— Chwila… — Przez kilka minut z drugiej strony słychać było szybkie stukanie klawiatury i mrukliwe przekleństwa Klausa.
— Masz coś?
— Chwila… Nie uwierzysz. Podobno dwa dni temu zniknął.
Hans dopił whisky jednym haustem.
— Jak to zniknął? Spierdolił?
— Raczej nie. Znalazłem policyjny raport. Żona zgłosiła, że nie wrócił do domu — zaginął. Wczoraj rano przyjęli zgłoszenie, sprawę prowadzi Komenda Miejska.
Były dwie opcje. Albo gówniarz za dużo węszył i wszedł komuś w drogę, albo znalazł to, czego szukał, i się ulotnił. Żadna z nich nie była dla Richtera korzystna. Jeżeli Nowak znalazł depozyt i się ewakuował, podpisał na siebie wyrok. Jeżeli ktoś „wyłączył mu prąd”, zacznie się wokół sprawy szum — a to była ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebował. Wokół operacji „Bernstein” gęstniała atmosfera. Robiło się duszno. Z każdym dniem przybywało chętnych, zdeterminowanych do przejęcia schedy po Katzmannie. Jeszcze do niedawna jedyne zagrożenie wiązało się z osobą Kowalsky’ego Juniora. Ojciec przekazał mu dużo cennych informacji.
— Klaus, to mi się nie podoba.
Hans rozłączył się. Gestem ręki ponownie przywołał barmana. Ten bez pytania nalał kolejną porcję whisky, wykrzywiając usta w zawodowym uśmiechu. Był w trudnym do oszacowania wieku — równie dobrze mógł mieć pięćdziesiąt, jak i sześćdziesiąt lat. Życie spędzane w nocnych lokalach odcisnęło swoje piętno na jego twarzy. Liczne zmarszczki stanowiły precyzyjną mapę zwiedzonych knajp, a w charakterystycznych worach pod oczami kumulowały się wspomnienia upojnych nocy, pijackich bójek i zerwanych filmów.
— Dobrze mieszasz whisky — rzucił Hans, chcąc odreagować rozmowę z Klausem i uporczywe wpatrywanie się w „mięśniaka”.
— Dziękuję, lata wprawy. — Barman niezmiennie krzywił twarz. — Pierwszy raz w Sopocie?
— Tak.
— To miasto knajp. Wychowałem się tutaj. Przyjechał pan pozwiedzać?
— Tak, już dawno chciałem zobaczyć Danzig i Gotenhafen.
— Gdańsk i Gdynię? — W oczach barmana nie było sprzeciwu wobec zniemczonych nazw.
Whisky delikatnie piekła w gardle. Richter podświadomie analizował zachowanie rozmówcy. Rozmowa nie różni się niczym od setek podobnych, prowadzonych nocami przy barach. Przecież gadamy o niczym — postanowił się nie nakręcać.
— Skąd jesteś?
— Berlin.
— Fajne miasto. Byłem tam kiedyś. — Barman nalał sobie piwo. — Która dzielnica?
Ciało Hansa w ułamku sekundy wysłało impuls do mózgu. W najlepszym sopockim hotelu barman oficjalnie serwuje sobie piwo — w godzinach pracy? Pomimo sporej ilości alkoholu umysł Richtera pracował na pełnych obrotach.
— Różne, nie lubię stagnacji. Życie to ruch.
— Mieszkam tu od pięciu lat. — Barman upił łyk. — Wcześniej kilka lat w Gdańsku, ale to nie było moje miejsce. W Sopocie spokojniej, poza tym ciągnie na stare śmieci.
— Uhm.
— Robota w hotelarstwie to taka… rodzinna tradycja. Ojciec trwał całe życie w branży, ja dopiero wchodzę w kierat.
Hans kiwnął głową. Cholera, niby niczym nieznacząca rozmowa. Niby.
— Długo pracuje pan w tym hotelu?
— Ponad dwa lata. Przed Grandem jeździłem taksówką, ale to niewdzięczny kawałek chleba — trudny i niebezpieczny, zwłaszcza w sezonie. Trafiła się okazja, więc uciekłem z postoju. Wie pan, praca w Grandzie to prestiż w tym mieście. A pan czym się zajmuje, jeśli wolno zapytać?
— Różnie. Nie przywiązuję się ani do miejsca, ani do zawodu. Pieniądz to najlepszy kompas.
— Rozsądnie. — Barman wytarł blat. — Dużo Niemców nas tu odwiedza. Przede wszystkim wycieczki, głównie emeryci. Wielu stąd pochodzi — chcą przed śmiercią odwiedzić stare kąty.
Po karku Hansa maszerowały rzędy mrówek. Doskonale znał ten stan. Nigdy go nie lekceważył — teraz też nie zamierzał. Czas przejąć kontrolę nad tą rozmową.
— Jak to emeryci, mają swoje dziwactwa. Ja, jak widać, jeszcze młody jestem. Mnie wszędzie jest dobrze.
— Na starość ludzie zazwyczaj wracają do miejsc, w których się wychowywali. Szukają krewnych, dawnych znajomych. Odnajdują miejsca, które zaważyły na ich życiu, odkrywają zapomniane tajemnice. Widzę to po moich staruszkach…
Tym razem Hans dostrzegł w oczach barmana niepokojące błyski. Instynkt podpowiadał mu, że powinien jak najszybciej się wycofać. Za chwilę zapędzi się w kozi róg. Za plecami miał jeszcze „mięśniaka”, który już oficjalnie przysłuchiwał się ich rozmowie.
— A co mnie obchodzą emeryci i ich tęsknoty. — Richter opryskliwie przerwał monolog barmana i zebrał się do wyjścia. Spięty, gotowy na atak, kątem oka obserwował mężczyznę przy stoliku. Zostawił plik pogniecionych banknotów euro i wyszedł.
To bydle.
Powoli szedł w kierunku windy, próbując okiełznać burzę emocji. Popadam w paranoję? Nie oszukuj się — facet wyraźnie szukał punktu zaczepienia. Prowokował. Mają swoich ludzi wszędzie. Skąd mogli wiedzieć, że będę w tym barze?
Pokój hotelowy wyglądał dokładnie tak samo jak w chwili, kiedy wychodził. Chociaż… komputer wydawał się inaczej ustawiony na nocnym stoliku. Walizka chyba delikatnie przesunięta…
To jeszcze ostrożność czy już paranoja?
Zajrzał do sejfu — wyglądał na nietknięty. Dokumenty, pistolet od Klausa — wszystko na miejscu. Już drugi raz podczas pobytu w tym kraju żałował, że Walther został w Berlinie. Dobrze, że Klaus stanął na wysokości zadania i dostarczył mu broń. Czeska CZ, wzorowana na modelu włoskiej Beretty, była doskonałym wyborem. Główny atut pistoletu stanowił magazynek zdolny pomieścić szesnaście naboi kalibru dziewięć milimetrów.
Spocony usiadł na krawędzi łóżka. Taki styl życia prowadził od blisko dwudziestu lat. Nic dziwnego, że wszędzie węszył spiski, zdrady i zasadzki. Może powinien wrócić do Berlina? Jak dotąd to wszystko było gówno warte. Ma pieniądze, firmę po dziadku — po co mu to? Wyciągnął z sejfu CZ, odruchowo sprawdził magazynek i schował broń pod poduszkę. Położył się w ubraniu. Nie miał szans, żeby zasnąć. Z przyzwyczajenia, które stało się nawykiem, wsłuchiwał się w nocne życie hotelu. Wreszcie, zmęczony alkoholem, zapadł w przerywaną, niespokojną drzemkę.
Hotel Grand, Sopot, 01:56
Minęło kilka sekund, nim zarejestrował, co się dzieje. Jak przez mgłę do mózgu Niemca docierało ciche, ale natarczywe pukanie do drzwi. Szybkie spojrzenie na zegarek utwierdziło go w przekonaniu, że tym razem na pewno coś jest nie tak. Fosforyzujące wskazówki wskazywały za cztery minuty drugą — drugą w nocy.
— Co jest?! — ryknął w stronę ciemnego pokoju. — Kto tam?
— Obsługa pokoju. Zamówienie do pokoju sto piętnaście.
Niczego nie zamawiał. Tego akurat był pewien. Nigdy nie korzystał z room service. Pomyłka? Hans nigdy nie wierzył w takie pomyłki.
— Niczego nie zamawiałem! — warknął, nie siląc się na grzeczność. — Wie pan, która godzina?
— Herr Richter! Pilna wiadomość! — ktoś z drugiej strony drzwi odezwał się płynną niemczyzną.
Niemiecki! W ułamku sekundy pozbył się sennego otumanienia — fala strachu zadziałała jak zastrzyk adrenaliny. Ostrożnie, krocząc po miękkim dywanie, przesunął się pod same drzwi, nie wydając najcichszego dźwięku. Na miejscu zorientował się, że trzyma w dłoni odbezpieczony pistolet. Chłód metalu dodawał mu pewności siebie. Przez chwilę lustrował korytarz przez wizjer. Hol wydawał się pusty. Panowała kompletna cisza, przerywana jedynie pochrapywaniem dochodzącym z pokoju po przeciwnej stronie.
Jeszcze raz sprawdził bezpiecznik pistoletu i zdecydował się otworzyć. Korytarz był pusty. Jedynym dowodem na autentyczność nocnej wizyty była malutka paczuszka oparta o framugę. Hans zabrał zawiniątko i pospiesznie wrócił do środka. Dokładnie sprawdził zamki, po czym usiadł przy stole i z uwagą obejrzał opakowanie. Kartonik był wielkości paczki papierosów — mimo to Hans poczuł, że krew odpływa mu z twarzy.
W środku, opatulona w wacik, leżała niewielka ampułka z bezbarwnym, gęstym płynem. Obok, na postrzępionej karteczce, ktoś skreślił kształtnymi literami:
„Neugier ist eine äußerst verwerfliche Eigenschaft — sie kann tödlich sein!”
(Ciekawość jest cechą wysoce naganną — może być śmiertelna!)
Hans zawsze wiedział, że powinien ufać swojej intuicji. To nie była paranoja. To była pułapka.
Rozdział 7
Magdalena kończyła trzeciego papierosa, czekając w służbowej Skodzie na Katarzynę Nowak. Przez jej głowę przetaczała się lawina myśli i pokracznych wniosków. Beznadzieja. Co ja robię? Dopuszczam głównego świadka do wszystkich tajemnic śledztwa. Umożliwiam jej dostęp do materiałów zastrzeżonych wyłącznie dla zespołu operacyjnego i jeszcze wożę dupę służbowym autem. Najchętniej sama wywaliłaby się z roboty — i to z wilczym biletem.
Silnik mruczał leniwie, cicho i miarowo. Trzymał rytm. Auto było prawie nowe, więc raczej nie powinno się nic przydarzyć. Jakby nie było, do Warszawy było ponad trzysta sześćdziesiąt kilometrów.
W bramie kamienicy pojawiła się Katarzyna. Intensywnie niebieskie jeansy opinały kształtne biodra i podkreślały linię łydki. Tak mało kobiet mogło pochwalić się naprawdę zgrabną łydką.
Atrakcyjna kobieta — mruknęła w myślach Magdalena. Jaki facet zostawia taką babkę? Może Nowak faktycznie wpadł w jakieś tarapaty?
— Jest pani pewna, że chce w tym uczestniczyć? — zapytała chłodno, otwierając Katarzynie drzwi.
Była dziewiąta rano. Zaraz miały wyruszyć do Warszawy, aby odszukać tajemniczą Annę — kobietę, która powinna rozwiać wiele wątpliwości i niedomówień. Oby.
— Nie mam wyboru.
— Oczywiście, że pani ma. To moja praca i powinnam jechać sama. Major, kiedy dowiedział się o wspólnym wyjeździe, wpadł w furię. Czuję, że stracę przez to śledztwo robotę.
Katarzyna usadowiła się na fotelu pasażera.
— Rozumiem, że sprawiam kłopot. Obiecuję nie uprzykrzać drogi moimi nastrojami. Proszę mnie zrozumieć — mój świat od kilku dni wali się z łoskotem. Muszę znać prawdę, proszę mi pomóc.
Magdalena uruchomiła silnik. Przed nimi przynajmniej trzy godziny jazdy, zakładając, że uda się uniknąć korków i innych niespodzianek.
— Zatrzymamy się na stacji. Ma pani ochotę na kawę?
— Mam termos. — Katarzyna wyciągnęła aluminiową butelkę. — Zrobiłam też parę kanapek.
— Jak prawdziwa żona — fuknęła z udawaną pogardą Magdalena.
— Byłam żoną.
— Byłam?
— Nie chcę niczego przesądzać, może to kumulacja złych emocji, może sugeruję się wyobraźnią. Jednak na tę chwilę raczej nie widzę się dalej u boku Krzysztofa.
W milczeniu opuściły Sopot. Magdalena kątem oka obserwowała Katarzynę. Kobieta była spięta. Chaotycznie bawiła się palcami prawej ręki. Wpatrzona w okno, beznamiętnie obserwowała rozmazaną przestrzeń. Albo świetnie grała, albo mocno cierpiała.
— Mogę zapytać, co panią tak nurtuje?
— Świadomość, że kompletnie nie znam własnego męża.
— Może to dobrze.
— Dlaczego?
— Bywa, że taka wiedza jest powodem okrutnych rozterek. Proszę mi wierzyć — czasami kłamstwo jest dużo bardziej humanitarne niż prawda. Zwłaszcza ta niechciana.
Katarzyna przeniosła spojrzenie na Magdalenę.
— Co pani ma na myśli?
— Nic ważnego. Ostatnio zbyt często pozwalam sobie na niepotrzebne retrospekcje. Taka słabość starzejącej się policjantki.
Czy aby na pewno? Magdalena widziała w Katarzynie siebie sprzed kilku lat. Sponiewieraną przez życie, własną naiwność i cynizm skurwiela, który twierdził, że ją kocha. Kochał, kiedy na każde życzenie miał ją w łóżku. Przestał, kiedy okazało się, że zaszła w ciążę. Później włóczyła się przez kilka lat po piekle własnych nadziei i tęsknot. Prokurator, jego mać… Po śmierci córki wylądowała na trzy miesiące w psychiatryku. Wyszła na własne żądanie. Miała trochę oszczędności, więc poszła w tango. Wóda, tanie knajpy, przypadkowy seks i znowu wóda. Piła rano, piła w południe, piła w nocy. Pije do dzisiaj — tylko zdecydowanie mniej.
— Pani Magdo? — Ciepły, niski głos Katarzyny wyrwał ją z czarnej dziury wspomnień.
— Tak? Przepraszam, byłam daleko. Zestawiam w głowie wszystkie fakty — skłamała bez zastanowienia.
— Dlaczego pracuje pani w policji?
— Długa historia.
— Mamy trzy godziny.
Magdalena przez chwilę myślała.
— Mam w sobie dużo mroku. Był w moim życiu czas… proszę wybaczyć, nie jestem gotowa na taką rozmowę. Zostałam gliną, bo postanowiłam naprawiać rzeczy, które bez naszej zgody rozwalają nam życie. Życie jest bezwzględne. Atakuje, choć samo wie, że to, co robi, pozbawione jest sensu.
— To smutne…
— Nie odbieram tego w ten sposób. Każdy ma swoją drogę, którą musi pokonać. Akurat moja pełna jest wybojów, przerośniętych korzeni i niezliczonych dziur, w które wpadam z uporem maniaka.
— Może gdyby nie była pani sama…?
— W kluczowych momentach życia zawsze jesteśmy sami. Nawet jeżeli jest obok ktoś, kto mówi, że kocha. Nawet kiedy wydaje się nam, że to my kochamy. Jedność dusz — jeżeli w ogóle się pojawi — to zaledwie chwile, miłe momenty. Problemy zawsze pokonujemy samotnie.
Katarzyna przez dłuższą chwilę milczała. Bawiła się palcami, wpatrzona w dywaniki podłogowe skody.
— Nie tęskni pani za bliskością?
— Nie! — Magdalena potraktowała swoją pasażerkę wyjątkowo zimno.
— Przepraszam, nie powinnam.
— W porządku. Po prostu zmieńmy temat.
Minęły Malbork. Magdalena zjechała na stację Orlenu. Nie musiała tankować — chciała wypić kawę i uporządkować myśli. Odreagowywała na tej kobiecie swoje frustracje i bawiła się w taniego filozofa, a powinna wydobyć z niej maksimum informacji. Kowalska miała przeczucie, że śmierć w Hotelu Grand i zniknięcie Krzysztofa Nowaka to nie przypadkowe zdarzenia zawieszone na tej samej linii czasu. Zbyt wiele punktów wspólnych.
Z jednej strony obecność żony zaginionego dewelopera stała w opozycji do wszystkich punktów regulaminu. Z drugiej — im lepiej Kowalska pozna profil psychologiczny Krzysztofa, tym łatwiej będzie mogła orientować się w zawiłościach śledztwa.
— Długo zna pani swojego męża? — Magdalena zdecydowała się przełamać barierę, jaką nieopatrznie sama stworzyła.
— Ponad piętnaście lat. Poznałam go wiosną, przed egzaminem na studia. Udzielał mi korepetycji z historii architektury.
— Co pani studiowała?
— Historię sztuki.
— Pracuje pani w zawodzie?
— Nie. Krzysztof zawsze bardzo dobrze zarabiał. Nigdy nie powiedział tego otwarcie, ale delikatnie sugerował, że wolałby, abym nie podejmowała pracy zawodowej.
— Dlaczego?
— Nie mam pojęcia. Może był zazdrosny…
— A miał powody?
Katarzyna spojrzała na nią z wyraźną irytacją.
— Teraz pani zbytnio folguje swojej ciekawości.
— Cóż zrobić, taka praca. Pytam, ponieważ próbuję skonstruować logiczny wzorzec osobowości pana Krzysztofa.
Tym razem spojrzenie Katarzyny wyrażało niepewność — może nawet wstyd.
— Proszę mi opowiedzieć, jakim człowiekiem był… przepraszam, jest pani mąż?
— Dziwna prośba.
— Zapewniam, że nie ma w moim pytaniu niczego zdrożnego ani podchwytliwego. Przeżyła pani z nim ponad piętnaście lat, z czego zdecydowaną większość jako jego żona. Chyba ma pani ugruntowany pogląd na jego osobowość, prawda?
— Nigdy się nad tym nie zastanawiałam…
— Więc proszę spróbować teraz. Do Warszawy mamy jeszcze kawał drogi.
Służbowa skoda minęła lewą burtą drugi zjazd na Elbląg. Przed nimi pusta droga, nie licząc kilku dostawczych busów marudzących prawym pasem. Kowalska prowadziła pewnie, skoncentrowana na jezdni — jednocześnie analizowała z precyzją mikroprocesora każdą reakcję pasażerki i każde jej słowo. Na tę chwilę w głowie komisarz pojawiały się niespójne wnioski. Czas — potrzebny był czas, a tego zawsze brakowało.
— Jak wspomniałam, Krzysztofa poznałam w trakcie przygotowań do egzaminów. Zaimponował mi ponadprzeciętną wiedzą, niezwykłą intuicją i logiczną analizą faktów. Ja zawsze byłam roztrzepana, a słowa „planowanie” nie znalazłaby pani w moim rejestrze słów użytkowych. Krzysztof był szarmancki, elokwentny, można było porozmawiać z nim na każdy temat. Raczej typ romantyka niż materialisty. Uczciwy, rzetelny i bardzo, bardzo słowny. Prawdę mówiąc, nigdy — przez cały czas naszej znajomości — nie zawiodłam się na nim. Ani jako człowieku, ani tym bardziej jako mężu. Stąd moje rozczarowanie. W ostatnich tygodniach był innym człowiekiem. Miałam wrażenie, że poszłam spać z kimś innym i przy kimś innym się obudziłam. Naprawdę nie poznawałam swojego męża. Zrzucałam to na karb przepracowania, zmęczenia — w końcu każdemu z nas zdarzają się spadki nastroju.
— Jakim jest pracownikiem?
— Myślę, że cenionym. Nigdy nie dotarł do mnie żaden sygnał, aby ktokolwiek miał zastrzeżenia do jego zaangażowania zawodowego. Sumienny, dokładny, często realizował zadania kosztem czasu wolnego. Wie pani, moim zdaniem on kocha swoją pracę — jest jego pasją. Dużo czytał, przede wszystkim literatury fachowej. Poza tym trochę podróżowaliśmy. Krzysztof wszędzie robił zdjęcia, sporządzał notatki. Tak, praca stanowiła istotny element jego życia.
— A jakim był mężem?
— Trudno mu cokolwiek zarzucić. Dbał o dom i o mnie, niczego mi nie brakowało. Nie kłóciliśmy się, nie było między nami nawet większych sprzeczek — a nawet jeżeli, to o nieistotne drobiazgi. Wie pani, mąż nie był wylewny w okazywaniu uczuć. Początkowo trochę mi to przeszkadzało, ale z czasem zaakceptowałam taki model relacji. Tłumaczyłam sobie, że wychował się bez rodziców i rodzeństwa, że bardzo wcześnie został osierocony. Uznałam, że nie miał wpojonych pozytywnych wzorców, ale starał się bardzo.
— Czy pani zdaniem mąż mógł zaangażować się w jakąś działalność niezgodną z prawem?
— Może pani doprecyzować pytanie?
— Czy mógł związać się z jakąś grupą z pogranicza szarej strefy albo sam zdecydować się na działania pozostające w kolizji z kodeksem karnym?
— Jezu, nie wiem. Nie, to niemożliwe. Krzysztof z racji zawodu musiał współpracować z różnymi ludźmi, ale sam… nie, na pewno nie. Był uczciwy i… myślę, że zbyt ostrożny, żeby nie powiedzieć — strachliwy.
— A kobiety? Zakłada pani, że mógł kogoś poznać i po prostu się ulotnił?
— Jeszcze trzy dni temu powiedziałabym z pełnym przekonaniem, że nie. Po wczorajszej rozmowie w banku i pojawieniu się tej Anny Kowalczyk — nie wiem. Chcę wierzyć, że to przypadek, jakiś kontakt zawodowy albo klientka firmy, w której Krzysztof pracuje.
— Niebawem się przekonamy — o ile pod wskazanym adresem rzeczywiście przebywa jakaś Kowalczyk.
— Ma pani jakiś plan?
— Prosty i oczywisty. Przesłuchać i wyciągnąć wszystko, co się da, na temat pana Krzysztofa i relacji między nimi.
— A jeżeli nie zechce rozmawiać?
— Zechce. Gwarantuję. Finalnie wszyscy decydują się na rozmowę. Wobec niektórych trzeba tylko użyć właściwych argumentów.
— Może to jednak jego kochanka? Młodsza, ładniejsza, może lepsza w łóżku?
— Pani tak serio? Zazwyczaj mężczyźni odchodzą nie dlatego, że znaleźli kogoś lepszego, tylko dlatego, że uciekają od czegoś, czego nie potrafią zaakceptować w sobie samych.
Magdalena poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Znowu złapała się na projekcji swoich traum na cudze życie. Czy to się nigdy nie skończy?
— Warszawa, dwadzieścia kilometrów — zgrabnie minęły starą ciężarówkę podskakującą na wybojach zatoczki awaryjnej. Całą siłą woli Magdalena przywołała się do porządku i narzuciła sobie surową dyscyplinę. To akurat potrafiła doskonale. Nigdy nie pozbyła się bólu po stracie dziecka — nigdy też nie wybaczyła tego, co zrobił jej Rachwalski.
— Pani komisarz, dziękuję.
— Za co? — Nie znosiła litości. Nigdy nie znosiła. Jeszcze bardziej drażniła ją cudza wdzięczność.
Magdalena ścisnęła kierownicę aż do bólu kostek. Przecież ja zatraciłam zdolność do przeżywania normalnych, ludzkich relacji. Każdy przejaw sympatii skierowany w moją stronę budzi natychmiast reakcję obronną — oziębłość. Z kolei moje nastawienie wobec ludzi, których spotykam, można zamknąć w dwóch słowach: przesłuchać i postawić zarzuty.
— Pozwoliła mi pani jechać ze sobą, chociaż to skutkuje licznymi komplikacjami. Poza tym mam wrażenie, że chce mi pani naprawdę pomóc.
— Sranie w banie. Wykonuję tylko swoją robotę. — Jednak nie potrafiła inaczej, mimo że tak starała się być miła.
Katarzyna Nowak patrzyła na nią z nieukrywaną wdzięcznością. Przez moment Magdalena miała wrażenie, że oczy pasażerki stały się wilgotne i szkliste.
Szlag, jeszcze tego mi brakowało.
Normalnie nie zwróciłaby na to najmniejszej uwagi. Ta kobieta miała na nią zły wpływ — rozklejała się przy niej, traciła kontrolę nad emocjami. Odczuwała coś na kształt współczucia, jakieś niezrozumiałe poczucie jedności, zrozumienia.
— Co się dzieje, do kurwy nędzy? — mruknęła niby do siebie, lecz wystarczająco głośno.
— Słucham?
— Nic, nic. Przepraszam, to do swoich myśli. — Magdalena powoli traciła cierpliwość do samej siebie.
— Myśli pani, że ta Kowalczyk jest jego kochanką? — Katarzyna przerwała drażniącą ciszę.
— Niewykluczone. Chcąc rzetelnie analizować fakty, nie możemy odrzucić takiej opcji. Mimo wszystko coś mi podpowiada, że ta relacja nie ma nic wspólnego z uczuciem ani z seksem. Obawiam się, że to cięższy kaliber znajomości.
— Dlaczego?
— Skrytki bankowej nie wynajmuje się, aby kolekcjonować listy miłosne od kochanek. W banku ostatni raz była w dniu podpisania umowy. Oczywiście to nic nie znaczy — mogła być w Trójmieście i czekać w hotelu, aż Krzysztof załatwi wszystko sam. Niewykluczone, że jej również zależy na dyskrecji. Niemniej przez cały ten czas ani razu nie skontaktowała się z bankiem. Ani mailowo, ani telefonicznie.
— Moim zdaniem to właśnie może sugerować, że łączy ich jakieś uczucie albo chociaż namiętność. Nie odmówiła mu pomocy przy podpisaniu umowy, ale później wyłączyła się całkowicie. Po co zakładać z kimś skrytkę depozytową, a później z niej nie korzystać? Nie dziwi to pani?
— Dziwi. Dlatego muszę zmusić panią Annę Kowalczyk do złożenia szczerych i szczegółowych zeznań.
— Myślę, że niewiele się dowiemy.
— Nie podzielam pani obaw. I jeszcze jedno — nie przyszło pani do głowy, że Anna Kowalczyk była jedynie narzędziem w rękach pani męża? Może nie jest wspólnikiem, a ofiarą, którą zwyczajnie wykorzystał?
Rozdział 8
Z zewnątrz gmach Agencji „Merkury” nie wyróżniał się niczym szczególnym. Przed transformacją ustrojową budynek należał do warszawskiej Centrali Nasiennej „Rolnictwo”. Po dziewięćdziesiątym roku obiekt sprywatyzowano i rozprzedano na piętra, generując kosmiczny zysk w stosunku do ceny, za jaką został zakupiony. Pięć lat temu, w ramach porozumienia właścicieli, wyremontowano elewację, wymieniono okna i upstrzono całkiem fajną bryłę architektoniczną jarmarcznymi reklamami.
Główny hol, usytuowany na wysokim parterze, został zaprojektowany tak, by skutecznie zachęcić petentów czystym, przestronnym i elegancko urządzonym wnętrzem. Całą szerokość pomieszczenia wypełniały stanowiska recepcyjne przypisane do dziesięciu urzędujących tutaj firm. Biurka urzędników oddzielone były parawanami wykonanymi z mlecznego, hartowanego szkła. W każdym z dziesięciu boksów stały dwa wygodne, tapicerowane foteliki oraz niewielki stolik na niezbędne dokumenty. Całość zamknięta była w kształt łagodnej podkowy, oświetlonej ciepłymi ledowymi halogenami.
Katarzyna miała wrażenie, że weszła do teatru. Rampa sceny uformowanej z przeszklonych sektorów tonęła w blasku estradowych reflektorów. Stała przez chwilę na środku przejścia wydzielonego dla oczekujących klientów.
— Chciałybyśmy porozmawiać z Anną Kowalczyk — Magdalena podeszła do stanowiska przypisanego Agencji „Merkury”.
— Jesteście panie umówione?
— Policja. — Magda pokazała legitymację. — To wizyta służbowa.
— Zaraz zapytam, czy pani dyrektor będzie mogła panie przyjąć.
Kobiety przysiadły na fotelikach stanowiących wyposażenie recepcji.
— Prywatni detektywi to legalny biznes? — Katarzyna nieśmiało zadała naiwne pytanie.
— Legalny. — Magda przeglądała jakąś firmową broszurkę. — I drogi jak cholera.
— Ile tutaj może kosztować usługa?
— Zależy od zlecenia, ale na pewno więcej niż wizyta u kosmetyczki.
Katarzyna poczuła, jak żołądek jej się kurczy. Ilu rzeczy jeszcze nie wiedziała o swoim mężu?
— Pani dyrektor zaprasza — pulchna, aczkolwiek ładna pracownica punktu styku poinformowała kobiety, używając formy bezosobowej.
Anna Kowalczyk należała do kobiet, które zawsze robią piorunujące wrażenie bez względu na porę dnia i — niewątpliwie — nocy. Na oko miała około czterdziestu lat, długie ciemne włosy i przenikliwe oczy, które zaszufladkowały cię bezbłędnie, zanim zdążyłeś otworzyć usta. Ubrana była w kostium do złudzenia przypominający krojem schludny, męski garnitur — kwintesencja klasycznej, wyważonej elegancji, której podstawowym zadaniem było podkreślać, a nie maskować. Dzisiaj Anna Kowalczyk nie założyła żadnej biżuterii oprócz zegarka, który kosztował prawdopodobnie więcej niż służbowy samochód komisarz Kowalskiej.
— Dzień dobry, Anna Kowalczyk. — Kobieta miała zdecydowany i mocny uścisk dłoni. — Zanim wyjaśnicie mi panie cel waszej wizyty, może zechcecie napić się kawy?
— Poprosimy. — Magda usiadła naprzeciwko biurka. — Nazywam się Kowalska, komisarz Kowalska, a to pani Nowak.
— Nowak? — Anna z zainteresowaniem spojrzała na Katarzynę. — Katarzyna Nowak?
— Tak.
— Żona Krzysztofa?
Katarzyna poczuła, jak jej serce się zatrzymuje.
— Zna pani mojego męża?
— Znam. — Anna podała kawę z ekspresu. — Niemniej wolałabym zacząć od początku. Co panie do mnie sprowadza?
— Krzysztof — znaczy mój mąż — zniknął w czwartek rano. Właściwie to widziałam go ostatni raz w środę około dwudziestej drugiej. — Katarzyna gubiła się, nie potrafiąc zebrać myśli.
Anna przeniosła chłodne spojrzenie na Magdalenę.
— Dalej nie rozumiem, jaki jest cel wizyty. Przyjeżdża pani do mnie z informacją, że jej mąż zaginął? Nie rozumiem, co ten fakt ma wspólnego ze mną. Proszę sprecyzować, jak mogę pomóc.
— Chcę się dowiedzieć natychmiast, co łączy panią z Krzysztofem Nowakiem.
— Łączy? To chyba nie najlepiej oddaje rodzaj naszej relacji. — Anna usiadła za biurkiem. — Ale skoro upiera się pani przy takim sformułowaniu: reprezentuję interesy pani męża jako prawnik i detektyw.
— Co to za interesy?
Anna spojrzała na Katarzynę, po chwili na Magdalenę. Może to było tylko złudzenie, ale komisarz miała wrażenie, że lód w oczach Anny ustępował miejsca rozbawieniu.
— W jakim stopniu jest pani zorientowana, czym naprawdę zajmował się mąż?
— Pracuje u dewelopera. — Katarzyna była zdezorientowana, a niepewność zawsze budziła w niej agresję.
— Rozumiem, że to wszystko.
— Anna smakowała łyk kawy. — Niestety sprawa jest, delikatnie mówiąc, trochę bardziej skomplikowana.
— Co jest skomplikowane? — Cierpliwość nigdy nie była dominującą cechą Magdaleny.
— Przykro mi, nie mogę ujawniać szczegółów. Pan Nowak obwarował kontrakt klauzulą tajności.
— Wydaje mi się, że pani nie rozumie powagi sytuacji. — Magda pochyliła się do przodu. — Cztery dni temu zaginął człowiek. Do dzisiaj nie dał znaku życia. Nie wygląda to na przypadkowe zaginięcie. Równolegle prowadzone jest śledztwo w sprawie zabójstwa. Mamy dowody, że obie sprawy się łączą.
— Jakie morderstwo? — W przenikliwych oczach Anny Kowalczyk pojawiło się napięcie.
— Pozwoli pani, że ze zmianą ról poczekamy na bardziej sprzyjające okoliczności. Dzisiaj ja zadaję pytania, a pani odpowiada. — Kowalska postawiła na ostrzejszą formę dialogu.
— Czy jestem o coś podejrzana? — Na twarzy Anny pojawił się wyraźny grymas niezadowolenia.
— Właściwie chyba już tak. Przyjechałam przesłuchać panią w charakterze świadka. — Magdalena nabierała rozpędu. — Jednak stwierdzam, że zachodzi uzasadnione podejrzenie mataczenia. Jest pani w posiadaniu informacji mogących mieć kluczowe znaczenie dla śledztwa. Nie wiem, czy kogoś pani kryje, czy asekuracyjnie woli nie udzielać żadnych odpowiedzi. Oczywiście przysługuje pani prawo do składania zeznań w obecności prawnika. W przypadku dalszej odmowy będę zmuszona zatrzymać panią do wyjaśnienia.
Anna uśmiechnęła się — pierwszy raz od rozpoczęcia rozmowy, i to szczerze.
— Nie lubię gróźb, zwłaszcza tych bez pokrycia. — Spojrzała na Magdalenę. — Skończyłam prawo z wyróżnieniem. Proszę mi wierzyć, że doskonale wiem, jakie prawa mi przysługują, a jakie ograniczają pani działania. Moja propozycja: nie traćmy czasu na przepychanki. Odpowiem na pani pytania, o ile nie będą naruszały bezpieczeństwa moich klientów. W zamian oczekuję również szczerości. Spróbujemy?
Magdalena nieznacznie skinęła głową.
— Krzysztof Nowak pojawił się w naszej firmie w sierpniu minionego roku. Złożył zlecenie na szczegółową analizę pewnego okresu dotyczącego historii rodziny.
— Czy może nam pani powiedzieć, czego konkretnie dotyczyło zlecenie? — Magda poczuła trop.
— Pani męża bardzo interesowały wojenne i powojenne losy pani dziadka. — Anna przeniosła spojrzenie na Katarzynę.
— Michała Żukowskiego?
— Tak. Mąż miał pewne podejrzenia. Prawdę mówiąc, dysponował imponującym zbiorem dokumentów potwierdzających jego obawy.
— Jakie podejrzenia? Jakie dokumenty? Na Boga, o czym pani mówi?
Anna zawahała się.
— Co pani wie o działalności konspiracyjnej dziadka? Mówimy o okresie drugiej wojny światowej.
— Niewiele. Ten temat był bardzo rzadko poruszany w domu. Podobno działał w AK — to tyle.
— Hmm. — Anna otworzyła szufladę biurka i wyjęła teczkę. — Według ustaleń męża, które zostały potwierdzone naszymi badaniami, historia pana Michała wygląda nieco inaczej.
— To znaczy?
— Dziadek był żołnierzem AK, to prawda. Podlegał komendanturze toruńskiej. Ze względu na bardzo dobrą znajomość terenu został oddelegowany do Trójmiasta. Praktycznie do zakończenia działań wojennych operował na tym terenie.
— Bardzo prawdopodobne, ale o jakich podejrzeniach pani mówi?
— Przykro mi, ale posiadamy dokumenty podważające uczciwość pana Michała. Są dowody potwierdzające jego współpracę ze strukturami administracyjnymi władz okupacyjnych.
Magda pochyliła się do przodu.
— To poważne oskarżenia. Jest pani przekonana co do autentyczności tych dokumentów?
— Zdecydowanie tak. — Anna przewracała kartki w teczce. — Jeżeli się pani upiera, mogę udostępnić pełne akta sprawy, ale jedynie do wglądu.
— Niech mnie pani nie zmusza do powrotu z nakazem.
— Przykro mi. Zdania nie zmienię.
Kowalska ruszyła w kierunku teczki leżącej na biurku.
— Czy to są dokumenty dotyczące sprawy Michała Żukowskiego?
— Tak. W teczce znajdują się częściowe wyniki naszego śledztwa.
— Dlaczego częściowe?
— Pan Nowak zerwał współpracę w zeszłym tygodniu. Część dokumentów — tę, którą uznał za najbardziej interesującą — zabrał ze sobą.
— Z jakiego powodu?
— Nie mam pojęcia, też się nad tym zastanawiałam. Był jakiś spięty, zdenerwowany. Powiedział tylko, że resztę dokończy sam. Widzi pani, jemu najbardziej zależało, żebyśmy znalazły jakieś prywatne, uporządkowane chronologicznie zapiski pana Żukowskiego z okresu wojennego. To był priorytet — podobnie jak ustalenie, czy powstały jakiekolwiek kopie tych notatek.
— Notatki dziadka? Nigdy o tym nie słyszałam. A wie pani, co zamierzał dokończyć?
Anna zamknęła teczkę i schowała ją do szuflady biurka.
— Niezależnie od współpracy z naszą firmą pan Nowak cały czas prowadził swoje prywatne śledztwo. Muszę przyznać, że zgromadził sporo interesujących materiałów.
— Co pani wie o jego odkryciach? Miała pani możliwość zapoznać się z treścią tych dokumentów?
— Bardzo pobieżnie. Mniej więcej dwa tygodnie temu zajęłyśmy się gruntowną analizą zgromadzonego materiału. Pan Krzysztof niechętnie udostępniał dokumenty, które pozyskał samodzielnie. Był skryty — miałam wrażenie, że nie do końca nam ufał.
Magda Kowalska postanowiła zagrać w otwarte karty. Pomimo drobnych turbulencji, które pojawiły się w pierwszych chwilach rozmowy, była przekonana, że tej kobiecie może zaufać.
— Proszę mnie uważnie posłuchać. W sopockim Hotelu Grand znaleźliśmy zwłoki mężczyzny z niemieckim paszportem na nazwisko Wolfgang Müller. Berlińczyk. Mniej więcej w tym samym czasie znika Krzysztof Nowak. Dziwnym zbiegiem okoliczności denat i nasz „pan zguba” mieli identyczne zainteresowania. Obaj z determinacją poszukiwali wszelkich informacji na temat niejakiego Michała Żukowskiego. Równie gorliwie interesowali się historią Sopotu dotyczącą schyłkowego okresu drugiej wojny światowej. Byli gotowi bardzo dobrze zapłacić za mapy, plany posesji, kopie przedwojennych aktów własności. Przyzna pani, że troszeczkę dużo tych zbiegów okoliczności? Dodam tylko, że Herr Müller został już wyłączony z gry przy pomocy cyjanku potasu. Więc jeżeli wie pani cokolwiek, co mogłoby rzucić choćby odrobinę światła na tę historię, będę szczerze zobowiązana.
Anna była teraz wyraźnie wystraszona.
— Jest pani pewna co do tożsamości denata? Zidentyfikowaliście zwłoki?
— Mam wrażenie, że pan Müller nie był dla pani osobą obcą — mylę się? Owszem, potwierdziliśmy tożsamość na podstawie DNA. Dzisiaj rano otrzymałam raport z Bundeskriminalamt potwierdzający pozytywny wynik.
Anna stała odwrócona tyłem do pomieszczenia i przez wysokie okna wpatrywała się w panoramę Warszawy. Jesienna mżawka ozdobiła szyby setkami migotliwych punktów.
— Już po pierwszym spotkaniu z Nowakiem wiedziałam, że to będzie brzydka sprawa. Rodzinne tajemnice z czasów wojny, podejrzenia o kolaborację, sprzeczne zeznania świadków. Wie pani, ta sprawa to czyste zło, które nigdy nie powinno zostać przebudzone. Podczas jednej z ostatnich wizyt Nowak wspominał, że do Trójmiasta przyjechał ktoś z Niemiec i rozpytuje dokładnie o to samo, co my. Nie był wylewny, ale wyraźnie zaznaczył, że ten facet ma jakieś rodzinne powiązania z esesmanem, który sprawował kontrolę nad miastem w tygodniach poprzedzających ewakuację. Rutynowo zapytałam, jak się nazywa — wtedy chyba padło nazwisko Müller.
— Chyba? Niech się pani skoncentruje — to bardzo ważne. Kiedy miała miejsce ta rozmowa?
— Tydzień temu. Może dwa. Powiedział…
— Kurwa, to tydzień czy dwa?! — Magda traciła cierpliwość. — Cztery godziny w aucie, ponad godzina wywiadu i nic poza ogólnikami: chyba, może, nie pamiętam… Szlag mnie trafi!
— Zaraz… w zeszłą środę. To, zdaje się, osiem dni temu. — Anna była wyraźnie wytrącona z równowagi.
Magda uspokoiła najpierw oddech, zaraz potem wygasiła emocje. Czasami solidna porcja „mięsa” potrafi zdziałać cuda. Pani detektyw pękła — teraz trzeba ją solidnie przycisnąć.
— Byłabym wdzięczna, gdybyśmy teraz mogły skupić się na konkretach. Trafiłyśmy tutaj, ponieważ jest pani współwłaścicielką skrytki depozytowej w sopockim oddziale PKO. Schowek wynajął Nowak, ale w pani obecności. Proszę wyjaśnić, w jakim celu podpisaliście państwo wspólnie umowę najmu.
— To był pomysł Nowaka. Parł na to, aby wszystkie materiały śledcze i dokumenty były przechowywane w jednym miejscu, do którego będzie miał zawsze dostęp. Do tego wpadł w jakąś chorobliwą obsesję na punkcie bezpieczeństwa. Proponowałam sejfy depozytowe dostępne w siedzibie naszej firmy — pomieszczenia są chronione jednym z najlepszych systemów alarmowych. Niestety kategorycznie odmówił. Twierdził, że musi cały czas mieć dostęp do akt, a odległość pomiędzy Gdańskiem i Warszawą nie zapewnia mu takiej możliwości.
— Orientuje się pani, jakie treści zawierają zdeponowane dokumenty? — Tym razem Katarzyna zaczęła tracić cierpliwość.
Anna nerwowo skubała wypielęgnowane paznokcie — czuła się niezręcznie w swojej roli.
— Pani Nowak, te materiały dotyczą przede wszystkim osoby Michała Żukowskiego. Czuję się zobowiązana uprzedzić, że wspomniane treści mogą się dla pani okazać szokujące.
Katarzyna miała zamknięte oczy. Pod napiętą skórą twarzy drgały mięśnie żuchwy. Wydawała się nieobecna — jakby resztkami woli próbowała odseparować się od nowej rzeczywistości. Powoli otworzyła powieki, nie odrywając wzroku od podłogi.
— Nie musi mnie pani oszczędzać. Chciałabym mieć to już za sobą.
Anna otworzyła teczkę i wyjęła kilka fotografii oraz kserokopie dokumentów, mocno sfatygowanych upływającym czasem.
— Tutaj może się pani zapoznać z ostatnią partią materiału, jaki zbadałyśmy na zlecenie męża. Prosił, abyśmy uwiarygodniły zdjęcia i dokumenty, które nam dostarczył. Poddałyśmy całość szczegółowej ekspertyzie. Nasi specjaliści nie mają najmniejszych wątpliwości — to oryginały. Żadnych podróbek, fotomontaży i podobnych manipulacji. Chyba powinnam to przekazać na pani ręce — mąż niestety nie zdążył odebrać.
Czarno-biała fotografia przedstawiała troje uśmiechniętych mężczyzn pozujących na tle klasycystycznej willi. Postać umieszczona na pierwszym planie to wysoki rangą oficer w mundurze Waffen-SS. Dwaj pozostali to cywile, najprawdopodobniej pozostający w służbach niemundurowych. Katarzyna Nowak wpatrywała się w milczeniu w zdjęcie. Jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć — tylko nieznaczne drżenie rąk zdradzało kumulujące się napięcie.
— Wydaje mi się, że to dziadek Michał — a przynajmniej ktoś bardzo podobny.
— Zgadza się, to młody Michał Żukowski. Budynek w tle to bardzo znany w Sopocie zabytek — Villa Berger. Od czterdziestego trzeciego roku do czasu zdobycia miasta przez Armię Czerwoną była własnością Gruppenführera Wilhelma Katzmanna. To ten mężczyzna w mundurze.
— Co tam robił mój dziadek?
— Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie udało się odnaleźć żadnych dokumentów, które wiarygodnie wyjaśniałyby intencje towarzyszące temu spotkaniu.
Katarzyna poczuła, jak jej świat kolejny raz w tym tygodniu wali się z łoskotem. Nie wiedziała, co powiedzieć ani jak się zachować. Pamiętała dziadka Michała doskonale — wizyty w Sopocie, kiedy dom był jeszcze jego własnością, wspólne wycieczki, opowieści… Tyle rzeczy jej pokazał, tak wiele nauczył. Był jej bohaterem. Czy to wszystko były kłamstwa? Konfabulacje byłego szpicla?
— To niemożliwe, nie wierzę. To musi być jakaś pomyłka… może to fotomontaż?
— Podobne nadzieje żywił pani mąż. Prawdę mówiąc, był to główny powód, dla którego zwrócił się do nas o pomoc. Bardzo mi przykro — zdjęcia zostały sprawdzone przez kilku niezależnych ekspertów. Wynik każdego badania jest identyczny: to oryginały.
W gabinecie Anny Kowalczyk zapanowała tak nieznośna cisza, że delikatny szum klimatyzacji wydawał się łoskotem nadciągającego huraganu.
— Mam wrażenie, że czegoś tu brakuje. Ta teoria jest niekompletna. — Magda zdecydowanie miała dość ponurej ciszy. — Kolaboracja była w czasie okupacji zjawiskiem powszechnym — na mniejszą lub większą skalę zdarzała się, niestety, często. AK powołało nawet specjalną, prewencyjną komórkę umożliwiającą przechwytywanie donosów. Dlaczego po tylu latach sprawa jednego z wielu podejrzanych okazuje się aferą o tak szerokim spektrum? To całkowicie nielogiczne. Po co drążyć życiorysy podejrzanych o zdradę osiemdziesiąt lat po wojnie? Przecież Michał Żukowski nie żyje od dwudziestu lat. Widzicie panie w tym jakikolwiek sens?
— Pani Kowalczyk, gdzie jest reszta dokumentów?
— Nie mam pewności, ale wydaje mi się, że zostały złożone w depozycie bankowym.
— Zatem musimy jak najszybciej otworzyć ten wasz prywatny sezam.
— Obawiam się, że to nie będzie takie proste. Pan Nowak zastrzegł, że w przypadku jego nieobecności skrytkę mogę otworzyć tylko ja, osobiście. Klauzula nie przewiduje ani zastępstwa, ani upoważnień.
Anna Kowalczyk nie wyciągnęła jeszcze wszystkich asów.
— Zdążyłam się już zapoznać z systemowymi ograniczeniami, dlatego pojedzie pani teraz z nami do Sopotu. Proszę się ubrać — czekam w samochodzie.
Rozdział 9
Gotenhafen, 3 listopada 1944
Michał Żukowski nigdy wcześniej nie przekroczył progu mieszkania porucznika Borowskiego. Stał teraz w dusznym, ciemnym przedpokoju kamienicy przy Wilhelmstraße, wstrzymując oddech i nasłuchując kroków, których nie powinno tam być. Józek manipulował przy drzwiach jakimś skomplikowanym wytrychem — w podziemiu obowiązywał specyficzny protokół bezpieczeństwa, bo w obliczu zbliżającego się końca Gestapo zintensyfikowało polowania, wypuszczając na ulice całe watahy szpicli. Wreszcie zamek ustąpił bez najmniejszego zgrzytu. Stary konspirator pomyślał o wszystkim. Michał od dawna czuł do swojego dowódcy coś na kształt nabożnego podziwu.
— Wchodźcie, szybko — rzucił Borowski, rutynowo omiatając wzrokiem klatkę schodową, zanim zatrzasnął za nimi świat.
Stefan Borowski nie dobił jeszcze do pięćdziesiątki, ale wojna wyorała na jego twarzy głębokie bruzdy, których nie dało się ukryć w półmroku. Mimo to jego spojrzenie pozostawało czyste, niemal nieludzko spokojne — cecha ludzi, którzy dawno temu pogodzili się z własną śmiercią w imię wyższej sprawy.
Mieszkanie było ciasną, funkcjonalną klatką, zaciemnioną zgodnie z surowymi przepisami strefy przyfrontowej. Wnętrze pachniało stęchlizną i tytoniem. Na środku stał surowy stół, obok dwa krzesła i wysłużone, metalowe łóżko, które skrzypiało pod samym ciężarem wzroku. Na ścianie wisiał krzyż i kilka akwareli — jedyne ślady dawnego, normalnego życia.
— Siadajcie. — Borowski nalał do szklanek mętnego, śmierdzącego fuzlem samogonu. — Podobno przynieśliście coś, co warte jest ryzyka. Słucham.
Michał zaczął relacjonować wydarzenia z restauracji Grosser Stern. Mówił powoli, ważąc każde słowo, opisując twarze, gesty i cienie rzucane przez uczestników tego tajemniczego spotkania. W konspiracji detale były walutą — nigdy nie wiedziałeś, który z nich uratuje ci skórę. Borowski słuchał w absolutnej ciszy — jedynym ruchem było rzadkie, ledwie dostrzegalne skinienie głową, jakby raport Michała był tylko brakującym elementem układanki, którą dowódca od dawna składał w głowie.
— Niemcy, Anglicy i Amerykanie. — Borowski podsumował w końcu, a jego głos brzmiał jak wyrok. — Przewidywaliśmy ten teatr od sierpnia czterdziestego trzeciego, odkąd czerwoni złamali kręgosłup Rzeszy na Łuku Kurskim. Odkąd alianci zbratali się ze Stalinem, lojalność stała się towarem deficytowym. Jesteś pewien, Michał, że to wszystko? Każde słowo, każdy szept ma znaczenie.
— Absolutnie. Powtórzyłem wszystko co do joty — odparł Michał, czując ukłucie żalu, że dowódca sprawdza go jak niedoświadczonego łącznika.
Borowski podszedł do okna. Na zewnątrz panowała martwa cisza. Godzina policyjna wymiotła z ulic życie, a padający gęsto śnieg tłumił odgłosy paniki, która coraz wyraźniej wdzierała się w szeregi wroga.
— Jakieś wnioski? — zapytał Borowski, nie odwracając się.
— Aż boję się myśleć. — Odezwał się milczący dotąd Józek. — Sądzi porucznik, że Niemcy dogadują się z aliantami za plecami Stalina?
— Gorzej. — Borowski gwałtownie odwrócił się od szyby. — Obawiam się, że klamka już zapadła, a Grosser Stern to tylko przypieczętowanie transakcji. Wszyscy boją się Sowietów. Stalin nie bierze jeńców, jego armia jest głodna odwetu na wszystkim, co niemieckie. Alianci wiedzą, że silna Rosja to koniec ich wpływów w Europie. Najgorsze, że w tym brudnym handlu kartą przetargową jest Polska. Nikt nie wykrwawi się za naszą sprawę.
Michał poczuł na plecach lodowaty dreszcz, który nie miał nic wspólnego z temperaturą w pokoju.
— Jak to? — wykrztusił.
— Ten konflikt dogorywa, a Niemcy wiedzą, że przegrali. Zrobią wszystko, by uniknąć stryczka za swoje zbrodnie. Jak silna jest nasza pozycja, skoro obce mocarstwa zawierają tajne pakty w sercu naszego kraju, nie pytając nas o zdanie? Jeśli moje przewidywania się sprawdzą, na tej wojnie najlepiej wyjdą Niemcy.
— Nie wierzę! To przecież nasi wrogowie! — rzucił Józek.
— W polityce nie ma wrogów, Józek. Są tylko interesy, a tam, gdzie w grę wchodzi wielka fortuna, zawsze znajdzie się wspólny język.
Borowski podszedł do mapy rozłożonej na stole, jakby szukał na niej ratunku.
— Niemcy to zbrodniarze, ale nie idioci. Wiedzą, że ich czas się kończy.
— Co oni mogą im zaoferować? Zrabowane złoto? — dopytywał Michał.
— Złoto też, ale ich prawdziwym atutem jest informacja i technologia. Niemiecki wywiad nie ma sobie równych, a ich rakiety i maszyny to przyszłość, o której Zachód może tylko marzyć. Sojusz z Rosją to fikcja, która rozpadnie się, gdy tylko opadnie wojenny pył. Powojenna konfrontacja jest nieunikniona.
— Co za syf… to się nigdy nie skończy? — Michał opadł na taboret, czując ciężar całego świata na ramionach.
— Skutki tej jatki będziemy odczuwać przez dekady. Gdy Rzesza padnie, nastąpi drastyczne przemeblowanie. Nic nie będzie już takie jak przed trzydziestym dziewiątym. Nic.
Józek splunął z furią na podłogę.
— Więc nasi kumple ginęli za nic?
— Nie gadaj bzdur — uciął Borowski. — Oddali życie za Polskę, którą nosili w sercach. Tej im nikt nie odbierze.
Rozmowa zeszła na postać Kowalsky’ego z Gdańska — kanalii znanej w całym regionie, która uczestniczyła w spotkaniu. Borowski zasugerował, by chłopcy zidentyfikowali pozostałych uczestników na podstawie zdjęć z „portfolio” gdańskich kolaborantów.
Józek zaczął się niecierpliwić. Czekał na niego Kack, ciemne pole i Irka — dziewczyna, która nie miała pojęcia o jego nocnych rajdach. Mimo ostrzeżeń o aktywności patroli zdecydował się wyjść. Drzwi trzasnęły, a na klatce schodowej jeszcze przez chwilę słychać było stukot jego butów.
Borowski milczał długo, paląc połówkę papierosa — okupacyjny luksus.
— Ufasz mu? — zapytał nagle, patrząc Michałowi prosto w oczy.
Michał zesztywniał. Znał Józka sprzed wojny — przeszli razem las, akcje odwetowe, likwidacje kapusiów. Jak mógłby mu nie wierzyć?
— Pytam, bo mamy przeciek — kontynuował Borowski szeptem. — Wszystkie dowody wskazują na naszą grupę. To musi zostać między nami.
Michał poczuł, jak żołądek zawiązuje mu się w supeł. Zdrajca? Tutaj?
— Mam dla ciebie zadanie, Michał. To nie jest rozkaz. Ryzyko jest ogromne, a stawka… stawka to honor tego kraju. Nie spiesz się. Przemyśl to.
W pokoju zapadła cisza, którą rozdzierało jedynie tykanie starego zegara — każde uderzenie brzmiało jak wystrzał z pistoletu. Michał siedział blady, czując, jak strużka potu spływa mu wzdłuż kręgosłupa. Cokolwiek planował Borowski, czuł, że to zadanie zmieni go na zawsze.
— Kładź się spać na podłodze, dostaniesz koc. O tej porze cię nie puszczę — jesteś nam potrzebny żywy. — Borowski uśmiechnął się po ojcowsku, choć w jego oczach wciąż czaił się mrok. — I pamiętaj: ani słowa. Za przeciek grozi tylko jedna kara — sąd polowy.
Tymczasem Józek przedzierał się przez miasto w stronę lasu. Śnieg skrzypiał pod jego butami, a mroźne powietrze szczypało w policzki. Mrok drzewostanu dodawał mu złudnej pewności siebie. Jeszcze tylko pół kilometra, nasyp kolejowy, otwarte pole — i będzie u Irki. Raźno wbiegł do tunelu pod torami.
Wtedy jego zmysły, wyostrzone przez lata walki, zareagowały gwałtownym wyrzutem adrenaliny. Ciszę śnieżnej nocy, tuż nad jego uchem, przeciął chrapliwy, nieludzki wrzask:
— Halt!
Rozdział 10
Anna Kowalczyk nie przejawiała najmniejszej ochoty na tę nieplanowaną wycieczkę do Sopotu. Usiadła nadąsana za biurkiem, demonstracyjnie lekceważąc polecenie komisarz Kowalskiej.
— Możecie mnie obie w dupę pocałować, nigdzie nie jadę.
Od samego początku miała to denerwujące przeczucie, że za Nowakiem ciągnie się jakieś fatum. Przyjęła to zlecenie tylko dlatego, że klient bez mrugnięcia okiem zaakceptował jej wyjątkowo wyśrubowaną stawkę. W tamtym momencie nie znalazła żadnego logicznego powodu, by odmówić podpisania kontraktu. Jednak śledztwo od pierwszej minuty było drogą przez mękę, dotykając wyjątkowo mrocznych aspektów ludzkiej natury. Anna w swojej pracy nigdy nie lubiła grzebać w rodzinnych brudach, a ta konkretna sprawa napawała ją wręcz fizyczną niechęcią.
Nowak pojawił się u niej na początku maja, zaraz po długim weekendzie. Sprzedał jej rzewną historię o krewnym żony, na którym cieniem kładły się oskarżenia jeszcze z mrocznych czasów okupacji. Przyniósł teczkę pełną zdjęć i garść dokumentów, a pierwszym zadaniem firmy miało być uwiarygodnienie ich autentyczności. Anna uruchomiła wtedy całą sieć swoich prywatnych kontaktów — od IPN i Polskiego Towarzystwa Kryminalistycznego po Zespół Badań Wizualnych Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji.
Weryfikacja była bezlitosna. Zdjęcia i dokumenty przeszły przez drobiazgowe sito i potwierdzono ich autentyczność ponad wszelką wątpliwość. Wynikało z nich niezbicie, że Michał Żukowski miał w swojej okupacyjnej przeszłości rany, które nigdy się nie zagoiły. Realizując kolejny etap zlecenia, Anna dotarła do archiwów AK Okręgu Pomorze. Wertując setki zakurzonych akt, odnalazła teczkę personalną Żukowskiego. Według oficjalnych zasobów Michał był ideałem: oddany sprawie, odważny, roztropny, trzykrotnie przedstawiany do awansu. W konspiracji trwał od lutego 1940 roku, a pod koniec 1943 roku dowodził już plutonem wywiadu. Jednak wśród tych laurek leżał jeden dokument z zatartą datą, informujący o podejrzeniu współpracy z Waffen-SS. W rogu ktoś nabazgrał odręcznie: „Dokładnie sprawdzić. Wykluczyć możliwość pomyłki. Bez wyraźnego rozkazu nie likwidować”. Podpisano: „Karolczak”.
— Pojedzie pani dobrowolnie czy zrobimy to w ramach zatrzymania na czterdzieści osiem? — Magdalena stała w drzwiach i jej wzrok mówił jasno, że czas negocjacji dobiegł końca.
— Nareszcie jakiś konkret. Proszę mi tylko łaskawie wyjaśnić, co ma stanowić podstawę tego zatrzymania. — Kowalczyk nie zamierzała oddać pola bez walki.
Magdalena, oparta niedbale o futrynę, wyrecytowała formułkę z beznamiętnością kata: prawo do zatrzymania osoby podejrzanej, uzasadnione przypuszczenie popełnienia przestępstwa, obawa ucieczki, zatarcia śladów lub mataczenia.
— Proszę wybrać wariant, który pani najbardziej odpowiada, mnie wszystko jedno — dodała ze zniecierpliwieniem. — Niech pani nie utrudnia, proszę.
Anna bezczelnie wytrzymała to spojrzenie.
— Jeżeli zdecyduję się jechać, to wyłącznie po to, by pomóc żonie Nowaka. Potrafię sobie wyobrazić, co ta kobieta teraz przeżywa i jak bardzo się boi. A pani, pani komisarz, może mnie cmoknąć dokładnie tam, gdzie pani myśli.
Magdalena poczuła triumf. Sądziła zresztą, że ta Kowalczyk byłaby świetnym partnerem w jej robocie — miała w sobie tę specyficzną manierę, która wymuszała respekt i, paradoksalnie, budziła zaufanie. Anna sięgnęła po torebkę i palto, ale postanowiła jeszcze raz wytyczyć granice. Przełożyła spotkania, określiła jasny termin powrotu do Warszawy i zażądała, by po otwarciu skrytki policja przestała dysponować jej czasem.
— Sądzę, że mogę pani zaufać? — zapytała z wyjątkowo brzydkim grymasem. — Mam nadzieję, że ma pani świadomość, iż materiały zebrane przez męża bezspornie obciążają Żukowskiego — dodała Anna, tym razem skupiając całą uwagę na mowie ciała Katarzyny.